Tag Archives: Rafał Trzaskowski

Jędraszewski i Kaczyński idą drogą fanatycznych imamów

7 Paźdź

Na Marszu Równości w Lublinie tydzień temu zatrzymano małżeństwo z domowej roboty ładunkiem wybuchowym. Miał zostać użyty przeciwko uczestnikom manifestacji. Czyżby głoszenie z ambon o „tęczowej zarazie” wywołało efekt „samotnych wilków” prowadzących prywatny dżihad po tym, czego nasłuchali się od radykalnych imamów w meczetach Londynu czy Paryża?

„Przyzwolenie na język pogardy stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa”

RPO Adam Bodnar czuje rosnące zagrożenie homofobicznym terroryzmem. Zaraz po zatrzymaniu małżeństwa z Lublina wydał oświadczenie „STOP homofobicznej i transfobicznej przemocy!”:

„Wzywam do zaprzestania działań, które prowadzą do realnego zagrożenia osób LGBT. (…) Nie możemy nadal tolerować wykluczania ze wspólnoty tworzonej przez wszystkich mieszkańców naszego kraju całej grupy społecznej. Pamiętajmy też, że nieprzekraczalną granicą wolności słowa jest godność drugiego człowieka. (…)

Z wielkim niepokojem obserwuję narastanie uprzedzeń, nienawiści, a także słownej i fizycznej agresji wobec osób LGBT. Moje obawy i stanowczy sprzeciw tym bardziej wzbudza fakt, że te niebezpieczne napięcia społeczne nie tylko nie są postrzegane jako wymagające reakcji i eliminacji zagrożenia, ale zdają się być podsycane i potęgowane w toku debaty publicznej – w tym również przez osoby pełniące wysokie funkcje publiczne.

(…) Przyzwolenie na język pogardy i wykluczenia zawsze stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa i fundamentalnych praw człowieka. Prowadzi do eskalacji nienawiści, agresji fizycznej i społecznej zgody na zachowania bezsprzecznie nieakceptowalne i przekraczające przyjęte normy”.

Adam Bodnar przypomina zamieszki wywołane przez katolickich nacjonalistów w Białymstoku:

„Niestety, wydarzenia związane z II Marszem Równości w Lublinie pokazały, że zagrożenie dla bezpieczeństwa i podstawowych praw człowieka wzrasta, zamiast maleć. Zabezpieczone przez policję ładunki wybuchowe mogły bowiem pozbawić życia lub zdrowia osoby uczestniczące w zgromadzeniu. Zdarzenie to powinno skłonić nas wszystkich do głębokiej refleksji i pozytywnej reakcji”.

RPO dziękuje policji za udaremnienie zamachu i ochronę uczestników marszu. I trzeba przyznać, że po doświadczeniach z Białegostoku policja wywiązuje się ze swoich obowiązków wzorowo.

Adam Bodnar swoje oświadczenie sformułował w sposób wyważony, językiem praw człowieka i dialogu. Tak jak powinien, bo jest rzecznikiem praw wszystkich, także tych wsłuchanych w słowa abp. Jędrzejewskiego i Jarosława Kaczyńskiego. I rolę bycia rzecznikiem wszystkich obywateli traktuje poważnie.

Idą drogą radykalnych imamów

Ale niepokojąca analogia z dżihadem samotnych wilków sama się nasuwa. Do tej pory mieliśmy pojedyncze akty agresji: wyzwiska i ataki fizyczne na osoby rozpoznawalne, jak Robert Biedroń, na dwóch mężczyzn trzymających się za ręce, dewastacje pomieszczeń Kampanii Przeciw Homofobii czy Lambdy, hejt i groźby karalne (zgwałcenia, zamordowania) wobec poszczególnych działaczy ruchu LGBT.

Teraz mamy typowy zamach terrorystyczny przeciwko nieokreślonej liczbie przypadkowych osób. Na szczęście udaremniony, ale następny może się powieść. Osoby nieheteroseksualne nie tylko są ustawiane w roli wrogów narodu, rodziny i wiary. Są też odczłowieczane – by przypomnieć pomysł ks. Tomasza Kancelarczyka „odkażania” miejsc, po których miał przejść Marsz Równości w Szczecinie. Wtedy Kościół zorientował się, że taka dehumanizacja to krok za daleko i nakazał księdzu wycofać się z akcji. Odbyło się jednak „sprzątanie” po marszu polegające na szorowaniu chodnika.

Czy abp Jędraszewski i Kościół katolicki w Polsce, czy Jarosław Kaczyński i jego partia zdają sobie sprawę, że idą drogą radykalnych imamów?

Prokuratura w Londynie czy Paryżu stawia takim imamom zarzuty. Sprawy trafiają przed sąd i niektórzy imamowie mają zakaz publicznych wystąpień. W Polsce prokuratura jest pod kontrolą partii rządzącej. A hierarchowie Kościoła utworzyli coś w rodzaju partii sojuszniczej. Telewizja rządowa zaś ma, w dużym stopniu, monopol informacyjny.

Nie ma więc mechanizmów powściągających. W tej sytuacji przywódcy Kościoła i partii powinni – w imię odpowiedzialności – zastosować autokontrolę, bo ich przekaz ma nieporównanie większą siłę rażenia niż radykalnych imamów w Londynie czy Paryżu.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio. Czytaj tutaj >>>

„Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom” – mówił Paweł Kowal podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej. Małgorzata Kidawa-Błońska obiecała, że połowę tek w swoim rządzie odda kobietom, a Katarzyna Lubnauer, że KO zakręci kurek dla Rydzyka

Pod sam koniec kampanii parlamentarnej Koalicja Obywatelska popełniła być może największy błąd: pozwoliła Lechowi Wałęsie wygłosić przemówienie. Ponieważ były prezydent mówi co chce, można zakładać, że jego treść nie była uzgodniona z organizatorami. A mówił rzeczy, od których odcięli się nawet kandydaci KO. Przede wszystkim nazwał pochowanego z państwowymi honorami w sobotę Kornela Morawieckiego zdrajcą, co w niedzielę stało się głównym tematem w wielu mediach.

Dzień wcześniej inny były prezydent, Aleksander Kwaśniewski, był gościem Lewicy. Pisaliśmy o tym w tekście „Ole, Olek!”: Kwaśniewski mobilizuje elektorat Lewicy i wzywa, by przewietrzyć Polskę.

Wybraliśmy najciekawsze naszym zdaniem momenty z konwencji Koalicji Obywatelskiej. O tym, co powiedział Lech Wałęsa, przeczytacie na samym końcu.

1. „Więcej kobiet w rządzie”. Kidawa-Błońska i Nowacka

„Rząd przełomowy pod względem liczby resortów, jakie obejmą kobiety”, czyli połowę – obiecała Małgorzata Kidawa-Błońska. Podkreślała, że to Polki i Polacy obiecują większej liczby kobiet u władzy, a KO odpowiada na te oczekiwania, bo ma w swoich szeregach kompetentne kandydatki. Kobiety są przygotowane i umieją powściągnąć swoje ego – zapewniała kandydatka KO na premiera.

Koalicja, która ma wysokie poparcie wśród kobiet (zwłaszcza wśród tych przed czterdziestką – 38 proc.), walczy dziś o to, by poszły one zagłosować.

O kobietach było na konwencji bardzo dużo. Do kobiet zwracały się i Katarzyna Lubnauer: „Kobiety, dziewczyny, siostry, idziemy na wybory!”, i Barbara Nowacka: „Wierzymy w kobiety, w ich siłę i mądrość, bo Koalicja jest kobietą, bo Polska jest kobietą, bo Małgorzata Kidawa-Błońska jest kobietą”

Postulat, by połowę składu rządu stanowiły kobiety, nie wyróżnia KO – pisze o tym w swoim programie również Lewica. Ale nie uczyniła z tej obietnicy pierwszoplanowego postulatu, a wystawiając na front mężczyzn (Biedronia Czarzastego, Zandberga), naraża się na łatwe ataki i zarzuty o hipokryzję. W niedzielę wykorzystała to Barbara Nowacka, ironizując: „Nie da Wam tego trzech tenorów, którzy obiecają, a potem zostanie Ogórek”.

2. „Zakręcimy kurek dla Rydzyka”. Bon moty Katarzyny Lubanuer

Katarzyna Lubnauer zapowiedziała „Dość kreatywnej księgowości” i obiecała, że państwo nie będzie już dotować Tadeusza Rydzyka. Obietnica znalazła się punkcie „F jak forsa”,  przemówienie Lubnauer było bowiem zbudowane wokół kolejnych liter alfabetu.

Było bardzo żywe, momentami zabawne i zawierało najwięcej bon motów:

„Listy wyborcze PiS przypominają drzewa genealogiczne”.

„Polska to nie może być interes w stylu hoteliku na rodziny”.

Lubnauer po raz kolejny obiecała przywrócenie handlu w niedziele, ale zarazem zagwarantowanie dwóch wolnych niedziel dla pracowników.

3. „Złowrogie hasło nowej elity”. Mocny występ Pawła Kowala

Paweł Kowal, kiedyś związany z PiS, a dziś jedynka KO w Krakowie, wygłosił poruszające przemówienie, w którym odnosił się do zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że powstanie „nowa, inna elita ekonomiczna„.

„Zastanówmy się, do kogo to było powiedziane? Do przedsiębiorców, do firm rodzinnych, do tych, którzy w wielkim trudzie 30 lat – a czasem więcej – wolnej Polski tworzyli 40 procent polskiego PKB. Do tych, którzy zatrudniają połowę polskich pracowników. Do tych, którzy sprzedawali w tych słynnych szczękach, stali przed łóżkami polowymi, marzli i liczyli na lepszą Polskę. I wyśnili tę Polskę. A dzisiaj słyszą, że będą wymienieni, że to nie jest już ich Polska.

Zastanówcie się państwo wszyscy: tu nie chodzi o interes przedsiębiorców, tu chodzi o tych, którzy dzięki nim mają pracę.

Hasło nowej elity to jest złowrogie hasło dla polskich nauczycieli. Widzieliśmy w ostatnich latach nagonki na polskich nauczycieli. Niech sobie każdy dzisiaj przypomni swoją najlepszą nauczycielkę, swojego najlepszego nauczyciela. Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom.

(…) Dzięki pracy tych ludzi można dziś dzielić 500 plus. Dlatego dziś zaczynamy od głębokiego pokłonu wobec tych ludzi, ludzi pracy (…)

My jesteśmy po stronie sprawiedliwości, a oni są po stronie władzy partii. My tworzymy szanse dla wszystkich, dla tych, którzy chcą się wykształcić, chcą pracować, chcą wstawać godzinę wcześniej. Chcą stać za barem i nalewać piwo, chcą tworzyć nowe miejsca pracy. A oni mówią: elitą będziesz, jeśli będziesz popierać naszą partię.

My mówimy tym, którzy pracowali: dziękujemy.
A oni mówią: my cię zweryfikujemy”.

4. „Idziemy na rekord w dużych miastach”

Konwencję otworzyli i zamknęli samorządowcy.

„Tak jak w boksie najważniejsza jest ostatnia runda. Dajcie z siebie wszystko. Patrzy na nas cała Europa, cała Europa patrzy na was” – zagrzewał działaczki i działaczy Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania.

„Pełna mobilizacja!” – ogłosił Rafał Trzaskowski.

To właśnie prezydent Warszawy zapowiedział bicie rekordu frekwencji. Przypomnijmy, że w wyborach samorządowych w Warszawie frekwencja wyniosła 66,59 proc., a w Poznaniu 57,19 proc. (w całym kraju: 48,83 proc.)

5. „Dziękujemy”.

Tym, którzy udostępniają swoje płoty i balkony na banery Koalicji Obywatelskiej, podziękowała Małgorzata Tracz, współprzewodnicząca Zielonych. „Jesteście zmianą” – mówiła. To ważne słowa, bo osoby angażujące się w kampanię opozycji, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, muszą się liczyć z tym, że plakaty będą zrywane. Nierzadko takie osoby są narażone na akty agresji. Takie sygnały docierają też do redakcji OKO.press.

O wolontariuszach wspomniał też Paweł Kowal: „To jest najważniejsze zadanie tych, którzy dzisiaj na placach polskich miast rozdają ulotki, niosą ludziom pokrzepienie.

To jest nasze najważniejsze zadanie: zanieść ludziom nadzieję. Powiedzieć: Polska naprawdę może być lepsza, to nie jest puste hasło”.

Podczas konwencji pojawił się też Rafał Lipski, kandydat KO wyrzucony w sobotę ze studia TVP. Zarzucił prowadzącym, Magdalenie Ogórek i Jackowi Łęskiemu, że szczują na osoby LGBT. Ogórek najpierw powiedziała: „Jest pan bezczelny”, potem zaczęła krzyczeć: „‚Moment, teraz ja mówię człowieku!”. W końcu Jacek Łęski wyprosił Lipskiego ze studia. „Takie osoby mają prawo być szanowane i wysłuchane w mediach publicznych” – mówiła Barbara Nowacka o Lipskim. O TVP wspomniał też Paweł Kowal: „Patrzcie w swoje sumienia, myślcie o Polsce, nie czytajcie tych pasków”.

Co powiedział Lech Wałęsa

  • Kornelu Morawieckim: „Co oni z niego robią? Bohatera! A on w środku – stan wojenny, atakują nas ze wszystkich stron – a on kozak zakłada Solidarność Walczącą. Co to było? Zdrada proszę panów. Zdrajca. Taka jest prawda. Wybaczamy mu to”.
  • fałszerstwach wyborczych: „Nie wierzcie, że oni oddadzą wam władzę. Jak oni zamach robili. Pytanie, w jaki sposób oni was oszukają i nie dadzą wam zwycięstwa, mimo że wygracie. Mam informację, że oni w internecie was przekręcą. Że w wyborach do PE już was przekręcili”.
  • błędach Koalicji Obywatelskiej: „daliście się wciągnąć na pola niewygodne. Na aborcję, na konkordat. Specjalnie was na to wciągnęli. Nie tak się zwycięża. To się załatwia w inny sposób, nie w wyborczy”.

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Podczas warszawskiej konwencji Koalicji Obywatelskiej kandydatka na premiera, Małgorzata Kidawa-Błońska, wystąpiła z bardzo mocnym przemówieniem.

Liderka KO powiedziała m.in., że rząd PiS jest niczym Tytanic, który tonie, choć wciąż jeszcze gra na nim orkiestra. W wystąpieniu nie zabrakło odwołań do głośnych afer. „Jeśli ktoś urządza dom schadzek, okłamuje urząd podatkowy i zadaje się z gangsterami, to w swych mętnych tłumaczeniach niech nie odwołuje się do Armii Krajowej, bo to niegodne, obrzydliwe i ludziom pęka serce!” – słowa Kidawy-Błońskiej o aferze prezesa NIK spotkały się z ogromnym aplauzem.

Podobnie zresztą, jak krytyka ministra sprawiedliwości: „jeśli prokurator generalny nadzoruje postępowanie wobec samego siebie, to polityka nie może tego usprawiedliwić. To też jest niegodne.”

Wicemarszałek Sejmu obiecała, że rząd KO będzie oparty na równym podziale resortów pomiędzy kobiety i mężczyzn, a do poprawy sytuacji życiowej będzie dążyć pracą a nie samymi dekretami.

Bez względu na region, zarobki, poglądy, ludzie w kraju mają podobne obawy i troski. Nam, w Polsce, potrzebny jest polityczny detoks. Dlatego tu jestem. Mamy dość politycznej masakry. Wszyscy zasługujemy na dobre państwo” – mówiła do zebranych w Warszawie Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać może ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy

Program PiS ma 232 strony. Ponad 90% tego tekstu to propagandowe opowiastki o niebotycznych osiągnięciach partii Kaczyńskiego, która podniosła Polskę z kolan, dźwignęła kraj z marazmu gospodarczego i ratuje nas przed moralną degrengoladą. Jeśli na cokolwiek warto tu zwrócić uwagę, to na wyjątkowo bezczelne nicowanie rzeczywistości i przypisywanie oponentom swoich własnych ułomności. Bo okazuje się, że to rządy PO-PSL zniszczyły dobre obyczaje parlamentarne, które PiS stara się pieczołowicie chronić. Poprzednia władza zawłaszczyła też media publiczne, ograniczała wolność słowa, manipulowała propagandą, szczuła na politycznych przeciwników i była siedliskiem wszelakich afer, które przy uczciwej obecnej władzy zdarzyć by się nie mogły, bo obecnie wszelkie naruszenia prawa (ludzie są ułomni) tępione są w zarodku.

W powodzi półprawd i zwykłych kłamstw trafiają się sformułowania prawdziwe – jak choćby takie, że podczas rządów PiS dobór kadr na kluczowe stanowiska „zyskał nowy standard”. Rzeczywiście – takich standardów polityki personalnej nigdy dotąd w Polsce nie było. Nawet za komuny, która utworzyła tzw. „nomenklaturę” obsadzającą towarzyszami wszystkie ważne stanowiska w gospodarce i administracji, nie było tylu bezczelnych cyników, pazernych kombinatorów i niedouczonych amatorów jak obecnie.

Jedynie 12 stron programu PiS nie zawiera propagandowego bełkotu. W części jest to jakby mapa drogowa powrotu do planowej gospodarki PRL. Projektowany jest więc rozwój przemysłu ciężkiego, inwestycje w zakłady zbrojeniowe, repolonizacja (czyli po raz kolejny nacjonalizacja) banków, reindustrializacja przemysłowa i wsparcie dla wybranych terenów kraju – tym razem nie Górnego Śląska jak w epoce Gierka, ale jednak rejonów, gdzie partia rządząca cieszy się największym poparciem.   Dalszą część fragmentu, zawierającego rzeczywiste tezy programowe PiS, nazwać można listą przyczajonych zagrożeń demokracji. Te niebezpieczeństwa trafnie zidentyfikował prof. Wojciech Sadurski, publikując w Wyborczej swoje „Ostatnie poważne ostrzeżenie przed wyborami parlamentarnymi”.

Pomysły partii Kaczyńskiego nie są groźbami wprost i na pierwszy rzut oka miewają nawet pozory sensu. Od dawna mówiło się na przykład o ograniczeniu immunitetu posłów i senatorów, którzy czasem łamią przepisy drogowe, wszczynają awantury, stosują przemoc domową i nie ponoszą za to konsekwencji, bo koledzy mają sejmową większość i nie pozwolą odebrać swojakowi przywileju nietykalności. Program PiS przewiduje teraz, że o odebranie immunitetu występował będzie prokurator generalny. A zatem to Zbigniew Ziobro oceni, czy np. w wystąpieniu Michała Szczerby („panie marszałku kochany”) lub śledczego posła Krzysztofa Brejzy zawarte było coś karygodnego, jakieś – powiedzmy – pomówienie. Kiedy minister wytypuje już odpowiedni paragraf, wystąpi z wnioskiem do Sejmu, gdzie większość stanowią ludzie alergicznie reagujący na obu wymienionych parlamentarzystów. Po przewidywalnym głosowaniu przeciwnik polityczny stanie bezbronny przed obliczem prokuratora, wyznaczonego przez prominentnego polityka partii rządzącej i przypadkowo prokuratora generalnego. Prokurator uszczęśliwiony zadaniem zleconym mu w zaufaniu przez głównego szefa, podejmie właściwą decyzję. Ściganych przez Ziobrę opozycjonistów może uniewinnić sąd, ale droga na salę rozpraw może być tak długa, że i do końca kadencji niewygodny parlamentarzysta chodzić będzie z etykietką OSKARŻONY.

Podobny bat kręcony jest na nieposłusznych sędziów i prokuratorów, których zakres ochrony prawnej również budził dotychczas pewne wątpliwości. Na oko zmiana nie wygląda groźnie: prokurator generalny kieruje wniosek o pozbawienie immunitetu do Sądu Najwyższego i ostateczną decyzję o ewentualnym odebraniu przywileju podejmą sędziowie. Haczyk jest w tym, że wniosek prokuratora Ziobry, oskarżającego np. znienawidzonego przez funkcjonariuszy „dobrej zmiany” sędziego Tuleję, nie trafi pod obrady „plenarne” Sądu Najwyższego, ale do Izby Dyscyplinarnej SN, gdzie sprawy nie rozpatrzą niezależni sędziowie, ale prokuratorzy i ministerialni prawnicy, którymi wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro obsadził ten nowy niekonstytucyjny organ.

Przeszkodą w zagarnięciu pełni władzy są wolne media – w większości spółki z kapitałem zagranicznym. Nie udało się ich „zrepolonizować”, bo nawet sojusznik zza oceanu stanął sztorcem przeciw przejęciu amerykańskich firm przez partię rządzącą w Polsce. Kaczyński wymyślił więc inny sposób na okiełznanie dziennikarzy. W programie sformułował to niewinnie: dla podkreślenia rangi i specyficznej misji zawodu dziennikarze powinni się stowarzyszyć w nowej organizacji, która dbałaby o status profesji i rzetelność publikacji. Ot, taka samoregulacja poprzez dziennikarski samorząd. Tyle tylko, że jeśli wczytać się w treść projektu, to okazuje się, że wcale nie chodzi o to, by ów samorząd wprowadził jakieś tam regulacje wymyślone przez dziennikarzy. Regulacje mają być TAKIE, które wykluczą stosowanie art. 212 KK przewidujący karanie za pomówienie. Wyraźnie zapisano: regulacje nowego samorządu muszą być takie właśnie, a zadaniem nowej korporacji MUSI być zwalczanie pomówień, a w praktyce tego, co władza za pomówienie uważa. Oczywiście przynależność do tej rządowej korporacji będzie dobrowolna, ale wyobrazić można sobie sto sposobów, by dziennikarzom nie opłacała się nieobecność w szeregach stowarzyszenia.

Prof. Sadurski, a także inni obserwatorzy życia politycznego zaniepokojeni są szczególnie enigmatycznym sformułowaniem z programu PiS, że „dokończona zostanie reforma sądownictwa”. Bo jest się czego bać. Wystarczy uświadomić sobie dotychczasowe skutki owej pożal się Boże reformy, która miała na celu skrócenie procedur, sprawniejsze zarządzanie i transparentne, bardziej sprawiedliwe orzecznictwo. Po czterech latach wdrażania szalonego projektu skutek jest odwrotny: procedury i procesy trwają znacznie dłużej , nowi prezesi bez doświadczenia i kwalifikacji mnożą bezsensowne decyzje konfliktując się z sędziami, a obywatele obawiają się, że wyroki zależą od tego, czy sądzi „normalny” sędzia, czy funkcyjny nominat ministra. Prawdziwym celem nibyreformy okazało się podporządkowanie sądów woli partii rządzącej, na wzór wcześniej przejętej przez PiS prokuratury. Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać więc może jedynie przejęcie przez rządzących pełnego nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości, dokończenie procesu obsadzenia „swoimi” wszystkich stanowisk w wymiarze sprawiedliwości i ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy.

Groźba kontynuacji pseudoreform ustrojowych jest moim zdaniem największym zagrożeniem dla Polski. Kaczyński nie jest człowiekiem niepoczytalnym ani ostatnim durniem, już wie, jak reaguje Unia na osłabianie praworządności, i musi przewidywać, co czeka Polskę, jeśli nie zawróci z drogi wiodącej od demokracji do dyktatury. Jeśli mimo to w ogłoszonym publicznie programie otwarcie planuje kontynuację demolki państwa prawa, to znaczy, że już się zdecydował pójść z Unią na zderzenie czołowe. Choćby teraz sto razy deklarował swoje najgłębsze przywiązanie do członkostwa w UE, choćby na spotkania w terenie jeździł spowity szczelnie w błękitną gwiaździsta flagę, to mało kto uwierzy, że nie planuje wyprowadzenia Polski z zachodniej wspólnoty cywilizowanych krajów europejskich – gdzieś na wschód, bliżej Azji. Między Rosję, której Kaczyński jakoś się nie czepia i nie żąda od niej reparacji, a Białoruś, gdzie chętnie jeździli funkcjonariusze PiS i wracali z przeświadczeniem, że tym ciekawym krajem rządzi „miły, ciepły człowiek”.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio. Nasza lepsza twarz

28 Wrz

Jeśli ktoś uważał wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na twarz kampanii Koalicji Obywatelskiej za kontrowersyjny, dziś musi zmienić zdanie. Kandydatka na premiera z ramienia PO i sojuszników cieszy się sporą popularnością w gronie elektoratu.

Tak przynajmniej wynika z sondażu Instytutu Badań Pollster, przeprowadzonego na zlecenie Super Expressu. “Wygląda na to, że wyznaczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako kandydatki Koalicji Obywatelskiej na szefową rządu było strzałem w dziesiątkę – czytamy w sobotnio-niedzielnym wydaniu “Super Expressu”.

Taką premier chcemy?

Instytutu Pollster wykazał w badaniu, że na Kidawę-Błońską jako premiera chce głosować aż 20 proc. ankietowanych, zaś na Grzegorza Schetynę – 2 proc. “To prawdziwy nokaut” – twierdzą dziennikarze “SE”.

Jakby emocji było za mało, po chwili dodają: “Nie dość, że Kidawa-Błońska miażdży Schetynę, to jeszcze wytrwale goni Mateusza Morawieckiego. W naszym sondażu różnica między nią a obecnym szefem rządu wynosi 4 pkt proc”. Według Instytutu Pollster Mateusza Morawieckiego w roli szefa rządu widzi nadal 24 proc. badanych. Z kolei aż 28 proc. osób właściwie nie wie, kto miałby być premierem kolejnego gabinetu.

Sam Schetyna twierdzi, że Kidawa-Błońska jest lepszą kandydatką na premiera. – “Zapewne przyjdzie nam zawiązać koalicję z innymi partiami. Małgorzata jest najlepszym politykiem do prowadzenia takich rozmów. Lepszym ode mnie” – powiedział Schetyna i te słowa przytacza teraz “SE”.

Z kolei politolog prof. Rafała Chwedoruka dodał, że “elektorat Platformy był zawsze na tle innych partii elektoratem sfeminizowanym, więc w naturalny sposób kobieta, na dodatek rozpoznawalna, budzi z góry zaufanie”. Dodatkowo według niego: “sama Kidawa-Błońska jest osobą rzadziej obecną w konfliktach politycznych niż Schetyna– dopowiada Chwedoruk.

Badania zrealizował Instytutu Badań Pollster w dniach 24-25 września na próbie 1101 dorosłych Polaków.

Czy opozycja wygra wybory?

Czy więc opozycja wygra wybory i Kidawa-Błońska stanie na czele nowego rządu? Sondaże sugerują sukces PiS. Szansą KO jest jednak wejście do Sejmu dostatecznej liczby nie tylko jej posłów, ale też tych z Lewicy czy PSL. Czy tak się stanie i PiS straci władzę? Do wyborów pozostały dwa tygodnie.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Chcę Polski uczciwej, czystej i dumnej, chcę Polski takiej jak Wawel, a nie jak kamienica prezesa NIK Mariana Banasia. My pragniemy Polski uczciwej, w której uczciwość i prawo są na pierwszym miejscu, tymczasem mamy podejrzany hotel na godziny, oszustwa podatkowe i bezczelne okradanie państwa” – powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska z PO. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera wzięła udział w konwencji w Krakowie.

Kidawa-Błońska mówiła, że właśnie w Krakowie – „w miejscu dawnej polskiej chwały najlepiej widać dzisiejszą zapaść”, do której doprowadziły rządy PiS. – „Zawsze na tle wielkości wyraźna jest małość, na tle honoru – bezwstydność, na tle prawdy – kłamstwo. Różnica pomiędzy Polską naszych marzeń a Polską obecnie rządzących jest taka sama, jak między siedzibą królów polskich a słynną już niestety kamienicą prezesa NIK” – powiedziała.

– „Widzimy obwieszonych złotem gangsterów, którzy są za pan brat z prezesem NIK, siedzą w domu schadzek, czują się bezkarni, a za chwilę ich kumpel będzie kontrolował Polaków i mówił czy działają zgodnie z prawem” – mówiła Kidawa- Błońska. Pytała, czy „człowiek ze złotym sygnetem na każdym palcu ma stać ponad prawem zwykłych ludzi”. – „Tacy ludzie mają nam mówić jak żyć, decydować co jest uczciwe i wyznaczać standardy? Ja się na taką Polskę nie godzę” – zaznaczyła kandydatka KO na premiera.

Podkreśliła, że w Polsce za rządów PiS „afer jest mnóstwo, że aż trudno je spamiętać, a bezczelność i arogancja wylewają się z ekranów każdego dnia”. – „Afera Srebrnej, hejterzy w Ministerstwie Sprawiedliwości, szumidła w Komisji Nadzoru Bankowego, latający marszałek, SKOK-i, działki kościelne premiera – rośnie kasta nietykalnych, do której należą coraz bardziej podejrzane postacie, a publiczne pieniądze stają się niestety partyjne” – wyliczała Kidawa-Błońska.

Według kandydatki KO na premiera, nasze państwo coraz bardziej przypomina kraje Ameryki Łacińskiej, a nie demokrację europejską. – „Czasami mam wrażenie, jakby ekipa oszustów napadła na bank i tylko co jakiś czas wysypywała trochę pieniędzy przez okno, by odwrócić uwagę i zyskać trochę na czasie. Na dłuższą metę żadne państwo tego nie wytrzyma; to prędzej czy później musi skończyć się katastrofą, nie wolno nam się do tego przyzwyczajać, nie wolno nam porzucić marzeń o pięknej, silnej i uczciwej Polsce ” – mówiła Kidawa-Błońska.

Więcej >>>

Jak to w polityce bywa kandydaci różnych partii, nie rzadko startują z regionów, w których postrzegani są jak spadochroniarze. Tak jest w przypadku kandydatów PiS w Puławach. Panowie Jan Kanthak i Tadeusz Cymański, obaj z Pomorza, zorganizowali przed bramą Zakładów Azotowych w Puławach konferencję prasową.

To spotkanie zakłóciła zbulwersowana kandydatka Koalicji Obywatelskiej do Sejmu Marta Wcisło. – „Przyjeżdżacie do Puław z Pomorza. Obiecujecie mieszkańcom różne rzeczy, a za ich plecami wysyłane są pieniądze z Zakładów Azotowych, mieszkańców, którzy tu pracują, do Tarnowa i Polic. Za rządów PiS doszło do tego, że pozycja tych zakładów została tak zdyskredytowana, że nie mają przedstawiciela w zarządzie i radzie nadzorczej. A Puławy stały się dojną krową” – podkreśliła Marta Wcisło.

Kandydatka KO do Sejmu zarzuciła Kanthakowi i Cymańskiemu, że przyjechali tu uprawiać politykę. Na koniec wręczyła im po bilecie PKP do Tarnowa oraz życzyła powodzenia. Apelowała również do wszystkich kandydatów i posłów, by Puławy odzyskały swoją wiodącą rolę.

Martę Wcisło poparł prezydent Lublina. – „Trudno się nie zgodzić z Martą Wcisło, bo w ostatnich czterech latach sytuacja ZA Puławy z pewnością się nie poprawiła, a troska o gospodarkę Lubelszczyzny powinna być troską wszystkich. Tymczasem partia rządząca zachęca do głosowania na kandydatów, którzy nie mają nic wspólnego z naszym regionem – napisał na Facebooku Krzysztof Żuk.

Kandydat PiS Jan Kanthak jednak obiecuje, że zrobi wszystko, by sytuacja puławskich zakładów nie uległa pogorszeniu. – „Najważniejsze jest to, aby ten zakład się dalej rozwijał z troską o swoich pracowników i aby dywidendy i całe zyski tu wypracowywane trafiały na rzecz Lubelszczyzny. To ważne, by księgowość i audyt istniejący w Puławach, nie został przeniesiony poza województwo lubelskie” – mówił Jan Kanthak.

– „W związku z kampanią kłamstw pisowskiej TV występuję z pozwem wobec C. Gmyza. W ubiegłym tygodniu skierowałem pozew do sądu wobec S.Pereiry. Dość tego festiwalu pomówień. Będę żądał zadośćuczynienia na WOŚP. Niech przynajmniej potrzebujący coś z tego mają” – poinformował na Twitterze Krzysztof Brejza. – „Obu panów informuję, iż dostają ode mnie bana. Bana za kłamstwa i pomówienia. Za hejt i brak kultury” – dodał poseł PO.

Cezary Gmyz jest korespondentem TVP w Berlinie. Samuel Pereira kieruje portalem TVP Info, a wcześniej był w tym kanale wiceszefem publicystyki.

Krzysztof Brejza i jego najbliższa rodzina od lat są atakowani przez TVP kierowaną przez Jacka Kurskiego. Pisaliśmy o tym wielokrotnie, choćby w artykule „Aferę Piebiaka trzeba przykryć czymś na Brejzę; robi się pokazówkę”.

– „Brawo! Nie możecie pozwolić sobie na ten spektakl kłamstw i pomówień!”; – „Słowa uznania. Jedynie dobry kierunek do walki z oszustami”; – „Popieram i powodzenia życzę. Musi tylko Pan uważać, aby szybciej na Caritas nie wpłacili i zamietli pod dywan, jak to mają w zwyczaju” – komentowali internauci.

Dodajmy, że pozew złożyła także matka Krzysztofa Brejzy. „Nie damy się tej haniebnej nagonce” – Brejzowie pozywają pracowników TVP”.

Gdzieś giną głosy tych duchownych, którzy uważają, że instytucja kościelna nie powinna angażować się w politykę

Miłość PiS i Polskiej Instytucji Kościelnej ma się świetnie. Jak to śpiewano w Kabarecie Starszych Panów, „jeśli kochać, to nie indywidualnie”, tak i tutaj kochają się zbiorowo, na dobre i na złe, czyniąc z tegoż kochania narzędzie walki politycznej, wzajemnych korzyści i zysków. Wydaje się, że jedno bez drugiego nie przeżyje, więc właśnie „wespół w zespół” dbają o swój interes, co wyraźnie zahacza już o jakąś formę sekty narodowej i fanatyzmu.

Polskim duchownym już zupełnie pomieszało się w głowach. Bez zastanowienia brną w realizację marzenia o Polsce wyznaniowej, Polsce będącą wyspą chrześcijaństwa. A PiS? PiS na wszystko się zgodzi i to nie z miłości do Boga, ale z miłości do władzy. W końcu, kto załatwi prezesowi takie wsparcie, tyle głosów,  jak nie kumple w sutannach?

Trwa kampania wyborcza i rozejrzyjmy się wokół siebie. Na kościelnych ogrodzeniach wiszą plakaty kandydatów PiS do Sejmu i Senatu. Nawet płotek okalający kapliczkę św. Anny przy ul. św. Rocha na Grabówce dumnie prezentuje pana Giżyńskiego. W Rzeszowie parafia pw. Matki Boskiej Saletyńskiej jest tak obklejona przyjaciółmi z PiS, że już prawie samego kościoła nie widać, a kolejne banery zdobią parafie praktycznie w całej Polsce.

W Jedlińsku nieopodal Radomia ksiądz podczas mszy przekazał mikrofon Markowi Suskiemu, który odczytał list Morawieckiego do narodu. Ryszard Czarnecki produkował się w kościele na Dolnym Śląsku, Bartosz Kownacki w oratorium przy kościele Jezuitów w Bydgoszczy, a wraz z nim „gwiazda” PiS-u czyli Krystyna Pawłowicz. W Łodzi było bardziej przyzwoicie, bo w katedrze nie oddano głosu kandydatowi partii rządzącej, ale za to zasypano ławy kościoła jego ulotkami. Księża dbają też o odpowiednią frekwencję, gdy kandydaci ich ukochanej partii mają ochotę się wypromować i pod szyldem „SOS dla polskiej rodziny” anektują salki katechetyczne na swoją kampanię. O tych spotkaniach informuje regularnie strona internetowa Radia Maryja.

Niektórzy księża są wręcz nadgorliwi i uważają, że same banery czy też spotkanie z ukochanym kandydatem PiS-u to jednak trochę za mało. Trzeba bardziej wzmocnić wiarę w partię swoich owieczek, lekko je nastraszyć, wyłożyć bez ogródek, co i jak, by im się potem przy urnach nic nie pomieszało. Stąd oświadczenie, że głos oddany na PO jest grzechem, które wygłosił ksiądz kościoła w Radawie. Ostrą agitację prowadzi też od lat proboszcz rzeszowskiego kościoła pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.

Nie odpuszcza też Radio Maryja i Telewizja TRWAM. 8 września zainicjowały one ogólnopolską akcję „Modlitwa i post”, która potrwa do dnia wyborów. Już ponad 10 tysięcy Polek i Polaków modli się i pości w intencji wygranej prezesa i jego partii. Ojczulek Rydzyk zachęcał do udziału w niej, przypominając, że to „jest modlitwa o dobre wybory, żeby wybrać ludzi wierzących, którzy będą dbali (o Polskę) po katolicku, po chrześcijańsku. Wybierajcie takich ludzi. Modlimy się o takich ludzi i zwycięstwo dobra w naszej ojczyźnie. Można się jeszcze zapisywać. Post o chlebie i wodzie”.

Odbiorcami „dobrej nowiny”, a tak naprawdę świadomej i bezczelnej indoktrynacji stały się również dzieci. To właśnie ich usiłował przerobić biskup Antoni Długosz w programie „Kropelka radości”, zachwalając rządy PiS-u, miłość władzy do rodziny i dzieciaczków. Aż ma się ochotę walnąć pięścią w stół i wrzasnąć, „kończ waść, wstydu oszczędź”, ale wiadomo, że to nic nie pomoże.

Gdzieś giną głosy tych duchownych, którzy uważają, że instytucja kościelna nie powinna angażować się w politykę. Hierarchowie zapomnieli też, że artykuł 1 Konkordatu wyraźnie mówi, iż „Rzeczpospolita Polska i Stolica Apostolska potwierdzają, że Państwo i Kościół katolicki są — każde w swej dziedzinie — niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”. To nic nieznaczące drobiazgi, niewarte uwagi. Liczy się przecież tylko jedno. Kasa, wyraz szczęśliwości na okrągłych z dobrobytu buźkach duchownych, wpędzanie Polski w wyznaniowy kanał. Liczą się te wypasione samochody, kapiące bogactwem rezydencje i spełnione sny o potędze.

Nie ma co ukrywać, Polska Instytucja Kościelna sprzedała się za dobra doczesne, tracąc całkowicie swoje duchowe powołanie. Ośmieszyła się, zdradziła wszystkie wartości, tak cenne i pozwalające na rzetelne prowadzenie swoich owieczek. Polska Instytucja Kościelna to dzisiaj żałosna marionetka w rękach mamony. A Polacy jej wierni? Cóż, tutaj powstrzymam się od oceny, bo nie chcę nikogo obrażać.

Panie Banaś, czas zmniejszyć lukę VAT – owską. PiS na pewno w tym pomoże.

Hasła Kaczyńskiego: nieudolność, kłamstwa i obłuda

30 Mar

– Mamy dwa lata na implementację tych przepisów [ACTA2], a w gruncie rzeczy nieco dłużej, bo są jeszcze do tego pewne takie okresy bezwładu, tak to można określić. Razem mniej więcej 2,5 roku. Chciałem powiedzieć, że PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana – stwierdził Jarosław Kaczyński na konwencji PiS w Gdańsku.

Nie można zajrzeć człowiekowi w głąb duszy tak samo, jak nie można z całą pewnością stwierdzić, co nim kieruje i jakie są naprawdę jego cele. Można natomiast, w oparciu o jego wcześniejsze i obecne zachowanie, postawę, a zwłaszcza wartości i zasady, którymi się dotąd kierował, podjąć próbę postawienia roboczych tez, które mogą być pomocne w zrozumieniu pewnych kwestii. Ważne jest też to, jakimi wzorcami kieruje się osoba, którą chcemy opisać. Czy owe „wzorce” są pozytywne czy wręcz przeciwnie, czy mogą spełniać rolę autorytetów, czy też na samą myśl o nich winno się odczuwać niepokój, niechęć i strach.

Szczególnie ważne w powszechnej opinii jest to, aby stojący na czele państw i tym samym za nie odpowiadający, byli ludźmi nieskazitelnymi moralnie. Historia pokazuje, że najczęściej bywało odwrotnie, a tylko nieliczni rządzący wyróżnili się przez wieki na tle zwykłych miernot i morderców gotowych dla władzy pozbawić życia nawet osoby sobie najbliższe. Zabójstwa ojców, żon, braci oraz dzieci „stojących komuś na drodze do władzy” nie były w historii Europy niczym szczególnym. Gdyby zatem przeanalizować konkretne przypadki to okazałoby się, że historia ludzkości to historia wojen o władzę, wpływy i pieniądze. Okresy pokoju stanowiły jedynie krótkie przerywniki w nieustannej walce o dominację. Co gorsza, pomimo procesów ewolucji w myśleniu, rządzeniu oraz sposobie sprawowania władzy, to człowiek i ciemne zakamarki jego duszy decydują o tym, jak wyglądać mają państwa i przyszłość ich obywateli.

Już wielokrotnie w swoich artykułach opisywałem sytuację dzisiejszej Polski, zwłaszcza tę najnowszą; od 2015 r., który stanowi cezurę w jej najnowszej historii. Truizmem jest stwierdzenie, że Polska i Polacy (jedynie poza nielicznymi wyjątkami) nie mieli szczęścia do rządzących nimi ludzi. Oczywiście Polska nie jest w tym osamotniona, ale tylko u nas złe rządy doprowadziły do upadku państwowości polskiej pod koniec XVIII w., a samo państwo na długo zniknęło z mapy Europy. Kiedy u nas rozkwitało sobiepaństwo, buta i warcholstwo zachodni władcy umacniali swoją władzę, ale przy tej okazji też i państwa. Tymczasem u nas zawsze liczyły się interesy grupy rządzącej; tak było i tak jest dzisiaj. Mało kto tak naprawdę myśli o państwie, jako dobru wspólnym. Pojęcie to jest na tyle abstrakcyjne, że w niektórych kręgach powoływanie się nań przywołuje na twarze osób słuchających ironiczne uśmiechy.

Niepisana „zasada TKM” nie zrodziła się dopiero w 2015 r., wraz z dojściem do władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego wodzowskiej partii PiS, jednak trudno zaprzeczyć, że tak pazernej i bezideowej władzy Polska nie miały jeszcze nigdy w całej chyba historii. Skąd to się wzięło i dlaczego? Zacznę od tego, że cała pisowska retoryka nie ma według mnie nic wspólnego z tym, co każdą władzę państwową winno obowiązywać: z dążeniem do zapewnienia dobra państwu, w tym zwłaszcza promocją jego interesów narodowych, a więc w konsekwencji też zapewnieniem bezpieczeństwa, niezawisłości i suwerenności. Nigdy jeszcze (nawet w okresie PRL) dobre imię i pozycja Polski nie były tak marginalne, jak dziś. Nikt nigdy tak nie ośmieszył i nie zdeprecjonował tego, co polskie, przy czym najmniejszym problemem jest to, że przy tej okazji ośmieszył sam siebie, bo na to sobie zasłużył.

Dziś jesteśmy, w tym negatywnym sensie, na „ustach świata”, a postrzega się nas jak kogoś, kto na własne życzenie chce podciąć korzenie drzewa, na którym siedzi. Nikt kto myśli racjonalnie takich rzeczy nie robi, ale kto powiedział, że nieformalny przywódca naszego kraju, człowiek nie tyle kompetentny, co cwany musi myśleć racjonalnie? Nikt! Natomiast jeśli racjonalizm będziemy chcieć rozumieć tylko, jako dążenie Kaczyńskiego do władzy absolutnej to możemy go uznać tyle tylko, że nie ma on nic wspólnego z dobrem państwa, a tylko z zaspokojeniem chorych ambicji człowieka niespełnionego życiowo i zawodowo.

Na początku stycznia 2010 r., ówczesny premier (od 2012 ponowny prezydent) Rosji, Władimir Putin powołał Euroazjatycką Unię Celną (Białoruś, Kazachstan i Rosja). Dwa lata później zaproponował już krok kolejny: powołanie Unii Euroazjatyckiej, która miała być przeciwwagą, a właściwie narzędziem do destrukcji Unii Europejskiej. Ta bowiem od zawsze była mu „solą w oku”, a wykluczał możliwość integracji z nią Rosji. Zapyta ktoś dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta. Otóż Putin nie znosi demokracji, która wymaga od władzy wolnych wyborów, ani tłumaczenia się, istnienia niekontrolowanej opozycji, sprzeciwia się patologiom niekontrolowanej władzy i bogaceniu się wąskiej grupy oligarchów, trzymających się klamki władzy. Zdecydował się więc na podjęcie wszelkich kroków do tego, aby pozbyć się konkurencyjnej, a co gorsze demokratycznej UE, poprzez kaptowanie zwolenników swojego projektu. Tym, co gwarantuje kacykom zdecydowanym na zbliżenie z Rosją jest pełnia władzy dla nich, bez ponoszenia żadnych konsekwencji. I Putin jest to w stanie zagwarantować. Jest już kilku chętnych do tego, aby z tej propozycji skorzystać i choć się z tym nie obnoszą, to zapewne oczekują na taką możliwość (najbardziej znanym z Europy jest Wiktor Orban – guru Kaczyńskiego).

Czyżby Jarosław Kaczyński należał do tej grupy polityków europejskich? Być może, bo jedynie on sam to wie to najlepiej. Natomiast ja, jako analityk mogę stwierdzić np., że on i jego partyjna koalicja robią wszystko (być może z politycznej głupoty, co ich jednak nie tłumaczy), aby plan W. Putina się powiódł! Bo czymże innym jest podważanie zasad istniejących i obowiązujących w UE, zaakceptowanych przez poprzednie polskie rządy? Czymże innym jest zniszczenie w Polsce demokracji, pogwałcenie Konstytucji, łamanie prawa powiązane z destrukcją trybunałów i sądów powszechnych w Polsce, ale także zastraszanie sędziów, prokuratorów i/lub adwokatów niechcących się podporządkować pisowskiemu reżimowi w sankcjonowaniu łamania prawa i upolitycznieniu wszystkiego, co się spolityzować dało?

W mojej opinii, porzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę (to druga co do skali odpowiedzialności za łamanie prawa osoba) demokratycznych procedur UE to jawne zlekceważenie, a nawet pogwałcenie zasadniczego kryterium uczestnictwa w strukturach unijnych. Prowadzi wprost do Polexitu, co może w niedługim czasie stać się mniej lub bardziej formalnym efektem takich działań. Oczywiście sama marginalizacja Polski w Unii Europejskiej jest wystarczającym powodem do obaw, a „rozsadzanie” od środka struktur Wspólnoty jest według mnie zdradą polskich interesów i zdradą stanu! Jest także zdradą demokratycznej Europy, o którą walczyły i ginęły pokolenia ludzi!

Być może (zakładam tu jeszcze resztki dobrej woli, ale przy braku odpowiedniej wiedzy i rozeznania Jarosława Kaczyńskiego), rządzący z tylnego siedzenia prezes PiS nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiego stanu rzeczy. Prowadzić on może nieuchronnie do nowego podziału świata i odtworzenia sytuacji z lat „zimnej wojny”, kiedy to kwestią najważniejszą będą wzajemne rozgrywki wielkich mocarstw o dostęp np. do terytoriów zasobnych w surowce i ważnych ze strategicznego punktu widzenia. Czy tak trudno jest sobie wyobrazić, że wbrew deklaracjom różnych państw (w tym USA Donalda Trumpa; bi czy też multipolarny, ale już w mniejszej skali) układ sił jest (jeśli już) tak naprawdę jedynie im na rękę. My, co najwyżej, możemy spełniać rolę dawnego „satelity” w tym, bądź innym systemie polityczno – militarnym. Nawet jeśli przypadłoby nam miejsce w tym zachodnim, to nie możemy zapominać o tym, kogo mamy za sąsiadów! Gra jest bardzo niebezpieczna, a stawką jest tutaj bezpieczeństwo i przyszłość Polski / Polaków, czego Jarosław Kaczyński zdaje się nie zauważać.

Rafał Trzaskowski udzielił wywiadu portalowi Onet.pl, w którym odpiera atak episkopatu, który włączył się w narrację PiS uderzającą w stolicę za przyjęcie karty LGBT+. Prezydent Warszawy w pierwszej kolejności postanowił wyjść poza podział sceny politycznej, który sprytnie chce narzucić PiS, aby zmonopolizować elektorat osób wierzących: “Nie jestem żadnym antyklerykałem. To PiS próbuje mnie obsadzić w tej roli”. Co więcej polityk podkreśla, że jako katolik boleśnie przyjął krytykę ze strony polskiego Kościoła wobec karty LGBT. To ostatnie nie przeszkodziło jednak Trzaskowskiemu w ponownym zajęciu twardego stanowiska w sprawie ochrony praw mniejszości i krytyki postawy samego Kościoła w Polsce.

“Mam duży szacunek dla tradycji i dla Kościoła. Natomiast, gdy widzę, jak Episkopat wpisuje się w tezy pisowskiej propagandy to, jako katolik, odbieram to boleśnie”.

Prezydent stolicy wytyka także hipokryzję narracji nazywającej prawa określonych grup do istnienia w życiu publicznym jako “kwestii światopoglądowej”: “To nie jest żaden spór światopoglądowy. Nie rozumiem jak walkę o wartości – obronę mniejszości, walkę z hejtem i nietolerancją, stanie przy potrzebujących opieki – można zakwalifikować jako spór światopoglądowy”.

Rafał Trzaskowski ponownie musiał także tłumaczyć wydawałoby się rzecz oczywistą, że proponowane zajęcia szkolne, tak jak do tej pory, będą dobrowolne, a ich misją będzie nauczenie, że “internet nie jest anonimowy, a dzielenie się intymnymi treściami w sieci może przynieść opłakane skutki, że słowa ranią, tłumaczyć podstawy edukacji seksualnej, aby dzieci mogły się bronić przed pedofilią”.

Prezydent stolic nie pozostawia także złudzeń, że krytycy wewnątrz kościoła nawet nie pochyli się nad dokumentem, który tak radykalnie krytykują w swoim oświadczeniu: “Ubolewam, że Episkopat najwyraźniej nie przeanalizował kartyMyślę, że chłodna analiza doprowadziłaby biskupów do innych konkluzji. Zresztą stanowisko biskupów warszawskich było bardziej wyważone”.

Rafał Trzaskowski jak widać bronił stanowczo swojego programu, ale równocześnie zachowując pojednawczy, nie antagonizujący Kościoła ton. Ta wydawałby się ugodowość nie przeszkodziła jednak politykowi wykazać episkopatowi porzucenia chrześcijańskiej misji szerzenia miłosierdzia wobec wszystkich słabszych i porzuconych:

“Jeszcze raz powtórzę: karta jest elementem szerszego programu, który skupia się na pomaganiu wszystkim tym, którzy są dzisiaj słabsi i spychani na margines państwa. Mówię o osobach z niepełnosprawnościami, seniorach, osobach wychodzących z bezdomności, wszystkich, którzy mają inne poglądy i wyznają inną religię, czy mają inny kolor skóry. Osoby homoseksualne są tylko jedną z mniejszości, której staram się pomóc. W sprawie tych wszystkich grup podjąłem szereg działań. O tym jakoś ani Episkopat, ani PiS ze mną nie chcą rozmawiać. Ubolewam nad tym, bowiem wszyscy wiedzą, że PiS robi to z pobudek czysto politycznych, by ponownie straszyć oraz dzielić Polaków. Co do populistów i cyników nie mam żadnych złudzeń. Od Kościoła katolickiego oczekiwałbym natomiast, aby stał na straży wszystkich mniejszości, wszystkich słabszych i zapomnianych”.

Tym samym Rafał Trzaskowski odniósł się do konsekwencji jednej z największych hipokryzji kościoła XXI wieku – zadufanej troski o komfort własnego sumienia, bez względu na cenę jaką za to dobre samopoczucie płacą inni ludzie. Tak jak w sporze aborcyjnym, tak i w sporze o prawa osób LGBT nikogo w episkopacie nie obchodzi bowiem dobro drugiego człowieka, ale układanie świata, który nie będzie burzył ich poczucia samozadowolenia.

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro (nie wiem już, który spełnia w tym duecie rolę sprawczą, nie wiem też, który jest gorszy) nie ustają w wysiłkach na rzecz całkowitej anihilacji polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie mogę także nie dodać, że w moim głębokim przekonaniu działanie to jest celowe i prowadzone z pełnym rozmysłem po to, aby umocnić autorytarny system władzy. Kiedy to wszystko się zaczynało miałem jeszcze jakąś nadzieję na to, że ci ludzie w pewnym momencie się opamiętają, że zdadzą sobie sprawę z tego, że niszczą państwo prawa, kraj będący jakby nie było ich ojczyzną. Jednak pomyliłem się boleśnie i zdałem sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z ludźmi, dla których władza jest celem ostatecznym i raz zdobytej nie zechcą dobrowolnie oddać.

Rządzą nami ludzie nieposiadający wystarczającej dawki cech osób cywilizowanych, które by ich predestynowały do rządzenia tak dużym państwem. Niektórych z nich wręcz charakteryzują zachowania socjopatyczne, z czym się nie kryją (ale ja podejrzewam też pewne zaburzenia natury psychologicznej). Nie jestem co prawda specjalistą od tych kwestii, ale moje doświadczenie zawodowe i życiowe, zawód i wiek pozwalają mi na wypowiadanie się w kwestiach ważnych dla Polski. To nie przywilej, a wręcz obowiązek z racji pełnionych w życiu funkcji i wyższej (niż u przeciętnego obywatela) świadomości dziejącego się tu zła. Daje mi do tego mandat moje wykształcenie, które uzyskałem na polskim uniwersytecie, który obdarzył mnie także zaszczytnym stopniem doktora nauk społecznych, z zakresu nauk o polityce! To daje mi wspomniane prawo do oceny!

Znajdujemy się w okresie przedwyborczym do Parlamentu Europejskiego (maj), Sejmu i Senatu RP (jesień b.r.), w przyszłym natomiast roku dokonamy wyboru osoby na urząd Prezydenta RP. To ważne, aby one były przeprowadzone w sposób zgodny z prawem RP, którego najwyższą wykładnią jest bez wątpienia nasza Konstytucja. Ta sama, którą wiele razy złamał obecny prezydent Andrzej Duda oraz jego pisowscy akolici (kolejność tę można odwrócić). Władza PiS i SP nie przestaje jednak działać, i w gwałceniu prawa posuwa się coraz dalej.

Aktualnie poza działaniami skierowanymi przeciwko przyzwoitym, nieugiętym sędziom, prokuratorom, a nawet adwokatom i radcom prawnym, którzy nie chcą wejść na drogę łamania prawa (nazwijmy jednak tę rzecz po imieniu: przestępstwa), toczą się liczne postępowania przed tzw. Izbą Dyscyplinarną SN – tworem Zbigniewa Ziobry, który wręcz zdemolował polski wymiar sprawiedliwości i prokuraturę! Nie wiem tylko czemu wszyscy, którzy „coś mogą” przyglądają się temu bezczynnie (oczywiście jest to pewne uproszczenie, bo coś jednak się dzieje). Czy liczą oni na to, że praworządność obroni się sama, a ci, którzy ją łamią wyrażą skruchę i odejdą?! Jeśli ktoś na to liczy, to nawet nie jest nawet naiwny, tylko po prostu głupi!

Po raz „ent” zwracam się do polityków (bo ruchy społeczne działają prężnie) o to, aby nie czekali z „założonymi rękoma,” tylko zorganizowali społeczeństwo do zgodnego z prawem sprzeciwu wobec władzy gwałcącej prawo i niszczącej państwo. Nic samo się nie zrobi, a czekanie powoduje tylko zwiększenie i nieodwracalność szkód. Pamiętajmy, że w Polsce nic już nie funkcjonuje tak, jak powinno:

  • Trybunały zostały pozbawione narzędzi do działania: Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu to fikcja – szczególnie szkodliwy jest ten pierwszy;
  • Sądy powszechne przejęła pisowska władza i obsadza je swoimi ludźmi;
  • Wojsko, Policja i inne formacje zmilitaryzowane są w rękach PiS/SP;
  • Służby (a na pewno ich szefowie) są raczej w większości dyspozycyjne;
  • Trwają zakusy na PKW, co pewnie zakończy się „sukcesem koalicji rządzącej”, a skoro tak, to już nawet nie będzie potrzeby fałszerstw (choć ich nie wykluczam), bo mając swoich sędziów i komisarzy można „legalnie po pisowsku” unieważnić listę każdego komitetu wyborczego, podnosząc tym samym niezbędny do osiągnięcia próg wyborczy, że już o machinacjach w wytyczaniu granic okręgów i obwodów nie wspomnę.

Tak można byłoby jeszcze długo wyliczać, ale po co skoro dobrze wiemy czego mamy się obawiać? Tym, co najgorsze jest kończący się czas, a nie dostrzegłem dotąd żadnych działań przygotowawczych, mogących zapobiec szalbierstwom władzy. Czy ktoś myśli, że na pstryknięcie palcem zjadą się do nas w maju i na jesieni przedstawiciele wszelkich organizacji mogących kontrolować wybory? Czy OBWE, UE, Rada Europy mają już jakąś agendę do działań, o których można byłoby poinformować społeczeństwo RP? Proszę tylko nie kpić mówiąc, że to sprawy tajne i nie można o tym mówić! Można i trzeba, ale poza tym trzeba głośno o tym mówić, bo tu o Polskę idzie, a nie partie te czy inne oraz ambicje ich liderów.

Partie nie mogą zapominać tego, że najważniejsza jest właśnie Polska, nie one! Ich rolą jest służyć ojczyźnie, która za tę służbę niezwykle hojnie je nagradza. Fundusze roczne rzędu kilkunastu milionów złotych powinny być racjonalnie wykorzystane dla dobra Polski. Wydawanie ich na bilbordy i inne fanaberie, a przy tym ograniczenie działań rzeczywiście skutecznych oraz zamykanie się we własnej bańce to chyba jakaś pomyłka panowie. Społeczeństwo wam płaci i chce efektów za te płace! To ono jest waszym pracodawcą, a skoro chcecie być zawodowymi politykami, to wyjdźcie na ulice do ludzi, zamiast reklamować się w tej, czy innej telewizji! Najwyższy już ku temu czas!

Nauczyciele coraz bliżej strajku

26 Mar

„Spotkamy się 1 kwietnia. Zakładam, że ta data nie będzie podmiotem ani przedmiotem żartu. Szkoda, że te dzisiejsze godziny, w jakiejś mierze stracone, nie przybliżyły nas do rozwiązania problemu. Strona rządowa nie przedstawiła żadnych, żadnych propozycji poza upartym powrotem do tego, że robią gest, przenosząc podwyżkę z 2020 roku na wrzesień 2019” – powiedział przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz. Posiedzenie Rady Dialogu Społecznego dotyczące sytuacji w oświacie zostało przerwane po czterech godzinach.

Zdaniem Jana Guza z OPZZ rozmowy nie przybliżyły stron do jakiegokolwiek kompromisu. – „Propozycje wzrostu wynagrodzeń absolutnie nie korespondują z oczekiwaniami żadnego z partnerów społecznych, łącznie z Solidarnością. Na pewno nie odwołujemy strajku ani przygotowań do akcji protestacyjnej. Żaden ze związków. Natomiast czekamy na propozycję strony rządowej. Z naszej strony ciągle jest 1000 zł na stole” – stwierdził Guz.

Jeszcze przed rozpoczęciem dzisiejszego spotkania z przedstawicielami rządu Broniarz podał wstępne wyniki referendów, jakie odbyły się w szkołach, które weszły w spór zbiorowy. – „Potwierdza się informacja, że do sporu zbiorowego weszło ponad 85 proc. szkół, przedszkoli, placówek edukacyjnych. Za strajkiem w tych placówkach, które weszły w spór zbiorowy, opowiedziało się od 85 do 90 proc. zatrudnionych tam nauczycieli i pracowników niebędących nauczycielami” – poinformował Broniarz. Dodał, że nie są to ostateczne dane.

4 czerwca coraz bliżej – obchody nabierają kształtów. 4 czerwca o godz. 12 na gdańskim Placu Solidarności odśpiewany zostanie hymn Polski, a także podpisana „Deklaracja Wolności i Solidarności”. O godz. 17, w sercu Gdańska, na Drodze Królewskiej odbędzie się wiec, na którym głos zabierze Lech Wałęsa i Donald Tusk, a o godz. 20 rozpocznie koncert, na którym wystąpią głównie polskie zespoły pokazujące naszą drogę historyczną przez te ostatnich 30 lat” – zapowiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Dodała, że 3 i 4 czerwca w Europejskim Centrum Solidarności będzie trwało forum obywatelskie. – „Do różnych paneli zapraszamy burmistrzów innych miast, wydaje się niemal na 100 proc. pewne, że przyjedzie chociażby burmistrz Londynu” – poinformowała Dulkiewicz.

Obchody będą we wszystkich samorządach spięte jedną klamrą, znakiem graficznym. O tym w artykule „Autor znaku „Solidarności” stworzył logo obchodów rocznicy 4 Czerwca”.

W prace komitetu organizacyjnego czerwcowych obchodów w Gdańsku włączyli się Henryk Wujec i Janusz Steinhoff, którzy po wyborach 1989 r. weszli do Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Steinhoff powiedział, że większość z osób, które zakładały OKP i dożyły dzisiejszych czasów jest bardzo dumnych z ostatnich 30 lat historii Polski. – Dla nas, ludzi, którzy zaczynali swoją działalność 4 czerwca, Gdańsk jest miejscem, gdzie wszystko się zaczęło. Negatywnie oceniamy stanowisko rządu i prezydenta wobec 30 lat transformacji. Padały z ich ust wypowiedzi dezawuujące wydarzenia takie, jak Okrągły Stół. Zdecydowanie przeciwstawiamy się fałszowaniu historii, fałszowaniu tych wszystkich wydarzeń, które miały bardzo istotne znaczenie dla najnowszej historii Polski. Jesteśmy bardzo wdzięczni przedstawicielom samorządów, iż w sposób godny i adekwatny do rangi tego wydarzenia będziemy mogli wspólnie po 30 latach obchodzić dzień 4 czerwca 1989 roku” – podkreślił Steinhoff.

Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział, że zaproszenia na główne uroczystości, które odbędą się w Gdańsku, zostaną wysłane do wszystkich. – „Przedstawiciele rządu bardzo dobrze wiedzą, że świętujemy w Gdańsku i takie zaproszenia na pewno będą” – stwierdził Trzaskowski.

Morawiecki próbuje ograć opozycję

26 Sty

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym, jak również w świecie mediów – mówił na konferencji prasowej premier. Niestety, nie było możliwości zadawania pytań.

Wcześniej Mateusz Morawiecki spotkał się z szefami resortów: zdrowia, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i administracji. Ministrowie uczestniczyli także z w spotkaniu z posłami.

Jakie propozycje znalazły się na stole? M.in. zaostrzenie kar za najcięższe przestępstwa popełniane z nienawiści i zaostrzenie kar za groźby karalne. Chociaż według opozycji nie chodzi o zmianę prawa, ale o jego egzekwowanie. Dużo emocji budzi propozycja opracowana w Ministerstwie Zdrowia dotycząca kwestii zmian w prawie dotyczących recydywistów lub niebezpiecznych chorych psychicznie, którzy opuszczają więzienie.

– Mamy bardzo ważne informacje, stanowiące podstawę do dyskusji. Poprosiliśmy przedstawicieli opozycji, żeby i oni zaproponowali swoich ekspertów. Zaprosimy także organizacje pozarządowe. Mam nadzieję, że wypracujemy z opozycją wspólne rozwiązanie. A to doprowadzi do podniesienia poziomu bezpieczeństwa. Nasi współuczestnicy zaproponowali rozwiązania, nie było tak, że zgodziliśmy się we wszystkim, ale chcę podkreślić, że w spotkaniu towarzyszyła nam dobra atmosfera – mówił Mateusz Morawiecki.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu rząd ma przedstawić informację na temat śledztwa dotyczącego zabójstwa prezydenta Gdańska.

Neumann: Różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele klubu PO-KO, PSL-UED, Nowoczesnej, Kukiz ’15 oraz koła Wolni i Solidarni. Nie pojawił się Ryszard Petru.

Przewodniczący klubu PO-KO jest zdecydowanie bardziej sceptyczny niż premier. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym, poza tym, że wszyscy chcemy walczyć o dobre przepisy, które na przyszłość będą chroniły Polaków. Ale różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia i doprowadziło do tej tragedii. Potrzeba dalszych rozmów i przemyślenia. To władza i rząd ponoszą największą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polaków – komentował podczas spotkania z dziennikarzami poseł Sławomir Neumann. Przyznał, że opozycja zadeklarowała współpracę, jeżeli chodzi o zmiany w prawie, ale ważniejsza jest inna kwestia. – Dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że osoba, która dokonała mordu politycznego, jest osobą niezrównoważoną psychicznie – tłumaczył.

Poinformował o ważnej deklaracji premiera oraz Prokuratora Generalnego: – Jeżeli rodzina wystąpi o pełnomocnika w śledztwie, który potem będzie oskarżycielem posiłkowym, to mamy deklaracje, że zostanie podjęta pozytywna decyzja. Bedzie można mieć osobę, która będzie patrzyła na ręce i pomagała w tym śledztwie. Transparentność tego śledztwa i komunikacji z tego śledztwa jest podstawowa w sytuacji, w której sprawa budzi takie emocje.

Nie ma za to zgody na kolejny postulat PO, czyli „wznowienie postępowań na wniosek osób pokrzywdzonych, dotyczących nienawiści, podżegana do łamania prawa i fizycznego uderzania w osoby reprezentujące opozycję czy niezgadzające się z rządem”. – Ta sprawa nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia. Minister Zbigniew Ziobro nie jest chętny do tego, aby wznawiać postępowania. Tu jest wyraźny rozdźwięk między premierem i ministrem sprawiedliwości – mówił Neumann.

I jeszcze jeden postulat, który nie spotkał się z pozytywną reakcją, a wręcz przeciwnie. Politycy PO domagali się odwołania władz TVP. – Obciążamy ją olbrzymią odpowiedzialnością za podnoszenie poziomu agresji w debacie politycznej, który nie jest akceptowany przez większość klasy politycznej poza rządzącymi. Nie ma chęci współpracy, pan premier stanął po stronie TVP – przyznał szef klubu PO-KO.

Kosiniak-Kamysz: Nie ma żadnej refleksji dotyczącej TVP

Prezes ludowców, posobnie jak szef klubu PO-KO, zadeklarował chęć współpracy odnośnie do zmian w prawie. – Są rzeczy, z którymi się zgadzamy. Będziemy współpracować nad ustawami, uregulowaniem przepisów dotyczących osób chorych psychicznie, przebywających w zakładach karnych. To nie jest łatwa sprawa. Tu muszą być poważne, normalne konsultacje i dialog – deklarował po spotkaniu Władysław Kosiniak-Kamysz.

Dla niego ważne jest to, że na wniosek klubu PSL-UED odbędzie się sejmowa debata „na temat wątpliwości dotyczących śledztwa w sprawie śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, działań policji, służby więziennej przed i po tych wydarzeniach”.

Władysław Kosiniak-Kamysz ubolewa także nad „zamknięciem” tematu zmian w TVP. – Kluczowe było zdanie wyrażone przez przewodniczącego Ryszarda Terleckiego. U niego nie widzę żadnej refleksji. Może premier by chciał, tak jak wyczuwam, ale nie ma chyba zgody w obozie PiS-u. Ta walka wewnętrzna powoduje, że dzisiaj wygrywają ci o przekonaniu, że Telewizja Polska nie potrzebuje żadnej naprawy. Ale premier jest premierem i albo udowodni za chwilę, że ma wpływ na to, co się dzieje również w telewizji, albo zmiana debaty się nie odbędzie – mówił lider PSL-u.

Po spotkaniu w szerokim gronie odbyło się jeszcze krótkie spotkanie premiera z prezesem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, czym pochwalił się Mateusz Morawiecki na Twitterze.

Szczegółów tej rozmowy nie poznaliśmy.

Dlaczego partia rządząca usiłuje nam wmówić, że był to tylko zwykły atak szaleńca?

Wydawało się, że ostatnie kilkanaście dni minie nam w zadumie, wyciszeniu i refleksji. Nic bardziej mylnego. Teraz to dopiero mamy jazdę bez trzymanki. Obarczanie się nawzajem winą za język nienawiści, wskazywanie palcem, kto bardziej, a kto mniej się tym językiem posługuje, no i ta niesamowicie „kreatywna twórczość” – od polityków i mediów zaczynając, a kończąc na zwykłym, szarym obywatelu. Mnie jednak zastanawia coś innego – dlaczego politycy PiS i wierne im media usiłują nas przekonać, że morderstwo Pawła Adamowicza nie miało politycznego charakteru?

Dr Daniel Mider z Uniwersytetu Warszawskiego opracował zespół cech, które definiują właśnie morderstwo polityczne. Zgodnie z tym, ofiarą mordu jest jedynowładca lub najwyższy funkcjonariusz publiczny (władzy centralnej), względnie każdy funkcjonariusz publiczny i każda osoba publiczna, która tę rolę sprawowała, sprawuje lub do niej czynnie aspiruje. Motywem zabójstwa politycznego jest motyw wyłącznie polityczny, czyli czyn dokonywany  w celu zmiany władzy bądź wywarcia wpływu na proces polityczny lub też każdy, podjęty ze względu na pełnioną publiczną rolę ofiary: polityczną, ideologiczną, kulturową, etyczną, religijną lub obyczajową.

Przyjmując takie właśnie założenie, nie ma nawet co dyskutować. Zabójstwo prezydenta Gdańska mieści się w szeroko rozumianym pojęciu morderstwa politycznego. Dlaczego więc PiS zapiera się rękami i nogami, usiłując nam wmówić, że to bujda, że to tylko zwykły atak szaleńca? A przecież nie tak dawno, w październiku 2010 roku, gdy zamordowany został łódzki działacz PiS Marek Rosiak, Mariusz Błaszczak mówił: – „To morderstwo na tle politycznym. Morderca okazał się człowiekiem świadomym swoich celów. Został skazany, a w uzasadnieniu sąd napisał, że zamordował działacza PiS; chciał zamordować premiera Jarosława Kaczyńskiego, tylko ochrona uniemożliwiła mu ten atak”.

Mam swoją teorię na ten temat. Może ona mało logiczna, może za bardzo umiejscowiona w mojej paranoi czy teorii spiskowej, ale zamierzam się nią z Państwem podzielić. W końcu, gdy PiS pozwala sobie na totalnie irracjonalną politykę „dobrej zmiany”, która prowadzi Polskę do ruiny, to i ja mogę dać upust mojej nadmiernie wybujałej fantazji.

Otóż… uważam, że PiS nie może strawić, iż traci „wyłączność” na ofiarę mordów na tle politycznym. Wszystko do tej pory było tak dobrze poukładane, np. mit o zbrodni smoleńskiej, który w znacznym stopniu poprowadził prezesa i jego ludzi do władzy. Nic to, że wciąż brak dowodów na zbrodnię. Ważne, że już od kilku lat wydawane są nasze pieniądze na realizacje kolejnych szalonych wizji pana Macierewicza. Lud cierpliwy, więc poczeka. Przekonanie narodu, że morderstwo w Łodzi było wynikiem nienawiści do partii, która jako jedyna, wie, co dla narodu dobre, jako jedyna proponuje praworządność i uczciwość, i to właśnie za to jest tak szykanowana oraz niszczona.

A teraz co? Jak wytłumaczyć swojemu narodowi, że morduje się kogoś, związanego z tymi, których można było z pełną satysfakcją i na okrągło obwiniać o tragedię w Łodzi i Smoleńsku? Wydarzenie w Gdańsku rozwaliło pisowską narrację całkowicie. PiS jeszcze usiłuje trzymać karty w swoim ręku. Prezes ignoruje minutę ciszy w Sejmie, wyrzuca się z uchwały upamiętniającej Pawła Adamowicza niewygodne dla PiS sformułowania. Zakazuje się politykom partii rządzącej komentować wydarzenie w Gdańsku, a Jarosław Kaczyński ostentacyjnie, w przededniu pogrzebu Pawła Adamowicza, jedzie do Krakowa, by pomodlić się nad sarkofagiem brata.  A wszystko po to, by pokazać narodowi, kto jako jedyny zasługuje na tłumne pożegnanie i jeszcze większe wspominanie… Kto jest ofiarą mordu politycznego… Kto wart jest pamięci…

Mało tego – PiS usiłuje rozegrać tragedię, która wydarzyła się w Gdańsku, na swoją korzyść. Przecież przed nami wybory do europarlamentu i naszego parlamentu rodzimego. Może więc uda się coś ugrać i uszczknąć więcej głosów? Stąd, jako ukłon w jedną stronę, pełna troski i łagodności twarz premiera oraz prezydenta. Stąd podejmowane działania, by język nienawiści zniknął z przestrzeni publicznej, zwiększona aktywność policji i prokuratorów, którzy nagle obudzili się i zaczynają ścigać tych, którzy tym językiem – za przyzwoleniem obecnej władzy – posługiwali się na prawo i lewo. Z drugiej zaś strony, dbałość o utrzymanie własnego elektoratu w przekonaniu, że nic się nie zmienia, a telewizja i media reżimowe nie zmieniły swojego propagandowego przekazu.

Nie wolno też zapomnieć o tym, że los sprzyja PiS-owi. Tam, gdzie dla wielu Polaków ból, rozpacz, niedowierzanie, dla tej partii świetna zasłona dymna, pod którą można wreszcie schować SKOK-i, aferę KNF, pana Glapińskiego, nieudolność w zarządzaniu, szastanie naszymi pieniędzmi, taśmy z premierem Morawieckim i wiele jeszcze innych wpadek. PiS ma nadzieję, że naród o rozliczenie się nie upomni, bo ma ważniejszą sprawę na głowie. Może błądzę w oparach fantazji, a może nie…

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Amerykański historyk specjalizujący się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej Timothy Snyder uważa, że do brexitu nie dojdzie. Ponadto brexit pokazuje, że Unia Europejska działa – ocenił Snyder w rozmowie z konserwatywnym dziennikiem „Die Welt”.

Brexit. Jak Polska gra na obie bramki i dlaczego tak się nie da [OPINIA]

Co z brexitem?

– Brexit, do którego nie dojdzie, jest załatwiany przez Unię Europejską w jej typowy nudny sposób, tak że przez dwa lata o tym rozmawia – zauważył profesor. – Brexit niekoniecznie zatem dowodzi tego, że Unia nie działa. Udowadnia wręcz, że potrafi działać w obliczu zagrożenia dla jej istnienia.

Zdaniem Snydera wynika to z niezwykle złożonej zdolności skutecznego radzenia sobie w wewnętrznymi różnicami. Jest to jedna z głównych cech, która odróżnia UE od Chin czy Rosji.

– Europa robi wrażenie chaotycznej i zdezorganizowanej, podczas gdy Chiny i Rosja – z oddali – wyglądają jak dobrze naoliwione maszyny. Co jest jednak ich słabością – uważa historyk. – Unia Europejska jest jedyną organizacją, która ma wolę i jest dość duża, by zająć się prawdziwymi wyzwaniami obecnego stulecia. Ani aneksja Krymu, ani budowa muru na granicy z Meksykiem nie mają nic wspólnego z tymi prawdziwymi wyzwaniami. Europejczycy, jako jedyni, na poważnie próbują kształtować 21. wiek poprzez swoje ideały – prawa człowieka i państwo prawa – wylicza Snyder.

W pogoni za potęgą [WYWIAD]

„Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy”

Jego zdaniem Europa, w której pół miliarda ludzi cieszy się wysokim poziomem życia, poszanowaniem dla prawa, długowiecznością i jest zadowolona, stanowi ważny czynnik wpływający na sytuacje na świecie. – Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy. Dlatego macie też wrogów – przekonuje Snyder.

Mówiąc o dwóch największych przeciwnikach USA i Europy, Snyder zwraca uwagę na różnice w działaniu między Pekinem a Kremlem. – Rosja robi przeciwko nam to, na co Chiny się nie decydują ze względów taktycznych. Rosjanie szukają w polityce zagranicznej natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, podczas gdy Chińczycy myślą długofalowo – analizuje historyk. Jednocześnie przestrzega przed bagatelizowaniem Rosji i redukowania jej do „broni nuklearnej i Gazpromu”. – Istnieje związek między Rosją a Chinami. Polityka Kremla ukierunkowana na dezintegrację (Zachodu – red.) służy Chinom – zauważa.

Według Snydera osłabianie Zachodu przez Moskwę paradoksalnie jest szkodliwe dla niej samej. Dużo większym problemem dla Rosji są bowiem właśnie Chiny. Z geopolitycznego punktu widzenia działania największego państwa na świecie nie mają sensu. Naukowiec tłumaczy je w następujący sposób: – Rosjanie dużo mówią o geopolityce, ale zachowują się jak dzieci z eksperymentu Waltera Mischela. Nie mogły one oprzeć się pokusie, by natychmiast nie zjeść zaproponowanych im cukrowych pianek, chociaż dostałyby więcej słodyczy, gdyby zaczekały”. Wśród „pianek” na które Kreml się „skusił” historyk wymienia aneksję Krymu, próby wpływanie na wyniki wyborów w USA czy popieranie europejskich populistów. – To geopolityczny nonsens. Nic to jednak nie zmienia. Nie możemy im tego puścić płazem – przekonuje.

Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

Trump jak narodowi socjaliści?

Timothy Snyder, który wykłada na elitarnym uniwersytecie Yale, wyjątkowo krytycznie ocenia prezydenta Donalda Trumpa w USA, dostrzegając analogie z działaniami narodowych socjalistów w Niemczech.

– Nie jestem jedynym, który próbuje wyciągać wnioski z lat 30. ubiegłego wieku, żeby zrozumieć teraźniejszość. W tym kontekście mówię o niebezpieczeństwie stanu wyjątkowego”, którego wprowadzeniem grozi Trump, jeśli nie dostanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem – tłumaczy. – Przeobrażenie się Republiki Weimarskiej w narodowosocjalistyczną dyktaturę było poprzedzone nieustanną praktyką wydawania nadzwyczajnych rozporządzeń dla ominięcia parlamentu – konkluduje.

Polski rząd chce przygotować się na „twardy brexit”

Apel o prawdę dla Pawła Adamowicza.

Zachowanie Kaczyńskiego w Sejmie to odmowa odpowiedzialności za rynsztok, który się stworzyło w kraju. Zamach na Adamowicza 8

17 Sty

„To czysty przypadek, proszę nie doszukiwać się w tym drugiego dna” – tak rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek tłumaczyła swoją nieobecność podczas minuty ciszy na cześć tragicznie zmarłego Pawła Adamowicza w Sejmie. Przesłanek, by sądzić, że absencja prezesa z przybocznymi podczas symbolicznego gestu nie była przypadkowa dostarcza przykład z terenu. Otóż radni Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi wzięli dziś przykład z góry i nie uczestniczyli dziś w posiedzeniu Rady Miasta, na którym żegnano Pawła Adamowicza, zamordowanego prezydenta Gdańska.

Podczas sesji Rady Miasta obecny był tylko jeden radny Prawa i Sprawiedliwości. Puste krzesła łódzkich działaczy PiS zostaną w pamięci smutnym znakiem politycznej i ludzkiej małości. Chyba, że to był również czysty przypadek.

Zachowania Jarosława Kaczyńskiego trudno nie nazwać celowym. Tuż po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza wielu wyrażało nadzieję na poprawę poziomu w polskim dyskursie politycznym. Niestety, zawistnego, jedynie słusznie cierpiącego prezesa Prawa i Sprawiedliwości nie było stać na klasę nawet na poziomie czysto symbolicznym. Przykład z góry poszedł do Łodzi. Niestety, jak Kaczyński zdołał wielokrotnie udowodnić, „góra” to człowiek mały. 

Próbujący narzucić dziś, skądinąd krzywdzącą narrację o „chorym psychicznie” zamachowcu, działającemu samodzielnie w oderwaniu od motywacji politycznych, w ramach dobrze przyjętej w Polsce „symetrii”, chętnie wspominają dziś o zabójstwie Marka Rosiaka w biurze europosła PiS Janusza Wojciechowskiego z października 2010 roku. Zamachowiec chciał wtedy zabić Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy też politycy PiS na czele z prezesem oskarżali rządzących o kampanię nienawiści przeciwko ich partii. „Zaczyna się zabijanie opozycji. Nie zabijajcie nas, chcemy pracować dla demokratycznej Polski. Wróćmy do normalnych zasad funkcjonowania polskiego państwa” – apelował Witold Waszczykowski.

Pamięć tragicznie zmarłego Marka Rosiaka uczcili w Łodzi ówcześni Prezydent, premier i Marszałek Sejmu. Gdy wielu liczyło na symboliczne pojednanie w geście podania dłoni na znak pokoju podczas pogrzebu, Jarosław Kaczyński zgrabnie uniknął niechcianej sytuacji czekając w przejściu pomiędzy ławkami. Mimo tego prezes mówił o wybuchu „socjotechniki nienawiści, która zaczęła być stosowana jako socjotechnika władzy”. „I jeśli można dziś o coś apelować, prosić, to o to, by ta socjotechnika, by ten sposób rządzenia został odrzucony, z całym zdecydowaniem, jednoznacznie, bez żadnych uników” – dodał.

W myśl apelu Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło powstanie tzw. Deklaracji łódzkiej “przeciw przemocy i nienawiści w życiu publicznym i mediach”. Jako pierwszy deklarację podpisał sam Jarosław Kaczyński, wezwał do tego samego Bronisława Komorowskiego, warunkował tym możliwość rozmowy z prezydentem. Zobowiązał się przez to, jak mówił na konferencji, „do nie posługiwania się w życiu publicznym sformułowaniami obraźliwymi, bardzo skrajnymi, sformułowaniami bez których można w polskim naszym języku wyrazić nawet najbardziej krytyczny pogląd”.

W Deklaracji napisano:

„Dlatego uważamy za niedopuszczalne: 

– Wyrażenia wzywające do przemocy i życzące śmierci, szyderstwo z sytuacji zagrożenia życia np. jaka wizyta taki zamach; 

– Wypowiedzi przypisujące choroby psychiczne, wmawianie nienawiści i działania z niskich pobudek; 

– Używanie dla określenia oponenta słów powszechnie traktowanych za obelżywe – np. bydło, wataha czy wypowiedzi takich jak : „(…) znajduje się grupa ludzi, która w tym czasie – kiedy wszyscy bez wyjątku ciężko pracują – plądruje walizki pasażerów” czy „Przyjdzie taki dzień, że Jarosław Kaczyński będzie już rozmawiał z siłami ostateczności (…) być może będzie miało to miejsce jeszcze w tym roku (…) wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok”. 

Ten język nienawiści i wykluczenia odrzucamy! Apelujemy do uczestników życia publicznego, redakcji prasowych, działaczy społecznych i związkowych, osób zaufania publicznego, a przede wszystkim do obywateli, aby przystąpili do tej deklaracji”.

Co zostało z Deklaracji? Co zostało z chęci zmiany? Czy Prawo i Sprawiedliwość po prostu perfidnie wykorzystało ludzką tragedię do walki politycznej?

Prawo i Sprawiedliwość nie zachowało choćby pozorów przyzwoitości. W tych smutnych okolicznościach dobre jest jedno. Podłe zachowanie polityków prawicy budzi wśród Polaków jeszcze szczere oburzenie. Tym razem nie spot

Są ludzie winni takiej atmosfery, która popchnęła tego osobnika do zabójstwa prezydenta Adamowicza, tak samo jak popchnęła do zabójstwa prezydenta Narutowicza. Nie podzielam poglądu, że trzeba wyciszyć emocje, pogrążyć się we wspólnej zadumie, znam ten ton z 1922 roku. Nie, takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu. Tak jak sobie wszyscy upudrowali sumienia po zabójstwie Narutowicza, że to szaleniec zabił, a druga strona wykazała się wspaniałomyślnością, nie dążyła do publicznego rozliczenia – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk specjalizujący się w historii dwudziestolecia międzywojennego. – Jeżeli tak się stanie, to prezydent Adamowicz zginie dwa razy. Raz z ręki mordercy, a drugi raz w wyniku tego, że nie wyciągnięto z tej śmierci wniosku.

JUSTYNA KOĆ: W całym kraju odbyły się w poniedziałek marsze przeciw nienawiści. W Warszawie ludzie spotkali się przed PKiN, po czym spontanicznie ruszyli przed Zachętę, intuicyjnie łącząc zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza z zabójstwem prezydenta Gabriela Narutowicza. Słusznie?

PROF. TOMASZ NAŁĘCZ: Też bym tak zrobił, chociaż kierowany nie intuicją, a wiedzą historyczną, bo zajmuję się zawodowo przede wszystkim okresem międzywojennym, a więc czasami Gabriela Narutowicza.

Widzę ogromne podobieństwa tych dwóch sytuacji. Oczywiście jest też mnóstwo odmienności, nieporównywalna jest Polska po blisko 100 latach, inne jest społeczeństwo, inne państwo, inna kultura, inny sposób komunikowania. Nie ma dwóch porównywalnych w historii momentów jeden do jednego, natomiast istota zjawiska jest ta sama.

Nienawiść?
Nienawiść sączona instrumentalnie przez ludzi polityki ludziom, którzy nie dostrzegali istoty tej gry i którzy zarzuty stawiane fałszywie Narutowiczowi traktowali poważnie. Narutowicza po wyborze na prezydenta oskarżano o najgorsze rzeczy, wcześniej nie budził żadnych emocji, dopiero kiedy został wybrany i przepadł, wydawało się żelazny kandydat endecji, hrabia Maurycy Zamoyski.

Ludzie prości, przyjmujący słowa wypowiadane przez polityków jako wierzenia, traktowali Narutowicza jako zło wcielone, a szczególnie niebezpieczni są w takich sytuacjach ludzie, którzy są niezrównoważeni, odbiegają od normy psychologicznej. To niekonicznie muszą być ludzie ogarnięci chorobą, ale podatni na nastroje.

Nie znam się na psychologii, ale nie ulega wątpliwości, że zabójca prezydenta Narutowicza był człowiekiem z ówczesnej elity intelektualnej, krytykiem sztuki, wysokim urzędnikiem państwowym, cieszył się szacunkiem. To, że popełnił ten mord, nie cofa tych poprzedzających opinii, wiedzy i umiejętności. Niewiadomski od dłuższego czasu przygotowywał się do zamachu na Piłsudskiego. Gdyby ten nie zrezygnował z kandydowania, Zgromadzenie Narodowe wybrałoby go prawdopodobnie już w pierwszym głosowaniu i to Piłsudski by zginął.

Poszukajmy tych analogii głębiej. W 1922 roku gazety pisały o Narutowiczu jako obywatelu Szwajcarii, nie-Polaku, pisano o rządzie „powołanym przez prezydenta narzuconego przez obce narodowości: Żydów, Niemców i Ukraińców”Dziś pojawiają się statystyki, że w ciągu ostatniego roku w TVP wyemitowano ponad 100 materiałów szkalujących Adamowicza.

Zabójstwo prezydenta Adamowicza jest dokładnie taką samą sytuacją jak morderstwo prezydenta Narutowicza.

Ja nie oglądam tych programów, bo uważam, że to uwłacza godności normalnego człowieka, chociaż płacę abonament jak porządny obywatel. Uważam, że to jest warte przebadania i oczywiście, że ci pseudodziennikarze nie hodowali świadomie mordercy, tak jak ludzie, którzy atakowali Narutowicza, nie chcieli jego mordu.

Czym innym jest rzucanie błotem, a czym innym, jak to błoto zamienia się w krew ofiary.

Co było po zabójstwie?
Obozowi winnemu śmierci Narutowicza uszło to na sucho, oczywiście oprócz zamachowca, który poniósł karę śmierci, został stracony kilka tygodni po zamachu, ale obóz polityczny nie. Przeciwnie, pięć miesięcy po zabójstwie Narutowicza w koalicji z PSL-Piast objął władzę w Polsce. Jestem przekonany, że są tu sytuacje analogicznie.

Są ludzie winni takiej atmosfery, która popchnęła tego osobnika do zabójstwa prezydenta Adamowicza, tak samo jak popchnęła do zabójstwa Narutowicza. Nie podzielam poglądu, że trzeba wyciszyć emocje, pogrążyć się we wspólnej zadumie, znam ten ton z 1922 roku. Nie, takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu.

Tak jak sobie wszyscy upudrowali sumienia po zabójstwie Narutowicza, że to szaleniec zabił, bo rzeczywiście ten morderca nie miał organizacyjnych związków z obozem narodowym. Politycznie ten akt nikomu nie zaszkodził, oczywiście oskarżenie o moralną winę za zabójstwo prezydenta w krótkim czasie szkodziło temu  środowisku, ale druga strona wykazała się wspaniałomyślnością, nie dążyła do publicznego osądu całej tej sprawy, bała się konfliktu wewnętrznego, wojny domowej, starała się załagodzić sytuację. Słyszę ten ton także teraz w debacie publicznej.

Nie przypisujmy nikomu winy, zbadajmy tę sprawę, słyszę komunikaty o konieczności badań medycznych zabójcy. Oczywiście, że one są elementem procedury śledczej, a potem sądowej, ale uważam, że jest jedną wielką przestrogą przypadek Narutowicza i tego, co potem się działo w imię tzw. wyższego dobra i spokoju, nienapinania konfliktu społecznego, nierozliczania winnych.

Jestem przekonany, że śledztwo prokuratora Ziobry będzie zmierzało w kierunku, że morderca prezydenta Gdańska był psychicznie chory. To zawsze jest łatwiejsze usprawiedliwienie, gdy szaleniec sięga po broń.

Powinny nastąpić twarde rozliczenia?
Uważam, że ktoś swoją argumentacją wkłada do ręki broń szaleńcowi, ktoś sprawia, że szaleniec sięga po rewolwer czy po nóż, przecież sam tego nie wymyślił podczas spacerów nad Wisłą czy Wełtawą. On słucha i chłonie.

Nie wystarczy w przypadku złowrogiej audycji zniszczyć odbiornika, tylko trzeba uciszyć radiostację. Tak jest też w tym przypadku.

W 1922 roku mówiono „ciszej nad tą trumną”.
I rozejdźmy się w zadumie, kto bez winy, niech rzuci kamieniem. Oczywiście, że te emocje, atmosfera oskarżeń, ciężkich słów to jest przekleństwo współczesnej polityki, nie tylko polskiej, ale jak się tak to zostawi, to będzie tak samo jak 97 lat temu. Ruchy skrajne wyniosą mordercę na swoje sztandary, może nawet jak w przypadku Narutowicza będą kontrowersje, czy umieścić tablicę pamiątkową, czy nie, będą dziwne uchwały za kilka miesięcy.

Przestrzegam przed tą strategią zabliźniania tej rany w imię „wyższego dobra”. Jak mówił pisarz, którego niezwykle cenię, Stefan Żeromski, burzyciel ludzkich sumień u zarania niepodległości, to jest zabliźnianie ran podłością.

Z naszej rozmowy wynika, że nawet z tak tragicznej śmierci nie potrafimy wyciągać wniosków, czy teraz będzie inaczej?
Chciałbym, bo tamta śmierć poszła na marne, ona nie stała się momentem otrzeźwienia, refleksji, bo ludziom winnym uszło to na sucho. Co więcej, nie mamy czasu na dokładne analizy historyczne, ale powiem jeszcze, że

w tamtych demonstracjach pełnych jadu, nienawiści, podjudzających do przemocy była pewna racjonalna metoda. Chodziło o to, aby nie dopuścić do utrwalenia bardzo przypadkowej rzeczywiście, sytuacyjnej koalicji, która Narutowicza wybrała.

Taka koalicja w świecie ówczesnej polityki nie miała prawa powstać. Endecji się wydawało, że to niemożliwe, aby zjednoczyli się centrum, lewica i mniejszości narodowe. Zdarzyła się jednak w wyniku błędów prawicy, nie mamy czasu, aby powiedzieć dlaczego, ale to właśnie prawica scementowała tak egzotyczną koalicję. I endecja się przestraszyła, że ta koalicja sformuje gabinet i zacznie rządzić Polską, spychając endecję, która zebrała jednak najwięcej głosów, jej wynik był znacząco lepszy, niż innych ugrupowań. Tamte demonstracje nienawiści urządzano też po to, aby pokazać, że bez prawicy rządzić Polską się nie da.

Prędzej Polska spłynie buntem, niż będą rządzić inni. Ta strategia przyniosła śmierć prezydenta, uruchomiła ludzi słabych, biorących hucpę polityczną za prawdę objawioną, a w kilka miesięcy potem endecja sięgnęła po władzę. Endecji udało się tę koalicję prezydenta zniszczyć, zdążyła jeszcze tylko wybrać następcę Narutowicza, prezydenta Wojciechowskiego.

To powinna być dla nas ogromna przestroga, że nie można powtórzyć tego samego scenariusza, a jak widzę komentarze, płynące zwłaszcza z prawej strony, które chyba i druga strona jest w stanie przyjąć, tę strategię „w imię spokoju społecznego”, to rzeczywiście prezydent Adamowicz zginie dwa razy. Raz z ręki mordercy, a drugi raz w wyniku niewyciągnięcia z tej śmierci wniosku. Z tym że sytuacja o tyle się różni, że o ile w II RP już takiego mordu nie było, to uważam, że tym razem, bardzo bym nie chciał, ale jeżeli wejdziemy w scenariusz naszych pradziadów, to mogą być następne takie mordy.

Prezydenci trzech miast wystosowali apel do wszystkich prezydentów i burmistrzów, aby w dniu pogrzebu Pawła Adamowicza zorganizowali w każdej miejscowości „możliwość spotkania się na centralnym placu” i zapalania zniczy. – Aby ci wszyscy, którzy nie będą mogli być w Gdańsku, u siebie, we własnej miejscowości, mogli się ze sobą spotkać – mówił podczas konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. Razem z prezydentem Warszawy wystąpili prezydenci Sopotu i Poznania. Zadeklarowali, że po ostatnich wydarzeniach nie chcą ochrony, ale powrotu do normalności.

„To moment, kiedy wszyscy powinniśmy być razem”

„Żegnamy Pawła Adamowicza, Prezydenta Miasta Gdańska, wspaniałego człowieka, wielkiego samorządowca, naszego Przyjaciela z Unii Metropolii Polskich i Związku Miast Polskich. Apelujemy do włodarzy wszystkich samorządów, aby w czasie sobotnich uroczystości pogrzebowych umożliwili swoim mieszkańcom zebranie się na centralnych placach swoich miast i zapalenie zniczy. W obecnej sytuacji jedynie nasze myśli i wsparcie duchowe są w stanie wesprzeć Rodzinę i mieszkańców Gdańska. Niech ten okres żałoby będzie czasem zadumy, spokoju i zastanowienia” –  czytamy w apelu trzech prezydentów miast: Warszawy, Sopotu i Gliwic.

– Sobota, godz. 12, to jest taki moment zadumy, żeby każdy prezydent, każdy samorządowiec, każdy burmistrz zapewnił w swojej miejscowości możliwość spotkania się na centralnym placu. Aby ci wszyscy, którzy nie będą mogli być w Gdańsku, u siebie, we własnej miejscowości, mogli się ze sobą spotkać – mówił podczas konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. Według niego „to jest taki moment, kiedy wszyscy powinniśmy być razem”.

W konferencji prasowej przed siedzibą PO w Warszawie uczestniczyli także prezydenci Sopotu Jacek Karnowski i Poznania Jacek Jaśkowiak.

„Był jednym z twórców samorządów”

Prezydent Sopotu apeluje do wszystkich miast i gmin, „aby zastanowić się, jak uhonorować zmarłego tragicznie prezydenta Gdańska”. Chce także, aby jego przesłanie o wolności, solidarności, otwartości wprowadzić do szkół.

– Wielu samorządowców zastanawia się, co dalej, i dlatego też wystosowaliśmy dzisiaj apel o to, żeby zastanowić się nad tym, jak godnie, w każdym mieście, w każdej gminie uhonorować naszego przyjaciela, prezydenta Paweł Adamowicza. Był jednym z twórców samorządów, nie tylko w Gdańsku, ale i w Polsce – mówił Jacek Karnowski.

Pogrzeb Pawła Adamowicza odbędzie się w sobotę o godz. 12. Prezydent Gdańska zostanie pochowany w Bazylice Mariackiej w Gdańsku. Sobota będzie dniem żałoby narodowej.

Od czwartku od godz. 17 w Europejskim Centrum Solidarności przez 24 godziny będzie wystawiona trumna prezydenta Gdańska. Stamtąd w piątek wyruszy pochód, który odprowadzi ją ulicami miasta do Bazyliki Mariackiej.

„Nie chcemy ochrony, tylko normalności”

Czy prezydenci Warszawy, Sopotu i Poznania rozważają możliwość otrzymania ochrony? – My, samorządowcy, nie chcemy ochrony, chcemy normalności tak, by prokuratura i CBA nie robiły z nas malwersantów, a media publiczne nas nie szkalowały – odpowiadał prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Prezydent Poznania zapowiedział, że odwoła się od umorzenia przez prokuraturę postępowania w sprawie „politycznych aktów zgonu” wydanych przez Młodzież Wszechpolską m.in. jemu i zamordowanemu prezydentowi Gdańska. Prokuratorzy uznali, że akty były formą krytyki i nie zawierały gróźb czy nawoływania do nienawiści.

– Paweł nie zdążył podpisać tego odwołania, ja mam je teraz przed sobą i ponieważ jestem jednym z pokrzywdzonych, złożę odwołanie od postanowienia prokuratury – zapowiedział Jaśkowiak. W swoim odwołaniu chce wykorzystać tezy, które przygotował prezydent Gdańska.

– Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci, które także, zgodnie ze stanowiskiem prokuratury, trzeba będzie odczytywać przez pryzmat wolności słowa i wyrażania poglądów politycznych jako zjawiska co najwyżej naganne, a nie przestępstwo – mówił na konferencji prasowej Jaśkowiak, cytując odwołanie Pawła Adamowicza.

Zabójstwo polityka nie powoduje w „Prezesie” żadnych reperkusji emocjonalnych

Co miałoby oznaczać brak prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas minuty ciszy w Sejmie na cześć zamordowanego Pawła Adamowicza?

A po niej na salę obrad wszedł demonstracyjnie wraz z rzecznik Beatą Mazurek i marszałkiem Ryszardem Terleckim. Zestaw osób piastujących dane funkcje jest znamienny. Powstaje zatem pytanie: co kierowało prezesem? Strach, brak wychowania, demonstracja polityczna?

Wszystko po trochu, ale najwięcej demonstracji. Zabójstwo polityka nie powoduje w Kaczyńskim żadnych reperkusji emocjonalnych, a jedynie podkreślenie własnego wywyższenia ponad zdarzenie, „myślcie duszyczki, co to miałoby znaczyć, bo nieodgadnione są moje zamiary”, taka jest wola pana K., dla pospólstwa nie do pojęcia.

Tak zachowuje się bufon autokrata, którego ego rozrosło się do nieogarniętych rozmiarów. A przecież w tym momencie mógłby rozpocząć się nowy rozdział współczesnej historii polskiej, spuszczania złej atmosfery ze sfery publicznej. Kaczyński wcale nie musiałby się kajać, wystarczyłyby okrągłe słowa dla Adamowicza, którego zabiła nienawiść, bo to ona podniosła rękę z nożem zabójcy na finale WOŚP w Gdańsku.

Nie padły żadne słowa, bożek Idol Kaczyński celowo nie zdążył na minutę ciszy. Niektóre środowiska opozycyjne proponują, aby przerwać spiralę nienawiści w ten sposób, iż bezwarunkowo i radykalnie się wybacza, zastosować formułę polskich biskupów sprzed pięćdziesięciu lat: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!”.

Lecz to wymaga konkretnego adresata. Kim poczuliby się pisowcy i sam prezes, gdyby to do nich skierowano podobne słowa? Niemcami? Tak! Ależ to by ich rozjuszyło, a ponadto bezwarunkowe przebaczenie postawiłoby nas w roli Chrystusów, a ich Judaszów, Barabaszów, ciemnej mocy. Rozjuszenie PiS pewne.

Grzegorz Schetyna ma rację: Pawła Adamowicza zabiła nienawiść obłąkana, dobrze zorganizowana, sączona z tub propagandowych PiS. A więc nie tędy droga, aby bezwarunkowo przebaczać, tak mogą postępować instytucje przestrzegające procedur prawnych i uznające vox populi.

Bożek Kaczyński wszedł na salę obrad Sejmu w asyście swoich archaniołów, on nie przejmie się śmiercią następnych osób po Adamowiczu, ani kajaniem się przebaczających ofiar, bożkowi można tylko odebrać jego lud, odebrać poprzez dialog, debatę. I tego boi się każdy bożek – otwartości. Powietrze wolności, demokracji, prawa zabija każdego dyktatora.

Kaczyński: Gardzi ludźmi. Brzydzi się przeciwnikami. Nienawidzi wrogów. Taki człowiek rządzi obecnie Polską.

Pisowski festiwal afer Rok 2018

29 Gru

Jak rządzi PiS? Afera za aferą, pazurki i inne szumidła

W 2018 r. pozycja obozu PiS w oczach opinii publicznej dwa–trzy razy się zachwiała w wyniku afer. Zaczęło się w marcu, kiedy poseł PO Krzysztof Brejza dostał w końcu odpowiedź na pytanie o zarobki premier Beaty Szydło i jej ekipy w 2017 r. Okazało się, że ministrowie dostawali w premiach drugą pensję. W sumie bonusy kosztowały prawie 2 mln zł, rekordzista Mariusz Błaszczak zebrał ponad 80 tys. zł, sama premier 60 tys., a najniższe premie wynosiły po 50 tys. zł na osobę.

Wybuchła afera. Jarosław Kaczyński, jak sam przyznał, powiedział wtedy Szydło, żeby „pokazała pazurki” i – była już wówczas – premier poszła na całość. „Te nagrody nam się po prostu należą” – te słowa z sejmowej mównicy musiały nieźle wkurzyć wyborców, bo PiS zaczął tracić poparcie. Wyborcom nie podobała się pazerność władzy, która obiecywała przecież służyć skromnie Polakom. Kryzys musiał przeciąć sam Kaczyński, który ogłosił, że jak suweren chce taniego państwa, to je dostanie. I obiecał obciąć pensje nie tylko ministrom, ale też posłom, samorządowcom oraz szefom państwowych i samorządowych firm. Członkowie rządu mieli zaś oddać pieniądze z nagród na Caritas. Kryzys wygasł, choć do dziś nie wiemy, czy wszyscy ministrowie pieniądze rzeczywiście oddali, a ograniczyć pensji prezesom za bardzo się nie udało.

Kolejne problemy przyszły na początku października, kiedy okazało się, że w trakcie afery podsłuchowej nagrano też Mateusza Morawieckiego, wtedy prezesa banku BZ WBK. W opublikowanej przez Onet rozmowie z marca 2013 r. późniejszy premier szczycił się świetnymi kontaktami z ludźmi Donalda Tuska, naśmiewał z wypadku Roberta Kubicy i opowiadał niejasne historie o „pracy za miskę ryżu” czy „odpychaniu, strzelaniu do” imigrantów.

Morawiecki miał też oferować „pięć dych czy siedem, czy stówkę” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL, i interweniować w sprawie pracy dla syna Ryszarda Czarneckiego, pisowskiego europosła. PiS nie do końca wiedział, jak reagować. Z jednej strony oficjalny przekaz dnia brzmiał, iż nagrania to „odgrzany kotlet”, z drugiej rzecznik PiS Beata Mazurek mówiła o „skoordynowanym ataku” na premiera i że „dobrze wiadomo, jaki nadawca” za tym stoi (czyli „niemieckie media polskojęzyczne”).

Największa afera przyszła w połowie listopada. Bankowiec Leszek Czarnecki ujawnił nagranie rozmowy z marca 2018 r. z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim. Urzędnik próbował ją zagłuszyć za pomocą urządzenia nazwanego „szumidłem”. Miał ku temu zapewne powody, bo prawdopodobnie zażądał od finansisty łapówki (mowa o 40 mln zł) za zostawienie w spokoju jego banków. W każdym razie postawiono mu zarzut korupcji.

PiS wciąż próbuje wygasić aferę, zaufany człowiek prezesa NBP Adama Glapińskiego, znany odtąd jako Marek Ch., został aresztowany. Przykryć całą sprawę miało zatrzymanie siedmiu osób z poprzedniej ekipy w KNF, z czasów PO, za rzekome niedopatrzenia w sprawie SKOK Wołomin. Problem w tym, że to PiS przez lata wspierał Kasy.

Przy okazji Zbigniew Ziobro spostponował jednego z urzędników Wojciecha Kwaśniaka, który został przed laty ciężko pobity przez wynajętego bandytę właśnie za dociekliwość w sprawie SKOK Wołomin. W efekcie pod koniec roku PiS znowu zaczął słabnąć w sondażach. I wciąż nie wiadomo, czy i tym razem ekipie rządzącej uda się wykaraskać z kryzysu.

Życie partyjne. Raz na wodzie, raz pod wodą

Jan Kaczmarek z kabaretu Elita śpiewał o jeziorach, które na powierzchni „są takie cudowne”, a w głębi „śmiertelna wre walka”. Jak w życiu partyjnym.

Na powierzchni widać stabilne sondaże i wciąż te same partie na najwyższych pozycjach. Jeśli jednak zajrzeć głębiej, to w 2018 r. działo się całkiem sporo i trwała ostra rywalizacja

Lewicowo-liberalna część wyborców czekała na to, co im zaproponuje Robert Biedroń, który pod koniec roku wyruszył w trasę po kraju. Po serii mityngów jego ugrupowanie pod roboczą, enigmatyczną nazwą Kocham Polskę w szczegółach ma się pokazać dopiero w lutym przyszłego roku.

Z drugiej strony sceny z politycznej piany zaczął się wyłaniać Ruch Prawdziwej Europy, zarejestrowany przez związanego z Tadeuszem Rydzykiem posła Mirosława Piotrowskiego. Czy oznacza to, że redemptorysta z Torunia na serio będzie chciał rzucić wyzwanie Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy to tylko straszak, który ma pomóc w zdobyciu funduszy na projekty przedsiębiorczego księdza z Torunia?

Nową partię można dość łatwo stworzyć, ale trudniej utrzymać, co pokazują losy dwóch najmłodszych ugrupowań w Sejmie: Kukiz ’15 i Nowoczesnej. Oba traciły w ciągu roku pozycję polityczną i posłów, w obu kłopoty przeżywali ich założyciele – Paweł Kukiz i Ryszard Petru. Ten ostatni zdążył zresztą z założonej rok wcześniej partii wyjść i założyć nową – pod nazwą Teraz!

Trudno przesądzić, czy Nowoczesna i Kukiz ’15 przetrwają do przyszłorocznych wyborów do Sejmu, obie wciąż trzymają głowę nad wodą. Dla Partii Razem to też nie był dobry rok, w wyborach samorządowych osiągnęła śladowe poparcie. Na dalszej prawicy trwały z kolei przepychanki przed wyborami europejskimi, narodowcy łączą się i dzielą, licząc na sukces w wyborach europejskich, a przywódcze aspiracje zgłasza uciekinier z Kukiz ’15, do niedawna piwowar Marek Jakubiak.

Swoje pięć minut miała Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, która wraz z Katarzyną Lubnauer z Nowoczesnej dała trochę świeżości kampanii samorządowej Koalicji Obywatelskiej. Koalicja pod koniec roku stanęła jednak pod znakiem zapytania po transferze Kamili Gasiuk-Pihowicz z grupą posłów z Nowoczesnej do PO, co złośliwi określili jako pożeranie przystawki przez Grzegorza Schetynę.

Najspokojniej, przynajmniej na powierzchni, było w PiS. W obozie prawicy wciąż mówi się o ostrych wewnętrznych sporach, zwłaszcza między Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobrą, ale na razie niewiele z nich w sensie politycznym wynika.

Wielka improwizacja, czyli świętujemy 100-lecie niepodległości

Państwowe obchody 100-lecia odzyskania niepodległości miały przyćmić wszystkie dotychczasowe święta i być triumfem „biało-czerwonej drużyny” PiS. Miały, ale nie przyćmiły, tylko ugrzęzły w organizacyjnym chaosie. Dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów – po stronie prezydenta i rządu – nie dało rady. Z budżetu na obchody przeznaczono 240 mln zł, ale nie wiadomo, na co dokładnie je wydano.

Warszawski marsz, a właściwie dwa – jeden z władzami na czele oddzielony od drugiego, w którym maszerowali też narodowcy – był masowy i bardziej spokojny niż te z lat ubiegłych. Choć oczywiście nie obyło się bez incydentów, faszystowskich znaków, rac. Święto 100-lecia niepodległości uratowały dziesiątkach lokalnych pikników, festynów, parad, biegów organizowanych w całym kraju przez władze samorządowe. Były też akcje międzynarodowe, jak podświetlenie na biało-czerwono kilkudziesięciu słynnych światowych zabytków, w tym wieży Eiffla. Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej chciał stawiać na 100-lecie „kolumny niepodległości”, ale został odwołany. A jego następca sfinalizował inny projekt – „ławki niepodległości”. Można się na nich rozsiąść od kilku dni, a każda kosztuje 30 tys zł.

Niestety nie przyjechali na polskie obchody światowi liderzy, a jedyny, który przyjechał, czyli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, został przez władze państwowe zignorowany. Wygłaszając w Łodzi swoje przemówienie, w którym zachęcał do „pokonania współczesnych bolszewików”, potwierdził, że po stronie antyPiSu wciąż jest jedynym politykiem zdolnym przeciwstawić obozowi władzy kompletnie odmienną i spójną wizję polityczną.

Niestety również opozycyjne partie oddały Dzień Niepodległościwalkowerem. Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej okazywało się, że władza prawie niczego nie przygotowała, większość polityków opozycyjnych deklarowała, że 11 listopada spędzą prywatnie.

Nie otwarto żadnego spektakularnego obiektu, aby uczcić tę naszą niepodległość. Ale za to odsłonięto pomnik Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. Padły też zapowiedzi odbudowy Pałacu Saskiego oraz stworzenia muzeum Lecha Kaczyńskiego. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że na 100-lecie mieliśmy do czynienia z naszą polską improwizacją i „jakoś to będzie”. Niestety nie było.

Protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodziców

Przez 40 dni (18 kwietnia–27 maja) na sejmowej posadzce mieszkało najpierw 16, a potem 9 osób. Karol, Wiktoria, Katarzyna i Magda Milewiczowie, Iwona i Jakub Hartwichowie, Marzena Stanewicz, Anna i Adrian Glinka – oni zostali do końca.

Postulaty były dwa. Pierwszy, dotyczący zrównania renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy, został spełniony, a renta wzrosła z 865,03 zł do 1029,80 zł. Drugi – wprowadzenia dodatku „na życie”, zwanego też „rehabilitacyjnym” – już nie. Zamiast niego rząd zaproponował dodatek rzeczowy, którego wartość wycenił na 520 zł. Nie przyjął żadnej z kompromisowych propozycji protestujących rozłożenia wypłaty tego dodatku na kilka lat (od września 2018 r. – 250 zł, od stycznia 2019 – dodatkowo 125 zł i od stycznia 2020 r. – kolejne 125 zł).

Z protestującymi rozmawiali premier Mateusz Morawiecki, prezydent Andrzej Duda, pierwsza dama, Rzecznik Praw Obywatelskich i jego zastępczyni Sylwia Spurek, minister Elżbieta Rafalska. To na początku. Później budynek Sejmu został otoczony barierkami, a wejścia do niego pilnowała policja. Kamery stacji telewizyjnych i radiowych usunięto z Sejmu. Dziennikarze bez stałych przepustek nie mogli wejść do parlamentu. Podobnie jak Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka powstania warszawskiego, czy Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Odwołano obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży i Noc Muzeów w Sejmie. Polski parlament został zabarykadowany.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński konsekwentnie odcinał protestujących od świata.Wprowadzał (i odwieszał) zakaz wychodzenia na spacery, zakaz odwiedzin, zakaz otwierania okien, zakaz dostarczania poczty. 24 maja, kiedy w Sejmie odbywały się obrady Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, nie pozwolił na wywieszenie transparentu „Polish Disabled Children Beg for a Decent Life” („Polskie niepełnosprawne dzieci błagają o godne życie”). Straż Marszałkowska użyła wówczas wobec protestujących siły.

Wychodząc z Sejmu 27 maja, Iwona Hartwich, nieformalna liderka protestu, mówiła: „udało nam się sprawić, że problem niepełnosprawności stał się w Polsce tematem numer jeden”. Adrian Glinka i Jakub Hartwich, którzy należeli do najbardziej rozpoznawalnych uczestników sejmowego protestu, wystartowali w wyborach samorządowych z list Koalicji Obywatelskiej. Jakub Hartwich z powodzeniem od listopada jest radnym w Toruniu. Jest się więc z czego cieszyć, choć rząd niewiele nauczył się z protestu. Dowodem jedna z ostatnich decyzji kierownictwa resortu rodziny: po trwających rok przygotowaniach i konsultacjach 18 grudnia zdecydowano o tym, że środowiskowe domy samopomocy dla dorosłych niepełnosprawnych jednak nie powstaną.

Symbolem prezydentury Andrzeja Dudy w 2017 r. były weta do ustaw sądowych, symbolem 2018 r. – selfie z koniem

W zeszłym roku wydawało się, że prezydent na poważnie próbuje się wybić na niepodległość i zdobyć samodzielną pozycję w obozie władzy. Ten rok przyniósł w tej dziedzinie regres, choć warto odnotować dwa prezydenckie weta. Pierwsze – do tzw. ustawy degradacyjnej, która taśmowo odbierała stopnie wojskowym z czasów PRL. Drugie – do ordynacji do wyborów europejskich, mającej de facto ograniczyć naszą reprezentację w Brukseli i Strasburgu do dwóch partii.

Poza tym to był rok słabnącej pozycji Dudy, czego dobitnym przykładem był los jego sztandarowego projektu – referendum konstytucyjnego planowanego na stulecie odzyskania niepodległości. PiS dystansował się od tego pomysłu, ostatecznie utopili go senatorzy tej partii, wstrzymując się od głosu (i próbując nieudolnie zwalić winę na PO).

O słabnięciu prezydenta świadczyły też dymisje jego współpracowników, porzucił go m.in. rzecznik Krzysztof Łapiński, który wybrał karierę w PR. Prezydent poza dwoma wymienionymi wyjątkami grzecznie podpisywał pisowskie ustawy, w tym te najbardziej szkodliwe, jak nowelizacja ustawy o IPN, która wpędziła nas w konflikt z USA i Izraelem, czy kolejne nowelizacje ustaw sądowych kontestowane przez środowiska prawnicze, organizacje pozarządowe i Brukselę.

Brak sukcesów w kraju Andrzej Duda próbował rekompensować sobie za granicą, ale tam też średnio mu szło. W samolocie do Australii dowiedział się, że rząd pozbawił jego wizytę na antypodach jakiegokolwiek znaczenia, kasując zakup fregat od rządu w Canberze. Z wizyty w Waszyngtonie wszyscy zapamiętali lizusowski „Fort Trump” i zdjęcie z podpisywania umowy przy biurku prezydenta USA, ale na stojąco, wbrew jakiemukolwiek protokołowi.

Prezydentowi zebrało się też sporo innych gaf, wpadek czy po prostu wypowiedzianych bzdur. Pamiętne były słowa o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie, która nic nam nie daje”, czy o energooszczędnych żarówkach. Pod koniec roku media społecznościowe obiegło zaś zdjęcie prezydenta, który robi sobie zdjęcie z koniem. Nic dodać, nic ująć.

Wybory samorządowe: wszyscy przegrali, wszyscy zwyciężyli

Po wyborach samorządowych i PiS, i opozycja ogłosiły swoje zwycięstwa. Ale to częściowe wygrane: opozycji w dużych miastach, a PiS-u w sejmikach (jednego w poprzedniej kadencji zmienił na osiem w nowej).

Jednym z największych przegranych okazał się Patryk Jaki, który oddał Rafałowi Trzaskowskiemu stolicę już w pierwszej turze (56 proc. vs 28 proc.). Drugiej tury nie trzeba było organizować też w Łodzi (Hanna Zdanowska 70 proc. vs Waldemar Buda z PiS 23 proc.); w Białymstoku (Tadeusz Truskolaski, KO, 56 proc. vs Jacek Żalek, PiS, 20 proc.); we Wrocławiu (Jacek Sutryk, KO, 50,2 proc. vs Mirosława Stachowiak-Różecka, PiS, 27 proc.); w Lublinie (Krzysztof Żuk 62 proc. vs Sylwester Tułajew, PiS, 31 proc.), a także w Gdyni (wygrał Wojciech Szczurek – 70 proc.) iSopocie (Jacek Karnowski – 59 proc.). Kandydaci PiS przegrali II tury w Gdańsku, Kielcach, Krakowie, a także w Radomiu i Nowym Sączu.

Jeśli chodzi o sejmiki, to dobre nastroje opozycji z wieczoru wyborczego szybko opadły wraz z podaniem przez PKW oficjalnych wyników wyborów. W całym kraju do obsadzenia było 552 foteli w 16 sejmikach, z czego najwięcej otrzymał PiS – 254, Koalicja Obywatelska – 194, PSL – 70, Bezpartyjni Samorządowcy – 15, SLD – Lewica – razem 11 mandatów. Swoich ludzi wprowadzili też: Mniejszość Niemiecka – 5, komitety Dutkiewicza dla Dolnego Śląska – 2 oraz Bogdana Wenty dla świętokrzyskiego – 1. Dla partii Kaczyńskiego to rekordowy wynik, bo wygrała w 9 sejmikach (województw lubelskiego, łódzkiego, małopolskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, dolnośląskiego, mazowieckiego i śląskiego). W dolnośląskim Kaczyński wywalczył sobie koalicjanta – Bezpartyjnych Samorządowców, a w śląskim wyłowił z KO radnego Kałużę i też ma większość.

Wygrali przede wszystkim głosujący, którzy ustanowili rekord frekwencji – 54,96 proc. Z 30 115 896 osób uprawnionych do głosowania z tego prawa skorzystało 16 552 627, o blisko 2 mln więcej niż w poprzednich wyborach. Najbardziej wyborami zainteresowani byli mieszkańcy woj. mazowieckiego – 61,02 proc., z czego największe kolejki ustawiały się w stolicy (66,81 proc. frekwencji), a najmniej w województwie opolskim – 48,72 proc.

Wybory samorządowe nie przyniosły politycznego przełomu. Pokazały, że jest jakiś potencjał do zmiany władzy, choć bardzo chwiejny. Koalicja demokratyczna powinna przyjrzeć się symulacji, którą przeprowadził dr Tomasz Jurkiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego. Wynika z niej, że gdyby Polacy zagłosowali w wyborach do Sejmu tak samo jak w tych do sejmików, to PiS straci władzę. Jest jeden warunek: biorąc pod uwagę mechanizm d’Hondta, KO musi poszerzyć się o minimum jeszcze jedną partię. Jurkiewicz wyliczył, że KO wspólnie z PSL i SLD zdobyłaby 243 mandaty. Jest i drugi mechanizm, czyli myślenie życzeniowe polityków oraz przekonanie o własnej sile i że tym razem się uda. Na razie udało się, ale Jarosławowi Kaczyńskiemu.

To był pod wieloma względami rekordowy rok dla polskiej gospodarki

Bezrobocie utrzymuje się poniżej 6 proc., a wynagrodzenia rosną. Boom na rynku nieruchomości napędza wzrost gospodarczy i pozwala bankom zarabiać na kredytach. Oczekiwane w połowie roku spowolnienie gospodarcze nie nadeszło. Wydatki socjalne rosną, a finanse publiczne nigdy nie były w tak dobrej formie – tegoroczny deficyt budżetowy może spaść poniżej 1 proc. PKB. W październiku agencja S&P podniosła rating Polski do poziomu A-, tym samym przyznając, że kryzys praworządności nie odbił się na polskiej gospodarce.

Nad tym optymistycznym obrazkiem wiszą jednak czarne chmury: przedsiębiorcy skarżą się na brak pracowników i rosnące koszty pracy, rosnące zatory płatnicze zaczynają doprowadzać do upadłości najmniej płynnych graczy, a rynek kapitałowy jest w najgorszej formie od czasu kryzysu.

Spadek bezrobocia cieszy zarówno społeczeństwo, jak i rząd, który dzięki temu dostaje więcej podatków i składek, a wypłaca mniej świadczeń socjalnych. Wciąż mamy jednak jeden z niższych wskaźników aktywności zawodowej w Europie, a to dzięki wczesnym emeryturom i polityce społecznej, od lat systemowo nastawionej na świadczenia, a nie aktywizację, i dotyczy to zarówno rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, jak i opiekunów.

Niski deficyt cieszy tak długo, jak długo nie rozejrzymy się wokoło. Mimo niższej dynamiki wzrostu nadwyżki budżetowe notują nie tylko Niemcy, ale też Bułgarzy, Czesi czy Litwini. Wkrótce trzeba też będzie porównać koszty i korzyści z uszczelnienia podatkowego. Tylko w tym roku uchwalono dwie nowelizacje VAT, trzy CIT i dwie ordynacji podatkowej. Z roku na rok firmy potrzebują więcej czasu na nadążanie ze zmianami w prawie i rozliczanie podatków, a podzielona płatność VAT obniża płynność firm.

To był zły rok dla rynku kapitałowego. Główne indeksy na GPW straciły od kilku do 25 proc. Giełda w zadyszce: brak kapitału odstrasza debiutantów i zachęca do schodzenia z parkietu (zdecydowały się na to 22 spółki, najwięcej w historii warszawskiej giełdy), brak debiutów zniechęca inwestorów. Tych, którzy liczyli na Pracownicze Programy Kapitałowe, czeka rozczarowanie. Nowe fundusze będą kupować akcje głównie na WIG20, gdzie królują spółki Skarbu Państwa. Nie wiadomo też, ile osób skusi się na dodatkowe oszczędności emerytalne – rząd najpierw mówił o 80, a teraz już o 50 proc. uprawnionych. W rynek uderzyły też dwie głośne afery: GetBacku i KNF.

Przyszły rok może być trudny dla polskiej gospodarki. Nie wykorzystaliśmy koniunktury do budowy rezerw na gorsze czasy. Przedsiębiorcy mają długi, ale nie mają inwestycji. Rynek pracy, a razem z nim system ubezpieczeń społecznych, opiera się na niestałych migrantach. Biznesowi życie skomplikują kolejne nowe regulacje i wyższe koszty napędzane drożejącą energią, a wkrótce też dodatkowymi składkami na PPK. Nie jesteśmy gotowi na światowe spowolnienie ani na kolejny kryzys w Europie.