Tag Archives: Rafał Chwedoruk

Duda krzywoprzysięzca

6 Sier

Andrzej Duda złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym. Uroczystość rozpoczęła się o godz. 10.00. Za Marszałek Sejmu, Elżbietą Witek, prezydent powtarzał uroczyste słowa, w których przysięgał m.in., że dochowa wierności postanowieniom Konstytucji, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla niego zawsze najwyższym nakazem. Przysięgę zakończył słowami: „tak mi dopomóż Bóg!”. Po uroczystości prezydent wygłosił orędzie.

Więcej o zaprzysiężeniu Dudy >>>

Andrzej Duda przed Zgromadzeniem Narodowym odmalował obraz Polski, która odcina się od europejskich wartości, buduje swoją tożsamość wokół religii katolickiej, a demokratyczne standardy mierzy wedle woli większości, a nie praw mniejszości. To będzie radykalna druga kadencja.

Analiza drugiej kadencji Dudy >>>

„Polacy mnie znają i wiedzą, jakie wyznaję wartości. Nie udawałem w kampanii wyborczej kogoś innego niż jestem. I zapewniam, że tak zostanie, bo konsekwentnie trwam przy moich ideałach” – mówił w Sejmie Andrzej Duda po zaprzysiężeniu na drugą kadencję.

Przemówienie Dudy po zaprzysiężeniu >>>

Jacek Kurski w wywiadzie w „Sieci” ukazuje nieznaną do tej pory twarz człowieka uduchowionego, rozmodlonego, rozkochanego w małżonce, Polsce, Panu Bogu i Panu Prezesie. I jeszcze w kimś, kogo kocha najbardziej – w Jacku Kurskim. Mieszanka Pudelka, Radia Maryja i „szarpania cuglami”, bo inaczej…

Dogłębna analiza osobowości Jacka Kurskiego >>>

Oprócz samych tych czynów, absurdu i bezprawia sytuacji przygnębia mnie obojętność: polityków opozycji, ludzi i mediów

Po pierwsze, wbrew nierozumnej definicji, zawartej w artykule 261 kodeksu karnego, pomnika znieważyć nie można, bo pomnik to kawałek kamienia, granitu, płyty, czy czego tam jeszcze – w każdym razie martwy przedmiot. Znieważyć można najwyżej człowieka, który pomnik ów uważa za coś ważnego z powodów sentymentalnych, ale i tu, umówmy się kara powinna być (jeśli w ogóle jakaś) to najwyżej symboliczna – w postaci małej grzywny albo prac społecznych. Chyba, że uległoby zniszczeniu cudze mienie – ale to już zupełnie inny temat i inny paragraf. Bo każdy człowiek jest ważniejszy niż pomnik.

Felieton Elizy Michalik >>>

Prezydent Duda nie pozwolił mi uczestniczyć w zaprzysiężeniu poprzez sposób pełnienia swojej misji w pierwszej kadencji. Tak jak dziś, tak i 5 lat temu używał słów, które są w rocie przysięgi: „uroczyście przysięgam, że dotrzymam wierności postanowieniom konstytucji”. Przyznam, że nie mógłbym zachować powagi, gdybym to usłyszał, bo dokładnie pamiętam, jak się z tą konstytucją obchodził w minionych 5 latach. Ta konstytucja jest po tych latach w wielu miejscach pominięta, poplamiona, sponiewierana. Widziałem, że wielu moim kolegom to nie przeszkadza. Mnie przeszkadza – mówi Leszek Miller, były premier, dziś eurodeputowany. I dodaje: – W Polsce gwałcenie dziecka przez duchownego jest mniejszą zbrodnią, niż zawieszenie tęczowej flagi na pomniku. Widać wyraźnie, że dziś policja i prokuratura mają wytyczne, jakie występki i przewinienia traktować z całą surowością, a jakie sobie odpuścić.

Rozmowa z Leszkiem Millerem >>>

Jeśli chce się wygrać wybory, to trzeba to robić w centrum, czyli wśród tych wyborców, którzy wahają się. Taki wyborca nie jest liberalny gospodarczo, nie chciałby ponownego podwyższenia wieku emerytalnego itd. Główny polityk opozycji, jakim staje się Trzaskowski, musi nie tylko słowami, ale i czynami próbować udowodnić, że jest rzeczywiście bardziej politykiem chadeckim, niż liberalnym, że patrzy na interesy różnych grup społecznych – mówi dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. I dodaje: – Żadna mityczna opowieść o nowym 500 plus niczego nie zmieni.

Wywiad z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem >>>

Na tych wyborach ostatecznie skończyła się demokratyczna polityka w Polsce – mówi Marcin Bosacki, senator Koalicji Obywatelskiej, b. rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w rozmowie z Cezarym Michalskim. – Uważam, że samobójcze jest mówienie, iż „teraz z PiS-em musimy postępować mniej wojowniczo, przestać ich krytykować, a przede wszystkim powinniśmy być na zaprzysiężeniu”. Uważam inaczej. Możemy wysłać skromną delegację, by pokazać, że chcemy żyć we wspólnym państwie. Ale jednocześnie musimy dać jasny sygnał: te wybory nie były uczciwe. PiS kradnie Polakom państwo – podkreśla.

Cezary Michalski rozmawia z Marcinem  Bosackim >>>

Przeprowadzono wybory w nieważnym terminie, według nieważnej ordynacji, w nieważny konstytucyjnie sposób, których ważność zatwierdziło ciało bezprawne, złożone z nie-sędziów, pod wodzą nie-prezes SN – pisze Krzysztof Łoziński.

Felieton Krzysztofa Łozińskiego >>>

Pogarda rządu PiS do obywateli

24 Kwi

Jaką pogardę rząd pisowski wyraża dla Polaków w czasach zarazy forsując wybory prezydenckie, które muszą kosztować dziesiątki, jeżeli nie setki, a może tysiące ofiar.

Dlaczego forsują wybory za wszelką cenę? Bo wiedzą, jakie bagno poczynili u koryta. Jak został okradziony budżet, ile dokonali machlojek.

Takiej parszywej władzy nie mieliśmy w historii. Komuchy przy Kaczyńskim i jego ancymonkach Dudzie, Morawieckim, to małe pikusie.

Więcej >>>

Kasa państwa została obrabowana przez Morawieckiego na polecenie Kaczyńskiego.

Czeka nas los gorszy niż galopująca inflacja na końcu PRL-u. Czeka nas los latynoskich państw: Wenezueli i innych.

Budżet w ciągu dwóch tygodni został kompletnie wydrążony. Zostaliśmy wystrzeleni kosmicznym długiem

>>>

Nasza praca, nasze wyrzeczenia, trud wielu pokoleń przez patałachów pisowskich został skopany, kolokwialnie nazwę: zjebany.

Takim ancymonkom pozwoliliśmy rządzić.

Więc nie łudźmy się, wybory zostaną przeprowadzone i sfałszowane. A w czasie protestów przeleją naszą krew, bo wiedzą, że Kaczyński, Morawiecki, Duda w innym wypadku skończą w pierdlu.

Tam ich miejsce.

Duda poszedł dalej niż Kaczyński. „Ci, którzy mówią, że wybory majowe są groźne dla Polaków, powinni zrozumieć jak groźny jest brak wyborów, konsekwencją będzie paraliż państwa. Kraj pogrąży się w chaosie. Opozycji podoba się ta perspektywa, ale dla zwykłych ludzi będzie dramatyczna”. Wniosek: trzeba wybrać Dudę, by ratować Polskę. A „pandemia gaśnie”.

Trzeba przeprowadzić wybory w maju, bo inaczej dojdzie do paraliżu państwa

W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” 22 kwietnia (cytat za stroną prezydenta) Andrzej Duda wypowiedział zdumiewające zdanie:

Żeby zrozumieć wywód Dudy, trzeba wyjść od obowiązującej w obozie władzy tezy Jarosława Kaczyńskiego, że nie ma powodu, by wprowadzać stan nadzwyczajny, w szczególności stan klęski żywiołowej.

Duda szykuje argumentację pod stan wyjątkowy?

Andrzej Duda już wcześniej powtarzał tezę Kaczyńskiego, że konstytucja po prostu nakazuje przeprowadzenie wyborów.

Powtarzając, że wybory korespondencyjne są bezpieczne Duda korzysta z opinii najwyższego autorytetu Jarosława Kaczyńskiego, tak jak scholastycy w Średniowieczu odwoływali się do Biblii a czasem do Arystotelesa. Prezes PiS już przesądził, że:

Ale Duda poszedł znowu o krok dalej niż Kaczyński.

Więcej o tym, co szykują Kaczyński z Dudą >>>

W Polsce resort zdrowia poinformował o 11,9 tys. testów, choć zapowiadano 20 tys. Amerykanie zarejestrowali już 26 mln bezrobotnych. We Francji po pomoc zgłosiło się 10 mln pracowników. Naukowcy z Hong Kongu w prestiżowym „Lancet” twierdzą, że w Chinach chorych było 4 razy więcej niż wg oficjalnych danych.

O koronawirusie w kraju i na świecie >>>

Jest kolejna propozycja rozwiązania wyborczej łamigłówki. Kosiniak-Kamysz i Gowin proponują, by wybory odbyły się w sierpniu. Budka ma wątpliwości, ale będzie rozmawiał. Lewica: nie ma o czym rozmawiać. Prawnik komentuje dla OKO.press: „To kombinacje. Nie do pogodzenia z zasadą ochrony zaufania jednostki”.

O rozmowach opozycji z Gowinem >>>

Rząd zlecił druk i przygotowanie dystrybucji pakietów do głosowania korespondencyjnego, choć nie ma jeszcze ustawy o takim głosowaniu. Według wicepremiera Sasina, premier wydał decyzje na podstawie ustawy anty-covidowej. Ale ta weszła w życie 2 dni po pismach Morawieckiego do drukarni i poczty. Prawdopodobnie przerobiono też bezprawnie wzór karty wyborczej.

O przestępstwach władzy pisowskiej >>>

Być prezydentem w kontekście tego, co może się zdarzyć nie tylko w Polsce, ale i na świecie, może być bardzo trudne. Można zatem powiedzieć, że wynik wyborów, jeśli odbędą się w najbliższym czasie, jest raczej rozstrzygnięty, ale polska polityka w obliczu światowego kryzysu gospodarczego, pandemii i wyborów w USA może być mocno niestabilna, dużo bardziej niż w ostatnich latach – mówi prof. UW Rafał Chwedoruk, politolog. – Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w takiej sytuacji lepsze są wybory, które są Wielką Improwizacją, czy też lepszy jest brak wyborów i Wielka Improwizacja ustrojowa. Diabelska to zaiste alternatywa, ale nieuchronna – dodaje. – Z perspektywy politologa być może będzie ciekawie w najbliższych latach, ale boję się, że z perspektywy przeciętnego obywatela będzie bardzo źle – podkreśla.

Wywiad z prof. Chwedorukiem >>>

W Wisconsin w przeprowadzonych „na siłę” podczas pandemii wyborach kandydat Trumpa przegrał…

Nie tylko zwolennicy partii aktualnie zarządzającej Polską prą do głosowań w cieniu tysięcy ofiar pandemii. Ale tylko u nas już wiadomo, jaki będzie wynik. Bo tu jest Polska, nie Wisconsin.

Tam, w jednym z niewielkich stanów środkowej Ameryki, pomysłu na wybory  w kryzysie zdrowotnym twardo broniła w lokalnym parlamencie republikańska większość. Przy czym argumenty za utrzymaniem terminarza padały niemal identyczne, jak nad Wisłą. Najważniejszym z nich było „uniknięcie chaosu”, jakim – ponoć – miałoby grozić odłożenie w czasie zmian personalnych na stanowisku stanowego kandydata do Sądu Najwyższego.

Cały felieton Bożeny Chlabicz-Polak >>>

Polska to Zadupie. Tak PiS zdegradował nasz kraj

25 Lu

Niewystarczająco zwrócono uwagę na wykład Donalda Tuska podczas Festiwalu Dyplomatycznego w Białymstoku.

Jak utrzymuje Waldemar Kuczyński, wraz z Tuskiem związane jest najwyższe wyniesienie Polski w Europie od XVII wieku.

To nie tylko jego zasługa, ale także innych gigantów, bo polityka nie powstaje w próżni.

Gigantów – mam na myśli nie tylko persony polityczne, ale przede wszystkim społeczeństwo polskie, które po 1989 roku okazało się wielkie i fascynujące.

Dlaczego jednak doznajemy obecnych porażek za sprawa PiS, a dokładnie Kaczyńskiego? Po wielkości przychodzi zapaść, wielkość w którymś momencie męczy i wówczas przychodzą skrzaty i kurduple.

Skrzaty opowiadają niestworzone rzeczy i wychodzi z tego małość wielkości Kaczyńskiego. Polska metr pięćdziesiąt w kapeluszu. Wychodzi z Polski Zadupie. Tusk nazywa to prowincjonalizmem, nie liczeniem się kraju nigdzie.

W interesie Polski nie jest, aby rządzący zaproponowali nam ucieczkę do przeszłości. Jak patrzę na posłów, ministrów, premierów, to myślę, że to jest ich pragnienie, żeby cofnąć Polskę do czasów i świata, które oni ogarniają. A ja chciałbym żyć w Polsce, która jest bardziej zwrócona w przyszłość niż Jarosław Kaczyński – mówił Donald Tusk w Białymstoku.

„Prowincjonalizm, jeśli zatriumfuje w polskiej polityce, będzie dla nas zabójczy. Nie tylko intelektualnie, ale także politycznie. I dlatego otwarcie i myślenie wspólnotowe wydaje mi się warunkiem przetrwania w tej czekającej nas cywilizacyjnej konfrontacji”.

Cały wykład Tuska dostępny tutaj >>>

„Działania [Wirtualnej Polski i Ministerstwa Sprawiedliwości] wpisują się w szeroko rozumiane szerzenie dezinformacji. Stosowanie ich przez organy państwowe budzi poważne wątpliwości dotyczące ochrony wolności słowa i debaty publicznej, prawa do informacji oraz etyki dziennikarskiej” – pisze Adam Bodnar do Mateusza Morawieckiego.

O liście Bodnara do Morawieckiego tutaj >>>

Kampania Dudy jest komedią pomyłek i błędów. Od konwencji, poprzez wybór ze wszystkich adwokatów w Polsce akurat pani Jolanty Turczynowicz-Kieryłło, która jak się okazało, ma tyle za uszami, że wystarczyłoby dla kilku innych, poprzez wybór na trójkę najważniejszych osób w sztabie trojga europosłów, którzy są tłustymi kotami i którym się nie chce, a na co dzień są w Brukseli – mówię o Szydło, Brudzińskim i Bielanie, plus korzystanie z osób, którym się wydaje, że coś rozumieją z polityki – np. pan Fogiel.

Wywiad z Markiem Migalskim tutaj >>>

To, co obserwujemy teraz, kontrastuje z tym, na co PiS w pocie czoła latami pracował – opinia publiczna obserwuje chaos i konflikty wewnątrz instytucji – mówi nam prof. UW dr hab. Rafał Chwedoruk.

Wywiad z prof. Chwedorukiem tutaj >>>

Szanowna Pani Prezes!

Uprzejmie informuję, że wczoraj otrzymałem dokument opatrzony pieczęcią SN, w którym wzywa się mnie do zapłaty rzekomej grzywny nałożonej podobno w ramach kary porządkowej przez tzw. Izby Dyscyplinarną SN oraz doręczono mi wyciąg z protokołu, w którym trzy osoby podają się za sędziów SN i podejmują decyzję o ukaraniu mnie porządkową karą grzywny.

List Giertycha do I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf tutaj >>>

Macierewicz wraca, Morawiecki uprawia swoje mitomaństwo, a Duda schował się za Jolantą

22 Lu

Za rządów PiS wszystko się waży. Ważą się losy Polski, niestety Kaczyński i jego ancymonki (mitoman Morawiecki i złamany Duda) działają na szkodę kraju, obywateli.

Nie mają wizji. Pieprzą o niej, bo wizją nie jest przekupswo (rozdawnictwo), niektórzy niedorobieni intelektualnie dziennikarze nazywają to transferem. Nasi durnie nie mają za wiele wiedzy, to typowo polskie niedoróbki, jakich przez dzieje mieliśmy nadto.

PiS to partia koryta i załatwiania kompleksów. Kaczyński zaś mentalny – nie tylko fizyczny – kurdupel. Świetnie te barachło ujął Zbigniew Herbert (Potęga smaku).

Morawiecki – mitoman, jako się rzekło – negocjuje budżet Unii Europejskiej. Ponoć jest w stanie oddać 100 mld za to, aby Bruksela nie przyczepiała się do praworządności ( istocie bezprawie) pisowskiego w Polsce.

Skończy się, jak to ancymonki potrafią: odda 100 mld, a TSUE weźmie się tym kurduplowatym autokratom do dupy.

A tak poza tym PiS czyni swoje idiotyzmy. Chory człowiek Macierewicz wraca na tapetę. Tak jak on przekazuje swoją wodę z mózgu elektoratowi PiS nikt nie potrafi, zbliża się kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej, za którą odpowiada Lech Kaczyński, byle jakie xero Jarosława.

Szefowa sztabu Dudy Turczynowicz-Kieryłło to kobieta słup, mentalnie zacofana (inaczej nie może być, aby wdać się w interesy polityczne z Dudą), a przy tym kobieta piękna, przynajmniej jak na mój gust.

Kogoś tam pogryzła ta pani. Mniejsza o zgryz, ale gdy ona się odezwie to gryzie nie tylko demokracje, ale i rozum. Niedokształcona w literaturze i w tym, co czyni nas interesującymi (bądź nie) osobowościowo.

Był palec Lichockiej, jest sobaka Dudy.

OKO.PRESS Z BRUKSELI. W piątek 21 lutego, w drugim dniu negocjacji nowego budżetu Unii Europejskiej, liderzy państw nie zdołali wypracować porozumienia. Po zaledwie 30 minutach rozmów i przy braku szans na konsensus, głowy państw przerwały nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej. Polska w gronie państw sprzeciwiających się budżetowym cięciom.

Więcej jak mitoman Morawiecki walczy w Brukseli >>>

2,75 mln zł – tyle na swoje działania w 2020 roku dostanie podkomisja smoleńska. „Mają rozmach… Pan Antoni zapowiadał koniec, a tu kolejne miliony złotych w błoto” – komentuje dr Maciej Lasek, jeden z autorów raportu Millera, wyjaśniającego przyczyny katastrofy z 10 kwietnia. Zaś Antoni Macierewicz już zapowiada swój kolejny raport i przekręca fakty.

O zbuku Macierewiczu, który znowu żywi się naszymi milionami >>>

Sędziowie z Olsztyna, którzy postawili się nominatowi Ziobry Maciejowi Nawackiemu, dostają listy poparcia od innych sędziów. Wspiera ich Adam Strzembosz z grupą sędziów, którzy założyli „Solidarność” w sądach w PRL-u oraz duża grupa sędziów z Warszawy.

O walce sędziów o praworządność w kraju >>>

Zakrojone na ogromną skalę przeszukania w sprawie majątku Mariana Banasia tylko w drobnej części dotyczą słynnej kamienicy w Krakowie. Z informacji Onetu wynika, że śledczy wiążą sprawę szefa NIK z gigantycznym praniem pieniędzy — chodzi o ponad 5 mln zł.

Więcej o wojnie mafijnej w PiS >>>

Dzisiejsze działania wyglądają z jednej strony jak próba zastraszenia, a z drugiej jak jakiś rodzaj zemsty. Trudno założyć, że Marian Banaś przez tyle miesięcy nie zabezpieczył jakichś dokumentów, które miałyby o nim źle świadczyć, tym bardziej, że kwestia dotyczy nieprawidłowego oświadczenia majątkowego. Oczywiście, że to niedopuszczalne, że prezes NIK-u ma problem ze swoim oświadczeniem, ale środki, które są do tego teraz używane, są niewspółmierne. Prawdziwych przestępców, z twardymi zarzutami nie ściga się w ten sposób, że kilkudziesięciu agentów w tym samym czasie wchodzi do kilku mieszkań, zatrzymuje dzieci itd. To jest bezceremonialne psucie państwa w biały dzień i jestem przekonany, że to dopiero początek, a nie koniec – mówi Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO. – To wielka klęska PiS-u, także moralna, bo pokazuje, że nic z tego, co zapowiadali – ani wzmocnienie państwa, ani zasad elementarnej uczciwości – nie zostało wprowadzone. Przypomnę, że okazało się, że politycy PiS-u rabowali kontenery PCK, a pieniądze wykorzystywali na swoje cele lub kampanię wyborczą. To kompletne bankructwo moralne partii, która wyrosła na walce z domniemaną korupcją, a tymczasem wszystko jest na odwrót i to PiS jest korumpującym ugrupowaniem – dodaje.

Wywiad z Tomaszem Siemoniakiem tutaj >>>

Prezydent Duda wielokrotnie okazywał swoją tchórzliwą naturę. W sytuacjach, kiedy naprawdę potrzeba było podejmować decyzję, on uciekał, kierował sprawy do Trybunału Konstytucyjnego. Na marginesie to pokazuje, jaką rolę pełni TK dziś. To organ przyboczny dla PiS-u, dla prezydenta, który wykonuje działania potrzebne władzy w danym momencie – mówi senator Marek Borowski. – Odnoszę wrażenie, że Kaczyński przestaje panować nad tą całą sytuacją. To już nie jest ten wszechmocny wezyr, który wszystkim steruje, a poszczególne części tego aparatu, który budował, zaczynają grać przeciwko sobie. To jest dość typowe dla autorytarnych reżimów, gdzie główny wódz słabnie – dodaje.

Wywiad z Markiem Borowskim tutaj >>>

– Obecny rząd żyje na koszt pierwszych 100 dni gabinetu premier Szydło i pierwszego rządu premiera Morawieckiego. Dokonane wówczas reformy, przyjęte ustawy na długo określiły sposób postrzegania tej władzy, wypracowały pewne stereotypy na jej temat – o 100 dniach drugiego rządu Mateusza Morawieckiego w rozmowie z Gazeta.pl opowiada politolog prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Wywiad Łukasza Rogojsza z prof. Chwedorukiem tutaj >>>

O Jolancie Turczynowicz-Kieryłło tutaj >>>

Ich ostatnią szansą na utrzymanie się przy korycie jest kontynuacja prezydentury Dudy. Jeśli Duda wygra, wołami ich się od władzy nie odciągnie.

A miało być tak pięknie. Zjednoczona Prawica wygrywa jedne wybory, potem kolejne. Wreszcie cała władza w ręce prezesa, Ziobry i spółki. Trzeba przyznać, że w 2015 roku byli oni świetnie przygotowani, by dorwać się do koryta i utrzymać się przy nim jak najdłużej

Esej Tamary Olszewskiej tutaj >>>

Kaczyński, seks i Ciemnogród. Sisiorki i piczki

16 Paźdź

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Uzasadnienie projektu wprost mówi o edukacji w szkole: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej. Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Dalej autorzy powołują się na słynną już, lansowaną przez PiS i Kościół po podpisaniu przez prezydenta Warszawy Deklaracji LGBT plus, interpretację Standardów Edukacji Seksualnej WHO, że od czwartego roku życia należy prowadzić naukę masturbacji.

Jak przeciwnicy edukacji seksualnej widzą świat

W uzasadnieniu projektu uderza przede wszystkim przerażający opis współczesności, pełnej zagrożeń dla dzieci i rodziny, gdzie seksualność człowieka służy do zniszczenia obecnego porządku i jest narzędziem sił ciemności walczących o dusze i ciała. Przerażający jest obraz dziewczynek wpychających sobie do pochwy ostre przedmioty lub masturbujących się tak intensywnie, że ich „łona” stają się sine. Przyczyną takich zachowań jest, oczywiście, edukacja seksualna. Także prowadzona przez rodziców, którzy nie reagują właściwie (czyli zakazami i zawstydzaniem) na masturbowanie się przez dzieci.

Nie dziwię się przerażeniu i determinacji ludzi, którzy tak widząc świat, napisali ten projekt, ani tym, którzy go podpisali. Ta wizja jest w istocie koszmarna. Mało tego, uzasadnienie projektu przywołuje dowody, przykłady z życia na to, że edukatorami seksualnymi są pedofile, którzy w ten sposób rekrutują swoje ofiary.

„Benjamin Levin był wiceministrem edukacji kanadyjskiej prowincji Ontario i doradcą premier Ontario Kathleen Wynne, lesbijki i działaczki LGBT. Pod ich kierownictwem napisano program »edukacji« seksualnej dla dzieci, w ramach którego uczniowie mieli opanować takie tematy jak masturbacja, stosunek analny, seks oralny, nawilżanie pochwy i homoseksualizm. Gdy program wprowadzano do szkół, Benjamin Levin został aresztowany przez policję. W jego domu znaleziono dziecięcą pornografię. Levin był bardzo aktywny na pedofilskich stronach internetowych, gdzie jako ekspert z zakresu »edukacji« seksualnej »doradzał« innym pedofilom. Udzielał instrukcji, jak przygotować dzieci na seks i jakich technik manipulacji użyć, aby obejść naturalne u dzieci blokady i zahamowania”.

Ta historia jest prawdziwa, tyle że jednostkowa – takich mogą być na świecie może dziesiątki, ale nie dziesiątki tysięcy. Tymczasem – jak pokazują doświadczenia wielu krajów, które zdobyły się na uczciwe potraktowanie tematu – pedofilia duchownych i ukrywanie jej przez kościelną hierarchię, łącznie z Watykanem, to zjawisko masowe, a nie jednostkowe. Ale to samo środowisko, które chce karalności edukacji seksualnej, nie przyjmuje do wiadomości zagrożenia ze strony księży (a precyzyjniej mówiąc: zagrożenia polegającego na przedkładaniu przez Kościół interesu tych księży i Kościoła nad dobro dzieci).

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”

Argumenty przeciwników edukacji seksualnej

Kolejny przykład, który dowodzi, że dzieciom grozi poważne niebezpieczeństwo ze strony edukatorów seksualnych, to organizacja LGBT Youth Scotland. Podobno miała prowadzić zajęcia w szkołach (nie znalazłam potwierdzenia – szkoliła, owszem, ale fachowców), a jej szef James Rennie został skazany na dożywocie za wielokrotne molestowanie dziecka znajomych. Rzeczywiście, został skazany, ale czy dowodzi to pedofilskiego charakteru organizacji? Czy to, że były prezes fundacji Nie lękajcie się oszukał jedną z podopiecznych, wyłudzając od niej pieniądze, oznacza, że problem pomocy ofiarom księży pedofilów jest wymyślony? I że unieważnia dorobek fundacji w sprawie udzielania pomocy i nagłaśniania problemu?

Dalej czytamy, że edukacja seksualna prowadzi do legalizacji adopcji przez pary jednopłciowe, a to do wykorzystywania seksualnego adoptowanych dzieci. Tu autorzy projektu opisują parę australijskich gejów, Petera Truonga i Marka Newtona, którym matka surogatka urodziła dziecko, a oni je seksualnie wykorzystywali. Znowu: historia prawdziwa, tyle że w Australii (i nie tylko) są tysiące przypadków takich „adopcji”, a tak patologiczny okazał się jeden. 90 proc. dzieci wykorzystywanych jest w rodzinach heteroseksualnych. Zaś jeśli już pozostać przy przykładzie Australii, to znacznie większym echem odbiło się tam skazanie za pedofilię abp. George′a Pella, metropolity Melbourne, gdzie przy okazji ujawniono skalę pedofilii w Kościele i system ukrywania problemu.

Uzasadnienie projektu wiąże edukację seksualną nie tylko z masturbacją, ale też z uzależnieniem od pornografii. Kwestia punktu widzenia, bo równie dobrze można powiedzieć, że uzależnienie od pornografii jest efektem braku edukacji seksualnej, braku otwartej rozmowy na temat seksu i wychowania przez zawstydzanie.

Uzależnienie od pornografii to choroba

Deprawacja czai się wszędzie

Ściganie edukacji seksualnej jest, zdaniem autorów projektu, konieczne dlatego, że owa edukacja – czyli deprawacja – czai się wszędzie, używając rozmaitego kamuflażu: „Tematy inspirowane Standardami Edukacji Seksualnej w Europie pojawiają się w polskich szkołach między innymi w trakcie lekcji, apeli, zajęć i warsztatów na takie tematy jak: edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, homofobia, tożsamość płciowa, gender. Tematyka o charakterze deprawacji seksualnej pojawia się również w trakcie wyjść pozaszkolnych, m.in. na pokazy filmów, sztuk teatralnych oraz wycieczek do siedzib stowarzyszeń, fundacji i organizacji zajmujących się tematyką »edukacji« seksualnej. Zamieszanie i dezorientację potęguje fakt, iż »edukatorzy« seksualni zakładają w Polsce liczne stowarzyszenia i fundacje o pozytywnie brzmiących nazwach, które dobrze się kojarzą i nie budzą podejrzeń. Podają się za wychowawców, psychologów i pedagogów, którzy w swojej ofercie mają przeprowadzanie ciekawych zajęć na terenie szkoły lub przedszkola. Często legitymują się dyplomami wyższych uczelni lub zaświadczeniami o ukończeniu kursów na temat wychowania i edukacji. W rezultacie zarówno rodzicom, jak i nauczycielom ciężko jest rozpoznać zagrożenie i podjąć adekwatne działania”.

Przypomina mi się koniec lat 90. i wzmożenie pod hasłem walki z „sektami” – sekty widziano ukryte m.in. w kursach angielskiego, jogi i medytacji, w rozmaitych terapeutycznych metodach pracy z ciałem, a także w wegetarianizmie nazywanym „wyniszczającą dietą”.

Na koniec autorzy przekonują, że zakaz edukacji seksualnej realizuje ochronę praw dziecka, w tym ochronę jego prywatności i wolności od demoralizacji. A także broni praw rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z własnym światopoglądem.

Edukacja seksualna i standardy WHO. Czy jest się czego bać?

Co z wychowaniem w zgodzie z poglądami

Jeśli uchwalone zostanie prawo, w założeniu którego edukację seksualną uznaje się za demoralizację, to spokojnie można sobie wyobrazić odbieranie czy ograniczanie władzy rodzicielskiej z powodu demoralizacji przez edukację seksualną. Zdarzało się, że sądy orzekały ograniczanie praw rodzicielskich z powodu diety wegetariańskiej i to bynajmniej nie z powodu stwierdzenia u dziecka niedożywienia. A więc prawo rodziców do wychowania dziecka w zgodzie z własnym światopoglądem nie byłoby wspierane, ale zagrożone. A naruszone będzie wprost, jeśli np. rodzice poślą dziecko do społecznego lub prywatnego przedszkola czy szkoły, gdzie będzie edukacja seksualna. Taka placówka mogłaby bowiem zostać decyzją kuratora (podlegającego ministerstwu edukacji) zamknięta, a dyrekcja i nauczyciel – skazani.

Można to wszystko obśmiać. Można współczuć autorom życia w wyobrażonym świecie opresji. Ale można sobie spokojnie wyobrazić, że to prawo zostanie uchwalone. A wtedy realnie znajdziemy się w opresji.

Edukacja seksualna według katolickich ortodoksów

>>>

Niezłe zamieszanie w sieci wywołało zdjęcie, które jedna z internautek opatrzyła takim podpisem: – „Nostalgicznie…. Białystok, końcówka lat 70-tych. Przyszły naczelnik Polski wybiera się na pochód pierwszomajowy (od Marek Skwarski fb)”. – „Kaczyński od roku akademickiego 1976/77 był przez kilka lat adiunktem w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. To by się zgadzało” – skomentował ktoś inny.

I nawet jeśli to tylko żart, to fotografia stała się dla internautów inspiracją do wielu komentarzy. – „Oczywiście; symbolicznie stał półkroczek z tylu podkreślając tym samym osobista pogardę”; – „Ech… jak ten czas leci. Toż to już 50 lat jak walczy z komuną… I ta walka była i jest tak zacięta, że nawet nie pozwoliła mu znaleźć normalnego zatrudnienia…”; – „Jarek w każdym systemie potrafi się ustawić. III RP głównie ze względów ambicjonalnych i osobistych bardzo go uwierała. PRL to taka arkadia młodości i miłości. On PRL kochał, ale na użytek wyborców, twierdzi że nienawidził”; – „Jaśniejące Słońce XXI wieku, Wieczny Marszałek, Król Porannej Gwiazdy, Wskazujący Drogę Promieniowi Słońca”.

– „Maszerując z czerwoną kokardą na pochodzie z okazji 1 Maja nasz najdroższy przywódca wykonywał misję Wallenroda odstraszając innych swoim płaszczem. To był element jego ukrytej, ale skutecznej walki z komunizmem” – podsumował na Twitterze Roman Giertych.

Internauci komentowali też szczegóły garderoby Kaczyńskiego: – „Ten płaszczyk taki chińsko-północnokoreański. Jakby żywcem ściągnięty z Przewodniczącego Mao lub szlachetnych pleców Umiłowanego Przywódcy”; – „On od zawsze chodził w ubraniach o kilka numerów większych?”; – „O, już wówczas miał słabość do butów”.

Pojawił się też wątek innego „zasłużonego” w walce z komuną: – „Podobnie jak Piotrowicz, on też będąc prokuratorem pomagał Solidarności”. „Piotrowicz i Krynicka nie mają sobie nic do zarzucenia. „Przeszłość mam piękną, przysłużyłem się Polsce”.

Po przejęciu przez opozycję Senatu dotychczasowy marszałek Stanisław Karczewski w niedługim czasie przestanie nim być. A to oznacza na przykład, że będzie musiał wyprowadzić się z zajmowanej przez niego w Warszawie połowy wilii przy ul. Parkowej, której wynajęcie kosztuje nas podatników prawie 6 tys. zł miesięcznie.

W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak obywatele w „czynie społecznym” postanowili pomóc marszałkowi Karczewskiemu w wyprowadzce. „Lotna brygada opozycji” stawiła się przed bramą willi przy Parkowej. Działacze przynieśli kartony oraz drabinkę, żeby mógł zdjąć obraz ze ściany.

Portret Karczewskiego niezbędny dla „dobrego funkcjonowania państwa”.

– „Panie hrabio Karczewski! Pan nie zapomni zabrać portretu za 7.700 złotych polskich z pałaców senackich! Szkoda by się zmarnował” – radził jeden z internautów.

Internauci mieli też inne rady dla Karczewskiego: – „I może popracuje na jakimś SORze dla idei. Lekarzy brakuje w Ojczyźnie naszej przecież…”. Jak pamiętamy, Karczewski „radził” protestującym młodym lekarzom rezydentom, żeby pracowali dla idei.

Posłanka PO Izabela Leszczyna przypomniała o jeszcze jednej sprawie. – „Pan marszałek Karczewski nie rozliczył jeszcze usług gastronomicznych z willi przy ul. Parkowej, do korzystania z których nie przyznał się, wmawiając nam, że sam kupuje bułki dla Żony” – napisała na Twitterze. A chodzi o doniesienia medialne, z których wynikało, że marszałek z budżetu Kancelarii Senatu miał wydać ponad 300 tys. na „greckie frykasy”.

Spójrzmy szerzej i głębiej. Wynik tych wyborów może zacząć powoli zmieniać scenę polityczną w Polsce. Wzrośnie znaczenie nowoczesnej Lewicy, jej aspiracji, odważnej artykulacji problemów i chęci prawdziwej walki o nowe prawa, rozwiązania oraz przyszłość, na miarę wyzwań roku 2030/2040. Ważne – by zachować demokratyczną otwartość na dyskusję i nie zajechać się na śmierć nieadekwatnymi już dziś niektórymi spojrzeniami na świat.

PSL ma szanse przeobrazić siebie w ugrupowanie centrowe, z nowoczesnym rozumieniem konserwatyzmu, osadzone w miastach i wśród liderów w końcu emancypującej się wsi. Ale musi też pamiętać, że kluczem do politycznych celów jest utrzymywanie siły i sprawności całego obozu demokratycznego, który w tej kadencji znalazł się w Sejmie, i głównie w Senacie. Na razie widać niedobre napięcia dotyczące przywództwa w Senacie – co szczerze mówiąc może przekreślić szanse tej Izby na udział w odnowie demokratycznej Polski.

PiS pozostanie partią wspólnoty czujących kiedyś swoje przegrane, dumę ze spowolnienia procesu zmian, silnie tożsamościowo osadzoną w przeszłości.

Koalicja Obywatelska, jeśli nie zmieni wizerunku, programu i przywództwa – stanie się po 20 latach od powstania Platformy odpływającym w niebyt kontynentem. Najlepsze w jej kampanii były kobiety i Małgosia Kidawa-Błońska, ale to na przyszłość może nie wystarczyć.

Wynik tych wyborów utrwalił polaryzację w Polsce – i to jest największe wyzwanie.

Nie chodzi o to, by dezawuować którąkolwiek ze stron. Ale zrozumieć, iż polaryzacja w takiej skali zabija szanse rozwojowe Polski. Jeżeli po jednej stronie trwa rewolucja narodowo-katolicka małych miast i wsi (w symbolicznym, choć nie tylko ujęciu), której celem jest leczenie po-transformacyjnych cierpień i doświadczeń związanych z utratą busoli oraz poczucia pewności i stabilności, bolesnością zbyt szybkich zmian (i nie chodzi o powiedzenie, że one były niepotrzebne – były niezbędne) – to rewolucja spowolnienia, zatrzymania procesów, także np. zmian obyczajowych będzie dalej kontynuowana. A socjalne rozdawnictwo jest tej rewolucji nie tylko ozdobą, nagrodą, ale i paliwem.

 

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego będzie trwała. Ludzie żyjący w tym świecie są i będą Polsce potrzebni. Dziś ufają Prezesowi, telewizji państwowo-propagandowej i proboszczom. Czy tak musi być zawsze….

Co więc można zrobić – wśród tych, którzy zbudowali sukces Polski po 1989 roku, którzy stali się pracowitymi nosicielami sukcesu (to ludzie różnych grup społecznych i dochodów, też nie zawsze przez te 30 lat doceniani), dla których tożsamościowym symbolem jest równocześnie flaga europejska i polska, którzy uczą się żywego uczestnictwa w codziennej demokracji, którzy wygenerowali wielki po 2015 zryw obywatelskiego oporu, a teraz mówią, że potrzebna im będzie odporność ?

Nie mogą się zniechęcić i odpuścić.

Ale partie polityczne muszą stać się ich partnerami, a nie fałszywymi ojcami chrzestnymi. Partie, jeśli chcą odnowić demokrację – muszą same stać się demokratyczne, bo nie są. Muszą uczyć się, jak obywatele mogą uzupełniać politykę, bo to obywatele są źródłem wiedzy władz i administracji. Wtedy będzie szansa na odnowienie demokracji. A o to dzisiaj chodzi, a nie już tylko o prostą obronę demokracji. Lata ostatnie nauczyły nas, część z nas – szacunku dla Konstytucji, jakiego w historii Polski nigdy na taką skalę nie było. Więc rozsiewajmy tę wartość dalej.

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego musi się odnowić. Ale przede wszystkim musi się otworzyć na potencjał rozmowy z tą Polską, która stoi koło sklepu wiejskiego, jest obecna w aktywności kół gospodyń wiejskich, jeszcze stara się spotykać wokół Orlików, walczy o drogę i szkołę gminną, czy średnią szkołę zawodową i dobry szpital w powiecie.

Tam trzeba być na co dzień i siać wartość rozmowy, wysłuchiwania się wzajemnego, ale też i może wspólnego rozwiązywania wspólnych problemów, małych problemów.
Tam trzeba być i żyć. Ale nie w formie odwiedzin, by strzelić sobie fotkę z bazarku. Tylko z zadaniem i poczuciem sensu budowy wspólnej tożsamości – przez małe kina, małe lokalne radia internetowe, dostępność sieci w każdej zagrodzie i uczestnictwo w Internecie, aktywność domów kultury. Ktoś powie – utopia. Nie da się, nie odzyskamy tej Polski.

Pewnie, że to nie jest łatwe. Partyjniacy tego nie zrobią. Ale obywatele z samorządowcami – tak. A partie muszą zacząć nadążać. Wektor się musi zmienić – to machiny partyjne muszą zacząć nadążać za społecznościami, a nie na odwrót.

To zajmie czas – jak kluby Gazety Polskiej, które potrzebowały 10 co najmniej lat, a Radio Maryja prawie 25, by budować swoistą i swoją tkankę społeczną.

Dlaczego to jest potrzebne, dlaczego należy pochylić się nad ludźmi oraz razem zresztą z nimi samymi nad sobą ! By osłabić dawne lęki transformacyjne… i zacząć odbudowywać demokratyczną tkankę społeczną oraz wiarygodność świata przyszłości.

Bo w świecie, w cywilizacji idą takie czasy, że zmiany będą musiały zachodzić coraz szybciej – przyjdzie konieczność turbotransformacji.

I jeśli chcemy świadomie ją wykorzystać ( zamienić niepewności na szanse), bez błędów, z których lekcję z przeszłości powinniśmy wyciągnąć – to trzeba iść do przodu mądrze i z ludźmi, a nie przeciw nim.

A jakie to wyzwania niesie świat, które musimy w Polsce naprawdę usłyszeć, by nie spaść na margines Historii ?

To potrzeba odnowienia ładu demokratycznego w jego nowej, sprawiedliwej wersji. To potrzeba naprawdę poważnej odpowiedzi na rewolucję cyfrową i nie odpuszczenia kontroli człowieka nad technologiami. To konieczność radykalnego odwrócenia zabójczych trendów w środowisku, które zabiją człowieka i mogą zniszczyć Ziemię. To wreszcie konieczność odbudowania ładu demograficznego, a przynajmniej osłabienia zagrożeń w tej dziedzinie, co wymaga innego podejścia do współpracy między pokoleniami oraz otwarcia w mądry sposób na migracje.

No, to startujemy !

Przejęcie Senatu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji. Do jej pełnej formy potrzebny jest jeszcze opozycyjny prezydent. Była wicemarszałek Sejmu ma największe szanse w starciu z Andrzejem Dudą.

Zdobycie 408 766 głosów i najwyższy wynik wyborczy to nie czysta statystyka, tylko realna decyzja indywidualnych ludzi, którzy postawili na Małgorzatę Kidawę-Błońską. W tym sensie jest ona drugim obok Jarosława Kaczyńskiego zwycięzcą wyborów. Jarosław Kaczyński wygrał Sejm. Wygrał mocą swojego autorytetu. Ale zabrakło tego autorytetu na Senat. W tym sensie Senat wygrał Grzegorz Schetyna, bo nie byłoby formalnej czy niedopowiedzianej koalicji senackiej, gdyby nie lider Platformy Obywatelskiej.

Ale oderwijmy się na chwilę od personaliów. Wynik wyborczy powoduje wyłom w systemie monowładzy Prawa i Sprawiedliwości. Nie przeceniając ustrojowej roli Senatu, sam fakt przejęcia wyższej izby parlamentu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji, o czym pisałem już na łamach „Plusa Minusa na wybory”. A kohabitacja odzwierciedla ducha naszego systemu konstytucyjnego i chroni państwo przed pokusą nadmiernej dominacji i autokratyzmu. Dziś wiemy, że pojawiła się szansa, by niezależny Senat uczestniczył w poprawianiu jakości legislacji, czynnym obsadzaniu stanowisk państwowych czy rozliczaniu instytucji, których sprawozdania mocą konstytucji akceptuje.

Ale niezależny Senat to nie jest pełna forma kohabitacji. Pełna – to niereprezentujący monopartii władzy prezydent. Czy pierwszy obywatel Andrzej Duda spełnia to kryterium? Jeśli będzie startował z poparciem partii rządzącej, to nie. Jedynym więc wyjściem dla opozycji jest prezydent wywodzący się z jej szeregów. A tu mamy praktycznie dwie kandydatury. Były premier i aktualny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i liderka wyników wyborczych Małgorzata Kidawa-Błońska. Oboje mają zalety, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie była wicemarszałek Sejmu ma większe szanse. Po pierwsze, po wyborach parlamentarnych ma wysoką rozpoznawalność i realny mandat demokratyczny, podobny do tego, jaki niedawno miała wybrana do Parlamentu Europejskiego z gigantycznym, półmilionowym, poparciem Beata Szydło. Po drugie, MKB, w przeciwieństwie do wiecznie hamletyzującego Donalda Tuska, może wystartować z kampanią już jutro, a nie w grudniu, co byłoby możliwe w wypadku przewodniczącego Rady Europejskiej. A data startu kampanii jest kluczowa. Prawo i Sprawiedliwość zaczęło ją dzień po wyborach. Zatem i opozycja nie powinna się ociągać.

Po trzecie i najważniejsze, MKB jest dużo trudniejsza do „ustrzelenia” przez przeciwników niż „czarny Piotruś” z politycznej narracji PiS – były lider Platformy. Tusk jest i zawsze będzie obciążony nie tylko swoim sukcesem, ale też błędami. Nie wydaje się, że w kampanii mógłby się wyzwolić z negatywnego wizerunku, jakim obciążali go przez lata przeciwnicy. I sprawa ostatnia. W drugiej turze wyborów prezydenckich (w pierwszej pewnie konkurować będą również Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń) sukces kandydata opozycji będzie możliwy tylko z poparciem wszystkich formacji kontestujących kandydata PiS, a do tej roli zdecydowanie bardziej nadaje się MKB niż Donald Tusk. I to właściwie tyle, prócz pełnej świadomości tego, że MKB ma jako kandydat pewne słabości. Są jednak moim zdaniem do pokonania, kiedy otoczy się ją sztabem profesjonalistów i dobrze zaplanuje kampanię. Bez wątpienia mają szanse wygrać jej atuty. Jeśli oczywiście kampania zacznie się dostatecznie szybko i będzie, co nawet w PO jest możliwe, pełna wigoru i profesjonalna.

Te wybory to dopiero wstęp. W niedzielę wieczorem Lewica zaczęła rozbieg do najważniejszego skoku, który wykona za cztery lata.

Jeszcze w wakacje nie było wiadomo, czy w Sejmie IX kadencji znajdzie się w ogóle lewicowa reprezentacja. Dziś Lewica zjednoczona na listach SLD wraca do parlamentu z dwucyfrowym wynikiem jako trzecia siła polityczna w kraju. Jeden z jej liderów Adrian Zandberg w kluczowym stołecznym okręgu osiąga rewelacyjny wynik 137 tysięcy głosów.

PiS i Koalicja Europejska powtarzały w tej kampanii, że to najważniejsze wybory od 1989 roku. Dla Lewicy jednak najważniejsze będą nie te, ale następne. W tych pokazała, że ciągle liczy się jako istotna polityczna siła. W przyszłych pokaże, czy jest w stanie podjąć realną walkę o udział we władzy i przekształcenie kraju zgodnie z własnymi wartościami i poglądami. W niedzielę wieczorem Lewica tyleż zamknęła kampanię, co rozpoczęła rozbieg do nowej – do kluczowego dla własnej przyszłości skoku.

Jakie ma szanse, by odnieść sukces? Na jej korzyść przemawia kilka aktywów, choć jednocześnie będzie musiała wykonać dużo pracy, by poradzić sobie z już dziś widocznymi ograniczeniami jej potencjalnego wzrostu.

Aktywa Lewicy: ludzie i słabość rywali

Na pewno zasobem jest to, kogo Lewica wprowadziła do parlamentu. Do Sejmu wchodzi wyrazista reprezentacja pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków, grupa świetnie wykształconych ludzi, sprawnie posługujących się językiem nowoczesnej Lewicy. Do tej pory działali poza parlamentem: w trzecim sektorze, akademii, ruchach społecznych, samorządzie. Dzięki obecności w Sejmie zyskają nowe narzędzia działania i niedostępną wcześniej widoczność. Ich doświadczenie z aktywności społecznej przyda się w umacnianiu przyczółków Lewicy w społeczeństwie obywatelskim.

Wiele tych młodych osób ma też ekspercką wiedzę – Magdalena Biejat na temat trzeciego sektora, Agnieszka Dziemanowicz-Bąk – edukacji, Maciej Gdula – nauki i szkolnictwa wyższego, Hanna Gill-Piątek – mieszkalnictwa i samorządu, Krzysztof Śmiszek – polityki antydyskryminacyjnej. To może się przełożyć na bardzo merytoryczną opozycję wobec PiS zdolną szachować rządzącą partię przemyślanymi, obchodzącymi ją z lewa pomysłami.

Kolejnym atutem Lewicy jest słabość KO. Nie oszukujmy się – to ona jest głównym przegranym tych wyborów. Tworzącą trzon KO Platformę czeka teraz trudny czas powyborczych rozliczeń. Ich efektem będzie albo walka o schedę po Grzegorzu Schetynie, albo dalsze dryfowanie partii pod jego przywództwem. W tej sytuacji wielu centrowych wyborców będzie naturalnie patrzyć w kierunku lewicy jako głównej siły zdolnej potencjalnie powstrzymać PiS. W takiej sytuacji wybrani z list KO Zieloni czy aktywiści obywatelscy będą spoglądać ku lewej stronie parlamentu, szukając tam przestrzeni dla swoich przyszłych działań.

To nie Balcerowicz jest teraz wrogiem

Tu jednak pojawia się pierwsze stojące przed Lewicą w najbliższych czterech latach wyzwanie: prawidłowego zdefiniowania tego, kto jest jej politycznym wrogiem. Wyniki z niedzieli wyraźnie pokazują jedno: nie jest, a przynajmniej nie powinna być nim Polska liberalna. Antagonistą w najbliższych czterech latach będzie nie Balcerowicz, ale Kaczyński. Nie polski neoliberalizm rodem z lat 90., ale konserwatywno-paternalistyczny projekt „polskiego państwa dobrobytu”, gdzie selektywne transfery socjalne służą umocnieniu głęboko reakcyjnego porządku społecznego.

Jeśli Lewica chce kiedyś wrócić do władzy w Polsce, jeśli chce przebić szklany sufit kilkunastu procent, musi lepiej komunikować się także z elektoratem liberalnym. Co oznacza z jednej strony współpracę z konserwatywno-liberalnym centrum w takich kwestiach jak np. praworządność, z drugiej zaś cierpliwe wychowywanie sobie potencjalnych wyborców z liberalnego centrum. Do czego? Po pierwsze, do tego, by w takich kwestiach jak prawa osób LGBT czy zdrowie reprodukcyjne byli faktycznie liberalni, a nie konserwatywni. Po drugie, do tego, by zrozumieli, że system wymaga głębokiej solidarystyczno-socjalnej korekty – ta nie zawsze oznacza „populizm” i „nieodpowiedzialne rozdawnictwo”.

Tu pojawia się kolejne wielkie zadanie dla Lewicy: musi ona znaleźć język, który pozwoli sformułować jej cywilizacyjną propozycję nowoczesnego państwa dobrobytu w taki sposób, by dotarła do szerokich grup wyborców. Będzie to wymagało połączenia wiedzy, intuicji, instynktu, szczęścia. Trudno powiedzieć dziś, jak konkretnie miałby ten projekt wyglądać. Na pewno musi zawierać modernizacyjne aspiracje, przedstawiając wydatki na usługi społeczne i infrastrukturę jako długofalowe inwestycje w rozwój. Z drugiej strony powinien też się odwoływać do języka praw człowieka i godnościowych rewindykacji, który tak sprawnie w ostatnich czterech, pięciu latach nauczył się politycznie obsługiwać PiS.

Wyjść ze swojej bańki

Kolejne wyzwanie stojące przed Lewicą to, paradoksalnie, konieczność nawiązania kontaktu z ludowym wyborcą. Exit poll pokazały, że po Koalicji Obywatelskiej to Lewica ma w swoim elektoracie najwięcej absolwentów wyższych uczelni. Lepiej niż wśród bezrobotnych czy emerytów radzi sobie wśród specjalistów i przedsiębiorców.

Nie jest to wyłącznie cecha polskiej lewicy. Badania Thomasa Piketty’ego z 2018 roku, oparte na analizach przepływów elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w ostatnich kilku dekadach, wyraźnie pokazały, że o ile prawica na Zachodzie reprezentuje osoby zamożniejsze, to lewica nie tyle ubogie, ile lepiej wykształcone.

Także w Polsce centrolewica nie będzie wyłącznie partią plebejską. Jako taka nigdy nie usadowi się w miejscu, z którego można efektywnie sprawować władzę. Musi postarać się budować ponadklasowy pakt na rzecz bardziej społecznie sprawiedliwej, inkluzywnej, egalitarnej, a przy tym szanującej prawa człowieka i osobiste wolności Polski. By to się udało, trzeba połączyć ogień z wodą, połączyć w jednym bloku część ludowego elektoratu PiS i wyborców odebranych liberalnemu centrum.

Sukces takiego projektu jest kluczowy nie tylko z punktu widzenia szans Lewicy, ale także przyszłości demokracji w Polsce. Dzisiejsze związanie uboższego elektoratu nastawionego na sprawiedliwość społeczną i transfery, z partią kierującą się populistyczną, skrajnie konserwatywną, mniej lub bardziej autorytarną agendą jest głęboko toksycznym splotem zdolnym generować wyłącznie kryzysy.

Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna

Zanim jednak Lewica zabierze się do pracy na wszystkich tych polach, musi poradzić sobie z jednym problemem, bez rozwiązania którego nie ma co marzyć o dalszych sukcesach: jednością. Lewica wróciła do parlamentarnej gry, bo na czas kampanii była w stanie zakopać historyczne, personalne i polityczne spory. Jeśli w Sejmie IX kadencji spory te ponownie odżyją, jeśli Lewica zajmować się w nim będzie wyłącznie sobą, błyskawicznie zaprzepaści szansę, jaką dostała w niedzielę.

Pewnie tworzenie od razu jednej partii z Razem, Wiosny i SLD byłoby przedwczesne. Być może ma nawet sens – choć osobiście bym tego Lewicy nie doradzał – utworzenie przez szóstkę posłów i posłanek Razem własnego koła w Sejmie. Niezależnie od tego, czy ono powstanie, czy nie, Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna w parlamencie i poza nim – przede wszystkim w wyborach prezydenckich. Wystawienie więcej niż jednego kandydata skończy się bowiem zupełną, bardzo politycznie kosztowną katastrofą. Jeden lewicowy kandydat – dziś najpewniej Robert Biedroń, choć może warto byłoby pomyśleć o jakiejś kandydatce – ma zaś szansę na co najmniej mocne trzecie miejsce.

Polska to nie Portugalia, gdzie rząd tworzą trzy startujące osobno lewicowe i centrolewicowe partie. Nawet jeśli zachowanie organizacyjnej odrębności Partii Razem czy SLD ma swoje racjonalne przesłanki, partie te nie mogą startować przeciw sobie w wyborach. Grają o zbyt podobny elektorat. Liderzy lewicy muszą teraz zrozumieć, że są na siebie skazani, a elektorat nie wybaczy im frond i rozłamów. Jeśli Lewica wróci kiedyś do gry o władzę, to tylko jako bardzo wielki namiot gromadzący ludzi o bardzo różnych biografiach, priorytetach i wrażliwościach.

Opozycja ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – W przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia “sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Oficjalne wyniki wyborów pokazują, że będzie samodzielnie rządzić nami ugrupowanie, które nie ma większości.

PROF. UW RAFAŁ CHWEDORUK: W demokracji trudno wyobrazić sobie inną sytuację, może poza krajami, gdzie mamy system dwupartyjny, jak Malta. Gdyby korzystać z tego argumentu, to w zasadzie żaden rząd po 89 roku nie cieszył się poparciem większości Polaków, nawet tylko tych uczestniczących w wyborach. Prawdą jest, że przy rekordowej frekwencji PiS zrobił rekordowy wynik.

Mamy natomiast do czynienia z innym paradoksem. PiS wygrał przy rekordowej frekwencji i takim rezultatem, a mimo to najwyraźniej w tej partii dominuje ambiwalencja w ocenie wyniku. Trochę to przypomina sytuację po wyborach samorządowych rok temu. Co do pozostałych partii opozycyjnych, to one przegrały wybory, ale każda z osobna ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma  żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić. Nie ulega też wątpliwości, że tak jak

PIS DOSTAŁ MOCNY MANDAT DO RZĄDZENIA, TAK OTRZYMAŁ SŁABSZE NIŻ POPRZEDNIO PODSTAWY DO SPRAWOWANIA WŁADZY. TA SYTUACJA BĘDZIE WYMAGAŁA BARDZO DUŻEJ EKWILIBRYSTYKI OD PIS-U.

I jeszcze jedno: mieliśmy rekordową frekwencję, ale mało kto zauważył, że mieliśmy też najniższą w historii ilość ogólnokrajowych komitetów. Zatem do wielkiego pulchnego wyborczego tortu było zaledwie 5 chętnych konsumentów i myślę, że największe partie nie uwzględniły tego w swojej kalkulacji.

Problem PiS-u polega na tym, że mając niewielką większość mandatów będzie miał do czynienia z dwoma biegunami po obu stronach. Z jednej strony będzie Konfederacja, która choć dostała się, korzystając głównie z retoryki libertariańskiej, skoncentrowana na kwestiach ekonomiczno-społecznych, to będzie w kwestiach kulturowych atakowała PiS i to z radykalnie konserwatywnej pozycji – np. aborcja, migranci, ustawa 447, prowokując PiS do licytacji. Jeżeli partia rządząca wejdzie w taką licytację, to z pewnością utraci poparcie olbrzymiej części umiarkowanych wyborców, którzy doszlusowali do PiS-u, zainteresowanych bardziej kwestiami społecznymi. Jeżeli nie podejmie, to Konfederacja będzie próbowała tych najbardziej radykalnych prawicowo-konserwatywnych wyborców od PiS-u oderwać. Na drugim biegunie znajdzie się PSL, którego zwycięski lider zapewniał o szacunku dla wszystkich, nie przedstawiał w wielu kwestiach konkretów, a jedynie dystansował się od głównych podmiotów politycznych w kraju i to, jak się okazuje, wystarczyło na przyzwoity wynik wyborczy i solidny klub. PSL będzie atrakcyjny dla wahających się wyborców.

PIS ZNAJDZIE SIĘ ZATEM MIĘDZY DWOMA BIEGUNAMI, CO BARDZO UTRUDNI FUNKCJONOWANIE TEJ PARTII NA CO DZIEŃ, ZWŁASZCZA ŻE WKRÓTCE WYBORY PREZYDENCKIE I PRAWIE Z MARSZU PRZYSTĄPIMY DO KAMPANII PREZYDENCKIEJ.

W mijającym Sejmie ze względu na obecność Kukiza i kryzys PSL, który dostał dużo gorszy wynik poprzednio, a także ze względu na upadek Nowoczesnej, większe partie miały skąd czerpać posłów, teraz tak prosto nie będzie.

Czyli dobrze i łatwo dla partii rządzącej już było. Ja dołożyłabym do tego jeszcze kryzys gospodarczy, który widać na horyzoncie. Czy ten Sejm przetrwa zatem 4-letnią kadencję?
Mogę sobie wyobrazić sytuację, że gdyby kryzys gospodarczy nieuchronnie do Polski zmierzał, PiS mógłby spróbować wcześniejszych wyborów, aby ponowić swój mandat. Tym bardziej, że każdy z 3 podmiotów opozycyjnych będzie dążył do przedstawienia swojego kandydata na prezydenta. To będzie rodziło konflikt na stronie opozycji i sprzyjało PiS-owi. Ale to jedyny czynnik, który działać może na plus tej partii w obecnym składzie parlamentu.

Dodajmy jeszcze, że

PIS BĘDZIE MIAŁ TAKŻE BARDZIEJ SKOMPLIKOWANĄ SYTUACJĘ WEWNĘTRZNĄ: PARTIE GOWINA I ZIOBRY DYSPONUJĄ WIĘKSZĄ ILOŚCIĄ POSŁÓW NIŻ W POPRZEDNIEJ KADENCJI. TEGO PROBLEMU PIS KOMPLETNIE NIE MA JAK OBEJŚĆ. A TO OZNACZA, ŻE KOSZTY SPRAWOWANIA WŁADZY BĘDĄ DUŻO WIĘKSZE.

Po raz pierwszy od czasów Sejmu kontraktowego mamy inną większość w Senacie niż w Sejmie. Na ile to ważne?
Myślę, że ze wszystkich pozytywnych aspektów dla opozycji ten ma wymiar bardziej symboliczny. Wobec wyzwań, przed którymi stanie PiS, to nie jest największy problem dla tej partii.

Czyli bardziej porażka wizerunkowa niż faktyczna?
Tak, to coś, co kierownictwo PO może przedstawiać jako nadzieję na przyszłość.

Do Sejmu wraca lewica. Na ile to znaczący powrót?
Przyznam, że dla mnie ten powrót jest zaskoczeniem, bo choć od wejścia SLD do sejmików rok temu było jasne, że ta partia wróci, natomiast wynik ponad miliona innych niż SLD-owskich wyborców jest moim zdaniem niespodzianką. Lewica zawdzięcza to zarówno wysokiej frekwencji, ale też temu, że wiele środowisk opiniotwórczych, które od lat wspierały PO przeciw Lewicy, tym razem zachowała względną neutralność w tym sporze. Dla Włodzimierza Czarzastego i pozostałych to niewątpliwie olbrzymi sukces. Wszelkie narzekania, że to 12 proc., a nie 15 czy 16, nie mają żadnych podstaw bytu. Przypominam, że Lewica przystępowała do kampanii z realnym poparciem w przedziale 7-9 proc.

DO WYBORÓW PREZYDENCKICH NA PEWNO WSZYSTKO BĘDZIE PROSTE, JEDNAK JEŻELI ROBERT BIEDROŃ ZAJĄŁBY NIŻSZE NIŻ TRZECIE MIEJSCE, TO MOGĄ POJAWIĆ SIĘ STRUKTURALNE PROBLEMY WEWNĘTRZNE.

Lewica trafiła na dobry moment?
Niewątpliwie wielkim sukcesem jest wykorzystanie okazji. W polityce to jest bardzo ważna umiejętność. Pamiętajmy, że ta koalicja powstała niejako z przymusu, a nie w zaplanowany sposób. Na pewno Lewica w Polsce, jak i w całej Europie stoi przed dylematami dotyczącymi tego, czy bardziej iść w stronę lewicowości kulturowej czy społeczno-gospodarczej. W Polsce to dodatkowo musi być skorelowane ze stosunkiem do historii, tym razem udało się różne grupy wyborców, często od siebie odległe, połączyć. Już na podstawowych analizach na poziomie geografii wyborczej widać, że to już nie tylko tradycyjny elektorat SLD. W przypadku ostrej konkurencji z PO i PSL dużo pracy będzie wymagało utrzymanie wspólnego mianownika wśród tych wyborców. Warto zwrócić uwagę, że Lewica powinna dbać o kwestie programowe, tożsamościowe, pracować cały czas z grupami społecznymi, które ją wsparły, a nie orientować się na wielki przełom, bo póki co

TO PLATFORMA ZDUBLOWAŁA WYNIK LEWICY. NAJPRAWDOPODOBNIEJ SAMA PO SKRĘCI WYRAŹNIE W LIBERALNĄ STRONĘ W KWESTIACH GOSPODARCZYCH, CZEGO OCZEKUJE ZNACZNA CZĘŚĆ KLASY ŚREDNIEJ W POLSCE.

Czy możemy spekulować, że PiS osiągnął maksimum swoich możliwości, czyli niewiele ponad 8 mln wyborców?
Moim zdaniem tak – w przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia „sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia. Zaangażowanie ludzi i środków, bardzo mocne argumenty, jakie PiS miał za sobą, bo oprócz obietnic miał też argument sprawstwa; to wszystko pozwoliło zmobilizować rekordową liczbę wyborców, także tych biernych. Teraz powstaje oczywiste pytanie, czy sprawując dalej władzę uda się ponawiać taką mobilizację.

Do tej pory PiS był teflonowy i wychodził ze wszystkiego niemal bez szwanku. Teraz to się zmieni?
Z dzisiejszej perspektywy rywalizacja PiS-u z KOD-em czy z ówczesnymi partiami opozycyjnym z udziałem PO i Nowoczesnej wydaje się wyzwaniem jednak trochę mniejszym.

PIS PRZETRWAŁ I POKONAŁ OPOZYCJĘ WYBORCZO, DZIŚ JEDNAK SKALA WYZWAŃ JEST ZDECYDOWANIE WIĘKSZA.

Problem PiS-u nie bierze się ze słabego wyniku tej partii czy super wyniku PO czy SLD. Problem tej partii bierze się stąd, że są w Sejmie dwie partie mniejsze. Absencja chociaż jednej z nich podwyższyłaby wynik PiS-u w mandatach. Partii Kaczyńskiego nie udało się pozbawić podmiotowości PSL, a wręcz przeciwnie. Okazało się, że zagnanie na polityczne meandry Kukiza nie wystarczyło. Sądzę, że dla wszystkich obserwujących politykę ta kadencja Sejmu będzie o wiele ciekawsza niż poprzednia, i to nie tylko dlatego, że rząd będzie miał mniejszą przewagę mandatów nad opozycją w Sejmie niż poprzednio.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

PiS się cofa na z góry zaplanowane pozycje, czyli nieuchronna porażka zagląda w oczy

27 List

Zniesienie kadencyjności sprawowania funkcji kierowniczych powoduje, że ich utrzymanie wymaga posłuszeństwa i uległości wobec przełożonych. To jeden z wniosków płynących z raportu „Prokuratura pod specjalnym nadzorem” pokazującego szczegółowo mechanizmy i skutki całkowitego podporządkowania prokuratury partyjnemu dyktatowi na przestrzeni trzech ostatnich lat, od listopada 2015 r. do października 2018 r.

Magdalena Kołodziej – wzorowa prokurator PiS

Kto został wymieniony

To pierwsza publikacja startującego dziś serwisu internetowego panstwo-pis.pl poświęconego monitorowaniu działań prokuratury. Redaktorem serwisu jest Krzysztof Król, reprezentujący Stowarzyszenie „Paragraf Państwo”, wydawcy serwisu http://www.panstwo-pis.pl. Szefem rady programowej stowarzyszenia został prof. Leszek Balcerowicz, poza nim w Radzie są m.in. prof. Monika Płatek i prof. Marcin Matczak.

Raport, jak precyzują autorzy, powstał na podstawie publikacji medialnych, powszechnie dostępnych raportów, oficjalnych danych oraz informacji własnych. Większość faktów jest znana, ale zestawione razem w postaci skondensowanej piguły informacyjnej robią piorunujące wrażenie.

Choćby zmiany kadrowe. I tak od samej góry: wymiana sześciu na siedmiu zastępców prokuratora generalnego, niemal wszystkich prokuratorów kierujących biurami lub departamentami, a także ich zastępców w Prokuraturze Krajowej, szefów i zastępców wszystkich 11 prokuratur regionalnych i 44 z 45 prokuratur okręgowych. Swoje stanowisko zachowała tylko Hanna Lewczuk, kierująca Prokuraturą Okręgową w Suwałkach. Autorzy raportu zauważają, że pani prokurator okręgowa jest często obecna na uroczystościach organizowanych przez wiceministra MSWiA Jarosława Zielińskiego.

Prokurator Duś, człowiek Ziobry, do Izby Dyscyplinarnej

Miotła sięgnęła prokuratorskich dołów

W 90 proc. prokuratur rejonowych również wymieniono kadry kierownicze. I to nie tylko prokuratorów rejonowych czy ich zastępców, ale także szefów wydziałów w prokuraturach regionalnych, okręgowych i rejonowych. Tu dokładnych danych brak, bo jak zauważają autorzy raportu, proces jest ciągły, trwa już ponad dwa i pół roku, więc szefów niektórych jednostek wymieniano w tym czasie już dwukrotnie.

Awanse, zwłaszcza te przyspieszone, w szczególnym trybie (art. 76 par. 5 ustawy z 28 lutego 2016 r., Prawo o prokuraturze), bez wymaganego stażu pracy na niższym stanowisku służbowym, były najczęściej nagrodą dla prokuratorów prowadzących sztandarowe śledztwa w okresie pełnienia przez Zbigniewa Ziobrę funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w latach 2005–07. „Gwardia Ziobry” założyła w 2008 r. Stowarzyszenie Prokuratorów Ad Vocem. Teraz, za drugiego Ziobry, awansowała połowa członków stowarzyszenia. Do Ad vocem należy choćby pięciu zastępców prokuratora generalnego: Bogdan Święczkowski, Marek Pasionek, Krzysztof Sierak, Robert Hernand i Przemysław Funiok.

Prokuratura ma większy budżet, ale działa mniej sprawnie

Kolejna grupa awansujących to krewni polityków PiS

Awansują córki, żony, bracia, jak np. Magdalena Witko, prokurator okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim, żona byłego posła PiS Marcina Witki, prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego.

Ukrytą formą awansu stały się delegacje prokuratorów przenoszonych w ten sposób do jednostek wyższego stopnia. Zachętę do pilnego wykonywania czynności zawodowych w ramach delegacji do prokuratury nadrzędnej stanowi należne w tym czasie wyższe wynagrodzenie. Jest marchewka, jest i bat: prokurator delegowany ma słabszą pozycję służbową w nowej jednostce i łatwo go odwołać.

Od marca 2016 r., kiedy wprowadzono zmiany w funkcjonowaniu prokuratury, delegowano do jednostek nadrzędnych ponad 1100 prokuratorów. W Prokuraturze Krajowej tylko ok. 60 prokuratorów jest powołanych w normalnym trybie. Większość, czyli 281, to prokuratorzy delegowani. Pozostałe delegacje to 274 do prokuratur regionalnych i 574 do okręgowych.

Prokuratura umiera w ciszy

Przykłady tzw. podwójnych awansów

Chodzi o sytuację, kiedy np. szef prokuratury okręgowej otrzymuje jednocześnie stanowisko prokuratora Prokuratury Regionalnej. A prokurator regionalny awansuje na stanowisko prokuratora Prokuratury Krajowej (przypadek Andrzeja Szeligi, prokuratora regionalnego w Warszawie). Poza prokuratorem Szeligą w ten sposób podwójnie awansowało dwóch prokuratorów regionalnych (obaj to członkowie Ad Vocem) i siedmiu prokuratorów okręgowych.

Kiedy jedni awansują, inni zostają zdegradowani: 22 prokuratorów Prokuratury Generalnej i 91 prokuratorów prokuratur apelacyjnych przeniesiono na niższe stanowiska służbowe. Wielu z tych, którzy uzyskali uprawnienia emerytalne, nie czekało na degradację. Do 15 kwietnia 2016 r. w stan spoczynku odeszło 194 prokuratorów, w tym 16 prokuratorów Prokuratury Generalnej i 30 prokuratorów prokuratur apelacyjnych. W 2016 r. – 305. Do połowy 2017 r. – 128. A wcześniej, przed erą Ziobry, z uprawnień emerytalnych korzystało średnio tylko 120 prokuratorów rocznie.

Zmiany prawno-organizacyjne i związane z nimi zmiany kadrowe zdaniem autorów raportu stworzyły system, w którym istnieją duże możliwości wywierania wpływu na niezależność prokuratorów. Bo ponad 1000 prokuratorów otrzymuje dodatki funkcyjne związane ze sprawowaniem kierowniczych funkcji. Kolejnych 1100 prokuratorów to prokuratorzy delegowani, również potencjalnie podatni na naciski przełożonych. I wreszcie 300 asesorów, którzy muszą uzyskać zgodę przełożonego na wydanie przygotowanej decyzji procesowej. Autorzy raportu podsumowują: ok. 2400, ponad jedna trzecia zatrudnionych w prokuraturze może być podatna na naciski przełożonych.

Raport omawia także działania samej prokuratury: budzące wątpliwości postępowania czy zaniechania ich prowadzenia, przenoszenie spraw pomiędzy prokuratorami. Czyli efekty kadrowej zmiany.

Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW. – Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności – dodaje prof. Chwedoruk. Mówi też o aferze KNF i możliwej rekonstrukcję rządu.

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów.

Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie.

Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.
PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas –

w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych.

Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi

problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne.

Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów.

PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…
Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole.

To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć.

Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że

po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.
Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety,

Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?
Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad.

Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny.

Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

To raczej problem kadrowej „krótkiej kołdry” paraliżuje momentami działalność partii rządzącej, aniżeli coś takiego, co kiedyś pogrążył angielskich torysów czy hiszpańskich socjalistów czy teraz ewidentnie ma miejsce w niemieckiej CDU.

Czy wycofanie się PiS-u ze zmian w Sądzie Najwyższym, chociaż wielokrotnie zapowiadali, że nie ma o tym mowy, nie jest właśnie takim rządzeniem za wszelką ceną?
Każda partia, która chce być partią o masowym poparciu i walczyć o zwycięstwo w wyborach, musi siłą rzeczy balansować między różnymi segmentami wyborców. PiS wygrał wybory, ponieważ jawił się wyborcom z centrum, niezaangażowanym politycznie, jako bliższy normie niżeli konkurenci. Jeśli chodzi o sprawy europejskie, to Polacy generalnie pozostają prounijni. Z drugiej strony istnieje niewielki krąg mocno prawicowych wyborców, którzy są eurosceptyczni.

Cała umiejętność rządzenia w wykonaniu PiS-u polega na tym, żeby być bliżej tych pierwszych wyborców, ale od czasu do czasu wykonywać gesty wobec mniejszościowej grupy. To udawało się PiS-owi do trzech dni przed wyborami samorządowymi.

W tym sensie PiS po takim przebiegu kampanii i rezultacie wyborów zmuszone było dokonać zmiany ustawy. Nie sądzę, aby było to bardzo kosztowne dla partii. Trudno tu też nie oprzeć się refleksji, że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego PiS został trochę postawiony przez opozycje pod ścianą i wiadomo było, że finał tej sprawy będzie polityczny, a nie prawno-sądowy. Natomiast w sprawie SN był wcześniej casus węgierski związany z kwestią wieku i walką instytucji europejskich, niezwiązany tylko z wymiarem sprawiedliwości, ale z problemem dyskryminowania ludzi ze względu na wiek, i trudno powiedzieć, jaki sens miałoby brnięcie w konflikt akurat w materii wieku przechodzenia na emeryturę. Warto tu dodać, że pani prof. Gersdorf okazała się dużo zręczniejszym przeciwnikiem, zarówno niż opozycja, jak i jej poprzednicy na kanwie TK, którzy często polityzowali ten spór i dawali PiS-owi możliwość mocnych odpowiedzi medialnych. W tym wypadku unikanie polityzacji i prostych ataków na PiS jako podmiot polityczny było dużo zręczniejsze. Oczywiście

to pokazuje stawkę gry, na razie jeśli chodzi o wybory do PE – opozycja i Grzegorz Schetyna będą robić wszystko, aby przeistoczyć wybory w referendum w sprawie rządzących. PiS będzie robiło wszystko, żeby tematyka europejska w taki prosty sposób nie stała się osią konfliktu.

To będzie trudne w przypadku wyborów europejskich.
Tak i opozycji będzie sprzyjać prostota zarysowanego sporu. Wielu wyborców łatwiej się odnajduje w prostym sporze, aniżeli w skomplikowanych kwestiach. PiS może mieć natomiast nadzieję na to, że targające Europą polityczne wstrząsy osłabią perspektywę kształtowania konfliktu wokół problemów relacji z UE. Istotną kwestią jest to, czy Angela Merkel zapewni sobie wpływ w partii po przekazaniu oficjalnej władzy.

Relacje między KE a Włochami, rządzoną przez lewicę Rumunią, między KE a Węgrami, kryzys polityczny i społeczny we Francji, plus amerykańska ręka pilnująca, aby Europa za bardzo się nie usamodzielniła – to wszystko będzie miało duże znaczenie.

Jeżeli będziemy mieli tu cykl spektakularnych wydarzeń, pokazujących, że Europie towarzyszy niepewność, to może to pracować na korzyść PiS-u. Paradoksalnie jest to czynnik, na który polscy politycy nie mają kompletnie żadnego wpływu.

Po pięciu miesiącach prac rządowy zespół ds. walki z faszyzmem i przestępstwami z nienawiści postuluje poprawienie jednego przepisu kodeksu karnego i stworzenie katalogu symboli niedozwolonych. Katalogu, który PiS sam wycofał w 2016 roku. Na działalności zespołu cieniem kładzie się ukrywanie sprawozdania i polityczny kontekst jego powołania

Po głośnym reportażu dziennikarzy Superwizjera TVN24 o polskich neonazistach premier Mateusz Morawiecki powołał międzyresortowy zespół, który miał zaproponować zmiany w prawie i procedurach, tak by umożliwić służbom skuteczniejszą walkę z przestępstwami z nienawiści i z propagowaniem ustrojów totalitarnych.

Decyzja dość groteskowa, bo choć system ścigania grup neofaszystowskich i sprawców przestępstw z nienawiści wymaga zmian, to podobny zespół w 2016 roku rozwiązała była premier Beata Szydło. Nowy zespół zakończył prace 30 lipca 2018 roku.

I w końcu, po dwumiesięcznych próbach wydobycia sprawozdania z jego prac 23 listopada Kancelaria Premiera przesłała nam 14-stronnicowy dokument (cała treść niżej).

Jak czytamy w sprawozdaniu, w pracach zespołu ds. przeciwdziałania propagowania faszyzmu (pełna nazwa brzmi: i innych ustrojów totalitarnych oraz przestępstwom nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość) wzięli udział przedstawiciele czterech ministerstw – w tym Ministerstwa Sprawiedliwości i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Pełnomocnik ds. Równego Traktowania, a także przedstawiciele Kancelarii Premiera, prokuratury, policji i ABW.

Od marca do czerwca zespół spotkał się cztery razy. Stworzono cztery specjalistyczne grupy robocze przy ministerstwach, a Adam Lipiński był odpowiedzialny za kontakt z organizacjami pozarządowymi, które mogły zgłaszać swoje uwagi. Zgodnie z treścią sprawozdania, zespół szczegółowo analizował przepisy prawa – głównie kodeksu karnego – i postulaty wnoszone przez Rzecznika Praw Obywatelskich.

Efekt tych prac – delikatnie mówiąc – jest marny. Na siedem rekomendacji pięć dotyczy jednego przepisy kodeksu karnego.

Chodzi o art. 256: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”;

Analiza, którą przeprowadził zespół wygląda tak, jakby jego członkowie jeden do jeden sprawdzali, które przepisy nie zdały egzaminu w konkretnym przypadku, czyli działalności stowarzyszenia „Duma i Nowoczesność”, które w lesie pod Wodzisławiem Śląskim wyprawiło huczne urodziny Hitlera.

Czemu nie ścigamy za nienawiść klasową?

Diagnoza, którą przeprowadzili eksperci z ministerstw i służb, sprowadza się do 10 krótkich wniosków. Zespół uznał, że:

  • ograniczenie ścigania do „propagowania ustroju” uniemożliwia realne ściganie przestępstw;
  • w wymienionych przesłankach brakuje wskazania na inne niż faszystowski ustroje totalitarne, co również utrudnia służbom identyfikację przestępstw;
  • górna granica sankcji (do 2 lat) z art. 256 kk jest za niska, żeby spełniła rolę odstraszającą;
  • trudna do zdiagnozowania jest przesłanka publicznego charakteru czynów zabronionych w art. 256 kk.;
  • niekonsekwencją w przepisach jest ściganie ze względu na nienawiść na tle etnicznym czy rasowym i ominięcie „nienawiści klasowej”, która „była i wciąż jest w wielu państwach podstawą oficjalnej ideologii skrajnej lewicy”;
  • chociaż fakt posiadania przedmiotów nawiązujących do symboliki faszystowskiej jest łatwy do ustalenia, to już udowodnienie celu – czyli rozpowszechnianie – jest trudne. A to oznacza, że służby nie mają kontroli nad handlem tego typu przedmiotami;
  • służby mają problem w ściganiu sprawców działających w grupach zakonspirowanych;
  • trudni do ścigania są sprawcy popełniający przestępstwa za pośrednictwem internetu;
  • brakuje jednolitego katalogu symboli uznawanych za niedozwolone.

Ścigać za propagowanie ideologii i czczenie Hitlera

W oparciu o powyższą analizę zespół złożył na ręce premiera siedem rekomendacji – jeszcze szczuplejszych niż sama diagnoza.

Proponuje, by w art. 256 kk obok ustroju faszystowskiego znalazło się dokładne wskazanie, że karze podlega też ten, kto propaguje też ustrój „komunistyczny” i „nazistowski„.

Postulują też, by poza „ustrojem” w przepisie dodać nowy typ przestępstwa dotyczący propagowania „ideologii faszystowskiej, nazistowskiej, komunistycznej lub innej ideologii totalitarnej opowiadającej się za użyciem przemocy w celu na wpływania na życie polityczne lub społeczne„. A kara za powyższe przestępstwa ma zwiększyć się do trzech lat pozbawienia wolności.

Ma też pojawić się nowy przepis, czyli art. 256a w brzmieniu: „Kto wspólnie z innymi osobami oddaje hołd lub uroczyście upamiętnia postać historyczną stanowiącą symbol zbrodni związanej z ideologią faszystowską, nazistowską lub komunistyczną podlega karze pozbawienia wolności do roku”.

A jeśli czyn został popełniony w miejscu publicznym to wymiar kary pozbawienia wolności zwiększa się do dwóch lat.

Zespół postuluje też, by zmienić uprawnienia policji i przyznać jej możliwość prowadzenia kontroli operacyjnej w przypadku wszystkich przestępstw zapisanych w art. 256 k.k. Ostatnia rekomendacja dotyczy stworzenia katalogu symboli uznawanych za niedozwolone. Miały by tym się zająć ABW, policja i prokuratura.

Neofaszystowskie stowarzyszenia mogą hulać w internecie

Czego zabrakło? Przede wszystkim żadna rekomendacja nie dotyczy możliwości ścigania przestępstw z nienawiści w internecie. A o to postulował Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Marcin Sośniak z biura RPO mówi OKO.press: „Rzecznik proponował np., by usprawnić komunikację miedzy trzema instytucjami: operatorem internetowym, prokuraturą i organami nadzoru (np. starostami sprawującymi nadzór nad stowarzyszeniami) w razie zidentyfikowania działalności organizacji, o których mowa w art. 13 Konstytucji RP, czyli organizacji odwołujących się do praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakładają lub dopuszczają nienawiść rasową i narodowościową.

Dziś operator kasuje co prawda treści, które są mową nienawiści czy propagują ustroje totalitarne, ale często nie czuje się w obowiązku, aby przekazać informacje organom ścigania. A taki materiał dowodowy dotyczący np. rejestrowanych stowarzyszeń mógłby stanowić podstawę do ich delegalizacji.

Nie ma też żadnego punktu, który dotyczyłby penalizacji członkostwa w organizacjach, których cele lub działalność wypełniają dyspozycję art. 13 Konstytucji, czyli organizacjach, które w swoich programach nawiązują do totalitarnych praktyk i dopuszczają nienawiść rasową czy narodowościową. Udział w tych grupach – tak jak w grupach przestępczych – zgodnie z rekomendacjami międzynarodowych instytucji powinien być karalny.

Praca zespołu była też świetną okazja, by uzupełnić katalog przesłanek przestępstw z nienawiści. Wciąż brakuje w nim wieku, orientacji seksualnej, tożsamości płciowej, płci, czy niepełnosprawności. Jednak zespół zupełnie się do tych kwestii nie odniósł”.

Czczenie lub propagowanie, czyli masło maślane

Marcin Sośniak z biura RPO uważa, że słusznie zespół rozważał przesłankę publicznego propagowania ustroju. ABW w szczegółowych rekomendacjach postulowała, by całkowicie usunąć ją z przepisów. Jednak w rekomendacjach zaproponowanych premierowi panuje chaos.

Nie jest jasne, czy postulat usunięcia przesłanki „publiczności” ze znamion przestępstwa z art. 256 kk zostanie uwzględniony czy nie.

Za to nowy przepis dotyczący czczenia osób utożsamianych z totalitarnymi ustrojami i ideologiami to raczej reakcja na konkretny przypadek nagłośniony przez stację TVN.

Sośniak: „Do tej pory nie było wątpliwości, że publiczne czczenie postaci związanych z ustrojami totalitarnymi może być uznane za przestępstwo propagowania takich ustrojów, czyli przestępstwo z art. 256”.

Sośniak zwraca uwagę, że skoro wśród ideologii wymieniono faszyzm, nazizm i komunizm, to po przecinku można też dodać rasizm. „Jeśli ktoś maszeruje przez miasto w koszulce z krzyżem celtyckim, to trzeba mu zarzucić propagowanie ustroju totalitarnego. Pytanie którego? Dużo wyraźniejsze i łatwiejsze do zakwalifikowania byłoby gdyby w przepisach pojawiło się jasne wskazanie, że propagowanie ideologii rasistowskiej jest zakazane” – mówi Sośniak.

Służby potrzebują drogowskazu, a nie listy symboli zakazanych

„Dobrze, że Zespół wrócił do tematu katalogu symboli niedozwolonych. Choć to nie będzie łatwe zadanie. Łatwiej byłoby stworzyć podręcznik dla służb, który w czytelny sposób objaśniałby znaczenie konkretnych znaków. Prawne zakazanie symboli to raczej coś, co dzieje się na poziomie orzecznictwa, a nie – ustawy”- dodaje Sośniak.

Warto przypomnieć, że w czerwcu 2016 r. MSWiA wycofało podręcznik dla policjantów, opracowany za rządów PO-PSL, który służył właśnie do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją. Ministerstwo uznało go za „zideologizowany”.

Wiceminister Jarosław Zieliński, odpowiedzialny za policję, tłumaczył, że podręcznik uczył funkcjonariuszy nienawiści do środowisk prawicowych. MSWiA decyzję podjęło po interpelacji posła Adama Andruszkiewicza, prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, któremu nie podobało się, że symbol falangi znalazł się na liście symboli nienawiści.

Marcin Sośniak z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich o rekomendacjach wypowiadał się na podstawie dokumentu, który OKO.press dostało od Kancelarii Premiera. Rzecznik wciąż nie dostał ani treści sprawozdania ani odpowiedzi na szczegółowe pytania przesłane do MSWiA.

Waldemar Mystkowski pisze o porażce Ziobry dotyczącej reportażu o faszystach (fragment).

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk potępił działania Rosji wobec Ukrainy na Morzu Azowskim. Zażądał od Moskwy zwrotu zatrzymanych jednostek i zaniechania dalszych prowokacji.

We wpisie zamieszczonym na Twitterze Donald Tusk potępia działania Rosji, ale też żąda od niej zwrotu zajętych trzech jednostek ukraińskiej marynarki wojennej i ich załóg.

Domaga się też, aby Rosja zaniechała dalszych prowokacji.

Tusk omówił już sprawę incydentu na Morzu Azowskim z prezydentem Petrem Poroszenko, ale prócz tego jeszcze dziś spotka się z jego przedstawicielem.

„Europa solidarnie popiera Ukrainę” – napisał Tusk.

Podobne słowa oburzenia na działania Rosji popłynęły już z Niemiec i z Polski.

Moskwa utrzymuje jednak, że winę za incydent ponosi Ukraina, której jednostki bezprawnie wpłynęły na obszar Morza Azowskiego. Rosyjskie media nazywają to „ukraińską prowokacją”.

>>>

>>>