Tag Archives: Radosław Sikorski

Kaczyński zapowiedział państwo narodowe i wyznaniowe. Albo do ciupy bądź won z kraju

15 Wrz

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Program PiS tutaj czytaj >>>

Podczas kolejnej konwencji PiS w Łodzi Jarosław Kaczyński ponownie nawiązał do tematu rodziny. Zebrani usłyszeli, że „normalną” rodzinę tworzą tylko mężczyzna, kobieta i ich potomstwo. – „Prawo i Sprawiedliwość stoi na straży polskiej rodziny. Stoi też na straży normalności i czegoś, co by można było określić jako zgodność z naturą” – grzmiał w Łodzi Kaczyński.

Oczywiście, w przemówieniu nie mogło zabraknąć nawiązania do chrześcijaństwa. Według prezesa PiS, „rodzina, czy to się komuś podoba czy nie, wyrasta z chrześcijaństwa.”

Na szczególną uwagę zasługuje jednak inne zdanie z wypowiedzi Kaczyńskiego. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, że kierowana przez niego partia charakteryzuje się dużą dozą tolerancji. – „My jesteśmy tolerancyjni, to jest cecha naszego narodu. I to jest cecha także naszej formacji, ale mówiłem już: tolerancja tak, ale afirmacja wszystkiego, co każdemu do głowy przyjdzie, nie” – przekonywał Kaczyński. To dość zaskakująca deklaracja szefa partii, dla której członków każda odmienność jest anomalią i patologią, a zapobieganie przemocy w polskiej rodzinie jest atakiem na wartości chrześcijańskiej rodziny.

Wreszcie, na miesiąc przed wyborami, PiS raczyło przedstawić swój program.   Na 232 stronach jest on szczegółowo rozpisany, a główne założenia omówiono na konwencji w Łodzi.

Rozdział 1 czyli „Wartości i zasady” to odwołanie się do Kościoła i jego nauki, który jest jedynym uprawnionym do głoszenia zasad moralnych. Rozdział 2 „Diagnoza. Od postkomunizmu do polskiego modelu nowoczesnego państwa dobrobytu” to nic innego jak obrażanie przeciwników politycznych i określenie rządów PO/PSL „późnym postkomunizmem”, co świetnie spuentował Radosław Sikorski, który chciałby „zobaczyć jak Piotrowicz mówi Borusewiczowi, że PO to postkomuna. Ciekawe, czy Kaczyński wierzy we własne kłamstwa”.

Rozdział 3 „Dokonania i plany”, gdzie zaprezentowano nam zbiór kłamstw, dotyczących niszczeniu mediów publicznych, które teraz PiS ratuje, reformy sądownictwa, bardziej będącą deformą. Nie zapomniano tu obwieścić sukcesu w służbie zdrowia, w której tak polepszono warunki pracy, że pielęgniarki rzucają robotę zagranicą i hurtem wracają czy też sukcesu w postaci 500 Plus dla niepełnosprawnych, czemu zaprzecza nawet Agnieszka Dudzińska, kandydatka PiS na Rzecznika Praw Dziecka, pisząc na Twitterze, że „nie ma żadnego 500 Plus dla niepełnosprawnych! Niepotrzebna manipulacja wyborcza. (…) Po co drażnić najsłabszych?”.

No i ostatni rozdział, numer 4 pod hasłem „Wyzwania”., gdzie PiS zaprezentowało działania, które podejmie jak tylko wygra wybory. Jest więc o powstrzymaniu ideologii gender, obronie Rodziny i dalszej „naprawie” sądownictwa. Wielki niepokój budzi też pomysł wzięcia się za dziennikarzy. PiS-owi zamarzyło się, by „ze względu na odpowiedzialność i szczególne zaufanie, jakim cieszy się profesja dziennikarza, należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa”.

Takie postawienie sprawy to nic innego jak przejęcie całkowitej kontroli nad dziennikarzami i słusznie Roman Imielski zwraca uwagę, że „nie lekceważyłbym zapisanej w programie PiS ustawy o zawodzie dziennikarza. Jak nie wyjdzie z repolonizacją czy dekoncentracją, będzie wycinanie ludzi z zawodu albo prześladowanie ich administracyjnymi karami”.

Oj, będzie się działo, a pod płaszczykiem „prawdziwej demokracji” PiS będzie ciężko pracować nad utrwaleniem jednowładztwa. Jak zauważył jeden z internautów ten pakiet programowy to nic innego jak „korea północna coraz bliżej, każdy może mówić i robić co chce tylko żeby było zgodne z ideologią partii /pis/. Niech nam żyje KIM Jarosław słońce narodu i jego marionetki/to haslo przyszłości /”.

Oto nasz program, który opracowali najlepsi eksperci. Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej.

Kochani Polcy i Polaki, obiecujemy wam, że w ramach wstawania z kolan odbudujemy Stocznię Gdańską, w której zlepimy taśmą masowiec SS „Sołdek 2”.

Nie poprzestaniemy na tym. Odbudujemy jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które były źródłem szczęścia i pomyślności naszych ojców, a które zabrała wam Platforma Obywatelska.

W Warszawie odbudujemy Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu i natychmiast zaczniemy w niej produkować elektryczne limuzyny Polonez. Już dziś uruchamiamy system przedpłat i talonów, by dać pierwszeństwo w zakupie bojownikom o Dobrą Zmianę i zasłużonym uczestnikom Wielkich Wyjazdów na Węgry.

Odbudujemy PGR-y, Koła Gospodyń Wiejskich, przywrócimy kartki na mięso i co miesiąc damy dodatkowy kilogram woł-ciel z kością na każde dziecko.

W Bielsku-Białej i Łodzi odbudujemy zniszczony przez Tuska przemysł włókienniczy i wznowimy produkcję krempliny tłoczonej w mrozy, z której będziemy szyć garnitury i garsonki, by nasi obywatele wyglądali równie modnie i elegancko, jak pan prezes czy Beata Szydło.

W Chorzowie odbudujemy zlikwidowaną przez PO Hutę Kościuszko i wznowimy w niej produkcję rur żeliwnych.

A w Wałbrzychu znów uruchomimy windy w szybach kopalni Chrobry, którą liberałowie pozbawili złóż. Nasz rząd już zwiększył import węgla, który teraz jedzie do nas pociągami z Rosji i płynie statkami z Afryki. Po przeładowaniu w Gdańsku przewieziemy czarne złoto do Wałbrzycha i wrzucimy je do kopalni Chrobry, skąd wydobędą je nasi górnicy.

Co jeszcze warto odbudować, Drodzy Polcy i Polaki? Co jeszcze chcielibyście wskrzesić spośród rzeczy, których pozbawiła was zdradziecka Platforma Obywatelska? Może audiofilskie magnetofony Kasprzak? Może wodę kwiatową „Być może”? Gospodarskie wizyty I sekretarza Komitetu Centralnego? Festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu? Albo Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk?

W najbliższych tygodniach nasi kandydaci odwiedzą wszystkie gminy, by spotkać się z wami i zapytać, co jeszcze trzeba odbudować. Głęboko wierzymy, że wspólnie zdołamy odbudować drugą Polskę. Pomożecie?

Reklamy

Syf rządzi Polską, czyli PiS

5 Wrz

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Mateusz Morawiecki to tylko oszust, kłamca, krętacz. Taki właśnie idealnie pasuje Kaczyńskiemu

20 Maj

Jeszcze nie tak dawno Mateusz Morawiecki mówił, że „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”, piętnował uprzywilejowaną pozycję elit z epoki PRL i wspaniale wpisywał się w retorykę PiS, który na każdym kroku podkreśla nową „dobrą zmianę”, która walczy z reliktami złej przeszłości.

Zdecydowanie bardziej woli pokazywać twarz premiera, zatroskanego o losy zwykłego obywatela, więc bardzo niechętnie mówi o własnym majątku.

Na krótko przed wejściem do polityki dokonał podziału majątku i to jego żona jest współwłaścicielem kilku mieszkań we Wrocławiu oraz willi w Warszawie, której zakup sfinansowano częściowo z kredytu z BZ WBK, gdy to właśnie on był jego prezesem.

Teraz „Gazeta Wyborcza” wpadła na trop kolejnej inwestycji premiera. To działki, w sumie 15 ha gruntu, które Morawiecki kupił w 2002 roku od Sławomira Żarskiego, proboszcza cywilno-wojskowej parafii pw. św. Elżbiety na wrocławskim Oporowie. Trzy lata wcześniej ziemia ta trafiła do parafii na mocy ustawy, pozwalającej dolnośląskim parafiom jako spadkobiercom parafii niemieckich ubiegać się o zwrot maksymalnie 15 ha gruntów z zasobu skarbu państwa. Nad tym procesem czuwała Agencja Nieruchomości Rolnej. Jak się okazało, jej urzędnicy szybko zwietrzyli w tym dobry interes i domagali się łapówek od niektórych duchownych za działki, co do których już były zaplanowane inwestycje. Wybuchła afera, urzędnikom postawiono zarzuty korupcyjne oraz narażenia skarbu państwa na 32 mln zł strat, a jednym ze świadków w sprawie był właśnie dzisiejszy premier.

Jak tłumaczył w prokuraturze, w marcu 2006 roku, „o możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza (…) Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie”. Zapewnił też, że w chwili, gdy kupował owe działki, nie miał żadnej wiedzy o jakimkolwiek planie zagospodarowania przestrzennego tych terenów.

Czy rzeczywiście? Był przecież w tym czasie członkiem zarządy BZ WBK i radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia AWS, dzięki czemu miał dostęp do planów rozwoju miasta. Jak mówi jeden z ówczesnych członków rady miasta, „Wierzycie, że członek zarządu wielkiego banku, radny sejmiku znający funkcjonowanie samorządu kupowałby kota w worku, nie sprawdzając, jakie jest przeznaczenie tych gruntów? (…) Mateusz musiał wiedzieć, że płaci ułamek tej kwoty, którą są warte działki. To był czas inwestycyjnego boomu w mieście. Każdy, kto miał zamiar inwestować w ziemię, przed zakupem biegał do urzędu, by sprawdzić plany i studium”.

Już rok przed zakupem działek przez Morawieckiego rozpoczęły się prace nad planem rozwoju, a w 2003 roku „dziwnym trafem” radni uchwalili, że na terenach, których część stanowi działka premiera, prowadzona będzie aktywność gospodarcza oraz przebiegnie tu „ulica głównego ruchu przyspieszonego”. Mateusz Morawiecki i jego żona od lat zajmująca się nieruchomościami, o tym nie wiedzieli? Niemożliwe.

Wprawdzie Morawiecki przekonuje, że działki kupił razem z żoną i to ona dokonała tego zakupu. To ona dowiedziała się o możliwości kupna tej ziemi, choć w prokuraturze premier mówił jednak coś innego. Przyznał, że o działkach dowiedział się od kardynała Gulbinowicza. Zwraca też uwagę na ustaloną rozdzielność majątkową, choć sam obraca tymi działkami do 2013 roku, kiedy to przepisuje je na żonę. Ktoś więc tutaj kłamie i próbuje mataczyć, prawda?

Cokolwiek i jakkolwiek, ale jedno jest pewne. Kupione za 700 tys. zł działki, warte są dzisiaj nawet 70 mln zł. Pan premier zrobił świetny interes…

PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów.

Standardowy plan każdej kampanii wyborczej PiS, który polega na tym, że najpierw wymyśla się jakieś zagrożenia, a potem ogłasza świetny plan obrony przed nimi, tym razem nie wypalił. Zderzył się z przeszkodą tak poważną, że nawet Kaczyński nie potrafił jej pokonać stosując zwykłą procedurę. Ta procedura polega na tym, że najpierw wmawia się ludziom, że czegoś, co ich bulwersuje, nie ma, potem nazywa się to coś odgrzewanym kotletem, by na końcu problem nadmuchać i wytypować jego rzekomych autorów z krótkiej listy: Tusk, PO i PSL, kasty i układy, obecna opozycja, aktualnie protestująca grupa zawodowa lub społeczna, w ostateczności lewacy i niezidentyfikowani wyznawcy ideologii gender.

Ujawnienie przez braci Siekielskich wierzchołka góry lodowej ozdobionej transparentem „UWAGA – pedofile w koloratkach!” wywołało popłoch w szeregach PiS. Panika ogarnęła nawet ichniejszych speców od propagandy i agitacji. Po raz pierwszy zabrakło spójnego stanowiska partii i rządu, a wytyczne przekazywane funkcjonariuszom Kaczyńskiego zmieniały się z dnia na dzień. Pod naciskiem dziennikarzy prominenci zmuszeni zostali do prezentowania dawno nieużywanego własnego zdania. Beata Kempa pytała z oburzeniem – jak to jest, że atakuje się księdza, a broni Polańskiego? Jan Kanthak (rzecznik ministra Ziobry) poszedł jeszcze dalej twierdząc, że pedofilia to znacznie bardziej problem nauczycieli niż księży. Marek Caryca Suski objaśnił, że to Wałęsa zapalił światło dla pedofilii w Kościele, bo tolerował zboczenia swojego spowiednika, księdza Franciszka Cybuli. Znany powszechnie z gołębiego serca Andrzej Dera zastanawiał się w narodowym radiu, jaki jest sens ścigać 80-letnich pedofilów. Profesor od filozofii politycznej Ryszard Legutko najpierw założył, że 12-letnie chłopaki „same tego chcą”, a następnie wydedukował, że „to nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia”.  Nie zmarnował okazji także sam premier Morawiecki głosząc, że winni rozpowszechnienia tej zarazy są esbecy i komuniści.

Po okresie propagandowego woluntaryzmu PiS-owscy inżynierowie dusz otrząsnęli się w końcu i zaczęli klecić coś na kształt spójnego przekazu. Jest więc tak: generalnie problem pedofilii w Kościele został rozdmuchany, bo podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, jest w innych grupach zawodowych, na przykład wśród nauczycieli i murarzy. Dlatego nie ma sensu powoływanie jakiejś cywilnej komisji do zbadania sytuacji w Kościele, to znaczy sens jest, ale trzeba zbadać sytuację we wszystkich środowiskach w całej Polsce. Podkreślać należy przy tym, że obecna władza dotychczas wiele zrobiła dla ukrócenia pedofilii, w odróżnieniu od poprzedników, którzy sprzeciwiali się ujawnianiu pedofilów w specjalnym rejestrze. Co prawda w tym rejestrze prawie nie ma księży, ale to wina korporacji sędziowskiej, która nie chciała skazywać duchownych.  Teraz sędziowie zwalają winę na prokuratorów, którzy nie stawiali przestępców w sutannach przed sądem, ale niby skąd policja i prokuratura mieli wiedzieć o tych przestępstwach, skoro w Kościele nie było dotąd obowiązku zgłaszania przypadków pedofilii organom ścigania?

Kiedy PiS potyka się o jakiś poważniejszy problem społeczny, to często ich jedyny dylemat sprowadza się do wyboru, czy użyć pałki czy rewolweru. Władza uznała, ze pedofilii w polskim Kościele zaradzić można podnosząc kary i ograniczając prawo sędziów do indywidualnej oceny sytuacji, poprzez zaciśnięcie widełek wyznaczających granice orzekania kary. Co prawda, wszyscy profesjonalni eksperci od dawna twierdzą, że o ograniczeniu skali przestępstw nie decyduje wysokość kary, a nieuchronność i szybkość jej wymierzenia, ale Kaczyński z Ziobrą wiedzą swoje. Więc jeśli kiedyś, po następnym filmie braci Siekielskich, okaże się, że 30 lat więzienia nie wystarczy, to pewnie zaproponują za pedofilię dożywotnie więzienie. Potem pozostanie jeszcze możliwość stosowania łącznie kary śmierci oraz grzywny.

Zastosowana przez rządzących terapia pedofilii w Kościele to jak zaordynowanie człowiekowi z uszkodzonym kręgosłupem leków na schizofrenię. Choćby minister Ziobro trzy razy dziennie publicznie deklarował swoje obrzydzenie do pedofilów, to nie przekona mnie, że jego prokuratorzy ścigać będą przestępców w sutannach z większą ochotą niż prokurator Piotrowicz ścigał księdza z Tylawy. Choćby Siekielscy wyprodukowali cały serial wstrząsających relacji o trądzie w polskim Kościele i choćby obejrzeli je wszyscy dorośli Polacy, to nie wyobrażam sobie, by obecna władza zgodziła się na skucie kajdankami choćby jednego biskupa. Już woli kompromitować się do reszty argumentami, że hierarchowie nie mieli dotąd żadnego obowiązku zgłaszania przestępstw podległych im księży. Jakby wycięto z kodeksu karnego cały rozdział XXV, począwszy od art. 197 traktujący o gwałtach. Jakby księdza, który przyczynił się do samobójstwa ministranta, nie dotyczył artykuł 151 KK. I w konsekwencji – jakby w polskim prawie nie było paragrafów karzących za współudział w przestępstwie, za pomoc udzielaną przestępcom, za ukrywanie przestępców i ich czynów.  Pominę konstytucyjny zapis o równości wobec prawa, bo rządzący już dawno uznali, że Konstytucja ich nie dotyczy.

Czemu PiS tak zacięcie broni Polakom dostępu do mrocznych tajemnic purpuratów, ryzykując utratę ostatnich rysów twarzy i resztek wiarygodności oraz narażając się na konflikt z przyzwoitą częścią hierarchów, którzy nie widzą „ręki podniesionej na Kościół”, ani tym bardziej na Polskę? Moim zdaniem jest tak: rządzący nie są zblatowani z całym Kościołem hierarchicznym, a jedynie z jego zaściankowym, zapyziałym odłamem, z tymi właśnie przedstawicielami Kościoła, którzy mają największe zasługi w kryciu przestępców w koloratkach. To sojusz bezczelnych arogantów i egocentryków przekonanych o swojej nieomylności uprawniającej do sprawowania rządu dusz. Łączy ich wizja Polski wolnej od wpływu cywilizowanych krajów, które poradziły już sobie z pedofilią kleru. PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów. Bronią się nawzajem ludzie zdemoralizowani, pazerni na doczesne dobra „które im się należą”, nieczuli na los krzywdzonych przez siebie „maluczkich”. Aroganccy dygnitarze od tronu i ołtarza, nawykli do hołdów i wymuszający posłuch, z konieczności żyją dziś w symbiozie .

Tacy ludzie przeważają dziś zarówno w Kościele, jak i we władzy świeckiej. Jeśli pozwolimy im panoszyć się dłużej, to obawiam się, że demolka Polski, a szczególnie polskich sumień, może okazać się nieodwracalna.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Tusk na białym koniu? Tak, acz sami damy radę PiS-owi

11 Maj

Jerzy Owsiak i Maciej Stuhr zdominowali galę z okazji 30. rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”. Żarty obu panów zapewne nie przypadły do gustu miłośnikom „dobrej zmiany”.

Ja jestem przedstawicielem świata filmu. To jest świat gazety. Te światy czasem się przenikają. Redaktor Michnik spotkał się kiedyś z producentem filmowym i wtedy upadł rząd. Być może po naszym dzisiejszym spotkaniu stanie się coś równie spektakularnego” – mówił w trakcie gali Maciej Stuhr, żartobliwie nawiązując do tzw. afery Rywina.

Komu z państwa nie jest wszystko jedno? Redaktor Michnik nie podniósł ręki. Kto z państwa miał w ręku pierwszy numer »Gazety Wyborczej«? Kto z państwa w minionym roku przeczytał choćby jedną książkę? Czy jest na sali ktoś, kto spalił chociaż jedną książkę? Nie widzę. Czy ktoś z państwa był ze święconką w tym roku? Troszkę mniej. Czy ktoś z państwa w ostatnich dniach rozwiesił jakiś plakat z Matką Boską? Są ręce, nie wiem, czy to dobrze” – kontynuował popularny aktor i stand-uper. Stuhr w wyraźny sposób odwołał się do ostatnich wydarzeń i postępującej w Polsce klerykalizacji.

Równie dobry występ zaliczył założyciel Wielkiej Ostry Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak, który otrzymał nagrodę „Gazety Wyborczej”, mówił o swoim ostatnim konflikcie z posłanką Krystyną Pawłowicz (słynne słowa „Krystyna, wróć na ziemię”).

Skoro nie wyleciała w kosmos, to znaczy, że jest niewinny” – mówił o sobie lider WOŚP. W dalszej części przemówienia Owsiak apelował o solidarność i jedność Polaków. „Niech na tej Srebrnej je*nie dwoma domami, ale naszymi, wspólnymi. To przecież ładne skrzyżowanie jest” – mówił.

Wydaje się, że wszelkie zastrzeżenia, czy wczorajsze doniesienia „SE” były tzw. ustawką zostały dzisiaj rozwiane. Ta sprawa w artykule „Dzieci PMM nie dowiedziały się o adopcji z SE, nie ma wątpliwości. To była zaplanowana akcja”.

W zapowiadanym wywiadzie dla tego tabloidu szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk potwierdza, że dwoje dzieci Morawieckiego, które zostały adoptowane, nie dowiedziały się o tym fakcie – jak to sugerowano – z artykułu „SE”, ani z książki o premierze autorstwa rzecznika banku, którego prezesem był Morawiecki.

Szef Kancelarii Premiera skupił się w tym wywiadzie na atakowaniu autora książki, czyli byłego rzecznika banku BZ WBK Piotra Gajdzińskiego. Jednak, kiedy Dworczyka zapytano, czy zostaną podjęte jakieś kroki prawne wobec byłego współpracownika Morawieckiego, odpowiedź była wymijająca. – „Będzie czas na przeanalizowanie tej książki” – powiedział Dworczyk.

Internauci komentowali: – „Ci, którzy wczoraj dali się nabrać i współczuli premierowi Morawieckiemu nie mają się czego wstydzić. To naturalny odruch ludzi przyzwoitych (poza nielicznymi takimi jak Mazurek, świadomie nawołującymi do współczucia) Niech się wstydzą ci, którzy zorganizowali tę żałosną ustawkę”;

„Polityczny prostytut, sprzedał nawet rodzinę. Tragedia. Co ten Kaczyński ma na Morawieckich, że steruje nimi jak pacynami?”; – „Znam ludzi, którzy adoptowali swoje dzieci. Znam też osoby, które zostały zaadoptowane. Zawsze była otwartość w tym temacie w ich rodzinach. I żadna z tych osób nie przewodniczyła autokratycznemu rządowi, łamiącemu praworządność”.

„Zamiast pozwu i żądania wielomilionowego odszkodowania (choćby na Caritas), jest wywiad szefa kancelarii PMM w brukowcu, który – wczoraj się tak wydawało – naruszył prywatność bezbronnych dzieci. Już nic bardziej obrzydliwego w polskiej polityce nie zobaczycie: – podsumowała Hanna Lis.

Mikołaj Lizut, dziennikarz radia TOK FM obejrzał przedpremierowy pokaz filmu „Tylko nie mów nikomu” w reżyserii Tomasza Sekielskiego. Po seansie nie zostawia suchej nitki na skompromitowanych kościelnych hierarchach.

Ten film jest niezwykle ważny. Dotyka sprawy właściwie kardynalnej, jeśli chodzi o Kościół katolicki. Przede wszystkim na usta cisną się trzy słowa: kłamcy, hipokryci, właściwie diabły. To o Kościele w Polsce” – mówił na łamach TOK FM Lizut.

Pokazuje mechanizm ukrywania tych przestępstw, to że w ten mechanizm zaangażowani są także hierarchowie polskiego Kościoła i to masowo” – recenzował dzieło Sekielskiego dziennikarz.

Pokazuje także to, że właściwie Kościół katolicki zamiata to wszystko pod dywan, że jest on oblężoną twierdzą przesiąkniętą kłamstwem i hipokryzją w tej sprawie” – dodał.

Dziennikarz chwalił formę, w jakiej Sekielski skonfrontował zboczeńców w sutannach z ich dorosłymi już dzisiaj ofiarami. „Widzimy więc sceny, w których z własną przeszłością – diabłów seksualnych – muszą się mierzyć ludzie, którzy właściwie są już u kresu swojego życia” – stwierdził Mikołaj Lizut.

Publicysta przytacza również scenę, w której doszło do spotkania ofiary z księdzem Franciszkiem Cybulą, byłym kapelanem Lecha Wałęsy i pedofilem. Zdaniem Sekielskiego, Cybula do końca nie przeprosił za swoje przewinienia ani nie odczuwał winy.

Komentarze internautów, jakie ukazały się pod artykułem poświęconym recenzji filmu, pokazują brak zaufania części Polaków do skompromitowanej instytucji Kościoła. „Ci biskupi zawsze w brokatach i złocie pozamykani w pałacach; udający wierność i miłość do Boga – to szatańska obłuda i oszukiwanie wiernych” – odważnie napisał jeden z użytkowników. „Panie Tomaszu, powodzenia! Jest Pan w Panteonie »Wyklętych«, a ci w kraiku nad Wisełką, są napiętnowani przez »nowozmianowców«” – dodał inny.

Kolejny atak na Radosława Sikorskiego posłanka PiS Krystyna Pawłowicz przypuściła po jego wpisie na Twitterze, w którym tak skomentował artykuł „Foreign Policy” o ambicjach mocarstwowych Chin: – „Aż dziw, że Prezes nie ogłosił jeszcze, że zbudujemy lotniskowiec”. – „Fantastycznych opowieści o pana afgańskim bohaterstwie na zapleczu walk i „frontowych” fotek w gustownym „wojennym” ubranku nic nie „przebije”… Żaden lotniskowiec” – napisała Krystyna Pawłowicz.

W odpowiedzi na ten komentarz Sikorski zamieścił zdjęcie artykułu zatytułowanego „Wspólne przedsiębiorstwa polsko-radzieckie”, napisanego przez Pawłowicz. Zestawił go z wykonaną przez siebie fotografią z Afganistanu, którą opublikował brytyjski tygodnik „The Observer”. – W 1987 roku Pani opublikowała ten artykuł, a ja to zdjęcie. Bujaj się, wariatko” – napisał Sikorski, tym samym powtarzając swoje słowa z ubiegłego tygodnia, kierowane do Pawłowicz. O tym w artykule „Bujaj się wariatko” i „Epidemia prostactwa”.

Na tym nie koniec, bo Pawłowicz nie odpuszczała. _ „Nie dość, że jest pan prostym narcyzem, to nie umie pan też czytać. Ten art. był wtedy JEDYNYM prawn.opisem ujawniającym NIEJAWNE uchwały RM,DEMASKUJĄCYM SPOSÓB PASOŻYTOWANIA Rosji na Polsce i zgody PZPR na to. Ambasada USA zrobiła tłumaczenie i spotkali się ze mną w tej spr.w Red” [pisownia oryg. – przyp.red] – usiłowała się odgryźć Pawłowicz. – „Tak, tak, Pani walczyła z komuną, pisząc w komunistycznej prasie” – odpisał Sikorski.

„Pisała, ale się nie cieszyła. Pewnie błędy ortograficzne panna Krysia specjalnie robiła, żeby rozbić system od środka.

No i kolejne KO. Krystyna ma chyba jakieś zapędy masochistyczne, że ciągle szuka u Radka batów” – komentowali internauci. Zastanowił ich jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Zakochała się może? Każdego może dopaść, nawet po 60-tce”; – „Mając nietuzinkową osobowość Pani Pawłowicz, mam wrażenie, że Pana podrywa”.

Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Nie wiem, czy to nasza cecha narodowa, ale dziwni jesteśmy my, Polacy. Jak kogoś wielbimy to darujemy mu wszystko, patrzymy na to, co robi przez różowe okulary i nie chcemy nawet dostrzec jego wpadek. Jak kogoś nienawidzimy to całą gębą, tępimy na wszelkie możliwe sposoby, generalizujemy na maksa. Przykład? Ot chociażby kościół i polscy katolicy. Kościół jest zły, jego wierni to głupcy i oszołomy… i tak sobie z tą retoryką lecą ci, którzy mają serce pełne demokracji oraz tolerancji.

Racja, źle się dzieje z polskim kościołem, ale nie całym, tylko pewną jego częścią. Już kiedyś napisałam, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podział na Kościół z Watykanem w tle i Polską Instytucję Kościelną. PIK już dawno stracił kontakt ze swoją wiarą, usłużnie kica przed PiS-em, hołubi narodowców, wtrąca się do polityki. Ma swoich wierzących i odsuwa się od tych gorszych, czyli myślących zgodnie z naukami papieża. Jedzie równo po politykach partii opozycyjnych, uważając zapewne, że znacznie niższy w nich poziom katolickości niż w tych swoich, pisowsko – narodowych.

PIK piętnuje osoby o innej orientacji seksualnej, nie słucha papieża Franciszka, według którego „geje nie powinni być marginalizowani i powinni stanowić integralną część społeczeństw, w których żyją” i dodaje – „To, że jesteś gejem nie ma żadnego znaczenia! Bóg Cię kocha takim jakim jesteś. I nie ma żadnego znaczenia to co mówią inni ludzie”. PIK piętnuje nauczycieli, każdego, kto nie wspiera partii rządzącej, śmie przeciwko niej występować, śmie nie zgadzać się na wyznaniowy charakter Polski, który coraz bardziej przez PiS i PIK jest utrwalany.

Żądza władzy i kasy doprowadziła do tego, że PIK przekroczył granice, za którą nie ma już nic z prawdziwie pojmowanego duszpasterstwa i wiary. Im więcej dostaje, tym głośniej krzyczy, jaki jest prześladowany, jaki biedny, niezrozumiały i niedoceniany. I to właśnie PIK powinien być piętnowany za postawę zupełnie niezgodną z naukami kościoła, a jednak często krytycy zapominają o tych katolikach, którzy nie idą na smyczy PIK-u. O księżach, dla których ich misja, uczciwość i pojmowanie wiary, jest znacznie ważniejsze od dóbr doczesnych i politykierstwa. Niestety i im się ostro dostaje, choć na to nie zasłużyli.

To ci katolicy, nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, również nie odnajdują się w obecnej rzeczywistości, zdominowanej przez duszpasterzy, którzy zapomnieli, kim są i po co. To również oni nie kryją gorzkich słów, potępiają pedofilię w kościele, uczestniczą w protestach przeciwko łamaniu konstytucji i zasad demokracji, nie zgadzają się z kościelną polityką wobec narodowców, wzrastającym przepychem, w jakim żyją polscy hierarchowie i ich wiecznymi roszczeniami finansowymi. To oni napisali ostatnio list do Konferencji Episkopatu Polski, występując przeciwko ściganiu przez policję autorki wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy.

W  swoim liście napisali m. in., że „wpisanie tęczy nie jest, naszym zdaniem, obrazą uczuć religijnych, gdyż tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym” i zwrócili uwagę „na brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz Kościoła oraz organów Państwa na przypadki ewidentnej profanacji, jakimi były zjazdy organizacji nacjonalistycznych na Jasnej Górze, podczas których głoszono treści sprzeczne z nauką Kościoła, czy też na skandaliczną wypowiedź ks. bpa Andrzeja Jeża cytującego podczas homilii Wielkoczwartkowej, jako prawdziwe, opinie z antysemickiej fałszywkę”.

Osoby tak ostro krytykujące dzisiejszy, polski kościół, sami żądając dla siebie Polski świeckiej, zapominają, że ten kościół to nie tylko PIK. Wołając głośno o uszanowanie praw obywatelskich, jednocześnie odbierają te prawa innym, negując ich. Nie widząc tutaj żadnej sprzeczności z tym, co sami głoszą, wrzucają katolików do jednego worka, tym samym idealnie wpisując się w budowanie podziału w społeczeństwie.

Demokracja to poszanowanie innych poglądów, wyznania, rasy, orientacji seksualnej. To uznanie, że każdy człowiek ma prawo do bycia, kim chce, życia według swoich norm czy poglądów. Krytykujmy PIK i jego wyznawców, ale nie piętnujmy każdego katolika za to, że jest katolikiem. Odróżniajmy dobro od zła i nie krzywdźmy tych, którzy nie zasługują na złe słowa. Żyjemy w bardzo mrocznej Polsce, ale zachowajmy umiar i odpowiedni poziom człowieczeństwa. Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Kaczyński robi po butach

8 Maj

Poseł Krzysztof Brejza jest w życiowej formie. W gronie czynnych polityków opozycji nikt tak sprawnie nie atakuje partii rządzącej. Teraz oberwało się samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nowy Napoleon?

Brejza postanowił wyciągnąć trupa z szafy. Trzy lata temu lider PiS starał się w Polsce kreować na lidera europejskiego formatu, który miałby receptę na uzdrowienie – jego zdaniem chorej – Unii Europejskiej. W 2016 r. Kaczyński twierdził, że poprosił prawnika, by ten „przygotował nowe traktaty” dla europejskiego sojuszu.

Poseł PO postanowił powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować, ile wyszło z planów Prezesa. W tej sprawie skierował swoje kroki do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odpowiedź musiała zmrozić zwolenników PiS. Okazuje się, że resort „nie posiada żadnych nowych informacji w tej sprawie”. Krótko mówiąc: Kaczyński zadeklarował w mediach, że zleci przygotowanie traktatów europejskich, które – ponownie: w jego rozumieniu – uzdrowią Europę. Ostateczna odpowiedź ministerstwa świetnie nadawałaby się jednak na temat nieszczególnie zabawnych filmików z Youtube’a z serii „Oczekiwania a rzeczywistość”.

Lider PiS niczym Napoleon miał wielkie ambicje, ale kończy na wyspie Św. Heleny. Polska dyplomacja jest dziś raczej skłócona z europejskimi potęgami. O sukcesie na miarę Jerzego Buzka czy Donalda Tuska żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie może nawet marzyć.

Europejska rozgrywka  

Oczywiście powyższe odnosi się do obecnego rozłożenia głosów w Parlamencie Europejskim. Jeśli w kolejnym, majowym rozdaniu większość uzyskają partie eurosceptyczne, pozycja PiS w Europie może się umocnić. Pytanie brzmi jednak, czy nie będzie to oznaczało rozpoczęcia procesu rozpadu eurowspólnoty.

Unia Europejska nie jest oczywiście organizmem idealnym. Jeśli spojrzymy na nią jednak w skali obecnej geopolityki, możemy uznać, że Europa podzielona, będzie zbyt słaba, by być poważnym partnerem dla czołowych mocarstw: USA i Chin. Dlatego istotne jest przetrwanie UE. Czy to się uda? Odpowiedzią na to w sporej mierze będą nadchodzące wybory. To, na kogo Europejczycy zagłosują w tym czasie, może zadecydować o przyszłości kontynentu w wymiarze politycznym i gospodarczym na całe pokolenie.

Nagonka na Donalda Tuska w mediach publicznych, które są pokazową tubą propagandową partii rządzącej, trwa w najlepsze. Pretekstem stał się przyjazd do Polski przewodniczącego KE i wygłoszenie dwóch wykładów, na Uniwersytecie Warszawskim i poznańskim. Nie ma co, PiS boi się Tuska jak diabeł wody święconej, więc nie odpuści.

Przekaz z wczorajszych „Wiadomości” był bardzo jednoznaczny. Donald Tusk pojawił się w Polsce, bo chce namieszać i nie kryje swoich politycznych ambicji. Swoim wystąpieniem w Poznaniu nawiązał do „do ataku na polski Kościół”, bagatelizując słowa Jażdżewskiego. Mało tego, „rzetelni dziennikarze” przywołali fragment wypowiedzi Tuska z 1987 roku, gdy na pytanie, po co nam Polska, odpowiedział, że „po nic. Uważam, że Polska jest wielkim genetycznym i kulturowym obciążeniem” i „Polskość to nienormalność”. Oczywiście był to zabieg celowy, który miał pokazać jak bardzo poglądy i antypolskość przewodniczący KE są zbieżne z tym, co mówi Jażdżewski.

Oczywiście, kolejny już raz podkreślono, że za Donaldem Tuskiem stoją murem Niemcy, którzy uważają go za „najważniejszego polityka opozycji”, a tak w ogóle to ta właśnie opozycja jest winna śmierci rektora Politechniki Gdańskiej, który zmarł na zawał, zdenerwowany krytyką za udostępnienie Sali na konwencję PiS, czyli…. to wina Tuska.

Nieważne, że Donald Tusk nic nie mówi o swoim ewentualnym powrocie do polskiej polityki. Nieważne, że przyznał, iż z pewnymi tezami Jażdżewskiego się nie zgadza. Takich szczegółów Polacy nie muszą znać. Ważne, by przekonać ich, że Donald Tusk to samo zło, a jego powrót to będzie katastrofa.

No proszę, do czego posuwają się pisowskie media, gdy strach zakłóca im logikę myślenia…

Autor dwóch kontrowersyjnych książek demaskujących rzekome powiązania byłego szefa MON, zaufanego Jarosława Kaczyńskiego – Antoniego Macierewicza, nie próżnuje. Tym razem w polu zainteresowania Tomasza Piątka znalazł się obecny szef rządu Mateusz Morawiecki. 9 maja na półki księgarskie trafi książka zatytułowana „Morawiecki i jego tajemnice”.

Autor dowodzi w niej, że obecny premier jest pośrednio związany z Kremlem i Mafią Sołncewską oraz rosyjskim wywiadem dzięki powiązaniom z takimi osobami i organizacjami jak Tomasz Misiak, Adam Andruszkiewicz czy Solidarność Walcząca.

Przekonuje, że za tzw. aferą taśmową stały rosyjskie służby. Nie wyklucza, że premier zna osobiście Marka Falentę i dowodzi, że ich wspólnym znajomym jest wspomniany Misiak – który miał wprowadzać Falentę „na salony”. Pisze, że w willi biznesmena miał mieszkać Pierre Konrad Dadak, przedstawiany jako handlarz bronią i członek mafii sołncewskiej. Jak przekonuje Piątek, rządzi nią Michaił Fridman, ściśle współpracujący z rosyjskim wywiadem GRU i Kremlem.

Piątek sugeruje w swej najnowszej publikacji, że do otoczenia Putina prowadzą też rzekome powiązania Morawieckiego z politykami. Wskazuje na Adama Andruszkiewicza, powołanego niedawno na stanowisko wiceministra cyfryzacji, a który został uznany przez „organizację ekspercką Political Capital za pośrednie narzędzie Rosji”. Podobnie – Sylwester Chruszcz, który razem z nim dostał się do Sejmu z list Kukiz’15, a później dołączył do koła poselskiego „Wolni i Solidarni”, założonego przez ojca premiera. Przypomina, że przed 10 laty Chruszcz współtworzył wraz z Mateuszem Piskorskim zaplecze otwarcie prorosyjskiej partii „Zmiana”. Ten drugi od trzech lat przebywa w areszcie podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin.

Na dodatek Piątek przekonuje, że utworzona przez ojca premiera „Solidarność Walcząca” była infiltrowana przez polski, enerdowski i radziecki wywiad. Autor opisuje, jak związki polityczne i biznesowe, które w latach 80. i na początku 90. powstały wokół Mateusza Morawieckiego w dużym stopniu ukształtowały go jako ekonomistę i polityka.

Dwie poprzednie książki Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu wzbudziły liczne kontrowersje. Mimo oskarżeń o kłamstwa i manipulowanie faktami, autor nie został pozwany. Prokuratura nie podjęła też dochodzenia po zawiadomieniu, jakie w sprawie pierwszej publikacji złożył Antoni Macierewicz.

PiS nadaje ton debacie publicznej, a liberalne elity na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie

Wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przed wykładem Donalda Tuska było ciekawym testem na dwie rzeczy. Po pierwsze na to, czy liberalne media i komentatorzy nauczyli się myśleć samodzielnie i nie biec stadnie, natychmiast, za każdym tematem i emocją, podrzucaną przez sztabowców PiS.

Po drugie, testem dla polityków, jak bardzo wciąż boją się kościoła. Część komentatorów i szef PSL, Władysław Kosiniak Kamysz ten egzamin oblali z kretesem.

Obserwując reakcje na przemówienie szefa magazynu Liberte!, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Nie powiedział niczego szokującego, nikogo nie obraził. Powiedział, jak jest i powiedział prawdę, między innymi o zachowaniu kościoła katolickiego w Polsce i jego konsekwencjach dla tej instytucji. Stał się jednak obiektem takiej nagonki, także ze strony liberalnych i lewicowych komentatorów, że nie wierząc własnym oczom, sięgnęłam do tekstu jego przemówienia jeszcze raz i przeczytałam je z wielką uwagą pod kątem wykrycia treści, które najwyraźniej na mnie robią wrażenia, ale mogły zszokować nawet rozsądnych, nowoczesnych ludzi. A nuż wykryję coś, co umknęło mi w ferworze majowych wydarzeń?

Nie znalazłam niczego.

Bo czy jakiegokolwiek rozsądnego i przytomnego człowieka zaszokować może banalne stwierdzenie, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”?

Czy może zgorszyć skonstatowanie oczywistego faktu, iż „Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”, a krzyża używa „jak pałki, żeby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”?

A może, pomyślałam w desperacji, Jażdżewski zasmucił oświecone liberalne głowy stwierdzeniem oczywistości, którą sami przy każdej okazji powtarzają: że trzeba zmienić zasady publicznej debaty, bo „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje (…) nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi?”.

Chyba nie…

Cóż, wydumałam, wciąż nie mogąc w przemówieniu wytropić niczego niewłaściwego, zapewne chodzi o to, że Jażdżewski śmiał powiedzieć, że „Nie może być mowy o odnowie polityki, jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz”? . I że „ci, których łączy tylko matematyka, będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem”?

Ale nie, po stokroć nie! – przecież to wszystko jest oczywiste, proste, wręcz banalne i wcale nie powinno być tematem dyskusji! Że jest, jak powiedział, widzimy przecież wszyscy. Wystarczy otworzyć oczy. Jażdżewski nie zaatakował katolików ani kościoła (skrytykował wyłącznie kościół instytucjonalny, który zachowuje się niegodnie i faktycznie dawno już stracił moralny mandat do bycia sumieniem narodu. Zresztą, na marginesie, dlaczego miałby być sumieniem narodu? Jeśli już to najwyżej sumieniem katolików). Był ostry, z pazurem, polemiczny, ale nikogo nie obraził.

O co więc chodzi?

Czemu dostał baty z własnej, wydawałoby się, centrowej, umiarkowanej strony?

Moim zdaniem, krytycy dali się (nieświadomie oczywiście) po raz kolejny ponieść narracji PiS.

Nie chodzi o wymienianie nazwisk (nie chcę, żeby znienawidzili mnie moi szacowni koledzy), tylko o proces, który można prześledzić krok po kroku, i na który niemal natychmiast zwrócili uwagę co bystrzejsi internauci.
Proces atakowania i dezawuowania wystąpienia Donalda Tuska (jako wydarzenia, niezależnie od tego co powie lub zrobi) i jego treści.

Miał on swoją logikę i kolejność. Najpierw posłowie i sympatycy PiS w internecie i mediach próbowali umniejszyć to wydarzenie. „Tusk spodziewa się, że ludzie przyjdą na niego popatrzeć?” – wyśmiewał się na TT poseł PiS, manipulatorsko fotografując pusty placyk pod telebimem, na którym miało być emitowane przemówienie szefa RE. Zapomniał dodać, że fotkę wykonał dużo wcześniej przed planowanym czasem wystąpienia, więc brak publiki niczego nie dowodził.

Kiedy to nie chwyciło i okazało się, że na wykład przybyły tłumy i tłum czekały na wyjście Tuska z uniwersytetu, rządowa machina propagandy wyprodukowała kolejny przekaz: przemówienie miało być nudne, flaki z olejem, jakaś ekologia, nowoczesność, przyszłość, masło maślane, sam Tusk bez charyzmy i polotu, poprawny, ale nudziarz, jednym słowem, Tusk się kończy …

Po kilku godzinach okazało się, że i to nie chwyciło. Internet szalał, Anna Mierzyńska pokazała, że Donald Tusk zrobił 12 milionów „zasięgów”, a defilada wojskowa emitowana w rządowych mediach tylko cztery. Tusk zdecydowanie Polaków ciekawił i chcieli go wysłuchać.

I wtedy dopiero, jako ostatnią deskę ratunku, podrzucono sklecone naprędce z niezbyt nadającego się do tego przemówienia Jażdżewskiego (które było mocne, fajne i słuszne, ale nie padło w nim przecież nic, co dotąd by wiele razy w debacie publicznej nie wybrzmiało) hasło: Jażdżewski zaatakował kościół. W domyśle: To on, Donald Tusk, wróg Polaków pozwolił, by Jażdżewski brutalnie zaatakował kościół!

Mam wrażenie, że sami PiS-owcy podrzucali temat bez przekonania, a jednak… chwyciło! Co za radość!

Nagle przegrzał się internet i twitter, facebook i portale, rozemocjonowani liderzy opinii komentowali w studiach tv (sądząc po jakości opinii, większość z nich przemówienia Jażdżewskiego nie słyszała, ani nie czytała) – powtarzając propagandowe wrzutki sympatyków władzy.

Bo – niestety – te same argumenty, których na skrajnie prawicowych forach używali fani PiS, zostały powtórzone przez część najważniejszych liberalnych komentatorów.

A więc: moment był niewłaściwy (wiadomo, że przed wystąpieniem Donalda Tuska można było albo wygłosić pean na jego cześć, tak jak w PiS wygłasza się peany na cześć prezesa albo mówić o niczym, żeby uśpioną salę obudził dopiero DT).

Metafora o świniach (znana przecież i powszechnie używana) to atak na kościół! Obraza katolików (z tego powodu od przemówienia odciął się właśnie Kosiniak – Kamysz, który w trakcie przecież klaskał i przyznam, że byłam zażenowana patrząc na to).

Cała ta sytuacja pokazała, że ciągle jeszcze PiS nadaje ton debacie publicznej, a mające aspiracje do pokonania go liberalne elity choć werbalnie stroszą piórka, na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie.

Radziłabym zyskać nieco odwagi i wziąć sobie do serca niedawne słowa Christine Amanpour, że dziennikarz nie powinien być neutralny, tylko mówić prawdę. Ja rozszerzyłabym to po prostu na ludzi, zwłaszcza tych, którzy kształtują opinię publiczną. Nie bądźcie neutralni, poprawni. Mówcie prawdę, a wszystko będzie dobrze.

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej