Tag Archives: Przemysław Szubartowicz

Morawiecki z Polski zrobił Zadupie, a dumnych Polaków przemianował na Zadupczyków. Z życia pasqud 9

4 Lip

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.

Reklamy

Kaczyński przekroczył granicę nikczemności

17 Czer

>>>

 „To, co powiedział prezes Jarosław Kaczyński jest absurdalne. To klasyczny przykład fake newsa. Zdecydowanie się temu sprzeciwiam i będę żądał sprostowania, jak również przeprosin” – powiedział były premier Jan Krzysztof Bielecki w Polsat News. Chodzi o wypowiedź prezesa PiS, który stwierdził, że to właśnie Bielecki rzekomo miał proponować likwidację polskiej armii.

„Proponowano mi, a dokładnie to był premier Bielecki, likwidację Wojska Polskiego, Polska miała być krajem bez armii. Polska jako podmiot polityki zagranicznej miała zostać zlikwidowana” – stwierdził prezes PiS podczas sobotniego Zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale. Więcej na ten temat w artykule „Kaczyński ogłosił publicznie kolejne zagrożenie, przed którym może obronić Polskę tylko PiS”.

„Nie jest problemem, że jest taki JK i czasami bredzi. Problemem jest to, że duża grupa ludzi uwierzy w te brednie, bo wypowiedział je sam JK” – skomentował jeden z internautów.

„JK: „Proponowano wtedy (w 91), a dokładnie premier Bielecki, likwidację Wojska Polskiego. Polska miała być krajem bez armii”. Panie Kaczyński: Pan wie, że to obrzydliwe kłamstwo. Do tej pory pozywał Pan polityków PO. Teraz czas na Pana. Z tą różnicą, że teraz jest za co” – podsumował Andrzej Halicki z PO.

„Myślę, że wywrzaskujący swe wystąpienia A. Duda, powinien się powstrzymać od nazywania swych oponentów „krzykaczami” – skomentował na Twitterze Tomasz Lis wypowiedź prezydenta. Podczas objazdu Stanów Zjednoczonych Andrzej Duda zareagował na wiele krytycznych głosów, że zakup myśliwców F-35 kosztuje Polskę zbyt dużo.

„Nie ma jeszcze cen, nie ma szczegółowych warunków. Nic nie zostało ustalone; to jest dopiero absolutny początek drogi. Bardzo proszę wszystkich krzykaczy o spokój” – stwierdził Duda. – „A krzykacze to kto? I kto to mówi?! Adrian zabiera się do połajanek? To mogłoby być śmieszne, a jest tragiczne”; – „Groteskowy wrzaskun o „krzykaczach”; – „Proszę krzykaczy o spokój, te samoloty to tylko wyborcza ściema!” – wtórowali Lisowi inni internauci.

Z kolei do pierwszej części wypowiedzi odniósł się na Twitterze prof. Wojciech Sadurski: – „Prezydent Duda o zakupie F-35: „Nie ma jeszcze ceny, nie ma warunków, nic nie zostało ustalone; to jest dopiero absolutny początek drogi”. To gdzie ten wielki sukces?”.

Internauci i ten wątek komentowali: – „Czyli wszystko Patrykiem na wodzie. PAD to potwierdził własnymi ustami. Gdzie sukces, no gdzie? A może na szczęście g… o załatwił?”; – „Już raz łódź podwodną tak w Australii kupował”; – „Przecież idą wybory… Musieli napompować ludzi czymś wielkim i wyjątkowym. No przecież 1000 żołnierzy nie robi wrażenia, bo żołnierze już są. A kto z wyborców PiS będzie dociekał prawdy. Partia myśli, oni nie muszą”.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Największą krzywdą, jaką prezes uczynił Polakom, jest zrelatywizowanie kantu, oszustwa i kłamstwa

Kiedy partia Kaczyńskiego zawłaszczała telewizję publiczną, nawet rozsądni politycy wzruszali ramionami przywołując przykład komuny, gdzie w informacje Dziennika TV mało kto wierzył, a głoszone tam poglądy były przedmiotem kpin i setek żartów.  Spodziewano się, że rodacy i tym razem nie dadzą się nabierać, że masowo opuszczą widownię TV publicznej i powiększą grono widzów stacji niezależnych od rządzących. Istotnie, po 2015 roku wielu odeszło od telewizji zaanektowanej przez PiS, ale w ostatnich miesiącach widzowie coraz liczniej zaczęli wracać do państwowego nadawcy.  W ubiegłym roku na telewizyjnym rynku zwiększył się udział zarówno publicznej „jedynki”, jak i „dwójki”. Co więcej: TVP1 pokonała TVN, ustępując tylko Polsatowi.

Nie jest zaskoczeniem, że PiS odniósł w wyborach największy sukces tam, gdzie telewizja publiczna cieszy się największą popularnością. Obie mapy notowań nakładają się na siebie z sakramencką precyzją.  A równocześnie w rejonach z przewagą wyborców PiS znacznie więcej jest „ofiar jednostronnej indoktrynacji”, a mniej telewidzów śledzących jeszcze jakąś inną stację informacyjną. Zdawałoby się, że naród z doświadczeniami okupacji i komuny na dziesięciolecia pozostanie sceptyczny wobec rządzących, że nie uwierzy żadnemu despocie i nie pozwoli się otumanić. A jednak przybywa Polaków, którzy dają się nabierać zdemoralizowanemu autokracie. Dlaczego?

Część odpowiedzi znaleźć można w wywiadach i postach telewidzów na stronie tvpinfo: Bo dają pełny obraz każdej sprawy i kiedy prezentują jakiś temat, to na końcu nie ma już o co pytać. Bo mówią prostym językiem i nie trzeba się wysilać, żeby zrozumieć, o co chodzi. Bo obraz świata w TVP Info jest klarowny, kontrastowy i wyraźny. Bo w rządowych mediach politycy rzadko się kłócą i nie przerywają sobie. Bo TVPInfo jest dostępna dla każdego Polaka, a jak chce się mieć na przykład TVN24, to trzeba osobno płacić za kablówkę albo satelitę. Bo zawsze prezentują polski interes, a my przecież jesteśmy Polakami… Uderzające, że w deklaracjach przywiązania do telewizji publicznej rzadko przywoływany jest argument, który decyduje o oglądalności w cywilizowanych społeczeństwach. Jakby kryterium prawdy przestało mieć znaczenie. Jakby wiarygodni i niewiarygodni różnili się od siebie tylko liczbą zapewnień o własnej uczciwości oraz wagą oskarżeń, pomówień i epitetów, którymi obrzucany jest przeciwnik.

Szkoda miejsca na wyliczankę dowodów rozwalania budowanego przez lata etosu mediów publicznych i demolowania etyki zawodowej przez pracowników Jacka Kurskiego, uważających się za dziennikarzy.  Rada Języka Polskiego opublikowała raport, który jest dla TVP miażdżący. Spośród 306 ocenianych pasków informacyjnych, które ukazały się w głównych wydaniach „Wiadomości”, ogromna większość „powstała z myślą o wpływaniu na opinię odbiorcy komunikatu, a nie o dostarczeniu mu obiektywnego powiadomienia o danym zdarzeniu” . Oceniono, że TVP nie wypełnia nałożonego na nią ustawowo obowiązku rzetelnej, obiektywnej i niezależnej informacji. I co? I nic. Krajowa Rada Radiofonii nie zajmie się niekorzystną dla TVP analizą , bo ma ona jakieś „mankamenty w zakresie metodologii„.  Informacja o tych badaniach i bezczelnej reakcji organu powołanego do ochrony wiarygodności mediów elektronicznych dotarła do opinii publicznej i bynajmniej nie odstręczyła widzów od TVP. Przeciwnie. Dla coraz większej liczby odbiorców wiarygodność przestaje się liczyć.

Owszem, są wyznawcy PiS, którzy uwierzą w każdą narrację wymyśloną przez inżynierów dusz z partyjnej komórki propagandy i agitacji. Są też ludzie, którzy żyją w telewizyjnej bańce informacyjnej i nie weryfikują pozyskanych informacji, bo nie mają czasu, bo nie interesują się polityką, albo: bo nie i już. Tak bywa w każdym kraju. Polska specyfika polega jednak na tym, że przybywa odbiorców, dla których łgarstwa PiS są oczywiste mimo wysiłków funkcjonariuszy władzy idących w zaparte, czyli rośnie liczba Polaków, którzy ignorują kłamstwo. Przywykli? A może zaakceptowali fałsz jako oczywistą i naturalną formę uprawiania polityki? Może doszli do wniosku, że wszyscy politycy kłamią i kradną, ale jeśli jedni z nich dzielą się ukradzionym dobrem, to mniejsza o ich kłamstwa? Może uznali, że z dwojga złego cel – korzyść własna i sukces własnej formacji – uświęca stosowany środek, usprawiedliwia posługiwanie się nieuczciwymi metodami? A może doszli do wniosku, że telewizja zawsze kłamała i kłamać będzie, więc nie należy nadawać jakiekolwiek znaczenia jej wiarygodności?

Wielkim sukcesem Jarosława Kaczyńskiego jest zniszczenie zapisanych w prawie mechanizmów zabezpieczających wolność słowa i chroniących media publiczne przed zagarnięciem przez polityków jednej partii. A największą krzywdą, jaką prezes uczynił Polakom, jest zrelatywizowanie kantu, oszustwa i kłamstwa oraz oswojenie chamstwa, pazerności i przekrętów, które dla wielu, tak jak kiedyś w PRL, stały się znowu objawami życiowej zaradności.

Wykład Asha tutaj >>>

Kaczyński coraz mocniej trzyma naród za mordę

16 Czer

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, że powstały istne “wyspy nowoczesności w morzu zacofania”. Okazuje się bowiem, że mimo miliardowych kontraktów nadal tylko około jedną czwartą naszego sprzętu można uznać za nowoczesną. Nic w tej kwestii miało nie zmienić się w ciągu ostatnich 20 lat, czyli od wstąpienia Polski do NATO. Nasze siły zbrojne mają nadal nie być zdolne do stawiania efektywnego oporu, a strategia rządu przy ograniczonych zasobach finansowych okazuje się ekonomicznie nieracjonalna. Chwalimy się bowiem transporterami opancerzonymi Rosomak, ale już mniej mówimy o tym, że podstawowym wyposażeniem armii nie są one, ale pochodzące jeszcze z lat 60-tych transportery BWP-1. W wojskach pancernych cieszymy się z używanych czołgów Leopard 2, które jednak na naszych poligonach spotykają się z dwa razy większą liczbą radzieckich T-72. Z powodu braku nowoczesnych śmigłowców transportowych mamy ograniczoną możliwość wykorzystania nawet naszych atutów, jakimi są choćby jednostki specjalne. Równocześnie wśród śmigłowców bojowych przestarzałe i zmodernizowane Mi-24 bez dużych nakładów nieuchronnie będą musiały wyjść z użycia, a ich następców nie widać. Równocześnie w 2020 z linii mają wyjść ostatnie posiadane przez Polskę sprawne okręty podwodne. W lotnictwie sytuacja jest też dramatyczna, ponieważ obok 48 myśliwców F-16, wciąż używamy radzieckie MiG-29 i Su-22. Te ostatnie są jednak awaryjne, co prowadziło do szeregu wypadków, a ich wartość bojowa jest dyskusyjna.

W obliczu tak wielkich potrzeb zakupowych i modernizacyjnych strategia MON wydaje się jednak chybiona. Polska kupując zaledwie 32 samoloty F-35 wraz z niezbędnym zapasem rakiet, pakietem logistycznym i szkoleniami może zapłacić ponad 20 mld zł. Tymczasem zakupiony sprzęt nie będzie bezpieczny w kraju i w razie konfliktu będzie najprawdopodobniej musiał zostać przeniesiony do… Niemiec. Rząd oszczędza bowiem na zakupie systemu obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Kontrakt na “Patrioty” ogłoszony wielkim sukcesem, w rzeczywistości okazał się kosztowną klapą. Z powodu wysokiej ceny zamiast 8 baterii kupiono zaledwie 2, co oznacza, że nie będziemy mieli możliwości osłaniać skutecznie lotnisk, na których mają stacjonować wspomniane F-35. Tymczasem zaledwie dwie baterie przy rezygnacji ze znacznej części ambicji offsetowych kosztować mają aż 16,6 mld zł. Do stworzenia systemu z prawdziwego zdarzenia zdaniem analizy ma brakować kolejnych 40-50 mld zł, których dziś nie ma. Kosztowną prowizorką miał okazać się również zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS.Zamiast planowanych 160 wyrzutni z powodu kosztów kupiliśmy zaledwie 20, z zapasem amunicji zmniejszonym z 600 do 300 pocisków, co gwarantuje utrzymanie zdolności bojowej przez zaledwie kilka godzin walki.

Równocześnie, gdy rząd tnie plany zakupowe, które całkowicie przekreślają ich sensowność, to w tym samym czasie MON stawia na ilość, a nie jakość. Przy iluzorycznym zwiększeniu finansowania z 1,95% PKB do 2% PKB rząd nie tylko bowiem tworzy obronę terytorialną, ale i zamierza podwoić rozmiar sił zbrojnych o 100% w ciągu najbliższej dekady. Skąd sfinansować nowoczesne uzbrojenie dla tak wielkiej liczby ludzi, nie wie nikt. Prawda jest bowiem taka, że przy obecnym finansowaniu nie stać nas na nowoczesne wyposażenie nawet sił zbrojnych w obecnej liczebności. Te zresztą są obecnie zbiurokratyzowane, a w wielu jednostkach pozbawione realnej zdolności bojowej.

Wnioski z analizy Witolda Jurasza dla Ośrodka Analiz Strategicznych są jasne, Polska albo musi radykalnie zwiększyć finansowanie, albo ograniczyć swoje ambicje, stawiając na jakość a nie ilość, dalej redukując etaty w siłach zbrojnych na rzecz nowoczesnego i skutecznego, a nie medialnego sprzętu.

Obserwując przytoczone dane widać zatem, że rządzący swoją nieodpowiedzialnością i brakiem kompleksowego spojrzenia na potrzeby sił zbrojnych mogą realnie nie zwiększyć bezpieczeństwa Polski wydając na wielkie kontrakty nawet dziesiątki miliardów złotych. Strategia medialnych sukcesów na niewiele przyda się na polu walki, gdzie liczyć się będzie zdolność z eliminacji jednostek przeciwnika. PiS tymczasem budując iluzję przygotowania sił zbrojnych i nieracjonalnie gospodarując ograniczonymi środkami naraża długoterminowo bezpieczeństwo państwa w warunkach coraz mniej stabilnej sytuacji międzynarodowej.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jest sprawa, która sztabowcom Prawa i Sprawiedliwości spędza sen z powiek. To groźba rozwinięcia się wątków seksafery z Podkarpacia. Jako że jesteśmy u progu sezonu ogórkowego, kilka miesięcy przed wyborami wydaje się zasadne w tym momencie rozbroić bombę. Prawdopodobnie więc dlatego TVP wyemitowała reportaż dyskredytujący byłego agenta CBA Wojciecha Janika, który ujawnił, że Biuro miało być w posiadaniu seks-taśmy z politykiem PiS.

Czwartkowe wydanie Magazynu Śledczego Anity Gargas w całości poświęcono sylwetce byłego agenta CBA. Opisano w nim przeszłość oraz karierę Janika. A to wszystko z powodu nagrania z agencji towarzyskiej, na której miał znajdować się Marek Kuchciński. Według Janika taśma zniknęła z sejfu kierownictwa CBA, co kilkukrotnie powtórzył podczas posiedzenia sejmowego zespołu ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa.

 

Jak wobec stawianych zarzutów ustosunkował się wymieniany w związku z aferą marszałek Kuchciński, wiemy. Oskarżył Janika o pomówienia, a jego sprawą od maja zajmuje się prokuratura. W materiale TVP wypowiadają się m.in. zastępca koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, rzecznik CBA Temistokles Brodowski, szef Biura Prasowego Kancelarii Sejmu Andrzej Grzegrzółka. Zgodnie zaprzeczają informacjom przekazywanym przez Janika. W dalszej części materiału inni bohaterowie reportażu podważają wiarygodność agenta. Według nich Janik to konfabulant z problemami w pracy, który w przeszłości miał już dopuszczać się innych bezzasadnych zawiadomień do prokuratury. Nie obyło się również bez dewaluacji jego dorobku naukowego.

Tezom stawianym przez TVP przyjrzał się portal wp.pl. Poprosił Wojciecha Janika o ustosunkowanie się wobec nich. Były agent stwierdza, m.in., że to oficerowie Biura złożyli mu finansową ofertę odkupienia płyty, co może potwierdzić nagraniem. Wobec tezy, iż Janik ujawnił aferę, by pomóc opozycji w wyborach, powiedział: „Nigdy nie interesowała mnie polityka. Takie tezy świadczą o infantylności obecnej władzy, która w każdej nieprzychylnej jej osobie widzi swego wroga. Dla mnie liczy się tylko dobro państwa”.

Jakiekolwiek nie stały za tym zamiary, teza postawiona w TVP tłumaczy za to intencje dziennikarzy co do publikacji materiału. Jakby chcieli powiedzieć przezeń „tylko nie mów nikomu”. Sprawa jest grubego kalibru i wymaga wyjaśnienia, ktokolwiek nie brałby w niej udziału, milczenie nie jest odpowiednią strategią.

Nowelizacja kodeksu karnego to kolejny etap w realizowanym przez Kaczyńskiego planie przekształcenia Polski w państwo autorytarne.

Nowy – jednocześnie drakoński i absurdalny – kodeks karny dobrze demaskuje autorytarną naturę rządów PiS, opartych na oszustwie i podstępie. Rządzący twierdzą, że nowelizacja została przygotowana w reakcji na poruszający film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego o przypadkach pedofilii wśród duchownych.

Film Sekielskiego jak pożar Reichstagu

Gdy jednak się przyjrzymy wprowadzanym zmianom, gołym okiem widać, że to zwykła ściema. Zmieniane zapisy nie mają nic wspólnego z przestępstwami seksualnymi i pedofilskimi. Nie wiadomo też, w jaki sposób ogólne podniesienie wymiaru kar w kodeksie miałoby się przyczynić do zwalczania pedofilii wśród księży – wszak istotą problemu nie były w tym przypadku zbyt łagodne wyroki, lecz brak jakichkolwiek wyroków. Sprawcy chowali się pod parasolem Kościoła, więc w ogóle nie dochodziło do procesów.

Nie wydaje się też możliwe, by cała ta nowelizacja została przygotowana od podstaw po emisji filmu Sekielskiego. Prace nad nią musiały trwać dłużej i niemal na pewno zostały w sekrecie podjęte znacznie wcześniej, a autorzy tylko czekali na nadarzającą się sposobność, by projekt ujawnić i skierować do Sejmu na fali moralnego wzburzenia po jakimś skandalu budzącym powszechne emocje. Wybrali akurat film Sekielskiego, ale równie dobrze mogłaby to być inna głośna sprawa.

Dyktatury w okresie prenatalnym i niemowlęcym tak mają – potrzebują pretekstów do wprowadzania rządów silnej ręki. Gdy się już umocnią, wszelkie uzasadnienia staną się zbędne. Wówczas już samo przez się będzie zrozumiałe, że władza ma prawo brać poddanych za mordę. Na początku jednak potrzebny jest pożar Reichstagu, by „ciemny lud” to zaakceptował.

Wprowadzając drakoński kodeks karny, władza bierze na cel przestępczość pospolitą, nie polityczną, ale nie łudźmy się – tak naprawdę chodzi o zmianę całokształtu relacji między rządzącymi a społeczeństwem. Zresztą długotrwałe trendy w statystykach pokazują, że przestępczość w Polsce spada, więc zaostrzenie kar nie jest potrzebne dla wyeliminowania jakichś groźnych i nasilających się patologii. Ono jest niezbędne dla zmiany klimatu politycznego w Polsce i dla zmodyfikowania prawnych standardów. Gdy już obywatele – niczym pomalutku gotowana żaba – oswoją się z faktem, że za kradzież batonika idzie się na długo do więzienia, wówczas przyjdzie czas na przykręcenie śruby także tym, którzy demonstrują i rozklejają antyrządowe ulotki.

Tajny plan PiS

PiS nigdy się tym głośno nie chwalił, ale od samego początku zamierzał zmienić ustrój Polski i ustanowić autorytarne rządy twardej ręki. Plan był przygotowany zawczasu i po dojściu Kaczyńskiego do władzy zaczął być realizowany z metodyczną konsekwencją. W pierwszym etapie władza zapewniła sobie osłonę medialną, przejmując kontrolę (w istocie nielegalną, antykonstytucyjną) nad mediami publicznymi i nad niezależną prokuraturą.

Następnie przystąpiła do demontażu niezwisłego sądownictwa, zaczynając do samej góry – od Trybunału Konstytucyjnego, czyli punktu domykającego system. Po wyeliminowaniu tego zabezpieczającego zwornika można było kolejno likwidować niezawisłość kolejnych szczebli wymiaru sprawiedliwości.

Do zamachu na Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak do zaostrzenia kodeksu karnego, potrzebny był pretekst – i władza go znalazła. „Pożarem Reichstagu” był w tym przypadku fakt, że poprzednia ekipa, ewidentnie naginając prawo, wybrała „na zapas” trzech sędziów Trybunału. Gdyby jednak nie to – znalazłoby się coś innego, a różni symetryści, „pożyteczni idioci” władzy i zwykli kretyni z taką samą gorliwością, jak obecnie mogliby powtarzać, że wart Pac pałaca, że w Polsce, w której rządzi duopol POPiS, ścierają się „dwa polityczne plemiona”, a obrona fundamentów demokracji i państwa prawa to przejaw zacietrzewienia.

Wybory przesądzą o losie Polski

Dziś w realizacji planu PiS doszliśmy do etapu nowelizacji prawa karnego i zaostrzenia represyjności systemu. W kolejny etap wejdziemy po wyborach, jeśli nie daj Boże przyniosą one przedłużenie władzy PiS na kolejne cztery lata – czyli w praktyce na znacznie dłużej. Projekt „ustawy dekoncentracyjnej”, czyli plan zniszczenia wolnych mediów prywatnych czeka już w partyjnych szufladach. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra te wybory, niepotrzebny nawet będzie żaden pożar Reichstagu, by go stamtąd wyciągnąć. Zamiast szukać pretekstu władza powoła się na wolę suwerena, który ponoć tak zadecydował przy urnach wyborczych.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

 

Gosiewscy. Małgorzata, wdowa po ancymonku Przemku. Funeralna groteska z pisowskiego Zadupia

12 Czer

Podczas 82 posiedzenia Sejmu 16 nowych posłów złożyło ślubowania poselskie, zajmując pozycje polityków wybranych do Parlamentu Europejskiego.

W drodze głosowania nowym wicemarszałkiem Sejmu została Małgorzata Gosiewska w miejsce Beaty Mazurek, która udaje się do Brukseli.

Za kandydaturą Gosiewskiej głosowało 246 posłów, 121 było przeciw, 38 wstrzymało się od głosu.

Nieobsadzone pozostają nadal dwa miejsca: po posłance PiS Elżbiecie Kruk oraz pośle PO Andrzeju Halickim.

Do Parlamentu Europejskiego dostało się 18 posłów oraz jeden, poseł Dominik Tarczyński (PiS), który obejmie mandat europosła po tym, jak Wielka Brytania opuści Unię Europejską.

Marek Falenta, człowiek, który w znacznym stopniu przyczynił się do przegranej PO w poprzednich wyborach parlamentarnych, dzisiaj walczy o uznanie zasług i pomoc PiS, by nie trafić za kratki.

Deportowany z Hiszpanii robi wszystko, by ominąć więzienie i liczy, że partia rządząca go wesprze, bo przecież to dla niej poświęcił swoje spokojne i miłe życie biznesmena.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia list, jaki napisał Falenta do prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Przyznaje w nim, że mając już pewne nagrania, skontaktował się z byłym skarbnikiem Stanisławem Kostrzewskim, a nawet zatrudnił u siebie jego siostrzeńca.

Po kolejnym spotkaniu na Nowogrodzkiej to on skontaktował Falentę z agentami CBA z Wrocławia i ABW z Katowic i to na ich prośbę kontynuował nagrywanie polityków PO i ich gości w restauracji.

Falenta ma wielkie poczucie misji, której celem było zwycięstwo PiS w wyborach i ukrócenie procederu rozkradania majątku państwowego. Nie ukrywa, że wbrew temu, co głosi opozycja „dla naszego kraju nastąpiła prawdziwa »dobra zmiana«. Jestem dumny, że mogłem przyłożyć do tego rękę. Pieniądze, które były do 2014 r. rozkradane, zostały skierowane do szerokiej rzeszy potrzebujących ludzi”. Przyznaje, że taśmy z nagraniami przekazał agentom CBA i do listu dołączył kopie tajnych meldunków, które mają potwierdzać jego prawdomówność.

Marek Falenta wysyła też prośby do prezydenta Dudy o ułaskawienie. Uważa, że należy mu się prezydenckie prawo łaski w trybie nadzwyczajnym, podobnie jak zostało ono zastosowane wobec Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Przecież, jak pisze, „W znacznej mierze przyłożyłem się do tego, że dzisiaj rządzące ugrupowanie polityczne ma możliwość funkcjonowania i wprowadzania zmian na lepsze w naszym kraju”, więc zasłużył na taką pomoc. Apeluje więc do prezydenta, by ten zażądał „materiałów od służb CBA o moich osiągnięciach i zasługach dla kraju i partii rządzącej. Tysiące osób z Pana obozu politycznego oraz większa część społeczeństwa, która popiera partię rządzącą, skorzystała na tej sprawie. Dlaczego tylko ja mam ponosić negatywne konsekwencje? Nie zgadzam się na to. Nie taka była umowa. Wszyscy oficerowie CBA, którzy byli zaangażowani w tę sprawę, zostali awansowani, a mnie skazano na więzienie. Większość ludzi w Polsce (Pana elektorat) uważa, że jestem bohaterem narodowym i zasługuję na nagrodę oraz ułaskawienie” i pozwolił mu wreszcie normalnie żyć.

Marek Falenta straszy obóz rządzący kolejnymi taśmami, na których znajdują się nagrania z Mateuszem Morawieckim i nawet Jarosławem Kaczyńskim. Chwilowo jednak politycy PiS wydają się lekceważyć problem, nazywając „rewelacje” Falenty niedorzecznymi insynuacjami i próbując przekonać go do 6-tygodniowej obserwacji psychiatrycznej. Dziwne, bo wtedy, gdy na jaw wyszły taśmy podsłuchowe, uderzające w PO, nie mieli żadnych wątpliwości co do poczytalności pana Falenty i bardzo chętnie skorzystali z przekazanych materiałów, by załatwić konkurencję w wyborach.

A dzisiaj… dzisiaj taka zmiana zdania. Jakiś niepokój zapewne został zasiany w szeregach partyjnych, jednak PiS nie musi obawiać się spadku poparcia, bo jego wyborców nie ruszy nic. Nawet gdyby podsunąć im pod nos dowody niekompetencji, manipulacji i kłamstw ukochanej partii, to i tak w nie uwierzą i nazwą je tylko aktem wrogości przeciwników prezesa.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

„Dziennik Gazeta Prawna” dotarł do map wyborczych przygotowanych przez specjalistów pracujących dla Prawa i Sprawiedliwości. Pas wzdłuż zachodniej granicy kraju i obszar centralnej Polski będą w najbliższych wyborach miejscem nasilonej kampanii partii rządzącej.

Przedstawiciele „dobrej zmiany” typują tzw. swingujące okręgi, w których mogą wygrać zbliżające się wybory do parlamentu.

Mapa wyborcza wskazuje na dwa regiony, które będą dla PiS niezwykle ważne. Pierwszy z nich to obszar wzdłuż zachodniej granicy Polski. Chodzi o Zachodniopomorskie i Lubuskie. Drugi z obszarów to teren wokół autostrady A1 obejmujący Łódzkie, Kujawsko-Pomorskie i południowo-wschodnią Wielkopolskę.

W analizie przygotowano również dane dotyczące grup społecznych, które PiS chce pozyskać i skłonić do głosowania. W opracowaniu wybrano co najmniej sześć grup. Wśród nich znajduje się młodzież popierająca ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego oraz kobiety w średnim wieku, które dotychczas głosowały głównie na Platformę Obywatelską.

Kluczem w analizie były wyniki, jakie rządząca prawica uzyskała w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach.

Słyszę wiele narzekań. Na politykę, ale też na życie, na wartości, na zmiany, na wszystko… Narzekania są zrozumiałe, bo świat faktycznie bardzo szybko się zmienia, niekoniecznie w stronę, której większość z nas pragnie… Są one jednak kompletnie nieefektywne. Niczego nie rozwiązują, zatrzymują nas w negatywnym myśleniu, uwiązują do nieciekawego miejsca, w którym jako obywatele jesteśmy i blokują pozytywne myślenie prowadzące do podjęcia skutecznych działań.

Tak, świat się zmienia i rzeczywistość, do której przywykliśmy odchodzi w dal. I podstawą do zaadaptowania się do nowego życia jest uznanie, że to nieodwołalne, a następnie zrozumienie istoty przemian tak, by móc się do nich dostosować i dobrze w nich funkcjonować, osiągając swoje cele. W wymiarze polityczno-społecznym dwie najważniejsze zmiany, które zauważam, to podejście do prywatności i wolności – dwóch (dotąd) filarów nowoczesnej demokracji.

Praktycznie przestaje istnieć prywatność rozumiana jako prawo i chęć zachowania pewnych rzeczy tylko dla siebie, która łączyła się ze strachem przed inwigilacją. Dopóki ludzi przerażało, że za pomocą pewnych informacji, prywatnych właśnie, można mieć nad nimi kontrolę, dopóty hasło, że rząd, jakaś instytucja, szeroko rozumiana władza ich inwigiluje, działało jak straszak i zniechęcało do tego rządu, instytucji, władzy. Dziś już tak nie jest. Prywatność nie jest już wartością, tylko towarem, jak każdy inny, taniochą wystawianą na giełdzie mediów społecznościowych, niewartą zbyt wysokiej ceny, sprzedawaną za grosze na instagramowej czy fejsbukowej giełdzie. Kto z kim, kiedy, dlaczego, w jaki sposób, gdzie i po co to – już ogólnodostępna wiedza, nad którą nikt się specjalnie nie roztkliwia. Z ekskluzywnej i niegdyś dostępnej tylko służbom i innym wybrańcom stała się zwyczajna – ludzie sami mówią o sobie wszystko, ba!, nawet wstawiają zdjęcia! – i pozbawiona znaczenia.

Dlatego informacja że rząd nas inwigiluje – a inwigiluje!, mało kogo dziś wzrusza (praktycznie garstkę mądrych ludzi, najczęściej profesjonalistów, którzy wciąż rozumieją, jak bezcenny, mimo swojej powszechności i dostępności wart jest towar zwany informacją). Straszenie inwigilacją nie jest już narzędziem do wygrania wyborów. Ludzie uważają, że prywatność jest ceną, którą trzeba zapłacić za dostęp do nowych technologii i chętnie się z tym godzą. Zresztą, kto chciałby prywatności w świecie, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a popularność jest bogiem?

Podobnie jest z wolnością. Jeszcze dla mojego pokolenia, dzisiejszych 40-latków, wolność była prawem do nieskrępowanego wyrażania opinii, stawianiem na indywidualność i rozwój jednostki. Młodsi od nas jednak coraz częściej rozumieją wolność jako nieskrępowany dostęp do pewnych dóbr, usług, towarów, technologii i atrybutów określonego stylu życia, podróży, sieci itp. To jest dla nich najważniejsze, a nie prawo do wyrażania opinii. Zresztą, bądźmy szczerzy, w świecie seriali, algorytmów, spadku poziomu edukacji i czytelnictwa, zsynchronizowanych i jednakowych społecznych gustów mało kto ma swoją niepowtarzalną, oryginalną, przemyślaną i odstającą od zdania ogółu opinię. Przeciwnie, wszyscy chcą mieć to samo, myśleć tak samo i być tacy sami – dlatego nikt nie będzie umierał za wolność, sądy itp. Wielu nie rozumie, po co miałoby to robić i jakie znaczenie tego typu wolność ma w ich życiu, nie czuje, żeby była im do czegokolwiek potrzebna.

Niektóre partie polityczne, jak PiS, już odrobiły tę lekcję z przemian społecznych. Inne, jeśli chcą wygrywać z populistami w czasach, kiedy populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach – muszą się tego szybko nauczyć, inaczej wypadną z gry.

42-letnia zakonnica z Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola przywłaszczyła 460 tys. zł z konta ośrodka. Część tej kwoty należała do pensjonariuszy, którzy powierzyli DPS swoje oszczędności

Do przywłaszczenia 460 tys. zł z konta z domu pomocy społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola doszło na początku czerwca. Jedna z zakonnic pracujących w ośrodku zgłosiła to na policję. Ze sprawą od początku łączona była 42-letnia siostra zakonna, która zniknęła w tym samym czasie, gdy z konta Domu Pomocy Społecznej zniknęły pieniądze – pisze opole.naszemiasto.pl.

Dobrzeń Wielki k. Opola. Zakonnica przywłaszczyła pieniądze i uciekła z domu pomocy społecznej

Blisko pół miliona złotych, które przywłaszczyła 42-letnia zakonnica, to środki domu pomocy społecznej, ale także pieniądze przebywających w nim osób, które powierzyły ośrodkowi swoje oszczędności.

Sprawą zajęli się policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Opolu. Mundurowi namierzyli kobietę w ciągu kilku dni. Przebywała w jednym z miast województwa dolnośląskiego. Policja ustaliła także, że zakonnica miała wspólnika. Mężczyzna został zatrzymany w Opolu.

Zakonnica przekazała pół miliona nowo poznanemu mężczyźnie. „Tak pokierował jej zachowaniem”

Zakonnica poznała 43-mężczyznę zaledwie kilka dni przed przywłaszczeniem pieniędzy. Przekazała mu 500 tys. zł – środki z konta Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim oraz swoje prywatne fundusze.

Zastępca prokuratora okręgowego w Opolu prokurator Jacek Mikłuszka skomentował sprawę, mówiąc, że mężczyzna „tak wpłynął na 42-latkę, tak pokierował jej zachowaniem, że ta dopuściła się zarzuconego jej czynu” – cytuje natemat.pl.

42-letnia zakonnica usłyszała zarzut przywłaszczenia ponad 460 tys. zł, jej 43-letni wspólnik – zarzut oszustwa wobec mienia znacznej wartości. Wobec mężczyzny zastosowano karę trzymiesięcznego aresztu, z kolei zakonnica przebywa aktualnie w areszcie domowym. Obojgu grozi kara pozbawienia wolności do 10 lat.

Kaczyński boi się Falenty

11 Czer

Sebastian Kaleta następca Patryka Jakiego na stanowisku wiceministra sprawiedliwości jeszcze nie zdążył się wygodnie rozsiąść w nowym fotelu, a już dostał po nosie… i to od kogo?

PiSowska funkcjonariuszka Krystyna Pawłowicz ofuknęła go po tym, jak na antenie Polsat News nowy minister wyraził się z przekąsem o stylu jej wypowiedzi:

„Poseł Pawłowicz ma swój specyficzny, bardzo intensywny styl wypowiedzi. Zawsze to jest tak, że pani profesor napisze coś ostrego i trzeba to skomentować. Ja takich słów nie używam” – ocenił Kaleta, nawiązując do wpisów parlamentarzystki na temat Parady Równości w Warszawie.

To na tyle zirytowało panią Pawłowicz, że ruszyła do ataku dokładając swoją „porcję dziegciu” do powodzi radosnych gratulacji, jakie znalazły się na Twitterze pod wpisem samego Kalety, dziękującego szefom rządu i resortu za nominację i zaufanie.


„Proszę za mnie nie przepraszać ani nie wstydzić się za moje wpisy o Paradzie Równości, bo najwyraźniej łatwo daje się Pan wkręcać w lewych mediach nie znając moich wpisów. A jakich konkretnie słów by Pan nie użył? Poproszę o konkrety. Nie strzelaj do swoich” – poradziła Pawłowicz.

Wiedza posiadana przez Marka Falentę, biznesmena zamieszanego w tzw. aferę podsłuchową, która przyczyniła się do odsunięcia Platformy Obywatelskiej od władzy, może być bardzo niekorzystna z punktu widzenia PiS. Dziś za sprawą “Gazety Wyborczej” na jaw wychodzą nowe okoliczności sprawy.

Chociaż politycy Prawa i Sprawiedliwości zaprzeczają, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z podsłuchami w restauracji “Sowa i przyjaciele“, to kolejne doniesienia zdają się rzucać na sprawę odmienne światło. Mianowicie, “Wyborcza” ujawniła dziś, że Falenta oferował nagranie z Jarosławem Kaczyńskim:

Jak donosi “GW”, Falenta jeszcze przed ucieczką z kraju w tym roku informował posiadaniu o nagraniu z 2014 r. Jest to zapis rozmów, które miały miejsce w centrali PiS, na których Jarosław Kaczyński miał się odnosić się do treści rozmów podsłuchanych w słynnej już warszawskiej restauracji. Tych, które biznesmen mu dostarczył.

Dziennikarze dowiedzieli się o tej sprawie od “lobbysty” związanego z Kancelarią Prezydenta. Biznesmen liczył na wsparcie, ponieważ oczekiwał, że Andrzej Duda zgodzi się na ułaskawienie go, nie zważając na fakt, że prezydent taki wniosek wcześniej dwukrotnie już odrzucił.

Falenta rozmawiał z informatorem “Gazety Wyborczej” na przełomie 2018 i 2019 r. Był to czas, kiedy biznesmen oczekiwał na wydanie prawomocnego wyroku. Nie chciał iść do więzienia, a za zlecanie podsłuchów groziło mu 2,5 roku więzienia. Na taką też karę został ostateczny skazany.

Robił wrażenie zdesperowanego. Szukał dojścia do prezydenta, pytał też o możliwość kontaktu z liderami opozycji” – takimi słowami opisał Falentę lobbysta, który rozmawiał z “GW”, dodając, że on sam bał się prowokacji. Jednak to jego właśnie biznesmen miał poinformować o tym, że posiada nagranie, na którym słychać Kaczyńskiego. Wszystkiemu miał także przysłuchiwać się Stanisław Kostrzewski, ówczesny skarbnik PiS, czyli człowiek, o którym dziś mówi się, że to on połączył Falentę z PiS.

Wczoraj w “Rzeczpospolitej” pojawiła się informacja, zgodnie z którą za nagraniami miał stać swego czasu jeden z najbliższych współpracowników prezesa Kaczyńskiego.

Wygląda zatem na to, że Marek Falenta oczekuje wsparcia od tych, którzy mieli z kolei jego “inspirować” do takich działań. Z listu, wniosku o ułaskawienie, jaki w kwietniu Falenta napisał do prezydenta Andrzeja Dudy z więzienia w Walencji – a o którego treści poinformowała “Rzeczpospolita” – jasno wynika, ze jego mocodawcami byli ludzie związani ze środowiskiem PiS. Czy Falenta mówi prawdę? Na tym etapie nie wiadomo. Biznesmen grozi bowiem, że jeżeli nie otrzyma pomocy w wyjściu z sytuacji, to  “ujawni zleceniodawców i wszystkie szczegóły“.

W hiszpańskim więzieniu ‘gnije’ człowiek, który wierzył w sprawę pt. Polska uczciwa i sprawiedliwa. Zrobił, co do niego należało, wywiązał się ze wszystkich złożonych obietnic i został okrutnie oszukany przez ludzi wywodzących się z Pana formacji” – Tak według “Rzeczpospolitej” rozpoczyna się list z prośbą o ułaskawienie…

Prof. Jadwiga Staniszkis skomentowała dla portalu wiadomo.co list biznesmena Marka Falenty do prezydenta Andrzeja Dudy ws. prawa łaski.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Afera podsłuchowa spowodowała kryzys w rządzie Donalda Tuska, który dość szybko wskazał możliwe inspiracje, wskazując na Wschód. A jeżeli tamten kierunek, to Rosja i Putin. Czyżby już wiedział o Marku Falencie, który metodami kelnerskimi (amatorskimi) skompromitował polityków wówczas rządzącej Platformy Obywatelskiej? Tamta kompromitacja winna być wzięta w cudzysłów, bo dzisiaj codziennie PiS naprawdę kompromituje siebie, a przy okazji Polskę.

Na wierzch wyszły rosyjskie interesy Falenty, który miał kłopoty z tamtejszymi biznesmenami, a tam biznesy prowadzą oligarchowie i koncesjonowani mafiosi namaszczeni przez samego mieszkańca Kremla Władimira Putina.

Falenta został w Polsce prawomocnie skazany, ale nie chciał siedzieć, więc dał nogę z kraju. Złapany chce ułaskawienia od prezydenta, które dostał inny wyrokowiec Mariusz Kamiński, ten jest nawet ministrem koordynatorem służb specjalnych.

Falenta pisze do Andrzeja Dudy już trzecią prośbę o łaskę i grozi, iż ujawni, kto za nim stał. Niedwuznacznie twierdzi, iż ciągle jest lojalny wobec PiS i CBA, obiecano mu bezkarność za odsunięcie PO od władzy. Zrozumiała jest też obawa Falenty, iż „nie chce umierać w samotności”. Czyżby czuł się zdradzony przez PiS? Prędzej czy później poznamy prawdę o Falencie. W tej chwili jest on głównym aktorem, acz na razie „umiera ze strachu”.

Ważne jednak są poboczne wątki, które tak naprawdę pokazują głębokość tragedii, która dotknęła Polskę. Jarosław Kaczyński ciągnie do sądu Krzysztofa Brejzę, polityka PO, choć w innej sprawie, ale już widać gołym okiem, iż chodzi o zupełnie co innego. Mianowicie najbliżsi współpracownicy prezesa PiS, jak choćby skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski negocjował z Falentą w sprawie nagrań w aferze podsłuchowej, zaś mecenasi Kaczyńskiego zasiadali w radzie nadzorczej spółki Hawe kontrolowanej przez Falentę.

Dużo, dużo więcej o aferze podsłuchowej i samym Falencie dowiemy się z książki, która ma się ukazać w wydawnictwie Arbitor. Nie jest jeszcze podany do wiadomości publicznej ani tytuł publikacji, ani autor, ale w wyniku wielomiesięcznego śledztwa ustalono, iż w aferze podsłuchowej Marek Falenta wcale nie był jej najważniejszym elementem.

A kto? I tutaj możemy mówić o swoistej epice. W aferach PiS coraz częściej pojawia się ślad rosyjski i nie jest to byle ślad, ale odcisk niedźwiedzia. Rosyjskie tropy w biografiach Antoniego Macierewicza i Mateusza Morawieckiego opisał Tomasz Piątek. Premier zresztą pojawia się na taśmach Falenty, acz nie jest znana taśma najważniejsza z udziałem Morawieckiego, która jest gdzieś zadołowana.

Nie chcę nadużywać historycznych analogii, ani metafor, ale podobne rosyjskie ślady swego czasu w naszej historii doprowadziły do Targowicy. Bohaterowie z XVIII wieku też się wypierali, jak dzisiaj Macierewicz czy Morawiecki i też używali dla zacierania śladów antyrosyjskości. Zatem taśmy Falenty mają zapaszki: pisowski i wschodni, a epikę Targowicy. Minister spraw wewnętrznych w rządzie Tuska Bartłomiej Sienkiewicz nazywa aferę podsłuchową „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”.

PiS powtarza PRL w kwestii cen żywności

6 Czer

Media informują o wzroście cen produktów w sklepach, które są coraz bardziej odczuwalne dla portfeli Polaków.

Wojciech Mann może mieć problemy w pracy po tym, jak subtelnie skrytykował na antenie premiera Mateusza Morawieckiego.

„Złożymy pozew o ochronę dóbr osobistych wraz z zapłatą zadośćuczynienia na rzecz organizacji dobroczynnej, np. WOŚP” – zapowiedział Jarosław Marciniak, sekretarz zarządu KOD. To reakcja na wypowiedź Marka Suskiego, szefa gabinetu politycznego Mateusza Morawieckiego.

Suski w TVP Info komentował przemówienie Donalda Tuska w Gdańsku podczas obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca. – Mówił do ludzi pod sztandarami KOD-u, że to wy jesteście ci dobrzy, uwierzcie w to. A tam wielu ludzi w KOD-zie to są osoby, które służyły obcemu mocarstwu i jeszcze mają przeszłość różnych służb PRL-owskich. Do takich ludzi, którzy tworzyli ścieżki zdrowia, bili robotników i byli po tamtej stronie okrągłego stołu, mówi, że to wy jesteście ci dobrzy i obalcie władzę, sugerując, że jest to władza dyktatorska” – stwierdził polityk PiS.

Jarosław Marciniak z KOD w rozmowie z wp.pl określił słowa Suskiego jako „oburzające i bulwersujące”. – „Na święcie wolności i solidarności spotkało się wielu zasłużonych działaczy pierwszej Solidarności oraz osób zaangażowanych w budowę demokratycznej Polski. Niegodziwością jest zarzucać im udział w organizacji ścieżek zdrowia czy budowy systemu komunistycznego w Polsce. Jest to tym bardziej oburzające, że członkami partii pana Suskiego są m.in. panowie Piotrowicz, Kryże, którzy pracowali dla komunistów. (…) Ta obłuda jest znakiem firmowym formacji rządzącej” – powiedział Marciniak.

Przypomnijmy, że całkiem niedawno Suski „zasłynął” wpisem na Twitterze, o czym pisaliśmy w artykule „Homofobia króluje w gabinecie szefa PiSowskiego rządu”. Suski „tłumaczył”, że to jeden z jego asystentów rzekomo przez pomyłkę umieścił kompromitujący wpis.

30 lat po 4 czerwca 1989 roku tamtejsze wydarzenia dzielą, a nie jednoczą Polaków. Czy to Pana nie boli?

Dziś mamy nową epokę. Tamte boje i zwycięstwa to rozdział zakończony. Mamy epokę słowa i dobrze, że w tej epoce są skrajności. Dobrze, że istnieje Jarosław Kaczyński. I dobrze, że istnieje Donald Trump. Tacy jak oni zmuszają nas do poszukiwań. Skoro oni postępują źle, to my musimy postępować dobrze. A jak znajdziemy lepsze rozwiązania, to jeszcze im pomniki będziemy stawiać za to, że nas zmusili.

A czy wiadomo, dokąd zmierza dziś Jarosław Kaczyński?

Kaczyński to klasyczny dyktator. Jak tylko mu coś nie wychodzi, to od razu zabiera, rozwiązuje, likwiduje. Ja to rozumiem, też mi różne rzeczy przeszkadzały, gdy byłem prezydentem. Ale to nie znaczy, że trzeba od razu likwidować. Trump postępuje tak samo.

Z dyktatorami jest tak, że oni najpierw chcą dobrze, ale z czasem sami wciągani są przez machinę, w której funkcjonują. Dziś są inne czasy i może dyktator w stylu Kaczyńskiego nie zajdzie zbyt daleko, choć z drugiej strony przykład Węgier pokazuje jednak coś innego. Jeśli Polska podążać będzie tym tropem, to wraz z Węgrami rozsadzą Europę.

I co wtedy będzie z Europą?

Wtedy wielkie zadanie stanie przed Niemcami. My nie mamy takiej siły, ale Niemcy są tym krajem, który pełni przywódczą rolę w Europie. Niemcy muszą mieć plan. Kiedyś zniszczyli Europę, to teraz mogą budować. Są najlepiej zorganizowani i mają środki. Niech zorganizują Europę tak dobrze, jak to zrobili w swoim kraju.

Jeśli Polacy i Węgry rozwalą Unię Europejską, to od razu trzeba będzie trzeba stworzyć jakąś nową UE i zaprosić do niej wszystkie kraje. Każdy, kto będzie chciał przystąpić, powinien dostać listę piętnastu praw i piętnastu obowiązków, których bezwzględnie trzeba będzie przestrzegać.

Czym dla Pana jest dzisiejsza Solidarność i jak odbiera Pan fakt, że stoi po stronie rządu?

Zarzucano mi kiedyś, że postanowiłem zwinąć sztandary Solidarności. Okrzyknięto mnie zdrajcą. Ale co ja miałem robić? Miałem zostać związkowcem, nie iść do władzy? Mówiłem wtedy: zwińmy sztandary, bo kiedyś będziemy ich potrzebować. Ja miałem wtedy 10 milionów ludzi, dzisiejsza Solidarność ma 500 tysięcy, a zawłaszczyła sobie nasze sztandary i nasze zwycięstwo. Z naszą dawną Solidarnością czegoś byśmy dziś dokonali, gdyby tylko ta druga nam nie przeszkadzała.

Jak przyjął Pan zwycięstwo PiS w wyborach europejskich?

Na razie PiS wygrywa, bo oddaliśmy mu pole. Ich nacjonalizm i populizm to demony ze starej epoki. Dlatego powtarzam: organizujcie społeczeństwo. Ja jestem fanatykiem przekroju społecznego. Jaki przekrój, taka powinna być reprezentacja polityczna. Dotyczy to także mniejszych grup jak na przykład LGBT. Poza tym potrzeba w polityce uczciwej gry. A gdzie dziś u nas uczciwość? Jest pomieszanie pojęć. Prawica jest dziś bardziej lewicowa niż lewica i odwrotnie.

Liczy Pan na powrót Donalda Tuska do polskiej polityki?

Tusk to wybitna indywidualność i świetny teoretyk. Z praktyką u niego już jest nieco gorzej. Parę dobrych lat nie ma go w Polsce, pytanie, jak poradziłby sobie w tych wewnętrznych walkach polskich, czy nie straci na popularności. W każdym razie, jeśli wróci, to ja na niego zagłosuję.

Jakie są dziś największe wyzwania dla Europy i dla Polski?

Dziś sytuacja wygląda tak, jakby z ulic pousuwano wszystkie znaki ruchu drogowego. Trzeba z powrotem poustawiać znaki, ale nie tak, by to było odczuwane jako odbieranie wolności. Niedługo trzeba będzie koniecznie uporządkować na przykład wolność słowa. Dajemy wolność, ale dajemy też odpowiedzialność. Ludzie tego nie rozumieją.

To tak jak z przykręcaniem i odkręcaniem śrubek. Gdy pracowałem jako robotnik, to podczas przykręcania zepsułem może dwie, trzy śrubki. Ale przy odkręcaniu to były już setki. Dziś świat wymaga świadomego porządkowania.

Trzeba też korzystać z istniejących już dobrych rozwiązań. W Polsce mamy na przykład problemy ze strajkiem nauczycieli. Tymczasem wystarczy zajrzeć, jak funkcjonują systemy edukacji w innych krajach i skopiować dobre wzory do Polski. Ile jeszcze guzów sobie musimy nabić, by pójść do przodu?

Stare instytucje trzeba zmieniać. Na przykład NATO powstało jako odpowiedź na Układ Warszawski. Układu dawno nie ma, a NATO czuje się dobrze. Nie należy niszczyć, ale zmieniać trzeba.

Ma Pan na sobie koszulkę z napisem „konstytucja”. Dlaczego?

Nie protestuję tylko w Polsce, ale sygnalizuję także światu: nie lekceważcie demokracji, bo w Polsce to zrobiliśmy i do władzy doszli populiści i demagodzy. Łamana jest konstytucja i trójpodział władzy. Do wyborów już teraz chodzi w Polsce poniżej 50 procent wyborców, a może być jeszcze mniej i wtedy już nie będzie mowy o demokracji. Demokracja jest wtedy, gdy po którejś stronie jest większość. Nie zdejmę tej koszulki, dopóki w Polsce i na świecie nie zmieni się istniejący układ. Prawdopodobnie pochowacie mnie w tej koszulce.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Więcej >>>

PiS wrócił do flagi unijnej jako szmaty

4 Czer

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc na pierwszą konferencję w Kancelarii Premiera…

Publicysta Andrzej Bober o zachowaniu Mateusza Morawieckiego względem prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz.

4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.

Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”

Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.

Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.

Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.

Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.

W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.

Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?

Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.

Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.

Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.

Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.

Zawsze z wolną myślą,

Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną dyktatowi władzy, dedykuję tę książkę – mówi Igor Brejdygant w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Martwisz się o Polskę?

Igor Brejdygant: Bardzo… Żyję tu i ciągle o Polsce myślę.

Jako pisarz i scenarzysta, czyli artysta z wyobraźnią, jesteś podatny na teorie spiskowe?

Czym innym jest wyobraźnia, a czym innym wkręcanie się w chore intrygi. Nie obserwuję u siebie takich skłonności.

Ale w układy wierzysz?

Tak, bo układy są faktem…

„Układ” to określenie, które do polskiej polityki, w pierwszej dekadzie XXI wieku, wprowadził Jarosław Kaczyński…

Prezes Kaczyński „wylansował” słowo układ w pewnym celu. I jak pamiętamy – cel ten osiągnął. Nie ukrywam, że pamiętałem o tym nadając, a właściwie akceptując, tytuł książki. Jest więc przy okazji trochę przekornie.

Twoja najnowsza, czwarta powieść, która właśnie ukazuje się na rynku, jest kontynuacją „Rysy” – kryminału nominowanego do Nagrody Wielkiego Kalibru 2019 i nosi właśnie tytuł „Układ”…

Książka pierwotnie miała się nazywać inaczej, ale w końcu tytuł wymyśliła moja żona. Książka jest po prostu o układzie, a może bardziej o walce jednostki, kobiety z układem, z bardzo mrocznym układem.

Twój „Układ” jest thrillerem politycznym, w którym obnażasz prawdę o tym, co dzieje się na szczytach władzy. To, co opisujesz jest przerażające. Tak widzisz współczesną Polskę?

Pisząc współczesną powieść, historię dziejącą się tutaj, nie mogłem nie zawadzić o pewne realia. Z drugiej strony to jest powieść kryminalna, a nie literatura faktu. A to, że moja wyobraźnia tworzy rzeczy, które mogą się sprawdzić czy spełnić, a może nawet już spełniają się w rzeczywistości, to zupełnie inna sprawa. Szukałem odniesień w Polsce, co nie znaczy, że opisałem dokładnie to, co dzieje się w Rzeczpospolitej anno domini 2019 czy 2018. Jeśli już coś opisałem, to jej przyszłość, może niedaleką, ale jednak przyszłość.

Uważasz, że dziś w Polsce są historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego?

Oczywiście, że tak. Mam wręcz wrażenie, że wszystko rozgrywa się w tej chwili na jakichś dwóch platformach, które są wprawdzie ściśle od siebie zależne, ale widoczna jest tylko jedna z nich. Z tej drugiej czasem coś wycieknie, ale wtedy możemy być pewni, że to „wyciek kontrolowany” – ktoś za kulisami rozgrywa właśnie jakąś swoją partię szachów. Usiłuje się na przykład kogoś skompromitować rzeczami, które albo tak naprawdę są błahe, albo, jak się później okazuje, w ogóle ich nie ma. Tyle że potem w świecie post-prawdy nie ma znaczenia, że kogoś, mówiąc gwarą policyjną, wsadziło się na „lewe sanki”. Potem, kiedy ten ktoś z tych sanek zsiada, to prawda na jego temat już nikogo nie interesuje. Ludzie są tak zamotani nieprawdopodobną ilością informacji, że te w najoczywistszy sposób nieprawdziwe przestają być jako takie rozpoznawane. Jeśli jutro rosyjscy hakerzy rozpowszechnią newsa, że jednak Ziemia jest płaska, to spory odsetek ludzi w to uwierzy i długo trzeba będzie to potem znowu odkręcać. W tym kontekście zbieranie o osobach publicznych informacji z ich życia prywatnego jest dla tych, którzy bełtają opinii społecznej w głowach niezwykle użyteczne. O tym między innymi opowiada „Układ”.

Tomasz Sekielski o Twojej powieści napisał: „Rzeczywistość, którą znamy to jedynie fasada. Za nią skrywa się Układ, przestępczy sojusz ludzi władzy, którym wydaje się, że stoją ponad prawem. Igor Brejdygant stworzył powieść niezwykle aktualną i niepokojąco prawdziwą”. Aby złamać czyjąś karierę i zniszczyć jego życie prywatne, wystarczy zaledwie pomówienie. To zatrważająca refleksja. Czy tak postrzegasz władzę w Polsce 2019?

Nie tylko w Polsce i nie tylko władzę. Nie wiem, czy albo do jakiego stopnia żyjemy już w takim świecie, jaki opisuję w książce, ale wydaje mi się, że nawet jeśli jeszcze w nim nie żyjemy, to zaczniemy w nim egzystować szybciej niż nam się wydaje. Mamy do czynienia z nieprawdopodobnym postępem techniki, która z jednej strony nam służy, a z drugiej może być dla nas gwoździem do trumny. Internet, który łyknie każdą ilość nawet najbardziej absurdalnych informacji, urządzenia do inwigilacji, które mogą się znajdować tak naprawdę wszędzie i we wszystkim, nie wyłączając naszego własnego komputera. No i kolizja światów. Z jednej strony czyste zło, które wykorzysta każdą okazję i możliwość, żeby sięgnąć po władzę, a następnie się przy niej utrzymać, z drugiej miękkie podbrzusze świata, który chce być lepszy. Z jednej strony zbieranie kompromitujących materiałów, a z drugiej świat, który przez swoją doprowadzoną często do absurdu polityczną poprawność stworzył nieograniczone pole do tego, by ludzi można było kompromitować właściwie wszystkim.

Poprawność polityczna doprowadza nas do granic absurdu?

W Wielkiej Brytanii z nadmiernej poprawności politycznej śmieją się od dawna. Może akurat zresztą w tej chwili Wielka Brytania nie jest najlepszym przykładem, bo zmanipulowana przez złe siły sama toczy się w bardzo niebezpiecznym i dość idiotycznym kierunku. Czyżby nabijanie się z politycznej poprawności właśnie doprowadziło ją na krawędź katastrofy? (śmiech) Poprawność polityczna tak naprawdę została wymyślona dla ludzi, którzy nie rozumieją zjawisk dziejących się na świecie, światopoglądowo najczęściej są indyferentni, więc mogliby w swym niezrozumieniu popełniać idiotyczne gafy i na przykład krzywdząco wyrażać się o osobach innych od nich. Kiedy wiedzą już, że to nie przystoi, nie robią tego, żeby nie wypaść poza nawias pewnych sfer społecznych. Poprawność to system zakazów i zaleceń. Jak się lubi innych ludzi i rozumie, o co w świecie chodzi, to ten system nie jest tak naprawdę do niczego potrzebny.

W Twojej powieści giną świadkowie, okazuje się, że układ jest znacznie bardziej skomplikowany niż przypuszczamy, a bycie katem nie wyklucza bycia ofiarą. Czy taka jest właśnie prawda o politycznych i finansowych zależnościach? Czy w ogóle jest szansa na wyjście z matni przez którąkolwiek ze stron?

Myślę, że jedna ze stron wcale nie chce wychodzić z żadnej matni, bo matnia jej służy. Co do drugiej – jest w dużym kłopocie, bo ma bardzo i coraz bardziej ograniczone możliwości, aby się bronić. Fejk newsy, hejt, sfingowane oskarżenia, inwigilacja, szukanie haków, post-prawda, a przede wszystkim żądna igrzysk publiczność, która tylko czeka na czyjeś potknięcie, a wszystko po to, żeby okazało się, że ten, który był fajny, jednak ma coś za uszami. Utrzymanie opinii o własnej uczciwości w tych warunkach jest karkołomnym zadaniem, bo samo bycie uczciwym może się okazać zdecydowanie niewystarczające.

A jeśli chodzi o sytuację, w której  kat jednocześnie jest ofiarą, to najlepszym przykładem są odkrywani teraz księża pedofile, którzy jednocześnie byli informatorami Służby Bezpieczeństwa, z czym, jak sądzę wcale niekoniecznie było im po drodze, ale nie mieli wyjścia, bo milicja miała na nich po prostu haka w postaci ich pedofilii właśnie. To był PRL, możliwości techniczne i inwigilacyjne znacznie mniejsze.  Wyobraźmy sobie, na ilu ludzi mogą być haki dziś i ilu w związku z tym jest u kogoś na krótkiej smyczy.

„Rysa” i „Układ” to jednak przede wszystkim historia o kobiecie. W otaczającej nas rzeczywistości kobiety muszą nadal walczyć o swoją pozycję zawodową i społeczną. Z niekoniecznie dobrym skutkiem…

Z różnym zapewne, ale już sam fakt, że wciąż muszą walczyć, jest niepokojący. W mojej książce kobieta walczy, ale nie tylko po to, żeby się odnaleźć, ale też po to, by ten świat uczynić lepszym, czyli nie o siebie walczy jedynie, a o dobro ogólne. Ja w ogóle uważam, że dobrze by było dla świata, szczególnie teraz, gdyby mężczyzn na jakiś czas pozbawić praw wyborczych. Nie byłaby to jakaś szczególna niesprawiedliwość, bo przecież kobiety nie miały ich przez setki lat, a myślę, że przy okazji uniknęlibyśmy różnych dość poważnych kłopotów.

Jesteś jednym z najzdolniejszych scenarzystów i pisarzy swojego pokolenia.  Piszesz powieści, na których kanwie powstają scenariusze interesujących filmów i seriali. „Rysa” i „Układ” to świetny materiał na film lub serial. Piszesz już scenariusze?

Scenariusze piszę bezustannie (śmiech), ale mam nadzieję, że „Rysa” i „Układ” doczekają się ekranizacji, a są już po temu pewne przesłanki. Więcej powiedzieć nie mogę, bo źli i czujni ludzie z układu wykorzystają to potem przeciwko mnie. ( śmiech)

Książkę dedykujesz polskim policjantkom i policjantom. Dlaczego?

Niestety, w idei państwa, które przyświeca obecnie rządzącym, resorty siłowe znów nabierają nie tego znaczenia, do którego powołuje je definicja. Słowem policja i inne służby zamiast działać na rzecz obywatela i państwa zaczynają coraz częściej działać na rzecz rządzących. To jest zła wiadomość, ale dobra jest taka, że ci ludzie wychowali się już w normalnej, liberalnej demokracji, wychowali się w wolności i do wolności, więc część z nich, mam nadzieję, nie ulegnie presji, nie podda się dyktatowi przełożonych, którzy są funkcjonariuszami partii zamiast służby publicznej. Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną, dedykuję tę książkę, a właściwie dedykuję ją wszystkim funkcjonariuszom z cichą prośbą o to, żeby nie ulegli.

Rozmawiamy tuż po wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Polsce, ale nie tylko, właściwie w większości krajów europejskich te wybory wygrała prawica, czasem nawet dość skrajna prawica. Jak to się ma do „Układu”?

Ten układ jest prawicowy. Rzekłbym nawet, że z różnych informacji wyraźnie wynika, że na świecie pod auspicjami głównie Rosji, ale też niestety Netanjahu i jego akolitów – nazwy kraju celowo nie wymieniam, żeby ci, którzy zbierają na wszystkich kwity, nie dostali do ręki choćby takiego świstka na mnie (śmiech) – oraz przy wsparciu bardzo wielu, bardzo nieciekawych ludzi na całym globie od Brazylii po Turcję powstaje rodzaj prawicowo – nacjonalistycznej, a często już wręcz po prostu faszystowskiej międzynarodówki. Układ nie zna moralności, jego jedynym celem jest zdobycie i utrzymanie władzy, przy czym, jak sądzę, nie władza w przypadku tych akurat grup jest najważniejsza, a pieniądze, choć to z grubsza zdaje się to samo. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Martwi mnie tylko bardzo, że owe nacjonalistyczne organizacje mają tak ogromne wsparcie wśród najmłodszych wyborców, bo po pierwsze – młodzi to siła, a po drugie – przyszłość świata. Według bodaj Ericha Fromma ludzkość przemieszcza się wciąż na swoistym wahadle albo może po sinusoidzie od nudy do rozpaczy i z powrotem. Mam niestety wrażenie, że po osiągnięciu górnej granicy nudy i rozleniwienia, wahadło ruszyło w tę drugą stronę. Teraz będzie nabierało prędkości, a układ po prostu najpierw cynicznie to wesprze, a potem niemniej cynicznie na tym skorzysta. Szkoda tylko tych młodych, bo po tamtej stronie krzywej wahadło przeważnie zamiast się zatrzymywać, powoli wytracając siłę, wali w ścianę z ogromną siłą.

Ks. Stanisław Walczak: Katolicy upadli, plemię żmijowe…