Tag Archives: Przemysław Szubartowicz

Marsz faszystowski, a nie Niepodległości

11 List

– To nie są obrazki ze świętowania niepodległości, tylko to są obrazki z wojny – tak o sprawie wyniesienia przez policję Obywateli RP z ronda De Gaulle’a mówiła Eliza Michalik. – To jest przedziwne. Zastanawiam się co myślą politycy. O tę wojnę polsko-polską oskarżam polityków. Jest grupa polityków, którzy szczują Polaków na siebie dla swoich korzyści. Zastanawiam się czy oni mają jakąkolwiek refleksje patrząc na braci, Polaków, gdzie jeden drugiego jest w stanie kopnąć, popchnąć, zrobić mu krzywdę, bo co? Bo zobaczył tęczę? Naprawdę tu chodzi o patriotyzm?

Polska pisowska upadnie, jak przedwojenna. A więc musimy odebrać ojczyznę tym ancymonkom. Takie przesłanie na 11. lisopada

11 List

Więcej >>>

Jednym z haseł przedwojennych narodowców było „umundurowanie dusz”. Czym innym, jak nie umundurowaniem dusz są lekcje wychowania obywatelskiego czy obrona terytorialna? Znów mamy być potęgą i mocarstwem od morza od morza, choć wiadomo, że to są tylko hasła i mrzonki. Znowu manifestacje, krzyki, sztandary, znowu lekcje patriotyzmu dla sześciolatków, dla których wzorcem nie będzie już Korczak. Patrząc na to, co dziś w Polsce dopiero się rozwija, musimy zdawać sobie sprawę, do czego to może prowadzić – mówił przed trzema laty zmarły w tym roku Ryszard Marek Groński, historyk, pisarz, poeta, satyryk, współpracownik legendarnych kabaretów, takich jak Szpak, Wagabunda, Dudek czy Pod Egidą. Przypominamy tamtą rozmowę z nim.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: Życie polityczne przerosło kabaret?

RYSZARD MAREK GROŃSKI: Gdy słyszę to pytanie, natychmiast przypomina mi się inne, zadane przez zapomnianego historyka. Co nam zostało z dwudziestolecia międzywojennego? Nazwisko Piłsudski i światopogląd endecki.

11 listopada słyszałem i jedno, i drugie.
Tak, ale pamiętajmy, że w latach dwudziestolecia, gdy ruchy narodowe były silne, wiedziano, że najlepszą odtrutką na to wszystko jest satyra, dowcip i żart. Wtedy ukazywało się sporo tekstów wyśmiewających ideały narodowe. Dziś nad śmiechem przeważa jednak lęk.

CO NAM ZOSTAŁO Z DWUDZIESTOLECIA MIĘDZYWOJENNEGO? NAZWISKO PIŁSUDSKI I ŚWIATOPOGLĄD ENDECKI.

Jak wyśmiewano narodowców?
Na przykład Tadeusz Hollender, znany wówczas satyryk, później bohater konspiracji w czasie okupacji, napisał piosenkę „Narodowcy”:

Ulicami idą chłopcy
i śpiewają bycze pieśni,
żeby Polskę wszyscy obcy
opuścili jak najwcześniej.
Idą, idą szeregami
i tak piszą na parkanach:
Precz z komuną! Precz z Żydami!
– cała Polska zapisana.
Wali marszu tupot, stukot,
aż tu serce chce wyskoczyć.
Temu szybkę bombką stłuką
tego pięścią między oczy.
Oni polscy bohaterzy,
Politycy, świetni mówcy,
Kwiat młodzieży w ONRze
Piękni chłopcy, dziarscy chłopcy,
Dzielni chłopcy faszystowscy!

To z żydowską walczą hydrą,
Narodowych chłopców szyki.
Jak Żyd zbroi to mu wydrą
podłe ślepia scyzorykiem!
Każdy z nich ojczyzny broni,
toteż patrzeć na nich miło.
Pewnie gdyby dziś nie oni,
już by Polski tej nie było.
Przed komuny wrażą tonią,
Oni dzierżą straż nad Wisłą,
Oni jedno dzisiaj bronią
I rolnictwa i przemysłu!

Oni polscy bohaterzy…

Oni kupców katolików
podtrzymują dzielnie sami.
Oni nawet robotników
bronią przed robotnikami!
Dzięki nim dziś Polska idzie
pełnić misję swą na zachód.
Im bogaci nawet Żydzi
pomagają dziś ze strachu.
Z pomocą boską i niemiecką
oni górą będą wszędzie!
Jak dorośniesz moje dziecko
Narodowcem takim będziesz!

Oni polscy bohaterzy…

Narodowcy! Narodowcy!
Piękni chłopcy! Faszystowscy!

Tak to właśnie wyglądało. Inny znowu satyryk, bardzo lewicowy, Leon Pasternak, pisał o młodych faszystach, którzy mieli “rynsztunek aż po zęby”: “Gdy walić masz, to wal, lecz prosto między oczy, niech kości miażdży stal, aż wróg twój krwią się zbroczy, na resztę, brachu, pluj, na bój, na bój, na bój”…

Czy ta satyra, dziś jednak bardzo zapomniana, była skuteczna?
Myślę, że była skuteczna, ponieważ nie należało do specjalnych honorów i zaszczytów należeć do ugrupowań faszystowskich. Pamiętajmy, że marsze faszystów były wówczas dosyć tłumne, ale marsze przeciwko nim były znacznie bardziej okazałe.

FASZYŚCI WALCZYLI O GETTA ŁAWKOWE, A RÓWNOCZEŚNIE WIELU POLSKICH STUDENTÓW I PROFESORÓW SOLIDARYZOWAŁO SIĘ Z PRZEŚLADOWANYMI ŻYDAMI. NA PRZYKŁAD PROFESOR TADEUSZ KOTARBIŃSKI SIADAŁ Z TYMI, KTÓRYCH GETTO ŁAWKOWE OBEJMOWAŁO.

Ludzie wierzyli w siłę postawy obywatelskiej?
Z pewnością bardzo wielu ludzi było aktywnych pod tym względem. Spójrzmy na to, co działo się na uniwersytetach. Faszyści walczyli o getta ławkowe, a równocześnie wielu polskich studentów i profesorów solidaryzowało się z prześladowanymi Żydami. Na przykład profesor Tadeusz Kotarbiński siadał z tymi, których getto ławkowe obejmowało. Były to ładne przykłady na to, jak naprawdę ludzie myślą i o co im naprawdę chodzi. To było bardzo ważne.

Ale jednak narodowcy byli głośni, mieli swoje media.
Tak, mieli dużo gazet, które zresztą bardzo przypominały te współczesne. Panoszyły się w nich różne straszliwe sformułowania. Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że oni sympatyzowali z Hitlerem i Mussolinim. Nawet powiadano, że ambasada włoska finansowo wspierała ruchy narodowe. Wtedy wyglądało to ostrzej niż dzisiaj. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że na przykład atak na pierwszomajowy pochód Bundu doprowadził do ofiar śmiertelnych, a we Lwowie na uniwersytecie zamordowano trzech studentów. Patrząc na to, co dziś w Polsce dopiero się rozwija, musimy zdawać sobie sprawę, do czego to może prowadzić.

PEWNE HASŁA SĄ WSPÓLNE. PODOBNIE JAK POCZUCIE RÓŻNIC SPOŁECZNYCH. DEMONY NARODOWE SĄ BUDZONE PRZEZ ŚWIADOMOŚĆ MŁODEGO POKOLENIA, ŻE NIE BĘDZIE MU ŁATWO. ŻE LEPSZE POSADY SĄ ROZDZIELONE, NIE JEST LEKKO ZROBIĆ KARIERĘ, PRZEBIĆ SIĘ, ZNALEŹĆ PRACĘ. TO JEST ZACHĘTA TO RADYKALIZACJI I ODRODZENIA RUCHÓW NARODOWYCH.

Ku gorszemu?
Nie można tego wykluczyć. Pamiętajmy, że przed wojną obok ONR-u istniała Falanga, czyli jeszcze bardziej radykalne ugrupowanie Bolesława Piaseckiego. Falangiści doprowadzali do starć, pogromów, mordowania, bicia na ulicy ludzi, którym nie odpowiadały ich poglądy. Nie można zapominać, że mieli poważne wsparcie Kościoła. Przemilczane jest dziś słynne ślubowanie młodzieży narodowej w 1936 roku w Częstochowie. Na szczęście tak się złożyło, że jeden z najwybitniejszych polskich dziennikarzy tamtych, ale i późniejszych czasów, Ksawery Pruszyński, zainteresował się tym. Pojechał do Częstochowy i opisał, jak to wyglądało. W swoim tekście pisał tak:

(…) Mieczyki Chrobrego błyszczą w klapach.

– Niech żyje Obóz Narodowy!
– Niech żyje. Niech żyje.

To jeszcze nie jest entuzjazm tłumów. Jest zresztą piąta rano. To ci z tej młodzieży którzy jedni przybyli tu zorganizowani i karni. Odpowiadają im tylko inni zorganizowani. Oddział kroczących przecina niegęsty tłum krótkim mieczem swego przejścia. Nieco rąk podnosi się po faszystowsku. Kilkanaście kroków dalej znowu to samo. Za tymi co przeszli idzie nowa kolumna mieczyków.

– Niech żyje Obóz Narodowy!

Znowu to samo. I znowu tak samo i to samo:
– Niech żyje. Niech żyje.

Trzy, cztery, pięć razy to samo. Aż naraz z jakiegoś boku wydziera się niezareżyserowany jeszcze, krzykliwy, suchotniczy głos:
– Niech żyje Polska narodowa, precz z Żydami!

Ale teraz masy są już rozgrzane, rozhuśtane. Wznosi się z wielu, ze wszystkich stron, spływające w jedno:
– Preeeecz!!!…

Teraz 11 listopada mieliśmy bardzo podobne hasła, jak choćby “Raz sierpem, raz młotem żydowską hołotę” czy słynne już “A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Ale były i takie, które dotyczyły uchodźców: “Płaczą Niemcy, płacze Francja, oto czym jest tolerancja”. To jest zachęta do tego, by Polska była krajem z zamkniętymi, okratowanymi drzwiami, do którego nikogo się nie wpuszcza, by nikt nie mógł się zasymilować i być owym mitycznym prawdziwym Polakiem.

Ta prawicowa, narodowa, populistyczna radykalizacja wraca cyklicznie. Dziś jednak dotyczy nie tylko Polski. Przyczyny wszędzie są te same?
Pewne hasła są wspólne. Podobnie jak poczucie różnic społecznych. Demony narodowe są budzone przez świadomość młodego pokolenia, że nie będzie mu łatwo. Że lepsze posady są rozdzielone, nie jest lekko zrobić karierę, przebić się, znaleźć pracę. To jest zachęta to radykalizacji i odrodzenia ruchów narodowych. One deklarują, że będzie wspaniale, pozbędziemy się Żydów i komunistów, wtedy będziemy rządzić. A ponieważ świadomość historyczna jest w społeczeństwie dosyć marna, można łapać do takich pułapek młodych ludzi, którzy chcą żyć, zarabiać, mieć mieszkania. Stąd się bierze zwrot w kierunku prawicy, bardzo wyraźny, zaznaczający się już nie tylko w Polsce, ale też w Europie i Stanach Zjednoczonych.

INTELIGENCI NIE SĄ PAŁKARZAMI. INTELIGENT NIE POSŁUGUJE SIĘ ŻYLETKĄ I PAŁKĄ, A TA OSTATNIA BYŁA ULUBIONĄ BRONIĄ PRZEDWOJENNYCH NARODOWCÓW. A DZIŚ JAKO SYMBOL WRACA MIECZYK CHROBREGO, TA RĘKA Z PODNIESIONYM MIECZEM. ON JEST PRZECIW KOMUŚ.

A co z rolą inteligencji? Przecież satyra – a od tego zaczęliśmy – to jej domena. To artyści, ludzie kultury, te znienawidzone elity są od tego, by symbolizować i nazywać sprawy po imieniu. Niedawno w wiadomo.co nasz publicysta Marcin Wojciechowski pisał o lenistwie, pięknoduchostwie, wydelikaceniu inteligencji.
Bo inteligenci nie są pałkarzami. Inteligent nie posługuje się żyletką i pałką, a ta ostatnia była ulubioną bronią przedwojennych narodowców. A dziś jako symbol wraca mieczyk Chrobrego, ta ręka z podniesionym mieczem. On jest przeciw komuś. Inteligencja czuje się w jakimś sensie zagrożona. Dziś trudno być inteligentem o lewicowych czy liberalnych przekonaniach, gdy ma się kontakt z ludźmi, którzy nawrócili się na prawicowość i uważają, że to będzie szczęście i zbawienie dla Polski. A wiadomo, jak te “dobre zmiany” wyglądają.

Ta świadomość i historia nie uczą hardości?
W jakimś stopniu pewnie tak, ale pamiętajmy, że inteligenci zawsze byli ofiarami prawicowych aktów przemocy. Przed wojną stosunkowo często zdarzały się napaści na inteligentów, którzy się przeciwstawiali ruchom narodowym. Nie pamięta się na przykład tego, że znany satyryk Jerzy Paczkowski został pobity na ulicy…

Autor Między innymi “Refleksji patrioty”:

Są dwa poważne powody,
Dla których Polska mi zbrzydła:
Za dużo święconej wody,
Za mało zwykłego mydła.

Tak. I właśnie wtedy, po tym pobiciu, przy protekcji swojego przyjaciela Jana Lechonia, zdecydował się na wyjazd do Francji. Pamiętajmy o głośnym napadzie na Antoniego Słonimskiego za słynny wiersz “Dwie ojczyzny”, gdzie pisał, że ci narodowcy nie bardzo mają pojęcie o prawdziwej ojczyźnie. Przyszedł do kawiarni i został zaatakowany przez faceta, który później okazał się kolaborantem hitlerowskim. Takich wypadków było znacznie więcej, zwłaszcza na terenie uniwersytetów. Inteligenci byli zawsze w stanie zagrożenia. Nie potrafili sięgnąć po tak drastyczne środki i sposoby walki, jak inni. Dlatego być inteligentem nigdy nie było wesoło.

SĄ LUDZIE, KTÓRZY UWAŻAJĄ, ŻE TWÓRCZOŚĆ LITERACKA CZY SATYRYCZNA MOŻE BYĆ FORMĄ PRZYLIZANIA SIĘ WŁADZY. ZAMIAST DZIAŁALNOŚCI KRYTYCZNEJ PREFERUJĄ LIZUSOSTWO, SĄDZĄC, ŻE ZOSTANIE TO HOJNIE WYNAGRODZONE.

A jak pan ocenia przeobrażenia osób, które przy władzy Prawa i Sprawiedliwości kwitną, choć bywało, że wcześniej krytykowali pomysły tej partii? Działacze partyjni, dziennikarze, satyrycy. Zwykły oportunizm?
Są ludzie, którzy uważają, że twórczość literacka czy satyryczna może być formą przylizania się władzy. Zamiast działalności krytycznej preferują lizusostwo, sądząc, że zostanie to hojnie wynagrodzone. Poglądy takich ludzi, jeśli obserwować je na przestrzeni lat, były różne. Kiedyś zachwycali się Wałęsą, a dziś wygrażają mu od Bolków. Pisali peany na jego cześć, a dziś wypisują najgorsze rzeczy, jakie są w ogóle możliwe. Kiedyś bohater, a dziś wróg, skazany na zagładę. Cóż, jak się nie wie, dokąd iść, to każda droga tam prowadzi. Wiele jest takich przykładów.

Jan Pietrzak? Pan był w pewnym okresie jednym z filarów jego Kabaretu pod Egidą, pisał pan skecze, występował na scenie…
Tak, występowałem tam, ale nie chcę na temat Pietrzaka mówić. Pewnych rzeczy nie rozumiem. Nie jestem w stanie ogarnąć tej ewolucji i przemiany. Za dużo na ten temat wiem, za dużo widziałem, zbyt wielu rzeczy byłem świadkiem. Ciężko mi jest zrozumieć, że po tym wszystkim można się tak całkowicie zmienić. Świadczy to o niebywałej elastyczności kręgosłupa.

JEŚLI SIĘ ŚLEDZI PRZEMIANY LUDZKIE, TO WIDZI SIĘ, ŻE TAK BYŁO ZAWSZE. TO JEST SWOISTY PĘD DO TEGO, BY BYĆ NA ŚWIECZNIKU, ALE PONIEWAŻ CIĄGLE TEN ŚWIECZNIK ZAPALA KTOŚ INNY, TRZEBA SIĘ DO TEGO DOSTOSOWYWAĆ.

A może to jest normalne w perspektywie historycznej? Może koniunkturalizm to norma, która dotyczy każdych czasów?
Och, tak! Przed wojną tak było, ale po wojnie tym bardziej. Przecież znalazło się wielu ludzi, którzy nagle zaczęli sympatyzować z komunizmem. To się zaczęło w Lublinie już w czasie wojny, gdzie wielu ludzi przyłączyło się do tego ruchu, zajęło jakieś stanowiska w redakcjach, zaczęło zwalczać tych, których dotychczas popierali. Dobrym przykładem jest Stanisław Mikołajczyk. Jeśli się śledzi przemiany ludzkie, to widzi się, że tak było zawsze. To jest swoisty pęd do tego, by być na świeczniku, ale ponieważ ciągle ten świecznik zapala ktoś inny, trzeba się do tego dostosowywać. Jako mechanizm to mnie nie zaskakuje, ale w przypadku pewnych ludzi, których dobrze znałem, to oczywiście dziwi. Jednak zapewne oni są tak samo zdziwieni, że inni nie przyłączają się do nich.

Może to ułatwia życie?
Cóż, jeśli ktoś ma tak zdecydowane poewolucyjne poglądy, to zapewne łatwiej jest pisać. Wiadomo wówczas, w kogo uderzyć, kogo pochwalić, kogo pogłaskać i kogo uważać za ideał. I nie widzieć własnej śmieszności.

Dziś mamy prorządowych dziennikarzy, byłych pracowników Trybunału Konstytucyjnego, nagle nawróconych urzędników. A czy satyra może być prorządowa?
Oczywiście, choć prorządowość prorządowości nierówna. Nie zawsze oznacza koniunkturalizm. Przed wojną przecież w znacznym procencie satyra była związana z władzą, bo kierowała się przeciwko endekom, Piaseckiemu, narodowcom. Dla satyryków zresztą było to dość wygodne, ponieważ mieli kontakty rządowe, dzięki czemu załatwiali sobie apanaże. Ale jeśli uważali, że jest już bardzo źle, starali się emigrować. Woleli nie ryzykować. Dziś wielu woli jednak zmienić poglądy tak, by było przyjemnie, miło i wygodnie.

NAGLE OKAZAŁO SIĘ, ŻE TAKI KTOŚ JAK KACZYŃSKI STAJE SIĘ WIELKIM BOHATEREM RUCHÓW KONSPIRACYJNYCH, CHOCIAŻ WIEMY, ŻE TO JEST NIEPRAWDA, BO BYŁ POSTACIĄ Z DALSZEGO PLANU I NAWET NIE BYŁ INTERNOWANY.

Gdyby narodowcy doszli do władzy, też znaleźliby się tacy nawróceni?
A czemu nie? Przecież oni chcą dojść do głosu. I robią to hucznie. Lubią manifestacje i zgromadzenia, dzięki czemu zyskują nowych zwolenników, którzy choćby z zaciekawienia biorą w tym udział. Warto wspomnieć słynne spotkanie sympatyków ruchów narodowych Piaseckiego w Cyrku Braci Staniewskich w latach 30. Wielka manifestacja poparcia dla faszyzmu w Polsce. Wprawdzie, jak twierdzą fachowcy, nie udało się zapełnić całej przestrzeni tego cyrku, ale i tak wielu zaciekawionych ludzi przyszło. Dziś też przychodzą na manifestacje, przyjeżdżają z innych miast i nie wiedzą, że to będzie procentowało.

Czy dla pana jest zagadką Jarosław Kaczyński? To on dziś rządzi niepodzielnie, choć przecież pojawiają się doniesienia o przychylności PiS wobec ruchów narodowych.
Zagadką nie jest, choć dziwi mnie, że udało mu się dorobić do swojej biografii tak silną legendę. Człowiek, który nie był w pierwszym szeregu, nie był najważniejszą postacią, nagle wykazał zdolności przywódcze, zgromadził wokół siebie sztab ludzi, którzy w niego wierzą, i przejął z nimi władzę. Nagle okazało się, że taki ktoś staje się wielkim bohaterem ruchów konspiracyjnych, chociaż wiemy, że to jest nieprawda, bo był postacią z dalszego planu i nawet nie był internowany. A gorliwość, z jaką Kaczyńscy służyli Wałęsie, przywołuje anonimowy dwuwiersz z lat 90.: “Nie matura, lecz bliźnięta zrobią z ciebie prezydenta”. Później się od prezydenta odwrócili, uznając, że sami znakomicie nadają się do sprawowania władzy.

SILNA POZYCJA ANTONIEGO MACIEREWICZA, KTÓRY JEST SWOISTYM WYCHOWAWCĄ MŁODZIEŻY PATRIOTYCZNEJ, POKAZUJE, DO CZEGO TO ZMIERZA. CHYBA ŻE OPOZYCJA W PORĘ ZROZUMIE, ŻE NAPRAWDĘ JEST DZIŚ O CO WALCZYĆ. MOŻE NAWET BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ.

Marzenie Jarosława Kaczyńskiego o władzy niepodzielnej, z którego zwierzał się kiedyś Teresie Torańskiej, spełnił się.
Tak. A silna pozycja Antoniego Macierewicza, który jest swoistym wychowawcą młodzieży patriotycznej, pokazuje, do czego to zmierza. Jednym z haseł przedwojennych narodowców było “umundurowanie dusz”. Czym innym, jak nie umundurowaniem dusz są lekcje wychowania obywatelskiego czy obrona terytorialna? Udało się przekonać, że to jest niebywale ważne i potrzebne, bo wróg czai się wszędzie, a zewsząd czyha zagrożenie. I znów mamy być potęgą i mocarstwem od morza od morza, choć wiadomo, że to są tylko hasła i mrzonki.

Czyli: wszystko już było, historia nie jest nauczycielką życia, a wylany przez Tuwima czy Słonimskiego atrament okazał się atramentem sympatycznym…
Wszystko zaczyna się od nowa. Ludzie traktują to niczym wielką, wspaniałą przygodę. Znowu manifestacje, krzyki, sztandary, znowu lekcje patriotyzmu dla sześciolatków, dla których wzorcem nie będzie już Korczak. Znowu agresja i uderzanie pięścią nie tyle w stół, ile w twarz wroga. Tak to będzie wyglądało. Chyba że opozycja w porę zrozumie, że naprawdę jest dziś o co walczyć. Może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Więcej >>>

W niedzielę w Warszawie rozpoczęły się obchody Narodowego Święta Niepodległości połączone z obchodami „miesięcznicy smoleńskiej”.

Wieczorem o godzinie 19.00 w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela została odprawiona msza święta, w której udział wziął prezes PiS Jarosław Kaczyński. Po mszy świętej przeszedł Marsz Pamięci.

Uczestnicy marszu złożyli kwiaty pod pomnikami marszałka Józefa Piłsudskiego, Lecha Kaczyńskiego, Ofiar Katastrofy Smoleńskiej oraz na Grobie Nieznanego Żołnierza.

W czasie swojego wystąpienia na Placu Piłsudskiego prezes PiS powiedział – „Musimy iść drogą, która prowadzi ku Polsce silniejszej i szczęśliwszej”. „To droga, której się przeciwstawiają w Polsce i na zewnątrz. To musi być droga przeprowadzona w sposób roztropny, rozumny, ale jednocześnie z pełną gotowością do czynu” – stwierdził Kaczyński.

W dalszej części rozwinął swoją myśl na temat „Polski silniejszej i szczęśliwszej” kładąc szczególny nacisk na sferę kultury i obyczaju. – „Będziemy realizować polską politykę niepodległościową, będziemy bronić polskiej suwerenności zarówno w sferze politycznej, gospodarczej, jak i w sferze dziś tak ważnej – w sferze kultury i obyczaju” – uważa szef partii rządzącej

„Pierwszy rok drugiego stulecia po odzyskaniu niepodległości” przyniósł „dobre wieści” bowiem, dzięki wyborczemu zwycięstwu PiS – „mogą być kontynuowane przedsięwzięcia dla społeczeństwa oraz wartości, które były drogie wielu pokoleniom Polaków”. Były to jednak jedne z niewielu słów odnoszących się do współczesności, bowiem w dalszej części swojego wystąpienia główny strategii i ideolog „dobrej zmiany” odleciał w swoje ulubione obszary rodem raczej z XIX niż XXI wieku.

„Będziemy dążyć do tego, by Polska wypełniała swoją historyczną misję, bo nasz naród taką misję ma i musi ją wypełnić. Tą misją jest podtrzymanie wszystkiego tego, co jest fundamentem naszej chrześcijańskiej cywilizacji. Powtarzam, będziemy szli tą drogą, i ta droga, jeśli będzie dobrze przemyślana i przeprowadzona w sposób rozumny i z odwagą, doprowadzi nas do zwycięstwa”. Słowa te trafnie skomentował na twitterze jeden z użytkowników pisząc „czy w tej niby cywilizacji mieści się łapówkarstwo, oszukiwanie i niepłacenie za prace kuzynom oraz ponizanie wyborców….” 

Skoro przyzwoitych fachowców rządzącym brakuje, to wraca czas preparowania życiorysów.

Dzięki uprzejmości opozycji afera Banasia nie wywołała politycznego trzęsienia ziemi. Tak jak i poprzednie przejawy pazernej hucpy funkcjonariuszy partii władzy, skwitowano ją zwołaną naprędce konferencją prasową i serią taktownych wypowiedzi, w których zmartwieni politycy koalicji wyrazili swoje niezadowolenie i niesmak. Trudno się dziwić, że słupki popularności prawie nie reagują na liczne przekręty rządzących. A skoro rządzącym nie ubywa, to Kaczyński uznał, że już właściwie nic nie jest w stanie zaszkodzić partii sprawującej kierowniczą rolę w państwie. No i poszedł na całość. Wyciągnął ze schowków i otrzepał z naftaliny niepopularnych towarzyszy partyjnych i ściągnął uwierającą go maskę życzliwego, miłego staruszka o gołębim sercu, z ulgą przywracając naturalny marsowy wyraz twarzy zachwyconego sobą demiurga o świdrujących oczach, rozbieganych w poszukiwaniu nowych wrogów i kolejnych straszliwych zagrożeń.

Kaczyński poszedł na całość, a w ślad za nim ruszyli funkcjonariusze TVPiS oraz pracownicy wydziału propagandy i agitacji KC Partii. Idą na skróty, na rympał, po linii najmniejszego oporu.  Ich prymitywne, grubo ciosane twory propagandowe, budzą tyleż zgrozy, co wesołości. „Przekazy dnia”, nie są już zestawami informacji i argumentów, którymi posługiwać się powinni upoważnieni funkcjonariusze PiS podczas rozmów z mediami. Dzisiaj są to gotowe komentarze do wykucia na pamięć, obrazki wyekstrahowane ze świata równoległego, podane w zdobionych ramkach, gotowe do powieszenia w każdym polskim domu. Takie jak na przykład nowe życiorysy ludzi o bardzo poszkalowanej opinii, przekazywane ciemnemu ludowi do wierzenia. Tylko naiwni mogą przypuszczać, że autorami tych życiorysów są ich właściciele.

Okazuje się, że niejaki Stanisław Piotrowicz prokuratorem w stanie wojennym był tylko dla niepoznaki. W rzeczywistości to agent „Solidarności” – tak tajny że dzisiaj nikt, poza nim samym, nie ma pojęcia o jego bohaterskich czynach wspierających opozycję.  Piotrowicz nigdy nikogo nie skrzywdził, niczego nie podpisał, a nawet gdy się okazało, że jednak podpisał akt oskarżenia (wnoszący, by rozrzucającego ulotki ukarać TRZEMA latami więzienia za „zaśmiecanie ulicy papierem”), to przecież niechcący i w zastępstwie.  To człowiek o „katolickiej wrażliwości”, choć w przeszłości nieznany w swojej parafii, cichcem miłujący bliźniego swego jak siebie samego i prezesa swego. Podczas pracy w Sejmie dał się poznać jako „człowiek wielkiej kultury osobistej” – szczególnie podczas ekspresowych obrad kierowanej przez niego komisji. Należał do partii komunistycznej, a nawet pełnił tam odpowiedzialne funkcje i wykonywał zadania partyjne, ale tylko dlatego, żeby rozwalać PZPR od środka. Co do krzyża zasługi dla komuszej władzy, to odznaczenie jest tylko brązowe i w dodatku komuchy mu go po prostu wcisnęły.  W obecnym życiorysie przeczytać też można, że „jako człowiek wrażliwy zawsze angażował się na rzecz pomocy ludziom biednym, bezdomnym i potrzebującym” – takim choćby, jak proboszcz – pedofil z Tylawy.

Zachwyceni internauci piszą, że podobno to właśnie prokurator Piotrowicz wymyślił za komuny hasło PRECZ Z KOMUNĄ, które w konspiracji napisał kiedyś na drzwiach toalety męskiej w peerelowskiej prokuraturze i próbował poinformować o tym Sejm, ale go totalna opozycja zagłuszyła… Natomiast funkcjonariusze PiS, którzy dysponują jeszcze resztkami wstydu, podkreślają jedynie prawnicze kwalifikacje Piotrowicza. „Świetny prawnik, współautor ustaw reformujących sądownictwo” – tyle że ustaw pełnych błędów, wielokrotnie poprawianych przez samych twórców i kwestionowanych przez wszystkie liczące się gremia prawnicze. Ale gdyby nawet był autorem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ, to czy powinien zostać sędzią TK , od którego wymaga się nieskazitelnego charakteru, politycznego dystansu i nieposzlakowanego życiorysu?

Pewnie nikt nie poinformował o tych wymogach pani docent Pawłowicz, która ochoczo przychyliła się do propozycji, by zajęła miejsce w fotelu u boku mgr Przyłębskiej, również zwanej w TVPiS „profesorem”. Nawet najbardziej życzliwi nie odważą się nazwać charakteru posłanki Pawłowicz nieskazitelnym. Dlatego również w jej oficjalnie głoszonym życiorysie przeważają zachwyty nad prawniczą wiedzą. Ale cóż nam po wiedzy niestosowanej w praktyce? I jaką gwarancję niezależności daje człowiek, który publicznie oświadcza, że lojalność partyjna jest dla niej ważniejsza od lojalności wobec Konstytucji? A jeszcze przypomnieć warto pewne wystąpienie sprzed dokładnie dwóch lat, podczas debaty nad usunięciem I Prezes SN z powodu przekroczenia 65 roku życia. Posłanka Pawłowicz oświadczyła wtedy, że zapoznała się z ekspertyzami i „większość z nich mówiła, że jest to wiek, w którym mamy do czynienia z osobami starszymi. W tym wieku cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne”. W dalszym ciągu wystąpienia posłanka zaznaczyła, że te uwagi jej samej nie dotyczą, bo nie jest sędzią, a na koniec wezwała prezes Gersdorf, by zajęła się uprawą ogródka.  Obecna kandydatka na sędzinę TK , a także drugi kandydat, Stanisław Piotrowicz, dawno przekroczyli „graniczny” wiek i na koniec dziewięcioletniej kadencji będą mieli po 77 lat.

Wyjątkowo zabawne są prostackie zabiegi wokół postaci Andrzeja Dudy i jego antagonisty Antoniego Macierewicza. Kluczowe dla propagandystów prezydenta jest przekonanie narodu, że jest on absolutnie samodzielny i w tym celu wymachują wyliczeniem, że Duda częściej wetował ustawy niż jego poprzednik. Pominąwszy ambicjonalne demonstracje i reżyserowane ustawki – rzekomy buntownik Duda kwestionował ustawy podsuwane mu do podpisu głównie wtedy, gdy przyciskany był do ściany przez protestujących pod sądami Polaków, gdy cywilizowany świat wzywał prezydenta do zatrzymania walca demolującego praworządność. Nie on blokował ustawy, tylko polskie społeczeństwo i Unia wymuszały taktyczny odwrót. Ciemnogrodzką ustawę Ordo Juris wywrócił czarny protest, a nie prezydent. Plan pacyfikacji niezależnych mediów poległ nie z powodu protestu Dudy, tylko presji mediów krajowych i zagranicznych. Jeśli prezydent wetował, to nie bez wiedzy i zgody prezesa – a bywało, że w zamian za kwestionowaną ustawę proponował rozwiązania jeszcze bardziej szkodzące demokracji. Jedyny przypadek, kiedy naprawdę się postawił, miał miejsce wtedy, gdy mówił o ubeckich metodach Macierewicza. Długo z nim wojował o wpływy na obronność kraju i w końcu doprowadził do dymisji ministra. Tym zabawniejszy jest wybór na marszałka seniora człowieka, którego prezydent serdecznie nie znosi. I tym większa jest wtopa propagandystów usiłujących wmówić, że Andrzej Duda jest prezydentem w pełni samodzielnym i niepodlegającym niczyim wpływom.

Identyczne opinie budzi oferowany przez propagandę życiorys prezydenckiego adwersarza, który koncentruje się głównie na dokonaniach z czasów komuny. Pisowscy inżynierowie dusz nie próbują nawet bronić jego smoleńskiej ewangelii, pisanej podobno podczas ucieczki z miejsca katastrofy. Nie zagłębiają się też w szczegóły demolowania polskiego systemu obronnego. Fragment życiorysu po odzyskaniu wolności kwitowany jest wieloprzymiotnikowym zachwytem, pozbawionym wszelkich konkretów. W skrócie: To człowiek wielkiego formatu, bo ma kombatancką przeszłość i jest po naszej stronie.  Czyli z co najmniej równą estymą traktowałoby się Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka czy marszałka Borusewicza, gdyby tylko przeszli na stronę PiS…  Ale przecież pana Macierewicza honorowym marszałkiem mianowano tylko dlatego, by przypodobać się skrajnej prawicy, by zatrzymać rosnących w siłę narodowców, którzy coraz liczniej opuszczają PiS przechodząc na stronę Konfederacji.

W Polsce zawłaszczonej przez PiS nie jest możliwe obsadzenie wysokich stanowisk i funkcji zaufania publicznego ludźmi z doświadczeniem, udokumentowaną wiedzą fachową i równocześnie o wysokich kwalifikacjach etycznych. Takich ludzi już nie ma. Zniknęli z publicznego obiegu – tak jak w odmętach najnowszej historii zaginęli gdzieś żołnierze I Armii WP – Sybiracy przecież, gotowi wyzwalać ojczyznę choćby z pomocą diabła – i tak, jak ginie pamięć o bohaterach AK, wypierana przez koloryzowane opowiastki o wątpliwych czynach „niezłomnych”. A skoro przyzwoitych fachowców rządzącym brakuje, to wraca czas preparowania życiorysów.

Duda, Macierewicz, Jędraszewski, Ziobro – pisowska groteska grozy

8 List

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Kaczyński, Banaś, Pawłowicz – zachwaszczenie Polski

5 List

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas najmu służbowego lokum urzędnik kupuje własne mieszkanie.

Kopińska uważa jednak, że zachowanie Banasia należy rozpatrywać z punktu widzenia etyki. – „Taki urzędnik jak szef Krajowej Administracji Skarbowej czy minister finansów powinien kierować się najwyższymi standardami. Jeśli byśmy chcieli być trochę mniej życzliwi, to można powiedzieć, że skoro była taka możliwość, żeby nie oddawać mieszkania, to korzystałem do końca” – podsumowała zachowanie Banasia w tej sprawie Grażyna Kopińska.

Po wysunięciu przez PiS kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza na sędziów Trybunału Konstytucyjnego Roman Giertych opublikował na Facebooku kolejny list. Tym razem adresatem jest Jarosław Kaczyński.

Jak zwykle Giertych zaczyna kpiąco: – „Słyszałem o Pańskich nominacjach do TK. Brawo, brawo, po trzykroć brawo! Ale Pan załatwił za jednym razem Gowina i Dudę. Niech się teraz gimnastykują symetryści-chuligani, którzy popierali Pana reformy, ale się nie cieszyli, albo nawet je wetowali”.

Adwokat przewiduje, że i wicepremier, i prezydent przy okazji tych kandydatur zostaną przez Kaczyńskiego upokorzeni. – „Gowin, którego 17 posłów jest niezbędnych do wybrania Piotrowicza i Pawłowicz do TK, będzie to musiał zrobić i w ten sposób dokona Pan jego oficjalnego upokorzenia, dzięki któremu publicznie oświadczy, że jest Pana. Że może mu Pan kazać wszystko, a on jak niewolna maszyna zagłosuje na to, co Pan mu każe. Podobnie jest z A. Dudą. W ten sposób podkreśli Pan nad nimi dominację i to, że ci dwaj jedzą Panu z ręki” – napisał Giertych.

– „Tzw. środowiskom patriotycznym przypomni Pan, że o tym, kto jest komunistycznym aparatczykiem w czasach PRL-u nie decydują zapisy kartotek partyjnych, czy akta IPN-u, ale Pan. Jeżeli ktoś nawet wsadzał ludzi za poglądy polityczne i wiernie służył komunistom, to sam kontakt z Panem go oczyszcza i staje się on większym opozycjonistą, niż Wałęsa, Michnik, Hall razem wzięci. Również skończy się to puszenie klasy sędziowskiej. Wyobraża Pan to sobie już pewnie w swej pokrętnej głowie, jak będą się czuli upokorzeni przyzwoici sędziowie, gdy w sądzie konstytucyjnym zasiądzie pani Pawłowicz i podczas rozprawy np. spałaszuje sałatkę ze śledziem. Wszyscy będą się oburzać, a Pan ze śmiechu będzie się zwijać. A PiS ogłosi, że sędziowie się kompromitują, skoro mają takich sędziów w TK. I TVP ogłosi, że kolejny przykład kompromitacji obozu przeciwników PiS. To genialne!” – uważa Giertych.

Na koniec Giertych już zupełnie poważnie napisał: – „PiS uznał, że przegra wybory prezydenckie i TK ma być ich twierdzą. W ciągu najbliższego pół roku spróbują rozprawić się też z sądami, gdyż zakładają, że po wyborach prezydenckich już to nie będzie możliwe. Zapowiada się ciekawa zima”.

Wiceprzewodniczący (do 2017) Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, wybitny specjalista prawa i przenikliwy analityk sytuacji na Węgrzech, który potrafi pokazać, co kryje się za fasadą rządów Viktora Orbana, prof. András Sajó przyjeżdża do Warszawy z wykładem-ostrzeżeniem. Komentują m.in. Bodnar i Łętowska. Już dziś o 19. Temat wolności – wstęp wolny

„Na Węgrzech Viktora Orbana, państwie z dumą określanym przez jego przywódcę jako nieliberalna demokracja, władza zachowuje pozory i z instrumentalnych pobudek nie odrzuca otwarcie ideałów rządów prawa i praw człowieka. Jednak w praktyce, uderza w te zasady, kiedy tylko jest to potrzebne do konsolidacji władzy” – mówi András Sajó, wykładowca Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, Uniwersytetu Nowojorskiego (NYU) i Uniwersytetu Harvarda.

Przyjeżdża do Polski z wykładem ironicznie zatytułowanym „Osobliwe poszanowanie zasady praworządności oraz praw człowieka w demokracjach nieliberalnych” na zaproszenie Rzecznika Praw Obywatelskich i naszego Archiwum Osiatyńskiego. Na to otwarte wydarzenie zapraszamy już dziś 5 listopada o godz. 19:00 do Austriackiego Forum Kultury (Próżna 7/9). Sajó będzie mówił po angielsku, ale zapewniamy tłumaczenie.

Do wystąpienia prof. Sajó odniosą się wybitni prawnicy i obrońcy praworządności w Polsce: dr hab. Adam Bodnar, RPO, prof. Ewa Łętowska, dyrektorka Amnesty International w Polsce Draginja Nadażdin, a także mieszkająca w Warszawie węgierska politolożka Edit Zgut.

Kilka godzin przed wykładem odbierze Odznakę Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka przyznawaną przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Już dziś przedstawiamy kilka tez prof. Sajó o ustroju, jaki tworzy na Węgrzech Orban. Niektóre z nich – sprawdźcie sami – znajdują zastosowanie także do opisu Polski Kaczyńskiego i innych państwach europejskich, które zmierzają w podobnym kierunku „nieliberalnej demokracji”.

Prof. András Sajó o osobliwej węgierskiej demokracji

  1. „Demokracja nieliberalna”, czyli bez rzeczywistego wyboru

Choć samo pojęcie „nieliberalnej” demokracji bywa podważane przez badaczy prawa i polityki, faktem jest, że architekci takich ustrojów, w tym Viktor Orban, chętnie się nim posługują.

W „nieliberalnej demokracji”, ustrój jest formalnie demokratyczny, przeprowadzane są wolne wybory, przynajmniej w początkowych latach funkcjonowania nowego ustroju.

Jednak ze względu na przejmowanie mediów i dominowanie sfery kultury, faktycznie nie obowiązuje pluralizm polityczny. Wolne media istnieją – w szczątkowej formie – ale nie docierają do większości obywateli. Dlatego nie roztacza się prawdziwy wybór.

2. Prawo jest formalnie przestrzegane 

W przeciwieństwie do Polski, władza na Węgrzech operuje w granicach prawa, przynajmniej formalnie. Ważne jest dla niej sprawianie wrażenia przestrzeganie prawa. Przywiązanie do legalizmu pozwala legitymizować władzę, zarówno w oczach znacznej części własnych obywateli, jak i – do pewnego stopnia – w oczach społeczności międzynarodowej.

3. Sędziowie, urzędnicy i instytucje są podporządkowane władzy politycznej

Od fasadowego, formalnego przywiązania do praworządności jest jeden ważny wyjątek: sądy i urzędy zostają podporządkowane władzy. Kadry wymienia się na wielką skalę, sąd i urzędy zapełnia lojalistami lub przynajmniej osobami, które zawdzięczają szybszą czy bardziej spektakularną karierę władzy politycznej.

4. Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy politycznej 

Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy wykonawczej, która w razie potrzeby nagina je, czy raczej – „kreatywnie interpretuje”.

Koronnym przykładem są węgierskie regulacje dotyczące zamówień publicznych, które formalnie pozostają w zgodzie z zasadami prawa unijnego. Jednak pozwalają osobom sympatyzującym z władzą na wygrywanie przetargów. Na Węgrzech nowa elita bogaci się w majestacie prawa; niekoniecznie musi przekupywać czy zastraszać urzędników.

Prawo można też używać do tworzenia nowych monopoli. Przykładem regulacje dotyczące hazardu. Pod pretekstem ochrony moralności i zdrowia publicznego na Węgrzech zdelegalizowano hazard, by po kilku miesiącach go przywrócić, oddając licencje zausznikom.

5. Wasale władzy są równiejsi wobec prawa

Prawo służy do nieco lepszej ochrony interesów nowego establishmentu – tak długo, jak jego członkowie pozostają wierni centralnej władzy. Ta karze wybiórczo. Nie będzie raczej fabrykować dowodów przeciwko niewinnym.

Nielojalnemu właścicielowi mediów nie odbierze licencji – ale też jej nie przedłuży.

Prokuratura nie będzie ścigać zbrodni „białych kołnierzyków”, jeśli przestępstwo gospodarcze zostało popełnione przez wiernego wasala.

6. Zgodność stanowionego prawa z konstytucją jest oceniania pod dyktando polityków

Najważniejsze sądy – takie jak sąd konstytucyjny – w sprawach politycznych orzekają po myśli władzy.

6. Sądy, nawet wypełnione lojalistami, zazwyczaj orzekają zgodnie z literą prawa

Sędziowie sądów powszechnych znajdują się pod polityczną presją, jednak w większości wypadków nadal wydają wyroki zgodne z literą prawa – nawet, jeśli sędziowie zawdzięczającymi karierę władzy politycznej.

Egzekutywa z każdym rokiem zwiększa wpływ na sędziów, dokonując wymiany kadr pod pretekstem reorganizacji sądów i zmian wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku.

7. Masowo prywatyzuje się publiczny majątek 

Władza nie ściga skorumpowanych beneficjentów systemu, który w strukturalny sposób umożliwia okradanie państwa – w tym ze środków unijnych – na olbrzymią skalę.

Obywatelom mydli się oczy formalnym przestrzeganiem prawa, kiedy faktycznie dochodzi do prywatyzacji publicznego majątku.

8. Zależności wobec władzy są kreowane we wszystkich grupach społecznych

Prawo jest instrumentalnie traktowane do legalizowania działań władzy, ale też do kreowania zależności oraz dyscyplinowania społeczeństwa.

Stwarzanie feudalnych systemów zależności nie dotyczy tylko elit, takich jak sędziowie, wysokiego szczebla urzędnicy, przedsiębiorcy, ale też osób najbiedniejszych i najmniej uprzywilejowanych. Romowie, bezrobotni i bezdomni są uzależniani od wspierania lokalnej władzy, na przykład burmistrza, który rozdysponowuje prace w budżetówce w regionach o wysokiej stopie bezrobocia.

9. Rozpala się ksenofobię i tworzy przyzwolenie na przemoc

Wzniecenie nienawiści i akceptowanie przemocy wobec mniejszości i migrantów stwarzają warunki, w których społeczeństwo staje się obojętne wobec naruszeń praw człowieka, co może ułatwić wprowadzenie autokratycznego ustroju w przyszłości.

10. Prawa człowieka są przestrzegane w osobliwy sposób

Na ulicach nie ma czołgów, krytycy władzy nie są skazywani w procesach pokazowych, nie ma morderstw politycznych czy podejrzanych otruć, nie ma też dysydentów – przynajmniej w rozumieniu, jakie to słowo miało w okresie rządów komunistycznych.

Formalnie nie obowiązuje cenzura, ale pracę dziennikarzy i wolność wypowiedzi zwykłych obywateli ograniczają pozwy cywilne o ochronę dóbr osobistych.

Otwarcie nie odrzuca się idei praw człowieka – bo byłaby to rewolucja nie do zaakceptowania przez Unię Europejską – ale przeciwstawia się „węgierską” interpretację tej idei płynącym z „zachodu” trendom: otwartości, tolerancji, poszanowaniu praw mniejszości.

 

Senat w rękach opozycji to nowa jakość polityki

15 Paźdź

Zwycięstwo w Senacie tworzy nową jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu, jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia – mówi Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO, były szef MON. – Przed nami posiedzenie Sejmu w starym składzie – to przedziwna sytuacja. Podejrzewam, że chodzi tu o plan PiS-u związany z jakąś operacją o złych intencjach. Być może będą chcieli ominąć to, że nie mają większości w Senacie i jeszcze w starym składzie coś przeprowadzić, jak wymianę prezesa NIK-u – dodaje. – To jest czas, w którym w pełni powinniśmy wspierać Grzegorza Schetynę jako przewodniczącego. Kto chce kandydować, powinien za jakiś czas te aspiracje zgłosić, natomiast kto dziś podważa przywództwo czy atakuje Grzegorza Schetynę, działa na szkodę opozycji i Koalicji Obywatelskiej. To nie jest moment na rozliczenia i wewnętrzne napięcia – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: PKW podała oficjalne wyniki wyborów. Jak pan je ocenia?

TOMASZ SIEMONIAK: Po raz pierwszy w historii kto inny wygrał wybory do Sejmu, a kto inny do Senatu. PiS przegrał w jednomandatowych okręgach, gdzie wygrali kandydaci wspierani przez tzw. pakt senacki, czyli KO, Lewicę i PSL. Po drugie, zbiorcze poparcie dla kandydatów opozycji jest o prawie 800 tys. głosów wyższe, niż poparcie dla PiS-u. Zatem niezależnie od tego, że PiS wygrał i ma większość w Sejmie, pokazaliśmy, że opozycja w Polsce jest silna i jest gotowa do wypełniania swojej roli.

OCZYWIŚCIE POZOSTAJE PYTANIE, CZY GDYBY UTRZYMAĆ FORMUŁĘ KOALICJI EUROPEJSKIEJ, TO WYNIK NIE BYŁBY LEPSZY, ALE TERAZ NIE MA CO GDYBAĆ, TYLKO TRZEBA ZAPEWNIĆ DOBRĄ WSPÓŁPRACĘ OPOZYCJI.

Tym bardziej, że zwycięstwo w Senacie tworzy nowa jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu. Jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia.

Oczywiście życzylibyśmy sobie zwycięstwa z PiS-em, ale jak powiedział w wieczór wyborczy Grzegorz Schetyna, szanse nie były równe. To nie była uczciwa rywalizacja; zaprzęgnięto media publiczne do ataku na opozycję, głównie na Koalicję Obywatelską, cała machina państwowa też wspierała kandydatów PiS-u, np. spółki państwowe. Sami kandydaci PiS-u za nic mieli wyroki sądowe – minister gospodarki morskiej, lider listy PiS-u nie wykonał prawomocnego wyroku, który zapadł w trybie wyborczym. Zatem nie było mowy o uczciwej rywalizacji. Mimo tego wszystkiego

NASI WYBORCY ZA NAMI STANĘLI, DOCENIAJĄC TEŻ FORMUŁĘ KOALICJI, WIELE NOWYCH TWARZY I OTWARCIE NA NOWE ŚRODOWISKA, NP. NA ZIELONYCH.

Macie już pomysł na to, jak będzie wyglądać praca Senatu? PiS już mówi o poszukiwaniu dialogu.
Zapamiętałem mocno słowa prezesa, że pierwsze 4 lata to było ubijanie ziemi do pojedynku, który nastąpi teraz. Ja nie wierzę w deklaracje współpracy ze strony PiS-u. Wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego w kampanii wyborczej, zwłaszcza w jej ostatniej fazie, o piętnowaniu inaczej myślących, przyznawaniu sobie monopolu na jedynie słuszną rację rokują jak najgorzej; praktyka 4 lat w Sejmie odbierania głosu opozycji, przepychania projektów w ciągu kilku godzin bez dyskusji, ogrodzenia Sejmu, wieszania kotar rokuje jak najgorzej. Nie ma żadnych przesłanek, aby sądzić, że cokolwiek miałoby się zmienić. Oczywiście życzylibyśmy sobie normalnej pracy Sejmu, w którym jest dyskusja, ale trudno uwierzyć, że ci sami ludzie, którzy przez 4 lata niszczyli parlamentaryzm, mieliby do tego wrócić.

NA PEWNO WIĘKSZOŚĆ OPOZYCJI W SENACIE ZMIENI LOGIKĘ DZIAŁANIA PIS-U, TYM BARDZIEJ, ŻE W KWIETNIU CZEKAJĄ NAS WYBORY PREZYDENCKIE. TO WSZYSTKO TWORZY OKAZJĘ DO SPRAWDZENIA PIS-U, CZY RZECZYWIŚCIE ŻYCZY SOBIE WIĘCEJ DIALOGU.

Jest pan pewny wszystkich opozycyjnych senatorów?
Oczywiście tak mała większość – jednego głosu – jest zawsze pewnym ryzykiem, bo istnieje pokusa, zwłaszcza w partii, która bez cienia skrępowania takie metody stosuje, aby próbować przeciągać na swoją stronę któregoś z senatorów. Uważam jednak, że mają oni świadomość odpowiedzialności i tego, jak bardzo wyborcy patrzą im na ręce. To ludzie wybrani w okręgach jednomandatowych, pokonali kandydatów PiS-u w często bardzo ostrej walce. To inny poziom, niż przeciąganie kogoś z gminy w zamian za stanowisko, tylko niesłychanie poważna sprawa, bo los kraju jest w tym momencie w ich rękach. Myślę, że wszyscy czują tę odpowiedzialność na sobie, bo nagle Senat stał się kluczowym miejscem. Nie wiem, czy komuś uśmiecha się los pana Kałuży, który stał się synonimem sprzedania się za stanowisko.

Czyli “wasz Sejm, nasz Senat”?
To nowa sytuacja, choć w wielu demokracjach ma miejsce. W Stanach w Izbie Reprezentantów dominują Demokraci, a w Senacie Republikanie, z tym że tam te izby są sobie równe, u nas jednak Sejm ma większe kompetencje. Na pewno to bardzo wyraźny sygnał dla PiS-u. Te funkcje, które Senat posiada – jak funkcje kontrolne – będzie na pewno wykonywać.

UWAŻAM, ŻE BĘDZIE TEŻ W SENACIE PRAWDZIWA KONTROLA RZĄDU, CZEGO DO TEJ PORY W OGÓLE NIE BYŁO.

Kurz wyborczy opadł, czas na powyborcze stanowiska. Kto zostanie szefem klubu, marszałkiem Senatu i wicemarszałkiem Sejmu?
Na razie na to za wcześnie. Przed nami posiedzenie Sejmu w starym składzie – to przedziwna sytuacja. Podejrzewam, że chodzi tu o plan PiS-u związany z jakąś operacją o złych intencjach. Być może będą chcieli ominąć to, że nie mają większości w Senacie i jeszcze w starym składzie coś przeprowadzić, jak wymianę prezesa NIK-u. W Sejmie na korytarzach mówiło się w poniedziałek o tym. Oczywiście takie działanie nie narusza prawa, ale kompletnie łamie dobre obyczaje. Skupiamy się zatem nie na personaliach w nowym parlamencie, tylko na tym, co będzie się działo we wtorek i w środę. Zgodnie ze zwyczajami PiS-u nie wiadomo, co się pojawi w porządku obrad i jakie projekty PiS będzie chciał we wtorek i w środę przeprowadzić.

Czy opozycja wystawi wspólnego kandydata na prezydent? Rozmawiacie już o tym?
Nie da się uniknąć tego, że w następnych dniach cała uwaga będzie skupiona na parlamencie i wyłonieniu jego władz. Na pewno dojdzie do rozmów na temat wspólnego kandydata i dobrym punktem wyjścia do rozmów na ten temat jest wzajemne zapewnienie się, że

JEŚLI NAWET NIE BĘDZIE WSPÓLNEGO KANDYDATA W PIERWSZEJ TURZE, TO W DRUGIEJ JUŻ TAK. SUKCES PAKTU SENACKIEGO POKAZUJE, ŻE ZJEDNOCZONA DEMOKRATYCZNA OPOZYCJA, JEŚLI DZIAŁA RAZEM, MA DUŻE SZANSE NA ZWYCIĘSTWA.

Stanie pan do wyborów o przywództwo w partii z Grzegorzem Schetyną na początku przyszłego roku?
Za wcześnie, żeby o tym mówić. To jest czas, w którym w pełni powinniśmy wspierać Grzegorza Schetynę jako przewodniczącego. Kto chce kandydować, powinien za jakiś czas te aspiracje zgłosić, natomiast kto dziś podważa przywództwo czy atakuje Grzegorza Schetynę, działa na szkodę opozycji i Koalicji Obywatelskiej. To nie jest moment na rozliczenia i wewnętrzne napięcia. Przyjdzie na to czas i każdy w demokratycznej partii, jaką jest PO, może się zgłosić i rywalizować o fotel przewodniczącego. Nie jesteśmy partią wodzowską.

 

Zwycięstwo w Senacie tworzy nową jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu, jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia.

Xerofas

Zjednoczona Prawica ma najprawdopodobniej bezwzględną większość w Sejmie, ale opozycja odbiła Senat. To najważniejszy polityczny efekt tych wyborów. Oznacza, że dobrze naoliwiony mechanizm sprawowania władzy przez PiS lekko się zatarł. Czy nastąpi także odpływ fali populizmu w Polsce?

Stonowane wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego podczas wieczoru wyborczego świadczyło o tym, że zdaje on sobie sprawę, iż rządzić przez następne cztery lata będzie trudniej. Nie tylko z powodu obietnic socjalnych, nadchodzącego kryzysu i pytania o wewnętrzną jedność ugrupowania z racji dobrych wyników partii Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.

Wbrew nadziejom polityków PiS partia rządząca nie uzyskała w Sejmie większości konstytucyjnej ani większości trzech piątych, która pozwala odrzucać weto prezydenta. Zatem w kolejnych wyborach – wiosną 2020 r. na prezydenta RP – bój ponownie będzie się toczył o wszystko. A przegrana może być dla PiS katastrofą.

8 mln kontra 8,8 mln

Zdobycie Senatu (o ile PiS nie zdoła podkupić któregoś z senatorów opozycji) oznacza…

View original post 2 781 słów więcej

 

Kaczyńskiemu należy się Nagroda Stalinowska, albo Leninowska. Oto laur dla zbawcy narodu

6 Paźdź

W czasie wiecu w Częstochowie Jarosław Kaczyński nawiązał do wypowiedzi znanej i cenionej na całym świecie reżyserki, Agnieszki Holland.

Mamy niebezpieczeństwo, że nie będzie tak, jak mówiła pani Holland, która skądinąd po tym, jak mówiła, to później mówiła, że nie mówiła i nawet później kilkudziesięciu reżyserów napisało do mnie list, w którym napisało, że ona nie mówiła tego, co mówiła i to można było usłyszeć. Pani Holland powiedziała, żeby „było jak było”. Jeżeli oni wygrają wybory, to będzie dużo gorzej niż było. Oni nie ukrywają, że chcą zlikwidować demokrację” – w dość oryginalnym stylu wypowiedział się prezes PiS.

Agnieszka Holland poproszona o komentarz do słów Kaczyńskiego, stwierdziła, że czuje się dowartościowana tym szczególnym zainteresowaniem prezesa.

To jest w pewnym sensie zaszczyt. W końcu to szara eminencja polskiej polityki, bardzo sprawczy człowiek. Ma dużo zajęć na głowie, bo właściwie rządzi całym państwem jednoosobowo. Skoro jeszcze ma czas, żeby zajmować się moją osobą, to znaczy, że to jest ważna osoba dla niego. Czuję się więc dowartościowana” – ironizuje artystka.

Przy okazji wytyka Kaczyńskiemu kłamstwo dotyczące rzekomego listu od reżyserów: „Nie pisaliśmy listu do pana Kaczyńskiego. Nie ma powodu, żeby on był adresatem. Jest zwykłym posłem. Dlaczego miałabym więc do niego pisać? Jeśli zostanie premierem, to wtedy stanie się adresatem różnych listów otwartych od obywateli” – mówi w rozmowie z dziennikarzami WP Holland.

Za tydzień wybory. W najnowszym Newsweeku o wyborze, który stoi przed Polakami.

Do #13października zostało 7 dni a więc #SkasujPiS

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

To pytanie zadał publicznie Włodzimierz Czarzasty podczas konwencji Lewicy w Katowicach. Przypomnijmy więc tę kuriozalną propozycję redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”: „Kolejna granica absurdu przekroczona – Sakiewicz chce Nobla dla… Kaczyńskiego”.

– „Dobre! Myślę panie Sakiewicz, że ta nagroda, którą już dawno dostał (nagroda „JOBLA”) to szczyt jego możliwości!”; – „…10+ środek tarczy… a tak na poważnie do tej nagrody w parze wystawiłbym.. KACZYŃSKI… TRUMP, że też pisiory na to nie wpadły..”; – „Myślę, że najbardziej uwiera go ta Wałęsy” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że 5 października 1983 roku Komitet Noblowski przekazał swoją decyzję. Pokojowa Nagroda Nobla po raz pierwszy powędrowała w ręce Polaka – Lecha Wałęsy, ówczesnego przewodniczącego Solidarności.

Zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, Czarzasty powiedział: – „Polska, panie prezesie, nie powstała 4 lata temu. Nie zmieni pan historii. Nie zakłamie pan historii. Nie umniejszy pan roli polskiej lewicy. Nie da pan rady. Jeżeli pan patrzy w przeszłość, tę przeszłość powojenną, to niech pan PRL-u nie naśladuje tylko w jednej rzeczy. Mianowicie w upartyjnianiu państwa, bo to nie jest dobry pomysł”.

Czarzasty zapowiedział m.in. utworzenie po wyborach Ministerstwa Polityki Senioralnej. – „Będzie ono koordynowało pracę na rzecz starszego pokolenia” – powiedział szef SLD.  Gościem konwencji był Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent mówił o znaczeniu przestrzegania Konstytucji i umacnianiu obecności Polski w Unii Europejskiej.

Niedługo cisza wyborcza, ale nie nad trumnami. Znowu je wyciągną, smoleńskie, starsze, nowsze. Każdy argument jest dobry dla TVP. Od tygodnia wycierają sobie mną tam gębę. W doborowym towarzystwie: Jandy, Stuhrów, jestem zaplutym karłem „elit, które utraciły władzę”. Nie narzekam na swoje władze umysłowe, innych nie mam. W przeciwieństwie do rządzących.

Fot. Źródło: Manuela Gretkowska / Facebook

Kaczyński jest jak granat wrzucony w szambo mentalne nad Wisłą, nie to z Czajki, tylko z zapóźnień cywilizacyjnych. Więc bryzga po wschodniej ścianie Polski.

Izaak Babel poznając na początku XX wieku nasze zacofane Podkarpacie zastanawiał się, czy Słowianie są nawozem historii. Gdy to pisał, nawóz był naturalny, gówniany. Oczywiście, Babel to Żydokomuna i nie nadawałby się na wystawkę w Polinie, które jak obcojęzyczna nazwa wskazuje jest jeszcze niespolonizowanym muzeum o Polsce. Dlatego zarządzać nim powinni heteroseksualnie kochający Polskę Wszechpolacy.

Przypomina się mi dialog z „Zimnej wojny”, pisany pewnie przez Głowackiego. Mało kto miał takie ucho na prlowski bełkot.
 Nie kocha pan Polski – mówi ubek do artysty.
 Kocham – szczerze odpowiada artysta.
 Nie kocha pan.
 Kocham.
– Nie kocha…

Te rozmowy powtórzą się, jeśli PiS wygra. W programie mają pomysł na państwowy statut artysty. Skoro państwowy, to pewnie i narodowo socjalistycznie katolicki. Cóż, ruska komuna, dlatego że obca, była łatwiejsza do zniesienia, od polskiego faszyzmu.

Paranoicy mają dar urealniania swojego zajoba szczegółami. Utopista socjalistyczny Fourier zalecał nowemu społeczeństwu jedzenie arbuzów. Nie pytajcie dlaczego. Zapytajcie Prezesa albo „Call Saul”.

Program PiS-u przewiduje w składzie komisji przyznającej statut artysty 20% ludzi sztuki. Skąd 1/5, a nie liczba Pi? Reszta to chyba biskup, a na pewno urzędnicy. Znając ich kadry – hejterzy, gangusy, burdelarze. Statut na trzy lata, niby renta. Najwidoczniej dla pisowców artysta jest intelektualnie czy jakoś, niesprawny ideologicznie i trzeba go weryfikować. W normalnym świecie artyści należą gdzie chcą; do własnych stowarzyszeń, związków zawodowych, kółek adoracji, albo nigdzie.

W komunizmie skazywano na roboty, „za nie bycie poetą”, na przykład noblistę Brodskiego. U nas minister kultury, oczywiście tradycyjnie pisowski buc, przyzna Jandzie dużą kasę, w supermarkecie. Stuhrów wyślą do kopalni węgla czy soli, bo to blisko Krakowa i żeby nie było gadania o mściwym państwie.

W normalnym świecie nie ma obowiązku hołubić artystów. Ale nie trzeba ich niszczyć. Tylko tępota tępi kulturę.

Na trumnie Polski zamiast sarmackiej gęby zwanej portretem, wystarczy napis: „Idioci idiotom zgotowali ten los„. Na najbliższe lata, wieki, a wieko trumny zamknąć dla dobra klimatu.

Polacy mentalnie przenieśli się do Europy, bo korzyści z życia w Unii Europejskiej sprawiły, że podróż za chlebem do USA straciła sens.

Na półtora tygodnia przed polskimi wyborami parlamentarnymi Donald Trump ogłasza, że Polacy będą mogli latać do USA bez wiz. Niewątpliwie możemy to uznać za życzliwy gest amerykańskiego prezydenta dla ekipy rządzącej w naszym kraju. Ot, taki mały prezencik przedwyborczy. Przecież Trump nie musiał zapowiadać tego właśnie teraz. Gdyby nie chciał się wpisywać w polską kampanię, mógł z tym poczekać parę dni. Nie poczekał.

Jednak zarazem jest to dla Kaczyńskiego nagroda pocieszenia po odwołaniu udziału amerykańskiego prezydenta w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przed 1 września „dobra zmiana” nadmuchiwała balon oczekiwań, szykując się do propagandowego zdyskontowania przyjazdu Trumpa do Polski – a tu nici. Przywódca USA wytłumaczył, że nie może przylecieć, bo musi się spotkać z huraganem Dorian na południu Stanów Zjednoczonych. Po czym grał w golfa.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wcześniej wpływowe ośrodki i liczący się publicyści apelowali do Trumpa, by nie przylatywał do Polski i nie legitymizował swą obecnością w Warszawie polityki PiS, stanie się oczywiste, że odwołanie wrześniowej wizyty było jak cios kijem. Obecna zapowiedź zniesienia wiz to marcheweczka zaserwowana na osłodę i dla ukojenia bólu.

Propagandyści „dobrej zmiany” próbują ją teraz wykorzystać w agitacji przedwyborczej. „Nie dajmy sobie wmówić, że zniesienie wiz do Ameryki było wyłącznie kwestią techniczną” – apeluje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl. „Zniesienie wiz nie jest tylko skutkiem bezosobowych procedur – pisze. – To również rezultat wielu działań politycznych podejmowanych przez władze polskie i środowiska polonijne w Ameryce. Obecna ekipa może z czystym sumieniem przypisywać sobie dużą część zasług i będzie to w pełni uprawnione”.

Oczywiście Kołodziejski fałszuje obraz rzeczywistości, bo za gest polityczny ze strony Trumpa możemy uznać tylko wybór terminu, w którym ogłosił decyzję. Samo zniesienie wiz nie było zasługą władz – ani polskich, ani amerykańskich – a jedynie konsekwencją spadku odsetka odmów udzielanych polskim wnioskodawcom do poziomu poniżej 3 proc. w skali roku. Większość Polski już dawno temu zeszła poniżej tego progu, jednak statystyki pogarszało Podkarpacie, które tradycyjnie jest zagłębiem emigracji do USA. Dopiero teraz cały kraj zszedł poniżej linii krytycznej.

No więc dobrze, w takim razie spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie polskim i nie amerykańskim władzom zawdzięczamy zniesienie wiz, lecz samym sobie, to co sprawiło, że gorzej sytuowani obywatele przestali masowo ubiegać się o wizy USA, by pracować za oceanem na czarno?

By mieć całkowitą pewność, trzeba by przeprowadzić badania i ankiety socjologiczne, ale intuicja podpowiada odpowiedź dość prostą, wręcz narzucającą się: to Unia Europejska. Możliwość legalnej pracy w zamożniejszej części Europy sprawiła, że nielegalna praca w USA przestała być atrakcyjna. Po co wyprawiać się za ocean, ukrywać się przed tamtejszymi służbami imigracyjnymi, pracować w warunkach niemal konspiracyjnych bez opieki medycznej i zabezpieczeń socjalnych, narażać się na ryzyko deportacji i zakaz wjazdu, skoro całkiem legalna praca czeka na nas dosłownie za płotem?

We wsi w południowej Polsce na Żywiecczyźnie, w której mam chałupę, liczni moi sąsiedzi nie tylko zatrudnili się w Niemczech, ale wręcz zarejestrowali tam działalność gospodarczą. Remontują mieszkania, układają glazurę, budują domy. Płacą podatki, nikt ich nie ściga, żyją jedną nogą w Polsce, a jedną w Niemczech, bo przyjazd do kraju choćby na weekend nie jest problemem. Wszyscy się już dawno podorabiali samochodów, a podróż autostradą A4 trwa tylko kilka godzin.

W ten oto sposób Europa zajmuje w życiu Polaków miejsce dawniej zarezerwowane dla Ameryki. Realne korzyści płynące z Unii Europejskiej wypierają ze świadomości obywateli mit Stanów Zjednoczonych. I właśnie z tego powodu zniesienie wiz zapewne nie okaże się w kampanii wyborczej PiS wielkim atutem – wielu Polaków amerykańska wiza po prostu przestała obchodzić.

Pojawił się natomiast nowy problem, którego wielu obywateli do końca sobie jeszcze nie uświadamia: w czasie gdy Polacy mentalnie i praktycznie przenieśli się z USA do Unii Europejskiej, rząd odbył podróż w przeciwnym kierunku. Dzisiejsze władze weszły w role bezkrytycznego i służalczego wasala administracji Donalda Trumpa, a jednocześnie skłócają Polskę z Europą i pogarszają jej pozycję w UE. Kwestią czasu – i to niestety raczej niezbyt długiego – jest to, kiedy negatywne konsekwencje tej polityki odczują przeciętni obywatele.

Więcej Klaudii Jachiry – tutaj >>>

Nocnik Jadwigi Staniszkis, w którym zamieszkał Jarosław Kaczyński

27 Wrz

Komitet Inicjatywy Obywatelskiej chce powołania komisji, która wyjaśni przypadki pedofilii w polskim Kościele. Dziś w Sejmie – na ręce marszałek Witek – złożony został wniosek o zarejestrowanie komitetu. Stworzyli go m.in. Jolanta Banach, Barbara Labuda, Piotr Bauć, Michał Wojciechowicz.

Od dnia zatwierdzenia komitetu przez marszałek Sejmu będzie on miał trzy miesiące na zebranie 100 tys. podpisów pod projektem ustawy o Komisji Prawdy i Zadośćuczynienia ds. wyjaśnienia pedofilii w Kościele katolickim. Jeśli zbiórka się uda, projekt będzie rozpatrywany przez przyszły Sejm.

– „Obywatelski projekt komisji ds. pedofilii różni się od rządowego tym, że odnosi się do problemu ukrywania pedofilii w Kościele – podkreśliła koordynatorka projektu Jolanta Banach. – „Wprowadza mechanizmy i sposoby, dzięki którym Kościół i jego władze będą musiały współpracować z organami państwa, wydawać dokumenty kościelne. Będziemy mogli skutecznie przeciwdziałać ukrywaniu przypadków nadużyć seksualnych przez duchownych. Krótko mówiąc, nie będzie można przenosić księży, dopuszczać księży po wyrokach do pracy z młodzieżą albo z dziećmi. A ci, którzy będą to robić, będą podlegali karze” – dodała.

Ofiara księdza pedofila – w myśl projektu – otrzyma także wsparcie prawne. Nie będzie musiała wydawać własnych pieniędzy na prawników.

Banach skrytykowała powołaną głosami PiS państwową komisję „do spraw wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej lat 15”. – „Znając sojusz ołtarza i tronu możemy się spodziewać, że komisja rządowa nie wyjaśni żadnych przypadków związanych z ukrywaniem nadużyć seksualnych popełnianych przez osoby duchowne” – powiedziała Banach w rp.pl.  

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Ludzie utożsamiają władzę z bezkarnością i nadużyciami i przyzwyczaili się do tej destrukcji w tzw. demokracji, bo to, co się dzieje, trudno dziś nazwać demokracją. Myślę, że społeczeństwo jest znużone, ale też przestraszone, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz więcej zależy od władzy, więc wolą siedzieć cicho – mówi prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Myślę, że możemy mówić o jakiejś formie autorytaryzmu, bo władza Jarosława Kaczyńskiego czy poszczególnych szefów partii koalicji rządzącej jest duża, ale w ramach tego autorytaryzmu jest anarchia – to rozkład prawa, moralności i instytucji. To obraz bardzo pesymistyczny – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy była pani zszokowana tym, co ujawniono o szefie NIK-u?

JADWIGA STANISZKIS: Nie zdziwiło mnie to, bo po tej władzy można się wszystkiego spodziewać. Poza tym mamy negatywną selekcję do władzy, więc takie są też tego efekty.

KAŻDA KADENCJA MIAŁA SWOJE AFERY, ALE W TEJ MÓWIMY PRAWIE WYŁĄCZNIE O AFERACH, NIE MA NICZEGO POZYTYWNEGO. PIS NIE ZDAJE SOBIE SPRAWY, JAKI SKONCENTROWANY, NEGATYWNY WIZERUNEK TWORZY SIĘ WOKÓŁ NIEGO, BO JEST PRZYZWYCZAJONY DO TAKIEGO DZIAŁANIA.

Co do pana Mariana Banasia, to moim zdaniem jest on powiązany ze służbami specjalnym i ma w związku z tym dużo więcej informacji o poszczególnych posłach, także we własnym środowisku, i dlatego może sobie pozwolić na więcej, mówiąc delikatnie.

Co to mówi o naszym państwie?
Wystarczy popatrzeć na to, co jest w telewizji, żeby zorientować się, że w polityce są ciągle te same twarze i te same osoby. W partii rządzącej nie ma już żadnej sensownej wizji modernizacji, inwestycji, tylko funkcjonuje ona od skandalu do skandalu. Tam widać myślenie w kategoriach indywidualnych, własnych karier.

TO OGROMNA DEMORALIZACJA.

Myślę, że możemy mówić o jakiejś formie autorytaryzmu, bo władza Jarosława Kaczyńskiego czy poszczególnych szefów partii koalicji rządzącej jest duża, ale w ramach tego autorytaryzmu jest anarchia – to rozkład prawa, moralności i instytucji. To obraz bardzo pesymistyczny.

Pesymistyczny dla władzy, dla obywateli?
Dla Polski.

Czy sprawa Mariana Banasia obciąża premiera?
Pan Banaś ze względu na swoje powiązania ze służbami ma możliwość wpływania na decyzje innych, być może nawet szantażem, i może w ten sposób dużo osiągnąć. Nie wiem, jakie są jego relacje z premierem, ale widać, że umie dużo uzyskać dla siebie, zatem

PODEJRZEWAM, ŻE MA PEWIEN KAPITAŁ W ZANADRZU I TO GO WYRAŹNIE USTAWIA W POLITYCE.

Czy to znaczy, że naszą polityką rządzą służby?
Może nie całą polityką, ale poszczególnymi karierami tak. Z drugiej strony polityką rządzi demoralizacja.

Jarosław Kaczyński skomentował sprawę Banasia jako atak na tego, który walczył z mafią VAT-owską. To dobra strategia?
To pozytywna dla Banasia interpretacja, że walczył z przestępcami, i to oni stworzyli w telewizji taki obraz, który prowadzi do wniosków, o których mówiłam.

To kolejna afera z udziałem polityków PiS-u. Czy to może zagrozić słupkom poparcia? Na razie partia trzyma się mocno.
Jak widać, poparcie na razie nie zmniejsza się, bo ludzie są przyzwyczajeni, że władza oznacza, i to na różnych poziomach, korupcję, egoizm, nepotyzm. Są przez to bardziej tolerancyjni dla takich nagannych zachowań. Dużo bardziej niż ja.

JEŻELI TO NIE WPŁYNIE NA WYNIKI WYBORÓW, TO BĘDZIE TO WYRAŹNY SYGNAŁ TEGO, CO DZIEJE SIĘ W SPOŁECZEŃSTWIE. Z DRUGIEJ STRONY TEGO TYPU DEMORALIZACJA IDZIE Z GÓRY I TRUDNO SIĘ DZIWIĆ, ŻE OPINIA PUBLICZNA TAK REAGUJE CZY WŁAŚNIE NIE REAGUJE.

Ludzie utożsamiają władzę z bezkarnością i nadużyciami i przyzwyczaili się do tej destrukcji w tzw. demokracji, bo to, co się dzieje, trudno dziś nazwać demokracją. Myślę, że społeczeństwo jest znużone, ale też przestraszone, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz więcej zależy od władzy, więc wolą siedzieć cicho.

Polska nie jest krajem demokratycznym?
Chociażby ze względu na kontrolę nad mediami można mieć tu wątpliwości. O niezależności mediów trudno mówić, a wiemy, że w dużej mierze to media wypływają na wynik wyborów.

Czy opozycja ma szanse zmobilizować tę część, która nie chodzi na wybory?
Opozycja ciągle nie jest tak atrakcyjna jak by mogła być. Powinna zmienić sposób dyskusji przed wyborami. Mówić, jakie są perspektywy rozwoju, jakie czekają nas dylematy, ile pieniędzy wymagają inwestycje i jakie powinny być. Dawać Polakom nadzieję na przyszłość, bo

TO, CO SIĘ DZIEJE W TEJ CHWILI, TO ŻYCIE Z DNIA NA DZIEŃ I TOLEROWANIE DESTRUKCJI.

Czy Małgorzata Kidawa-Błońska jako kandydatka na premiera zamiast Grzegorza Schetyny to dobry pomysł?
Ja znam Grzegorza Schetynę i przyznam, że go lubię, co prawda od wielu lat się nie widzieliśmy. Cenię go także jako polityka. Ma w sobie pokłady i powinien bardziej merytorycznie przedstawiać wizję Polski. Pani Kidawa-Błońska jest sprawnym politykiem, ale wolę Schetynę.

PiS-owi udało się przeforsować odwołanie wiceprezesów NIK-u. Rządzący śpieszyli się z dymisjami przed odejściem Mariana Banasia na urlop. Dymisje poprzedziła burzliwa dyskusja podczas posiedzenia komisji i podwójne głosowanie. Pierwsze, nie po myśli rządzących, zostało bezpardonowo powtórzone. Wieczorem marszałek Sejmu Elżbieta Witek powołała nową wiceprezes NIK-u Małgorzatę Motylow.

Bez Banasia NIK i tak dla PiS-u

Sejmowa komisja ds. kontroli państwowej zaopiniowała odwołanie trojga wiceprezesów Najwyższej Izby Kontroli – powołanych przez poprzedniego prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego: Ewy Polkowskiej, Wojciecha Kutyły oraz Mieczysława Łuczaka. Jej opinia była konieczna, aby dokonać zmian na stanowisku wiceprezesa.

Komisja rekomendowała na nowego wiceprezesem Małgorzatę Motylow. Ostateczną decyzję wieczorem podjęła marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Oznacza to, że w NIK władzę pełnić będzie osoba związane z PiS-em, mimo afery Banasia.

Przymusowy urlop za kontakty z gangsterami

Po doniesieniach medialnych o “kamienicy na godziny” należącej do Mariana Banasia, prowadzonej przez krakowskiego gangstera, szef NIK-u zdecydował udać się na bezpłatny. Oficjalny powód to kontrola jego oświadczenia majątkowego prowadzonego przez CBA, które ma się zakończyć dopiero po wyborach 13 października.

Wynik musi być nasz

Podczas posiedzenia sejmowej komisji, która zajmowała się wnioskiem o odwołanie jednej z wiceprezes, doszło do remisu – 4 członków komisji wniosek poparło, 4 było przeciw.

Przewodniczący komisji, Wojciech Szarama z PiS, zarządził wobec wyniku przerwę, aby na komisję mogli dojechać pozostali członkowie z obozu rządzącego, po czym poddał wniosek powtórnie pod głosowanie.

Co ciekawe, przedstawiciel Biura Analiz Sejmowych nie stwierdził niczego gorszącego w takim procedowaniu. Stwierdził nawet, że posłowie powinni “głosować do skutku”.

– Jestem absolutnie zdumiony, bo wyszło na to, że mamy tutaj do czynienia z konklawe. Jesteśmy kolegium kardynałów, którzy zostaną zamknięci, aż nie wyrażą swojego stanowiska. Dochodzi tutaj niestety do jakiejś przesady czy paranoi – komentował sytuację na komisji poseł opozycji Ryszard Wilczyński z PO-KO.

Wcześniej posłowie opozycji wnioskowali o odroczenie obrad komisji do czasu zakończenia działań CBA wobec Banasia. Wnosili także o odroczenie posiedzenia komisji do czasu przybycia Mariana Banasia i złożenia wyjaśnień.

Mateusz Morawiecki nie ma sobie równych w przejęzyczeniach i w przekręcaniu cytatów. W kategorii przeinaczania faktów też zresztą przoduje, o czym świadczą dwa wyroki sądowe na jego koncie za kłamstwa podczas poprzednich kampanii wyborczych.

W kampanii przed obecnymi wyborami parlamentarnymi Morawiecki bierze oczywiście czynny udział. Tym razem jego wystąpienie poświęcone było polskim jabłkom. – „Dacie wiarę, że apostoł Morawiecki wspomniał o mgle i kasztanach, chwaląc polskie jabłka? Ja nie wiem, co ja uważam” – napisał na Twitterze Stefan Skrupulatny i dołączył film z nagraniem przemowy premiera.

Morawiecki usiłował zacytować popularną niegdyś piosenkę, ale jabłka pomyliły mu się z kasztanami, a zamiast przymiotnika „mdły” pojawiło się „mgły”. W tzw. międzyczasie mówił też o… grawitacji, a na koniec zakrzyknął: „Niech żyją polskie jabłka”…

Przypominamy więc, jak naprawdę brzmi ten fragment piosenki, śpiewanej przez Halinę Kunicką: „Świat nie jest taki zły/ Świat nie jest wcale mdły/ Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Autorką tekstu jest Agnieszka Osiecka.

– „Ten człowiek klepie, co popadnie, co Mu ślina na język przyniesie. Śmiałbym się, gdybym się nie wstydził za Niego”; – „Co oni z tą mgłą w tym PiSie?”; – „Jeszcze powinien dodać pancerną brzozę i już byłby skrót raportu komisji smoleńskiej”; – „Może chciał powiedzieć, że najlepsze polskie jabłka rosną na Placu Pigalle?”; – „Producenci jabłek w Polsce na pewno płakali ze wzruszenia. Sokiem jabłkowym oczywiście” – komentowali internauci.

To matematyka, ze swoim upartym „dwa plus dwa jest cztery”, najbardziej psuła dotąd szyki panu prezesowi i jego ministrom

Wszyscy podejrzewają, że to przez historię, ale tak naprawdę chodzi chyba głównie o matematykę. To – zdaje się – właśnie ze względu na nią Jarosław Gowin ogłosił kilka dni temu przełom kopernikański w podległym sobie ministerstwie. Zostanie ono poddane reformie „porządkującej” zawód naukowca, po której polska nauka, owszem, nadal poszukiwała będzie prawdy oraz nowych rozwiązań technologicznych. Niemniej samowola naukowców zostanie ukrócona, a wolność badań powiązana z odpowiedzialnością. Ponieważ w nowo powstającym KPNP (Katolickim Państwie Narodu Polskiego) prawda prawdą, ale między Bogiem a prawdą, najważniejsza ze wszystkiego jest… racja stanu!

Kto będzie orzekał, „co jest prawdziwe, to prawdziwe, a co się zdaje, to się zdaje”, minister nie był łaskaw wyjaśnić, ale to chyba oczywiste samo przez się, że „Stan” to w tym przypadku drugie, dla niepoznaki wymawiane z angielska imię prezesa Jarosława. I to jego racja będzie tu rozstrzygająca.

Ta reforma rzeczywiście była już pilnie potrzebna, bo o ile w spornych kwestiach historycznych partia aktualnie rządząca ma na usługach IPN i profesora Zybertowicza, to na fachowców od liczenia „dobra zmiana” nie za bardzo może liczyć. Już choćby ze sztuką współczesną idzie łatwiej, bo nikt suwerenowi nie wmówi, że „białe jest białe”, ale w przekonywaniu elektoratu, że 27 to mniej niż 1 nawet minister Sasin wypada mało wiarygodnie. Toteż wbrew wszelkim pozorom to właśnie ona, matematyka, ze swoim upartym „dwa plus dwa jest cztery”, najbardziej psuła dotąd szyki panu prezesowi i jego ministrom.

Wszystkim znane są wysiłki Nowogrodzkiej w przeprowadzaniu dowodu wyższości jednostki nad dwudziestką siódemką. A przecież każdy kolejny dzień kampanii wyborczej ujawnia kolejne pułapki zastawiane na przedstawicieli władzy przez bezduszną arytmetykę.

Jedyna słuszna partia zapowiedziała – na przykład – że w cztery lata zbuduje sto tysięcy mieszkań. A tu suche liczby pokazują, że powstało ich… sto razy mniej. Niespełna tysiąc. No, niestety. Zaś konfrontacja „samochód elektryczny rodzimej produkcji kontra rzeczywistość” wypadła jeszcze gorzej, bo sto tysięcy do zera. Dla rzeczywistości.

A tu trzeba by jeszcze pilnie przekonać publiczność TVP, że 2,6 miliona złotych to mniej, niż 35 tysięcy. Wiadomo, że te miliony, przez zapomnienie pominięte w deklaracji majątkowej szefa NIK, to drobiazg po prostu. Każdy mógł przeoczyć. To znaczy – każdy prominentny aktywista partii rządzącej. A że niejaki Nowak Sławomir miał na karku prokuratora za niewpisany zegarek i się sam do dymisji z powodu tego zegarka podał, to wiadomo – frajer z PO. Kolejny dowód, że się „platfusy” nie nadają do robienia polityki.

Teraz mamy zupełnie inne standardy, ale jakby nie liczyć, taka zapomniana stodoła ministra Szyszki, zapodziane udziały w działce z domem ministra Dworczyka czy właśnie przypadkiem pominięta kamienica szefa NIK warte są jednak trochę więcej, niż ów nieszczęsny zegarek Nowaka, co rodzi wredne insynuacje niejakiego Brejzy i w ogóle – rejwach na opozycji. I to się musi szybko zmienić.

Tym bardziej, że pan prezes powinien jeszcze pilnie dostarczyć dowodu na to, że 36 to mniej, niż 33. I że te 33 to – jak był to łaskaw ująć – „znacząca większość” z setki obietnic wyborczych jego partii z poprzedniej kadencji. Bo nieprzychylni obecnej władzy rewidenci (z Bożej łaski, a jednak nihiliści) policzyli, że ze stu takich zapowiedzi spełnionych zostało 33. Podczas gdy niespełnionych – 36.

No, ale teraz po reformach ministra Gowina, kiedy nadrzędnym kryterium weryfikacji prawd naukowych stanie się „racja stanu”, wszystkie aksjomaty arytmetyki stracą znaczenie. Matematyk zaś, o ile nie zechce podzielić losu niepokornych sędziów i utracić liczydła i zarękawków, będzie musiał skonsultować rozwiązanie działania „2+2” ze swoim rzecznikiem dyscyplinarnym, który zdecyduje o wyniku zgodnym z aktualną racją stanu. Nabór na liczne stanowiska dla takich rzeczników trwa od początku kadencji, a właściwa odpowiedź na pytanie, „ile jest 2 plus 2” brzmi – „a ile ma być?”.