Tag Archives: protest nauczycieli

Polexit. To polityka, którą realizuje Kaczyński i jego przydupasy pokroju Morawieckiego

19 Kwi

Korzystając z zamieszania wokół strajku nauczycieli, Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przeprowadzić decydujący szturm na Sąd Najwyższy tak, by jeszcze przed wyborami parlamentarnymi zapewnić sobie przejęcie tej instytucji i obsadzenie prezesów izb kandydatami, których do Sądu Najwyższego nominowała upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. Wie bowiem, że dotychczasowe działania w tym zakresie nie przyniosły upragnionego władztwa nad tą najwyższą instancją wymiaru sprawiedliwości.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, przypominając że to już ósma nowelizacja ustawy o SN, rządzący planują wprowadzić w tej instytucji zmiany otwarcie sprzeczne z literalnym brzmieniem zapisów Konstytucji, przyznając prezydentowi Andrzejowi Dudzie prawo wyboru I prezesa SN oraz prezesów izb także spośród kandydatów, których Zgromadzenie Ogólne sędziów SN nie wskazało. Według obecnych przepisów kandydatów na te stanowiska wskazują zgromadzenia sędziów, przy wymaganej obecności 2/3, a jeśli to się nie uda – 3/5 liczby uprawnionych sędziów.

Nowe przypisy wprowadzają dwa kolejne stopnie. Jeśli do wskazania kandydatów na I Prezesa bądź prezesów izb SN nie dojdzie w oparciu o istniejącą procedurę – nowelizacja wprowadza możliwość ich wyboru już “bez względu na liczbę obecnych sędziów”. Taki kształt przepisów ma związek z tym, że dotychczasowe zamieszanie wokół obsadzania SN nowymi sędziami napotkało na olbrzymie problemy, także przez toczącą się przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej postępowaniem. Teraz sprawa z pewnością jeszcze się zaostrzy, bowiem to, co planuje PiS w projektowanym czwartym krokiem jest otwartym wejściem władzy wykonawczej w sferę zastrzeżoną przepisami Konstytucji do władzy sądowniczej. 

Przepis ma zakładać, że jeśli prezydent nie otrzyma na czas uchwały zgromadzenia sędziów SN wskazującej kandydatów w pierwszym, drugim lub trzecim kroku – będzie mógł powołać I Prezesa albo prezesa izby SN zupełnie bez opinii sędziów, tak jakby nie istniał art. 183 p. 3 Konstytucji, który wprost stwierdza, że “I Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne sędziów SN”

Opozycja grzmi, że plany rządzących to wprowadzanie w Polsce białoruskich standardów funkcjonowania państwa, a decyzja o kolejnym łamaniu fundamentalnych w UE zasad trójpodziału władzy i niezależności władzy sądowniczej jest niczym innym, jak przygotowywaniem polskiego państwa do opuszczenia struktur wspólnoty.

„Nie ulega wątpliwości, że przepisy naruszają standardy polskiej konstytucji i praworządności zawarte w traktatach unijnych. Jest to kolejny krok do wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej, praktycznego wyprowadzania standardów unijnych z Polski. Nie da się dziś pogodzić standardów unijnych, przepisów traktatowych z porządkiem prawnym, który PiS wprowadza poprzez tego rodzaju zmiany” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Jan Grabiec z PO.

„Już pierwsze analizy tej ustawy pokazują, że co najmniej 3 pomysły naruszają zasady praworządności. Jest to ustawowe umorzenie postępowań, które dotyczą powołań sędziów dokonanych przez obecną, upolitycznioną KRS. Jest to przyznanie prezydentowi Andrzejowi Dudzie szerszych kompetencji dot. wyboru I Prezesa Sądu Najwyższego i prezesów izb. Jest to zwiększenie roli Izby Dyscyplinarnej kontrolowanej przez ludzi Ziobry” – dodawała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO-KO.

„To wygląda trochę tak, jakby otwierały się drzwi do czystki wszystkich sędziów. Jeżeli obecny rząd będzie chciał aresztować niepokornych wobec obecnej władzy sędziów, to nic już nie będzie stało na przeszkodzie. To są białoruskie standardy w unijnym kraju. Wprowadzanie takich białoruskich standardów wyłącznie pogłębi konflikt z Unią Europejską. Na końcu tego chaosu prawnego będzie po prostu polexit – alarmowała Gasiuk-Pihowicz.

Nieprzypadkowo projekt trafił do Sejmu akurat teraz. Lada moment będą święta, później trwać będzie przedwyborcza gorączka, wakacje i znów gorąca kampania wyborcza. A wówczas na masowe protesty pewnie nie ma co liczyć.

„Emocjami jesteśmy z nauczycielami, protest jest słuszny. Jako Koalicja Europejska chcemy podpisać deklarację na rzecz oświaty polskiej. Jeżeli rząd PiS nie spełni oczekiwań środowiska nauczycielskiego, zrobimy to po wyborach w październiku” – powiedział Schetyna. Podczas specjalnej konferencji występując w pełnym gronie koalicjantów: Władysława Kosiniaka Kamysza, Jerzego Wenderlicha, Katarzyny Lubnauer i Marka Kossakowskiego – zaapelował o zakończenie protestu nauczycieli.

„Nie może być tak, że ten słuszny protest nauczycieli będzie trwał przez święta” – powiedział Schetyna, kierując swój apel nie bezpośrednio do nauczycieli, ale do rządu: „W tej trudnej sytuacji, którą spowodowała deforma Anny Zalewskiej, apelujemy do Jarosława Kaczyńskiego, by wezwał premiera, który powinien zdecydować o podwyżkach. Apelujemy do rządu i prezesa Kaczyńskiego o zakończenie tego protestu.”

„Rząd nie dał rady przez dwa tygodnie protestu. Nie jest w stanie złożyć godnej oferty nauczycielom, uczniom. Nie ma żadnej propozycji, bo nie ma dobrej woli w tym względzie. Wczorajsze oferty to kolejna prowokacja. Chcą grać na czas, na przeczekanie, na zmęczenie. Nie da się zrealizować postulatów bez dobrej woli. Ta wola jest po naszej stronie” – dodał Władysław Kosiniak-Kamysz, lider ludowców.

Koalicjanci podpisali specjalną deklarację, w której czytamy, że obiecują nauczycielom podwyżki: 30 procent w trzech ratach (pierwsza od 1 stycznia 2020 roku). Podwyżki wyniosłyby: 725 zł brutto dla nauczyciela stażysty, 746 zł brutto dla nauczyciela kontraktowego, 847 zł brutto dla nauczyciela mianowanego, 995 zł brutto dla nauczyciela dyplomowanego.

W deklaracji poza tym mowa o zwiększeniu autonomii szkół, zmniejszeniu biurokracji i systematycznym wzroście nakładów na edukację.

Protest nauczycieli trwa od 8 kwietnia. Organizatorzy zaczynają myśleć o zawieszeniu protestu. Dziś w rozmowie z „Rzeczpospolitą” szef ZNP Sławomir Broniarz przyznał, że może się to stać na czas matur. Decyzja zostanie podjęta 23 kwietnia.

Kaczyński chce europejskich płac. Proszę bardzo – zacząć od nauczycieli

14 Kwi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie lubią odpowiadać na niewygodne i trudne pytania. Całkowite przejęcie kontroli nad pracami Sejmu i najważniejszych sejmowych komisji przez twardogłowych działaczy tej partii oraz przekształcenie TVP w telewizję, w której to gość dziennikarza, nie niepokojony niezaplanowanymi pytaniami, narzuca temat rozmowy bardzo rozpuściły posłów i ministrów. Na tych drugich jednak ciąży konstytucyjnie umocowany obowiązek odpowiadania na każde pytanie, jakie każdy z 460 posłów na Sejm ma prawo zadać przedstawicielom władzy i w ciągu 21 dni oczekiwać na nie odpowiedzi. I choć z odpowiedziami na interpelacje poselskie bywało różnie w poprzednich latach, to jednak dopiero za rządów Zjednoczonej Prawicy stały się one w zasadzie jedynym skutecznym narzędziem opozycji do kontroli nad rządzącymi. Naruszanie konstytucyjnych obowiązków przez premiera, czy szereg ministrów musi być nagłaśniane, a w przyszłości surowo ukarane.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, w wielu przypadkach dochodzi nie tylko do opieszałości w odpowiadaniu na pytania posłów, ale wręcz do rażącego i uporczywego uchylania się od tego obowiązku. Rekordowy pod tym względem jest resort zdrowia, który z odpowiedzią na interpelację w sprawie nieprawidłowości przy produkcji żywności dla niemowląt zwleka już 726 dni. Niewiele “gorszy” jest w tej kwestii premier Morawiecki, który z odpowiedzią na jedną z interpelacji spóźnia się o ponad półtora roku, czyli 562 dni.

Jak wynika z danych Sejmu, zapytań, na które odpowiedzi wciąż nie zostały udzielone, jest aktualnie 334, z czego blisko 70% (236 interpelacji) dotyczy resortu, gdzie obecnie rządzi minister Łukasz Szumowski (zastąpił Konstantego Radziwiłła na początku 2018 roku). Kolejne miejsca w tym niechlubnym rankingu zajmują wicepremier Piotr Gliński (24 zaległe dokumenty), minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz premier Mateusz Morawiecki (po 22 opóźnione interpelacje) oraz szef MON Mariusz Błaszczak (8 interpelacji). Pozostali ministrowie łącznie zalegają z kolejnymi 22 odpowiedziami na zapytania posłów (głównie opozycji). Kancelaria Premiera oraz naśladujący ją ministrowie, by pozornie zalegalizować swoją zwłokę, wysyłają do marszałka Sejmu prośbę o przedłużenie 21-dniowego okresu na udzielenie odpowiedzi, choć termin wynikający z art. 115 Konstytucji jest jednoznaczny i żadnej prolongaty tego czasu nie przewiduje. Z tej drogi nie korzysta natomiast Zbigniew Ziobro, który niewygodne interpelacje po prostu ignoruje i pozostawia bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Najwyraźniej, mając władzę nad wymiarem sprawiedliwości, czuje się wyjątkowo bezkarny, co pozwala mu na ostentacyjne lekceważenie konstytucyjnych obowiązków.

Taka postawa może być jednak dla czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości, pełniących ministerialne funkcje w rządzie Morawieckiego, zgubna zwłaszcza, gdy prędzej czy później dojdzie do utraty przez Zjednoczoną Prawicę władzy. Za oczywiste i widoczne gołym okiem łamanie przepisów Konstytucji ustawa zasadnicza przewiduje jedną karę – postawienie przed Trybunałem Stanu. O ile w przypadku szeregu podobnych zarzutów o łamanie najważniejszej polskiej ustawy można zasłaniać się różnymi interpretacjami (tak jak np. w przypadku nieopublikowania wyroku TK przez Beatę Szydło), to w kwestii braku odpowiedzi na interpelację w przewidzianym przez Konstytucję terminie sprawa jest oczywista. Za ostentacyjne ograniczanie przez premiera i wielu ministrów możliwości parlamentarnej kontroli władzy wykonawczej kara po prostu się należy. Oby jak najszybciej.

W tak zwanej publicznej telewizji kampania wyborcza w pełnym rozkwicie. Na tapecie oczywiście wrogowie PiSu. Przede wszystkim strajkujący nauczyciele no i artyści, którzy mieli czelność ich poprzeć.

W najnowszym odcinku programu „Alarm” przygotowano prawdziwą sensację. Zarzucono nauczycielom, że nie wystawiają faktur za korepetycje.

Dziennikarz Przemysław Wenerski zapowiadający program napisał na Twitterze: „A może by tak umówić się na prywatne korepetycje ze strajkującymi nauczycielami? W godzinach, gdy trwa protest? Zrobiliśmy to w „Alarm” TVP1. Próby były owocne, kosztowne, ale bez faktur…”

Tę triumfującą zapowiedź programu skomentował na Twitterze Tomasz Lis: „Zamówić korepetycje u protestującego nauczyciela, żeby skompromitować nauczycieli – w TVP odrodził się nurt SB-cki, który – jak błędnie sądzono – dogorywał dokładnie 30 lat temu, w okolicy wyborów z 4 czerwca. Towarzysze od brudnej roboty młodsi, ale też zdolni do wszystkiego”.

Jednak największy cios autorom programu „Alarm” zadał Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fundacji Państwo, który odpowiedział Wenerskiemu: „Rozumiem, że pan dobrze sprawdził, że korepetytor ma obowiązek wystawić fakturę? Bo jak nie to się chyba cały materiał sypnie” – podkreślił.

No i by się sypnął, gdyby nie ostrzeżenia internautów. Trzeba przyznać, że redaktorzy jednak wsłuchali się w głos ludu, bo mimo przygotowanej wcześniej sensacji fakturowej, prowadzący program zdecydował się powiedzieć na końcu jedno istotne zdanie.

Podkreślił, że zgodnie z wprowadzoną przez rząd PiS 30 kwietnia 2018 roku Konstytucją Biznesu , osoba, której przychody nie przekroczą 1000 zł miesięcznie, nie będzie musiała zakładać firmy, no i co oczywiste, wystawiać faktury.

I choć to kapiszon, to nie zmienia faktu, że w stylu z minionych czasów.

Propaganda zagrożonej i rozwścieczonej władzy uderzyła w tony nienawiści znane z najczarniejszych okresów PRL.

W marcu roku 1968 byłem ośmioletnim dzieckiem i nie rozumiałem, co dzieje się w Polsce, pamiętam jednak atmosferę grozy, która towarzyszyła rozmowom moich rodziców i ich znajomych. Dopiero po latach, czytając relacje i historyczne opracowania na temat tamtych wydarzeń, pojąłem ich istotę i byłem w stanie ocenić stopień ześwinienia propagandystów władzy.

Przywołajmy kilka nazwisk: Piotr Goszczyński, Tadeusz Kur, Ryszard Gontarz… Dziś nikomu nic one nie mówią. To pocieszające i optymistyczne. Medialne kanalie, które wówczas budziły powszechną wściekłość i nienawiść (redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław F. Rakowski nazwał tych osobników „gnidami polskiego dziennikarstwa”) są kompletnie zapomniane.

Myślę, że ten los czeka też propagandowych lokajów obecnego reżimu. Nawet jeżeli teraz przy lekturze słów Stanisława Janeckiego, braci Karnowskich, Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Gmyza i wielu innych ogarnia nas złość i obrzydzenie, miejmy świadomość, że za kilka lat o istnieniu tych ludzi nikt już nie będzie pamiętać. Pozostanie tylko wspomnienie specyficznego fetoru unoszącego się nad debatą publiczną w Polsce w mrocznym okresie pisowskiego pełzającego zamachu stanu.

Pisarze do piór, studenci do nauki, nauczyciele do tablicy

Dzisiejsza propaganda dorównuje marcowej z 1968 r. nie tylko pod względem obrzydliwości. Nawet chwyty retoryczne są żywcem zaczerpnięte z ówczesnego rezerwuaru. „Pisarze do piór, studenci do nauki!” – głosiło popularne hasło, wymierzone w inteligencję, która buntowała się przeciw władzy. Dziś miejsce studentów i pisarzy zajmują strajkujący nauczyciele. „Nauczyciele do tablicy” – wzywają więc propagandyści PiS.

„Szkoła jest od nauki. Nauczyciel jest od nauczania i wychowywania” – pisze anonimowy funkcjonariusz portalu braci Karnowskich, atakując nauczyciela, który w czasie lekcji matematyki ośmielił się niepochlebnie wypowiedzieć na temat programów rozdawnictwa, demotywujących ludzi do pracy. W artykule zacytowano komentarz Dariusza Niedzielskiego, wiceszefa oświatowej „Solidarności” w Zielonej Górze, który potępił nauczyciela-warchoła, podkreślając: „Przecież nauczyciel ma podstawę programową do zrealizowania. Mamy płacone za to, żeby uczyć dzieci”.

Dobór komentatora też nawiązuje do PRL-owskiej tradycji, w której związki zawodowe i inne organizacje rzekomo „społeczne” były nadzorcą ludu i pasem transmisyjnym władzy. Dziś w tej roli występuje reżimowy związek zawodowy „Solidarność”, z którego nauczyciele masowo się wypisują.

Epitety, wyzwiska, donosy i haki

By obrzydzić opinii publicznej nauczycielskich działaczy, pisowska propaganda atakuje ich personalnie, szukając wszelkich możliwych haków, wypominając przeszłość, ujawniając stan majątkowy. Wcześniej ofiarą takich zniesławień padali aktywiści KOD, sędziowie, działacze sektora NGO-sów – teraz kolej na nauczycieli.

Gdy w jednej ze szkół strajk uniemożliwił przeprowadzenie egzaminu, TVP natychmiast wzięła na celownik dyrektorkę tej placówki, ani słowem nie wspominając, że starała się zapewnić zastępstwo w komisji egzaminacyjnej, ale nie znalazła chętnych. Zamiast tego widzowie dowiedzieli się o jej stanie majątkowym: „20 tys. zł pensji rocznie, 100 tys. zł odłożone, dom i mieszkanie o wartości 750 tys. zł, mercedes. To przemawia do wyobraźni. W oświacie można zarabiać przyzwoicie. Trzeba też się przyzwoicie zachowywać”. Powiedział to niejaki Miłosz Manasterski, kolejny godny kontynuator chlubnych tradycji marca 1968 (ponoć „pisarz i poeta” – ktoś? coś?).

W normalnych warunkach akcja strajkowa nauczycieli nie wzbudziłaby wielkiej sensacji, bo mieści się w ramach reguł gry demokratycznego państwa prawa i kapitalizmu. Takie wystąpienia i żądania płacowe różnych grup zawodowych to wręcz rutyna. Jedynie w państwie autorytarnym strajki pracownicze traktowane są jako atak na fundamenty ustroju i na dobry rząd, który dwoi się i troi, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Mieliśmy z tym do czynienia w PRL – i dziś odbite echo tamtej rzeczywistości do nas wraca.

Protest nauczycielski Rafał Ziemkiewicz nazywa „rokoszem”, na forach internetowych strajkujący określani są mianem „terrorystów”. „Chuligan polityczny” – tytułuje szefa ZNP Sławomira Broniarza pisolubna komentatorka TVP Elżbieta Królikowska-Avis. „Niestety – jedyne, czego dzieci mogą się dziś nauczyć od wielu nauczycieli, to agresja. Smutne” – faryzejsko martwi się anonimowy komentator bliżej nieznanego serwisu o nazwie „Centrum medialne”.

A to lemingi! Nie dość, że robią zrzutkę, to jeszcze są skąpi

Ludzie wspierający strajkujących są obrażani, obrzucani epitetami. „Wyskakiwać z kasy, lemingi” –szydzi Rafał Ziemkiewicz i sugeruje, że zebrane środki zostaną zdefraudowane.

Równocześnie jednak obrońcy władzy sprawdzają kto, ile dał na fundusz strajkowy, by wypomnieć, że za mało. Lech Wałęsa dał 1000 zł. „Kwota nie powala” – komentuje autor w „Do Rzeczy”.

„A ile PLN przeznaczył na wspomniany fundusz z własnych pieniędzy red. Maziarski z GW?” – dopytuje się na Twitterze komentator podpisany „Jarosław”. Spieszę więc odpowiedzieć: przekazałem nauczycielom 500 zł z 500 plus mojej córki.

Nauczyciele, warchoły, Żydzi

Wyróżnikiem propagandy marcowej 1968 roku był wątek antysemicki, niewystępujący na taką skalę w innych okresach PRL. To właśnie on nadał ówczesnym wydarzeniom tak złowieszczy koloryt. Antysemicki, faszyzujący Marzec 68 był wyjątkowym paroksyzmem agresji, nawet mierząc standardami komunistycznej normalności. I pod tym względem dzisiejsze praktyki dorównują marcowym.

Ówczesna władza chytrze podsycała antysemityzm i odwoływała się do antyżydowskiego resentymentu wielu Polaków, mówiąc o „antysyjonizmie”. Dzisiejsza ma analogiczną metodę – mówi o rzekomym „antypolonizmie”, dając do zrozumienia, że my, Polacy musimy się trzymać razem (ma się rozumieć – pod przywództwem PiS), bo atakują nas Izrael i żydowska diaspora.

Efekt tych zabiegów widać na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami propagandystów prawicy. Oto dwie typowe próbki spod artykułu o ukonstytuowaniu się społecznego komitetu Wspieram Nauczycieli na portalu braci Karnowskich:

Pewnie cały Polski świat artystyczno filmowy, jak by nie było czerwono-żydowski, przystąpi do poparcia tej w jakiejś formie próby obalenia PiS w roku wyborczym. Lobbowaniem za czerwono-żydowskim ustrojem.

TVN i GW to antypolskie żydowskie media, no i Żakowski, Wałęsa tyż z Polską nie mają nic wspólnego.

Wywalić z roboty na zbity pysk

Marcowa propaganda 68 wyróżniała się też skalą wezwań do stosowania represji i przemocy. Medialni funkcjonariusze reżimu namawiali władze do karania wrogów, stawiania przed sądem, a nawet do wypędzania z Polski. To niebywałe, że w trzeciej dekadzie po upadku komunizmu w Polsce takie głosy znów się rozlegają – i to nie tylko na anonimowych forach internetowych, lecz w oficjalnym, pierwszym obiegu publicystycznym.

Odzywają się kolejni – znani z imienia i nazwiska – podżegacze i nienawistnicy, wzywający władzę, by zastosowała represje, postawiła organizatorów strajków przed sądem, dokonała czystki, wrzucając ich z pracy itp. Chyba jako pierwszy powiedział to były naczelny „Faktu” Grzegorz Jankowski, pisząc na Twitterze: Zupełnie niespodziewanie rządowi sama wchodzi w ręce okazja do totalnej reformy systemu szkolnego: od programów po ludzi. Nigdy żaden rząd nie miałby tak wysokiej akceptacji społecznej do takiej zmiany jak teraz”. Rychło odezwali się następni.

„Nauczyciele, którzy namawiają swoich kolegów, żeby w ramach protestu nie klasyfikować uczniów ostatnich klas szkół średnich i uniemożliwić im zdawanie matury, popełniają przestępstwo. Powinien nimi z urzędu zająć się prokurator. Moim zdaniem nauczycieli, którym takie pomysły przychodzą do głowy kuratoria powinny też odsuwać od pełnieni funkcji zawodowych” – napisał na Facebooku przewodniczący kolegium IPN, historyk prof. Wojciech Polak.

„Jeżeli mamy nauczycieli, którzy są gotowych poświęcić dobro uczniów, to znaczy, że nie nadają się do zawodu nauczycielskiego” – to z kolei publicysta Maciej Pawlicki w TVP.

Zacytujmy więc jeszcze jeden głos sprzed pół wieku. Komentując nagonkę propagandową marca 1968, ówczesny redaktor naczelny tygodnika „Polityka” napisał: „Świnią się ludzie, o których nigdy człowiek by nie pomyślał, że potrafią się stoczyć na takie dno. Jestem świadkiem upadku najlepszych tradycji dziennikarstwa polskiego”.

Zmieńmy datę na kwiecień 2019 i nikt nie zauważy, że to opinia sprzed lat.

26 maja Polacy podziękują rządzącym za „Wesołe” Święta”.

PiS: banda ordynarnych i patologicznych kłamców, że aż mdli

23 Mar

„Piszę w pilnej sprawie do ważnej minister. Odpisuje mi, że odpisze, jak usmaży naleśniki i na potwierdzenie wysyła zdjęcie. Na tym polega piękno Polski. Naleśniki (rodzina, macierzyństwo, ojcostwo…) są najważniejsze. Wpis jak najbardziej serio, choć wielu go nie zrozumie” – poinformował na Twitterze Jarosław Gowin. Tylko dla porządku przypominamy, że to wicepremier oraz minister nauki i w rządzie PiS, no, ale grunt to mieć „właściwe” priorytety.

Większość internautów krytykowała wpis Gowina: – „Ku**rwa! Ale żeby i z naleśników zrobić Naleśniki Narodowe?”; – „Ja nigdy nie zakumam jak działa ich ta logika. Nawet żarcie ma orientację”;

„Naleśniki, rodzina, macierzyństwo, ojcostwo? Serio? Naleśniki, Honor, Ojczyzna! Co wy ćpacie?”; – „Nie zrozumiałem od razu się przyznaje. Naleśniki jako przejaw przywiązania do polskości i rodziny??? A dlaczego nie placki ziemniaczane?”.

Zwracali też uwagę na jeszcze jeden aspekt: – „Ależ rozumiemy. Gdyby nawet wybuchła wojna albo gdyby kraj stał się bankrutem, na pierwszym miejscu będą naleśniki jako uosobienie ojcostwa, a potem bieżące wydarzenia”; – „Rodzinie nic nie będzie, jak naleśniki zostaną usmażone 5 minut później. Zresztą smażenie może dokończyć mąż. Jeśli dla minister ważniejsze są jakieś naleśniki, to niech się poda do dymisji – będzie mogła smażyć od rana do wieczora”;

„Przez wasz stosunek do polityki nabrałem cynizmu, więc ja tę sytuacje interpretuje tak: W ważnej sprawie pisze Pan do ważnej osoby, a ona ma w D sprawy PL woli sobie usmażyć naleśnika. Proszę sobie wyobrazić, jakby coś takiego ta kobieta zrobiła w prywatnej firmie… wyleciałaby na zbity pysk, a przecież my tę kobietę zatrudniamy. Zresztą Pana również, więc proszę nie błaznować takimi wpisami”.

Przedstawiciele rządu od wielu dni zajmują się dementowaniem informacji o tym, że minister finansów Teresa Czerwińska podała się do dymisji w związku z tzw. piątką PiS. Premier i rzeczniczka rządu utrzymują, że to fake news. Więcej w artykule „Czerwińska podała się do dymisji. Szef rządu jej nie przyjął”.

Teresa Czerwińska od trzech tygodni nie pojawia się na posiedzeniach rządu. Minister w Kancelarii Premiera Jacek Sasin w Polsat News „tłumaczył”, co się z nią dzieje. – „Jakieś kilka dni temu miałem ostatni raz kontakt z minister finansów. Rozmawiałem telefonicznie. Pani minister, nawet jak jest na L4, to odbiera telefony” – powiedział Suski.

A wcześniej przekonywał, że Czerwińska „ma też różnego rodzaju inne zadania, nie tylko w Polsce, ale i za granicą”. Sama minister finansów nie odniosła się do informacji na swój temat.

Według informatorów „Gazety Wyborczej”, Czerwińska odejdzie z rządu za kilka tygodni, by „zminimalizować niekorzystny dla PiS efekt wizerunkowy”. – „Piątka Kaczyńskiego” nie przyniosła w sondażach oszałamiającego efektu, nie ma huraoptymizmu, a odejście szefowej finansów w proteście przeciwko naszym sztandarowym postulatom byłoby katastrofą” – powiedział jeden z polityków PiS w rozmowie z „GW”.

A pracownik resortu finansów dodał: – „Czerwińska wie, że ma jedno nazwisko, jest ekspertką, nie uprawia polityki. To ekonomistka z krwi i kości, tym się różni od premiera Morawieckiego, który de facto jest historykiem”.

Im bliżej wyborów, tym bardziej PiS chce przekonać Polaków, że wróg nie śpi, wróg czuwa i tylko Zjednoczona Prawica jest w stanie zapewnić narodowi bezpieczeństwo.

Od nadmiaru wrogów już mi się miesza w głowie i popadam w paranoję. Nawet, gdy idę wyrzucić śmieci, patrzę podejrzliwie na mijających mnie ludzi, bo może któryś z nich to właśnie ten wróg, przed którymi ostrzega prezes Kaczyński? I jak tu żyć, gdy w każdej chwili może dopaść mnie ktoś, komu nie podoba się moja polskość i mój mesjanizm narodowy?

Wrogiem jest cała opozycja i ci, którzy nie zasługują na miano prawdziwego Polaka. Od ponad trzech lat, intrygują, spiskują, nastawiają świat przeciwko polskiej demokracji, o którą tak przecież dba partia rządząca. Partie opozycyjne są antypolskie, reprezentują tylko interesy byłych „komuchów”, chcą zniszczyć polski Kościół, polską tożsamość, polską państwowość. Wpędzili kraj w ruinę, nakradli, ile się tylko dało, a teraz tylko czekają, by wrócić do władzy i dokończyć dzieła zniszczenia.

Mają wsparcie opozycji ulicznej, która nie wie, co to prawdziwy patriotyzm. Pęta się ona po ulicach miast i miasteczek, atakuje Kościół za wydumany problem pedofilii, a w głowie ma tylko interes jakiejś „żydokomuny”, „lewactwa” i kasę, od której tak praworządna i sprawiedliwa partia ją odcięła. Miesza w głowach, przeszkadza w utrwalaniu dobrej władzy i „dobrej zmiany”, ale spokojnie. Narodzie – nie bój się, bo dopóki prezes rządzi to taka opozycja nic nie zdziała.

Wrogiem są nauczyciele, którzy planują wielki strajk. No jak tak można? Biedne dzieciaczki, złożone na ołtarzu ofiarnym w imię wygórowanych żądań niedouków, którym się w głowach poprzewracało. A niech się wezmą za reprodukcję, to im kasy przybędzie. A niech sobie wskoczą na zerowy podatek, a nie godziwa pensja im się marzy. Rząd ma ważniejsze wydatki, więc niech nauczyciele nie podskakują. Zawsze można zastąpić ich wierną gwardią, która uważa, że do dobrego nauczania wystarczy wiedza na poziomie podstawowym i internet, a nauczyciel to jakiś, nikomu już niepotrzebny, archaizm.

Do worka z wrogami wrzucone są też osoby niepełnosprawne i ich opiekunowie. No, tym to się dopiero w głowach pomieszało. Państwo tak o nich dba, trzyma ich w domach, by żadna krzywda ich nie spotkała, nie daje na leki, bo po co mają coś przedawkować i gorzej się poczuć, a oni i tak niezadowoleni. W końcu rodzina to priorytet, więc po co jakiś dodatkowy opiekun, by mamusia mogła od czasu do czasu urwać się z domu, po co dodatkowa kasa na jakieś kino czy teatr, po co nauczanie integracyjne w szkole. Osoba niepełnosprawna ma siedzieć w czterech ścianach, jej opiekunowie mają jej towarzyszyć, bo miłość rodzicielska wymaga poświęcenia, bo o taką miłość walczy PiS i nie odpuści. Godność i prawo do normalnego życia? No bez przesady, tak jak jest, jest dobrze. W pierwszej kolejności PiS musi przecież zadbać o zarodki, o zabezpieczenie bytu rodzinom wielodzietnym, bo tego wymaga od nich przyzwoitość, Kościół i wiara, że partia wie najlepiej, ile i komu dać.

Również co niektórzy rolnicy załapują się na miano wroga. Porozrzucali jabłka w stolicy, popalili opony, zablokowali drogi, ależ to paskudy. I o co im chodzi? Wymyślają jakieś problemy, bo jak nazwać ich pretensje, że rynek rolny jest zagrożony ekspansją towarów z zagranicy, że nie mogą już liczyć na godziwe stawki za swoje produkty, coraz mniej jest dopłat, spadają stawki odszkodowań za straty w uprawach, a do tego ten nieszczęsny wirus afrykańskiego pomoru świń i brak wsparcia ze strony rządu na przykład w kwestii bioasekuracji. Dla PiS-u to wszystko jeden wielki pic, bo tak naprawdę chodzi o zamach na władzę, na Polskę. Ci rolnicy to spady poprzedniej epoki, która już powinna być zapomniana, a pisowska kraina nie może sobie pozwolić, by tacy szkodnicy wciąż funkcjonowali, żerując na zdrowym organizmie prezesa i spółki.

Wrogami są lekarze, którzy buntują się coraz bardziej i nie chcą pracować w takich warunkach, jakie im stworzył PiS ani za takie pieniądze. Wrogiem są pielęgniarki, te bezduszne istoty, odchodzące od łóżek i pozostawiające chorych własnemu losowi. Wrogami są samorządowcy, ludzie kultury i sztuki, profesorowie, których prezes Kaczyński nazywa wykształciuchami, bo nie zasługują na miano elity intelektualnej dzisiejszej Polski. Wrogami są osoby o innej orientacji seksualnej, bo to przecież zboczeńcy i pedofile, czyhające na dzieciaczki już od momentu ich poczęcia. To imigranci, odbierający pracę prawdziwym Polakom i tylko marzący o jakimś zamachu terrorystycznym. To ja, bo nie pieję z zachwytu, nie daję się zaszufladkować i przynoszę wstyd swojej uczelni (jak mi powiedział jeden z kolegów, co to odnalazł się w PiS-ie). To również Ty, bo wciąż opierasz się pisowskiej propagandzie chwały i sukcesu.

Wrogowie czają się też poza naszymi granicami. Wredna Rosja, która tylko marzy, by zrobić z nas kolejny już raz, swoją republikę. Ukraina, pozwalająca czcić Banderę i ma swoich narodowców, którzy naszym do pięt nie dorastają i są po prostu źli. Francja, bo śmie nas krytykować, choć to od nas nauczyła się posługiwać nożem i widelcem, Niemcy, bo wiszą nam mnóstwo kasy, Izrael, wciąż wmawiający nam jakieś winy za Holokaust. Litwa, bo nie lubi naszej Polonii, no i Unia Europejska, która nie chce tańczyć tak jak PiS jej zagra. Białoruś, wiadomo, przedłużenie Putina, Czechy nas nie wspierają, Słowacja idzie swoją drogą, Węgry też nie do końca są lojalni. Za chwilę do listy wrogów dołączą Stany Zjednoczone. My tak USA i Trumpa kochamy, a on zapiera się i nie chce nam odpuścić tych nieszczęsnych wiz, każe sobie słono płacić za wojska amerykańskie, stacjonujące w Polsce i zapomina o stworzeniu stałej bazy.

Obłęd narasta. Już sama nie wiem, kto wróg, a kto przyjaciel. Do kogo mogę się uśmiechnąć, a kogo walnąć w łeb. Nawet na swojego kota, który właśnie leży mi na kolanach i mruczy, patrzę lekko wykrzywionym przez to pisowskie gadanie, okiem i zastanawiam się, czy i on znajdzie się na liście wrogów… Ratunku!!!!

Kurwizyjne kłamstwo ma jak zwykle krótkie, kacze nogi. Tyle że 2 mln cepów, które każdego dnia wyjaławia sobie mózgi propagandą TVPis, już ma zakodowane, że jest zajebiście, rząd płaci średnio pińć tysi, a nauczyciele to roszczeniowi wrogowie podłej zmiany i ludowej ojczyzny.

Zalewska za zniszczenie edukacji powinna wylądować w pierdlu

23 Mar

Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko tym, by napisano dobrze egzaminy – przemówiła do nauczycieli minister edukacji narodowej Anna Zalewska. Na odpowiedź ZNP nie trzeba było długo czekać. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz.

Zalewska apeluje do nauczycieli

Minister Anna Zalewska postanowiła porozmawiać w piątek z nauczycielami, ale za pośrednictwem mediów, na zorganizowanej przez siebie konferencji.

– Drogie koleżanki i koledzy. Dla miliona uczniów nadchodzi wyjątkowy czas, najważniejsze egzaminy. Centralna Komisja Egzaminacyjna jest przygotowana do tego. Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko i wyłącznie tym, by napisano dobrze egzaminy – mówiła Zalewska.

Minister edukacji przekonywała, że od trzech lat rozmawia z nauczycielami, a w 2017 roku była to jedyna grupa, która otrzymała waloryzację.

– Zapowiedzieliśmy podwyżki. Konsekwentnie realizujemy obietnice, przyspieszyliśmy – chwaliła się minister.

ZNP: Będziemy przy uczniach, nawet jak pani już skończy

Słowa minister Anny Zalewskiej zirytowały nauczycieli. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz, prezes ZNP. – Tego rodzaju postawa minister jedynie irytuje środowisko i pokazuje arogancję i lekceważenie resortu – dodaje szef ZNP.

Sławomir Broniarz podkreślił, że termin strajku został przedstawiony 4 marca, co dawało rządzącym czas na rozmowy i szukanie porozumienia z nauczycielami.- Do tej pory nie było żadnych propozycji ministerstwa. Nie spełniono naszych postulatów, a już z pewnością tych wokół przedmiotu napięcia – mówił Broniarz.

Szef ZNP dodał też, że w poniedziałek oczekuje od minister edukacji przedstawienia rozwiązań.

Opozycja: Minister ucieka od odpowiedzialności

– Minister na piątkowej konferencji nie zaproponowała żadnego rozwiązania. Powtarza te same argumenty jak zdarta płyta, nie odpowiada na pytania dziennikarzy. Nie ma odwagi zderzyć się z rzeczywistością, która jest w polskich szkołach – komentowała słowa szefowej MEN Krystyna Szumilas z PO.

Od 5 marca trwa w szkołach referendum strajkowe w ramach prowadzonego przez ZNP sporu zbiorowego. ZNP w referendum pyta nauczycieli: „Czy wobec niespełnienia żądania dotyczącego podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli, wychowawców, innych pracowników pedagogicznych i pracowników niebędących nauczycielami o 1000 zł z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 r. jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku począwszy od 8 kwietnia br.?”. Referendum potrwa do 25 marca.

Jeżeli  nauczyciele opowiedzą się za strajkiem, ten rozpocznie się 8 kwietnia, czyli na 2 dni przed egzaminami.

– Minister Zalewska sama narobiła chaosu w szkole, skrzywdziła uczniów, a teraz winę za chaos chce zrzucić na nauczycieli – dodaje była szefowa resortu edukacji.

Kaczyński, Kościół katolicki i PiS – zgnilizna rozkładająca Polskę

23 Gru

Najważniejsze zadanie polityczne demokratycznej opozycji w nadchodzącym roku to jej wygrana w wyborach.

Najpierw europejskich, a później w parlamentarnych. W europejskich szansa jest coraz większa, w parlamentarnych sukcesem będzie już zabranie „zjednoczonej prawicy” samodzielnej większości. To powinno być celem minimum bloku demokratycznego.

Prezydent Duda mówił w kontrolowanej politycznie przez PiS Trójce, że nic mu nie wiadomo, aby Nowogrodzka szykowała się na przyspieszone wybory parlamentarne. To samo mówią prezes i jego akolici. Tylko że zwykle jest z nimi tak, że jak mówią „białe”, to wychodzi „czarne”.

Jeśli mówią, że nie chcą polexitu, to chcą, tylko na razie czują się za słabi. Jeśli mówią, że żadnych ustępstw w sprawie takiej jak nowelizacja ustawy o IPN czy deforma sądownictwa nie będzie, to znaczy, że nastąpią.

Tak samo z wyborami. Jeśli wszyscy w PiS oficjalnie zaprzeczają, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Że „zjednoczona prawica” – przestraszona wyborami miejskimi, serią afer korupcyjnych z udziałem swych notabli i protestami pracowniczymi przeciwko podwyżkom cen i za podwyżkami wynagrodzeń – rozważa ucieczkę do przodu, póki w sondażach jeszcze nie spada dramatycznie.

Opozycja demokratyczna powinna szykować się na ten scenariusz. Nawet jeśli spietrana zjednoczona prawica pomysłu nie zrealizuje, opozycja może tylko zyskać na zwarciu szeregów, na zabraniu się do tworzenia wspólnych list wyborczych np. w wersji proponowanej przez senatora Marka Borowskiego. Każde ugrupowanie zachowuje swoją tożsamość polityczną, a zarazem startuje ze wspólnej listy. Stawka jest naprawdę wysoka: demokracja albo dyktat jednej partii.

Liderzy opozycji demokratycznej – bo jest też antypisowska opozycja nacjonalistyczna, skrajnie prawicowa, pod protektoratem o. Rydzyka oraz przymiarki do stworzenia partii Biedronia – nie mogą zmarnować szansy, jeśli chcą zmiany „dobrej zmiany” na lepszą. Czyli z z nacjonalistyczno-katolicko-populistycznej na europejsko-demokratyczno-obywatelską.

Warunkiem jest jak najszersza współpraca ponad różnicami i ambicjami. Tego boi się Kaczyński, który zrobi wszystko, by blok demokratyczny rozbić. Ma do dyspozycji propagandę i służby.

Prezes będzie rozgrywał mniejsze grupy opozycyjne przeciwko Koalicji Obywatelskiej. A różnego rodzaju polityczni fantaści będą snuli swoje sny o potędze, działając świadomie lub nieświadomie w interesie Kaczyńskiego, gdyż rozproszenie głosów oddanych na opozycję służy PiS-owi.

Co dalej? Może warto zanalizować obecne protesty na Węgrzech, gdzie arogancja i pycha Orbána połączyły przeciwko niemu niemal wszystkie ugrupowania opozycyjne. To może być zapowiedź innego „Budapesztu w Warszawie”.

Miało być pięknie. Jak na warunki polskie. Albo przynajmniej – bliżej europejskiego standardu. Środowiskowe domy pomocy nowego typu dla dorosłych. To te przypadki, które – choć chodzi o kochanych ludzi – zmieniają życie opiekunów w piekło. Całodobową opiekę nad osobą z ciężkim typem autyzmu, ze sprzężonymi niepełnosprawnościami, skutkującymi np. silną i niekontrolowaną agresją, można porównać do wyprawy na wojnę, na pierwszą linię strzału.

Uwaga jest cały czas napięta, czujność – na sto procent, ciało eksploatowane do granic. Żadna wojna nie trwa w nieskończoność. A życie opiekuna – właśnie tak. Nic nie jest tak potrzebne opiekunom jak podzielenie z kimś tej odpowiedzialności. I jakaś wyręka w codziennej, nieustannej harówce.

Ustawa „Za życiem” miała dawać nadzieję

Wydawało się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze. Po trwających rok przygotowaniach, konsultacjach, rozmowach, zebraniu 12 tys. podpisów zainteresowanych osób – opiekunowie byli przekonani, że mają poparcie państwa. Przynajmniej takie były obietnice, zapisane zresztą w programie szumnie nazwanym „Za życiem”. Powstał nawet stosowny projekt ustawy.

Ustawa Za życiem – czy przeciwko?

Fakty dokonały się po cichutku, bez rozgłosu, bez zawiadamiania zainteresowanych. 18 grudnia rodzice odnaleźli na stronach ministerstwa rodziny link, a pod nim zmieniony projekt ustawy, z którego domy pomocy zniknęły. Nawet trudno powiedzieć, że chodzi o pieniądze. Środowisko opiekunów wypracowało model, jak przeprowadzić program właściwe bezkosztowo.

Mówi się, że chodzi o naciski Ministerstwa Finansów w sprawie… dofinansowywanych posiłków. W każdym razie resort negatywnie ocenił ten zapis, uznając, że „nie widzi sensu wydatkowania tych pieniędzy”. Bo i właściwie po co. Matki Polki sobie poradzą. Z uśmiechem, jak to na wojnie.

Po kraju rozlewa się fala strajków, których jednak nie można nazwać strajkami. Formalnie nimi nie są, choć każdy wie, o co chodzi. Niezadowolone z niskich płac grupy społeczne zamiast ogłaszać strajk, udają się masowo na zwolnienia lekarskie. Skutek ten sam albo lepszy, bo władza ustępuje. Tyle że przy okazji psuje się i tak słabe państwo.

Zanosi się na gorącą jesień protestów

Przemęczone pielęgniarki i „psia” grypa policjantów

Z L4 jako formy masowego protestu pierwsze skorzystały pielęgniarki. Odejście od łóżek pacjentów byłoby nieetyczne, ale udanie się „na chorobę” jest po prostu koniecznością. Panie są przepracowane, od dźwigania chorych mają nadwerężone kręgosłupy, właściwie każda w każdej chwili mogłaby się udać na zwolnienie – tłumaczyły działaczki związkowe. Wtedy jeszcze wielu z nas było po ich stronie. L4 były gestem rozpaczy, rząd uporczywie ignorował protesty.

„Psia grypa” policjantów już się z takim aplauzem społecznym nie spotkała. Była dowodem siły, a nie słabości tej grupy zawodowej. Policjantom nie wolno strajkować, więc masowo udali się na L4. Wybrali świetnie moment – władza wystraszyła się, że w setną rocznicę odzyskania niepodległości nie będzie miał kto ochraniać marszu, może dojść do tragedii. Skwapliwie zgodziła się nie tylko na podwyżki, ale także na oddanie przywilejów, również emerytalnych, które cofnęli policjantom poprzednicy. Nikt nawet nie próbował sprawdzić celowości wydanych zwolnień.

Rząd mięknie wobec masowych L4

Stało się coś jeszcze ważniejszego – rząd pokazał, że masowe L4 to najlepsza forma walki „o swoje”, o wiele skuteczniejsza niż protesty przewidziane prawem. Można powiedzieć – droga na skróty. I ludzie ten sygnał odebrali. Na L4 udali się pracownicy sądów, prokuratur, nauczyciele. Zawahali się weterynarze, być może kierowani poczuciem odpowiedzialności – więc ich protest nie przyniósł nic, im władza nie ustąpiła. A zastępca głównego lekarza weterynarii został nawet zdymisjonowany. Na drugi raz wyciągną z tego nauczkę.

Dlaczego lekarze masowo wydają lewe zwolnienia?

Wypada jednak zadać kilka pytań. Jak to się dzieje, że to właśnie Polacy wymyślili tak skuteczną formę protestu, a na pomysł ten nie wpadli inni? Niemcy, Czesi, a nawet Francuzi, którzy wymyślili tylko żółte kamizelki? Wygląda na to, że tylko u nas jest ta ogromna łatwość otrzymania zwolnienia, że właściwie każdy z nas może je dostać w każdej chwili i dziwne, że z tego nie korzysta. Jakbyśmy byli najbardziej schorowanym społeczeństwem na świecie. Lekarze wydają te lewe zwolnienia, nie zdając sobie sprawy, że każde L4 to weksel, za którym idą nasze publiczne pieniądze. Ogromne pieniądze. Zwolnienia przecież są płatne, dla policjantów znów w 100 proc., dla reszty w 80. Jeśli będziemy nadal z nich tak masowo korzystać, trzeba będzie podnieść i tak wysokie składki na ZUS.

Belfer Blog: W ramach strajku chorujemy

Do psucia państwa zachęca sam rząd

Rząd, który uparcie odmawia dialogu z protestującymi w sposób przewidziany prawem, mięknie przy masowych zwolnieniach, a więc sam do nich zachęca. Zachęca do psucia państwa i nic z tym nie robi. Lekarzy kontroluje się, ile i jakie refundowane recepty wypisali, czy aby nie pomylili się w stopniu refundacji. Za pomyłki są surowo karani, także finansowo. Ale za wypisywanie lewych zwolnień dla zdrowych ludzi żaden ukarany nie został. Mimo że wszyscy wiedzą, że zwolnienia są lewe. Uczniowie, którzy nie mają lekcji, gdyż ich nauczyciele udali się masowo „na chorobę” – też. Jaki wniosek wyciągną młodzi obywatele z tej lekcji, którą na pewno zapamiętają?

ZNP popiera protest nauczycieli

Patriotyzm? Np. uczciwy stosunek wobec własnego państwa

Zarówno rząd, jak i wielu z nas, ma usta pełne patriotyzmu. Premier publicznie wskazuje tych, którzy Polskę kochają bardziej, i gani tych, którzy mniej, to ten gorszy sort Polaków. Idą święta, warto byłoby się zastanowić, czym naprawdę jest patriotyzm? Czy pustą deklaracją gotowości przelania krwi za ojczyznę, czy raczej uczciwym stosunkiem do własnego państwa? Nasze państwo jest słabe, a lewe zwolnienia osłabiają je jeszcze bardziej. I są dowodem na to, że go nie szanujemy.

Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą forma polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy – mówi prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Mówi nie tylko o polityce. Też o adwencie i zbliżających się świętach Bożego Narodzenia.

JUSTYNA KOĆ: Kończy się adwent, lada dzień święta Bożego Narodzenia. Ile z tej zadumy podczas oczekiwania na narodziny Chrystusa jeszcze zostało?

PROF. STANISŁAW OBIREK:  Zależy w czyim domu i gdzie. Gdzieś na wsiach, w małych miasteczkach mamy do czynienia nawet z renesansem praktyk, które ja pamiętam z dzieciństwa. Mam na myśli roraty, w zewnętrznej formie bardzo atrakcyjne, szczególnie dla dzieci. Roraty obrosły szczególną symboliką światła, bo msza odbywa się przed wschodem słońca, gdy jest ciemno, wiec lampiony w ciemnych kościołach rzeczywiście robią wrażenie. Jeżeli proboszcz mądrze to wpisze w rytm szkolnych katechez, to jest szansa, że to oczekiwanie, jak sama nazwa wskazuje adventus, czyli przyjście, rzeczywiście jest. W miastach jest inaczej, ten rytm jest odsakralizowany, wyznaczany jest zupełnie czymś innym, niż rytmem liturgicznym.

Przynajmniej w Warszawie nie dostrzegam żadnych elementów oczekiwania, poza tym, że przystrojone ulice rozbłyskują światłami, co ma charakter czysto estetyczny, a nie sakralny.

Jaki jest to adwent dla polskiego Kościoła?
Poza kalendarzem powtarzającym się co roku można doszukiwać się każdorazowo wpisywania świąt w doraźny kontekst. Mam wrażenie, że Kościół polski ma z tym kłopot, poczynając od listu na 100-lecie odzyskania niepodległości, który miał być deklaracją ideową, jak to Kościół się cieszy z tego, co stało się 100 lat temu. Okazało się, że po pierwsze list został napisany już w marcu, po drugie jego ton był odklejony od rzeczywistości. List przeszedł bez echa i słusznie. Niektórzy wręcz z zażenowaniem odnotowali ten list. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że

Kościół polski przeżywa dramatyczny moment. Myślę tu o coraz głośniejszych przypadkach nierozliczonej pedofilii wśród księży. Okazuje się, że w większości są to sprawy mające już swoją zaszłość, nie są nowe. Wielu biskupów wyraźnie nie stosuje się do wytycznych Watykanu, czyli nie zgłasza tego ani do Watykanu, ani do prokuratury, wyraźnie gra tu na zwłokę. Zbliżające się święta są doskonałą okazją, aby oczyścić pamięć tej mrocznej strony Kościoła.

Po drugie, mieliśmy dość histeryczną reakcję na film „Kler” Smarzowskiego, gdzie również wątek pedofilski się pojawia, ale nie tylko, bo ukazanych jest tam siedem grzechów głównych. To, że już w tej chwili ponad 6 mln ludzi widziało ten film, pokazuje, że był on odpowiedzią na pewne zapotrzebowanie. Tu znowu nie widzę żadnej próby zmierzenia się z tym grzechem w swoich własnych szeregach. Ta lista jest długa, bo warto dodać jeszcze zaangażowanie polityczne po stronie antydemokratycznego reżimu, który od trzech lat wyraźnie demoluje nam demokrację i Kościół bardzo rachitycznie, nieśmiałym, niesłyszalnym głosem, jeśli w ogóle, odnosi się do tego. W większości widzimy, że kler darzy sympatią to, co się dzieje. To napawa niepokojem, bo pokazuje, że

Kościół zatracił taki kompas moralny i polityczny, powtarza błędy, które pojawiły się już po 1989 roku.

Błędy jednoznacznego zaangażowania politycznego po jednej stronie?
A nawet jednej partii. Zresztą społeczeństwo głosowało zawsze nogami, czyli robiło dokładnie na odwrót i dziś już nikt nie pamięta tych ugrupowań, które Kościół wspierał. Myślę, że w przypadku obecnej władzy Kościół także strzela sobie w stopę, bo będzie kojarzony po, mam nadzieję, szybkim odejściu tej formacji z tą antydemokratyczną partią.

Polski Kościół nie potrafi wyciągać wniosków także z doświadczeń w innych państwach, np. w Irlandii?
Ma pani rację. Żyjemy w epoce globalnej i informacje o sytuacji Kościoła katolickiego z całego globu docierają dość szybko. Irlandia w istocie jest najbliższa Polsce, także w sensie struktury katolicyzmu, takiego związanego mocno z tożsamością narodową. Irlandczyk to katolik, to ten w kontrze do silnego Kościoła anglikańskiego. Oczywiście w Irlandii nie było komunizmu, który był w Polsce, co też ukształtowało Kościół i jego pozycję. Natomiast

w bardzo krótkim czasie katolicka Irlandia, gdzie ten Kościół był dosłownie wszędzie, stała się krajem chyba najbardziej w tej chwili antykatolickim. W retoryce polityków to wyraźnie słychać, nie ma już przyzwolenia na mieszanie się Kościoła do polityki.

Premier, który jest otwartym gejem, także otwarcie wypowiada się przeciwko obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, a są to ludzie, którzy reprezentują swoje społeczeństwo i mają silne poparcie. Kościół w Irlandii znalazł się na równi pochyłej przez własną niechęć do rozwiązania sprawy pedofilii.

Głośno było o skandalach, gdzie biskupi kryli pedofilów, podobnie jak teraz w Polsce?
Tam, w przeciwieństwie do Kościoła polskiego, doszło do powołania komisji państwowo-kościelnej, która przygotowała kilkusetstronicowy raport, który został opublikowany. Kościół płaci teraz cenę za swoją bierność i brak chęci zmierzenia się z własną ciemną stroną historii.

Nie tylko Kościół irlandzki może być tu lekcją?
Chociażby Kościół w Stanach Zjednoczonych. Tam już od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia z bardzo oporną, ale jednak systemową próbą zmierzenia się z pedofilią. Powstał nawet o tym oscarowy film „Spotlight”. Film jest oczywiście pewną fikcją, ale prawda jest taka, że dużą rolę odegrali tam dziennikarze i ich śledztwo sprzed kilkunastu lat. Na początku XXI wieku komórka śledcza „The Boston Globe” ogromnym wysiłkiem kilku lat pracy doprowadziła do dymisji kardynała Bernarda Lawa z Bostonu, doprowadziła do zdemaskowania procederu przenoszenia z parafii do parafii pedofili, co było największym szokiem dla Amerykanów.

Ostatnio w innej diecezji opublikowano podobne dokumenty, w konsekwencji czego szereg biskupów, a nawet kardynałów zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To wszystko powinno dać do myślenia polskim hierarchom.

Warto tu też wspomnieć przykład, może odległy, ale jakże głośny, czyli Chile, gdzie cały episkopat podał się do dymisji, a sam papież przyznał się do braku pełnej informacji. Kościół polski zdaje się nie zauważać tych przypadków. Owszem, w mediach liberalnych coraz częściej się o tym pisze, dyskutuje, ujawnia, organizacja „Nie lękajcie się” działa coraz prężniej, jest obecna w przestrzeni publicznej, ale Kościół mimo wcześniejszych deklaracji nie współpracuje w tej kwestii wystarczająco.

Te deklaracje pojawiły się jeszcze przed premierą filmu „Kler”, kiedy wiadomo było, że ta bomba zostanie odpalona. Kościół przeprosił nawet wtedy i obiecał rozliczenie. To był początek października i nic…
Tych deklaracji było więcej, nawet konkretni biskupi się wypowiadali na temat pedofilii w ich diecezjach. Pamiętam biskupa Czaję z Opola, Liberę z Płocka, biskupa polowego, prymas Polak też o tym mówił, więc tych deklaracji było wiele, trzymam kciuki, aby się udało.

Tu trzeba podkreślić, że nie chodzi o walkę z Kościołem, tylko o zadośćuczynienie ofiarom.

Niestety, moim zdaniem w Polsce mamy do czynienia z hipokryzją w Kościele i dobrze, żeby to słowo wybrzmiało, bo mamy szereg ludzi odpowiedzialnych, ważnych hierarchów, którzy deklarują jedno, a robią drugie. To samo można powiedzieć o pełnomocniku episkopatu ds. zwalczania pedofilii, który publicznie wielokrotnie mówił, że mimo ponawianych próśb żadnych danych na temat konkretnych przypadków pedofilii nie otrzymał.

Trzeba odnotować oczywiście przypadek chrystusowca, który został skazany prawomocnie, a ofiara otrzymała dość znaczną sumę, ale to jednostkowy przypadek, do tego wymuszony, gdzie była niezwykle jednoznaczna wina zakonu, który krył pedofila i nie zrobił nic, żeby ograniczyć jego zbrodniczą działalność. To jest najlepszy dowód, że

wspólne działanie sądu i mediów może coś zmienić w tej sytuacji, bo Kościół niczego się tak nie boi, jak mediów, jak złej opinii.

Słyszał, wiedział pan o tym, co robił ks. Henryk Jankowski?
W Gdańsku, w którym bywam często, to była tajemnica poliszynela, o tym się mówiło, o tym wiedzieli dziennikarze, ludzie, ale nie było woli, żeby o tym pisać czy mówić. Nawet „Gazeta Wyborcza”, która teraz tak bardzo się zaangażowała, wcześniej kroplomierzem dawkowała te informacje. To mi przypomina właśnie film „Spotlight”, o którym już wspominaliśmy. Oglądałem go niedawno po raz kolejny ze studentami, z którymi dyskutuję na tym przykładzie m.in. o tym, jak funkcjonuje demokracja lub nie funkcjonuje i jakie są mechanizmy jej działania w Stanach. Tam jest taka znacząca scena, gdzie sami dziennikarze przyznają, że już 20 lat wcześniej mieli sygnały, ale ich nie widzieli, nie odnotowali.

To oznacza, że jest taki martwy punkt, martwe pole, jak w przypadku kierowcy, który w lusterku bocznym w jednym miejscu nie widzi pojazdu, gdy ten go mija. Gdy wszystko każe nam wierzyć, że Kościół jest ostatnią instancją moralną.

Przecież wielu ludzi dawnej opozycji bywało u księdza Jankowskiego, bo to była instytucja. Od 1980 roku, kiedy biskup Kaczmarek wysłał go do stoczniowców, on stał się ważnym punktem odniesienia, niemalże jak Wałęsa. Wszyscy u niego bywali, a jednocześnie mówiło się, półżartem, że „woli blondynów”. Natomiast myślę, że nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to jest trwająca kilkadziesiąt lat historia pedofilii, z tragicznymi również przypadkami, opisanymi w reportażu „Dużego Formatu”.

Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać?
Może rację ma prof. Magdalena Środa, która napisała, że

pomnik powinien zostać jako pomnik wstydu, bo społeczeństwo polskie było i jest nadal ślepe na nadużycia, jakie się dzieją w Kościele, dla ratowania „większego dobra”.

Czy redemptorysta Tadeusz Rydzyk, który zakłada partię, wszedł na drogę amerykańskich pastorów, kaznodziejów, bogaczy zaangażowanych w politykę i sponsorujących kampanie?
Tadeusz Rydzyk to temat na oddzielną rozmowę. Na podstawie lektury świetnej książki Tomasza Piątka o Macierewiczu możemy wysnuć wniosek, że powstanie partii Rydzyka ma związek z odsunięciem Antoniego Macierewicza od władzy.

Moim zdaniem tu problem jest szerszy, bo to nie jest tylko tak, że mamy do czynienia z finansjerą i politykami, którym konserwatywny katolicyzm jest bliski, więc trzeba go wspierać, bo świat się rozpada, panuje relatywizm, nihilizm, a tylko ojciec Rydzyk gwarantuje ochronę prawdziwych wartości. Sprawa jest głębsza. Po pierwsze, przyznać rację trzeba prof. Ireneuszowi Krzemińskiemu, który coraz częściej się wypowiada na temat fenomenu konglomeratu, jak nazywa imperium Rydzyka, bo to przecież nie tylko radio, prasa, ale i telewizja i szkoła.

To jest państwo w państwie, on jest nawet ponad prezesem, który wydawałoby się, że rządzi niepodzielnie Polską. Nawet ponad Jarosławem Kaczyńskim jest jeszcze Tadeusz Rydzyk, ojciec dyrektor. Nie chcę powiedzieć, że to przypomina struktury mafijne z południa Włoch, republik bananowych czy krajów latynoamerykańskich, które z trudem przezwyciężają swoją przeszłość dyktatorską, ale na naszych oczach po 1989 roku wyrosły jakieś bardzo tajemnicze ośrodki władzy, które coraz śmielej domagają się obecności w przestrzeni publicznej, delegują swoich ludzi, żeby zakładali swoje partie – to jest osobliwe.

Zresztą to kolejny wątek, który możemy dołożyć do naszej rozmowy w kontekście Bożego Narodzenia i roli Kościoła. Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Ja przynajmniej nie słyszałem głosu biskupów w tej sprawie, a przecież po Soborze Watykańskim II, na ile ja rozumiem obecną doktrynę Kościoła katolickiego, Kościół słowami swoich papieży od kilkunastu lat głosi autonomię rzeczywistości ziemskiej. Kościół bezpośrednio, co bardzo podkreślał Jan Paweł II, choćby wyrzucając kapłanów z kapłaństwa za nadmierne zaangażowanie polityczne, np. w Nikaragui, nie powinien zajmować się polityką. Tymczasem

wygląda na to, że w Polsce Sobór Watykański II nie obowiązuje.

Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą formą polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy. Jeżeli dalej to będzie tolerowane, a wszystko na to wskazuje, to schizma gotowa. Być może to jest tylko blef, którym Rydzyk chce wymusić na Kaczyńskim konkretne ustępstwa, tego do końca nie wiemy, ale na pewno nie jest to w duchu kościoła Jana Pawła II czy Sobory Watykańskiego II.

Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu – mówi ks. Wacław Oszajca, jezuita, teolog, publicysta i poeta. – Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i refleksji. Przyszedł czas na refleksję także w polskim Kościele?

KS. WACŁAW OSZAJCA: Chrześcijanin nie może się bać prawdy o sobie, nawet tej najtrudniejszej. Święta to dobry czas, aby znaleźć chwilę, a może nawet więcej niż chwilę, na podsumowanie tego, co wydarzyło się w tym roku. Najważniejsza dla katolika w każdy dzień świąteczny powinna być msza, na której początku robimy rachunek sumienia. My tego momentu nie doceniamy. Powinniśmy pamiętać, że zło w Kościele było, jest i będzie. To nie jest nic nowego. Pytanie: co z tym zrobimy?

Co zrobimy w przypadku ofiar pedofilii? Powinniśmy przede wszystkim zająć się tymi, których skrzywdziliśmy. Nie tylko przeprosić, ale także starać się wynagrodzić zło, które zaistniało. To będzie świadczyło o tym, że sami zrozumieliśmy nasze grzechy.

W samym Kościele nie wszyscy to zło nazywają złem. Niektórzy próbują rozgrzeszać księży pedofili. Jak sobie z tym poradzić?
Dostrzeżenie takiego zła burzy święty spokój, psuje komfort życia i to, co ceni sobie współczesny świat, czyli dobre mniemanie o sobie. Ono polega nie na realnej ocenie kondycji własnego umysłu i sumienia, ale udawaniu, że to mnie nie dotyczy. Takie myślenie jest rozpowszechnione w społeczeństwie, więc dociera także do Kościoła.

Stąd też bierze się niechęć do papieża Franciszka, który niepokoi nasze sumienia i mówi, żeby patrzeć nie w niebo, ale na drugiego człowieka. To jest niewygodne, ale musimy zrozumieć, że to nie jest atak, tylko chęć pomocy. Powinniśmy się w ten głos wsłuchać i odpowiedzieć po chrześcijańsku, czyli przyznać się do winy i zadośćuczynić.

Według byłego rzecznika Watykanu wśród zwierzchników kościelnych panuje w sprawie pedofilii „niewiarygodna naiwność”. To tylko naiwność czy jednak coś więcej?
Przez lata ważniejsza była instytucja i ideologia od dobra człowieka. Chcemy udawać przed światem, tak jakbyśmy byli firmą, której zależy na dobrym PR, a nie na prawdzie.

Niektórzy próbują bronić za wszelką cenę niby dobrego imienia Kościoła, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. To będzie nas tylko jeszcze bardziej demoralizować. To zresztą nie jest choroba tylko Kościoła, ale wielu innych instytucji, także rodziny.

„Jeśli Kościół katolicki nie zajmie się tą sprawą szczegółowo i we wszystkich aspektach, będzie popadał z jednego kryzysu w drugi” – to ciąg dalszy artykułu Federico Lombardiego na łamach najnowszego numeru jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”. Możliwe jest pełne i jawne rozliczenie Kościoła?
Znamy przecież taką instytucję jak spowiedź. Powinniśmy być przyzwyczajeni do tego, że jeżeli dostrzegamy w sobie zło, to po to, aby je wyrzucić i zmienić sposób myślenia. Łatwo jest ludziom wziąć zło za dobro, bo zawsze na początku wydaje się czymś korzystnym i godnym pożądania, a później okazuje się, że brniemy z jednego nieszczęścia w drugie.

Ale mam też jedno zastrzeżenie: do wszystkiego powinniśmy podchodzić po chrześcijańsku – ten, który zawinił, nie przestał być naszym bratem, powinniśmy się także nim zająć.

Ojciec Tadeusz Rydzyk broni kościelnych pedofilów twierdząc, że za ujawnianiem przestępstw wobec dzieci stoi chęć zniszczenia Kościoła. Co by mu ksiądz odpowiedział?
To pomylenie z poplątaniem, o ile nie coś gorszego. Może ma jakąś tajemną wiedzę i wie więcej niż wszyscy. Mówię to oczywiście ironicznie.

Nie tylko w tej sprawie ksiądz Rydzyk ma przedziwne poglądy. Poza tym uprawia nawet nie politykę, ale politykierstwo. A nie da się połączyć chęci bycia politykiem i księdzem. On zaczyna służyć dwóm panom.

To jest też problem dla Kościoła?
Oczywiście. Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu.

Co można zrobić, aby do tego nie doszło?
Z jednej strony widzę zaniechania ze strony biskupów i księży, ale z drugiej także ludzi świeckich. Kościół to są przecież wszyscy ochrzczeni.

Świeccy muszą się wreszcie odważyć i domagać swoich praw. Duchowni nie są ponad Kościołem, my jesteśmy dla Kościoła. Jeżeli ustawimy się ponad Kościołem, a świeccy będą temu sprzyjać i traktować nas jak bogów, to nie ruszymy z miejsca. Czekam na to, kiedy laikat w Kościele się obudzi. Mam nadzieję, że wpłynie na to kryzys, który przeżywamy.

Laikat też jest podzielony. Część zapewne nie chce żadnych zmian.
Patrząc na historię Kościoła widzę, że po każdym kryzysie przychodzi odrodzenie. Kościół nie tylko potrafi się pozbierać, ale także zrozumieć, w jakim świecie żyje i jakiemu światu ma służyć. Nie obawiam się tzw. kryzysu w Kościele, związanego ze spadkiem powołań. Niewykluczone, że czeka nas w ogóle głęboka zmiana.

Kościół nie musi być cały czas taki, jakim go znamy. Może powstaną niewielkie grupy ludzi, którzy sobie ufają, tak jak było w pierwszych wiekach – to też będzie Kościół, może prawdziwszy od dzisiejszego…

Kościół zamiast się dystansować i milczeć powinien stanowczo bronić podstawowych wartości – wolności, demokracji, prawa?
Jeżeli ktokolwiek występuje przeciwko prawom obywatelskim, powinniśmy protestować, a Kościół jako pierwszy. Tak było przecież w okresie komunizmu. Nie chciałbym idealizować tamtego czasu, bo byli też księżą, którzy współpracowali albo milczeli, ale jako całość potrafiliśmy stawić opór. Mogliśmy protestować tylko dlatego, że czuliśmy oparcie w wiernych. W tym sensie za komunizmu było łatwiej. Jeżeli stracimy oparcie w laikacie, to zostaniemy sami i nie będziemy nikomu potrzebni.

Nie możemy ograniczać autonomii ludzi świeckich, ale mamy prawo do tego, żeby pokazywać gdzie dzieje się źle. Ale nie możemy przy okazji pod pozorem oceny moralnej i propozycji rozwiązywania problemów uprawiać polityki.

Brakuje księdzu stanowczego głosu Kościoła w obronie demokracji?
Nie tylko tego mi brakuje… Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc.

Dlaczego tak łatwo wzbudzić w społeczeństwie lęk przed uchodźcami? Przecież chodzi o pomoc drugiemu człowiekowi.
Jeżeli człowieka spotyka coś nowego, co wymaga od niego wysiłku i wyciągnięcia portfela, to zawsze rodzi się opór. A politycy czy inni ideologowie mogą łatwo zbijać na tym interes.

Ci, którzy nie chcą przyjąć uchodźców mówią, że są katolikami, kierują się nauką społeczną Kościoła, że to wynika z ich przekonań religijnych i nie widzą w tym żadnej sprzeczności. A twarzą Chrystusa dzisiaj jest przecież twarz uchodźcy.

Obowiązkiem chrześcijanina jest niesienie pomocy, takiej na jaką go stać. Patrząc od strony moralnej, to coś złego się z nami stało, że nasze sumienia tak łatwo kupują niechrześcijańskie uzasadnienia w sprawie uchodźców.

Czy są jeszcze jakieś granice walki politycznej o dusze wyborców?
Do nas duchownych należy zwracanie uwagi, kiedy polityk zaczyna wkraczać na płaszczyznę moralną i wiemy, że może to prowadzić do nieszczęścia.

Tak się stało w okresie międzywojennym z Niemcami, kiedy Kościoły milczały albo popierały te działania. Jeżeli czegoś się boję, to tego, że nie zauważymy, jak zaczyna kiełkować zło, które szybko znajdzie sobie zwolenników.

To jest taki moment?
Patrząc na świat, zaczynam się obawiać, że do głosu zaczynają dochodzić ludzie, dla których nie liczy się odpowiedzialność za drugiego człowieka i jego dobro, tylko władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Polska nie jest wyjątkiem. Od paru lat rządzący ulegają takiej pokusie.

Co może zadziałać otrzeźwiająco?
To, co można zrobić, to nie unosić się pychą, nie myśleć, że mnie to nie dotyczy, bo ja tak nie grzeszę, tylko dokładnie się przyjrzeć i poszukać sposobów na rozwiązanie tego kryzysu.

Powinniśmy uwierzyć, że to, co się dzieje, to nie jest tylko diabelskie działanie, chociaż posiada wszystkie cechy diabelskości. A może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć.

Co w obecnych czasach jest dla nas największym zagrożeniem?
Jeżeli wyzbędziemy się umiejętności rozróżniania zła od dobra i poczucia winy, to wtedy stworzymy ogromne zagrożenie dla ludzkiej kultury i ludzkiego istnienia. Stajemy się w pełni ludźmi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za nasze myśli, słowa, uczynki i zaniedbania. Jeżeli tego zabraknie, to wszystko ulegnie rozprężeniu, będzie tak samo ważne i nieważne, równie dobre i niedobre. Kolejnym zagrożeniem jest konsumpcjonizm, czyli podejście czysto użytkowe, w którym najważniejsze jest to, że nam się wszystko należy. W takiej sytuacji nie ma miejsca dla drugiego człowieka. A przecież nie możemy żyć w pojedynkę. Widać to chociażby w sposobie organizowania miast, grodzeniu osiedli, lęku przed sąsiadem, współpracownikiem.

Kolejnym zagrożeniem jest także próba skompromitowania ludzkiego rozumu i serca, czyli populizm.

Dlaczego polskie społeczeństwo jest tak bardzo podzielone? Polacy żyją w dwóch rzeczywistościach?
Najgorsze jest to, że zaczynamy się nienawidzić. Na tym polegał komunizm – czy człowiek chciał, czy nie chciał, musiał być wrogiem wszystkich i wszystkiego. Cały system nastawiony był na to, żebyśmy sobie nie ufali i ze sobą walczyli, za to dbali tylko o własny interes. Mam wrażenie, że teraz dzieje się coś podobnego. Coś, co nas łączy, to tylko wrogość. Niestety, trudno się przed tym bronić, bo

nienawiść jest wygodnym sposobem urządzenia się w społeczeństwie. Można ją zawsze nazwać konkurencją, rywalizacją, a nawet troską, ale będzie podszyta innymi uczuciami, tak aby zapanować nad drugim człowiekiem. Chęć dominacji i rządzenia jest czymś porażającym.

Czym powinna być polityka?
Polityka powinna być sztuką szlachetną, tak czytamy w dokumentach soborowych. Ale też ci, którzy czują powołanie, powinni się do tego przygotować i ponosić odpowiedzialność za to, jak wykonują swój zawód. Motywem ich działania nie może być chęć wzbogacenia się i robienia kariery.

Jeżeli politykę sprowadzi się tylko do socjotechniki, to staje się zaprzeczeniem samej siebie, bo nie służy dobru wspólnemu, za to interesom grupy społecznej, partii czy jednego człowieka.

To dzisiejsza polityka?
Polityka rządzi się oczywiście swoimi prawami, spór jest czymś koniecznym, ale trzeba go prowadzić po ludzku i z poszanowaniem drugiej strony. Mam wrażenie, że są politycy, którzy próbują pilnować swojego sumienia i języka, ale są też tacy, dla których spór to zawzięta walka, która ma doprowadzić do zatriumfowania nad innymi.

Do tego dorabia się ideologię o miłości do ojczyzny, patriotyzmie i opakowuje w hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, ale istota rzeczy pozostaje paskudna.

Niebezpieczny nacjonalizm staje się bezkarny i podnosi głowę?
To, co nazywamy nacjonalizmem, ma korzenie wewnątrz nas. Pozwoliliśmy dojść do głosu czemuś niedobremu, sami siebie przekonaliśmy, że jesteśmy najlepsi. To wyrasta z pychy i przybiera różne formy. A właśnie na tym, co najgorsze próbuje ubijać się interes polityczny. W Polsce jest cały czas obecny antysemityzm, rasizm, potworna znieczulica, jeśli chodzi o bezdomnych.

Jeżeli zabraknie ludzi, którzy będą o tym przypominać, a zaczniemy hołubić rasistów czy antysemitów, nazywając ich patriotami, to wyhodujemy sobie jakąś falangę. To z kolei łatwo może się spodobać ludziom młodym, dla których liczy się bardziej siła niż racja. To też da się politycznie wykorzystać.

Niedostatecznie dokładamy starań, aby z tym walczyć. W tym wypadku niewiele pomogą zakazy, powinniśmy też uczyć młodych ludzi nazywać zło złem i przypominać, że to jest grzech.

Więcej empatii, zrozumienia i rozsądku – tego powinniśmy życzyć sobie na Święta?
Święta Bożego Narodzenia są piękne i rodzinne, to trzeba zachować na jeden wieczór. Ale trzeba mieć świadomość, że ten obraz był podszyty ludzkim nieszczęściem. Maria nie miała gdzie urodzić syna, bo zabrakło dla niej miejsca i ludzkiego serca. Warto o tym pamiętać, ale to nie musi psuć radości świętowania, a nawet może ją pogłębić, bo „większa jest radość w dawaniu niż braniu”.

Nie szukajmy daleko, po prostu rozejrzyjmy się wokół siebie.

Możemy zamknąć oczy i udawać, że niczego nie dostrzegamy, ale możemy też nieść pomoc i czerpać z tego radość. Spróbujmy nie zamykać się na świat i potraktować ten czas także jak wyzwanie.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Mało znany incydent z 13 grudnia demaskuje osobowość Jarosława Kaczyńskiego i stanowi zły polityczny prognostyk dla całego kraju.

13 grudnia mała grupka obywateli oburzonych łamaniem Konstytucji postanowiła odwiedzić Jarosława Kaczyńskiego, by osobiście powiedzieć mu, co o nim myśli. Zresztą nie pierwszy raz. Demonstracja przed warszawskim domem pana prezesa na Żoliborzu w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego po raz pierwszy odbyła się w 2015 roku. Przyszło wówczas kilkaset osób, które skrzyknęły się na Facebooku. Dom był pilnowany przez kordony funkcjonariuszy policji, a ciemne okna wskazywały, że Kaczyńskiego nie ma w środku. Najprawdopodobniej nie chciał słuchać skandowania „13 grudnia spałeś do południa” i na tę noc przeniósł się gdzieś indziej.

W tym roku jednak pan prezes był u siebie, bo pewnie nie spodziewał się gości – w internecie nie było wezwań do demonstrowania i nikt nie zapowiadał, że zamierza tu przyjść. Mimo to kilkoro mieszkańców Warszawy zebrało się przy ogrodzeniu posesji szefa PiS. Jedna z uczestniczek opisuje na Facebooku: – „Pod domem prezesa zebrało się nas 9 osób i kilkanaście świeczek. W pewnym momencie wybiegł do nas sam prezes, nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”), przepchnął się łokciami i bezdusznie skopał świeczki. Zagadnięty, że „Pan przecież spał do południa” powiedział: „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł”.

Ten niekontrolowany wybuch wściekłości Jarosława Kaczyńskiego domaga się komentarza.

Po pierwsze – czy nie jest zdumiewające, że szef wielkiej partii, mającej swój rząd, prezydenta, kontrolującej prawie wszystkie najważniejsze instytucje państwowe, media, spółki skarbu państwa, pod wpływem impulsu wybiega z domu, by osobiście nawrzucać grupce krytycznie nastawionych obywateli?

Mógł ich zignorować i udać, że jest ponad to. To byłoby zrozumiałe. Mógł też do nich wyjść i uprzejmie podyskutować, demonstrując, że jest otwarty na dialog i nie obraża się na oponentów. To już wymagałoby od niego większej klasy, ale są politycy, którzy potrafią się na coś takiego zdobyć. By daleko nie szukać – Donald Tusk wielokrotnie zaprezentował taką odwagę cywilną. Jednak Kaczyński ani demonstrantów nie zignorował, ani nie podjął z nimi uprzejmej dyskusji. On ich zwymyślał, pokazując, że spory polityczne traktuje osobiście i nie potrafi się zdobyć na chłód ani dystans.

Po drugie – Kaczyński nie tylko zwymyślał pikietujących obywateli, ale powiedział im rzeczy absurdalne, wskazujące, że żyje w urojonym świecie swoich megalomańskich wyobrażeń, w którym czuje się spadkobiercą tradycji AK, a w swoich przeciwnikach widzi kontynuatorów reżimu stalinowskiego. Takie postrzeganie polskiej rzeczywistości przez lidera obozu rządzącego stanowi dla nas wszystkich zły prognostyk. W tej sytuacji trudno bowiem spodziewać się racjonalnych, obliczalnych i cywilizowanych zachowań z jego strony – rywalizację polityczną, która w normalnych warunkach powinna być tylko grą konkurentów, traktuje on jak walkę śmiertelnych wrogów, w której stawką jest niemal przetrwanie narodu. A w takiej walce wszystkie chwyty są dozwolone.

Po trzecie – Kaczyński nie tylko zwymyślał demonstrantów, ale też użył siły fizycznej, kopiąc ustawione przez nich świeczki. To jeszcze gorszy prognostyk. Ten gest po raz kolejny pokazał, że pan prezes nie panuje nad emocjami i w gniewie zachowuje się jak mały chłopczyk kopiący zabawki. Doskonale zaś wiemy, że kłótnie w piaskownicy nader często kończą się biciem – od kopania zabawek do dania w mordę ich właścicielowi jest tylko jeden mały krok. I pan prezes prędzej czy później ten krok zrobi.

Po czwarte – Kaczyński wezwał policję, by uniemożliwiła obywatelom demonstrowanie i przeszkodziła im w zapalaniu świeczek. W ostatnich latach w całym kraju toczyło się i toczy ok. tysiąca postępowań przeciwko uczestnikom różnych wystąpień opozycyjnych. Ich uczestnicy są nękani i oskarżani o najróżniejsze przewinienia – od używania brzydkich słów („jesteśmy wkurwieni”) przez umieszczanie napisów i ulotek w miejscach do tego nieprzeznaczonych po łamanie przepisów dotyczących ochrony środowiska (tj. używanie urządzeń nagłaśniających). Od początku było oczywiste, że ta fala represji jest efektem poleceń płynących z góry, jednak nie było na to jednoznacznych dowodów. Nikt nie jest w końcu taki głupi, by w sposób jawny wydawać bezprawne rozkazy, każące funkcjonariuszom łamać prawa obywatelskie i tłumić wolność słowa oraz demonstrowania. Inicjatorzy tej nielegalnej praktyki starają się pilnować, by nie dostarczać dowodów oskarżycielom w przyszłych procesach. Jednak apel Kaczyńskiego do policjantów jednoznacznie wskazuje, skąd płyną polecenia.

Warto o tym wszystkim pamiętać, słuchając świąteczno-noworocznych życzeń szefa PiS. Na nagraniu rozpowszechnianym w internecie pan prezes prezentuje łagodne i życzliwe oblicze. – „Chciałem państwu złożyć najserdeczniejsze, najlepsze życzenia” – mówi. – „Miłych, wesołych, rodzinnych, szczęśliwych świąt. Chciałem także życzyć jak najlepszego nowego roku. Żeby kolejny rok spełnił jak najwięcej naszych nadziei, tych wspólnych i tych indywidualnych. By przybliżył taką Polskę, jakiej wszyscy chcemy. Polskę silną, sprawiedliwą, dostatnią i sprawiedliwą. Jeszcze raz powtarzam to słowo – dla wszystkich”.

Miejmy świadomość, że prawdziwe oblicze pan prezes demonstruje nie w nagraniach wyreżyserowanych przez partyjnych speców od propagandy, lecz w spontanicznych zachowaniach, które wypływają z jego autentycznych emocji. To, kim jest naprawdę, widzimy, gdy wyskakuje na mównicę i z grymasem wściekłości bluzga: „Kanalie, mordy zdradzieckie”. Albo wybiega przed furtkę, kopie świeczki i urąga swym oponentom, mówiąc, że są spadkobiercami reżimu stalinowskiego.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Nie jestem zdziwiony, że Andrzej Duda jest fundamentalnym katolikiem. I nie chodzi mi o chrześcijaństwo ze swoimi wartościami, które są wtórne do wartości humanistycznych, ale o wiarę, jaką wyznają hierachowie Kościoła w Polsce i w którą każą wierzyć swoim owieczkom.

Duda, którego coraz więcej osób nie nazywa prezydentem, ale panem (piszą: pan Duda), popełnia fundamentalny błąd, jaki jest udziałem nuworyszy, którzy zostali wywyższeni przez przypadek, a nie wznieśli się dzięki własnym talentom, zaletom, pracowitości.

Nuworysz swoją pozycję utożsamia ze sobą, a nie z funkcją. W tym wypadku funkcja prezydenta powinna nakazywać pilnowania Konstytucji i praw, które są stanowione i aby nie były kolizyjne do Konstytucji. Duda jednak przeflancował myślenia nuworysza na siebie i uważa, iż on jest Konstytucją.

Duda do tego jest słabym na umyśle i charakterze, bo podporządkuje się temu, kto go wywyższył. Prezes Kaczyński stanowi, jaką funkcję ma Duda wypełniać, a zatem swoją funkcją prezydenta sprowadził do roli ust prezesa. Co prezes powie – a nawet pomyśli – Duda wypowie.

I oto mamy prawdę nie tyle o Dudzie, co o prezesie, a Duda wypowiedział, że Trybunał Sprawiedliwości UE orzekając w sprawie Sądu Najwyższego „posuwa się za daleko i zbyt dalece ingeruje w wewnętrzne sprawy krajów członkowskich’. A zatem usta Kaczyńskiego uznały prawo europejskie jako wrogie i sprzeczne z jego osobą, bo nie z Konstytucją RP, wszak TSUE zachowało staranność orzeczenia o niezależności Sądu Najwyższego, który to standard demokratyczny jest zapisany w naszej Konstytucji.

Wypowiedź Dudy świadczy o czymś zgoła niebezpiecznym dla Polski, mianowicie wypowiedzenie się przeciw orzeczeniu TSUE spowoduje w przyszłości, że nie podporządkuje się jego decyzjom, a w konsekwencji doprowadzi do wyjścia Polski z UE – do Polexitu. Duda wypowie wszystko, co pomyśli głowa prezesa (że strawestuję Juliana Słowackiego).

Wypowiedź Dudy jest tak samo absurdalna, jak hierarchów Kościoła katolickiego. Oto abp Stanisław Gądecki wypowiedział się na temat ofiar pedofilii kleru, którym powie (bo tak nakazał papież Franciszek): „… jest coś ważniejszego, aniżeli grzech, że istnieje i odkupienie, i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego”.

Ale jeszcze fajniejsze jest stwierdzenie hierarchy poznańskiego, iż „Kościół potrzebuje cierpienia za swoją egzystencję”. Przepraszam, da się to przełożyć na alegoryczny obrazek z udziałem Gądeckiego, który – cofając się dwa tysiące lat – znajduje się na Golgocie, właśnie krzyżują Joszuę z Nazaretu, a on wchodzi na drabinkę i zamiast ulżyć cierpieniem Jezusa, wbija mu jeszcze jeden gwóźdź ze słowami, że to „cierpienia za egzystencję”.

Kaczyński dąży do przedterminowych wyborów parlamentarnych

18 Gru

Mój rząd mniejszościowy po dwóch, trzech miesiącach rządzenia uzyskał bardzo wysokie poparcie społeczne. Warto było to wykorzystać. Tym bardziej, że popełniono błędy przy uchwalaniu budżetu i można było w lutym rozwiązać parlament i przeprowadzić w marcu nagle wybory. Wygralibyśmy je w cuglach. Byliśmy do tego kroku przygotowani. Gotowa cała kampania, łącznie ze spotami. Wzmocniona jeszcze kampanią rządową na 100 dni rządu. Dzień przed ogłoszeniem decyzji przez prezydenta, Jaroslaw Kaczyński wycofał się, bojąc się, że uzyskam podmiotowość, bo twarzą kampanii byłbym jako premier.

Mimo, że podobny wariant JK zastosował półtorej roku pózniej i wówczas w 2007 roku przegrał wybory, to przeprowadzenie przyspieszonych wyborów w marcu 2019 roku wydaje się bardzo prawdopodobne. Procesy społeczne następują powoli. Działają trochę jak siła bezwładności, jak zostaną uruchomione, trudno je zatrzymać. SLD straciło poparcie społeczne kilkanaście miesięcy po aferze Rywina.

PiS obawia się dokładnie tego samego, czyli powolnej utraty zaufania społecznego ze względu na rozwijającą się aferę KNF, wzmocnioną przez aferę SKOK. PiS straciło „cnotę” partii uczciwej i wiarygodnej. Dodatkowo, zwłaszcza miejska klasa średnia zaczęła na poważnie obawiać się „Polexitu”, dlatego gremialnie wzięła udział w wyborach samorządowych wyrzucając już w pierwszej turze PiSowskich kandydatów z polskich miast.

Mamy więc znów do czynienia z radykalną zmianą wizerunku PiS. Od miesiąca politycy PiS wyprzedzają się w deklarowaniu miłości do Unii Europejskiej i jej wartości. Wyglada to komicznie, zwłaszcza w wydaniu byłej premier oraz premiera, ale nie wiadomo, czy tę „słomianą” miłość -za klasykiem – „ciemny lud” nie kupi. Z przekazu partii znikają politycy rażący nienawiścią i radykalizmem. Walka idzie bowiem nie o 25% twardego elektoratu, ale 15% centrum, które dało władzę PiS w 2015 roku. Wszystkie te działania podejmowane tak szybko i skrupulatnie jeszcze w grudniu, przed światami wskazują, że JK szykuje się na wybory już wiosną.

Zwolennikiem takiego rozwiązania jest Adam Bielan, czyli główny PRowiec JK. Ma on świadomość, że łatwiej wygrać te wybory teraz, gdy kula śnieżna porusza się jeszcze wolno, a opozycja łączy się przez pączkowanie. Nieprzygotowana i ciagle kłócącą się opozycja przegra takie wybory z kretesem. Bielan ma także własny interes w przyspieszeniu wyborów. Chce być komisarzem, ale wie że Unia Europejska wstrzyma ich wybór o pół roku i poczeka na nowy polski rząd wyłoniony w październiku czy listopadzie. Wygrana w marcu daje mu większe nadzieje. Nam raczej nadzieję odbiera, chyba że zmusimy opozycję do wspólnego, solidarnego odzyskania naszego kochanego państwa od szkodników.

— TARCZYŃSKI BĘDZIE NASTĘPNY? – Fakt o odejściu Pawłowicz: “Tarczyński będzie następny – mówi nam ważny polityk PiS. Podczas zamkniętej dla mediów części niedawnego posiedzenia klubu PiS w Jachrance prezes mówił o konieczności zmiany języka i twarzy. – Prezes powiedział tylko to, co od dawna mówiliśmy: że taka skrajność nam szkodzi, a jedynym sposobem na wygranie wyborów jest odzyskanie centrowych wyborców – mówi nam jeden z najbliższych współpracowników prezesa”.
fakt.pl

— JACEK NIZINKIEWICZ O SCENARIUSZU PRZYSPIESZONYCH WYBORÓW – pisze w RZ: “Ryzyko jest więcej niż duże, ale może się okazać, warte podjęcia, tym bardziej że oprócz trzymania wszystkich stronnictw partii w szachu, z każdym miesiącem opozycja będzie musiała się organizować i jednoczyć we wspólny proeuropejski front anty-PiS. A zjednoczona opozycja może być zabójcza dla PiS. Czy do wcześniejszych wyborów dojdzie, dowiemy się już w styczniu. Decyzja należy do jednego człowieka. A Jarosław Kaczyński pokazał nieraz, że potrafi grać va banque”.
rp.pl

— SŁAWOMIR SIERAKOWSKI O SYTUACJI PO PUBLIKACJACH O SOLORZU – TERAZ SIĘ BĘDZIE DECYDOWAĆ CZY BĘDZIEMY MIEĆ BUDAPESZT W WARSZAWIE: “Polska, czym się chyba zbyt rzadko chwaliliśmy, była i wciąż jest najmniej skorumpowanym krajem czworokąta wyszehradzkiego. Na Słowacji niedawno zabito dziennikarza i jego dziewczynę za to, że ujawniał związki rządzącej partii z włoską mafią. W Czechach premierem jest oligarcha, właściciel znacznej części mediów, który ma na koncie regularne oszustwa i wyłudzanie pieniędzy publicznych. Na Węgrzech rządzi grupa, która nazywa się Fidesz. O tym, co posiada i jak doszła do tego, napisano opasłe tomy. Polsce pod tym względem było bliżej do Niemiec niż do reszty sąsiadów. Jeśli PiS obiecywał Budapeszt w Warszawie, to nie tylko w sensie zdobycia władzy absolutnej, ale także stworzenia kapitalizmu państwowego podporządkowanego partii rządzącej. PiS nie miał dotąd swoich oligarchów, dzięki którym mógłby media przejmować, niszczyć albo przynajmniej podporządkowywać sobie. Dopiero teraz decydować się będzie, czy będziemy mieć Budapeszt w Warszawie”.
onet.pl

— ŁUKASZ PAWŁOWSKI W KULTURZE LIBERALNEJ O KONSEKWENCJACH DLA POLSKI BUDŻETU STREFY EURO: “Ustanowienie odrębnego budżetu dla strefy euro zwiększa i dodatkowo formalizuje różnicę pomiędzy Europą pierwszej i drugiej prędkości. Nikt nie może zmusić państw spoza strefy euro do przyjęcia wspólnej waluty w określonym czasie, ale można sprawić, że koszty jej nieprzyjęcia będą znacząco rosły. A Polska, która po odejściu Wielkiej Brytanii, jest jedynym dużym krajem UE spoza strefy euro, niewiele będzie mogła na to poradzić. W tym kontekście komicznie brzmi hasło niedawnej konwencji partii rządzącej, która usilnie stara się zapewnić wyborców, że Unii nie tylko nie zmierza opuszczać, ale że Polska pozostaje „sercem Europy”. Nie jesteśmy sercem Europy, nie jesteśmy też jej mózgiem, oczyma czy uszami. To wszystko bowiem narządy dla funkcjonowania organizmu albo niezbędne, albo bardzo przydatne. Polska tymczasem staje się w Unii Europejskiej czymś, co w biologii nazywane jest „narządem szczątkowym”, który w toku ewolucji zatraca swoje znaczenie”.
kulturaliberalna.pl

— ROMAN KUŹNIAR O GRZECHACH POLITYKI ZAGRANICZNEJ – pisze w GW: “Bilans trzech ostatnich lat w polityce zagranicznej jest głęboko przygnębiający. Zrobiono wiele, by zniszczyć lub zniesławić dorobek Polski. Kraj został ośmieszony w Europie, a jego wpływy zostały radykalnie ograniczone”.
wyborcza.pl

>>>

Wskazujemy na naruszenie naszym zdaniem trzech przepisów Kodeksu karnego. Po pierwsze, tzw. korupcja czynna i korupcja bierna. Coś, co jest naszym zdaniem oczywiste, radny Wojciech Kałuża za określone zachowanie, czyli za przejście do innego obozu politycznego, otrzymał korzyść majątkową w postaci wynagrodzenia wicemarszałka i korzyść osobistą w postaci funkcji, którą obecnie sprawuje. Dodatkowo żądamy od prokuratury, aby sprawdziła, którzy funkcjonariusze rządzącej partii oprócz Michała Dworczyka, sekretarza stanu w KPRM, byli zaangażowani w tę aferę Kałuży. Przypomnę, że jak media donoszą, jak sam chwalił się minister Dworczyk, to on został oddelegowany przez kierownictwo swojej partii i premiera Morawieckiego do tego, by jeździł po Polsce, a czasami nawet latał samotnie samolotem rządowym i by negocjował warunki wejścia radnych, którzy nie byli radnymi PiS-u. Te okoliczności powinny zostać zbadane. Powinno dojść do szczegółowych wyjaśnień” – mówił na konferencji prasowej Borys Budka z PO.

Sytuacja wymaga tego, aby prokuratura wyjaśniła, czy pomiędzy radnym Kałużą a ministrem Dworczykiem nie doszło do sytuacji korupcyjnej. Wiemy, że to minister Dworczyk negocjował z radnym Kałużą opuszczenie Koalicji Obywatelskiej i zostanie wicemarszałkiem województwa. Naszym zdaniem to zachowanie wyczerpuje znamiona określone w art. 250a Kodeksu karnego” – dodawał Marek Wójcik.

>>>

TSUE nakazuje PiS powrócić do standardów demokratycznych w sprawie Sądu Najwyższego

18 Gru

„Podpisał nowelizację do nowelizacji o nowelizacji w sprawie nowelizacji w odniesieniu do nowelizacji, która była nowelizacją nowelizacji ustawy o SN. Podpisywał klęcząc!!!” – skomentował internauta podpisanie przez Andrzeja Dudę ustawy o Sądzie Najwyższym. To rzeczywiście siódma wersja ustawy.

A tak w TVN24 o podpisie prezydenta pod tą ustawą mówił Adam Bielan: – „My nie uważamy, że to było złamanie Konstytucji. Dalej uważamy, że mieliśmy w tym sporze rację, natomiast respektujemy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Skoro takie orzeczenie zabezpieczające zapadło, dzisiaj zostało podtrzymane, potwierdzone, to musimy się do tego dostosować”.  22 sędziów SN, w tym troje prezesów, przeniesionych pół roku temu poprzednią pisowską ustawą w stan spoczynku, wróciło do orzekania.

Nawet prawicowy dziennikarz Łukasz Warzecha ironizował na Twitterze: – „Towarzysze, nasza bohaterska armia, zadawszy ciężkie straty wrogowi, wycofała się na z góry zaplanowane pozycje”. Janusz Piechociński z PSL pospieszył z radą: – „Politykom PiS do nucenia piosenka Joanna Rawik Po co nam to było? Po co nam to było? Jeszcze nic się nie zaczęło A już się skończyło Ledwie zapłonęło Jedną krótką nocą Po co nam to było? Po co?!”.

„Ani kroku w tył… Tak mówili…”; „Duda podobno płakał jak podpisywał nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym”; – „Adrian podkulił ogon i podpisał nowelizację ustawy o SN. Oznacza to, że rząd PiS nie będzie już kwestionował pozycji I prezes SN Małgorzaty Gersdorf. No to czekamy na przeprosiny? A nie… To przecież PiS. Do przeprosin trzeba honoru”;

„PiS wnosi do sejmu ustawę o SN, Duda niby wetuje; Duda wnosi niby swoją, PiS przegłosowuje; TSUE kwestionuje zapisy, PiS ustawę niby nowelizuje; Duda nowelizację po miesięcznym niby namyśle podpisuje; Andrzej, jak ty mi teraz zaimponowałeś” – podsumowali internauci.

Już ponad tydzień temu pojawiła się w mediach informacja o postawieniu zarzutów karnych oszustwa Markowi P., byłemu bliskiemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego, szefa stowarzyszenia “Solidarność Walcząca”. Zdaniem śledczych z wrocławskiej Prokuratury Regionalnej miał on zdefraudować pieniądze, jakie miały zostać przekazane przez fundację “SOS dla życia” prowadzoną przez księdza Tomasza Jegierskiego.

Tyle tylko, że taka decyzja i postawienie zarzutów tylko jednej osobie będącej w całej historii ujawnionej przez szefa fundacji zasadniczo jedynie pionkiem, wcale nie zamyka tej sprawy, a wręcz prowokuje do zadawania głośno pytań, czy nie jest on jedynie kozłem ofiarnym, który w tej sprawie musiał się znaleźć. Tym bardziej, że skoro śledczy zdecydowali się na zarzuty oszustwa to nie tylko potwierdzili istnienie zaginionych (zdaniem Jegierskiego niezwróconych) pieniędzy, ale uwiarygodnili zeznania samego księdza oraz historii przez niego opowiedzianej. A ta jest zupełnie niespójna, gdy tak jak chcą śledczy, uznamy, że Marek P. sam, z własnej inicjatywy i bez żadnej wiedzy swojego szefa połakomił się na te pieniądze. Cóż bowiem wiemy o tej sprawie?

W marcu z mównicy sejmowej, z ust Stanisława Gawłowskiego padają głośne pytania pod adresem Kornela Morawieckiego oraz jego syna, premiera rządu RP, Mateusza “Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany? Czy pan wpłacał ze swego banku dotacje dla dzieci pod warunkiem, że pieniądze zostaną przekazane na rzecz pańskiego ojca?” – pytał były sekretarz generalny PO, sam będący przecież ofiarą pisowskiej prokuratury. Powodem postawienia takich zarzutów była historia, którą opowiedział ks. Tomasz Jegierski, dotycząca wydarzeń z 2013 roku, kiedy to asystent posła Kornela Morawieckiego zaproponował wsparcie m.in. ze strony Wielkopolskiego Banku Kredytowego (BZ WBK), którym wówczas zarządzał obecny premier Mateusz Morawiecki. Warunkiem tej pomocy (czyt. warunkiem udzielenia wsparcia) miała być wpłata 96 tys. złotych na rzecz Kornela Morawieckiego i jego organizacji Solidarność Walcząca. 5 stycznia 2013 roku Kornel Morawiecki odebrał te pieniądze, a na żądanie księdza pokwitował je jako pożyczkę, na co przedstawił zdjęcie pokwitowania z podpisem obecnego lidera Wolnych i Solidarnych.

Sam Kornel Morawiecki sprawie konsekwentnie zaprzecza, przekonując że Ks. Jegierski wszystko zmyślił, dokument to fałszywka, a sama afera jest próbą szantażu, co zgłosił do prokuratury. I właśnie tu warto się zatrzymać, by wyciągnąć pewne wnioski.

Skoro śledczy wrocławskiej prokuratury postawili zarzut Markowi P., to tym samym są przekonani, że pieniądze jednak zostały przez ks. Jegierskiego przekazane na rzecz stowarzyszenia Solidarność Walcząca. Ksiądz w marcu tego roku pokazał wydruki zrachunku bankowego fundacji, potwierdzające dwukrotną wypłatę po 48 tys. złotych oraz twierdzi wprost, że do przekazania pieniędzy doszło 5 stycznia 2013 roku w siedzibie Stowarzyszenia „Solidarność” Walcząca we Wrocławiu. Otrzymał tam pokwitowanie podpisane przez Kornela Morawieckiego, które mówi o pożyczce.

Problemy zaczynają się, gdy szef fundacji zaczął domagać się zwrotu pożyczonych pieniędzy. Tu bowiem sprawa bardzo poważnie się komplikuje, a Jegierski z ofiary ma w oficjalnej narracji stać się potencjalnym przestępcą.

Kornel Morawiecki przekonuje, że nie jest Jegierskiemu nic winien, a samo wezwanie do zwrotu pieniędzy to próba szantażu. Składa zawiadomienie do prokuratury, a funkcjonariusze ABW (podlegli przecież jego synowi) błyskawicznie reagują, próbując przedstawiać księdza jako szantażystę. Bulwersować powinna kwestia bardzo dużej mobilizacji służb, by odnaleźć oryginał pokwitowania. Funkcjonariusze są na tyle zdeterminowani, że oprócz siedziby fundacji przeszukują nawet mieszkanie babci Jegierskiego. Czy nie powinno nas dziwić tak nerwowe działanie funkcjonariuszy? Czy nie dzieje się tak dlatego, że potwierdzenie wiarygodności ks. Jegierskiego i przedstawianej przez niego historii obciążałoby zarówno Kornela Morawieckiego, jak i samego premiera? Jedno jest pewne – zarzuty dla Marka P. oznaczają, że Kornel Morawiecki po prostu kłamał, że takich pieniędzy w ogóle nie było. Czy kłamał też w innych kwestiach?

W ostatnich dniach doszło do konfrontacji Marka P. z księdzem Jegierskim, jednak prokuratura we Wrocławiu milczy w tej sprawie. Szef Fundacji “SOS dla życia” przekonuje, że ma jeszcze inne dowody, mające potwierdzać jego wersję. Przekonuje jednak, że dalsze prowadzenie śledztwa akurat przez prokuraturę we Wrocławiu, gdzie kontakty obu Morawieckich są bardzo rozległe, może poważnie wpłynąć na jego finałowe ustalenia.

Niestety, ostatnia decyzja o postawieniu zarzutów defraudacji pieniędzy Markowi P. daje podstawy, by podejrzewać, że w sprawie nikt “drążyć nie będzie” i asystent Kornela Morawieckiego zostanie klasycznym kozłem ofiarnym (niewykluczone, że z wyboru). Dla zakończenia śledztwa nie ma znaczenia fakt, że bardzo wątpliwe jest, by fundacja księdza Jegierskiego dostała takie wsparcie ze strony dwóch banków (darowiznę otrzymano także z PKO BP, gdzie prezesem jest Zbigniew Jagiełło), których szefostwo powiązane jest personalnie ze stowarzyszeniem “Solidarność Walcząca” tylko w oparciu o samodzielne i prowadzone z własnej inicjatywy działania Marka P. Sprawę trzeba jak najszybciej zamknąć, bo jeśli się to nie uda, to w najbliższych miesiącach może ona skutkować postawieniem zarzutu udziału w oszustwie nie tylko szefowi Marka P., ale i jego synowi, pełniącemu obecnie funkcję premiera.

Trybunał Sprawiedliwości UE w ostatecznym orzeczeniu podtrzymał swoją decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych w postaci zawieszenia przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym – poinformował TSUE. Polski rząd nie zdołał przekonać unijnego Trybunału, że postępuje słusznie w kwestii reformy sądownictwa.

W październiku Trybunału Sprawiedliwości UE podjął decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych, zawieszających stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, tym samym w pełni przychylając się do wniosku Komisji Europejskiej w tej sprawie. Trybunał zdecydował, że sędziowie wysłani przez PiS na emeryturę zostaną przywróceni do pracy.

Październikowa decyzja nie była to jednak decyzja ostateczna. W listopadzie w Luksemburgu odbyła się rozprawa w tej kwestii, na której Polska i KE przedstawiły swoje argumenty w sprawie. Komisja Europejska przekonywała, że niezbędne jest zawieszenie przepisów do czasu wydania ostatecznego wyroku, a Polska argumentowała, że nie ma do tego przesłanek.

„Podnoszone przez Komisję zarzuty faktyczne i prawne uzasadniają zarządzenie środków tymczasowych” – tłumaczy jednak Trybunał w swojej decyzji.

Oznacza to, że TSUE przychylił się do wniosku KE o to, aby sędziowie, których dotyczą sporne przepisy, mogli powrócić na stanowiska oraz by wstrzymane zostało mianowanie nowych sędziów na miejsca tych, którzy zostali odesłani na emeryturę. Zgodnie z tą decyzją Polska ma też powstrzymać się od powołania nowego pierwszego prezesa SN.

Trybunał przypomniał, że środki tymczasowe mogą być zarządzone jedynie wtedy, gdy zostanie wykazane, że ich zastosowanie jest prawnie i faktycznie uzasadnione oraz że mają one pilny charakter. Chodzi o to, że ich zarządzenie i wykonanie przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy jest konieczne, by uniknąć poważnej i nieodwracalnej szkody dla interesów UE.

„Przedstawione przez Komisję argumenty nie wydają się prima facie (na pierwszy rzut oka – przyp. red.) pozbawione poważnych podstaw, a zatem nie można wykluczyć, że sporne przepisy prawa krajowego naruszają zasady nieusuwalności sędziów i niezawisłości sędziowskiej – podkreślił TSUE.

Nowelizacja ustawy o SN

Oznacza to, że błyskawiczna nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, przyjęta w listopadzie przez polski Sejm nie wstrzymała postępowania przed TSUE. Poprawka przewidywała, że sędziowie SN i Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy przeszli w stan spoczynku po osiągnięciu 65. roku życia, powrotu do pełnienia urzędu. Ustawa w nowym kształcie miała także potwierdzić, że I prezesem SN do końca kadencji pozostanie prof. Małgorzata Gersdorf. Nowelizacja czeka teraz na podpis prezydenta Andrzeja Dudy.

Nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań

Kiedy Krystyna Pawłowicz zapowiada odejście na polityczną emeryturę i zamyka konto na Twitterze, a z okazji zjazdu partii aktualnie rządzącej odprasowuje się unijne „szmaty” i wiesza w sali konferencyjnej, to – by zacytować klasyka – wiedz, że coś się dzieje.

Wchodzimy do Europy, mianowicie. Że już raz weszliśmy i to dawno temu? Niby tak, ale w Unii coraz częściej podnoszą się głosy, że wcale nie jesteśmy prawdziwymi Europejczykami. A Bruksela wytoczyła nawet postępowanie przed Trybunałem UE, by nam to udowodnić.

Czyli coś z tym wchodzeniem musiało być nie tak, co zresztą oczywiste, skoro zabrali się za to liberałowie i lewacy. Więc nie ma rady, trzeba wchodzić od nowa, przy okazji zadając kłam krzykaczom z opozycji, straszącym Naród Polexitem. Przekaz dnia z Nowogrodzkiej informuje więc: Polexitu żadnego nie będzie. Przeciwnie – partia właśnie zapowiedziała Pol-enter. Czy raczej Pol-re-enter.

Bo owszem, nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań.

Na początek chodzi – oczywiście – o to, żeby Polska po raz kolejny weszła do Europy w osobach swych najlepszych przedstawicieli z – ma się rozumieć – partii aktualnie rządzącej. Nasze Powtórne Przyjście muszą bowiem w Europie poprzedzić poważne reformy i liczne ustawy naprawcze. Niemniej jednak, jeśli tylko wyborcy dadzą kandydatom formacji władzy odpowiednio szeroki mandat, to oni „dadzą radę”. Zrobią to dla kraju! A co tam – poświęcą się i ostatecznie pojadą do tej nieszczęsnej, brudnej, niebezpiecznej, zdziczałej i pozbawionej wartości Brukseli. Poza tym „się im należy” za cierpienia moralne związane z udawaniem Europejczyków i znoszenia widoku unijnych „szmat” na oficjalnych partyjnych konwencjach. No i przecież to są fachowcy, którzy w trzy lata uczynili z Polski „w ruinie” kraj mlekiem, miodem i milionami z budżetu płynący. To i Unia też popłynie.

Niektórzy mają już nawet dla Europy ambitne programy naprawcze, wzorowane na spektakularnych sukcesach partii władzy nad Wisłą. Na przykład Beata Szydło już zawczasu przygotowała dla europosłów prezentację pod tytułem „Zobacz, Europo, jak można pięknie żyć!”.

Istnieje wprawdzie niebezpieczeństwo, że z Brukseli niewiele da się zobaczyć ze względu na smog zalegający akurat nad Krakowem i Warszawą, ale być może plan jest taki, żeby zamiast narażać wzrok europosłów, od razu oprzeć wykłady o materiał wizualny z „Dziennika” TVP. Tam najpiękniej widać, jak Polska pod nową ekipą rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej.

Krążą słuchy, że w składzie delegacji, która miałaby odpowiadać za przygotowanie Unii na Polenter, mają się – między innymi – znaleźć były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz oraz aktualny minister sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro. I słusznie, bo obronność i praworządność pozostawiają w Europie najwięcej do życzenia. O stan środowiska unijnego miałby z kolei zadbać były minister Szyszko, wsławiony w świecie nowatorskimi metodami walki z kornikami, a o zdrowie Europejczyków – ex-minister Radziwiłł. Warto by również uzupełnić naszą brukselską ekspedycję o szefa Komisji Finansów – senatora Biereckiego. Bowiem bogate unijne banki aż się proszą o jakieś ambitne SKOKi na kasę.

Chodzą też słuchy, że za politykę imigracyjną Brukseli miałaby odpowiadać pani minister Kempa i słusznie, bo uchodźcom najlepiej jest „pomagać na miejscu”. A za media – prezes Kurski (Jacek, znaczy). Ministerstwo wyznań najlepiej byłoby powierzyć paniom posłankom Sobeckiej albo Sierakowskiej. A były wiceminister obrony Kownacki może nauczyłby wreszcie Europejczyków, jak posługiwać się widelcem.

Gdyby wyborcy dali tym państwu szansę, to już za kilka lat otworzyłaby się dla nas kolejna szansa na porządny, nielewacki Polenter do Europy „naszych marzeń”. A zamiast euro, czy to nad Sekwaną, czy nad Renem płacilibyśmy w złotówkach.

Niestety, w przeciwieństwie do pań i panów posłów delegowanych do Unii przez partię władzy, na swoją szanse na prawdziwą europeizację zwykli Kowalscy będą jednak musieli chwilę poczekać. Bo wprawdzie pan premier zapowiedział ostatnio nasz szybki „powrót do Europy” w kwestii przeciętnych wynagrodzeń (mają wzrosnąć do średniej europejskiej), ale zapomniał dodać, że musimy na to poczekać nie krócej, niż dekadę. No i że będzie to raczej średnia grecka, niż niemiecka.

Do tego zaś czasu, kto liczy na Polenter, musi samodzielnie spakować walizki. Albo pójść na wybory.

Prawicowa rewolucja Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dąży do autorytaryzmu, zniesienia państwa prawa, braku wolności mediów i obywatelskich. Przygotowuje też młodzież do idei tradycji, w której nie myśli się samodzielnie, bo taki elektorat w przyszłości kształtuje się na własne potrzeby, jest jak plastelina.

Ta „rewolucja” prawicowa może przynieść największe straty wśród młodych Polaków, bo czego nie nauczą się za młodu, mogą nie mieć szans dowiedzieć się w życiu dorosłym. Brak głodu wiedzy i innowacji oraz ograniczania służą każdej indoktrynacji. Jeden z największych ideologów w historii Lenin, z którego dorobku  intelektualnego zdaje się czerpać prezes Kaczyński, sformułował tezę: „Jeżeli policjant zarabia więcej od nauczyciela, mamy do czynienia z państwem policyjnym”.

Lenin był wówczas na etapie walki z caratem, potem stworzył idealne państwo policyjne. U nas policjanci i nauczyciele zarabiają marnie, nie znaczy to, że państwo PiS nie dąży do autorytaryzmu. Na razie znajduje się na etapie tworzenia własnych kadr. Zresztą Lenin też wypowiedział się o tym: „Kadry są  najważniejsze”.

Kadry w wojsku, w policji zostały przez PiS obsadzone posłusznymi, spolegliwymi, także podobnie zindoktrynowani pracują w kuratoriach oświaty. Ale te kadry podstawowe, na dole hierarchii, nie są dowartościowane, szczególnie finansowo.

Głowę podnieśli już policjanci, połowicznie ich protest zażegnano (na razie). Protestują pracownicy sądów i prokuratur. W okresie przedświątecznym do protestu przystąpili nauczyciele. Stosują ten sam sposób legalności protestu, jak policjanci – biorą chorobowe, idą po prostu na L4.

W tym sensie protest jest oryginalny, bo nie można nazwać tego strajkiem. Ponadto nauczyciele protestują w sposób niezorganizowany, nie stoją za nimi żadne związki zawodowe. Protest na L4 w sensie braku odgórności przypomina strajki sierpniowe 1980 roku, które  potem posłużyły do utworzenia „Solidarności”.

Jak każdy protest, jak każdy strajk, który przewraca porządek prawny bądź polityczny, ma podłoże socjalne – to jest najlepszy motor do wspólnego działania, do przeciwstawiania się, do trwania w determinacji. Nauczyciele chcą zarabiać średnią krajową, z obliczeń wychodzi, iż domagają się od państwa podwyżek o 1000 zł.

Protestują nauczyciele w całym kraju, na razie kilka szkół w Warszawie, także we wszystkich większych miastach Polski. Pedagodzy zwołują się w mediach społecznościowych, informują siebie nawzajem za pomocą sms-ów. Ten protest może przewrócić porządek obecnej władzy przynajmniej w szkolnictwie. Jest inny z ducha niż policjantów, którym Joachim Brudziński na odczepnego rzucił po kilka setek i zapewnienie o lepszym przejściu na emeryturę. PRL-owski satyryk ludowy Jerzy Ofierski jako sołtys Kierdziołek, zwykł mówić: „Cie choroba, ale się porąbało!”. Nauczyciele władzy powiedzieli: „Cie choroba, to was porąbało, my idziemy na L4”.

Na tropach mafijnych sposobów PiS Krzysztof Brejza

17 Gru

C.M. Dlaczego pan się zajął pokazywaniem, jak uwłaszczają się ludzie PiS? Czy chodziło tylko o czarny PR, który faktycznie się udał? Może łatwiej jest nagłośnić błędy przeciwnika, niż najważniejsze punkty własnego programu?

K.B. Nie, dla mnie to jest temat centralny. Chciałem poznać metodę polityczną Jarosława Kaczyńskiego, jego sposób sprawowania władzy, myślenie o państwie. On przecież wszystkim w PiS zarządza osobiście, więc także uwłaszczenie działaczy partyjnych to jego „programowy” pomysł. Może jedyny, bo żadnych pozytywnych reform państwa czy gospodarki nie widać. Jest tylko wymiana kadr i przechwytywanie przez tych nowych ludzi publicznej własności i budżetowych pieniędzy. Tak było od czasu założonej przez Kaczyńskiego w 1990 roku Fundacji Prasowej „Solidarność”, dzięki której on i skupieni wokół niego działacze Porozumienia Centrum po raz pierwszy uwłaszczyli się na majątku publicznym. To on wymyślił spółkę „Srebrna”, jego podpisy są na akcie notarialnym tej spółki. Tu nic się nie zmieniło. Do mnie od dawna z różnych źródeł docierały sygnały, że aby dostać dobrą posadę w naprawdę bogatej spółce Skarbu Państwa trzeba osobiście udać się do Kaczyńskiego, zostać przez niego przesłuchanym i zatwierdzonym. To wszystko są jego osobiste decyzje, a przez to także jego osobista odpowiedzialność. Nawet jeśli on celowo unika dziś przyjmowania funkcji państwowych, aby tej odpowiedzialności – politycznej, konstytucyjnej, karnej – uniknąć.

Jak rozumiem, jest wystarczająco dużo dokumentów i świadków, którzy mogą potwierdzić, że Kaczyński podejmował kluczowe decyzje personalne związane z uwłaszczeniem jego działaczy partyjnych na majątku publicznym?

Z informacji, które do mnie docierają wynika, że to on wymyślił nawet wprowadzenie zasady rotacyjności we władzach spółek skarbu państwa. Tak, by prezesi i członkowie zarządów pełnili swoje funkcje najwyżej przez rok czy półtora. Aby jak największa liczba ludzi związanych z rządzącą ekipą mogła otrzymać odprawy.

W czasach rządów Akcji Wyborczej Solidarność, którą Jarosław Kaczyński oskarżał o stosowanie zasady o Teraz K… My, zarządy spółek Skarbu Państwa zmieniły się zwykle tylko raz, po zmianie władzy, a i to nie wszystkie. Później w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do pojedynczych zmian w zarządach jednej czy drugiej spółki, jeśli toczyły się jakieś walki frakcyjne i zmieniał się np. minister.

Dziś w niektórych największych i najbogatszych spółkach Skarbu Państwa, pozwalających wyciągnąć w postaci odpraw miliony złotych, doszło już często do trzech albo czterech zmian prezesów i składów zarządów. Za czym bardzo często szła wymiana sporej części kadry kierowniczej. Co daje możliwość uwłaszczenia parokrotnie większej liczby działaczy PiS i Zjednoczonej Prawicy. I prowadzi do ogromnego marnotrawstwa publicznych pieniędzy, które powinny trafić do budżetu państwa albo zostać przeznaczone na inwestycje w rozwój tych spółek.

Zmiana prezesa i zarządu spółki co parę miesięcy oznacza paraliż decyzyjny, zablokowanie długoterminowych inwestycji, co obok zastraszenia przedsiębiorców prywatnych jest jedną z przyczyn zapaści, a później stagnacji inwestycji w Polsce pod władzą PiS.

Jednak Kaczyński uznał, że politycznie ta metoda się sprawdza. Także jako narzędzie dyscyplinowania i korumpowania koalicjantów Prawa i Sprawiedliwości. Ja to obserwuję chociażby na przykładzie działaczy Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro, gdzie bardzo młodzi ludzie, mający po dwadzieścia parę lat, bez doświadczenia i kwalifikacji, którzy przed chwilą zarabiali 2000 złotych, nagle trafiają do central wielkich spółek w Warszawie, zostają kierownikami, osiągają dochody na poziomie co najmniej kilkunastu, a czasami nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.

To jest przyspieszony awans pokoleniowy, w III RP zawsze był z tym problem, a PiS w ten sposób kupuje sobie młodzież.

Blokady awansu pokoleniowego istnieją i trzeba z nimi walczyć. Jednak awans pokoleniowy, który wzmacnia państwo i nie demoralizuje ludzi, którzy z niego korzystają, to taki awans, który odbywa się dzięki wykształceniu, talentowi, pracowitości. Tutaj mamy masowy awans wyłącznie dzięki legitymacji partyjnej. To jest sytuacja, z którą po raz ostatni mieliśmy w Polsce do czynienia w latach 1946-1948, kiedy stalinowska władza niszczyła elity tego społeczeństwa, jego strukturę i budowała ustrój, który doprowadził Polskę do katastrofy.

Stalinizm był narzucony z zewnątrz, Kaczyński przekonuje, że jego rewolucja oddaje państwo i gospodarkę w ręce patriotów.

Efekty są te same – cynizm, niszczenie instytucji i ludzi. To jest stonka, która obsiada polską gospodarkę; pleśń, która niszczy i koroduje kluczowe struktury państwa. Tysiące ludzi, którzy przejmują stanowiska oczyszczone z osób mających wykształcenie, osiągnięcia zawodowe, dorobek. Dla ludzi PiS tworzy się też zupełnie nowe stanowiska w firmach – na poziomie zastępców dyrektora czy kierownika. Albo też zakłada się dla nich specjalne fundacje i spółki, które mają uprzywilejowany dostęp do zamówień publicznych. W tym znaczeniu PiS jest głęboko antypaństwowe. Na naszych oczach upada mit wielkiego państwowca budowany wokół Jarosława Kaczyńskiego od początku lat 90. Jak to zawsze myślał on o wzmocnieniu państwa, o jego reformie. Ani wtedy o tym nie myślał, ani nie myśli dzisiaj. Myślał zawsze tylko o swojej partii – jak ją kosztem państwa uwłaszczyć. Mną naprawdę wstrząsnęły zupełnie jawne dokumenty z Krajowego Rejestru Sądowego dotyczące Fundacji Prasowej „Solidarność” oraz spółki „Srebrna”. Tam osobistej odpowiedzialności nie da się uniknąć. Podpisy Kaczyńskiego widnieją pod dokumentami i decyzjami, dzięki którym powstał system uwłaszczenia się jego środowiska na majątku publicznym. Kiedy to wszystko widzimy, rozpada się mit człowieka uczciwego, skromnego, wręcz niezgrabnego jeśli chodzi o finanse, przecież nawet nie mającego przez wiele lat własnego bankowego konta. To wszystko była ściema. Kaczyński zna kodeks spółek handlowych, umie wszystko ustawić tak, aby sam miał pełne panowanie nad własnością przechwyconą przez jego partię. Choćby status „Srebrnej”, którą zarządza jego sekretarka i dwóch jego kierowców.

Znów sam Jarosław Kaczyński ucieka od odpowiedzialności, w razie czego inni staną przed sądem, a jednocześnie zachowuje pełną kontrolę.

Ale właśnie dlatego powiedziałem na samym początku, że badając ten mechanizm uwłaszczenia PiS mam wrażenie docierania do sposobu działania i sposobu myślenia Jarosława Kaczyńskiego. Bez osłony mitów i propagandy, za którą on zawsze się chowa.

Jaka jest skala tego partyjnego uwłaszczenia? Czy publiczne pieniądze przetransferowane już na prywatne konta PiS-owców to miliony, dziesiątki, czy setki milionów złotych? I jak to wygląda, jeśli chodzi o liczbę beneficjentów. Ilu jest nowych milionerów, najbardziej zaufanych ludzi Kaczyńskiego, takich z poziomu Jasińskiego czy Jaworskiego, którzy na karuzeli spółek skarbu państwa w ciągu dwóch lat zarobili po kilka milionów, a ilu działaczy rządzącej prawicy uwłaszczyło się „zaledwie” na poziomie dziesiątek czy setek tysięcy?

Trudno to precyzyjnie powiedzieć przy tak ogromnej skali całego zjawiska. Ja nie jestem szefem NIK-u czy jakiejś służby państwowej dysponującej dziesiątkami ludzi. Działam jednoosobowo, pomagają mi mój asystent i szefowa biura poselskiego. Te wszystkie interpelacje i interwencje dotyczące pseudonagród dla ludzi PiS czy ich zarobków w spółkach skarbu państwa powstają z dnia na dzień. Ale po blisko trzech latach, jeśli dodamy do siebie spółki Skarbu Państwa, kontrolowane przez partię fundacje, nagrody dla całej nowej PiS-owskiej nomenklatury w administracji państwowej wszystkich szczebli, można mówić o kilkuset milionach złotych, które trafiły do ludzi rządzącego obozu ze środków publicznych, z podatków płaconych przez wszystkich Polaków, z których przecież większość nie głosowała na PiS. Kto wie, może już nawet „pękł” pierwszy miliard. Liczbę osób, które z tego skorzystały jeszcze trudniej określić. Myślę że na tym najwyższym poziomie partyjnej nomenklatury, tam gdzie nominacje zatwierdza osobiście Kaczyński, w największych spółkach skarbu państwa, przewinęła się co najmniej setka ludzi, a może więcej. Na poziomie działaczy rządzącego obozu uwłaszczonych na dziesiątki czy setki tysięcy złotych – poprzez pseudonagrody i pseudopremie, fikcyjne stanowiska, fundacje i firmy tworzone często przez rodziny i znajomych PiS-owskich polityków, które monopolizują zamówienia publiczne – można mówić co najmniej o kilkunastu tysiącach ludzi. Mną wstrząsnęła lista osób wyrzuconych w całym kraju z Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa, zastąpionych tam przez działaczy albo sympatyków PiS i rządzącej prawicy.

To jest mordowanie PSL-u, żeby PiS miało polityczny monopol na polskiej wsi.

I tak, i nie. Ja patrzę na poziom lokalny, gdzie owszem, zdarzali się działacze PSL, ale w ARiMR pracowała też cała masa ludzi będących po prostu urzędnikami, kompetentnymi, odpowiednio wykształconymi, z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Oni zostali wyrzuceni. Teraz trafiają tam ludzie, których jedyną kwalifikacją jest legitymacja partyjna. To samo dzieje się w KRUS, w terenowych ośrodkach wsparcia rozwoju rolnictwa, w oddziałach ZUS, w administracji skarbowej. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w Trybunale Konstytucyjnym, w sądach – tam, gdzie trafili już prezesi mianowani przez Ziobrę. To samo dzieje się w lokalnych i centralnych strukturach PGNiG czy spółek energetycznych. Państwo jest systematycznie niszczone, społeczeństwo głęboko demoralizowane. Dokładnie tak, jak to się działo w 1947 roku. Ja to obserwuję także w skali lokalnej. W moim powiecie na tej karuzeli stanowisk pojawiło się co najmniej kilkudziesięciu działaczy PiS. W tym ludzie z wyrokami, np. lokalna szefowa Prawa i Sprawiedliwości, która kiedyś pracowała w administracji skarbowej i ma – dziś już oczywiście zatarte – wyroki za korupcję, za przyjmowanie łapówek. Ona została teraz szefową lokalnego KRUS-u, z wysoką pensją. Albo inny przykład, właściciel jednoosobowej firmy prowadzącej kursy na prawo jazdy, dzięki legitymacji partyjnej PiS zostaje szefem ARiMR na duży powiat. Nie ma do tego żadnych kwalifikacji, chociażby zbliżonych. Tacy ludzie nie wnoszą do instytucji państwa żadnej nowej jakości, tylko patologie.

Jest jedno alibi, które Kaczyński zawsze stosuje w odpowiedzi na takie zarzuty. Ono do ludzi trafia, bo jest w tym ziarno prawdy. W 1989 roku było nomenklaturowe uwłaszczenie, przez jakiś czas próbowano budować „kapitalizm państwowy”, gdzie wcześniejsza pozycja w strukturach władzy dawała „przewagi konkurencyjne” w prywatnym biznesie. Druga część tego alibi to stwierdzenie, że przecież wszystkie inne partie też wysyłały swoich ludzi do gospodarki. Jakie są różnice między wcześniejszymi patologiami pojawiającymi się na styku polityki i gospodarki po roku 1989, a dzisiejszą rewolucją Kaczyńskiego?

Nie ma porównania, ani jeśli chodzi o skalę, ani jeśli chodzi o fatalny dobór ludzi, ani jeśli chodzi o ostentację i poczucie bezkarności, z jaką jest to przeprowadzane. Zacznijmy od tego, że to co robią dzisiaj Kaczyński i PiS nie da się porównać do zmiany ustrojowej roku 1989. Oczywiście byli wtedy ludzie z dawnej nomenklatury idący do gospodarki, ale były też masowy ruch oddolny, który zbudował nową polską klasę średnią. Te słynne składane łóżka, na których rozpoczynały się drobne biznesy – to naprawdę nie była partyjna nomenklatura. Poza tym media krytykowały patologie od samego początku, to docierało do wszystkich i dyscyplinowało także polityków. Powstał mechanizm przetargów na zamówienia publiczne, powstały bardziej czytelne mechanizmy finansowania partii, wreszcie – co może najważniejsze – powstała niepartyjna apolityczna służba cywilna. Teraz PiS ją świadomie zniszczył, zastępując wykwalifikowanych urzędników państwowych, których III RP już się dorobiła, swoją niekompetentną, „bierną, mierną, ale wierną” partyjną nomenklaturą. Ja sobie przypominam przypadek Janusza Tomaszewskiego, wicepremiera w rządzie AWS, który musiał odejść po oskarżeniu go o lobbowanie na rzecz polskich producentów żelatyny. On powiedział coś na ten temat na posiedzeniu rządu i musiał ze wszystkich stanowisk ustąpić. W porównaniu ze standardami dzisiejszego PiS to było połechtanie piórkiem. Dziś mamy Polską Fundację Narodową, mamy spółkę Solvere, którą tworzyli prawnicy Kaczyńskiego u niego w biurze, mamy pół miliarda złotych przekazane przez wicepremiera Glińskiego fundacji Czartoryskich, które od razu trafiły do Liechtensteinu, gdzie trudniej jest zdobyć informacje o ich ostatecznym przeznaczeniu.

Z tych pieniędzy miał być sponsorowany zjazd klubów Gazety Polskiej. Wycofano się z tego dopiero wówczas, kiedy sprawa przeciekła do mediów.

Potwierdziło się także to, że pseudonagrody dla PiS-owskiej nomenklatury w administracji państwowej były przyznawane już od 2016 roku, od razu po przejęciu władzy, często bez żadnej podstawy prawnej, w wysokości wcześniej niespotykanej. Kaczyński znowu kłamał mówiąc, że w 2017 roku to był „wypadek przy pracy” i nigdy wcześniej takich rzeczy PiS nie robiło. Dla partii rządzącej to jest po prostu kolejny stały kanał uwłaszczania tych działaczy, dla których nie starczyło miejsca w spółkach skarbu państwa. Do roku 2015 takie przypadki były przez wszystkich uznawane za łamanie reguł, stawały się skandalami, ministrowie i rządy przez to upadały, a formacje przegrywały wybory. Kaczyński w ogóle zlikwidował reguły, a skok na kasę przedstawia jako „dobrą zmianę”, zatem różnica chyba jest?

A inne alibi: „oni brali i my bierzemy, ale oni wam nic nie dawali, a my daliśmy wam 500 plus”. Czyli program 500 plus dla ludzi jako osłona programu 50 tysięcy, 500 tysięcy, a w pojedynczych przypadkach nawet 5 milionów plus dla PiS-wskiej nomenklatury. Czy to jeszcze działa?

Z moich spotkań z wyborcami, także tymi, którzy w 2015 roku zagłosowali na PiS, wynika, że takie tłumaczenie przestało już działać. Mimo całej propagandy PiS-u ludzie zrozumieli, że Platforma nie zlikwiduje 500 plus. Uczynimy ten program bardziej sprawiedliwym, mniej zależnym od politycznego widzimisię władzy. I wprowadzimy inne rozwiązania – bardziej motywacyjne i wyraźnie adresowane do potrzebujących. Ale nikt nie zabierze 500 plus, więc ten program nie osłania patologii tej władzy. Argument „my przyznajemy sobie samym po kilkadziesiąt tysięcy złotych pseudonagrody, a wy dostaliście 500 złotych, może dodamy wam jeszcze 300, więc siedźcie cicho” nie tylko nie działa, ale wkurza ludzi. Poza tym Polacy znają lokalnych działaczy PiS w swoich powiatach czy miastach, widzą ludzi, którzy nic sobą nie reprezentują, byli znani z korupcji, z przekrętów, a teraz dorzucają do swojego domowego budżetu kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy, albo nawet milion, jak pracują w dużej spółce skarbu państwa. Tego nie da się przykryć trzystoma złotymi jednorazowej wyprawki dla dziecka i aż się dziwię, że Mateusz Morawiecki próbuje. PiS rozbudziło ogromne oczekiwania przedstawiając w swoich kampaniach wyborczych wszystkich swoich politycznych konkurentów jako złodziei, a siebie jako jedynych uczciwych. Teraz stracili wiarygodność i to już jest równia pochyła.

Rozmawiał Cezary Michalski

Krzysztof Brejza, polityk, doktor nauk prawnych. Od 2005 roku członek Platformy Obywatelskiej, od 2007 roku poseł na Sejm z ramienia tej partii. Jest członkiem sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, członkiem komisji śledczej ds. Amber Gold, a także ministrem sprawiedliwości w gabinecie cieni PO. Rozpoczęta przez niego akcja ujawniania skali uwłaszczenia działaczy PiS na majątku publicznym przyczyniła się do spadku poparcia i największego kryzysu Prawa i Sprawiedliwości od czasu przejęcia władzy przez tę partię.

>>>