Tag Archives: policja

Morawiecki to tylko krętacz, który za wszelką cenę chce utrzymać się u koryta. Taka se świnia z folwarku K.

16 Paźdź

Kmicic z chesterfieldem

Manifestacja pod Komendą Powiatową Policji w Lubinie przerodziła się w zamieszki. Protestujący rzucają w policantów i w budynek kamieniami, butelkami i cegłówkami. Podpalili kontener ze śmieciami. Policja użyła gazu.

Manifestanci o śmierć Bartka, 34-letniego (wcześniej mówiono, że miał 32-lata) mieszkańca Lubina,  oskarżają funkcjonariuszy. W zapowiedziach protestu w mediach społecznościach podkreślali „bestialskie potraktowanie” mężczyzny i apelowali: „nie pozwólmy na bezprawie”.

Część komentujących podkreślała, że Bartek miał problem z narkotykami, że widywali go w różnym stanie na ulicach Lubina. Inni pisali, że owszem miał z tym problem, ale „nikt nie zasługuje na utratę życia”.

Ksiądz na umowę o pracę, brak dotacji dla Kościoła z budżetu państwa i jasny cennik za posługę. Kościół…

View original post 190 słów więcej

Kaczyńskiego obleciał tchórz i straszy

9 Gru

W czasie, gdy w Sejmie debatowano nad wotum nieufności dla Jarosława Kaczyńskiego, Sejm było otoczony policją, jak w Gwiezdnych Wojnach, a potestujące kobiety i młodzież zamknięta w kotle była aresztowana i wywożona sukami przez policję nie wiadomo gdzie. Mamy do czynienia z czystym PRL-em i to wróży, że Kaczyński skończy gorzej niż Jaruzelski.

O roli policji w obronie państwa PiS na Twitterze pisze Zbigniew Hołdys.

A Kaczyński w tym czasie w Sejmie grozi.

Jedna z liderek Strajku Kobiet Klementyna Suchanow nie wie, co reżim Kaczyńskiego zrobił z jej córką.

Sejm odrzucił w piątek wieczorem wniosek o wotum nieufności wobec wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego. Wniosek złożyła Koalicja Obywatelska.

Więcej o wotum nieufności dla Kaczyńskiego >>>

Strajk generalny 13 grudnia #jebaćpis #Strajkobiet

Program Strajku Kobiet >>>

Repolonizacja nie ma z tym nic wspólnego. Nie o polskość tu chodzi, tylko żeby móc wspierać ekipę rządzącą. To poważny cios w wolność słowa i wolność prasy, bo wiemy, jak wyglądają media PiS-owskie i jak są sterowane – mówi Seweryn Blumsztajn, prezes Towarzystwa Dziennikarskiego, komentując przejęcie wydawnictwa prasowo-internetowego Polska Press przez Orlen. – To smutne, co powiem, ale moim zdaniem w dzisiejszych czasach właściciel zagraniczny jest często gwarantem niezależności. Oto dopiero paradoks – dodaje.

Biorąc pod uwagę, że PiS nic nie umie robić, tylko wszystko niszczy, nie sądzę, aby to przyniosło jakieś zyski. Pewnie jak zwykle

przez brak znajomości, know-how, doświadczenia itd.

Wywiad z Sewerynem Blumsztajnem >>>

 

Dni PiS u władzy są policzone

17 Maj

Jestem przekonany, że dni PiS u władzy są policzone.

Po pierwsze, Rafał Trzaskowski da bobu Dudzie, acz nie obejdzie się to bez przelewu krwi. Bo Kaczyński wszystko zrobi, aby sfałszować wyniki wyborów.

Pośle policje i wojsko przeciw protestującym, część odmówi. Kaczyński będzie szczuł jednych Polaków przeciw drugim Polakom.

Sam ucieknie. Gdzie? Albo Białoruś, albo Turcja.

Duda wyląduje przed Trybunałem Stanu, a potem w kiciu. A Morawiecki da nogę wraz z Kaczyńskim.

Tak to widzę. I tyle. Wszystko zawędrowało już za daleko.

Siłowe zachowania policjantów podczas sobotnich protestów, a nie postulaty protestujących czy ich liderzy, wywołały największe zainteresowanie w mediach społecznościowych. Ludzie powszechnie oburzyli się na policję, najczęściej porównując ją do PRL-owskiego ZOMO. Raport z sieci.

Rośnie niechęć do funkcjonariuszy, a jednocześnie – sympatia do protestujących oraz polityków, którzy zostali siłowo potraktowani przez policję.

„Sylwester poszukuje żony, zabrali go do Wołomina, wraca do Warszawy. Ma ktoś info o jego żonie?”.

„Czy ktoś wie gdzie jest Ania?”.

„Suka przywiozła nas na Bielany ul. Żeromskiego. Nie wiem, ile osób”.

„Zatrzymali mego kolegę Łukasza – nie wiemy, gdzie go zabrali. Zawinęli go na placu Zawiszy”.

„Czy ktoś ma możliwość podjechania i użyczenia mi trochę ciepła, siedzę na przystanku od 2 godzin i czekam na resztę ekipy, która jest na policji. Ul. Konwiktorska”.

„Szukam męża. Dariusz T. Może ktoś coś wie?”.

„Grodzisk Mazowiecki. Sześć godzin czekania za protokołem”.

„Jestem z moimi przyjaciółmi w Legionowie. Prosimy o pomoc, już 6 godzinę nas trzymają!!!”.

Tak kończył się dzień „Strajku Przedsiębiorców” 16 maja 2020 w Warszawie na grupie tego środowiska na Facebooku. Prawie tysiąc komentarzy od osób informujących o miejscu swego zatrzymania przez policję, szukających bliskich, oraz tych, którzy oferowali im pomoc, głównie w powrocie do Warszawy.

Więcej o strajku przedsiębiorców >>>

W piątkowy wieczór, 15 maja Marek Niedźwiecki jak zwykle przedstawił aktualne wydanie Listy przebojów radiowej Trójki. Na szczycie listy pojawił się najnowszy kawałek Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”. Kilka minut po emisji notowanie zniknęło z oficjalnej strony radia. W związku z zaistniałą sytuacją na stronie PR pojawiło się oficjalne oświadczenie. „Dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki” – czytamy w komunikacie. Niedługo później pojawiła się informacja, że z Trójki odchodzi Marek Niedźwiedzki.

Więcej o Kaziku i odejściu Niedźwieckiego z „Trujki” >>>

>>>

Trzaskowski wygra wybory albo przynajmniej uratuje Platformę, jeśli zostanie prezydentem wszystkich „słoików” – pisze Cezary Michalski. Kandydat wielkomiejski w kraju tak bardzo podzielonym i przeoranym przez populizm jak dzisiejsza Polska albo jest kandydatem „inteligencji”, „elit” i wtedy przegrywa, albo jest kandydatem „słoików”, czyli reprezentantem awansu społecznego, związanych z nim energii i ambicji, a wtedy przegrać nie może. Trzaskowski będzie ustawiany – przez populistyczną prawicę i populistyczną lewicę – w roli tego pierwszego, musi być tym drugim.

Esej Cezarego Michalskiego >>>

Trzaskowski był posłem, europosłem, ministrem, prezydentem stolicy. Takie kompetencje i doświadczenie ma mało który polityk. Wśród innych kandydatów nie ma osób o podobnych osiągnięciach. Problem leży gdzie indziej – o ile Trzaskowski wygrałby zapewne we wszystkich wyborach, w których braliby udział mieszkańcy miast dużych i średnich, to jego dokonania i sylwetka może nie przekładać się na oczekiwania ludzi mieszkających na wsi i w małych miasteczkach – mówi dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Dziś już nie ma dylematu, czy do tych wyborów należy pójść, i Rafał Trzaskowski może od razu przystąpić do zbudowania poparcia zapewniającego wejście do II tury, a w perspektywie do zyskania poparcia wyborców pozostałych partii opozycyjnych, niezbędnego do wygrania wyborów – dodaje.

Wywiad z dr. Robertem Sobiechem >>>

Wszystkie obszary życia zostały ostro skażone nie tylko koronawirusem, ale przede wszystkim narastającym otumanieniem społecznym

Newsem numer jeden dzisiejszego dnia to rezygnacja z kandydowania na prezydenta RP Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i zgłoszenie do wyścigu o najwyższy urząd w państwie Rafała Trzaskowskiego. Nie ma co ukrywać, Kidawa-Błońska nie poradziła sobie z kampanią wyborczą w tak trudnych realiach. Zresztą trudno się dziwić, bo miała niewielkie wsparcie ze strony swoich koleżanek i kolegów partyjnych, a praca jej sztabu wyborczego wołała o pomstę do nieba. Tym sposobem PO pięknie wpisało się w ogólnonarodowy chaos i tak sobie właśnie tkwimy. W Polsce, która bałaganem stoi, w której nie widać światełka, dającego nadzieję, że nadal żyjemy w normalnym państwie. Państwie cieplutkim, przytulnym, bezpiecznym.

Felieton Tamary Olszewskiej >>>

Dla obrony demokracji w Polsce pałac prezydencki jest znacznie ważniejszy niż stołeczny ratusz.

W ten weekend w internecie mamy w wysyp komentarzy krytykujących decyzję Koalicji Obywatelskiej, która zmieniła kandydata w wyborach prezydenckich. Oceniając po treści i tonacji, można się domyślić, że autorami sporej części tych wpisów są przeciwnicy PO, niektórzy to pewnie płatni trolle. Wyraźnie więc widać, że po wejściu Rafała Trzaskowskiego do gry PiS poczuł się zaniepokojony.

Felieton Wojciecha Maziarskiego >>>

Czy fuererek Kaczyński zniszczy nasz świat?

13 Kwi

Czy koronawirus zniszczy nasz świat? Czy mamy ogłaszać koniec naszego świata, bo do władzy dojdą małe fuererki Kaczyńskie?

Jest źle.

Niejasne przepisy i dowolność ich interpretacji dały policji ogromną władzę w stanie pandemii. Funkcjonariusze wykorzystują ją w sposób dyskusyjny, używając nowych uprawnień do karania, a nawet upokarzania obywateli. Wyjątkiem są Jarosław Kaczyński i jego kuzyn, którzy otrzymali przyzwolenie na łamanie restrykcji.

Więcej >>>

Od kilku tygodni pisowscy funkcjonariusze nie zajmują się niczym innym, jak parciem za wszelką cenę do farsy wyborczej, którą zamierzają zorganizować 10 maja. Stosują przy tym stałe swoje metody: wszechobecne kłamstwo, straszenie, że opozycja chce złamać Konstytucję, przesuwając termin, mówią, że to pseudo głosowanie, które ma się odbyć korespondencyjnie jest całkowicie bezpieczne, podając przykład Bawarii, gdzie było zaledwie nieco ponad milion uprawnionych do głosowania, ale nie dodając, że „dziwnym trafem” po tym głosowaniu gwałtownie wzrosła ilość zainfekowanych koronawirusem. W kraju manipulują w sposób oczywisty statystykami zgonów z powodu epidemii, jak chociażby w Warszawie, której prezydent podał ich liczbę jako 32, a Ministerstwo Zdrowia uznało… osiem, ze względu „na inną metodę raportowania”.

Przerażająca jest podłość i pogarda pisowskich funkcjonariuszy dla społeczeństwa. Dążą za wszelką cenę do „głosowania korespondencyjnego”, które przez lata uważali za absolutnie niedopuszczalne ze względu na możliwość fałszerstw, narażają miliony ludzi na zarażenie wirusem, które nawet przy takim głosowaniu jest bardzo prawdopodobne. Trudno oczywiście powiedzieć coś konkretnego na temat ilości nowych zakażeń, ale można na podstawie chociażby obserwacji z innych krajów przyjąć, że będą ich tysiące, co niestety, pociągnie za sobą wiele zgonów, zwłaszcza że w tych „wyborach” weźmie udział dużo ludzi starszych, szczególnie narażonych na infekcję.

Więcej >>>

„Przez pierwsze dni w szpitalu byłem w stanie jeść. Wmuszałem w siebie kromkę chleba, żeby zrobić podkład pod leki. Rano dwanaście tabletek, po południu osiem. I antybiotyki dożylnie.” Do tej pory w Polsce z COVID-19 oficjalnie wyleczono ok. 375 osób. OKO.press wysłuchało historii jednej z nich.

Jak wychodzi się z koronawirusa >>>

Trochę nie rozumiem oburzenia z powodu tego, że prezes Kaczyński w tłumie swoich wyznawców złożył kwiaty pod pomnikiem Czarnych Schodów (nieudolnie symbolizujących katastrofę smoleńską) a potem pojechał wypasioną limuzyną, w towarzystwie obstawy, na zamknięte dla ludu Powązki, by złożyć kwiaty na grobie swojej drogiej matki.

Wódz wszystko może! Putin też może, Stalin też mógł, Łukaszenko w ogóle nie potrafi sobie wyobrazić, że czegoś nie może, a taki Kim Dzong Un jest wszędzie panem. A przecież Kaczyński jest dużo lepszy niż Putin czy Łukaszenko…. No może daleko mu jeszcze do Kim Dzong Una, ale z tymi dwoma miliardami na propagandę szybko może mu dorównać. Nie ma co się wściekać na nierówności i niesprawiedliwość, na hucpę, cynizm, hipokryzję i pogardę dla stanowionego prawa – na tym polega autorytaryzm! I jedna trzecie naszego społeczeństwa to naprawdę lubi.

Cały felieton Magdaleny Środy >>>

Mit VI. Prezes.

Mit prezesa wiąże się częściowo z mitem premiera. Oczywiście tylko w warstwie pracy dla idei. W micie na temat prezesa fundamentem jest jego brak osobistego majątku, życie w podupadającym domu i całkowite oddanie się Polsce. I tak już od czterdziestu lat.

W rzeczywistości taśmy ujawnione przez Gazetę Wyborczą, na których utrwalono rozmowy Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem, który miał zbudować dla prezesa dwie smukłe wieże w samym sercu Warszawy, pokazały, że Kaczyński nie jest dobrotliwym, ubogim ojcem narodu, tylko zwykłym, łasym na szmal kombinatorem, który świetnie porusza się w szarej strefie, a ten jego brak prawa jazdy, konta w banku i problemy z podłączeniem słuchawek do telefonu, to zwykła ściema dla gawiedzi.

Taśmy Birgfellnera pokazały też, że znoszony, stary garnitur, obsypany od czasu do czasu białym pyłem z siwych włosów oraz znoszone, często brudne buty, to tylko kamuflaż na wzór mundurków noszonych przez różnych satrapów. W micie prezesa zawsze też znajdzie się jakiś poseł Krasulski, który z atencją należną geniuszowi strzepnie z ramion ów księżycowy pył.

W micie tym mieści się też opowieść o nadprzyrodzonych zdolnościach prezesa, umożliwiających mu przewidywanie jedenastu ruchów przeciwnika w przód. Tymczasem prawda jest dużo bardziej prozaiczna i zamyka się w stwierdzeniu, że prezes nieziemsko wręcz potrafi dzielić ludzi, co pozwala mu tyle lat zasiadać na stolcu władzy i to niezależnie czy w danej chwili PiS jest w opozycji, czy rządzi. Zawsze jest przy nim grupa ochroniarzy, ma służbowe auto i dyrektorów szpitali pod ręką, którzy na skinienie donoszą mu kule, gdy zajdzie potrzeba.

Zaiste, jak można zbudować taki mit i przez dziesiątki lat żyć na koszt społeczeństwa, nie parając się przy tym żadną pożyteczną pracą jak miliony Polaków każdego dnia.

Tak, to jest “genialne”.

15 mitów PiS kapitalnie opisanych przez Jacka Liberskiego >>>

Po katastrofie smoleńskiej zahamowaniu uległ proces poszukiwania przez Polaków nowej tożsamości. PiS wskrzesiło mit o bohaterach i ofiarach, z Rosją i Niemcami w roli odwiecznych wrogów – pisze TAZ.

Więcej >>>

Hiszpania i Włochy spierają się z Holandią i Niemcami. W ostatnim możliwym terminie wyznaczonym przez Radę Europejską ministrowie finansów strefy euro przedstawili zarys działań ratunkowych w czasach wirusowego kryzysu. Kością niezgody była emisja wspólnego długu, której w oświadczeniu eurogrupy zabrakło.

Więcej >>>

W Polsce przyrost zachorowań dużo mniejszy niż można się było spodziewać. Fakt, że administracja Trumpa zignorowała styczniowe ostrzeżenia ekspertów, niespodzianką już nie jest. Na Wyspach Boris Johnson po chorobie pokochał publiczny system ochrony zdrowia.

Więcej >>>

Na żyznej glebie agresywnego populizmu wyrosła nam nowa odmiana szczwanych prymitywów

Zdumiewające. Niby dorośli ludzie, na ważnych stanowiskach, często po studiach, czasem i z doktoratami, a potrafią wygadywać takie głupoty, że pojąć trudno. Tacy są, czy tylko udają? Czy funkcjonariusze PiS, podobnie jak notable w PRL, są po prostu kastą ograniczonych buców, czy to jednak cwani cyniczni gracze? Wierzą w patriotyczno-narodowy bełkot Kaczyńskiego, czy raczej traktują tę narrację jak mgłę smoleńską, skrywającą ich rzeczywiste intencje, pazerność i żądzę władzy?

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Policja polityczna

24 List

Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących przeciw pisowskim ustawom o sądach. Dotarliśmy do dokumentów z policyjnej akcji „Rekonesans”. Bianka Mikołajewska: To jeden z moich tekstów w OKO.press, z których jestem najbardziej dumna

Policja polityczna. Operacja „Rekonesans” – setki tajniaków śledziły manifestujących

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży


Z dokumentów, do których dotarliśmy, wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej, i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą, by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych, itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. »Sejm«”, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło, by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego KSP (na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza, że osoby w pochodzie krzyczą »Solidarność naszą bronią«”.
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”.
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”.
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squatu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”.

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squattersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/nadzorować/monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu”.
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squatu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony”.

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno-rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres”.

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym, jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squatu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squatterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info ze sztabu 208, że grupa squattersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squat w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squat pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja, czyli nadzór, nadzór, czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”,
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też”.

Tekst prof. Koncewicza czytaj tutaj >>>

PiS nie ukrywa tego, chce znieść w Polsce demokrację

13 Wrz

>>>

Nic nie zapowiadało takiego zwrotu akcji w wyborczym wyścigu. Faworyt był jeden, a jego pozycja lidera wydawała się być niezagrożona. Tempo marszu po władzę totalną, najlepiej konstytucyjną miało przyspieszyć ogłoszenie przełomowych propozycji, nazwanych “hattrickiem Kaczyńskiego”. Obejmują one radykalny i skokowy wzrost płacy minimalnej, wprowadzenie 13-stej i 14-stej emerytury na stałe oraz zwiększenie dopłat dla rolników. Jak donosi dziś “Gazeta Wyborcza”, postulaty te są odpowiedzią na wyniki badań elektoratu, jakie partia rządząca przeprowadziła w okresie przedwyborczym. To właśnie przymilenie się do tych trzech grup społecznych – najmniej zarabiających, emerytów oraz rolników, ma dać ekipie Zjednoczonej Prawicy miażdżące zwycięstwo wyborcze. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak i zamiast efektu “WOW”, propozycje wywołały kryzys, z jakim PiS jeszcze w tej kadencji mierzyć się nie musiało.

Tak długo bowiem, jak działania obozu władzy koncentrowały się na uderzeniach w nieco abstrakcyjne dla przeciętnego Polaka kwestie, jak praworządność, mający zła sławę w III RP wymiar sprawiedliwości czy prawa obywatelskie (ograniczane sukcesywnie od 2015 roku), partia Kaczyńskiego pozostawała teflonowa. Po zapowiedzi radykalnego zwiększenia kosztów pracy po stronie przedsiębiorców, wsparta dodatkowo niejasną zapowiedzią premiera o uzależnieniu składek na ZUS od dochodów przedsiębiorcy, wątpliwości nabrali nawet wyborcy w takich bastionach PiS jak Podkarpacie czy Małopolski.

– “To nie jest tak, że ten wyciągnięty nagle z kapelusza pomysł uderzy tylko w przedsiębiorców. On uderzy w całą gospodarkę, a ostatecznie w pracowników. Jedni po prostu stracą robotę, bo ich firmy padną, inni będą płacić dwa razy więcej za towary i usługi, bo efektem skokowej podwyżki musi być wzrost cen. A wszystko przez nieodpowiedzialnych polityków, którzy na pytanie „skąd się biorą pieniądze”, odpowiadają zdziwieni: „Jak to skąd? Z bankomatu!” – skomentował dla dziennika “Polska The Times” Paweł Kukla, prezes Nowosądeckiej Izby Gospodarczej. Bezlitośnie też obnażył patologię polskiego środowiska gospodarczego, do której doprowadziła ekipa “dobrej zmiany”. – “Mamy konkurować z Niemcami? Niemieccy przedsiębiorcy płacą mniej od polskich za: prąd, gaz, wodę, ścieki. Nie są przytłoczeni taką biurokracją. No i nikt ich z dnia na dzień nie zaskakuje decyzjami, przez które z dnia na dzień ich biznesplany i strategie rozwoju nadają się na śmietnik – mówi rozgoryczony.

W sieci pojawia się coraz więcej doniesień, że wielu przedsiębiorców, dotychczas głosujących na Prawo i Sprawiedliwość może w ostatniej chwili zmienić zdanie, bo nic tak mocno nie burzy zaufania do partii politycznej, jak bezpośrednie uderzenie w kieszeń wyborcy, którego przyszłość finansowa może zostać zachwiana jednym nieodpowiedzialnym ruchem. Zdecydowanie nie tak to miało wyglądać i nie taki efekt wywołać. Nieważne, że premier i część ministrów w ostatnich dniach próbowała wyjaśniać, że kwestia zmian w naliczaniu ZUS obejmie tylko najsłabiej zarabiających. Na nic zapewnienia prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, że podniesienie płacy minimalnej w najmniejszym stopniu nie wpłynie na poziom cen efektów pracy przedsiębiorców. Wiele kłamstw i prób mydlenia oczu można przyjąć, ale akurat liczyć to polscy przedsiębiorcy, także Ci popierający PiS potrafią. Do świadomości społecznej przebił się przekaz, że idą radykalne podwyżki ZUS, drożyzna się pogłębi, a pan z budki z kebabem zarobi więcej, niż jego szef, co raczej nie wróży mu długiego zatrudnienia. W kontekście nadchodzących wyborów, taki samobój może partię rządzącą bardzo słono kosztować.

Dziś w “Rzeczpospolitej” sprawę próbuje ratować jeszcze wicepremier Jarosław Gowin, rzekomo wolnorynkowiec i obrońca interesów klasy średniej. Mówi nawet, że podwyżki ZUS nie obejmą wszystkich przedsiębiorców i on jest gotów postawić na szali swój honor i swoją wiarygodność, z dymisją ze sprawowanej funkcji włącznie. Pytanie jednak, czy osoba całkowicie skompromitowana przez ostatnie 4 lata, nieposiadająca moralnego kręgosłupa i głosująca “za” propozycjami, z którymi rzekomo całym sercem się nie zgadza, ma jeszcze czym szastać.

„PiS nie podniesie składek ZUS dla przedsiębiorców. Ręczę za to swoją wiarygodnością. Jeśli tak się stanie, podam się do dymisji” – zapewniał Jarosław Gowin w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Zakwestionował pomysł zniesienia pułapu 30-krotności w naliczaniu składek: „Porozumienie zajmuje tu inne stanowisko niż PiS. W naszej ocenie likwidacja 30-krotności w oczywisty sposób doprowadzi do spadku wynagrodzeń tych grup zawodowych, które są kluczowe dla rozwoju nowoczesnego państwa: specjalistów, informatyków, kadry kierowniczej średniego szczebla czy wolnych zawodów” – zauważył.

Musimy sobie zadać pytanie, czy zależy nam na skutecznej konkurencji z najbardziej zamożnymi państwami świata. To jest wyścig o talenty, o ludzi szczególnie uzdolnionych. Jako minister współodpowiedzialny za rozwój technologii i innowacyjność jestem rzecznikiem klasy średniej. Bo jej interesy są przecież zbieżne z polską racją stanu” – dodał wicepremier.

Mówiąc o niezachwianej jednomyślności w obozie prawicy odniósł się przy okazji do zapowiedzi wzrostu płacy minimalnej. Zdradził, że decyzja o szybszym wzroście płacy minimalnej zapadła w kilku ostatnich tygodniach.

Wypracowaliśmy wspólne stanowisko. Z jednej strony, zgodnie z propozycją PiS, szybciej niż pierwotnie zakładaliśmy wzrośnie płaca minimalna. Z drugiej, PiS zaakceptowało postulat Porozumienia, aby tak obniżyć ZUS dla małych firm, żeby wzrost płacy minimalnej nie podkopał ich finansowych fundamentów” – powiedział wicepremier i minister szkolnictwa wyższego.

W przyszłej kadencji w dużo większym stopniu położymy nacisk na uruchamianie rezerw rozwojowych. To jest warunek stabilnej realizacji bezprecedensowo szerokich programów społecznych” – zapewnił Jarosław Gowin.

Teraz, jak dojrzewają afery i skandale, zbiera się w sobie pan prezes, po czym wydaje decyzję polityczną.

Wczoraj znowu dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat naszej aktualnej rzeczywistości. Otóż minister Zbigniew Ziobro fantastycznym ministrem jest, a nominowani przez niego sędziowie, którzy zarządzali „farmą trolli”, to – i tu cytat z pana premiera Morawieckiego – „sędziowie, którzy chcieli naprawiać rzeczywistość”. Taka zapadła bowiem „decyzja polityczna”.

Ile ma ona wspólnego z kolekcją zielonych (i nie tylko) teczek, ukrytych gdzieś w zakamarkach ministerstwa, można się jedynie domyślać. Zdaje się jednak, że Archiwum Ziobry jest znacznie zasobniejsze od niesławnej Szafy Kiszczaka.

Wracając zaś do „decyzji politycznej”, to jest to – zdaje się – najważniejszy z czynników kształtujących wizję rzeczywistości w otoczeniu pana prezesa. Kiedyś, w epoce „towarzyszy”, jak dojrzewało żyto i pszenica, to najpierw zbierało się… posiedzenie Komitetu Centralnego. Teraz, jak dojrzewają afery i skandale, zbiera się w sobie pan prezes, po czym wydaje decyzję polityczną.

W ten sposób – jak Napoleon z reklam supermarketu Carrefour – zdecydował, że choć nie ma tego w projektowanym przez jego własną partię budżecie na następny rok, pensja minimalna ma wzrosnąć do trzech tysięcy, a emerycka „trzynastka” stać się świadczeniem stałym. Polska zaś ma być „państwem dobrobytu” – takim miejscem, które rośnie w siłę, a ludzie żyją tu dostatniej. Taka decyzja – jak wykazują badania – całkowicie wystarczy na dobrze ponad 40 procent wyborczego poparcia.

Na wszelki wypadek jednak, w hołdzie „wartościom” i dla poparcia w parafiach, decyzja polityczna prezesa zdecydowała jeszcze, że nasza ojczyzna będzie krajem katolickim, ponieważ poza Kościołem jest tylko „nihilizm”, a nihilizmowi partia aktualnie rządząca mówi swoje stanowcze „nie”! Rodzina natomiast ma się składać z „kobiety, mężczyzny oraz ich dzieci”. Dzięki temu będziemy – od Odry do Bugu – strefą „wolną od ideologii LGBT”!

Gdyby zaś i tego jeszcze było mało, „decyzja” zdecydowała o wznowieniu obrad „starego” Sejmu już po wyborach. I wtedy, jak się domyślamy, w zależności od ich wyniku – będzie ona (decyzja, znaczy) decydować, co dalej.

A na razie decyzją polityczną pana prezesa (bo przecież nie stanem faktycznym, który jaki jest, każdy widzi):
– panowie Kuchciński, Piebiak i inni partyjni bohaterowie serii afer i skandali to ludzie krystalicznej uczciwości,
– „Trzy Beaty” to niedościgłe wzory manier i elegancji na aktualną epokę, choć i tak daleko im pod tym względem do absolutnego ideału – posłanki Krystyny Pawłowicz,
– tylko patrzeć, jak Niemcy wypłacą nam sowite reparacje,
– ściągalność podatku VAT wynosi sto procent,
– budżet nie ma deficytu,
– zagraniczne zadłużenie Polski spada,
– Port Lotniczy Baranów, kanał przez Mierzeję, sto tysięcy mieszkań i drugie tyle elektrycznych samochodów już – odpowiednio – stoi, działa i jeździ po naszych świeżo wybudowanych lokalnych drogach,
– służba zdrowia, edukacja i sądownictwo mają się zdecydowanie lepiej niż przed nastaniem „dobrej zmiany”,
– zdecydowanie poprawił się też klimat – bo to oczywiste, że rządy formacji prezesa natychmiast uzdrowiły polską atmosferę.

Niestety, jak na razie, to pod rządami PiS wzrosła nam – i to po raz pierwszy od transformacji – umieralność. Ale – jak uspokaja Paweł Kukiz – i na to jest rada. Tylko patrzeć, aż pan prezes podejmie decyzję polityczną, że każdy Polak będzie żył minimum 105 lat.

>>>

„Jestem naćpany!” – krzyczał Tomasz Wróblewski, dzwoniąc z hotelu w Ełku na telefon alarmowy. Policjanci powinni byli wezwać pogotowie, ale pojechali do hotelu sami. Według świadka, do którego dotarło OKO.press, zostali sam na sam ze skutym Tomaszem na kilka minut. Gdy wyszli, “miał pobitą twarz”. Zmarł chwilę później. A nagrania interwencji zniknęły

Do redakcji OKO.press zgłosiła się rodzina Tomasza Wróblewskiego (na zdjęciu), 37-latka, który w nocy z 13 na 14 sierpnia zmarł w trakcie interwencji policji z Ełku. Zdaniem najbliższych mężczyzny, przed śmiercią ktoś znęcał się nad nim, a policja próbuje zatrzeć ślady.

Rodzina udostępniła nam jego zdjęcia, zrobione w zakładzie pogrzebowym. Twarz Tomasza jest na nich zmasakrowana.

Kto doprowadził go do takiego stanu? Tego nie wiemy. Okoliczności śmierci wyjaśnia prokuratura, która wciąż czeka na wyniki sekcji zwłok. Już teraz jednak można powiedzieć, że w trakcie interwencji policji doszło do poważnych nieprawidłowości.

  • Dyżurny policjant nie wezwał na miejsce pogotowia, choć – według świadka, do którego dotarliśmy – dzwoniąc na 112 z hotelowego pokoju, Tomasz krzyczał, że “jest naćpany”. Z uzyskanych przez nas informacji wynika, że dyspozytor 112 przekazał informację o narkotykach policji. W takich sytuacjach policja ma obowiązek wezwać karetkę.
  • Pogotowia nie wezwali też interweniujący policjanci, choć Tomasz na ich widok nadal wzywał pomocy policji, wyraźnie nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niego. Nie wzywając karetki, funkcjonariusze mogli dopuścić się karalnego niedopełnienia obowiązków.
  • Policjanci użyli wobec Tomasza gazu pieprzowego, przydusili go, zakuli i siłą wyprowadzili z hotelu, choć zgodnie z przepisami mogli jedynie unieruchomić go do przyjazdu pogotowia.
  • Po kilku minutach, przez które policjanci przebywali sam na sam z Tomaszem, według świadka “miał [on] pobitą twarz”. Niedługo po tym zmarł.
  • Z telefonu świadka, który został zabrany przez jednego z policjantów, zniknęły dwa nagrania z interwencji. Jeśli to funkcjonariusz je usunął, może być pociągnięty do odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień i utrudnianie śledztwa.

Według mec. Adama Ploszki, okoliczności śmierci Tomasza Wróblewskiego przypominają sprawę Igora Stachowiaka. Ploszka był jednym z pełnomocników jego rodziny. Stachowiak zmarł po interwencji policjantów, którzy razili go paralizatorem w łazience we wrocławskim komisariacie. W tamtej sprawie nie udało się udowodnić, że policjanci przyczynili się do śmierci.

Sąd skazał ich jednak na dwa do dwóch i pół roku bezwzględnego więzienia za przekroczenie uprawnień, bo zamiast wezwać pogotowie, siegnęli po paralizator.

Ciało

15 sierpnia Prokuratura Rejonowa w Ełku wydała rodzinie ciało Tomasza. „Nie mogłem go poznać, a ostatnio widzieliśmy się dwa dni wcześniej” – mówi OKO.press brat zmarłego.

Rodzina Tomasza w mailu przesłanym redakcji OKO.press wyliczyła ślady na jego ciele:

  • zdarta skóra w wielu miejscach twarzy,
  • lewe oko kilkukrotnie powiększone z widocznym zasinieniem dookoła,
  • złamany nos,
  • ślady uderzeń tępym narzędziem w górną część płata czołowego,
  • wgłębienia w czaszce,
  • z tyłu głowy, po lewej stronie odcisk podeszwy buta,
  • ślady duszenia na szyi,
  • sine, wręcz czarne i zniekształcone lewe ucho,
  • wyraźne, krwawe rany w dwóch miejscach w pobliżu skroni, wyglądające jak po użyciu paralizatora,
  • zniekształcony lewy policzek
  • oraz rany i opuchlizna na nadgarstkach od kajdanek.
  • A przy tym wszystkim – brak śladów walki na dłoniach Tomasza.

Dostaliśmy też jedno zdjęcie Tomasza zrobione za życia i 39 szczegółowych zdjęć jego głowy, dłoni i sylwetki z zakładu pogrzebowego (zdecydowaliśmy, że nie będziemy ich publikować).

Na fotografiach Tomasz ma już pośmiertny makijaż. Jak tłumaczą jego najbliżsi, przez silne emocje nie pomyśleli o fotografowaniu ciała wcześniej, w prosektorium. Mimo to można stwierdzić, że w przesłanym nam opisie obrażeń rodzina Tomasza nie przesadziła.

Sądowa biegła, z którą się skontaktowaliśmy, uprzedziła, że żaden szanujący się ekspert nie jest w stanie stwierdzić jedynie na podstawie fotografii, w jaki sposób powstały obrażenia. Porównanie zdjęć zrobionych przez rodzinę z wynikami sekcji zwłok, może jednak wykazać ewentualne braki w opisie z sekcji.

Jak powstały obrażenia na ciele Tomasza Wróblewskiego?

Wezwijcie policję!

Tuż przed północą Bożenę* wyrwał ze snu przeraźliwy krzyk nieznajomego mężczyzny. “Dzwońcie po policję! Policja! Ratunku! Pomocy!”. Po kilku minutach wezwanie powtórzyło się kilkukrotnie: “Pomocy! Policja!”.

“Był tak głośny, jakby dochodził z bardzo bliska” – wspomina pani Bożena. Spotkaliśmy ją przed jej domem, szukając świadków wydarzeń z nocy 13 na 14 sierpnia.

W rzeczywistości krzyk dobiegał z jednopiętrowego hotelu, który stoi kilka domów dalej. Krzyczał Tomasz Wróblewski. To on zarezerwował pokój i przyjechał do Ełku z oddalonego o 50 kilometrów Filipowa. Miał spędzić tę noc z Dianą*, dwudziestoparolatką, którą poznał kilka tygodni wcześniej na portalu randkowym. W trakcie spotkania z jakichś powodów przestał jej jednak ufać.

Kradzież auta?

Minutę po północy Tomasz napisał na Messengerze do przyjaciółki: “Zadzwoń na policjie” [pisownia oryginalna – przyp. red.]. Próbował się z nią połączyć. Wiadomość zauważyła dopiero rano.

Dwie minuty po północy zadzwonił do Pauliny, kolejnej przyjaciółki. Odebrała, ale po drugiej stronie usłyszała tylko pisk. Oddzwoniła, ale bez skutku.

Tomaszowi udało się jednak samemu dodzwonić pod 112. Powiedział, że ktoś próbuje okraść jego samochód, który stał na podjeździe przed hotelem. W środku miał cenny sprzęt stolarski, którym zarabiał na życie, budując drewniane domy w całej Polsce. Był pewien, że Diana jest ze złodziejami w zmowie.

“Był agresywny. Sugerował, że go okradam, a tak nie było” – napisała w odpowiedzi na pytania OKO.press Diana. Udało nam się z nią skontaktować przez Facebooka.

Narkotyki

Dyżurnemu Tomasz miał powiedzieć też, że jest pod wpływem narkotyków. “Mówił, że się naćpał” – relacjonuje nam Diana. I dodaje: ”Sam chciał, abym narkotyki mu ogarnęła”.

W jej wersję nie wierzy rodzina Tomasza. Zapewnia, że narkotyków nie zażywał, miał wstręt do papierosów, a z alkoholi pił co najwyżej jedno piwo.

Diana nie chce nam zdradzić, jakie narkotyki „ogarnęła” i w jakiej ilości. Prokuratura przekazała rodzinie, że znaleziono przy niej zakazane substancje.

Według wstępnych ustaleń śledczych, Tomasz zażył tamtej nocy mieszankę różnych środków psychoaktywnych.

Nie wiemy, czy wziął je z własnej woli, czy ktoś odurzył go podstępem. I czy faktycznie próbowano go okraść, czy to zażyte substancje wywołały takie urojenia. Ale to, że zażył narkotyki i informował o tym policję, jest pewne.

“Jeżeli ktoś dzwoni, w sposób chaotyczny domaga się pomocy i informuje, że »jest naćpany«, to nie jest typowe zachowanie, z którym spotykają się policjanci przy zgłoszeniach. Powinno to skutkować wezwaniem pogotowia ratunkowego. Taki obowiązek wynika z przepisów ustaw o policji i ochronie zdrowia psychicznego” – komentuje dla OKO.press dr Adam Ploszka, prawnik z kancelarii Pietrzak Sidor & Wspólnicy.

Zignorowanie przez dyżurnego informacji o zażyciu narkotyków przez Tomasza może być więc uznane przez prokuraturę za niedopełnienie obowiązków, za co grozi do trzech lat więzienia.

Tego, że tak powinna wyglądać interwencja wobec osób z zaburzeniami psychicznymi, policjanci uczą się już w szkole policyjnej. Materiały szkoleniowe dla policjantów nakazują dyżurnym: „Gdy wiarygodność zgłoszenia o stanie psychicznym osoby nie budzi wątpliwości, dążyć do wyposażenia policjantów w siatkowy zestaw obezwładniający, paralizator lub kaftan bezpieczeństwa i wezwać karetkę pogotowia„.

Na sygnale

Pani Bożena pamięta, że wszystko wydarzyło się w ciągu godziny. Jakiś kwadrans po północy przed jej oknem przejechał patrol policji na sygnale. Kilkanaście minut później następny. Około pierwszej zobaczyła karetkę. Sunęła powoli i bez sygnału.

Będziesz już grzeczny?

“Policja! Otwierać!” – dwóch policjantów z prewencji komendy w Ełku stało przed drzwiami pokoju, ale Tomasz nie chciał ich wpuścić. Ze środka usłyszeli krzyk kobiety, wołającej o pomoc. Wyważyli drzwi.

Gdy wdarli się do środka, Tomasz zachowywał się, jakby nie wierzył, że są prawdziwymi funkcjonariuszami. Wciąż krzyczał: “Policja! Ratunku!”, choć mieli na sobie mundury. Zapytaliśmy Dianę, czy zrobił coś, co mogłoby uzasadnić użycie przemocy przez policjantów. Czy uderzył ją albo ich?

“Raczej był agresywny, ale żeby ich uderzyć, to nie” – odpisała.

Choć to on wezwał policję i wciąż wzywał pomocy, potraktowali go jak napastnika. Razili gazem pieprzowym, obezwładnili, przydusili i skuli ręce za plecami. Dianie kazali wyjść z pokoju.

Zeszła po schodach i stanęła przed hotelem. Nie wie, co wtedy działo się w środku, nie słyszała żadnych krzyków. Być może coś zobaczył lokator sąsiedniego pokoju. Przez otwarte drzwi hotelu Diana widziała, jak zajrzał do Tomasza i wrócił do siebie. Prokuratura przesłuchała lokatorów, ale nie udało nam się do nich dotrzeć.

Diana szacuje, że Tomasz był z policjantami sam na sam około pięć minut. Gdy drzwi do pokoju się otworzyły,

usłyszała, jak jeden z nich pyta: “Będziesz już grzeczny?”. “Tak!” – krzyknął Tomasz.

Według Diany dopiero po wyjściu na zewnątrz policjanci wezwali posiłki.

Przekroczenie uprawnień

Materiały szkoleniowe policji podkreślają, że w stosunku do osób, która może mieć zaburzenia świadomości, funkcjonariusze powinni zachować spokój, unikać gwałtownych reakcji, nie prowokować jej groźbami czy szybkimi ruchami.

Jeden z policjantów powinien próbować podjąć z nim spokojną rozmowę, a drugi – skontaktować się z dyżurnym.

“Dostrzegając, że pan Tomasz – o ile relacja świadka jest prawdziwa – zachowuje się w sposób zagrażający jego życiu i zdrowiu czy bezpieczeństwu policjantów, że nadreagowuje na bodźce, dziwnie się zachowuje albo jego zachowanie w inny sposób odbiega od standardu i wymaga pomocy medycznej, policjanci powinni wezwać pogotowie. Nie robiąc tego, mogli dopuścić się niedopełnienia obowiązków” – ocenia mec. Adam Ploszka.

Według Diany policjanci w trakcie interwencji w pokoju z nikim się nie kontaktowali. A po wyważeniu drzwi razili Tomasza gazem pieprzowym.

Użycie w tej sytuacji gazu także mogło być nadużyciem uprawnień. Wobec osoby z zaburzeniami psychicznymi policjanci nie mogą stosować wszystkich środków przymusu bezpośredniego, dozwolonych w innych sytuacjach.

Zgodnie z ustawą o policji i ustawą o ochronie zdrowia psychicznego jeśli taka osoba “dopuszcza się zamachu przeciwko życiu lub zdrowiu własnemu lub innej osoby” lub gwałtownie niszczy przedmioty, policjant może jedynie:

  • przytrzymać ją,
  • unieruchomić lub izolować
  • i podać leki, jeśli nakaże to lekarz.
Jak Igor Stachowiak

Mec. Adam Ploszka zauważa, że śmierć Tomasza Wróblewskiego przypomina sprawę Igora Stachowiaka. W grudniu 2017 roku TVN ujawnił nagranie, dowodzące, że policjanci razili go paralizatorem w toalecie we wrocławskiej komendzie. W I instancji sąd skazał czterech funkcjonariuszy na kary od dwóch do dwóch i pół roku bezwzględnego więzienia. Nie za doprowadzenie Igora Stachowiaka do śmierci, ale za znęcanie się nad nim i przekroczenie uprawnień.

“Sąd stwierdził, że policjanci mieli powody do wątpliwości co do poczytalności Igora Stachowiaka, dlatego powinni ograniczyć używane środki przymusu bezpośredniego i nie powinni sięgać po paralizator” – mówi OKO.press mec. Ploszka.

Policjanci z Wrocławia także nie wezwali pogotowia. Po czym powinni byli poznać, że zatrzymany może być niepoczytalny?

“Sąd oparł się na zeznaniach świadków, którzy wskazywali na trudności w komunikowaniu się z panem Stachowiakiem i brak reakcji na wydawane mu polecenia. W konkluzji sąd stwierdził, że okoliczności, z powodu których nie można było stosować środków przymusu, były obiektywne” – odpowiada mec. Ploszka.

Ślady na twarzy

Ełcka policja i prokuratura rejonowa w Augustowie, która prowadzi sprawę, powołując się na dobro śledztwa, odmówiły nam odpowiedzi na pytania o środki przymusu bezpośredniego, użyte w trakcie interwencji. Tego, co działo się w ciągu tamtych pięciu minut, możemy jedynie domyślać się na podstawie pozostawionych śladów.

Między innymi około “300 śladów obuwia gumowego na ścianie na wysokości metr, może metr trzydzieści”, które naliczył właściciel hotelu, gdy już go wpuszczono do pokoju.

Oraz „śladów pobicia”, które Diana zauważyła na twarzy Tomasza, gdy policjanci wyprowadzali go z pokoju i schodzili z nim w dół hotelowych schodów.

“Przed wejściem policji nie miał żadnych obrażeń na twarzy. Przy mnie go nie bili” – zapewnia Diana.

Dwa usunięte filmy

Na zewnątrz znów docisnęli go do podłoża, czyli do czerwonej kostki brukowej wyłożonej przed hotelem. Diana wyjęła telefon i nagrała dwa filmy “jak na nim siedzieli, przyciskali do ziemi i stali mu na nogach mimo braku odruchów”.

Na podjazd przed hotelem wjechał drugi patrol, policjanci z drogówki. Według Diany dopiero oni zauważyli, że przyciśnięty do ziemi Tomasz już nie oddycha. Zaczęli reanimację i wezwali pogotowie. Przyjechało po jakichś 15-20 minutach.

Jeden z policjantów z prewencji (z pierwszego patrolu) poprosił wtedy Dianę, by dała mu telefon.

Później w ełckiej prokuraturze kobieta zeznała, że powinny na nim być dwa filmy, które nagrała w trakcie policyjnej interwencji. Prokurator włączyła telefon, żeby je obejrzeć. Już ich tam nie było.

Czy policjant miał w tej sytuacji prawo zażądać telefonu? „Tak, ale tylko jeśli miał powody podejrzewać, że został ukradziony” – mówi OKO.press mec. Ploszka. W takiej sytuacji funkcjonariusz powinien zidentyfikować telefon w policyjnej bazie po numerze IMEI, który można sprawdzić w ustawieniach telefonu. W systemie zostaje wtedy zapisana godzina wyszukiwania.

„Żadne przepisy nie pozwalają jednak policjantowi na usuwanie nagrań. Zwłaszcza takich, które mogą być dowodem w sprawie. Jeśli to zrobił – doszło do przekroczenia uprawnień. Należy oczekiwać, że prokuratura zbada, czy takie nagranie istniało i czy może zostać odzyskane przez biegłego informatyka” – komentuje dla OKO.press mec. Ploszka.

Wynik wstępnie znany

Rano, gdy brat Tomasza wraz z kuzynem pojechał na komendę w Ełku, zostali na miejscu przesłuchani. Policjant powiedział im, że Tomasz był agresywny i nie dało się go uspokoić. Przy okazji zapytał Roberta o PIN do komórki brata, chociaż na przeszukanie telefonu powinien mieć zgodę prokuratora. Robert PIN-u nie znał.

Zgodnie z wytycznymi Prokuratora Krajowego z 2014 roku w tego typu sprawach kluczowe czynności, takie jak przesłuchanie, prokurator powinien przeprowadzać osobiście.

W międzyczasie ełcka prokuratura rejonowa już zdążyła wszcząć śledztwo. Ma ono wyjaśnić, czy policjanci zaniedbali obowiązki lub przekroczyli uprawnienia. 26 sierpnia zostało przeniesione do Prokuratury Rejonowej w Augustowie.

Jeszcze przed przenosinami prokurator z Ełku zdążyła zapewnić rodzinę Tomasza, że “obrażenia powstałe w trakcie interwencji nie przyczyniły się do zgonu”.

Osobne postępowanie dyscyplinarne w sprawie wydarzeń nocy z 13 na 14 sierpnia prowadzi ełcka komenda. Jak nas poinformowała, jej wstępne ustalenia “wskazują na prawidłowość działań podjętych podczas interwencji”.

 

PiS się boi Konstytucji RP. W tym kraju nie dziwi nic

10 Gru

Prof. Sadurski wyjaśnia.

Katowiczanin Stanisław Sarnowski, jest przywiązany do symboli i wartości narodowych. Z tego też powodu, na tylnej ścianie swojego „dostawczaka” wymalował najważniejsze dla wielu Polaków słowo: „KONSTYTUCJA”.

Od kilku miesięcy jeździ z napisem po kraju, budząc różne reakcje: część kierowców go pozdrawia, inni pukają się w czoło albo pokazują środkowy palec. Ostatnio, gdy świeżo wypucowany autem, wyładowanym różnymi rekwizytami jechał na Marsz dla Klimatu, natknął się na patrol policji.

Zatrzymany, został wylegitymowany i drobiazgowo skontrolowany, a w trakcie tzw. czynności padło pytanie zasadnicze: „Kto panu tak auto zdewastował”?

„Powiedziałem, że nie ma mowy o dewastacji. Przecież to tylko słowo „Konstytucja” z dopiskiem „Jędrek!” i tyle – relacjonuje „Wyborczej” Stanisław Sarnowski.

„Na koniec policjanci zapytali mnie, czy zamierzam gdzieś demonstrować. Potwierdziłem, potem się rozstaliśmy. Taka kontrola przydarzyła mi się pierwszy raz, choć napis mam od ładnych paru miesięcy i policja już nieraz za mną jechała. Nigdy jednak wcześniej żadnych uwag nie było” – opowiada Stanisław Sarnowski.

Pierdel, serdel, burdel – to przygotował PiS na 11. listopada

9 List

„Wolność zgromadzeń pełni doniosłą rolę w demokratycznym państwie prawa, prawo do zgromadzeń jest chronione konstytucją” – powiedział w uzasadnieniu orzeczenia sędzia Michał Jakubowski. Dodał, że decyzja o zakazie „jest możliwa po starannym zbadaniu sprawy i musi zawierać przekonujące uzasadnienie”. Jak podkreślił sędzia, Gronkiewicz-Waltz nie uprawdopodobniła, że w związku z marszem może dojść do zagrożenia życia, zdrowia i mienia w znacznych rozmiarach, a to była główna przesłanka wydanego zakazu. Stronom przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego w ciągu 24 godzin. Sąd apelacyjny rozpoznaje zażalenie w ciągu 24 godzin od złożenia pisma.

Marsz narodowców czy państwowy?

Prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała decyzję o zakazie organizacji Marszu Niepodległości w środę. Demonstracja organizowana jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, współtworzone przez m.in. przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy.

„Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – tłumaczyła prezydent Warszawy. Dodała, że w czerwcu skierowała pismo do szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości organizowanych w Warszawie 11 listopada. Pismo to zostało zignorowane.

Orzeczenie sądu o uchyleniu zakazu jeszcze bardziej komplikuje sytuację, bo w środę wieczorem rzecznik prezydenta Błażej Spychalski poinformował, ze państwowy marsz 11 listopada zorganizuje rząd. Decyzja zapadła po spotkaniu Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego. Zdaniem Spychalskiego państwowe uroczystości eliminują możliwość organizacji innych demonstracji, czyli także Marszu Niepodległości.

Marsz Niepodległości nie dla PiS

Fiasko rozmów z narodowcami

Andrzej Duda w październiku zapraszał przedstawicieli opozycji i wszystkich Polaków do wspólnego uczestnictwa w Marszu Niepodległości. To miał być symboliczny gest pokoju dla uczczenia stulecia odzyskania niepodległości. Wystąpili z nim też premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński. „Chcemy, żeby 11 listopada, w Święto Niepodległości, był jeden, wspólny, wielki marsz. Widzę siebie w takim marszu razem z tymi wszystkimi, którzy reprezentują istotne kierunki polityczne” – mówił Kaczyński w Polsat News.

Pod koniec miesiąca sam Duda niespodziewanie poinformował, że nie weźmie udziału w marszu. Przedstawiciele prezydenta informowali, że toczyli negocjacje z organizatorem marszu Stowarzyszeniem Marsz Niepodległości, ale zakończyły się one niepowodzeniem. Poszło m.in. o obecność w marszu emblematów partyjnych.

„Bóg, Honor, Ojczyzna”

Tegoroczny Marsz Niepodległości zaplanowany był na niedzielę i miał odbyć się pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Uczestnicy planowali się zebrać o godz. 14:00 przy rondzie Dmowskiego, a następnie przejść Alejami Jerozolimskimi, mostem Poniatowskiego, Wybrzeżem Szczecińskim i ul. Siwca na błonia Stadionu Narodowego. Marsz odbywa się co roku 11 listopada, od 2010 r.

W ubiegłorocznym Marszu Niepodległości pod hasłem „My chcemy Boga” według policji wzięło udział 60 tys. osób. Wśród transparentów znalazły się hasła: „Wszyscy różni, wszyscy biali” czy „Europa tylko dla białych”. Media donosiły też o skandowaniu haseł „Sieg Heil”, „Biała siła” czy „Żydzi, won z Polski”.

W sprawie marszu z 2017 r. toczy się śledztwo

Sprzeciw wobec „tolerowania przez władze państwowe zachowań rasistowskich i ksenofobicznych” przyjęła Rada Warszawy. Śledztwo dotyczące publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i nawoływania do nienawiści na tle różnic rasowych, etnicznych i wyznaniowych podczas marszu prowadzi warszawska prokuratura okręgowa.

We wtorek demonstracji środowisk skrajnej prawicy 11 listopada zakazał prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, powołując się na opinię policji. Ten zakaz także został w czwartek uchylony przez sąd.

Osiągnięcie porozumienia po kilkunastogodzinnych rozmowach ogłosili w nocy szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Joachim Brudziński i szef policyjnych związków Rafał Jankowski.

Strajk według policjantów

Koniec protestu

Policjanci protestowali od lipca, w ostatnim okresie masowo przechodzili na zwolnienia. Z tego powodu nie wiadomo było, czy policja będzie w stanie ochronić manifestacje z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, w tym Marsz Niepodległości w Warszawie.

Podczas nocnej konferencji prasowej Jankowski mówił, że podpisany w czwartek dokument jest „najlepszym porozumieniem, jakie udało się wynegocjować, rozumiejąc wszystkie argumenty rządu”.

Jankowski dodał, że zakończyła się akcja protestacyjna policjantów. „Wracamy do służby, będziemy robić to, co umiemy najlepiej, czyli dbać o bezpieczeństwo wszystkich Polaków” – mówił na konferencji.

Minister Brudziński zaapelował do policjantów, żeby jak najszybciej wrócili do pracy.

Zanosi się na jesień protestów

Podwyżka w 2019 i 2020 r.

O szczegółach porozumienia resort poinformował w komunikacie prasowym. „W toku negocjacji ustalono, że funkcjonariusze służb MSWiA otrzymają od początku przyszłego roku po 655 zł brutto podwyżki, co spowoduje wzrost wielokrotności tzw. kwoty bazowej o 0,43. Przypominamy, że początkowo MSWiA proponowało od 1 stycznia 2019 r. podwyżkę w kwocie 309 zł, a od 1 lipca 2019 r. w kwocie 253 zł brutto” – podano w piśmie.

Porozumienie zakłada też, że kolejną podwyżkę o 500 zł brutto od 1 stycznia 2020 r.

„Kolejny postulat przedstawicieli związków dotyczył rozliczania tzw. nadgodzin. Wymiar czasu służby funkcjonariuszy wynosi 40 godzin tygodniowo w przyjętym okresie rozliczeniowym. Należność za ponadwymiarowy czas służby – tzw. nadgodziny, wypłacane są obecnie tylko strażakom w wysokości 60 proc. stawki za jedną nadgodzinę. W Policji, Straży Granicznej i SOP możliwy jest jedynie odbiór wolnego za wypracowane nadgodziny”

Od 1 lipca 2019 r. zostanie wprowadzona odpłatność w wysokości 100 proc. stawki godzinowej dla wszystkich policjantów, strażaków, strażników granicznych i funkcjonariuszy SOP. „Początkowo zastosowany będzie 6-miesięczny okres rozliczania nadgodzin. Kwestia ustalenia okresu rozliczeniowego na kolejne lata będzie przedmiotem dalszego dialogu” – napisano w komunikacie.

Emerytura po 25 latach

Od 2013 r. funkcjonariuszom, którzy zaczęli służbę od 2012 r. lub później miała przysługiwać emerytura mundurowa po ukończeniu 55 lat i co najmniej 25 latach służby. Teraz zrezygnowano z tego pierwszego wymogu. „Oznacza to pozostawienie tylko jednego wymogu do przejścia na emeryturę, czyli co najmniej 25 lat służby. Zmiana wejdzie w życie od 1 lipca 2019 r.”.

MSWiA zaproponowało, że zostaną przygotowane rozwiązania umożliwiające przyznawanie dodatkowych należności pieniężnych dla doświadczonych funkcjonariuszy. Dotyczyłoby to osób, które nabyły prawa do emerytury i mają co najmniej 25 lat służby.

Departament Stanu USA wydał ostrzeżenie dla Amerykanów, którzy 11 listopada będą przebywać w Warszawie. – „Kilka wydarzeń odbędzie się 11 listopada w związku z Polskim Dniem Niepodległości. W poprzednich latach miały miejsce brutalne incydenty przemocy pomiędzy manifestującymi i kontrmanifestacją” – napisano na Twitterze departamentu.  Amerykanom, którzy tego dnia będą w Warszawie, zaleca się unikanie trasy marszu, śledzenie informacji w mediach oraz „zachowanie ostrożności”.

Jak podaje gazeta.pl, w komunikacie na stronie internetowej Departamentu Stanu można przeczytać, że „W 2017 r. marsz zorganizowany przez Stowarzyszenie Marszu Niepodległości zgromadził ponad 50 000 uczestników. W poprzednich latach niektórzy uczestnicy marszu rzucali racami, nieśli transparenty i wygłaszali hasła skierowane przeciwko mniejszościom rasowym, seksualnym i religijnym”.

Komunikat dotyczący marszu w Warszawie oznaczono jako „alert bezpieczeństwa”, tak jak niedawny komunikat o alarmie bombowym w Barcelonie.

Podobny komunikat wystosowała do swoich obywateli ambasada Kanady. Na swojej stronie internetowej umieściła ostrzeżenie, że „pokojowe demonstracje mogą w każdej chwili stać się źródłem agresji i generować problemy z transportem publicznym”. Kanadyjczykom też zalecono unikanie trasy marszu i demonstrujących.

>>>

>>>

Wydział do Spraw Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Warszawie wszczął śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez Mariusza Błaszczaka, który ustanowił pl. Piłsudskiego obszarem zamkniętym. Prokuraturę zmusił do tego sąd, o czym w artykule „Sąd nakazał prokuraturze wszcząć śledztwo w sprawie przejęcia przez PiS pl. Piłsudskiego”.

Rok temu ówczesny minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak zdecydował, że pl. Piłsudskiego stał się terenem zamkniętym. Taki status mają na przykład bazy wojskowe. Powodem miała być obronność i bezpieczeństwo państwa. Tymczasem takich względów, według wstępnych ustaleń, nie było. Błaszczak, podejmując taką decyzję, miał działać na szkodę interesu publicznego.

Stołeczny ratusz w marcu zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 231, czyli przekroczenia uprawnień. – „Naszym zdaniem doszło do sytuacji, w której – na podstawie fałszywej przesłanki – zabrano samorządowi, warszawiakom, ten plac tylko po to, by zrealizować jeden polityczny cel, jakim jest postawienie pomników smoleńskich” – mówił wtedy wiceprezydent stolicy Michał Olszewski.

Jak wiadomo, 10 kwietnia na pl. Piłsudskiego stanął pomnik ofiar katastrofy prezydenckiego Tupolewa pod Smoleńskiem, a za kilka dni odsłonięty zostanie pomnik Lecha Kaczyńskiego.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o marszach.

PiS kroczy drogą wytyczoną przez WRON Wojciecha Jaruzelskiego.

Komentatorzy polityczni nie radzą sobie z zakazem Marszu Niepodległości, jaki został wydany przez ustępującą prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Klapki partyjne mają nie tylko prawicowi publicyści. Ta polska przywara znana jest od kiedy w Polsce mniej więcej zrozumiano, czym jest podział na lewicę i prawicę, czyli od zawsze.

Czytam, że Gronkiewicz-Waltz cynicznie chce postawić rząd w kłopotliwej sytuacji, a nawet, iż nacjonaliści zostali wprowadzeni do głównego nurtu w wyniku gry między PiS i PO. Raczej polityków tej ostatniej partii nie widziano nigdy na marszach nacjonalistów, a pisowców zawsze było pełno i bronili jeszcze niedawno Marszu Niepodległości.

Spójrzmy na gołe fakty i przypuszczenia, które mogą być nawet pewnikami. Niedawno prezydent Andrzej Duda powiedział, że kalendarz ma tak napięty, że nie znajduje czasu na marsz z nacjonalistami, Mateusz Morawiecki też się od niego odżegnał.

Prezydent Warszawy chciała uzyskać odpowiedź od komendanta policji, jak będzie wyglądało zabezpieczenie marszu. Nie uzyskała, bo podwładny Joachima Brudzińskiego nie kwapił się do odpowiedzi. Więc co miała zrobić Gronkiewicz-Waltz?

Mogła machnąć ręką. Większość tak by postąpiła, ale po Gronkiewicz-Waltz przychodzi Rafał Trzaskowski – i zakaz marszu wygląda na jego decyzję. Zresztą jeszcze aktualna prezydent Warszawy w pierwszych słowach uzasadniających zakaz marszu mówiła o konsultacji w sprawie tej decyzji z Trzaskowskim.

A zatem – Trzaskowski niejako zapowiedział, jaki będzie jego stosunek do tego typu imprez nacjonal-neofaszystowskich. Do tego nie trzeba żadnej inteligencji większej od Forresta Gumpa (IQ 72), wystarczy w garderobie zdjąć klapki z oczu. Komunikat Trzaskowskiego brzmi: stop nacjonalistom, zza pleców których wyrastają rodzimego chowu naziole.

Trzaskowski musiał zdawać sobie sprawę, że z tej akcji wyniknie reakcja. Jaka? Przede wszystkim organizatorzy zakazanego marszu mogą odwołać się do sądu, tak jak we Wrocławiu, gdzie decyzja zakazu podjęta przez Rafała Dutkiewicza została przez sąd uchylona.

Ba, było to wymuszenie na politykach PiS (Andrzeju Dudzie i Mateuszu Morawieckim), aby ciężar odpowiedzialności za obchody 100. rocznicy wzięli na swoje barki. I od razu prezydent spotkał się z premierem. 4 dni przed 100 rocznicą niepodległości ani Duda, ani Morawiecki nie mieli pomysłu na wspólne obchody. Wymyślili to, co tylko PiS potrafi wymyślić – przejąć inicjatywę, zmieniając jej nazwę.

A więc nacjonaliści zostali pozbawieni Marszu Niepodległości, który teraz będzie nazywał się Biało-Czerwonym Marszem. Duda wraz z Morawieckim ponadto nabyli nowe kalendarze i jednak pomaszerują wytyczoną przez nacjonalistów trasą, a nawet jak to oni – wzywają do wspólnoty, czyli wszyscy mogą brać udział w tym naprędce zdefiniowanym kierdelu baranów.

Ale jest problem prawny, bo ustawa o zgromadzeniach w rozdziale 2, art. 7 mówi o nowym zgromadzeniu, które musi być zgłoszone najpóźniej na 6 dni przed planowaną datą. Czyli z tego wynika, iż nie ma czasu na nowy marsz. Może być przez prezydenta i premiera przejęty na siłę zakazany marsz.

Jeżeli sąd anuluje zakaz, to będziemy mieli do czynienia z Marszem Niepodległości nacjonalistów przemianowanym przez Dudę i Morawieckiego na Biało-Czerwony Marsz. I jeszcze jeden szczegół: za porządek odpowiadać ma Wojsko Polskie, bo to ono zostało zgłoszone jako organizator.

Pointując: 100 rocznicę niepodległości mamy w oprawie stanu wojennego, tj. wojskowego. I bodaj o to chodzi PiS, która to partia kroczy drogą znaną już w latach 80. ubiegłego stulecia wytyczoną przez WRON Wojciecha Jaruzelskiego.

>>>

PiS swoją ksenofobię przerabia na słynne „wina Tuska”. Matoły winią innych za swoje matołectwo

8 List

Wczoraj wieczorem Rzeczpospolita – powołując się na własne ustalenia – poinformowała o kulisach decyzji prezydenta i premiera w sprawie organizacji marszu. Z podanej informacji wynika, że polskie służby otrzymywały od pewnego czasu sygnały o planach środowisk neofaszystowskich z wielu krajów Europy, które wybierały się na organizowany przez narodowców Marsz Niepodległości. Rząd zastanawiał się co zrobić, by nie doszło do sytuacji z zeszłego roku, gdy na marszu pojawiły się hasła rasistowskie, które później obiegły światowe media. Dlatego błyskawicznie po decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz podjęto decyzję o przejęciu imprezy masowej.

Z informacji dziennika wynika również, że na nogi zostały postawione wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa, by nie dopuściły do udziału w marszu środowisk radykalnych. Nie wiem jak podchodzić do tego wiekopomnego odkrycia, ponieważ od dwóch tygodni media informowały o przyjeździe do Warszawy neofaszystów z Włoch czy Szwecji. Wystarczyło czytać gazety, żeby mieć obraz tego, co szykuje się 11 listopada. Jak dobrze rozumiem, gdyby prezydent Warszawy nie zakazała marszu, to te środowiska bez żadnego problemu dojechałyby do stolicy i dumnie paradowały ze skrajnymi hasłami.

Drugą stroną medalu jest to, że w ogóle pojawiają się newsy o neofaszystach ściągających masowo na obchody. Przez ostatnie lata nigdy nikt nie alarmował o takich skrajnościach wizytujących święto narodowe. Słowo “neofaszyści” do tej pory to było tabu, to było coś, co nikomu przez gardło nie przechodziło i nawet o tym nie myślał. Dzisiaj po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości neofaszyści stają się czymś naturalnym. Rok temu również gościli w Polsce, ale rząd i politycy PiS-u zbywali ten wątek, gdy byli o tę sytuację pytani. W zeszłym roku organizatorzy Marszu Niepodległości zaprosili członków neofaszystowskiej włoskiej partii Forza Nuova. Wizyta była szeroko relacjonowana w mediach społecznościowych przez narodowców.

Teraz możemy przeczytać o służbach postawionych na nogi, a co było w ubiegłym roku? Pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Pomijam już to, że do dzisiaj nie ustalono personaliów osób, które niosły rasistowskie hasła na marszu. Nikt nie zareagował na neofaszystów na marszu, a nawet można się pokusić o stwierdzenie o pogłaskaniu ich po głowie. Dzisiaj służby są zdziwione tym, że jeszcze więcej ma ich przybyć na obchody. Gdyby rok temu ktoś z rządu stanowczo się temu sprzeciwił, teraz nie puszczano by informacji o najeździe na stolicę i ratowaniu z ogromnym poświęceniem przez prezydenta i premiera imprezy.

Nie ma lepszego przykładu na kierunek, w jakim poszła władza flirtując i prawie stając na ślubnym kobiercu ze skrajnymi środowiskami. Dzisiaj bawią się w strażaka, który podpalił las i pierwszy biegnie do gaszenia. Zresztą październikowe wydarzenia w Lublinie pokazały – gdzie doszło do zamieszek na Marszu Równości – że prawicowi radykałowie czują się bezkarni. Za trzy dni w Warszawie pojawią się pewnie jeszcze większe ekstremizmy i tylko czekać, aż władza zacznie robić z siebie ofiarę.

Timothy Snyder – Dwadzieścia przykazań wolnych ludzi

Unia Europejska znalazła się pod ostrzałem z wielu stron. Sprawcami ataku są m. in. Polska naruszająca zasady praworządności i Włochy prowokujące kryzys finansowy – ocenia „Sueddeutsche Zeitung”:

„UE znajduje się pod presją tak silną, jak nigdy dotąd. Przeciwnicy Unii niszczą ją od wewnątrz. Jeszcze są w mniejszości. Większość musi się bronić, jeżeli nie chce być pożarta” – pisze Stefan Kornelius, szef działu zagranicznego dziennika „Sueddeutsche Zeitung”. Niemiecki dziennikarz zaznacza, że Wspólnotę nadal popiera większość obywateli i rządów, gdyż spodziewa się po niej korzyści. „Ta większość kruszy się jednak, ponieważ UE jest obiektem co najmniej trzech ataków równocześnie” – pisze Kornelius.

Atak Polski i Węgier na UE

Na pierwszym miejscu wymienia Brexit, który może, w przypadku złego pokierowania procesem wyjścia Wielkiej Brytanii, stać się wzorem dla naśladowców. Za drugi atak na Wspólnotę uważa naruszenie zasad praworządności i demokracji przez Polskę i Węgry. Trzecim zagrożeniem jest natomiast „celowy atak Włoch na wspólną walutę”. „Unia Europejska od początku borykała się z kryzysami. Jednak tak wiele problemów na raz w sytuacji, gdy świat przestał być stabilny ze względu na pewne siebie i agresywne Chiny, wrogą Rosję i pozbawioną orientacji, destruktywną Amerykę, może okazać się zbyt ciężkim balastem dla Unii” – czytamy w „SZ”.

Cel: zniszczenie Unii

„Nowa jakość” problemów wynika z tego, że ich autorom nie chodzi tylko o narodowe korzyści, lecz rzeczywiście stawiają sobie za cel zniszczenie Unii. „Dla polskiego PiS-u czy węgierskiego Fideszu UE jest symbolem wszelkiego zła” –   pisze Kornelius. Hasłem bojowym, za pomocą którego populiści zapewniają sobie większość, jest to, że „inni decydują o naszych sprawach”. W Wielkiej Brytanii taki sposób myślenia doprowadził do Brexitu. Zdaniem Korneliusa reakcja na sytuację we Włoszech będzie testem na zdolność UE do poradzenia sobie z siłami zmierzającymi do zniszczenia Europy.

Włoska prowokacja

„Podczas gdy postępowanie dot. naruszenia traktatów przeciwko Polsce i Węgrom może powoli dojrzewać i być pozostawione przez jakiś czas bez rozstrzygnięcia, to włoski projekt budżetu jest prowokacją , która nie może pozostać bez odpowiedzi” – uważa „SZ”. Kornelius zwraca uwagę, że Bruksela była w stanie stawić czoła „fanatyzmowi” swoich przeciwników w Wielkiej Brytanii.  Jego zdaniem Unia powinna wysłać prawicowym populistom we Włoszech „jasny sygnał”. „Ten, kto dostrzega w UE wartość, musi jej teraz ze wszystkich sił bronić. Epoka lodowcowa w Europie dopiero się zaczęła” – pisze w konkluzji dziennikarz „Sueddeutsche Zeitung”.

Co wyniknie z marszu Duda-Morawiecki? Burdel. Nie dziwię się, że straciliśmy niepodległość. Ta sytuacja pokazuje dlaczego

7 listopada 1918 Rada Regencyjna ogłosiła powstanie: ‚Polski ZJEDNOCZONEJ i niepodległej.’ Bezpośrednim źródłem niepodległości było ‚zawarcie POKOJU’. Mowa o ‚woli narodu JEDNOMYŚLNEJ’, działaniu ‚jak jeden mąż’. Ostrzega się przed ‚podziałami’.

Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości w Warszawie. – Podjęłam taką decyzję, którą osobiście podpisałam – powiedziała prezydent stolicy. Organizatorzy marszu mają 24 godziny na odwołanie się od decyzji do sądu. Dziś już zapowiedzieli, że marsz i tak się odbędzie. W Sejmie decyzja prezydent Warszawy wywołała burzliwą awanturę. Tymczasem prezydent po pilnej naradzie z premierem ogłosił, że rząd zorganizuje masz o charakterze uroczystości państwowej, trasa przemarszu ma być ta sama co Marszu Niepodległości.

Warszawa dość już wycierpiała

O swojej decyzji prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz poinformowała na konferencji prasowej w ratuszu. – Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm – argumentowała prezydent, ale swoją decyzje motywowała szerzej. – Po pierwsze, bezpieczeństwo. Przy obecnych kłopotach policji trudno uwierzyć, że uda się je zapewnić podczas marszu 11 listopada – tłumaczyła.

Gronkiewicz-Waltz przypomniała, że w niektórych komisariatach już połowa funkcjonariuszy jest na zwolnieniach lekarskich. Policjanci, którym nie przysługuje prawo do strajku, protestują w ten sposób, bo domagają się lepszych warunków płacowych.

Prezydent tłumaczyła też, że w czerwcu skierowała pismo do ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości 11 listopada, jednak nie uzyskała żadnej odpowiedzi od ministra.

– Przez rok nie sporządzono aktu oskarżenia dotyczącego wydarzeń na Marszu Niepodległości w 2017 roku, chociaż prokuratura, co wiemy z prasy, dysponuje opinią biegłego o zakazanych ideologiach na marszu – tłumaczyła również Gronkiewicz-Waltz.

Przywołała też rezolucję Parlamentu Europejskiego z 25 października, która wzywa państwa członkowskie do podjęcia kroków przeciwko mowie nienawiści i przemocy. Rezolucja jest skutkiem wzrostu liczby neofaszystowskich aktów przemocy w Europie.

Gronkiewicz-Waltz przypomniała też, że dwukrotnie pisała do ministra Ziobry w sprawie delegalizacji ONR-u – Wiemy, że przewodniczący marszu jest osobą, która pełni funkcje w pruszkowskim ONR-ze. I on podpisał się pod wnioskiem do wojewody o zorganizowanie marszu – tłumaczyła prezydent stolicy.

– Zakazałam Marszu Niepodległości. Podjęłam taką decyzję, którą osobiście podpisałam. Uważam z całą odpowiedzialnością, że nie tak powinno wyglądać stulecie odzyskania niepodległości. Stąd moja decyzja o zakazie marszu – tłumaczyła Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Wcześniej z udziału marszu zrezygnowali prezydent i rząd.

– To jest bardzo trudna decyzja, bo moim zdaniem każdy w Polsce powinien mieć prawo do zgromadzeń. Rozumiem, że skoro pani prezydent podjęła taką decyzję, to przeanalizowała wszystko i doszła do wniosku, że nad tym marszem nie da się zapanować i zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom Warszawy i uczestnikom marszu – komentuje wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Platformy Obywatelskiej.

Marsz i tak się odbędzie

Organizatorzy zapowiedzieli, że odwołają się do sądu, ale marsz i tak się odbędzie.

Tak decyzje skomentował Wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości z  Zarządu Głównego Ruchu Narodowego Robert Winnicki:

Ziemowit Przebitkowski, prezes Młodzieży Wszechpolskiej, także zapowiada, że marsz się odbędzie:

Zarząd Główny Młodzieży Wszechpolskiej wydał podobne oświadczenie: „Choćby miasto zakazało organizacji Marszu, choćby się waliło i paliło, »choćby na smokach wojska latające«, Marsz Niepodległości w setną rocznicę jej odzyskania i tak się odbędzie! Najwyżej w formie zgromadzenia spontanicznego! Pokażcie, że nie ma siły, która byłaby zdolna nas zatrzymać!”.

„Ty idioto” w Sejmie

Jeszcze zanim decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz dotarła do parlamentarzystów poseł UED Jacek Protasiewicz, mówił: – 11 listopada będą obchody stulecia niepodległości, w tym niebezpieczny, organizowany przez nacjonalistów i rasistów marsz w Warszawie i nielegalny marsz we Wrocławiu. Kto zabezpieczy manifestujących?

Odpowiedział mu poseł niezrzeszony, do niedawna z Kukiz ’15, Marek Jakubiak: – Ja sobie wypraszam, nie jestem rasistą, jestem obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej, zamilcz. Przed chwilą Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zakaz Marszu Niepodległości. Chcę powiedzieć, że stolica Polski nie jest pani Gronkiewicz-Waltz, że Polska nie jest tylko w rękach Platformy Obywatelskiej – krzyczał z mównicy.

Następny na mównicę wyszedł Dominik Tarczyński z PiS, który odniósł się do słów Jacka Protasiewicza: – Ten idiota przed chwilą obraził Polaków, mówiąc o nich, że są rasistami – mówił. – Dumni Polacy, którzy będą szli w marszu, to nie są rasiści, a ten idiota od dwóch winek na lotnisku obraził Polaków. Panie marszałku, wnioskuję o ukaranie tego idioty.

Zgromadzenie cykliczne, czyli kto może zabronić marszu

Zgromadzenie jest marszem cyklicznym. Oznacza to, że według nowej ustawy autorstwa PiS Marsz Niepodległości jest uprzywilejowany: ma pierwszeństwo w organizacji, także w wyborze miejsca. Władze Warszawy mają obowiązek zakazania innych zgromadzeń, które zostałyby zgłoszone w tym samym miejscu i czasie. W odległości 100 metrów nie mogą odbywać się żadne inne wydarzenia.

Marsz Niepodległości zarejestrował jeszcze w lutym wojewoda, czyli przedstawiciel rządu w samorządzie Zdzisław Sipiera.

– Rzeczywiście wojewoda ma kompetencje do wydawania zezwoleń na zgromadzenia cykliczne, i tyle. Ale nadzór nad przebiegiem zgromadzenia i z tym, co może nieść takie zgromadzenie, to są kompetencje urzędu miasta – tłumaczyła na konferencji Ewa Gawor, dyrektor Biura Bezpieczeństwa w ratuszu.

Hanna Gronkiewicz-Waltz dodała: – Mamy odpowiedzialność przed mieszkańcami, mamy zapewnić bezpieczeństwo.

Policja chowa głowę w piasek

Głos w sprawie zabrała warszawska Policja: „Prezydent m. st. Warszawy nie kontaktowała się z Komendantem Stołecznym Policji na temat absencji chorobowej policjantów oraz planowanych działań. Jeszcze dzisiaj rozmawialiśmy z organizatorami wszystkich zgromadzeń o ich zabezpieczeniu” – czytamy na profilu stołecznej Policji na Twitterze.

Policja mówi także o wciąganiu ich w grę, która „w części zakazu wydanego przez Prezydent m. st. Warszawy może być odebrana jako próba wciągnięcia Policji w grę, w której stanowi ona jedynie przedmiot usprawiedliwiający zaskakującą także dla nas decyzję”.

Spotkanie prezydent-premier

W trybie pilnym, po ogłoszeniu decyzji o zakazie Marszu Niepodległości, premier Mateusz Morawiecki przyjechał na konsultacje do Pałacu Prezydenckiego.

Po spotkaniu rzecznik prezydenta Bartosz Spychalski poinformował, że będzie zorganizowany państwowy marsz, który przejdzie tą samą trasą, którą miał iść marsz narodowców. Organizacją zajmie się rząd.

– Marsz będzie miał charakter uroczystości państwowych, w związku z tym wszystkie inne marsze, które ewentualnie mogłyby przebiegać tą samą trasą, nie mogą mieć miejsca – ogłosił rzecznik. Patronat nad marszem obejmie prezydent.

– Zapraszamy Polaków i Polki – mówił Spychalski.

– Trudno mi sobie wyobrazić, jak ten marsz zostanie zorganizowany w 3 dni. To bardzo nieprofesjonalne. Sam pan prezydent stwierdził, że nie da się zapewnić bezpieczeństwa podczas Marszu Niepodległości, teraz organizuje marsz sam. Nie rozumiem tego – komentuje Małgorzata Kidawa-Błońska.

– Jeżeli pan prezydent objął patronatem ten marsz, to on bierze za niego odpowiedzialność. To są bardzo histeryczne ruchy. W zeszłym roku zdjęcia z 11 listopada pokazują, jak to wyglądało: był race i ksenofobiczne hasła. Wiemy, że narodowcy zawsze robią, co chcą, nie oglądają się na nikogo – dodaje.

Wrocław też bez Marszu

Warszawa to nie pierwsze miasto, w którym prezydent zakazał Marszu Niepodległości. Wczoraj taką samą decyzje podjął Rafał Dutkiewicz odnośnie do marszu we Wrocławiu.

Na początku października, jeszcze przed wyborami samorządowymi, podobną decyzję, tylko w sprawie Marszu Równości, wydał prezydent Lublina Krzysztof Żuk. On również tłumaczył swoją decyzję brakiem możliwości zapewnienia bezpieczeństwa. Sprawa skończyła się w sądzie, który orzekł, że Marsz jednak się odbędzie. Prezydent Żuk został skrytykowany za podbawianie podstawowego prawa demokracji, jakim jest manifestowanie poglądów.

W efekcie 13 października ulicami Lublina przeszedł Marsz Równości, na drodze którego stanęli kibole, chuligani i środowiska narodowe. Policja musiała użyć armatek wodnych i gazu, a także granatów hukowych.

Ze strony kontrmanifestantów leciały wyzwiska, a także kamienie i butelki. Kilku policjantów zostało rannych.

A wiecie, że są kraje, gdzie w święto niepodległości organizowane są festyny, parady, koncerty, kiermasze, występy artystów? Że spotykają się rodziny,znajomi, przyjaciele na wspólnej zabawie, przy dobrym jedzonku, flaszce wina, kufelku piwka, kielonku wódeczki?

PiS doprowadził Polskę do tego, że nie działa policja i wojsko

7 List

>>>

Noblista z ekonomii Paul Krugman pisze o artykułach w „New York Times”:

Dwa wspaniałe fragmenty dotyczące polityki wschodniej Europy w dzisiejszym artykule. Po pierwsze, o osamotnionych mężczyznach z NRD i ich ciężkim skręcie w prawo 1 /

>>>

Krugman o Sierakowskim:

Następnie o Polsce, gdzie może powstać ludowe powstanie przeciwko „populistom” (straszliwy termin) w toku; daje nadzieję także Ameryce 2 /

>>>

>>>

>>>

>>>

>>>

Od kilku lat 11 listopada nie jest świętem niepodległości, lecz świętem faszyzmu. Mało który Polak kojarzy tę datę z konkretnym wydarzeniem historycznym, jakim była kapitulacja wojsk niemieckich na terenie Polski i rozpoczęcie przejmowania władzy przez polskie struktury wojskowe i polską administrację. Mało który kojarzy tę datę z powrotem Piłsudskiego z niemieckiego więzienia do Warszawy. Mało który… Może nie tak mało, lecz na pewno o wiele mniej jest takich, którzy mają jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób powstała II RP u kresu Wielkiej Wojny, niż takich, którzy wiedzą o tzw. Marszach Niepodległości, podczas których masa opętanych szowinistyczną agresją młodych ludzi wykrzykuje nienawistne hasła, pali race i rozrabia na ulicach Warszawy, otoczona wielotysięcznym kordonem policji, starającej się upilnować tę hałastrę i zabezpieczyć miasto przed niszczeniem mienia.

Narodowcy, osłaniani przez katolicki i nacjonalistyczny rząd, czują się coraz bardziej bezkarni. Wiedzą, że nikt nie śmie ich powstrzymywać, a represji spodziewać się mogą wyłącznie ci obywatele, którzy przeciwko faszyzmowi na ulicach Warszawy protestują. Zanosi się na to, że za kilka dni, 11 listopada 2018 r., w setną rocznicę wyzwolenia Polski spod zaborów, władza znów abdykuje, a lokalne i niezauważalne dla świata (z racji dyplomatycznej klęski państwa polskiego i upadku jego wizerunku w świecie) obchody oficjalne zostaną całkowicie przesłonięte przez wydarzenia związane z ekscesami tzw. narodowców i bardzo prawdopodobnym rozwiązaniem ich pochodu przez władze stolicy.

Jeśli dojdzie do takich gorszących wydarzeń, świat znów – na małą chwilę – zainteresuje się Polską. Jednak zamiast pisać i mówić o kraju, który powstał z niewoli i stał się nowoczesnym europejskim państwem wolnych ludzi, będą pokazywać (na marginesie relacji z obchodów stulecia zakończenia II wojny światowej) migawki z burd na ulicach Warszawy, wzmiankując, że tak oto wygląda polska niepodległość i jej świętowanie. Na nic wielkie imprezy, koncerty, wystawy – wszystko pójdzie w jednej chwili z dymem faszystowskich rac.

Czy można tego uniknąć? Można – można faszystów ostro postraszyć, można zaangażować tyle policji, że spacyfikowanie faszystowskich rozrabiaków stanie się na tyle prawdopodobne, iż nie odważą się rwać bruku. Ale zdjęcia i tak będą i pójdą w świat. Ale wtedy przynajmniej zachodnie telewizje powiedzą, że polskie władze nareszcie zaczęły reagować na faszystowskie ekscesy. Mała to pociecha, choć zawsze coś.

Tak czy inaczej sytuacja polityczna sprawia, że żadnego święta de facto nie będzie. Będzie marsz faszystów (nie wiem, dlaczego zwanych „neo” – cóż w nich nowego?), będę oficjalne obchody we własnym gronie reżimu i jego nielicznych przyjaciół z kraju i bliskiej zagranicy, i będą obchody wolnych demokratów – w Poznaniu. Słowem, jakaś kakofonia polityczna, zupełnie pozbawiona powagi i atmosfery ogólnonarodowego święta. Marny to bilans po stu latach i niedobra wróżba na przyszłość. Niewiele było lat w stuletniej historii naszego kraju od roku 1918, za które można by rządy i państwo polskie chwalić. Zażyliśmy demokracji i jako takiej sprawiedliwości społecznej tyle, by zrobić sobie apetyt na więcej. Kilka lat po 1918 roku, ćwierć wieku po roku 1989. Mało.

Nie wiadomo jeszcze, co z tego będzie. Czy w ogóle ta polska wolność przetrwa, skoro system polityczny jest tak bardzo nieodporny na destrukcję, a społeczeństwo tak mało przywiązane do wolności w jej najważniejszych, konstytucyjnych wymiarach? Tam, gdzie brakuje poczucia narodowego, pewności siebie, opartej na wartościach demokratycznego państwa prawnego, tam próżnię moralną wypełniają mity, kompleksy, a następnie szowinizm i faszyzm. Patologia tzw. marszów niepodległości pokazuje jałowość, pustkę intelektualną i moralną polskiej idei narodowej. Nie ma w niej już nic poza czczą plemienną pychą, lękiem i pogardą dla obcych, zaściankowością i frustracją. Żadnej idei, żadnego przyjaznego przesłania, żadnej świadomości różnorodnego bogactwa polskości, żadnej ciekawości Polski i jej prawdziwej, wieloetnicznej historii, żadnej wrażliwości. Ot, czyste prostactwo, buta i ignorancja. Jeden ordynarny wrzask i zgiełk.

Daliśmy sobie polskość obrzydzić i zabrać. Pracowała na to endecja wielu pokoleń, pracowali faszyści przyklejeni do PZPR, do Kościoła, do różnych „środowisk prawicowych” po 1989 r. Zbieramy dziś, w stulecie niepodległości, bogate i gorzkie żniwo tego intelektualnego, moralnego i emocjonalnego wyjałowienia. To bardzo, bardzo smutne. Nie będziemy się cieszyć 11 listopada – będziemy się martwić i niepokoić, co się wydarzy w Warszawie i co będą o nas mówić na świecie. I sami sobie jesteśmy winni. Polska jest ciężko chora, a 11 listopada będziemy mieli gorączkę. Czy naród tak spętany i zastraszony przez nacjonalistów, naród, któremu jego własna narodowość kojarzy się coraz bardziej z mitologią, pustą dumą dla dumy oraz agresją faszystowskiej hałastry – przerażająco kosmopolitycznej w swym podobieństwie do hałastry ukraińskiej, litewskiej, rosyjskiej, niemieckiej… – w ogóle przetrwa?

Kogo za sto lat będzie nad Wisłą obchodzić polskość i polska państwowość, jeśli wszystko to wciąż, i to coraz bardziej, kojarzy się z miazmatami XIX w., złymi emocjami, nacjonalistycznym anachronizmem? Czy będą obchody dwóchsetlecia niepodległości Polski? Można w to wątpić, niestety.