Tag Archives: podwyżka cen prądu

Kaczyński nie ukrywa: zaprowadzę wam faszyzm i wyprowadzę z Unii Europejskiej

5 Sty

Na początku roku, w którym odbędą się wybory do europarlamentu, nominację na stanowisko wiceministra cyfryzacji uzyskał Adam Andruszkiewicz: narodowiec, prymitywny homofob i przeciwnik UE. A w przyszłym tygodniu do Warszawy – na zaproszenie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – przybywa Matteo Salvini, lider włoskiej Ligi Północnej, minister spraw wewnętrznych Włoch, przeciwnik „elit brukselskich” i sankcji wobec Rosji.

Andruszkiewicz jest pierwszym ministrem polskiego rządu, który uznał za konieczne oświadczyć w „Super Expressie”, że „nigdy nie był faszystą”. Salvini, który przez część przywódców unijnych jest oskarżany o faszyzm, m.in. za swój stosunek do uchodźców, już na to określenie się nie obraża. „To nie faszyzm, to stosowanie prawa” – mówi.

Te dwa zdarzenia obrazują ideową ewolucję PiS. Kończy się „eksperyment”, w ramach którego szef MSZ Jacek Czaputowicz miał poprawić relacje z Unią, zabagnione za czasów jego poprzednika Witolda Waszczykowskiego. Dziś Czaputowicz publicznie obraża szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska oraz europejskich partnerów takich jak Francja.

Tak Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, skomentował na Twitterze opublikowane przez konkret24.tvn24.pl wydatki Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 r. Z jej sprawozdania finansowego wynika, że taką właśnie kwotę przeznaczono na pisowską kampanię billboardową „Sprawiedliwe sądy”, która zawierała nieprawdziwe treści. Przypomnijmy, że budżet PFN stanowią wpłaty spółek skarbu państwa, co oznacza, że koszt jej działalności ponoszą wszyscy podatnicy.

Kolejne wydatki PFN także budzą kontrowersje. 3,7 mln zł przeznaczono np. na… świąteczne życzenia. Projekt szumnie nazwano „Promocja wielokulturowości Polski w świadomości mieszkańców USA”. Nakręcono spot, w którym pięciu polskich duchownych różnych wyznań (katolik, luteranin, prawosławny, muzułmanin i rabin) składało po angielsku Amerykanom życzenia.

Wydanie 370 tys. zł na śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych z okazji 150. urodzin marszałka Józefa Piłsudskiego wydaje się w kontekście innych wydatków „drobiazgiem”.

Ze sprawozdania PFN dowiedzieć się można, ile za tę działalność zarobili czterej członkowie zarządu Fundacji. Otóż w 2017 roku zainkasowali oni w sumie ponad 473 tys. zł.

Internauci najczęściej komentowali wydanie 8,4 mln zł na kampanię o sądach. – Czyli tak: PiS zabrał te pieniądze złodziejom, czyli podatnikom, a dał je, stworzonej przez siebie Polskiej Fundacji Narodowej, by ta w prowadzonych kampaniach za pomocą spotów i bilboardów oczerniała w oczach obywateli polskich sędziów”; – „PFN żyje bogato za nasze pieniądze”; – „A można było wydać na wynagrodzenia dla pracowników administracji sądowej, których brakuje i może skrócilibyśmy czas załatwiania sprawy, a nie jak niby reforma, która go wydłużyła” – podsumował były rzecznik KRS Waldemar Żurek.

Tak wynika z odpowiedzi, której zmuszony był udzielić pełniący obowiązki prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim Grzegorz Chochański. Po wysłaniu do niego wniosku o dostęp do informacji publicznej przez reporterkę TOK FM przyznał także, że informował przełożonych o możliwości utraty płynności finansowej przez spółkę.

Wcześniej jednak Chochański nie chciał podać żadnych informacji posłom PO, którzy w listopadzie ubiegłego roku pojawili się w Janowie z poselską kontrolą. Odmówił im także wglądu do dokumentów. Twierdził wtedy, że sytuacja w jest stabilna. Jak się okazało – w tym samym czasie zawiadamiał o groźbie utraty płynności finansowej!

TOK FM podaje, że – opierając się na odpowiedzi Chochańskiego – w 2015 r. zysk netto stadniny w Janowie Podlaskim wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, a w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł.

 „Wstali z kolan. Zapewnili ideologicznie właściwą dyrekcję, podzielającą poglądy PiS. Skutek ekonomiczny – wiadomy”; – „Do tego karuzela kadrowa z czterema prezesami na czele (obecny jako p.o.) w ciągu zaledwie trzech lat”; – „Co powinno się zrobić z ludźmi, którzy do tego doprowadzili????”– komentowali internauci.

„Odpowiedź” Komendanta Głównego Policji na wydarzenie z udziałem kierowcy-ochroniarza J. Kaczyńskiego w Bydgoszczy. Wg KGP do niczego nie doszło. KGP nie chce ujawnić notatki policjanta, któremu groził ochroniarz JK. Ale dopytujemy dalej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Chodzi o skandaliczne zachowanie kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który groził funkcjonariuszowi zwolnieniem z pracy. O sprawie w artykule „Przepisy ruchu drogowego szefa PiS nie dotyczą?”.

A z rzeczonej odpowiedzi wynika, że zdaniem zastępcy Komendanta Głównego Policji Andrzeja Szymczyka… nic się nie stało.  – „Informuję, że kierowca pana Jarosława Kaczyńskiego nie próbował wymusić na policjancie odstąpienia od czynności przepuszczenia pojazdu, wbrew przepisom ustawy Prawo o Ruchu Drogowym. Nie miało też miejsca kierowanie wobec funkcjonariusza gróźb zwolnienia z pracy, stąd na tą okoliczność nie została sporządzona notatka” – napisał Szymczyk.

Jednak jak ustalił portal wp.pl, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, dotyczące zachowania funkcjonariusza. Jak twierdzą informatorzy portalu, polecenie miało przyjść z samej góry.

Funkcjonariusz, który nie chciał przepuścić jadącego pod prąd auta z prezesem PiS, już w policji nie pracuje. Odszedł na własną prośbę. Kierowca Kaczyńskiego nie został ukarany żadnym mandatem.

„Kolejny awans za zasługi dla PiS! Klaudiusz Pobudzin, jeszcze niedawno funkcjonariusz pisowskiej telewizji, został właśnie szefem biura prasowego Energi!” – tak skomentował jeden z internautów nową posadę byłego reportera Telewizji Trwam i TVP. Pobudzin przez pewien czas kierował także „Teleexpressem”, a potem został szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Na tym stanowisku nadzorował programy informacyjne: „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” oraz TVP Info.

W czasach, kiedy pracował jako reporter w „Wiadomościach” zasłynął z przygotowywania materiałów, które zamiast dziennikarskimi, nazwać należałoby propagandowymi, gloryfikującymi dokonania „dobrej zmiany”.  Ponoć w redakcji ukuto na określenie tych materiałów, zgodnych z linią PiS, nazwę „wykręcić Pobudzina”.

Komentarze internautów brzmiały jednoznacznie. – „Także ten. Partia nagradza swoich wiernych funkcjonariuszy”; – „Kolejny transfer dobrozmianowca do SSP, gdzie będzie budował “nowoczesny system komunikacji z odbiorcami energii”, czyli nic nie robił za pieniądze podatnika!”; – „Prorządowy propagandzista z TVP do… energetyki. Nigdy jeszcze nie było takiego kolesiostwa i promowania nieuków jak za rządów PiS”; – „Były dyrektor z TVP na dyrektora w Enerdze. Kolejna „dobra zmiana”, a ja jestem wciąż zdziwiony”.

Morawiecki obiecał miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki energii, co może oznaczać niedozwoloną przez UE pomoc publiczną.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie prądu i nie ukrywam, że wszelkie liczby dość trudno do mnie przemawiają. Ot, tak to jest, gdy się człowiek rozwija głównie humanistycznie. Dlatego ostatnie zawirowania z polską energetyką są dla mnie niesamowicie ciężkie do ogarnięcia. Te wszystkie eksperckie statystyki, dane, wykresy, strzałki w górę lub w dół, to dla mnie czarna magia. Jak to jednak człowiek ciekawski, próbuję, sięgam do źródeł, szukam faktów, słucham opinii tych, do których mam zaufanie i powoli, powolutku przekładam sobie na język bardziej łopatologiczny, bardziej zrozumiały.

Cały świat usilnie pracuje nad produkcją zielonej energii. Wiąże się to z coraz szybszymi zmianami klimatycznymi, które źle wróżą na przyszłość i może przyjść moment, że nasi potomkowie po prostu wymrą. To, co się dzieje, to nasza zasługa, całej ludzkości i teraz to już ostatni dzwonek, by próbować cokolwiek naprawić i dać szansę, by ludzkość miała jeszcze przed sobą jakieś perspektywy.

Jednym z największych problemów jest ten nieszczęsny CO2, powstały w wyniku spalania węgla w atmosferze. Ależ ten dwutlenek węgla nam miesza w głowach, truje i wykańcza naszą planetę. Nie może więc nikogo dziwić, że mądra polityka energetyczna to właśnie postawienie na energię odnawialną. Nie może też nikogo dziwić, że UE, walcząc z ociepleniem klimatu, wprowadziła opłaty za uprawnienia do emisji CO2 i węgla. Nie po to, by dowalić takim uparciuchom jak Polska, ale by zachęcić i przekonać do inwestycji w energię bardziej przyjazną środowisku.

I mądre, patrzące w przyszłość państwa to robią, a co dzieje się w Polsce? Wiem, że w latach 2009 – 2016 Polska postawiła na odnawialne źródła energii, dzięki czemu produkowana energia rosła o 20% rocznie. Po przejęciu władzy przez PiS nastąpił spadek do… 1% rocznie. Ale zjazd, prawda? No cóż, ludzie dali się przekonać, że wiatraki im szkodzą, więc postawili na polityków PiS, którzy obiecali, że gdy wygrają wybory to wprowadzą ustawę, która oddali to „diabelskie urządzenie” od domostw. Wybory PiS wygrał i już w lipcu 2016 roku ustawa antywiatrakowa, przygotowana oczywiście błyskawicznie i bez rzetelnych konsultacji, weszła w życie. Efekt? Właśnie spadek produkcji energii odnawialnej do 1% rocznie i wycofanie się wielu zagranicznych firm, które rozwijały tę branżę.

PiS twardo stawia na węgiel. Ten, wydobywany u nas i ten, kupowany za niezłą kasę poza Polską. To nieważne, że należymy do niechlubnej czołówki państw, emitujących najwięcej CO2. Nieważne, że fundujemy naszym wnukom niezły kanał i przykładamy ochoczo łapę do zniszczenia życia na Ziemi. Ważne, że partia rządząca nie da skrzywdzić polskich górników i zamierza na maksa wykorzystać polskie pokłady węgla, które mogą starczyć według Andrzeja Dudy i na 200 lat.

A przecież wiadomo było już od kilku lat, że właśnie w 2018 roku pojawi się problem z opłatą za produkcję prądu. Handel zezwoleniami na emisję został przez UE uwolniony, ich cena ostro idzie w górę i niech PiS nie udaje nagle takiego zaskoczenia. Świetnie ta partia wiedziała, że tak będzie, a jednak z pełną świadomością, odstawiła zieloną energię na boczne tory, bo my mamy węgiel i nikt nam nie będzie dyktował, czym palić i jak. Mało tego, minister energetyki Tchórzewski zapowiedział budowę kolejnych, po Ostrołęce, elektrowni na węgiel. Zapowiedział i szybko oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Hm… daje to do myślenia, prawda?

No i teraz, nagle partia rządząca urwała się z choinki i zafundowała nam niezłą jazdę. Z jednej strony firmy energetyczne, które drastycznie podniosły opłaty za prąd, z drugiej zaś premier Morawiecki i jego kumple postawieni pod ścianą. Rach ciach, napisano szybciutko ustawę, w której zamrożono ceny za prąd na cały 2019 rok, przegłosowano ją w podobnym tempie w Sejmie, dając posłom opozycji aż 30 sekund na wyrażenie własnego zdania i teraz już władza może spać spokojnie. Polacy wdzięczni za powstrzymanie podwyżki na pewno zagłosują na tę partię w kolejnych wyborach, a co dalej z prądem? Przyjdzie czas – to PiS będzie znowu kombinować.

Oczywiście ta partia nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła szukać winnych, którzy doprowadzili do takiego chaosu i szumu informacyjnego. Wiadomo przecież, że to nie ona… Już zostało skierowane do prokuratury zawiadomienie o celowej manipulacji cenami prądu na giełdzie energii. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Maciej Bando jest przekonany, że zadziałał tu wrednie czynnik ludzki, ale teraz zostanie to dokładnie sprawdzone. Winny będzie znaleziony i surowo ukarany. Jak znam życie, to prokuratura weźmie z łapanki jakiegoś biedaka, któremu można będzie udowodnić powiązania z PO, a najlepiej bezpośrednio z Donaldem Tuskiem i znowu Macierewicz będzie mógł się pobawić w budowę i rozwiązanie kolejnej teorii spiskowej.

No nic, najważniejsze jest, że podwyżek za prąd nie będzie. Jakoś tak zupełnie bokiem przemykają informacje, że jesteśmy w czołówce trucicieli, że fundujemy przyszłym pokoleniom niezłą jatkę, że brak umiejętności perspektywicznego myślenia odbije się nam niezłą czkawką. Cieszymy się i w ogóle nas nie rusza, że Morawiecki obiecuje miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki, co może oznaczać niedozwoloną pomoc publiczną, która zakłóca konkurencję i wymianę handlową miedzy państwami UE. Zgodnie z przyjętymi zasadami, na przestrzeganie których wyraziła zgodę i Polska „Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Taki komunikat wyszedł wczoraj z Brukseli i może zacząć się kolejna wojenka PiS z UE. Unia zarzuci nam łamanie postanowień, które sami podpisaliśmy, PiS zacznie się wydzierać, że znowu ten europejski twór ingeruje w naszą suwerenność i chce nam coś narzucać, a co zrobią Polacy w nadchodzących wyborach do europarlamentu? Zagłosują na polityków partii rządzącej, bo ona tak o nas dba, nie pozwala zrobi nam krzywdy, więc niech idzie do Brukseli i tam, na miejscu pilnuje, by włos nam z głowy nie spadł. W końcu zatrucie, klimat i inne takie bzdury Polaków nie obchodzą. Liczy się tylko to, co teraz i to „teraz” ma być po naszej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o nieuchronnym faszyzowaniu Polski.

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.

Reklamy

Machlojka PiS z podwyżką cen prądu

3 Sty

Prawo i Sprawiedliwość zrobiło wiele, aby ugrać polityczny kapitał wokół sprawy cen prądu. Rząd oskarżany o sprowadzenie drożyzny wierzył, że znalazł drogę do populizmu doskonałego, aby raz na zawsze przypieczętować przekaz “dotrzymujemy słowa”. Tu na drodze Nowogrodzkiej stanowcze “nie” lada moment może powiedzieć Komisja Europejska. PiS swoją hucpą wokół prądu złamał bowiem panujące we wspólnocie reguły gry. Rząd zignorował unijne zasady udzielania pomocy publicznej i o swoim planie Brukseli nawet nie poinformował, co zostało zauważone. Rzeczniczka KE powiedziała:

“Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Powyższe słowa nie są może mocne, ale kryje się za nimi realna groźba. Władze unijne mają bowiem narzędzia, aby blokować łamiące nasze zobowiązania formy publicznej interwencji. Dlatego choćby rząd PO-PSL z niesamowitą ostrożnością musiał negocjować wsparcie dla polskich stoczni.

Uległości Komisji nie ma co się spodziewać, ponieważ PiS dotknął kluczowej sprawy dla przetrwania Unii. Wspólny rynek jest siłą wspólnoty, a ten będzie miał rację bytu tylko tak długo, jak nikt nie będzie oszukiwał. Pomoc publiczna jako forma nieuczciwej konkurencji zaburza naturalne stosunki między gospodarkami Europy. W przypadku regulacji cen prądu sytuacja jest zaś zupełnie kuriozalna. Zamieszanie z pomocą publiczną byłoby może do uniknięcia, gdyby rząd zrekompensował wyższe koszty tylko i wyłącznie niższą akcyzą na prąd. Energia z węgla byłaby tańsza, ale proporcje jej ceny wobec prądu z odnawialnych źródeł energii byłyby zachowane. PiS nie szedłby tym samym także na kolizję z walką o ochronę klimatu. Jednak efekt propagandy byłby połowiczny, więc postawiono na stare, dobre regulacje cen. Szczególnie groteskowa jest już sama nazwa funduszu, który będzie miał stać na straży nowych cen – Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny.

Interwencja Unii byłaby tu zaś dla polskiej gospodarki pożądana. Zaniżanie cen oznacza bowiem zatrzymanie presji na oszczędzanie energii i tworzenie nowych mocy produkcyjnych. Tani prąd z dopłaty nie zmotywuje do zakupu urządzeń energooszczędnych, a niska cena to mała pokusa do inwestowania w energetykę.

W efekcie możemy skończyć jak w PRL, jednak zamiast z pustymi półkami, to z przerwami dostaw energii. Ale to nie jedyne kuriozum, przed którym Unia może nas ustrzec. Znaczenie cen prądu jest wszakże daleko przeceniane w swojej roli w gospodarce, ponieważ mimo symbolicznie ważnej roli rachunek za energię stanowi marginalny fragment tak PKB jak i budżetów domowych. Inaczej być nie może, ponieważ liche kilka miliardów nie starczyłoby na pokrycie podwyżek tak kluczowego zasobu, jak to kreują dziś politycy.

PiS wciąż ustami Michała Dworczyka utrzymuje, że ma eskspertyzy stanowiące, że dopłaty są zgodne z prawem unijnym. Pytanie jednak, czy rząd ma je na podobnej zasadzie, jak minister Waszczykowski posiadał ekspertyzy na nielegalność wyboru Donalda Tuska? PiS przegrał już parę takich bitew przed sądami, stąd nasza redakcja mówi sprawdzam i zawnioskowała o udostępnienie tych dokumentów.

Może się zatem jeszcze okazać, że władza odtrąbiła sukces przedwcześnie, a jej destrukcyjny populizm zostanie powstrzymany. Otwarte pozostaje pytanie, jak taki obrót spraw wpłynie na nadchodzące wyborcze zmagania.

>>>

Niedemokratyczne państwo bezprawia

2 Sty

Gdyby do działań PiS przyłożyć niektóre z powojennych tez filozofa prawa Gustava Radbrucha, podsumowujących okres nazizmu, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej

Kilkanaście miesięcy temu Polskę lotem błyskawicy obiegła wiadomość o zatrzymaniu i skuciu kajdankami Władysława Frasyniuka – w telewizyjnym komentarzu jego adwokat przywołał formułę Radbrucha.

Co to jest właściwie takiego ta formuła, skoro ostatnio jest na ustach wszystkich i każdy rozumie ją inaczej? Według jednych formuła Radbrucha powstała w określonym kontekście historycznym i nie wolno jej nadużywać, według innych przeciwnie – ma walory uniwersalne i może znaleźć zastosowanie także w państwie mieniącym się demokratycznym i praworządnym – pisze prof. Jerzy Zajadło*.

(George Orwell – Rok 1984)

Tezy Radbrucha

W 1946 roku niemiecki filozof prawa Gustav Radbruch opublikował artykuł pod tytułem „Ustawowe bezprawie i ponadustawowe prawo”. Podsumował tam okres nazizmu i postawił trzy tezy, nazwane później od jego nazwiska formułą Radbrucha:

  • po pierwsze, może dochodzić do takiego konfliktu wewnątrz prawa, że czasami powinniśmy odłożyć na bok jego literę i kierować się duchem sprawiedliwości;
  • po drugie, czasami ta swoista perwersja prawa jest tak daleko idąca, że coś, co jest z pozoru ubrane w szaty ustawy, w gruncie rzeczy w ogóle nie zasługuje na miano prawa;
  • po trzecie, odpowiedzialność za nazistowskie bezprawie ponosi przynajmniej częściowo tzw. pozytywizm prawniczy, który całe pokolenia prawników wychował w duch bezwzględnego posłuszeństwa władzy.

Tyle Radbruch – historyczny kontekst jego propozycji jest więc oczywisty. Jednak tak naprawdę niemiecki prawnik kierował swoje słowa przede wszystkim do przyszłych pokoleń, ponieważ sam był już w wówczas w podeszłych wieku i wkrótce, 23 listopada 1949 roku, zmarł w swoim ukochanym Heidelbergu.

W latach 90., kiedy przyszło rozliczać bezprawie komunistyczne i niektóre inne reżimy autorytarne w różnych częściach świata (np. w RPA i w niektórych krajach południowo-amerykańskich i azjatyckich), przypomniano sobie o jego formule i np. w Niemczech wykorzystano ją w procesach osób odpowiedzialnych za śmierć setek ludzi przy murze berlińskim.

Zaczęto też nadawać jego propozycji bardziej uniwersalny i ponadczasowy charakter. Uświadomiono bowiem sobie, że do ustawowego bezprawia może czasami dochodzić nie tylko w reżimach totalitarnych, lecz paradoksalnie także w krajach mieniących się demokratycznymi państwami prawa.

Nie mają więc racji ci wszyscy, którzy protestują przeciwko powoływaniu się dzisiaj na formułę Radbrucha, ponieważ już dawno oderwała się ona od swojego podstawowego historycznego kontekstu. Moglibyśmy np. w przez jej pryzmat dokonać oceny haniebnego procederu niewolnictwa w demokratycznych w końcu Stanach Zjednoczonych w połowie 19. wieku, ale z pewnością znalazłyby się też bliższe nam przykłady.

I tutaj dochodzimy do zasadniczego pytania – czy aktualny stan praworządności w Polsce uzasadnia odwoływanie się do formuły Radbrucha? Otóż jeśli potraktujemy ją wąsko i w związku z konkretnym kontekstem historycznym, to oczywiście nie, byłoby to istotnie nadużycie intencji niemieckiego filozofa prawa.

Blisko granicy bezprawia

Jeśli jednak nadamy jej znaczenie bardziej uniwersalne, a taki model obowiązuje we współczesnym prawoznawstwie, to odpowiedź negatywna nie będzie już tak oczywista.

Wiele z działań obecnej władzy zbliża się bowiem niebezpiecznie do pewnej granicy, za którą rozciąga się nieograniczona przestrzeń ustawowego bezprawia. Dotyczy to zarówno działań faktycznych, jak i prawodawczych.

Skupmy się tytułem przykładu tylko na kilku z nich. W wielu przypadkach skala naruszeń konstytucji jest tak daleko idąca, że powoływanie się na Radbrucha wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Przykłady?

Bardzo proszę:

  • dewastacja prestiżu Trybunału Konstytucyjnego i jego funkcji kontrolnych;
  • zamienienie w kompletną farsę parlamentarnych procedur ustawodawczych;
  • wprowadzenie takich zmian w prawie o zgromadzeniach, które kompletnie kłócą się z ideą społeczeństwa obywatelskiego;
  • rzekoma reforma wymiaru sprawiedliwości (prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o SN i KRS), której jedynym rzeczywistym celem jest jego polityczne podporządkowanie i wymuszenie posłuszeństwa.

Wystarczy, Radbruch by specjalnie nie protestował w sprawie użycia jego formuły do oceny charakteru tych działań.

Gdyby do działań PiS z ostatnich kilkunastu miesięcy przyłożyć niektóre z powojennych tez Gustava Radbrucha, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej.

Odwracanie znaczeń

Jarosław Kaczyński ciągle jednoznacznie deklaruje niepodważalność dalszego polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, a wzywających do referendum w tej sprawie nazywa politycznymi szkodnikami i awanturnikami.

Paradoksalnie te słowa powinny być jednak dla nas poważnym ostrzeżeniem, ponieważ mogą oznaczać coś dokładnie odwrotnego. Życie zdaje się potwierdzać tę prognozę, ponieważ politycy PiS mają wyjątkową skłonność do odwracania znaczeń.

Swego czasu jeden ze zwolenników „dobrej zmiany” napisał na łamach codziennej prasy tak: „To, co konstytucjonaliści uważają zazwyczaj za niewzruszone dogmaty, np. zasady demokratycznego państwa prawa, niezależności sędziowskiej czy zwłaszcza trójpodziału władzy, wcale nie jest takie oczywiste. Sens tych pojęć wymaga wyjaśnienia, a nie przyjmowania ich na wiarę”.

Dla konstytucjonalistów te słowa muszą być szokujące. Tym bardziej szokujące, że w praktyce PiS poszedł jeszcze dalej i wyszedł wyłącznie poza poziom proponowanej reinterpretacji paradygmatów:

nie chodzi wyłącznie o „wyjaśnienie” tych pojęć, chodzi o ich całkowite zaprzeczenie, a więc o niedemokratyczne państwo bezprawia, zależność sędziowską i jednolitość władzy skoncentrowanej w tzw. centralnym ośrodku decyzji politycznej o charakterze pozakonstytucyjnym.

Jedni podpiszą się pod tą tezą, ponieważ od samego początku przewidywali taki scenariusz wydarzeń; inni gwałtownie zaprotestują i uznają ją za histeryczną przesadę, ponieważ wierzą w sanacyjny charakter „dobrej zmiany”.

Jednak fakty zdają się przemawiać za koniecznością nazywania rzeczy po imieniu. Potencjalnym krytykom z góry odpowiadam – ja nie oceniam faktów, tylko je opisuję. Jeśli coś oceniam, to wyłącznie ewentualne skutki tych faktów.

Farsa legislacji

Po pierwsze, proces legislacyjny zamienił się w farsę i grę pozorów. Sejm, Senat i prezydent stały się organami, które bezkrytycznie i bezwolnie akceptują projekty ustaw powstające wprawdzie formalnie w ramach obowiązujących procedur, ale faktycznie będące emanacją kapryśnej i nieprzewidywalnej woli tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej.

Wszystko to odbywa się bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i bez brania pod uwagę głosu opozycji parlamentarnej, nawet tam, gdzie prawo wyraźnie tego wymaga. Z punktu widzenia utrwalonych w jurysprudencji zasad takie prawo przestaje być prawem, staje się dyktatem przyobleczonym tylko formalnie w szaty ustawy, w rezultacie – jest ustawowym bezprawiem.

Prawo wymaga bowiem nie tylko spełnienia kryteriów nazwanych przez Lona L. Fullera jego wewnętrzną moralnością, lecz także określonego trybu uchwalania. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z przewrotną retoryką – z jednej strony na użytek manipulacji opinią publiczną deklaruje się przestrzeganie konstytucji i obowiązującego porządku prawnego, z drugiej zaś bezceremonialnie łamie się ustawę zasadniczą i w gruncie rzeczy gardzi się jej aksjologią.

W normalnie funkcjonującym współczesnym państwie wybory są nie tylko po to, by wybrać przedstawicieli narodu umożliwiających realizację idei demokracji pośredniej, ale także (a może – przede wszystkim) po to, by ci przedstawiciele stanowili prawo w ramach demokratycznych procedur.

Dzisiaj już wiemy, że w warunkach współczesnych społeczeństw masowych nie chodzi przy tym o demokrację opartą wyłącznie o arytmetyczną większość, lecz o demokrację deliberatywną i partycypacyjną, która uwzględnia głos mniejszości i w której ostateczne prawodawcze fiat jest wynikiem demokratycznego dyskursu.

W warunkach demokratycznego państwa prawa istotne jest nie tylko jakie prawo się uchwala, lecz także – jak się je stanowi. Na tym opieram swoje twierdzenie o symptomach niedemokratycznego państwa bezprawia i w gruncie rzeczy po to dokonano najpierw paraliżu, a następnie całkowitej degeneracji Trybunału Konstytucyjnego.

Chodziło o to, by zarówno przedmiot, jak i tryb legislacji wyjąć spod jakiejkolwiek kontroli, poza oczywiście wyimaginowaną kontrolą mitycznego suwerena mamionego mirażem jego wszechmocy.

Sędziowie – posłuszni wykonawcy

Po drugie, zmiany statusu Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego i reorganizacja systemu organów wymiaru sprawiedliwości wyraźnie zmierzają już nie tylko do naruszenia zasad podziału władzy (art. 10 konstytucji) i odrębności władzy sądowniczej (art. 173 konstytucji).

Ich celem jest wręcz przekształcenie sędziów i sądów w posłusznych wykonawców woli wspomnianego centralnego ośrodka – w równym stopniu, w jakim się to już stało udziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Tak pojęte sądy przestaną być sądami i trudno znaleźć odpowiednie słowo na określenie ich istoty.

Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z reinterpretacją pojęć, lecz z ich całkowitą negacją. W swoim słynnym tekście „Pięć minut filozofii prawa” z 1945 roku Gustav Radbruch pisał tak:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że Radbruch napisał te słowa pod wpływem perwersji systemu nazistowskiego i że trudno dopatrywać się w nich jakichkolwiek historycznych analogii. Dzisiaj jednak już wiemy, że słowa niemieckiego filozofa prawa mają charakter uniwersalny i ponadczasowy, zwłaszcza z punktu widzenia europejskiej kultury prawnej.

W związku z tym trudno nie zauważyć ich adekwatności w kontekście polskiej sytuacji – niestety, pasują jak ulał.

Polscy sędziowie stanęli bowiem w obliczu gigantycznego paradoksu, ponieważ przyszło im chronić prawo i sprawiedliwość przed „Prawem i Sprawiedliwością”.

„Tylko to, co jest prawem, służy narodowi”

Nie jesteśmy bowiem w stanie zaakceptować „filozofii prawa” zarysowanej swego czasu przez premiera Mateusza Morawieckiego w pamiętnym wywiadzie dla niemieckiej stacji telewizyjnej Deutsche Welle. Ten sam Radbruch napisał bowiem też inne zdanie: „Nie, nie może tak być: wszystko, co służy narodowi, jest prawem; raczej odwrotnie: tylko to, co jest prawem, służy narodowi”.

Ale Radbruch napisał jeszcze coś i powinno to stanowić dla nas wskazówkę na przyszłość:

„Jeśli ustawy świadomie zaprzeczają sprawiedliwości, np. arbitralnie przyznają i odbierają ludziom ich prawa, to nie obowiązują, naród nie jest zobowiązany do ich przestrzegania, a prawnicy również powinni zdobyć się na odwagę odmówienia im charakteru prawa”.

Obowiązek bezpośredniego stosowania Konstytucji

Przełożone na grunt aksjologii konstytucyjnej te słowa nie oznaczają niczego innego, jak tylko prawo lub wręcz obowiązek sędziów do bezpośredniego stosowania i interpretacji konstytucji (lub jak chcą niektórzy – rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa).

Bałamutność hasła „demokracja, a nie sędziokracja” polega przede wszystkim na populistycznej sugestii, że sędziowie są wrogami demokracji, podczas gdy w rzeczywistości stanowią jej konieczny i niezbędny element. Tzw. reforma wymiaru sprawiedliwości pod pozorem walki z niedomaganiami systemowymi w gruncie rzeczy tworzy jakiś nowy system oparty na całkowitym prymacie polityki nad prawem i próbujący z niezawisłych sędziów uczynić dyspozycyjnych funkcjonariuszy władzy.

Potwierdza się tutaj teza o odwracaniu znaczeń – rządzący być może dobrze identyfikują bulwersujące społeczeństwo niektóre patologie systemu, ale jednocześnie pod pozorem walki z nimi próbują na nich zbudować system jeszcze bardziej patologiczny. To, co do tej pory się tylko wbrew społecznej woli zdarzało, teraz po prostu będzie.

Ten mechanizm uderza swoją logiczną prostotą i pragmatyczną skutecznością – wyjątek przekształcony w zasadę po prostu przestaje istnieć. Do czasu, kiedy ludzie nie zorientują się ponownie, że w pierwotnych deklaracjach nie o to chodziło i że to jednak ten sam wyjątek, a nie zasada, tyle że zawoalowany atrakcyjnym pustosłowiem i zatopiony w propagandowym populistycznym sosie.

Nie twierdzę, że wszystkie elementy proponowanego projektu politycznego mają taki charakter. Twierdzę natomiast, że takie znamiona noszą niektóre z nich – niestety te, które są fundamentalne z punktu widzenia konstytucyjnego ustroju państwa i które przez to mają zasadniczy wpływ na całe nasze życie. Z pozoru są odległe, umieszczone gdzieś na szczytach władzy, nie mające znaczenia z pozycji egzystencjalnych problemów przeciętnego człowieka, ale są to tylko pozory.

W rzeczywistości mają one bowiem znaczenie zasadnicze, cała reszta to jedynie uspokajający i kamuflujący faktyczne intencje dodatek. Najlepszym przykładem takiego swoistego leczenia niedomagań politycznego organizmu przez wszczepienie do niego jeszcze gorszej jednostki chorobowej są właśnie propozycje reformy wymiaru sprawiedliwości.

Polityczna dyspozycyjność zasadą

Hasło jest przewrotne i bałamutne – jeśli nasza polityka jest słuszna, a przecież jest, to nie ma lepszej gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów niż włączenie trzeciej władzy w proces realizacji tej polityki.

I tak oto patologiczny i zdarzający się wbrew naszej woli wyjątek, polityczna dyspozycyjność sądów i sędziów, ma się stać systemową zasadą i polityczną cnotą.

Nie chodzi bowiem tylko o eliminację znanych z dalszej i bliższej przeszłości przypadków tzw. sędziów na telefon. Chodzi o model zapewniający takich sędziów, którym nie trzeba będzie w ogóle przypominać telefonicznie, czego od nich oczekuje władza wykonawcza (a ściślej rzecz biorąc – tzw. centralny ośrodek decyzji politycznej), powinni to sami rozumieć, czuć, a nawet wręcz wyprzedzać pragnienia rzekomego suwerena.

Jawne bezprawie nazywają prawem

Po trzecie, w każdym, nawet najbardziej demokratycznym państwie prawa mogą się zdarzyć ekscesy bezprawnego nadużycia władzy, ponieważ wszędzie występuje niedoskonały i nieprzewidywalny czynnik ludzki.

Nie ma na świecie idealnych państw – w których bez jakichkolwiek zarzutów funkcjonuje demokracja, w których większość zawsze liczy się z opinią mniejszości, w których nie zdarzają się napięcia pomiędzy trzema podstawowymi władzami, w których nie zapadają błędne i niesprawiedliwe wyroki sądowe, w których nie dochodzi do bezkarnych aktów arogancji władzy wykonawczej, w których nie istnieją przypadki łamania prawa człowieka, słowem – w których wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni z politycznego systemowego otoczenia.

Problem tylko w tym, co jest zasadą, a co wyjątkiem, co normalnością, a co patologią, co prawidłowo funkcjonującym systemem, a co jego aberracją.

Niedemokratyczne państwo bezprawia zaczyna się tam, gdzie albo władza robi z ludzi idiotów i jawne bezprawie nazywa prawem, albo wręcz przeciwnie, zaczyna ukrywać przed społeczeństwem swoje bezprawne działania.

Ten pierwszy przypadek to cały ciąg ustaw, których niekonstytucyjność nie powinna była budzić wątpliwości – ani projektodawców, ani głosujących posłów i senatorów, ani wreszcie składającego swój podpis prezydenta. Mimo to zostały wniesione do laski marszałkowskiej, uchwalone i podpisane.

Z tym drugim przypadkiem z kolei mieliśmy ostatecznie do czynienia w kontekście śmierci Igora Stachowiaka we wrocławskim komisariacie. Ta sprawa ma dwa wymiary,

  • jeden to dramat śmierci człowieka i towarzyszące jej bezprawne działania funkcjonariuszy policji;
  • drugi natomiast – to dramat demokratycznego państwa prawa wynikający z działań prokuratorów i polityków zmierzających do przysłowiowego zamiecenia sprawy pod dywan.

Nie wiadomo, który z nich jest gorszy. Bezprawne działania policjantów to po prostu przestępstwo, które powinno spotkać się z normalną reakcją ze strony organów państwa. Natomiast

próby ukrywania bezprawności władzy przez nią samą to coś jakościowo innego – to symptom przekształcania państwa prawa w państwo bezprawia.

Trudno bowiem nie dostrzec w sprawie Igora Stachowiaka podobieństwa do mechanizmu działania władzy w pamiętnej sprawie Grzegorza Przemyka.

Gigantyczny nepotyzm i korupcja

Po czwarte wreszcie pojawiają się zjawiska, które wymykają się wprawdzie precyzyjnej ocenie z punktu widzenia kryteriów formalnie pojętego demokratycznego państwa prawa, ale które łączą się z nim w sensie materialnym, ponieważ dewastują leżącą u jego podstaw kulturę polityczną. Wkraczamy tutaj w sferę pewnej publicznej estetyki, która ma jednak pewien pośredni wpływ zarówno na prawo, jak i na etykę życia zbiorowego.

Partyjnym nominacjom do spółek Skarbu Państwa formalnie (czy na upartego – nawet etycznie) być może nie sposób nic zarzucić, gdyby nie było ono elementem pewnych szerszych zjawisk – z jednej strony gigantycznego nepotyzmu i korupcji politycznej, z drugiej zaś niesłychanej arogancji władzy.

To jednak ma wbrew pozorom wiele wspólnego z wszystkimi innymi wyżej wskazanymi symptomami niedemokratycznego państwa bezprawia –

tworzy bowiem drugi, nieformalny i antydemokratyczny obieg funkcjonowania państwa, w który próbuje się teraz wciągnąć sędziów i sądy przeciwstawiając rzekomą sędziokrację pozornej demokracji.

Trudno w tym nie dostrzec powrotu do najgorszych tradycji PRL-u.

Nie przeczę, być może (chociaż wątpię) większość społeczeństwa akceptuje taki model i chce żyć w takim państwie. Jeśli tak, to trudno – nie nazywajmy jednak tego państwem prawa, trzeba będzie stworzyć jakąś nową terminologię.

Powtórzmy więc jeszcze raz słowa Gustava Radbrucha:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

(Sławomir Mrożek – Podanie)

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Oczywiście, że będą podwyżki za prąd. Nie będzie ich jakiś czas na rachunkach gospodarstw domowych, które wystawiają dystrybutorzy. Sejm nagle po trzech latach rządów PiS uchwalił ustawę, która przesuwa pieniądze z budżetu państwa na konta spółek energetycznych, aby te wykupiły prawa do emisji CO2. Bynajmniej nie wykupią tych praw od polskich podmiotów.

To znaczy, że wszyscy zapłacimy za prąd wytwarzany z brudnych surowców (węgiel i pochodne kopaliny). Zapłacimy podatkami, które mogłyby być zainwestowane w naszą przyszłość, a są zainwestowane w utrzymanie władzy PiS. Zapłacimy przede wszystkim swoim zdrowiem, a to jest cenniejsze niż wszelki szmal.

Powinny być tego świadome elity – i pewnie są – ale gorzej z niewyedukowanym ludem głosującym, na którym zawsze żerują autokraci i takie podmioty polityczne, jak partia Jarosława Kaczyńskiego.

Do poprzednich rządów można mieć wszelkie pretensje, włącznie z takimi, iż nie dogoniły najbardziej rozwinięte kraje świata (co jest samo w sobie…

View original post 1 226 słów więcej

 

Pomnik pedofila Jankowskiego – zburzyć!

31 Gru

Michał Wojciechowicz, dziś pisarz, jako 17-latek strajkujący w Stoczni Gdańskiej, a jednocześnie jedna z ofiar oskarżonego o molestowanie nieletnich ks. Henryka Jankowskiego opublikował na Facebooku post, w którym domaga się usunięcia pomnika duchownego. „Weźcie ten apel do serca, bo będzie dym!!!” – napisał.

Wpis pojawił się w mediach społecznościowych 28 grudnia. O sprawie poinformował m.in. Polsat News.

Michał Wojciechowicz obiecał w nim, że były kapelan Solidarności „spadnie z cokołu”. „Mija prawie miesiąc od pojawienia się doniesień o pedofilskiej jeździe księdza, prałata Henryka Jankowskiego, proboszcza Kościoła Św. Brygidy w Gdańsku, kapelana Solidarności i niby to bohatera walki z komunizmem” – zaznaczył pisarz na Facebooku. W ironiczny sposób przywołał niejasności, które wiązały się z życiorysem duchownego, m.in. fakt, że miał współpracować ze Służbami Bezpieczeństwa PRL. Przypomniał również, że o jego skłonnościach seksualnych wiedziało wiele osób, ale nikt nie reagował.

„Jak do tej pory, nikt z rządzących miastem [Gdańskiem – przyp. red.], ani nikt z Kościoła, nie odezwał się ani do pani Borowieckiej – bohaterki, ona pierwsza dała świadectwo o księdzu pedofilu Jankowskim – ani do mnie, ani do Marka Lisińskiego, szefa fundacji Nie lękajcie się, do którego zgłosiły się kolejne ofiary molestowane przez prałata” – informuje we wpisie Michał Wojciechowicz. Zarzucił politykom, urzędnikom miejskim i przedstawicielom Kościoła bierność, a nawet zaprzeczanie oskarżeniom wobec ks. Jankowskiego. „Najbardziej podłym przykładem było wystąpienie biskupa Głodzia w Wigilię” – stwierdził.

„A więc hej, możni mojego miasta! Zwracam się do macherów miejskiej polityki, do bogatych i wpływowych oraz do partyjnych bonzów. (…) Zwracam się także do tych pomniejszych działaczy (…) co to na bankietach organizowanych przez Kurię i biskupów bywają. Zwracam się także do moich byłych przyjaciół z podziemia, Solidarności i Ruchu Młodej Polski – którzy dalej mają w moim mieście wpływy:

ALBO USUNIECIE TEN POMNIK HAŃBY, ALBO GO PO PROSTU ZBURZĘ. I WEŹCIE TEN APEL DO SERCA, BO BĘDZIE DYM !!!” – napisał.

Ks. Jankowski został oskarżony o molestowanie

Były kapelan Solidarności zmarł w 2010 roku w Gdańsku. Falę oskarżeń o czyny pedofilskiew jego kierunku rozpoczął listopadowy reportaż w „Dużym Formacie”, z którego wynikało, że duchowny miał wykorzystywać seksualnie dzieci i młodzież. Szybko pojawiły się głosy, że pomnik ks. Jankowskiego, który postawiono w Gdańsku dwa lata po jego śmierci, powinien zostać natychmiast usunięty.

Walory estetyczne „ławek niepodległości” wzbudzają kontrowersje, niektórzy twierdzą, że są zwyczajnie szpetne. Okazały się też niezbyt nietrwałe i odchodzi z nich farba. MON twierdzi jednak, że o gustach się nie dyskutuje.

Ministerstwo Obrony Narodowej przeznaczy łącznie 4 mln 200 tys. zł na multimedialne „ławki niepodległości”, które już pojawiają się w polskich miastach. MON finansuje projekt w 80 procentach, resztę dopłaca samorząd. Każda ławka kosztuje około 30 tysięcy złotych. Instalacja jest wyposażona m.in. w WiFi, głośnik, z którego posłuchać będzie można m.in. fragmentu Marszu I Brygady i gniazda USB.

Komentarze są bezlitosne dla projektu. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze poinformowało, że jedna z ławek „stoi i szpeci Łazienki Królewskie”. Z kolei Fundacja Wzornictwo i Ład podkreślała, że w Sądzie Konkursowym nie było żadnego architekta ani żadnego projektanta z dziedziny wzornictwa przemysłowego. Z kolei grafik Andrzej Pągowski stwierdził, że przypomina mu to bardziej „trumnę niepodległości”.

Okazuje się, że ławki są nie tylko niezbyt estetyczne, ale też nietrwałe. Marek Świerczyński z „Polityki Insight” zamieścił na Twitterze zdjęcie, na którym widać, że z instalacji odchodzi biała farba.

Ministerstwo ma jednak komunikat do krytykujących, czy – jak napisano na Twitterze MON – „wszystkich, którzy hejtują”.

De gustibus non est disputandum [o gustach się nie dyskutuje]. Ten projekt trwale upamiętni #PL100 i ma walory edukacyjne. Przypominamy też, że o ich budowę wnioskowało ponad 200 samorządów (różnej opcji politycznej) z całej Polski – często na prośby mieszkańców

– czytamy. W sobotę ministerstwo odpowiadało na wiele wpisów na temat ławek. W wielu odpowiedziach podkreślano, że o gustach się nie dyskutuje.

Nie da się wyprodukować patriotów.  Wyhodować można tylko cynicznych piewców własnej odmiany polskości i nawiedzonych nacjonalistów.

Skończył się rok jubileuszu odzyskania państwa i niepodległości.  Miało być hucznie, radośnie i na bogato. A jak było? Na stronie ministerstwa Kultury… itd. przeczytać można podsumowanie obchodów Święta Niepodległości.  Projekty rządowe i ministerialne, 60 przedsięwzięć wojewodów, 441 akcji samorządowych, 300 programów zagranicznych. Koncerty, wystawy, prezentacje. Polska miała być na ustach świata. I była, niestety.

PiS wydał miliony z naszej wspólnej kasy, by ukazać światu atrakcyjne oblicze zasobnej, cywilizowanej i kulturalnej Polski.  Równocześnie niemiłościwie nam panujący obrażali przywódców krajów sojuszniczych, deptali po odciskach unijnym liderom, przypisywali mroczne intencje Trybunałowi Europejskiemu i odmawiali wiedzy prawniczej sędziom TSUE. Pan premier, na wyścigi z panem prezydentem, domagał się od świata szacunku i uznania dla demokratycznej i praworządnej Polski, a równocześnie obydwaj nie ustawali w wysiłkach, by obrzydzić swoją ojczyznę i zepchnąć ją w strefę cienia, gdzie demolowanie struktur demokratycznych nie rzuca się tak w oczy. Świat zapamiętał zarówno brednie Mateusza Morawieckiego w Gazecie Polskiej o jakichś zorganizowanych grupach przestępczych w sądach, jak i jego wypowiedź w Washington Examiner, gdzie twierdził, że w Polsce niczego nie da się załatwić bez łapówki.

Międzynarodowa opinia publiczna miała zobaczyć wielki skok cywilizacyjny Polski. W rzeczywistości zobaczyła fałsz, pychę i butę władzy, a zapamiętała przede wszystkim jej wspólny marsz z faszystami i zaściankowe obrzędy pod nadzorem dostojników kościelnych. Polakom natomiast pozostaną w pamięci głównie 143 ławeczki – samograjki x 30 tys. zł , które nawet w zamierzeniu nie są funkcjonalnym miejscem wypoczynku i refleksji, bo jak wynika z opisu na stronie MON są to tylko „pamiątki dla przyszłych pokoleń”.

Co w nas pozostanie po obchodach jubileuszu odzyskania wolności? Moje dzieci zapamiętały, jak przez godzinę marzły przed szkołą, blokując ruch na przelotowej arterii, bo nakazano im stworzyć biało-czerwony chór i dokładnie o 11.11 odśpiewać hymn narodowy.  Mojemu emerytowanemu teściowi oraz jego licznym znajomym lokalne imprezy „niepodległościowe” nieodparcie kojarzyły się z fetowaniem 1 maja za pomocą akademii z częścią artystyczną, a cały projekt z obchodami Roku Leninowskiego w PRL-u. Przyjaciel z Hamburga zdiagnozował patriotyczne wzmożenia narodowców „zanieczyszczeniem miłego klimatu podwyższonym stężeniem głupoty”. A bardzo wielu moich bliższych i dalszych sąsiadów z Wielkopolski serdecznie wkurzyło, że PiS podłączył się w tym roku pod tradycyjne w Poznaniu obchody rocznicy powstania wielkopolskiego.

W Poznaniu od lat wjeżdża na stację zabytkowy pociąg, z którego wysiada Paderewski i wygłasza swoją porywającą mowę. Od lat na placu Wolności rekonstruktorzy odgrywają sceny rozbrajania żołnierzy niemieckich. Tym razem władza PiS postanowiła uatrakcyjnić uroczystość swoją obecnością i na ścianie budynku Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego odsłonięto „tablicę wdzięczności”.  Przemawiający z tej okazji premier wymachiwał rękami w przekonaniu, że robienie wiatraka zastępuje sensowną składnię i przyzwoitą treść przemowy. – Wszyscy jesteśmy powstańcami wielkopolskimi! – drażnił poznaniaków Mateusz Morawiecki, by ostatecznie doprowadzić ich do szewskiej pasji wręczając wymyślone naprędce Medale Stulecia Odzyskanej Niepodległości swoim znajomym, a wśród nich mgr prawa Julii Przyłębskiej za to, że przypadkiem jest poznanianką – bo przecież nie za upowszechnianie wiedzy o Powstaniu.

Wykwity wyobraźni PiS, ujawnione w programie obchodów, spora część społeczeństwa odebrała jak nieudolne próby indoktrynacji.  Bo też od chwili przejęcia władzy przez Kaczyńskiego z ekipą trwa proces, czy raczej proceder, konstruowania nowego modelu Polaka.  Właśnie minął rok, w którym rządzący ze szczególną mocą zawiadamiali nas, że patriotami możemy być tylko wtedy, gdy popieramy ich „dobrą zmianę”, bo to jedyna dobra droga dla Polski.  Dowiedzieliśmy się, że nie jest patriotą ten, kto chodzi do kina na „Kler” zamiast do kościoła, gdzie w kazaniach słychać pogróżki pod adresem myślących samodzielnie. Nie może być patriotą również ten, kto krytykuje polski rząd wybrany przez polskiego suwerena, który rzekomo wyposażył swoich wybrańców w prawo obsadzenia wszystkich intratnych stanowisk przez swoich wyznawców, a dla utrzymania i umocnienia władzy dał placet na zmiany wszystkiego. Wszystkiego, włącznie z konstytucją i międzynarodowymi umowami.

Po 100 latach od powrotu państwowości powinniśmy być dumni z sukcesów i pozycji Polski. Powinniśmy, ale nie jesteśmy . Bo Polskę zawłaszcza partia, która zachowuje się tak, jakby PiS nie miał terminu przydatności, jakby jej okres ważności dla Polaków nigdy się nie kończył.  Do Kaczyńskiego słabo dociera oczywista oczywistość, że nawet najbardziej zmasowaną propagandą nie stworzy wzorcowego Polaka.  Nie da się wyprodukować patriotów.  Wyhodować można tylko cynicznych piewców własnej odmiany polskości i nawiedzonych nacjonalistów – co właśnie następuje.

Wskutek obłędnej propagandy, pompującej poczucie narodowej godności i odrębności, niepostrzeżenie przybywa nam ludzi tak kochających Polskę, że gotowych udusić ją z miłości. Nie zraża ich buta, chamstwo, ani pazerność rządzących.  „Prawdziwi patrioci” nie widzą lasu, bo drzewa im zasłaniają. Oglądają każde z osobna – i owszem, widzą w nich ubytki, uszkodzenia, spróchniałe konary, ale przecież to nadal są drzewa, bo mają pnie, gałęzie i kilka zielonych liści. Nawet jeśli czasem ogarną sumę zniszczeń, to wierzą, że dobra zmiana „da radę”, wytnie chore drzewa i zasadzi nowe, zdrowe i bez skazy…

Ostatnio często przywoływany jest cytat z Michaiła Sałtykowa Szczedrina, XIX-wiecznego pisarza rosyjskiego, który napisał : „kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli”. Po 100 latach odzyskania wolności Prawo i Sprawiedliwość najbezczelniej okrada nas z tej wywalczonej wolności.

Waldemar Mystkowski o pierwszym prawie PiS.

Oczywiście, że będą podwyżki za prąd. Nie będzie ich jakiś czas na rachunkach gospodarstw domowych, które wystawiają dystrybutorzy. Sejm nagle po trzech latach rządów PiS uchwalił ustawę, która przesuwa pieniądze z budżetu państwa na konta spółek energetycznych, aby te wykupiły prawa do emisji CO2. Bynajmniej nie wykupią tych praw od polskich podmiotów.

To znaczy, że wszyscy zapłacimy za prąd wytwarzany z brudnych surowców (węgiel i pochodne kopaliny). Zapłacimy podatkami, które mogłyby być zainwestowane w naszą przyszłość, a są zainwestowane w utrzymanie władzy PiS. Zapłacimy przede wszystkim swoim zdrowiem, a to jest cenniejsze niż wszelki szmal.

Powinny być tego świadome elity – i pewnie są – ale gorzej z niewyedukowanym ludem głosującym, na którym zawsze żerują autokraci i takie podmioty polityczne, jak partia Jarosława Kaczyńskiego.

Do poprzednich rządów można mieć wszelkie pretensje, włącznie z takimi, iż nie dogoniły najbardziej rozwinięte kraje świata (co jest samo w sobie absurdem), lecz PiS cofa nas z tego, co nam już udało się osiągnąć. PiS na nas żeruje i jest – jak ktoś dobrze nazwał – szarańczą.

Zatem pytanie: jak Unia Europejska ustosunkuje się do wsparcia spółek energetycznych z budżetu państwa? Zwykle takie przesunięcie środków publicznych jest postponowane, bo powoduje uprzywilejowanie dofinansowanych podmiotów, co jest niszczące dla konkurencji.

A PiS spodziewa się, że Komisja Europejska zareaguje negatywnie na tę ustawę, która zuboży budżet o kilka miliardów złotych, bo oto słyszymy, surrealne wypowiedzi polityków PiS, jak Bartosza Kownackiego: „Jak nie będzie donosu na Polskę, to nic się nie stanie”.

A zatem mają gotowe zrzucenie odpowiedzialności za swoje nieudolne rządzenie na opozycję – na „totalną opozycję”, bo zniewolone umysły lubią posługiwać się językowymi sztancami, jak „zaplutymi karłami reakcji”. I taki też jest przekaz dnia PiS, który powtarzają politycy tej partii: „jak totalna opozycja nie doniesie do Komisji Europejskiej, to się nie dowie o ich ustawie o obniżce akcyzy za prąd”.

Czyżby PiS obawiał się reakcji KE, bo musiałby w związku z podwyżkami cen za prąd wylecieć w powietrze, a może szykuje jeszcze inny przekaz, który będzie tłumaczyć „suwerenowi”, że „wszystko robimy, co możemy dla waszego dobra, ale zła, antypolska Unia chce zniszczyć Polaków”.

PiS przez 3 lata wykuł swoje podstawowe prawo polityczne: „Im dłużej rządzą, tym bardziej winne są PO, totalna opozycja i Unia Europejska”.

Bredniś pisowski Kownacki boi się podpieprzenia. Pokraczne myślenie

30 Gru

Bartosz Kownacki zaapelował, by nie donosić na Polskę do Unii Europejskiej. Apel dotyczy ostatnio przyjętej przez Sejm ustawy prądowej. Ekspresowa ustawa, to wyjątkowy popis fuszerki. Jak się okazuje jest ona niezgodna z unijnymi regulacjami, których państwa członkowskie obowiązane są przestrzegać. Pierwszy błąd dotyczy zapisanych w ustawie rekompensat dla spółek energetycznych, które mogą zostać uznane za nieuprawnioną pomoc publiczną.

W Traktacie o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej istnieje zapis o „pomocy przeznaczonej na ułatwianie rozwoju niektórych działań gospodarczych lub niektórych regionów gospodarczych, o ile nie zmienia warunków wymiany handlowej w zakresie sprzecznym ze wspólnym interesem”.

W związku z tym, że tempo przyjęcia przez Sejm ustawy prądowej było tak szybkie, kwestia rekompensat może zostać zakwestionowana. Kolejna ustawowa fuszerka dotyczy dyrektywy unijnej, która nakazuje aby połowa pieniędzy ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 była przeznaczona na zasilenie tzw. zielonej energii.

Niestety, według przyjętej ustawy “u nas 80 procent pójdzie na zbijanie rachunków za prąd z węgla […] a tylko 20 procent, czyli jedna piąta, ma pójść na odnawialne źródła energii. Co oznacza, że nie 50 a 20 procent – co jest jawnym pogwałceniem dyrektywy Unii Europejskiej”  

Totalna prowizorka i nieodpowiedzialność rządów PiS w kwestii ustawy może więc skończyć się kolejnym starciem z UE. Niestety politycy Prawa i Sprawiedliwości wolą udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i bagatelizować obowiązujące nas dyrektywy, licząc, że Unia niczego nie zauważy. Bo jak twierdzi poseł PiS, Bartosz Kownacki „Jak nie będzie donosu na Polskę, to nic się nie stanie. […] Ktoś będzie donosił, próbował zainteresować tych urzędników, to siłą rzeczy będą musieli to sprawdzić. Apeluję więc – nie donośmy”.

PiS po raz kolejny wykazuje się nieodpowiedzialnością i już dzisiaj można przewidzieć, że za własne błędy będzie obwiniać opozycję i „antypolską” Unię.

Rządzą nami ludzie z wyrokami. Upadła Polska

30 Gru

Od razu lepiej

Czy osoby skazane powinny zajmować się ściganiem przestępstw i patologii państwa? Do tej pory odpowiedź na to pytanie wydawała się oczywista, jednak praktyki kadrowe CBA całkowicie zmieniły optykę na powyższe zagadnienie. Chodzi o obecnego dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA. To były funkcjonariusz policji skazany przez sąd rejonowy jak na ironię dla misji instytucji za bezprawne przejęcie służbowego mieszkania. Jego obecność w służbie wzbudziła duże kontrowersje i stała się symbolem szkodliwej polityki kadrowej biura. Okazuje się bowiem, że o karierze i awansie w CBA obecnie decydują nie kompetencje, lecz znajomości z wiceszefem Biura Bogdanem Sakowiczem.

Sprawę opisała “Gazeta Wyborcza” wskazując, że Bogdan Sakowicz choć z wykształcenia jest historykiem, to zdołał zdobyć całkowitą kontrolę nad polityką kadrową CBA. Swoją pozycję zawdzięcza Maciejowi Wąsikowi, zastępcy koordynatora do spraw służb specjalnych, za którego to zaufanego człowieka uchodzi. Mimo niższej funkcji to on ma realnie kontrolować szefa biura Ernesta Bejdę. To ona miał także doprowadzić do marginalizacji znaczenia Grzegorza Ocieczka, zastępcy szefa CBA.

To właśnie jego działania miały doprowadzić do przyjmowania ludzi bez doświadczenia do służby i rosnących napięć między pracownikami, trącymi motywację do dalszej pracy w warunkach braku perspektyw rozwoju.

Jego udziałem było także wprowadzenie Piotra K. na funkcję dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA zasłaniając się tym, że ciążący na nim wyrok jest nieprawomocny. Sprawa jednak była istotna dla celu istnienia biura, ponieważ bezprawne przejęcie służbowego mieszkania powinno dyskwalifikować z pracy w organie nadzorującym.

Gazeta wylicza jednak, że to nie koniec, ponieważ dochodziło do zatrudniania ludzie bez wyższego wykształcenia na stanowiska z takim wymogiem, czy przyjęcia do pracy osoby figurującej jako współpracownik SB.

Opisane zdarzenia pokazują, że CBA brakuje dziś mandatu do rozliczania państwa z patologii. Jak instytucja ma być w swojej roli wiarygodna, jeśli z zarzutów nie oczyścili się jej pracownicy, a prowadzone rekrutacje łamią zasady przejrzystości i obowiązujące przepisy. Jest to rażący przykład podwójnych standardów, który nieuchronnie podważą antykorupcyjną misję biura.

>>>

Im dłużej rzadzi PiS, tym bardziej za wszystkie kłopoty kraju odpowiada Platforma Obywatelska

30 Gru

Do żenującej scysji doszło między przedstawicielami Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej  w programie „Śniadanie w Polsat News”, podczas dyskusji na temat cen prądu.

Gdy minister Jacek Sasin z KPRM winą za wysokie ceny prądu obarczał rządy PO-PSL, które miały źle negocjować z Unią Europejską sprawy m.in. emisji CO2, głos zabrał poseł Marcin Kierwiński z PO.

„Nie reagowali na te bardzo złe dla Polski decyzje, które zapadały w Komisji Europejskiej” – przekonywał Sasin, a Kierwiński jak refren powtarzał:  „Decyzje Lecha Kaczyńskiego” i ostatecznie przypomniał: „Lech Kaczyński mówił, że zgodził się na pakiet klimatyczny, bo chciał pójść Angeli Merkel na rękę”.

Przez cały ten czas Sasin powtarzał nerwowo – „Niech pan przestanie kłamać”.

Tymczasem, poseł Platformy odwoływał się do konkretnej wypowiedzi byłego prezydenta z wywiadu jakiego udzielił 2008 roku,  Piotrowi Gursztynowi i Mikołajowi Wójcikowi. Tekst jest dostępny na stronie prezydent.pl.

„Ale czy ja w UE nie byłem solidarny? Przecież zgodziłem się na przykład na politykę klimatyczną z punktu widzenia Polski ryzykowną. To był mój gest w stosunku do pani kanclerz Angeli Merkel. Niestety nie zawsze mogliśmy liczyć na podobne gesty pod naszym adresem” – powiedział Lech Kaczyński.

Chodziło w tej wypowiedzi o  wynegocjowany w 2007 roku pakt klimatyczny, tzw. 3×20, zakładający m.in. redukcję emisji gazów cieplarnianych o 20 proc.. Podpisywał go już Donald Tusk, gdy po wyborach został premierem a wraz z nim właśnie Lech Kaczyński.