Tag Archives: podwyżka cen prądu

Kaczyński nie ukrywa: zaprowadzę wam faszyzm i wyprowadzę z Unii Europejskiej

5 Sty

Na początku roku, w którym odbędą się wybory do europarlamentu, nominację na stanowisko wiceministra cyfryzacji uzyskał Adam Andruszkiewicz: narodowiec, prymitywny homofob i przeciwnik UE. A w przyszłym tygodniu do Warszawy – na zaproszenie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – przybywa Matteo Salvini, lider włoskiej Ligi Północnej, minister spraw wewnętrznych Włoch, przeciwnik „elit brukselskich” i sankcji wobec Rosji.

Andruszkiewicz jest pierwszym ministrem polskiego rządu, który uznał za konieczne oświadczyć w „Super Expressie”, że „nigdy nie był faszystą”. Salvini, który przez część przywódców unijnych jest oskarżany o faszyzm, m.in. za swój stosunek do uchodźców, już na to określenie się nie obraża. „To nie faszyzm, to stosowanie prawa” – mówi.

Te dwa zdarzenia obrazują ideową ewolucję PiS. Kończy się „eksperyment”, w ramach którego szef MSZ Jacek Czaputowicz miał poprawić relacje z Unią, zabagnione za czasów jego poprzednika Witolda Waszczykowskiego. Dziś Czaputowicz publicznie obraża szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska oraz europejskich partnerów takich jak Francja.

Tak Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, skomentował na Twitterze opublikowane przez konkret24.tvn24.pl wydatki Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 r. Z jej sprawozdania finansowego wynika, że taką właśnie kwotę przeznaczono na pisowską kampanię billboardową „Sprawiedliwe sądy”, która zawierała nieprawdziwe treści. Przypomnijmy, że budżet PFN stanowią wpłaty spółek skarbu państwa, co oznacza, że koszt jej działalności ponoszą wszyscy podatnicy.

Kolejne wydatki PFN także budzą kontrowersje. 3,7 mln zł przeznaczono np. na… świąteczne życzenia. Projekt szumnie nazwano „Promocja wielokulturowości Polski w świadomości mieszkańców USA”. Nakręcono spot, w którym pięciu polskich duchownych różnych wyznań (katolik, luteranin, prawosławny, muzułmanin i rabin) składało po angielsku Amerykanom życzenia.

Wydanie 370 tys. zł na śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych z okazji 150. urodzin marszałka Józefa Piłsudskiego wydaje się w kontekście innych wydatków „drobiazgiem”.

Ze sprawozdania PFN dowiedzieć się można, ile za tę działalność zarobili czterej członkowie zarządu Fundacji. Otóż w 2017 roku zainkasowali oni w sumie ponad 473 tys. zł.

Internauci najczęściej komentowali wydanie 8,4 mln zł na kampanię o sądach. – Czyli tak: PiS zabrał te pieniądze złodziejom, czyli podatnikom, a dał je, stworzonej przez siebie Polskiej Fundacji Narodowej, by ta w prowadzonych kampaniach za pomocą spotów i bilboardów oczerniała w oczach obywateli polskich sędziów”; – „PFN żyje bogato za nasze pieniądze”; – „A można było wydać na wynagrodzenia dla pracowników administracji sądowej, których brakuje i może skrócilibyśmy czas załatwiania sprawy, a nie jak niby reforma, która go wydłużyła” – podsumował były rzecznik KRS Waldemar Żurek.

Tak wynika z odpowiedzi, której zmuszony był udzielić pełniący obowiązki prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim Grzegorz Chochański. Po wysłaniu do niego wniosku o dostęp do informacji publicznej przez reporterkę TOK FM przyznał także, że informował przełożonych o możliwości utraty płynności finansowej przez spółkę.

Wcześniej jednak Chochański nie chciał podać żadnych informacji posłom PO, którzy w listopadzie ubiegłego roku pojawili się w Janowie z poselską kontrolą. Odmówił im także wglądu do dokumentów. Twierdził wtedy, że sytuacja w jest stabilna. Jak się okazało – w tym samym czasie zawiadamiał o groźbie utraty płynności finansowej!

TOK FM podaje, że – opierając się na odpowiedzi Chochańskiego – w 2015 r. zysk netto stadniny w Janowie Podlaskim wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, a w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł.

 „Wstali z kolan. Zapewnili ideologicznie właściwą dyrekcję, podzielającą poglądy PiS. Skutek ekonomiczny – wiadomy”; – „Do tego karuzela kadrowa z czterema prezesami na czele (obecny jako p.o.) w ciągu zaledwie trzech lat”; – „Co powinno się zrobić z ludźmi, którzy do tego doprowadzili????”– komentowali internauci.

„Odpowiedź” Komendanta Głównego Policji na wydarzenie z udziałem kierowcy-ochroniarza J. Kaczyńskiego w Bydgoszczy. Wg KGP do niczego nie doszło. KGP nie chce ujawnić notatki policjanta, któremu groził ochroniarz JK. Ale dopytujemy dalej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Chodzi o skandaliczne zachowanie kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który groził funkcjonariuszowi zwolnieniem z pracy. O sprawie w artykule „Przepisy ruchu drogowego szefa PiS nie dotyczą?”.

A z rzeczonej odpowiedzi wynika, że zdaniem zastępcy Komendanta Głównego Policji Andrzeja Szymczyka… nic się nie stało.  – „Informuję, że kierowca pana Jarosława Kaczyńskiego nie próbował wymusić na policjancie odstąpienia od czynności przepuszczenia pojazdu, wbrew przepisom ustawy Prawo o Ruchu Drogowym. Nie miało też miejsca kierowanie wobec funkcjonariusza gróźb zwolnienia z pracy, stąd na tą okoliczność nie została sporządzona notatka” – napisał Szymczyk.

Jednak jak ustalił portal wp.pl, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, dotyczące zachowania funkcjonariusza. Jak twierdzą informatorzy portalu, polecenie miało przyjść z samej góry.

Funkcjonariusz, który nie chciał przepuścić jadącego pod prąd auta z prezesem PiS, już w policji nie pracuje. Odszedł na własną prośbę. Kierowca Kaczyńskiego nie został ukarany żadnym mandatem.

„Kolejny awans za zasługi dla PiS! Klaudiusz Pobudzin, jeszcze niedawno funkcjonariusz pisowskiej telewizji, został właśnie szefem biura prasowego Energi!” – tak skomentował jeden z internautów nową posadę byłego reportera Telewizji Trwam i TVP. Pobudzin przez pewien czas kierował także „Teleexpressem”, a potem został szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Na tym stanowisku nadzorował programy informacyjne: „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” oraz TVP Info.

W czasach, kiedy pracował jako reporter w „Wiadomościach” zasłynął z przygotowywania materiałów, które zamiast dziennikarskimi, nazwać należałoby propagandowymi, gloryfikującymi dokonania „dobrej zmiany”.  Ponoć w redakcji ukuto na określenie tych materiałów, zgodnych z linią PiS, nazwę „wykręcić Pobudzina”.

Komentarze internautów brzmiały jednoznacznie. – „Także ten. Partia nagradza swoich wiernych funkcjonariuszy”; – „Kolejny transfer dobrozmianowca do SSP, gdzie będzie budował “nowoczesny system komunikacji z odbiorcami energii”, czyli nic nie robił za pieniądze podatnika!”; – „Prorządowy propagandzista z TVP do… energetyki. Nigdy jeszcze nie było takiego kolesiostwa i promowania nieuków jak za rządów PiS”; – „Były dyrektor z TVP na dyrektora w Enerdze. Kolejna „dobra zmiana”, a ja jestem wciąż zdziwiony”.

Morawiecki obiecał miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki energii, co może oznaczać niedozwoloną przez UE pomoc publiczną.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie prądu i nie ukrywam, że wszelkie liczby dość trudno do mnie przemawiają. Ot, tak to jest, gdy się człowiek rozwija głównie humanistycznie. Dlatego ostatnie zawirowania z polską energetyką są dla mnie niesamowicie ciężkie do ogarnięcia. Te wszystkie eksperckie statystyki, dane, wykresy, strzałki w górę lub w dół, to dla mnie czarna magia. Jak to jednak człowiek ciekawski, próbuję, sięgam do źródeł, szukam faktów, słucham opinii tych, do których mam zaufanie i powoli, powolutku przekładam sobie na język bardziej łopatologiczny, bardziej zrozumiały.

Cały świat usilnie pracuje nad produkcją zielonej energii. Wiąże się to z coraz szybszymi zmianami klimatycznymi, które źle wróżą na przyszłość i może przyjść moment, że nasi potomkowie po prostu wymrą. To, co się dzieje, to nasza zasługa, całej ludzkości i teraz to już ostatni dzwonek, by próbować cokolwiek naprawić i dać szansę, by ludzkość miała jeszcze przed sobą jakieś perspektywy.

Jednym z największych problemów jest ten nieszczęsny CO2, powstały w wyniku spalania węgla w atmosferze. Ależ ten dwutlenek węgla nam miesza w głowach, truje i wykańcza naszą planetę. Nie może więc nikogo dziwić, że mądra polityka energetyczna to właśnie postawienie na energię odnawialną. Nie może też nikogo dziwić, że UE, walcząc z ociepleniem klimatu, wprowadziła opłaty za uprawnienia do emisji CO2 i węgla. Nie po to, by dowalić takim uparciuchom jak Polska, ale by zachęcić i przekonać do inwestycji w energię bardziej przyjazną środowisku.

I mądre, patrzące w przyszłość państwa to robią, a co dzieje się w Polsce? Wiem, że w latach 2009 – 2016 Polska postawiła na odnawialne źródła energii, dzięki czemu produkowana energia rosła o 20% rocznie. Po przejęciu władzy przez PiS nastąpił spadek do… 1% rocznie. Ale zjazd, prawda? No cóż, ludzie dali się przekonać, że wiatraki im szkodzą, więc postawili na polityków PiS, którzy obiecali, że gdy wygrają wybory to wprowadzą ustawę, która oddali to „diabelskie urządzenie” od domostw. Wybory PiS wygrał i już w lipcu 2016 roku ustawa antywiatrakowa, przygotowana oczywiście błyskawicznie i bez rzetelnych konsultacji, weszła w życie. Efekt? Właśnie spadek produkcji energii odnawialnej do 1% rocznie i wycofanie się wielu zagranicznych firm, które rozwijały tę branżę.

PiS twardo stawia na węgiel. Ten, wydobywany u nas i ten, kupowany za niezłą kasę poza Polską. To nieważne, że należymy do niechlubnej czołówki państw, emitujących najwięcej CO2. Nieważne, że fundujemy naszym wnukom niezły kanał i przykładamy ochoczo łapę do zniszczenia życia na Ziemi. Ważne, że partia rządząca nie da skrzywdzić polskich górników i zamierza na maksa wykorzystać polskie pokłady węgla, które mogą starczyć według Andrzeja Dudy i na 200 lat.

A przecież wiadomo było już od kilku lat, że właśnie w 2018 roku pojawi się problem z opłatą za produkcję prądu. Handel zezwoleniami na emisję został przez UE uwolniony, ich cena ostro idzie w górę i niech PiS nie udaje nagle takiego zaskoczenia. Świetnie ta partia wiedziała, że tak będzie, a jednak z pełną świadomością, odstawiła zieloną energię na boczne tory, bo my mamy węgiel i nikt nam nie będzie dyktował, czym palić i jak. Mało tego, minister energetyki Tchórzewski zapowiedział budowę kolejnych, po Ostrołęce, elektrowni na węgiel. Zapowiedział i szybko oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Hm… daje to do myślenia, prawda?

No i teraz, nagle partia rządząca urwała się z choinki i zafundowała nam niezłą jazdę. Z jednej strony firmy energetyczne, które drastycznie podniosły opłaty za prąd, z drugiej zaś premier Morawiecki i jego kumple postawieni pod ścianą. Rach ciach, napisano szybciutko ustawę, w której zamrożono ceny za prąd na cały 2019 rok, przegłosowano ją w podobnym tempie w Sejmie, dając posłom opozycji aż 30 sekund na wyrażenie własnego zdania i teraz już władza może spać spokojnie. Polacy wdzięczni za powstrzymanie podwyżki na pewno zagłosują na tę partię w kolejnych wyborach, a co dalej z prądem? Przyjdzie czas – to PiS będzie znowu kombinować.

Oczywiście ta partia nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła szukać winnych, którzy doprowadzili do takiego chaosu i szumu informacyjnego. Wiadomo przecież, że to nie ona… Już zostało skierowane do prokuratury zawiadomienie o celowej manipulacji cenami prądu na giełdzie energii. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Maciej Bando jest przekonany, że zadziałał tu wrednie czynnik ludzki, ale teraz zostanie to dokładnie sprawdzone. Winny będzie znaleziony i surowo ukarany. Jak znam życie, to prokuratura weźmie z łapanki jakiegoś biedaka, któremu można będzie udowodnić powiązania z PO, a najlepiej bezpośrednio z Donaldem Tuskiem i znowu Macierewicz będzie mógł się pobawić w budowę i rozwiązanie kolejnej teorii spiskowej.

No nic, najważniejsze jest, że podwyżek za prąd nie będzie. Jakoś tak zupełnie bokiem przemykają informacje, że jesteśmy w czołówce trucicieli, że fundujemy przyszłym pokoleniom niezłą jatkę, że brak umiejętności perspektywicznego myślenia odbije się nam niezłą czkawką. Cieszymy się i w ogóle nas nie rusza, że Morawiecki obiecuje miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki, co może oznaczać niedozwoloną pomoc publiczną, która zakłóca konkurencję i wymianę handlową miedzy państwami UE. Zgodnie z przyjętymi zasadami, na przestrzeganie których wyraziła zgodę i Polska „Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Taki komunikat wyszedł wczoraj z Brukseli i może zacząć się kolejna wojenka PiS z UE. Unia zarzuci nam łamanie postanowień, które sami podpisaliśmy, PiS zacznie się wydzierać, że znowu ten europejski twór ingeruje w naszą suwerenność i chce nam coś narzucać, a co zrobią Polacy w nadchodzących wyborach do europarlamentu? Zagłosują na polityków partii rządzącej, bo ona tak o nas dba, nie pozwala zrobi nam krzywdy, więc niech idzie do Brukseli i tam, na miejscu pilnuje, by włos nam z głowy nie spadł. W końcu zatrucie, klimat i inne takie bzdury Polaków nie obchodzą. Liczy się tylko to, co teraz i to „teraz” ma być po naszej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o nieuchronnym faszyzowaniu Polski.

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.

Machlojka PiS z podwyżką cen prądu

3 Sty

Prawo i Sprawiedliwość zrobiło wiele, aby ugrać polityczny kapitał wokół sprawy cen prądu. Rząd oskarżany o sprowadzenie drożyzny wierzył, że znalazł drogę do populizmu doskonałego, aby raz na zawsze przypieczętować przekaz “dotrzymujemy słowa”. Tu na drodze Nowogrodzkiej stanowcze “nie” lada moment może powiedzieć Komisja Europejska. PiS swoją hucpą wokół prądu złamał bowiem panujące we wspólnocie reguły gry. Rząd zignorował unijne zasady udzielania pomocy publicznej i o swoim planie Brukseli nawet nie poinformował, co zostało zauważone. Rzeczniczka KE powiedziała:

“Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Powyższe słowa nie są może mocne, ale kryje się za nimi realna groźba. Władze unijne mają bowiem narzędzia, aby blokować łamiące nasze zobowiązania formy publicznej interwencji. Dlatego choćby rząd PO-PSL z niesamowitą ostrożnością musiał negocjować wsparcie dla polskich stoczni.

Uległości Komisji nie ma co się spodziewać, ponieważ PiS dotknął kluczowej sprawy dla przetrwania Unii. Wspólny rynek jest siłą wspólnoty, a ten będzie miał rację bytu tylko tak długo, jak nikt nie będzie oszukiwał. Pomoc publiczna jako forma nieuczciwej konkurencji zaburza naturalne stosunki między gospodarkami Europy. W przypadku regulacji cen prądu sytuacja jest zaś zupełnie kuriozalna. Zamieszanie z pomocą publiczną byłoby może do uniknięcia, gdyby rząd zrekompensował wyższe koszty tylko i wyłącznie niższą akcyzą na prąd. Energia z węgla byłaby tańsza, ale proporcje jej ceny wobec prądu z odnawialnych źródeł energii byłyby zachowane. PiS nie szedłby tym samym także na kolizję z walką o ochronę klimatu. Jednak efekt propagandy byłby połowiczny, więc postawiono na stare, dobre regulacje cen. Szczególnie groteskowa jest już sama nazwa funduszu, który będzie miał stać na straży nowych cen – Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny.

Interwencja Unii byłaby tu zaś dla polskiej gospodarki pożądana. Zaniżanie cen oznacza bowiem zatrzymanie presji na oszczędzanie energii i tworzenie nowych mocy produkcyjnych. Tani prąd z dopłaty nie zmotywuje do zakupu urządzeń energooszczędnych, a niska cena to mała pokusa do inwestowania w energetykę.

W efekcie możemy skończyć jak w PRL, jednak zamiast z pustymi półkami, to z przerwami dostaw energii. Ale to nie jedyne kuriozum, przed którym Unia może nas ustrzec. Znaczenie cen prądu jest wszakże daleko przeceniane w swojej roli w gospodarce, ponieważ mimo symbolicznie ważnej roli rachunek za energię stanowi marginalny fragment tak PKB jak i budżetów domowych. Inaczej być nie może, ponieważ liche kilka miliardów nie starczyłoby na pokrycie podwyżek tak kluczowego zasobu, jak to kreują dziś politycy.

PiS wciąż ustami Michała Dworczyka utrzymuje, że ma eskspertyzy stanowiące, że dopłaty są zgodne z prawem unijnym. Pytanie jednak, czy rząd ma je na podobnej zasadzie, jak minister Waszczykowski posiadał ekspertyzy na nielegalność wyboru Donalda Tuska? PiS przegrał już parę takich bitew przed sądami, stąd nasza redakcja mówi sprawdzam i zawnioskowała o udostępnienie tych dokumentów.

Może się zatem jeszcze okazać, że władza odtrąbiła sukces przedwcześnie, a jej destrukcyjny populizm zostanie powstrzymany. Otwarte pozostaje pytanie, jak taki obrót spraw wpłynie na nadchodzące wyborcze zmagania.

>>>

Niedemokratyczne państwo bezprawia

2 Sty

Gdyby do działań PiS przyłożyć niektóre z powojennych tez filozofa prawa Gustava Radbrucha, podsumowujących okres nazizmu, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej

Kilkanaście miesięcy temu Polskę lotem błyskawicy obiegła wiadomość o zatrzymaniu i skuciu kajdankami Władysława Frasyniuka – w telewizyjnym komentarzu jego adwokat przywołał formułę Radbrucha.

Co to jest właściwie takiego ta formuła, skoro ostatnio jest na ustach wszystkich i każdy rozumie ją inaczej? Według jednych formuła Radbrucha powstała w określonym kontekście historycznym i nie wolno jej nadużywać, według innych przeciwnie – ma walory uniwersalne i może znaleźć zastosowanie także w państwie mieniącym się demokratycznym i praworządnym – pisze prof. Jerzy Zajadło*.

(George Orwell – Rok 1984)

Tezy Radbrucha

W 1946 roku niemiecki filozof prawa Gustav Radbruch opublikował artykuł pod tytułem „Ustawowe bezprawie i ponadustawowe prawo”. Podsumował tam okres nazizmu i postawił trzy tezy, nazwane później od jego nazwiska formułą Radbrucha:

  • po pierwsze, może dochodzić do takiego konfliktu wewnątrz prawa, że czasami powinniśmy odłożyć na bok jego literę i kierować się duchem sprawiedliwości;
  • po drugie, czasami ta swoista perwersja prawa jest tak daleko idąca, że coś, co jest z pozoru ubrane w szaty ustawy, w gruncie rzeczy w ogóle nie zasługuje na miano prawa;
  • po trzecie, odpowiedzialność za nazistowskie bezprawie ponosi przynajmniej częściowo tzw. pozytywizm prawniczy, który całe pokolenia prawników wychował w duch bezwzględnego posłuszeństwa władzy.

Tyle Radbruch – historyczny kontekst jego propozycji jest więc oczywisty. Jednak tak naprawdę niemiecki prawnik kierował swoje słowa przede wszystkim do przyszłych pokoleń, ponieważ sam był już w wówczas w podeszłych wieku i wkrótce, 23 listopada 1949 roku, zmarł w swoim ukochanym Heidelbergu.

W latach 90., kiedy przyszło rozliczać bezprawie komunistyczne i niektóre inne reżimy autorytarne w różnych częściach świata (np. w RPA i w niektórych krajach południowo-amerykańskich i azjatyckich), przypomniano sobie o jego formule i np. w Niemczech wykorzystano ją w procesach osób odpowiedzialnych za śmierć setek ludzi przy murze berlińskim.

Zaczęto też nadawać jego propozycji bardziej uniwersalny i ponadczasowy charakter. Uświadomiono bowiem sobie, że do ustawowego bezprawia może czasami dochodzić nie tylko w reżimach totalitarnych, lecz paradoksalnie także w krajach mieniących się demokratycznymi państwami prawa.

Nie mają więc racji ci wszyscy, którzy protestują przeciwko powoływaniu się dzisiaj na formułę Radbrucha, ponieważ już dawno oderwała się ona od swojego podstawowego historycznego kontekstu. Moglibyśmy np. w przez jej pryzmat dokonać oceny haniebnego procederu niewolnictwa w demokratycznych w końcu Stanach Zjednoczonych w połowie 19. wieku, ale z pewnością znalazłyby się też bliższe nam przykłady.

I tutaj dochodzimy do zasadniczego pytania – czy aktualny stan praworządności w Polsce uzasadnia odwoływanie się do formuły Radbrucha? Otóż jeśli potraktujemy ją wąsko i w związku z konkretnym kontekstem historycznym, to oczywiście nie, byłoby to istotnie nadużycie intencji niemieckiego filozofa prawa.

Blisko granicy bezprawia

Jeśli jednak nadamy jej znaczenie bardziej uniwersalne, a taki model obowiązuje we współczesnym prawoznawstwie, to odpowiedź negatywna nie będzie już tak oczywista.

Wiele z działań obecnej władzy zbliża się bowiem niebezpiecznie do pewnej granicy, za którą rozciąga się nieograniczona przestrzeń ustawowego bezprawia. Dotyczy to zarówno działań faktycznych, jak i prawodawczych.

Skupmy się tytułem przykładu tylko na kilku z nich. W wielu przypadkach skala naruszeń konstytucji jest tak daleko idąca, że powoływanie się na Radbrucha wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Przykłady?

Bardzo proszę:

  • dewastacja prestiżu Trybunału Konstytucyjnego i jego funkcji kontrolnych;
  • zamienienie w kompletną farsę parlamentarnych procedur ustawodawczych;
  • wprowadzenie takich zmian w prawie o zgromadzeniach, które kompletnie kłócą się z ideą społeczeństwa obywatelskiego;
  • rzekoma reforma wymiaru sprawiedliwości (prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o SN i KRS), której jedynym rzeczywistym celem jest jego polityczne podporządkowanie i wymuszenie posłuszeństwa.

Wystarczy, Radbruch by specjalnie nie protestował w sprawie użycia jego formuły do oceny charakteru tych działań.

Gdyby do działań PiS z ostatnich kilkunastu miesięcy przyłożyć niektóre z powojennych tez Gustava Radbrucha, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej.

Odwracanie znaczeń

Jarosław Kaczyński ciągle jednoznacznie deklaruje niepodważalność dalszego polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, a wzywających do referendum w tej sprawie nazywa politycznymi szkodnikami i awanturnikami.

Paradoksalnie te słowa powinny być jednak dla nas poważnym ostrzeżeniem, ponieważ mogą oznaczać coś dokładnie odwrotnego. Życie zdaje się potwierdzać tę prognozę, ponieważ politycy PiS mają wyjątkową skłonność do odwracania znaczeń.

Swego czasu jeden ze zwolenników „dobrej zmiany” napisał na łamach codziennej prasy tak: „To, co konstytucjonaliści uważają zazwyczaj za niewzruszone dogmaty, np. zasady demokratycznego państwa prawa, niezależności sędziowskiej czy zwłaszcza trójpodziału władzy, wcale nie jest takie oczywiste. Sens tych pojęć wymaga wyjaśnienia, a nie przyjmowania ich na wiarę”.

Dla konstytucjonalistów te słowa muszą być szokujące. Tym bardziej szokujące, że w praktyce PiS poszedł jeszcze dalej i wyszedł wyłącznie poza poziom proponowanej reinterpretacji paradygmatów:

nie chodzi wyłącznie o „wyjaśnienie” tych pojęć, chodzi o ich całkowite zaprzeczenie, a więc o niedemokratyczne państwo bezprawia, zależność sędziowską i jednolitość władzy skoncentrowanej w tzw. centralnym ośrodku decyzji politycznej o charakterze pozakonstytucyjnym.

Jedni podpiszą się pod tą tezą, ponieważ od samego początku przewidywali taki scenariusz wydarzeń; inni gwałtownie zaprotestują i uznają ją za histeryczną przesadę, ponieważ wierzą w sanacyjny charakter „dobrej zmiany”.

Jednak fakty zdają się przemawiać za koniecznością nazywania rzeczy po imieniu. Potencjalnym krytykom z góry odpowiadam – ja nie oceniam faktów, tylko je opisuję. Jeśli coś oceniam, to wyłącznie ewentualne skutki tych faktów.

Farsa legislacji

Po pierwsze, proces legislacyjny zamienił się w farsę i grę pozorów. Sejm, Senat i prezydent stały się organami, które bezkrytycznie i bezwolnie akceptują projekty ustaw powstające wprawdzie formalnie w ramach obowiązujących procedur, ale faktycznie będące emanacją kapryśnej i nieprzewidywalnej woli tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej.

Wszystko to odbywa się bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i bez brania pod uwagę głosu opozycji parlamentarnej, nawet tam, gdzie prawo wyraźnie tego wymaga. Z punktu widzenia utrwalonych w jurysprudencji zasad takie prawo przestaje być prawem, staje się dyktatem przyobleczonym tylko formalnie w szaty ustawy, w rezultacie – jest ustawowym bezprawiem.

Prawo wymaga bowiem nie tylko spełnienia kryteriów nazwanych przez Lona L. Fullera jego wewnętrzną moralnością, lecz także określonego trybu uchwalania. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z przewrotną retoryką – z jednej strony na użytek manipulacji opinią publiczną deklaruje się przestrzeganie konstytucji i obowiązującego porządku prawnego, z drugiej zaś bezceremonialnie łamie się ustawę zasadniczą i w gruncie rzeczy gardzi się jej aksjologią.

W normalnie funkcjonującym współczesnym państwie wybory są nie tylko po to, by wybrać przedstawicieli narodu umożliwiających realizację idei demokracji pośredniej, ale także (a może – przede wszystkim) po to, by ci przedstawiciele stanowili prawo w ramach demokratycznych procedur.

Dzisiaj już wiemy, że w warunkach współczesnych społeczeństw masowych nie chodzi przy tym o demokrację opartą wyłącznie o arytmetyczną większość, lecz o demokrację deliberatywną i partycypacyjną, która uwzględnia głos mniejszości i w której ostateczne prawodawcze fiat jest wynikiem demokratycznego dyskursu.

W warunkach demokratycznego państwa prawa istotne jest nie tylko jakie prawo się uchwala, lecz także – jak się je stanowi. Na tym opieram swoje twierdzenie o symptomach niedemokratycznego państwa bezprawia i w gruncie rzeczy po to dokonano najpierw paraliżu, a następnie całkowitej degeneracji Trybunału Konstytucyjnego.

Chodziło o to, by zarówno przedmiot, jak i tryb legislacji wyjąć spod jakiejkolwiek kontroli, poza oczywiście wyimaginowaną kontrolą mitycznego suwerena mamionego mirażem jego wszechmocy.

Sędziowie – posłuszni wykonawcy

Po drugie, zmiany statusu Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego i reorganizacja systemu organów wymiaru sprawiedliwości wyraźnie zmierzają już nie tylko do naruszenia zasad podziału władzy (art. 10 konstytucji) i odrębności władzy sądowniczej (art. 173 konstytucji).

Ich celem jest wręcz przekształcenie sędziów i sądów w posłusznych wykonawców woli wspomnianego centralnego ośrodka – w równym stopniu, w jakim się to już stało udziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Tak pojęte sądy przestaną być sądami i trudno znaleźć odpowiednie słowo na określenie ich istoty.

Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z reinterpretacją pojęć, lecz z ich całkowitą negacją. W swoim słynnym tekście „Pięć minut filozofii prawa” z 1945 roku Gustav Radbruch pisał tak:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że Radbruch napisał te słowa pod wpływem perwersji systemu nazistowskiego i że trudno dopatrywać się w nich jakichkolwiek historycznych analogii. Dzisiaj jednak już wiemy, że słowa niemieckiego filozofa prawa mają charakter uniwersalny i ponadczasowy, zwłaszcza z punktu widzenia europejskiej kultury prawnej.

W związku z tym trudno nie zauważyć ich adekwatności w kontekście polskiej sytuacji – niestety, pasują jak ulał.

Polscy sędziowie stanęli bowiem w obliczu gigantycznego paradoksu, ponieważ przyszło im chronić prawo i sprawiedliwość przed „Prawem i Sprawiedliwością”.

„Tylko to, co jest prawem, służy narodowi”

Nie jesteśmy bowiem w stanie zaakceptować „filozofii prawa” zarysowanej swego czasu przez premiera Mateusza Morawieckiego w pamiętnym wywiadzie dla niemieckiej stacji telewizyjnej Deutsche Welle. Ten sam Radbruch napisał bowiem też inne zdanie: „Nie, nie może tak być: wszystko, co służy narodowi, jest prawem; raczej odwrotnie: tylko to, co jest prawem, służy narodowi”.

Ale Radbruch napisał jeszcze coś i powinno to stanowić dla nas wskazówkę na przyszłość:

„Jeśli ustawy świadomie zaprzeczają sprawiedliwości, np. arbitralnie przyznają i odbierają ludziom ich prawa, to nie obowiązują, naród nie jest zobowiązany do ich przestrzegania, a prawnicy również powinni zdobyć się na odwagę odmówienia im charakteru prawa”.

Obowiązek bezpośredniego stosowania Konstytucji

Przełożone na grunt aksjologii konstytucyjnej te słowa nie oznaczają niczego innego, jak tylko prawo lub wręcz obowiązek sędziów do bezpośredniego stosowania i interpretacji konstytucji (lub jak chcą niektórzy – rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa).

Bałamutność hasła „demokracja, a nie sędziokracja” polega przede wszystkim na populistycznej sugestii, że sędziowie są wrogami demokracji, podczas gdy w rzeczywistości stanowią jej konieczny i niezbędny element. Tzw. reforma wymiaru sprawiedliwości pod pozorem walki z niedomaganiami systemowymi w gruncie rzeczy tworzy jakiś nowy system oparty na całkowitym prymacie polityki nad prawem i próbujący z niezawisłych sędziów uczynić dyspozycyjnych funkcjonariuszy władzy.

Potwierdza się tutaj teza o odwracaniu znaczeń – rządzący być może dobrze identyfikują bulwersujące społeczeństwo niektóre patologie systemu, ale jednocześnie pod pozorem walki z nimi próbują na nich zbudować system jeszcze bardziej patologiczny. To, co do tej pory się tylko wbrew społecznej woli zdarzało, teraz po prostu będzie.

Ten mechanizm uderza swoją logiczną prostotą i pragmatyczną skutecznością – wyjątek przekształcony w zasadę po prostu przestaje istnieć. Do czasu, kiedy ludzie nie zorientują się ponownie, że w pierwotnych deklaracjach nie o to chodziło i że to jednak ten sam wyjątek, a nie zasada, tyle że zawoalowany atrakcyjnym pustosłowiem i zatopiony w propagandowym populistycznym sosie.

Nie twierdzę, że wszystkie elementy proponowanego projektu politycznego mają taki charakter. Twierdzę natomiast, że takie znamiona noszą niektóre z nich – niestety te, które są fundamentalne z punktu widzenia konstytucyjnego ustroju państwa i które przez to mają zasadniczy wpływ na całe nasze życie. Z pozoru są odległe, umieszczone gdzieś na szczytach władzy, nie mające znaczenia z pozycji egzystencjalnych problemów przeciętnego człowieka, ale są to tylko pozory.

W rzeczywistości mają one bowiem znaczenie zasadnicze, cała reszta to jedynie uspokajający i kamuflujący faktyczne intencje dodatek. Najlepszym przykładem takiego swoistego leczenia niedomagań politycznego organizmu przez wszczepienie do niego jeszcze gorszej jednostki chorobowej są właśnie propozycje reformy wymiaru sprawiedliwości.

Polityczna dyspozycyjność zasadą

Hasło jest przewrotne i bałamutne – jeśli nasza polityka jest słuszna, a przecież jest, to nie ma lepszej gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów niż włączenie trzeciej władzy w proces realizacji tej polityki.

I tak oto patologiczny i zdarzający się wbrew naszej woli wyjątek, polityczna dyspozycyjność sądów i sędziów, ma się stać systemową zasadą i polityczną cnotą.

Nie chodzi bowiem tylko o eliminację znanych z dalszej i bliższej przeszłości przypadków tzw. sędziów na telefon. Chodzi o model zapewniający takich sędziów, którym nie trzeba będzie w ogóle przypominać telefonicznie, czego od nich oczekuje władza wykonawcza (a ściślej rzecz biorąc – tzw. centralny ośrodek decyzji politycznej), powinni to sami rozumieć, czuć, a nawet wręcz wyprzedzać pragnienia rzekomego suwerena.

Jawne bezprawie nazywają prawem

Po trzecie, w każdym, nawet najbardziej demokratycznym państwie prawa mogą się zdarzyć ekscesy bezprawnego nadużycia władzy, ponieważ wszędzie występuje niedoskonały i nieprzewidywalny czynnik ludzki.

Nie ma na świecie idealnych państw – w których bez jakichkolwiek zarzutów funkcjonuje demokracja, w których większość zawsze liczy się z opinią mniejszości, w których nie zdarzają się napięcia pomiędzy trzema podstawowymi władzami, w których nie zapadają błędne i niesprawiedliwe wyroki sądowe, w których nie dochodzi do bezkarnych aktów arogancji władzy wykonawczej, w których nie istnieją przypadki łamania prawa człowieka, słowem – w których wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni z politycznego systemowego otoczenia.

Problem tylko w tym, co jest zasadą, a co wyjątkiem, co normalnością, a co patologią, co prawidłowo funkcjonującym systemem, a co jego aberracją.

Niedemokratyczne państwo bezprawia zaczyna się tam, gdzie albo władza robi z ludzi idiotów i jawne bezprawie nazywa prawem, albo wręcz przeciwnie, zaczyna ukrywać przed społeczeństwem swoje bezprawne działania.

Ten pierwszy przypadek to cały ciąg ustaw, których niekonstytucyjność nie powinna była budzić wątpliwości – ani projektodawców, ani głosujących posłów i senatorów, ani wreszcie składającego swój podpis prezydenta. Mimo to zostały wniesione do laski marszałkowskiej, uchwalone i podpisane.

Z tym drugim przypadkiem z kolei mieliśmy ostatecznie do czynienia w kontekście śmierci Igora Stachowiaka we wrocławskim komisariacie. Ta sprawa ma dwa wymiary,

  • jeden to dramat śmierci człowieka i towarzyszące jej bezprawne działania funkcjonariuszy policji;
  • drugi natomiast – to dramat demokratycznego państwa prawa wynikający z działań prokuratorów i polityków zmierzających do przysłowiowego zamiecenia sprawy pod dywan.

Nie wiadomo, który z nich jest gorszy. Bezprawne działania policjantów to po prostu przestępstwo, które powinno spotkać się z normalną reakcją ze strony organów państwa. Natomiast

próby ukrywania bezprawności władzy przez nią samą to coś jakościowo innego – to symptom przekształcania państwa prawa w państwo bezprawia.

Trudno bowiem nie dostrzec w sprawie Igora Stachowiaka podobieństwa do mechanizmu działania władzy w pamiętnej sprawie Grzegorza Przemyka.

Gigantyczny nepotyzm i korupcja

Po czwarte wreszcie pojawiają się zjawiska, które wymykają się wprawdzie precyzyjnej ocenie z punktu widzenia kryteriów formalnie pojętego demokratycznego państwa prawa, ale które łączą się z nim w sensie materialnym, ponieważ dewastują leżącą u jego podstaw kulturę polityczną. Wkraczamy tutaj w sferę pewnej publicznej estetyki, która ma jednak pewien pośredni wpływ zarówno na prawo, jak i na etykę życia zbiorowego.

Partyjnym nominacjom do spółek Skarbu Państwa formalnie (czy na upartego – nawet etycznie) być może nie sposób nic zarzucić, gdyby nie było ono elementem pewnych szerszych zjawisk – z jednej strony gigantycznego nepotyzmu i korupcji politycznej, z drugiej zaś niesłychanej arogancji władzy.

To jednak ma wbrew pozorom wiele wspólnego z wszystkimi innymi wyżej wskazanymi symptomami niedemokratycznego państwa bezprawia –

tworzy bowiem drugi, nieformalny i antydemokratyczny obieg funkcjonowania państwa, w który próbuje się teraz wciągnąć sędziów i sądy przeciwstawiając rzekomą sędziokrację pozornej demokracji.

Trudno w tym nie dostrzec powrotu do najgorszych tradycji PRL-u.

Nie przeczę, być może (chociaż wątpię) większość społeczeństwa akceptuje taki model i chce żyć w takim państwie. Jeśli tak, to trudno – nie nazywajmy jednak tego państwem prawa, trzeba będzie stworzyć jakąś nową terminologię.

Powtórzmy więc jeszcze raz słowa Gustava Radbrucha:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

(Sławomir Mrożek – Podanie)

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Oczywiście, że będą podwyżki za prąd. Nie będzie ich jakiś czas na rachunkach gospodarstw domowych, które wystawiają dystrybutorzy. Sejm nagle po trzech latach rządów PiS uchwalił ustawę, która przesuwa pieniądze z budżetu państwa na konta spółek energetycznych, aby te wykupiły prawa do emisji CO2. Bynajmniej nie wykupią tych praw od polskich podmiotów.

To znaczy, że wszyscy zapłacimy za prąd wytwarzany z brudnych surowców (węgiel i pochodne kopaliny). Zapłacimy podatkami, które mogłyby być zainwestowane w naszą przyszłość, a są zainwestowane w utrzymanie władzy PiS. Zapłacimy przede wszystkim swoim zdrowiem, a to jest cenniejsze niż wszelki szmal.

Powinny być tego świadome elity – i pewnie są – ale gorzej z niewyedukowanym ludem głosującym, na którym zawsze żerują autokraci i takie podmioty polityczne, jak partia Jarosława Kaczyńskiego.

Do poprzednich rządów można mieć wszelkie pretensje, włącznie z takimi, iż nie dogoniły najbardziej rozwinięte kraje świata (co jest samo w sobie…

View original post 1 226 słów więcej

 

Pomnik pedofila Jankowskiego – zburzyć!

31 Gru

Michał Wojciechowicz, dziś pisarz, jako 17-latek strajkujący w Stoczni Gdańskiej, a jednocześnie jedna z ofiar oskarżonego o molestowanie nieletnich ks. Henryka Jankowskiego opublikował na Facebooku post, w którym domaga się usunięcia pomnika duchownego. „Weźcie ten apel do serca, bo będzie dym!!!” – napisał.

Wpis pojawił się w mediach społecznościowych 28 grudnia. O sprawie poinformował m.in. Polsat News.

Michał Wojciechowicz obiecał w nim, że były kapelan Solidarności „spadnie z cokołu”. „Mija prawie miesiąc od pojawienia się doniesień o pedofilskiej jeździe księdza, prałata Henryka Jankowskiego, proboszcza Kościoła Św. Brygidy w Gdańsku, kapelana Solidarności i niby to bohatera walki z komunizmem” – zaznaczył pisarz na Facebooku. W ironiczny sposób przywołał niejasności, które wiązały się z życiorysem duchownego, m.in. fakt, że miał współpracować ze Służbami Bezpieczeństwa PRL. Przypomniał również, że o jego skłonnościach seksualnych wiedziało wiele osób, ale nikt nie reagował.

„Jak do tej pory, nikt z rządzących miastem [Gdańskiem – przyp. red.], ani nikt z Kościoła, nie odezwał się ani do pani Borowieckiej – bohaterki, ona pierwsza dała świadectwo o księdzu pedofilu Jankowskim – ani do mnie, ani do Marka Lisińskiego, szefa fundacji Nie lękajcie się, do którego zgłosiły się kolejne ofiary molestowane przez prałata” – informuje we wpisie Michał Wojciechowicz. Zarzucił politykom, urzędnikom miejskim i przedstawicielom Kościoła bierność, a nawet zaprzeczanie oskarżeniom wobec ks. Jankowskiego. „Najbardziej podłym przykładem było wystąpienie biskupa Głodzia w Wigilię” – stwierdził.

„A więc hej, możni mojego miasta! Zwracam się do macherów miejskiej polityki, do bogatych i wpływowych oraz do partyjnych bonzów. (…) Zwracam się także do tych pomniejszych działaczy (…) co to na bankietach organizowanych przez Kurię i biskupów bywają. Zwracam się także do moich byłych przyjaciół z podziemia, Solidarności i Ruchu Młodej Polski – którzy dalej mają w moim mieście wpływy:

ALBO USUNIECIE TEN POMNIK HAŃBY, ALBO GO PO PROSTU ZBURZĘ. I WEŹCIE TEN APEL DO SERCA, BO BĘDZIE DYM !!!” – napisał.

Ks. Jankowski został oskarżony o molestowanie

Były kapelan Solidarności zmarł w 2010 roku w Gdańsku. Falę oskarżeń o czyny pedofilskiew jego kierunku rozpoczął listopadowy reportaż w „Dużym Formacie”, z którego wynikało, że duchowny miał wykorzystywać seksualnie dzieci i młodzież. Szybko pojawiły się głosy, że pomnik ks. Jankowskiego, który postawiono w Gdańsku dwa lata po jego śmierci, powinien zostać natychmiast usunięty.

Walory estetyczne „ławek niepodległości” wzbudzają kontrowersje, niektórzy twierdzą, że są zwyczajnie szpetne. Okazały się też niezbyt nietrwałe i odchodzi z nich farba. MON twierdzi jednak, że o gustach się nie dyskutuje.

Ministerstwo Obrony Narodowej przeznaczy łącznie 4 mln 200 tys. zł na multimedialne „ławki niepodległości”, które już pojawiają się w polskich miastach. MON finansuje projekt w 80 procentach, resztę dopłaca samorząd. Każda ławka kosztuje około 30 tysięcy złotych. Instalacja jest wyposażona m.in. w WiFi, głośnik, z którego posłuchać będzie można m.in. fragmentu Marszu I Brygady i gniazda USB.

Komentarze są bezlitosne dla projektu. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze poinformowało, że jedna z ławek „stoi i szpeci Łazienki Królewskie”. Z kolei Fundacja Wzornictwo i Ład podkreślała, że w Sądzie Konkursowym nie było żadnego architekta ani żadnego projektanta z dziedziny wzornictwa przemysłowego. Z kolei grafik Andrzej Pągowski stwierdził, że przypomina mu to bardziej „trumnę niepodległości”.

Okazuje się, że ławki są nie tylko niezbyt estetyczne, ale też nietrwałe. Marek Świerczyński z „Polityki Insight” zamieścił na Twitterze zdjęcie, na którym widać, że z instalacji odchodzi biała farba.

Ministerstwo ma jednak komunikat do krytykujących, czy – jak napisano na Twitterze MON – „wszystkich, którzy hejtują”.

De gustibus non est disputandum [o gustach się nie dyskutuje]. Ten projekt trwale upamiętni #PL100 i ma walory edukacyjne. Przypominamy też, że o ich budowę wnioskowało ponad 200 samorządów (różnej opcji politycznej) z całej Polski – często na prośby mieszkańców

– czytamy. W sobotę ministerstwo odpowiadało na wiele wpisów na temat ławek. W wielu odpowiedziach podkreślano, że o gustach się nie dyskutuje.

Nie da się wyprodukować patriotów.  Wyhodować można tylko cynicznych piewców własnej odmiany polskości i nawiedzonych nacjonalistów.

Skończył się rok jubileuszu odzyskania państwa i niepodległości.  Miało być hucznie, radośnie i na bogato. A jak było? Na stronie ministerstwa Kultury… itd. przeczytać można podsumowanie obchodów Święta Niepodległości.  Projekty rządowe i ministerialne, 60 przedsięwzięć wojewodów, 441 akcji samorządowych, 300 programów zagranicznych. Koncerty, wystawy, prezentacje. Polska miała być na ustach świata. I była, niestety.

PiS wydał miliony z naszej wspólnej kasy, by ukazać światu atrakcyjne oblicze zasobnej, cywilizowanej i kulturalnej Polski.  Równocześnie niemiłościwie nam panujący obrażali przywódców krajów sojuszniczych, deptali po odciskach unijnym liderom, przypisywali mroczne intencje Trybunałowi Europejskiemu i odmawiali wiedzy prawniczej sędziom TSUE. Pan premier, na wyścigi z panem prezydentem, domagał się od świata szacunku i uznania dla demokratycznej i praworządnej Polski, a równocześnie obydwaj nie ustawali w wysiłkach, by obrzydzić swoją ojczyznę i zepchnąć ją w strefę cienia, gdzie demolowanie struktur demokratycznych nie rzuca się tak w oczy. Świat zapamiętał zarówno brednie Mateusza Morawieckiego w Gazecie Polskiej o jakichś zorganizowanych grupach przestępczych w sądach, jak i jego wypowiedź w Washington Examiner, gdzie twierdził, że w Polsce niczego nie da się załatwić bez łapówki.

Międzynarodowa opinia publiczna miała zobaczyć wielki skok cywilizacyjny Polski. W rzeczywistości zobaczyła fałsz, pychę i butę władzy, a zapamiętała przede wszystkim jej wspólny marsz z faszystami i zaściankowe obrzędy pod nadzorem dostojników kościelnych. Polakom natomiast pozostaną w pamięci głównie 143 ławeczki – samograjki x 30 tys. zł , które nawet w zamierzeniu nie są funkcjonalnym miejscem wypoczynku i refleksji, bo jak wynika z opisu na stronie MON są to tylko „pamiątki dla przyszłych pokoleń”.

Co w nas pozostanie po obchodach jubileuszu odzyskania wolności? Moje dzieci zapamiętały, jak przez godzinę marzły przed szkołą, blokując ruch na przelotowej arterii, bo nakazano im stworzyć biało-czerwony chór i dokładnie o 11.11 odśpiewać hymn narodowy.  Mojemu emerytowanemu teściowi oraz jego licznym znajomym lokalne imprezy „niepodległościowe” nieodparcie kojarzyły się z fetowaniem 1 maja za pomocą akademii z częścią artystyczną, a cały projekt z obchodami Roku Leninowskiego w PRL-u. Przyjaciel z Hamburga zdiagnozował patriotyczne wzmożenia narodowców „zanieczyszczeniem miłego klimatu podwyższonym stężeniem głupoty”. A bardzo wielu moich bliższych i dalszych sąsiadów z Wielkopolski serdecznie wkurzyło, że PiS podłączył się w tym roku pod tradycyjne w Poznaniu obchody rocznicy powstania wielkopolskiego.

W Poznaniu od lat wjeżdża na stację zabytkowy pociąg, z którego wysiada Paderewski i wygłasza swoją porywającą mowę. Od lat na placu Wolności rekonstruktorzy odgrywają sceny rozbrajania żołnierzy niemieckich. Tym razem władza PiS postanowiła uatrakcyjnić uroczystość swoją obecnością i na ścianie budynku Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego odsłonięto „tablicę wdzięczności”.  Przemawiający z tej okazji premier wymachiwał rękami w przekonaniu, że robienie wiatraka zastępuje sensowną składnię i przyzwoitą treść przemowy. – Wszyscy jesteśmy powstańcami wielkopolskimi! – drażnił poznaniaków Mateusz Morawiecki, by ostatecznie doprowadzić ich do szewskiej pasji wręczając wymyślone naprędce Medale Stulecia Odzyskanej Niepodległości swoim znajomym, a wśród nich mgr prawa Julii Przyłębskiej za to, że przypadkiem jest poznanianką – bo przecież nie za upowszechnianie wiedzy o Powstaniu.

Wykwity wyobraźni PiS, ujawnione w programie obchodów, spora część społeczeństwa odebrała jak nieudolne próby indoktrynacji.  Bo też od chwili przejęcia władzy przez Kaczyńskiego z ekipą trwa proces, czy raczej proceder, konstruowania nowego modelu Polaka.  Właśnie minął rok, w którym rządzący ze szczególną mocą zawiadamiali nas, że patriotami możemy być tylko wtedy, gdy popieramy ich „dobrą zmianę”, bo to jedyna dobra droga dla Polski.  Dowiedzieliśmy się, że nie jest patriotą ten, kto chodzi do kina na „Kler” zamiast do kościoła, gdzie w kazaniach słychać pogróżki pod adresem myślących samodzielnie. Nie może być patriotą również ten, kto krytykuje polski rząd wybrany przez polskiego suwerena, który rzekomo wyposażył swoich wybrańców w prawo obsadzenia wszystkich intratnych stanowisk przez swoich wyznawców, a dla utrzymania i umocnienia władzy dał placet na zmiany wszystkiego. Wszystkiego, włącznie z konstytucją i międzynarodowymi umowami.

Po 100 latach od powrotu państwowości powinniśmy być dumni z sukcesów i pozycji Polski. Powinniśmy, ale nie jesteśmy . Bo Polskę zawłaszcza partia, która zachowuje się tak, jakby PiS nie miał terminu przydatności, jakby jej okres ważności dla Polaków nigdy się nie kończył.  Do Kaczyńskiego słabo dociera oczywista oczywistość, że nawet najbardziej zmasowaną propagandą nie stworzy wzorcowego Polaka.  Nie da się wyprodukować patriotów.  Wyhodować można tylko cynicznych piewców własnej odmiany polskości i nawiedzonych nacjonalistów – co właśnie następuje.

Wskutek obłędnej propagandy, pompującej poczucie narodowej godności i odrębności, niepostrzeżenie przybywa nam ludzi tak kochających Polskę, że gotowych udusić ją z miłości. Nie zraża ich buta, chamstwo, ani pazerność rządzących.  „Prawdziwi patrioci” nie widzą lasu, bo drzewa im zasłaniają. Oglądają każde z osobna – i owszem, widzą w nich ubytki, uszkodzenia, spróchniałe konary, ale przecież to nadal są drzewa, bo mają pnie, gałęzie i kilka zielonych liści. Nawet jeśli czasem ogarną sumę zniszczeń, to wierzą, że dobra zmiana „da radę”, wytnie chore drzewa i zasadzi nowe, zdrowe i bez skazy…

Ostatnio często przywoływany jest cytat z Michaiła Sałtykowa Szczedrina, XIX-wiecznego pisarza rosyjskiego, który napisał : „kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli”. Po 100 latach odzyskania wolności Prawo i Sprawiedliwość najbezczelniej okrada nas z tej wywalczonej wolności.

Waldemar Mystkowski o pierwszym prawie PiS.

Oczywiście, że będą podwyżki za prąd. Nie będzie ich jakiś czas na rachunkach gospodarstw domowych, które wystawiają dystrybutorzy. Sejm nagle po trzech latach rządów PiS uchwalił ustawę, która przesuwa pieniądze z budżetu państwa na konta spółek energetycznych, aby te wykupiły prawa do emisji CO2. Bynajmniej nie wykupią tych praw od polskich podmiotów.

To znaczy, że wszyscy zapłacimy za prąd wytwarzany z brudnych surowców (węgiel i pochodne kopaliny). Zapłacimy podatkami, które mogłyby być zainwestowane w naszą przyszłość, a są zainwestowane w utrzymanie władzy PiS. Zapłacimy przede wszystkim swoim zdrowiem, a to jest cenniejsze niż wszelki szmal.

Powinny być tego świadome elity – i pewnie są – ale gorzej z niewyedukowanym ludem głosującym, na którym zawsze żerują autokraci i takie podmioty polityczne, jak partia Jarosława Kaczyńskiego.

Do poprzednich rządów można mieć wszelkie pretensje, włącznie z takimi, iż nie dogoniły najbardziej rozwinięte kraje świata (co jest samo w sobie absurdem), lecz PiS cofa nas z tego, co nam już udało się osiągnąć. PiS na nas żeruje i jest – jak ktoś dobrze nazwał – szarańczą.

Zatem pytanie: jak Unia Europejska ustosunkuje się do wsparcia spółek energetycznych z budżetu państwa? Zwykle takie przesunięcie środków publicznych jest postponowane, bo powoduje uprzywilejowanie dofinansowanych podmiotów, co jest niszczące dla konkurencji.

A PiS spodziewa się, że Komisja Europejska zareaguje negatywnie na tę ustawę, która zuboży budżet o kilka miliardów złotych, bo oto słyszymy, surrealne wypowiedzi polityków PiS, jak Bartosza Kownackiego: „Jak nie będzie donosu na Polskę, to nic się nie stanie”.

A zatem mają gotowe zrzucenie odpowiedzialności za swoje nieudolne rządzenie na opozycję – na „totalną opozycję”, bo zniewolone umysły lubią posługiwać się językowymi sztancami, jak „zaplutymi karłami reakcji”. I taki też jest przekaz dnia PiS, który powtarzają politycy tej partii: „jak totalna opozycja nie doniesie do Komisji Europejskiej, to się nie dowie o ich ustawie o obniżce akcyzy za prąd”.

Czyżby PiS obawiał się reakcji KE, bo musiałby w związku z podwyżkami cen za prąd wylecieć w powietrze, a może szykuje jeszcze inny przekaz, który będzie tłumaczyć „suwerenowi”, że „wszystko robimy, co możemy dla waszego dobra, ale zła, antypolska Unia chce zniszczyć Polaków”.

PiS przez 3 lata wykuł swoje podstawowe prawo polityczne: „Im dłużej rządzą, tym bardziej winne są PO, totalna opozycja i Unia Europejska”.

Bredniś pisowski Kownacki boi się podpieprzenia. Pokraczne myślenie

30 Gru

Bartosz Kownacki zaapelował, by nie donosić na Polskę do Unii Europejskiej. Apel dotyczy ostatnio przyjętej przez Sejm ustawy prądowej. Ekspresowa ustawa, to wyjątkowy popis fuszerki. Jak się okazuje jest ona niezgodna z unijnymi regulacjami, których państwa członkowskie obowiązane są przestrzegać. Pierwszy błąd dotyczy zapisanych w ustawie rekompensat dla spółek energetycznych, które mogą zostać uznane za nieuprawnioną pomoc publiczną.

W Traktacie o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej istnieje zapis o „pomocy przeznaczonej na ułatwianie rozwoju niektórych działań gospodarczych lub niektórych regionów gospodarczych, o ile nie zmienia warunków wymiany handlowej w zakresie sprzecznym ze wspólnym interesem”.

W związku z tym, że tempo przyjęcia przez Sejm ustawy prądowej było tak szybkie, kwestia rekompensat może zostać zakwestionowana. Kolejna ustawowa fuszerka dotyczy dyrektywy unijnej, która nakazuje aby połowa pieniędzy ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 była przeznaczona na zasilenie tzw. zielonej energii.

Niestety, według przyjętej ustawy “u nas 80 procent pójdzie na zbijanie rachunków za prąd z węgla […] a tylko 20 procent, czyli jedna piąta, ma pójść na odnawialne źródła energii. Co oznacza, że nie 50 a 20 procent – co jest jawnym pogwałceniem dyrektywy Unii Europejskiej”  

Totalna prowizorka i nieodpowiedzialność rządów PiS w kwestii ustawy może więc skończyć się kolejnym starciem z UE. Niestety politycy Prawa i Sprawiedliwości wolą udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i bagatelizować obowiązujące nas dyrektywy, licząc, że Unia niczego nie zauważy. Bo jak twierdzi poseł PiS, Bartosz Kownacki „Jak nie będzie donosu na Polskę, to nic się nie stanie. […] Ktoś będzie donosił, próbował zainteresować tych urzędników, to siłą rzeczy będą musieli to sprawdzić. Apeluję więc – nie donośmy”.

PiS po raz kolejny wykazuje się nieodpowiedzialnością i już dzisiaj można przewidzieć, że za własne błędy będzie obwiniać opozycję i „antypolską” Unię.

Rządzą nami ludzie z wyrokami. Upadła Polska

30 Gru

Od razu lepiej

Czy osoby skazane powinny zajmować się ściganiem przestępstw i patologii państwa? Do tej pory odpowiedź na to pytanie wydawała się oczywista, jednak praktyki kadrowe CBA całkowicie zmieniły optykę na powyższe zagadnienie. Chodzi o obecnego dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA. To były funkcjonariusz policji skazany przez sąd rejonowy jak na ironię dla misji instytucji za bezprawne przejęcie służbowego mieszkania. Jego obecność w służbie wzbudziła duże kontrowersje i stała się symbolem szkodliwej polityki kadrowej biura. Okazuje się bowiem, że o karierze i awansie w CBA obecnie decydują nie kompetencje, lecz znajomości z wiceszefem Biura Bogdanem Sakowiczem.

Sprawę opisała “Gazeta Wyborcza” wskazując, że Bogdan Sakowicz choć z wykształcenia jest historykiem, to zdołał zdobyć całkowitą kontrolę nad polityką kadrową CBA. Swoją pozycję zawdzięcza Maciejowi Wąsikowi, zastępcy koordynatora do spraw służb specjalnych, za którego to zaufanego człowieka uchodzi. Mimo niższej funkcji to on ma realnie kontrolować szefa biura Ernesta Bejdę. To ona miał także doprowadzić do marginalizacji znaczenia Grzegorza Ocieczka, zastępcy szefa CBA.

To właśnie jego działania miały doprowadzić do przyjmowania ludzi bez doświadczenia do służby i rosnących napięć między pracownikami, trącymi motywację do dalszej pracy w warunkach braku perspektyw rozwoju.

Jego udziałem było także wprowadzenie Piotra K. na funkcję dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA zasłaniając się tym, że ciążący na nim wyrok jest nieprawomocny. Sprawa jednak była istotna dla celu istnienia biura, ponieważ bezprawne przejęcie służbowego mieszkania powinno dyskwalifikować z pracy w organie nadzorującym.

Gazeta wylicza jednak, że to nie koniec, ponieważ dochodziło do zatrudniania ludzie bez wyższego wykształcenia na stanowiska z takim wymogiem, czy przyjęcia do pracy osoby figurującej jako współpracownik SB.

Opisane zdarzenia pokazują, że CBA brakuje dziś mandatu do rozliczania państwa z patologii. Jak instytucja ma być w swojej roli wiarygodna, jeśli z zarzutów nie oczyścili się jej pracownicy, a prowadzone rekrutacje łamią zasady przejrzystości i obowiązujące przepisy. Jest to rażący przykład podwójnych standardów, który nieuchronnie podważą antykorupcyjną misję biura.

>>>

Im dłużej rzadzi PiS, tym bardziej za wszystkie kłopoty kraju odpowiada Platforma Obywatelska

30 Gru

Do żenującej scysji doszło między przedstawicielami Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej  w programie „Śniadanie w Polsat News”, podczas dyskusji na temat cen prądu.

Gdy minister Jacek Sasin z KPRM winą za wysokie ceny prądu obarczał rządy PO-PSL, które miały źle negocjować z Unią Europejską sprawy m.in. emisji CO2, głos zabrał poseł Marcin Kierwiński z PO.

„Nie reagowali na te bardzo złe dla Polski decyzje, które zapadały w Komisji Europejskiej” – przekonywał Sasin, a Kierwiński jak refren powtarzał:  „Decyzje Lecha Kaczyńskiego” i ostatecznie przypomniał: „Lech Kaczyński mówił, że zgodził się na pakiet klimatyczny, bo chciał pójść Angeli Merkel na rękę”.

Przez cały ten czas Sasin powtarzał nerwowo – „Niech pan przestanie kłamać”.

Tymczasem, poseł Platformy odwoływał się do konkretnej wypowiedzi byłego prezydenta z wywiadu jakiego udzielił 2008 roku,  Piotrowi Gursztynowi i Mikołajowi Wójcikowi. Tekst jest dostępny na stronie prezydent.pl.

„Ale czy ja w UE nie byłem solidarny? Przecież zgodziłem się na przykład na politykę klimatyczną z punktu widzenia Polski ryzykowną. To był mój gest w stosunku do pani kanclerz Angeli Merkel. Niestety nie zawsze mogliśmy liczyć na podobne gesty pod naszym adresem” – powiedział Lech Kaczyński.

Chodziło w tej wypowiedzi o  wynegocjowany w 2007 roku pakt klimatyczny, tzw. 3×20, zakładający m.in. redukcję emisji gazów cieplarnianych o 20 proc.. Podpisywał go już Donald Tusk, gdy po wyborach został premierem a wraz z nim właśnie Lech Kaczyński.

Absurdy PiS 2018, podwyżki 2019

30 Gru

Księga Magii

Gdyby nie świetna koniunktura gospodarcza, instytucjonalno-decyzyjny bałagan za rządów PiS odczulibyśmy w portfelach już rok temu. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Oto pięć najbardziej absurdalnych pomysłów gospodarczych rządów PiS.

1. Rejtan w sprawie cen prądu

Miejsce na najwyższym stopniu podium jest bezapelacyjne: paniczna ucieczka rządu PiS przed nieuchronnymi podwyżkami cen prądu. 2019 to rok podwójnych wyborów. Podwyżki rachunków za prąd mogą zeźlić suwerena, który pokapuje się, że rząd jedną ręką daje 500+, a drugą zabiera, bo zakupy kosztują coraz więcej, a od tego roku więcej trzeba będzie zapłacić za wywóz śmieci i prąd właśnie. Firmy i samorządy nowe taryfy dostały już wiele tygodni temu. Podwyżki rzędu 70 proc. wcale nie należały do rzadkości. I tu nie ma przebacz: wolny rynek i koniec. W przypadku klientów indywidualnych jest jeszcze Urząd Regulacji Energetyki, który musi zatwierdzić nowe taryfy. Wnioski o 20-proc. podwyżki zostały przez URE odesłane do poprawki.

Zwłaszcza że minister energii poinformował o tym, że firmy energetyczne mają miliardowe… oszczędności. Rząd zapewnia, że podwyżek nie będzie, a jeśli będą to zostaną ludziom zrekompensowane. Firmy muszą znaleźć pieniądze, bo produkcja prądu kosztuje coraz więcej: drożeje węgiel, z którego powstaje 80 proc. energii, drożeją pozwolenia na emisję dwutlenku węgla, potrzebne są pieniądze na nowe bloki, bo nasz system energetyczny robi bokami, zwłaszcza latem. A najzabawniejsze, że wszystko to PiS ściągnął sam na siebie absurdalną polityką energetyczną: zamiast inwestować w odnawialne źródła energii, wolał kupować elektrownie węglowe od inwestorów zagranicznych w ramach repolonizacji. A jedną z pierwszych decyzji nowej władzy była praktyczna likwidacja branży energii wiatrowej. Efekt był do przewidzenia: rynek praktycznie bez konkurencji i coraz większa monokultura węglowa w energetyce doprowadziły do nieuchronnych podwyżek cen. W strategii energetycznej na 2040 r. ok. połowy energii mamy produkować z atomu i farm wiatrowych na Bałtyku. Problem w tym, że te źródła na razie nie istnieją. Ciemność widzę. Ciemność.

2. Strusia polityka ws. imigracji

Polityka imigracyjna, a raczej jej brak, to kolejny absurd wykreowany przez obecną władzę. Polski rynek pracy jest rozgrzany do czerwoności – tak niskiego bezrobocia nie notowaliśmy od lat. Znalezienie pracownika czy fachowca do robienia remontu to dziś prawdziwy wyczyn. A byłoby jeszcze gorzej gdyby nie grubo ponad milion imigrantów zarobkowych z Ukrainy. To dzięki nim ten mechanizm jakoś jeszcze się kręci i się nie zatarł. Tyle że za chwilę może się to zmienić. Niemcy ogłosiły właśnie ułatwienia w zatrudnianiu pracowników z Ukrainy. Wystarczy przejechać czasem 200-300 km na zachód, żeby zarobić kilka razy więcej niż w Polsce. Część Ukraińców na pewno się skusi. Co wtedy będzie z polskim rynkiem pracy?

Wiceminister inwestycji i rozwoju Paweł Chorąży jesienią na debacie w Klubie Jagiellońskim stwierdził rzecz oczywistą: Polska potrzebuje stałego dopływu migrantów. I że opłaca się ich sprowadzać np. z Azji. „W nagrodę” stracił stanowisko. „Za wypowiedzi niezgodne z linią rządu i linią Prawa i Sprawiedliwości” – poinformował prorządowy portal wpolityce.pl.

3. Kup pan cegłę z Radomia, czyli lotniskowe inwestycje

Kampania przed wyborami samorządowymi obfitowała w najrozmaitsze rządowe ekscesy. Pół biedy, gdy chodziło tylko o mijanie się z prawdą premiera Morawieckiego (dwa razy sąd kazał mu prostować wypowiedzi). Gorzej, że na fali przedwyborczych obietnic władze poczyniły konkretne inwestycje, które z punktu widzenia ekonomii były co najmniej dyskusyjne. Po diabła np. było repolonizować kolejkę na Kasprowy?

Ale to i tak drobiazg przy zakupie lotniska w Radomiu. Dzięki tej wymuszonej przez rząd inwestycji państwowe Przedsiębiorstwo Porty Lotnicze ma trzy lotniska wokół Warszawy. I czwarte w budowie. I za nic nie potrafi z tego ułożyć sensownego systemu komunikacyjnego. Bo z powodów ideologicznych rząd stawia na widowiskową inwestycję w Centralny Port Komunikacyjny w Baranowie. Nie bardzo ma ochotę rozbudowywać lotnisko Chopina na Okęciu. A już w ogóle nie chce rozwijać portu w Modlinie, gdzie spiera się z samorządowym udziałowcem. Teraz do tego doszło lotnisko w Radomiu, zamknięte na cztery spusty, bo samoloty woziły tylko powietrze.

4. Elektryczny Autosan znienacka

To kolejny pomysł z kampanii samorządowej. Aby zdobyć głosy mieszkańców Sanoka, sam prezes Kaczyński zapowiedział, że już niedługo tamtejszy Autosan zostanie przejęty przez spółkę energetyczną PGE i wtedy zacznie produkować na potęgę elektryczne autobusy. Informacja Kaczyńskiego była zdumiewająca nie tylko z powodu absurdu ekonomicznego (skoro PGE produkuje prąd, to może też się zająć produkcją autobusów na prąd), ale też z powodów prawnych: oto prezes partii rządzącej podał do wiadomości publicznej coś, czego spółka giełdowa jaką jest PGE, w ogóle jeszcze nie ogłosiła. A chodziło przecież o istotną inwestycję i zobowiązanie na przyszłość. Czemu mniejszościowi akcjonariusze dowiedzieli się o tym dopiero z mediów? O tym, że kulejący Autosan przerzucany jest jak gorący kartofel z rąk jednego państwowego koncernu (PGZ) w ręce innego (PGE) nawet nie warto wspominać.

5. Kredyt dla Fratrii na zakup Radia Zet

Rzutem na taśmę piąte miejsce w naszym rankingu zajął państwowy od jakiegoś czasu bank Pekao SA wraz z braćmi Michałem i Jackiem Karnowskimi, tworzącymi prorządowe treści w swoich mediach internetowych (wpolityce.pl), papierowych (tygodnik „Sieci”) i elektronicznych (telewizja W Polsce). Karnowscy prowadzą te wszystkie biznesy za pośrednictwem swojej spółki Fratria, gdzie ponad połowę udziałów ma Spółdzielczy Instytut Naukowy senatora Grzegorza Biereckiego, twórcy SKOK-ów, oraz Apella, jedna ze spółek systemu SKOK-ów. Fratria postanowiła właśnie rozszerzyć działalność i kupić rozgłośnię radiową. Nadarzyła się po temu okazja, bo czeski fundusz Czech Media Invest chce sprzedać Radio Zet, które przejął kilka miesięcy temu od francuskiego koncernu Lagardere.

Jest tylko jeden problem: pieniądze. Wartość inwestycji szacuje się na ok. 200 mln zł, a roczne przychody Fratrii to nieco ponad 34 mln zł (dane za 2017 r.). Ale od czego są przyjaciele? Jak donosi portal Wirtualne Media, państwowy od pewnego czasu bank Pekao SA przyznał Fratrii promesę kredytową na 51 mln euro. Prezes banku Michał Krupiński to protegowany ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Ziobro i jego zastępca Patryk Jaki w tygodniku Karnowskich występowali na okładce co najmniej pięciokrotnie tylko w zeszłym roku.

Co jakiś czas Ziobro zapowiada tam kolejne ofensywy przeciw sędziom, przestępcom itd. I tak się złożyło, że bank Pekao SA uznał, że 51 mln euro inwestycji w rynek medialny w Polsce to pewny i świetny biznes. Wiadomo: jeśli Karnowscy Zetkę przejmą, spółki skarbu będą się w niej reklamować na wyścigi. No chyba że PiS przegra wybory. Ale wtedy to już zapewne nie będzie zmartwienie prezesa Krupińskiego tylko nowego szefa Pekao SA…

Gospodarka ma się ciągle nieźle, a do tego ceny kluczowych surowców raczej drożeją niż tanieją. Oznaczać to wszystko może tylko jedno – podwyżki 2019. I to raczej cen niż wynagrodzeń. Oto co najbardziej uderzy w nasze kieszenie.

Podwyżki 2019. Nie, Morawiecki cen energii nie zatrzyma

Ekspresowe „zatrzymywanie” cen przez rząd jeszcze niedawno wydałoby się nam pewnie całkiem zabawne. Ale w sumie się przyzwyczailiśmy. Nawet jednak jeśli autopoprawka rządu zatrzyma na jakiś czas ceny prądu, to przecież nie jest tak, że politycy mogą je sobie uregulować. Pewnie ceny energii koniec końców wzrosną. Może na przykład po wyborach parlamentarnych?

Gaz zdrożeje. Chyba, że politycy znów powtórzą manewr „prądowy”

Ceny gazu rosną na międzynarodowych rynkach, zwłaszcza na tych, z którymi handluje PGNiG. Do tego mamy niezłą koniunkturę w przemyśle i generalnie duży popyt na gaz (który coraz bardziej zastępuje węgiel). Eksperci prognozują więc, że gaz może zdrożeć o 3-4 proc. Chyba że znów wjedzie legislacyjny ekspres i podwyżki zatrzyma…

Podwyżki 2019. Paliwo zdrożeje dzięki opłacie emisyjnej

Ceny paliwa na światowych rynkach generalnie ostatnio spadały. W Polsce trochę też spadły, ale w sumie minimalnie. Czemu? Eksperci uważają, że dystrybutorzy przygotowują się na opłatę emisyjną. Ta oczywiście, jak zapewniali politycy, miała nie odbić się na konsumentach. No ale obietnice sobie, życie sobie. Eksperci nie mają wątpliwości, że firmy będą chciały trochę przełożyć podwyżki na konsumentów. Niezależnie więc od światowych zawirowań paliwo raczej będzie w 2019 droższe. A jeśli jeszcze dojdzie do zapowiadanej fuzji Orlenu z Lotosem…

Coraz wyższe koszty pracy

Zarobki nad Wisłą nie rosną tak, jak chcieliby tego pracownicy. Jednak nie da się nie zauważyć, że praca w Polsce zaczyna być coraz droższa – a to niekoniecznie dobra informacja dla przedsiębiorców. Rekordowo niskie bezrobocie, brak rąk do pracy, otwarcie rynku niemieckiego na Ukraińców – te wszystkie czynniki zapewne sprawią, że ludzie będą żądać coraz większych pieniędzy. Zachęca ich do tego zresztą samo państwo. Pensja minimalna w 2019 r. znowu się zwiększy i wyniesie 2250 zł brutto. Stawka godzinowa natomiast wzrośnie do 14,70 zł.

Papier toaletowy coraz droższy

Raczej nie wrócą czasy niedoboru papieru toaletowego, ale eksperci obawiają się, że ten jakże ważny produkt może podrożeć nawet o 30 proc. i to już na samym początku 2019 roku. Powody są dwa. Po pierwsze, przez ostatnie lata ceny papieru utrzymywały się na zbliżonym poziomie, w dużej mierze dlatego, że narzucały je sieci dyskontowe. Ale koszty produkcji się w tym czasie zwiększyły i pewnie wreszcie producenci będą chcieli je sobie odbić.

Drugi powód to niedobór celulozy na całym świecie, który jest wywołany bardzo dużym popytem w Azji, a przede wszystkim w Chinach.

Podwyżki 2019 r. Owoce i warzywa zapewne sporo podrożeją

Prawdopodobnie w przyszłym roku zapłacimy więcej za owoce. Nie jest to jednak wcale tak dramatyczna wiadomość – po prostu w 2018 ceny były tu wyjątkowo niskie poprzez „klęskę urodzaju”. Zbiory jabłek były na przykład tak duże, że nieraz sadownikom nie opłacało się po prostu ich sprzedawać.

Warzywa będą natomiast droższe z powodu suszy, która wystąpiła na terenie większości Europy latem 2018. Już teraz rekordy biją m.in. europejskie ceny cebuli.

Owoce i warzywa zdrożeją najbardziej, ale generalnie ceny żywności powinny pójść w górę. – Ceny detaliczne żywności w Polsce w 2019 r. będą przeciętnie o 2,0-3,5 proc. wyższe niż rok wcześniej – czytamy w analizie banku BGŻ BNP Paribas.

Wywóz śmieci, składka ZUS, kara za brak OC – to wszystko jeszcze wzrośnie w 2019

Można się spodziewać też innych podwyżek. Opłaty za wywóz śmieci wzrosną właściwie w każdym dużym mieście, w niektórych nawet o połowę. Czekają nas też podwyżki w związku z podwyższeniem się pensji minimalnej. I tak za nieubezpieczenie auta przez ponad dwa tygodnie po terminie będzie kara 4500 zł, anie 4200 zł jak wcześniej.

Kaczyński dostał niekontrolowanego wybuchu wściekłości

30 Gru

Dawno temu, w państwie zwanym PRL, opresyjne prawo skłoniło ludzi do szukania możliwości skutecznego oporu. Tak powstały rozliczne instrukcje postępowania szarego obywatela w razie konfrontacji z czerwonym państwem. Najsłynniejsza z nich, to „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”. Niniejsza praca jest próbą nawiązania do tamtej światłej tradycji piśmienniczej, tak jak Polska PiS jest próbą powrotu do mroków PRL.

I. Prawo stanowione i prawo ludowe

Podstawą działania sądów, prokuratury oraz rozmaitych służb policyjnych jest, jak na razie, Kodeks Postępowania Karnego. Chociaż niektóre jego zapisy wydają się uniwersalne, jednak ich rozumienie, a co za tym idzie, interpretacja, może ulegać gwałtownej ewolucji. Przykładowo: instytucja ułaskawienia przez Prezydenta do niedawna wiązała się z koniecznością prawomocnego skazania. Ułaskawić można było tylko uznanego przez sąd za winnego. Wydawało się to całkiem logiczne, jednak dziś już takie nie jest. Obecnie Prezydent może ułaskawić każdego, kto popadł w konflikt z prawem lub jest o to podejrzany. Bez czekania na wyrok. A są sędziowie- „prawdziwi patrioci”, którzy się z tym zgadzają, chociaż prawo stanowione nie uległo zmianie. W następnym etapie Prezydent Duda dokona ułaskawienia przed postawieniem zarzutów – jeśli już tego nie zrobił – dla kilku kolesi z PiS. Można stwierdzić, że wraz z demoralizacją państwa postępuje degradacja prawa pisanego na rzecz tzw. ”ludowej sprawiedliwości”. Co lud – wolą swojego wybrańca – postanowi, to ma moc obowiązującą, niezależnie od ustaw.

Opisując tę niewesołą sytuację można przypomnieć starą anegdotę z PRL: „Jaki jest najkrótszy Kodeks Karny?

§1. Milicjant, tzn. „władza” zawsze ma rację.

§2. W razie wątpliwości, patrz: §1.

Oczywiście, za zmianami prawa zwyczajowego postępować będą dostosowawcze zmiany prawa pisanego. Dla zachowania pozorów demokracji. Tym samym niniejszy poradnik należy traktować z należytą dozą ostrożności – bo co obowiązuje dzisiaj – nie koniecznie będzie prawem jutro. PiS wytworzył kompletny i przeciwstawny prawdzie zasób pojęciowy, zarówno polityce jak i prawie stosowanym. Ta swoista „nowomowa pisowska” zaczyna się już od fałszywej wiadomości zawartej w nazwie partii „Prawo i Sprawiedliwość”, która to ani z prawem ani ze sprawiedliwością nie ma nic wspólnego. PiS traktuje Polskę jak jedną wielką prokuraturę rejonową. A wiadomo kto w „rejonówce” jest najważniejszy – prokurator , a kto jest najgorszego sortu.

II. Podejrzany – co możesz, jak im podpadniesz

Podejrzany, to osoba, wobec której wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów.

Jeśli mleko się wylało i siedzisz przed prokuratorem (lub innym przedstawicielem organów ścigania), odczytano Ci zarzuty, pouczono, co do Twoich praw, to pamiętaj:

  1. Masz prawo milczeć – nikt nie może ci z tego powodu czynić zarzutów. Możesz odmówić składania wyjaśnień bez podania przyczyny oraz możesz odmówić odpowiedzi na konkretne pytanie bez podawania przyczyny (art.175§1kpk). Możesz kłamać – jeśli to twoja taktyka obrony.
  2. Masz prawo do obrońcy. Bez jego obecności nie musisz składać wyjaśnień (art.301 kpk.). Pamiętaj jednak, że życie w Polsce to nie amerykański film. Tam podejrzany ma prawo to kontaktu ze swoim obrońcą bez obecności osób trzecich. Tu prokurator ma prawo do udziału w spotkaniu podejrzanego z obrońcą w ciągu pierwszych 48 godzin od zatrzymania. Może też was podsłuchiwać. I tym się pięknie różnimy od Amerykanów!
  3. Prawo przewiduje też szereg innych uprawnień podejrzanego w dalszym toku postępowania, adwokaci są tu tylko „lekarzem pierwszego kontaktu”.
  4. Jeśli mimo twoich próśb nie ma adwokata, to nie odpowiadaj na żadne pytania, nie dawaj się wciągnąć w rozmowę, niczego nie podpisuj. Niektórzy śledczy próbują okazywać podejrzanym współczucie, zrozumienie oraz przyjaźń. Nie wierz w to. To jest myśliwy a ty jesteś jego zwierzyną. Poluje na ciebie, bo chce twoją oprawioną głowę powiesić sobie nad kominkiem. Nie daj się nabrać. Nie masz innej opcji.
  5. W państwie PiS mieszkańcy dzielą się na już podejrzanych i potencjalnie podejrzanych. Każdy kto nie zgadza się z „ z jedyną partią” może być podejrzany o wszystkie złe rzeczy, o cokolwiek.

III. Świadek – mniej niż zero

Nie ma bardziej niewdzięcznej roli procesowej, niż rola świadka. Czeka godzinami na korytarzu. Wszyscy nim pomiatają. Wszyscy traktują go nieufnie. Zakładają, że pewnie będzie kłamał. Chcą go na tym przyłapać i chętnie widzieli by go w roli podejrzanego( udowodnione kłamstwo w zeznaniach świadka stanowi przestępstwo samoistne). Świadek, w odróżnieniu od podejrzanego, musi składać zeznania. Nie może odmówić ich składania, nie może kłamać ani odmawiać odpowiedzi na poszczególne pytania. Z pewnymi wyjątkami:

1.) możesz odmówić składania zeznań, jeśli jesteś osobą najbliższą dla podejrzanego (art.182 §1 kpk) – mąż, żona, ojciec, matka, dziecko, brat, siostra etc.

2.) Możesz odmówić składania zeznań, gdy w innej sprawie karnej jesteś oskarżonym o współudział w przestępstwie objętym tym postępowaniem (art. 182§3 kpk.).

3.) Możesz odmówić odpowiedzi na pytanie, jeśli odpowiedź mogłaby narazić na odpowiedzialność za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe ciebie lub osoby ci najbliższe. (art.183§1 kpk.) Uważaj! Taka deklaracja może utwierdzić przesłuchującego w przekonaniu, że masz coś za uszami. Z drugiej strony, w czasach PRL, zalecano powszechne stosowanie takiej podstawy odmowy zeznań, zwłaszcza gdy nie trzeba wyjaśniać, dlaczego sądzisz, że odpowiedź może narazić ciebie lub osobę najbliższą na odpowiedzialność. Decyzja o wyborze taktyki zależy od Ciebie.

Kodeks o tym nie wspomina, jednak praktyka uczy, że dobrą taktyką w przypadku pojawienia się niebezpiecznych pytań, jest niepamięć. Za brak pamięci nie wolno nikogo karać, a niewinne „eee…nie pamiętam, panie prokuratorze, to było tak dawno” nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Chyba, że cię pytają, czy zabiłeś swoją żonę….

Krótko: świadek musi się stawiać na wezwania, nie może kłamać i może nie pamiętać !!!

IV. Przeszukanie. A kiedy przyjdą… także po mnie

Kiedy to piszemy, wciąż jeszcze obowiązuje art. 221 kpk, zgodnie z którym nie należy dokonywać przeszukań w porze nocnej (pomiędzy 22 a 6 rano). To się jednak wkrótce zmieni!

Funkcjonariusze, którzy przyjdą na przeszukanie do twojego domu lub twojego miejsca pracy, muszą mieć ze sobą postanowienie prokuratora o przeprowadzeniu przeszukania (art. 220 §1 kpk). Muszą ci je okazać. Na to postanowienie twój adwokat będzie mógł wnieść zażalenie (co nie wstrzymuje przeprowadzenia przeszukania). I tu ważna rada: natychmiast żądaj obecności adwokata. Najlepiej poznać, upełnomocnić prawnika wcześniej. Jeśli nie masz – wykorzystaj dyżury adwokackie . Weź kogokolwiek , nie bądź sam. Twój adwokat ma prawo uczestniczyć w tym przeszukaniu. Jest ci w tym momencie bardzo potrzebny. Zna przepisy lepiej od ciebie i często lepiej od tych, którzy przeszukują. Oni się z nim liczą. Zachowa spokój, gdy ty możesz się zdenerwować. Dopilnuje formalności:

  1. Postanowienie o przeprowadzeniu przeszukania – muszą je mieć i okazać. Musi określać jasno, czego szukają (jakich przedmiotów). Jeśli np. szukają faktur z września, to nie powinni zabierać także tych z lipca i z sierpnia.
  2. Protokół z przeszukania. Każde słowo się liczy. Masz prawo żądać poprawek i uzupełnień. Dokładny spis i opis zakwestionowanych przedmiotów. Korzystaj z niego. Protokół zostanie w aktach Twojej sprawy na zawsze. W trakcie przeszukania, czy to w domu, czy w firmie, pilnuj przeszukujących. Niech nie kręcą się po lokalu sami. Cały czas ktoś z domowników, pracowników czy prawników powinien im towarzyszyć. Nie po to, żeby coś nie zginęło. To są w końcu , państwowi funkcjonariusze. Po to, żeby czegoś nie zostawili. Np. materiałów kompromitujących lub urządzenia podsłuchowego.
  3. Nośniki. W wyniku przeszukania możesz stracić wszystkie komputery, cyfrowe aparaty fotograficzne, zewnętrzne dyski i pendrivy. Generalnie wszelkie elektroniczne nośniki danych. Także telefony komórkowe i komputery domowników. Pal diabli, jeśli pozbawią cię ulubionej gry, gorzej, jeśli w wyniku takiego przeszukania utracisz dostęp do dokumentacji handlowej swojej firmy, książki telefonicznej, bankowości elektronicznej , itp. Urząd Skarbowy nie przyjmuje do wiadomości twoich tłumaczeń, że nie możesz złożyć żądanych wyjaśnień co do transakcji sprzed dwóch lat, ponieważ CBA zabrało ci komputer z potrzebnymi danymi. Jeśli nie chcesz takich kłopotów, zadbaj o kopie zapasowe, dobrze je schowaj oraz np. umieść w „chmurze” zarządzanej spoza polskiej jurysdykcji

V. Zatrzymanie. Prawdziwe kłopoty

Nie każde przeszukanie kończy się zatrzymaniem. Z drugiej strony nie każde zatrzymanie jest poprzedzone przeszukaniem.

Jeśli zostaniesz zatrzymany, to natychmiast żądaj umożliwienia kontaktu z twoim obrońcą – adwokatem lub radcą prawnym (art. 247§1 kpk). Możesz też żądać zawiadomienia o twoim zatrzymaniu osób najbliższych (art. 247§3 kpk). A zgodnie z art. 244 kpk w razie potrzeby przysługuje ci pierwsza pomoc lekarska.

Bez obrońcy nie prowadź żadnych rozmów. Nie daj się wkręcić. Pamiętaj: polują na ciebie! Nie przeceniaj swoich możliwości. Poczekaj na prawnika!

Jeśli zabierają cię z domu – ciepło się ubierz. W izbie zatrzymań, do której trafisz, może być bardzo zimno. Nawet latem noce są chłodne. Ciepła bielizna, polar, kurtka – to podstawa. Zabierz też szczoteczkę i pastę do zębów, grzebień, mydło, przybory do golenia, laczki, ręcznik, papierosy (zawsze to jakaś waluta) i książkę.

Jak to długo potrwa? Zgodnie z art. 248 kpk zatrzymany w ciągu 48 godzin od chwili zatrzymania musi być przekazany do dyspozycji sądu lub zwolniony. Po przekazaniu do dyspozycji sądu w ciągu 24 godzin zatrzymanego należy albo zwolnić, albo, jeśli sąd uzna za stosowne, tymczasowo aresztować. Tak więc łącznie zatrzymanie nie może trwać dłużej, niż 72 godziny. Potem wychodzisz do domu albo… zostajesz na dłużej.

VI. Tymczasowe aresztowanie. Izolacja na dłużej

Tymczasowe aresztowanie może być zastosowane tylko wobec podejrzanego. Na jakiej podstawie? Chociaż kpk wymienia tych podstaw wiele, w praktyce występują trzy, wymienione w art. 258kpk. Są to: obawa ucieczki podejrzanego, obawa tzw. mataczenia, czyli nakłaniania innych do składania fałszywych zeznań i w końcu zagrożenie surową karą. Choć w przeszłości bywało różnie, to teraz obowiązuje zasada, że ta ostatnia przesłanka jest samoistna. Oznacza to w praktyce, iż jeśli zostaniesz oskarżony przez prokuratora o przestępstwo, którego górna kara pozbawienia wolności wynosi co najmniej 8 lat, to sąd będzie mógł cię zgodnie z prawem aresztować. Pamiętaj przy tym: sąd nie bada na rozprawie aresztowej materiału dowodowego. Nie ma takiego obowiązku ani na ogół nie ma czasu (24 godz.). Rozważa tylko, czy jest prawdopodobne spełnienie się którejś z trzech wyżej wymienionych przesłanek. Możesz więc trafić za kraty tylko dlatego, że prokurator odpowiednio sformułował ci zarzut. A sąd przyjął domniemanie twojej winy. Jest to sprzeczne z Konstytucją, która jednoznacznie ustanawia domniemanie niewinności (bez prawomocnego skazania nie ma winnego). Niestety, zgodne z obecnie obowiązującą procedurą. Jeśli do tego masz świadomość, że twój obrońca nie tylko nie mógł z tobą swobodnie, w cztery oczy i bez podsłuchu, porozmawiać, ale także, że nie udostępniono mu akt twojej sprawy (prokurator może odmówić), a nawet uzasadnienia wniosku o areszt, to sam widzisz, w jakiej znalazłeś się opresji. Nie trać jednak ducha. Prokuratorzy często popełniają proceduralne błędy. To wykorzystują obrońcy i wtedy wychodzisz z sądu jako wolny obywatel. Masz jakieś 50% szans… A ponadto pamiętaj powiedzenie opozycjonistów z lat PRL: „zamknąć mogą, wypuścić muszą”.

Podsumowanie – o czym pamiętać

  1. Zawsze przy okazji przesłuchania, zatrzymania, przeszukania: żądaj obecności swojego prawnika. Obrońcy – jeśli jesteś podejrzanym, pełnomocnika – jeśli przypadła ci rola świadka. Niczego nie opowiadaj ani broń Boże nie podpisuj bez niego!
  2. Pilnuj protokołów. Za ileś tam miesięcy czy lat, kiedy ruszy proces przed sądem, nikt nie będzie pamiętał, czy wyglądałeś schludnie i ładnie, czy nie. Czy mówiłeś potoczyście, czy z wahaniem. Przedmiotem oceny będzie protokół z twojego przesłuchania. Słowo pisane! Tak więc poprawiaj, prostuj, odmawiaj aż zapis odzwierciedli to co chciałeś powiedzieć a prokurator/policjant ma usłyszeć. To wyłącznie w twoim interesie.
  3. Bądź nieufny. Tu nikt (czasami poza twoim prawnikiem) nie chce ci pomóc. Nikt cię nie lubi. Nie jesteś tu po to, żeby cię lubiano. Bądź powściągliwy, oni zawsze chcą Cię wrobić!!!
  4. Jeśli czegoś nie powiesz, bo zapomniałeś, nic ci za to nie grozi.

Niepamięć bywa cnotą.

Kilka uwag z dziedziny BHP

  1. Zaczepiony na ulicy, w barze, czy innym miejscu przez nieznane osoby podające się za funkcjonariuszy, nie rozmawiaj nawet o pogodzie. Żądaj formalnego wezwania na piśmie! Pamiętaj – to mogą być przebierańcy. Konkurencyjna firma, dziennikarska prowokacja, zwykli bandyci. Nie rozmawiaj i nigdzie z nimi nie chodź.
  2. Telefon komórkowy. Najlepiej przestrzegaj jednej zasady: przez komórkę umawiasz się na spotkanie. Godzina i miejsce. Kropka. Żadnych rozmów, naiwnego szyfrowania, głupich przechwałek. Nagrają, zmontują, puszczą ci za trzy lata. I co wtedy powiesz? Telefon to także mobilny szpieg, który może nagrywać rozmowy prowadzone w jego otoczeniu, jak najlepsza pluskwa z filmu sensacyjnego. Jeśli zabierzesz go ze sobą na spacer czy gdziekolwiek, to ci, którzy cię śledzą, poznają całą twoją trasę. Co do metra i co do sekundy.
  3. Komputer. Może zawierać wiele rzeczy, które mogą być wykorzystane przeciwko Tobie: dokumenty, maile, listy połączeń, zapisy czatów. Wprawdzie nie ma 100-procentowego sposobu zabezpieczenia się przed próbą włamania, ale nie oznacza to, że nie możesz zwiększyć poziomu swego bezpieczeństwa. Szyfruj twarde dysku, zabezpiecz komputer mocnym hasłem, szczególnie ważne pliki szyfruj dodatkowo, stosuj pocztę, której serwery są za granicą (np. Google, Yahoo, Icloud). Jeśli tylko to możliwe, rozmawiaj przez Skype lub Messengera, a nie przez połączenia głosowe w telefonach komórkowych czy stacjonarnych. Używaj oprogramowania komunikacyjnego dodatkowo szyfrowanego, np. Signal. Pamiętaj, że przechowywanie danych w „chmurze” jest bezpieczniejsze, niż ich zapisywanie w plikach na komputerze.
  4. I ostania rada: Niniejszy poradnik służy poszerzeniu wiedzy o przysługujących ci prawach, a porady antyinwigilacyjne mają zwiększyć Twoje bezpieczeństwo. Nie daj sobie wmówić, że korzystanie z przynależnych praw pomaga terrorystom, handlarzom narkotyków czy pedofilom. Zarządzający serwisami typu Google czy Facebook w razie potrzeby odróżnią, czy chodzi o przestępstwo czy obronę wolności i zasad demokratycznych. Zdecydowana większość „wolnego świata” doskonale wie, że prokuratorzy i policjanci w naszym kraju są od teraz na usługach polityków PiS. Tu już nastąpiła „dobra zmiana” . Celem państwa PiS nie jest ochrona obywateli ani Twoje dobro. Dlatego mając kontakt z prokuratorem, służbami czy policjantem bądź nieufny i podejrzliwy.

Takie czasy.

Więcej o tym, kto dał i ile milionów Rydzykowi – tutaj >>>

Nie mam pojęcia, co Robert Biedroń wie o Nikaragui, ale zakładam, że niewiele poza tym, że jest tam daleko (nie da się dojechać na rowerze), ciepło i są hamaki. Zakładam tak, bo gdyby coś niecoś wiedział, nie chwaliłby się raczej zdjęciem swoich stóp na tle jeziora Ometepe, bo to był raczej strzał w owe stopy. Fotka wywołała sporo kpin (że rozdawał tam biednym dzieciom kody rabatowe do swego sklepu) i poważniejszej krytyki (że byczy się w jednym z najbiedniejszych państw na świecie, gdzie w dodatku obowiązuje jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych).

Biedroń wrzucił to zdjęcie już kilka dni temu, ale warto do niego jeszcze wrócić i zastanowić się, czy mówi ono o tym początkującym polityku coś więcej i czy można z niego wyprowadzić jakieś wnioski co do jego szans w roku podwójnych wyborów. Ale najpierw cofnę się nieco w czasie.

Byłem na warszawskiej burzy mózgów Biedronia – tak nazywał spotkania podprowadzające do kongresu założycielskiego jego partii – i miałem wówczas wrażenie, że trzy są największe zagrożenia dla jego planów.

Pierwsze to niszowość. Postulaty, żeby państwo płaciło za operację zmiany płci czy dało prawo do adopcji małżeństwom homoseksualnym, są pewnie ważne dla pewnej grupy ludzi, ale wciąganie ich na sztandary to recepta na partię walczącą o przekroczenie progu wyborczego, a nie na siłę mogącą zmienić los Polski. Zwłaszcza jeśli postulaty te idą w parze z bardzo mocnym atakiem na Kościół.

Druga to widoczny wśród uczestników podział na liberałów gospodarczych i socjalistów. Burza mózgów Biedronia polega na tym, że gospodarz jest moderatorem dyskusji, a uczestnicy zgłaszają i uzasadniają postulaty programowe; na koniec odbywa się głosowanie. I o ile pomysły świeckiej szkoły czy ułatwień dla niepełnosprawnych wzbudziły aplauz, o tyle postulat, by państwo płaciło za ubezpieczenie społeczne i zdrowotne twórców, już przepadł po burzliwej debacie i okrzykach „wolny rynek”. Kogoś Biedroń będzie musiał zawieść.

Trzecia sprawa to, najoględniej mówiąc, przerost formy nad treścią. Ktoś nazwał te burze „obwoźnym Amwayem” i coś jest na rzeczy. Biedroń promuje się jako pionier, opowiada o swojej wyjątkowości, czaruje, ale przecież to wszystko już było. Karteczki z postulatami miał Ryszard Petru, dyskusje programowe i prawybory dały początek Platformie.

Teraz, po zdjęciu z Nikaragui, myślę sobie, że jeszcze poważniejszym kłopotem Biedronia może być Biedroń. Na razie chroni go status pretendenta, nikt go na poważnie nie krytykuje, ledwo muśnięta krytyką została jego prezydentura Słupska, ale ten czas się skończy. Już wkrótce światła reflektorów padną na niego, każdy błąd i każda niezręczność będą rozwałkowane w mediach. Zamiast pogwarki z Anją Rubik czekają go starcia z dziennikarzami i politykami, w których nie wystarczą w gruncie rzeczy infantylne teksty „Kocham Polskę” i „czas zasypywać podziały”. Bo podziały i spór są nieodłączną częścią polityki. Żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć twardą skórę i odporność na ciosy, a z tym u Biedronia nie jest chyba najlepiej, skoro blokuje na Twitterze za byle kpinę.

Wiele było powodów upadku Ryszarda Petru, ale wcale nie najmniej istotnym była jego gafowatość. Zdjęcia z portugalskich wagarów Petru oraz nóg Biedronia w Nikaragui przy wszystkich różnicach mówią coś – i to nie najlepiej mówią – o pewnej beztrosce i braku umiejętności przewidywania u ludzi, którzy chcieliby rządzić Polską.

Pyta mnie wiele osób, czy Biedroń osiągnie sukces. Odpowiadam zwykle pytaniem na pytanie: co to znaczy sukces? Czy Janusz Palikot i Petru osiągnęli sukces? Jeśli tak, to i Biedroń go pewnie osiągnie, bo przy całym moim krytycyzmie zdaję sobie sprawę, że wiele osób wierzy w byłego prezydenta Słupska, a zbudowanie partii na 5-10 proc. przy wsparciu bogatych ludzi, firm i celebrytów jest jak najbardziej możliwe. Wdarcie się na poziom 10-20 proc. będzie jednak niesłychanie trudne.

Kolejni świadkowie relacjonują wydarzenia sprzed domu Jarosława Kaczyńskiego 13 grudnia i potwierdzają, że prezes PiS zachował się wobec nich agresywnie.

Mój zeszłotygodniowy artykuł opisujący agresywne zachowanie Jarosława Kaczyńskiego wobec osób demonstrujących przed jego domem 13 grudnia spotkał się ze sporym zainteresowaniem i licznymi komentarzami.

Oczywiście odezwały się też pisowskie trolle oraz wyznawcy kultu Prezesa Tysiąclecia, kwestionujący prawdziwość relacji naocznego świadka i określający ją mianem „ściemy”. Z tą grupą komentatorów dyskutować nie warto. To ludzie, którzy zaprzeczają faktom potwierdzonym przez świadków, a jednocześnie z takim samym zapałem utrzymują, że w Smoleńsku miał miejsce zamach, tupolew został rozerwany dwoma wybuchami i sprowadzony na drzewo przez rosyjskich kontrolerów lotu, zaś szczegóły tej zbrodniczej operacji uzgodnili Donald Tusk i Władimir Putin. Polemizowanie z ich urojeniami mija się z celem, zostawmy ich więc w spokoju, pozwalając im żyć w ich wirtualnym świecie.

Jednak wątpliwości zgłaszały także osoby zupełnie przytomne i rozsądne. Po publikacji pisali do mnie znajomi z pytaniem: czy to nie fejk? Czy ta relacja jest na pewno prawdziwa? Bo brzmi nieprawdopodobnie. Czy to możliwe, że Jarosław Kaczyński rzeczywiście wyskoczył ze swojego ogródka, by naubliżać demonstrantom i obrzucić ich absurdalnymi oskarżeniami, a następnie kopał ustawione przez nich świeczki? Przecież to by wskazywało, że jest osobą skrajnie niezrównoważoną i dającą się ponieść emocjom. To nie pasuje do wizerunku lidera partii rządzącej, który decyduje o strategiach politycznych i o obsadzie najważniejszych stanowisk w państwie. Gdyby ta relacja była prawdziwa, oznaczałoby to, że my wszyscy – cała Polska – jesteśmy w rękach osoby co najmniej niezrównoważonej, by nie użyć mocniejszego określenia.

Postanowiłem więc dotrzeć do innych uczestników grudniowej pikiety i uzyskać od nich relacje na temat wydarzeń.

„Informacja nie jest fejkiem – potwierdza Małgorzata Trykacz. – Wraz z grupą członków KOD Bielany byliśmy 13 grudnia pod domem J. Kaczyńskiego. Gdy przyszliśmy, stała tam już grupa policjantów, gdyż zgromadzenie było zgłoszone przez Mirka Paczyńskiego. Było nas ok. piętnastu osób. Zjawiło się też dwóch ochroniarzy rezydujących w budce przy ogrodzeniu. Gdy zapaliliśmy już świeczki, wszystko potoczyło się dość dynamicznie. Chyba żadne z nas nie miało ochoty robić zdjęć Kaczyńskiemu” – pisze Małgorzata Trykacz, załączając do maila cztery fotografie wykonane tego wieczora wcześniej, przed pojawieniem się prezesa PiS.

Znacznie obszerniejszą i bardziej szczegółową relację przysłała Ewa Chwedeńczuk:

13 grudnia o godz. 19.00 na warszawskim Żoliborzu, pod domem prezesa, przy bramce od ulicy Mickiewicza zebrało się nas 9 osób; w większości osoby związane z żoliborsko-bielańskim kodem. Wydarzenie na wszelki wypadek zostało przez nas zgłoszone do Urzędu Miasta. Nasze spotkanie miało charakter nieformalny i w założeniu raczej niezbyt poważny. Było naszym prywatnym nawiązaniem do wcześniejszych akcji przez domem Kaczyńskiego i reakcją na apel IPN-u, aby 13 grudnia zapalać świeczki.

Na miejscu powitała nas już grupa policjantów, z którymi spokojnie ustaliliśmy nasze plany. Mniej grzeczni byli ochroniarze Kaczyńskiego, którzy po chwili wybiegli z domu prezesa i z budki, którą żoliborzanie kojarzą z wypożyczalnią kaset video lata tamu. Ochroniarze zaczęli wydawać nam polecenia, a policjanci nie byli w stanie odpowiedzieć na nasze pytanie, czy powinniśmy się stosować do owych poleceń.

Zapaliliśmy kilkanaście świeczek, jedliśmy cukierki (częstowaliśmy nimi również bardzo pozytywnie do nas nastawionych przechodniów), podsumowywaliśmy ten trudny rok.

Nagle zobaczyłam, że Kaczyński wychodzi z domu. Zawołałam „panie Jarku, prosimy do nas” i odwróciłam się na pięcie, bo nawet nie przyszło mi do głowy, że do nas wyjdzie.

A wyszedł, w towarzystwie ochroniarzy, i nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i na policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”). Następnie przepchnął się łokciami i wraz ze swoim ochroniarzem zaczął kopać w świeczki.

Zagadnięty przez nas, że „Pan przecież spał do południa” powiedział „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł. Policjanci były przerażeni, a my zdumieni.

Dlaczego nikt z nas nie nagrał akcji? Po pierwsze, sytuacja była niespodziewana i kuriozalna; od 3 lat sporo czasu spędzamy na licznych demonstracjach, ale jeszcze czegoś takiego nie widzieliśmy. Po drugie, było zimno, trzymaliśmy ręce w kieszeniach. I wreszcie, po trzecie, zgromadzenia mieli lat 40 i więcej, należą więc do pokoleń, którym telefony służą głównie do telefonowania. Policjanci jednak przez cały czas nas nagrywali, ponadto tuż obok umieszczona jest kamera.

A oto relacja Elżbiety Jankowskiej:

13 grudnia na zaproszenie znajomej wybrałam się pod dom Jarosława Kaczyńskiego. Było to bardzo smutne zgromadzenie. Zaledwie kilkoro dojrzałych osób, w towarzystwie policjantów. W milczeniu zapaliliśmy znicze. Jeden Pan recytował napisany przez siebie wiersz.

Ku naszemu zaskoczeniu na schodach willi pojawił się Jarosław Kaczyński. Po krótkiej wymianie zdań przy furtce, w której pan prezes m.in. zarzucił nam że tacy jak my wsadzali do więzień AK-owców, Jarosław Kaczyński wyszedł za bramę i kopnięciami powywracał zapalone przez nas znicze, brudząc steryną nasze buty i płaszcze.

Mając w pamięci historie z udziałem polityków PiS, np. wypadek kolumny premier Beaty Szydło w Oświęcimiu, starałam się trzymać jak najdalej od prezesa, aby nie zostać oskarżoną o pobicie. Na koniec razem z resztą zgromadzonych skandowałam „KON-STY-TU-CJA”.

Po oddaleniu się Jarosława Kaczyńskiego uprzątnęliśmy świeczki i wróciliśmy do domów. Pomimo agresywnej postawy Prezesa staraliśmy odnosić się do niego z szacunkiem, używając form grzecznościowych. Zdarzenie nie zostało przez nas nagrane, natomiast było rejestrowane przez policję.

I jeszcze jedna relacja uczestnika, który poprosił o niepodawanie jego nazwiska do publicznej wiadomości:

13 grudnia o godzinie 19, w gronie około 9 osób zebraliśmy się na ul. Mickiewicza, pod domem Jarosława Kaczyńskiego. Zgromadzenie było zgłoszone do Urzędu Miasta, na miejscu było około 10 policjantów, w tym jeden w cywilu, który nas nagrywał.

Zapaliliśmy kilkanaście zniczy, postawiliśmy je na chodniku, czyli na terenie publicznym. Staliśmy, rozmawialiśmy, nie było żadnych okrzyków, częstowaliśmy przechodniów cukierkami. W pewnym momencie, w towarzystwie jednego z uczestników obszedłem dom posła Kaczyńskiego dookoła. Na ulicy z tyłu, oprócz kilku samochodów z policjantami, spotkaliśmy prezesa Kaczyńskiego wychodzącego z posesji w towarzystwie ochroniarzy, widocznie wzburzonego.

Chwilę po naszym powrocie na ul. Mickiewicza, Jarosław Kaczyński wyszedł do nas przez główną furtkę, w towarzystwie nieodstępującej go ochrony. Wywiązała się krótka rozmowa, gdzie zarzucił nam, że „tacy, jak wy wsadzali AK-owców do więzień” i zwracał się podniesionym głosem do policjantów, pytając „jak można pozwalać, żeby ludzie tak palili świeczki”. Policjanci byli przestraszeni, ale nie reagowali.

Poseł Kaczyński zwrócił się do nas i prawie krzycząc zapytał, czemu tu jesteśmy i czy wiemy, że stan wojenny był przeciwko takim jak on. Na naszą uwagę, że z tego, co nam wiadomo, 13 grudnia to on spał do południa, przyznał rację, ale powiedział, że za to jego brata internowano. Następnie poseł Kaczyński przepchnął jedną z kobiet, podszedł do zniczy i zaczął je kopać. Pomagał mu jeden z ochroniarzy. Na moją uwagę, że jest to niszczenie mienia prywatnego, policjanci nie zareagowali. Poseł Kaczyński, wzburzony, wrócił na posesję, żegnany okrzykami „Konstytucja”.

W trakcie zdarzenia, nikt nie lżył ani nie obrażał posła Kaczyńskiego. Gdy jedna z osób zwróciła się do niego „panie Jarku”, odparł „nie jesteśmy na ty”, za co został przeproszony.

Zdarzenie nie było nagrywane przez żadnego z uczestników. Nagraniem dysponuje zapewne policja, ponadto nad miejscem, gdzie staliśmy, umieszczona jest kamera, wystająca na wysięgniku z posesji posła Kaczyńskiego.

Te relacje niestety nie pozostawiają wątpliwości: informacja o agresywnym wyskoku szefa PiS jest prawdziwa. Źle to wróży nam wszystkim i całej Polsce.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim (fragment).

Mateusz Morawiecki z trybuny sejmowej uzasadniał podwyżkę cen, że to wina  poprzedniego rządu PO-PSL, konkretnie zaś Donalda Tuska, bo nie zawetował szczytu unijnego w sprawie pakietu klimatycznego. Nie trzeba za bardzo się wysilać, aby na stronach prezydent.pl sprawdzić, iż to Lech Kaczyński w 2008 roku ogłosił to „sukcesem polskim”, nie ma zaś słowa o wecie.

Zresztą ograniczenie emisji CO2 jest w interesie naszego zdrowia, które jest najcenniejsze dla nas, o tym powinien wiedzieć Morawiecki, który chcąc się kiedyś popisać znajomością fraszki Jana Kochanowskiego, spowodował wybuch śmiechu w internecie. Debatę i zadawanie pytań na sali sejmowej ograniczono do 30 sekund, które nawet nie pozwalają na wyrecytowanie „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego.

Podwyżka cen prądu jest spowodowana zakupem praw do emisji CO2, a my właśnie go zakupujemy za horrendalne ceny, bo rząd niczego nie robi, aby zmniejszyć zagrożenie dla naszego zdrowia i nie produkować rekordowo CO2.

Dlaczego piszę, że Morawiecki to dubeltowy Marek Suski? Z prostego powodu – „orzeł intelektu” Suski powiedział, że gdyby rząd PO Ewy Kopacz nie zamknął kopalni, które planował, to nie trzeba byłoby importować węgla z Rosji. Otóż rząd PO-PSL nie zamknął żadnej kopalni, a zrobiły to rządy PiS Beaty Szydło i Morawieckiego. Z Suskiego możemy się śmiać, bo to tylko fajtłapa, choć jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego. Ten ostatni jest o wiele groźniejszy, gdyż to Pinokio w każdym wygłaszanym zdaniu.

A za prąd zapłacimy więcej w podatkach i to większych, niż gdybyśmy płacili bezpośrednio. Zapłacimy jednak jeszcze czymś bezcennym, czego uczeń Morawiecki w szkole się nie nauczył – zapłacimy swoim zdrowiem. Nie dość, że dubeltowy Suski, tj. Morawiecki, opróżnia nam kieszenie, to zabiera zdrowie, a niektórym życie – 44 tys. Polaków umiera rocznie z powodu smogu.

Kaczyński odstrasza… policję drogową

29 Gru

Sezon świąteczny w pełni, zaś internauci zastanawiają się, jak potencjalnie uniknąć kontroli policji, tak aby nie trzeba było płacić wysokiego mandatu. Znane powiedzenie mówi, że matka jest potrzebą wynalazków. Dlatego też ktoś wpadł na genialny pomysł, aby na szybę samochodu nakleić przyciemnioną folię, tak żeby dla postronnych obserwatorów wyglądało, że w środku auta siedzi Jarosław Kaczyński, najpotężniejszy obecnie człowiek w naszym państwie. Ma to pomóc w uniknięciu zatrzymania przez policję. 

Do sieci wyciekła nawet krótka animacja przedstawiająca to rozwiązanie w praktyce. Oto ona:

Animcja trwa co prawda raptem kila sekund, ale idealnie oddaje istotę pomysłu. Można śmiało stwierdzić, że filmik przypadł internatom do gustu, gdyż w mniej niż 24 godziny doczekał się ponad 200 tysięcy wyświetleń na Facebooku.

Po naklejeniu folii na szybę, naszym oczom ukazuje się wesoła twarz prezesa, który uśmiecha się od ucha do ucha. Co więcej, odpowiednie zaprojektowanie foli daje nam wrażenie trójwymiarowej głębi, tak jakby Kaczyński rzeczywiście w aucie siedział. Dla zwiększenia efektu należy okleić wszystkie szyby w jednakowy ciemny sposób, żeby pojazd wyglądał jak rządowa limuzyna.

Wszystko to oczywiście w formie niegroźnego żartu, który bardziej podkreśla niekwestionowany status Jarosława Kaczyńskiego jako osoby, która budzi powszechny szacunek i strach.

Mało który policjant odważy się zatrzymać taki samochód. Wynalazek może zatem zrobić furorę. W końcu pomysłowość Polaków nie zna granic…

Ryszard Makowski przyznał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, że proponowano mu objęcie funkcji konsula generalnego w Los Angeles. Witold Waszczykowski potwierdził, że MSZ chciało nawiązać współpracę z komikiem. – Nie pamiętam, czy chodziło o konsulat – dodał.

Ryszard Makowski, komik współprowadzący przez pół roku w TVP program „Studio YaYo” w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej” przyznał, że proponowano mu stanowisko konsula generalnego w Los Angeles. Określił tę propozycję jako „dość odważną” i stwierdził, że miał ją złożyć Witold Waszczykowski.

W rozmowie z portalem wpolityce.pl były szef MSZ przyznał, że „były propozycje, aby zatrudnić pana Ryszarda Makowskiego”. – Nie pamiętam, czy chodziło dokładnie o konsulat, bo też myśleliśmy o Instytucie Polskim w Stanach Zjednoczonych. Pan Makowski para się w końcu pracą artystyczną, dlatego rozważaliśmy i taką możliwość – dodał.

Jak powiedział, rozmowy miał prowadzić Jan Dziedziczak, swego czasu sekretarz stanu MSZ.

Na nadchodzący 2019 rok mam dwie wiadomości: dobrą i złą. PiS prawdopodobnie przegra wybory – i to jest wiadomość dobra. Kto wygra? Prawie na pewno coś, co do niedawna znaliśmy jako Koalicja Obywatelska. I to jest niestety wiadomość nienajlepsza.

Dlatego, że konsekwencje będą smutne, choć nie od razu je zauważymy, wciąż zajęci chocholim tańcem. Kiedy nas te konsekwencje dopadną, wydadzą nam się nagłe i niezrozumiałe. Jak zwycięstwo PiS w 2015 roku, którego należało się spodziewać, a które nas mimo to zaskoczyło. Raczej to nie PiS wygra w wyborach roku 2023. W tych kolejnych będzie już bowiem znacznie gorzej. Pracujemy nad tym nieszczęściem już dzisiaj.

Jest taka opowieść, którą chętnie przypisuje się Rockefellerowi, albo dowolnemu innemu krezusowi, ponieważ brzmi bardzo prawdziwie.

– Kupiłem marchew za centa – opowiada milioner – umyłem ją, oskrobałem i sprzedałem za dziesiątaka. Kupiłem więcej marchwi i znowu sprzedałem z zyskiem. I tak mozolnie, z uporem kupowałem i sprzedawałem, inwestując wszystko co zarobiłem, ciężko pracując, żyjąc w biedzie, nie dojadając, tylko tę cholerną marchew myjąc, skrobiąc, sprzedając i kupując. Musiałem obniżyć cenę, żeby sprzedawać szybko i nie tracić, kiedy mi się marchew psuła, z czasem musiałem zatrudnić sprzedawców i pomocników. Wciąż nie dojadałem – wszystko inwestowałem w przyszłość. Po 10 latach miałem już sporo, ale nadal nie było mnie stać na prawdziwy sklep. Wiedziałem, że muszę być twardy i wierzyć w przyszłość oraz w sukces, który musiał nadejść, jeśli tylko wytrwam. I po 20 latach wreszcie… – zmarł wuj, którego nigdy nie widziałem na oczy, a okazało się, że jestem jego jedynym spadkobiercą. Wuj był bardzo bogaty. Zostałem milionerem.

Myślę, że tak również przytrafi się nam wszystkim w Polsce. W przyszłym roku prawie na pewno wygramy wybory i stanie się tak nie tylko bez związku z wszystkimi naszymi dotychczasowymi wysiłkami,ale poniekąd wbrew tym wysiłkom. Co zresztą znaczy przy okazji, że niezupełnie jasne jest owo „my wygramy”. Przegrają „oni” – to jest niemal pewne. Świąteczno-noworoczny okres sprzyja podsumowaniom i myślom o przyszłości. Przełom 2018/2019 nadaje się do tego szczególnie, ponieważ nie tylko 2018 rok przyniósł wiele wydarzeń znaczących, ale i rok 2019 zdecyduje w Polsce o wszystkim. Albo właśnie nie zdecyduje o niczym, a tylko na chwilę odsunie od nas katastrofę, która potem powróci zwielokrotniona.

Historia o milionerze ma wszelkie szanse przytrafić nam się również w inny, jeszcze bardziej przykry sposób. Wydaje się, że nasze niemrawe wysiłki nie powstrzymają przekroczenia tego punktu bez powrotu, po którym lawinowe efekty globalnego ocieplenia będą już nie do powstrzymania. O ile już go nie przekroczyliśmy, bo i na to wiele danych wskazuje. W ten sposób unieważnimy wszystkie nasze dokonania z mijającego roku i wszystkie zaniechania. One już nie będą miały żadnego znaczenia po prostu dlatego, że nasz świat się skończy.

Tak czy owak, wydarzenia z 2018 roku zasługują na uważną analizę, bo dałoby się z nich wiele nauczyć, gdyby oczywiście komukolwiek na naukach zależało. Większość poniższego z pewnością zabrzmi depresyjnie pesymistycznie. Ja jednak jestem optymistą. Wygramy, co sobie zamierzyliśmy, na pewno. Realistyczny opis wyzwań – nie należy go mylić z pesymizmem – jest nam potrzebny właśnie po to. By w końcu wygrać.

>>>

Koniec roku to, z jednej strony, czas podsumowań, a z drugiej strony, nowego spojrzenia na przyszłość. Nie chcę w tym komentarzu odnosić się do mijającego roku, bo w sferze polityki gospodarczej był on przygnębiająco podobny do dwóch poprzednich. Mieliśmy dalszy zwrot ku temu, co porzuciliśmy w 1989 roku. Dlatego skupię się na tym, co przyniosła tamta zmiana – rozpoczęta w 1989 roku. 

Jest ku temu wyjątkowa okazja. Akurat dzisiaj mija 29 lat od przyjęcia przez Sejm planu Balcerowicza. Plan ten zapoczątkował głęboką transformację gospodarczą w naszym kraju. Żeby uświadomić sobie skalę cywilizacyjnego sukcesu, który nam ona zapewniła, wystarczy porównać wyniki gospodarcze Polski i Niemiec Wschodnich. Porównanie to też uświadamia, ile jeszcze dzieli nas od najbogatszych krajów i jak trudne byłoby dołączenie do nich, nawet gdyby trzy lata temu nie dokonał się u nas zwrot na Wschód. Na marginesie w br. minęło też 29 lat od upadku muru berlińskiego. Jego zburzenie można traktować jako wstęp do zjednoczenia Niemiec. Co ciekawe, muru nie ma już dłużej, niż dzielił on Niemcy. 

W okresie transformacji ustrojowej zarówno Polska, jak i Niemcy Wschodnie zmniejszyły dystans dzielący je pod względem poziomu rozwoju od Niemiec Zachodnich. W 1991 roku PKB na mieszkańca wyrażony w euro wynosił w Polsce zaledwie 7,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich. W Niemczech Wschodnich ten odsetek wynosił 32,5-42,7% (w zależności od tego, czy wyłącza się, czy wlicza Berlin do Niemiec Wschodnich). Do 2016 roku ten odsetek podniósł się do 28,1% w Polsce i do 68,3-73,1% w Niemczech Wschodnich. Jeśli skoryguje się dane o różnicę w poziomie cen między Polską a Niemcami, to PKB na mieszkańca w Polsce stanowi 54,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich (w obliczeniach przyjąłem założenie, że poziom cen w Niemczech Zachodnich jest taki sam jak w całych Niemczech). Odsetek ten jest najwyższy od połowy XIX wieku. W 1991 roku wynosił on 23,5%.

Jakkolwiek zarówno w Polsce, jak i w Niemczech Wschodnich nastąpiła realna konwergencja względem Niemiec Zachodnich, czyli redukcja luki w dochodzie na mieszkańca, to w Polsce była ona dużo szybsza. Ciekawą tego ilustracją jest to, że PKB na mieszkańca w Warszawie jest dużo wyższy niż w Berlinie, jeśli dokona się korekty o różnicę w poziomie cen, mimo że u progu transformacji Warszawa była najbiedniejszą stolicą w całej Europie Środkowej. Warszawa nie jest przy tym jedynym dużym miastem w Polsce, które ma wyższy PKB na mieszkańca niż Berlin. 

Polskę i Niemcy Wschodnie łączy wiele podobieństw. Obie gospodarki mają podobne położenie geograficzne, w tym dostęp do morza i bliskość chłonnych rynków. W obu podobne jest ukształtowanie terenu. Obie wyraźnie odstają pod względem gęstości zaludnienia od Niemiec Zachodnich. Obie można zaliczyć do średnich pod względem liczby ludności (jakkolwiek w Polsce jest ona dwuipółkrotnie większa przy prawie trzykrotnie większej powierzchni). Ponadto, 1/3 powierzchni Polski to tereny dawnych Niemiec, a dalsza 1/4 to obszar, który przez ponad 100 lat był pod zaborem Prus. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że ponad połowa terytorium Polski przez większość okresu nowoczesnego wzrostu gospodarczego tworzyła z zasadniczą częścią Niemiec Wschodnich jedno państwo. Obie gospodarki były centralnie planowane przez podobny okres czasu, co wywarło piętno na wielu nieformalnych normach społecznych, w szczególności na kulturze pracy, zaufaniu do osób spoza rodziny, czy stosunku do zagranicy (imigrantów).  Zarówno w Polsce, jak i Niemczech Wschodnich gospodarka centralnie planowana upadła, przy czym do załamania jej wzrostu doszło już w latach 1980-tych. Obie gospodarki też mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęły budowę wolnego rynku oraz państwa opartego na zasadach liberalnej demokracji.

Szybsze doganianie Niemiec Zachodnich przez Polskę niż Niemcy Wschodnie można uznać za zagadkę. W pierwszych latach transformacji (lata 1991-1995) polska gospodarka rozwijała się znacznie wolniej niż wschodnioniemiecka. Do zmiany pozycji obu gospodarek doszło po 1996 roku, kiedy wzrost gospodarczy w byłej NRD wyhamował do tempa zbliżonego do tego w bardziej rozwiniętych Niemczech Zachodnich, pomimo nieusunięcia luki w dochodzie na mieszkańca. Natomiast Polska wciąż rozwija się szybciej niż Niemcy Zachodnie, w czego wyniku różnica w dochodzie na mieszkańca między oboma gospodarkami cały czas się zawęża. 

Spojrzenie z lotu ptaka na główne determinanty wzrostu gospodarczego wskazywane w literaturze sugeruje, że to w Niemczech Wschodnich owo doganianie powinno być szybsze. 

Gospodarka ta doświadczyła co prawda gigantycznego drenażu mózgów. O ile w Polsce liczba osób w wieku produkcyjnym (15-64), mimo dużej emigracji po wejściu do Unii Europejskiej, wzrosła o 5%, o tyle w byłej NRD spadła o 18% (z Berlinem) lub o 22% (bez Berlina), bo młodzi ludzie masowo wybierali przenosiny do Niemiec Zachodnich. Ale drenaż ten wyjaśnia 27 do 47% różnicy w tempie wzrostu między Polską a Niemcami Wschodnimi, a więc mniej niż połowę. 

Do różnic w wzroście obu gospodarek właściwie nie przyczyniły się nakłady kapitału. Nie odegrał więc większej roli mechanizm konwergencji, najczęściej wskazywany w teorii wzrostu, zgodnie z którym kapitał powinien trafiać tam, gdzie techniczne uzbrojenie pracowników jest mniejsze, a w konsekwencji pole do jego zyskownego użycia – szersze (na początku transformacji zasób kapitału na pracownika w b. NRD był o ponad połowę wyższy niż w Polsce).

Zasadniczym źródłem różnicy w tempie wzrostu obu gospodarek były zmiany w produktywności.

Jej szybkiemu wzrostowi w Polsce sprzyjał jedynie niższy poziom rozwoju, który pozwalał na przeskoczenie niektórych jego etapów, w tym na osiąganie dużych korzyści z przepływu pracowników z tradycyjnych, nisko produktywnych sektorów do nowo powstających nowoczesnych sektorów, których rozwój – w wielu przypadkach, np. sektora finansowego – był wcześniej blokowany z powodów ideologicznych. Na początku transformacji co czwarty pracujący w naszym kraju zajmował się rolnictwem, podczas gdy w byłej NRD ten odsetek wynosił około 4%. W następnych latach zmniejszył się on u nas o prawie dwie trzecie. Nowoczesne sektory, które tworzyły nowe miejsca pracy, powstawały przy dużym udziale bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Polska przyciągnęła ich więcej niż byłej NRD i to nie tylko w relacji do PKB, ale i w przeliczeniu na mieszkańca. W takim ujęciu, jeśli wyłączyć inwestycje (zachodnio)niemieckie, ich zasób już w 2001 roku był u nas o jedną czwartą większy niż w Niemczech Wschodnich, a przystąpienie do Unii Europejskiej wywołało nową falę ich napływu. W byłej NRD zmniejszył się on w 1996 roku – tym samym, w którym wyraźnie spowolnił wzrost produktywności.   

Właściwie wszystkie inne atuty były po stronie Niemiec Wschodnich. Nie ograniczały się one przy tym do płytkich czynników wzrostu, takich jak: jakość infrastruktury, poziom urbanizacji, zasób kapitału ludzkiego i społecznego, czy stopień rozwoju sektora badawczo-rozwojowego. Niemcy Wschodnie miały także znaczną przewagę nad Polską pod względem głębiej położonych sił, w tym zwłaszcza instytucji. Od razu otrzymały z Zachodu instytucje niezbędne do sprawnego działania gospodarki wolnorynkowej, które w Polsce trzeba było mozolnie budować. Natychmiast też zyskały wysoki poziom praworządności, który w Polsce nigdy nie został osiągnięty, jakkolwiek do niedawna systematycznie następowała poprawa w tym zakresie.

Różnica w poziomie dochodu na mieszkańca między Polską a Niemcami Zachodnimi jest obecnie zbliżona do tej, która na początku transformacji występowała między byłą NRD a Niemcami Zachodnimi. Doświadczenia byłej NRD powinny być dla nas ważną lekcją. Pokazują one, po pierwsze, że doganianie może się zatrzymać przy wciąż dużej luce w dochodzie na mieszkańca. Po drugie, do zahamowania wzrostu może dojść gwałtowanie. Przeszłe jego tempo niewiele mówi o przyszłej dynamice. Po trzecie, nie potrzeba wiele, aby konwergencja ustała. Wystarczy do tego niewielka liczba błędów w polityce gospodarczej. W Niemczech Wschodnich takim fatalnym błędem mogła być wymiana marki wschodnioniemieckiej na niemiecką po zawyżonym kursie (1:1). Podcięła ona rozwój sektora wytwarzającego dobra podlegające międzynarodowej wymianie handlowej (który skądinąd ma bardzo wysoki udział w tworzeniu PKB Niemiec Zachodnich). W efekcie, relacja handlu zagranicznego do PKB nie przekroczyła tam 20%, podczas gdy w Polsce ten poziom osiągnęła w 1991 roku i systematycznie się zwiększała.

W poprzednich trzech latach polityka gospodarcza w Polsce była pełna błędów. Osłabiała zarówno fundamenty długofalowego wzrostu gospodarki, jak i jej odporność na wstrząsy. Najlepszym odzwierciedleniem fatalnych skutków tej polityki dla długofalowego wzrostu jest spadek udziału inwestycji w PKB w ub. r. do najniższego poziomu od 20 lat, choć premier Morawiecki zapowiadał jego wzrost z 20 do 25%. Z kolei najlepszym odbiciem osłabiania odporności na wstrząsy jest afera KNF, ale też utrzymywanie deficytu w finansach publicznych w czasie wciąż dobrej koniunktury na świecie, kiedy nawet Grecja ma nadwyżkę. 

Jednak prawdopodobnie poza obniżeniem wieku emerytalnego, nie były to błędy, których nie da się naprawić. Moim marzeniem jest to, żeby Polska stała się równie bogata jak Niemcy Zachodnie. Jedynym sposobem na to, żeby to marzenie się spełniło, jest szybszy wzrost gospodarczy u nas niż tam (co najmniej do czasu zrównania się dochodu na mieszkańca w obu gospodarkach, a więc jeszcze przynajmniej przez kolejne dwie-trzy dekady). Ale żeby wzrost wkrótce nie wyhamował, trzeba możliwie szybko przystąpić do naprawy tego, co przez poprzednie trzy lata zostało zepsute. Oby owa naprawa zaczęła się już w nadchodzącym roku. Szanse na to rosną.

* * *

— MAREK BEYLIN W GW Z ŻYCZENIAMI DLA OPOZYCJI – NIEDOMYŚLANE PROPOZYCJE NIUE PRZYSPARZAJĄ WYBROCÓW: “Grzegorzowi Schetynie i całej PO życzę najserdeczniej, by zrozumieli, że wrzucanie niedomyślanych propozycji programowych nie przysparza wyborców. Mam na myśli choćby niedawny pomysł „Wyższe płace”, czyli państwowe dopłaty do najniższych wynagrodzeń, oraz obniżkę podatków. Bo, jak trafnie wskazała Adriana Rozwadowska, taki program spowoduje zamrożenie niskich płac i wytworzy potężne koszty. Życzę też Platformie, by zamiast kontentować się chaotycznymi koncepcjami, pojęła, co pokazują wszystkie sondaże, że jej atrakcyjność zależy mniej od tego, ile nabroi PiS, zaś bardziej od wspólnego, zbudowanego w ramach Koalicji Obywatelskiej programu nowej Polski. Bo starą III RP większość wyborców odrzuca”.

— BEYLIN O TYM, ŻE SCHETYNA MUSI ZROZUMIEĆ RÓŻNICĘ MIĘDZY WASALIZOWANIEM A WSPÓŁPRACĄ: “A samemu Schetynie życzę, by zrozumiał różnicę między wasalizowaniem koalicjantów, jak w przypadku Nowoczesnej, a partnerską współpracą z nimi. Od tego zależy bowiem, jak szeroki front wyborczy może współtworzyć PO. Czyli: czy da się pokonać PiS?”
wyborcza.pl

— NIE CHODZI O PRĄD TYLKO O WYBORY – PAWEŁ WROŃSKI w GW: “Sens parodii parlamentaryzmu, która rozegrała się w piątek przy ulicy Wiejskiej, oddaje prośba wicemarszałka Sejmu Stanisława Tyszki (Kukiz’15), by procedowaną w szaleńczym tempie „ustawę prądową” nazwać „ustawą o utrzymaniu PiS u władzy”.
wyborcza.pl

— WITOLD GADOMSKI O SZKODLIWYM ZAKLINANIU PRĄDU – w GW: “Najważniejsze jest jednak to, że przyjęcie doraźnego rozwiązania pozwalającego przez pewien czas ukryć wzrost kosztów nie skłania do poważniejszej dyskusji o przyszłości naszej energetyki, a gospodarstwa domowe do inwestowania w energooszczędne rozwiązania. Pula darmowych uprawnień do emisji CO2 się zmniejsza i po roku 2025 już ich nie będzie, więc za prąd produkowany z węgla płacić będziemy jeszcze więcej. Konieczna jest głęboka reforma energetyki – prywatyzacja spółek, wstrzymanie bezsensownych inwestycji w elektrownie węglowe, stworzenie stabilnych warunków prawnych i instytucjonalnych dla małych, średnich i dużych producentów prądu ze źródeł odnawialnych”.
wyborcza.pl

>>>