Tag Archives: Platforma Obywatelska

Standardy białoruskie Kaczyńskiego

27 Kwi

Czy Polacy są zadowoleni z trzech i pół roku rządów Prawa i Sprawiedliwości? O to swoich respondentów zapytali ankieterzy SW Research przygotowując sondaż dla serwisu rp.pl.

Okazuje się, że Polacy nie są już zadowoleni z rządów PiS. Trochę kłóci się to z sondażami wyborczymi…

Ponad połowa na „nie”

Większość ankietowanych – bo aż 56 proc. – negatywnie ocenia dziś trzy i pół roku rządów PiS, z czego aż 36 proc. bardzo negatywnie. Z kolei dobrą notę wystawia partii rządzącej i jej rządom 31 proc. badanych. Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliło 13 proc. przepytywanych. Tyle osób nie miało bowiem zdania w tej kwestii.

Kto nie lubi Jarosława Kaczyńskiego?

Okazuje się, że częściej negatywnie do PiS nastawieni są mężczyźni (57 proc.), osoby do 24 roku życia (62 proc.) oraz osoby o wykształceniu średnim i wyższym (po 57 proc.). Za partią rządzącą nie przepadają też osoby zamożniejsze, tj. badani o dochodzie netto powyżej 5000 zł (64 proc.). Co potwierdziły ostatnie wybory samorządowe, Jarosław Kaczyński i spółka pod górkę mają też w największych miastach. Tam nie popiera ich 67 proc. ankietowanych.

Najlepsze rządy w historii

W ubiegłym roku SW Research przygotowało też dla serwisu rp.pl badanie dotyczące najwyżej ocenianych rządów w historii III RP. Wyniki były zaskakujące. O ile popularność gabinetu ministrów Donalda Tuska (wysoko ceniło go aż 15 proc. ankietowanych) można tłumaczyć PR-ową sprawnością ex-lidera PO, dalsze miejsca mogły być zastanawiające i gryzą się z najnowszą sondą.

Kolejne dobrze oceniane rządy to bowiem aktualny rząd Mateusza Morawieckiego (8 proc.) oraz poprzedni rząd Beaty Szydło (7 proc.). Dopiero później znalazła się historyczna ekipa Tadeusza Morawieckiego (5,8 proc.). Krótki, ale istotny dla dziejów III RP, gabinet Jana Olszewskiego zyskał sympatię tylko 4%. Z kolei równie ważne rządy Leszka Millera docenia tylko 3,5 proc. Polaków. Reformator Jerzy Buzek, dziś święcący tryumfy jako lokomotywa wyborcza, jest pozytywnie oceniany jako premier przez 1,8 proc. ankietowanych. Najgorzej Polacy wspominają rządy Ewy Kopacz (0,7 proc.).

Co to oznacza?

Trudno jednoznacznie ocenić badanie. Niska nota dla rządów PiS kłóci się z obecnymi sondażami wyborczymi, pokazuje jednak też, że Polakom polityka socjalna przestała już wystarczać do cenienia obecnej władzy. Wysoka popularność Tuska pokazuje, że ma on wysokie szanse na prezydenturę. Dziwi też fakt, że PO w swoim marketingu politycznym tak rzadko wykorzystuje dziś zestawianie swoich rządów z rządem Morawieckiego. Może właśnie taka merytoryczna kampania pomogłaby Polakom ponownie zaufać Platformie?

Z drugiej strony zeszłoroczne badanie pokazuje, że Polacy nie cenią reformatorów i „historycznych” rządów. Gabinet Millera – pomijając aferę Rywina – zrobił dla Polski zdecydowanie zbyt wiele dobrego, by dziś tak źle go oceniać. Ojciec paru reform Jerzy Buzek też, jak widać, nie jest miło wspominany w roli szefa rządu. To niebezpieczna dla kraju lekcja dla kolejnego pokolenia polityków…

Pod osłoną nocy rządząca większość po raz kolejny nowelizowała ustawę o Sądzie Najwyższym. Oznacza to, że w ciągu niespełna półtora roku rządzący zdążyli zmienili ustawę o SN już osiem razy. Nowelizacja wyklucza możliwość wnoszenia odwołań od uchwał KRS z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego. – Idziecie na totalne zwarcie z Trybunałem Sprawiedliwości, z Unią Europejską. Z jednej strony zapewniacie, że jesteście ugrupowaniem proeuropejskim, demokratycznym, ceniącym wartości, na których Unia jest wybudowana, z drugiej krok po kroku wyciągacie cegły, na których opierają się filary zjednoczonej Europy – mówił podczas debaty w Sejmie Borys Budka z PO.

Kolejne zmiany pod osłoną nocy

Nowelizację PiS złożył tuż przed Wielkanocą, 18 kwietnia. Na wczorajszym posiedzeniu Sejm miał się nią zająć, ale niespodziewanie nowela spadła z porządku obrad, tylko po to, aby wrócić z autopoprawkami. PiS zrezygnował z części kontrowersyjnych zmian i w trybie ekspresowym przegłosował.

Zmiany, które zostały, dotyczą skarg odrzuconych kandydatów do Sądu Najwyższego. Część z nich złożyła skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego i to w tej sprawie SN zadał pytania prejudycjalne.

Obecnie zajmuje się nimi TSUE, a orzeczenie ma zostać wydane w ciągu najbliższych miesięcy. Jeszcze w  maju, przed wyborami do PE, rzecznik Trybunału przedstawi opinię, która prawdopodobnie będzie zgodna z późniejszym orzeczeniem.

TSUE bada m.in., czy wybrana przez polityków neo-KRS może stać na straży sędziowskiej niezawisłości i niezależności sądów oraz czy nową Izbę Dyscyplinarną SN nazwać można sądem w znaczeniu prawa europejskiego.

Konsekwencje nowelizacji

Zdaniem ekspertów nowelizacja ma przygotować pole pod niewygodne dla rządzącej większości orzeczenie TSUE. Przedstawiciele rządu będą mogli argumentować, że Trybunał nie ma podstaw do wydania orzeczenia, bo skargi w polskim porządku prawnym już nie istnieją.

Zmiany wywołają dodatkowo kolejne pole konfliktu z Brukselą, bo pozbawiają elementarnego prawa do odwołania się od decyzji.

– Jest środek nocy, a ci barbarzyńcy procedują zmianę ustawy o SN! I to taką, która zabiera prawo do sądu oraz unicestwia pytania prawne (prejudycjalne) zadane Trybunałowi w Luksemburgu. Choćbyście uchwalili, że w piątek jest czwartek, to i tak TSUE wyda wyrok! – skomentował nowelizację Michał Wawrykiewicz z inicjatywy Wolne Sądy.

Standardy białoruskie w Polskie

Tymczasem połowie Platformy Obywatelskiej zapytali Ministerstwo Spraw Zagranicznych o to, czy odnotowano w ciągu ostatnich 3 lat jakiekolwiek protesty w sprawie wprowadzanych zmian w systemie sądowniczym ze strony Białorusi i Rosji.

Pytanie o tyle zasadne, że zmiany, które wprowadza w sądownictwie rządząca większość, często porównywalne są do standardów wschodnich, krajów, w których panuje autorytarny model władzy, gdzie praworządność nie jest przestrzegana, podobnie jak trójpodział władzy.

– Z odpowiedzi jasno wynika, że MSZ nie odnotował jakichkolwiek protestów strony białoruskiej w sprawie naruszania trójpodziału władzy – mówił Krzysztof Brejza, pokazując pismo resortu spraw zagranicznych. Podobnie nie odnotowano sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej.

– Te dwa pisma są najlepszą pieczątką na tej „wschodniorządności” wprowadzonej przez PiS, ponieważ w tym samym czasie protestowały wszystkie państwa sąsiednie z Polską. Protestowali sędziowie z Niemiec, Czech, Litwy, Słowacji, sędziowie Trybunałów z Czech i Słowacji, protestowała Komisja Europejska. Świat Zachodu protestował, świat Wschodu milczał i akceptował, ponieważ jest to model kopiowany z Białorusi, Rosji i republik postsowieckich. W ten sposób dokonuje się Polexit – mówił w Sejmie Krzysztof Brejza.

Prokuratorski system sądownictwa

Posłowie tłumaczyli też, że obecnie, po reformach Prawa i Sprawiedliwości, Polska nie spełniłaby kryteriów kopenhaskich i tym samym nie zostałaby przyjęta do UE.

– Mamy czarno na białym, bo to przecież oficjalne dokumenty MSZ, które dowodzą, że te wszystkie organizacje, które mają w swoim statucie wpisaną praworządność, ochronę praw obywatelskich, demokratyczny ład prawny, wykluczają dziś polskie instytucje, jak chociażby neo-KRS – tłumaczył Andrzej Halicki.

Zdaniem opozycji to oznacza, że polskie sądownictwo jest wyłączne z europejskiego standardu praworządności i demokracji, a pochwała ze strony rosyjskiej dowodzi jasno, dokąd zmierza Polska pod rządami PiS.

– Prokuratorski system sądownictwa, a taki mamy w Polsce, to czysty PRL. Tak wyglądała pseudosprawiedliwość w latach 80. – mówił Halicki.

Szukacie hitlerowców wśród nauczycieli, a nie widzicie neofaszystów pod własnym nosem – mówił o politykach rządzącej większości na konwencji w Poznaniu lider Koalicji Europejskiej, przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Zapowiedział też wielki marsz organizowany przez KE w Warszawie 18 maja. – Chcemy innej Polski, Polski dla Kowalskiego, nie dla Kaczyńskiego. Wystarczy szanować ludzi, a kończy się złodziejstwa, kłamstwa i zawiść, zacznie się praca i rozsądek – mówił także.

Reprezentacja KO w Wielkopolsce

– Wystawiamy w Wielkopolsce bardzo silną reprezentację. To lista m.in. dwojga premierów. Za czasów Ewy Kopacz ratyfikowaliśmy konwencję antyprzemocową. Jest z nami też Leszek Miller, który naprawdę wprowadził Polskę do UE – mówił o w Poznaniu o lokomotywach listy wyborczej KE Grzegorz Schetyna.

Z wielkopolskich list startuje także szef regionalnych struktur PSL europoseł Andrzej Grzyb, poseł PO Jakub Rutnicki, były ambasador RP w Kanadzie Marcin Bosacki oraz adwokat, współtwórca stowarzyszenia Wolne Sądy Michał Wawrykiewicz.

Pełzający polexit

Grzegorz Schetyna, który przemawiał na konwencji jako pierwszy, sporą część wystąpienia poświęcił pozycji Polski w UE i polityce rządzącej większości. Jego zdaniem rządy PiS-u prowadzą do polexitu.

– Niektórzy łudzą się, że za rządów PiS Polska jest na marginesie Unii Europejskiej, ale to jeszcze nie jest polexit. To nieprawda. Nasz pełzający polexit trwa w najlepsze od czterech lat. PiS już nas wyprowadza z Unii Europejskiej – mówił Schetyna.

Podkreślał też, że za upartyjnianie sądów grozi nam wstrzymani środków z budżetu Unii, a projekt kolejnego budżetu jest dla Polski tragiczny, niższy od poprzedniego, wywalczonego przez koalicję Platformy i PSL o 25 mld euro. To jest cena za izolację Polski przez PiS – mówił lider PO.

Podkreślał też, że gdyby Polska dziś ubiegała się o członkostwo w UE, to nie weszłaby do wspólnoty. – Koalicja Europejska nie pozwoli na wyjście Polski z UE. Dzięki wsparciu Unii zwalczymy smog i zlikwidujemy węgiel jako paliwo do domów i mieszkań w ciągu najbliższej dekady – dodał Schetyna.

„Strajk nauczycieli nie poszedł na marne”

Lider PO odniósł się też do sytuacji w oświacie i zawieszonego dziś strajku nauczycieli.

– Czy rząd, któremu choć w najmniejszym stopniu zależałoby na edukacji, przyjąłby taką ustawę, jak w ostatni czwartek w Sejmie? Przecież cały proces legislacyjny trwał dosłownie parę godzin. Czy burmistrz ma wystawiać stopnie na świadectwach, czy prezydent ma wydawać świadectwa? Czy to jest rozwiązanie? To tak ma wyglądać system edukacji w Polsce? Serio? Taki macie pomysł na to? – pytał Grzegorz Schetyna.

– Zamiast poważnej, uczciwej rozmowy z nauczycielami propagandowa szopka na stadionie. Widzieliśmy to wczoraj. Tak nie postępuje europejski rząd. Oni już nawet nie udają, że chcą rozwiązać ten problem. Edukacja ich nie interesuje, bo tam nie mogą szukać dla siebie głosów. Szkoda im czasu na to. Dzieci i nauczyciele nie mają więc dla nich znaczenia – mówił lider PO.

– Chcę dziś powiedzieć nauczycielom: wasz protest miał sens, wasza determinacja zrobiła na nas wszystkich wielkie wrażenie. Uważnie słuchaliśmy tego, co mówiliście. Mamy największy szacunek dla was i waszej pracy. Zaraz po wyborach usiądziemy do poważnej, uczciwej rozmowy, ale już dziś bez warunków wstępnych mamy dla was propozycje, które spełnią wasze postulaty – mówił lider PO, po raz kolejny zapewniając nauczycieli, że gdy Koalicja Europejska wygra wybory, nauczyciele dostaną podwyżki, o które walczą.

W pisowskiej Polsce inteligencja powinna zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie.

Nie chcę dzisiaj odnosić się do zawieszenia strajku nauczycieli. Od wczoraj jest to temat wałkowany na okrągło przez publicystów, dziennikarzy, internautów. Każdego, kto uważa, że nie trzeba dobrze znać środowiska nauczycieli, by móc głosić swoje prawdy i oceniać. Nie o tym więc chcę pisać, jednak… właśnie strajk nauczycieli, reakcja rządu, stanowisko części obywateli, stały się dla mnie kropką nad „i”. Bo to nie o samych nauczycieli chodzi, ale o stosunek partii rządzącej do nas, inteligencji – ludzi, którzy stają się elementem zbędnym, niewygodnym, więc trzeba ich wyśmiać, zniszczyć, zastąpić produktem intelektualnym godnym życia w pisowskiej Polsce.

Dla prezesa PiS jesteśmy „wykształciuchami”. Wmawia się narodowi, że inteligencja, powstała po II wojnie światowej w czasach PRL, ma się nijak do etosu, wywodzącego się z tradycji. Prawdziwy przedstawiciel inteligencji to patriota, służący narodowi, dbający o tradycje narodowe, podnoszący poziom cywilizacyjny, troszczący się o sprawiedliwość społeczną. Taki typ wielkiego społecznika, żyjącego skromnie, dźwigającego na swych barkach odpowiedzialność za utrzymanie ciągłości narodowej. Po II wojnie światowej ta stara, dobra inteligencja została zepchnięta na margines i zastąpiono ją nową, pozbawioną szlacheckich korzeni, oddaną interesom klasowym i idei międzynarodowego proletariatu. Ot, taki przeskok, z etosu wywodzonego z tradycji w etos stricte ideologiczny. Ta nowa inteligencja, często wywodząca się ze środowisk chłopskich, robotniczych czy mieszczańskich, ma się nijak do tej, która wykrwawiała się w powstaniach, żyła na granicy ubóstwa, oddana całym sercem i duszą dobru Rzeczpospolitej.

Jaki z tego wypływa wniosek? Inteligencja, która kształciła się w czasach PRL, skażona systemem, nie jest tą prawdziwą inteligencją, która byłaby godna szacunku, która mogłaby stanowić autorytet dla dzisiejszego pokolenia Polaków. Taki właśnie przekaz puszcza pomiędzy lud prezes Kaczyński.

Ta nowa inteligencja nie ma racji bytu. To jakiś archaiczny produkt, skazany na wymarcie. To walka prezesa o przywrócenie miejsca inteligencji z odpowiednim drzewkiem genealogicznym, napuszoną legendą własnej wielkości i wartości. To jest właśnie ten myk, dzięki któremu prezes buduje podwaliny Homo PiSus, negując wszystko z poprzedniej epoki, byle tylko wyhodować takiego obywatela, takiego inteligenta, który będzie na obraz i podobieństwo wodza, który będzie posłuszny, oddany i wdzięczny.

Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, że w czasach powojennych do 1989 roku inteligencja wykształcona na uczelniach PRL nie wniosła niczego w walkę o wolną, demokratyczną Polskę. Wielu, wielu przedstawicieli tej nowej inteligencji nic nie znaczy, nie ma prawa znaleźć się na kartach polskiej historii. Oni niczego dla Polski nie zrobili, ich osiągnięcia są nic niewarte, nic nie znaczą, są po prostu niczym. Są tylko kiepskim produktem PRL. Są tylko „wykształciuchami”, których należy wyeliminować z życia publicznego, szkalując ich, obrażając, negując.

Ciekawe, że sam prezes nie dostrzega własnej niekonsekwencji. Sam przecież otacza się ludźmi, którzy zasilili szeregi inteligencji, studiując na tych strasznych uczelniach PRL-u. Robiąc wtedy kariery naukowe, chętnie zlizując swój rozwój z ideologicznego stołu partii. Kaczyński skończył prawo i administrację w 1971 roku. Na tej samej uczelni i w tym samym czasie studiował m. in. Andrzej Rzepliński, „wykształciuch numer 1” według prezesa. Jan Żaryn ukończył historię w 1984 r., Andrzej Zybertowicz zdobył wyższe wykształcenie w 1977 r., Ryszard Czarnecki w 1986 r., Piotrowicz w 1976 r. Każdy z członków PiS, który chce się pochwalić wyższym wykształceniem, a jest już po 50–tce, zaliczył edukację w tym samym czasie, co i ci, tak dziś przez PiS, negowani.

O czym to świadczy? Odpowiedź dla mnie prosta. To właśnie prezes otoczył się „wykształciuchami”. To pojęcie idealnie pasujące do każdego, kto sprzedał etos inteligencji za partię i wodza, kto sprzedał się za marną miskę pisowskiej ideologii i demagogii. To pisowscy historycy, fałszujący polską historię. To prawnicy, stawiający prawo boskie nad ustanowionym, lekceważący Konstytucję i polskie prawo. Ot, chociażby taki magister Ziobro czy doktor Andrzej Duda, którzy uważają się za lepszych prawników od najwybitniejszych polskich autorytetów w tej dziedzinie. To lekarze, chowający uczciwość i etykę zawodową za klauzulą sumienia. Artyści, piewcy wodza, klepiący na miesięcznicach smoleńskich, wypchane po brzegi sztucznym patriotyzmem, wierszyki. Nauczyciele, którzy nad prawdziwą edukację stawiają produkcję wyrobów „prezesopodobnych”. Spece od ekonomii, finansjery, gospodarki, wbijający nam pisowską propagandę o sukcesie. To każdy, kto zaprzedał duszę PiS-owi, zapominając, że inteligencja jest motorem rozwoju społecznego, a tym samym postępu i przyszłości państwa.

A co na to lud? Ochoczo klaszcze w ręce, ciesząc się, że skończyła się epoka, w której poziom wykształcenia, dorobek naukowy, opinia w świecie, wielki szacunek tak wiele znaczyły. Ten lud uwierzył teraz, że moc jest z nim, że nie trzeba mieć odpowiedniej wiedzy czy wykształcenia w danej dziedzinie, by wypowiadać swoje zdanie, by oceniać, komentować i negować. Prawda jest tylko jedna – ich własna i nieważne, że często ten lud nie ma pojęcia, o czym w ogóle mówi. Ważne, że prezesowi to odpowiada, że pogłaszcze po główce.

Ten lud pokazał swoją wiarę podczas strajku nauczycieli, plując, hejtując, wyśmiewając i obrażając tych, którzy wychowują i edukują ich dzieci. Tak jak i ta partia udowodniła właśnie teraz, że jednym z jej celów jest walka z inteligencją. Tą inteligencją, która śmiała nie zachwycić się prezesem. Kara musi ją spotkać: wczoraj prawników, sędziów, artystów, literatów, dziennikarzy, dzisiaj nauczycieli, a jutro całą resztę. Oni muszą zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie. Nie zrealizuje do końca swego snu o potędze…

Reklamy

Polexit. To polityka, którą realizuje Kaczyński i jego przydupasy pokroju Morawieckiego

19 Kwi

Korzystając z zamieszania wokół strajku nauczycieli, Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przeprowadzić decydujący szturm na Sąd Najwyższy tak, by jeszcze przed wyborami parlamentarnymi zapewnić sobie przejęcie tej instytucji i obsadzenie prezesów izb kandydatami, których do Sądu Najwyższego nominowała upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. Wie bowiem, że dotychczasowe działania w tym zakresie nie przyniosły upragnionego władztwa nad tą najwyższą instancją wymiaru sprawiedliwości.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, przypominając że to już ósma nowelizacja ustawy o SN, rządzący planują wprowadzić w tej instytucji zmiany otwarcie sprzeczne z literalnym brzmieniem zapisów Konstytucji, przyznając prezydentowi Andrzejowi Dudzie prawo wyboru I prezesa SN oraz prezesów izb także spośród kandydatów, których Zgromadzenie Ogólne sędziów SN nie wskazało. Według obecnych przepisów kandydatów na te stanowiska wskazują zgromadzenia sędziów, przy wymaganej obecności 2/3, a jeśli to się nie uda – 3/5 liczby uprawnionych sędziów.

Nowe przypisy wprowadzają dwa kolejne stopnie. Jeśli do wskazania kandydatów na I Prezesa bądź prezesów izb SN nie dojdzie w oparciu o istniejącą procedurę – nowelizacja wprowadza możliwość ich wyboru już “bez względu na liczbę obecnych sędziów”. Taki kształt przepisów ma związek z tym, że dotychczasowe zamieszanie wokół obsadzania SN nowymi sędziami napotkało na olbrzymie problemy, także przez toczącą się przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej postępowaniem. Teraz sprawa z pewnością jeszcze się zaostrzy, bowiem to, co planuje PiS w projektowanym czwartym krokiem jest otwartym wejściem władzy wykonawczej w sferę zastrzeżoną przepisami Konstytucji do władzy sądowniczej. 

Przepis ma zakładać, że jeśli prezydent nie otrzyma na czas uchwały zgromadzenia sędziów SN wskazującej kandydatów w pierwszym, drugim lub trzecim kroku – będzie mógł powołać I Prezesa albo prezesa izby SN zupełnie bez opinii sędziów, tak jakby nie istniał art. 183 p. 3 Konstytucji, który wprost stwierdza, że “I Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne sędziów SN”

Opozycja grzmi, że plany rządzących to wprowadzanie w Polsce białoruskich standardów funkcjonowania państwa, a decyzja o kolejnym łamaniu fundamentalnych w UE zasad trójpodziału władzy i niezależności władzy sądowniczej jest niczym innym, jak przygotowywaniem polskiego państwa do opuszczenia struktur wspólnoty.

„Nie ulega wątpliwości, że przepisy naruszają standardy polskiej konstytucji i praworządności zawarte w traktatach unijnych. Jest to kolejny krok do wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej, praktycznego wyprowadzania standardów unijnych z Polski. Nie da się dziś pogodzić standardów unijnych, przepisów traktatowych z porządkiem prawnym, który PiS wprowadza poprzez tego rodzaju zmiany” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Jan Grabiec z PO.

„Już pierwsze analizy tej ustawy pokazują, że co najmniej 3 pomysły naruszają zasady praworządności. Jest to ustawowe umorzenie postępowań, które dotyczą powołań sędziów dokonanych przez obecną, upolitycznioną KRS. Jest to przyznanie prezydentowi Andrzejowi Dudzie szerszych kompetencji dot. wyboru I Prezesa Sądu Najwyższego i prezesów izb. Jest to zwiększenie roli Izby Dyscyplinarnej kontrolowanej przez ludzi Ziobry” – dodawała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO-KO.

„To wygląda trochę tak, jakby otwierały się drzwi do czystki wszystkich sędziów. Jeżeli obecny rząd będzie chciał aresztować niepokornych wobec obecnej władzy sędziów, to nic już nie będzie stało na przeszkodzie. To są białoruskie standardy w unijnym kraju. Wprowadzanie takich białoruskich standardów wyłącznie pogłębi konflikt z Unią Europejską. Na końcu tego chaosu prawnego będzie po prostu polexit – alarmowała Gasiuk-Pihowicz.

Nieprzypadkowo projekt trafił do Sejmu akurat teraz. Lada moment będą święta, później trwać będzie przedwyborcza gorączka, wakacje i znów gorąca kampania wyborcza. A wówczas na masowe protesty pewnie nie ma co liczyć.

„Emocjami jesteśmy z nauczycielami, protest jest słuszny. Jako Koalicja Europejska chcemy podpisać deklarację na rzecz oświaty polskiej. Jeżeli rząd PiS nie spełni oczekiwań środowiska nauczycielskiego, zrobimy to po wyborach w październiku” – powiedział Schetyna. Podczas specjalnej konferencji występując w pełnym gronie koalicjantów: Władysława Kosiniaka Kamysza, Jerzego Wenderlicha, Katarzyny Lubnauer i Marka Kossakowskiego – zaapelował o zakończenie protestu nauczycieli.

„Nie może być tak, że ten słuszny protest nauczycieli będzie trwał przez święta” – powiedział Schetyna, kierując swój apel nie bezpośrednio do nauczycieli, ale do rządu: „W tej trudnej sytuacji, którą spowodowała deforma Anny Zalewskiej, apelujemy do Jarosława Kaczyńskiego, by wezwał premiera, który powinien zdecydować o podwyżkach. Apelujemy do rządu i prezesa Kaczyńskiego o zakończenie tego protestu.”

„Rząd nie dał rady przez dwa tygodnie protestu. Nie jest w stanie złożyć godnej oferty nauczycielom, uczniom. Nie ma żadnej propozycji, bo nie ma dobrej woli w tym względzie. Wczorajsze oferty to kolejna prowokacja. Chcą grać na czas, na przeczekanie, na zmęczenie. Nie da się zrealizować postulatów bez dobrej woli. Ta wola jest po naszej stronie” – dodał Władysław Kosiniak-Kamysz, lider ludowców.

Koalicjanci podpisali specjalną deklarację, w której czytamy, że obiecują nauczycielom podwyżki: 30 procent w trzech ratach (pierwsza od 1 stycznia 2020 roku). Podwyżki wyniosłyby: 725 zł brutto dla nauczyciela stażysty, 746 zł brutto dla nauczyciela kontraktowego, 847 zł brutto dla nauczyciela mianowanego, 995 zł brutto dla nauczyciela dyplomowanego.

W deklaracji poza tym mowa o zwiększeniu autonomii szkół, zmniejszeniu biurokracji i systematycznym wzroście nakładów na edukację.

Protest nauczycieli trwa od 8 kwietnia. Organizatorzy zaczynają myśleć o zawieszeniu protestu. Dziś w rozmowie z „Rzeczpospolitą” szef ZNP Sławomir Broniarz przyznał, że może się to stać na czas matur. Decyzja zostanie podjęta 23 kwietnia.

Tusk pogoni tałatajstwo z PiS z Morawieckim i Kaczyńskim na czele? Nie! To my tych zaprzańców wykopiemy od koryta

10 Kwi

Nie od dziś wiadomo, że Donald Tusk działa na Kaczyńskiego jak płachta na byka. Wiemy też, że Przewodniczący Rady Europejskiej jest jedyną osobą, której obawia się dziś partia rządząca, jak również sam jej prezes.

Dlatego też wystąpienie Tuska przed samymi wyborami europejskimi będzie ciosem w samo serce PiSu. Jak informuje gazeta.pl ten cios zostanie zadany na początku maja. Właśnie wtedy do Polski przyjedzie Donald Tusk i wygłosi w naszym kraju „bardzo ważne przemówienie”.

To na pewno wzbudzi niepokój w szeregach PiSu, a może nawet i wściekłość.

Jak mówi polityk z kierownictwa Platformy: „To prawda, planowane jest takie wystąpienie Donalda Tuska. Jeszcze nie wszystkie szczegóły są ustalone, planujemy domknąć temat do końca tego tygodnia. Jesteśmy w tej sprawie w stałym kontakcie z przewodniczącym Tuskiem”.

Nie wiadomo, czy Tusk zabierze głos 2 czy 3 maja, nie wiemy też gdzie, może w Łodzi, a może w Warszawie. No i o czym będzie mówił, może o znaczeniu konstytucji i państwa prawa, a może poruszy bardziej europejskie, unijne tematy. Ta druga opcja wydaje się dziś bardziej prawdopodobna.

Według Europosła Platformy: „Wystąpienie przewodniczącego ma mieć charakter silnie profrekwencyjny, przypomnieć Polakom znaczenie tych wyborów i zachęcać do wzięcia w nich udziału. Tusk będzie chciał pokazać Polakom, jak dużym zagrożeniem dla Unii Europejskiej, w tym także Polski, są aktualnie wszelkiego rodzaju populizmy, jak mocno uderzają w instytucje unijne i jak ważne jest, żeby dać im odpór”.

Wiadomo, że szczegóły tej wizyty były omawiane podczas niedawnego pobytu przewodniczącego PO Grzegorza Schetyny w Brukseli. To wtedy Internet obiegło zdjęcie obu panów siedzących przy jednym stole, które nerwowo komentowali politycy PiS, w tym Joachim Brudziński, wyśmiewając mowę ciała obu polityków. Wtedy, o tym spotkaniu, mówił Sławomir Neumann, szef klubu parlamentarnego PO: „To była dobra, ważna, kilkugodzinna rozmowa, która trochę nakreśliła ramy współpracy na przyszłość” Dziś już wiemy co miał na myśli.

Według gazety.pl: „w organizację wizyty Tuska zaangażowane są te same osoby, które w listopadzie 2018 roku przygotowywały jego udział w Igrzyskach Wolności w Łodzi”. Podczas tego wykładu Tusk powiedział: „Jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać rady pokonać współczesnych bolszewików”.

Te słowa wywołały burzę w PiSie.  Odebrano je jako jednoznaczną aluzję wobec partii rządzącej. Wtedy przewodniczący Tusk napisał na Twitterze: „Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym”.

Dziś wszyscy, którym PiS odebrało nadzieję na lepsze czasy, w napięciu czekają na majową wizytę Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska.

Fragment centrum miasta będzie całkowicie zablokowany. Na Trakcie Królewskim znów pojawią się metalowe barierki, a prezes Kaczyński znów stanie na drabince!

Wszystko dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość organizuje w środę w Warszawie całodzienne obchody dziewiątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Całość odbywać się będzie pod hasłem „Pokażemy, że pamiętamy!”

Mieszkańcy doskonale pamiętają te uroczystości. 96 razy partia Jarosława Kaczyńskiego organizowała pochody, które były nieodłączną częścią miesięcznic smoleńskich. Ostatni odbył się 10 kwietnia 2018.

Podobnie jak wtedy barierki otoczą teren zaplanowanych przez PiS państwowych uroczystości: od archikatedry św. Jana na Starym Mieście przez plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście do skweru księdza Jana Twardowskiego przy ul. Karowej. Wygrodzenia z metalowych parkanów pojawią się też na ulicach gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza i Królewskiej oraz na pl. Piłsudskiego.

Obchody państwowe, z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy rozpoczną się o godz. 8 mszą św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej. Msza odprawiona zostanie w kościele seminaryjnym pw. Wniebowzięcia NMP i św. Józefa Oblubieńca przy Krakowskim Przedmieściu. O godz. 8.41 przed Pałacem Prezydenckim odczytany będzie apel pamięci, po którym – o godz. 9.10 – uczestnicy uroczystości przejdą na plac Piłsudskiego, gdzie złożą kwiaty pod pomnikami Lecha Kaczyńskiego i Ofiar Tragedii Smoleńskiej. W godz. 9.30 – 15. przed Pałacem Prezydenckim wyświetlane będą filmy na temat katastrofy tupolewa.

Kolejna uroczysta msza św. odprawiona będzie o godz. 19 w archikatedrze św. Jana, po niej wyruszy Marsz Pamięci. Przejdzie otoczonym barierami korytarzem przed Pałac Prezydencki, gdzie o godz. 20.45 przemówią prezydent Andrzej Duda i prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Obchody dziewiątej rocznicy katastrofy przygotowuje także stołeczny ratusz. Rozpoczną się one o godz. 8.20 w kwaterze smoleńskiej na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Również w środę ulicami Warszawy przejdzie marsz z portretami ofiar katastrofy smoleńskiej organizowany przez Stowarzyszenie Solidarni 2010. Wyruszy o godz. 17 z pl. Trzech Krzyży. Przejdzie Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, skręci na plac Piłsudskiego, gdzie uczestnicy odmówią modlitwę i złożą kwiaty pod dwoma pomnikami. Następnie udadzą się przed Pałac Prezydencki, gdzie odmówią kolejną modlitwę i zapalą znicze. Marsz zakończy się na placu Zamkowym apelem pamięci pod kolumną Zygmunta.

W zawiązku z zamknięciem części Krakowskiego Przedmieścia oraz ul. Królewskiej i pl. Piłsudskiego zmienione będą trasy wielu autobusów: E-2, 102, 105, 107, 111, 116, 118, 127, 128, 166, 171, 175, 178, 195, 222, 503 i 518.

Przed laty było takie młodzieżowe powiedzonko: „Kpisz, czy o drogę pytasz?” Pasuje, jak ulał do dzisiejszej propozycji premiera Morawieckiego.

W momencie, kiedy trwa strajk nauczycieli domagających się podwyżek, związkowcy odrzucają propozycje strony rządowej, pan premier przychodzi do pisowskiej telewizji i proponuje nauczycielom „okrągły stół”. Szczegóły są jeszcze ciekawsze. Miałby on odbyć się po świętach Wielkanocnych. A co do świąt? Egzaminy! to jasne. Pan premier apeluje do nauczycieli, żeby zaangażowali się w organizację egzaminów gimnazjalnych, które rozpoczynają się w środę. Jednocześnie zaznacza stanowczo, że nie będzie dalszych ustępstw wobec pracowników oświaty.

Premier oczywiście nie krzyczał, jak Gomułka „Studenci do nauki, literaci do pióra”, ale za to w studiu telewizyjnym prezentował, jak rosły średnie płace nauczycieli dyplomowanych w latach 2017-2019. Po co to robił? No, żeby lud zobaczył jacy pazerni są ci belfrzy.

Następnie stwierdził, że: „za 2,5 roku niektórzy nauczyciele mogą zarabiać powyżej 8 tys. zł, może uda się to przyspieszyć, ale do tego potrzebujemy akceptacji naszych propozycji porozumienia przez strony związkowe”.

Podkreślił jednak stanowczo, że „możliwości budżetowe się w tym momencie skończyły”. I przekonywał: „Postulaty ZNP są wielomiliardowe, my jesteśmy rządem odpowiedzialnym za stan finansów publicznych. Chcemy w stabilny sposób przeprowadzić przez spowolnienie koniunktury nasze państwo, gospodarkę”.

Zapewnił też, że: „Na pewno nie będzie dalej idących podwyżek w tym roku. Ale mogą być w przyszłych latach w związku z tą dużą reformą i okrągłym stołem, do którego serdecznie zapraszam”.

Na tę rozmowę telewizyjną z premierem Morawieckim zareagował na Twitterze Związek Nauczycielstwa Polskiego: „Panie Premierze, od miesięcy prosimy Pana o spotkanie. Nie znalazł Pan czasu dla nauczycieli, a dzisiaj pokazuje Pan wirtualne średnie wynagrodzenia jako nasze rzekome „płace”.

Jak widać, pan premier jest zdania, że na kłamstwie też da się budować…

Prawdziwa rozmowa to chęć zobaczenia kogoś naprawdę i spotkania się z nim w pół drogi

Fakt, że nikt z nikim w Polsce nie rozmawia, a nawet nie potrafi jest rodzajem cenzury. Mniej spektakularnej i niewidocznej na pierwszy rzut oka, ale z całą pewnością cenzury. I cenzurą jest też ten wieczny pośpiech, popychanie i lekceważenie, to nieustanne zamykanie przez PiS wszystkim ust: krzykiem i lżeniem, ograniczeniem działalności sejmu, tak że stał się niemy, ograniczeniem wolności zgromadzeń, ograniczeniem działalności wolnych mediów.

Zauważyliście, że w przestrzeni publicznej nikt z nikim nie rozmawia? Jest bardzo dużo słów, dużo krzyków, obelg i demonstracyjnych gestów. Jednak porozumienie jest niemożliwe, ponieważ to nie są gesty prawdziwej komunikacji. Szczere i obliczone na porozumienie. Wszyscy mówiąc do kogoś, tak naprawdę mają swojego rozmówcę gdzieś. To co mówią jest dla słuchaczy, dla przysłuchujących się rozmowie gapiów z zewnątrz, obliczone na poklask i wywarcie odpowiedniego wrażenia. A przecież niemożliwe jest dogadać się z kimś, kto mówiąc do nas i wtedy, gdy my do niego mówimy zerka w bok, bardziej zainteresowany wrażeniem jakie wywarł na świadkach niż tym, czy rzeczywiście udało mu się dotrzeć do nas.

Rząd nie potrafi się porozumieć z nauczycielami, rolnikami czy żadną inną grupą zawodową, obraża, kłamie i szantażuje nie tylko ze złej woli, ale – tak sądzę od jakiegoś czasu – ponieważ zwyczajnie rozmawiać nie umie. Bo nikt tam nie rozumie, że rozmowa to nie jest otwieranie ust i wydobywanie z gardła dźwięków. Rozmowa to nastawienie na drugiego, na odbiór tego, co nam komunikuje, nie tylko dosłownego sensu, ale intencji i rzeczy przemycanych między słowami, zrozumienie jego prawdziwych potrzeb, uważność i szacunek.

Prawdziwa rozmowa to chęć zobaczenia kogoś naprawdę i spotkania się z nim w pół drogi.

Oczywiście bywa, że i strajkujący ludzie nie potrafią rozmawiać, ta nieumiejętność rozmowy to zresztą w ogóle jest w Polsce dość powszechna przypadłość. Piszę jednak o politykach, bo od nich, z racji pełnionych przez nich zaszczytnych publicznych urzędów, mamy prawo wymagać znacznie więcej.

Staranie się, żeby zrozumieć i ułatwiać, a nie utrudniać nam wszystkim życie to ich praca i codzienny obowiązek.
Pomyślałam o tej naszej narodowej cesze – nieumiejętności rozmawiania, obserwując debatę i nastroje wokół strajku nauczycieli.

Pomyślałam, szczerze mówiąc, że w ten sposób nigdy nam się nie uda.

Doszliśmy w naszym kraju do punktu, w którym wszyscy traktujemy siebie po prostu przemocowo, bo jest przemocą ciągły terror, podniesiony głos, zmuszanie, manipulowanie i przede wszystkich nieustanne poganianie.
Szybciej! Szybciej! Szybciej!

Sądzę, że ten pośpiech PiS, najpierw w nocnych głosowaniach, zagarnianiu stanowisk i pieniędzy, telewizji publicznej, w procedowaniu i głosowaniu ustaw, nawet pośpiech w wypowiedziach występujących w studiach TV posłów PiS, którzy nie mówią, ale trajkoczą, jak zepsute katarynki, których nie da się zatrzymać, jest po to, żebyśmy nie mogli przystanąć i pomyśleć.

Bo kiedy człowiek zatrzymuje się i myśli, to bywa, że coś wymyśli. Nie zgodzi się i zbuntuje. Zakwestionuje. Niemal na pewno zacznie zadawać pytania. Kiedy człowiek myśli, różne, najróżniejsze rzeczy przychodzą mu do głowy i nie są to najczęściej rzeczy po myśli władzy.

Dlatego w ustrojach totalnych wykluczona jest dyskusja, a decyzje się odgórnie ogłasza. Przedyskutowanie ich wcześniej mogłoby sprawić i sprawiłoby z pewnością, że ludzie nie byliby jednomyślni, że daliby upust swoim opiniom, uczuciom, marzeniom i dążeniom.

Dlatego fakt, że nikt z nikim w Polsce nie rozmawia, a nawet nie potrafi jest rodzajem cenzury. Mniej spektakularnej i niewidocznej na pierwszy rzut oka, ale z całą pewnością cenzury. I cenzurą jest też ten wieczny pośpiech, popychanie i lekceważenie, to nieustane zamykanie przez PiS wszystkim ust: krzykiem i lżeniem, ograniczeniem działalności sejmu, tak że stał się niemy, ograniczeniem wolności zgromadzeń, ograniczeniem działalności wolnych mediów.

Stan wojenny nie musi oznaczać czołgów na ulicach, tak jak cenzura nie musi oznaczać powstanie urzędu przy Mysiej. Dzięki nowoczesnym mass mediom wszystko może rozgrywać się – i rozgrywa – znacznie subtelniej – i zarazem dużo bardziej groźnie.

Nie łudźcie się, że formalny brak urzędu cenzora oznacza, że jest się wolnym w swoich wypowiedziach, wyrażaniu potrzeb i emocji.

Nie.Brak tego urzędu oznacza tylko, że zostaniecie zmuszeni do milczenia – właściwie już jesteście zmuszani, ta pętla zaciska się od jakiegoś czasu – ale nawet tego nie zauważacie.

I nie dajcie się nabrać na argument, że jest wolność bo są strajki, czy dyskusje w programach publicystycznych.
Nie ma wolności, bo władza nie słucha ludzi i traktuje ich z buta, prymitywnie i brutalnie, jak zbuntowane sługi i utrapienie, a wszyscy wyrażający, w owych studiach telewizyjnych właśnie, odmienne od niej opinie, są szykanowani, zniesławiani, straszeni, albo napuszcza się na nich prymitywnych hejterów.

Ta klatka już stoi, a jej pręty są mocne i silne. Jeśli nic się nie zmieni, niedługo się zamknie.

Silna Polska w Europie kontra partyjne państwo PiS

7 Kwi

Przed nami wybór: albo silna Polska w Europie, albo partyjna Polska wychodząca z Unii – tymi słowami Grzegorz Schetyna, lider Platformy Obywatelskiej, rozpoczął konwencję Koalicji Europejskiej w Warszawie. Tym samym kampania KE ruszyła na dobre.

KE startuje z kampanią

W warszawskiej hali Expo na Żeraniu odbyła się pierwsza wspólna konwencja Koalicji Europejskiej, czyli szerokiego porozumienia środowisk prodemokratycznych i prounijnych: Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Nowoczesnej oraz Zielonych.

– Albo silna, dostatnia, demokratyczna Polska w mocnej Europie, albo to, co dziś – państwo partyjne, na drodze do wyjścia z Unii Europejskiej. Albo Polska, jeden z liderów Zachodu, albo Polska dryfująca na Wschód. Albo my Polacy dogonimy poziom i jakość życia zachodnich Europejczyków, albo się na pokolenia od nich oddalimy – rozpoczął Grzegorz Schetyna.

W konwencji wzięli udział wszyscy kandydaci KE z pierwszych miejsc.

Najważniejsze wybory od 89 roku

Lider PO mówił o wadze wyborów w 2019 roku. Jego zdaniem to najważniejsze wybory od 1989 roku. – Wtedy Polacy jasno odrzucili komunizm, a wybrali suwerenność, demokrację, kurs na Zachód i szansę na lepsze życie. Teraz stawka wyborów jest jeszcze wyższa – mówił Schetyna i przypomniał, że do zwycięstwa 30 lat temu także potrzebna była szeroka koalicja prodemokratyczna.

Schetyna odniósł się też do strajku nauczycieli, który prawdopodobnie rozpocznie się w poniedziałek. – Dziś myślami jesteśmy z nauczycielami. Zarzucają im chciwość, opluwają, starają się zaszczuć. Musimy im wszyscy dzisiaj okazać solidarność. Oni zasługują na to, żeby pracować w lepszych warunkach, zasługują na szacunek, zasługują na to, żeby ich wysłuchać, zasługują na wyższe pensje. Niech usłyszą od nas słowa otuchy i solidarności: Trzymajcie się mocno, jesteśmy z wami – dodał przewodniczący PO.

KE vs PiS

Schetyna dużą część swojego przemówienia poświęcił na wskazanie różnic między rządząca partią a Koalicją Europejską.

Zastanówmy się, kto daje szansę na wyższy wzrost płac. Obecna ekipa, która zadłuża kraj, czy też Koalicja Europejska z programem „Wyższa płaca”? Kto spowoduje, że przyszłość naszych dzieci będzie wolna od smogu? Ekipa, która wycina lasy i chce opierać gospodarkę na węglu, czy my? – pytał.

– Oni nie mają strategii, mają pełne kompleksów instynkty. W efekcie są sami. Przegrywają nawet 27:1. Oni twierdzą, że Unia odbiera nam suwerenność, a przecież jest dokładnie odwrotnie. Wspólnie Europa jest potęgą. Potęgą, której Polska może i musi być jednym z liderów – mówił  Schetyna.

Przewodniczący PO dodał, że osoby startujące z list partii rządzącej to zbieranina przeciwników Zjednoczonej Europy, dla których nie powinno być tam miejsca.

Przypomniał też, że gdy Brytyjczycy planowali referendum, nie przypuszczali, że doprowadzi ono do brexitu. – To ideowi partnerzy PiS.  Wszyscy, którzy wątpią w polexit, niech odpowiedzą na pytanie: czy może być członkiem UE kraj z całkowicie upartyjnionym systemem sprawiedliwości? Nie może – podsumował.

Wspólnie możemy więcej

– Dla nas nie ma w Europie ważniejszej sprawy niż Polska – mówił w swoim przemówieniu Władysław Kosiniak-Kamysz, lider PSL. – Mamy trzy wielkie cele przed sobą: po pierwsze – wygrać wybory europejskie, po drugie – wygrać wybory parlamentarne i po trzecie – stworzyć demokratyczny, patriotyczny rząd najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

Lider PSL dodał, że KE jest pierwszym krokiem do zwycięstwa. – Wspólnie jesteśmy w stanie dokonać cudu, osobno nie jesteśmy do niczego zdolni. Koalicja Europejska to najlepsi kandydaci. Łączy nas jeden wspólny mianownik: silna obecność Polski w Europie.

Przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w swoim wystąpieniu mówił o  równości młodych i starszych Europejczyków w dostępie do edukacji, kultury, służby zdrowia.

– Marzymy, aby nasze dzieci mogły zwiedzać Europę, żeby były wykształcone, rywalizowały o pracę z dziećmi z innych krajów, traktując je z miłością i otwartością. Moim marzeniem jest to, by kiedyś w Europie został stworzony pakiet świadczeń dla każdego dziecka – mówił Czarzasty.

Przewodniczący SLD mówił też o potrzebie wspólnego europejskiego programu dla osób starszych, a także wspólnym systemie wartości: – Pluralizm, poszanowanie praw człowieka, mniejszości narodowych, seksualnych, tolerancja, solidarność, prawa kobiet, prawo nauczycieli do godnego zarobku.

Podkreślił, że dziś jest wybór między tymi, którzy palą książki, a tymi, którzy je czytają.

„Pisologia”

Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej, mówiła o nowej ideologii, która się rozwija – „pisologii”. – Patriotyzm według słownika PiS-u równa się prymitywnemu nacjonalizmowi. Wolność to bezwolne funkcjonowanie pod dyktatem Jarosława Kaczyńskiego, a suwerenność to plucie Europie w twarz – ocenia szefowa Nowoczesnej.

– Koalicja Europejska jest silna siłą swojej różnorodności, jest mocna dzięki odpowiedzialności wszystkich jej członków za Polskę. Koalicja Europejska jest nową jakością w polityce, wynikającą z umiejętności jej liderów do łączenia. Koalicja Europejska jest nadzieją wielu Polaków na lepszą Polskę, na silną pozycję Polski w UE, na pieniądze z UE, ale przede wszystkim na nowoczesne, europejskie wartości – mówiła Lubnauer.

Zieloni: Jesteśmy tam, gdzie trzeba

– 26 maja czeka nas wielki wybór. Niech ten wybór będzie za Polską w Europie ekologicznej, demokratycznej i solidarnej – mówiła liderka Zielonych Małgorzata Tracz i podkreśliła: – Zieloni są zawsze tam, gdzie trzeba. Byliśmy pod Trybunałem Konstytucyjnym, na czarnych protestach, demonstracjach w obronie polskich sądów. Organizowaliśmy demonstracje w obronie polskiej przyrody i za prawami zwierząt, broniliśmy Puszczy Białowieskiej przed wycinką, a teraz bronimy Mierzei Wiślanej przed przekopem. Dziś jesteśmy tam, gdzie powinna być każda proeuropejska partia – w Koalicji Europejskiej – mówi Małgorzata Tracz.

Cały sens polskiej polityki dziś to trzy rzeczy podstawowe. Po pierwsze – uchronić Polskę przed końcem rządów prawa, podziału władz, normalnej demokracji. Kaczyński chce, jak np. Erdogan w Turcji, państwa partyjnego. Po drugie – ocalić miejsce Polski w UE i wywalczyć tam miejsce współlidera. Po trzecie wreszcie – gonić Europę Zachodnią pod względem jakości życia i poziomu dochodów. Tylko tej trzeciej rzeczy nie będzie bez dwóch pierwszych – mówi Grzegorz Schetyna, przewodniczący Platformy Obywatelskiej. Mówi też m.in. o związkach partnerskich, relacjach państwo-Kościół, programie socjalnym, naprawie mediów publicznych i państwa prawa po rządach PiS, a także o tym, czym jest partia centrowa. – Uważam, że musimy robić swoje, przygotowywać społeczeństwo obywatelskie, wzmacniać samorządy, pokazać ludziom lepszą Polskę. Nie można czekać na Godota. Wierzę w zwycięstwo. Wierzę, że Europa będzie za nas trzymać kciuki, że zmobilizujemy ludzi, że będzie taka mobilizacja jak w Warszawie i innych miastach podczas wyborów samorządowych – mówi Schetyna.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: A co, jeśli się nie uda?

GRZEGORZ SCHETYNA: Już się udało. Ludzie zobaczyli, że opozycja może być razem, że te okrzyki, które słyszałem na demonstracjach, wzywające nas do zjednoczenia, przyniosły realny efekt. Ale udało się także w szerszym wymiarze. Z całej Europy płyną do mnie wyrazy uznania i zarazem pozytywnego zdumienia, że udało się stworzyć tak szeroką antypopulistyczną konstrukcję, która dodatkowo ma w nazwie przymiotnik „europejska”. To jest sygnał wysłany do Europy, że chcemy wrócić i że ten żywioł proeuropejski, demokratyczny, praworządny, konstytucyjny może zdobyć większość.

Sondaże pokazują, że tylko Koalicja Europejska jest w stanie realnie zagrozić PiS-owi.

Pan się chwali zjednoczeniem i mówi o fundamentalnych wartościach, a PiS obiecuje ludziom realne pieniądze, wznieca wojnę ideologiczną, omija narrację o walce dwóch sił – europejskiej i antyeuropejskiej. Chce narzucać inne tematy.
To jest reakcja obronna Kaczyńskiego najpierw na aferę Srebrnej, a potem na Koalicję Europejską. On się boi, że naprawdę może przegrać, choć myślał, że ma władzę na zawsze. Ta nerwowa, chaotyczna kampania PiS jest odpowiedzią na to, że powstaliśmy.

No dobrze, ale jednak 500 Plus na każde dziecko czy trzynasta emerytura to są konkrety. Niektórym wyborcom to wystarczy. Jaka jest odpowiedź zjednoczonej opozycji?
Zacznę od fundamentalnego stwierdzenia: cały sens polskiej polityki dziś to trzy rzeczy podstawowe. Po pierwsze – uchronić Polskę przed końcem rządów prawa, podziału władz, normalnej demokracji. Kaczyński chce, jak np. Erdogan w Turcji, państwa partyjnego. Po drugie – ocalić miejsce Polski w UE i wywalczyć tam miejsce współlidera. Po trzecie wreszcie – gonić Europę Zachodnią pod względem jakości życia i poziomu dochodów. Tylko tej trzeciej rzeczy nie będzie bez dwóch pierwszych.

Nie damy się wciągnąć w wyścig na obietnice socjalne dotyczące wyborów październikowych, ponieważ przed nami wybory europejskie w maju.

Dlatego budujemy minimum programowe, które połączy pięć różnych partii i wiele środowisk pozapartyjnych. Dziś chcemy mówić o tym, co będziemy robić w Parlamencie Europejskim. O naszych tam interesach – o europejskiej perspektywie finansowej, o pieniądzach dla polskich firm, dla samorządów.

Ale chyba jakąś odpowiedź na tak zwaną piątkę Kaczyńskiego macie?
Oczywiście, że mamy. Ale Kaczyński stawia sprawę tak: jak wygra KE, to zabiorą wam to, co my daliśmy. A przecież 500 Plus na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura to propozycje Platformy Obywatelskiej.

Dziś widać, że ze strony PiS jest i będzie tylko straszenie. Nie możemy dać się rozgrywać Kaczyńskiemu i dlatego musimy przedstawić spójny i konkretny program na wybory krajowe, bo wtedy będzie to miało sens.

Skoro tak, to dlaczego, gdy PiS te wasze propozycje przywołał, politycy PO zaczęli mówić, że to populizm?
Bo całe wyrachowanie Kaczyńskiego polega na tym, by operować tylko hasłami, za którymi nie stoi dobrze przemyślany program socjalny. On tylko obiecuje, a my mamy realne i dobrze policzone propozycje.

Jeżeli PiS chce płacić pieniądze w połowie maja, dziesięć dni przed wyborami, to wiadomo, że to jest jednorazowe i populistyczne. A w następnym roku już nie będzie pieniędzy. To nie jest trzynasta emerytura, tylko 880 złotych netto, za które seniorzy mają dać się korumpować.

Korumpować?
Tak, bo chodzi tylko o głosy w tych wyborach. Nic innego się dla PiS nie liczy. Tymczasem nam chodzi o to, aby jak najdłużej utrzymać Polaków na rynku pracy, a nie odsyłać ich na bezrobocie lub głodową emeryturę. PiS tak naprawdę nie dba o los ludzi, potrzebuje ich tylko w tych wyborach. My chcemy zbudować dobrze zorganizowany system, a PiS oferuje jedynie transfery socjalne. Przed wyborami krajowymi przedstawimy bardzo precyzyjny i dobrze wyliczony program. Nie mogę wejść z Kaczyńskim w taką licytację: skoro on daje 500, to ja dam 600. To jest droga donikąd. Wyborcy Platformy tego nie oczekują.

A czego oczekują?
Że pokonamy Kaczyńskiego i skonstruujemy sprawiedliwy system, który będzie motywował Polaków do tego, by Polska się rozwijała, goniła Zachód, była częścią cywilizacji europejskiej, a nie krajem, który wyrzuca zarobione pieniądze.

PiS chyba też chce gonić Zachód, skoro zarzeka się, że Polska jest i będzie w Unii Europejskiej i nikt nie chce polexitu.
Nie da się wierzyć PiS-owi. Oni są z Salvinim, z Le Pen, z Orbánem, z Wildersem, z radykałami, a my jesteśmy pośród najważniejszych. Koalicja Europejska jest projektem antypopulistycznym, który także dla Merkel i Macrona jest wzorem tworzenia nowej jakości w polityce europejskiej. Dzięki niej jest szansa na to, aby zdobyć większość w Parlamencie Europejskim.

To jest unikatowe. Mamy Zielonych, chadeków, liberałów, konserwatystów, socjaldemokratów, którzy przecież wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej, więc po 1989 roku byli po dobrej stronie. I wszyscy się w tym mieścimy.

Polaków to może zainteresować bardziej, niż obietnice Kaczyńskiego?
Polacy są mądrzy. Rozumieją, że doraźne wydawanie pieniędzy bez planu na dalsze lata to droga grecka, niechybnie zmierzająca do katastrofy. To już było w Europie, nie trzeba daleko szukać. Tak naprawdę PiS dba tylko o swoich pisiewiczów w spółkach Skarbu Państwa, a nie o dobrobyt Polaków, zajmuje się transferami publicznych pieniędzy do swoich kieszeni. Ludzie rozumieją, że 500 miliardów, które przywieźliśmy z Unii Europejskiej w poprzedniej perspektywie finansowej i zainwestowaliśmy w drogi, infrastrukturę, samorządy, służy portfelom Polaków. I powinno znów, w nowym budżecie, służyć, teraz z nieco zmienionymi priorytetami – na czyste powietrze, zdrowie, badania i rozwój.

To ładnie brzmi, ale PiS – bez względu na afery, łamanie konstytucji, upolitycznienie prokuratury, propagandę, kłamstwa itd. – wciąż ma bardzo duże poparcie. To nie jest tak, że przeciwnika można zlekceważyć.
Nikt nie lekceważy, ale teflon kiedyś się ściera. W Polsce trwa to zwykle dość długo, ale potem wszystko się wywraca. Nie brakuje przykładów z historii. Uważam, że musimy robić swoje, przygotowywać społeczeństwo obywatelskie, wzmacniać samorządy, pokazać ludziom lepszą Polskę.

Nie można czekać na Godota. Wierzę w zwycięstwo. Wierzę, że Europa będzie za nas trzymać kciuki, że zmobilizujemy ludzi, że będzie taka mobilizacja jak w Warszawie i innych miastach podczas wyborów samorządowych.

A Biedroń? Pomaga czy przeszkadza?
Szuka swojego miejsca, chce się jakoś przebić, nie ma, jak my, ważnych dla polityki europejskiej postaci, dlatego nas atakuje. Jeżeli w wyborach do PE będzie miał tyle, ile dają mu obecnie sondaże, to w październiku może być pod progiem wyborczym. I on to wie, ponieważ dziś jest na poziomie 4-6 procent. To jest twarde zderzenie z rzeczywistością. Przyszłościowo jesteśmy skazani na współpracę z tym środowiskiem, ale dziś pozytywnie odbieram sygnały, które mówią, że Biedroń zbiera tych, którzy nigdy nie głosowali nie dlatego, że są młodzi, ale dlatego, że byli poza polityką. Jeżeli uda mu się przejąć tych wyborców i dołożyć ten potencjał do naszego centrowego i antypisowskiego elektoratu, to szanse obozu zachodniego, demokratycznego będą większe.

Wiosna, jak deklarują ciągle jej politycy, chce być poza duopolem.
To jest kompletne niezrozumienie sytuacji, w jakiej znalazła się Polska. Ale nie chcę wchodzić w ten spór, ponieważ uważam, że nie ma wroga po stronie opozycji. Naprawdę zjednoczeni możemy wszystko, możemy na trwałe zakotwiczyć Polskę wśród krajów-przywódców Zachodu i w dekadę, dwie osiągnąć zachodni poziom życia. Jeśli PiS ponownie dostanie władzę, czeka nas państwo partyjne, wariant wschodni, a minimum węgierski.

To jest ten wielki wybór Polaków. Albo-albo.

Wariant węgierski, czyli co?
Sądy całkowicie podporządkowane PiS-owi, media prywatne de facto znacjonalizowane i oddane pod kontrolę władzy, likwidacja niezależnego samorządu. Prokuratura i banki państwowe już są na telefon władzy. To nie jest żadne straszenie, lecz realne zagrożenie dla Polski.

Nie ma tu przesady?
Nie ma. Jeżeli czterdzieści dni jest przesłuchiwany człowiek, który donosi do prokuratury o przestępstwie Jarosława Kaczyńskiego, to oznacza, że partia kontroluje wszystko. To nie jest możliwe w normalnym państwie. Ale dziś to ludziom powoli powszednieje, a to jest najgorsze. Tak właśnie umocnił się Fidesz, bo ludzie się przyzwyczaili, że Fidesz wygrywa, że od Fideszu zależy kariera, że trzeba być przy partii, żeby mieć pracę, a dziecko skończyło dobre studia. Nie ma alternatywy, jak za czasów PZPR-u.

Ale koniunkturalistów nie brakuje. Jacek Saryusz-Wolski jest już bardziej pisowski od Kaczyńskiego.
To są jednak egzotyczne ekscesy. Szkoda na nie słów. Dziś trzeba przypominać Polakom, że po 1989 roku Polska stała się w pełni demokratyczna i że przez PiS możemy to stracić. Dlatego tak ważne są najbliższe wybory.

Po 1989 roku żadna ekipa nie uregulowała takich kwestii jak na przykład związki partnerskie czy prawa osób LGBT. Być może dlatego znów mamy spór światopoglądowy jako temat kampanijny.
PiS wywołał ten temat tylko po to, by skłócić Koalicję Europejską i pokazać, że PSL jest konserwatywne, a SLD nie. Rzeczywiście tak jest, ale to nie ma żadnego znaczenia przy wyborach europejskich.

To nie są wybory ani w sprawie 500 Plus, ani związków partnerskich, a PiS wykorzystuje te tematy cynicznie.

A co pan odpowie tym, którzy czekają na jasną deklarację przewodniczącego PO w sprawie związków partnerskich?
Że to ważny temat, od którego nie da się uciec. Musimy podjąć tę rozmowę, ale nie przy okazji wyborów europejskich. Bo dziś chodzi o to, żeby wrócić do stołu, wpływać na europejską politykę, przywieźć do Polski pieniądze. Jednak powiem zupełnie wprost: jeśli po wyborach parlamentarnych nie będziemy zgodni co do takich kwestii jak związki partnerskie czy rozdział Kościoła od państwa, to nie będzie można zbudować koalicji.

Platforma się zgodzi na związki partnerskie?
Uważam, że na ten temat będzie potrzebna w Polsce bardzo poważna debata. Pewnych procesów nie da się już zatrzymać. Według mnie konieczna będzie też redefinicja stosunków z Kościołem, szczególnie że polscy biskupi nie idą ścieżką wskazywaną przez Franciszka.

Ale czy zdarzy się tak, że Grzegorz Schetyna wyjdzie i powie: tak, popieram związki partnerskie?
Nie ja o tym będę decydował, tylko większość parlamentarna.

Partia centrowa jest od tego, żeby pilnować, aby wahadło nie wychyliło się za bardzo ani lewo, ani w prawo. Jeżeli ktoś jest odpowiedzialny, to wie, że żyjemy w 38-milionowym kraju, w którym są różni ludzie – wierzący, niewierzący, prawicowi, lewicowi, konserwatywni, liberalni – i trzeba dać jakieś gwarancje wszystkim.

Dziś wahadło jest wypchnięte zbyt mocno w obszar, w którym Kościół zaangażował się w politykę; robią ją proboszczowie i biskupi. Niedługo zacznie wracać i rolą partii centrowej jest niedopuszczenie do tego, by przechyliło się radykalnie w przeciwległą skrajność. To byłoby zabójcze, bo zostawia się niezagospodarowaną przestrzeń w środku, a skrajna lewica to z kolei droga Zapatero, wielki konflikt społeczny i podział państwa. Chodzi więc o to, żeby to wahadło wróciło w miejsce, które będzie akceptowane przez większość społeczeństwa.

Z badań wynika, że jedna trzecia naszych wyborców to wierzący i praktykujący regularnie, ponad jedna trzecia – wierzący i praktykujący rzadko, a mniej niż jedna trzecia – niewierzący i twardzi antyklerykałowie. Poważna polityka musi to brać pod uwagę.

Związki partnerskie są akceptowane przez wielu Polaków, pokazują to niektóre sondaże.
Chcę budować państwo dla wszystkich, osadzone w centrum. Wiem, że po tym wszystkim, co zdarzyło się w Kościele, który nie podjął się rozwiązania sprawy pedofilii mimo drogi wskazanej przez papieża Franciszka, nastąpią wielkie zmiany w mentalności. Ale jako polityk muszę być gwarantem tego, że wszystkie decyzje będą uzgodnione przez większość.

Jeśli w parlamencie znajdą się politycy, którzy z poparciem społecznym, po poważnej ogólnopolskiej debacie, znajdą większość dla związków partnerskich, będę głosował za.

Załóżmy, że opozycja przejmuje władzę. Jak naprawiacie państwo prawa? Ostrymi cięciami czy powolnym procesem?
Wszystko będzie zależeć od sytuacji Trybunału Konstytucyjnego i od tego, czy Andrzej Duda będzie współpracował z nową władzą. Osobiście jestem zwolennikiem pakietu 30 ustaw, czyli szybkiej i całościowej naprawy.

Media publiczne do likwidacji i budowy od nowa czy do reformy?
Dzielę to na dwie części. Pierwsza to rok 2020, czyli okres przejściowy, kiedy trzeba będzie szukać normalizacji, wykorzystując obowiązujące prawodawstwo. W tym czasie trzeba będzie odebrać partyjnej jaczejce możliwość instrumentalnej manipulacji opinią publiczną. Ale równolegle trzeba przygotowywać prawodawstwo na 2021 rok, kiedy zmieni się prezydent, żeby zbudować media publiczne z prawdziwego zdarzenia. Nie na rok, ale na 30 lat. Jestem zwolennikiem zagwarantowanych pieniędzy w budżecie, które pozwolą realizować misję dziennikarzom i twórcom, a nie politykom.

Symetrysta powie panu, że Platforma pewnie wejdzie w buty PiS-u i jedną jaczejkę zastąpi inną.
Coraz mniej interesują mnie symetryści.

Ludzie chcą normalności, a normalność to jest Polska bez PiS przy władzy. Nie ma dziś miejsca dla symetryzmu.

Donald Tusk wesprze opozycję, tworząc 4 czerwca ruch obywatelski, czy raczej wybiera się na konfrontację z panem?
Donald Tusk kończy swoją europejską misję w grudniu, w Polsce wszystko będzie już jasne. Ja dziś buduję szeroką koalicję, to jest moja odpowiedzialność. Mamy wspólny cel i dobrą wolę. Uda się.

Wierzę, że Polacy dokonają właściwego wielkiego wyboru. Jak w roku 1989.

Ciemnogród PiS: Beata Kempa, Jacek Kurski, Anna Zalewska

5 Kwi

Minister Beacie Kempie, która z takim wielkim oddaniem poświęca się pomocy humanitarnej, nieco puściły nerwy w programie „Tłit”.

Wystarczyło, że dziennikarz Marek Kacprzak powołał się w rozmowie na Krzysztofa Brejzę, który porównał dzisiejszą Polskę do zawirusowanego komputera, stąd „potrzebny jest głęboki restart. I montaż dobrego antywirusa”, by minister Kempa natychmiast odbiła piłeczkę, mówiąc, żeby poseł „Antywirusa to niech sobie zamontuje w Inowrocławiu, tam gdzie wybuchła gigantyczna afera”.

Czyżby miała na myśli aferę fakturową w mieście, gdzie prezydentem jest ojciec Krzysztofa Brejzy i to on sam złożył zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury? No cóż, śledztwo jeszcze się toczy, ale pani Kempa już wie, kto tu jest winny i wykorzystuje sytuację, by zdyskredytować posła w oczach Polaków.

Sama natomiast dość lekceważąco podchodzi do pytania o afery, jakie tropi Krzysztof Brejza. Gdy dziennikarz przypomina sprawę Srebrnej, stanowczo stwierdza, że to żadna afera, a celem działań posła jest tylko i wyłącznie „próba uderzenia w lidera Zjednoczonej Prawicy. Nie dopatruję się nieprawidłowości w tym zakresie”.

Ostatecznie ucina rozmowę na temat Krzysztofa Brejzy, stwierdzając, że „Poseł Brejza to jedyny polityk, z którym nigdy nie usiądę do stołu. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię poniżania kobiet i kłamstw. (…) Nie chcę mówić na temat tego człowieka. Chciałabym, żeby w polityce było jak najmniej takich ludzi jak on”.

No fakt. Polska polityka potrzebuje tylko takich aktywistów jak ona i jej partyjni koledzy…

Wszyscy dobrze wiemy, że media publiczne są tubą propagandową partii rządzącej. Wiemy, że o tym jak mają funkcjonować te media i jaki zespół ma nimi prowadzić, decyduje Rada Mediów Narodowych, powołana właśnie przez PiS, w której 3 członków na 5 to ludzie rekomendowani właśnie przez tę partię, a na jej czele stoi Krzysztof Czabański, bliski znajomy prezesa Kaczyńskiego. Wiemy też, że TK pod koniec 2016 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego, zakwestionował pozbawienie KRRiT możliwości wpływania na wybór członków zarządów spółek medialnych i zobowiązał parlament do uchwalenia odpowiednich zmian w tej sprawie, co nie spotkało się z żadnym odzewem.

Trudno więc dziwić się, że już teraz partie opozycyjne szykują propozycje konkretnych zmian, które pozwolą przywrócić normalne zasady w funkcjonowaniu mediów publicznych. Dziennikarzom onet.pl udało się dotrzeć do osoby z PO, która potwierdziła, że rzeczywiście trwają już prace nad pakietem ustaw. Przyznaje ona, że „przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

O jakie zmiany chodzi? Spółki TVP i Polskiego Radia mają być zlikwidowane i zastąpione przez coś w rodzaju instytutu kultury. Dodatkowo, nowa formuła miałaby ułatwić przeprowadzenie zmian personalnych, bez czego nie dałoby się przywrócić podstawowych zasad funkcjonowania mediów. Tym bardziej, że wiadomo, iż co niektórzy mają podpisane bardzo korzystne umowy, które gwarantują im ogromne odprawy w przypadku rozwiązania stosunku o pracę.

Rozpatrywany jest też wariant, by władze TVP i Polskiego Radia wybierała KRRiT, tak jak to było przed zmianami wprowadzonymi przez PiS. Wprawdzie dzisiaj i KRRiT jest w rękach partii rządzącej, a jej szefem jest sejmikowy radny tej partii Witold Kołodziejski, ale odpowiednimi ustawami będzie można i tutaj wprowadzić poprawki.

Ma się też zmienić forma finansowania mediów. Jak mówi informator onet.pl, „Abonamentu raczej nie uda się uratować (…) PiS zamienił Telewizję Polską w opłacaną z pieniędzy ludzi szczujnię. Nikt już nie będzie chciał na to płacić, nawet jeśli odpowiedzialni za ten codzienny skandal na antenie odejdą – słyszymy. Co w zamian? Jeżeli telewizja stałaby się instytucją kultury, w grę wchodzi w pierwszej kolejności finansowanie… z budżetu”.

Przeszkodą we wprowadzeniu nowej ustawy o mediach może być Andrzej Duda, który pełni funkcję prezydenta do sierpnia 2020 roku. Należy liczyć się z tym, że będzie on torpedował wszelkie działania, które odbiorą PiS-owi władzę nad mediami publicznymi, no i raczej nie ma co wierzyć, że partie opozycyjne będą miały taką większość w sejmie, która pozwoli im na odrzucenie prezydenckiego weta. Tak więc, nawet jeśli uda się w wyborach do parlamentu pokonać PiS, to na nową ustawę o mediach publicznych trzeba będzie trochę poczekać. Dobrze jednak, że prace nad zmianami już trwają, bo gdy przyjdzie odpowiedni czas to będzie można nową ustawę szybko wprowadzić w życie i uwolnić wreszcie media od wpływów PiS.

Nie można odmówić Grzegorzowi Schetynie umiejętności wytrawnego gracza politycznego. Najnowsza inicjatywa jego partii wyraźnie to pokazuje. Dzisiaj PO składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej.

Wiadomo, że PiS swoimi głosami utrzyma ją na stanowisku, ale… znajdzie się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony bowiem, partia panią Zalewską obroni, jednak już niebawem ją zdymisjonuje, bo przecież wysyłana ma być do Brukseli, a rząd ponownie zostanie zrekonstruowany.

Tak naprawdę politycy PiS mają tylko jedną możliwość, by wykaraskać się z sytuacji, w jaką wpędził ich lider PO. Biegiem ogłosić nowy skład rządu. Już raz taki manewr im się udał, pytanie tylko czy mają już gotową listę nowych ministrów.

Nie ma co ukrywać, minister Zalewska skompromitowała się całkowicie deformą edukacji. Trudno znaleźć cokolwiek, co usprawiedliwiałoby sens jej startu do europarlamentu. Grzegorz Schetyna świetnie to rozumie, dlatego już tydzień temu, na konwencji we Wrocławiu, odniósł się do pani minister, mówiąc, że to „nie przejdzie”. Polacy są mądrzy, nie doceniacie ich, pani Zalewska nie da rady uciec do Brukseli, bo po prostu Polacy jej nie wybiorą”. Czy wniosek o wotum nieufności pomoże? Oby tak się stało. Przekonamy się o tym już dzisiaj.

Jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Znowu o nas głośno, od Chicago do Tobolska. A wszystko za sprawą skłonności, która powoli staje się naszą specjalnością narodową. Piromanii, mianowicie.

Całkiem niedawno światową sławę zyskał w tym kontekście Wrocław, gdzie doszło do symbolicznego podpalenia kukły Żyda. A teraz w Gdańsku zapłonął stos, w który wrzucono…książki. Tę swoistą rekonstrukcję auto da fe z Harrym Potterem i Hello Kitty w charakterze głównych oskarżonych, urządzili księża jednej z tamtejszych parafii, przy aktywnym uczestnictwie licznych wiernych.

Gdańska inscenizacja „Fahrenheita 451” wzbudziła oburzenie, ale bynajmniej nie tak powszechne, jak można by się spodziewać, i głównie za granicą, bowiem krajowi mocodawcy uczestników „incydentu” wykazali się w tej sprawie daleko posuniętą wyrozumiałością. Cóż – w końcu mamy teraz trend na poszanowanie tradycji i obfitość grup rekonstrukcyjnych, tymczasem Inkwizycja to przecież ważna karta w dziejach Kościoła Powszechnego. No a poza tym nie tylko duchowni, ale też świeccy przedstawiciele aktualnej władzy wykazują specyficzną skłonność w kierunku zabaw z zapałkami.

I tak, miłość ojczyzny, płonącą w sercach młodzieży wszechpolskiej, najłatwiej poznać po krwawej łunie rac nad Marszami Niepodległości, natomiast nigdy niegasnący płomień pamięci ofiar „zamachu smoleńskiego” – po blasku pochodni na każdej miesięcznicy. Nic nie wyraża żaru emocji buzujących w środowiskach „patriotycznych” bardziej niż płonące flagi Unii, swastyki i kukły „wrogów narodu”. Te akurat modę, dotyczącą kukieł „zdrajców”, zapoczątkowało w polskiej polityce symboliczne spalenie wizerunku Lecha Wałęsy. Dla przypomnienia – zapałki trzymał wtedy Jarosław Kaczyński. Potem nadeszła epoka marszów z płonącymi pochodniami. No a teraz przeszliśmy do kolejnego etapu narodowej piromanii- stosów, na których pali się książki. Czego polska prawica oczywiście „nie pochwala, ale jednak rozumie”.

Jej elektorat pewnie też, tym bardziej, że przynajmniej jedną książkę w roku (wliczając w to podręczniki i instrukcje obsługi) czyta w Polsce już tylko 37 procent populacji. Gdyby nie jazgot lewackich mediów, to gdańskie całopalenie przeszłoby więc pewnie niezauważone.

Bo przecież jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Inna sprawa, że palenie książek jest mało skuteczne, bo zawsze można przecież napisać kolejne. Więc następnym nieuniknionym, etapem na drodze do odrodzenia duchowego Narodu wydaje się posłanie na stos ich autorów. Jak to zawsze bywało. Po nich – wydawców. A na ostatku czytelników. Oraz – to już w kontekście politycznym – całej totalnej opozycji, z „Bolkiem” na czele, jej zwolenników, a na koniec całego „gorszego sortu”. No, chyba że w odruchu chrześcijańskiego miłosierdzia jednak wyśle się ich wszystkich na Madagaskar. Niemniej, wobec nadchodzącego kryzysu budżetowego, zapałki wychodzą taniej.

Jak dotąd, owa taktyka spalonej ziemi przynosiła podpalaczom w Polsce niezłe rezultaty. Zabawy z zapałkami mają jednak to do siebie, że w niepowołanych rękach grożą pożarem medialnym, który obróci w popiół resztki naszej reputacji. Mogą też wzniecić oburzenie i rozpalić emocje przeciwników. No i – jak wiemy z filmów kryminalnych – wielu podpalaczy ginie w płomieniach roznieconych własnymi rękami.

Kaczyński, przed sąd! Ty amoralny człeku

27 Mar

„Weryfikacja” – pod takim tytułem ukazał się najnowszy spot wyborczy Platformy Obywatelskiej. Przypomina on kontrowersyjne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z ostatnich lat i tym sposobem zachęca Polaków do pójścia na wybory oraz „należytego” głosowania.

Całość zaczyna się od „gołębiej” postawy prezesa, przypominającego o tym, że „rządzący nie dzielą Polaków”, a potem już tylko z górki:

„my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam gdzie stało ZOMO”- słyszymy. Dalej tylko gorzej i gorzej: „to nie są ludzie, którzy mają sprawne głowy”; „bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do innych”; „najgorszy sort Polaków”; „mordy zdradzieckie, kanalie, aferzyści, gangsterzy” itd.

W tak czytelnej formie Platforma kieruje jasny przekaz do liberalnego wyborcy: „Nie daj się oszukać. Przed nami wielki wybór”- woła.

Kiedyś było może trochę oględniej, ale do historii przeszły negatywne spoty „Oni pójdą na wybory, a ty?”, „schowaj babci beret” itp…

Wszystko dla mobilizacji swojego własnego elektoratu i przyciągnięcia do siebie choć części wyborców niezdecydowanych.

W mediach społecznościowych politycy Koalicji Europejskiej mają używać od dziś hashtagu #WielkiWybór.

„JK nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tysięcy. Pomimo dwukrotnego awizo. W przyszłym tygodniu kierujemy sprawę do sądu” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Do wpisu dołączył zdjęcie nieodebranej przez Jarosława Kaczyńskiego przesyłki.

Chodzi o zwrot 50 tysięcy złotych, które austriacki biznesmen Gerard Birgfellner przekazał prezesowi PiS. W prokuraturze pod przysięgą Austriak zeznał: – 7.02.2018 r. w godz. 15-17 przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział. 50 tys. zł w 100 zł banknotach”. Sawicz to ksiądz, członek Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Jego zgoda była niezbędna, aby spółka Srebrna mogła rozpocząć przygotowania do budowy dwóch wież w Warszawie. 50 tys. zł pochodziło z prywatnych środków Birgfellnera.

 „Może trzeba było napisać Jaśniepan? Dajcie sobie spokój z polskim wymiarem sprawiedliwości pod kierownictwem Zbigniewa ZERO”; – „Na kaczystowskie sądy nie ma co liczyć. Lepiej było od razu zwrócić się do prokuratury w Wiedniu”; – „Należy dostarczyć list przy pomocy gońca. Może odbiorca pomyśli, że to znowu jest kasa i odbierze. Najlepiej w świetle kamer”;

„Miejcie litość dla ,,słońca ” narodu. Chłopina taki ,,niematerialny”, podarte buty, wytarty garnitur… Dajcie spokój, z czego Jarosław ma oddać?”; – „Nie odbiorę Pańskiej przesyłki i co Pan mi zrobisz?” W takim świecie żyje Jarek” – komentowali internauci.

A majowe i jesienne wybory nie będą walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Politycy PiS nie atakują osób LGBT i nie wracają do kultu smoleńskiego, bo są nienormalni czy też nagle zwariowali. Pomijając pojedyncze przypadki, nie ma w tym odrobiny szaleństwa i fanatyzmu, wyłącznie czysty pragmatyzm. To strategia – bo zwycięstwo PiS w majowych i jesiennych wyborach zależy głównie od tego, czy PiS uda się przekonać Polaków, żeby zapomnieli o aferach, a skupili na tym, że zagraża nam wojna cywilizacji, najazd zdegenerowanych barbarzyńców, im bardziej mglistych, tym lepiej, przed którymi może obronić nas tylko partia Kaczyńskiego.

Podprogowy przekaz wtłaczany nam już od jakiegoś czasu do głów brzmi w związku z tym mniej więcej tak: „może i nie jesteśmy doskonali, może mamy na sumieniu grzeszki, a nawet duże grzechy, może dopuściliśmy się nepotyzmu, korupcji, załatwialiśmy poza konkursami posady naszym rodzinom i kochankom, ale wciąż tylko my, jesteśmy w stanie obronić Polskę przed demonami, które nadciągają ze zgniłego Zachodu (zwróciliście uwagę jak bardzo ta retoryka przypomina przekaz Putina?). Jeśli na nas nie zagłosujecie, Polska jaką znacie i kochacie przestanie istnieć”.

Oczywiście owi barbarzyńcy za wszelką cenę nie mogą być konkretni, a przeciwnie, bardzo niedookreśleni i mgliści, podobnie jak powodowane przez nich zagrożenia.

Dlatego osoby LGBT, a wcześniej „gender”, „feministki”, „zdrajcy” czy „lewacy” nadają się do tego wręcz idealnie – nie można wskazać nikogo konkretnego, ani żadnej konkretnej rzeczy, którą ten ktoś miałby zrobić. Bo jak się wskaże konkret, to już nie jest tak wesoło. Bo popatrzcie: geje są przecież krwiożerczy i straszni, ale już konkretny Robert Biedroń wydaje się przecież normalnym, miłym facetem i nikt się go nie boi. Feministki niby zgroza, ale jak się spojrzy na jedną czy drugą, to się okazuje, że to miłe babki, mają rodziny, hobby, są kreatywne i wygadane. Zdrajcy i lewacy – niby brzmi groźnie, ale jak się zacznie dociekać kto kogo konkretnie zdradził i co to znaczy lewak i dlaczego ten lewak, nawet gdyby istniał, miałby komuś szkodzić i kto miałby tę szkodę ocenić – to już jakoś trudno sprecyzować.

I o to właśnie chodzi: zagrożenie ma być przerażające, lęk wyborców PiS wszechogarniający i jak to z lękiem bywa, bardzo niekonkretny, bo przy skonkretyzowaniu okazałoby się, jak zawsze, że nie ma się czego bać, oprócz samego strachu.

Prawda jest oczywiście taka, że w Polsce – wyjąwszy rządy PiS – nic nietypowego się nie dzieje. Ludzie żyją, jak żyli, myślą, co myśleli, chodzą do kina, oglądają seriale, wyjeżdżają za granicę, kłócą się i godzą, rodzą, umierają, rozwodzą i żenią. Jest jak było, a nawet coraz bardziej liberalnie, bo kilka ostatnich badań opinii społecznej pokazało, że więcej niż połowa Polaków jest za uzyskaniem przez kobiety prawa do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Pod wpływem tego co wyprawiają księża pedofile i chroniący ich biskupi spada także zaufanie do kościoła. Nie toczy się u nas rzecz jasna również, żaden „spór cywilizacyjny”. Nie istnieje podział na cywilizację życia i śmierci ani obrońców i przeciwników rodziny. To całkowicie sztuczne problemy wymyślone przez zdolnych PR-owców na użytek kampanii wyborczej PiS.

I teraz: przegrana lub zwycięstwo PiS w wyborach zależą od tego, czy opozycja sprawi, że Polacy to dostrzegą, zobaczą kłamstwo, które się im wciska.

Opinia publiczna powinna zrozumieć, że w interesie Jarosława Kaczyńskiego jest odwrócenie uwagi opinii publicznej od jego własnych podejrzanych biznesów, dwóch wież, przywilejów i nieudolności władzy, nepotyzmu, łamania prawa i afer finansowych i korupcyjnych i skierowanie ją na sprawy obyczajowe, które z politycznego punktu widzenia nie są w tym momencie istotne, ale od zawsze wzbudzają ogromne emocje.

Jego determinacja, żeby tak się stało jest ogromna, bo ta kampania wyborcza, to nie tylko dla opozycji, ale także dla PiS wojna o wszystko. Bo majowe i jesienne wybory nie będą wcale, jak sobie to wciąż wielu co bardziej naiwnych komentatorów i polityków  wyobraża, walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Wygra ją ten, kto narzuci przeciwnikowi temat kampanii i na kilka miesięcy zawładnie wyobraźnią Polaków, narzuci im o czym mają myśleć, czym ekscytować i czego się bać, w taki sposób, że nawet tego nie zauważą.

Sprawa jest prosta. Opozycja zwycięży, jeśli wyborcy skupią się na aferach finansowych PiS, pedofilii w kościele, która pośrednio uderza też w formację Kaczyńskiego, dwórkach Glapińskiego, domniemanej korupcji Chrzanowskiego, dwóch wieżach Kaczyńskiego, zniknięciu Falenty, przywilejach i bezczelności władzy i olbrzymim deficycie budżetowym. przegra, jeśli pozwoli by w nieskończoność prowadzić głupie dyskusje o LGBT i tym podobnych.

Dlatego z ciekawością obserwuję pojedynek obu partii i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na razie lekko prowadzi PiS.

Owszem, pojedyncze nadużycia PiS budzą oburzenie opinii publicznej, ale opozycja nie potrafi skonstruować z niej spójnej, ciągłej opowieści, którą można by snuć miesiącami. Nie jest w tym, w przeciwieństwie do PiS konsekwentna.

Obserwując dziś scenę polityczną, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wygra nie ten, który ma słuszność, tylko ten, kto lepiej sprzedaje swoją wersję Polski. A przede wszystkim: jest w tym bardziej konsekwentny i ma silniejsze nerwy.

Waldemar Mystkowski o związkach PiS i Kościoła katolickiego.

Nie od dzisiaj Kościół katolicki ma problem sam ze sobą. Stosuje sprawdzoną metodę, najstarszą dialektykę świata. To nie my, pasterze, mamy problem, ale wy, wierni.

Pasterze z Konferencji Episkopatu Polski w poniedziałek zaprezentowali list społeczny w sprawie „głębokich podziałów społecznych, które podzieliły Polaków”. Biskupi w liście „O ład społeczny dla wspólnego dobra” apelują „o dialog o Polsce z udziałem polityków, samorządowców i przedstawicieli klubów parlamentarnych”. W liście biskupi podkreślają wagę dialogu między rządzonymi (wiernymi) a rządzącymi, między sprawującymi władzę a opozycją.

Szybko przyszedł sprawdzian listu biskupów apelujących „O ład społeczny…” Episkopat przyjął oficjalne stanowisko w sprawie strajku nauczycieli. Nauczyciele religii nie mogą brać udziału w proteście, nie mogą angażować się politycznie i „rezygnować z głoszenia ewangelii ze względów ekonomicznych”.

W ten oto sposób biskupi zaprzeczają sami sobie. Apelują o dialog między rządzonymi i rządzącymi, aby następnie stanąć po stronie rządzącego PiS, rządzonym zaś proponować „zrezygnowanie ze strajku ze względów ekonomicznych”.

Troska biskupów apelujących o ład jest nieodmiennie traktowana ewangelicznie, „co cesarskie cesarzowi”, a że w kraju cesarzem jest prezes, więc należy strawestować tę słynną maksymę „co cesarskie prezesowi”.

Nie da się ukryć, że w Polsce mamy sojusz ołtarza z tronem, a dokładnie: sojusz ołtarza z prezesem.

>>>

Zgnilizna, jaką proponuje PiS, doprowadzić może kraj do upadku

10 Mar

Z przemówień na sobotnim zjeździe PiS na Podkarpaciu wynika, jaki partia Kaczyńskiego ma pomysł na wygranie wyborów europejskich. Nie jest to pomysł wyszukany i dlatego może być skuteczny. Opozycja powinna kontratakować, pokazując, jak „zjednoczona prawica” manipuluje wyborcami.

Chwyty na kampanię są reaktywne. Mają obronić pisowski „dobrozmian” przed krytyką polityki Kaczyńskiego. Wyraźnie widać, że PiS boi się przede wszystkim zarzutu, że nie ma programu europejskiego i zdąża do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Boi się też zarzutów, że nie ma spójnej polityki gospodarczej i że nieodpowiedzialnie szasta pieniądzem podatnika.

Wysiłek propagandowy partii Kaczyńskiego skupi się na tych obawach. Propaganda pisowska wykorzysta trzy chwyty, wszystkie oparte na kłamstwie.

1. Atak na rodzinę. Nie ma żadnego „ataku na rodzinę”. Nie szkodzi. PiS chce znów rozbudzić w elektoracie, zwłaszcza tym gorzej poinformowanym, strach – tym razem przed jakimś zewnętrznym i rodzimym spiskiem przeciwko polskim rodzinom, szczególnie dzieciom, i tradycyjnemu  małżeństwu. W roli atakujących propaganda obsadzi Rafała Trzaskowskiego i Roberta Biedronia.

Cytowane będą wyrwane z kontekstu wyjątki z warszawskiej deklaracji na rzecz społeczności LGBT, z wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia i z programu Wiosny: aborcja na żądanie, legalizacja małżeństw homoseksualnych, nowoczesna edukacja seksualna w szkołach. PiS może liczyć na poparcie Kościoła, czego sygnałem było oświadczenie trzech biskupów warszawskich w sprawie deklaracji LGBT. Ten chwyt może być najbardziej skuteczny i opozycja powinna być gotowa do przeciwdziałania.

2. Wszystko wam zabiorą. Opozycja nigdzie nie zapowiada, że cofnie pisowskie daniny socjalne, a nawet (Biedroń) obiecuje ich wydatne zwiększenie. Nie szkodzi. Propaganda PiS będzie straszyła, że świadczenia zostaną cofnięte, włącznie z wcześniejszym wiekiem przechodzenia na emeryturę.

3. Europa ojczyzn czy Europa bez ojczyzn? Nikt w głównym nurcie Unii Europejskiej nie proponuje likwidacji ojczyzn ani państw narodowych. Nie szkodzi. Propaganda pisowska będzie straszyła, że na tym zależy elicie brukselskiej, i wmawiała wyborcom, że tylko silna reprezentacja PiS w Parlamencie Europejskim może temu zapobiec.

Więcej >>>

Warto zaprzeczać ciągle i wszędzie, że jedynie PiS i 500+ działa na rzecz rodzin w Polsce. Przypominajmy co zrobił rząd PO, bo to ważne!

Co poprzedni rząd zrobił dla rodzin – zapewne „niewiele”… jeśli pominąć:

– wydłużenie urlopu rodzicielskiego z 16 tygodni do roku (najdłużej w Europie; 2013);

– wprowadzenie urlopu ojcowskiego. W 2011 r. był to tydzień, od 2012 r. – dwa;

– wzrost świadczenie pielęgnacyjnego dla rodzin z niepełnosprawnością w latach 2007-2016 z 420 zł do 1300 zł (netto);

– zwiększenie ulgi podatkowej na trzecie dziecko z 1688 do 2000 zł, a na czwarte i kolejne – z 2224 do 2700 zł.

– wprowadzenie możliwości odliczania tychże ulg nie tylko od podatku dochodowego – co powodowało, że wiele rodzin odzyskiwało ułamek pieniędzy – ale też od zapłaconych składek ZUS i 7,75% podstawy wymiaru składki NFZ. W efekcie czterodzietna rodzina odzyskuje niemal 7000 zł!

– ustawę żłobkową z 2011 r. ułatwiającą otwieranie takich placówek (w 2010 r. tylko 2% dzieci do trzeciego roku życia obejmowała taka opieka, w 2015 r. już 7%);

– ulgę podatkową dla firm, które założą żłobek i przedszkole dla dzieci pracowników;

– kosiniakowe: grupy wcześniej wykluczone z tego przywileju – osoby pracujące na umowę cywilnoprawną, studenci, uczniowie, bezrobotni i rolnicy – po urodzeniu dziecka otrzymują 1000 zł miesięcznie przez pierwszy rok (2016 r.);

– wprowadzenie zasady‚ „złotówka za złotówkę”, dzięki której osoby przekraczające próg uprawniający do zasiłku nie tracą całej kwoty (dotyczy zasiłku rodzinnego i dodatków do niego; 2015 r.);

– podniesienie progu dochodowego uprawniającego do zasiłku rodzinnego, by obejmował więcej dzieci;

– ustawę z 2013 roku, na mocy której państwo opłaca składki emerytalne za kobiety samozatrudnione i bezrobotne będące na urlopach wychowawczych;

– opłacanie od roku 2011 przez państwo składek społecznych i zdrowotnych niań, by odciążyć rodziców;

– program „Przedszkole za Złotówkę”, ograniczający koszt godzin wykraczających poza czas bezpłatnej opieki (5 h) w publicznych przedszkolach do złotówki (2013 r.);

– ustawę przedszkolna nakazująca samorządom zapewnienie czterolatkom miejsc w przedszkolu (2015 r);

– bezpłatne podręczniki, dzięki którym rodzice oszczędzają średnio 250 zł na kupnie książek (2014 r.);

– Kartę Dużej Rodziny dla rodzin z przynajmniej trójką dzieci, uprawniającą do zniżek w prawie 10 tys. miejscach w Polsce (2014 r.);

– program in vitro, dzięki któremu do grudnia 2015 roku urodziło się 3841 dzieci;

– 360 mln zł przeznaczonych na budowę i remonty placów zabaw dla dzieci (Radosna Szkoła)

– w latach 2008-2012 do użytku oddano 2271 orlików (Hasło przewodnie programu: Zdrowe i uśmiechnięte dzieci – Najważniejsze!!!)