Tag Archives: Platforma Obywatelska

Władza w rękach prostaka. Z życia pasqud 25

20 Lip

Ultrakatolicka organizacja Ordo Iuris rozesłała do stowarzyszeń i fundacji, działających na rzecz środowisk LGBT czy wspierających ofiary przemocy wnioski o udostępnienie informacji publicznej. Domaga się od nich „wyszczególnienia i opisania wszystkich projektów”, którymi się zajmują i dostarczenia kopii wszystkich umów, zawartych od początku ich istnienia aż do 17 lipca 2019 r., czyli dnia wysłania wniosku przez Ordo Iuris.

„Dostaliśmy pismo od organizacji posiadającej ogromne zasoby, organizacji, która domaga się od nas przegrzebania dokumentów sprzed lat. Mamy na to 14 dni. Nikt w Fabryce Równości nie pracuje na nawet skrawku etatu. Od lat usilnie walczymy z wiatrakami i próbujemy zagwarantować podstawowe prawa człowieka osobom LGBT. Jest to w dużej mierze akcja przemyślana na dręczenie naszego środowiska, być może w jakimś stopniu próbę zastraszania. Zbiegło się to niezwykle fortunnie z akcją pewnej prawicowej gazety, która postanowiła dołączyć do swojego najnowszego numeru naklejki „Strefa wolna od LGBT+” – napisali na Facebooku działacze Stowarzyszenia Fabryka Równości z Łodzi. O wspomnianej akcji w artykule „Tygodnik Sakiewicza z homofobiczną naklejką – „Jakie to uczucie nawiązywać do spuścizny nazistów?”.

Pismo ultrakatolickiej organizacji trafiło także do Stowarzyszenia na Rzecz Kobiet BABA z Zielonej Góry. – Jeżeli Ordo Iuris chce wiedzieć o nas wszystko i musimy udostępnić im więcej informacji niż prokuraturze, ministerstwom, kontrolerom ZUS, NIK i kto nas tam jeszcze sprawdzał ostatnimi laty, to znaczy, że jesteśmy w ścisłej czołówce ogólnopolskich organizacji pozarządowych broniących praw człowieka i praworządności w Polsce” – czytamy na Facebooku Stowarzyszenia.

W rozmowie z „GW” prezes BABY Anita Kucharska-Dziedzic dodała: – „My nie mamy nic do ukrycia. Wszystkie sprawozdania publikujemy regularnie na naszych stronach. Będziemy dopytywać, co chcą wiedzieć konkretnie, bo pismo jest dość niejasno sformułowane. Materiałów, o jakie wnioskują jest tak dużo, że chyba prościej będzie zaprosić ich do nas, by na miejscu przejrzeli sobie wszystkie segregatory”.

>>>

Jeżeli ktoś w tych wyborach będzie prawdziwą koalicją, to właśnie Koalicja Obywatelska. W jej skład wchodzi kilka niezależnych podmiotów, reprezentowane są środowiska samorządowe, a to dopiero początek – mówi Tomasz Siemoniak, wiceszef Platformy Obywatelskiej, były minister obrony narodowej. – Do pokonania PiS-u potrzeba znacznie większej mobilizacji, niż “składanie” partii politycznych. PO wzięła odpowiedzialność za Koalicję Europejską, będąc jej największym podmiotem, ale pozostawiając przestrzeń dla partnerów, teraz chcemy stworzyć nową przestrzeń w horyzoncie obywatelskim – dodaje

KAMILA TERPIAŁ: Zacznę od najtrudniejszego pytania: dlaczego nie udało się znowu zjednoczyć opozycji? Co poszło nie tak?

TOMASZ SIEMONIAK: Duże znaczenie miała decyzja PSL-u, aby opuścić Koalicję Europejską. Tym samym szeroki blok stworzony na wybory europejskie przestał istnieć. Po rozmowach i próbach stworzenia go na nowo uznaliśmy, że jest to sytuacja, w której pewne sprawy trzeba przeciąć. Zdecydowaliśmy się nie kontynuować formuły partyjnej, która najwidoczniej się nie sprawdza, i zmienić formułę na obywatelskie listy ze społecznikami, członkami organizacji pozarządowych, samorządowcami. Do pokonania PiS-u potrzeba znacznie większej mobilizacji, niż “składanie” partii politycznych. PO wzięła odpowiedzialność za Koalicję Europejską, będąc jej największym podmiotem, ale pozostawiając przestrzeń dla partnerów, teraz chcemy stworzyć nową przestrzeń w horyzoncie obywatelskim. Chcemy, aby nasze listy przyciągnęły jak najwięcej wyborców, dały powiew świeżości i obywatelskiej energii.

ODWOŁUJEMY SIĘ NIE TYLKO DO KONKRETNYCH ŚRODOWISK, ALE TEŻ DO TYCH, KTÓRZY PRZEZ 4 LATA PROTESTOWALI W OBRONIE DEMOKRACJI. LICZYMY, ŻE TU JEST OGROMNY POTENCJAŁ, BO TO SĄ LUDZIE, KTÓRZY CHCĄ ZMIANY.

Dlaczego politycy PO nagle stwierdzili, że formuła partyjna się nie sprawdza? Wcześniej słyszeliśmy, że to najlepsze rozwiązanie.
Ta formuła pokazała jednak swoje ograniczenie, bo nie wygraliśmy w maju. Przyniosła co prawda dobry wynik i współpracę różnych środowisk politycznych, które wcześniej były podzielone, ale widać, że do zwycięstwa z PiS-em potrzeba czegoś więcej. Mamy swój program i nie chcemy, żeby teraz wszystko skupiło się na negocjacjach międzypartyjnych. Na posiedzeniu zarządu partii poczuliśmy, że dalsze negocjacje byłyby jałowe. W życiu i w polityce czasami tak bywa, że przychodzi moment, w którym trzeba zrobić śmiały krok do przodu.

PAROKROTNIE POKAZALIŚMY, ŻE POTRAFIMY PRZYCIĄGNĄĆ RÓŻNE ŚRODOWISKA. ZNOWU POKAZUJEMY, ŻE JESTEŚMY GOTOWI ZREZYGNOWAĆ Z WŁASNEGO SZYLDU DLA DOBRA WIĘKSZEGO PROJEKTU.

To nie jest jednak krok do tyłu? Włodzimierz Czarzasty, komentując decyzję PO, mówi, że “ze zdziwieniem patrzy, jak został rozwalony największy i najlepszy projekt po transformacji”.
To są emocjonalne oceny. Bywały jednak projekty, które miały wyższe wyniki wyborcze, niż ten wynik Koalicji Europejskiej.

Ale była to jednak najszersza koalicja, jaką udało się stworzyć.
Szerokość koalicji wyznacza wynik wyborczy. Tak naprawdę przesądza nie liczba partii, tylko liczba głosów i zdolność do zwycięstwa. Broniliśmy idei Koalicji Europejskiej i szerokiego bloku, ale w momencie, kiedy zdecydowanie wyszedł z niego PSL, sytuacja się zmieniła.

WYDAJE MI SIĘ, ŻE ANI PSL, ANI SLD NIE PÓJDĄ DO WYBORÓW JAKO KOALICJE, TYLKO POD WŁASNYMI SZYLDAMI.

Powstanie przecież lewicowa koalicja SLD, Wiosna i Razem.
Skończy się tak, że na listach SLD pojawią się działacze Wiosny i Partii Razem. Przecież Włodzimierz Czarzasty nie zaryzykuje po raz drugi tego, aby nie przekroczyć progu wyborczego. A PSL nawet nie ma z kim zawrzeć takiej koalicji. PiS też idzie do wyborów jako partia, biorąc na listy przedstawicieli dwóch innych partii. Więc jeżeli ktoś w tych wyborach będzie prawdziwą koalicją, to właśnie Koalicja Obywatelska. W jej skład wchodzi kilka niezależnych podmiotów, reprezentowane są środowiska samorządowe, a to dopiero początek.

W takiej konfiguracji przecież trudniej będzie wygrać z PiS-em.
Wierzyliśmy w szeroki blok i walczyliśmy o to do końca, ale nikogo nie można do niczego zmusić.

LICZYLIŚMY, ŻE KOLEDZY I KOLEŻANKI Z PSL-U, BIORĄC POD UWAGĘ INTERES POLSKI, ZDECYDUJĄ SIĘ JEDNAK DO NAS PRZYŁĄCZYĆ. OSTATECZNIE STAŁO SIĘ, JAK SIĘ STAŁO. ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA TO BIERZE PSL. MÓWIĘ TO NIE PO RAZ PIERWSZY – TAKA DECYZJA LUDOWCÓW TO OGROMNY BŁĄD.

Od dzisiaj mamy nową sytuację i skupiamy się na pracy jako Koalicja Obywatelska. Za tydzień chcemy pokazać dużą część list.

Może trzeba było przyjąć pod skrzydła KO chociaż polityków lewicy?
Uważaliśmy, że to nie jest dobry pomysł, bo szeroki blok ma sens tylko wtedy, kiedy znajdą się w nim wszystkie podmioty, które były w KE. Przyjęliśmy według nas najlepsze i optymalne rozwiązanie. Decyzja zarządu partii była jednomyślna. Współpraca w przyszłości jest jednak zawsze możliwa.

W NASZYM PRZEKONANIU WYBRALIŚMY ROZWIĄZANIE, KTÓRE DAJE NAJWIĘKSZĄ SZANSĘ NA WYGRANĄ Z PIS-EM.

Jest to skutek pewnej sekwencji zdarzeń, ale także przekonania, w którym miejscu na scenie politycznej jest PO i KO.

To jest ostateczna decyzja?
Tak. Nie ma czasu na zmiany. W sensie konstrukcji koalicji decyzja jest ostateczna, ale jesteśmy otwarci na współpracę z demokratami i patriotami, ze wszystkimi, którym dobro Polski leży na sercu. Będziemy pracować jeszcze nad konkretnym kształtem list wyborczych.

Zgłasza się na nie dużo osób spoza polityki?
Z tego, co wiem, to tak. Rozmowy na razie toczą się na poziomie regionalnym. Ale do mnie czy przewodniczącego PO też zgłaszają się osoby, które chcą do nas dołączyć. Czasami są to znane nazwiska, ale czasami po prostu obywatele, którzy nie godzą się na to, co się w Polsce dzieje. Pełny obraz będziemy mieli w ciągu najbliższych dni.

MAM POCZUCIE, ŻE NOWY PROJEKT KOALICJI OBYWATELSKIEJ JEST CIEKAWY I PRZYCIĄGAJĄCY LUDZI.

Politycy będą w stanie oddać dobre miejsca takim bezpartyjnym kandydatom?
Oczywiście. Tak było już w wyborach europejskich. Na przykład jedynkę w ważnym okręgu dolnośląsko-opolskim dostała pani Janina Ochojska, a w okręgu podlaskim Tomasz Frankowski. Mamy świadomość, że w polityce warto otwierać się na nowe osoby i obdarzać je zaufaniem. Potrzeba reagowania i szukania nowych twarzy, a nie obracania się w tym samym gronie, bo tylko wtedy można coś osiągnąć.

Pan będzie kandydował?
Zamierzam kandydować.

Wiadomo z którego miejsca i gdzie?
To okaże się w przyszłym tygodniu. Musimy jeszcze wszystko dopracować, tak aby listy były jak najbardziej optymalne.

PATRZĄC NA JEDYNKI PIS-U, WIEM, ŻE NASZE LISTY BĘDĄ SILNIEJSZE W SENSIE JAKOŚCI PERSONALNEJ.

Wierzy pan, że uda się opozycji wystawić wspólnych kandydatów do Senatu?
Mam nadzieję, że bez względu na wszystko zobowiązują nas wcześniejsze ustalenia. W okręgach jednomandatowych jest tak, że jeżeli kandydaci opozycyjni będą między sobą konkurować,to przyniesie jeden skutek – wygra kandydat PiS-u. A poparty przez wszystkich kandydat opozycji ma szansę w wielu miejscach wygrać. Pokazały to już wybory w 2015 roku. Jednomandatowe okręgi po prostu wymuszają współpracę. Chcemy zresztą oddać duże pole samorządowcom, aby proponowali kandydatów do Senatu. To ma być też wyjście naprzeciw ich postulatowi, aby Senat stał się izbą samorządową.

Pytanie, czy inni się na to zgodzą.
Od dawna zapowiadaliśmy to publicznie. Myślę, że się dogadamy.

SAMORZĄDOWCY ZGODZĄ SIĘ NA DOBREGO OBECNEGO SENATORA, A MY NA ŚWIETNEGO SAMORZĄDOWCA.

Nie boi się pan, że kłótnia i podział po stornie opozycji zamiast zmobilizować wyborców przyniesie odwrotny skutek? Ludzie chyba mają już dość politycznych sporów i wierzyli w zjednoczenie.
Wyborcy byli już zniecierpliwieni tym, że mijają tygodnie, a cały czas nie wiadomo, w jakim kształcie opozycja idzie do wyborów. Te decyzje kończą dyskusje i niepewność. Wiemy już, co dalej. Za parę dni te spory będą już odległą historią. Zaczynamy walkę o głosy Polaków.

Problem zacznie się wtedy, jak opozycja będzie o te głosy walczyć między sobą.
Jest takie ryzyko, ale mam nadzieję, że kapitał wypracowany w KE pozwoli nam się pięknie różnić. Będziemy rywalizować w wyborach, ale wierzę, że nie będziemy się jednocześnie atakować i używać języka agresji. Ze strony Koalicji Obywatelskiej jest taka wola, bo wiemy, że mamy wspólny cel – odsunąć PiS od władzy.

MUSIMY TEŻ MYŚLEĆ O PRZYSZŁOŚCI.

Po wyborach świat się nie kończy. Wierzę, że po pierwszych emocjach zwycięży jednak zdrowy rozsądek i poczucie, że więcej nas łączy, niż dzieli.

Sejmowa komisja śledcza ds. VAT miała w planach ponownie przesłuchać byłego premiera Donalda Tuska. Wielu spodziewało się zatem, że niedługo po raz kolejny może dojść do żenującego widowiska kompromitacji nieprzygotowywanych polityków PiS, tak jak miało to miejsce podczas poprzedniego starcia 17 czerwca, czy głośnego przesłuchania szefa Rady Europejskiej przez komisję ds. afery Amber Gold. Do takiego wydarzenia ku zaskoczeniu dziennikarzy jednak nie dojdzie, ponieważprzewodniczący komisji poseł Marcin Horała niespodziewanie oświadczył, że rezygnuje z planów przesłuchania byłego premiera.

Polityk stwierdził, że “Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk nie będzie już przesłuchiwany”Powodem takiej decyzji ma być unikanie przez szefa Rady Europejskiej stawienia się przed komisją. Marcin Horała konkluduje, że Tusk “ma pewne narzędzia, żeby to zrobić do pewnego czasu skutecznie”.

Chodzi przede wszystkim o fakt, że komisja śledcza planowała przesłuchać przewodniczącego Rady Europejskiej we wtorek 16 lipca, jednak mecenas Roman Giertych w imieniu Donalda Tuska złożył wniosek o usprawiedliwienie jego “nieobecności na posiedzeniu komisji ds. VAT” w oparciu o natłok obowiązków na końcu kadencji szefa Rady Europejskiej. W oparciu o powyższe przewodniczący komisji wysunął wniosek:
“Było jedno przesłuchanie, wiele najistotniejszych pytań padło.Uznaliśmy, że nie będziemy się bawić w króliczka, to jest niepoważne. Musielibyśmy wygenerować kilka terminów, a każdy co mniej więcej trzy tygodnie, tak żeby dotrzymać terminów doręczeń”.

Powyższe tłumaczenia zastanawiają jednak w świetle tego, jak bardzo zdeterminowany jest PiS w doprowadzaniu do końca spraw, które są mu politycznie na rękę. Taki ruch wskazuje bowiem jasno, że przesłuchanie Tuska nie jest dla rządzących dłużej priorytetowe. Powodów ku temu jest zaś co najmniej kilka. Pierwszym oczywistym jest to, że były premier nie jest łatwą ofiarą i próby zastawienia na niego zasadzki już parę razy skończyły się większymi szkodami dla samych przesłuchujących. Drugim równie ważnym elementem jest dążenie PiS, aby komisja złożyła raport przed jesiennymi wyborami. Poseł Horała przekazał, że dokument już powstaje teraz, aby zostać zaprezentowanym w sierpniu, co pokazuje, że członkowie komisji już stworzyli wizję, którą chcą przedstawić opinii publicznej, a co za tym idzie potrzeby zdobycia nowych faktów w komisji nie ma. Również warto mieć na uwadze, że Tusk nie otwierając ruchu politycznego po eurowyborach przestał być dla władzy tak palącym zagrożeniem, przynajmniej na najbliższe kilka miesięcy.

W świetle powyższych kolejne przesłuchanie nie dawało PiS większych korzyści, a wiązało się z politycznym ryzykiem, stąd decyzja Marcina Horały z tego punktu widzenia wpisuje się w strategię obozu władzy.

Zmiany w systemie podatkowym i emerytalnym, finansowanie pisowskiego eksperymentu oświatowego, realizacja wielu innych zadań to nic innego, jak obietnice wyborcze PiS załatwiane kosztem samorządów.

Tydzień temu przyznałam się, że życie w kraju nad Wisłą przestało być moim szczęściem, a stało się pechem. Bycie teraz polskim obywatelem niesie ze sobą spore wyzwanie, bo prawo, jakie znamy faktycznie nie obowiązuje, a na dodatek partia rządząca bardzo dba, by zapewnić nam takie rozrywki, które podkopują nasze poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i spokoju społecznego. Nie ma takiego obszaru życia publicznego, w którym by nie namieszała, nie skłóciła ludzi, nie zepsuła relacji obywatelskich.

Spójrzmy na samorządy – jednostki terytorialne, niesamowicie ważne dla dobrego funkcjonowania regionów, czyli nas, mieszkańców. I cóż się dzieje? PiS, realizując własne, autorytarne cele, sprowadza władzę samorządową do podłogi, mając w nosie jej rolę w rozwoju państwa i obrzucając winą za każde własne, fatalne posunięcie. Obniża podatek z 18% do 17%, ludzie wariują ze szczęścia, a przecież oznacza to stratę dużych pieniędzy. Tych pieniędzy, które samorządowcy ładowali w szpitale, oświatę, kulturę, infrastrukturę i wiele takich inwestycji, dzięki którym ich mieszkańcom powinno żyć się lepiej. Jak obliczono, obniżenie podatku oznacza 6,2 mld zł mniej w przyszłym roku, co spowoduje regres w finansach samorządowych i jednocześnie wpłynie na pogorszenie jakości życia w regionach. Może dojść nawet do takiej sytuacji, że nie uda się spiąć budżetu i… klapa. Kto za to odpowie? Oczywiście samorząd, bo przecież PiS wie, co robi, wszystko skalkulował i wiadomo, że jeśli coś pójdzie nie tak, to dlatego, że w regionach kiepsko rządzi wroga opcja.

Podobnie jest z zerowym PIT-em dla młodych do 26 roku życia. Ci się cieszą, bo więcej będą mieli w kieszeni, ale dla samorządowców to kolejny cios w plecy – to ok. 1 mld złotych mniej w budżetach. To strata kolejnych pieniędzy, które są niezbędne, by poziom życia mieszkańców rósł. Kto będzie odpowiedzialny za spadek inwestycji, niemożność przeprowadzania wszystkich, niezbędnych prac remontowo-naprawczych itp., itd.? Oczywiście wredne samorządy…

Co więc przyjdzie ludziom z obniżonego podatku lub „zerówki dla młodych”, gdy koszty życia w ich regionie znacznie wzrosną, zabraknie inwestycji, a to, co już zrobiono, będzie sobie niszczało z braku kasy, zamiast służyć mieszkańcom?

Nie zapominajmy też o tym, czym przez ostatnie tygodnie żyje cała Polska, czyli kumulacją roczników w szkołach ponadpodstawowych. To, co władza zafundowała młodym ludziom woła o pomstę do nieba. Tysiące dzieciaków nie dostało się do wybranych szkół i mogą być skazani na takie, które zupełnie nie odpowiadają ich planom na przyszłość czy oczekiwanemu poziomowi nauczania.

Kto winny tej sytuacji? Oczywiście samorządy. Krąży już nawet teoria spiskowa, którą politycy PiS ochoczo rozpowszechniają, jakoby z naborem absolwentów było wszystko w porządku, a tylko samorządowcy, będący przeciwnikami partii rządzącej, próbują rozegrać sprawę politycznie i dowalić PiS-owi. Jarosław Gowin np. piętnuje postawę samorządowców, podając przykład genialnego potomka swoich przyjaciół, który bez problemu dostał się tam, gdzie chciał i przy okazji z obrzydzeniem piętnując młodych ludzi za zrobienie sztucznego tłumu, bo złożyli papiery do wielu szkół i klas. Cóż, pan Gowin kłamie, bo nie wie lub nie chce wiedzieć, jakie były zasady rekrutacji do szkół i nie ma opcji, by jeden uczeń przyblokował ileś tam miejsc.

Wszyscy pamiętamy, jak w trakcie kampanii samorządowej politycy PiS wręcz straszyli wyborców, usiłując ich przekonać, że głosowanie na gospodarzy miasta, gminy czy powiatu spoza partii rządzącej, odbije się wielką czkawką. Widać wyraźnie, że to nie były puste słowa. Już teraz wiadomo, czym dla samorządów skończy się polityka władzy, która skupiona jest na grze tylko do swojej bramki. Władzy, która zapewne znajdzie sposób, by „swoje” samorządy dopieścić kasą, mając pozostałe głęboko gdzieś.

Już wiadomo, że zmniejszenie podatków płynących do samorządów, podwyżki cen prądu, niedofinansowanie zadań zleconych przez władze centralne to gwóźdź do trumny i kilkaset samorządów stanie u progu bankructwa. Zmiany w systemie podatkowym i emerytalnym, finansowanie pisowskiego eksperymentu oświatowego, realizacja wielu innych zadań to nic innego, jak obietnice wyborcze PiS załatwiane kosztem rozwoju lokalnego.

Jeszcze trochę, a wszyscy na własnej skórze odczują to, co funduje im partia prezesa. Dzisiaj jeszcze się cieszą, chwalą, wspierają, ale bliski ten czas, gdy nie będą mogli dostać się do szpitala w swoim mieście, bo będzie on zamknięty z powodu braku kasy na niezbędny remont. Gdy nie będą mogli nigdzie dojechać, bo nieremontowana droga będzie straszyła dziurami. Gdy deszcze podniosą stan wód, a samorządy niewiele będą mogły zrobić, bo nie będą miały pieniędzy na zabezpieczenie przed powodziami. Gdy ich dziecko nie załapie się do przedszkola, bo samorządu nie będzie stać na utrzymywanie tych placówek. Pojawią się problemy z dostępem do kultury czy dobrych szkół. Marzenia o nowym mieszkanku staną się fikcją, bo nie będzie miał kto dofinansować budowy, a w krajobrazie zaczną straszyć stare, niewyremontowane budynki, bo nie będzie jak przywrócić ich do świetności. O nowej kanalizacji i innych udogodnieniach, ułatwiających życie też trzeba będzie zapomnieć, podobnie jak o pomocy osobom chorym, zniedołężniałym, starym.

Jestem przekonana, że w tym szaleństwie jest metoda. W końcu politycy PiS to mistrzowie manipulacji i zapewne uda im przekonać swój elektorat, że partia jest super, tak bardzo „proobywatelska”, a całą winą za gorsze życie ponoszą tylko samorządy, które udają, że niczego nie rozumieją i prowadzą swoją wydumaną wojenkę z prawdziwymi wartościami i fantastycznym zarządzaniem prezesa i jego ludzi. Samorządom na pohybel, nawet kosztem swoich ukochanych obywateli… to jedno z haseł PiS, które idzie po władzę autorytarną, a nam funduje coraz większą huśtawkę społeczną.

Ciąg dalszy za tydzień.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Reklamy

Teokracja

19 Lip

Do Sejmu trafił obywatelski projekt ustawy, który zakłada karę więzienia za edukację seksualną. Podpisało go ponad 263 tys. osób. – „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej” – twierdzi Mariusz Dzierżawski z Fundacji Pro – Prawo do Życia, inicjator projektu ustawy, która nosi tytuł „Stop Pedofili”.

Autorzy projektu chcą, aby karze do dwóch lat więzienia podlegały osoby, które „publicznie propagują lub pochwalają podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego”. Trzy lata odsiadki przewidują dla tych, którzy będą to robić „za pomocą środków masowego komunikowania oraz działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej”. W tym przypadku chodzi jednak już nie tylko o „obcowanie płciowe”, ale też „inną czynność seksualną”.

„Więzienie? A czemu nie stos? Powrót do przeszłości – świętej inkwizycji i ŚREDNIOWIECZNEGO CIEMNOGRODU, a kolejny krok, w szkole będą uczyć, że ziemia jest płaska i słońce krąży wokół ziemi, a dzieci przychodzą na świat niepokalanie poczęte”;

 „Krok po kroku wzory już nie z Rosji, ale z wyznaniowych Republik Islamskich i ze Średniowiecza. Kiedy nakaz noszenia długich spódnic i zakrywania ciała dla kobiet, bo sieją zgorszenie i prowokują mężczyzn?; – „Jprd… jak nie pogonimy tych kretynów na jesień to nie ma po co żyć… wszystko zniszczą, zmienią, skretynizują do swojego poziomu…”; – „Hej, uwaga!!! Państwo wyznaniowe tuż za rogiem. A dalej to już tylko ślepa uliczka i ciemnogród na horyzoncie” – komentowali internauci na Twitterze.

A zatem centrowa i lewicowa opozycja pójdzie na wybory podzielona. Platforma nie dogadała się z PSL i nie chciała sojuszu z lewicą, więc wyborcy mają trzy oferty: PO w kostiumie Koalicji Obywatelskiej, PSL w kostiumie Koalicji Polskiej oraz lewicę, która żadnego kostiumu założyć jeszcze nie zdążyła i plącze się po scenie na golasa.

Jak do tego doszło? A ściślej – komu zależało, żeby taki kształt przybrała opozycja, choć z sondaży i analiz wynikało, że nie jest to układ optymalny?

Zapomnijmy na chwilę o tym, co mówili i mówią politycy. A duże pytanie o opozycję podzielmy na zagadnienia mniejsze.

1. Czy eurowybory 26 maja dały nadzieję na odebranie władzy PiS?
Nic na to nie wskazuje. W najkorzystniejszych dla opozycji warunkach PiS wygrał o 7 pkt proc., uzyskując rekordowo wysokie poparcie, zarówno pod względem liczby głosów, jak i wyniku procentowego.

2. Czy istnienie Koalicji Europejskiej wzmocniło Platformę?
Nic na to nie wskazuje. KE zdobyła 22 mandaty, ale sama PO – ledwie 14. Reszta europosłów to reprezentanci SLD (5) albo PSL (3).

3. Czy kontynuacja sojuszu PO-PSL-SLD (ewentualnie z dodatkiem Wiosny) wzmocniłaby Grzegorza Schetynę?
Nic na to nie wskazuje. Obciążyłaby go (praktycznie przesądzona) porażka całej koalicji z PiS, a także osłabienie samej PO w ramach koalicji. Ćwiczenie z matematyki – jeśli w eurowyborach Platforma zdobyła 14 z 22 mandatów KE, to ilu miałaby posłów w Sejmie, gdyby wielka koalicja zdobyła 200 mandatów? 127. Dziś ma 155.

4. Czy Schetyna mógł spełnić warunek PSL i pójść na wybory z ludowcami, a bez SLD?
Mógł, skoro i tak z nimi nie idzie.

5. Czy Schetyna mógł dogadać się z PSL?
Wiele na to wskazuje. To jeden z najzręczniejszych negocjatorów w polskiej polityce.

6. Czy Schetyna korzysta z podziału opozycji na trzy bloki?
Raczej tak. W mediach dominują głosy, że winę za rozpad KE ponosi PSL, co zmniejsza presję wyniku na samym Schetynie. Brak koalicjantów pozwala Schetynie na dużą dowolność w układaniu list wyborczych. Przewodniczący PO nie ma jeszcze takiej władzy nad swą partią jak pewien prezes nad swoją, ale mechanizm jest podobny. Grupa antyschetynowców jest niewielka, pozbawiona lidera i wyrazistego konkurencyjnego pomysłu. Nawet jeśli PO przegra wybory, Schetyna może utrzymać władzę w partii.

Krótko mówiąc – sądzę, że los wielkiej koalicji został przesądzony już na przełomie maja i czerwca, bo jej kontynuacja nie przybliżyłaby końca PiS, lecz osłabiłaby Schetynę jako lidera opozycji. Reszta to tylko przydługa sztuka teatralna; PO zwalała winę na ludowców, ludowcy uwiarygadniali się jako samodzielny podmiot, lewica statystowała. Co zrobią widzowie, okaże się już niebawem.

Sprzątanie Polski po PiS wcale nie będzie łatwe, ani przyjemne. Z życia pasqud 19

14 Lip

„Zaczniemy od aktu odnowy demokracji; jednym zbiorem ustaw usuniemy cały śmietnik bezprawia, wszystko to, co niekonstytucyjne, co łamie wolność, co jest niepraworządne” – zapowiedział Grzegorz Schetyna. Lider PO przedstawił dziś 6 punktów programu Koalicji Obywatelskiej. – „Stawiamy na samorząd i decentralizację, referenda po zebraniu 1 mln zł podpisów będą obligatoryjne, głosować będzie można także przez internet” – stwierdził Schetyna.

Skupił się przede wszystkim na sytuacji w służbie zdrowia. – „Ludzie widzą, że służba zdrowia się sypie. Nasz projekt europejskiej ochrony zdrowia pozostaje w mocy. Termin oczekiwania do specjalisty nie będzie dłuższy niż 21 dni. Oczekiwanie na SOR nie może trwać dłużej niż 60 minut. Program walki z rakiem będzie według europejskich standardów. To jest nasza twarda obietnica – podkreślił Schetyna. PO chce przywrócić program in vitro i pełną dostępność badań prenatalnych. Przygotowany jest także specjalny pakiet dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Lider PO powiedział, że nauczyciele dostaną podwyżki, których domagali się podczas niedawnego strajku. Nie będzie jednak żadnej nowej reformy. – „Szkoła nie kojarzy się dziś z szóstkami, a koszmarnym bałaganem i tysiącami dzieci, które wpadły w pułapkę Zalewskiej. Nie będziemy do tego zamieszania dokładali nowej reformy, trzeba posprzątać i uspokoić sytuację” – stwierdził lider PO.

„Wzrost pensji Polaków będzie naszym oczkiem w głowie. Będziemy na to wpływać w pośredni sposób, choćby poprzez likwidację barier gospodarczych. Zniesiemy absurdalny zakaz handlu w niedziele. Stworzymy ramy, w których i pracodawca i pracownik będą zadowoleni. Polska znajdzie się w „dwudziestce” krajów najbardziej przyjaznych przedsiębiorczości na świecie. Będziemy wspierać rozwój firm” – mówił podczas Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej Schetyna. Ci, którzy zarabiają mniej niż 4,5 tys. zł brutto dostaną dodatkową premię, a dochód na rękę tych, którzy otrzymują płacę minimalną ma wzrosnąć o 600 zł.

Zapowiedział wprowadzenie związków partnerskich: – „Czas najwyższy, żeby każdy mógł mieć dostęp do informacji o najbliższej mu osobie, w szpitalu o stanie jej zdrowia i po niej dziedziczyć”. W programie PO przewidziano także szczegółowe rozwiązania dla osób starszych, w tym utrzymanie na stałe trzynastej emerytury. – „Zbudujemy centra rehabilitacji i domy pobytu. Program dla seniora dostępny będzie w całej Polsce – darmowe drobne prace domowe, taksówka do przychodni. Trzeba uwolnić tzw. więźniów czwartego piętra” – ogłosił lider PO.

W programie PO jest także mowa o ekologii. – „Jeśli nie dokonamy radykalnej zmiany, nasze dzieci nie zobaczą już świata, jaki znaliśmy. Zobowiązujemy się, że do 2030 r. wyeliminujemy węgiel w ogrzewaniu domów i mieszkań, do 2035 r. – w ogrzewaniu systemowym, a do 2040 r. – w energetyce” – stwierdził Schetyna. Zapowiedział wprowadzenie zakazu sprowadzania śmieci do Polski oraz ograniczenie zużycia plastiku.

Wielkich niespodzianek nie ma po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. jedynek PiS w nadchodzących wyborach parlamentarnych, może poza jedną, o czym za chwilę. Sam prezes oczywiście kandyduje z pierwszego miejsca w Warszawie, a jego „delfin”, czyli Mateusz Morawiecki został liderem katowickiej listy PiS.

Na ogłoszonej liście zabrakło nazwiska wicepremiera i przewodniczącego sojuszniczej z PiS partyjki Jarosława Gowina. – „Właśnie przed chwilą klapsa od Prezesa dostał imć Gowin. Za mało się cieszył, żeby dostać jedynkę na jakiejś liście” – skomentował jeden z internautów. Drugi szef partii sprzymierzonej z PiS Zbigniew Ziobro jest jedynką w Kielcach.

Tak na marginesie, prezes miał niejakie trudności z odczytywaniem listy 41 nazwisk. Kilkakrotnie się przejęzyczył. Obecnego ministra obrony narodowej przedstawił jako Mirosława Błaszczaka, a okręg mylił mu się z ojcem.

Pojawiły się pierwsze komentarze dziennikarzy. – „Ponad połowa jedynek na listach wyborczych PiS to drugi lub trzeci garnitur partyjnych działaczy, którzy nigdy wcześniej nie byli lokomotywami partii w okręgach. Odważne posunięcie w wyborach, w których stawka jest b. duża. Ale co zrobić, jak stara gwardia wysłana do Brukseli” – Andrzej Gajcy z onet.pl. – Wielkich zaskoczeń to „jedynki” PiS jednak nie przyniosły. Ciekawa decyzja o PMM na Śląsku. To nie jest okręg gdzie da się zbudować wielki komin poparcia” – Konrad Piasecki z TVN 24.

Legnica: Adam Lipiński
Wałbrzych: Michał Dworczyk
Wrocław: Mirosława Stachowiak-Różecka
Bydgoszcz: Tomasz Latos
Toruń: Jan Krzysztof Ardanowski
Lublin: Sylwester Tułajew
Chełm: Jacek Sasin
Zielona Góra: Marek Ast
Łódź: Piotr Gliński
Piotrków Trybunalskich: Antoni Macierewicz
Sieradz: Joanna Lichocka
Chrzanów: Rafał Bochenek
Kraków: Małgorzata Wasserman
Nowy Sącz: Arkadiusz Mularczyk
Tarnów: Anna Pieczarka
Płock: Łukasz Szumowski
Radom: Marek Suski
Siedlce: Krzysztof Tchórzewski
Warszawa: Jarosław Kaczyński
Warszawa II: Mariusz Błaszczak
Opole: Violetta Porowska
Krosno: Marek Kuchciński
Rzeszów: Krzysztof Sobolewski
Białystok: Dariusz Piontkowski
Gdańsk: Jarosław Sellin
Gdynia: Marcin Horała
Bielsko-Biała: Stanisław Szwed
Częstochowa: Szymon Giżyński
Gliwice: Bożena Borys-Szopa
Rybnik: Bolesław Piecha
Katowice: Mateusz Morawiecki
Sosnowiec: Ewa Michalik
Kielce: Zbigniew Ziobro
Elbląg: Leonard Krasulski
Olsztyn: Wojciech Maksymowicz
Kalisz: Jan Dziedziczak
Konin: Zbigniew Hofman
Piła: Krzysztof Czarnecki
Poznań: Jadwiga Emilewicz
Koszalin: Paweł Szefernaker
Szczecin: Marek Gróbarczyk

Dorota Brejza, żona posła PO i szefa sztabu wyborczego partii, w wywiadzie dla „Dużego Formatu” opowiedziała, jak wygląda życie jednego z bardziej atakowanych przez partię rządzącą polityków. – „Chcą go zniszczyć, osłabić, tak długo na niego pluć, aż odpuści. Propaganda w mediach publicznych ma ogromną siłę rażenia – wiemy, jak skończyło się to dla Pawła Adamowicza. Przed wyborami samorządowymi ordynarnie atakowano mojego teścia, prezydenta Inowrocławia. Bez skutku, teść został wybrany na kolejną kadencję w pierwszej turze. Żyjemy ze świadomością, jaką pewnie miało wielu ludzi walczących z władzą w PRL – propaganda nas nie oszczędzi, ale musimy robić swoje”.

„Nie wiem, czy on jeszcze ma co sobie wypruwać przy jego trybie pracy. Gra toczy się o ogromną stawkę, przyszłość Polski, o jej demokratyczną albo autorytarną wizję. Po kampanii każdy powinien mieć czyste sumienie, że zrobił wszystko, by odsunąć PiS od władzy” – podkreśliła Dorota Brejza. Powiedziała, że najbardziej obawia się, że w Polsce powtórzy się „scenariusz węgierski”: – „To oczywiste, że PiS zamierza kontynuować antypaństwową politykę, a po wyborach zawłaszczyć media i do końca opanować sądy. Trudno konkurować z rozdawnictwem pieniędzy, ale musimy mieć na to odpowiedź i umieć ją przedstawić. Pokazać, że PiS kompletnie nie potrafi rządzić, bo nie potrafi. Transfery socjalne to nie jest rządzenie. Który problem cywilizacyjny udało się rządowi PiS rozwiązać? Edukacja – leży, proszę spojrzeć, co się dzieje w sprawie rekrutacji. Służba zdrowia – leży, po leki ludzie jeżdżą 100 km, bo w aptekach brakuje pół tysiąca preparatów. Budownictwo mieszkaniowe – zna któryś jednego lokatora okrzyczanego sukcesem „Mieszkania plus”? Miało być 100 tys. mieszkań, a jest raptem kilka tysięcy, nawet nie 10 proc. planu wykonali. I mogłabym wymieniać dalej – zero kilometrów autostrad, zero pomysłów na innowacje, zero planu dla młodych, zero za walkę z ociepleniem klimatu”.

Dorota Brejza, która prowadzi własną kancelarię adwokacką, nie ukrywa, że wspiera męża. – „Mąż przygląda się temu, co robi PiS, i prześwietla tematy, które budzą jego wątpliwości. Wspólnie zastanawiamy się, jak najlepiej coś ująć. Omawiamy zagadnienia prawnicze”. Jednym z przykładów takiej współpracy była pisowska ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. – „PiS próbował po cichu, w swoim stylu, ją zmienić. Skutkiem byłoby drastyczne pogorszenie się sytuacji prawnej ofiar. Pojawił się chory pomysł, żeby Niebieska Karta była prowadzona tylko za zgodą osoby dotkniętej przemocą. To oczywiste, że kobieta, zwykle ofiara przemocy, odmówi zgody na wszczęcie procedury ze strachu przed katem, z którym mieszka. Za projektem stali adwokaci Ordo Iuris, dla nich skrajnie konserwatywna, patriarchalna wizja świata i integralność rodziny jest wartością ważniejszą niż godność człowieka i wzajemny szacunek. zmienić ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. (…) Krzyś napisał interwencję, ujawnił skandal na Twitterze. Problem dostrzegli inni politycy, dziennikarze, internauci. Rząd wycofał się ze zmian” – opowiada Dorota Brejza.

Przypomniała też jedną z najgłośniejszych afer w PiS, czyli sprawę premii przyznanych sobie i członkom rządu przez ówczesną premier Beatę Szydło – „To nie były żadne nagrody, bo nagroda jest za coś, tylko mechanizm wypłacania drugich, niesłusznych pensji. Największa do tej pory afera rządu PiS. W lutym ub.r. z KPRM przyszła odpowiedź na pytanie Krzysia o wysokość premii. Powiedziałam mężowi: „Zobacz, stworzyli sobie system drugich wypłat”. Krzysiu w debacie publicznej zaczął używać tego określenia. Zwróciłam też uwagę, że zwroty tych nienależnych pensji nie powinny być kierowane do Caritasu, ale do skarbu państwa. Pisowscy politycy niech uprawiają filantropię z własnej kieszeni, a nie z publicznych pieniędzy” – stwierdziła prawniczka.

Klęska PiS musi być totalna. Z życia paskud 18

13 Lip

Zanim poczołgamy się wszyscy na kolanach Krakowskim Przedmieściem w przebłagalnej procesji za to, że kiedykolwiek przyśniło nam się w Polsce nowoczesne społeczeństwo i praworządne państwo, że kiedykolwiek zamarzyliśmy o gospodarce rynkowej, emancypacji, twardym i nieodwracalnym zakotwiczeniu Polski w centrum liberalnego Zachodu, zanim zaczniemy za to wszystko przepraszać zastanówmy się na moment nad tym, gdzie Platforma Obywatelska, Koalicja Obywatelska, Koalicja Europejska wygrały, a Jarosław Kaczyński przegrał politycznie i kulturowo. I jak tę jego klęskę na zawsze utrwalić.

Cały koszmarny i skrofuliczny sojusz tronu Jarosława Kaczyńskiego z ołtarzem Tadeusza Rydzyka przegrał w polskich miastach. I to polskie miasta trzeba będzie przed Kaczyńskim i Rydzykiem obronić, aby prędzej czy później odzyskać całą Polskę.

W wyborach samorządowych do roku 2014 włącznie (czyli także wówczas, kiedy rządziły koalicje SLD-PSL czy PO-PSL) wielu kandydatów PiS dostawało się do drugiej tury nawet w największych polskich metropoliach, takich jak Warszawa, Wrocław czy Kraków. Tymczasem w 2018 roku – po trzech latach rządów PiS używających wszystkich możliwych metod karania, zastraszania, korupcji i propagandy – poparcie dla autorytarnej prawicy w miastach zmalało, a kandydaci PiS zostali znokautowani już w pierwszej turze. Właśnie

TEN WYBÓR POLSKICH MIAST POKAZUJE, ŻE MODERNIZACJI W POLSCE NIE DA SIĘ ZATRZYMAĆ, A DEMOKRACJI ZNISZCZYĆ.

W dodatku Polska nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, wręcz przeciwnie – potwierdza globalną regułę. Od Hongkongu po Stambuł, od Teheranu po Warszawę, od Caracas po Poznań, Trójmiasto czy Łódź – w każdym państwie i regionie świata, bez względu na dominującą religię, ustrój, a nawet etap społeczno-cywilizacyjnego rozwoju, to mieszkańcy metropolii i miast przeciwstawiają się autorytaryzmowi. Wszędzie są też podobnie znienawidzeni przez autorytarną władzę i jej ideologów. Epitet „lemingi”, który pod adresem liberalnych mieszczan wypromowała polska prawica, ma bowiem swoje bardzo dokładne odpowiedniki w antymieszczańskiej propagandzie Erdogana, Maduro czy ajatollahów.

Nowoczesność narodziła się w miastach

Dlaczego liberalne miasta buntują się pierwsze i dają się spacyfikować ostatnie – prawicowemu czy lewicowemu autorytaryzmowi? Otóż liberalna nowoczesność narodziła się w miastach. Przesądziły o tym związane z nimi nierozerwalnie awans społeczny, mobilność, własność, naturalne „wykorzenienie” (ucieczka z domu, zerwanie lub głębokie przenegocjowanie dawnej wiejskiej tradycji i tożsamości). Do tego dochodziły ponadnarodowe kontakty i naturalna międzykulturowość wielkich metropolii, będących często miastami portowymi.

To w miastach wybuchały wszystkie rewolucje, które zniszczyły feudalny porządek. W Londynie rozpoczęła się rewolucja Cromwella, w Paryżu rewolucja 1789 roku, a w Petersburgu rewolucja lutowa 1917 roku, parę miesięcy później spacyfikowana przez bolszewicki pucz.

DLACZEGO ZATEM NIE TYLKO NAJBARDZIEJ AUTORYTARNA PRAWICA, ALE RÓWNIEŻ ANTYLIBERALNA, TOTALITARNA LEWICA NIENAWIDZI MIAST? OTÓŻ REWOLUCJE, KTÓRE ROZPOCZYNAŁY SIĘ W MIASTACH, BYŁY REWOLUCJAMI MIESZCZAŃSKIMI, A NIE KOMUNISTYCZNYMI.

Wybuchały w imię awansu społecznego, wyzwolenia skrępowanych feudalnymi więzami ambicji „trzeciego, mieszczańskiego stanu”, a nie w imię „równości żołądków”.

Ideolodzy totalitarnej lewicy i prawicy nienawidzą miast, bo miasta i mieszczaństwo niszczą wszystkie ich założycielskie mity. W zderzeniu z bogactwem, rozwojem i wolnością miast nie ostaje się ani prawicowy mit idealnego feudalnego współżycia arystokracji i szlachty z ludem (nie mogło być „społecznej harmonii” tyłka i bata), ani lewicowy (dziś podzielany także przez radykalnych ekologów) mit wsi jako miejsca „komunizmu pierwotnego”, gdzie nie istniał „wyzysk człowieka przez człowieka”, a gospodarka nie zagrażała środowisku, bo była „reprodukcyjna, a nie eksploatacyjna”.

W dodatku zawsze okazywało się, że wieś nie jest wroga miastu, ale mu raczej zazdrości. Najbardziej ambitna młodzież wiejska masowo uciekała do miast w poszukiwaniu awansu, kariery, wolności. A później urabiała swoich rówieśników, a czasami nawet rodziców. W ten sposób

WIELKIE LIBERALNE METROPOLIE POTRAFIŁY ZMIENIAĆ TOŻSAMOŚĆ CAŁYCH OTACZAJĄCYCH JE REGIONÓW.

Także dziś miasta spędzają sen z oczu wszystkim antyliberalnym tyranom. Kilka dekad po zwycięstwie islamistów w Iranie Teheran oraz Isfahan stały się widownią najbardziej masowych wystąpień przeciwko władzy ajatollahów. W czasie krwawo stłumionych zamieszek z 2009 i 2018 roku żądania poprawy warunków życia mieszały się z żądaniami przywrócenia podstawowych obywatelskich i obyczajowych swobód. Także w Turcji po blisko dwóch dekadach niezagrożonej władzy Erdogana twierdzami opozycji pozostają największe i najbardziej zokcydentalizowane metropolie Turcji – Ankara, Stambuł i Izmir. Nawet w Wenezueli pierwszym liderem antychavezowskiej opozycji stał się Antonio Jose Ledezma Diaz, wybrany w 2008 roku na burmistrza Caracas, co było pierwszym zwycięstwem wenezuelskich demokratów nad populistyczną dyktaturą. Później został on aresztowany i zmuszony do opuszczenia kraju, jednak to miasta pozostają twierdzami oporu wenezuelskiej opozycji.

Polscy łowcy „lemingów”

Polska ma swoją własną odsłonę autorytarnej antymieszczańskiej rewolty. Politycznie zarządza nią lokalna odmiana sojuszu tronu z ołtarzem, czyli Jarosław Kaczyński i Tadeusz Rydzyk, którzy od kilku lat próbują pacyfikować polskie miasta jako „stolice liberalnego grzechu”. Jednak język i hasła tej antymieszczańskiej rewolty przygotowali prawicowi publicyści.

Krótko po katastrofie smoleńskiej w prawicowym Internecie pojawiło się pogardliwe określenie liberalnych mieszczan jako „lemingów”. W 2012 roku Piotr Zaremba zdefiniował „lemingi” jako „bezrefleksyjnych przeżuwaczy medialnych mądrości”, a Robert Mazurek opublikował „Alfabet leminga”, w którym posługując się jeszcze prostszymi epitetami przedstawiał polskich mieszczan jako warstwę społeczną całkowicie wyzutą z tradycji i tożsamości. Obu publicystom chodziło oczywiście o to, że większość polskiego mieszczaństwa nie załapała się ani na nacjonalizm, ani na upolityczniony katolicyzm, ani na posmoleńską martyrologię prawicy – skupioną wcale nie na cierpieniu bliskich ofiar, ale na budowaniu politycznego mitu, który Jarosławowi Kaczyńskiemu miał zapewnić władzę, a jego politycznym żołnierzom pieniądze i stanowiska.

W tym samym czasie Jarosław Marek Rymkiewicz przeciwstawiał współczesnej Warszawie – jako miastu zamieszanemu przez „słoiki”, „lemingi”, „ludzi bez tożsamości” – „prawdziwą Warszawę”, miasto cieni zmasakrowane w Powstaniu.

AUTORYTARNY KULT ŚMIERCI STAŁ SIĘ KOLEJNYM NARZĘDZIEM MAJĄCYM UPOKORZYĆ ŻYJĄCE LIBERALNE MIESZCZAŃSTWO.

To było oczywiste kłamstwo, bowiem zarówno „starzy warszawiacy”, jak też warszawskie „słoiki” chodziły na Powązki w rocznicę wybuchu Postania Warszawskiego. Jednocześnie jednak „Marsze Niepodległości” organizowane przez narodowców czy „miesięcznice smoleńskie” organizowane przez PiS nie stały się nigdy świętami starego ani nowego warszawskiego mieszczaństwa. Bardziej odnajdywało się ono w ekumenicznych uroczystościach organizowanych 11 listopada przez Bronisława Komorowskiego, czyli w gromadzących dziesiątki tysięcy warszawiaków spacerach pomiędzy pomnikami Daszyńskiego, Piłsudskiego, Witosa, Dmowskiego.

Skoro nie podziałał ideowy szantaż, polityczni liderzy prawicy postanowili złamać polskich mieszczan i miasta w sposób bardziej praktyczny. Po zdobyciu władzy przez PiS w 2015 roku do urzędów miejskich największych polskich metropolii ruszyli agenci CBA i prokuratorzy. Pod hasłami „audytu” i „ścigania gigantycznych nadużyć” na ponad dwa lata sparaliżowano miejskie inwestycje, zablokowano wykorzystanie środków unijnych przeznaczonych na rozwój polskich miast. Jednocześnie ustawy uchwalane przez PiS przesuwały na władze miast kolejne obowiązki w zakresie edukacji, ochrony zdrowia, walki ze smogiem, a nawet gospodarki odpadami i recyklingu śmieci. Jednocześnie nie przyznając na ich realizację nowych funduszy, a nawet ograniczając dotychczasowe źródła finansowania.

MA TO DOPROWADZIĆ POLSKIE MIASTA DO BANKRUCTWA, POKAZAĆ, ŻE WŁADZE „WYBRANE PRZEZ LEMINGI” NIE RADZĄ SOBIE I MUSZĄ BYĆ ZASTĄPIONE PRZEZ PISOWSKICH KOMISARZY.

Podobny sens ma próba przejęcie przez rząd Mateusza Morawieckiego kontroli nad wszystkimi unijnymi środkami, także tymi adresowanymi do metropolii i miast. Doprowadziło to do zablokowania ośmiu miliardów euro przeznaczonych w obecnym budżecie UE na walkę ze smogiem.

Miasta nie obronią się same

Miasta nie obronią się same, z tego punktu wiedzenia dzisiejszy przedwyborczy sojusz samorządowców i prezydentów największych polskich metropolii z partyjną opozycją wydaje się czymś naturalnym. Platforma Obywatelska musi bronić miast i ma ku temu bardzo ważne narzędzie, którym jest pozycja tej partii i wysłanych przez nią do Brukseli reprezentantów w różnych instytucjach Unii Europejskiej – w najsilniejszej w Europie politycznej frakcji chadeckiej, w Parlamencie Europejskim, wśród ludzi broniących demokracji i praworządności w Komisji Europejskiej czy Radzie Europejskiej.

JUŻ TYLKO SPÓR O PIENIĄDZE NA WALKĘ ZE SMOGIEM POKAZAŁ, ŻE BRUKSELA NIE POZWOLI RZĄDOWI PIS PRZECHWYCIĆ WSZYSTKICH UNIJNYCH ŚRODKÓW, ŻEBY TUCZYŁ SIĘ NA NICH TADEUSZ RYDZYK I DZIAŁACZE PARTYJNI RÓŻNYCH NURTÓW „ZJEDNOCZONEJ PRAWICY”.

Aby jednak Polska nie traciła unijnych środków w sposób nieodwracalny, trzeba rozpocząć konsekwentną kampanią na rzecz przekazania choćby części pieniędzy traconych przez PiS-wski rząd bezpośrednio do budżetów polskich samorządów i miast. To nie jest walka łatwa i prosta, choćby dlatego, że Czechy, Słowacja, Grecja, Włochy… już zgłosiły się po unijne pieniądze, które rząd PiS uznał za niepotrzebne. Jednak politycy tacy jak Róża Thun, Jan Olbrycht, Danuta Huebner, Janusz Lewandowski, Radosław Sikorski są do takiej walki przygotowani i powinni ją rozpocząć już dzisiaj. Mają rozpoznawalność, kontakty, kompetencje.

PIS BĘDZIE DALEJ ZARZYNAŁ POLSKIE SAMORZĄDY I MIASTA, WYNIKA TO Z JEDYNEJ ZAUWAŻALNEJ DOKTRYNY KACZYŃSKIEGO, KTÓRA JEST DOKTRYNĄ ABSOLUTNEJ CENTRALIZACJI WŁADZY.

Ale jeśli walka o unijne pieniądze dla samorządów i miast zostanie choć w części przez polityków PO w Brukseli wygrana, jeśli przez to polskie miasta nie zbankrutują, wówczas Kaczyński połamie sobie zęby na Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku. A połamawszy sobie zęby na polskich miastach, PiS prędzej czy później straci władzę w całej Polsce.

„Człowiek wolności” z Żoliborza wyraził ochotę premierowania Polsce. Popuścił przy okazji jakiegoś wywiadu. Nie wytrzymał.

Zniszczył polskie państwo prawa, a teraz chce stanąć na zgliszczach demokracji i stworzyć wieczną dyktaturę w stylu Orbana. Co za przekleństwo dla Polski.

Prezes może sobie pozwolić na taki nonchalant. Teren został odpowiednio zabezpieczony. Opozycja jest częściowo sparaliżowana. Sędziów się dyscyplinuje. Trochę protestują, ale zaraz zmiękną. Trzeba tylko powtarzać, że to „mafia”. Lud to kupi, bo „mafia” działa na wyobraźnię. Schetyna miota się i nie ma spójnego programu wyborczego. Media za chwilę się przykróci. Teraz więc jest czas na Kaczyńskiego.

Jeszcze kolano pociągnie kilka lat. Zresztą, nie będzie dużo chodził. Teraz, kurwa, ja. Nawet nie jako premier, ale jako król i zbawca. Ludzie będą mu dziękować, dzieci rzucać kwiaty. Wszyscy będą płakać ze szczęścia. Może dojdzie do koronacji? On tylko powie, że się poświęcił dla Polski. Nie chciał, bo jest raczej skromny, ale to było wezwanie od ojczyzny. Musiał więc na nie odpowiedzieć. Tak, tak – pokiwa smutno głową. Wawel ma murowany, zaraz obok Leszka.

Wcześniej unikał odpowiedzialności. Ale teraz jest mniejsze ryzyko. Są poprzednicy, na których można to i owo zwalić. Konflikt z Unią, przykładowo. Jeżeli zacznie eskalować, to on – „człowiek wolności”, jest nowy. Owszem, słyszał coś o tym, że zarzucają nam łamanie praworządności, ale on w tym w ogóle nie brał udziału. Był zwykłym posłem. Oglądał rodeo w telewizji i głaskał kota.

Teraz czuje się znacznie pewniej. Poparcie jest stałe. Opowieść o zamachu w Smoleńsku została podmieniona na zagrożenie homoseksualistami. I to poszło. Lud jest wzburzony, ale posłuszny. Jeżeli trzeba, to się go nakarmi jakąś opowieścią o pedofilach z LGBTQ, którzy gwałcą 3 -letnie dzieci. „To może być twoje dziecko!” Kurski pokaże takie hasło kilka razy u siebie. Lud jest czuły na takie opowieści. Jak łatwo być premierem w Polsce!

Premier 1000-lecia, człowiek wolności oraz największy strateg i myśliciel! Ach! Ach! Ach! Oczywiście tylko wtedy, jeżeli PIS wygra jesienią wybory. Morawiecki zostaje. Będzie listkiem figowym, czy raczej krawatem i białą koszulą na zewnątrz Polski. Taki bufor. Jak coś, to będzie świecił za niego. Niech on użera się z Unią i różnymi komisjami. I z tą Niemką, co ją wybrali. Niech rozmawia z kim chce. Tymczasem prezes zajmie się Polską – swoim królestwem. Po co mu „Srebrna”? Tutaj jest wszystko. Tylko brać.

Jego kot aż parsknął z uciechy.

Spółki Skarbu Państwa od zawsze były uważane przez polityków za łatwy łup, aby ustawić swoich ludzi, którzy wzbogacali się na wysokopłatnych stanowiskach i często bardzo wysokich odprawach. Skala i koszty tego zjawiska urosły jednak za rządów Prawa i Sprawiedliwości do nieznanych wcześniej rozmiarów. Stało się tak wbrew deklaracjom rządzących o walce z układami, ponieważ jak wynika z raportu NIK, ten ma się w najlepsze. Kontrolerzy wykazali bowiem, że od czasu objęcia rządów przez PiS koszty odpraw i odszkodowań m.in. za zakaz konkurencji dla odchodzących managerów osiągnęły rekordowe rozmiary. Dla przykładu w badanych spółkach w latach 2011-17 same tylko odprawy dla odwołanych członków kadry kierowniczej kosztowały niemal 73 mln zł. Ponad jedna trzecia omawianych kosztów to rok 2016 – ponad 25 mln zł. Drugi w kolejności był rok 2015 – ponad 15 mln zł i rok 2017 – kolejne 9,27 mln zł. W sumie omawiane trzy roczniki to ponad 50 z 73 mln zł odpraw, w wyniku czego PiS odpowiada za 69,5 proc. wypłaconych świadczeń.

Równocześnie odszkodowania z tytułu zakazu konkurencji osiągnęły za rządów PiS także nieznane w historii rozmiary. Przez cały badany okres takie świadczenia dostało 547 osób, a łączna ich suma wyniosła ponad 147 mln. Najwięcej z tej kwoty również wypłacono już po przejęciu władzy przez PiS – 67% całej sumy.

Kluczem do zrozumienia opisanej sytuacji jest “układ”, jaki PiS zaczęło po przejęciu rządów budować w spółkach. Rządzący potrzebowali pozbyć się dotychczasowych kadr, nie bacząc na ich kompetencje czy warunki umów. Stąd zdecydowano się na ekonomicznie niekorzystne dla państwowych firm decyzje, aby “kupić” sobie natychmiastowe odejście niechcianych ludzi. W raporcie bowiem NIK “uznała za niegospodarną praktykę polegającą na zawieraniu porozumień z członkami kadry kierowniczej, w ramach których, w zamian za zgodę na natychmiastowe odejście z pracy wypłacano im wyższe odprawy i odszkodowania, a także ekwiwalenty z tytułu niewykorzystanych urlopów – przy równoczesnym zwolnieniu z obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia.”NIK wskazał przy tym, że częstą praktyką było kierowanie niechcianych ludzi na wysoko płatne urlopy, marnując posiadane przez nich kwalifikacje:

“Takie wielomiesięczne urlopy osób wykształconych, z dużym doświadczeniem zawodowym (zwłaszcza menedżerskim) jest także niekorzystne z punktu widzenia rozwoju gospodarki narodowej.”

Widać zatem wyraźnie, że dobro publiczne nie stało wówczas dla PiS na pierwszym miejscu.

Kontrolerzy obnażyli także skalę karuzeli stanowisk. W jednej z dużych Spółek Skarbu państwa wykazano bowiem, że “Spośród 88 dyrektorów, zwolniono 72. Wśród nich 41 osób zajmowało swoje stanowiska krócej niż dwa lata, 12 osób mniej niż rok. NIK uznała taką politykę kadrową za niewłaściwą, ponieważ zbyt częste zmiany na stanowiskach kierowniczych nie mogą pozytywnie wpływać na jakość zarządzania”.

Opisany dokument jest doskonałym studium o tym, jak rządzący zbudowali swój, obecnie bardzo potężny, układ w spółkach Skarbu Państwa. Kolejne doniesienia o “Misiewiczach”, wojnach partyjnych frakcji o spółki, czy “dobrowolne” wpłaty osób pełniących funkcje kierownicze w państwach gigantach na partyjne fundusze wyborcze pokazują, że majątek publiczny stał się jednym z filarów obecnej władzy. Jest to potężne zaplecze, które daje władzy olbrzymie możliwości, co pokazała choćby Polska Fundacja Narodowa. Jednak im dalej idą tego typu praktyki, tym większa jest hipokryzja władzy wobec jej własnych wyborców, a równocześnie rosną szkody gospodarcze wynikające z nieodpowiedzialności zarządzania opartego nie na ekonomicznych, ale politycznych przesłankach.

W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, z miasta i ze wsi. Ale nie ma miejsca na politykę transakcyjną. Jeśli dla kogoś różnica między Koalicją a PiS jest tylko w tym, ile gdzie można dostać stołków – droga wolna – mówił przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna, otwierając Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej. Przez dwa dni eksperci razem z politykami Koalicji mają rozmawiać o programie wyborczym na jesienne wybory parlamentarne.

Rozmowy o programie

Przez dwa dni w trakcie  Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej odbywać się będą dyskusje dotyczące najbardziej istotnych kwestii, m.in. edukacji, polityki społecznej, służby zdrowia, gospodarki i praworządności. Na Forum nie zabraknie też takich tematów jak opieka nad seniorami, sprawy kobiet i młodzieży, cyfryzacja, sport czy budownictwo.

Rozmowy odbywają się na 50 panelach w Pałacu Kultury i Nauki, biorą w nich udział nie tylko politycy opozycji, ale też przedstawiciele nauki, organizacji pozarządowych, publicyści, samorządowcy. Przed Pałacem stanął specjalny namiot społeczny.

Schetyna: W KO jest miejsce dla wszystkich

– Czas partyjnych gier już minął. Prawda musi pokonać bezprawie, miłość pokona nienawiść, a rozsądek pokona agresję – zaczął Grzegorz Schetyna. – W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, ludzi z miasta i wsi! Ale nie zgodzę się na wprowadzanie do koalicji polityki transakcyjnej. Jeśli ktoś rozumuje jedynie na zasadzie: kto da więcej, to do nas nie pasuje – podkreślał.

Schetyna przekonywał, że celem Koalicji Obywatelskiej jest godzenie Polaków i tworzenie prawdziwej wspólnoty: – Polski nie można sobie wyszarpywać – trzeba ją wspólnie budować, razem urządzać i zgodnie w niej żyć. To jest cel Koalicji Obywatelskiej!

Przekonywał, że opozycja po wygranych wyborach wróci do polityki opartej na konsensusie. – Proponujemy zupełnie inną politykę. Musi być ona oparta na stałym dialogu i szczerości. To nas musi odróżniać od obecnej, dzisiejszej władzy. Nawet jeśli ma to oznaczać przyznanie się do błędu – podkreślił.

500 Plus zostanie

Zdaniem lidera PO obecny rząd zapomina o pracujących i płacących podatki Polkach i Polakach, dla których KO będzie miała ofertę. Jednocześnie podkreślił, że programy socjalne, jak 500 Plus czy obniżenie wieku emerytalnego, nie zostaną zabrane.

– Jeśli pada pytanie o wiek emerytalny, o słynne 67 lat, to przyznajemy: to był błąd, można to było przeprowadzić na zasadzie dobrowolności i zachęt, a nie przymusu – powiedział Grzegorz Schetyna.

Służba zdrowia i edukacja wymagają natychmiastowej naprawy

Grzegorz Schetyna podkreślał też w swoim wystąpieniu obecną sytuację w szkołach. Ze względu na kumulację rocznika przy rekrutacji do liceum, spowodowaną reformą edukacji PiS-u, w szkołach trwa chaos, a wielu uczniów nie dostało się do wymarzonych szkół, często nawet mając świadectwo z czerwonym paskiem.

– Czy to nie chore, że tysiące zdolnych uczniów nie dostało się w tym roku do liceum? Przedstawicielka władzy odpowiedzialnej za bałagan śmiała im nawet powiedzieć, że “marzenia nie zawsze się spełniają” – mówił lider PO.

– W Polsce zaczyna brakować lekarstw. Smog przekracza dopuszczalne granice. Ludzie chorują, zdrowy rozwój dzieci jest zagrożony. A co robi ta władza? Sprowadza bez opamiętania rosyjski węgiel i tony śmieci! – mówił Grzegorz Schetyna.

Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej ma być ostatnim etapem tworzenia programu wyborczego. Wcześniej w ramach akcji #POrozmawiajmy politycy opozycji jeździli po kraju, aby poznać opinię ludzi.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że w sobotę Koalicja Obywatelska przedstawi główne kierunki nowego programu wyborczego.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele.

Niestety, nie mogę powtórzyć za Marylą Rodowicz, że „ja to mam szczęście/Że w tym momencie/Żyć mi przyszło/ W kraju nad Wisłą/ Ja to mam szczęście”. To nie szczęście, tylko najzwyczajniejszy pech. Najpierw zaliczyłam PRL, a teraz los obdarował mnie rządami partii, która poza populizmem, dyletanctwem, manipulacją i arogancją, niczego dobrego w rozwój mojej Polski nie wnosi.

A jeszcze niedawno, trzydzieści lat temu, wydawało się, że najgorsze mamy z głowy. Wreszcie wolność odmieniana na wszelkie możliwe sposoby. Wreszcie świat stanął otworem, przestała nas dusić ta szarość i marazm, a prawa człowieka wreszcie zaczęły coś znaczyć. Fakt, demokracja w pampersach wciąż raczkowała, popełniono wiele błędów, było sporo wykluczonych społecznych, korupcja i nepotyzm miały się nieźle, jednak…  nic i nikt nie przeskoczył tego, czym od 4 lat katuje nas PiS. Ani się człowiek obejrzał, a już wrócił PRL w swojej najgorszej postaci, przekroczono granicę, za którą już tylko bylejakość, totalna samowolka i zupełnie niezrozumiałe przez normalnie myślących działania, niszczące nas jako naród i Państwo.

W pisowskiej Polsce prawo przestało być prawem. Łamanie Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy, sposób procedowania i wprowadzania ustaw, dzielenie Polaków na tych, co to prawo ich chroni i tych, którym dowala, przekracza wszelkie normy obywatelskiego rozumienia. Mówiąc krótko, to jeden wielki chaos i wręcz anarchia, zafundowana nam w imię… no właśnie, w imię czego? Leczenia własnych kompleksów i niedowartościowania, żądzy władzy ponad wszystko, rozdmuchanego ego?

Taka jest właśnie ta „władza ludu”, co usiłuje nam prezes wbić do głów i przekonać, że o niczym innym nie marzyliśmy. I tenże właśnie „lud”, czyli politycy PiS i zjednoczone z nimi partyjki Ziobry i Gowina, karmią takimi głodnymi kawałkami, przekonani, że dajemy się na to nabrać i jak bezwolne owieczki pójdziemy za guru Kaczyńskim nawet na samo dno.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele. Przeinacza się to prawo, wprowadza jakieś debilne poprawki, manipuluje nim na wszystkie strony, a wszystko to w jednym celu – by pod płaszczykiem reformy prawa, walki z sędziami komunistami, usuwać tych, którzy nie chcą iść na smyczy, zarzucać sądy sprawami wrednej opozycji, co to śmiała zablokować marsz polskich faszystów, powiedziała coś nie tak, ośmieszyła wybrańca narodu i żądać przykładnego ukarania.

Zupełnie inne prawo stosowane jest do „swoich”. Nikt nie odważy się przesłuchać prezesa Kaczyńskiego w sprawie łapówki, dwóch wież i Srebrnej. Nikt nie odważy się zanegować decyzji Dudy, który przed uprawomocnieniem wyroku, objął amnestią swego kumpla Mariusza Kamińskiego. Pan Chrzanowski, zamieszany w aferę korupcyjną w KNF spokojnie bryluje na wolności. Nikt nic nie mówi o aferze we wrocławskim oddziale PCK, które wspomagało kampanię kolesi prezesa, „święte krowy” z PiS-u nie płacą mandatów i wiadomo, że nikt im nie podskoczy. Zgodne z pisowskim rozumieniem prawa jest skazanie Arabskiego za złą organizację lotu prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska, ale nikt nie ruszy Sasina, który z ramienia kancelarii prezydenckiej ten lot przygotowywał od A – Z i o tym wiedzą wszyscy. Jego już prawo nie obowiązuje. Sędzia Izby Cywilnej SN, kumpel Ziobry, Zaradkiewicz wydaje zakaz wykonywania czynności kierowniczych prezesowi tejże izby w SN. A co, wolno mu przecież…

Prokuratorzy stają na uszach, by bronić naziolków, sądy np. w Białymstoku umarzają sprawy agresji i rozpowszechniania postaw niezgodnych z prawem. Nazywają marsze narodowców niewinną zabawą chłopców i dziewczynek, czczenie urodzin Hitlera prywatną imprezką, rzucanie racami i obraźliwe okrzyki prowokacją ze strony opozycji. Wieszanie na szubienicach zdjęć europosłów z PiS to dla nich żaden powód do wszczęcia postępowania karnego, a tylko niewinny wybryk. Atak osiłków na mizernej postury działacza KOD to tylko przepychanka i to ów koder ponosi winę, bo się na nich rzucił. Za to władza udaje ślepą i głuchą, gdy atakowani są politycy partii opozycyjnych, najczęściej zasłaniając się „niewykryciem sprawców” jak w przypadku oblania wolontariuszy Róży Thun fekaliami.

Przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć, ale jedno jest pewne. Dzisiaj obowiązuje tylko to prawo, które wyznacza partia rządząca, więc drżyj narodzie, bo nie znasz dnia ani godziny, gdy wejdą do ciebie o świcie i zaskoczony dowiesz się, że jesteś przestępcą.

Zagłada Polski. To rzeczywisty program PiS

22 Czer

13-letnia Inga Zasowska zwraca uwagę polityków na fatalny wpływ ich polityki na klimat. Mimo że kilka dni temu zakończyła rok szkolny to, zamiast oddawać się beztrosce wakacji, zdecydowała udać się przed Sejm, aby zaprotestować.

Polska zablokowała europejską neutralność klimatyczną. – Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza – komentuje Andrzej Halicki, europoseł PO. Poza tym KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem są wydawane nieefektywnie i stawia ultimatum. Polska może stracić część unijnych pieniędzy.

Idea została zablokowana przez rządy Polski, Węgier, Czech i Estonii. Dlaczego? Oficjalnym powodem jest brak doprecyzowania, jak ma wyglądać droga do neutralności klimatycznej.

Unia Europejska chciała określić konkretne ramy, które pozwoliłyby osiągnąć w 2050 r. neutralność klimatyczną. Ów termin nabrał mocy pod koniec ubiegłego roku, kiedy stało się jasne, że UE chce szybciej wdrażać w życie postanowienia Porozumień Paryskich. Zwłaszcza po tym, jak wycofał się z nich prezydent USA Donald Trump.

Oczywiste jest, że taka strategia uderzy w gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla. Ta nad Wisłą oparta jest na czarnym złocie w ok. 77 proc.

„Premier Morawiecki broni interesów Polski ws. polityki klimatycznej. Cel: uczciwe rozłożenie kosztów ochrony klimatu z uwzględnieniem specyfiki krajów. Cele klimatyczne ważne tak samo jak sposoby ich realizacji zapewniające bezpieczeństwo obywateli, przedsiębiorców i gospodarki” – tak postawy premiera Mateusza Morawieckiego bronił rzecznik rządu Piotr Müller.

Ale innego zdania są politycy opozycji

PO: Polityka rządu szkodzi zdrowiu Polaków

– Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza. Egoistyczne interesy rządu przedkłada ponad zdrowie Polaków. (…)  Trujemy siebie, ale nie tylko siebie, trujemy całą Europę i staliśmy się z lidera krajem, który jest politycznie na marginesie. A w tym największym cywilizacyjnym wyzwaniu stajemy się czarną owcą – komentuje europoseł PO Andrzej Halicki.

Według polityków PO takie weto to skandal. Zwracają uwagę na to, że nie tylko nie ograniczamy emisji CO2, ale także sprzeciwiamy się wprowadzeniu działań, które mogą powodować neutralność, takich jak zalesianie czy instalacje pochłaniania CO2. – Polska potrzebuje zmian w bilansie energetycznym. Potrzebujemy coraz więcej zielonej zamiast brudnej energii – mówi rzecznik PO Jan Grabiec.

– Samym wetem niczego nie załatwią. Jeżeli rząd prowadziłby politykę proekologiczną, mógłby wzmacniać swój głos na szczytach europejskich i pozyskiwać więcej środków dla Polski. Cała Europa widzi, że premier Mateusz Morawiecki jest lobbystą na rzecz rosyjskiego węgla, bo importujemy rekordowe ilości rosyjskiego węgla – dodaje.

„Czyste Powietrze” pod okiem Brukseli

KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem przez NFOŚ wydawane są nieefektywnie. I stawia ultimatum – albo przejmą tę rolę komercyjne banki, albo Bruksela nie da więcej pieniędzy.

Taki list trafił na biurko ministrów rządu oraz pełnomocnika ds. programu „Czyste Powietrze”. Dotarła do niego „Gazeta Wyborcza”. Rząd ma czas do 21 czerwca, aby podjąć decyzję, czy dostosuje się do zmian w programie, czy zrezygnuje z 6-8 mld euro wsparcia unijnego na walkę ze smogiem.

– Kiedy przychodzi do działania, to mamy takie efekty jak z programem „Czyste Powietrze”, gdzie planuje się wymianę 40 tys kotłów, a powinno się w tym roku wymienić 400 tys, żeby to miało sens. Nic dziwnego, że KE stawia warunki i żąda, aby rząd działał energiczniej w tym zakresie. Żeby nie tworzył barier biurokratycznych, nie kierował pieniędzy do działaczy partyjnych, którzy obsiedli rządowe instytucje, ale do samorządów i ludzi, którzy chcą wymieniać piece – mówi Jan Grabiec.

Przypomnijmy, rocznie z powodu smogu umiera 40 tys. osób.

Dziennikarz Adam Wajrak o zachowaniu polskiego rządu w czasie szczytu klimatycznego Unii Europejskiej.

Więcej >>>

Niewiele osób wie, że dziś obchodzony jest Dzień Przedsiębiorcy. Został wprowadzony w 2016 r. w wyniku przyjętej przez Sejm – głosami posłów PiS – uchwały. Ale premier pamiętał i postanowił złożyć biznesmenom życzenia. – „Wszystkim przedsiębiorcom – z okazji Waszego święta – chciałem podziękować za wkład w polskie PKB i gospodarkę. Życzę Wam nade wszystko dynamicznego rozwoju – rośnijcie, zatrudniajcie i rzucajcie wyzwanie światowym korporacjom, bo wiem, że jesteście w stanie osiągać wszystko” – napisał Mateusz Morawiecki na Twitterze.

„I dlatego mój rząd wprowadził dla was niekorzystne zmiany w rozliczaniu zakupu i eksploatacji firmowych samochodów, podniósł wam składkę ZUS, a żebyście mogli płacić wyższe kary za błędy w interpretacji przepisów podatkowych podniósł opłatę za interpretację o 5 000%”; – „Jako przedsiębiorca mam jedną prośbę. Niech Pan o nas zapomni”; – „I płaćcie coraz wyższe daniny, aby rządzący mieli za co kupić wyborców”; – „Tak jest, przedsiębiorcy, pracujcie ciężko na podatki, żeby PiS miał z czego rozdawać. A jak nie będziecie tego robić, to i tak PiS będzie rozdawał, a długi będą spłacać wasze dzieci”; – „Socjalistyczna władza was wydoi ale poza tym życzy wam wszystkiego najlepszego. Panie premierze pan to jest niezły jajcarz” – komentowali życzenia premiera internauci.

Morawieckiego krytykowali nawet prawicowi dziennikarze i blogerzy. – „Wszystkim przedsiębiorcom dziękujemy, że możemy was doić i obiecujemy, że będziemy was doić dalej jeszcze bardziej” – napisał Łukasz Warzecha z „Do Rzeczy” i wp.pl. A Kataryna dodała: – „Do podziękowań dołączam wyższy ZUS dla samozatrudnionych już od przyszłego roku”.

Jeden z internautów postanowił bronić partii rządzącej: – „PiS obniżył CIT dla małych i średnich przedsiębiorstw z 19% do 9%”. Spotkał się z natychmiastową ripostą: – „Tak? A ilu Polaków skorzystało? Spółki z obcym kapitałem. Dlaczego nie ma poważnej pomocy dla firm jednoosobowych? Propaganda medialna, a zarzynane są polskie małe firmy. Obywatele są wolni, gdy mogą sami swobodnie prowadzić własny biznes, a dziś lepiej pracować u kogoś niż na swoim”.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy – pisze Cezary Michalski. „Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot”

Wśród „dobrych ludzi” w liberalnych mediach (pojęcie „dobrego człowieka” pożyczam od Bertolta Brechta, który nie widział gorszego szkodnika, niż „dobry człowiek” na polu politycznej walki) zapanowała moda na argument o „pogardzie liberalnego elektoratu dla elektoratu PiS” jako największym problemie polskiej polityki, głównej przyczynie porażek z Kaczyńskim. Podejmują ten wątek poważni i niepoważni komentatorzy, nawet politycy. Szczególnie po wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których Koalicji Europejskiej udało się zdobyć prawie 40 procent głosów, ale nie udało się pokonać PiS, które znów skutecznie posłużyło się szatańską mieszanką przekupstwa, nienawiści i strachu.

Zamiast zastanawiać się, jak w tej sytuacji, przed jesiennymi wyborami, zmobilizować własny elektorat,

specjaliści od „przepraszania” robią wszystko, żeby te 40 procent głosów przed jesienią zmarnować, zdemobilizować, spacyfikować poczuciem winy.

Warto więc przypomnieć, że pierwsze salwy w ostatniej (sięgającej co najmniej katastrofy smoleńskiej) odsłonie politycznej, kulturowej, bez mała cywilizacyjnej wojny w Polsce wystrzelił Jarosław Kaczyński oraz jego „tożsamościowa” prawica. I od razu użyli broni masowego rażenia oraz brudnych bomb. Od „zamachu w Smoleńsku” po „lemingi” (które miały tworzyć zdegenerowaną mieszczańską elitę społeczną III RP), od „kondominium” (którym rzekomo była Polska po roku 1989, a później Polska jako kraj członkowski UE) po „drugi sort”, „komunistów i złodziei”, „zdradzieckie mordy” (jak Jarosław Kaczyński, a w ślad za nim liderzy prawicowej opinii publicznej nazywali swoich politycznych konkurentów, przeciwników czy uczestników społecznych protestów przeciwko łamaniu konstytucji i praworządności przez rządzące już PiS).

W dodatku Kaczyński i jego ludzie nie tylko przekraczali granice językowej poprawności czy nawet prostej uczciwości, ale łamali też konstytucję i prawo, niszczyli instytucje i ludzi.

Tragicznym finałem tego procesu było zamordowanie Pawła Adamowicza przez człowieka całkowicie nafaszerowanego PiS-owskim językiem nienawiści, którego upowszechnianiu od czterech lat służą także całe państwowe media.

Tymczasem dziś – i to od wielu bynajmniej niepisowskich „symetrystów”, celebrytów, liderów opinii publicznej – dowiadujemy się, że to „liberalny elektorat pogardza”, że to ofiary PiS-owskiego języka nienawiści są winne i muszą przeprosić. Od dziewcząt i chłopców (nieraz już przed trzydziestką, ale wciąż pozostających dziećmi pod parasolkami tatusiów i mam), tkwiących głęboko w swoich elitarnych bańkach, w których rozmawiają tylko ze swoimi przyjaciółmi i przyjaciółkami, bo każde wyjście z „safe space” powoduje u nich traumę wymagającą długotrwałej terapii, słuchamy opowieści o konieczności „wyjścia z liberalnej bańki do ludu”. Słuchamy też sentymentalnych i kiczowatych opowieści o „podzielonych rodzinach”, w których „trzeba rozmawiać z wujkami głosującymi na PiS”.

„Trzeba rozmawiać” staje się sentymentalnym banałem ukrywającym o wiele trudniejszą prawdę o tym, że trzeba się także spierać, oczywiście lepiej na argumenty, niż generalizujące wyzwiska, jednak bez fałszywej nadziei, że „jesteśmy jedną polską rodziną”, a winni naszych konfliktów i różnic są „politycy”, zwykle ci „liberalni”.

Ja też mam podzieloną rodzinę, z ogromną nadreprezentacją zwolenników i zwolenniczek PiS w pokoleniu dziadków i wujów. Zwykle są to ludzie, którzy przeszli znamienną ewolucję od oportunizmu w czasach późnego PRL do dzisiejszego entuzjazmu dla Tadeusza Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo często jest to połączone z całkowitym zakłamaniem własnej biografii z czasów PRL. Smętni oportuniści, którzy kiedyś nienawidzili Wałęsy czy Michnika dlatego, że Wałęsa i Michnik zawstydzali ich nawet w oczach ich własnych dzieci, dziś z wypiekami czytają książki i teksty Cenckiewicza, żeby móc nienawidzić Wałęsy i Michnika za to, że byli „agentami” czy „żydokomuną”.

Stanisław Piotrowicz jest dla tej formacji postacią bardzo reprezentatywną, bo przecież Piotrowiczów mamy w każdej naszej rodzinie. Jak z nimi rozmawiać, kiedy oni mają emocjonalny i biograficzny interes w tym, żeby w takiej rozmowie kłamać – od początku, do końca. A

Jarosław Kaczyński pomógł im to kłamstwo utwardzić i uporządkować.

Jest też w mojej rodzinie nadreprezentacja radykalnej lewicy w pokoleniu wnuków i wnuczek. Niektórzy z nich więcej wiedzą o językowych modach kulturowej lewicy w Ameryce czy Francji, niż o polskiej historii i współczesności. W mojej podzielonej rodzinie – tak jak w wielu innych – często się kłócimy, nie zawsze są nawet podstawowe warunki do cywilizowanej rozmowy, ostatnio wolimy rozmawiać o pogodzie i wczasach, niż o polityce, bo o polityce naprawdę nie da się już rozmawiać. Ja sam w późnym PRL-u zbuntowałem się przeciwko pokoleniu rodziców i wujów właśnie z powodu polityki. Dlatego nie wierzę w „rodzinną sielankę”, którą da się odbudować, gdy tylko zniknie „wyższościowy język liberalnej Polski”.

Za klucz do zwycięstwa lub choćby niepoddania się PiS-owi uważam raczej pełną mobilizację demokratycznej i prozachodniej Polski, niż jej językowe i tożsamościowe rozbrojenie pod hasłem „lepiej rozmawiajmy, niż się kłóćmy”. Oczywiście dobra i odpowiedzialna polityczna władza musi tego typu konflikt wygaszać. Zła władza celowo go radykalizuje.

Demokratyczna opozycja nie ma dzisiaj narzędzi, żeby wygaszać konflikt świadomie radykalizowany przez Kaczyńskiego, dla którego (a także dla jego zwolenników i sporej części wyborców) „prawdziwy pokój w Polsce” może zapanować tylko w społeczeństwie i państwie całkowicie ujednoliconym przez autorytarną władzę,

gdzie wszyscy będą „pomagać Kaczyńskiemu”, a nie mu „przeszkadzać i krytykować”, gdzie wszyscy będą konserwatywnymi katolikami, bo inne tożsamości czy wrażliwości to przecież „dewiacje” albo wręcz „satanizm”.

Jakiś czas temu w rzeszowskim dodatku „Gazety Wyborczej” ukazał się znamienny wywiad z posłem PiS z Podkarpacia. Dla niego nie tylko TVN, ale nawet media państwowe są „zbyt przepełnione konfliktem”, „zbyt agresywne”. Tu nasi „symetryści” powinni się ucieszyć, ale pointa tej opowieści człowieka całkowicie ukształtowanego już przez autorytarny model myślenia jest zaskakująca, bo za najbardziej „spokojne”, „wyciszone”, „unikające konfliktu”, a nawet „obiektywne medium” pan poseł (i wielu myślących podobnie jak on) uważa „media ojca Tadeusza Rydzyka, bo tam się nikt nie kłóci”.

Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot.

Intelektualiści, a nawet publicyści, jeśli już nie chcą brać udziału w politycznym konflikcie, są przynajmniej zobowiązani do sprawdzania wiarygodności różnych jego stron, a nie do łykania ich hipokryzji czy wręcz przyłączania się do niej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, który był bardziej trzeźwym obserwatorem naszego kraju, niż wielu dzisiejszych „ludzi dobrej woli”, napisał kiedyś, że Polsce (szczególnie w bardzo skłonnej do hipokryzji Polsce katolickiej) najbardziej niebezpieczny jest „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”.

Z kolei wybitny anglosaski intelektualista Robert Hughes, pisząc o największych patologiach współczesnego liberalnego świata, jego kampusów i mediów, stworzył określenie „lingwistycznego Lourdes politycznej poprawności”, gdzie wzajemne „nasładzanie się” członków akademickich elit, występujących zazwyczaj w imieniu wykluczonych, których wcale nie znają, w ogóle uniemożliwia prowadzenie sporów opartych o twarde argumenty i niewygodne diagnozy. Problem w tym, że uniemożliwia wyłącznie w obozie liberalnym, szantażowanym przez politycznie poprawną lewicę kulturową, bo w obozie prawicy pogarda i nienawiść wobec „liberałów”, „feministek”, „lemingów” i „elyt” szaleje w najlepsze, bez żadnych ograniczeń.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy.

Oczywiście

nieco inne są zobowiązania wobec polityków, oni muszą przynajmniej udawać otwarcie na wszystkich wyborców. A sprawując władzę naprawdę muszą tworzyć instytucje i prawa przeznaczone dla całej wspólnoty politycznej, niewykluczające nikogo. Jednak Jarosław Kaczyński nawet nie udaje, że się do tych zasad stosuje.

Nienawiść do przeciwników wyraża szczerze, a do instytucji państwa, do konstytucji i prawa podchodzi zgodnie z „moralnością Kalego”. Wykluczając ze wspólnoty i państwa opozycję oraz jej wyborców. Łamiąc prawo wszędzie tam, gdzie to mu jest wygodne.

Wyborcom Kaczyńskiego, „dobrym ludziom z naszych rodzin, którzy głosują na PiS”, w niczym to nie przeszkadza. Miłośnicy „językowego Lourdes” z liberalnych mediów nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. „Szanujemy wyborców PiS”, „szanujemy naszego wuja czy ciotkę”, podczas gdy oni głosują na człowieka, który wyklucza i wyraża nieskrępowaną pogardę wobec wszystkich swoich przeciwników. Organizuje nienawiść, dąży do likwidacji wszelkiej opozycji „bez żadnego trybu”, bo „krytykuje zamiast pomagać”.

Oni to uznają. Dlaczego? Jak ich przekonać? A co, jeśli popierają go właśnie dlatego, że jego pogarda, nienawiść są im bliskie, realizują jakieś ich podstawowe potrzeby, resentymenty, interesy? Żaden z uczestników „językowego Lourdes”, częstujący nas kiczowatymi opowieściami o „swoich wujkach i ciociach głosujących na PiS-u”, nie daje odpowiedzi na te pytania, nawet się nad nimi nie zastanowił. Całkowicie zadowala się emocjonalnym kiczem. Także dlatego, że ten emocjonalny kicz utrzymuje go w przekonaniu o własnej szlachetności.

Może spróbujmy jednak ten sentymentalny języczek portali społecznościowych trzymać z daleka od polityki. Szczególnie jako dziennikarze, intelektualiści, liderzy opinii publicznej, zamiast uprawiać „lingwistyczne Lourdes” czy inny „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”, zajmijmy się klarownym opisem polskiej polityki. Tego, co jest w niej czystą walką, i tego, co jest w niej walką nieczystą.

Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych i religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle nie krzywdził innych ludzi.

Jest takie stare powiedzenie, że „ryba psuje się od głowy”. Kiedy rozglądam się po naszej Polsce, coraz bardziej widzę, że ta coraz bardziej śmierdząca ryba ma się u nas świetnie. Najważniejsze instytucje, czyli te, związane z polityką i Kościołem, podają nam wręcz na tacy te swoje, mocno nadgryzione zepsuciem, głowy. Przekroczyły już one wszelkie granice przyzwoitości, kultury i zamiast być dla nas obywateli wzorem, pokazują nam przerażające oblicze. Oblicze pełne nienawiści, hipokryzji, zakłamania, buty i arogancji. I dziwić się, że w tej sytuacji społeczeństwo chamieje na potęgę, radykalizuje się w tempie wręcz zastraszającym?

Popatrzmy, wczoraj trwały w Polsce obchody jednego z najważniejszych świąt katolickich, czyli Boże Ciało. Kiedyś to była naprawdę feta religijna, łącząca wiernych we wspólnym przeżywaniu. Kiedyś… ale nie dzisiaj. Dzisiaj niektórzy prominenci kościelni pokazali, jak można świetnie wykorzystać taki dzień do krzewienia nienawiści i kłamstw, np. arcybiskup Jędraszewski, który rozprawiał o deprawacji dzieci, bo taki przecież – według niego – jest cel karty LGBT i zaleceń WHO. Wydawałoby się, że człowiek wykształcony, rozumny, a tu takie słowa, w takim właśnie dniu. Czy arcybiskup Głódź, który w swojej homilii mówił, iż „Kościół znalazł się dziś pod ostrzałem nihilistycznych ideologii, za którymi idzie obdzieranie z autorytetu, społecznego szacunku i godności”.

Jak widać, każda okazja dobra, by pokazać wiernym, jaki „biedny” jest dzisiaj polski Kościół. Jaki prześladowany, niszczony, krzywdzony niesprawiedliwymi ocenami. Szkoda, że żaden z tych hierarchów nie ma w sobie na tyle pokory, by zauważyć, że już dawno przestali oni być przywódcami duchowymi, a stali się politykami w sukienkach. Jakoś nie mówią nic o tym, że dzisiaj są „świętymi krowami”, które za przyzwoleniem i pełnym wsparciem PiS-u taplają się w wielkim dobrobycie, majątkami aż kłują w oczy, roszczą sobie prawo do chrystianizacji kraju, narzucając wszystkim swoje chrześcijańskie poglądy, wieszając nam krzyże, gdzie popadnie, racząc nas mszami przy każdej okazji i pouczając naród, jak ma żyć, z kim i po co.

Czyż można więc dziwić się, że z jednej strony wielbiciele takich ludzi jak Jędraszewski czy Głódź najchętniej z szabelkami w ręce ruszyliby w obronie wiary przeciwko każdemu, kogo ci panowie wskazują im jako wroga? Czyż można się dziwić, że narasta coraz większy opór oraz niechęć tych, którym z takim Kościołem od dawna nie po drodze?

Jakże chętnie obie strony wychwytują z retoryki Kościoła to, co im pasuje. Nie szczędzą słów, byle by tylko jak najmocniej dowalić, zranić do bólu, dokopać na całego. Wierni, skupieni wokół tego Kościoła, który na kilometr śmierdzi zepsuciem i nie ma nic wspólnego z tym, co głosi papież Franciszek, coraz agresywniej atakują swoich przeciwników. A to walną różańcem w głowę, to krzyżem pomachają złowrogo przed nosem, chętnie oplują, obrzucą przekleństwami rodem z rynsztoka. Pojawili się jacyś Wojownicy Maryi, którzy z mieczami w ręce i za pełnym przyzwoleniem tej czarniejszej odmiany polskiego Kościoła, będą walczyć o Polskę chrześcijańską i polską rodzinę, oczywiście opartą na ich kryteriach. Toż to nic innego jak zgoda na krucjatę, stawiającą Polaka przeciwko Polakowi, mieszającą w głowach narodu, skłócającą, niszczącą jedność obywatelską.

Druga strona nie pozostaje dłużna, więc obrywa się wszystkim, jak leci. Katolik to katolik, wrzuca się ich do jednego worka i odbiera im się prawo do własnych przekonań i własnej wiary. Ciekawe to, bo ta strona żąda dla siebie tolerancji i zrozumienia, a sama aż przebiera nóżkami, by pokazać, że ta tolerancja i to zrozumienie należy się tylko jej, ale przeciwnikom już absolutnie nie. Gdzieś na Paradzie Równości ubaw po pachy, bo ktoś przyniósł transparent, na którym Madonny tańczące wokół waginy. Ktoś tam zbezcześci krzyż i ależ „frajda”.

Coraz mocniej, silniej, ostrzej. Coraz więcej zacietrzewienia, nienawiści. I po co to wszystko? Po co czerpać wzorce od tych, którym wydaje się, iż są ponad wszystko? Są jedynymi autorytetami, choć zamieniają nasze życie w szambo? A gdzie zwykły szacunek dla drugiego człowieka, jego przekonań, wiary, prawa do życia podług własnych zasad? Dokąd zmierzamy?

Może już czas wrzucić na luz. Krytykować za zło, ale nie potępiać w czambuł. Nie budować kolejnych murów i murków. Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych, religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle tylko nie krzywdził innych ludzi i nie narzucał im siebie.

Trzeba wreszcie odsunąć się od tych, którzy naszą polskość znaczą dzisiaj nienawiścią, złością i agresją. Trzeba wreszcie pokazać tym politykom i prominentom kościelnym, że Polak to nie głupiec, swój rozum ma i wypisuje się z tej retoryki. Trzeba wreszcie piętnować za dzielenie nas jako narodu, a nie dostosowywać się i tańczyć tak, jak nam ci „pseudopasterze” zagrają. Trzeba wreszcie przestać traktować jak wroga każdego, kto myśli inaczej. Trzeba pozbyć się tych „głów”, bo za chwilę z całej ryby pozostaną już tylko cuchnące ości.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Jak pokonać PiS i Kaczyńskiego?

18 Czer

Dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza?

A dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza, na zwycięstwo demokratów w wyborach parlamentarnych?

Donald Tusk już teraz, jutro, za tydzień, składa swoj urząd w Radzie Europejskiej, wraca do Polski i przejmuje kierownictwo polityczne nowej Koalicji Demokratycznej (PO, Nowoczesna, miejmy nadzieję że też PSL i Wiosna). Jeździ po całym kraju, wygłasza swe świetne, energetyzujące przemówienia. Hasła wyborcze:

1. Porządek i nowoczesność w oświacie. Język angielski dla wszystkich, w zwiekszonym zakresie. Bałagan szkolny wprowadzony przez PiS – do ogarnięcia tylko przez opozycję.

2. Ochrona zdrowia – priorytetem.

3. Demokratyczna Polska w silnej Europie – tylko rząd Koalicji Demokratycznej odkręci zmiany, które prowadzą nas na margines Europy, skąd żadnych przyzwoitych dotacji nie dostaniemy.

Dla samego Tuska to oczywiście duże ryzyko osobiste. Jeśli Koalicja przegra – naderęży to (choc nie zniweczy) jego szanse prezydenckie. Ale co nam po Prezydencie Tusku przy rządzie PiS? A poza tym, chwila jest taka, że osobiste koszty należy odłożyć na dalszy plan.

Niesmak w UE? Nie będzie. Wszyscy zrozumieją, że nadzwyczajny czas wymaga nadzwyczajnych działań.

– Zbigniew Ziobro chce mieć swoją sędziowską policję polityczną do tego, aby wnioskować o kary dla sędziów, którzy orzekają niezgodnie z linią partii – ostrzega poseł PO Robert Kropiwnicki. Chodzi o nowych, powoływanych przez ministra rzeczników dyscyplinarnych i stosowanie wobec niepokornych sędziów represji. Jakich? M.in. przenoszenie do innego wydziału bez zgody zainteresowanego. – Nie godzimy się na zastraszanie sędziów – dodają posłowie PO. Chcą, aby sprawą zajęła się komisja sprawiedliwości.

„Kolejne podporządkowanie sędziów”

– Do tej pory rzecznicy dyscyplinarni byli poważnymi autorytetami w środowisku sędziowskim. Dzisiaj okazuje się, że stają się komisarzami partyjnymi Zbigniewa Ziobry do musztrowania sędziów w rejonach i okręgach. To jest bardzo niebezpieczna rzecz – mówił na konferencji prasowej Robert Kropiwnicki.

Poseł PO oskarża ministra sprawiedliwości o stworzenie sędziowskiej „policji politycznej” i w ten sposób kolejne podporządkowanie sędziów. – To jest rzecz niebywała, aby sędziowie mieli bać się prokuratora generalnego czy każdego innego prokuratora, który przychodzi na salę rozpraw – dodaje.

Poza tym nie ma wątpliwości, że „Zbigniew Ziobro nie dba o jakość orzecznictwa, tylko o wymiar osobistego wpływu na linię orzeczniczą poszczególnych sędziów”. A to jest niebezpieczne dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości.

Posłowie PO będą wnioskować do komisji sprawiedliwości, aby w ramach kontroli Sejmu nad władzą wykonawczą przyjrzała się „przestrzeganiu zasady niezawisłości sędziowskiej”.

Zbigniew Ziobro stosuje represje

Powołują się na konkretny przykład sędziego, który został ukarany, bo nie zastosował się do wytycznych Zbigniewa Ziobry i jego politycznych popleczników.

To sprawa sędziego Łukasza Bilińskiego, który został przeniesiony z wydziału karnego do wydziału rodzinnego. To on orzekał w takich sprawach jak protest przed Sejmem 16 grudnia 2016 roku. Powołując się na konstytucję i międzynarodowe akty prawne uniewinnił uczestników tego zgromadzenia. Poza tym uznał, że miesięcznice smoleńskie były „prywatnymi spotkaniami”.

– Przenoszenie sędziów bez ich zgody to praktyka znana bezpośrednio z PRL-u – mówi poseł Michał Szczerba. I dodaje: – Wyrażamy nasz stanowczy sprzeciw wobec praktyk zastraszania sędziów. To niedopuszczalne. To jest też przykład tego, po co potrzebna była ministrowi możliwość powoływania własnych prezesów i wiceprezesów, aby ręcznie sterować tym, gdzie dany sędzia ma orzekać.

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).

Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).

Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.

Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Dziś, gdy większość polityków i wyborców opozycji jest zawiedziona jej wynikiem w wyborach do europarlamentu, lider PO Grzegorz Schetyna nadal się nie poddaje. „Newsweek” informuje, że partia ma plan na to, jak odbić Sejm i Senat, a także pomysł awaryjny, na wypadek jakby się to nie udało.

Komentatorzy są podzieleni. Część uważa, że Koalicja Europejska poniosła druzgocącą porażkę i na pewno przegra też jesienią. Inni widzą subtelne światełko w tunelu. To samo tyczy się członków największej partii opozycyjnej. Jedna z parlamentarzystek ze Śląska rozpowiada ponoć w kuluarach, że zgodzi się na kolejny start w wyborach do Sejmu, ale tylko pod jednym warunkiem. „Schetyna albo ja!” – mówi ponoć buńczucznie w prywatnych rozmowach. Inny polityk – tym razem z Nowoczesnej – mówi “Newsweekowi”, że trzeba postawić na “Scheta”, bo nikt inny nie podoła temu zadaniu.

Marzenia a rzeczywistość

Jasne, że lepiej byłoby gdyby obecna opozycja miała lidera, który porywa tłumy. Młodego, dobrze wyglądającego, będącego skrzyżowaniem gwiazdy filmu z uczniem Sun Tzu, twórcy słynnej „Sztuki wojny”. Rafał Trzaskowski? Nowe sondaże prezydenckie pokazują, że jego gwiazda lśni mocno, ale tylko w Warszawie. Cała Polska chce jednak kogoś bardziej swojskiego.

Z drugiej strony robienie dziś w PO przewrotu pałacowego byłoby szaleństwem i skazaniem ugrupowania na pewną klęskę. Co więc zostało? Granie tymi figurkami, które pozostały na planszy, szukanie nowych sojuszników i… przygotowywanie planu B.

Jak odbić Senat?

W obozie PO jest ponoć plan na sukces w Senacie. Sam Sejm jest ponoć nieosiągalny, więc Schetyna myśli o zbudowaniu jak najsilniejszej ekipy kandydatów do izby wyższej. W jego głowie pojawił się pomysł zaangażowania samorządowców, np. Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, Zygmunta Frankiewicza (prezydent Gliwic), Tadeusza Ferenca (prezydent Rzeszowa) czy prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Ten ostatni ponoć aktywnie pomaga liderowi PO w budowaniu tej listy.

Wspólna lista

To jednak nie wszystko. Schetyna chce, by Koalicja Obywatelska nadal istniała i to w jeszcze szerszej formule, niż miało to miejsce jesienią. Chciałby dalszej współpracy z SLD, a nawet Wiosną. Jest otwarty na PSL, ale ludowcy, jak widać po ich ostatnich ruchach, licytują bardzo wysoko. Ponoć chcą do nowego Sejmu wprowadzić aż 30 posłów, ale też obawiają się, że PO ostatecznie wchłonie wszystkich sojuszników.

Plan B

Schetyna buduje podobno też plan B, rozpisany jednak na parę aktów. Zakładając, że opozycja przegra wyścig do Sejmu, ale wygra do Senatu, może tym samym zbudować ostatni bastion do kontrataku. Jeśli do tego prezydentem zostałby ktoś z jej obozu (np. Donald Tusk), można byłoby skutecznie blokować rządy PiS. Tym samym zmusić po kilkunastu miesiącach Jarosława Kaczyńskiego do wywieszenia białej flagi i ogłoszenia nowych wyborów. To z kolei byłyby trzecią połową meczu o władze. Tym razem może ze sporą szansą na sukces zjednoczonej opozycji.

Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski zdaje się, że usiłował zająć pierwsze miejsce w uczczeniu Jarosława Kaczyńskiego z okazji jego urodzin. Rano na Twitterze oznajmił światu: – „Dzisiaj 70 urodziny najwybitniejszego żyjącego polskiego polityka”.

„No nie może być, Donald Tusk jest przecież młodszy!” – odpowiedział mu Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych w rządzie PO-PSL.

Pozostali internauci również kpili z Krasnodębskiego: – „Nie tylko polskiego. Co tam! Pieśni o nim śpiewają nawet delfiny w oceanie. Makaki zaś przywdziewają odświętne ubranka z palmowych pnączy…”; – „Słońce galaktyki, no po prostu kryształ”; – „Dziś wszystkie ptaki, wszystkie kwiaty, wszystkie zioła, cała przyroda o Kaczyńskim głośno woła. A ty maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Iljicz”; – „Proszę Pana. Cóż za niedoszacowanie! Może być potraktowane jako obelga! Powinno być w historii świata i okolic!”.

Krasnodębski miał sporą konkurencję, bo z życzeniami spieszyli bliżsi i dalsi współpracownicy prezesa PiS. Konta poszczególnych regionów PiS na Twitterze także pełne były życzeń dla Jarosława Kaczyńskiego. Nikt jednak „nie przebił” europosła PiS.

Kaczyński trzęsie portkami, a więc pozywa

15 Czer

Prezes PiS Jarosław Kaczyński pozywa Platformę Obywatelską i jej posłów za łączenie go z aferą dotyczącą spółki Srebrna. – Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza, a Marcin Kierwiński dodaje: – Panie prezesie Kaczyński, jest pan jednym z obywateli tego państwa i obowiązuje pana to samo prawo, co innych obywateli.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie spodobało się to, że posłowie opozycji dopytywali o jego powiązania ze spółką Srebrna i aferą dotyczącą budowy dwóch wież w Warszawie.

Pozew dotyczy zarówno Platformy Obywatelskiej, jak i poszczególnych posłów – Krzysztofa Brejzy, Cezarego Tomczyka i Marcina Kierwińskiego. Chodzi o ochronę dóbr osobistych.

– Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza. – Będziemy pytać o to imperium, o oligarchię, która uwłaszczyła się na majątku publicznym poprzez spółkę Srebrną. Będziemy pytać o ten biznes deweloperski, interes życia Jarosława Kaczyńskiego, o szczegóły negocjacji z biznesmenem austriackim, i będziemy pytać, co w biurze partii robił prezes banku – dodaje Krzysztof Brejza.

Kilka pytań opozycji

Posłowie opozycji sprawę pozwu Kaczyńskiego chcą wykorzystać, aby zmusić prezesa do stawienia się w sądzie i odpowiedzenia na pytania odnośnie do Srebrnej i działalności biznesowej prezesa PiS-u. Do tej pory prokurator Renata Śpiewak, która zajmuje się sprawą Geralda Birgfellnera, nie zdecydowała się na przesłuchanie prezesa PiS.

– Składamy wniosek o to, aby to pan stawił się przed sądem i skorzystamy z tego pozwu, żeby spojrzeć panu prosto w oczy i żeby zadać kilka pytań o spółkę Srebrna, reklamy państwowych firm uruchomionych w supertrybie do spółki Forum, będziemy pytać o inwestora, całą sprawę oszustwa – dodaje Krzysztof Brejza.

– Przypomina się przysłowie: pokaż mi swojego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Dziś trzeba jasno powiedzieć, że całe państwo PiS zostało użyte po aferze spółki Srebrna, aby uderzyć w niezależnych dziennikarzy i posłów – mówi Cezary Tomczyk.

– Nie można pozwolić, żeby państwo prawa przerodziło się w państwo Prawa i Sprawiedliwości, bo to taka różnica, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. My musimy dziś stać po stronie prawa i po stronie zasad i nie możemy pozwolić na to, aby sprawa spółki Srebrna została zamieciona pod dywan – dodaje Tomczyk.

„Po ujawnieniu rozrostu aparatu kadrowego w ministerstwach jest i odp. z KPRM. 2015 – 583 pracowników / 56 funkcji kierowniczych. 2019 – 714 pracowników / 80 funkcji kierowniczych. Rząd – wielki, większy, największy…” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO udostępnił odpowiedź Kancelarii Premiera na jego pytanie o stan zatrudnienia na początku 2015 i 2019 roku.

Ten przerost zatrudnienia Kancelaria tłumaczy m.in. likwidacją Ministerstwa Skarbu, którego pracownicy przeszli do KPRM. A w związku z powstaniem Centrum Analiz Strategicznych i Narodowego Instytutu Wolności trzeba było zatrudnić nowych.

Klupa znaczy kupa.

„Jako prawnicy widzimy wszystkie błędy i niebezpieczeństwa tej ustawy. Jako obywatele nie możemy milczeć. Naszym obowiązkiem jest zaprotestować. Przyjęte rozwiązania pozostają w sprzeczności z przepisami Konstytucji RP i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski. Zrywają z tysiącletnim dorobkiem europejskiej kultury prawnej, zbliżając nas do obcych kulturowo systemów i filozofii karania praktykowanych w niektórych państwach azjatyckich” – napisali w liście do Andrzeja Dudy profesorowie prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni obecnego prezydenta. Pod listem podpisali się m.in. prof. Jan Widacki, prof. Andrzej Zoll, prof. Stanisław Waltoś prof. Andrzej Mączyński, prof. Piotr Kardas.

Sygnatariusze apelują, że Duda zawetował przegłosowaną w Sejmie i Senacie przez posłów PiS nowelizację Kodeksu karnego. – „W sytuacji, gdy ta zła ustawa została w sposób skandaliczny i bezrefleksyjny przyjęta przez parlament, tylko Pana weto może powstrzymać wejście jej w życie i wyrządzenie nieodwracalnych szkód społecznych, nieodwracalnych szkód poniesionych przez poszczególnych ludzi, szkód dla Polski” – napisali profesorowie.

Według profesorów, pisowska nowelizacja „cofa nas co najmniej o wiek”. – „Twórcy ustawy, poza kilkoma demagogicznymi, na ogół nieprawdziwymi hasłami, nie potrafili rzeczowo podać celu, jakiemu ta nowelizacja ma służyć ani co zmusza do jej wprowadzenia w tak wielkim pośpiechu. Jako prawnicy zdajemy sobie sprawę z wadliwości i społecznej szkodliwości wprowadzanych uregulowań, z kłamliwości jej publicznych uzasadnień. Tę ustawę uchwalano w niedopuszczalnym trybie, bez żadnej rzeczowej konsultacji, bez wysłuchania ekspertów, w warunkach paniki moralnej i silnych społecznych emocji” – stwierdzają sygnatariusze listu. Przypomnijmy, że Ziobro ujawnił swój projekt po emisji filmu braci Sekielskich, ale – jak zaznaczają prawnicy z UJ – nowelizacja Kodeksu karnego ma niewielki związek z karaniem księży pedofilów.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Wizyta Andrzeja Dudy z rodzinką w USA jest tematem numer jeden w ostatnich dniach. Jedni chwalą, drudzy ganią. Jedni głoszą sukces, inni szukają drugiego dna i podśmiewają się pod nosem. Jednak nie spotkanie panów A.D. i D.T. dzisiaj mnie zajmuje, ale pewna sprawa, która dzięki nim jakoś mi się wbiła do głowy i wyjść z niej nie chce. To ostro przyspieszony proces militaryzacji.

Zbrojenia, których jestem świadkiem, bardzo mnie niepokoją. Każdy, kto dobrze zna historię, rozumie, że to nic nowego. Mechanizm jest niezwykle powtarzalny i prosty. Najpierw straszy się naród, przekonuje, że jest niedoceniany, inni chcą go wykorzystać i w każdej chwili grozi nam jakiś bliżej niesprecyzowany atak. Następny krok to właśnie ładowanie olbrzymiej kasy w modernizację armii, jakieś organizacyjne roszady w wojsku, szukanie pewnego sojusznika, który nas obroni, tworzenie nowych struktur „wojskowopodobnych”. Oczywiście, towarzyszy temu zjawisko narastających pretensji do całego świata, a właściwie konkretnych państw, a na sile przybiera też postawa roszczeniowa. Dodajmy do tego jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy i skupienie się na archaicznym patriotyzmie, który ma przekonać do wyższości narodu nad innymi. Jeśli nie znajdzie się jakaś mądra głowa, która skutecznie swoim autorytetem i siłą pokojowych argumentów, powstrzyma takie działania, to świetnie wiemy, czym one mogą się zakończyć. Nawet nie muszę o tym wspominać, prawda?

– „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, (…) ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. (…) Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”. Jeśli się rozejrzymy po własnym podwórku, to trzeba przyznać, że te słowa brzmią bardzo znajomo. Jednak muszę was zaskoczyć. To nie prezes, to wypowiedź Hermanna Göringa podczas procesu w Norymberdze.

Ta nasza droga z czołgiem z przodu i karabinem pod pachą zaczęła się dość niewinnie i początkowo nikt nie przykładał do tego specjalnej wagi, tylko uśmiechał się pobłażliwie i pukał w czoło. Ot, prezes partii rządzącej bąknął kilka razy coś o wrogach i wydawałoby się, że koniec tematu. Jednak z czasem rozpoczęło się istne szaleństwo. Okazało się, że Polacy chętnie kupują podawany im na tacy strach przed Rosją, Niemcami i innymi „złymi”, którzy tylko czyhają gdzieś w ciemnych zakamarkach na odpowiedni moment, by nas zaatakować, zgnębić, podbić, zniszczyć. Poszli jak lep na muchy, nie zdając sobie nawet sprawy, że ten temat w retoryce PiS to nic innego, jak zwykła manipulacja. Partia rozkręciła się na całego, atakując nas z każdej możliwej strony newsami o wrogach, którzy czają się wszędzie, więc musimy biegiem się zmilitaryzować, poprawić stan polskiej armii i być gotowi na najgorsze. Lud coraz bardziej przestraszony, włos mu się jeży z przerażenia i ma narastającą obsesję na punkcie zagrożenia państwowości. Przestaje już łapać, że to jakaś wielka imaginacja rodem z krainy fantasy i z wielką wdzięcznością zapatrzony jest w prezesa, premiera, prezydenta i resztę, którzy nie dadzą nas przecież skrzywdzić, nie oddadzą Polski, obronią nas, zapewnią bezpieczeństwo.

Kiedy naród jest już odpowiednio ustawiony, naładowany patriotyzmem i poczuciem misji dziejowej, PiS wchodzi w kolejny etap, czyli właśnie w tę nieszczęsną militaryzację. Już w lutym 2018 roku było wiadomo, że Polska wydaje procentowo w stosunku do swojego PKB najwięcej na zbrojenia ze wszystkich krajów NATO w Europie. Tylko w tym roku państwo przeznaczy na obronność 44 mld 674 mln zł. Antoni Macierewicz ze swoją obsesją wziął się ostro do roboty w MON – rozwalił, co się dało, tu zawalił jakiś przetarg, tam się wycofał z już gotowej umowy, władował miliony w twór zwany WOT, wymyślił klasy wojskowe w każdym powiecie i rach-ciach, a nowa armia w nowej odsłonie, uzbrojona po zęby stała się wizytówką pisowskiej Polski. To znaczy miała się stać, bo chwilowo przypomina to jeden wielki miszmasz. Jego dzieło kontynuuje z wdziękiem, choć totalnym brakiem kompetencji, Mariusz Błaszczak i tak sobie idziemy w kierunku uzbrojenia po zęby. Na każdym kroku demonstrujemy siłę militarną, która wciąż jest kolosem na glinianych nogach, ale co tam. Ważne, że jeszcze trochę i będziemy zwarci i gotowi, by odeprzeć każdy atak, by poradzić sobie z każdym wrogiem.

PiS-owi udało się też zdobyć nie byle jakiego sojusznika. Faceta, któremu zupełnie nie przeszkadza pisowski populizm, łamanie zasad demokracji, dążenie do autorytaryzmu w najczystszej postaci. I to właśnie z nim Andrzej Duda świętuje teraz przyjaźń, podpisuje różne umowy. Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Polska to niezła krowa dojna dla USA. Nie dość, że korzystamy już z dostaw amerykańskiego nierentownego gazu łupkowego, którego nikt na świecie nie chce kupować z uwagi na wysokie ceny wydobycia i transportu, zapewniamy dochody amerykańskim firmom wydobywczym w zamian za obietnicę, że Trump wspomoże naszą walkę z Nordstream 2, to teraz będziemy bulić jak za zboże za stacjonowanie większych sił amerykańskich w Polsce. Daliśmy się nieźle wkręcić, stając przeciwko jednolitej i solidarnej polityce UE. Wybraliśmy antyunijnego Trumpa i zapewne w którymś momencie solidnie za to zapłacimy. Ale czy to ważne dla pisowskiej władzy? Skąd… ważne, że będziemy mieć amerykańskich żołnierzy, jakieś tam rakiety, śmigłowce, działa i pewność, że im więcej kasy na nie wydamy, tym bardziej Trump będzie nas kochał.

Przyglądam się polityce PiS i nie wiem, do czego tak naprawdę ta militaryzacja ma nas zaprowadzić. Zrozumiałabym, gdyby te działania miały być zgodne z zasadą, że państwo musi pokazać swoją siłę, gdy chce rozmawiać o pokoju, ale w tym przypadku widzę tylko same zbrojenie się, a co z chęcią utrzymania porozumienia i pokojowego rozwiązywania problemów? Przez te już prawie 4 lata rządów PiS nie zauważyłam, by ta partia potrafiła, a nawet chciała rozmawiać z państwami, z którymi nie zawsze nam po drodze. Mało tego, czasami odnoszę wrażenie, że PiS jest coraz bardziej nastawiony na konfrontację.

Ktoś mi więc może wyjaśni, o co chodzi? Czy to tylko jakaś sztuka dla sztuki, pozorowanie potęgi, prymitywna fanfaronada czy najzwyklejsze lekceważenie polityki, której celem jest utrzymanie bezpieczeństwa światowego? Czym to się dla nas skończy?

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>