Tag Archives: PiS

PiS skręci wybory. Z życia pasqud 23

18 Lip

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny zadziwiła obserwatorów życia politycznego. Kiedy PiS dokonuje kolejnego skoku na Sąd Najwyższy, tym razem za pomocą fasadowego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, posłanka PiS ogłasza wszem i wobec tezę, że to sędziowie wykorzystują politycznie sądy do… nękania obozu władzy. Co jeszcze bardziej absurdalne, ta niecodzienna teza jest poparta argumentami w postaci przegranych procesów przez polityków PiS. Pawłowicz utrzymuje bowiem wypowiedzi w tonie, jakby każdy wyrok nie na rękę władzy był działaniem “stronniczym”. W myśl polityk Prawo i Sprawiedliwość, niczym niegdyś władza ludowa, jest nieomylne, a decyzje niekwestionowalne. W oczach posłanki sądy działają w celu “ochrony agresorów” – sił, jak mamy się domyślać, nękających obóz władzy – czyli “obrońców demokracji”. Obywatelski sprzeciw wobec skandalicznego skoku na instytucje wymiaru sprawiedliwości jest zatem dziś wyrazem nękania. Choć wśród protestujących znajdują się też postawy co najmniej etycznie wątpliwe, to jednak posłanka Pawłowicz jest ostatnią osoba, która może wytykać tego typu przykłady. Niewielu jest bowiem w obecnej kadencji posłów, którzy z taką chęcią i łatwością obrażają wszystkich naokoło. Poniekąd polityk w kategoriach używanego języka może uchodzić za polskiego Donalda Trumpa.

Ujęcie sprawy w powyższy sposób jest trudnym do uwierzenia postawieniem rzeczywistości na głowie. Faktem jest przecież to, że PiS wymienia prezesów sądów, upolitycznia KRS, przejął Trybunał Konstytucyjny i zaczął wybierać posłusznych sobie sędziów, szykanując krytyków reform Ziobry. To w końcu PiS już wielokrotnie próbował majstrować przy ustawie o Sądzie Najwyższym, aby pozbawić stanowisk ludzi od władzy niezależnych, czemu towarzyszyło oczernianie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a tym samym i samego państwa polskiego za granicą przez “patriotów” z PiS. Powyższe nie są kwestią interpretacji czy sympatii politycznych, ale rzeczywistością. Polacy mogą debatować zatem długo o sensowności i celu działań rządzących, jednak ich metody nie podlegają większej wątpliwości. PiS jednak nie od dziś stosuje strategie zamieniania kata z ofiarą.

Co jednak najbardziej zaskakujące, posłanka z lubością wykorzystuje jako przykład upolitycznienia sądów swoje potyczki z Jurkiem Owsiakiem. Przypomnijmy zatem, że tak upolityczniony warszawski sąd w październiku zeszłego roku uznał, że to lider WOŚP musi przeprosić posłankę PiS za słowa “niech pani spróbuje seksu” oraz zapłacić 10 tys. zadośćuczynienia. Niedługo potem Owsiak przegrał drugą sprawę, kiedy także musiał przeprosić posłankę. Z racji apelacji i toczących się spraw karnych spór między wspomnianymi nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięty, jednak beneficjentkę dwóch korzystnych wyroków ciężko nazwać ofiarą zmowy upolityczniony sądów. Posłanka natomiast wyprawia zwyczajną oderwaną od faktów demagogię.

W systemie ochrony zdrowia narasta kryzys, który staje się coraz trudniejszy do zatuszowania. Braki kadrowe nie są bowiem niczym nowym w naszych realiach, jednak obecnie ich skala przybrała taki rozmiar, że z zatrważającą wręcz regularnością zamykane są w Polsce kolejne oddziały szpitalne, a pacjenci są kierowani do przepełnionych placówek. To ostatnie zaś dokłada kolejną cegiełkę do i tak niełatwych warunków pracy tamtejszych kadr, co tylko napędza spiralę zwolnień lekarzy i kolejnych zamknięć. Jak donosi tygodnik “Polityka”, w samym województwie zachodniopomorskim w ciągu ostatniego pół roku liczba łóżek w placówkach zmniejszyła się już o ponad 10% (827 szt.). Scenariusz w całym kraju jest podobny, liczba specjalistów w placówkach spada, do tego stopnia, że w momencie pozostania tylko jednego z nich nie jest możliwe dalsze funkcjonowanie placówki z powodu problemów w unormowaniu czasu pracy, urlopów i obsady dyżurów. Taki los spotkał m.in, oddział hematologii i onkologii dziecięcej w Chorzowie, którego działalność została zawieszona na początku wakacji. O skali problemu świadczy fakt, że w samym tylko województwie śląskim w ciągu roku zamknięto w sumie 17 oddziałów szpitali. Na horyzoncie jednak są zwolnienia w kolejnych placówkach, min. wojewódzkim szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku, co może sparaliżować i ten podmiot.

Powody są tutaj oczywiste. Lekarze nie chcą pracować w ciężkich warunkach polskich szpitali i nawet jeśli nie emigrują, to decydują się na pracę wyłącznie w poradniach, przychodniach czy prywatnych praktykach, co sprawia, że obsada oddziałów szpitalnych staje się dramatycznie niska, a ich reputacja zniechęcająca do pracy absolwentów kierunku lekarskiego. Ten stan rzeczy nie dziwi jednak w świetle raportu “Health at a Glance 2018” OECD i Komisji Europejskiej, który mówi, że w Polsce brakuje około 30 tys. lekarzy.

Lekarze jednak nie chcą czekać na zawalenie się systemy z powodu bierności polityków i postanowili działać. Członkowie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i Porozumienia Rezydentów wznowili bowiem swój protest w postaci wypowiadania klauzuli umożliwiających wykonywanie obowiązków w nienormowanym czasie pracy. Spełnienie idei “jeden lekarz – jeden etat” nieuchronnie pokaże braki i logistyczną zapaść, co zmusi władze do działań.

Kiedy bowiem rząd oszukał młodych lekarzy i dzięki sztuczkom księgowym zabrał z budżetu NFZ 7 mld zł na swoje populistyczne obietnice, to w tym samym czasie rosły kolejki do lekarzy. Jeszcze sześć lat temu na wizytę u specjalisty czekaliśmy ok. 60 dni, a dziś niemal dwa razy dłużej.Tymczasem rząd obiecywał, że skróci kolejki, w tym do końca 2018 r. na badania w trybie pilnym, na których realizację przewidywano maksymalnie do 30 dni. W przypadku badań obrazowych takich jak rezonans magnetyczny czas ten wynosi jednak czasem aż ponad trzy miesiące. Takie oczekiwanie opóźnia postawienie diagnozy i zmniejsza niestety skuteczność leczenia.

Widać zatem wyraźnie, że zdrowie jest obszarem, który wymaga pilnej uwagi opinii publicznej. Bez priorytetu na ochronę zdrowia opieka nad polskim pacjentem będzie coraz bardziej teoretyczna i nawet dobra wola personelu medycznego niewiele pomoże na tę sytuację.

Politycy PiS chcą zmian w kodeksie wyborczym. W tym celu rozpoczęli proces w Sejmie zmiany sposobu zatwierdzania wyborów.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Reklamy

Sprzątanie Polski po PiS wcale nie będzie łatwe, ani przyjemne. Z życia pasqud 19

14 Lip

„Zaczniemy od aktu odnowy demokracji; jednym zbiorem ustaw usuniemy cały śmietnik bezprawia, wszystko to, co niekonstytucyjne, co łamie wolność, co jest niepraworządne” – zapowiedział Grzegorz Schetyna. Lider PO przedstawił dziś 6 punktów programu Koalicji Obywatelskiej. – „Stawiamy na samorząd i decentralizację, referenda po zebraniu 1 mln zł podpisów będą obligatoryjne, głosować będzie można także przez internet” – stwierdził Schetyna.

Skupił się przede wszystkim na sytuacji w służbie zdrowia. – „Ludzie widzą, że służba zdrowia się sypie. Nasz projekt europejskiej ochrony zdrowia pozostaje w mocy. Termin oczekiwania do specjalisty nie będzie dłuższy niż 21 dni. Oczekiwanie na SOR nie może trwać dłużej niż 60 minut. Program walki z rakiem będzie według europejskich standardów. To jest nasza twarda obietnica – podkreślił Schetyna. PO chce przywrócić program in vitro i pełną dostępność badań prenatalnych. Przygotowany jest także specjalny pakiet dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Lider PO powiedział, że nauczyciele dostaną podwyżki, których domagali się podczas niedawnego strajku. Nie będzie jednak żadnej nowej reformy. – „Szkoła nie kojarzy się dziś z szóstkami, a koszmarnym bałaganem i tysiącami dzieci, które wpadły w pułapkę Zalewskiej. Nie będziemy do tego zamieszania dokładali nowej reformy, trzeba posprzątać i uspokoić sytuację” – stwierdził lider PO.

„Wzrost pensji Polaków będzie naszym oczkiem w głowie. Będziemy na to wpływać w pośredni sposób, choćby poprzez likwidację barier gospodarczych. Zniesiemy absurdalny zakaz handlu w niedziele. Stworzymy ramy, w których i pracodawca i pracownik będą zadowoleni. Polska znajdzie się w „dwudziestce” krajów najbardziej przyjaznych przedsiębiorczości na świecie. Będziemy wspierać rozwój firm” – mówił podczas Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej Schetyna. Ci, którzy zarabiają mniej niż 4,5 tys. zł brutto dostaną dodatkową premię, a dochód na rękę tych, którzy otrzymują płacę minimalną ma wzrosnąć o 600 zł.

Zapowiedział wprowadzenie związków partnerskich: – „Czas najwyższy, żeby każdy mógł mieć dostęp do informacji o najbliższej mu osobie, w szpitalu o stanie jej zdrowia i po niej dziedziczyć”. W programie PO przewidziano także szczegółowe rozwiązania dla osób starszych, w tym utrzymanie na stałe trzynastej emerytury. – „Zbudujemy centra rehabilitacji i domy pobytu. Program dla seniora dostępny będzie w całej Polsce – darmowe drobne prace domowe, taksówka do przychodni. Trzeba uwolnić tzw. więźniów czwartego piętra” – ogłosił lider PO.

W programie PO jest także mowa o ekologii. – „Jeśli nie dokonamy radykalnej zmiany, nasze dzieci nie zobaczą już świata, jaki znaliśmy. Zobowiązujemy się, że do 2030 r. wyeliminujemy węgiel w ogrzewaniu domów i mieszkań, do 2035 r. – w ogrzewaniu systemowym, a do 2040 r. – w energetyce” – stwierdził Schetyna. Zapowiedział wprowadzenie zakazu sprowadzania śmieci do Polski oraz ograniczenie zużycia plastiku.

Wielkich niespodzianek nie ma po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. jedynek PiS w nadchodzących wyborach parlamentarnych, może poza jedną, o czym za chwilę. Sam prezes oczywiście kandyduje z pierwszego miejsca w Warszawie, a jego „delfin”, czyli Mateusz Morawiecki został liderem katowickiej listy PiS.

Na ogłoszonej liście zabrakło nazwiska wicepremiera i przewodniczącego sojuszniczej z PiS partyjki Jarosława Gowina. – „Właśnie przed chwilą klapsa od Prezesa dostał imć Gowin. Za mało się cieszył, żeby dostać jedynkę na jakiejś liście” – skomentował jeden z internautów. Drugi szef partii sprzymierzonej z PiS Zbigniew Ziobro jest jedynką w Kielcach.

Tak na marginesie, prezes miał niejakie trudności z odczytywaniem listy 41 nazwisk. Kilkakrotnie się przejęzyczył. Obecnego ministra obrony narodowej przedstawił jako Mirosława Błaszczaka, a okręg mylił mu się z ojcem.

Pojawiły się pierwsze komentarze dziennikarzy. – „Ponad połowa jedynek na listach wyborczych PiS to drugi lub trzeci garnitur partyjnych działaczy, którzy nigdy wcześniej nie byli lokomotywami partii w okręgach. Odważne posunięcie w wyborach, w których stawka jest b. duża. Ale co zrobić, jak stara gwardia wysłana do Brukseli” – Andrzej Gajcy z onet.pl. – Wielkich zaskoczeń to „jedynki” PiS jednak nie przyniosły. Ciekawa decyzja o PMM na Śląsku. To nie jest okręg gdzie da się zbudować wielki komin poparcia” – Konrad Piasecki z TVN 24.

Legnica: Adam Lipiński
Wałbrzych: Michał Dworczyk
Wrocław: Mirosława Stachowiak-Różecka
Bydgoszcz: Tomasz Latos
Toruń: Jan Krzysztof Ardanowski
Lublin: Sylwester Tułajew
Chełm: Jacek Sasin
Zielona Góra: Marek Ast
Łódź: Piotr Gliński
Piotrków Trybunalskich: Antoni Macierewicz
Sieradz: Joanna Lichocka
Chrzanów: Rafał Bochenek
Kraków: Małgorzata Wasserman
Nowy Sącz: Arkadiusz Mularczyk
Tarnów: Anna Pieczarka
Płock: Łukasz Szumowski
Radom: Marek Suski
Siedlce: Krzysztof Tchórzewski
Warszawa: Jarosław Kaczyński
Warszawa II: Mariusz Błaszczak
Opole: Violetta Porowska
Krosno: Marek Kuchciński
Rzeszów: Krzysztof Sobolewski
Białystok: Dariusz Piontkowski
Gdańsk: Jarosław Sellin
Gdynia: Marcin Horała
Bielsko-Biała: Stanisław Szwed
Częstochowa: Szymon Giżyński
Gliwice: Bożena Borys-Szopa
Rybnik: Bolesław Piecha
Katowice: Mateusz Morawiecki
Sosnowiec: Ewa Michalik
Kielce: Zbigniew Ziobro
Elbląg: Leonard Krasulski
Olsztyn: Wojciech Maksymowicz
Kalisz: Jan Dziedziczak
Konin: Zbigniew Hofman
Piła: Krzysztof Czarnecki
Poznań: Jadwiga Emilewicz
Koszalin: Paweł Szefernaker
Szczecin: Marek Gróbarczyk

Dorota Brejza, żona posła PO i szefa sztabu wyborczego partii, w wywiadzie dla „Dużego Formatu” opowiedziała, jak wygląda życie jednego z bardziej atakowanych przez partię rządzącą polityków. – „Chcą go zniszczyć, osłabić, tak długo na niego pluć, aż odpuści. Propaganda w mediach publicznych ma ogromną siłę rażenia – wiemy, jak skończyło się to dla Pawła Adamowicza. Przed wyborami samorządowymi ordynarnie atakowano mojego teścia, prezydenta Inowrocławia. Bez skutku, teść został wybrany na kolejną kadencję w pierwszej turze. Żyjemy ze świadomością, jaką pewnie miało wielu ludzi walczących z władzą w PRL – propaganda nas nie oszczędzi, ale musimy robić swoje”.

„Nie wiem, czy on jeszcze ma co sobie wypruwać przy jego trybie pracy. Gra toczy się o ogromną stawkę, przyszłość Polski, o jej demokratyczną albo autorytarną wizję. Po kampanii każdy powinien mieć czyste sumienie, że zrobił wszystko, by odsunąć PiS od władzy” – podkreśliła Dorota Brejza. Powiedziała, że najbardziej obawia się, że w Polsce powtórzy się „scenariusz węgierski”: – „To oczywiste, że PiS zamierza kontynuować antypaństwową politykę, a po wyborach zawłaszczyć media i do końca opanować sądy. Trudno konkurować z rozdawnictwem pieniędzy, ale musimy mieć na to odpowiedź i umieć ją przedstawić. Pokazać, że PiS kompletnie nie potrafi rządzić, bo nie potrafi. Transfery socjalne to nie jest rządzenie. Który problem cywilizacyjny udało się rządowi PiS rozwiązać? Edukacja – leży, proszę spojrzeć, co się dzieje w sprawie rekrutacji. Służba zdrowia – leży, po leki ludzie jeżdżą 100 km, bo w aptekach brakuje pół tysiąca preparatów. Budownictwo mieszkaniowe – zna któryś jednego lokatora okrzyczanego sukcesem „Mieszkania plus”? Miało być 100 tys. mieszkań, a jest raptem kilka tysięcy, nawet nie 10 proc. planu wykonali. I mogłabym wymieniać dalej – zero kilometrów autostrad, zero pomysłów na innowacje, zero planu dla młodych, zero za walkę z ociepleniem klimatu”.

Dorota Brejza, która prowadzi własną kancelarię adwokacką, nie ukrywa, że wspiera męża. – „Mąż przygląda się temu, co robi PiS, i prześwietla tematy, które budzą jego wątpliwości. Wspólnie zastanawiamy się, jak najlepiej coś ująć. Omawiamy zagadnienia prawnicze”. Jednym z przykładów takiej współpracy była pisowska ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. – „PiS próbował po cichu, w swoim stylu, ją zmienić. Skutkiem byłoby drastyczne pogorszenie się sytuacji prawnej ofiar. Pojawił się chory pomysł, żeby Niebieska Karta była prowadzona tylko za zgodą osoby dotkniętej przemocą. To oczywiste, że kobieta, zwykle ofiara przemocy, odmówi zgody na wszczęcie procedury ze strachu przed katem, z którym mieszka. Za projektem stali adwokaci Ordo Iuris, dla nich skrajnie konserwatywna, patriarchalna wizja świata i integralność rodziny jest wartością ważniejszą niż godność człowieka i wzajemny szacunek. zmienić ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. (…) Krzyś napisał interwencję, ujawnił skandal na Twitterze. Problem dostrzegli inni politycy, dziennikarze, internauci. Rząd wycofał się ze zmian” – opowiada Dorota Brejza.

Przypomniała też jedną z najgłośniejszych afer w PiS, czyli sprawę premii przyznanych sobie i członkom rządu przez ówczesną premier Beatę Szydło – „To nie były żadne nagrody, bo nagroda jest za coś, tylko mechanizm wypłacania drugich, niesłusznych pensji. Największa do tej pory afera rządu PiS. W lutym ub.r. z KPRM przyszła odpowiedź na pytanie Krzysia o wysokość premii. Powiedziałam mężowi: „Zobacz, stworzyli sobie system drugich wypłat”. Krzysiu w debacie publicznej zaczął używać tego określenia. Zwróciłam też uwagę, że zwroty tych nienależnych pensji nie powinny być kierowane do Caritasu, ale do skarbu państwa. Pisowscy politycy niech uprawiają filantropię z własnej kieszeni, a nie z publicznych pieniędzy” – stwierdziła prawniczka.

Klęska PiS musi być totalna. Z życia paskud 18

13 Lip

Zanim poczołgamy się wszyscy na kolanach Krakowskim Przedmieściem w przebłagalnej procesji za to, że kiedykolwiek przyśniło nam się w Polsce nowoczesne społeczeństwo i praworządne państwo, że kiedykolwiek zamarzyliśmy o gospodarce rynkowej, emancypacji, twardym i nieodwracalnym zakotwiczeniu Polski w centrum liberalnego Zachodu, zanim zaczniemy za to wszystko przepraszać zastanówmy się na moment nad tym, gdzie Platforma Obywatelska, Koalicja Obywatelska, Koalicja Europejska wygrały, a Jarosław Kaczyński przegrał politycznie i kulturowo. I jak tę jego klęskę na zawsze utrwalić.

Cały koszmarny i skrofuliczny sojusz tronu Jarosława Kaczyńskiego z ołtarzem Tadeusza Rydzyka przegrał w polskich miastach. I to polskie miasta trzeba będzie przed Kaczyńskim i Rydzykiem obronić, aby prędzej czy później odzyskać całą Polskę.

W wyborach samorządowych do roku 2014 włącznie (czyli także wówczas, kiedy rządziły koalicje SLD-PSL czy PO-PSL) wielu kandydatów PiS dostawało się do drugiej tury nawet w największych polskich metropoliach, takich jak Warszawa, Wrocław czy Kraków. Tymczasem w 2018 roku – po trzech latach rządów PiS używających wszystkich możliwych metod karania, zastraszania, korupcji i propagandy – poparcie dla autorytarnej prawicy w miastach zmalało, a kandydaci PiS zostali znokautowani już w pierwszej turze. Właśnie

TEN WYBÓR POLSKICH MIAST POKAZUJE, ŻE MODERNIZACJI W POLSCE NIE DA SIĘ ZATRZYMAĆ, A DEMOKRACJI ZNISZCZYĆ.

W dodatku Polska nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, wręcz przeciwnie – potwierdza globalną regułę. Od Hongkongu po Stambuł, od Teheranu po Warszawę, od Caracas po Poznań, Trójmiasto czy Łódź – w każdym państwie i regionie świata, bez względu na dominującą religię, ustrój, a nawet etap społeczno-cywilizacyjnego rozwoju, to mieszkańcy metropolii i miast przeciwstawiają się autorytaryzmowi. Wszędzie są też podobnie znienawidzeni przez autorytarną władzę i jej ideologów. Epitet „lemingi”, który pod adresem liberalnych mieszczan wypromowała polska prawica, ma bowiem swoje bardzo dokładne odpowiedniki w antymieszczańskiej propagandzie Erdogana, Maduro czy ajatollahów.

Nowoczesność narodziła się w miastach

Dlaczego liberalne miasta buntują się pierwsze i dają się spacyfikować ostatnie – prawicowemu czy lewicowemu autorytaryzmowi? Otóż liberalna nowoczesność narodziła się w miastach. Przesądziły o tym związane z nimi nierozerwalnie awans społeczny, mobilność, własność, naturalne „wykorzenienie” (ucieczka z domu, zerwanie lub głębokie przenegocjowanie dawnej wiejskiej tradycji i tożsamości). Do tego dochodziły ponadnarodowe kontakty i naturalna międzykulturowość wielkich metropolii, będących często miastami portowymi.

To w miastach wybuchały wszystkie rewolucje, które zniszczyły feudalny porządek. W Londynie rozpoczęła się rewolucja Cromwella, w Paryżu rewolucja 1789 roku, a w Petersburgu rewolucja lutowa 1917 roku, parę miesięcy później spacyfikowana przez bolszewicki pucz.

DLACZEGO ZATEM NIE TYLKO NAJBARDZIEJ AUTORYTARNA PRAWICA, ALE RÓWNIEŻ ANTYLIBERALNA, TOTALITARNA LEWICA NIENAWIDZI MIAST? OTÓŻ REWOLUCJE, KTÓRE ROZPOCZYNAŁY SIĘ W MIASTACH, BYŁY REWOLUCJAMI MIESZCZAŃSKIMI, A NIE KOMUNISTYCZNYMI.

Wybuchały w imię awansu społecznego, wyzwolenia skrępowanych feudalnymi więzami ambicji „trzeciego, mieszczańskiego stanu”, a nie w imię „równości żołądków”.

Ideolodzy totalitarnej lewicy i prawicy nienawidzą miast, bo miasta i mieszczaństwo niszczą wszystkie ich założycielskie mity. W zderzeniu z bogactwem, rozwojem i wolnością miast nie ostaje się ani prawicowy mit idealnego feudalnego współżycia arystokracji i szlachty z ludem (nie mogło być „społecznej harmonii” tyłka i bata), ani lewicowy (dziś podzielany także przez radykalnych ekologów) mit wsi jako miejsca „komunizmu pierwotnego”, gdzie nie istniał „wyzysk człowieka przez człowieka”, a gospodarka nie zagrażała środowisku, bo była „reprodukcyjna, a nie eksploatacyjna”.

W dodatku zawsze okazywało się, że wieś nie jest wroga miastu, ale mu raczej zazdrości. Najbardziej ambitna młodzież wiejska masowo uciekała do miast w poszukiwaniu awansu, kariery, wolności. A później urabiała swoich rówieśników, a czasami nawet rodziców. W ten sposób

WIELKIE LIBERALNE METROPOLIE POTRAFIŁY ZMIENIAĆ TOŻSAMOŚĆ CAŁYCH OTACZAJĄCYCH JE REGIONÓW.

Także dziś miasta spędzają sen z oczu wszystkim antyliberalnym tyranom. Kilka dekad po zwycięstwie islamistów w Iranie Teheran oraz Isfahan stały się widownią najbardziej masowych wystąpień przeciwko władzy ajatollahów. W czasie krwawo stłumionych zamieszek z 2009 i 2018 roku żądania poprawy warunków życia mieszały się z żądaniami przywrócenia podstawowych obywatelskich i obyczajowych swobód. Także w Turcji po blisko dwóch dekadach niezagrożonej władzy Erdogana twierdzami opozycji pozostają największe i najbardziej zokcydentalizowane metropolie Turcji – Ankara, Stambuł i Izmir. Nawet w Wenezueli pierwszym liderem antychavezowskiej opozycji stał się Antonio Jose Ledezma Diaz, wybrany w 2008 roku na burmistrza Caracas, co było pierwszym zwycięstwem wenezuelskich demokratów nad populistyczną dyktaturą. Później został on aresztowany i zmuszony do opuszczenia kraju, jednak to miasta pozostają twierdzami oporu wenezuelskiej opozycji.

Polscy łowcy „lemingów”

Polska ma swoją własną odsłonę autorytarnej antymieszczańskiej rewolty. Politycznie zarządza nią lokalna odmiana sojuszu tronu z ołtarzem, czyli Jarosław Kaczyński i Tadeusz Rydzyk, którzy od kilku lat próbują pacyfikować polskie miasta jako „stolice liberalnego grzechu”. Jednak język i hasła tej antymieszczańskiej rewolty przygotowali prawicowi publicyści.

Krótko po katastrofie smoleńskiej w prawicowym Internecie pojawiło się pogardliwe określenie liberalnych mieszczan jako „lemingów”. W 2012 roku Piotr Zaremba zdefiniował „lemingi” jako „bezrefleksyjnych przeżuwaczy medialnych mądrości”, a Robert Mazurek opublikował „Alfabet leminga”, w którym posługując się jeszcze prostszymi epitetami przedstawiał polskich mieszczan jako warstwę społeczną całkowicie wyzutą z tradycji i tożsamości. Obu publicystom chodziło oczywiście o to, że większość polskiego mieszczaństwa nie załapała się ani na nacjonalizm, ani na upolityczniony katolicyzm, ani na posmoleńską martyrologię prawicy – skupioną wcale nie na cierpieniu bliskich ofiar, ale na budowaniu politycznego mitu, który Jarosławowi Kaczyńskiemu miał zapewnić władzę, a jego politycznym żołnierzom pieniądze i stanowiska.

W tym samym czasie Jarosław Marek Rymkiewicz przeciwstawiał współczesnej Warszawie – jako miastu zamieszanemu przez „słoiki”, „lemingi”, „ludzi bez tożsamości” – „prawdziwą Warszawę”, miasto cieni zmasakrowane w Powstaniu.

AUTORYTARNY KULT ŚMIERCI STAŁ SIĘ KOLEJNYM NARZĘDZIEM MAJĄCYM UPOKORZYĆ ŻYJĄCE LIBERALNE MIESZCZAŃSTWO.

To było oczywiste kłamstwo, bowiem zarówno „starzy warszawiacy”, jak też warszawskie „słoiki” chodziły na Powązki w rocznicę wybuchu Postania Warszawskiego. Jednocześnie jednak „Marsze Niepodległości” organizowane przez narodowców czy „miesięcznice smoleńskie” organizowane przez PiS nie stały się nigdy świętami starego ani nowego warszawskiego mieszczaństwa. Bardziej odnajdywało się ono w ekumenicznych uroczystościach organizowanych 11 listopada przez Bronisława Komorowskiego, czyli w gromadzących dziesiątki tysięcy warszawiaków spacerach pomiędzy pomnikami Daszyńskiego, Piłsudskiego, Witosa, Dmowskiego.

Skoro nie podziałał ideowy szantaż, polityczni liderzy prawicy postanowili złamać polskich mieszczan i miasta w sposób bardziej praktyczny. Po zdobyciu władzy przez PiS w 2015 roku do urzędów miejskich największych polskich metropolii ruszyli agenci CBA i prokuratorzy. Pod hasłami „audytu” i „ścigania gigantycznych nadużyć” na ponad dwa lata sparaliżowano miejskie inwestycje, zablokowano wykorzystanie środków unijnych przeznaczonych na rozwój polskich miast. Jednocześnie ustawy uchwalane przez PiS przesuwały na władze miast kolejne obowiązki w zakresie edukacji, ochrony zdrowia, walki ze smogiem, a nawet gospodarki odpadami i recyklingu śmieci. Jednocześnie nie przyznając na ich realizację nowych funduszy, a nawet ograniczając dotychczasowe źródła finansowania.

MA TO DOPROWADZIĆ POLSKIE MIASTA DO BANKRUCTWA, POKAZAĆ, ŻE WŁADZE „WYBRANE PRZEZ LEMINGI” NIE RADZĄ SOBIE I MUSZĄ BYĆ ZASTĄPIONE PRZEZ PISOWSKICH KOMISARZY.

Podobny sens ma próba przejęcie przez rząd Mateusza Morawieckiego kontroli nad wszystkimi unijnymi środkami, także tymi adresowanymi do metropolii i miast. Doprowadziło to do zablokowania ośmiu miliardów euro przeznaczonych w obecnym budżecie UE na walkę ze smogiem.

Miasta nie obronią się same

Miasta nie obronią się same, z tego punktu wiedzenia dzisiejszy przedwyborczy sojusz samorządowców i prezydentów największych polskich metropolii z partyjną opozycją wydaje się czymś naturalnym. Platforma Obywatelska musi bronić miast i ma ku temu bardzo ważne narzędzie, którym jest pozycja tej partii i wysłanych przez nią do Brukseli reprezentantów w różnych instytucjach Unii Europejskiej – w najsilniejszej w Europie politycznej frakcji chadeckiej, w Parlamencie Europejskim, wśród ludzi broniących demokracji i praworządności w Komisji Europejskiej czy Radzie Europejskiej.

JUŻ TYLKO SPÓR O PIENIĄDZE NA WALKĘ ZE SMOGIEM POKAZAŁ, ŻE BRUKSELA NIE POZWOLI RZĄDOWI PIS PRZECHWYCIĆ WSZYSTKICH UNIJNYCH ŚRODKÓW, ŻEBY TUCZYŁ SIĘ NA NICH TADEUSZ RYDZYK I DZIAŁACZE PARTYJNI RÓŻNYCH NURTÓW „ZJEDNOCZONEJ PRAWICY”.

Aby jednak Polska nie traciła unijnych środków w sposób nieodwracalny, trzeba rozpocząć konsekwentną kampanią na rzecz przekazania choćby części pieniędzy traconych przez PiS-wski rząd bezpośrednio do budżetów polskich samorządów i miast. To nie jest walka łatwa i prosta, choćby dlatego, że Czechy, Słowacja, Grecja, Włochy… już zgłosiły się po unijne pieniądze, które rząd PiS uznał za niepotrzebne. Jednak politycy tacy jak Róża Thun, Jan Olbrycht, Danuta Huebner, Janusz Lewandowski, Radosław Sikorski są do takiej walki przygotowani i powinni ją rozpocząć już dzisiaj. Mają rozpoznawalność, kontakty, kompetencje.

PIS BĘDZIE DALEJ ZARZYNAŁ POLSKIE SAMORZĄDY I MIASTA, WYNIKA TO Z JEDYNEJ ZAUWAŻALNEJ DOKTRYNY KACZYŃSKIEGO, KTÓRA JEST DOKTRYNĄ ABSOLUTNEJ CENTRALIZACJI WŁADZY.

Ale jeśli walka o unijne pieniądze dla samorządów i miast zostanie choć w części przez polityków PO w Brukseli wygrana, jeśli przez to polskie miasta nie zbankrutują, wówczas Kaczyński połamie sobie zęby na Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku. A połamawszy sobie zęby na polskich miastach, PiS prędzej czy później straci władzę w całej Polsce.

„Człowiek wolności” z Żoliborza wyraził ochotę premierowania Polsce. Popuścił przy okazji jakiegoś wywiadu. Nie wytrzymał.

Zniszczył polskie państwo prawa, a teraz chce stanąć na zgliszczach demokracji i stworzyć wieczną dyktaturę w stylu Orbana. Co za przekleństwo dla Polski.

Prezes może sobie pozwolić na taki nonchalant. Teren został odpowiednio zabezpieczony. Opozycja jest częściowo sparaliżowana. Sędziów się dyscyplinuje. Trochę protestują, ale zaraz zmiękną. Trzeba tylko powtarzać, że to „mafia”. Lud to kupi, bo „mafia” działa na wyobraźnię. Schetyna miota się i nie ma spójnego programu wyborczego. Media za chwilę się przykróci. Teraz więc jest czas na Kaczyńskiego.

Jeszcze kolano pociągnie kilka lat. Zresztą, nie będzie dużo chodził. Teraz, kurwa, ja. Nawet nie jako premier, ale jako król i zbawca. Ludzie będą mu dziękować, dzieci rzucać kwiaty. Wszyscy będą płakać ze szczęścia. Może dojdzie do koronacji? On tylko powie, że się poświęcił dla Polski. Nie chciał, bo jest raczej skromny, ale to było wezwanie od ojczyzny. Musiał więc na nie odpowiedzieć. Tak, tak – pokiwa smutno głową. Wawel ma murowany, zaraz obok Leszka.

Wcześniej unikał odpowiedzialności. Ale teraz jest mniejsze ryzyko. Są poprzednicy, na których można to i owo zwalić. Konflikt z Unią, przykładowo. Jeżeli zacznie eskalować, to on – „człowiek wolności”, jest nowy. Owszem, słyszał coś o tym, że zarzucają nam łamanie praworządności, ale on w tym w ogóle nie brał udziału. Był zwykłym posłem. Oglądał rodeo w telewizji i głaskał kota.

Teraz czuje się znacznie pewniej. Poparcie jest stałe. Opowieść o zamachu w Smoleńsku została podmieniona na zagrożenie homoseksualistami. I to poszło. Lud jest wzburzony, ale posłuszny. Jeżeli trzeba, to się go nakarmi jakąś opowieścią o pedofilach z LGBTQ, którzy gwałcą 3 -letnie dzieci. „To może być twoje dziecko!” Kurski pokaże takie hasło kilka razy u siebie. Lud jest czuły na takie opowieści. Jak łatwo być premierem w Polsce!

Premier 1000-lecia, człowiek wolności oraz największy strateg i myśliciel! Ach! Ach! Ach! Oczywiście tylko wtedy, jeżeli PIS wygra jesienią wybory. Morawiecki zostaje. Będzie listkiem figowym, czy raczej krawatem i białą koszulą na zewnątrz Polski. Taki bufor. Jak coś, to będzie świecił za niego. Niech on użera się z Unią i różnymi komisjami. I z tą Niemką, co ją wybrali. Niech rozmawia z kim chce. Tymczasem prezes zajmie się Polską – swoim królestwem. Po co mu „Srebrna”? Tutaj jest wszystko. Tylko brać.

Jego kot aż parsknął z uciechy.

Spółki Skarbu Państwa od zawsze były uważane przez polityków za łatwy łup, aby ustawić swoich ludzi, którzy wzbogacali się na wysokopłatnych stanowiskach i często bardzo wysokich odprawach. Skala i koszty tego zjawiska urosły jednak za rządów Prawa i Sprawiedliwości do nieznanych wcześniej rozmiarów. Stało się tak wbrew deklaracjom rządzących o walce z układami, ponieważ jak wynika z raportu NIK, ten ma się w najlepsze. Kontrolerzy wykazali bowiem, że od czasu objęcia rządów przez PiS koszty odpraw i odszkodowań m.in. za zakaz konkurencji dla odchodzących managerów osiągnęły rekordowe rozmiary. Dla przykładu w badanych spółkach w latach 2011-17 same tylko odprawy dla odwołanych członków kadry kierowniczej kosztowały niemal 73 mln zł. Ponad jedna trzecia omawianych kosztów to rok 2016 – ponad 25 mln zł. Drugi w kolejności był rok 2015 – ponad 15 mln zł i rok 2017 – kolejne 9,27 mln zł. W sumie omawiane trzy roczniki to ponad 50 z 73 mln zł odpraw, w wyniku czego PiS odpowiada za 69,5 proc. wypłaconych świadczeń.

Równocześnie odszkodowania z tytułu zakazu konkurencji osiągnęły za rządów PiS także nieznane w historii rozmiary. Przez cały badany okres takie świadczenia dostało 547 osób, a łączna ich suma wyniosła ponad 147 mln. Najwięcej z tej kwoty również wypłacono już po przejęciu władzy przez PiS – 67% całej sumy.

Kluczem do zrozumienia opisanej sytuacji jest “układ”, jaki PiS zaczęło po przejęciu rządów budować w spółkach. Rządzący potrzebowali pozbyć się dotychczasowych kadr, nie bacząc na ich kompetencje czy warunki umów. Stąd zdecydowano się na ekonomicznie niekorzystne dla państwowych firm decyzje, aby “kupić” sobie natychmiastowe odejście niechcianych ludzi. W raporcie bowiem NIK “uznała za niegospodarną praktykę polegającą na zawieraniu porozumień z członkami kadry kierowniczej, w ramach których, w zamian za zgodę na natychmiastowe odejście z pracy wypłacano im wyższe odprawy i odszkodowania, a także ekwiwalenty z tytułu niewykorzystanych urlopów – przy równoczesnym zwolnieniu z obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia.”NIK wskazał przy tym, że częstą praktyką było kierowanie niechcianych ludzi na wysoko płatne urlopy, marnując posiadane przez nich kwalifikacje:

“Takie wielomiesięczne urlopy osób wykształconych, z dużym doświadczeniem zawodowym (zwłaszcza menedżerskim) jest także niekorzystne z punktu widzenia rozwoju gospodarki narodowej.”

Widać zatem wyraźnie, że dobro publiczne nie stało wówczas dla PiS na pierwszym miejscu.

Kontrolerzy obnażyli także skalę karuzeli stanowisk. W jednej z dużych Spółek Skarbu państwa wykazano bowiem, że “Spośród 88 dyrektorów, zwolniono 72. Wśród nich 41 osób zajmowało swoje stanowiska krócej niż dwa lata, 12 osób mniej niż rok. NIK uznała taką politykę kadrową za niewłaściwą, ponieważ zbyt częste zmiany na stanowiskach kierowniczych nie mogą pozytywnie wpływać na jakość zarządzania”.

Opisany dokument jest doskonałym studium o tym, jak rządzący zbudowali swój, obecnie bardzo potężny, układ w spółkach Skarbu Państwa. Kolejne doniesienia o “Misiewiczach”, wojnach partyjnych frakcji o spółki, czy “dobrowolne” wpłaty osób pełniących funkcje kierownicze w państwach gigantach na partyjne fundusze wyborcze pokazują, że majątek publiczny stał się jednym z filarów obecnej władzy. Jest to potężne zaplecze, które daje władzy olbrzymie możliwości, co pokazała choćby Polska Fundacja Narodowa. Jednak im dalej idą tego typu praktyki, tym większa jest hipokryzja władzy wobec jej własnych wyborców, a równocześnie rosną szkody gospodarcze wynikające z nieodpowiedzialności zarządzania opartego nie na ekonomicznych, ale politycznych przesłankach.

W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, z miasta i ze wsi. Ale nie ma miejsca na politykę transakcyjną. Jeśli dla kogoś różnica między Koalicją a PiS jest tylko w tym, ile gdzie można dostać stołków – droga wolna – mówił przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna, otwierając Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej. Przez dwa dni eksperci razem z politykami Koalicji mają rozmawiać o programie wyborczym na jesienne wybory parlamentarne.

Rozmowy o programie

Przez dwa dni w trakcie  Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej odbywać się będą dyskusje dotyczące najbardziej istotnych kwestii, m.in. edukacji, polityki społecznej, służby zdrowia, gospodarki i praworządności. Na Forum nie zabraknie też takich tematów jak opieka nad seniorami, sprawy kobiet i młodzieży, cyfryzacja, sport czy budownictwo.

Rozmowy odbywają się na 50 panelach w Pałacu Kultury i Nauki, biorą w nich udział nie tylko politycy opozycji, ale też przedstawiciele nauki, organizacji pozarządowych, publicyści, samorządowcy. Przed Pałacem stanął specjalny namiot społeczny.

Schetyna: W KO jest miejsce dla wszystkich

– Czas partyjnych gier już minął. Prawda musi pokonać bezprawie, miłość pokona nienawiść, a rozsądek pokona agresję – zaczął Grzegorz Schetyna. – W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, ludzi z miasta i wsi! Ale nie zgodzę się na wprowadzanie do koalicji polityki transakcyjnej. Jeśli ktoś rozumuje jedynie na zasadzie: kto da więcej, to do nas nie pasuje – podkreślał.

Schetyna przekonywał, że celem Koalicji Obywatelskiej jest godzenie Polaków i tworzenie prawdziwej wspólnoty: – Polski nie można sobie wyszarpywać – trzeba ją wspólnie budować, razem urządzać i zgodnie w niej żyć. To jest cel Koalicji Obywatelskiej!

Przekonywał, że opozycja po wygranych wyborach wróci do polityki opartej na konsensusie. – Proponujemy zupełnie inną politykę. Musi być ona oparta na stałym dialogu i szczerości. To nas musi odróżniać od obecnej, dzisiejszej władzy. Nawet jeśli ma to oznaczać przyznanie się do błędu – podkreślił.

500 Plus zostanie

Zdaniem lidera PO obecny rząd zapomina o pracujących i płacących podatki Polkach i Polakach, dla których KO będzie miała ofertę. Jednocześnie podkreślił, że programy socjalne, jak 500 Plus czy obniżenie wieku emerytalnego, nie zostaną zabrane.

– Jeśli pada pytanie o wiek emerytalny, o słynne 67 lat, to przyznajemy: to był błąd, można to było przeprowadzić na zasadzie dobrowolności i zachęt, a nie przymusu – powiedział Grzegorz Schetyna.

Służba zdrowia i edukacja wymagają natychmiastowej naprawy

Grzegorz Schetyna podkreślał też w swoim wystąpieniu obecną sytuację w szkołach. Ze względu na kumulację rocznika przy rekrutacji do liceum, spowodowaną reformą edukacji PiS-u, w szkołach trwa chaos, a wielu uczniów nie dostało się do wymarzonych szkół, często nawet mając świadectwo z czerwonym paskiem.

– Czy to nie chore, że tysiące zdolnych uczniów nie dostało się w tym roku do liceum? Przedstawicielka władzy odpowiedzialnej za bałagan śmiała im nawet powiedzieć, że “marzenia nie zawsze się spełniają” – mówił lider PO.

– W Polsce zaczyna brakować lekarstw. Smog przekracza dopuszczalne granice. Ludzie chorują, zdrowy rozwój dzieci jest zagrożony. A co robi ta władza? Sprowadza bez opamiętania rosyjski węgiel i tony śmieci! – mówił Grzegorz Schetyna.

Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej ma być ostatnim etapem tworzenia programu wyborczego. Wcześniej w ramach akcji #POrozmawiajmy politycy opozycji jeździli po kraju, aby poznać opinię ludzi.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że w sobotę Koalicja Obywatelska przedstawi główne kierunki nowego programu wyborczego.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele.

Niestety, nie mogę powtórzyć za Marylą Rodowicz, że „ja to mam szczęście/Że w tym momencie/Żyć mi przyszło/ W kraju nad Wisłą/ Ja to mam szczęście”. To nie szczęście, tylko najzwyczajniejszy pech. Najpierw zaliczyłam PRL, a teraz los obdarował mnie rządami partii, która poza populizmem, dyletanctwem, manipulacją i arogancją, niczego dobrego w rozwój mojej Polski nie wnosi.

A jeszcze niedawno, trzydzieści lat temu, wydawało się, że najgorsze mamy z głowy. Wreszcie wolność odmieniana na wszelkie możliwe sposoby. Wreszcie świat stanął otworem, przestała nas dusić ta szarość i marazm, a prawa człowieka wreszcie zaczęły coś znaczyć. Fakt, demokracja w pampersach wciąż raczkowała, popełniono wiele błędów, było sporo wykluczonych społecznych, korupcja i nepotyzm miały się nieźle, jednak…  nic i nikt nie przeskoczył tego, czym od 4 lat katuje nas PiS. Ani się człowiek obejrzał, a już wrócił PRL w swojej najgorszej postaci, przekroczono granicę, za którą już tylko bylejakość, totalna samowolka i zupełnie niezrozumiałe przez normalnie myślących działania, niszczące nas jako naród i Państwo.

W pisowskiej Polsce prawo przestało być prawem. Łamanie Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy, sposób procedowania i wprowadzania ustaw, dzielenie Polaków na tych, co to prawo ich chroni i tych, którym dowala, przekracza wszelkie normy obywatelskiego rozumienia. Mówiąc krótko, to jeden wielki chaos i wręcz anarchia, zafundowana nam w imię… no właśnie, w imię czego? Leczenia własnych kompleksów i niedowartościowania, żądzy władzy ponad wszystko, rozdmuchanego ego?

Taka jest właśnie ta „władza ludu”, co usiłuje nam prezes wbić do głów i przekonać, że o niczym innym nie marzyliśmy. I tenże właśnie „lud”, czyli politycy PiS i zjednoczone z nimi partyjki Ziobry i Gowina, karmią takimi głodnymi kawałkami, przekonani, że dajemy się na to nabrać i jak bezwolne owieczki pójdziemy za guru Kaczyńskim nawet na samo dno.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele. Przeinacza się to prawo, wprowadza jakieś debilne poprawki, manipuluje nim na wszystkie strony, a wszystko to w jednym celu – by pod płaszczykiem reformy prawa, walki z sędziami komunistami, usuwać tych, którzy nie chcą iść na smyczy, zarzucać sądy sprawami wrednej opozycji, co to śmiała zablokować marsz polskich faszystów, powiedziała coś nie tak, ośmieszyła wybrańca narodu i żądać przykładnego ukarania.

Zupełnie inne prawo stosowane jest do „swoich”. Nikt nie odważy się przesłuchać prezesa Kaczyńskiego w sprawie łapówki, dwóch wież i Srebrnej. Nikt nie odważy się zanegować decyzji Dudy, który przed uprawomocnieniem wyroku, objął amnestią swego kumpla Mariusza Kamińskiego. Pan Chrzanowski, zamieszany w aferę korupcyjną w KNF spokojnie bryluje na wolności. Nikt nic nie mówi o aferze we wrocławskim oddziale PCK, które wspomagało kampanię kolesi prezesa, „święte krowy” z PiS-u nie płacą mandatów i wiadomo, że nikt im nie podskoczy. Zgodne z pisowskim rozumieniem prawa jest skazanie Arabskiego za złą organizację lotu prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska, ale nikt nie ruszy Sasina, który z ramienia kancelarii prezydenckiej ten lot przygotowywał od A – Z i o tym wiedzą wszyscy. Jego już prawo nie obowiązuje. Sędzia Izby Cywilnej SN, kumpel Ziobry, Zaradkiewicz wydaje zakaz wykonywania czynności kierowniczych prezesowi tejże izby w SN. A co, wolno mu przecież…

Prokuratorzy stają na uszach, by bronić naziolków, sądy np. w Białymstoku umarzają sprawy agresji i rozpowszechniania postaw niezgodnych z prawem. Nazywają marsze narodowców niewinną zabawą chłopców i dziewczynek, czczenie urodzin Hitlera prywatną imprezką, rzucanie racami i obraźliwe okrzyki prowokacją ze strony opozycji. Wieszanie na szubienicach zdjęć europosłów z PiS to dla nich żaden powód do wszczęcia postępowania karnego, a tylko niewinny wybryk. Atak osiłków na mizernej postury działacza KOD to tylko przepychanka i to ów koder ponosi winę, bo się na nich rzucił. Za to władza udaje ślepą i głuchą, gdy atakowani są politycy partii opozycyjnych, najczęściej zasłaniając się „niewykryciem sprawców” jak w przypadku oblania wolontariuszy Róży Thun fekaliami.

Przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć, ale jedno jest pewne. Dzisiaj obowiązuje tylko to prawo, które wyznacza partia rządząca, więc drżyj narodzie, bo nie znasz dnia ani godziny, gdy wejdą do ciebie o świcie i zaskoczony dowiesz się, że jesteś przestępcą.

Zorba Morawiecki przeprowadza klasyczny upadek Polski. Z życia pasqud 17

12 Lip

Zanim jeszcze program rodzina 500+ doczekał się realizacji, wielu polityków oraz ekonomistów straszyło, że gospodarka tego nie udźwignie. Po wprowadzeniu pierwszego etapu programu, w ramach którego wsparcie objęło wszystkie rodziny, które mają dwójkę i więcej dzieci, wspierając jednocześnie pierwsze dziecko przy zachowaniu kryterium dochodowego, gospodarka jednak nie tąpnęła.

Cały proces nie jest jednak taki prosty. Po pierwsze prawdziwy ciężar dla budżetu i co za tym idzie – dla całej gospodarki, będzie widoczny po latach.

Rząd PiS nie poprzestał jednak na początkowej wersji programu, wprowadzając od lipca 2019 r. wsparcie również na pierwsze dziecko, bez względu na poziom dochodów w danej rodzinie. Do tego dochodzi tzw. “trzynasta emerytura” a także obniżenie wieku emerytalnego.

Rząd zapewnia oczywiście, że zależy mu na dobru Polaków. Problem w tym, że wskaźniki wydatków na świadczenia społeczne wiodą nas ku losowi Grecji i Wenezueli, gdzie nastąpiło całkowite załamanie gospodarek oraz kryzys na niespotykaną dotychczas skalę.

Od początku programu rodzina 500+ jego realizacja kosztowała budżet 63 miliardy złotych. Jak donoszą analitycy Forum Obywatelskiego Rozwoju, po rozszerzeniu roczny koszt wyniesie, bagatela, 41 miliardów złotych rocznie.

Jak donosi INN Poland, kwota ta “zjada” praktycznie w całości dochody naszego państwa z tytułu podatku PIT od osób, które nie przekraczają pierwszego progu podatkowego:

To już jest suma zawrotna – porównywalna z kwotą, jaką każdego roku zasilamy urzędy skarbowe. To nie żart – każdego roku osoby znajdujące się w pierwszym progu podatkowym wpłacają do budżetu ok. 49 miliardów złotych. Ich podatki idą więc prawie w całości na finansowanie 500+“.

Wszystko to przekłada się na dramatyczny wzrost zadłużenia państwa.

Polska jest co prawda dziś daleko od scenariusza greckiego, ale kolejne 4 lata “reform gospodarczych” z pewnością przybliżą nas do podobnego finału. Dług publiczny Grecji przekracza w tej chwili 180 proc. PKB, zaś Polski nie przekracza 60 proc. Nasz kraj ma jednak gigantyczny dług ukryty w postaci systemu emerytalnego. Jeśli wliczymy emerytury, do wypłaty których zobowiązał się ZUS, to zadłużenie przekracza już 300 proc. w stosunku do PKB!

Warto pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak publicznie pieniądze. Jeżeli rząd komuś daje, komuś będzie musiał zabrać. W efekcie, kiedy gospodarka już runie jak domek z kart, długi spłacać będą nasze dzieci i wnuki, i to w kwotach znacznie wyższych aniżeli wsparcie z 500+…

Nikt nie będzie nas pouczał, kogo mamy, a kogo nie mamy tolerować, skoro taka już nasza, z religii wprost wywiedziona, odwieczna tradycja!

Demokracja demokracją, praworządność praworządnością, ale dla nas nad Wisłą najważniejsza jest tradycja! Każdy to przyzna, więc ostatnio przyznał też wiceminister sprawiedliwości niejaki Marcin Romanowski z PiS. Zdaje się, że nawet prawnik z wykształcenia.

Komentując casus pracownika IKEI, zwolnionego za „nawoływanie do przemocy wobec mniejszości seksualnych”, wiceminister sprawiedliwości wziął otóż publicznie w obronę rzeczonego młodzieńca oraz jego poglądy, powołując się na… wolność wyznania. Zdaniem wiceszefa od sprawiedliwości wezwanie do motywowanych cytatem ze Starego Testamentu aktów przemocy wobec środowisk LGBT jest w pełni uprawnione, ponieważ wyraża przekonania religijne. Te zaś wolno głosić swobodnie, co gwarantuje każdemu Konstytucja.

Pan wiceminister poczuł się zatem w obowiązku, by wziąć stronę młodzieńca, tym bardziej, że – jak zauważył – został on zwolniony „za poglądy” przez – tu cytat – „zagraniczne przedsiębiorstwo prywatne”, które – tu znów cytat – „łamiąc prawo, najpierw podważa, a potem niszczy naszą tradycję i kulturę prawną”. Co czyni, próbując narzucić pracownikom obce im kulturowo zasady tolerancji dla „zwyrodnień” wszelkiego rodzaju i usiłując zamknąć usta naszej zdrowej moralnie, patriotycznej młodzieży, nazywającej „zboczeńca” zboczeńcem.

Nie dość, że inkryminowane przedsiębiorstwo umeblowało Polakom mieszkania, to jeszcze próbuje meblować im głowy, narzucając przemocą poprawność polityczną, która zarówno literą, jak i duchem godzi w nasze zaczerpnięte wprost z Pisma św. poczucie tego, co słuszne, dobre oraz prawe i sprawiedliwe. Ale my, i to nawet siłą unijnych dotacji i głosowań 27:1, nie damy sobie odebrać naszego świętego prawa do dyskryminacji wszystkich, których należy przykładnie dyskryminować.

Tu jest Polska, więc mogą nam Szwedzi wyznaczać standardy estetyczne (cóż, stało się), ale od prawnych i – zwłaszcza – moralnych im wara. Nikt nie będzie nas pouczał, kogo mamy, a kogo nie mamy tolerować, skoro taka już nasza, z religii wprost wywiedziona, odwieczna tradycja!

Nie bez powodu Episkopat ostrzegł niedawno rodziców przed zajęciami na temat przemocy i dyskryminacji właśnie. Bo wszak, wyrzekając się nawyku nietolerancji i agresywnych postaw względem gejów, lesbijek, Izraelitów oraz rzecznika Bodnara zapieramy się własnej, tkwiącej głęboko w genach i kulturze, pięknej narodowej przeszłości. A przecież już samo istnienie takich podejrzanych, obcych każdemu przyzwoitemu Polakowi środowisk, obraża jego uczucia religijne, te zaś są u nas – zwłaszcza ostatnio – pod szczególną ochroną.

Więc owszem – teoretycznie – to w pojęciu demokratycznego państwa prawa zawiera się zakaz dyskryminacji kogokolwiek ze względu na cokolwiek. No, ale co to znaczy „demokracja”? Na to ważne pytanie odpowiedział ostatnio pan Prezydent Niektórych Polaków, że to „władza ludu”. Skoro więc „lud” uzna geja za „zboczeńca” i zechce potraktować go według przepisu ze Starego Testamentu, to któż „ludowi” zabroni? Lud rządzi – lud sądzi.

Natomiast co do „prawa”, to wprawdzie Polska jest katolicka, ale w Ministerstwie Sprawiedliwości zamiast Ewangelii obowiązuje teraz – zdaje się – Księga Powtórzonego Prawa. Toteż święte prawo do nietolerancji już wkrótce rozciągnięte zostanie na wszystkie środowiska, które są niemiłe Panu (a konkretnie, Panu Prezesowi). Podstawę prawną będzie tu – oczywiście – stanowić paragraf o „uczuciach religijnych”. Bo wszak „wszelka władza pochodzi od Boga”. Kto więc przeciw niej występuje, to jakby – jako heretyk i bluźnierca – sprzeciwiał się wyrokom Opatrzności.

Po oficjalnym komentarzu wiceministra sprawiedliwości można już teraz, zgodnie z prawem i w absolutnej zgodzie z narodową tradycją, publicznie zachęcać do kamienowania feministek, palenia na stosie redakcji TVN24 (ich wóz transmisyjny stworzył tu piękny precedens), łamania kołem „totalnej opozycji” oraz hurtowego obcinania toporem „rąk podniesionych na Kościół”, poczynając od prawicy redaktora Sekielskiego. A wszystko w myśl ewangelicznej zasady „Miłujcie nieprzyjacioły wasze”… Bo wszak miłość, podobnie jak demokracja według prezydenta Dudy, niejedno ma imię.

Kaczyński jako premier zrobi z Polski Kaczy Stan. Z czasem stracimy niepodległość. I zostanie po nas kaczy smród. Z życia pasqud (mend) 16

11 Lip

Konkretne decyzje jeszcze nie zostały podjęte, ale w środowisku prawicy mówi się całkiem serio, że Jarosław Kaczyński obejmie tekę premiera, jeśli tylko PiS wygra jesienne wybory do parlamentu.

Najważniejsze jest to, że pragnie tego on sam osobiście „a to wystarczająca rekomendacja” – oznajmił Wirtualnej Polsce jeden z czołowych polityków z otoczenia lidera partii rządzącej.

Uważa on, że byłoby to dla Kaczyńskiego spełnienie politycznych ambicji i wcale nie jest to nierealne. „Sondaże wskazują, że idziemy po zwycięstwo. Nie ma powodu, dla którego, prezes nie angażowałby się w kampanię i po wyborach miałby nie stanąć na czele rządu” – wyjaśnia.

Podczas spotkań z wyborcami dyskusji na ten temat partia jednak nie przewiduje, zwłaszcza że kampanijni stratedzy wiedzą dobrze, iż Kaczyński nie jest w oczach opinii publicznej dobrze postrzegany.

W związku z tym zaczęto już testować, jak przyjmie się w opinii publicznej kandydatura Jarosława Kaczyńskiego na premiera.

Według ostatniego sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu„, okazało się, że 57 proc. respondentów nie chce, aby po wygranych przez PiS wyborach Kaczyński został szefem rządu. Kandydaturę poparło 23 proc., a 20 proc. odpowiedziało: „nie wiem„.

I tylko niewątpliwy entuzjasta prezesa oraz jego strategii europoseł Adam Bielan w rozmowie z tygodnikiem „Wprost” stwierdził, że objęcie teki premiera przez Kaczyńskiego po wygranych wyborach parlamentarnych byłoby „oczywiste„.  „Ja osobiście chciałbym, żeby Jarosław Kaczyński został jeszcze premierem. To jednak zależy od sytuacji politycznej w następnej kadencji” – stwierdził Bielan.

Wszystko to jednak nie zmienia obecnej sytuacji. Twarzą kampanii wyborczej będzie nadal premier Mateusz Morawiecki – informuje wp. To on będzie jeździł po całej Polsce i przekonywał wyborców do oddania głosu na PiS. W niektórych tylko miejscach razem z nim pojawi się prezes Kaczyński.

Moim odkryciem towarzyskim ostatnich lat jest Julia Przyłębska” – powiedział lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w jednej z edycji programu „Pytanie na Śniadanie” w telewizji publicznej.

I to był błąd, bo prezes zdradził, że wbrew zapisom Konstytucji RP utrzymuje kontakty towarzyskie z sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Jak czytamy w Onecie, związane ze Stowarzyszeniem Iustitia, Forum Współpracy Sędziów, w którego skład wchodzi kilkuset sędziów wybranych w sądach w całej Polsce, niepokoi się prywatnymi spotkaniami Przyłębskiej i to nie tylko z Kaczyńskim, ale również z Mateuszem Morawieckim.

Zdaniem FWS jest „absolutnie niedopuszczalne inicjowanie i utrzymywanie kontaktów towarzyskich z politykami mającymi istotny wpływ na działalność władzy wykonawczej lub ustawodawczej przez jakichkolwiek sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a w szczególności przez osobę pełniącą funkcję jej Prezesa. Istnienie takich nieformalnych kontaktów wywołuje uzasadnione wątpliwości co do bezstronności danego sędziego, podważa autorytet Trybunału oraz jego zdolność do wypełniania przypisanej mu konstytucyjnej roli„.

Pasqudy PiS prowadzą Polskę do faszyzmu. Z życia pasqud 14

9 Lip

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.

Mateusz Morawiecki, recydywista kłamstwa. Z życia pasqud 13

8 Lip

Morawiecki minął się z prawdą przy okazji ogłoszenia planu walki z zanieczyszczeniem powietrza. Polityk w trakcie konwencji PiS w Katowicach zapowiedział, że jeszcze w bieżącym roku posadzone zostanie pół miliarda drzew.

Wykonanie tego planu jest po prostu niemożliwe. Leśnicy, zakładając, że akcja zakończona ma zostać w Sylwestra, musieliby sadzić aż 33 drzewa na sekundę…

Prawo i Sprawiedliwość jest formacją antyekologiczną. PiS-owcy jak dotychczas wycięli tysiące drzew i pozbyli się elektrowni wiatrowych. Rządzący nie ustają przy tym w promocji energetyki węglowej, choć problem zanieczyszczenia środowiska jest w Polsce coraz bardziej widoczny.

Zdaniem wielu polityków partii rządzącej, problemy związane ze zmianami klimatycznymi stanowią wymysł „lewackich” mediów.

Najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego może stać się koszmarem na jawie. Jak poinformował na Facebooku Roman Giertych, pełnomocnik Geralda Birgfellnera, właśnie otwiera się nowy rozdział sprawy oszustwa na wielką skalę (chodzi o kwotę ponad 40 mln złotych), jakiej dopuścić miał się prezes Prawa i Sprawiedliwości na rzecz austriackiego biznesmena. Sprawa dotyczy rozbudowy finansowego zaplecza środowiska, skupionego wokół lidera Zjednoczonej Prawicy i budowy na działce przy ul. Srebrnej dwóch wieżowców K-Towers, które na wiele dekad zapewniłyby olbrzymie finansowanie temu stronnictwu.

Chodzi mianowicie o decyzję austriackiej prokuratury, która zdaniem Giertycha została wręcz dodatkowo zmotywowana do działania wnioskami, które skierowała do niej polska prokuratura. Popularny mecenas jest nawet zdania, że to nie jest przypadek i tak naprawdę na taki efekt liczyli prokurator Śpiewak i prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski, którzy rozumieją, że w polskich warunkach do wszczęcia takiego śledztwa nie ma prawa dojść.

“Otrzymaliśmy informację od austriackiej prokuratury, że wpłynął do nich wniosek o przesłuchanie Geralda Birgfellnera skierowany przez prokuratorów Renatę Śpiewak i Bogdana Święczkowskiego. Przesłuchanie w rozmowie z prokuratorem austriackim ustaliliśmy na dzień 12 sierpnia br. w Wiedniu. Wraz z przesłuchaniem złożymy wniosek o wszczęcie postępowanie karnego w Austrii. Prokurator po zrealizowaniu wniosku polskiej prokuratury będzie mógł wyłączyć sprawę naszego zawiadomienia do odrębnego postępowania i przeprowadzić normalne, gruntowne śledztwo” – czytamy na Facebooku Giertycha.

Więcej >>>

eśli sprawa zostanie formalnie podjęta, należy spodziewać się rychłego wezwania na świadka zarówno Jarosława Kaczyńskiego, jak i ks. Rafała Sawicza i zapewne wielu innych prominentnych działaczy środowiska skupionego wokół spółki Srebrna, w tym małżeństwo Kujdów, słynną panią Basię, czy Michała Krupińskiego, szefa państwowego banku, który miał w niejasnych okolicznościach gwarantować sfinansowanie inwestycji.

W zbudowanym przez większość sejmową układzie państwowym, w którym prokuratura jest ściśle podległa politykowi zależnemu od lidera PiS, niemożliwie jest nawet wszczęcie śledztwa w sprawie jego dotyczącej (to, co dzieje się wokół postępowania sprawdzającego z zawiadomienia Birgfellnera jest najlepszym przykładem tej głębokiej patologii). Jeśli jednak sprawa trafi pod jurysdykcję państwa ze sprawnie działającą prokuraturą, nieskażoną politycznymi powiązaniami, to sprawa może przybrać bardzo nieciekawy obrót dla “krystalicznego” lidera partii rządzącej. Jeszcze przed wyborami może dojść nie tylko do wszczęcia śledztwa w tej sprawie, ale i do postawienia mu poważnych zarzutów oszustwa czy nawet wystawienia Europejskiego Nakazu Aresztowania, jeśli przed stawiennictwem przed organami ścigania będzie się uchylał. Dłużej tej sprawy bagatelizować się nie da. Pozostaje pytanie, jakiej pomocy zdecyduje się udzielić prezesowi PiS Zbigniew Ziobro i czego zażąda w zamian. Jedno jest pewne – sprawa z pewnością powróci i to ze zdwojoną siłą.

Wyobraźmy sobie świat bez religii, o którym śpiewał John Lennon w piosence “Imagine”: nie ma już coniedzielnej Mszy, kościoły najpierw zamknięto, a potem przerobiwszy na sale koncertowe – zburzono. To samo zrobiono z meczetami i synagogami, cerkwiami i zborami.

Co by się stało, gdybyś pewnego dnia dowiedział się, że papież ogłosił koniec chrześcijaństwa w jego dawnej i obecnej postaci? Czy świat bez religii był niegdyś? Czy kiedyś będzie? Czy Jezus się nie mylił, pytając retorycznie, czy “znajdzie wiarę na Ziemi, gdy przyjdzie?” Czy ludzie Kościoła i innych religii zostaną ukarani za to, co robili przez tyle wieków z niewykształconymi ludźmi?

Wiedza daje potęgę, także tę materialną: to wiemy wszyscy. Kto jednak korzysta z wiedzy, aby zdobyć władzę i pieniądze, ten niegodny jest nieba. Powinien zostać na ziemi, którą spali słońce.

Dlaczego istnieją religie? Kto wpadł na pomysł, aby zbudować pierwsze świątynie na bliskim wschodzie i dlaczego do dziś się je stawia? Co kieruje ludźmi, aby automatycznie, jak manekiny wstać rankiem w niedzielę i “pójść do kościoła”?

Zauważ, że “chodzi się do kościoła”, a nie “chodzi się, aby spotkać Boga”. Pomylili się nasi pradziadowie, gdy ustanawiali nowoczesne reguły separacji prywatnych przekonań od naukowych dociekań w okresie pozytywizmu. Sądzili, że “religia to opium dla ludu” i że “Bóg zmarł”, ale nie przypuszczali, że nadejdą takie czasy, jak dziś, kiedy na lekcjach katecheci stawiają uczniom pytanie o to, czy “homoseksualista może być zbawiony?”. Skandal polega tu już na samym postawieniu tego pytania, które jest w domyśle rzecz jasna retoryczne: nie, nie może być zbawiony, bo ja – katecheta – tak chcę i koniec. Jest to perfidne wykorzystywanie zabobonnych lęków, przesądów i uprzedzeń, uprzednio wdrukowanych w dzieciństwie, do forsowania nowych pułapek myślowych.

Ktoś powiedział, że “wiek 21 będzie religijny, bądź nie będzie go wcale”. I miał na myśli mistykę oraz rozwój duchowy, które rzadko idą w parze z oficjalnymi dogmatami jakiejś wiary czy tradycji religijnej. Niestety, mistyka jeżeli jest, to tylko w szpitalach dla nerwowo chorych, a w przestrzeniach publicznych mamy karykaturę, parodię wiary, jej jakieś legalistyczne i formalne szczątki. Po prawdziwej wierze nie ma śladu, stąd wchodzi w nas wiara fałszywa, niemająca nic wspólnego nie tylko z Biblią, ale nawet z tym, czego uczy w oficjalnych encyklikach papież.

Kiedy opublikowano “Amoris leatitia”, podniosło się larum i “wierni Tradycji”, czyli mówiąc krótko tradycji kastracyjnej oburzyli się, że papież – zresztą wzorem Benedykta XVI – mówi coś o “erosie” i “amorze”. Dziadek bredzi! – twierdzili prawowierni, bardziej boscy niż sam Bóg katolicy polscy.

Mam znajomego księdza Polaka, który jest kapelanem w szpitalu w Wiedniu. Kiedy czatujemy o religii, przekazuje mi wstrząsający – ale jakże pozytywnie! – obraz wiary w Zachodniej Europie. Tam nikt ci nie zabroni kupna w aptece gumki albo środka antykoncepcyjnego; nikt ci nie wejdzie do łóżka i nie zbada, w jakiej pozycji to robisz i ile masz z tego rozkoszy; tam nikt ci nie zabroni uczyć się teorii ewolucji; nikt nie zmusi Twoich dzieci do udziału w jakichś chorych uroczystościach i nie będzie prześladował, jeśli ich nie poślesz na religię, która właściwie jest tam etyką oraz religioznawstwem porównawczym: dzieci uczą się, że są różne tradycje i panuje tu wielka różnorodność, tak jak w świecie biologicznym i że masz wolny wybór, możesz nie tylko je obiektywnie poznawać, ale i podróżować bez obaw do miejsc innych wiar, odwiedzać meczet, synagogę, cerkiew czy zbory i nie mieć z tego powodu problemów.

Tam nikt nie rzuca anatem, klątw i przekleństw; tam nikt nie sądzi po pozorach, a jeśli się zdarzają nieporozumienia, to szybko zostają wyjaśnione. Każdy szanuje siebie, swoją wiarę lub niewiarę, szanuje innych i inne wiary oraz niewiary. Tam religia nie opanowała uniwersytetów, akademii, szkół średnich oraz powszechnych; religia zna i zachowuje swoje granice, wie, gdzie jej miejsce, że najlepiej jej w “ewangelicznej izdebce”, gdzie każdy może robić, co chce. I jeszcze nie najmniej ważne: spowiedź jest całkowicie na wymarciu, a jeśli ktoś chce porozmawiać z księdzem, musi się umówić, bo księża nie siedzą ostentacyjnie w konfesjonałach i nie jadą na wzbudzaniu poczucia winy; znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do kościoła, widzisz sznureczek ludzi i nagle wahasz się, czy też nie pójść do spowiedzi; tak działa właśnie presja grupy.

Tam, żeby w ogóle się móc wyspowiadać, co zresztą odbywa się w całkiem różnej formule, należy znaleźć kapłana i najpierw odbyć zwyczajną rozmowę. Podczas tej rozmowy kapłan może nawet stwierdzić, że spowiedź rozumiana u nas jako sakrament, co działa na podświadomość wiernych, nie jest w tym przypadku konieczna. Rozmowa z księdzem staje się bardzo popularnym zamiennikiem spowiedzi i nie należy z tego powodu rzucać anatem na chrześcijaństwo zachodnie. Oskarżane o niewiarę, okazuje się ostatnią przestrzenią wolności, której nie zna ani polski katolicyzm, ani powracający korporacyjny model państwa świeckiego, pełnego monitoringu i obiektywów kamer.

Religia jest, staje się na naszych oczach i będzie głównym kłopotem tego stulecia, a jeśli nic nie zrobimy, to i następnego, które teraz wydaje się nam odległe, a nadejdzie niespodziewanie prędko. Religia to źródło zabobonów i bredni, podpartych tak zwaną tradycją, czyli przesądami analfabetów średniowiecznych oraz uświęcone Biblią, której i tak żaden katolik nie czyta, bo gdyby przeczytał w księdze kapłańskiej, że Bóg każe zabijać gejów, to straciłby wiarę.

Dobrze wiedzieli cenzorzy potrydenccy, kiedy zakazali prywatnej lektury pisma świętego, bo jeśli przeczytasz raz te brednie, to na zawsze porzucisz wygodną tradycję, ustalone myślenie i wyruszysz we własną podróż duchową, która da ci więcej niż “codzienny różaniec, Eucharystia, lektura pisma świętego i pokuta” – to jednym tchem wymawiane zalecenia dla polskich katolików.

Jakie to proste! Pójdę na Mszę, wyspowiadam się co miesiąc, albo co tydzień, najlepiej codziennie, przystąpię do Komunii, potem jeszcze dziesiątka różańca i jakiś dobry uczynek (umyję mamusi naczynia) i załatwione!

Jaki ten rozwój duchowy prosty! Po co mi czytanie mądrych książek, skoro nie są natchnione, no bo jedynie Biblia jest natchniona! Po co mi powieści
Dostojewskiego, Manna, Bułhakowa, te straszne, bezbożne lektury, po co mi
muzyka Bacha, jak mogę pójść sobie na charyzmatyczne spotkanko i przy wtórze gitar wyśpiewać Panu chwałę! Gitary podkręcą nastrój w grupie i może jakieś cuda się zdarzą przy okazji? Anioł ukaże się z mieczem i pójdzie karać moje bezbożne miasto, a my tu bezpieczni, schowani przed złym światem i wybrani oczywiście spośród milionów.

Oczywiście, jest jeszcze gorzej: jedną naszą stroną, tą racjonalną krytykujemy religię i Kościół, ale gdy widzimy tyle nieszczęść, aż prosi się, żeby nieco stonować, spojrzeć na religie bardziej pozytywnie jako na źródło pociechy dla tysięcy chorych, niepełnosprawnych i nieszczęśliwych.

Uwaga! To właśnie jest ów podstępny mechanizm: “no tak, ja nie potrzebuję Boga ani religii, ale nie będę z nimi walczył, skoro są ludzie, którym jest ona potrzebna”. Błąd! Ludzie, którzy naprawdę wierzą w coś, w jakiś sens zwykle nie potrzebują do tego żadnych kościelnych pośredników. Mają wiarę Pascalowską, religię serca, ową “religię naturalną”, pozbawioną dogmatów, sztywnych tradycji i rytów, owo poczucie “nieba gwiaździstego” i muzyki sfer, które skutecznie odczyniają złe uroki kościelnej niewoli, dyscypliny sakramentów i bredni, wpajanych wiernym od dekad.

Oczywiście, brednie obecne są uwspółcześnione, żaden katolik nie uwierzy już w “staruszka z brodą” i tak dalej, ale to kolejna pułapka: spór rozgrywa się na płaszczyźnie etycznej oraz światopoglądowej. Katolik serio tedy wierzy, że istniał raj z wężem i jabłuszkiem, że Jezus chodził po wodzie, że woda zmieniła się w wino i że manna sypała się z nieba, a wzburzone wody Morza Czerwonego nagle się rozstąpiły, pozwalając ujść z głową Żydom, ściganym przed Egipcjan. I na tym buduje swoją etykę, w której nadmiernie uszczegóławia Dekalog, fiksując się prawie zawsze na nieszczęsnym “szóstym i dziewiątym”, jakby nie było pozostałych osiem, równie ważnych, albo ważniejszych.

Jeśli wspólnie nie zastanowimy się tutaj, na tym forum, co dalej począć z wyskokami Kościoła i zbiorowymi zaburzeniami nerwowymi, nazywanymi roboczo “religią”, to nikt za nas tego nie zrobi i będziemy winni duchowej apokalipsy, jaką zgotują nam religie jeszcze w tej połowie obecnego stulecia.

Panie Jarosławie Kaczyński,

z niepokojem przyjąłem ponownie wiadomość o Pańskiej odizolowanej „wyspie wolności” i ogólnego szczęścia. Proszę, aby Pan tego mi oszczędził i nie zabierał mnie ze sobą, bo będzie miał Pan tam ze mną same kłopoty.

Pochodzę ze zwykłej polskiej rodziny, z ojca AK-owca i mamy robotnicy. Nie było w domu kokosów. Skromne wojskowe mieszkanko i czterech braci, wychowywanych na patriotycznych wzorcach AK.

Nie to, co Pan – arystokrata żoliborski.

Mógł się Pan cieszyć kontaktami z niezwykle wpływowymi ludźmi dyktatury proletariatu, którzy podpisywali wyroki na polskich bohaterów. Przy tak mocnych osobach z pewnością opływał Pan ptasim mleczkiem. Mieszkał Pan w wygodnej willi, odebranej rodzinie polskiego oficera i bohatera wojny z bolszewikami. Jak to fajnie móc korzystać z luksusów, chociaż męczy mnie to, że stworzonych dla ludzi, będących na usługach tamtej władzy.

Nawet, gdy zdarzyło się zaniedbać naukę, sam kurator oświaty najwyższej władzy PZPR pomógł; wprawdzie trzeba było szkołę zmienić, ale promocję do klasy maturalnej Pan otrzymał.

Potem „chłopaki szły” do wojska. U mnie było łatwo, ciągle w mundurze harcerskim, do szkoły oficerskiej poszedłem jakby z marszu, naturalnie.

Przepraszam, ale nie słyszałem, gdzie Pan służył, prawdopodobnie prasa tego nie zauważyła, ale powszechny obowiązek obrony ojczyzny zapewne był Panu nieobcy i odsłużył Pan te dwa obowiązkowe lata dla ojczyzny, żeby, jak wtedy mawiano, stać się mężczyzną. Pewnie podziela Pan mój pogląd, że trudno było się od wojska wymigać, chyba że ktoś ręki lub nogi nie miał albo na tzw. żółte papiery, bo wariatom wtedy broni nie dawali, prawda?!

To kiedy stał się Pan mężczyzną?

Ludzie mówią, ale nie wierzę, że nadal trudno Panu zrobić cokolwiek samemu.

Z pisaniem pracy inżynierskiej czy magisterskiej też nie miałem problemów. Pamiętam jednak to stukanie jednym palcem na maszynie, bo maszynistka była zbyt droga.

Przepraszam, ale nie doczytałem, czy pisał Pan jakąś pracę magisterską? Niektórzy mówią, że wtedy można się było od razu doktoryzować, szczególnie gdy pisało się o umacnianiu władzy i samorządów w socjalistycznym państwie. Mówią też, że szczególnie trudno było, gdy się miało wymagających promotorów, rodem z kraju ojczyzny socjalistycznych przemian. Oni to się znali na rzeczy.

Kiedy zostałem oficerem, szkoliłem wojsko od rana do późnej nocy, od pobudki do capstrzyku w jednostce. Wolnych sobót nie było, a służby w niedziele dla młodych oficerów były jakby przypisane. Ale było świetnie, można się było wylegiwać w drodze na poligon w bydlęcym wagonie eszelonu nawet przez całą dobę. Ale, co tam, wiele wspomnień zostało…

Słyszałem, że Pan wtedy też służył, jako TW Balbina… Ciekaw jestem, czy ma Pan z tego czasu jakieś fajne wspomnienia. Wiem, że jest Pan ode mnie dużo starszy, ale zapytam: czy nadal Pan służy?

Słyszałem, że chciał Pan do Solidarności, ale się Pan nie zapisał. Szkoda, bo teraz mówią, że był Pan tam przywódcą i tylko przez nieuwagę nie internowano Pana w stanie wojennym. A to ci dopiero nieodpowiedzialni partacze.

W stanie wojennym zajmowałem się zwykłym zabezpieczaniem Sztabu 2 Dywizji i nawet na żaden patrol mnie nie wysłano. Moi koledzy wspominali, że ludzie przynosili im gorące napoje w siarczysty mróz. Wszyscy mówili, że to nie ich wojna.

Panie Kaczyński, a Pana internowali albo bili?

W. Frasyniuk opowiadał, że ci, z którymi Pan współpracował, podobno robili ścieżki zdrowia. Niech Pan przyzna, naprawdę spał Pan do 12.00 i zawiódł Pan zarówno jednych, jak i drugich? Nie wierzę!

Jednak biorąc powyższe pod uwagę rozumiem Pańską tęsknotę za językiem wojny. Ogłosił Pan podobno walkę z ofensywą zła. To brzmi groźnie, bo trudno zatrzymać ofensywę, gdy nie ma kontrofensywy, a walka może tylko symbolicznie zadowolić propagandowych ekstremistów, nie przynosząc zwykle zwycięstwa, a tylko propagandę.

Jednak zło trzeba zwalczać. Szczególnie takie, które niszczy życie nas wszystkich. Szczególnie polecam Panu walkę z niszczycielami naszej demokratycznej konstytucji i systemu prawnego, bo to tworzy anarchię i prowadzi do dyktatury partii rządzącej. Polecam Pańskiej uwadze tworzenie się zależności pomiędzy politykami, biskupami i przedsiębiorcami, bo wtedy tworzą się mafie i tylko patrzeć jak zachęcani bezkarnością, nawykowo łamiąc prawo, staną się nie tylko bezczelnie bogaci, ale znajdą media, które wytłumaczą elektoratowi, że „im się to, po prostu należy”. Najbardziej boję się, że tacy ludzie przekupią wyborców ich własnymi pieniędzmi zebranymi poprzez ciągle wprowadzane nowych podatków i drożyznę. Wtedy będą rządzić przez lata, dopóki bogactwo ich nie zdemoralizuje absolutnie.

Powiem Panu, że to nie jest dobre dla ludzi, bo w takiej sytuacji rządzący dają trochę kasy przed wyborami i więcej nie dbają o ludzi. To niebezpieczne, bo najczęściej wtedy upada system edukacji, bo po co uczyć niewolników, a niepotrzebni chorzy i starsi bez wsparcia medycznego umierają bez godności. Są niepotrzebni władzy.

Wiem, że ma Pan kotka. Tacy ludzie mają wrażliwość na krzywdę we krwi. Tu też się trochę różnimy, bo po moim podwórku biega duży pies i 4 koty. Chociaż żyją w zgodzie, to widziałem jak „rasa panów”, a właściwie rasa dominująca, potrafi zaszczuwać innych, korzystających ze wspólnego podwórka. Szczególnie upodobały sobie starsze wysłużone zwierzęta. Kiedyś słyszałem jak szczekają, że to one zbudowały sobie wszystkie budy i kojce, chociaż dopiero te futrzaki kupiłem.

Muszę się przyznać, że nie chodzę do kościoła, ale ktoś nade mną czuwa. Może dlatego, że staram się żyć w zgodzie z ludźmi i przyrodą. To miłość do świata daje mi siłę i jest moją świętością. A jak jest u Pana? Słyszałem, że modli się Pan na ogrodzonych ulicach i w towarzystwie tysięcy policjantów? Ludzie mówią, że rozdaje Pan biskupom wszystko, co sobie tylko zapragną, i nawet prawo ich nie obowiązuje. Pewnie modlą się za Pana z wdzięczności za dary i pewnie chwalą, szczególnie przed wyborami. Jak potrafią być wdzięczni, to bym w kościele rozpoczynał wszystkie ważne czynności i święta państwowe, nawet zamknąłbym wszystkie sklepy w niedzielę, niech chwalą publicznie przy pełniej frekwencji i na kolanach, a co?

Panie Jarosławie Kaczyński,

Chciałby Panu opowiedzieć o moim zaangażowaniu w zwalczanie zatrutego powietrza, oraz przyczynach śmierci ok.40 tys. ludzi rocznie i o tym, że ludzie mimo 500+ więcej umierają, nią się rodzą. Ale Pan nie ma dzieci i jest niemłody. Pewnie dlatego, partia, której Pan prezesuje pozwala na sprowadzanie odpadów z całej Europy i spalanie rosyjskiego węgla w rekordowych ilościach. To straszne!

Zauważył Pan, że znowu się różnimy?

Nie będę się dużej rozpisywał, bo wiem, że nie ma Pan czasu, ale sam Pan widzi – nie pasujemy do siebie, więc niech Pan nie zabiera mnie na tę swoją wyspę.

Chcę budować nasz świat wspólnych wartości z tą niegłosującą na Pańską partię częścią Polaków. Świat wspólnych wartości, którego, jak obserwuję, Pan nie rozumie.

Jestem spokojnym obywatelem kochającym moją ojczyznę, która żyje w zgodzie z innymi narodami. Szanuję prawo i ludzi, wymagam, żeby inni szanowali i moje prawa oraz wolności. Jako żołnierz przysięgałem narodowi polskiemu, że będę bronił ojczyzny bez warunków wstępnych, stał na straży konstytucji i strzegł honoru żołnierza. Z tego właśnie powodu nie jest mi z Panem po drodze i na tej osamotnionej „wyspie wolności”, na której walczy się z ofensywą szczęśliwości, nazywaną przez Pana „zło”, nie będzie ze mnie pożytku.

A tak w ogóle, to nie mógłby Pan z tym swoim elektoratem wyborców, zamiast walczyć, tak gremialnie, na tę wyspę, ale bez nas? Ja chcę żyć na kontynencie europejskim, niech mnie Pan nie uszczęśliwia swoją propagandą sukcesu.

Idź Pan na tę wyspę i daj nam żyć normalnie!