Tag Archives: Piotr Wacowski

Od czego biorą się odjazdy Dudy?

30 List

Schetyna do PAD: Proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą. Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy

Lider Platformy odpowiada na dzisiejszy tweet Andrzeja Dudy.

Prezydent Andrzej Duda nie od dziś zaskakuje swoją aktywnością na Twitterze. Zdarzają się wpisy, co do których wielu ma wątpliwości, że zostały napisane przez głowę państwa. Tym razem Duda, który mienił się „prezydentem wszystkich Polaków”, wdał się na Twitterze w polemikę, w której ewidentnie opowiedział się po stronie partii rządzącej.

Andrzej Duda odniósł się do słów Sławomira Neumanna z PO, który w rozmowie z onet.pl stwierdził, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”, a polityka PiS przypomina działania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. – „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – skomentował Andrzej Duda.

Zareagował na te słowa Kamil Sikora z wp.pl. – „Oczywiście „apolityczna prezydentura” to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał dziennikarz. Duda „nie odpuścił” i odpowiedział: – „Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Andrzej Duda.

„Nie PO. Pan i pana dysponent z Żoliborza. Unia jemu przeszkadza. Pan to pionek do posłusznego przesuwania, ale On chce rządzić samowładnie i samowolnie. Panem już tak rządzi, Polakami jeszcze nie. I przeszkodę, Unię chce rozwalić, albo z niej wyjść. I Polacy powinni to wiedzieć” – skomentował na Twitterze Waldemar Kuczyński. Inni internauci też nie kryli oburzenia wpisem prezydenta.

„Przypominam, że to Pan podpisał SIEDEM nowelizacji Ustawy o SN, które są kwestionowane przez KE i kto tu pomaga w „polexicie”. Chyba jednak lepszą strategią byłoby milczenie na Pana miejscu!”; – „PO nie łamie Konstytucji. To pańska partia robi wszystko, żeby Polska opuściła UE. Rozumiem, że ten wpis jest do waszego elektoratu. To nie PO podpisało ustawy niezgodne z prawem, tylko Pan, dr prawa”; – „Tzw. prezydent Duda nie po raz pierwszy zachowuje się jak dziecko z ADHD…”; – „Pan Prezydent w Andrzejki chyba stracił kontrolę nad kontem Twittera”.

>>>

Grupa trzymająca władzę i kasę robi się nerwowa. Próbuje nas straszyć, co tylko potwierdza słuszność naszych zarzutów.

Sypią się pozwy i pogróżki. Jest tego tyle, że sprawia to wrażenie skoordynowanej akcji. Politycy obozu rządzącego i kontrolowane przez nich instytucje najwyraźniej usiłują zastraszyć i ocenzurować „Gazetę Wyborczą” oraz inne niezależne media.

Senator Grzegorz Bierecki grozi i żąda usunięcia z serwisu Wyborcza.pl fragmentu stenogramu rozmowy Leszka Czarneckiego z ówczesnym przewodniczącym KNF Markiem Ch., dotyczącego nieudanej próby ulokowania wielomilionowej kwoty w banku Czarneckiego.

PiS w „ostatecznym przedsądowym wezwaniu”, sformułowanym przez obsługującą tę partię kancelarię adwokacką Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński, grozi Wojciechowi Czuchnowskiemu za wpis na Twitterze, w którym mój redakcyjny kolega mówił o mafii z PiS.

A mnie usiłuje zastraszyć Polski Fundusz Rozwoju, w którego imieniu ta sama kancelaria przysłała mi podobne „ostateczne przedsądowe wezwanie”, domagając się przeprosin i wycofania ze strony Wyborcza.pl mojego artykułu „Jak PiS wjechał na Kasprowy Wierch”.

Jak się okazuje, zadziwiające wpisy na portalu społecznościowym to nie jedyna dzisiejsza aktywność Andrzeja Dudy. Prezydent postanowił właśnie podpisać – eufemistycznie mówiąc – kontrowersyjną ustawę o Komisji Nadzoru Finansowego. Znajduje się w niej przepis umożliwiający przejmowanie banków, znajdujących się w złej kondycji finansowej, przez inne banki „za złotówkę”.

Tenże przepis ma związek z aferą korupcyjną w KNF, ujawnioną przez „Gazetę Wyborczą”. Dziennik opublikował nagranie z rozmów między byłym już szefem KNF Markiem Ch. a właścicielem Getin Noble Bank Leszkiem Czarneckim. Bankier usłyszał, że jego zagrożony kłopotami finansowymi bank może zostać doprowadzony do upadku i przejęty („za złotówkę) przez inny bank, chyba że zatrudni u siebie prawnika Grzegorza Kowalczyka i da mu wynagrodzenie 40 mln zł.

Kontrowersje budziły także prace nad tą ustawą. Przebiegały w ekspresowym tempie – posłowie PiS przegłosowali ją 9 listopada, a senatorowie tej partii – 23 listopada. Parlamentarzyści partii rządzącej nie wzięli pod uwagę zastrzeżeń sejmowych i senackich prawników.

A i tryb wniesienia przepisu, umożliwiającego przejmowanie banków będących w kłopotach oprawki, budzi daleko idące wątpliwości. Poseł PiS Kazimierz Smoliński (na polecenie swego klubu parlamentarnego) wniósł ją dwa dni po tym, gdy właściciel Leszek Czarnecki zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Marka Ch. – szefa KNF.

Posłowie opozycji alarmują, że na mocy ustawy, która właśnie weszła w życie, można będzie przejąć każdy bank i wywłaszczyć każdego właściciela-bankowca.

Duda coś musi brać, bo takich odjazdów normalnie się nie ma.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła…

View original post 1 177 słów więcej

Czy PiS jest partią zorganizowanej przestępczości?

28 List

„Zmienił on formację na Koalicję Obywatelską wrogą Bogu, Krzyżowi, Ewangelii i Kościołowi i pokazał to na bilbordach, gdzie kandydował w wyborach. Radny już nie jest katolikiem i nie może być radnym, bo będzie nam mieszał w naszej wierze. Przez to sam się wyłączył z Boga” – mówił w kościele podczas mszy ksiądz Józef Wędzikowski, proboszcz parafii w Stróżewie koło Poznania. Chodzi o Adriana Urbańskiego, który był kandydatem Koalicji Obywatelskiej na radnego powiatu chodzieskiego.

Ks. Wędzikowski na tym nie poprzestał. Stwierdził, że ci, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską też mogą być „wyłączeni z wiary”. Dla wielu słowa proboszcza były nie do zaakceptowania – część wiernych opuściła kościół.

„Skandalem jest dzielić mieszkańców względem opcji politycznych. Jest mi ogromnie przykro, że mieszkańcy naszej parafii, którzy poparli mnie w wyborach samorządowych, tak jak i ja, zostali uznani przez naszego proboszcza za ludzi, którzy wyparli się swej religii” – napisał na Facebooku Adrian Urbański. Do swojego wpisu dołączył tekst ogłoszeń parafialnych ze skandaliczną wypowiedzią proboszcza.

Kuria Metropolitalna w Gnieźnie upomniała księdza Józefa Wędzikowskiego.  – „Ksiądz proboszcz został poproszony o wyjaśnienia w związku z zaistniałą sytuacją. Został też upomniany i pouczony, że ambona nie jest miejscem agitacji politycznej i że winien wystrzegać się takich zachowań w przyszłości” – poinformował kanclerz rzecznik prasowy Kurii ks. Zbigniew Przybylski.

Z okazji naszego Naprawdę Wielkiego Święta🎈życzę nam , żebyśmy zawsze pamiętały o tym, co już one wiedziały tak świetnie. A to ilustracja do rozdziału „Prawa kobiet” w 🦋Oczywiście od 💪🏻

Politycy partii rządzącej są mistrzami w piętnowaniu powiązań rodzinnych członków opozycji z poprzednim ustrojem, tym sprzed 1989r. Stąd wciąż opowiadają o „wykształciuchach”, skażonej PRL-em inteligencji, przodkach w służbach specjalnych, najbliższej rodzinie, aktywnej w szeregach PZPR, jednocześnie zapominając, skąd sami pochodzą, jakie są ich powiązania rodzinne i w jakiej Polsce zdobywali wykształcenie.

Od wczoraj krąży po internecie list otwarty emerytowanego oficera Wojska Polskiego, Dionizego Sołobodowskiego. Adresatem jest Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej. Autor listu powołuje się na swoje polskie korzenie. Jego przodkowie walczyli w Legionach H. Dąbrowskiego i Insurekcji Kościuszkowskiej. On sam służył w Wojsku Polskim w czasach PRL. Służył Ojczyźnie, bo chociaż miała ona inną barwę, to jednak wciąż pozostawała Ojczyzną.

Sołobodowski twierdzi, że w czasie stanu wojennego poznał ojca Mariusza Błaszczaka i jak pisze „Tenże towarzysz, który ostentacyjnie (nawet na fartuchu warsztatowym) na co dzień nosił znaczek PZPR (ja go wbrew zaleceniom ówczesnego mi-stra nie nosiłem), z racji produkcji na potrzeby obronności Państwa (produkcja dla WP oraz MSW) – współpracował jawnie i bez oporów z SB oraz WSW (WSI), bo (chyba) czuł się Patriotą”.

Nawet jeżeli postać pułkownika jest fikcyjna a przytoczone przez nią fakty nie miały miejsca, to nad odpowiedzią na wiele postawionych w nim pytań warto się zastanowić. Opisany scenariusz był bowiem udziałem wielu Polaków. Idąc dalej tym tropem autor listu pyta Ministra:

Czy potępia Pan swojego ojca za służbę „tamtej Ojczyźnie”??
Czy zamierza Pan zdegradować ojca (porucznika WP) za ten czyn??
Czy zamierza Pan odebrać swojemu Ojcu emeryturę??
Czy zamierza Pan oddać swój dyplom uzyskany w wyniku bezpłatnych studiów w „tamtej Ojczyźnie”.
Czy służył Pan w wojsku, a jeżeli tak: to w jakim? A jeżeli NIE- to co Pan robi na zajmowanym stanowisku??
Czemu ma służyć nadruk na pismach MON: „Służymy Niepodległej” (czyli PODLEGŁEJ NATO, a właściwie USrAelowi)? No to jakiej OJCZYŹNIE służył Pana Ojciec??
Czy zamierza Pan zwrócic pieniążki, jakie „tamta Ojczyzna” łozyła na Pana darmowe przedszkole, szkołę podstawową, szkołe średnia oraz studia??
Czy pełne podporządkowanie firm ochroniarskich „chroniących” obiekty wojskowe pod IDF oraz Mossadowi to dowód, że służycie niepodległej???
Czy Pan ma aktualne badania lekarskie??? (przedtem wymagane od ministra ON)?? Antoś walnięty o brzozę miał: jedno z Rybnika (oddział zamknięty) i drugie z „Dziekanki” w Gnieźnie…”

Jest takie stare przysłowie, które mówi, że „przyganiał kocioł garnkowi”. Rzeczywiście, politycy PiS, grzebiąc w drzewkach genealogicznych swoich wrogów, wbijając ludowi do głowy, że wykształcenie w latach PRL-u jest nic nie warte, sami na siebie ukręcili bicz. Choćby nie wiem, jak się zapierali, mają w swoich rodzinach osoby o niechlubnej przeszłości, uczyli się sami w niewłaściwych szkołach, zdobywali tytuły magisterskie na tych strasznych, pełnych socjalizmu, uczelniach.

Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna, odnosząc się do żądań PiS, by przeprosił m.in. za sformułowanie o układzie mafijnym PiS, powiedział w TVN 24: – „Zabolało”. Sprawa ma związek z grafiką opublikowaną na oficjalnym profilu PO na Facebooku. Widać na niej zdjęcia premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremier Beaty Szydło, b. szefa KNF Marka Ch. i ministra sprawiedliwości, prokuratura generalnego Zbigniewa Ziobry. Opatrzono ją podpisem: „Mafijny układ PiS nie dopuści do ujawnienia prawdy! Domagamy się komisji śledczej w sprawie afery KNF!”.

„Rzeczywiście wiele rzeczy wskazuje, że ten układ ma ze sobą powiązania, że ten układ jest koordynowany na poziomie politycznym. My będziemy walczyć o prawdę. Jeżeli chcą procesu sądowego, bardzo proszę, będziemy udowadniać, w jaki sposób powiązania polityczne, partyjne, PiS-owskie mają wpływ na pieniądze publiczne i ile to kosztuje Polaków. Będziemy o tym mówić” – powiedział Schetyna. Zapytany, czy uważa, że to układ mafijny odpowiedział: – „To będziemy udowadniać. Chcieliśmy i chcemy powołania komisji śledczej, żeby tę tezę udowodnić”.

Dodał, że za aferę KNF odpowiedzialny jest także prezes NBP Adam Glapiński. – „On jest odpowiedzialny za to wskazanie personalne [czyli byłego już szefa KNF Marka Ch. – przy. red.], on jest politycznie za to odpowiedzialny i powinien być przesłuchany przez prokuraturę i powinien stanąć przed komisją śledczą” – podsumował Schetyna.

Układ wydaje się prosty – Polsat staje się telewizją sprzyjającą władzy w zamian za spokój Zygmunta Solorza w interesach. Jeden z wątków afery KNF to klocek pasujący do tej układanki.

Biznesy miliardera Zygmunta Solorza od lat rozpalają zbiorową wyobraźnię. Inni ważni gracze pojawiają się i znikają, on trwa. Ostatnio znów o Solorzu głośno za sprawą afery KNF. Okazało się, że mało znany prawnik z Częstochowy, Grzegorz Kowalczyk, jeden z kluczowych bohaterów afery, zasiada w radzie nadzorczej Plus Banku należącego do Solorza. Rekomendował go tam osobiście szef KNF Marek Chrzanowski.

Plus to mały bank, który na początku roku miał problemy z KNF.

Czy zatrudnienie prawnika związanego z obozem władzy miało zapewnić biznesmenowi spokój w interesach?

Ostatni Mohikanin

– Piotrek [tak o Solorzu mówią współpracownicy – red.] ma ważną cechę – opowiada jeden z byłych współpracowników Solorza. – Nie spoczywa na laurach. Umie i lubi zarabiać pieniądze. Polsatu, z którym kojarzy go cała Polska, szczerze mówiąc nigdy do końca nie rozumiał. Jego oczkiem w głowie są poważniejsze biznesy.

Na przykład Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin? Solorz ma w nim ponad 50 proc. akcji. Rynek energii robi się coraz trudniejszy, część elektrowni jest za stara, żeby je dostosować do unijnych norm. Do tego energetyka jest powiązana z polityką. Solorz myśli o sprzedaży przynajmniej części tego biznesu. PAK odpowiada za 7 proc. krajowej energii. Kto mógłby kupić część lub całość kolosa? Najlepiej któraś z państwowych spółek.

Mówi były współpracownik Solorza: – On jest jak ostatni Mohikanin. Nie ma już ludzi, którzy robili gigantyczne pieniądze w III RP. Kulczyk nie żyje, Krauze się schował. A Piotrek jest jak mastodont z wyborczych klipów PiS: były TW, oligarcha, teoretycznie dla PiS „układ” w czystej postaci.

Ale Solorz słynie z elastyczności wobec władzy. Każdej. Na początku 2016 r. prezesem PAK został Aleksander Grad, były minister skarbu w rządzie PO. Po paru miesiącach musiał odejść, bo Solorz rozpoczął negocjacje w sprawie PAK z rządem PiS. Minister skarbu Dawid Jackiewicz nie chciał siadać do stołu z Gradem.

Z rozmów niewiele na razie wyszło, w styczniu 2018 r. Solorz musiał zamknąć jedną z elektrowni – Adamów. – PiS ma go wciąż na muszce – mówi nasz rozmówca.

(…)

Poglądy, za które płacimy

Jesień 2017 r. Solorz na spotkaniu z pracownikami Polsatu zapewnia, że nikt nie przejmuje się żadnymi naciskami i Polsat przetrwał już niejedną władzę. Ale w kwietniu 2018 r. dyrektorem informacji i publicystyki Polsatu zostaje Dorota Gawryluk. Nadzoruje „Wydarzenia”, serwisy informacyjne oraz programy publicystyczne w Polsacie, Polsat News. Co oznacza, że kontroluje informacje, które codziennie dostarcza telewidzom stacja. Gawryluk nie ukrywa sympatii dla PiS („Żelazna dama polskiego dziennikarstwa” – śmieje się jeden z jej współpracowników). Wkrótce po jej awansie swoje programy i funkcje zaczynają tracić dziennikarze o nieprawicowych poglądach.

– Dorota zaczęła urzędowanie od zwołania zebrania, na którym usłyszeliśmy sugestię, aby przytemperować polityczne komentarze w mediach społecznościowych – opowiada jeden z dziennikarzy.

Inny po ostrym wpisie w sieci słyszy od przełożonego: – Jakie ty masz poglądy?! A właściwie to nieważne. Masz takie, za jakie ci płacimy.

Reporterzy zapewniają jednak, że rzadko ktoś naciska otwarcie, za to coraz powszechniejsza staje się autocenzura. – Miałem niedawno dwie setki [wypowiedzi rozmówców – red.], ostrzejszą i letnią. Zdecydowałem, że daję letnią, bo uznałem, że tego oczekuje ode mnie szefowa – przyznaje jeden z dziennikarzy. – W moim kanale zostało może troje ludzi, którzy myślą inaczej.

Jasno widać, że podlegająca ministrowi sprawiedliwości prokuratura wybrała taką linię oskarżenia, według której Marek Ch. działał sam. Dla korzyści wskazanego przez siebie prawnika z Częstochowy złożył korupcyjną propozycję Leszkowi Czarneckiemu, kontrolującemu Getin Noble Bank i Idea Bank. Za 40 mln zł (suma nie pada na nagraniu, podaje ją bankier) były szef KNF zobowiązuje się, że plan Zdzisława (Sokala, szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, ale też wskazanego przez prezydenta członka KNF), polegający na przejęciu banków Czarneckiego za przysłowiową złotówkę, nie będzie realizowany. Z przedstawionych zarzutów wynika, że Ch. najwyraźniej tę imponującą sumę miał zamiar zgarnąć do kieszeni znajomego. Tylko że koncepcja prokuratury nie bardzo trzyma się kupy.

Kim są główni bohaterowie afery opisanej przez „Wyborczą”

Co trzeba wyjaśnić w aferze KNF

Dlaczego bowiem Zdzisław Sokal miałby odstąpić od realizacji planu, skoro według słów byłego szefa KNF był bardzo zdeterminowany? Czy działania prezesa KNF, usiłujące banki Czarneckiego przed nim obronić, nie wydawałyby się Sokalowi podejrzane? To niejedyne pytania, które muszą się nasuwać. Trzecie, jeszcze ważniejsze, brzmi: po co, skoro działał wyłącznie dla korzyści znajomego prawnika, Marek Ch. po nagranej przez Czarneckiego ukradkiem rozmowie udał się z nim do Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego? Bank centralny do banków Czarneckiego nic nie ma, nadzoruje go wyłącznie KNF, która także od NBP jest niezależna. W każdym razie teoretycznie.

Co PiS chce ukryć, oskarżając Marka Ch.?

Odpowiedzi na te pytania liderzy Prawa i Sprawiedliwości najwyraźniej nie mogą albo po prostu nie chcą udzielić. Może dla partii rządzącej byłyby one jeszcze gorsze niż ich brak. Odkryłyby bowiem – i tak już nie do ukrycia – skandaliczne mechanizmy zarządzania państwem. Układ, który PiS przez lata tak usiłował demaskować. Tego układu nie stworzył Marek Ch., on był tylko elementem.

Tak jak nie chcą wyjaśnić, jak to możliwe, że syn Mariusza Kamińskiego, koordynatora służb specjalnych, które także aferę mają wyjaśniać, dzięki rekomendacji NBP dostał świetnie płatną posadę w Banku Światowym. Była żona zaś zadowoliła się stanowiskiem w NBP. To nie wygląda jak polisa ubezpieczeniowa prezesa? Kolejne elementy układu?

PO zaczyna działać w sprawie KNF, ale w niefortunnym momencie

Co dalej z byłym prezesem Komisji Nadzoru Finansowego

Dalsze losy Marka Ch. zależeć będą od tego, jak się w wybranej dla niego roli odnajdzie. Jeśli przyzna się do winy i całą weźmie na siebie, może będzie mógł liczyć na łagodniejszy wymiar kary. Gdyby jednak zaczął sypać… wtedy niech Bóg ma go w swojej opiece.

Sprzątanie po aferze. KNF ma nowego szefa

Na jaw wychodzą nowe fakty związane z wyborem Wojciecha Kałuży na lidera listy do sejmiku śląskiego. Człowiek, który dał władzę w regionie Prawu i Sprawiedliwości, został „jedynką” w ostatniej chwili. Zastąpił Bartłomieja Gabrysia, wiceprzewodniczącego Nowoczesnej na Śląsku. – Na 40 minut przed zatwierdzeniem zostałem „zdjęty” z listy – mówi Gabryś. Co stało za tą decyzją? I kto poniesie polityczną odpowiedzialność za woltę Kałuży?

  • – Radny KO, który zmieniając barwy klubowe, zapewnił PiS władzę w woj. śląskim został „jedynką” w ostatniej chwili
  • – Jeden z ważnych polityków Koalicji Obywatelskiej mówi w rozmowie z Onetem, że Kałuża nie został zaproszony na jedno z nieformalnych spotkań, podczas którego ustalany był kształt przyszłego zarządu województwa
  • – – To Monika Rosa jest za to odpowiedzialna. Kałuża poczuł się, jakby na jego plecach inni wspinali się po władzę – dodaje

Od przejęcia władzy w woj. śląskim przez Prawo i Sprawiedliwość minął niespełna tydzień. Najgorętszym nazwiskiem w dyskusji na ten temat jest Wojciech Kałuża – człowiek, który dał PiS większość w sejmiku śląskim, a w rewanżu otrzymał stanowisko wicemarszałka. Kałuża wszedł do sejmiku jako „jedynka” na liście Koalicji Obywatelskiej. Był człowiekiem Nowoczesnej, a mimo to stanął po stronie PiS.

Gabryś dostał „jedynkę” na liście Koalicji i ją przyjął. Co się stało?

Tydzień po wolcie, która obaliła 12-letnie rządy PO na Śląsku, na jaw wychodzą nowe fakty związane z wyborem Kałuży na lidera listy Koalicji Obywatelskiej. W ustalaniu „jedynek” uczestniczyli szefowie regionów: dotychczasowy marszałek województwa Wojciech Saługa, szefowa Nowoczesnej w regionie Monika Rosa, a także przedstawiciele władz partii: wiceprzewodniczący PO Borys Budka oraz sekretarz generalny Nowoczesnej Adam Szłapka.

Nowoczesnej – jako koalicjantowi – przypadło wytypowanie jedynek w dwóch z siedmiu okręgów wyborczych w woj. śląskim. Jednym z nich był okręg obejmujący Jastrzębie-Zdrój, Rybnik, Żory oraz powiaty: mikołowski, raciborski, rybnicki i wodzisławski.

To okręg, z którego kandydował – i to skutecznie – Kałuża. Nie był on jednak, o czym na łamach Onetu już pisaliśmy, pierwszym wyborem Koalicji Obywatelskiej. Potencjalnych kandydatów było trzech. Oprócz Kałuży, propozycję „jedynek” otrzymali: współpracujący z Nowoczesną Łukasz Kohut z Demokratycznej Unii Regionalistów Śląskich, niegdyś związany z Ruchem Palikota, a obecnie tworzący struktury nowej partii Roberta Biedronia na Śląsku, a także wykładowca akademicki Bartłomiej Gabryś, który jest również wiceszefem regionu oraz członkiem rady krajowej Nowoczesnej.

O ile wybór Łukasza Kohuta (pierwszy typ posłanki Moniki Rosy) był nie do przyjęcia dla Platformy – ze względu na jego współpracę z Robertem Biedroniem, tak wybór Bartłomieja Gabrysia wydawał się satysfakcjonujący obie strony. Gabryś tworzył struktury Nowoczesnej na Śląsku od początku jej istnienia. Jako ekonomista znalazł wspólny język z założycielem partii, dostał nawet propozycję startu w wyborach do Sejmu, jednak ze względu na sytuację rodzinną nie przyjął jej. Angażował się natomiast podczas kampanii Moniki Rosy, późniejszej posłanki.

Nowoczesna miała trzech kandydatów. Dlaczego wybrała Wojciecha Kałużę?

„Uprzedzałem, że Kałuża to nie jest dobry wybór”

Jako kandydat Koalicji Obywatelskiej w wyborach do sejmiku woj. śląskiego Gabryś został oficjalnie przedstawiony 10 września tego roku. Dostał propozycję startu z pierwszego miejsca wspólnej listy i ją przyjął. Wszystko zmieniło się jednak w ostatniej chwili. Jak wynika z naszych informacji, decyzja na ostatniej prostej została zmieniona przez Adama Szłapkę i przypieczętowana przez Katarzynę Lubnauer. O zmianę zabiegać miała Monika Rosa.

– Na 40 minut przed zatwierdzeniem, zostałem „zdjęty” z listy. Trzy lata naszej pracy powinny być zupełnie inaczej wykorzystane. Decyzję podjął sekretarz partii, poseł Adam Szłapka. Od tego czasu nie kontaktował się ze mną. Nie usłyszałem: „Bartek, przepraszam, pomyliłem się” – mówi w rozmowie z Onetem Bartłomiej Gabryś.

– Uprzedzałem, że Kałuża to nie jest dobry wybór. Przypominałem, że jego rezygnacja ze startu w wyborach prezydenckich w Żorach, mimo poparcia KO, powinna dawać do myślenia. Mam ciągle w pamięci rozmowę z przewodniczącą Katarzyną Lubnauer, która chwilę po wydarzeniach w sejmiku przyznała mi rację. To będzie trudne, ale trzeba sobie teraz zadać pytanie o przyszłość Nowoczesnej w kontekście przyszłych wyborów i posiadanych zasobów ludzkich. Osobiście ognia nadziei jeszcze nie zgasiłem – dodaje.

Radny Wojciech Kałuża: moją partią jest Śląsk

Czyja głowa poleci za Wojciecha Kałużę?

Monika Rosa przyznaje, że zawiodła się na Kałuży. Podkreśla jednak, że wybór był przynajmniej w teorii słuszny, bo kandydat legitymował się dużym „potencjałem wyborczym”. – W wyborze na lidera list kierowałam się tym, czy dana osoba ma pewną rozpoznawalność, „przetarcie” w wyborach samorządowych, czy jest akceptowalna przez wszystkie strony Koalicji – tłumaczyła.

Kto zatem weźmie na siebie polityczną odpowiedzialność za woltę Wojciecha Kałuży? Jeden z czołowych polityków Platformy Obywatelskiej w rozmowie z Onetem jednoznacznie wskazuje, że polityczną odpowiedzialność za sytuację na Śląsku ponosi Katarzyna Lubnauer, która przystała na kandydatury wysunięte przez Szłapkę i Rosę.

– Dla PO lepszą kandydaturą był Gabryś. Szefostwo stara się unikać takich ludzi, jak Kałuża, bo nimi rządzą dziwne emocje – twierdzi.

Inny z polityków Koalicji Obywatelskiej ujawnia w rozmowie z Onetem, że zaważyć mogły kwestie ambicjonalne. Kałuża nie został bowiem zaproszony na jedno z nieformalnych spotkań, podczas którego ustalany był kształt przyszłego zarządu województwa. Jego zdaniem to mógł być jeden z powodów, dla których ten zdecydował się na negocjacje z PiS-em.

– To Monika Rosa jest za to odpowiedzialna. Kałuża poczuł się, jakby na jego plecach inni wspinali się po władzę – kwituje.

Decyzje o tym, kto odpowie za dramatyczną „wpadkę” na Śląsku oraz w którym kierunku powinna pójść po tej spektakularnej porażce Nowoczesna, prawdopodobnie zostaną podjęte jeszcze w tym tygodniu. Na 29 listopada (najbliższy czwartek) zaplanowano posiedzenie klubu poselskiego Nowoczesnej.

Emocje wokół decyzji Wojciecha Kałuży. Protest w Żorach

Waldemar Mystkowski pisze o machlojkach Ziobry w sprawie Piotra Wacowskiego (fragment).

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

>>>

Dziennikarz TVN Wacowski, wybitny dziennikarz

27 List

Piotr Wacowski, współautor reportażu „Superwizjera” >>>

PiS się cofa na z góry zaplanowane pozycje, czyli nieuchronna porażka zagląda w oczy

27 List

Zniesienie kadencyjności sprawowania funkcji kierowniczych powoduje, że ich utrzymanie wymaga posłuszeństwa i uległości wobec przełożonych. To jeden z wniosków płynących z raportu „Prokuratura pod specjalnym nadzorem” pokazującego szczegółowo mechanizmy i skutki całkowitego podporządkowania prokuratury partyjnemu dyktatowi na przestrzeni trzech ostatnich lat, od listopada 2015 r. do października 2018 r.

Magdalena Kołodziej – wzorowa prokurator PiS

Kto został wymieniony

To pierwsza publikacja startującego dziś serwisu internetowego panstwo-pis.pl poświęconego monitorowaniu działań prokuratury. Redaktorem serwisu jest Krzysztof Król, reprezentujący Stowarzyszenie „Paragraf Państwo”, wydawcy serwisu http://www.panstwo-pis.pl. Szefem rady programowej stowarzyszenia został prof. Leszek Balcerowicz, poza nim w Radzie są m.in. prof. Monika Płatek i prof. Marcin Matczak.

Raport, jak precyzują autorzy, powstał na podstawie publikacji medialnych, powszechnie dostępnych raportów, oficjalnych danych oraz informacji własnych. Większość faktów jest znana, ale zestawione razem w postaci skondensowanej piguły informacyjnej robią piorunujące wrażenie.

Choćby zmiany kadrowe. I tak od samej góry: wymiana sześciu na siedmiu zastępców prokuratora generalnego, niemal wszystkich prokuratorów kierujących biurami lub departamentami, a także ich zastępców w Prokuraturze Krajowej, szefów i zastępców wszystkich 11 prokuratur regionalnych i 44 z 45 prokuratur okręgowych. Swoje stanowisko zachowała tylko Hanna Lewczuk, kierująca Prokuraturą Okręgową w Suwałkach. Autorzy raportu zauważają, że pani prokurator okręgowa jest często obecna na uroczystościach organizowanych przez wiceministra MSWiA Jarosława Zielińskiego.

Prokurator Duś, człowiek Ziobry, do Izby Dyscyplinarnej

Miotła sięgnęła prokuratorskich dołów

W 90 proc. prokuratur rejonowych również wymieniono kadry kierownicze. I to nie tylko prokuratorów rejonowych czy ich zastępców, ale także szefów wydziałów w prokuraturach regionalnych, okręgowych i rejonowych. Tu dokładnych danych brak, bo jak zauważają autorzy raportu, proces jest ciągły, trwa już ponad dwa i pół roku, więc szefów niektórych jednostek wymieniano w tym czasie już dwukrotnie.

Awanse, zwłaszcza te przyspieszone, w szczególnym trybie (art. 76 par. 5 ustawy z 28 lutego 2016 r., Prawo o prokuraturze), bez wymaganego stażu pracy na niższym stanowisku służbowym, były najczęściej nagrodą dla prokuratorów prowadzących sztandarowe śledztwa w okresie pełnienia przez Zbigniewa Ziobrę funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w latach 2005–07. „Gwardia Ziobry” założyła w 2008 r. Stowarzyszenie Prokuratorów Ad Vocem. Teraz, za drugiego Ziobry, awansowała połowa członków stowarzyszenia. Do Ad vocem należy choćby pięciu zastępców prokuratora generalnego: Bogdan Święczkowski, Marek Pasionek, Krzysztof Sierak, Robert Hernand i Przemysław Funiok.

Prokuratura ma większy budżet, ale działa mniej sprawnie

Kolejna grupa awansujących to krewni polityków PiS

Awansują córki, żony, bracia, jak np. Magdalena Witko, prokurator okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim, żona byłego posła PiS Marcina Witki, prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego.

Ukrytą formą awansu stały się delegacje prokuratorów przenoszonych w ten sposób do jednostek wyższego stopnia. Zachętę do pilnego wykonywania czynności zawodowych w ramach delegacji do prokuratury nadrzędnej stanowi należne w tym czasie wyższe wynagrodzenie. Jest marchewka, jest i bat: prokurator delegowany ma słabszą pozycję służbową w nowej jednostce i łatwo go odwołać.

Od marca 2016 r., kiedy wprowadzono zmiany w funkcjonowaniu prokuratury, delegowano do jednostek nadrzędnych ponad 1100 prokuratorów. W Prokuraturze Krajowej tylko ok. 60 prokuratorów jest powołanych w normalnym trybie. Większość, czyli 281, to prokuratorzy delegowani. Pozostałe delegacje to 274 do prokuratur regionalnych i 574 do okręgowych.

Prokuratura umiera w ciszy

Przykłady tzw. podwójnych awansów

Chodzi o sytuację, kiedy np. szef prokuratury okręgowej otrzymuje jednocześnie stanowisko prokuratora Prokuratury Regionalnej. A prokurator regionalny awansuje na stanowisko prokuratora Prokuratury Krajowej (przypadek Andrzeja Szeligi, prokuratora regionalnego w Warszawie). Poza prokuratorem Szeligą w ten sposób podwójnie awansowało dwóch prokuratorów regionalnych (obaj to członkowie Ad Vocem) i siedmiu prokuratorów okręgowych.

Kiedy jedni awansują, inni zostają zdegradowani: 22 prokuratorów Prokuratury Generalnej i 91 prokuratorów prokuratur apelacyjnych przeniesiono na niższe stanowiska służbowe. Wielu z tych, którzy uzyskali uprawnienia emerytalne, nie czekało na degradację. Do 15 kwietnia 2016 r. w stan spoczynku odeszło 194 prokuratorów, w tym 16 prokuratorów Prokuratury Generalnej i 30 prokuratorów prokuratur apelacyjnych. W 2016 r. – 305. Do połowy 2017 r. – 128. A wcześniej, przed erą Ziobry, z uprawnień emerytalnych korzystało średnio tylko 120 prokuratorów rocznie.

Zmiany prawno-organizacyjne i związane z nimi zmiany kadrowe zdaniem autorów raportu stworzyły system, w którym istnieją duże możliwości wywierania wpływu na niezależność prokuratorów. Bo ponad 1000 prokuratorów otrzymuje dodatki funkcyjne związane ze sprawowaniem kierowniczych funkcji. Kolejnych 1100 prokuratorów to prokuratorzy delegowani, również potencjalnie podatni na naciski przełożonych. I wreszcie 300 asesorów, którzy muszą uzyskać zgodę przełożonego na wydanie przygotowanej decyzji procesowej. Autorzy raportu podsumowują: ok. 2400, ponad jedna trzecia zatrudnionych w prokuraturze może być podatna na naciski przełożonych.

Raport omawia także działania samej prokuratury: budzące wątpliwości postępowania czy zaniechania ich prowadzenia, przenoszenie spraw pomiędzy prokuratorami. Czyli efekty kadrowej zmiany.

Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW. – Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności – dodaje prof. Chwedoruk. Mówi też o aferze KNF i możliwej rekonstrukcję rządu.

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów.

Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie.

Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.
PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas –

w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych.

Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi

problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne.

Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów.

PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…
Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole.

To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć.

Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że

po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.
Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety,

Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?
Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad.

Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny.

Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

To raczej problem kadrowej „krótkiej kołdry” paraliżuje momentami działalność partii rządzącej, aniżeli coś takiego, co kiedyś pogrążył angielskich torysów czy hiszpańskich socjalistów czy teraz ewidentnie ma miejsce w niemieckiej CDU.

Czy wycofanie się PiS-u ze zmian w Sądzie Najwyższym, chociaż wielokrotnie zapowiadali, że nie ma o tym mowy, nie jest właśnie takim rządzeniem za wszelką ceną?
Każda partia, która chce być partią o masowym poparciu i walczyć o zwycięstwo w wyborach, musi siłą rzeczy balansować między różnymi segmentami wyborców. PiS wygrał wybory, ponieważ jawił się wyborcom z centrum, niezaangażowanym politycznie, jako bliższy normie niżeli konkurenci. Jeśli chodzi o sprawy europejskie, to Polacy generalnie pozostają prounijni. Z drugiej strony istnieje niewielki krąg mocno prawicowych wyborców, którzy są eurosceptyczni.

Cała umiejętność rządzenia w wykonaniu PiS-u polega na tym, żeby być bliżej tych pierwszych wyborców, ale od czasu do czasu wykonywać gesty wobec mniejszościowej grupy. To udawało się PiS-owi do trzech dni przed wyborami samorządowymi.

W tym sensie PiS po takim przebiegu kampanii i rezultacie wyborów zmuszone było dokonać zmiany ustawy. Nie sądzę, aby było to bardzo kosztowne dla partii. Trudno tu też nie oprzeć się refleksji, że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego PiS został trochę postawiony przez opozycje pod ścianą i wiadomo było, że finał tej sprawy będzie polityczny, a nie prawno-sądowy. Natomiast w sprawie SN był wcześniej casus węgierski związany z kwestią wieku i walką instytucji europejskich, niezwiązany tylko z wymiarem sprawiedliwości, ale z problemem dyskryminowania ludzi ze względu na wiek, i trudno powiedzieć, jaki sens miałoby brnięcie w konflikt akurat w materii wieku przechodzenia na emeryturę. Warto tu dodać, że pani prof. Gersdorf okazała się dużo zręczniejszym przeciwnikiem, zarówno niż opozycja, jak i jej poprzednicy na kanwie TK, którzy często polityzowali ten spór i dawali PiS-owi możliwość mocnych odpowiedzi medialnych. W tym wypadku unikanie polityzacji i prostych ataków na PiS jako podmiot polityczny było dużo zręczniejsze. Oczywiście

to pokazuje stawkę gry, na razie jeśli chodzi o wybory do PE – opozycja i Grzegorz Schetyna będą robić wszystko, aby przeistoczyć wybory w referendum w sprawie rządzących. PiS będzie robiło wszystko, żeby tematyka europejska w taki prosty sposób nie stała się osią konfliktu.

To będzie trudne w przypadku wyborów europejskich.
Tak i opozycji będzie sprzyjać prostota zarysowanego sporu. Wielu wyborców łatwiej się odnajduje w prostym sporze, aniżeli w skomplikowanych kwestiach. PiS może mieć natomiast nadzieję na to, że targające Europą polityczne wstrząsy osłabią perspektywę kształtowania konfliktu wokół problemów relacji z UE. Istotną kwestią jest to, czy Angela Merkel zapewni sobie wpływ w partii po przekazaniu oficjalnej władzy.

Relacje między KE a Włochami, rządzoną przez lewicę Rumunią, między KE a Węgrami, kryzys polityczny i społeczny we Francji, plus amerykańska ręka pilnująca, aby Europa za bardzo się nie usamodzielniła – to wszystko będzie miało duże znaczenie.

Jeżeli będziemy mieli tu cykl spektakularnych wydarzeń, pokazujących, że Europie towarzyszy niepewność, to może to pracować na korzyść PiS-u. Paradoksalnie jest to czynnik, na który polscy politycy nie mają kompletnie żadnego wpływu.

Po pięciu miesiącach prac rządowy zespół ds. walki z faszyzmem i przestępstwami z nienawiści postuluje poprawienie jednego przepisu kodeksu karnego i stworzenie katalogu symboli niedozwolonych. Katalogu, który PiS sam wycofał w 2016 roku. Na działalności zespołu cieniem kładzie się ukrywanie sprawozdania i polityczny kontekst jego powołania

Po głośnym reportażu dziennikarzy Superwizjera TVN24 o polskich neonazistach premier Mateusz Morawiecki powołał międzyresortowy zespół, który miał zaproponować zmiany w prawie i procedurach, tak by umożliwić służbom skuteczniejszą walkę z przestępstwami z nienawiści i z propagowaniem ustrojów totalitarnych.

Decyzja dość groteskowa, bo choć system ścigania grup neofaszystowskich i sprawców przestępstw z nienawiści wymaga zmian, to podobny zespół w 2016 roku rozwiązała była premier Beata Szydło. Nowy zespół zakończył prace 30 lipca 2018 roku.

I w końcu, po dwumiesięcznych próbach wydobycia sprawozdania z jego prac 23 listopada Kancelaria Premiera przesłała nam 14-stronnicowy dokument (cała treść niżej).

Jak czytamy w sprawozdaniu, w pracach zespołu ds. przeciwdziałania propagowania faszyzmu (pełna nazwa brzmi: i innych ustrojów totalitarnych oraz przestępstwom nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość) wzięli udział przedstawiciele czterech ministerstw – w tym Ministerstwa Sprawiedliwości i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Pełnomocnik ds. Równego Traktowania, a także przedstawiciele Kancelarii Premiera, prokuratury, policji i ABW.

Od marca do czerwca zespół spotkał się cztery razy. Stworzono cztery specjalistyczne grupy robocze przy ministerstwach, a Adam Lipiński był odpowiedzialny za kontakt z organizacjami pozarządowymi, które mogły zgłaszać swoje uwagi. Zgodnie z treścią sprawozdania, zespół szczegółowo analizował przepisy prawa – głównie kodeksu karnego – i postulaty wnoszone przez Rzecznika Praw Obywatelskich.

Efekt tych prac – delikatnie mówiąc – jest marny. Na siedem rekomendacji pięć dotyczy jednego przepisy kodeksu karnego.

Chodzi o art. 256: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”;

Analiza, którą przeprowadził zespół wygląda tak, jakby jego członkowie jeden do jeden sprawdzali, które przepisy nie zdały egzaminu w konkretnym przypadku, czyli działalności stowarzyszenia „Duma i Nowoczesność”, które w lesie pod Wodzisławiem Śląskim wyprawiło huczne urodziny Hitlera.

Czemu nie ścigamy za nienawiść klasową?

Diagnoza, którą przeprowadzili eksperci z ministerstw i służb, sprowadza się do 10 krótkich wniosków. Zespół uznał, że:

  • ograniczenie ścigania do „propagowania ustroju” uniemożliwia realne ściganie przestępstw;
  • w wymienionych przesłankach brakuje wskazania na inne niż faszystowski ustroje totalitarne, co również utrudnia służbom identyfikację przestępstw;
  • górna granica sankcji (do 2 lat) z art. 256 kk jest za niska, żeby spełniła rolę odstraszającą;
  • trudna do zdiagnozowania jest przesłanka publicznego charakteru czynów zabronionych w art. 256 kk.;
  • niekonsekwencją w przepisach jest ściganie ze względu na nienawiść na tle etnicznym czy rasowym i ominięcie „nienawiści klasowej”, która „była i wciąż jest w wielu państwach podstawą oficjalnej ideologii skrajnej lewicy”;
  • chociaż fakt posiadania przedmiotów nawiązujących do symboliki faszystowskiej jest łatwy do ustalenia, to już udowodnienie celu – czyli rozpowszechnianie – jest trudne. A to oznacza, że służby nie mają kontroli nad handlem tego typu przedmiotami;
  • służby mają problem w ściganiu sprawców działających w grupach zakonspirowanych;
  • trudni do ścigania są sprawcy popełniający przestępstwa za pośrednictwem internetu;
  • brakuje jednolitego katalogu symboli uznawanych za niedozwolone.

Ścigać za propagowanie ideologii i czczenie Hitlera

W oparciu o powyższą analizę zespół złożył na ręce premiera siedem rekomendacji – jeszcze szczuplejszych niż sama diagnoza.

Proponuje, by w art. 256 kk obok ustroju faszystowskiego znalazło się dokładne wskazanie, że karze podlega też ten, kto propaguje też ustrój „komunistyczny” i „nazistowski„.

Postulują też, by poza „ustrojem” w przepisie dodać nowy typ przestępstwa dotyczący propagowania „ideologii faszystowskiej, nazistowskiej, komunistycznej lub innej ideologii totalitarnej opowiadającej się za użyciem przemocy w celu na wpływania na życie polityczne lub społeczne„. A kara za powyższe przestępstwa ma zwiększyć się do trzech lat pozbawienia wolności.

Ma też pojawić się nowy przepis, czyli art. 256a w brzmieniu: „Kto wspólnie z innymi osobami oddaje hołd lub uroczyście upamiętnia postać historyczną stanowiącą symbol zbrodni związanej z ideologią faszystowską, nazistowską lub komunistyczną podlega karze pozbawienia wolności do roku”.

A jeśli czyn został popełniony w miejscu publicznym to wymiar kary pozbawienia wolności zwiększa się do dwóch lat.

Zespół postuluje też, by zmienić uprawnienia policji i przyznać jej możliwość prowadzenia kontroli operacyjnej w przypadku wszystkich przestępstw zapisanych w art. 256 k.k. Ostatnia rekomendacja dotyczy stworzenia katalogu symboli uznawanych za niedozwolone. Miały by tym się zająć ABW, policja i prokuratura.

Neofaszystowskie stowarzyszenia mogą hulać w internecie

Czego zabrakło? Przede wszystkim żadna rekomendacja nie dotyczy możliwości ścigania przestępstw z nienawiści w internecie. A o to postulował Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Marcin Sośniak z biura RPO mówi OKO.press: „Rzecznik proponował np., by usprawnić komunikację miedzy trzema instytucjami: operatorem internetowym, prokuraturą i organami nadzoru (np. starostami sprawującymi nadzór nad stowarzyszeniami) w razie zidentyfikowania działalności organizacji, o których mowa w art. 13 Konstytucji RP, czyli organizacji odwołujących się do praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakładają lub dopuszczają nienawiść rasową i narodowościową.

Dziś operator kasuje co prawda treści, które są mową nienawiści czy propagują ustroje totalitarne, ale często nie czuje się w obowiązku, aby przekazać informacje organom ścigania. A taki materiał dowodowy dotyczący np. rejestrowanych stowarzyszeń mógłby stanowić podstawę do ich delegalizacji.

Nie ma też żadnego punktu, który dotyczyłby penalizacji członkostwa w organizacjach, których cele lub działalność wypełniają dyspozycję art. 13 Konstytucji, czyli organizacjach, które w swoich programach nawiązują do totalitarnych praktyk i dopuszczają nienawiść rasową czy narodowościową. Udział w tych grupach – tak jak w grupach przestępczych – zgodnie z rekomendacjami międzynarodowych instytucji powinien być karalny.

Praca zespołu była też świetną okazja, by uzupełnić katalog przesłanek przestępstw z nienawiści. Wciąż brakuje w nim wieku, orientacji seksualnej, tożsamości płciowej, płci, czy niepełnosprawności. Jednak zespół zupełnie się do tych kwestii nie odniósł”.

Czczenie lub propagowanie, czyli masło maślane

Marcin Sośniak z biura RPO uważa, że słusznie zespół rozważał przesłankę publicznego propagowania ustroju. ABW w szczegółowych rekomendacjach postulowała, by całkowicie usunąć ją z przepisów. Jednak w rekomendacjach zaproponowanych premierowi panuje chaos.

Nie jest jasne, czy postulat usunięcia przesłanki „publiczności” ze znamion przestępstwa z art. 256 kk zostanie uwzględniony czy nie.

Za to nowy przepis dotyczący czczenia osób utożsamianych z totalitarnymi ustrojami i ideologiami to raczej reakcja na konkretny przypadek nagłośniony przez stację TVN.

Sośniak: „Do tej pory nie było wątpliwości, że publiczne czczenie postaci związanych z ustrojami totalitarnymi może być uznane za przestępstwo propagowania takich ustrojów, czyli przestępstwo z art. 256”.

Sośniak zwraca uwagę, że skoro wśród ideologii wymieniono faszyzm, nazizm i komunizm, to po przecinku można też dodać rasizm. „Jeśli ktoś maszeruje przez miasto w koszulce z krzyżem celtyckim, to trzeba mu zarzucić propagowanie ustroju totalitarnego. Pytanie którego? Dużo wyraźniejsze i łatwiejsze do zakwalifikowania byłoby gdyby w przepisach pojawiło się jasne wskazanie, że propagowanie ideologii rasistowskiej jest zakazane” – mówi Sośniak.

Służby potrzebują drogowskazu, a nie listy symboli zakazanych

„Dobrze, że Zespół wrócił do tematu katalogu symboli niedozwolonych. Choć to nie będzie łatwe zadanie. Łatwiej byłoby stworzyć podręcznik dla służb, który w czytelny sposób objaśniałby znaczenie konkretnych znaków. Prawne zakazanie symboli to raczej coś, co dzieje się na poziomie orzecznictwa, a nie – ustawy”- dodaje Sośniak.

Warto przypomnieć, że w czerwcu 2016 r. MSWiA wycofało podręcznik dla policjantów, opracowany za rządów PO-PSL, który służył właśnie do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją. Ministerstwo uznało go za „zideologizowany”.

Wiceminister Jarosław Zieliński, odpowiedzialny za policję, tłumaczył, że podręcznik uczył funkcjonariuszy nienawiści do środowisk prawicowych. MSWiA decyzję podjęło po interpelacji posła Adama Andruszkiewicza, prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, któremu nie podobało się, że symbol falangi znalazł się na liście symboli nienawiści.

Marcin Sośniak z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich o rekomendacjach wypowiadał się na podstawie dokumentu, który OKO.press dostało od Kancelarii Premiera. Rzecznik wciąż nie dostał ani treści sprawozdania ani odpowiedzi na szczegółowe pytania przesłane do MSWiA.

Waldemar Mystkowski pisze o porażce Ziobry dotyczącej reportażu o faszystach (fragment).

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk potępił działania Rosji wobec Ukrainy na Morzu Azowskim. Zażądał od Moskwy zwrotu zatrzymanych jednostek i zaniechania dalszych prowokacji.

We wpisie zamieszczonym na Twitterze Donald Tusk potępia działania Rosji, ale też żąda od niej zwrotu zajętych trzech jednostek ukraińskiej marynarki wojennej i ich załóg.

Domaga się też, aby Rosja zaniechała dalszych prowokacji.

Tusk omówił już sprawę incydentu na Morzu Azowskim z prezydentem Petrem Poroszenko, ale prócz tego jeszcze dziś spotka się z jego przedstawicielem.

„Europa solidarnie popiera Ukrainę” – napisał Tusk.

Podobne słowa oburzenia na działania Rosji popłynęły już z Niemiec i z Polski.

Moskwa utrzymuje jednak, że winę za incydent ponosi Ukraina, której jednostki bezprawnie wpłynęły na obszar Morza Azowskiego. Rosyjskie media nazywają to „ukraińską prowokacją”.

>>>

>>>

Czas pokonać PiS!

26 List

Według rozmówców „Newsweeka” Tusk na poważnie rozważa start w wyborach prezydenckich w 2020 r. Ale do tego będzie potrzebował PO i wcześniejszej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych. Dlatego – jak mówi ważny polityk PO – Tusk zawarł sojusz taktyczny z liderem Platformy Grzegorzem Schetyną, który ma pomóc opozycji wygrać wybory europejskie i parlamentarne, a Tuskowi – walkę o prezydenturę.

Ten sojusz został przypieczętowany na zjeździe Europejskiej Partii Ludowej w Helsinkach pod koniec października. Tusk przechadzał się między liderami europejskiej chadecji, do której należą w europarlamencie PO oraz PSL, i odbierał gratulacje za wynik wyborów samorządowych w Polsce. Koalicja Obywatelska wygrała wybory w miastach, wypychając z nich zupełnie PiS. Tusk publicznie chwalił w Helsinkach Schetynę, podkreślając, że dobry wynik Koalicji Obywatelskiej to jego zasługa.

Prawicowe tygodniki straszą powrotem Tuska

Kilku moich rozmówców w PO przyznaje, że wzajemne „obwąchiwanie się” trwało dość długo, bo Schetyna wciąż podejrzewał, że Tusk chce mu odebrać Platformę. Ale w końcu się dogadali, bo są sobie potrzebni.

– Jedynym alternatywnym liderem wobec Schetyny w PO i szerzej – po stronie opozycji – jest Tusk. Jeżeli on daje sygnał, że nie jest zainteresowany przejęciem PO tylko współpracą, to umacnia Schetynę. Nic tak dobrze nie integruje jak wspólny wróg, a wrogiem jest PiS – mówi mi ważny polityk PO.

Przypomina, że przed przesłuchaniem przez komisję śledczą ds. Amber Gold Tusk siedział ze Schetyną w jego „pieczarze”. Tak w Sejmie jest nazywany gabinet przewodniczącego komisji spraw zagranicznych, do którego prowadzi podziemny korytarz. To miał być sygnał dla działaczy Platformy, że Tusk ze Schetyną znowu współpracują, a topór wojenny został zakopany. Po raz pierwszy od lat wystąpili też razem publicznie, składając kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

– Po wyborach samorządowych stało się jasne, że do wyborów parlamentarnych w Polsce nie powstanie żadna siła polityczna, która byłaby w stanie samodzielnie odsunąć PiS od władzy. Może powstać nowa partia Roberta Biedronia, ale to będzie raczej projekt na kilka lub kilkanaście procent. Dlatego trzeba wspierać PO, bo ona może być dla Tuska wehikułem politycznym, który pomoże mu zdobyć prezydenturę – mówi bliski współpracownik szefa Rady Europejskiej, przecinając krążące wcześniej spekulacje o liście Tuska na eurowybory, która miałaby być konkurencyjna wobec PO. – To były mrzonki kilku polityków odsuniętych na boczny tor, którym wydawało się, że dzięki Tuskowi wrócą do pierwszego szeregu – dodaje mój rozmówca.

Tusk będzie wspierał PO w wyborach do europarlamentu i patronował szerokiej liście opozycji – taka lista ma powstać, bo to zwiększa szanse na wygraną z PiS.

Sędzia Wojciech Łączewski w najbliższych dniach złoży skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na premiera Mateusza Morawieckiego – podaje Onet.pl. Powodem jest fakt, że sędzia od kilku miesięcy czeka na odpowiedź na pismo wysłane do szefa rządu. 

Sędzia Wojciech Łączewski domaga się wyjaśnień od premiera Mateusza Morawieckiego w związku z lipcową wypowiedzią rzeczniczki rządu Joanny Kopcińskiej.

– Chcemy, by nigdy więcej nie było sędziów na telefon, sędziego Łączewskiego i innych, którzy mają pewne karty, których nie powinien mieć sędzia wydający sprawiedliwe wyroki – mówiła Kopcińska podczas spotkania z dziennikarzami.

Po tej wypowiedzi sędzia wysłał do szefa rządu pismo, w którym pytał, czy słowa Kopcińskiej to oficjalne stanowisko Rady Ministrów. Wojciech Łączewski chciał również dowiedzieć się, czy premier, koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik zlecali działania mające na celu „wyeliminowanie go z zawodu sędziego”.

Mateusz Morawiecki do tej pory nie ustosunkował się do pytań Wojciecha Łączewskiego. Sędzia wysłał ponaglenie, co także nie poskutkowało.

Sędzia Wojciech Łączewski: Składam skargę na Mateusza Morawieckiego

Teraz – jak podaje Onet.pl – sędzia Wojciech Łączewski składa skargę na bezczynność szefa rządu do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Domaga się ukarania premiera grzywną wynoszącą ok. 43 tys. zł – dziesięciokrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Sędzia chce również, by WSA zobowiązał premiera do natychmiastowej odpowiedzi.

– Sądzę, że pan premier Morawiecki będzie miał teraz możliwość przetestowania w praktyce sprawności wymiaru sprawiedliwości po reformie, jaką proponował jego rząd, i z której ostatecznie się wycofał, przynajmniej częściowo – komentuje sędzia Wojciech Łączewski w rozmowie z portalem Onet.pl.

Sędzia Wojciech Łączewski i sprawa Mariusza Kamińskiego

Przypomnijmy: to właśnie sędzia Wojciech Łączewski skazał w 2015 r. na trzy lata więzienia m.in. Mariusza Kamińskiego za przekroczenie uprawnień w związku z tzw. aferą gruntową. Kamiński został ostatecznie ułaskawiony przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Sąd Najwyższy uznał, że prezydent nie mógł tego zrobić, bo prawo łaski dotyczy tylko osób skazanych prawomocnym wyrokiem.

Ustawa cofająca przepisy o „wycince” sędziów z Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego czeka na podpis prezydenta. Ten podpis, to będzie upokorzenie dla Andrzeja Dudy. To przecież jego przepisy likwiduje PiS. To jego przepisy Komisja Europejska uznała za sprzeczne z prawem Unii, a PiS postanowił postąpić zgodnie z postanowieniem tymczasowym Trybunału Sprawiedliwości, który zajął się skargą Komisji.

Ustawa wykonująca postanowienie tymczasowe TSUE to upokorzenie także dla PiS-u. To nie jest taktyczne ustępstwo, jak twierdzą jego politycy. To nie „krok wstecz, żeby pójść dwa kroki do przodu”, ale kapitulacja na symbolicznym froncie. A symbole w polityce PiS są kluczowe. Oto PiS ugiął kolana przed Unią, którą traktuje jak obce mocarstwo. Ogłasza, że się z oceną Trybunału nie zgadza, ale ją „szanuje”. Że uznaje władzę Trybunału i respektuje praworządność.

A mówi to partia, która przypisywała sobie prawo do decydowania, które wyroki są wyrokami, a które nie. Która, głosząc ideologię przełamywania „imposybilizmu prawnego” twierdziła, że prawo nie może stać ponad wolą władzy wybranej przez suwerena. Ta partia teraz się temu prawu poddaje. Dla szanujących praworządność, to „oczywista oczywistość”. Dla PiS-u – klęska.

PiS ma hojną propozycję dla sędziów

PiS mówi, że cofnął się o krok, by móc dalej „reformować” sądownictwo. Zobaczymy. Ale bardziej prawdopodobne, że będzie się starał nie otwierać przed wyborami nowych frontów i nie narażać się na zarzuty polexitu, których boi się jak ognia. A wiec porażka w sferze symbolicznej.

Ale w sferze praktycznej PiS też poniósł porażkę: nie udało mu się obsadzić stanowiska I Prezesa SN swoim człowiekiem. Ani opróżnić więcej stanowisk dla swoich ludzi. Choć w ustawie cofającej „wycinkę” sędziów próbuje jeszcze skusić ich łapówką za pozostanie w stanie spoczynku, na który zostali przymusowo wysłani: proponuje im sto procent uposażenia sędziego SN do końca życia. Trzeba przyznać, że to hojna propozycja.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo

PiS chwali się, że uchwalając ustawę cofającą „wycinkę” sędziów, ogrywa Komisję Europejską, bo likwiduje przedmiot skargi, jaką na Polskę złożyła do Trybunału. Komisja może teraz skargę wycofać, bo wraz z ikwidacją zaskarżonych przepisów stała się ona bezprzedmiotowa. Zobaczymy, co Komisja na to. Bo, skoro politycy PiS zapowiadają, że w „reformowaniu” wymiaru sprawiedliwości się nie cofną może warto, by jednak skargi nie wycofała. Żeby Trybunał – w interesie prawa Unii – orzekł o standardach prawa do niezależnego sądu.

Ruch oporu sędziów rośnie w siłę

Porażka PiS w sprawie „wycinki” wzmacnia moralnie sędziowski ruch oporu wobec łamania konstytucji. Pokazuje że ten opór ma sens. Sędziowie SN o pozostanie w sądzie walczyli przez ponad pół roku. Twardo stali przy prezes Gersdorf, a większość nie zaakceptowała odesłania ich w stan spoczynku. Zaś sędziowie sądów powszechnych razem z innymi obywatelami miesiącami protestowali pod Sądem Najwyższym i innymi sądami, w obronie niezależności sędziowskiej i konstytucji.

Ruch oporu sędziów rośnie w siłę. Kolejne sądy podejmują uchwały – teraz już nie w obronie SN, ale przeciwko nowej Krajowej Radzie Sądownictwa. I skandalicznie przebiegającym konkursom na sędziów, w których, na przekór opinii kolegiów sądów, KRS faworyzuje kandydatów mających poparcie PiS-u. Dochodzi do tego że, uzasadniona merytorycznie, negatywna opinia kolegium sądu o kandydacie jest traktowana jak jego atut.

Sędziowie widzą, że nominacjami sędziowskimi rządzi dziś układ – partyjny. To koniec mitu, za pomocą którego PiS próbował przekonać sędziów do swoich „reform”: że teraz będzie można awansować bez „układów”.

Sędziowie stawiający opór łamaniu konstytucji wyznaczają dziś w swoim środowisku standard moralny. Mimo represji dyscyplinarnych – z coraz bardziej absurdalnych powodów, jak choćby prowadzenie akcji edukacyjnych z symulacją rozpraw, czy uczestniczenie w publicznych spotkaniach – coraz więcej sędziów uznaje obronę konstytucji za swoją powinność.

Polska dalej gra z TSUE na zwłokę

Właśnie rzeszowscy sędziowie umieścili na swoich tabliczkach z nazwiskiem, które minister Ziobro kazał stawiać podczas rozpraw, naklejki z napisem „KonsTYtucJA”. A w czasie, gdy PiS galopem przeprowadzał przez Parlament ustawę wykonującą zabezpieczenie TSUE, sędziowie NSA zadali TSUE pytanie prejudycjalne o prawomocność nowej KRS, na tle spraw pięciu kandydatów, którzy przegrali konkursy na wolne miejsca sędziowskie. W ten sposób NSA zareagował na to, że tą ustawą PiS umorzył cichcem postępowania, na tle których podobne pytanie zadał dwa miesiące wcześniej SN. Sędziowie udaremnili więc plan PiS-u, by TSUE sprawą KRS się nie zajął.

To nie koniec problemów w SN

Ale prawdą jest też, że PiS-owskie ustępstwo w sprawie „wycinki” sędziów SN i NSA niewiele poprawia sytuację w Sądzie Najwyższym. Pozostaje tam złożona z osób zaakceptowanych przez PiS Izba Dyscyplinarna, która ma służyć zastraszaniu i eliminowania nieposłusznych sędziów. I Izba Kontroli Nadzwyczajnej, właściwa w sprawach wyborczych i innych ważnych dla władzy centralnej. Izba ta, w ramach „skargi nadzwyczajnej”, będzie też mogła „korygować” w politycznie pożądanym kierunku wyroki pozostałych izb SN. A więc PiS ma kontrolę nad orzecznictwem Sądu Najwyższego.

Czy Polska podda się orzeczeniu unijnego Trybunału

Dlatego czas na kolejną akcję „Europo nie odpuszczaj”. Raz już obywatelskim naciskiem udało się skłonić Komisję Europejską do zaskarżenia – wąsko, bo wąsko, ale jednak – przepisów o Sądzie Najwyższym. Ale źródłem patologii zatruwającym cały system wymiaru sprawiedliwości jest nowa KRS. Trzeba naciskać, by Komisja zaskarżyła do Trybunału także przepisy o KRS. I przepisy dyscyplinarne. Komisja też już przecież widzi, że opór ma sens.

Rozmowa Morawiecki – Juncker – bez konkretnych rezultatów w kwestii wycofania z TSUE skargi dotyczącej ustawy o Sądzie Najwyższym. Na razie Polska cieszy się z pochwał, że dokonywane ws. SN zmiany „idą we właściwym kierunku” i że „to bardzo konstruktywny krok”. „Poprzestanę na tym” – przyznał premier Morawiecki, pytany, czy uzyskał zapewnienie o wycofaniu skargi. „Zobaczymy, jaki będzie dalszy przebieg spraw” – stwierdził.

Na marginesie brukselskiego szczytu ws. Brexitu doszło do rozmowy szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera z premierem Mateuszem Morawieckim. Była to pierwsza rozmowa po ustępstwie polskiego rządu ws. ustawy o Sądzie Najwyższym.

Strona polska była po tej rozmowie wyraźnie zadowolona. Chwilę po jej zakończeniu jeden z polskich dyplomatów przekazał polskim dziennikarzom pozytywną interpretację: Wyraźne ocieplenie i chęć przykrycia złych emocji z przeszłości. Dopytywany, dodał: Nowelizacja ustawy o SN to zasadnicza, kluczowa zmiana. Mamy z Komisją Europejską takie samo zdanie w tej sprawie.

Moi rozmówcy w Komisji Europejskiej bardzo jednak bagatelizowali znaczenie rozmowy Junckera z polskim premierem.

Spotkanie? Nie było żadnego spotkania– stwierdził wysoki rangą urzędnik KE, podkreślając, że nie było to „spotkanie”, a jedynie krótka kuluarowa rozmowa. Wszyscy tutaj ze sobą rozmawiają i z reguły bardzo miło– komentował nieco ironicznie. Dopytywany przeze mnie, czy KE wycofa skargę na Polskę, zaznaczył, że sprawą zajmuje się wiceszef KE Frans Timmermans.

Również eurodeputowany CDU Elmar Brok (który ma świetne relacje z kanclerz Angelą Merkel), pytany przeze mnie o tę kwestię, powiedział, że „to Timmermans musi nam powiedzieć, czy to (zmiany w SN) wystarczy dla wycofania skargi lub artykułu 7”.

Także sam Jean-Claude Juncker po rozmowie z Mateuszem Morawieckim dosyć chłodno stwierdził, że „szczyt poświęcony był Brexitowi, a nie Polsce”.

Takie pełne rezerwy wypowiedzi świadczą o tym, że KE przynajmniej na razie nie śpieszy się z wycofaniem skargi z Trybunału Sprawiedliwości UE (chociaż samą nowelizację ustawy o SN przyjmuje z oczywistym zadowoleniem). Przerzucanie odpowiedzialności na Fransa Timmermansa sugeruje z kolei, że nie ma żadnego zakulisowego porozumienia w tej sprawie między Warszawą a trio: Merkel – Juncker – Selmyar (Martin Selmayr uważany jest za prawą rękę Junckera).

Nie ma więc co liczyć na podział w Komisji Europejskiej na „dobrego” Junckera i „złego” Timmermansa.

Co więcej, Timmermans, kandydat socjaldemokratów na szefa KE, nie ma żadnego powodu, by teraz wycofywać skargę na Polskę. Wręcz przeciwnie: ma dowód, że jego twarda linia przyniosła realne owoce. Dostał wiatru w żagle i jest przekonany, że tę linię trzeba kontynuować.

Zwłaszcza, że do rozwiązania pozostało wiele kwestii: od sprawy Trybunału Konstytucyjnego – poprzez mechanizm skargi nadzwyczajnej – po zmiany dotyczące wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa.

Co więcej, jeżeli KE nie wycofa skargi, to doprowadzi w ten sposób do rozstrzygnięcia przez TSUE zasadniczej sprawy dotyczącej jej kompetencji w kwestii wymiaru sądownictwa w krajach członkowskich. I w końcu – utrzyma presję na Polskę.

Urzędnicy KE coraz częściej dają do zrozumienia, że ich zaufanie do proeuropejskich deklaracji rządu PiS się wyczerpało. W dodatku przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i przed wyborami parlamentarnymi w Polsce Bruksela raczej nie ma interesu w tym, by łagodzić kurs wobec Warszawy.

Polski rząd wyraźnie spóźnił się ze swoim ustępstwem ws. Sądu Najwyższego – o co najmniej pół roku. Gdyby ten sam krok wstecz zrobił w kwietniu lub maju, podczas ówczesnych negocjacji z KE – to wówczas byłby to sukces. Jean-Claude Juncker mówił wtedy, że Polska zbliża się nieco do stanowiska KE i Komisja zbliża się nieco do Polski. Wtedy możliwe były polityczne targi. Zabrakło jednak wyobraźni i woli politycznej – po obu stronach. Odkąd zaś sprawa Sądu Najwyższego trafiła do TSUE – targi stały się niemożliwe.

Teraz ruch jest już jednostronny. Polska „zbliżyła się” do stanowiska Komisji po to, by uniknąć kar finansowych. Na inne rezultaty raczej nie ma co liczyć.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o programie dla opozycji.

Jeśli koalicja nie zdąży sformułować wspólnego, pozytywnego programu, to na samych tylko błędach PiS może się przewieźć.

PiS wpadł w dołek, który pracowicie sobie wygrzebał. Jeszcze w lipcu partia władzy miała rekordowe poparcie. Potem było już tylko gorzej. Wyniki wyborów samorządowych mocno minęły się z buńczucznymi zapowiedziami partyjnej wierchuszki. Eksplodowała afera piramidy GetBack, finansującej projekty i imprezy PiS. Nadwątlona wiarygodność zwiotczała jeszcze bardziej po upublicznieniu taśm Czarneckiego. Im usilniej ludzie władzy przekonują dzisiaj, że afery KNF nie ma, tym bardziej Polacy im nie wierzą. Im głośniej propagują mit partii prawej, sprawiedliwej i bezlitosnej dla przestępców, tym dobitniej wypomina się im liczne bezprawia, niesprawiedliwości i tolerancję dla własnych przekrętów. Im częściej mówili o godności narodowej i nadrzędności polskiego prawa nad każdym innym, tym bardziej kompromitujące jest dzisiaj fiasko pomysłu zawłaszczenia Sądu Najwyższego i tym zabawniejszy jest widok bulterierów PiS rejterujących z podkulonymi ogonami.

Zwieńczeniem poczucia klęski PiS jest lament wicepremiera nad sytuacją swojej formacji, porównywalną z losem Żydów w czasach Holokaustu. A symbolem bezradności rządzących – zagubienie wiceministra Zielińskiego, który kiedyś jednak „coś o tym słyszał”, gdy policjanci wycinali i zrzucali mu na głowę konfetti, ale teraz – jak wykazała kontrola w Suwałkach – nawet nie zauważył że jego domu pilnuje przez całą dobę załoga radiowozu i funkcjonariusze przebrani za ochroniarzy rządowych.

PiS traci względy wyborców. Z 44 % w połowie roku słupki skurczyły się do 33% (według rządowego CBOS i TVP Info poparcie dla PiS zmalało w tym czasie ledwie o 2%). W szeregach Koalicji Obywatelskiej słychać pierwsze odgłosy otwieranych szampanów i pojawiają się prowizoryczne scenariusze przejmowania władzy. Co trzeźwiejsi pytają jednak: – Skąd pewność, że PiS się nie podźwignie, rozrzucając wśród wyborców kolejne miliardy? I jakie mamy szanse w kampanii, którą PiS bez żenady sfinansuje z budżetu, angażując w nią pracowników budżetówki?   A przede wszystkim – z czym staniemy do wyborów i kiedy do nich wystartujemy? Bo PiS właśnie rozpoczął swoją kampanię.

Nie słychać już szczeniackich pogróżek i nie widać buńczucznego prężenia muskułów.  Partia władzy przeobraziła się w fanklub Unii Europejskiej. Prawie każde publiczne wystąpienie przedstawiciela rządzących kończy się uroczystym oświadczeniem, że on, jak i oni wszyscy, nie zgadza się co prawda z opiniami Komisji Europejskiej i decyzjami unijnego trybunału, ale będzie je realizować z żelazną konsekwencją, bo kocha Unię i nigdy w życiu oraz za żadne skarby nawet nie pomyśli o jej opuszczeniu ( aż do dnia wyborów). Lada dzień Krystyna Pawłowicz ogłosi na Twitterze, że właśnie wyjęła błękitną flagę z kubła, wyprała ją, pocałowała w gwiazdki i z czcią złożyła w szufladzie z bielizną czekając na okazję do bohaterskiej ekshibicji.

Koalicji ludzi przyzwoitych trudno będzie przegrać wybory do Parlamentu Europejskiego, tym bardziej, że PiS przestrzelił już sobie oba kolana. Jednak wyniki kolejnych rund starcia o przyszłość Polski wcale nie są takie pewne. Termin najbliższej konfrontacji jest nieodległy, a roboty po łokcie. Na razie pytań jest więcej niż odpowiedzi. Czy program wyborczy KO ujrzymy dopiero w przeddzień kampanii? Czy główne jego hasło to „powrót do normalności”, czyli do stanu sprzed najazdu PiS? Czy będzie to tylko lista wpadek partii Kaczyńskiego, czy jednak konkretne projekty naprawcze?

Są powody do niepokoju. Opozycja rozdrabnia się, lewica nie garnie do wspólnej walki o powrót do demokracji, a wizja Polski po upadku PiS wciąż jest mglista i rozmazana. Nie znamy dorobku gabinetu cieni PO, nie wiemy nawet, czy to ciało daje jeszcze oznaki życia. Nieznane są dokonania nieformalnego zespołu wybitnych prawników pod wodzą prof. Marcina Matczaka, który pracował (pro bono!) nad przywróceniem w Polsce stanu prawnego zgodnego z Konstytucją. A projekt uszczelnienia Konstytucji, ochrony ustawy zasadniczej przed rozmaitymi włamywaczami jest nam potrzebny jak czyste powietrze. Warto pokusić się o dodatkowe zabezpieczenia dla niezależnej władzy sądowniczej i czwartej władzy – mediów publicznych.  Trzeba doprecyzować co dla rządzących oznaczać musi rozdział spraw państwowych od kościelnych i „bezstronność w sprawach przekonań religijnych”.  I jak krowie na rowie wyjaśnić trzeba wszelakim politycznym majsterkowiczom, że domniemanie konstytucyjności, na które po opanowaniu Trybunału Konstytucyjnego powołuje się PiS, nie dotyczy ustaw wprost sprzecznych z Konstytucją.

Jeśli KO chce wygrać wybory, to nie wystarczy obiecać, ze odkręci wszystkie deformy podłej zmiany. W nadchodzącej kampanii nie wolno licytować się na obietnice, bo podatność na nie znacznie się obniżyła, podobnie jak zasoby środków w budżecie państwa. Nie wystarczą nawet gotowe projekty przywrócenia stanu sprzed napaści PiS na Polskę, bo wątpię, by ludzie marzyli o Polsce dokładnie takiej, jak w ostatnich latach rządów PO-PSL. Potrzebne są projekty rzeczywistej naprawy trzeciej Rzeczpospolitej. Coraz więcej ludzi oczekuje konkretnych, pomysłów na sprawowanie władzy, czyli dowodu, że partia aspirująca do rządzenia jest do tego przygotowana. Pomysłem nie jest biadolenie, ze jakaś ustawa wymyślona przez obecną władzę jest szkodliwa. Pomysłem jest gotowy projekt nowej ustawy. Na przykład w sprawie nepotyzmu i kolesiostwa, które niszczą gospodarkę i demolują więzi społeczne.

Owszem, prezentacja listy Misiewiczów, ukazanie rozmiarów kolesiostwa, jakiego dotąd nawet w PRL nie bywało, może być bardzo skuteczne. Tyle tylko, że nawet najdłuższa lista niewykwalifikowanych krewnych i znajomych ekipy Kaczyńskiego, zgarniających niebotyczne pensje, nie przekona wyborców, że nowa władza nie obstawi spółek skarbu państwa swoimi kolesiami. Dalece skuteczniejsze byłoby zaprezentowanie ustawy reaktywującej państwową służbę zawodowych urzędników nieusuwalnych pod byle pretekstem, a także projektu otwartych, uczciwych, transparentnych konkursów na stanowiska w administracji i spółkach skarbu państwa, monitorowanych przez niezależne ciało eksperckie. Pakiet nowych przepisów blokujących politykom i funkcjonariuszom partyjnych bez kwalifikacji dostęp do wysokopłatnych stanowisk mógłby przekonać wyborców, że spółki skarbu państwa nie będą już łupami wojennymi, odbijanymi po każdych wyborach z wrogich rąk.

Jeśli koalicja nie zdąży sformułować wspólnego, pozytywnego programu, to na samych tylko błędach PiS może się przewieźć. Owszem, można wytykać niezrealizowanie obietnic, ale zrobi to niewielkie wrażenie na wyborcach już przyzwyczajonych, że nikt jeszcze nie zrealizował wszystkiego, co obiecał w kampanii. Znacznie skuteczniej jest ukazać absurd zobowiązań rzucanych na wiatr i skalę nierealnych przyrzeczeń niewiarygodnych polityków łaknących podziwu i chwały. Można na przykład informować, że do miliona aut elektrycznych które mają niedługo jeździć po polskich drogach brakuje 996 tysięcy oraz stacji ładowania akumulatorów.

Waldemar Mystkowski pisze o porażce PiS ws. dziennikarza TVN.

W internecie dość powszechne panowało przekonanie, iż zapowiedź przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego pod zarzutem propagowania faszyzmu jest próbą przykrycia afery KNF.

Zdarzenie in spe rozlało się nie tylko w Polsce, dotarło do najbardziej wpływowych mediów na świecie, w tym do „New York Timesa”. PiS w kompromitowaniu Polski ma szczególne osiągnięcia. Partia Kaczyńskiego mogłaby zarabiać krocie na uprawianiu czarnego PR, szczególnej odmiany – autokompromitacji.

Czy to był ponadto zamach na wolne media, bo jednak szykują ich „repolonizację”, czy zaistniał powód mentalny, bo partii Kaczyńskiego blisko do radykalnych ugrupowań nacjonalistycznych i odezwała się podświadoma wspólnota ideowa? Pewnie wszystko po trochu.

Obecnie przyzwolenie na takie radykalizmy istnieje, co było widać podczas pochodu tzw. Marszu Niepodległości, który był legitymizowaniem ONR i grupek neofaszystowskich przez prezydenta Dudę, premiera Morawieckiego i tego najważniejszego – „pana Jarka”.

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

PiS chce zamieść aferę KNF pod dywan. Nie pozwolić na to

25 List

>>>

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniemn ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów, dotyczą poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów – mówi Jarosław Urbaniak, poseł Platformy Obywatelskiej, członek komisji finansów publicznych, były prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. – Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.

Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?
Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?

Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?
W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.

Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?
Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?
Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że

już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.

Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?
Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.

Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.

Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?
Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.

Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.

Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?
Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?
To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.

Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

Mogą się jeszcze przydać?
Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.

Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?
Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.

Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.

Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?
Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.
Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery pan

Grzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

Co dalej z szefem NBP?
„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.

Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?
Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?
Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.

Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?
Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Ciul! Czy niewłaściwe jest, że zdrajcę określa się męskim członkiem po śląsku?

W Żorach odbył się protest przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, a obecnie radnemu PiS Wojciechowi Kałuży. W proteście wzięli udział m.in. Monika Rosa z Nowoczesnej i Borys Budka z PO.

Dzień po ogłoszeniu Koalicji Obywatelskiej, SLD i i PSL do Porozumienia Programowego prawicy dołączył radny Wojciech Kałuża. PiS zyskało tym samym 23 mandaty i to ono będzie sprawować władze w sejmiku woj, śląskiego.

Wojciech Kałuża został radnym z listy Koalicji Obywatelskiej, był rekomendowany przez Nowoczesną.

W Żorach odbył się protest, w którym uczestnicy postulowali o to, by radny PiS złożył mandat. Do zgromadzonych przemówiła posłanka Nowoczesnej Monika Rosa.

– Boli mnie serce, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Kałuża, ty ciulu, ty zdrajco. Mam nadzieję, że za rok wszystkich cholernych ciuli rozliczymy – powiedziała posłanka.

– Kałuża to nie jest męczennik. Za garść srebrników sprzedał to co jest najważniejsze, sprzedał honor i swoją twarz – powiedział Borys Budka.

„Przyzwoitość, nie pieniądze!”, „Oddaj mandat, przeproś Żory!”, „Jeżeś Ślązok, nie rób gańby!”, „Złodziej!”, „Kałuża, ty ciulu!”- takie okrzyki wznosili manifestanci na rynku w Żorach, podczas największej od 1989 roku demonstracji, wywołanej zdradzieckim manewrem kandydata Koalicji Obywatelskiej do Śląskiego Sejmiku Wojciecha Kałuży.

Dał się PiS–owi przekupić i otrzymując stanowisko wicemarszałka, przeszedł stronę partii rządzącej. Oszukani wyborcy i polityczni sojusznicy Kałuży domagali się, by oddał mandat wojewódzkiego radnego.

„Ten człowiek, który w kampanii wyborczej się kreował na Ślązaka, on po prostu to wszystko sprzedał. Nie bydzie tego. Jeżeś ślązok, oddaj mandat!” – krzyczał do mikrofonu Marcin Musiał, jeden z organizatorów manifestacji.

Wtórowało mu kilkaset osób, które przyszły na żorski rynek, by pokazać, że czują się oszukane. Na mównicę wyszła także posłanka Monika Rosa, szefowa Nowoczesnej na Śląsku.

„Boli mnie serce, że muszę stać i manifestować, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Nie traćcie wiary. Zaufajcie jeszcze raz” – prosiła Rosa i wykrzyczała na cały głos: „Kałuża, ty ciulu!”

O głos prosili też ludzie z tłumu. „Nie znałam tego pana” – zwróciła się do zgromadzonych emerytka pani Ewa – „ale zagłosowałam na niego, bo nie chciałam poprzeć kandydata PiS-u. Byłam przekonana, że jak ktoś jest jedynką na liście, to jest to kandydat najwyższego zaufania. W środę rano obudziłam się i okazało się, że jednak zagłosowałam za PiS-em! Wytrącono mi z ręki ostatnią broń dostępną dla zwykłego obywatela! Z obawą czekam na dzień, w którym obudzę się i dowiem, że nie jestem już obywatelką III RP, ale poddaną miłościwie panującego Jarosława” – mówiła pani Ewa.

Z kolei Maria Szymczyk podkreślała, że wywodzi się ze środowiska Żorskiej Samorządności, tak jak Wojciech Kałuża. „Panie Kałuża, gdzie, do cholery, są twoje ideały? Byłeś z nami w tym miejscu, gdy do Żor przyjechał prezydent Andrzej Duda. Nie stałeś wśród tych, którzy przyjechali klaskać. Wołałeś: „Konstytucja!”. Co się z tobą stało? – pytała Maria Szymczyk.

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Ziobro skompromitowany, zrobił w portki ze strachu

25 List

„Prokuratura Krajowa uznała, że przedwczesne jest stawienie zarzutów operatorowi TVN, który wykonywał gesty nazistowskiego pozdrowienia w trakcie spotkania ku czci Adolfa Hitlera w kwietniu 2017 roku” – czytamy w komunikacie. Śledczy jednocześnie odwołali wyznaczony termin stawienia się operatora w prokuraturze.

Prokuratura Krajowa twierdzi, że stawianie zarzutów operatorowi TVN jest „przedwczesne”. Jednocześnie śledczy odwołali wyznaczony mężczyźnie termin stawienia się w prokuraturze.

Przypomnijmy: operator kamery z telewizji TVN, który pracował przy głośnym reportażu „Superwizjera” o czczeniu urodzin Adolfa Hitlera, miał usłyszeć zarzut propagowania nazizmu.

Wszystko z powodu fotografii, na której widać, jak mężczyzna „hajluje” na tle swastyki. Stacja tłumaczyła, że zdjęcie wykonano w trakcie realizacji materiału wcieleniowego. W piątek operator TVN otrzymał wezwanie do stawienia się w prokuraturze od funkcjonariuszy ABW.

Prokuratura Krajowa: Konieczna „pogłębiona analiza

Jak informuje Prokuratura Krajowa w niedzielnym komunikacie, sprawa została przekazana do Prokuratury Regionalnej w Katowicach. Ta jednocześnie bada, czyli inicjator spotkania ku czci Adolfa Hitlera otrzymał za organizację 20 tys. zł. Telewizja TVN stanowczo zaprzeczała, by płaciła za taką inscenizację.

Zbadanie obu kwestii przez tę samą prokuraturę jest istotne z punktu widzenia celu śledztwa. Ma służyć pogłębionej analizie i wyjaśnić, czy doszło do przestępstwa podżegania do propagowania nazizmu oraz kto ewentualnie je popełnił, przekazując organizatorów spotkania pieniądze. Jednocześnie ma służyć ustaleniu rzeczywistej roli stacji TVN w tym zdarzeniu

– czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej.

Jacku Kurski, bierz się za miotłę i łopatę

25 List

Mecenas Roman Giertych nie odpuszcza Telewizji Polskiej i informuje o kolejnych pozwach sądowych.

>>>

Zastraszanie i przykrywanie afery TVN. Nacjonalizm PiS

25 List

>>>

W piątek wieczorem funkcjonariusze ABW zjawili się w domu operatora filmowego stacji TVN – Piotra Wacowskiego. Wacowski jest jednym ze współautorów szokującego reportażu o neonazistach, którzy zorganizowali urodziny Hitlera pod Wodzisławiem Śląskim.

Już dzień wcześniej operator dostawał smsy, które miały wskazywać na ABW. Trzeba jednak przyznać, że jest to dość niecodzienna praktyka, zwłaszcza że wiadomości nie były nawet podpisane, w związku z czym Wacowski na nie nie reagował. Następnego dnia, zaraz po powrocie z pracy, czekało go niemałe zaskoczenie. Funkcjonariusze ABW najwyraźniej obserwowali dom, gdyż pojawili się zaraz po jego przybyciu. Operator został wezwany do stawienia się na przesłuchanie w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu (art. 256 par. 1 kodeksu karnego propagowanie nazizmu, za co grozi kara od grzywny do dwóch lat więzienia). Piotr Wacowski nie chciał komentować tej sprawy dziennikarzom, dopóki nie skontaktuje się z prawnikiem.

Gazeta.pl poprosiła byłego koordynatora ds. służb specjalnych, szefa MSWiA i ministra sprawiedliwości Marka Biernackiego o komentarz w sprawie. Obecny poseł Platformy Obywatelskiej jednoznacznie stwierdził, że w takich sytuacjach “nie trzeba wzywać ABW”, prokuratura powinna wysłać wezwanie na adres domowy lub do redakcji.

– Operator to w pewien sposób osoba publiczna. To niejasne i niezrozumiałe, w takich przypadkach po prostu wysyła się dokument normalnie – powiedział.

Przypomnijmy, reportaż, w związku z którym mają zostać postawione zarzuty pojawił się w “Superwizjerze” na antenie TVN w styczniu 2018 roku. Bertold Kittel, Anna Sobolewska i Piotr Wacowski – współautorzy filmu, pracowali wiele miesięcy, by stworzyć materiał “Polscy neonaziści”, pokazujący, jak działa stowarzyszenie “Duma i Nowoczesność” i związani z nim wielbiciele samego Hitlera. Wacowski był już wcześniej – jako świadek – przesłuchiwany w prokuraturze i opowiadał o zdjęciach, w których hajlował na tle swastyki. Wg jego tłumaczeń, było to konieczne do stworzenia reportażu pod przykryciem. To stawia pod ogromnym znakiem zapytania całą akcję, skoro “podejrzany” był już wcześniej znany śledczym i składał w tej sprawie zeznania.

Całe zajście wywołało w internecie gigantyczną burzę, zaś wielu dziennikarzy stanęło w obronie Wacowskiego.

W sobotę TVN wydało oświadczenie w sprawie działań ABW i prokuratury dotyczących dziennikarza.

“Autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy. Jednocześnie informujemy, że wczoraj TVN złożył pozew przeciwko tym, którzy insynuowali w ostatnim czasie, że materiał był inscenizowany”.

Upadła pisowska władza na klęczkach przed niebytem. Okropny widok niedowładu psychicznego u wyznawców Kaczyńskiego. Zniewolenie

25 List

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez biuro prawne Sejmu, jako potencjalnie sprzeczne z konstytucją. Ustawa zasadnicza takich prerogatyw dla marszałków nie przewiduje. – Autor poprawek był jednak uparty, jego pomysły dwa razy trafiały do porządku obrad, zanim zostały wycofane – opowiada nasz rozmówca.

Z awantury w KNF premier wyjdzie zatem wzmocniony. Jacek Jastrzębski był do tej pory wiceszefem departamentu prawnego PKO BP. To, że Morawiecki misję sprzątania po Chrzanowskim powierzył menedżerowi z tego banku – zarządzanego przez Zbigniewa Jagiełłę, kolegę premiera jeszcze z czasów PRL-owskiej opozycji – to wyraźny sygnał.

Przypomnijmy: bezpośrednią przyczyną dymisji Chrzanowskiego było nagranie rozmowy z marca 2018 r., ujawnione przez bankiera Leszka Czarneckiego, który twierdzi, że szef KNF zażądał od niego – pośrednio – ok. 40 mln zł łapówki. W jednym z najważniejszych wątków afery KNF pojawia się nazwisko senatora PiS Grzegorza Biereckiego i nazwa jego fundacji Kocham Podlasie.

>>>

>>>

30 proc. – nawet o tyle firmy energetyczne chciałyby podnieść w przyszłym roku ceny energii elektrycznej dla odbiorców indywidualnych – podały w poniedziałek „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Urząd Regulacji Energetyki otrzymał już cztery wnioski w tej sprawie od firm energetycznych.

Spora podwyżka? Prawdziwy ból głowy mają samorządy i firmy, które już od kilku tygodni dostają nowe cenniki z podwyżkami rzędu 50-70 proc. I w odróżnieniu od odbiorców indywidualnych, dla których taryfy musi zatwierdzić prezes URE, przedsiębiorcy nie mogą nic zrobić, będą musieli płacić więcej. Te ceny oczywiście przełożą się na ceny towarów i usług – praktycznie wszystkich, bo trudno dziś znaleźć branżę, która nie korzystałaby z prądu.

Tak czy inaczej, klienci zapłacą za drastyczny wzrost cen energii. Gra toczy się teraz o to, by nie zobaczyli tych podwyżek bezpośrednio na swoich rachunkach za prąd. Dlaczego? Bo dla rządzącej partii przed jesiennymi wyborami byłby to strzał w stopę. Dlatego minister energii i cały rząd wykonują teraz akrobatyczne ewolucje, by z jednej strony zrównoważyć bilans firm energetycznych, a z drugiej nie wzburzyć suwerena.

Zemsta węglowa

Skąd ta konieczność drastycznego podwyższenia taryf? Mści się wstrzymanie, a nawet cofnięcie w ostatnich latach restrukturyzacji rynku energetycznego oraz jego praktyczna nacjonalizacja i ograniczenie konkurencji. 80 proc. energii w Polsce powstaje z węgla, a ten – po kilku latach chudych – zaczął drożeć. Zdrożały też kilkukrotnie pozwolenia na emisję CO2, które każda elektrownia musi kupić, by móc wypuszczać do atmosfery ten gaz cieplarniany. Wzrosła też cena tzw. zielonych certyfikatów, które mają stanowić motywację dla firm energetycznych do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). Nie inwestujesz w farmy wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie wodne? Płać.

Cud przedwyborczy

Ale nawet państwowe firmy nie mogą działać całkowicie w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Drożejący węgiel i pozwolenia na emisję wymusiły w końcu podwyżki taryf energetycznych. I to drastyczne. Przedsiębiorcy będą musieli sobie poradzić sami (podwyższając ceny). A co z gospodarstwami domowymi? Szef URE może jakoś zmitygować apetyty koncernów energetycznych i nie zgodzić się na podwyżki rzędu 30 proc. Ale na jakieś chyba będzie musiał pozwolić. Dlatego rząd, ustami ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, błyskawicznie zapowiedział plan ratunkowy: gospodarstwa domowe nie zapłacą ani grosza więcej, nawet jeśli cena energii pójdzie w górę. Cud? Najwyraźniej tak, cud przedwyborczy. Minister tłumaczy pokrętnie, że podwyżkę wezmą na siebie dystrybutorzy energii. Słychać tu ech niedawnych deklaracji prezesów Orlenu i Lotosu, że wprowadzoną przez rząd nową opłatę paliwową oba te państwowe koncerny biorą na siebie. To było też przed wyborami – samorządowymi.

Pomijając koszty całej operacji („DGP” szacuje je na ponad 2 mld zł rocznie), trzeba pamiętać o jeszcze jednym ciekawym wątku w tej sprawie: europejskim. Co będzie jeśli Komisja Europejska uzna, że przelewanie pieniędzy z jednej państwowej kieszeni (spółki dystrybucyjnej czy budżetu) do innej (czyli spółek energetycznych), to ukryta forma pomocy publicznej? Zdaniem eksperta Filipa Elżanowskiego z kancelarii prawnej Elżanowski Charka i Wasowski, cytowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”, zamiar takich transferów rząd będzie musiał zgłosić Komisji, by ta oceniła czy nie jest to zabronione subsydiowanie spółek, które zakłóca normalne mechanizmy rynkowe. Jeśli Bruksela zaprotestuje, rząd będzie musiał wymyślić jakiś inny plan godny barona Münchhausena. Do wyborów tylko parę miesięcy.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Kto to widział, żeby do Pana Prezesa mówić „panie Jarku”. Czy do Aleksandra Wielkiego zwracali się „panie Olku”?!

Bardzo się obruszył prezes PiS, gdy w czasie rozprawy w procesie między nim a Lechem Wałęsą ktoś z publiczności nazwał go „panem Jarkiem”. „Panem Jarkiem byłem 40 lat temu!” – replikował dotknięty do żywego. Ta reakcja wiele mówi nie tylko o samym Kaczyńskim, ale i o sytuacji, w jakiej znalazła się Polska.

Pan Donek, pan Jarek i inne zniewagi

To znamienne, że szefa partii rządzącej najbardziej oburza lekko protekcjonalna formuła „pan Jarek”. Jakoś nie słychać, by w podobnie drażliwy sposób reagował np. na skandowanie „Precz z Kaczorem dyktatorem” czy porównywanie go do Gomułki. Tamte epitety i oskarżenia znosi z godnością, wyniośle milcząc, natomiast „pana Jarka” nie zdzierżył.

Sam zresztą podobnej formuły używa, gdy chce komuś szczególnie dopiec – w czasie sromotnie przerżniętej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem w 2007 r. zwracał się do niego per „panie Donku”. Tusk nie pozostał mu dłużny i z uśmiechem na ustach odpowiadał mu „panie Jarku” i „Jareczku”. W tej konkurencji szef PO okazał się lepszy, bo „pan Donek” najwyraźniej spłynął po nim jak po – przepraszam – kaczce, a Kaczyński został wyprowadzony z równowagi. To było widać gołym okiem. Już do końca debaty pozostawał zdenerwowany, spięty, zły – i w efekcie przegrał zarówno pojedynek w telewizji, jak i starcie przy urnach wyborczych.

Jaka jest różnica między „Kaczorem dyktatorem” a „panem Jarkiem”? Dlaczego ten pierwszy epitet nie prowokuje Kaczyńskiego do kłótni, a drugi rozpala go do czerwoności? To oczywiste – słowo „dyktator” zawiera w sobie element siły. Potęgi. Dyktator to człowiek, który żelazną ręką trzyma społeczeństwo i przed którym drżą poddani. Owszem, nienawidzą go, ale zarazem czują przed nim respekt. Szanują. Do pewnego stopnia wręcz go podziwiają, bo przecież potęga, nawet wroga i opresyjna, wzbudza podziw.

A „Pan Jarek” nie jest groźnym i surowym władcą, ale wąsatym jegomościem mieszkającym po sąsiedzku w tym samym bloku. Codziennie rano widzimy go, jak w rozczłapanych butach idzie do kiosku, żeby kupić „Super Express” i zagrać w Lotto. Pan Jarek żadnego podziwu nie wzbudza. W ogóle nie wzbudza niczego poza ironicznym uśmieszkiem – ani strachu, ani szacunku. A przecież właśnie tego pan prezes łaknie i potrzebuje. Bez podziwu, strachu, szacunku, bez uniżonych gestów poddanych i bez czołobitności wyznawców usycha i więdnie.

W rozmowie z Teresą Torańską powiedział kiedyś, kim chciałby zostać w przyszłości: „emerytowanym zbawcą narodu”. To oczywiście miał być żart, ale w jego podtekście kryła się głęboka wiara i przekonanie o własnej wielkości. Bo przecież normalny człowiek tak nie żartuje. Do głowy mu nie przychodzi, że mógłby być idolem tłumów, które padają przed nim na kolana. Taka wizja i taka rola społeczna mieści się poza horyzontem wyobrażeń normalnego człowieka.

Gdy cię nie kochają, niech się przynajmniej ciebie boją

„Zbawca narodu” i „Kaczor dyktator” to w istocie lustrzane odbicia tej samej potęgi. Z przeciwnymi znakami. Plus i minus. Yin i yang. Skoro nie możesz sprawić, by cię wielbili, to niech przynajmniej cię nienawidzą i niech się ciebie boją. Bo to też oznacza, że cię szanują i podziwiają.

Nie tylko w kraju. Skoro nie możesz być dla społeczności międzynarodowej autorytetem ani liderem, skoro nie możesz w Unii Europejskiej odegrać roli przywódczej, to możesz przynajmniej zostać jej szwarccharakterem. Wiecznym kontestatorem, który blokuje wszelkie inicjatywy i uniemożliwia innym wspólne działanie.

Pamiętacie podpisywanie traktatu lizbońskiego o Unii Europejskiej w 2007 roku? Zanim ówczesny prezydent Lech Kaczyński go zaakceptował, długo droczył się z partnerami, mówił, że nie podpisze, bo to czy tamto. Właściwie nie bardzo było wiadomo, o co chodzi i jakie są rzeczywiste powody tego spektaklu. Tak jak nie było też wiadomo, dlaczego prezydent nagle odpuścił i podpisał dokument.

Dopiero z opóźnieniem dowiedzieliśmy się, że przez cały czas konsultował się telefonicznie z bratem, który mówił mu, co robić. Być może po wielogodzinnym utrzymywaniu całej Europy w stanie nerwowego napięcia i niepewności patologicznie rozdęte ego Jarosława Kaczyńskiego poczuło się chwilowo zaspokojone?

Ale tylko chwilowo, bo przecież zaraz po podpisaniu traktatu zaczął się kolejny spektakl, w którym chodziło o ratyfikację dokumentu w Polsce i ostateczne podpisanie go przez prezydenta. Droczenie się zakończono dopiero w 2009 r.

Kto nadmuchał ego małego Jarka?

Nie wiemy, kiedy ta mania wielkości została zaszczepiona w psychice pana prezesa. Być może nosi ją w genach, z nią przyszedł na świat. A może to efekt negatywnych doświadczeń w procesie socjalizacji? Może koledzy na podwórku go lali i wyśmiewali się z niego? Już ja wam pokażę – powiedział zapłakany mały Jarek. Zobaczycie, że kiedyś zostanę zbawcą narodu, Aleksandrem Wielkim, Napoleonem albo przynajmniej Stalinem.

I metodycznie realizował tę zapowiedź, z maniakalną konsekwencją przygotowując się do tej roli. Wiele lat później dowiedzieliśmy się, że uważnie studiował m.in. „Krótki kurs historii WKP(b)”. Po co? Przecież normalny człowiek tego nie czyta. To lektura dla historyków. No i dla szaleńców, którzy mogą tu znaleźć inspirację i wzorce.

Długo trwało, zanim Jarkowi udało się spełnić obietnice złożone niedobrym kolegom. Ciągle odbijał się od ściany. W wywiadzie udzielonym w 1994 r. politologowi Tomaszowi Grabowskiemu mówił, że w okresie „Solidarności” był na marginesie, poza głównym nurtem wydarzeń. A potem przyszedł stan wojenny: „W 1982 r. próbowaliśmy przebić się do kierownictwa ‘Solidarności’ z Dornem, bo mieliśmy taką optymistyczną wizję, że może teraz my staniemy się głównymi mózgami. To zakończyło się kompletną plajtą, zresztą tak jak i inne próby przebijania się do decydujących grup” – wspomina.

A może wcale nie chodziło o to, by coś pokazać kolegom z podwórka. Może błędy wychowawcze popełniła mama, wmawiając małemu Jarkowi, że jest wybitny i wspaniały. Że historia przeznaczyła go do wielkich zadań. Teraz ta mama ma rondo swego imienia w Starachowicach, a Jarosław osobiście wziął udział w uroczystości odsłonięcia tablicy.

Bo oczywiście wielkość zbawcy narodu promieniuje na jego bliskich. Na mamę i przede wszystkim na brata, który zasługuje na spoczynek w krypcie królów na Wawelu oraz na ulice swego imienia i pomniki w całym kraju. Jeżeli władze samorządowe takiego pomnika na placu w centrum miasta postawić nie chcą – wtedy trzeba zmilitaryzować plac, odbierając go samorządowi, który najwyraźniej nie rozumie, jaka jest funkcja i sens istnienia Polski. Trzeba mu uświadomić, że Polska istnieje po to, by kult zbawcy narodu i jego rodziny miał gdzie rozkwitać.

Niech stanie tysiąc pomników. A potem co?

Pytanie tylko, co dalej. Co będzie robić pan Jarek, gdy osiągnie cel swojego życia? Gdy oficjalnie zostanie już okrzyknięty Jarosławem Mądrym (wcześniej trzeba będzie pozbawić tego przydomka ukraińskiego władcę, ale to pryszcz, Putin pomoże to załatwić), a we wszystkich polskich miejscowościach będą już ulice Lecha Kaczyńskiego i na wszystkich centralnych placach staną pomniki Prezydenta Tysiąclecia. Co wówczas?

Niedobrze by było, gdyby skończyło się tak, jak w opowiadaniu, w którym tybetańscy mnisi odkryli, że celem istnienia świata jest sporządzenie listy wszystkich imion Boga we wszystkich językach świata. W tym celu zakupili supernowoczesny amerykański komputer, zainstalowali w nim wszystkie języki i uruchomili program spisujący imiona Boga.

A gdy program zakończył działanie, gwiazdy na niebie zaczęły gasnąć.

Waldemar Mystkowski pisze o zamachu na wolne media.

PiS nie ma pomysłu, jak ugryźć wolne media, bo te patrzą władzy na ręce i co rusz ujawniają jakąś aferę, a z tymi jest tak, iż co zostanie podniesiony jakiś kamień, wypełza spod niego pisowska korupcja. Takiej aferalnej partii u władzy dotychczas nie mieliśmy.

A przy tym wzrasta prymitywizm działania polityków PiS. Kiedyś wiceprezes tej partii Adam Lipiński zapraszał do siebie Renatę Beger, aby ją przekupić posadą, dzisiaj niezbyt lotny szef kancelarii Mateusza Morawieckiego, Michał Dworczyk jedzie na Śląsk, aby skorumpować lokalnego polityka Kałużę i od razu wiadomo za ile go kupił.

Ani Dworczyk w związku z tym nie dostaje rumieńców na twarzy, ani premier, któremu przyglądając się coraz bardziej stwierdzam, że to typowy polityk słup. Był słupem jako prezes w banku z grupy Santander, dzisiaj jest słupem Kaczyńskiego. Gdy jednak jakiś dziennikarz trochę pociągnie go za język, sypie się jego pojęcie o wolności, demokracji i najczęściej mamy do czynienia z osobnikiem o nadymanym ego.

Donald Tusk określił go osobą nie wychylającą się ze swoim zdaniem. Taka trusia, która czeka okazji, aby się nadymać. Przypomina ropuchę dostającą wzdęcia podgardla. Jego braki wiedzy o demokracji wychodzą na każdym kroku, ale też braki charakterologiczne. O mediach był rzec, iż „80 proc. mediów znajduje się w rękach naszych przeciwników”.

Czyli wolne media są we wrogich rękach, bo niepisowskich. Definicja wroga dla Morawieckiego jest oczywista, to ktoś niezwiązany emocjonalnie i ideowo z PiS. Wrogiem dla Morawieckiego jest 80 proc. Polaków (19 proc. zagłosowało na PiS), który to odsetek został z automatu przeniesiony na media. Od początku PiS kombinuje, jak tych 80 proc. zniewolić, uczynić sobie posłusznymi. Przez 3 lata nie wiedzą, jak ugryźć wolne media, jak sprowadzić je do niskiego poziomu dawnych mediów publicznych, TVP i radia. Próbują to osiągnąć poprzez zastraszanie i manipulowanie.

TVN wyemitował reportaż o neofaszystach świętujących urodziny Hitlera, którym nic się nie dzieje w państwie rządzonym przez PiS. Więc politycy PiS i ich media wykombinowali, iż autorzy reportażu zrobili z neofaszystami ustawkę.

Refleksja. Jak neofaszystów można namawiać na neofaszyzm? Nie ma takiej opcji, problemem dla dziennikarza jest, aby zgodzili się neofaszyści, by ich rytuały filmować. Gdy reportaż został wyemitowany, a Polska zobaczyła, iż neofaszyzm w państwie PiS ma się całkiem dobrze, wkraczają wówczas media pisowskie, służby państwa i stosują metodę „na złodzieja”.

Złodziej złapany na gorący uczynku odwraca uwagę i wskazuje na tego, którego okradł. W tej metodzie jest dążenie do tego, aby propagandowo rozegrać TVN, najpierw zastraszyć, a nastepnie – gdy opinia publiczna zostanie przewekslowana – postarać się przejąć media.

Operator reportażu o neofaszystach Piotr Wacowski jest szykanowany przez ABW. Otóż wręczono mu pismo, aby stawił się w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu. Nawet wskazano mu zarzuty, mianowicie z art. 256 par. 1 Kodeksu karnego (propagowanie nazizmu, zagrożone karą od grzywny do dwóch lat więzienia). Logika tego jest mniej więcej taka, że podobny zarzut można by postawić np. reżyserowi filmu o wrześniu 1939, ABW mogłoby wręczyć wezwanie na przesłuchanie, bo jest podejrzany o propagowanie napaści hitlerowców na Polskę.

To jest jedna z prób oskarżenia niezależnych mediów, by je sobie podporządkować. Na szczęście twardo o tej pisowskiej chęci zamachu na wolne media wypowiedziała się ambasador USA Georgette Mosbacher, która mówiła o wielkiej sympatii do Polski, jaka jest w Kongresie USA, ale może ją zepsuć jedna rzecz: „zamach na wolne media”.