Tag Archives: Paweł Zalewski

Kaczyński w sojuszu z Kościołem

17 Mar

Temat w sam raz na niedzielę. Dzień, któremu wyjątkowości dodała ustawa o zakazie handlu. Dzień, podczas którego wielu obywateli Polski, przy wspólnym stole porozmawia na temat wczorajszej konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach. Wreszcie dzień, w którym zasadnie będzie zadać pytania o roli Kościoła Rzymskokatolickiego w uprawianiu polityki w Polsce. Pretekstu do tego dostarcza osobliwy wpis na Twitterze oficjalnego konta klasztoru zakonu Paulinów na Jasnej Górze.

Wpis, fotorelacja z modlitwy „w intencji Ojczyzny i zbliżających się wyborów” na Jasnej Górze powracającego z regionalnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego to odważny akt wyrażonego wprost poparcia Kościoła dla rządzącej Polską partii. Jest to również z drugiej strony bezczelne wykorzystywanie kościoła do bieżących interesów politycznych. Na wpis zareagował ostro polityk Platformy Obywatelskiej Paweł Zalewski. Zapytał, „dlaczego konto twitterowe klasztoru jasnogórskiego @JasnaGoraNews wchodzi w funkcję rzecznika szefa PiS?”.

Wpis konta @JasnaGoraNews ma potężny zasięg. Oprócz ponad 3 tys. obserwujących, mógł trafić potencjalnie na tablicę ponad 160 tys. użytkowników obserwujących podlinkowany w wpisie profil @pisorgpl należący do partii Prawa i Sprawiedliwości.

Wolne od przykrego obowiązku handlu to także okazja do omówienia stanowiska Konferencji Episkopatu Polski w sprawie tak zwanej Karty LGBT i konferencji KEP ws. pedofilii w Kościele. Powyższe wystąpienia zostały sprowokowane niczym innym, jak startem Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Parlamentu Europejskiego i narracji, której partia się podjęła. Kościół, nie dość, że, przy całym swoim autorytecie, zagrał w grze na zasadach PiS, to spróbował wykorzystać nową nienawistną narrację do obrony własnych interesów wokół ujawnianych właśnie skandali pedofilskich.

Ręka rękę myje. PiS zapędził się w defensywną narrację chroniącą przed odpływem zdegustowanych wyborców głównego rdzenia tzw. żelaznego elektoratu, a do tego wsparcie duchownych jest mu niezbędne. Opartej na kłamstwie narracji wymierzonej w osoby nieheteronormatywne nie da się się obronić. Prędzej czy później Kościół zapłaci za polityczny mariaż z Prawem i Sprawiedliwością, co nie musi prowadzić do pozytywnych efektów.

Reklamy

Koalicja opozycyjna tylko wokół Platformy ma szansę na przepędzenie PiS od władzy

17 Lu

Pokazujemy się w roli kraju, który nie jest suwerenny i przyjmuje sprzeczne z jego interesem propozycje silnego partnera, nawet jeżeli narażają nas na włączenie do konfliktu bliskowschodniego, czego w Polsce przecież nikt nie chce. To szaleńcza polityka! – mówi Paweł Zalewski, były eurodeputowany Platformy Obywatelskiej. – Robert Biedroń swoje inspiracje bierze z polityki francuskiej. Ale tam nie rządzi Marine Le Pen, której polskim odpowiednikiem jest PiS. Dlatego w Polsce potrzebne jest wsparcie dla ugrupowań, które mają realny plan przywrócenia praworządności. Polityka, którą prowadzi Robert Biedroń wspiera PiS, bo rozbija opozycję – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: W Warszawie odbyła się konferencja bliskowschodnia, która od początku budziła wiele kontrowersji. Polsce było to potrzebne?

PAWEŁ ZALEWSKI: Polska nie będzie miała z tego żadnych korzyści, natomiast mnóstwo problemów i strat. Po pierwsze, wpisała się bez żadnych zastrzeżeń w politykę administracji prezydenta USA Donalda Trumpa wobec Iranu, która jest sprzeczna z polityką Unii Europejskiej. Polskim interesem jest to, aby Zachód działał razem, bo wtedy jest silny, a Polsce na tym powinno najbardziej zależeć. Zamiast budować siłę i szukać porozumienia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią w sprawie Iranu Polska przyjęła bezkrytycznie stanowisko amerykańskie. To poważny błąd.

To osłabi jeszcze bardziej pozycję Polski w Unii Europejskiej?
Od dawna dla nikogo nie jesteśmy partnerem, bo sami się wyrzekliśmy tej pozycji. Polityka polega na tym, że za koncesję i wsparcie jakiegoś państwa należy się odwdzięczyć tym samym. Polska nie prowadzi takiej polityki od 3 lat. Ale jest jeszcze gorzej, przyjęliśmy pozycję kraju, który wyrzekł się własnej polityki i suwerenności.

Na amerykańską propozycję zorganizowania w Warszawie konferencji rząd zgodził się bez żadnych warunków i możliwości wpływu na stanowisko, które będzie jej efektem. Tak naprawdę zapewniamy tylko lokal i catering, chociaż mowa była o rzeczach poważnych, a nie abstrakcyjnych wartościach.

Jaki był jej cel?
Celem konferencji jest zbudowanie koalicji przeciw Iranowi, ale także przeciw UE. Nic dziwnego, że w tej konferencji udział biorą państwa, które szukają wsparcia dla swojej polityki nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Rosji. Minister spraw zagranicznych Austrii, która zaprosiła na swoje urodziny Władimira Putina, minister Włoch, czyli kraju, który jest w sporze z Unią, minister Wielkiej Brytanii, który realizuje politykę brexitu, czy w końcu delegacja węgierska. Nie ma przypadku w tym, że Polska właśnie w tym momencie bierze udział w takim grupowaniu się państw europejskich przeciwnych dotychczasowej polityce UE. Do tego dochodzi jeszcze sprawa Iranu. Polska nie popierała i nie popiera agresywnej polityki tego kraju, ale do tej pory nie była krajem, który stał na czele antyirańskiego frontu.

„Największym zagrożeniem dla pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie jest Iran” – mówił wprost premier Izraela Benjamin Netanjahu. To najważniejszy przekaz z tego spotkania?
Premier Izraela prowadzi właśnie kampanię przed wyborami do Knesetu, które odbędą się 7 kwietnia. Jego wypowiedzi mają silny kontekst antyirański. Na konferencji nie ma przedstawicieli Iranu. Zbojkotowała ją też delegacja palestyńska, zaproszona zresztą bardzo późno, bo dopiero w ostatni piątek. Polska wpisuje się w pozycję kraju, który jest prawą ręką antyirańskiej polityki Stanów Zjednoczonych.

Czy to wzmacnia nasze bezpieczeństwo i realizuje jakiekolwiek polskie interesy? Nie. W interesie Polski jest to, czego domagają się kraje unijne, czyli prowadzenie z Iranem współpracy gospodarczej.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zapewniał, że „Iran nie będzie tematem konferencji” i że „polski rząd chce pogodzić UE i USA w sprawie Iranu”. Jak to się ma do politycznej rzeczywistości?
Takie zaklęcia nie pomogą. Coś dokładnie odwrotnego mówi premier Izraela, a wiadomo, że to on jest bardzo blisko polityki Donalda Trumpa. Działamy wbrew własnym interesom, bo przyczyniamy się do powiększenia podziałów pomiędzy UE i USA, wzmacniamy tych, którzy nie chcą silnej i solidarnej Unii, ale partykularną, w której poszczególne kraje będą prowadziły politykę zagraniczną na zasadach bilateralnych. To jest samobójstwo. Pokazujemy się w roli kraju, który nie jest suwerenny i przyjmuje sprzeczne z jego interesem propozycje silnego partnera, nawet jeżeli narażają nas na włączenie do konfliktu bliskowschodniego, czego w Polsce przecież nikt nie chce. To szaleńcza polityka!

To świadome działanie rządu?
Nie mam pojęcia, ale w polityce ważne są efekty. Czy ktoś prowadzi szaleńczą politykę dlatego, że tego chce, czy dlatego, że nie potrafi innej, nie ma żadnego znaczenia, najważniejsze są efekty.

Zmroziła pana informacja „Jerusalem Post” o tym, że Benjamin Netanjahu podczas pobytu w Warszawie powiedział, że „Polacy kolaborowali z nazistami podczas Holokaustu”?
Oczywiście, tym bardziej, że miał to powiedzieć podczas konferencji, która została zorganizowana przez polski rząd w narodowym interesie Izraela.

Odbieram to jako pokłosie ustawy o IPN, która uczyniła z kwestii kolaborowania niektórych Polaków z Niemcami lub przypadków mordowania Żydów pewien standard przeniesiony na cały naród. To jest konsekwencja złej polityki PiS-u.

„Na najbliższym posiedzeniu Sejmu PiS zaproponuje uchwałę ws. odpowiedzialności za Holokaust” – poinformowała w czwartek wieczorem na Twitterze rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Takie działanie jest teraz potrzebne?
To jest powrót do logiki ustawy o IPN i znowu wywoła falę niechęci wobec Polski. Warto w tym miejscu przypomnieć wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego dokładnie rok temu na konferencji w Monachium, w którym mówił o polskich i żydowskich „sprawcach Holocaustu”. PiS bardzo poważną kwestię związaną z historią, która rzutuje na relacje polsko-żydowskie, traktuje z niekompetencją i brakiem zrozumienia. Powinien rozładować ten temat, a nie zaprzeczać wszystkiemu, bo to powoduje reakcję odwrotną.

Może temat zakończyć powinno dementi ambasador Izraela w Polsce Anny Azari?
Polska powinna z całą pewnością prowadzić poważną politykę historyczną wobec Izraela i Żydów, opartą na prawdzie. Celem tej polityki powinno być budowanie wzajemnych stosunków na przyszłość. Dlatego PiS z tego dementi powinien skorzystać i mam nadzieję, że tak zrobi. Wierzę, że władza nie pójdzie drogą, którą poszła przygotowując zmiany w ustawie o IPN-ie.

„Niedługo należy spodziewać się pierwszych wiążących decyzji w sprawie zwiększenia obecności armii USA w Polsce” – poinformował prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z sekretarzem stanu USA. Wpływ na decyzję może mieć zgoda na zorganizowanie konferencji bliskowschodniej w Warszawie.
Ta konferencja nie ma najmniejszego wpływu na decyzję o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce. Ona związana jest z percepcją zagrożenia ze strony Rosji.

Decyzja, która zapewne zostanie podjęta, ale po długim czasie wewnętrznych dyskusji i przygotowań, jest konsekwencją działań, które podjął rząd PO-PSL. To one doprowadziły do konkluzji szczytu NATO w Walii.

A może nagrodą ma być podpisanie ze stroną amerykańską umowy na dostawy systemu rakietowego Himars dla Wojska Polskiego?
Rząd usiłuje wmówić, że realizując kontrakt na 20 systemów, chociaż mieliśmy ich kupić więcej, dodatkowo bez żadnego wkładu polskiego przemysłu zbrojeniowego, nastąpiła koncesja ze strony Amerykanów. Prawda jest taka, że kupujemy za drogo i jeszcze będziemy musieli płacić za utrzymanie. Jeżeli ktoś uważa, że sprzedaż dobrego samochodu za cenę najlepszego z gigantycznie drogim utrzymaniem jest dobrym dealem, to nie rozumie ani polityki zagranicznej, ani polityki handlowej.

Czyli daliśmy się wykorzystać i potraktować przedmiotowo?
Amerykanie są naszym bardzo ważnym sojusznikiem, przede wszystkim z punktu widzenia bezpieczeństwa. Ale to nie oznacza, że mamy zapominać, że ze swojej natury są kupcami. Polski rząd pozwala na to, żeby Amerykanie traktowali nas jak skarbonkę, z której będzie można wyjmować pieniądze. Ja się na to nie zgadzam. Na świecie wszystko można kupić, tylko pytanie, za jaką cenę.

PiS kupuje rzeczy potrzebne polskiej armii, które negocjował rząd PO, ale robił to znacznie lepiej. Zakładaliśmy niższą cenę i udział polskiego przemysłu. Nie ma w niej żadnej racjonalności, którą wyznacza polska racja stanu i interes międzynarodowy.

Co dalej z gazociągiem Nord Stream II? Przyjęta została nowa dyrektywa gazowa, która zakłada, że prawu unijnemu podlegać będzie tylko ostatni odcinek gazociągu.
PiS postawił sobie jako cel zablokowanie tej inwestycji i temu miała służyć dyrektywa. W efekcie marginalizacji pozycji Polski i tego, że rząd PiS-u nie jest w stanie prowadzić negocjacji, zwyciężyło stanowisko niemieckie. To przekazanie władzy regulacyjnej nad gazociągiem Niemcom, chociaż tę funkcję pełnić powinna Komisja Europejska. Szczegóły funkcjonowania poza wodami terytorialnymi Niemiec regulować za to będzie przyszła umowa niemiecko-rosyjska.

Co to oznacza?
To de facto zalegalizowanie dominacji Gazpromu w dostawie gazu do Niemiec i dalej na południe Europy. To jest zaprzeczenie trzeciemu pakietowi energetycznemu.

Coś jeszcze można na tym etapie zrobić?
Trzeba będzie wykorzystywać bardzo wątłe instrumenty, które znajdują się w tej dyrektywie, czyli minimalny wpływ KE. Ale nie mam złudzeń, że Niemcy będą w stanie przeforsować swój punkt widzenia i postąpią egoistycznie. Przy negocjacjach dotyczących drugiego gazociągu jesteśmy w zupełnie innej sytuacji niż za pierwszym razem – miała miejsce agresja rosyjska przeciwko Ukrainie, Rosja wypowiedziała wojnę hybrydową Niemcom, w tym osobiście Angeli Merkel, Niemcy nie są w tej sprawie zjednoczone, projektem nie była zachwycona Francja, a dodatkowo bardzo silny sprzeciw przedstawiły Stany Zjednoczone.

Żadna z tych możliwości nie została przez PiS wykorzystana, można powiedzieć, że PiS się poddał. Ta dyrektywa legitymizuje inwestycję.

Wystartuje pan w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Jest jeszcze trochę czasu… Wiele zależy od tego, jaki kształt będzie miała Koalicja Europejska. Wszystkie decyzje będą zapadały w tym gronie. Na razie na to pytanie nie odpowiem i nikt odpowiedzialny nie byłby w stanie na nie odpowiedzieć.

Jak szeroka powinna być formuła Koalicji Europejskiej?
To powinna być koalicja, która będzie miała ciężar gatunkowy, czyli powinna być jak najszersza. Trzeba jednoczyć siły, aby utrzymać obecność Polski w UE i zwiększyć jakość naszej obecności we Wspólnocie. Polska powinna mieć maksymalnie silną pozycję, aby maksymalnie dużo wygrywać. Nie możemy się wycofywać, tak jak robi rząd PiS-u. Mam nadzieję, że koalicja będzie jak najszersza i negocjacje zakończą się powodzeniem.

Rozmowy cały czas się toczą. Widzi pan na wspólnej liście Nowoczesną, PSL i SLD?
Zjednoczyć powinny się wszystkie partie, które są proeuropejskie i wyznają model liberalnej demokracji.

Nie przyjmuję argumentacji Roberta Biedronia, że na razie trzeba się policzyć. Polityka jest czymś bardzo poważnym, a mam wrażenie, że na razie jego głównym celem jest zastąpienie PO jako głównej partii opozycyjnej. Niestety, jeżeli tak się stanie, to żaden z głoszonych przez niego postulatów nie będzie mógł być zrealizowany. PiS zrobi to, co zrobił na Węgrzech Viktor Orbán, czyli stworzy system jednopartyjny i osiągnie większość konstytucyjną.

Czyli powstanie partii Wiosna jest dla opozycji poważnym zagrożeniem?
Mnie najbardziej martwi to, że nowa partia nie odbiera głosów PiS-owi, ani nie mobilizuje tych, którzy do tej pory nie głosowali. Nie odmawiam żadnemu politykowi prawa do walki o swoje, ale oczekuję od polityków, aby realizowali polską rację stanu. Dzisiaj to przywrócenie rządów prawa i demokracji liberalnej. Niestety, w żadnym z punktów programu partii Wiosna nie ma mowy o tym, jak do tego doprowadzić. Wyraźnie widać, że Robert Biedroń swoje inspiracje bierze z polityki francuskiej. Ale tam nie rządzi Marine Le Pen, której polskim odpowiednikiem jest PiS. Dlatego w Polsce potrzebne jest wsparcie dla ugrupowań, które mają realny plan przywrócenia praworządności. Polityka, którą prowadzi Robert Biedroń wspiera PiS, bo rozbija opozycję.

Dlaczego do tej pory nie udało się opozycji, poza Robertem Biedroniem, porozumieć?
Jednym z ważnych powodów jest dyskusja, jaka toczy się w PSL-u. I to nie jest zarzut. Tam toczy się spór na poważne argumenty. Oni potrzebują czasu, ale mam nadzieję, że wszyscy zbliżamy się do konkluzji. Traktuję to raczej w kategoriach normalnego procesu, w którym każdy do swojej decyzji musi dojrzeć. To będzie strategiczna decyzja także dla SLD. Nie można nikogo wciągać na siłę.

„Gazeta Wyborcza” napisała w piątek o „kopercie Kaczyńskiego”. Gerald Birgfellner miał zeznać w prokuraturze, że Jarosław Kaczyński nakłonił go do wręczenia 50 tys. zł dla księdza z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna. Chodziło o budowę drapacza chmur w Warszawie. Spodziewał się pan kolejnych odsłon tej sprawy?
Skoro mamy informację o kilkunastu rozmowach austriackiego biznesmena z Jarosławem Kaczyńskim, to kolejne doniesienia nie są dla mnie zaskoczeniem. I powiem jedno –

po prezesie PiS-u można się spodziewać naprawdę wszystkiego…

Taśmy Kaczyńskiego mogą pomóc opozycji i zaszkodzić PiS-owi?
Taśmy przede wszystkim mogą pomóc Polakom zrozumieć istotę systemu, w którym żyjemy. Do tej pory wszystkie informacje o korupcji bezpośredniej czy pośredniej (wykorzystywanie zasobów państwa dla własnych korzyści) odbijały się od PiS-u, bo ludzie byli przekonani, że to są tylko wypadki przy pracy. Najważniejsze było to, że ten, któremu zaufali, jest człowiekiem uczciwym i bezinteresownym. Taśmy obaliły to przekonanie. Okazało się, że Jarosław Kaczyński oszukuje nie tylko opinię publiczną, ale także członków własnej rodziny. Realizuje projekt, który ma dostarczyć kilkadziesiąt milionów zysku jego partii i jemu samemu. Nie jest też antykomunistycznym patriotą, bo trudno za takiego uchodzić, współpracując z dawnymi agentami SB, takimi jak Krzysztof Kujda czy wcześniej ambasador Andrzej Przyłębski. Widać wyraźnie, że system budowany przez 3 lata nie był przypadkowy. Chodziło o to, aby wykorzystać wszystkie zasoby państwa w celu zbudowania potęgi finansowej dla swojej partii. Korupcja nie jest wypadkiem przy pracy, ale systemem, który zbudował PiS w oparciu o układ z ludźmi dawnego systemu.

Jarosław Kaczyński twierdzi, że nie wiedział o agenturalnej przeszłości Krzysztofa Kujdy. Wierzy pan w takie zapewnienia?
Nie. Miał przecież wszystkie instrumenty, aby się o tym dowiedzieć. Poza tym od zawsze interesował się tymi sprawami i lustrował ludzi swoimi sposobami.

Takich zapewnień nie traktuję poważnie, bo to jest sprzeczne z modus operandi prezesa PiS. Ale jak widać, jemu to nie przeszkadza. Najważniejsze, aby załatwić przy użyciu instrumentów prawa bezprawne interesy.

Kim w tej układance jest prezes NBP Adam Glapiński?
Jest częścią wielkiej operacji finansowej, którą przeprowadza PiS. Trudno sobie wyobrazić, aby to, co było w słynnym „planie Zdzisława”, czy żądanie 40 mln zł łapówki było wybrykiem jednego człowieka. Widzimy, jak funkcjonuje Jarosław Kaczyński, ma na telefon prezesa Pekao SA i kredyt na ponad miliard złotych. Chodzi o opanowanie wszystkich instrumentów państwa, aby stworzyć patologiczny układ, korzystny dla kasty PiS-u, a nie dla Polaków. O to właśnie prezes PiS-u oskarżał wszystkich przeciwników, a zrealizował to sam.

To dlaczego sondaże poparcia dla PiS-u ani drgną?
Nie do końca w nie wierzę. Pamiętam luty 2016 roku, kiedy prezydent Bronisław Komorowski osiągnął 72 proc. poparcia. Jak widać, to o niczym nie świadczy. Pewne rzeczy muszą przejść do opinii publicznej, do domów ludzi w małych miasteczkach, a to wymaga czasu. Do wyborców muszą dotrzeć fakty i muszą je przyswoić.

W życiu osobistym, jak mamy do kogoś zaufanie, to trudno nam uwierzyć w to, że nas ta osoba okłamuje i okrada. Tak samo jest w życiu publicznym.

Wierzy pan, że zatrzymanie byłego prezesa Orlenu i jego współpracowników akurat teraz to przypadek?
To jest oczywista próba oderwania uwagi od taśm Kaczyńskiego i od ciemnych interesów załatwianych w jego gabinecie. Przecież prokuratura dysponuje tym materiałem od 3,5 roku. W dodatku jest to dziwny i wątpliwy materiał. Sprawa została wykorzystana do celów politycznych. PiS prowadzi wyrafinowaną propagandę, której częścią jest oderwanie uwagi opinii publicznej od istoty polityki tej partii. Nie mam wątpliwości, że wcześniejsze aresztowanie byłego prezesa Lotosu i aresztowanie byłego prezesa Orlenu temu właśnie służą. Między innymi dlatego konieczne było upolitycznienie prokuratury i podporządkowanie jej partii rządzącej.

Zdziwiła pana w związku z tym ostatnia wizyta Jarosława Kaczyńskiego u ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry?
Prezes PiS buduje swoje relacje z podwładnymi, specjalnie nie używam stwierdzenia współpracownicy, wykorzystując całą gamę instrumentów, także symbolicznych, pokazujących miejsce w szeregu. Elementem tej strategii były właśnie miejsca spotkań. Ministrowie zawsze przyjeżdżali do niego na ul. Nowogrodzką. Jeżeli Jarosław Kaczyński w dniu przesłuchania austriackiego biznesmena pojechał do Zbigniewa Ziobry, to obawia się tego, że Prokurator Generalny otrzyma zbyt dużą wiedzę i może ją wykorzystać. Pozycja Zbigniewa Ziobry, który ma kontrolę nad śledztwem w sprawie taśm Kaczyńskiego, bardzo poważnie wzrosła. Można powiedzieć jednoznacznie, że los Jarosława Kaczyńskiego leży w rękach Zbigniewa Ziobry. Takiej sytuacji nigdy do tej pory nie było.

To polityczny sukces Grzegorza Schetyny, który niewiele sobie robił z coraz liczniejszych ostatnio spięć negocjacyjnych i cierpliwie czekał. Aż się doczekał: słabsi partnerzy sami do niego przyszli, redukując swe wcześniejsze oczekiwania. Jeśli koalicja zostanie ostatecznie zawarta, szef Platformy będzie w niej miał pozycję hegemona.

A jeszcze na początku tygodnia wydawało się, że na szerokie porozumienie opozycji nie ma najmniejszych szans. PSL był już bardzo bliski podjęcia decyzji o stworzeniu „małej koalicji” na wybory europejskie z Nowoczesną, Unią Europejskich Demokratów i Stronnictwem Demokratycznym. Byłby to jeden z czerech bloków opozycyjnych w majowych wyborach, obok Koalicji Europejskiej (czyli PO z byłymi premierami i schowanym SLD), Wiosny oraz listy lewicowej (Razem, Zieloni, Unia Pracy, PPS).

Oczywiście wszyscy wiedzieli, że koalicja ludowców z niewielkimi liberalnymi partyjkami to projekt egzotyczny. Ryzykowny szczególnie dla PSL, gdyż tradycyjny wiejski elektorat – co od dawna wiadomo z badań – wyjątkowo źle znosi Nowoczesną, kojarzoną z obyczajowym liberalizmem i ekonomicznymi poglądami Leszka Balcerowicza. Tę partię łączyło z ludowcami tyko jedno: zniszczone relacje z Platformą.

Jak się (nie) dogadywali liderzy opozycji

Najpierw Nowoczesna zerwała przetestowaną w wyborach samorządowych Koalicję Obywatelską; ugodzona ochoczym wzięciem na platformerski pokład grupy rozłamowców z Kamilą Gasiuk-Pihowicz na czele. Od tej pory szefowa N Katarzyna Lubnauer na każdym kroku atakowała Grzegorza Schetynę, uznając go za partnera nieuczciwego i wiarołomnego.

Ludowcy nie mieli aż tak dramatycznych przejść. Ale i oni tracili wiarę w możliwość dogadania się z PO. Najbardziej im zależało, aby w rozmowach z PO dogadać nie tylko warunki najbliższego startu do PE, ale i jesiennego do Sejmu i Senatu. Postulat był racjonalny, bo jak już raz wchodzi się do koalicji, trudno z niej potem wyjść bez piętna rozłamowca. Toteż umawiając się tylko na wybory europejskie, jesienią znacznie słabsi ludowcy byliby zdani na łaskę Platformy przy ustalaniu list krajowych.

Co z kolei odpowiadałoby Schetynie, którego nie interesował projekt partnerski, tylko układ na wzór dawnej AWS. Zdominowany przez PO, w którym rola pozostałych partii sprowadzałaby się do dostarczenia na listy co atrakcyjniejszych nazwisk. Szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz nalegał więc na długofalową umowę, natomiast Schetyna konsekwentnie odmawiał. W efekcie rosła w szeregach PSL niechęć do niedawnego koalicjanta. Aż wkurzeni peeselowscy baronowie zażądali od Kosiniaka-Kamysza, aby w rozmowach ze Schetyną jeszcze wyżej podniósł poprzeczkę i zażądał ustalenia już teraz podziału wpływów po wyborach. Szef ludowców miał ogłosić Schetynie, iż PSL domaga się kontroli nad Orlenem. Ale lider Platformy nie oddał Niderlandów, a dialog został ostatecznie wygaszony.

SLD na lodzie, PSL kusi odrzuconych, PO bierze wszystko

Nie sprzyjało zaufaniu na całej opozycji również to, jak zręcznie Schetyna w tym samym czasie rozegrał Włodzimierza Czarzastego. Szef SLD już od wyborów samorządowych był zdeterminowany, aby wejść do porozumienia z Platformą. Czego zresztą nie ukrywał, choć osłabiało to jego pozycje negocjacyjne. Nie stawiał więc wstępnych warunków, bardziej licząc na dobrą wolę i wyczucie realizmu Schetyny. Posagiem, który pragnął wnieść do wspólnego projektu, byli dawni eseldowscy premierzy (Cimoszewicz, Miller i Belka) na listach do PE. Schetyna długo jednak okazywał swój brak zainteresowania dla porozumienia z SLD, po cichu pracowicie wyciągając z talii Czarzastego wszystkie asy. Co skończyło się ogłoszeniem trzy tygodnie temu Koalicji Europejskiej, czyli bliżej niezdefiniowanej inicjatywy politycznej PO oraz byłych premierów (w tym oczywiście eseldowskich) i ministrów spraw zagranicznych. SLD nagle znalazło się na lodzie.

PSL zabiegało wtedy, aby brutalnie rozegrany Czarzasty dołączył do koalicji odrzuconych. Chodziło o to, aby zbudować układ, z którym Schetyna na tyle będzie się liczył, że w końcu podejmie z nim partnerską współpracę. Szef Sojuszu zacisnął jednak zęby i wybrał rolę wasala Schetyny. Dla elektoratu byłaby to katastrofa, gdyby doszło do sytuacji, w której kandydaci obecnego SLD rywalizują o wyborcze głosy z byłymi przywódcami tej partii.

Dlaczego partiom opozycji tak trudno się dogadać

Pomogła Wiosna Biedronia

Impas w rozmowach zjednoczeniowych był już absolutny, gdy swoją inicjatywę ogłosił Robert Biedroń. A pierwsze sondaże dały Wiośnie 14–16 proc. Partie starej opozycji poczuły się zagrożone. I to każda na swój sposób. Szczególnie przemówił do wyobraźni sondaż IBRiS, który zbadał rozkład poparcia w dwóch wariantach – z Wiosną i bez niej. Dzięki temu udało się pokazać, komu ruch Biedronia naprawdę odbiera głosy. Procentowo najwięcej straciła Platforma (mniej więcej połowa zwolenników Wiosny to dotychczasowy elektorat PO). Ale Biedroń urywał też po 1–2 proc. poparcia pozostałym partiom, w tym PSL. Niby niewiele, ale to właśnie partiom balansującym na granicy progu wyborczego Wiosna może zaszkodzić najbardziej. Wypłukane też zostały resztki elektoratu Nowoczesnej, która na dobrą sprawę ostatecznie straciła dalszą rację bytu.

Opozycyjna „piątka” – jednak w koalicji

Jak dowiadujemy się od osób zaangażowanych w negocjacje, pierwsza pękła szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer. Złożyła Schetynie wizytę. Panuje podejrzenie, że ona jedna w Nowoczesnej okaże się beneficjentką wielkiej koalicji, dostając jesienią biorące miejsce do Sejmu. Otoczenie szefowej N przedstawia nieco inną wersję zdarzeń – słyszymy, że Katarzyna Lubnauer do koalicji dołączyła jako ostatnia.

Do rozmów z PO wrócił też Kosiniak-Kamysz. Tyle że wciąż na warunkach Schetyny, czyli bez horyzontu jesiennego. Przy okazji doproszono jeszcze do stołu Zielonych, którzy przymierzali się do koalicji lewicowej z Partią Razem (tym samym i tak już rozpadające się ugrupowanie Zandberga zaliczyło kolejny w ostatnim czasie cios). W nocy z czwartku na piątek szefowie „piątki” zawarli porozumienie wyborcze, wstępnie dzieląc pomiędzy siebie miejsca na listach do PE.

Pozostaje kwestia szyldu

Do ogłoszenia sukcesu ciągle jednak brakuje zgody szerokich partyjnych ciał. W większości partii nie będzie to raczej problemem. Wyjątek to PSL, które z całej „piątki” czuje się najbardziej niedowartościowane. A że jest to partia z rozbudowanym mechanizmem demokratycznym, Kosiniak-Kamysz – nie mając sukcesów negocjacyjnych – będzie musiał nieźle się natrudzić, aby przekonać swe zaplecze do akceptacji projektu. Kuluarowe doniesienia są na razie sprzeczne. Jedni mówią o irytacji dołów, bombardujących teraz kierownictwo telefonami. Inni – że peeselowskie elity stopniowo oswajają się z trudną sytuacją i coraz mniej skłonne są podejmować ryzyko samodzielnego startu. Decyzja ma zostać podjęta za tydzień. Choć niewykluczone, że Kosiniak-Kamysz przyspieszy posiedzenie rady naczelnej partii, gdyż najbliższa sobota (23 lutego) jest już rozważana jako dzień oficjalnego startu wielkiej koalicji.

Otwarta pozostaje też kwestia szyldu. Zasugerowana niedawno Koalicja Europejska to tylko jedna z kilku rozważanych opcji. Świetna na wybory do PE, ale problematyczna w wyborach do Sejmu i Senatu. Tymczasem przeważa pogląd, że warto wiązać obie te elekcje we wspólnym trendzie i już teraz zacząć oswajać wyborców z docelowym szyldem na decydujące jesienne starcie. Sprawa ma się rozstrzygnąć w ciągu kilku dni.

Konkurs szpagatów, czyli jak partie łowią wyborców

Chaos spowodowany przez rządzących ignorantów zaczął boleśnie uderzać w miliony zwykłych obywateli.

Sondaże pokazują, że mimo kolejnych afer, skandali, ujawnianych taśm poparcie dla PiS utrzymuje się, z grubsza rzecz biorąc, na tym samym poziomie. To budzi zdumienie, złość, rozczarowanie krytyków partii rządzącej. W internetowych komentarzach pełno jest głosów, mówiących o ciemnym ludzie i prymitywnym elektoracie przekupionym miską soczewicy. Szanowni Państwo, spokojnie! Nie wpadajcie w panikę i nie oceniajcie wyborców w sposób niesprawiedliwy.

PiS raczej już nie porządzi samodzielnie

Jestem głęboko przekonany, że sondażowe procenty nie oddają precyzyjnie rzeczywistych nastrojów Polaków. Po pierwsze deformuje je – jak mówi Leszek Balcerowicz – „efekt Putina”, a więc konformizm i skłonność wielu ankietowanych do deklarowania poparcia dla władzy, by się jej nie narazić. Po drugie zaś – część osób zapowiadających głosowanie na PiS – nie wiemy jaka, ale chyba statystycznie znacząca – do urn w ogóle nie pójdzie.

Już w tej chwili wydaje się, że w PiS stracił poparcie większości pozwalającej na samodzielne rządzenie. Zsumowanie procentów poparcia dla opozycji, która zapewne pójdzie do wyborów w dwóch blokach: Biedroń i PO-Nowoczesna-PSL-SLD pokazuje, że partia Kaczyńskiego, by zachować władzę, będzie musiała poszukać sobie koalicjanta. Poza Kukizem nikt inny raczej nie wchodzi w rachubę. Może się jednak okazać, że nawet Kukiz nie będzie mieć dość szabel, by uratować „dobrą zmianę”. I co wtedy?

A przecież dzisiejsze wyniki sondażowe nie muszą się utrzymać do wyborów. Erozja notowań partii rządzącej będzie postępować. Co więcej – zaryzykowałbym tezę, że przyspieszy.

Do tej pory czynniki skłaniające część wyborców do zweryfikowania oceny rządzących wymagały pewnej wiedzy, zdolności do refleksji, umiejętności myślenia w kategoriach systemowych. Wielu niżej wykształconym obywatelom kwestie takie jak niezależność sądów czy łamanie konstytucyjnych zasad państwa prawa wydawały się niezrozumiałą abstrakcją, zaś praktyczne i namacalne dowody nieudacznictwa PiS manifestowały się często w obszarach odległych od świata, w którym żyje przeciętny wyborca. Trudno oczekiwać, by z trudem wiążący koniec z końcem mieszkaniec Podlasia przejął się zniszczeniem hodowli koni arabskich czy brakiem nowoczesnych helikopterów bojowych.

Demolka oświaty rodzi panikę i wściekłość

Teraz jednak pisowskie bezhołowie i nieudacznictwo schodzi w dół i zaczyna dotykać milionów zwykłych Polaków. Obserwuję to jako ojciec córki kończącej w tym roku gimnazjum i ubiegającej się o miejsce w liceum. Takiego chaosu i paniki w środowisku absolwentów i ich rodziców nigdy dotąd nie było. Bezmyślna demolka polskiego systemu szkolnego dokonana przez ignorantów powołanych na ministerialne stołki sprawia, że przerażeni ludzie, przewidując, iż ich dzieci mogą się nie załapać do zatłoczonych liceów i techników publicznych, już teraz tłumnie walą do płatnych szkół prywatnych, by na wszelki wypadek zaklepać miejsce. W liceum, do którego zgłosiła się moja córka, w ubiegłych latach nie było problemu z dostaniem się – chętnych było z grubsza tylu, ile miejsc. Albo nawet mniej. W tym roku o jedno miejsce rywalizuje czterech kandydatów.

Czesne w tych prywatnych szkołach średnich (najczęściej 1000-1300 zł miesięcznie) oznacza poważny uszczerbek w budżecie przeciętnej rodziny. Często jest to wydatek ponad stan, zmuszający do rezygnacji z zaspokojenia innych ważnych potrzeb. Ten koszt „dobrej zmiany” ponoszony przez tysiące zwykłych rodzin już nie jest odległą abstrakcją, jak Trybunał Konstytucyjny czy hodowla arabów.

W dodatku wrzenie ogarnia też środowiska nauczycielskie, bezpośrednio dotknięte wywołanym przez władze chaosem. Nadciąga strajk szkolny, którego termin pokrywa się z okresem egzaminów w gimnazjach i klasach ósmych. Co więcej, do protestu dołącza nauczycielska „Solidarność” – związek będący dotąd „pasem transmisyjnym” władzy do mas pracowniczych. Kierownictwo „Solidarności” wolałoby oczywiście dalej poklepywać się po plecach z pisowskimi dygnitarzami, jednak nastroje szeregowych związkowców zmuszają Piotra Dudę i jego kolegów do zmiany linii.

Schyłek bazarów i smutek sklepików

Nawarstwiają się też problemy spowodowane sukcesywnie wprowadzanym od zeszłego roku zakazem niedzielnego handlu. Zgodnie z przewidywaniami wszystkich rozsądnych komentatorów, zakaz ten, wprowadzony z powodów ideologicznych pod presją „Solidarności” i Kościoła, niczego nie rozwiązał, a jedynie pogłębił problemy branży detalicznej zatrudniającej grubo ponad milion pracowników. Wbrew uspokajającym zapowiedziom władz stragany i małe sklepy, którym niedzielny szlaban na handlowanie miał pomóc, padają jak muchy. Od wejścia w życie nowego prawa zamknięto niemal 16 tys. małych sklepów – podaje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Obroty drobnych handlarzy spadły – według Biura Analiz Sejmowych – o 20-30 proc.

Cytowana przez „Dziennik Gazetę Prawną” Elżbieta Fornalczyk z Tychów, działaczka związku „Sierpień 80”, walcząca swego czasu o ustanowienie zakazu handlu w niedziele, dziś mówi: – „Prawo zostało wprowadzone za szybko, bezrefleksyjnie. To był eksperyment na żywym organizmie, nie do końca udany. W Tychach pada drobny handel. Nie tylko spożywczy, ale również m.in. pasmanteria i odzieżowy, które były koło mojego domu od zawsze. Nie wytrzymują też wielkie sklepy. Lokalne Tesco zmniejsza załogę, tłumacząc się wolnymi niedzielami. Czy jest tu bezpośredni związek? Nie wiem, nie jestem ekonomistką czy politykiem, ale na pewno nie tak miało to wyglądać” – kwituje z goryczą.

Tego samego zdania jest większość respondentów sondaży, w których poparcie dla niedzielnego zakazu handlu jest coraz mniejsze, a sprzeciw coraz silniejszy. Dziś już tylko 28 proc. badanych przez IBRIS popiera zakaz handlu we wszystkie niedziele, a 68 proc. jest mu przeciwnych, w tym 45 proc. zdecydowanie.

Wszystkie te problemy i wynikające z nich niezadowolenie będą narastać w okresie dzielącym nas od wyborów – najpierw europejskich, a potem krajowych. Nie jest możliwe, by nie odbiło się to na wyniku głosowania.

Kaczyński w bagażniku. Kiedy to będzie?

14 Lu

„Ten pan żądał pieniędzy za prace, które były nieudokumentowane w żaden sposób” – powiedział prezes PiS w środę w wywiadzie dla PAP.

Tymczasem dokumenty dotyczące planowanej budowy dwóch wież na Srebrnej zajmują kilkanaście segregatorów. „Gazeta Wyborcza” dotarła do ich kopii i dowodzi, że rzetelnie wykonana dokumentacja nie tylko istnieje ale nawet jest podpisana.

Chodzi o  porozumienia w sprawie budowy wież, dokumentację bankową, umowy i projekty umów z podwykonawcami, pełnomocnictwa czy sprawozdania finansowe. Ich odbiór pokwitował Grzegorz Tomaszewski, członek rady nadzorczej Srebrnej, prywatnie kuzyn Kaczyńskiego. Kopie ich wykazu są posiadaniu „GW”.

Dziennik informuje, że przekazanie dokumentów miało miejsce 27 lipca 2018 r. podczas spotkania prezesa PiS, Tomaszewskiego, Birgfellnera oraz jego żony i tłumaczki Karoliny Tomaszewskiej na Nowogrodzkiej.

„Tutaj jest wszystko: w jakim miesiącu co miało być zrobione, kiedy. Harmonogram rozstawiony już na trzy lata. Wszystko tutaj jest. Wszystkie umowy, uchwały, wszystko”  – mówiła Tomaszewska Kaczyńskiemu w nagranej rozmowie. Dodała też, że drugi komplet oryginałów otrzymał zarząd Srebrnej.

Fakt przekazania oryginalnej dokumentacji odnotowali w zawiadomieniu do prokuratury również prawnicy Birgfellnera. „Posiadana przez Jarosława Kaczyńskiego dokumentacja pozwala w dowolnym momencie zainicjować procedurę, która zmierza do uzyskania decyzji o warunkach zabudowy, a następnie rozpocząć budowę przy ul. Srebrnej 16″ – napisali.

Od chwili gdy  posłowie Joanna Scheuring-Wielgus, Joanna Schmidt i Ryszard Petru  wwieźli w bagażniku do Sejmu dwóch działaczy Obywateli RP, straż  marszałkowska kontroluje bagażniki poselskich aut. Nie wszystkich jednakże. „Bagażnika nie musi otwierać kierowca Jarosława Kaczyńskiego” – mówią informatorzy „Rzeczpospolitej”.

Jeśli jednak ktoś zechciałby z prezesa wziąć przykład – biada mu…

Przed tygodniem „Super Express” zamieścił relację posłanki PO Marzeny Okły-Drewnowicz, która mówiła, że parlamentarzyści, którzy nie zgodzą się na otwarcie bagażnika, są nagrywani. „Strażnik wrócił z przypiętą do klapy munduru kamerką i poprosił, żebym odmówiła jeszcze raz, bo on to musi nagrać” – mówiła. Dodała, że wcześniej posłowie odmawiający pokazania bagażnika, byli tylko spisywani.

W listopadzie wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz z PO skarżył się „Rzeczpospolitej”, że straż marszałkowska zaglądała mu do bagażnika, choć jest wożony służbowym senackim samochodem.

Dlaczego z tego obowiązku wyłączony jest Jarosław Kaczyński?

Zdaniem posła PO Krzysztofa Brejzy samochód prezesa PiS powinien podlegać kontroli na tej samej zasadzie jak inne pojazdy. „Z moich obserwacji wynika, że nie są sprawdzane bagażniki w sejmowych samochodach przysługujących klubom poselskich. Jednak prezes PiS nie jeździ samochodem klubowym, lecz partyjnym” – zauważa.

Dodaje, że to nie jedyny przypadek szczególnego traktowania prezesa PiS. Posłowie opozycji opowiadają, że ochroniarz prezesa PiS wchodzi do Sejmu bez kontroli. Byłoby to kolejnym wyjątkiem od zarządzenia „wstępowego”, które kontroli nie przewiduje tylko dla najważniejszych osób w państwie. Na dodatek rzecznik PSL Jakub Stefaniak zamieścił  w internecie zdjęcie Kaczyńskiego, wchodzącego wejściem przynależnym wyłącznie marszałkowi.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Kaczyński przeczuwa przegraną PiS. Platforma przedstawia swój program

16 Gru

Możemy powiedzieć z niemałym zadowoleniem, że Prawo i Sprawiedliwość udowodniło, że potrafi rządzić – przekonuje prezes partii Jarosław Kaczyński. W sobotę w Szeligach pod Warszawą odbyła się pierwsza po wyborach samorządowych konwencja PiS. Poza Kaczyńskim przemawiali premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Beata Szydło i koalicjanci. – Byliśmy świadkami konferencji propagandowej. Wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

Kaczyński: PiS partią marzeń

Prezes PiS, który występował jako pierwszy, próbował zagrzewać do walki. Mówił, że potrzebna jest energia, aby wygrać najbliższe wybory. Podkreślał, że ten nadchodzący rok wyborczy wymaga ogromnej, ciężkiej pracy od działaczy nawet na najniższych szczeblach

– Zwycięstwo jest w zasięgu ręki, ale tę rękę trzeba wyciągnąć i to musi być bardzo silna ręka. Tego nam wszystkim życzę. Niech ten dzień będzie zapowiedzią nowych wielkich zwycięstw – mówił Jarosław Kaczyński. Wcześniej krytykował poprzedników: – Oni rządzić nie potrafią i udowodnili to wielokrotnie. Oni nie są wiarygodni, oni nie dotrzymują słowa. Oni tolerują zło, także zło w tej wielkiej skali. Ta prawda musi być przekazana polskiemu społeczeństwu – grał na starej nucie PiS Kaczyński.

Morawiecki: Polska sercem Europy

Po prezesie premier Mateusz Morawiecki oprócz chwalenia się mówił, co może zaskakiwać, dużo o Europie. Podkreślał, że Polska jest sercem Europy, a o Polexicie nie ma mowy, bo PiS stawia Europę na pierwszym miejscu. –  Jesteśmy bijącym sercem Europy. My dzisiaj inspirujemy Europę. Nasze sukcesy, nasza skuteczność, odwaga, determinacja, uczciwość, wiarygodność inspiruje Europę – przekonywał szef rządu.

Premier Morawiecki nakreślił ogólny plan na przyszłość. – Europa, wyższe płace i modernizacja to klucz, aby niejako ponownie wprowadzić Polskę do Europy, ale tak, aby Polacy czerpali jeszcze więcej z Unii. To jest prawdziwa europeizacja. Nie jakieś eksperymentowanie z obyczajowością, tylko to, żeby Polacy zarabiali tak jak mieszkańcy Europy Zachodniej – mówił Morawiecki.

Z konkretów to tyle. Premier zapowiedział, że program przedstawiony zostanie w styczniu, lutym. W dość infantylny sposób odniósł się też do sytuacji kobiet w Polsce, ale o przyjęciu konwencji antyprzemocowej nawet się nie zająknął. – Powoli wchodzimy w okres świąteczny. Jak panowie pomagają paniom w przygotowaniach? Muszę uderzyć się w piersi, że słabo z tym u mnie. Kobiety, Polki widzą, że nasz kraj się zmienia – mówił premier.

Szydło: Polska w Europie

Na konwencji przemawiała też dawno w tej roli niewidziana była premier, obecna wicepremier Beata Szydło. Jedną z pierwszych jej decyzji było wyprowadzenie unijnej flagi z gabinetów rządowych, ale teraz już przekonywała, że przyszłość Polski jest w Europie. – Polska była, jest i będzie w Europie. Nikt i nic tego nie zmieni. Nawet ci polscy politycy, którzy ciągle kłamią i krzyczą o jakimś Polexicie – mówiła Beata Szydło, która parę minut później zaklinała rzeczywistość: – Jesteśmy prymusem w wykorzystywaniu środków europejskich.

Konkret Gowina i Ziobry

Konkretnych obietnic, zapowiedzi programowych nie było. Dopiero wystąpienie wicepremiera Jarosława Gowina przyniosło zapowiedź programu Energia Plus. – We współpracy z uczelniami rozpoczniemy masową budowę odnawialnych źródeł energii, przede wszystkim dla 5 mln gospodarstw domowych –  mówił Gowin.

Z kolei Zbigniew Ziobro, lider koalicyjnej Solidarnej Polski, minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, zapowiedział nowelizację Kodeksu karnego.

O podsumowanie wystąpień na konwencji PiS poprosiliśmy eksperta od wizerunku i marketingu politycznego dr. Mirosława Oczkosia.

JUSTYNA KOĆ: Po sobotnich wystąpieniach PiS jest ciągle w defensywie?

DR MIROSŁAW OCZKOŚ: To jest ciekawe, bo wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości. Długo w swoich wypowiedziach PiS, mówiąc kolokwialnie, olewał opozycję, bo skoro to są żadni przeciwnicy, którzy nie mają szans, to nie zwraca się na nich uwagi. Tutaj na konwencji, szczególnie w pierwszym wystąpieniu prezesa, ostrych słów pod kierunkiem opozycji było sporo.

Wystąpienie Morawieckiego było z kolei mieszaniną dowcipkowania, błaznowania, co raczej nie przystoi premierowi. Rozumiem, że premier się świetnie poczuł w wystąpieniach publicznych i czuje tę moc, ale gdy dajemy trzy grzyby w barszczu, to mamy grzybową, a nie barszcz.

No i premier Szydło, dawno niewidziana w takiej formie. To wszystko oznacza, że albo mają badania, albo przeczucie, że następne wybory nie pójdą już tak gładko.

W najbliższych wyborach do PE już wiadomo, że startować będzie Robert Biedroń, także partia Tadeusza Rydzyka, a więc ma kto zabrać głosy wyborców. Moim zdaniem Jarosław Kaczyński chciał utwardzić elektorat, który mają w tej chwili. Bardzo blado na tym tle wypadł Jarosław Gowin. Reakcje słuchaczy na jego wystąpienie były dalekie od entuzjazmu.

I nie wiadomo, dlaczego mówił o energii.
No właśnie, i to jest ciekawe.

Wydaje mi się, że pan wicepremier Gowin odczuje boleśnie, po raz kolejny, że przeszczep na inny organizm się nie przyjął i będzie musiał zostać odcięty, mówiąc brutalnie. Widać, że on się tam źle czuje. To nie jest tak, że można zadeklarować, że od dzisiaj będę wegetarianinem, a do tego pory jadłem głównie hamburgery.

Tak jest z Gowinem, który dostał tylko do jedzenia marchewkę, chociaż marzy o kurczaku. Oczywiście zachwyca się marchewką, ale z gestów, twarzy, intonacji widać, że nie jest zachwycony.

Warto jeszcze zwrócić uwagę są słowa premiera Morawieckiego do Zbigniewa Ziobry, do którego zwrócił się po imieniu: Zbyszek. To oznacza, że

albo to pocałunek Almanzora dla Zbigniewa Ziobry, albo się dogadali. Na pewno zdają sobie sprawę, że jeżeli teraz koalicja się rozpadnie, to przegrają wybory, a przynajmniej stracą władzę.

Stąd te mocne słowa Jarosława Kaczyńskiego do swoich działaczy o silnej ręce?
Tak, bo prezes wie, że jeżeli oni to spartolą, to PiS przegra także na szczeblu centralnym. Dlatego trzeba patrzeć na ręce, portfele, zatrudnienie, na to wszystko, o co wcześniej PiS oskarżał PO. Kaczyński widzi, że w PiS-ie afera goni aferę i któraś się w końcu przyklei. To jak z teflonem, który wytrzymuje dużo, ale gdy pojawia się pierwsza rysa, zadrapanie, to wszytko zaczyna się przypalać i patelnia jest do wyrzucenia.

Badania wskazują, że Polacy nie dali się oszukać w sprawie afery KNF i nie kupili retoryki PiS, że to „za poprzednich rządów była prawdziwa afera KNF”.
Ewidentnie tak, natomiast to nie jest jeszcze uderzenie impaktowe, które powoduje, że PiS idzie w sondażach w dół.

Musimy pamiętać, że żyjemy w wirtualnej rzeczywistości; przekaz, który jest pokazywany w mediach publicznych, jest niejako różny od tego, co jest ogólnie pokazywane gdzie indziej.

Pytanie, co zostanie wyciągnięte z tej konwencji, chociaż ona była spójna, żeby było jasne. W zasadzie poza Gowinem tam nie było jakiegoś dysonansu. Przekaz był jasny: jesteśmy silni, zwarci i idziemy po kolejne zwycięstwo. Warto podkreślić, że słowo zwycięstwo padło za wiele razy, żeby uwierzyć, że tak jest czy będzie. Margaret Thatcher powtarzała, że jeżeli ktoś mówi, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Jeżeli jesteś piękny, to ktoś ci musi to powiedzieć, nie ty sam. Tak jest teraz PiS-em, który zapewnia, że jest silny.

To samo dotyczy Polexitu?
To pokazuje fajny zabieg z sercem – „Polska sercem Europy”, tylko pytanie, czy potrzebny jest bajpas czy rozrusznik, a może zastrzyk, zastawka. Serce bije do jakiegoś momentu.

Jak się je konsekwentnie osłabia przez niezdrowy tryb życia, a rząd PiS-u prowadzi raczej niezdrowy tryb życia na organizmie Polski, to lekarze europejscy szukają lekarstwa.

Premier Morawiecki mówił też, że Polska jest inspiracją, wzorem dla reszty Europy. Przesadził?
Tu docieramy do sedna sprawy, bo byliśmy świadkami propagandowej konferencji programowej. Zgadzam się, że do pewnego momentu konferencje programowe mogą być propagandowe, ale tu stopień tej propagandy przekraczał zdrowy rozsądek. Gdyby się nad tym dokładniej pochylić, to to, co wygadywała wicepremier Szydło o tych wszystkich bogacących się Polakach i milionach polskich dzieci, których przybyło, o czymś świadczy – że PiS buduje klasę średnią i musi im dać jeść.

Na razie najedli się wodzowie i żołnierze frontowi. Teraz trzeba przeprowadzić normalizację.

Jarosław Kaczyński musi być rozczarowany, że nie przeprowadził rozmrażania systemu do końca i nie poukładał wszystkich elementów, aby zamrozić ponownie. Nawet powiedział, że trzeba jeszcze dużo zrobić, aby ci, którzy przyjdą po nich, nie byli w stanie tego odkręcić.

Wszystkich elementów, czyli sądów, mediów?
To dwa podstawowe elementy, które są dla PiS-u kłopotliwe. Zmiany w sądach zostały zablokowane przez TSUE, chociaż PiS próbuje jakoś to obejść, ale już na pewno nie da się obejść mediów. PiS nie przejmie TVN Discovery bez konfliktu z największym przyjacielem, jakim są Stany Zjednoczone. To jest ten imposybilizm, o którym prezes tak często mówi i widać u niego irytację. Zresztą ja go rozumiem.

Jest taka teoria Kurta Lewina, która mówi, że najpierw rozmrażamy, układamy po swojemu, a potem zamrażamy znowu. Wtedy rzadko się zdarza, żeby następca mógł to znowu rozmrozić.

Pewnie tak będzie, bo jeżeli PiS wygra następne wybory, a dziś jednak wszystko na to wskazuje, lub nieznaczenie je przegra, to to, co da się zrobić do wyborów parlamentarnych, prawdopodobnie się ostanie.

PiS nie przedstawił też żadnego planu na przyszłość, tylko ciągle opowiada o tym, czego dokonał: 500 Plus, 300 Plus, ale o tym już wszyscy wiedzą. To ciągle działa?
Ten zabieg jest uznawany na świecie, to pokazanie czegoś, co jest namacalne. Wiadomo, że słowa o milionach samochodów elektrycznych do jakiegoś tam roku są abstrakcyjne, tak samo jak wylanie fundamentów pod Mieszkanie Plus. Centralny Port Lotniczy to dziś raczej fantasmagoria, w przestrzeni publicznej występują raczej śmiechy o „centralnym szpitalu psychiatrycznym”. 500 Plus jest konkretem namacalnym, dlatego PiS ciągle to powtarza.

Widzę tu jeszcze jeden problem dla PiS-u: zaczyna brakować pieniędzy i trzeba będzie ten program jakoś przemodelować, prawdopodobnie zostawić go tylko dla najbiedniejszych, a to nie jest już populistyczne i nie da się tego zrobić w ciągu jednego roku, a wybory są za chwilę.

Do tego dochodzą inne ważne tematy, jak KNF, SKOK-i. Pewnie dlatego wystąpienie premiera Morawieckiego przypominało bardziej występ kabaretowy standupera, a już jak mówił o kobietach, które przed  świętami pracują w kuchni, to powiem szczerze, że usiadłem z wrażenia.

Platforma przedstawiła dziś konkretny program, w piątek Grzegorz Schetyna też o nim mówił podczas wystąpienia w Sejmie. Czy PO ubiegła PiS? O czym będziemy mówić przy świątecznych stołach, bo chyba o to teraz toczy się walka między głównymi partiami.
To prawda i na pewno PiS robi wszystko, aby nie przebiła się ta narracja i aby ludzie przy stołach nie rozmawiali o SKOK-ach i KNF. Nie wiem, czy można powiedzieć, że PO ubiegła PiS, bo premier pierwszy przeprowadził wniosek o konstruktywne wotum zaufania. Jego wystąpienie było rano, długo się o tym mówiło. Konstruktywne wotum nieufności dzięki marszałkowi Kuchcińskiemu odbyło się w piątek wieczorem. Myślę, że większość Polaków robiła wtedy inne rzeczy niż oglądanie polityki. Natomiast

jeżeli PO wybije kilka konkretów z przemówienia Schetyny, ukrywając inwektywy w stylu „pan nie umie, a pan musi odejść”, to jest szansa, że to właśnie o tym będziemy rozmawiać w święta, jak i o tym, kto dobrze wypadł.

Tu muszę też pochwalić Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Ponieważ PiS nie dał nic nowego, a o 500 Plus ludzie już rozmawiali podczas Wielkanocy i poprzednich świąt, może się okazać, że czosnkiem i sokiem z malin tej grypy już się nie da wyleczyć, że trzeba będzie podać antybiotyk, czyli przeprowadzić zmiany w rządzie. Nie może być tak, że minister Tchórzewski przez 11 dni opowiada ludziom bajki na okrągło, jakie to wiatraki są beznadziejne i trzeba podnieść ceny za energię, a później zmienia nagle zdanie i twierdzi, że podwyżek nie będzie. Nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista widzi, że minister kłamie albo teraz, albo wcześniej.

Więcej >>>

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. Pierwszy to zmniejszenie obciążeń związanych z opłatami i podatkami, a drugi pomoc dla najgorzej zarabiających. Konkrety? PO proponuje obniżkę obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. oraz 500 zł wsparcia dla osób otrzymujących płacę minimalną. – Praca musi się opłacać. Państwo musi przestać dbać tylko o Pisiewiczów, a innym stawiać szklane sufity – mówił na konferencji prasowej główny ekonomista PO prof. Andrzej Rzońca.

„Praca ma się opłacać”

Prezentację programu „Wyższe płace” zapowiedział podczas piątkowej debaty nad wotum nieufności dla rządu lider PO Grzegorz Schetyna. – Program ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce. W ostatnich latach premier Mateusz Morawiecki mówił, mówił i mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, ale efektów nie widać. Postanowiliśmy pomóc rządowi, aby mógł zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce – mówił w sobotę na konferencji prasowej szef klubu parlamentarnego PO.

Sławomir Neumann przypomniał, że w Sejmie leżą już projekty autorstwa posłów opozycji, które mogłyby pomóc. To m.in. obniżenie do 5 proc. VAT-u na żywność i obniżka akcyzy na energię elektryczną. – Teraz pokazujemy kolejny projekt, który prześlemy premierowi Morawieckiemu na zjazd PiS, żeby mogli nad nim podyskutować – mówił.

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. – Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj, czyli 50 proc. obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki. My chcemy obniżyć je z 50 do 35 proc. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo praca ma się opłacać. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody, niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy – tłumaczył Neumann.

Dwa filary programu

Szczegóły programu „Wyższe płace” przedstawił główny ekonomista PO.

    1. Obniżka podatków i składek, tak by daniny, które każdy pracujący Polak przekazuje w postaci PIT oraz składek na ZUS i NFZ, nie przekraczały łącznie 35 proc. PO proponuje tym samym obniżenie stawek podatku dochodowego z obecnych 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – Zostaną także ujednolicone wszystkie bazy podatkowe, tak aby wyliczanie podatku stało się dużo prostsze – tłumaczył prof. Andrzej Rzońca.
    2. 500 zł dla najmniej zarabiających. Z tego elementu skorzysta każdy, kto zarabia od płacy minimalnej do dwukrotności płacy minimalnej, czyli w przyszłym roku do 4,5 tys. złotych. – Osoba zarabiająca płacę minimalną otrzyma wsparcie w wysokości 500 złotych. Oprócz tego będzie korzystała z niższych podatków i składek, a więc w efekcie łączna korzyść wyniesie prawie 614 zł – wyliczał główny ekonomista PO.

– PO wyciąga rękę do współpracy. Platforma proponuje rozwiązanie, które jest prorozwojowe i promuje ludzi pracujących. To jest oferta położona na stół. Niech podejmą próbę współpracy i rozmowy. Ostatnie 10 miesięcy rządów PiS-u można wykorzystać po to, aby wspólnie opracować ten program, przegłosować go i dać Polakom szanse na wyższe zarobki – dodaje poseł Sławomir Neumann.

Jakie zarobki?

W przyszłym roku płaca minimalna wyniesie 2250 zł brutto, czyli 1633 zł netto.

Według szacunków prof. Andrzeja Rzońcy osoba, która otrzymuje obecnie płacę minimalną, po wprowadzeniu programu Platformy łącznie z 500-złotowym wsparciem zarobiłaby na rękę 2247 złotych. Osoba zarabiająca 3 tys. złotych brutto, czyli 2156 zł netto, dostawałaby 2663 złote.

– Osoba, która będzie zarabiać 4300 złotych, nie otrzyma wsparcia, ale będzie korzystać z pierwszego elementu, czyli niższych podatków i składek. W efekcie dzisiaj taka osoba na rękę otrzymuje 3201 złotych, a po zmianach zarabiałaby 3494 złote – tłumaczył prof. Rzońca.

Konstruktywne wotum nieufności PO >>>

Od czego biorą się odjazdy Dudy?

30 List

Schetyna do PAD: Proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą. Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy

Lider Platformy odpowiada na dzisiejszy tweet Andrzeja Dudy.

Prezydent Andrzej Duda nie od dziś zaskakuje swoją aktywnością na Twitterze. Zdarzają się wpisy, co do których wielu ma wątpliwości, że zostały napisane przez głowę państwa. Tym razem Duda, który mienił się „prezydentem wszystkich Polaków”, wdał się na Twitterze w polemikę, w której ewidentnie opowiedział się po stronie partii rządzącej.

Andrzej Duda odniósł się do słów Sławomira Neumanna z PO, który w rozmowie z onet.pl stwierdził, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”, a polityka PiS przypomina działania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. – „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – skomentował Andrzej Duda.

Zareagował na te słowa Kamil Sikora z wp.pl. – „Oczywiście „apolityczna prezydentura” to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał dziennikarz. Duda „nie odpuścił” i odpowiedział: – „Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Andrzej Duda.

„Nie PO. Pan i pana dysponent z Żoliborza. Unia jemu przeszkadza. Pan to pionek do posłusznego przesuwania, ale On chce rządzić samowładnie i samowolnie. Panem już tak rządzi, Polakami jeszcze nie. I przeszkodę, Unię chce rozwalić, albo z niej wyjść. I Polacy powinni to wiedzieć” – skomentował na Twitterze Waldemar Kuczyński. Inni internauci też nie kryli oburzenia wpisem prezydenta.

„Przypominam, że to Pan podpisał SIEDEM nowelizacji Ustawy o SN, które są kwestionowane przez KE i kto tu pomaga w „polexicie”. Chyba jednak lepszą strategią byłoby milczenie na Pana miejscu!”; – „PO nie łamie Konstytucji. To pańska partia robi wszystko, żeby Polska opuściła UE. Rozumiem, że ten wpis jest do waszego elektoratu. To nie PO podpisało ustawy niezgodne z prawem, tylko Pan, dr prawa”; – „Tzw. prezydent Duda nie po raz pierwszy zachowuje się jak dziecko z ADHD…”; – „Pan Prezydent w Andrzejki chyba stracił kontrolę nad kontem Twittera”.

>>>

Grupa trzymająca władzę i kasę robi się nerwowa. Próbuje nas straszyć, co tylko potwierdza słuszność naszych zarzutów.

Sypią się pozwy i pogróżki. Jest tego tyle, że sprawia to wrażenie skoordynowanej akcji. Politycy obozu rządzącego i kontrolowane przez nich instytucje najwyraźniej usiłują zastraszyć i ocenzurować „Gazetę Wyborczą” oraz inne niezależne media.

Senator Grzegorz Bierecki grozi i żąda usunięcia z serwisu Wyborcza.pl fragmentu stenogramu rozmowy Leszka Czarneckiego z ówczesnym przewodniczącym KNF Markiem Ch., dotyczącego nieudanej próby ulokowania wielomilionowej kwoty w banku Czarneckiego.

PiS w „ostatecznym przedsądowym wezwaniu”, sformułowanym przez obsługującą tę partię kancelarię adwokacką Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński, grozi Wojciechowi Czuchnowskiemu za wpis na Twitterze, w którym mój redakcyjny kolega mówił o mafii z PiS.

A mnie usiłuje zastraszyć Polski Fundusz Rozwoju, w którego imieniu ta sama kancelaria przysłała mi podobne „ostateczne przedsądowe wezwanie”, domagając się przeprosin i wycofania ze strony Wyborcza.pl mojego artykułu „Jak PiS wjechał na Kasprowy Wierch”.

Jak się okazuje, zadziwiające wpisy na portalu społecznościowym to nie jedyna dzisiejsza aktywność Andrzeja Dudy. Prezydent postanowił właśnie podpisać – eufemistycznie mówiąc – kontrowersyjną ustawę o Komisji Nadzoru Finansowego. Znajduje się w niej przepis umożliwiający przejmowanie banków, znajdujących się w złej kondycji finansowej, przez inne banki „za złotówkę”.

Tenże przepis ma związek z aferą korupcyjną w KNF, ujawnioną przez „Gazetę Wyborczą”. Dziennik opublikował nagranie z rozmów między byłym już szefem KNF Markiem Ch. a właścicielem Getin Noble Bank Leszkiem Czarneckim. Bankier usłyszał, że jego zagrożony kłopotami finansowymi bank może zostać doprowadzony do upadku i przejęty („za złotówkę) przez inny bank, chyba że zatrudni u siebie prawnika Grzegorza Kowalczyka i da mu wynagrodzenie 40 mln zł.

Kontrowersje budziły także prace nad tą ustawą. Przebiegały w ekspresowym tempie – posłowie PiS przegłosowali ją 9 listopada, a senatorowie tej partii – 23 listopada. Parlamentarzyści partii rządzącej nie wzięli pod uwagę zastrzeżeń sejmowych i senackich prawników.

A i tryb wniesienia przepisu, umożliwiającego przejmowanie banków będących w kłopotach oprawki, budzi daleko idące wątpliwości. Poseł PiS Kazimierz Smoliński (na polecenie swego klubu parlamentarnego) wniósł ją dwa dni po tym, gdy właściciel Leszek Czarnecki zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Marka Ch. – szefa KNF.

Posłowie opozycji alarmują, że na mocy ustawy, która właśnie weszła w życie, można będzie przejąć każdy bank i wywłaszczyć każdego właściciela-bankowca.

Duda coś musi brać, bo takich odjazdów normalnie się nie ma.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła…

View original post 1 177 słów więcej

Afera KNF to modus operandi PiS

19 List

Tydzień rozpocznie się od kolejnej taśmy. Ale PiS liczy na to, że aferę KNF uda się przeczekać, jeśli jej treść nie okaże się kolejną sensacją.

Mecenas Roman Giertych zapowiedział w poniedziałek złożenie do prokuratury kolejnego nagrania, tym razem z lipca bieżącego roku. To rozmowa Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami KNF. „Na taśmie słychać i widać (to nagranie video), jak przedstawiciele urzędu państwowego bez żenady potwierdzają, że wiedzą o planie przejęcia banku za złotówkę” – napisał na Facebooku, określając całe nagranie jako „Taśmę numer 2″, Giertych. Zaznaczył jednak, że wbrew plotkom rozmowa Leszka Czarneckiego z prezesem NBP Adamem Glapińskim nie została nagrana.

To właśnie tej taśmy najbardziej obawia się PiS. Jak wynika z naszych rozmów, przyjęta strategia na Nowogrodzkiej to próba przeczekania sprawy. Politycy PiS liczą na to, że jeśli zawartość kolejnej taśmy i wszystkich następnych nie będzie sensacyjna, to ta strategia się sprawdzi. Zwłaszcza że w PiS panuje przekonanie, że wbrew nadziejom opozycji sprawa KNF nie dotarła głęboko do opinii publicznej, zwłaszcza po szybkiej dymisji byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. PiS liczy też, że żadne nazwisko w sprawie – Chrzanowskiego czy też szefa NBP – nie kojarzy się zwykłym wyborcom bezpośrednio z partią rządzącą.

Piątkowa narada nie przyniosła więc żadnych przełomowych decyzji. Jeden z naszych rozmówców z PiS powiedział zresztą, że w mediach jej znaczenie dla całej sprawy zostało znacznie nadmuchane. Politycy partii rządzącej zajmowali się w piątek m.in. kwestią TSUE oraz zatwierdzaniem zarządów kolejnych sejmików.

Tematem nowego tygodnia może być właśnie reforma sądownictwa. W poniedziałek – jak wynika z naszych informacji – rząd ma przedstawić założenia nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, które mają być daleko idącymi ustępstwami na rzecz Komisji Europejskiej. Sygnalizował to niedawno sam premier Mateusz Morawiecki. – Jestem przekonany, że na pewno dogadamy się z KE w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce – powiedział w Hamburgu przy okazji konferencji o stosunkach transatlantyckich. Jak podkreślił, przygotowywane są „pewne zmiany” w prawie, związane z wcześniejszym postanowieniem TSUE o zabezpieczeniu.

Strategia władzy to również podkreślanie, że system bankowy oraz system nadzoru jest bardzo stabilny. Mówił o tym zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i p.o. szefa KNF Marcin Pachucki. W podobnym tonie wypowiedział się też szef NBP Adam Glapiński.

W przyszłym tygodniu planowane jest pierwsze po wybuchu afery posiedzenie Sejmu. Opozycja domagała się informacji rządu w sprawie KNF oraz powołania komisji śledczej. Ale Grzegorz Schetyna w ubiegłym tygodniu zapowiedział też, że cała historia w nowym świetle stawia wniosek o odwołanie premiera Mateusza Morawieckiego, który Platforma zapowiada od połowy października. – W ciągu najbliższych dni złożymy wniosek – mówił na antenie Polsat News, podkreślając, że będzie on zaktualizowany o sprawę KNF. Jak dodał Schetyna, komisja śledcza zostanie powołana, nawet jeśli miałoby się to stać w następnej kadencji. PiS kategorycznie odrzuca pomysł powołania komisji. I nic nie wskazuje na to, żeby to podejście miało się zmienić. – Leszek Czarnecki gra z władzą, a politycy opozycji tańczą w jego interesie – mówił w niedzielę Marcin Horała z PiS.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego zareagował na sobotni wpis Romana Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, o czym w artykule „Giertych zapowiada złożenie w prokuraturze kolejnych nagrań – chodzi o „plan Zdzisława” Sokala”. Rzecznik KNF Jacek Barszczewski odrzucił zarzuty adwokata właściciela Getin Banku. – „W ocenie KNF zarzuty mecenasa Romana Giertycha opublikowane na Facebooku są bezpodstawne. Rzeczywisty kontekst opisanych przez niego wydarzeń został zniekształcony. Urząd KNF odczytuje działania mecenasa Giertycha jako próbę utrudnienia działań organu nadzoru”– napisał Barszczewski.

Roman Giertych ironicznie odpowiedział rzecznikowi na Twitterze. – „Szef KNF zażądał od mego klienta zatrudnienia swego znajomego prawnika i wypłacenia mu ogromnych apanaży. Dzisiaj ten sam KNF zarzuca mi, że utrudniam im działania. No to afera się wyjaśniła. Szef KNF chciał po prostu dać Czarneckiemu prawnika, aby go uchronił przede mną” – napisał pełnomocnik bankiera.

Po chwili opublikował kolejny wpis. – „W sumie jest oczywiste, że nagrywanie szefa KNF i zawiadamianie o przestępstwie w tej instytucji bardzo działania szefa KNF utrudniły. 40 mil. piechotą nie chodzi! Ze smutkiem też poinformuję, że utrudniania ciąg dalszy. Wszyscy członkowie KNF na mój wniosek będą przesłuchiwani” – napisał Giertych.

Jak jednak pokazały trzyletnie rządy PiS, owa „repolonizacja” i „wielkie projekty” to w praktyce po prostu zwyczajny rympał i reket. Zamiast odrodzonej stoczni i budowanych przez państwo bałtyckich promów jest ukradziona złota tabliczka Morawieckiego. Zamiast przekopu Mierzei Wiślanej – słupek wbity przez Kaczyńskiego na plaży w ostatnich dniach kampanii samorządowej i już następnej nocy „zabrany przez morze”.

Szczególnie afera KNF pokazuje, że repolonizacja i renacjonalizacja w wykonaniu PiS ma tylko tyle wspólnego z sanacją, że zamiast Eugeniusza Kwiatkowskiego budującego Gdynię dostaliśmy Nikodema Dyzmę, który nie budował niczego poza osobistą pozycją i prywatnym majątkiem.

PiS się uwłaszcza

Podobnie jak przed 16 laty afera Lwa Rywina, która ostatecznie pokazała prawdziwe oblicze rządów SLD, także teraz afera KNF nie jest pojedynczą wpadką chciwego urzędnika, próbującego wyciągnąć od biznesmena wielomilionową łapówkę i zatrudnić u niego swojego człowieka. Jest ona prostą konsekwencją realizowanej przez PiS wizji Kaczyńskiego – polegającej na przejęciu przez partię rządzącą kluczowej własności publicznej i prywatnej; oczywiście po wcześniejszym zniszczeniu lub sparaliżowaniu przez władzę konstytucji, prawa, niezawisłych sądów, unijnych procedur i innych mechanizmów kontrolnych.

To, że afera wydarzyła się w sektorze bankowym, też nie jest przypadkiem. Kaczyński, Morawiecki, Glapiński (to ich ludzie są głównymi aktorami afery) właśnie banki wskazywali jako miejsce, od którego trzeba zacząć budowę ekonomicznej potęgi Prawa i Sprawiedliwości. PiS-owska czystka w państwowych bankach i firmach ubezpieczeniowych zaczęła się najwcześniej i przybrała najszersze rozmiary. Jedyny ocalały z niej prezes dużej państwowej instytucji finansowej, Zbigniew Jagiełło z PKO BP, to człowiek Mateusza Morawieckiego. Reszta prezesów i członków rad nadzorczych to już dzisiaj ludzie PiS, których wstawili tam Morawiecki, Glapiński, Kamiński, Brudziński – oczywiście za zgodą Jarosława Kaczyńskiego, który w tym obszarze zagwarantował sobie szczególną kontrolę.

Teraz rozpoczyna się przejmowanie banków prywatnych. Afera KNF pokazuje, że Jarosław Kaczyński wyszedł już z fazy uwłaszczania swoich partyjnych żołnierzy na poziomie marnych paru milionów złotych pensji w zarządach spółek skarbu państwa. Zaczyna na serio budować ów zapowiadany „Budapeszt w Warszawie”. Czyli trwałe fundamenty dla PiS-owskiej klasy oligarchów, którzy – podobnie jak oligarchowie Viktora Orbána – będą posiadali na własność banki, ubezpieczenia i grupy medialne. Coś, czego ewentualna zmiana władzy łatwo ich nie pozbawi.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście nie chce wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis w konstytucji gwarantujący, że opuszczenie Unii, podobnie jak przystąpienie do niej, będzie mogło odbyć się tylko w drodze referendum.

Wielu z nas może nie mieć świadomości, że choć polska konstytucja bardzo rygorystycznie ustala warunki przyjęcia umów międzynarodowych, które przekazują niektóre kompetencje państwa międzynarodowym organizacjom, takim jak Unia Europejska, to wypowiedzenie tych umów odbywa się w trybie zwykłej ustawy. Obecnej władzy uchwalenie takiej ustawy potrafi zająć kilka dni: od pierwszego czytania do podpisu przez prezydenta. Dlatego musimy wprowadzić do konstytucji zapis o tym, że Unię Europejską Polska może opuścić wyłącznie w drodze referendum.

Dlaczego taki zapis jest konieczny?

To sprawa zbyt fundamentalna dla całego narodu, żeby można było o niej decydować w zwykłym sejmowym głosowaniu. Jeśli obóz rządzący serio twierdzi, że w żaden sposób nie dąży do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis, który odda całemu narodowi możliwość wypowiedzenia się w razie gdyby taki pomysł się pojawił.

Czy Polska chce zostać w UE?

Należy w Rozdziale III konstytucji o źródłach prawa zmienić art. 89 w taki sposób, żeby wypowiedzenie umów międzynarodowych, przyjętych w drodze referendum (aktualnie dotyczy to tylko traktatu akcesyjnego) możliwe było również tylko w drodze referendum. Proponowana poprawka: art. 89 6) jeżeli uchwalenie umowy międzynarodowej odbyło się w trybie zgodnie z ust. 3, art. 90 [czyli w trybie ogólnonarodowego referendum, jak przyjęcie traktatu akcesyjnego], wypowiedzenie jej wymaga uprzedniego wyrażenia zgody w referendum ogólnokrajowym, zgodnie z przepisem art. 125.

Artykuł 125 konstytucji mówi m.in. o tym, że referendum jest wiążące jeśli weźmie w nim udział połowa uprawnionych i o tym jakie organy państwa mogą referendum zwołać. Taki zapis w konstytucji możliwy będzie tylko pod naciskiem społecznym. Powinno to być jednym z postulatów manifestacji 3 maja przeciwko wychodzeniu Polski z UE. W grupie na jej rzecz, zainicjowanej przez Liberté!, po przemówienia Donalda Tuska na Igrzyskach Wolności, jest już ponad 25 tys. osób.

Kolejnym etapem działania powinno być zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu i prezydenta o zmianę konstytucji. Obecna władza nieraz udowodniła, że w imię obrony urojonej godności własnej, gotowa jest bez wahania poświęcić interes narodowy. Jeśli chcemy mieć pewność, że polexit nie dokona się wbrew naszej woli, z powodu antyeuropejskich obsesji i nieudolności obozu rządzącego, my, proeuropejscy Polacy, musimy zagwarantować sobie prawo do odpowiedzi na pytanie: „czy wyraża Pan/Pani zgodę na wystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej z Unii Europejskiej?”.

Czym dłużej trwa wielkie odliczanie do Biedroniowego ogłoszenia czegoś-tam-bardzo-wielkiego-dla-Polek-i-Polaków, tym bardziej jestem zaniepokojony i zdegustowany. Wypowiedzi Roberta Biedronia stają się nieznośnie asekuranckie i lawiranckie, a w dodatku coraz częściej bije z nich arogancja i próżność. Biedroń zachowuje się tak, jakby jakiś wielki Spin Doktor udzielał mu genialnych rad w rodzaju „ludzie nie lubią gadania o lewicy i prawicy” albo „trzeba budować napięcie”, albo „trzeba ludziom dawać nadzieję na zmianę” itp.

Z Palikota Biedroń ściągnął „Ruch Biedronia”, jak teraz sam nazywa swój projekt. Z PiS skopiował termin „drużyna” – będzie wprawdzie nie biało-czerwona (chociaż, kto wie?), ale za to „najlepsza na świecie”. A z SLD ściągnął – wow! – Krzysztofa Gawkowskiego. Samemu będąc dysydentem SLD-owskim, teraz „wyrwał” ze swej dawnej partii jej wiceprzewodniczącego, żeby mu robił struktury „w trzystu osiemdziesięciu powiatach”. Wygląda to bardzo podejrzanie. Czyżby Ruch Biedronia to jakaś secesja i schizma odszczepieńców z SLD? Skąd ma Gawkowski rekrutować działaczy i członków nowej organizacji – spośród SLD-owców? Słabe to łowisko – ryby niemłode, do akwenu swego bardzo przywiązane, zdrajcom i secesjonistom niełaskawe. Więc kogo, kogo mają przyciągnąć dwaj szpakowaci panowie o dość umownej świeżości w polityce? Młodzież? Wkurzonych? Mityczne „sieroty po Palikocie”? Dla młodzieży Biedroń za stary i za grzeczny, a Gawkowski to już w ogóle… Dla wkurzonych stary SLD-owiec to po prostu wymarzony lider! A sieroty po Palikocie dobrze pamiętają, że Biedroń był u Palikota, ale zawsze jedną nogą.

Nie podoba mi się nieszczerość i sztampowy oportunizm Biedronia, uchylanie się od jasnych deklaracji i odpowiedzi, a zwłaszcza trącące taniochą odcinanie się od całej klasy politycznej i wywyższanie się ponad nią. Niedawno tę retorykę przećwiczyło Razem – z wiadomym skutkiem. Przechwalanie się własną cnotą i niezależnością jest tyleż chwytem zgranym, co żenującym. Na imię mu pycha. Niemal każda lewicowa partia tak zaczyna – chyba że powstaje przez połączenie. Częściej jednak powstaje przez pączkowanie – tak jak Ruch Biedronia, który wygląda na dziczkę z LSD-owskiego pnia. Bo import Gawkowskiego oznacza dla opinii publicznej jedno – Biedroń i jego projekt to jakaś satelitarna akcja na orbicie SLD, czyli coś zupełnie niszowego. Odżegnywanie się od terminu „lewica” nic tu nie pomoże. Każdy dziś mówi, że „słucha ludzi”, że „chodzi mu o Polskę, a nie o politykę” i temu podobne bzdury. Takie pomysły na retorykę partyjną to sobie można wygooglać za darmo. Macron dla ubogich…

Przeglądam konto Roberta Biedronia na Twitterze. Filmikowa informacja o aporcie Gawkowskiego ma 62 polubienia w ciągu trzech godzin. No, słabo, jak na wielkich liderów lewicy, a tym bardziej liderów wszystkiego co się rusza (bo, jak twierdzi Biedroń, czy „lewica” czy „prawica”, to się jeszcze zobaczy – w postpolityce to wszystko jedno). Inne tweety na temat Gawkowskiego oraz wyjątkowości Biedronia też nie lepiej. Co się dzieje? Naród nie uwierzył czy nie ma konta na Tweeterze? A może po prostu nie ma co lajkować mało twórczych przechwałek w rodzaju „Łączenie z innymi ugrupowaniami to szybka droga do stołków. A ja nie jestem w polityce dla stołków, tylko dla realnej zmiany”?

Robert Biedroń traci gust i wyczucie. A może traci grunt pod nogami, skoro ucieka się do pomocy starych SLD-owców? Bo nowością tu nie pachnie, lecz raczej myszką trąca. I jeśli brać na serio zapowiedzi, że partia Biedronia nie będzie szła do wyborów w koalicji, lecz osobno, to szykuje się powtórka z Razem. Z Gawkowskim po cztery procent – czy to jest plan polityczny pretendenta do przewodzenia odnowionej polskiej lewicy? Bo jeśli tak, to ja dziękuję i postoję.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o społecznej psychozie.

Chaotyczne decyzje i niezborne działania władzy budzą w ludziach rosnący niepokój. A z obaw rodzą się pytania. Pełno ich w Internecie. Są tam również odpowiedzi, ale na ogół nie trafiają na właściwe pytania, mijając się z nimi w czasie i przestrzeni. Pomyślałem, że warto skojarzyć jedne z drugimi. A ponieważ odpowiedzi zawsze jest więcej niż pytań, pozostawiam Czytelnikom wybór, by nie posądzili mnie o przesadną stronniczość.

PYTANIE:

Z jakiej racji Marek Chrzanowski, który dla swojego pociotka wymuszał od banku miliony pod groźbą przejęcia tego banku za złotówkę, dalej ma dostawać pensję w wysokości 33 tys. zł?

ODPOWIEDŹ:

  1. Bo mu się należy. Tak jak im wszystkim.
  2. Facet nie może stracić kasy, bo jest pod ochroną. Przecież tak naprawdę te miliony miały finansować kampanię wyborczą PiS.
  3. Rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnił, że jego były szef jeszcze przez jakiś czas będzie dostawał wynagrodzenie, „ze względów prawnych”. Te względy, czynione byłemu szefowi KNF, wynikają z faktu, że pozwolono mu odejść ze stanowiska zgodnie z artykułem 70 Kodeksu Pracy. Odwołany traktowany jest wtedy tak, jak wypowiadający umowę o pracę, z prawem do wynagrodzenia w wysokości przysługującej przed odwołaniem. Odebranie uposażenia jest możliwe tylko wtedy, gdy do zwolnienia dochodzi z winy pracownika. Wynika stąd, że zdaniem rzecznika KNF były szef nie zrobił nic złego, a w opinii umoczonego w tę aferę prezesa NBP Adama Glapińskiego – jest wręcz patriotą o wysokich standardach etycznych. Przy okazji: rzecznik KNF – Jacek Barszczewski, to ten sam urzędnik, który zapewnił Polaków, że niewinnie zwolniony przewodniczący, odwiedzając swoją firmę tuż przed rewizją CBA, nie miał dostępu do gabinetu, sprzętu służbowego, poczty oraz dokumentów. Ot, tak sobie przez dwie godziny krążył bez celu po korytarzach urzędu. A w tym czasie uprzejmi agenci CBA czekali, aż sobie pójdzie…

 

PYTANIE:

Premier, prezydent i prezes zarzekają się , że za żadne skarby nie wyprowadzą Polski z Unii, a jednocześnie kombinują jak koń pod górę, żeby tylko nie wykonać wyroku unijnego trybunału. Czy oni naprawdę nie mają świadomości, że ta zabawa musi się skończyć takimi karami, których nasz budżet nie udźwignie? A może liczą na to, że skoro Polacy nie godzą się na opuszczenie UE, to sama Unia da nam kopa? Nie wiedzą, że jeśli wylecimy z Unii, to prosto w objęcia Putina? Głupota, czy sabotaż?

ODPOWIEDŹ:

  1. Biorąc pod uwagę, kto teraz reprezentuje Polskę za granicą, to raczej głupota.
  2. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
  3. Kwalifikacje polskich dyplomatów, ich żenujące fikołki w obronie polskiego bezprawia, czy pajacowanie pana prezydenta podczas spotkań zagranicznych, to tylko symptomy poważniejszej zapaści. Wymiana kadr MSZ na profesjonalistów, a nawet wymiana prezydenta i premiera byłyby tylko leczeniem objawowym. Źródłem choroby jest bowiem nieokiełznana żądza władzy, połączona z mizernymi kompetencjami do jej sprawowania. Główny demiurg nadciągającej katastrofy nie interesuje się Europą, nie zna jej i właściwie jej nie lubi. Kaczyńskiego interesuje zarządzanie Polską, a do tego Europa nie jest mu potrzebna. Szkopuł w tym, że ogromna większość Polaków, a nawet większość wyborców PiS, chce być we wspólnej Europie. Prezes również nie chce opuścić Unii. Naprawdę. Przykład Orbana pozwala mu łudzić się, że jeśli nie cofnie się przed presją unijnych władz i europejskiego trybunału, to w końcu UE zmięknie i złagodnieje, bo Polska jest dla Unii ważniejsza, niż Unia dla nas. W opinii Kaczyńskiego unijne dotacje są równoważne z zyskami osiąganymi przez kraje zachodnie dzięki dostępowi do polskiego rynku. Nie zauważa, że równocześnie Polska uzyskała dalece większy rynek zbytu i świetnie z niego korzysta. Żyje złudzeniem, że „Oni” za żadne skarby nie zechcą się nas pozbyć, więc gna z pochyloną głową wprost na mur, odgradzający kraje praworządne od dyktatur . 

 

PYTANIE:

Dlaczego premier z nosem Pinokia oraz kompromitujący nas za granicą notariusz Prezesa- Zbawcy wciąż utrzymują się w czołówce rankingu zaufania do polityków, mimo że zaliczają wtopę za wtopą?

ODPOWIEDŹ:

  1. A cholera wie…
  2. Bo Polacy tak mają. Jacy idole, tacy ich wyborcy.
  3. Rządzący Polską wciąż jeszcze utożsamiani są z dobroczyńcami, którzy obdarowali Polaków żywą gotówką – i nie do wszystkich trafiło, że są to prezenty fundowane z ich pieniędzy. Prawda, że to rozdawnictwo już powszednieje. I prawda, że na obrazku malowanym przez PiS – na wizerunku lepszej, sprawiedliwej i uczciwej ojczyzny – pojawiają się kolejne brudne plamy. Ale ludziom wciąż nie jest łatwo przyznać się do wcześniejszego, błędnego wyboru, brakuje im jeszcze jakiegoś zapalnika, jakiejś decyzji krzywdzącej ich bezpośrednio, by zmienili zdanie. Po drugie, wielu Polaków nie utożsamia zaufania z zaufaniem, tylko z popularnością i wskazują tych, których nazwiska częściej słyszą. Inni, odpytywani przez ankietera – obcego, „urzędowego” człowieka – na wszelki wypadek deklarują lojalność wobec aktualnie rządzących. Czyli rozmaite bywają przyczyny takiego akurat kształtu rankingu polityków. A tak w ogóle, to jego wpływ na rzeczywiste poparcie bywa iluzoryczny. Przykładem jest choćby porażka prezydenta Komorowskiego, popularnego wśród ponad 70% Polaków, a wcześniej sromotna klęska Jacka Kuronia, który tuż przed wyborami prezydenckimi cieszył się sympatią ponad 80% wyborców. Na marginesie: to pytanie traci właśnie na aktualności, bo w badaniach sprzed kilku dni zarówno prezydenta, jak i premiera wyprzedził Donald Tusk.  

 

PYTANIE:

Znalazłem w sieci zdjęcie z 11 listopada. Na peronie stacji Kutno grupka młodych ludzi depcze unijną flagę. Co się porobiło z pokoleniem naszych dzieci? Co zrobiliśmy nie tak?

ODPOWIEDŹ:

  1. Nie ma się co przejmować. Ci gówniarze to przecież margines marginesów.
  2. Antyunijna propaganda robi swoje. A młodzi są po prostu niedoinformowani, nic nie wiedzą o korzyściach z Unii.
  3. Niestety, chyba coś wiedzą. Kutno to miasto wybitnie proeuropejskie, jeden z liderów w wykorzystaniu funduszy unijnych. Tylko ślepy nie zauważy tam ogromnych zmian, wręcz skoku cywilizacyjnego. Młodzi zawsze byli obrazoburczy i być może brak im porywającej idei, konkurencyjnej dla pisowskich bredni o wolności, niepodległości i niezależności – głównie od rozumu. Wygląd chłopaków prezentowanych na zdjęciu sugeruje, że przeszli cały cykl kształcenia od podstawówki do matury i pełny program katechezy w szkołach. Czego się dowiedzieli o świecie i życiu poza swoją szkołą i poza parafią?

 

PYTANIE:

Już trzeci raz słyszę z ambony, że ci, co protestują przeciw dobrej zmianie, mają źle w głowie, a ci, którzy krytykują Kościół i księży, są w mocy złego ducha. Czy tylko mój proboszcz ma narąbane pod pokrywką?

ODPOWIEDŹ:

  1. Tylko
  2. Nie tylko.
  3. Z wypowiedzi sporej części hierarchów wynikać może, że proboszcz ma rację. Zły duch nie próżnuje. Jednak nie można mu zarzucać, że bierze na celownik wyłącznie opozycję. Jest mnóstwo twardych dowodów, że inni szatani czynni są wśród rządzących. Bo diabeł nie ma przekonań politycznych i potrafi opętać nawet kogoś, kto nie ma jeszcze żadnych poglądów w żadnej sprawie. Artur Nowak w swojej nowej książce cytuje księdza egzorcystę, który wypędzał diabła z 6-miesięcznego Patryka. Sześciomiesięcznego! Rodzice przywieźli mu dzieciaka, ponieważ często płakał i nie dawał spać. Diabeł, który usadowił się w niemowlaku, okazał się bardzo uparty, więc konieczne były trzykrotne zabiegi. O ich cenie ksiądz nie wspomina.

 

PYTANIE:

Czy to prawda, że komórka służb specjalnych, zajmująca się cyberprzestępczością, dostała ostatnio dodatkowe zadanie rejestrowania prowokacyjnych pytań oraz opinii krytykujących rząd, partię PiS i konkretnych przedstawicieli władzy? Czy to możliwe, że wraca cenzura i szykują się represje za nieprawomyślność?

ODPOWIEDŹ:

  1. Całkiem możliwe.
  2. Niemożliwe, to jakiś fejknius.
  3. Czort wie. Ale przypomina się pytanie do radia Erewań: – Czy w demokracji socjalistycznej można mówić prawdę? Odpowiedź brzmiała: – Oczywiście, możesz wszystko powiedzieć i masz pełne prawo zadać dowolne pytanie. Tylko żebyś się potem nie dziwił.

 

CDN.

Waldemar Mystkowski pisze o sypiącej się narracji PiS.

W piątek do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński wezwał premiera Mateusza Morawieckiego i inny drobiazg partyjny, zrobił burzę mózgów: jak wybrnąć z afery Komisji Nadzoru Finansowego, mimo że przewodniczący Marek Chrzanowski podał się do dymisji.

Politycy PiS jak kibice polskiej reprezentacji po przegranym meczu śpiewają chórem: „Polacy nic się nie stało, hej, hej”. Ale to zabijanie się pod pachami nikogo nie przekonuje.

Tym bardziej, że Roman Giertych ma inne niespodzianki, a te powodują, że nastroje w PiS są minorowe. W poniedziałek media będą się karmić zapisem wideo z Chrzanowskim i podobnymi mu z KNF. Wygląda, że to będziemy mieli do czynienia z kolejnym wariantem metody wiceszefa PiS Adama Lipińskiego, który swego czasu chciał skaperować Renatę Beger z Samoobrony, ale ta korupcję pisowskiego polityka nagrała i sprawa się rypła.

Przy okazji dowiadujemy się, kto to jest zacz ten Chrzanowski. Wychodzi, iż to ambitny człowiek, nie nazbyt profesjonalny, który po kumotersku zaczął robić karierę za sprawą Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Nie ma co jednak ironizować, bo wiarygodność całej branży bankowej została podkopana, a zatem i depozytariuszy banków. Po dymisji Chrzanowskiego winny nastąpić następne i także odejść Glapiński oraz Zdzisław Sokal. To znaczyłoby, iż państwu polskiemu zależy na stabilności sektora bankowego.

PiS jest jednak do samych trzewi skorumpowany, raczej nikogo nie powinno to dziwić. Strach zagląda im w oczy, bo wszystko zaczyna się sypać. Drżenie łydek jest aż nazbyt widoczne.

Jak boją się opozycji widać po okładkach dwóch najważniejszych tygodników prawicowych „Sieci” i „Do Rzeczy”. Obydwa periodyki na okładkach umieściły Donalda Tuska, a jedna nawet odwołuje się do porządku z nie tego świata „Boże, chroń nas przed Tuskiem”.  Zawołanie z okładki rozbierając logicznie może świadczyć, iż wielkość Tuska jest rzędu Boga, który jednak jako ich Pan ześle na PiS Pana Tuska.

Nie trzeba było grandzić, aby teraz się modlić, na nic kierkegaardowskie „bojaźń i drżenie”. W KNF korupcja się rypła, czekamy wszyscy z utęsknieniem, aby partii Kaczyńskiego władza się rypła na amen.

Tylko jedna z poniższych opinii jest prawdziwa.

Brudziński z szemranego towarzystwa Corleone Kaczyńskiego nie radzi sobie z policjantami

3 List

>>>

Nikt nie ma też wątpliwości, że wytrzymałość policjantów właśnie się wyczerpała” – napisał m.in. Przewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Policjantów Rafał Jankowski w liście do ministra MSWiA Joachima Brudzińskiego.

Apelując o spotkanie Jankowski przypomniał ministrowi, że obecna władza obiecywała policjantom przywrócenie niesłusznie odebranych uprawnień, a także wynagrodzenie, które pozwoliłoby na godne życie.

Zdaniem przewodniczącego NSZZ Policjantów przez trzy lata nic się nie zmieniło, obietnice nie zostały zrealizowane, a przemęczenie i stres osób pracujących w policji jest ogromne. „Obawiam się więc, że jeżeli w najbliższych dniach nasze środowisko nie uzyska jednoznacznej gwarancji na spełnienie naszych postulatów, w słuszność których przecież sam Pan nie wątpi, sytuacja może się skomplikować jeszcze bardziej. W imieniu Zarządu Głównego NSZZ Policjantów wzywam Pana Ministra do osobistego i niezwłocznego podjęcia rozmów” – apeluje Jankowski.

Minister Brudziński na razie nie spotkał się z policjantami, ale odniósł się do całej sytuacji na Twitterze, przywołując swoje pismo z września, w którym obiecuje policjantom podwyżki na początku przyszłego roku i w jego połowie.

Czy taka forma komunikacji i kolejnych obiecanek ze zdeterminowanymi policjantami wystarczy i czy nie jest to przykładem lekceważenia służb, od pracy których zależy bezpieczeństwo nas wszystkich?

>>>

>>>