Tag Archives: Paweł Wroński

Dziurka Rydzyka, galopujący sukces Szydło. Z życia pasqud 15

10 Lip

Wirtualna Polska napisała o najnowszym apelu T. Rydzyka, w którym redemptorysta domaga się od wiernych kasy na zakup nowego wozu transmisyjnego dla toruńskiej rozgłośni. Okazją do zbiórki na ten cel będzie zapowiedziana na najbliższy weekend 28. pielgrzymka „Rodziny Radia Maryja” do Częstochowy.

„Zapraszamy wszystkich – przybywajcie osobiście, w grupach zorganizowanych i indywidualnie, różnymi środkami lokomocji. W domach niech zostaną tylko chorzy” – napisał duchowny

Apel nie pozostał bez zgryźliwych komentarzy, bo choć Rydzyk skarży się, iż dotychczasowy sprzęt, jakim dysponuje radio liczy sobie już 16 lat, jest zdezelowany i bez 5 mln zł nie uda się go zastąpić nowym lepszym, to nie wszystkim ta nienowa inicjatywa redemptorysty przypadła do gustu.

Pikanterii dodaje jej precyzyjny instruktarz: „…prosimy o pomoc, o symboliczną ‘Różę’ dla Matki Najświętszej – dla Jej radia, bo to jest Jej radio. Te ofiary składamy w małych namiotach pomiędzy namiotami Fundacji ‘Nasza Przyszłość’, w małych kopertach, podpisanych imieniem, nazwiskiem i adresem dla podziękowania – równocześnie zaznaczenia, że ofiara doszła. Wkładamy je do skarbon dostosowanych do małych, a nie wielkich kopert. Nie wielkie koperty. Tej wielkiej koperty nie da rady włożyć do takiej skarbony, a nie chcielibyśmy, aby to było gdzieś z boku. Niech się to nigdzie nie zapląta. Niech dotrze pod właściwy adres” – apeluje Rydzyk do fanów swojej rozgłośni.

Grupa internautów zareagowała nie przebierając w słowach: „że też tego ciula jeszcze nikt nie odstrzelił…”, „powiesić w końcu tego lumpa”, „TY ŻEBRAKU PASKUDNY TY LEPIEJ ZBIERAJ DLA SIEBIE NA SZNUREK”, „Tylko batem po grzbiecie tego naciągacza…” – cytuje komentarze przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą Ryszard Nowak, grożąc portalowi i autorom wpisów konsekwencjami prawnymi. Sugeruje, że wiele z nich nawołuje do zabójstwa duchownego. O możliwości popełnienie przestępstwa napisał do prokuratora generalnego, twierdząc że stoi za tym jakaś opłacana grupa.

„Standardowa ochrona SOP przysługiwała mi do 4 lipca. Została przedłużona gdyż otrzymywałam groźby karalne (powiadomiłam o tym organa ścigania). Ponieważ sprawa ochrony jest wykorzystywana do politycznych ataków opozycji, dlatego dziś z niej zrezygnowałam” – poinformowała na Twitterze Beata Szydło. O objęciu jej tą ochroną: „Czy pani nie wstyd, pani Szydło, wyciągać kasę z naszych kieszeni? „Dobro narodowe” chronione za 2 tys. dziennie”.

Można snuć przypuszczenia, że gdyby nie ujawniono tego faktu, Szydło dalej objęta byłaby ochroną SOP, a twierdzenie, że opozycja ją z tego powodu atakuje brzmi mało wiarygodnie. Przypomina się sytuacja z wysokimi premiami pieniężnymi, które ówczesna premier Szydło przyznała sobie i członkom swojego rządu. Gdyby nie ujawnienie tego przez posła PO Krzysztofa Brejzę, pewnie byłyby one dalej przyznawane, bo przecież „te nagrody im się należały”.

„Serio? Nagle przestało pani zagrażać niebezpieczeństwo, bo sprawa wożenia się rządową limuzyną wyszła na jaw i stała się głośna? Nie widzi pani tego obciachu i ściemy?”; – „Uroki kampanii – w niej decyzje o rezygnacji z przywilejów posłom PiS przychodzą tak jakoś łatwiej…”; – „Zrezygnowała, bo sprawa się „rypła”. Tyle w temacie”;

„Ponieważ sprawa ochrony jest wykorzystywana do politycznych ataków opozycji”? Gdyby pani nie wykorzystywała uprawnień, które pani nie przysługują, pewnie opozycja nie miałaby się do czego przyczepić, a swoją drogą to trzeba mieć tupet, żeby swoimi grzeszkami obarczać innych”; – „I teraz będą ci paskudni, zwykli ludzie podchodzić i zadawać trudne pytania. Jacyś niepełnosprawni, rodzice dzieci z podwójnego rocznika, chorzy bez dostępu do lekarza, niepełnosprawni… Jak żyć….” – komentowali wpis Szydło internauci.

Polacy to bez wątpienia wielki, wspaniały naród i pod wieloma względami całkiem fajne społeczeństwo. Jednak gdybym mogła coś w nas zmienić, sprawiłabym, żebyśmy byli wszyscy aż i tylko – dużo bardziej życzliwi.

Istnieją wielkie cnoty, zawsze i wszędzie gloryfikowane, jak mądrość, nieprzeciętna inteligencja, ba! – nawet marny spryt życiowego cwaniaczka, elokwencja i oczytanie, erudycja i dobre wychowanie, o kreatywności, polocie, niepoślednich talentach, poczuciu humoru i bystrości umysłu nie wspominając. Wszystko to są cechy wielkie i chwalebne, niestety, zauważcie, jak rzadko zdarza nam się dorzucać do tej listy zwykłą, prostą życzliwość.

Jest to o tyle paradoksalne, że ta właśnie cecha, jak żadna inna decyduje o tym, czy nasze życie, tak prywatne, jak i społeczne, a nawet państwowe jest szczęśliwe, satysfakcjonujące i udane, czy przeciwnie, szare, pełne konfliktów i wiecznego wkurzenia. Możesz być mądry, wyszczekany, dobry, a nawet najlepszy w jakiejś dziedzinie, wrażliwy lub bezwzględny, możesz być małomówny lub być wielką gadułą – i wszystko to nie ma znaczenia, bo o jakości twojego życia decyduje to, czy inni są na co dzień dla ciebie życzliwi, czy miło i dobrze cię traktują i czy ty robisz to samo dla nich.

Większość naszych polskich bolączek bierze się z nieżyczliwości. Krzyczymy i warczymy na siebie w sklepach, urzędach, na ulicy, u cioci na imieninach, w domach i w pracy. Denerwujemy się tam, gdzie denerwować się wcale nie trzeba, wiecznie spieszymy, myślimy tylko o sobie.

Uważam, że zazwyczaj wszelkie zło idzie z góry, dlatego jestem skłonna odpowiedzialność za ten stan rzeczy przypisywać politykom, bardziej niż innym grupom społecznym. Codzienny pokaz chamstwa, prostactwa, szczerej i bezinteresownej złośliwości, małostkowości serwowany nam w telewizjach od paru lat zrobi swoje. Poza tym – jeśli politycy i ich poplecznicy zachowują się w ten sposób i nieźle na tym wychodzą – ludzie widzą przecież, jak można się obłowić i jakie zająć stanowiska, byle tylko mieć znajomka w PiS – to tłum zaczyna sądzić, że to jedyny sposób, żeby coś „osiągnąć” i z ochotą zaczyna naśladować.

Ponieważ jednak znają mnie Państwo już trochę i wiedzą, że wszystkie rewolucje skłonna jestem raczej zaczynać od siebie, powiem i tym razem: trzeba zacząć od siebie. Częściej się uśmiechać, spokojniej mówić, nie krzyczeć, tylko przekonywać, tłumaczyć, demaskować fałsz spokojnie i bez nerwów, polubić choć trochę ludzi, przepuścić kogoś czasem w drzwiach, czy jako kierowca nie wymuszać pierwszeństwa. Brak życzliwości to nasza społeczna cecha, która często rzuca mi się w oczy. Nie dotyczy rzecz jasna wszystkich, nie chcę uogólniać, ale jednak stanowi problem na tyle duży, że warto go odnotować.

Nie dajmy się zwariować i zamienić bezwzględnym politykom w stado warczących na siebie, obnażających kły wilków, bo różnorodność jest inspirująca, nie obciążająca, a umiejętność spojrzenia na sprawy z innego punktu widzenia, podobnie jak prosta życzliwość i dobroć, to jedne z najwspanialszych ludzkich cech. A potrzebujemy ich przecież dziś bardziej niż kiedykolwiek.

Reklamy

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Zagłada Polski. To rzeczywisty program PiS

22 Czer

13-letnia Inga Zasowska zwraca uwagę polityków na fatalny wpływ ich polityki na klimat. Mimo że kilka dni temu zakończyła rok szkolny to, zamiast oddawać się beztrosce wakacji, zdecydowała udać się przed Sejm, aby zaprotestować.

Polska zablokowała europejską neutralność klimatyczną. – Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza – komentuje Andrzej Halicki, europoseł PO. Poza tym KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem są wydawane nieefektywnie i stawia ultimatum. Polska może stracić część unijnych pieniędzy.

Idea została zablokowana przez rządy Polski, Węgier, Czech i Estonii. Dlaczego? Oficjalnym powodem jest brak doprecyzowania, jak ma wyglądać droga do neutralności klimatycznej.

Unia Europejska chciała określić konkretne ramy, które pozwoliłyby osiągnąć w 2050 r. neutralność klimatyczną. Ów termin nabrał mocy pod koniec ubiegłego roku, kiedy stało się jasne, że UE chce szybciej wdrażać w życie postanowienia Porozumień Paryskich. Zwłaszcza po tym, jak wycofał się z nich prezydent USA Donald Trump.

Oczywiste jest, że taka strategia uderzy w gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla. Ta nad Wisłą oparta jest na czarnym złocie w ok. 77 proc.

„Premier Morawiecki broni interesów Polski ws. polityki klimatycznej. Cel: uczciwe rozłożenie kosztów ochrony klimatu z uwzględnieniem specyfiki krajów. Cele klimatyczne ważne tak samo jak sposoby ich realizacji zapewniające bezpieczeństwo obywateli, przedsiębiorców i gospodarki” – tak postawy premiera Mateusza Morawieckiego bronił rzecznik rządu Piotr Müller.

Ale innego zdania są politycy opozycji

PO: Polityka rządu szkodzi zdrowiu Polaków

– Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza. Egoistyczne interesy rządu przedkłada ponad zdrowie Polaków. (…)  Trujemy siebie, ale nie tylko siebie, trujemy całą Europę i staliśmy się z lidera krajem, który jest politycznie na marginesie. A w tym największym cywilizacyjnym wyzwaniu stajemy się czarną owcą – komentuje europoseł PO Andrzej Halicki.

Według polityków PO takie weto to skandal. Zwracają uwagę na to, że nie tylko nie ograniczamy emisji CO2, ale także sprzeciwiamy się wprowadzeniu działań, które mogą powodować neutralność, takich jak zalesianie czy instalacje pochłaniania CO2. – Polska potrzebuje zmian w bilansie energetycznym. Potrzebujemy coraz więcej zielonej zamiast brudnej energii – mówi rzecznik PO Jan Grabiec.

– Samym wetem niczego nie załatwią. Jeżeli rząd prowadziłby politykę proekologiczną, mógłby wzmacniać swój głos na szczytach europejskich i pozyskiwać więcej środków dla Polski. Cała Europa widzi, że premier Mateusz Morawiecki jest lobbystą na rzecz rosyjskiego węgla, bo importujemy rekordowe ilości rosyjskiego węgla – dodaje.

„Czyste Powietrze” pod okiem Brukseli

KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem przez NFOŚ wydawane są nieefektywnie. I stawia ultimatum – albo przejmą tę rolę komercyjne banki, albo Bruksela nie da więcej pieniędzy.

Taki list trafił na biurko ministrów rządu oraz pełnomocnika ds. programu „Czyste Powietrze”. Dotarła do niego „Gazeta Wyborcza”. Rząd ma czas do 21 czerwca, aby podjąć decyzję, czy dostosuje się do zmian w programie, czy zrezygnuje z 6-8 mld euro wsparcia unijnego na walkę ze smogiem.

– Kiedy przychodzi do działania, to mamy takie efekty jak z programem „Czyste Powietrze”, gdzie planuje się wymianę 40 tys kotłów, a powinno się w tym roku wymienić 400 tys, żeby to miało sens. Nic dziwnego, że KE stawia warunki i żąda, aby rząd działał energiczniej w tym zakresie. Żeby nie tworzył barier biurokratycznych, nie kierował pieniędzy do działaczy partyjnych, którzy obsiedli rządowe instytucje, ale do samorządów i ludzi, którzy chcą wymieniać piece – mówi Jan Grabiec.

Przypomnijmy, rocznie z powodu smogu umiera 40 tys. osób.

Dziennikarz Adam Wajrak o zachowaniu polskiego rządu w czasie szczytu klimatycznego Unii Europejskiej.

Więcej >>>

Niewiele osób wie, że dziś obchodzony jest Dzień Przedsiębiorcy. Został wprowadzony w 2016 r. w wyniku przyjętej przez Sejm – głosami posłów PiS – uchwały. Ale premier pamiętał i postanowił złożyć biznesmenom życzenia. – „Wszystkim przedsiębiorcom – z okazji Waszego święta – chciałem podziękować za wkład w polskie PKB i gospodarkę. Życzę Wam nade wszystko dynamicznego rozwoju – rośnijcie, zatrudniajcie i rzucajcie wyzwanie światowym korporacjom, bo wiem, że jesteście w stanie osiągać wszystko” – napisał Mateusz Morawiecki na Twitterze.

„I dlatego mój rząd wprowadził dla was niekorzystne zmiany w rozliczaniu zakupu i eksploatacji firmowych samochodów, podniósł wam składkę ZUS, a żebyście mogli płacić wyższe kary za błędy w interpretacji przepisów podatkowych podniósł opłatę za interpretację o 5 000%”; – „Jako przedsiębiorca mam jedną prośbę. Niech Pan o nas zapomni”; – „I płaćcie coraz wyższe daniny, aby rządzący mieli za co kupić wyborców”; – „Tak jest, przedsiębiorcy, pracujcie ciężko na podatki, żeby PiS miał z czego rozdawać. A jak nie będziecie tego robić, to i tak PiS będzie rozdawał, a długi będą spłacać wasze dzieci”; – „Socjalistyczna władza was wydoi ale poza tym życzy wam wszystkiego najlepszego. Panie premierze pan to jest niezły jajcarz” – komentowali życzenia premiera internauci.

Morawieckiego krytykowali nawet prawicowi dziennikarze i blogerzy. – „Wszystkim przedsiębiorcom dziękujemy, że możemy was doić i obiecujemy, że będziemy was doić dalej jeszcze bardziej” – napisał Łukasz Warzecha z „Do Rzeczy” i wp.pl. A Kataryna dodała: – „Do podziękowań dołączam wyższy ZUS dla samozatrudnionych już od przyszłego roku”.

Jeden z internautów postanowił bronić partii rządzącej: – „PiS obniżył CIT dla małych i średnich przedsiębiorstw z 19% do 9%”. Spotkał się z natychmiastową ripostą: – „Tak? A ilu Polaków skorzystało? Spółki z obcym kapitałem. Dlaczego nie ma poważnej pomocy dla firm jednoosobowych? Propaganda medialna, a zarzynane są polskie małe firmy. Obywatele są wolni, gdy mogą sami swobodnie prowadzić własny biznes, a dziś lepiej pracować u kogoś niż na swoim”.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy – pisze Cezary Michalski. „Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot”

Wśród „dobrych ludzi” w liberalnych mediach (pojęcie „dobrego człowieka” pożyczam od Bertolta Brechta, który nie widział gorszego szkodnika, niż „dobry człowiek” na polu politycznej walki) zapanowała moda na argument o „pogardzie liberalnego elektoratu dla elektoratu PiS” jako największym problemie polskiej polityki, głównej przyczynie porażek z Kaczyńskim. Podejmują ten wątek poważni i niepoważni komentatorzy, nawet politycy. Szczególnie po wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których Koalicji Europejskiej udało się zdobyć prawie 40 procent głosów, ale nie udało się pokonać PiS, które znów skutecznie posłużyło się szatańską mieszanką przekupstwa, nienawiści i strachu.

Zamiast zastanawiać się, jak w tej sytuacji, przed jesiennymi wyborami, zmobilizować własny elektorat,

specjaliści od „przepraszania” robią wszystko, żeby te 40 procent głosów przed jesienią zmarnować, zdemobilizować, spacyfikować poczuciem winy.

Warto więc przypomnieć, że pierwsze salwy w ostatniej (sięgającej co najmniej katastrofy smoleńskiej) odsłonie politycznej, kulturowej, bez mała cywilizacyjnej wojny w Polsce wystrzelił Jarosław Kaczyński oraz jego „tożsamościowa” prawica. I od razu użyli broni masowego rażenia oraz brudnych bomb. Od „zamachu w Smoleńsku” po „lemingi” (które miały tworzyć zdegenerowaną mieszczańską elitę społeczną III RP), od „kondominium” (którym rzekomo była Polska po roku 1989, a później Polska jako kraj członkowski UE) po „drugi sort”, „komunistów i złodziei”, „zdradzieckie mordy” (jak Jarosław Kaczyński, a w ślad za nim liderzy prawicowej opinii publicznej nazywali swoich politycznych konkurentów, przeciwników czy uczestników społecznych protestów przeciwko łamaniu konstytucji i praworządności przez rządzące już PiS).

W dodatku Kaczyński i jego ludzie nie tylko przekraczali granice językowej poprawności czy nawet prostej uczciwości, ale łamali też konstytucję i prawo, niszczyli instytucje i ludzi.

Tragicznym finałem tego procesu było zamordowanie Pawła Adamowicza przez człowieka całkowicie nafaszerowanego PiS-owskim językiem nienawiści, którego upowszechnianiu od czterech lat służą także całe państwowe media.

Tymczasem dziś – i to od wielu bynajmniej niepisowskich „symetrystów”, celebrytów, liderów opinii publicznej – dowiadujemy się, że to „liberalny elektorat pogardza”, że to ofiary PiS-owskiego języka nienawiści są winne i muszą przeprosić. Od dziewcząt i chłopców (nieraz już przed trzydziestką, ale wciąż pozostających dziećmi pod parasolkami tatusiów i mam), tkwiących głęboko w swoich elitarnych bańkach, w których rozmawiają tylko ze swoimi przyjaciółmi i przyjaciółkami, bo każde wyjście z „safe space” powoduje u nich traumę wymagającą długotrwałej terapii, słuchamy opowieści o konieczności „wyjścia z liberalnej bańki do ludu”. Słuchamy też sentymentalnych i kiczowatych opowieści o „podzielonych rodzinach”, w których „trzeba rozmawiać z wujkami głosującymi na PiS”.

„Trzeba rozmawiać” staje się sentymentalnym banałem ukrywającym o wiele trudniejszą prawdę o tym, że trzeba się także spierać, oczywiście lepiej na argumenty, niż generalizujące wyzwiska, jednak bez fałszywej nadziei, że „jesteśmy jedną polską rodziną”, a winni naszych konfliktów i różnic są „politycy”, zwykle ci „liberalni”.

Ja też mam podzieloną rodzinę, z ogromną nadreprezentacją zwolenników i zwolenniczek PiS w pokoleniu dziadków i wujów. Zwykle są to ludzie, którzy przeszli znamienną ewolucję od oportunizmu w czasach późnego PRL do dzisiejszego entuzjazmu dla Tadeusza Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo często jest to połączone z całkowitym zakłamaniem własnej biografii z czasów PRL. Smętni oportuniści, którzy kiedyś nienawidzili Wałęsy czy Michnika dlatego, że Wałęsa i Michnik zawstydzali ich nawet w oczach ich własnych dzieci, dziś z wypiekami czytają książki i teksty Cenckiewicza, żeby móc nienawidzić Wałęsy i Michnika za to, że byli „agentami” czy „żydokomuną”.

Stanisław Piotrowicz jest dla tej formacji postacią bardzo reprezentatywną, bo przecież Piotrowiczów mamy w każdej naszej rodzinie. Jak z nimi rozmawiać, kiedy oni mają emocjonalny i biograficzny interes w tym, żeby w takiej rozmowie kłamać – od początku, do końca. A

Jarosław Kaczyński pomógł im to kłamstwo utwardzić i uporządkować.

Jest też w mojej rodzinie nadreprezentacja radykalnej lewicy w pokoleniu wnuków i wnuczek. Niektórzy z nich więcej wiedzą o językowych modach kulturowej lewicy w Ameryce czy Francji, niż o polskiej historii i współczesności. W mojej podzielonej rodzinie – tak jak w wielu innych – często się kłócimy, nie zawsze są nawet podstawowe warunki do cywilizowanej rozmowy, ostatnio wolimy rozmawiać o pogodzie i wczasach, niż o polityce, bo o polityce naprawdę nie da się już rozmawiać. Ja sam w późnym PRL-u zbuntowałem się przeciwko pokoleniu rodziców i wujów właśnie z powodu polityki. Dlatego nie wierzę w „rodzinną sielankę”, którą da się odbudować, gdy tylko zniknie „wyższościowy język liberalnej Polski”.

Za klucz do zwycięstwa lub choćby niepoddania się PiS-owi uważam raczej pełną mobilizację demokratycznej i prozachodniej Polski, niż jej językowe i tożsamościowe rozbrojenie pod hasłem „lepiej rozmawiajmy, niż się kłóćmy”. Oczywiście dobra i odpowiedzialna polityczna władza musi tego typu konflikt wygaszać. Zła władza celowo go radykalizuje.

Demokratyczna opozycja nie ma dzisiaj narzędzi, żeby wygaszać konflikt świadomie radykalizowany przez Kaczyńskiego, dla którego (a także dla jego zwolenników i sporej części wyborców) „prawdziwy pokój w Polsce” może zapanować tylko w społeczeństwie i państwie całkowicie ujednoliconym przez autorytarną władzę,

gdzie wszyscy będą „pomagać Kaczyńskiemu”, a nie mu „przeszkadzać i krytykować”, gdzie wszyscy będą konserwatywnymi katolikami, bo inne tożsamości czy wrażliwości to przecież „dewiacje” albo wręcz „satanizm”.

Jakiś czas temu w rzeszowskim dodatku „Gazety Wyborczej” ukazał się znamienny wywiad z posłem PiS z Podkarpacia. Dla niego nie tylko TVN, ale nawet media państwowe są „zbyt przepełnione konfliktem”, „zbyt agresywne”. Tu nasi „symetryści” powinni się ucieszyć, ale pointa tej opowieści człowieka całkowicie ukształtowanego już przez autorytarny model myślenia jest zaskakująca, bo za najbardziej „spokojne”, „wyciszone”, „unikające konfliktu”, a nawet „obiektywne medium” pan poseł (i wielu myślących podobnie jak on) uważa „media ojca Tadeusza Rydzyka, bo tam się nikt nie kłóci”.

Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot.

Intelektualiści, a nawet publicyści, jeśli już nie chcą brać udziału w politycznym konflikcie, są przynajmniej zobowiązani do sprawdzania wiarygodności różnych jego stron, a nie do łykania ich hipokryzji czy wręcz przyłączania się do niej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, który był bardziej trzeźwym obserwatorem naszego kraju, niż wielu dzisiejszych „ludzi dobrej woli”, napisał kiedyś, że Polsce (szczególnie w bardzo skłonnej do hipokryzji Polsce katolickiej) najbardziej niebezpieczny jest „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”.

Z kolei wybitny anglosaski intelektualista Robert Hughes, pisząc o największych patologiach współczesnego liberalnego świata, jego kampusów i mediów, stworzył określenie „lingwistycznego Lourdes politycznej poprawności”, gdzie wzajemne „nasładzanie się” członków akademickich elit, występujących zazwyczaj w imieniu wykluczonych, których wcale nie znają, w ogóle uniemożliwia prowadzenie sporów opartych o twarde argumenty i niewygodne diagnozy. Problem w tym, że uniemożliwia wyłącznie w obozie liberalnym, szantażowanym przez politycznie poprawną lewicę kulturową, bo w obozie prawicy pogarda i nienawiść wobec „liberałów”, „feministek”, „lemingów” i „elyt” szaleje w najlepsze, bez żadnych ograniczeń.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy.

Oczywiście

nieco inne są zobowiązania wobec polityków, oni muszą przynajmniej udawać otwarcie na wszystkich wyborców. A sprawując władzę naprawdę muszą tworzyć instytucje i prawa przeznaczone dla całej wspólnoty politycznej, niewykluczające nikogo. Jednak Jarosław Kaczyński nawet nie udaje, że się do tych zasad stosuje.

Nienawiść do przeciwników wyraża szczerze, a do instytucji państwa, do konstytucji i prawa podchodzi zgodnie z „moralnością Kalego”. Wykluczając ze wspólnoty i państwa opozycję oraz jej wyborców. Łamiąc prawo wszędzie tam, gdzie to mu jest wygodne.

Wyborcom Kaczyńskiego, „dobrym ludziom z naszych rodzin, którzy głosują na PiS”, w niczym to nie przeszkadza. Miłośnicy „językowego Lourdes” z liberalnych mediów nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. „Szanujemy wyborców PiS”, „szanujemy naszego wuja czy ciotkę”, podczas gdy oni głosują na człowieka, który wyklucza i wyraża nieskrępowaną pogardę wobec wszystkich swoich przeciwników. Organizuje nienawiść, dąży do likwidacji wszelkiej opozycji „bez żadnego trybu”, bo „krytykuje zamiast pomagać”.

Oni to uznają. Dlaczego? Jak ich przekonać? A co, jeśli popierają go właśnie dlatego, że jego pogarda, nienawiść są im bliskie, realizują jakieś ich podstawowe potrzeby, resentymenty, interesy? Żaden z uczestników „językowego Lourdes”, częstujący nas kiczowatymi opowieściami o „swoich wujkach i ciociach głosujących na PiS-u”, nie daje odpowiedzi na te pytania, nawet się nad nimi nie zastanowił. Całkowicie zadowala się emocjonalnym kiczem. Także dlatego, że ten emocjonalny kicz utrzymuje go w przekonaniu o własnej szlachetności.

Może spróbujmy jednak ten sentymentalny języczek portali społecznościowych trzymać z daleka od polityki. Szczególnie jako dziennikarze, intelektualiści, liderzy opinii publicznej, zamiast uprawiać „lingwistyczne Lourdes” czy inny „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”, zajmijmy się klarownym opisem polskiej polityki. Tego, co jest w niej czystą walką, i tego, co jest w niej walką nieczystą.

Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych i religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle nie krzywdził innych ludzi.

Jest takie stare powiedzenie, że „ryba psuje się od głowy”. Kiedy rozglądam się po naszej Polsce, coraz bardziej widzę, że ta coraz bardziej śmierdząca ryba ma się u nas świetnie. Najważniejsze instytucje, czyli te, związane z polityką i Kościołem, podają nam wręcz na tacy te swoje, mocno nadgryzione zepsuciem, głowy. Przekroczyły już one wszelkie granice przyzwoitości, kultury i zamiast być dla nas obywateli wzorem, pokazują nam przerażające oblicze. Oblicze pełne nienawiści, hipokryzji, zakłamania, buty i arogancji. I dziwić się, że w tej sytuacji społeczeństwo chamieje na potęgę, radykalizuje się w tempie wręcz zastraszającym?

Popatrzmy, wczoraj trwały w Polsce obchody jednego z najważniejszych świąt katolickich, czyli Boże Ciało. Kiedyś to była naprawdę feta religijna, łącząca wiernych we wspólnym przeżywaniu. Kiedyś… ale nie dzisiaj. Dzisiaj niektórzy prominenci kościelni pokazali, jak można świetnie wykorzystać taki dzień do krzewienia nienawiści i kłamstw, np. arcybiskup Jędraszewski, który rozprawiał o deprawacji dzieci, bo taki przecież – według niego – jest cel karty LGBT i zaleceń WHO. Wydawałoby się, że człowiek wykształcony, rozumny, a tu takie słowa, w takim właśnie dniu. Czy arcybiskup Głódź, który w swojej homilii mówił, iż „Kościół znalazł się dziś pod ostrzałem nihilistycznych ideologii, za którymi idzie obdzieranie z autorytetu, społecznego szacunku i godności”.

Jak widać, każda okazja dobra, by pokazać wiernym, jaki „biedny” jest dzisiaj polski Kościół. Jaki prześladowany, niszczony, krzywdzony niesprawiedliwymi ocenami. Szkoda, że żaden z tych hierarchów nie ma w sobie na tyle pokory, by zauważyć, że już dawno przestali oni być przywódcami duchowymi, a stali się politykami w sukienkach. Jakoś nie mówią nic o tym, że dzisiaj są „świętymi krowami”, które za przyzwoleniem i pełnym wsparciem PiS-u taplają się w wielkim dobrobycie, majątkami aż kłują w oczy, roszczą sobie prawo do chrystianizacji kraju, narzucając wszystkim swoje chrześcijańskie poglądy, wieszając nam krzyże, gdzie popadnie, racząc nas mszami przy każdej okazji i pouczając naród, jak ma żyć, z kim i po co.

Czyż można więc dziwić się, że z jednej strony wielbiciele takich ludzi jak Jędraszewski czy Głódź najchętniej z szabelkami w ręce ruszyliby w obronie wiary przeciwko każdemu, kogo ci panowie wskazują im jako wroga? Czyż można się dziwić, że narasta coraz większy opór oraz niechęć tych, którym z takim Kościołem od dawna nie po drodze?

Jakże chętnie obie strony wychwytują z retoryki Kościoła to, co im pasuje. Nie szczędzą słów, byle by tylko jak najmocniej dowalić, zranić do bólu, dokopać na całego. Wierni, skupieni wokół tego Kościoła, który na kilometr śmierdzi zepsuciem i nie ma nic wspólnego z tym, co głosi papież Franciszek, coraz agresywniej atakują swoich przeciwników. A to walną różańcem w głowę, to krzyżem pomachają złowrogo przed nosem, chętnie oplują, obrzucą przekleństwami rodem z rynsztoka. Pojawili się jacyś Wojownicy Maryi, którzy z mieczami w ręce i za pełnym przyzwoleniem tej czarniejszej odmiany polskiego Kościoła, będą walczyć o Polskę chrześcijańską i polską rodzinę, oczywiście opartą na ich kryteriach. Toż to nic innego jak zgoda na krucjatę, stawiającą Polaka przeciwko Polakowi, mieszającą w głowach narodu, skłócającą, niszczącą jedność obywatelską.

Druga strona nie pozostaje dłużna, więc obrywa się wszystkim, jak leci. Katolik to katolik, wrzuca się ich do jednego worka i odbiera im się prawo do własnych przekonań i własnej wiary. Ciekawe to, bo ta strona żąda dla siebie tolerancji i zrozumienia, a sama aż przebiera nóżkami, by pokazać, że ta tolerancja i to zrozumienie należy się tylko jej, ale przeciwnikom już absolutnie nie. Gdzieś na Paradzie Równości ubaw po pachy, bo ktoś przyniósł transparent, na którym Madonny tańczące wokół waginy. Ktoś tam zbezcześci krzyż i ależ „frajda”.

Coraz mocniej, silniej, ostrzej. Coraz więcej zacietrzewienia, nienawiści. I po co to wszystko? Po co czerpać wzorce od tych, którym wydaje się, iż są ponad wszystko? Są jedynymi autorytetami, choć zamieniają nasze życie w szambo? A gdzie zwykły szacunek dla drugiego człowieka, jego przekonań, wiary, prawa do życia podług własnych zasad? Dokąd zmierzamy?

Może już czas wrzucić na luz. Krytykować za zło, ale nie potępiać w czambuł. Nie budować kolejnych murów i murków. Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych, religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle tylko nie krzywdził innych ludzi i nie narzucał im siebie.

Trzeba wreszcie odsunąć się od tych, którzy naszą polskość znaczą dzisiaj nienawiścią, złością i agresją. Trzeba wreszcie pokazać tym politykom i prominentom kościelnym, że Polak to nie głupiec, swój rozum ma i wypisuje się z tej retoryki. Trzeba wreszcie piętnować za dzielenie nas jako narodu, a nie dostosowywać się i tańczyć tak, jak nam ci „pseudopasterze” zagrają. Trzeba wreszcie przestać traktować jak wroga każdego, kto myśli inaczej. Trzeba pozbyć się tych „głów”, bo za chwilę z całej ryby pozostaną już tylko cuchnące ości.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Kaczyński za pomocą Falenty dokonał zamachu stanu

10 Czer

„Pamiętajcie jedno. Możecie sobie zgłaszać różne rzeczy do prokuratury. Ona się tym zajmie. Ale nie możecie tego upubliczniać. To pisze sam Jarosław Kaczyński w pozwie. To tak na przyszłość. Ku pamięci. On nie rozumie demokracji. Nie dorasta do niej” – oznajmiła na Twitterze mecenas Dorota Brejza, prywatnie małżonka posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Brejzy.

Stało się to po tym jak lider PiS Jarosław Kaczyński pozwał Krzysztofa Brejzę o naruszenie dóbr osobistych. Chodzi mu o stwierdzenie polityka, że prezes mógł popełnić przestępstwo w sprawie spółki Srebrna. Żona pozwanego polityka ma go bronić i już przygotowała odpowiedź w sprawie.

Na razie w swoich postach na Twitterze pokazuje najciekawsze fragmenty dokumentu, który wpłynął przeciwko posłowi PO.

„Oho! Robi się ciekawie! J. Kaczyński w pozwie przeciwko Krzysztofowi Brejzie nie odbiera mu prawa do kierowania zawiadomień do prokuratury. Ale jednocześnie ocenia, że niedopuszczalne jest nagłaśnianie tego i informowanie opinii publicznej” – napisała.

„Jarosław Kaczyński pozywa Krzysztofa Brejzę za udział w konferencji i stawianie pytań w sprawie Srebrnej. Ten sam człowiek, który swoich oponentów wyzywa od zdradzieckich mord, kanalii, zarzuca udział w śmierci brata, mówi o ojkofobach i elementach animalnych. Jego uraża pytanie” – stwierdziła w kolejnym poście, w którym zamieściła też kilka fragmentów swojego pisma.

„(…) Mając na uwadze to, jakim językiem posługuje się w swojej aktywności politycznej Jarosław Kaczyński, wyrażam głębokie zdziwienie tym, że uraziła go (…) wypowiedź pozwanego Krzysztofa Brejzy” – napisała żona polityka.

Marek Falenta, biznesmen skazany w aferze podsłuchowej, w kolejnym wniosku o ułaskawienie grozi, że jeśli prezydent Andrzej Duda nie przychyli się do jego prośby, ujawni, kto za nim stał. Treść wniosku poznała „Rzeczpospolita”.

Sprowadzony do kraju Marek Falenta jest prawomocnie skazany na 2,5 roku za zlecenie podsłuchów w restauracjach. 1 lutego miał zacząć odsiadkę, ale zniknął. Złapano go w kwietniu w Hiszpanii. Do Andrzeja Dudy napisał z więzienia w Walencji. To trzeci jego wniosek o ułaskawienie – dwa poprzednie nie przyniosły efektu.

„Ten jest inny od wszystkich. Falenta przedstawia się w nim jako osoba lojalna wobec PiS i CBA, której obiecano bezkarność za odsunięcie PO od władzy” – czytamy w dzienniku.

Z treści listu dowiadujemy się, że Falenta za pomoc w podsłuchiwaniu polityków miał obiecane „wiele korzyści i łupów politycznych”. Biznesmen wyraził również żal do prezydenta Andrzeja Dudy, że ten nie ułaskawił go wcześniej. „Nie zamierzam umierać w samotności. Ujawnię zleceniodawców i wszystkie szczegóły” – pisze Falenta. Pełna treść listu w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej”.

W piśmie wymienia 12 osób – prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, ministrów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, szefa CBA Ernesta Bejdę, oficerów biura i dziennikarzy piszących o aferze.

Marek Falenta daje czas

Falenta chce być świadkiem koronnym, ale sam dodaje: „Oczywiście Zbigniew Ziobro mi tego statusu nie przyzna. Musiałby być katem własnej formacji”. „Już raz udowodniłem swoje możliwości. Po co to powtarzać?” – czytamy. W zamian za ułaskawienie Falenta proponuje wstrzymanie działań. Biznesmen daje na to miesiąc.

Na koniec swego listu Falenta zapewnia, że może przekazać kolejną kopię nagrań, i dodaje, że wielu nie upubliczniono, w tym rozmowy Mateusza Morawieckiego z prezesem banku PKO BP Zbigniewem Jagiełłą. „Pozyskałem też wiele informacji i osób dla CBA już po 2014 r. i wybuchu afery. Na wszystko posiadam dowody w postaci nagrań”– kończy Falenta.

Skazanie Marka Falenty

O tym, że Marek Falenta ma odbyć zasądzoną mu karę 2,5 roku więzienia, zdecydował 31 stycznia Sąd Apelacyjny w Warszawie. Sąd odrzucił tym samym zażalenia obrońców, którzy ubiegali się o odroczenie wykonania kary m.in. ze względu na stan zdrowia skazanego.

Marek Falenta ma odbyć karę 2,5 roku więzienia

Marek Falenta został skazany w 2016 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie na 2,5 roku więzienia, w związku z tzw. aferą podsłuchową. Wyrok uprawomocnił się w grudniu 2017 roku. Obrońcy Falenty złożyli kasację do Sądu Najwyższego.

Falenta miał stawić się w zakładzie karnym w celu odbycia kary 1 lutego, ale nie zrobił tego. Od tamtego momentu ukrywał się i był poszukiwany w związku z nakazem doprowadzenia do aresztu śledczego, który trafił do jednego ze stołecznych komisariatów 6 lutego 2019 roku. Biznesmen został zatrzymany 5 kwietnia w hiszpańskiej Walencji.

Afera taśmowa

Ujawnione w tygodniku „Wprost” nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. Sprawa dotyczyła nagrywania od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. na zlecenie Falenty w warszawskich restauracjach osób z kręgów polityki, biznesu oraz funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW – Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ – Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury i rozwoju – Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika.

Więcej w „Rzeczpospolitej”

W poniedziałek 17 czerwca ma ukazać się książka dotycząca afery podsłuchowej, będąca rezultatem wielomiesięcznego śledztwa. Jej autor jest na razie nieznany, wydawca ma ujawnić szczegóły w środę. – Z książki wynika, że Marek Falenta nie był najważniejszym elementem. Ważnym, ale nie najważniejszym – mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marcin Celiński, współzałożyciel wydawnictwa Arbitror.

Biznesmen Marek Falenta w ubiegłym tygodniu został przetransportowany do jednego z warszawskich aresztów śledczych. Trafił do celi przejściowej, gdzie w najbliższym czasie wykonane zostaną badania lekarskie. Komisja penitencjarna zadecyduje potem, do którego zakładu karnego trafi.

Marek Falenta został zatrzymany w Walencji w Hiszpanii na początku kwietnia. Biznesmen był poszukiwany Europejskiom Nakazem Aresztowania. Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym, aby odbyć karę pozbawienia wolności. W poniedziałek jednak okazało się, że napisał do prezydenta Andrzeja Dudy list, w którym domaga się ułaskawienia.

Za zlecenie nagrywania rozmów polityków m.in. Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku na 2,5 roku więzienia.

Zbigniew Ziobro skomentował wniosek Marka Falenty. „Wymyśla historie w desperacji”

Marek Falenta. Afera podsłuchowa

Wkrótce na jaw mogą wyjść kolejne fakty dotyczące Marka Falenty i afery podsłuchowej. 17 czerwca ukaże się książka na ten temat. Jej wydawcą jest firma Arbitror, która opublikowała również m.in. książkę Tomasza Piątka “Macierewicz i jego tajemnice”.

Jak mówił w rozmowie z Gazeta.pl współzałożyciel wydawnictwa Marcin Celiński, będzie to „książka śledcza dotycząca całej afery podsłuchowej”. – Z książki wynika, że Marek Falenta nie był najważniejszym elementem. Ważnym, ale nie najważniejszym – mówi.

W książce nie będzie rozmów z Markiem Falentą. Autor, którego wydawnictwo na razie nie ujawnia, zgromadził za to dokumenty, przeprowadził wywiady m.in. z pracownikami służb i z politykami. Pozycja będzie miała ok. 240 stron.

– W normalnych, demokratycznych warunkach informacje zawarte w tej książce wywołałyby wielkie zamieszanie. Jak będzie w Polsce, nie wiem – mówi Marcin Celiński.

Szczegóły dotyczące premiery książki mają zostać ujawnione w środę.

Skazany za aferę podsłuchową biznesmen Marek Falenta we wniosku o ułaskawienie skierowanym do prezydenta Andrzeja Dudy wymienił m.in. nazwisko Stanisława Kostrzewskiego, byłego skarbnika PiS. Falenta twierdzi, że miał ustalać z Kostrzewskim szczegóły dotyczące nagrań. Były skarbnik PiS już wcześniej zaprzeczał podobnym doniesieniom.

Prokuratura ma zająć się treścią wniosku o ułaskawienie skierowanym przez biznesmena Marka Falentę do prezydenta Andrzeja Dudy. Za zlecenie nagrywania rozmów m.in. polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku na dwa i pół roku więzienia.

Treść wniosku ujawniła w poniedziałek „Rzeczpospolita”. Falenta twierdził, że wpływowe osoby w Prawie i Sprawiedliwości obiecywały mu prezydenckie ułaskawienie i to z przedstawicielami partii miał ustalać szczegóły dotyczące nagrywania polityków.

Główną postacią afery według Falenty jest Stanisław Kostrzewski, bliski współpracownik prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To Kostrzewski pierwszy miał się dowiedzieć o możliwości pozyskania nagrań i polecić Falencie kontynuację działań. Skazany pisze, że spotykał się z Kostrzewskim w siedzibie PiS i w swoim biurze. Jako pierwszego na swej liście wymienia prezesa Kaczyńskiego, z którym Kostrzewski miał w 2013 r. konsultować wykorzystanie nagrań i to zaakceptować

– czytamy w „Rzeczpospolitej”.

O tym, że Kostrzewski miał rozmawiać o nagraniach z Falentą, informowała w sierpniu 2018 również „Gazeta Wyborcza”. Po publikacji „GW” ze Stanisławem Kostrzewskim rozmawiał Onet.pl. Kostrzewski stwierdził wtedy, że nigdy nie rozmawiał z Markiem Falentą, a informacje o jego kontaktach z biznesmenem to „kompletna bzdura”.

Stanisław Kostrzewski. Kim jest zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego?

70-letni Stanisław Kostrzewski przez lata był zaufanym współpracownikiem prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. Z wykształcenia jest ekonomistą.

W PRL-u był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Na początku lat 90. został urzędnikiem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, w 1991 r. trafił do Najwyższej Izby Kontroli, gdzie został dyrektorem Departamentu Organizacyjnego. W kolejnych latach pełnił funkcję dyrektora gabinetu Głównego Inspektora Pracy, a potem wiceprezesa Banku Ochrony Środowiska.

W 2000 r. współtworzył Prawo i Sprawiedliwość, odpowiadał m.in. za finanse kampanii wyborczych. Był skarbnikiem partii w latach 2000-2006 i 2009-2014. W latach 2005-2008 ponownie pełnił funkcję wiceprezesa BOŚ. Należał do komitetu politycznego partii, czyli ścisłego kierownictwa.

W 2014 r. przeszedł na emeryturę. Media spekulowały wówczas o powodach tej decyzji, sugerując, że mogły się do nich przyczynić wewnątrzpartyjne konflikty.

Jarosław Kaczyński niezbyt interesuje się finansami, ekonomia i gospodarka to też nie są jego najmocniejsze strony. Dlatego Kostrzewski był w PiS bardzo przydatny, to on organizował życie partii. Ale wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości zauważa, że Jarosława Kaczyńskiego łączyła z Kostrzewskim nie tylko praca, ale po prostu przyjaźń

– tak pisała o Kostrzewskim w 2014 r. „Polska The Times”.

Córką Stanisława Kostrzewskiego jest prezenterka telewizyjna Małgorzata Rozenek.

Ale zapowiedź ta ma dotyczyć kolejnej kadencji, co szef resortu otwarcie zadeklarował w dzisiejszym wywiadzie dla „Naszego Dziennika”, zakładając zwycięstwo obozu Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych w Polsce.

Minister uważa, iż wygrana „będzie jednocześnie sygnałem dla Unii Europejskiej, że nasz rząd nie jest rządem „przejściowym” i że wyraża wolę Polaków zdeterminowanych, by zreformować sądy”.

„Spodziewam się w związku z tym większej powściągliwości ze strony UE w ingerencjach w reformy w Polsce” – dodał minister w rozmowie z Dziennikiem.

Zbigniew Ziobro jest zdania, że „skala zewnętrznych ingerencji ze strony Unii Europejskiej, podsycanych przez totalną opozycję w Sejmie i jej destrukcyjne działania, przerosły najśmielsze oczekiwania”.

„Bitwa okazała się trudniejsza niż się wydawało, ale zwyciężymy. Dokończymy reformę” – ocenił w wywiadzie dla „ND” Ziobro.

Trzeba nam Polski uczciwej, bo ta, którą dzisiaj mamy, uczciwa nie jest

Wbrew rozpowszechnianej opinii, że opozycja nie dysponuje programem, który umożliwi jej pokonanie PiS w wyborach parlamentarnych, taki program istnieje. To piękny projekt, konkurencyjny wobec wszelkich „piątek z plusami” – projekt, który potrafi obudzić tych, którzy w dniu wyborów europejskich mieli akurat ważniejsze sprawy. Ten program jest prawie kompletny i ma już nawet nazwę: UCZCIWA POLSKA. Wystarczy go tylko ubrać w słowa i puścić w publiczny obieg.

Znają ten projekt funkcjonariusze PiS i boją się go jak ognia. Dlatego przy każdej okazji cytują swój propagandowy przekaz, że PO nie ma wyborcom nic do zaoferowania, że program opozycji to wyłącznie „antyPiS”, czyli sprzeciw wobec wszystkiego, co oferują Polakom rządzący, w tym także kwestionowanie 500 plus i wszystkich innych plusów, „które natychmiast zlikwidują, gdy tylko znowu dorwą się do koryta”.  Te kłamstwa tym się różnią od setek innych, produkowanych w Wydziale Propagandy i Agitacji KC PiS, że trudno się im przeciwstawić i ciężko je odkręcić. Wyborca ma z jednej strony tych, którzy mówią, że dadzą – i dają, a z drugiej tych, co tylko mówią, że nie zabiorą tego, co tamci dali. Polacy z grupy, która może przesądzić o wyniku wyborów, konfrontują projekt obsypywania ich żywą gotówką z koncepcją obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego, prokuratury czy urzędów jakimiś innymi ludźmi niż dotychczasowi. Do niezdecydowanych wyborców obie największe formacje mówią o demokracji, wolności, praworządności i sprawiedliwości, z tą różnicą, że jedna partia dodaje do każdego z tych haseł przymiotnik „narodowy” (premier mówił nawet o Narodowym Dniu Dziecka!) oraz nobilituje swoich zwolenników mianem „Prawdziwego Patrioty”.

Wbrew opiniom narodowych i patriotycznych mediów Platforma ma jednak swój program i bez wątpienia jest on ważny dla cywilizacyjnego i cywilizowanego rozwoju kraju, a wręcz skrojony na miarę zdrowia i życia Polaków, którzy miesiącami czekają na wizytę u lekarza, którzy nie dożywają planowego zabiegu, którzy umierają w szpitalnych izbach przyjęć.  Solidny program, w wielu miejscach tożsamy z PO, ma również od dawna Nowoczesna. Z niezrozumiałych dla mnie powodów – łącząc się w klub parlamentarny, nie udało im się połączyć obu projektów. Ustalono tylko, że wspólny program powstanie za dwa miesiące w wyniku masowych konsultacji z Polakami.

Nie czekając do lipca spieszę z propozycją projektu „Uczciwa Polska”. Jest to w istocie sprzeciw wobec rujnowania państwa oraz reakcja na bezczelną kpinę Prawa i Sprawiedliwości z zapisów prawa i poczucia sprawiedliwości. Ale projekt ten nie jest bynajmniej powrotem do tego, co było. Chodzi w nim o taką Polskę, jaka być powinna. Przyzwoitą, wiarygodną, sprawiedliwą i odporną na korupcję.  Wnoszę, by w ramach „Uczciwej Polski” ogłosić plik projektów ustaw zabezpieczających nas przed powtórnym najazdem Hunów, którzy na podbitej ziemi biorą to, na co tylko mają ochotę, bo wszystko im się należy. Wśród tych ustaw konieczna jest taka, która sprecyzuje gwarancje dla prawdziwej niezależności sędziów i prokuratorów oraz zapewni, niezależne od wpływów rządzących, procedury obsady stanowisk w administracji i gospodarce przez kandydatów najlepszych, a nie najbliższych władzy.

Projekt „Uczciwa Polska” powinien roznegliżować rządzących, pokazać, ile obłudy, pazerności i cynizmu ukrywa się pod patriotyczno-katolicko-narodowym sztafażem.  Wśród wyborczych haseł opozycji musi się więc znaleźć postulat rozliczenia afer i przekrętów nie tylko ostatnich czterech lat. Począwszy od wyprowadzania pieniędzy ze spółdzielczych kas SKOK i wspierania nimi PiS, poprzez machinacje spółki Srebrna, sprawę łapówki, którą za pośrednictwem Kaczyńskiego miał otrzymać były ksiądz, aż do odpowiedzi na pytanie, dlaczego zajmująca się tym pani prokurator nie ma dyscyplinarki za przeciąganie decyzji o wszczęciu śledztwa poza wszelkie ustawowe terminy, tylko przeciwnie, właśnie awansowała.

Czemu ślimaczą się śledztwa przeciw narodowcom, nie tylko tym, którzy symbolicznie wieszali europosłów PO ? Dlaczego ludzie w koszulkach z napisem „konstytucja” mają być dla społeczeństwa groźniejsi od hajlujących neofaszystów? Na jakiej podstawie budżet państwa zasila bezumownie imprezy, obiekty i projekty kościelne? Takie i dziesiątki podobnych pytań powinni zadawać swoim słuchaczom w terenie parlamentarzyści z połączonego klubu. Muszą przekonywać, że trzeba nam Polski uczciwej, bo ta, którą dzisiaj mamy, uczciwa nie jest. Dowodów nie brakuje. Kominowe wynagrodzenia dla partaczy i szkodników rządzących polską administracją i gospodarką, sute premie inkasowane z tego tylko powodu, że się należą, wielotysięczne odprawy za zdemolowanie systemu oświaty czy próby zamiany policji państwowej w partyjną, dojazdy do pracy kawalkadą wypasionych fur i powroty do domu wojskowymi samolotami… Każdego dnia przybywa takich zdarzeń z udziałem rządzących, które domagają się wyjaśnień i konkretnej reakcji, a nie tylko bezradnego wołania o pomstę do nieba.

Może uda się przekonać, choćby tylko niektórych spośród zachwyconych wyborczymi prezentami dobrego wujka Kaczyńskiego, że PiS dzieli się z Polakami szabrowanymi dobrami nie dlatego, że tak bardzo nas kocha, i nie tylko, by przekupić wyborców, ale również po to, żeby zapewnić sobie bezkarność, czyniąc z nas wspólników rozkradania Polski.

PS. Każda partia polityczna powinna mieć precyzyjny program i wiarygodny obraz przyszłych rządów. Ale ma też trochę racji Marek Borowski, który żądającym jakiejś porywającej wizji, konkurencyjnej wobec PiS-owskiego programu rozdawnictwa, mówi: – Polska się pali, a wy pytacie walczących z ogniem strażaków o plany przeciwpożarowego zabezpieczenia pogorzeliska?

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Zbigniew Ziobro będzie siedział, bardzo zasłużył na to

26 Maj

Patryk Wachowiec z Forum Obywatelskiego Rozwoju zapowiedział złożenie do prokuratury wniosku ws. ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro.

Jak działa państwo mafijne don Corleone Kaczyńskiego?

23 Maj

„Gazeta Wyborcza” ujawnia, że w mieszkaniu prezes Trybunału Konstytucyjnego, Julii Przyłębskiej odbywają się cykliczne spotkania, w których uczestniczy prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki. Rozmówcy z rządu w rozmowie z GW podkreślają wprost, że to ważny ośrodek władzy.  Mieszkanie mieści się w reprezentacyjnym budynku z balkonami i dużymi oknami naprzeciwko TK. Obok swoje siedziby mają Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Edukacji Narodowej, niedaleko jest kancelaria premiera. W PiS od dawna narasta niezadowolenie, że partyjna siedziba przy ul. Nowogrodzkiej nie jest jedynym centrum decyzyjnym.

Jarosław Kaczyński skomentował publiczne swoje kontakty z prezes TK 13 maja w programie „Pytanie na śniadanie” w TVP 2. Niespodziewanie ujawnił w nim, że Przyłębska „jest jego towarzyskim odkryciem ostatnich lat” i bardzo lubi u niej bywać, a spotkania mimo pełnionej przez nią funkcji mają prywatny charakter.

Wypowiedź ta (temat przyjaźni prezesa PiS miał być jednym z zaplanowanych przez jego PR-owców tematów rozmowy) padła w czasie, gdy GW zaczęło prowadzić dziennikarskie śledztwo w sprawie spotkań w warszawskim mieszkaniu. Gazecie powiedział o nich jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości – czytamy w portalu. Po telewizyjnych występach prezesa PiS kontrolę w budynku przy al. Szucha przeprowadziła Służba Ochrony Państwa. Pracownicy zostali poinstruowani przez SOP o zachowaniu zasad RODO i ochronie danych osobowych.

>>>

Jarosław Kaczyński przyjeżdża do Przyłębskiej dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Czasami niesie reklamówkę, a towarzyszący mu ochroniarz teczkę z dokumentami. Budynek jest chroniony, a gości wita konsjerż. Prywatni ochroniarze lidera PiS czekają w recepcji budynku. Pod koniec 2017 r. w spotkaniach zaczął uczestniczyć Morawiecki, wtedy jeszcze wicepremier i minister finansów. Według informatorów z PiS to właśnie w mieszkaniu Przyłębskiej miał się narodzić kształt jego rządu. Wpływy Przyłębskiej w obozie władzy wyraźnie rosną. Według informatora z PiS trzyma ona stronę premiera w stałym sporze Morawieckiego z Ziobrą. Rozmówcy GW z rządu opowiadają, że doradcy premiera pytają jeden drugiego, kto „powiadomi Julię” o konkretnej decyzji.

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek, biuro prasowe premiera i rzecznika TK na pytania „GW” w sprawie spotkań na Szucha nie odpowiada. Odpowiedział jedynie Jakub Kozłowski, rzecznik TK. Stwierdził, że spotkania „mają charakter towarzyski i nie są związane z wykonywaniem funkcji publicznych przez osoby, które w nich uczestniczą”. W ubiegłym tygodniu wicemarszałek Senatu Adam Bielan twierdził w TVN 24, że Kaczyński nie rozmawia z Przyłębską o działalności TK.

– Takie sytuacje są nie do wyobrażenia – powiedział „Wyborczej” były prezes Trybunału prof. Andrzej Rzepliński. Jak podkreślił, on takich towarzyskich relacji ze sprawującymi władzę politykami nie miał, bo nie było na to ochoty ani z ich, ani z jego strony. – Polska już nie jest demokratycznym krajem – powiedział prof. Rzepliński.

Przypomnijmy: prezes Przyłębska zaczęła awansować za „dobrej zmiany”. W przeszłości była sędzią sądów w Poznaniu i pracownikiem ambasady w Berlinie. W 2016 r. głosami PiS została wybrana w skład Trybunału, a od 21 grudnia tamtego roku jest jego prezesem. W 2018 r. odebrała nagrodę Człowieka Wolności tygodnika „Sieci”. Na towarzyszącej temu gali, transmitowanej przez TVP, zjawiły się wszystkie najważniejsze osoby w kraju.

Dzisiejszy układ sił w Polsce zaczyna przypominać ten, opisany przez Bálinta Magyara w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”. Pisze on m.in.: „Centrum podejmujące rzeczywiste decyzje polityczne i gospodarcze przesunęło się ze sformalizowanych i posiadających legalną legitymację ośrodków rządowych, a nawet z partyjnego politbiura, do „polipbiura” należącego do adopcyjnej rodziny politycznej. (…) Rzeczywiste centrum władzy w państwie mafijnym znajduje się w rękach wąskich, najwyższych kręgów rodziny politycznej, a nie w sformalizowanej instytucji posiadającej legalne kompetencje” (cytujemy za „Gazetą Wyborczą”, która przedrukowała fragmenty książki).

W odpowiedzi na wstrząsający dokument braci Sekielskich Jarosław Kaczyński zarządził natychmiastowe wniesienie pod obrady Sejmu nowej wersji Kodeksu Karnego, który od pewnego czasu pitrasił po cichu Zbigniew Ziobro. Na chybcika dopisano tam kilka zmian, reklamowanych jako „młot na pedofilów”.  Prawnicy przecierają oczy ze zdumienia. Nie dość, że cała ustawa pełna jest niedopowiedzeń i niekonsekwencji, to zmiany w art. 200 nowego KK sprzyjają bynajmniej nie ofiarom pedofilii, a tym, którzy mają wiedzę o tym obrzydliwy procederze, pomagają pedofilom i ich wspierają! Zmiany te zapewniają bezkarność ludziom, którzy sprzyjają przestępcom i pośrednio uczestniczą w haniebnych czynach, doprowadzając do kontaktu pedofila z dzieckiem celowo lub wskutek braku odpowiedniego nadzoru. Domyślności Czytelników pozostawiam odpowiedź na pytanie – kogo chronią nowe przepisy?

W obliczu zagrożenia, że partie opozycyjne zdobędą społeczne poparcie dla takiej komisji badającej pedofilię w Kościele, która mogłaby oskarżyć zaprzyjaźnionych z PiS hierarchów, prezes zdecydował się powołać swoją komisję, badającą przypadki pedofilii – wszędzie. Wszędzie, czyli nigdzie. To tak, jakby kazał utworzyć komisję do zbadania wszelkich przypadków zabójstw albo kradzieży w celu zidentyfikowania każdego mordercy i złodzieja. A przecież od tego są organy ścigania. Natomiast politycy są od tego, żeby tym organom dać do ręki odpowiednie narzędzia. Odpowiednie, czyli niekoniecznie prymitywne maczugi. Niewiele się zmieni, jeśli za morderstwo karać będziemy wbijaniem na pal, a za kradzież obcięciem ręki.

Samo podniesienie górnej granicy kary za pedofilię nie ograniczy jej rozmiaru, a już na pewno nie w Kościele, jeśli prokuratorzy traktować będą przestępców w koloratkach tak jak poseł Piotrowicz księdza z Tylawy. Żadnego pedofila nie odstraszy nawet najsurowsza kara, jeśli wszczynane sprawy przeciągane będą aż do przedawnienia.  Również upublicznienie rejestru pedofilów nie zmniejszy skali problemu, dopóki niektórzy z nich mogą liczyć na wykreślenie ze spisu lub utajnienie swego skazania.  A już na pewno nie rozwiążemy sprawy, jeśli biskupi stanowić będą jedyną grupę, której nie dotyczy polskie prawo.

Nasze prawo karze za współudział w przestępstwie i pomoc udzielaną przestępcom. Biskupi o tym wiedzą. Mają świadomość, że molestowanie, a przede wszystkim gwałt na dziecku, to ohydne przestępstwo. Wiedzą zatem, że sprawcy, którzy przychodzą do nich po ratunek (a czasem nawet nie muszą o to prosić), to przestępcy. A zatem mają świadomość, że pomoc udzielana przestępcy oraz ukrywanie jego czynów można traktować jak współudział w przestępstwie. I godzą się z tym, bo wiedzą, że przy tej władzy nigdy nie ujrzą ani kajdanek ani nawet pisma z prokuratury.

Licząc na dalsze wsparcie hierarchów w kolejnych kampaniach wyborczych, Kaczyński opowiada dyrdymały, jakby miał nas za głupków. Ale tak naprawdę sam robi z siebie durnia głosząc, że pedofilia w Kościele różni się od pedofilii wśród murarzy czy bezrobotnych tylko tym, że wśród księży występuje rzadziej. Tylko podły cynik albo ktoś słabujący na umyśle nie dostrzeże, że nie murarze i nie bezrobotni poczuwają się do formułowania norm moralnych i wskazywania ludziom drogi do prawdy. I nie murarzom ani bezrobotnym powierzamy z ufnością nasze dzieci w przekonaniu, że akurat tam nikt je nie skrzywdzi.

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński albo rżnie głupa – jak mówią w mojej okolicy – albo los naszych dzieci jest mu doskonale obojętny. W końcu to nie jego dzieci.

Dlaczego Zbigniew Ziobro i rządząca partia nie wszczynają śledztw w przypadku oczywistych przestępstw i to zagrożonych wysoką sankcją? – pytają politycy PO. Chodzi o przypadki pedofilii w Kościele wskazane w raporcie Konferencji Episkopatu Polski. Posłowie Sławomir Nitras i Cezary Tomczyk składają do prokuratury zawiadomienie o bezczynności ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Państwo nie działa

– Polacy zawsze muszą mieć świadomość, że państwo działa w ich interesie i stanie po stronie ofiar. W ciągu ostatnich 4 lat zobaczyliśmy, że państwo PiS nie stanęło na wysokości zadania, nie stanęło po stronie dzieci i ofiar. Sprawa jest poważna, bo dotyczy tych najsłabszych. W raporcie są twarde dane, a mimo to prokuratura Zbigniewa Ziobry nie zrobiła w tej sprawie nic – mówił na konferencji prasowej poseł Cezary Tomczyk.

Chodzi o przedstawiony w połowie marca raport Konferencji Episkopatu Polski mówiący o przypadkach pedofilii wśród księży i zakonników. Mówi on o 382 przypadkach duchownych, którzy skrzywdzili dzieci wykorzystując je seksualnie. W raporcie mowa jest w sumie o 625 skrzywdzonych dzieciach. Dane pochodzą z 74 zakonów oraz 41 diecezji.

Z zestawienia wynika, że co najmniej 120 przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich nie zostało zgłoszonych właściwym organom państwa.

„Zbigniew Ziobro łamie prawo”

Politycy PO podkreślają, że mija już kolejny dzień dyskusji o raporcie Konferencji Episkopatu Polski, a minister sprawiedliwości i prokurator generalny nie zrobił nic.

– Naszym zdaniem Zbigniew Ziobro łamie przepisy Kodeksu karnego, a konkretnie art. 231, nie wszczynając śledztw w przypadku ewidentnego złamania prawa w przypadku pedofilii – tłumaczy poseł Sławomir Nitras.

Dlatego posłowie Platformy zdecydowali się złożyć zawiadomienie o bezczynności działań Zbigniewa Ziobry.

– Gdzie są dzisiaj organy ścigania? Dlaczego o 6 rano nie są tam, gdzie ich miejsce i gdzie są przestępcy? Dlaczego nie pomaga ofiarom i próbuje zamiatać tę wielką aferę pod dywan?! – pyta Cezary Tomczyk.

Zapowiada, że jedną z pierwszych decyzji nowego rządu po wygranych przez Koalicję Europejską wyborach będzie decyzja o powołaniu Komisji Prawdy, która „w sposób niezależny od polityków będzie mogła wyjaśnić wszystkie nieprawidłowości związane z działalnością instytucji państwa, tak aby żadne dziecko nie zostało skrzywdzone”.

„Biznesmen Bogdan Szagdaj i przedziwna transakcja z M. Morawieckim. W 2002 nabył udział 1/4 działki od Morawieckich, później ten udział im zbył… Jaki był jej sens? Domyślacie się już?” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza.

Poseł PO dołączył wypisy z ksiąg wieczystych.

W kolejnym wpisie Brejza dodał: – „Wg kelnera z Sowy istnieje nieujawnione jeszcze nagranie, na którym premier Morawiecki ma mówić o kupowaniu nieruchomości na podstawione osoby”. Tu pojawił się fragment zeznania rzeczonego kelnera, które opublikował onet.pl.

„Kasa za coś, za co miał zapłacić, a nie mógł legalnie. Czyli „pod stołem”, ale „na stole””; – „Dobrze rozumiem, że kupujący kawałek działki od Morawieckiego odsprzedał ją z powrotem Morawieckiemu, uzyskując znaczący dochód, i to nieopodatkowany?”;

„Atmosfera wokół działki premiera rządu o „nieskazitelnie czystych rękach” i „emanującego transparentnością” zagęszcza się tak, że już teraz można zawiesić siekierę” – odpowiadali posłowi internauci.

Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy – mówi Krzysztof Brejza w rozmowie z Magdą Jethon.

Magda Jethon: – Od dawna jest Pan taki waleczny?

Krzysztof Brejza: – Mam to w genach. Cała moja rodzina jest taka. Ojciec działał w NZS, po latach został odznaczony za walkę z komuną, jego brat, walkę z komuną w stanie wojennym przypłacił życiem. Gdzieś w genotypie mam waleczność, aktywność, opór wobec niesprawiedliwości oraz wewnętrzny sprzeciw na ograniczanie wolności.

Budzi Pan skrajne emocje, od uwielbienia po bezgraniczną nienawiść. A wszystko dlatego, że ciągle pyta Pan, jak nie o premie, to o 50 tys. łapówki albo o panią Basią itd.

Muszę i chcę to robić. 26 maja Polska podejmie decyzję, czy jest krajem Zachodu, czy Wschodu. Dlatego muszę pokazywać tę wschodnią „hipokryzyjną” twarz PiS-u. Nie wiem, dlaczego taką budzę nienawiść wśród polityków tej partii, czy dlatego, że pokazuję prawdę? Ostatnio pani Kempa powiedziała: – „Z nim nigdy nie usiądę do stołu, to jest taki jedyny poseł PO”. Nie użyła mojego nazwiska, ale z obrzydzeniem mówiła, że takich ludzi, jak ja nie powinno być w polityce. Krzywdy jej w życiu nie zrobiłem, no, może jedną – ujawniłem system drugich pensji, pseudo nagród, które zaczęli sobie wypłacać. Dostali po kieszeni i to ich bardzo zabolało. Resentyment czysto ekonomiczny. A tam, gdzie boli finansowo, tam rodzi się nienawiść do Brejzy, który wykonuje swoje zadania.

Jest Pan bezlitosny…

Nie lubię kłamstw ani tej pato-polityki narzucanej przez PiS, ale staram się działać tak, żeby nie używać argumentów personalnych. Zawsze działam w oparciu o merytorykę, dokumenty, pytania, precyzyjne kwoty, precyzyjne umowy. Jeżeli zarzucam komuś kłamstwa, to precyzyjnie i rzeczywiście bezlitośnie dopytuję do końca. Takie jest główne zadanie opozycji.

Najgłośniejsza afera to te słynne już premie…

Tak i jestem z niej dumny, bo doprowadziła do największego tąpnięcia w historii badań opinii publicznej. PiS przekraczał wówczas w niektórych badaniach 50 proc.; szli szlakiem Fideszu Orbana. Po ujawnieniu tych premii spadło im do 38, 37, to było wielkie tąpnięcie w kwietniu 2018. Wybiłem im te populistyczne zęby. Do dziś nie mogą się ponad ten pułap podnieść. Uważam, że z nimi trzeba walczyć w ten sposób. Oczywiście obrona sądów, trójpodział władz są bardzo ważne, ale arogancja władzy to jest to, co trzeba pokazać elektoratowi, bo PiS jest najbardziej arogancką ekipą w historii Polski.

A jak prezes spogląda na Pana podczas „mijanek” korytarzowych w Sejmie?

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek minał się z prezesem Kaczyńskim. On po Sejmie chodzi bocznymi korytarzami obstawiony ochroniarzami, trudno się z nim minąć. U większości posłów PiS widać wielkie zacietrzewienie i nieracjonalną nienawiść. Ale uwaga, jest niewielka grupka posłów PiS, którzy z sympatią i uznaniem patrzą na moją pracę, ale ich nie wymienię, bo nie znajdą się na listach wyborczych.

Poseł ma instrumenty do kontroli rządzących w postaci interpelacji czy interwencji, ale czy obecna władza zawsze na nie odpowiada?

Interpelacja, zapytania bywają nieskuteczne. Interwencje poselskie również podejmuję, ale  moim ulubionym środkiem pracy poselskiej jest wniosek o dostęp do informacji publicznej. Bo tylko ten wniosek daje możliwość odwołania do sądu. Oni wiedzą, że jeżeli w ciągu 14 dni nie odpowiedzą, to ja składam skargę do WSA i rozpoczynamy sprawę w trybie administracyjnym. Wtedy sąd ostatecznie może ich przymusić do odpowiedzi. I tu już zaczynają się inne rozmowy. Na interpelacje Macierewicz nie odpowiadał przez 500 dni, a premier na interwencję nie odpowiada już kilkadziesiąt dni. Wnioski o dostęp do informacji publicznej są dużo skuteczniejsze, ale wymagają precyzji prawniczej, muszą być dobrze sformułowane, są jednak teraz moim głównym orężem walki.

Sam Pan to wszystko przygotowuje?

Mam dwoje asystentów, a dokładnie jednego i pół etatu asystentki. Wstaję o 6., zaczynam pisać od 7. Przeważnie robię wszystko sam.  Do asystenta należy obsługa skrzynek, Twittera, e-maila. Od 1 lutego zaliczyłem bodaj 3,5 tys. interwencji i wniosków w trybie ustawowym. To wszystko są problemy ważne dla Polaków, afery, podejrzane kwoty płynące chociażby do Rydzyka, który np. dostał dla telewizji Trwam, telewizji o oglądalności osiedlowej kablówki, półtora miliona złotych z państwowej agencji. Godzina programu dwóch gadających głów, zestresowanego dziennikarza z TV Trwam i pani urzędniczki, która powinna to robić w godzinach pracy, kosztuje 20 parę tysięcy złotych. Takich programów powstaje kilkadziesiąt, za półtora miliona złotych.

Skąd Pan wie, kogo, o co i kiedy pytać?

Intuicja. Mam nosa, zadaję pytanie i kiedy czuję w odpowiedzi, a to widać nawet w języku urzędniczym, że coś kręcą, to dociskam, dopytuję kolejne instytucje i worek się wysypuje.

Rozumiem, że nie buduje Pan swojego wizerunku przy pomocy poradników. Wiem też, że śmiał się pan z tego, iż ponoć Ziobro ma cały regał poradników od wizerunku. Dlaczego więc nie chce Pan być zapamiętany jako poseł śledczy, kiedy pana działania świadczą o tym, że jest pan dociekliwy, rzetelny, konsekwentny, pracowity?

Nie chcę się zawężać do roli śledczego. Potrafię robić i inne rzeczy. Występuję w programach, w debatach, wiele hipokryzji PiS udało mi się udokumentować w komisji Amber Gold, która okazała się ich wielką kompromitacją.

A propos komisji Amber Gold, kilka dni temu zakończyła ona prace. Telewizja Kurskiego transmitowała najpierw prawie godzinne wystąpienia przewodniczącej Wassermann z PiS, potem równie długie posła PiS Krajewskiego. Następnie udzielono Panu głosu, ale po kilku Pana zdaniach TVPis przerwała transmisję. 

Naprawdę!? Nie wiedziałem o tym.

Przerwano Pańską wypowiedź w połowie zdania …

Nie wierzę! Może dlatego, że mówiłem o tym, jak funkcjonariusz TVPis niszczył prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To było zaraz po jego przesłuchaniu. Biegł za nim niejaki Sitek i w sposób agresywny, wbijając mu mikrofon pod usta, pytał, kim jest Paweł Adamowicz na liście klientów Amber Gold. Podłość tego pytania polegała na tym, że na liście klientów Amber Gold nie było prezydenta Gdańska. Oni to doskonale wiedzieli. Mają cały aparat szczucia, prokuraturę, służby, ABW, CBA, komisję śledczą i świadomie wypuszczają takie insynuacje. Doskonale wiedzieli, że Paweł Adamowicz nie lokował środków w Amber Gold. Na liście klientów, na której było kilkadziesiąt tysięcy osób, osobiście znalazłem człowieka o nazwisku Adamowicz, ale z miejscowości odległej o kilkaset kilometrów od Gdańska. To była zupełnie inna osoba. I oni to doskonale wiedzieli, ale ich zamiarem jest szczuć i zniszczyć.

Ma Pan o tyle dobrą sytuację, że jest Pan prawnikiem, czyli trudniej Pana zastraszyć. Dostaje Pan jakieś pisma przedprocesowe?

Dostaję, głównie z powodu SKOK-ów. Poza tym sam Kaczyński straszył mnie trybem karnym z art. 212 w sprawie Srebrnej. Otrzymalem od niego pozew.  Dostaję też mnóstwo chamskich pogróżek. Wczoraj do biura dzwoniło kilka osób rzucając, przepraszam, k… i ch… na mnie, to jest elektorat tego środowiska, tej populistycznej partii. I wczoraj też dostałem wiadomość, proszę zobaczyć, od pana, który istnieje, bo na Twitterze ma profil, pan Jacek Doniewski: „won z mojej ojczyzny, życzę nagłej i niespodziewanej śmierci”, to przyszło na moją pocztę sejmową. To są te emocje, które radykalni populiści wywołują w ludziach.

Coś Pan z tym zrobi? To są przecież groźby karalne!

Zgłoszę na policję.

Poniósł Pan jakieś straty materialne w związku ze swoją działalnością?

Na razie nie, no oprócz tego, że Kaczyński za ujawnienie drugich pensji obciął nam wynagrodzenie o jedną trzecią. Ale mówię: Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy.

Czuje się Pan zagrożony na ulicy?

Nigdy tak się nie czułem, ale ostatnio szliśmy z senatorami na konwencję Koalicji Europejskiej i na Placu Trzech Krzyży w Warszawie starsza pani podeszła i uderzyła mnie w głowę, krzycząc „zdrajca” i „hańba”. Zrozumiałem wtedy, że przemoc zaczyna się rodzić w jakiejś części elektoratu PiS, że ludziom puszczają nerwy. I pierwszy raz poczułem się zagrożony.

Mówi Pan, że jest wyczulony na prowokacje?

Mam niezłą intuicję, wyczuwam takie rzeczy. Dostaję dużo mejli, często czuję, że coś jest nie tak. Potrafię wyczuć, że ta konkretna propozycja spotkania, kontaktu, że niby ktoś ma mi coś do przekazania, jest podejrzana. Intuicja to mój najlepszy doradca, który pomaga mi to wszystko przefiltrować. Ograniczam oczywiście miejsca, w których umawiam się na spotkania. Nie chodzę po pubach.

A pożar w Pańskiej kamienicy przestraszył Pana?

Wtedy się przestraszyłem, bo pożar objął rury instalacji gazowej pod oknem moich dzieci. Pożar jednak wyśmiano, mimo iż wiadomo na pewno, że doszło do celowego podpalenia (a nie do zaprószenia od niedopałka), a prokuratura źle zabezpieczyła materiały dowodowe, co uniemożliwiło poczynienia dalszych ustaleń.  Sprawcą nie jest wcale zatrzymany sąsiad, sprawca jest nadal nieznany. Takie są ustalenia prokuratury, ale już nie chce tego nagłaśniać.

Tata mówi czasem – synku dosyć, bo nas wszystkich zmiażdżą?

Nie, mój tata jest samorządowcem z krwi i kości. Po 250 audycjach szczujni TVPiS dostał znacznie lepszy wynik niż w poprzednich wyborach i wygrał w pierwszej turze. Uzyskał najlepszy wynik spośród prezydentów w województwie i jeden z najlepszych w Polsce. Widzę ogrom poparcia i sympatii dla mojego ojca, również i dla mnie. Widzę, że ludzie są po naszej stronie, bo ludzie nie są głupi, nie dają się na tę propagandę nabrać.

A żona nie mówi – masz trójkę dzieci, zastanów się, co robisz.

Nie, choć często sie martwi o mnie. Ale moja żona jest też prawnikiem, adwokatem, wszystko rozumie, a do tego jest pełna empatii i ma bardzo głęboką wrażliwość na drugiego człowieka. Krótko mówiąc – bardzo mnie wspiera. Także merytorycznie. Prowadzi wiele z moich spraw sądowych.

Jak Pan to wszystko ogarnia? Ma Pan jakiś program do zarządzania czasem?

Nie, nie mam żadnego programu, mam kalendarz w głowie, zbieram wszystko w postaci mejli, oczywiście dobrze otagowanych, to najprostsza metoda, inaczej byśmy się pogubili. Mam też skrzynki na interwencje i interpelacje. Poza tym mam bardzo fajne tablice sucho ścieralne. I w biurze, i w domu mam jedną wielką tablicę z interwencjami.

W domu?

W domu. Na korytarzu, taką podświetlaną, a na niej porozpisywane wszystkie interwencje i interpelacje.

Z sypialni ją widać?

Jak przechodzę z sypialni do salonu, to czasem się przy niej zatrzymuję, nie ukrywam. Ale czasy są takie, że trzeba działać. Przyszedł moment, że trzeba było zawiesić tę tablicę, ale kiedyś ją zdejmiemy.

Śnią się Panu interpelacje?

Mam w sobie obowiązkowość i bardzo nie lubię, jak o czymś zapomnę. Pojawiają się wtedy zwyczajne wyrzuty sumienia. Zdaję sobie sprawę, że masa mejli, pism kierowanych do mojego biura, wiadomości na Facebooku może w natłoku do mnie nie trafić. I choć wiem, że  jedna osoba nie jest w stanie fizycznie tego wszystkiego obrobić, to jednak nie daje mi to spokoju.

Wiemy, że każda władza kiedyś przegra, kiedy wg Pana zacznie się początek upadku tej władzy?

Już nastąpił po publikacji filmu Sekielskich, który miał ponad 20 milionów odtworzeń, tego się nie da zatrzymać. Jeżeli Sekielski zdąży jeszcze zrobić film o SKOK-ach, czyli o kuźni kasy ludzi PiS, to będzie już ostateczne dobicie. Koalicja Europejska 26 maja musi wygrać wybory. Apeluję, żeby poprzeć listę Koalicji Europejskiej, bo to są wybory zero-jedynkowe. Nie zróbmy błędu z 2015 r., kiedy mniejsze ugrupowania nie przekroczyły progów, a ich stracone głosy przeszły na PiS. Ordynacja d’Hontowska jest bezlitosna – albo Koalicja Europejska, albo PiS, każdy głos nie na Koalicję Europejską jest głosem de facto na Kaczyńskiego.

Chce Pan zostać europosłem. Jaką rolę widzi Pan dla siebie w PE?

Bardzo mnie interesuje cyberbezpieczeństwo Polski i UE. Wyczuwam też potrzebę budowy narracji dla ludzi młodych w Polsce, żeby wiedzieli, czym jest UE, ponieważ widzę duże zagrożenia ze strony ruchów antyeuropejskich, różnych trolli, które mają zniszczyć UE od środka. Te trolle docierają do nas, bardzo często są inspirowane przez naszego wschodniego sąsiada, czyli Rosję: to jest Aleksander Dugin, który buduje wielki projekt Eurazji, partia Jedna Rosja, która ma zniszczyć upadłą Europę, bo świat cywilizacji północnoatlantyckiej jest wg niej zgniły. Tu oczywiście nie wjadą żadne czołgi – to będzie potężna wojna informacyjna. Jej celem jest rozbicie UE, żeby Europa była znów podzielona, skłócona i słaba. W takiej Europie nie będzie już miejsca dla Polski. Nasz kraj w sposób naturalny podryfuje na Wschód. Do tego nie można dopuścić.

A kto w takim razie będzie śledził polskie afery, kiedy przeniesie się Pan do Europarlamentu?

Będę śledził je w dwójnasób, bo będę miał do tego dużo lepsze warunki, nie jednego asystenta, ale pięciu albo siedmiu. To już nie będzie jednoosobowa robota Brejzy. Stworzymy naprawdę dobrą drużynę. Musimy przedefiniować pracę eurodeputowanego. Ludzie myślą, że wyjazd posła do Parlamentu Europejskiego, to wakacje all inclusive, to placówka, na której można odpocząć przez pięć lat, popijając wino. Nie. Tam trzeba pracować dla Polski i dla UE. Równocześnie można i trzeba pracować dla swojego regionu. Mój teren to województwo kujawsko-pomorskie. Tu są bardzo ważne miasta Bydgoszcz, Toruń, Włocławek, Grudziądz, Inowrocław i mnóstwo innych. Powtarzam, eurodeputowany jedzie do pracy, a nie na wycieczkę czy wakacje all inclusive.

Czyli jeśli Pan dostanie się do PE, planuje Pan wykonywać podwójną pracę?

Tak, na dwie nogi, jedną brukselską, drugą krajową, regionalną. Będę jeszcze aktywniej działać w Polsce – obiecuję! Tam cyberbezpieczeństwo, sprawy obrony i wojny informacyjnej, która jest toczona z nami, a tu w Polsce sprawy bieżące, których nie brakuje i nie zabraknie.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Pisowcy popuszczają po butach, szykuje się wyborczy wpieprz

10 Maj

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże nie są wiarygodne dla Beaty Mazurek. „Ten »wzrost« poparcia dla KE musi mieć mocne podstawy. Prawdopodobnie jest to wynik blamażu Jażdżewskiego i Tuska oraz brutalnego ataku na Kościół i wizerunek Matki Bożej. Pewnie Cimoszewicz odjeżdżając z miejsca wypadku dołożył swoje. Śmieszny sondaż” – napisała w swoim stylu polityczka.

Kontrowersyjny post Mazurek skrytykowany został przez internautów. Rzeczniczce rządu odpisał m.in. Krzysztof Bukiel, lekarz i przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Lekarzy. „A może to, że »polski pacjent« umiera w kolejkach do leczenia, a pieniądze publiczne szerokim strumieniem płyną na wszystko inne, tylko nie na zdrowie?” – napisał pochodzący ze Szczecina doktor.

Dzisiejsza okładka „Super Expressu” wywołała niemałe emocje. Przypomnij, że na okładce tabloidu umieszczono napis „Morawiecki adoptował dwoje dzieci” i zdjęcie przedstawiające premiera wraz z dwójką pociech.

Informacje podane przez dziennik mają pochodzić z książki „Delfin” autorstwa Jakuba i Piotra Gajdzińskich.

„Super Express” został mocno skrytykowany przez przedstawicieli innych mediów oraz polityków wszystkich opcji politycznych. Zdaniem dziennikarzy portalu natemat.pl sprawa może być jednak polityczną ustawką.

Redakcja internetowego portalu miała dotrzeć do jednego z polityków PiS, który stwierdził, że treść okładki dzisiejszego numer „SE” została uzgodniona z głównym zainteresowanym.

Sytuacja wzbudziła również reakcje ze strony innych dziennikarzy. „Pan Dworczyk udaje, że nie wie, iż sprawę rozdmuchał tabloid? Notabene bardzo przychylny obozowi władzy? O adopcji pisała w 2016 »Gazeta Wyborcza«, trudno więc mówić o naruszeniu jakiejś wielkiej tajemnicy. Czy to uprawdopodobnia tezę o PR-owej zagrywce? Jak uważacie?” – zapytała na swoim Twitterze dziennikarka telewizyjna Hanna Lis.

Także publicysta „Gazety Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skomentował zamieszanie. „W sierpniu 2016 r. w obszernej sylwetce @MorawieckiM autorstwa Witolda Gadomskiego pisaliśmy o adoptowanym dziecku premiera. Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję” – stwierdził Wieliński.

Liczni internauci wskazują, że tabloid częściowo utrzymuje się z reklam Skarbu Państwa i od dłuższego czasu jest powiązany z PiS-em. Krytycy wskazują, że gazeta zwyczajnie nie odważyłaby się na taką publikację bez zezwolenia z góry.

W jutrzejszym numerze „SE” ma ukazać się wywiad z szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michałem Dworczykiem. Część wywiadu udostępniona została na Twitterze przez Grzegorza Zasępę, redaktora naczelnego bulwarówki. Dworczyk w swoich wypowiedziach nie zaatakował dziennikarzy odpowiedzialnych za dzisiejsze wydanie „SE”, oberwało się za to autorom książki „Delfin”… Czy ta sprawa faktycznie ma drugie dno?

„Z dużym zaniepokojeniem zauważyliśmy wczoraj na stronach sejmowych projekt ustawy o budowie Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. W naszej ocenie, w ocenie władz miasta Gdańska, jest to kolejna próba przejęcia Westerplatte dla celów bardzo jasno określonych, dla celów politycznych” – mówi na filmiku dodanym przez siebie na Twitterze Aleksandra Dulkiewicz.

„Złożyła ten projekt grupa posłów na czele z posłem Kazimierzem Smolińskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości z województwa pomorskiego. Nie wiemy oczywiście, jaka będzie droga Sejmowa tego projektu ustawy. Natomiast dzisiaj ja jako prezydent miasta Gdańska mogę wyrazić głębokie zaniepokojone, że tylnymi drzwiami, skróconą ścieżką legislacyjną prowadzoną przez grupę posłów, próbuje się zabrać gdańszczankom, gdańszczanom, Polkom i Polakom Westerplatte pod określone cele polityczne” – kontynuuje prezydent Gdańska.

Inicjatywa posłów PiS to kolejna już próba zmierzająca do zawłaszczenia historii Trójmiasta. Obecne działania partii rządzącej poprzedziły już propagandowe manewry prowadzone wokół Muzeum II Wojny Światowej oraz Placu „Solidarności”.

Opisywany przez Dulkiewicz projekt ma zakończyć się budową na Westerplatte punktu należącego do pisowskiego Muzeum II Wojny Światowej.

„Pomimo 79 lat, jakie upłynęły od pierwszych strzałów oddanych z pokładu niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein do polskich żołnierzy stacjonujących w Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Westerplatte nie zostało zagospodarowane w sposób adekwatny do swojej ogólnonarodowej rangi oraz międzynarodowego znaczenia” – czytamy na łamach projektu ustawy „O inwestycjach w zakresie budowy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 – Oddziału Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

>>>

Po nabożeństwie z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej i uroczystym złożeniu kwiatów u stóp pomnika ofiar tej tragedii, na pl. Piłsudskiego w Warszawie, na monument wspiął się mężczyzna pragnący rozwinąć na szczycie transparent i krzyknął w stronę Kaczyńskiego: „Kiedy wreszcie skończysz tę szopkę? Dziewięć lat, kiedy przestaniesz oszukiwać ludzi; gdzie jest wrak?”

Arkadiusz Sz. działacz organizacji Obywatele Solidarni w Akcji (OSA), został zatrzymany przez policję.

Jak ustalił FAKT24 wcześniej organizował on „kontrmiesięcznice” smoleńskie w proteście przeciw wykorzystywaniu katastrofy do celów politycznych.

Przypomnijmy: 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 wiozącego delegację na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka, najwyżsi dowódcy wojska i ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz odniósł się do zatrzymania przez policję Elżbiety Podleśnej za przerobienie obrazu Matki Boskiej (kobieta domalowała tęczową aureolę).