Tag Archives: Paweł Rabiej

PiS szabruje naszą wspólną kasę

25 Czer

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, PiS tylko w ciągu dwóch miesięcy kampanii wyborczej miał uzyskać od nich 21 milionów złotych, z czego okrągły milion trafić miał prosto od nominatów partyjnych w zarządach SSP. Dokładną listę przedstawia Gazeta Wyborcza na swoich łamach.

Ustalenia te wywołały oczywiście olbrzymie oburzenie polityków opozycji, którzy wprost mówią o ściąganiu haraczu z osób pełniących kierownicze funkcje w SSP.

Problem jednak w tym, że takie działanie pozostaje legalne, a biorąc pod uwagę fakt, iż to Prawo i Sprawiedliwość w wyłączny sposób decyduje o kierunku ewentualnych zmian w prawie, raczej się to nie zmieni. To z kolei oznacza, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie z dużą łatwością wysupłać dziesiątki, jeśli nie setki milionów na kampanię wyborczą w rozmiarach, której w Polsce jeszcze nie widzieliśmy. Będzie ona również wspierana przez media narodowe, realizujące w 100% interes partyjny, będące transmiterem partyjnych przekazów do “ciemnego ludu”, także finansowane przecież całkowicie z pieniędzy publicznych, nie partyjnych.

Budowany przez Jarosława Kaczyńskiego system do żywego przypomina standardy wschodnie, które najwyraźniej są bardzo bliskie liderowi partii rządzącej. Armia posłusznych trutni od odwalania czarnej roboty, premierzy czy ministrowie, którzy są gotowi rezygnować z prestiżowych funkcji komisarza w UE, byle tylko nie uniezależnić się od woli wielkiego wodza. Aż strach pomyśleć, jak bardzo ten system się rozszczelni i załamie, gdy Jarosława Kaczyńskiego w polskiej polityce zabraknie. Oby wówczas było jeszcze z czego zbierać. Bo póki co perspektywy są bardzo pesymistyczne.

.

Publicyści i politycy szeroko komentują postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. pisowskiej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rząd polski przegrywa w TSUE. Trybunał w Luksemburgu orzekł, że przepisy wprowadzone przez Polskę w lipcu 2017 roku dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii. Mimo że rząd zdecydował się na zmianę niektórych przepisów nowelizacji, KE nie wycofała wniosku z TSUE.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok i stwierdził, że polski rząd złamał unijne prawo. Skargę wniosła Komisja Europejska po tym, jak rząd wprowadził kontrowersyjne przepisy, na mocy których wiek przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego został obniżony do 65 lat.

Po wniesieniu skargi do TSUE  rząd PiS-u zdecydował się na wycofanie kontrowersyjnych przepisów, jednak Komisja Europejska nie wycofała sprawy z Trybunału.

– Od samego początku było wiadomo, że ta sprawa będzie wielką porażką rządu PiS. Nie było i nie ma żadnej reformy wymiaru sprawiedliwości. Po „skoku” na TK i umieszczeniu tam 3 sędziów dublerów PiS chciał zawłaszczyć SN – mówi nam były minister sprawiedliwości Borys Budka i dodaje: – Dzięki TSUE i dzięki temu, że jesteśmy w UE, ta operacja się nie powiodła.

– Mamy wyrok TSUE. Pierwszy, historyczny i symboliczny dla walki o zachowanie w Polsce praworządności. Po nim będą następne. Już za 3 dni opinia rzecznika generalnego w sprawie neo-KRS. Wyroki TSUE w kompleksowym ujęciu pozwolą odbudować rządy prawa. To wielki sukces – skomentował orzeczenie Trybunału mecenas Michał Wawrykiewicz, który reprezentuje sędziów SN w sprawie pytań prejudycjalnych przed TSUE.

Przypomnijmy, że to tylko jedna z 5 spraw toczących się w sprawie Polski przed TSUE.

Sędziowie muszą być niezależni od władzy

W orzeczeniu Trybunał tłumaczy, że wprowadzone przez PiS nowe przepisy naruszają zasadę nieusuwalności sędziów. Zakwestionowali także specjalne prawo przyznane prezydentowi, który mógł wskazywać, kto pozostaje na stanowisku, a kto z sądu musi odejść.

W orzeczeniu podkreślili, że przy podejmowaniu decyzji prezydent nie byłby związany żadnymi kryteriami, a jego decyzja nie jest przedmiotem kontroli sądowej.

Trybunał przypomniał, że choć organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do państw członkowskich, to kraje UE muszą poruszać się w granicach prawa Unii i dotrzymywać zobowiązań z płynących z niego.

Trybunał przypomniał, że Karta Praw Podstawowych UE mówi o zapewnieniu skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem UE, a żeby Sąd Najwyższy mógł zagwarantować taką ochronę, musi być niezależny.

W konsekwencji decyzją sędziów TSUE Polska została obciążona kosztami postępowania. Wyrok jest ostateczny, oznacza koniec sprawy przed TSUE i nie ma już środków odwoławczych.

Nielegalne działanie rządu

– Wyrok TSUE to punkt zwrotny dla oceny prezydentury Andrzeja Dudy. Już nie „kasta ze stanu wojennego”, ani „krzykacze” z opozycji, lecz obiektywny zewnętrzny trybunał stwierdził, że nie tylko nie wypełnił on swojej roli strażnika Konstytucji, ale wspierał i legitymizował bezprawie – skomentował na Twitterze Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO.

Takie rzeczy, jakie dzieją się w polskich mediach rządowych w BBC są niewyobrażalne – mówi dziennikarz BBC Maciej Czajkowski w rozmowie z Magdą Jethon  

Magda Jethon: – Przez dwadzieścia lat mieszkałeś w Wielkiej Brytanii, studiowałeś tam dziennikarstwo. Potem podjąłeś pracę w BBC i BBC News. Miałeś różnego rodzaju sukcesy, łącznie z nominacją do Oscara za krótkometrażowy film. No i pewnego dnia wpadłeś na pomysł, żeby przyjechać do Polski i zatrudnić się w TVP. Twoja przygoda z telewizją trwała niecałe 5 lat, „dobra zmiana” Cię wymiotła. Spodziewałeś się tego?

Maciej Czajkowski: – Do Polski przyjechałem ze względów rodzinnych, z zamiarem krótkiego pobytu. Nie starałem się o pracę w TVP, szczęśliwie ktoś mnie zauważył i zapytał, czy chciałbym wykorzystać w niej swoje doświadczenie i wiedzę. No i zostałem. Znałem Telewizję Polską i Polskie Radio z czasów PRL-u, ale wierzyłem, że wszystko, jak trzeba, można zmienić.

Czy na początku tej przygody z TVP robiłeś porównania, myślałeś – w BBC zrobilibyśmy to inaczej?

Tak, na początku porównywałem, ale szybko, żeby nie zwariować, musiałem przestać.  Próbowałem znaleźć inną, trzecią drogę. W końcu zobaczyłem, że nie da się wielu rzeczy, które są w Wielkiej Brytanii, przeszczepić do Polski, bo tu jest zupełnie inna kultura polityczna. Inna jest też świadomość obywateli.

A my Polacy mamy poczucie, iż należymy do zachodu, czyli jesteśmy tacy sami jak oni…

Nie, nie jesteśmy tacy sami.

Dlatego pewnie zaskoczyła mnie Twoja opowieść o brytyjskim polityku, który zamieszkał obok Twojego domu.

Tak, to był Peter Mandelson. Musiałem o tym poinformować moich szefów w BBC. Oni natychmiast – o czym sam wiedziałem – przypomnieli mi, że nie mogę utrzymywać z nim prywatnych kontaktów, no i oczywiście tym bardziej nie wolno mi tego wykorzystywać w pracy zawodowej. Zresztą takie sytuacje reguluje kodeks BBC.

Co na to sąsiad? Zagadywał Cię, podchodził do płotu?

Trzeba wiedzieć, że stosunki dobrosąsiedzkie w Wielkiej Brytanii w sposób naturalny są bardzo ciepłe. Mówimy sobie po imieniu, pomagamy w różnych sytuacjach, jeśli jest grill, to zapraszamy się wzajemnie. Moja sytuacja musiała być inna. Poruszyłem ten temat z Peterem Mandelsonem, powiedziałem mu, że mam taki problem związany z pracą, a on mi na to: ty nie musisz mi tego mówić, bo ja bardzo dobrze o tym wiem. I tak dotrwaliśmy do końca.

No to co pomyślałeś, kiedy dowiedziałeś się, że u nas w Polsce na charytatywny bal dziennikarze zapraszają polityków?

To był dla mnie szok. Nie tylko polityków, ale i świat biznesu. Idealne miejsce do budowania wszelkich układów korupcyjnych. Nigdy nie byłem na tym balu i głośno tę sytuację krytykowałem. Od pewnego czasu, wiem, że przychodzą na ten bal już tylko dziennikarze. Mam nadzieję, że mój głos miał wpływ na tę zmianę. Muszę jednak przyznać, że przerażają mnie w Polsce prywatne kontakty dziennikarzy z politykami. Nie ukrywam, że ja też znam kilku polityków prywatnie i to jest niedobre ze względu na moją wiarygodność i bezstronność. To zawsze może mieć wpływ na pracę, bo jesteśmy tylko ludźmi.

Co powiedzieliby dziennikarze BBC o rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, która odbyła się w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2 i to podczas kampanii?

Taka rozmowa w BBC byłaby niemożliwa. Ona złamała wszelkie reguły związane z misją, z wartościami, z zawodem dziennikarza mediów publicznych. No, ale trzeba pamiętać, że w Polsce obecnie media publiczne to są media rządowe. Media publiczne na świecie mają inne zadania. Oczywiście w BBC możemy prowadzić rozmowę, w której poruszane są wątki trochę bardziej prywatne, dotyczące polityka,  jednak to musi być jedynie niewielki dodatek do meritum, a nie główny powód spotkania. Naszym zadaniem jest weryfikować różne zdarzenia, zadawać trudne pytania – co zresztą przez polskich polityków traktowane jest jako atak – a nie „miziać się” na oczach dużej publiczności.

W jakimś sensie wybranej publiczności…

Powiedziałbym raczej tej wykluczonej. Ostatnio przejeżdżałem przez polską wieś i obserwowałem, jakie anteny mają ludzie na dachach. W ogromnej większości są to anteny do odbioru telewizji naziemnej, czyli rządowej. W związku z tym polska wieś oglądając jednostronny przekaz jest wykluczona. Jej mieszkańcy mają katalog tylko kilku programów, a większość z nich to kanały telewizji rządowej. Będąc wykluczeni, nie mają własnego zdania. Oni postrzegają świat według Jacka Kurskiego. Pomyślałem więc, że fajnie by było taką małą społeczność, wieś czy gminę, wyposażyć w anteny satelitarne i nie mówiąc im, co mają oglądać, dać im dostęp do innych kanałów. Niech oglądają nie tylko newsy, ale i programy life stylowe czy przyrodnicze. Eksperyment polegałby na tym, że na początku dostaliby konkretny zestaw pytań i ten sam zestaw na końcu badania. Można by wtedy zaobserwować, jak się zmienia ich postrzeganie świata, nie tylko polityki, ale też życia społecznego, kultury czy tolerancji.

Próbujesz ten pomysł realizować?

Pracuję z dwoma socjologami i innymi naukowcami, na razie nie chcę zdradzać nazwisk. To jest eksperyment, być może pierwszy na skalę światową, który może pokazać, jak media wpływają na postrzeganie świata. Co ciekawe – wspieraniem tego eksperymentu nie są zainteresowane w Polsce ani osoby, ani firmy, czy NGOS-y, ale organizacje zagraniczne, np. amerykańskie i niemieckie. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Czy to znaczy, że praca dziennikarzy wolnych mediów to dziś w dużej mierze „para w gwizdek”?

Dziennikarze tzw. wolnych mediów wykonują ogromną i ważną robotę. Jednak problem polega na tym, że wyniki ich prac, ich artykuły czy audycje nie docierają do szerokiej publiczności. Powtarzam, ogromna część polskiego społeczeństwa jest wykluczona. I to jest poważny problem. Dotyczy on zresztą nie tylko spraw politycznych. Chodzi również między innymi o kształtowanie gustu. Prosty przykład: dzięki telewizji publicznej popularną gwiazdą Brytyjczyków jest Adele, nasza telewizja „publiczna” wylansowała Zenka Martyniuka.

Wysokie standardy BBC są dowodem na to, że media publiczne mogą cieszyć się ogromnym szacunkiem. W Polsce media publiczne są raz lepsze, raz gorsze w zależności od tego, kto rządzi…

Przekleństwem Polaków jest to, że w mediach publicznych brak jest stałych regulacji, a jak wiadomo, prawo ustalają politycy. Niestety, wszyscy wiemy, że przy obecnej świadomości polityków i społeczeństwa, konieczne i fundamentalne zmiany w tych mediach mogą być niemożliwe.

Powszechnie wiadomo, że prawie każdy Brytyjczyk wie, jaka jest misja mediów publicznych. W Polsce większość ludzi mówi: a po co nam media publiczne…

Uważam, że od prawie czterech lat nie mamy mediów publicznych. Wszystkich  przeciwników i krytyków tych mediów pytam dziś: jesteście teraz zadowoleni? Czy jesteście zadowoleni, że media publiczne zostały uprowadzone przez polityków, przez rząd, że indoktrynują ludzi, że wykluczają, że kreują jakąś równoległą rzeczywistość, nie tylko naszą, ale też europejską równoległą rzeczywistość? I ci obywatele mniej wymagający lub wykluczeni z powodów technicznych mają dostęp tylko do takiej informacji. Według nich tak świat wygląda. Przyjdzie taki moment, kiedy wszyscy obudzą się z ręką w nocniku, będzie im wstyd, bo zdadzą sobie sprawę, że świat pojechał dużo dalej, a my tkwimy w jakimś okropnym grajdole.

Opowiadasz swoim kolegom z BBC o słynnych paskach w TVP Info, o tym, jak Cię zwalniano?

Chociaż mnie dobrze znają, to w opowieści o paskach nie wierzą. Oni przez cały czas zadają mi pytanie, co ja zrobiłem, że mnie wyrzucili z pracy. Ja im opowiadam, że po prostu zostałem wezwany do szefa, który mi powiedział, że docenia moją pracę, ale moja wizja newsów jest niezgodna z obecną wizją szefów telewizji i polskiego radia. Moi koledzy z BBC nie mogą w to uwierzyć.

???

Takie rzeczy, jakie dziś dzieją się w polskich mediach rządowych są tam niewyobrażalne.

Czujesz się człowiekiem mediów brytyjskich czy polskich?

Ciekawe pytanie, ponieważ kiedy jadę do Wielkiej Brytanii lub robię coś dla BBC z Polski, muszę się kompletnie mentalnie przestawić. Nie mogę w żaden sposób używać standardów, które obowiązują w Polsce, ponieważ najzwyczajniej w świecie byłbym wyrzucony z pracy i nikt nigdy nie poprosiłby mnie o kolejny materiał.

Czego nie możesz zrobić w BBC, co uszłoby w Polsce?

Przede wszystkim muszę być bezstronny. Gdybym teraz usiadł do wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, to muszę wszystko, co mam emocjonalnego wyrzucić z mojej głowy i włączyć tryb profesjonalny, czyli zadawać pytania absolutnie bezstronne, niesugerujące niczego. Ale też muszę zadawać pytania trudne dla rozmówcy, które równocześnie w żaden sposób nie sugerują mojego stosunku do niego. Ostatnio miałem taki przypadek, robiłem materiał dla BBC News. Na konferencji prasowej, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zadałem pytanie Beacie Szydło o flagi unijne, które zniknęły z KPRM. Zadałem to pytanie po angielsku, co oczywiste, bo materiał robiłem dla BBC. Oczywiście wszyscy natychmiast myśleli, że ja sprawdzam jej angielski. A ja, kiedy zorientowałem się, że ona nie zrozumiała pytania, natychmiast powtórzyłem je po polsku, co spowodowało zmasowany atak dziennikarzy na mnie. Wszyscy uważali, że trzeba było nie zadawać po polsku, bo by wyszło, że premier Szydło nie zna angielskiego, a jedzie do Brukseli. Ja nie mogłem tego zrobić, ponieważ zadając pytanie i oczekując odpowiedzi, zgodnie ze standardami BBC, musiałem się upewnić, że mój rozmówca zrozumiał, o co pytam.

No tak, ale pokazanie, że europarlamentarzystka nie zna języka to jest też jakaś obiektywna informacja.

To jest informacja obiektywna, ale cel mojego pytania był inny. Chciałem wiedzieć, dlaczego po objęciu premierostwa wyprowadziła z KPRM flagi unijne. Zadałem bardzo ważne pytanie, którego nikt chyba wcześniej nie zadał i to nas interesowało. To, czy ona mówi po angielsku, to jest oczywiście bardzo ważna informacja, ale dla mnie najważniejsza była odpowiedź na moje pytanie. Ja rozumiem, że w Polsce większość dziennikarzy, zadając pytanie politykowi ma jeszcze jakiś ukryty cel.

A to źle?  

Tak się w BBC nie pracuje.

Spotykasz się z kolegami z TVP, z tymi, którzy tam nadal pracują?

Nie i to nie wynika z jakiejś mojej niechęci, oceniania, bo kim ja jestem, żeby ich oceniać. To oni z jakiegoś powodu przestali ze mną rozmawiać, kontaktować się. Są to prawdopodobnie osoby, dla których kompas moralny nie jest tak bardzo ważny, ale też są to ludzie inteligentni i być może nie tylko boją się, że ktoś zauważy, że się ze mną kontaktują, ale też się wstydzą, że robią to, co robią.

Przyszło Ci do głowy, żeby wrócić do Wielkiej Brytanii?

Jestem tylko człowiekiem, w związku z tym mam też wahania nastrojów. Po ostatnich wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego moja pierwsza reakcja była, że wyjeżdżam. Z drugiej strony wierzę, że społeczeństwo będzie powoli zmieniało poglądy. Polska to wspaniały kraj. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale naprawdę, tak uważam. Polska jest genialnym miejscem i są tutaj genialni ludzie. Czuję, że tu się szczególnie rozwijam (obecnie jestem związany z Gazetą Wyborczą). Ale też często się tu denerwuję, wiele spraw mnie dręczy, w końcu myślę, przecież to jest bardzo młoda demokracja i może niedługo się to zmieni. Mnie bardzo marzy się Polska europejska, więc chyba jednak zostanę…

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Pomnik Lecha Kaczyńskiego przenieść na cmentarz

30 List

Nie wyklucza tego nowy wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej. – „Wiem, że wielu radnych jest wzburzonych sposobem, w jaki ten pomnik i pomnik Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego powstał. Prawo do takiego referendum ma Rada Miasta Warszawy – nie należy wykluczać, że znajdą się radni, którzy z taką inicjatywą wyjdą. Mogą wyjść także mieszkańcy. Będziemy przyglądali się emocjom ludzi wokół tego tematu” – powiedział Rabiej w RMF FM.

Odsłonięcie pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2018 r. na pl. Piłsudskiego budziło i budzi kontrowersje. Z sondażu zleconego przez warszawski ratusz, zanim oba pomniki (pytano też o monument upamiętniający Lecha Kaczyńskiego) stanęły, wynikało, że 71 proc. warszawiaków było temu przeciwnych.

Władze miasta zarzucały też pisowskiemu wojewodzie, że z naruszeniem prawa przejął tereny wokół Grobu Nieznanego Żołnierza, gdzie stanął pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej.

Rabiej odniósł się także do zapowiedzianej przez Andrzeja Dudę odbudowy Pałacu Saskiego. – „Na razie mamy do czynienia z pomysłem odbudowy Pałacu Saskiego tak, jak mieliśmy do czynienia z pomysłem pana prezydenta na temat referendum konstytucyjnego 11 listopada. Pamiętamy, jak skończył się ten pomysł” – stwierdził Rabiej. A tym, którzy nie pamiętają, przypominamy, że jego przeprowadzenia nie chcieli nawet senatorowie z PiS i przegłosowali odrzucenie wniosku Dudy.

Z niejasnych dla mnie powodów w Platformie panują znakomite nastroje. Coraz rzadziej słychać o Koalicji Obywatelskiej jako federacji opartej na plus minus partnerstwie kilku partii, a coraz częściej – o formule przejmowania aktywów mniejszych ugrupowań i wyraźnej dominacji PO.

Politycy PO teoretycznie przejmują się sytuacją w SLD, gdzie swoje kłopoty ma Włodzimierz Czarzasty, niby się martwią osłabieniem PSL po wyborach samorządowych oraz degrengoladą Nowoczesnej, ale więcej jest w tym Schadenfreude i poczucia wyższości niż rzeczywistej troski.

Byłoby to jakoś zrozumiałe, gdyby notowania PiS pikowały, ale na razie tego nie obserwujemy. Wybory samorządowe – nawet mimo wyniku w miastach – powinny skłaniać raczej do pesymizmu obecną opozycję. PiS wzmocnił się wyraźnie na poziomie sejmików, powiatów i gmin. Gdyby wybory do Sejmu odbyły się w najbliższą niedzielę, z łatwością pokonałby Platformę i utrzymał władzę, być może z koalicjantem.

Warto bowiem dodać, że niepisowska prawica – od Kukiz ’15 przez Bezpartyjnych Samorządowców, korwinistów aż po narodowców – zdobyła ok. 2 mln głosów w wyborach do sejmików, sporo więcej niż lewica z SLD, Razem czy Zielonych.

Druga sprawa, też platformerska. Z równie niejasnych dla mnie powodów Jan Grabiec pozostaje rzecznikiem partii mimo dwóch poważnych wpadek. Najpierw w Legionowie w kampanii samorządowej nie zareagował na chamską przemowę prezydenta miasta, a teraz w wywiadzie przebąknął o likwidacji programu 500+ dla bezrobotnych, co ułatwi PiS straszenie Platformą. Jak ktoś się nie nadaje na rzecznika prasowego, to nie powinien być rzecznikiem prasowym (to uwaga także pod adresem władz PiS, które – znów z niejasnych dla mnie powodów – uważają, że partię powinna reprezentować Beata Mazurek).

Słowa Grabca o 500+ mają zresztą szerszy kontekst. PO w ogóle nie powinna mówić o pisowskim 500+, powinna mieć jakieś własne 500+. Do wyborów zostało niecałe 11 miesięcy, a programu nie ma. Polacy są szczęśliwi, żyje im się lepiej niż kiedykolwiek, PiS ma stabilne poparcie, a jedyne co mówi PO, to „Odsuniemy PiS”. Nie jestem gołosłowny, oto świeży tweet europosła Dariusza Rosatiego:

„Jesteśmy anty-PiSem. Dlatego, że gdy ktoś podpala nasz wspólny dom, trzeba najpierw obezwładnić podpalacza, a dopiero potem przystąpić – wspólnie – do odbudowy domu. Dlatego odsunięcie PiS od jest zadaniem na dziś najważniejszym”.

Otóż jeśli w 2019 r. głównym punktem programu PO będzie odsunięcie od władzy PiS, to głównym punktem programu opozycji w 2023 r. także będzie odsunięcie od władzy PiS.

Komisja Europejska przyspieszyła w przedbiegach do Szczytu Klimatycznego ONZ, który rozpocznie się 3 grudnia w Katowicach. Jej głównym argumentem podczas negocjacji będzie ogłoszony 28 listopada 2018 r. dokument „Czysta Planeta dla wszystkich. Europejska długoterminowa wizja strategiczna prosperującej, nowoczesnej, konkurencyjnej i neutralnej dla klimatu gospodarki”.

Raport na temat zmian klimatycznych: 12 lat do katastrofy

Europejska gospodarka neutralna dla klimatu

Prościej – Komisja Europejska przedstawiła propozycję nowej strategii rozwojowej, której celem jest transformacja europejskiej gospodarki, tak by w 2050 r. stała się neutralna dla klimatu, czyli przestała dokładać do atmosfery gazy cieplarniane. Realizacja takiego programu to jedyny sposób, by ustabilizować średni wzrost temperatury atmosfery na poziomie 1,5 st. C w stosunku do okresu przedprzemysłowego – jak przekonują naukowcy, tylko zahamowanie wzrostu temperatury na takim poziomie daje szansę ma uniknięcie niebezpiecznych konsekwencji ocieplenia.

Donalda Trumpa niebezpieczna wojna z klimatem

Stanie się tak oczywiście tylko wówczas, jeśli podobnie ambitne plany podejmą inne państwa. Unia Europejska jest odpowiedzialna za ok. 10 proc. globalnych emisji, więc samodzielnie nie zbawi świata. To argument często podnoszony przez sceptyków przekonujących, że proklimatyczne ambicje Brukseli niewiele pomagają klimatowi, szkodzą natomiast konkurencyjności europejskich gospodarek, bo obciążają je nadmiernymi kosztami.

Modernizacja gospodarki ma pobudzić jej dynamikę

Nowa strategia jest odpowiedzią na te zarzuty – w istocie przedstawia wielki projekt modernizacyjny dla krajów Unii Europejskiej, którego celem jest przebudowa gospodarki i pobudzenie jej dynamizmu w oparciu o nową logikę funkcjonowania. Składać się na nią mają nie tylko nowe, bezemisyjne technologie wytwarzania energii, ale także finansowanie, organizacja produkcji w modelu gospodarki okrężnej, wzrost nacisku na efektywność, system podatkowy, wspólny rynek cyfrowy. Efekt proklimatyczny ma być niejako dodatkowym pozytywnym skutkiem transformacji, której celem jest zapewnienie trwałego rozwoju społeczno-gospodarczego w szybko starzejącym się społeczeństwom europejskim.

Węgiel coraz mniej się światu opłaca. Ale Polska wciąż inwestuje

Autorzy strategii podkreślają, że dowodem sensowności takiego podejścia są dotychczasowe wysiłki Unii Europejskiej, w wyniku których kraje UE zmniejszyły w okresie od 1990 do 2016 r. zużycie energii o 2 proc., emisję gazów cieplarnianych o 22 proc., zwiększając przy tym swoje PKB o 54 proc. Co ważniejsze, Unia Europejska stała się liderem rozwoju wielu „zielonych” technologii, powstały 4 miliony „zielonych” miejsc pracy (pozytywny efekt zatrudnieniowy szacuje się na 1–1,5 proc.), a europejskie ekoprzedsiębiorstwa wyrosły na globalnych graczy.

Koniec paliw kopalnych i inwestycje w nową infrastrukturę

Nowa strategia ma się po prostu opłacać, bo stymulując rozwój gospodarczy w oparciu o nową podstawę technologiczną i nową infrastrukturę, pozwoli jednocześnie zmniejszyć koszty negatywnych skutków zmian klimatycznych. W nagrodę za swój wysiłek Europejczycy powinni cieszyć się w 2050 neutralną klimatycznie, bezwęglową gospodarką i dwukrotnie większą zamożnością niż w 1990 r. Żeby tak się stało, potrzebne jest zwiększenie inwestycji w nową infrastrukturę od 175 do 290 mld euro rocznie.

W przełożeniu na język konkretów – nowa europejska strategia oznacza koniec palenia paliw kopalnych, które dziś są głównym źródłem energii, i zastępowanie ich energią pochodzącą z odnawialnych źródeł, które mają zapewniać w 2050 r. ponad 80 proc. prądu elektrycznego, pozostałe ok. 15 proc. pochodzić będzie z energetyki jądrowej. W rezultacie zmniejszy się radykalnie uzależnienie krajów UE od importu paliw, który teraz zaspokaja 55 proc. potrzeb energetycznych.

Polska obsesja węglowa wyklucza z wyścigu technologicznego

Europejski dokument to rzeczywiście kompleksowa wizja, której realizacja, niezależnie od przyjętego scenariusza, dotknie wszystkich aspektów życia. Dla Polski, kraju ciągle obsesyjnie uzależnionego od węgla jako podstawowego nośnika energii, europejska strategia jest nie lada wyzwaniem. Upierając się, jak proponuje to zaprezentowana niedawno Polityka Energetyczna Państwa, przy jak najdłuższym trwaniu przy węglu, stracimy szansę na pełne wykorzystanie efektów modernizacyjnych, jakie przyniesie nowy plan. Zwlekając z transformacją i trwoniąc środki na wspieranie i ochronę przestarzałego systemu energetycznego, stracimy możliwość włączenia się do wyścigu technologicznego, skazując się w przyszłości na zakup technologii opracowanych przez innych.

Węgiel i ropa – paliwa dla biednych

Nie ma odwrotu od zielonej transformacji, bo jest jedynym sposobem na połączenie celów sprzecznych w dzisiejszym modelu gospodarowania: rozwoju i ochrony środowiska. Zwlekając z przyjęciem tego do wiadomości, skazujemy się na wysoki rachunek, jaki płacimy już dziś, akceptując choćby przedwczesną śmierć dziesiątków tysięcy ludzi oddychających powietrzem zanieczyszczonym na skutek spalania węgla.

Waldemar Mystkowski pisze o szczycie klimatycznym w Kastowicach.

Kolejny spektakularny blamaż szykuje pisowska władza na szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach. Już zdążyliśmy się przyzwyczaić, iż staliśmy się pośmiewiskiem w Europie, teraz klownada zostanie przeniesiona na najwyższy diapazon – globalny.

Obraz Polski pod rządami PiS jest katastrofalny, pozycja taka sama. Można nawet przeprowadzać seminaria studyjne: „Kiedy Polska osiągnie stadium kraju upadłego?”. Czy PiS robi to z rozmysłem? Raczej nie, w tej partii kumulują się takie katastrofalne przypadki ludzkie i ich stany umysłu. Czego się nie dotkną, sknocą. Główna przyczyna leży ponadto w tym, że sięgają tylko do własnych zasobów, do swoich, którzy są mało profesjonalni albo wcale. W Polsce przedwojennej ten stan ksenofobii był określany: „Swój do swego po swoje”.

W takim wypadku musi dojść do katastrofy. W poniedziałek zaczyna się w Katowicach dwutygodniowy szczyt klimatyczny COP24, zjedzie na niego 195 delegacji. Uczestnicy zajmą się najważniejszym tematem dla świata – wzrostem temperatury Ziemi oraz konsekwencji z tym związanych. Ocieplenie globalne trzeba wszelkimi sposobami powstrzymać, to „być, albo nie być” dla ludzkości.

Odpowiedzialności w tej kwestii nie można zrzucić na innego. Ba, nie można wycofać się z pomyłki, bo drugiego razu już może nie być. A Polska (należy dodawać pisowska) jakby robiła światu na przekór. A co? Grozi wszystkim katastrofa, to ją przyspieszymy – zdaje się mówić obecna władza, która jako strategicznych partnerów szczytu w Katowicach wystawia największych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu – Jastrzębską Spółkę Węglową, Tauron, Polską Grupę Energetyczną oraz PGNiG.

To tak jakby Mateusz Morawiecki na sympozjum bankowców świata delegował jako polskiego reprezentanta Marka Ch., który obecnie jest zatrzymany w areszcie. W ten to sposób PiS zamierza ukręcić łeb swojej korupcyjnej hydrze – aferze KNF.

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest rekordowe, choć obecna władza deklaruje walkę ze smogiem. Otóż wg klasyfikacji trzech tysięcy miast na świecie, opublikowanej przez Światową Organizację Zdrowia, w których dokonano pomiarów zanieczyszczeń, czterdzieści pięć polskich miast jest w pierwszej setce najbardziej zanieczyszczonych.

Mamy problem cywilizacyjny, zaś PiS nic z tym nie robi, a nawet zajmuje stanowisko, że świat nie ma racji, dlatego tacy, a nie inni zostali wystawieni jako strategiczni partnerzy szczytu. No i pójdzie w świat kolejna zła fama o Polsce. W Katowicach mają być obecne takie tuzy świata politycznego, jak Emmanuel Macron i Angela Merkel, będą też gwiazdy świata kultury największego formatu, jak Leonardo di Caprio i Bono.

Szczyt w Katowicach to nie będzie jakaś kolejna wtopa PiS, to będzie potwierdzenie, że Polska wypisuje się ze świata, że jest niewarta zainteresowania. Coraz bardziej wpadamy w model, jaki kiedyś w historii nam się już zdarzył: kraj wsobny, zapyziały, ksenofobiczny, sarmacki, który skończył swój byt utratą suwerenności.

>>>