Tag Archives: Paweł Kasprzak

Policja polityczna

24 List

Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących przeciw pisowskim ustawom o sądach. Dotarliśmy do dokumentów z policyjnej akcji „Rekonesans”. Bianka Mikołajewska: To jeden z moich tekstów w OKO.press, z których jestem najbardziej dumna

Policja polityczna. Operacja „Rekonesans” – setki tajniaków śledziły manifestujących

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży


Z dokumentów, do których dotarliśmy, wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej, i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą, by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych, itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. »Sejm«”, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło, by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego KSP (na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza, że osoby w pochodzie krzyczą »Solidarność naszą bronią«”.
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”.
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”.
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squatu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”.

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squattersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/nadzorować/monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu”.
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squatu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony”.

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno-rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres”.

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym, jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squatu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squatterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info ze sztabu 208, że grupa squattersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squat w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squat pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja, czyli nadzór, nadzór, czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”,
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też”.

Tekst prof. Koncewicza czytaj tutaj >>>

Kaczyński odstrasza… policję drogową

29 Gru

Sezon świąteczny w pełni, zaś internauci zastanawiają się, jak potencjalnie uniknąć kontroli policji, tak aby nie trzeba było płacić wysokiego mandatu. Znane powiedzenie mówi, że matka jest potrzebą wynalazków. Dlatego też ktoś wpadł na genialny pomysł, aby na szybę samochodu nakleić przyciemnioną folię, tak żeby dla postronnych obserwatorów wyglądało, że w środku auta siedzi Jarosław Kaczyński, najpotężniejszy obecnie człowiek w naszym państwie. Ma to pomóc w uniknięciu zatrzymania przez policję. 

Do sieci wyciekła nawet krótka animacja przedstawiająca to rozwiązanie w praktyce. Oto ona:

Animcja trwa co prawda raptem kila sekund, ale idealnie oddaje istotę pomysłu. Można śmiało stwierdzić, że filmik przypadł internatom do gustu, gdyż w mniej niż 24 godziny doczekał się ponad 200 tysięcy wyświetleń na Facebooku.

Po naklejeniu folii na szybę, naszym oczom ukazuje się wesoła twarz prezesa, który uśmiecha się od ucha do ucha. Co więcej, odpowiednie zaprojektowanie foli daje nam wrażenie trójwymiarowej głębi, tak jakby Kaczyński rzeczywiście w aucie siedział. Dla zwiększenia efektu należy okleić wszystkie szyby w jednakowy ciemny sposób, żeby pojazd wyglądał jak rządowa limuzyna.

Wszystko to oczywiście w formie niegroźnego żartu, który bardziej podkreśla niekwestionowany status Jarosława Kaczyńskiego jako osoby, która budzi powszechny szacunek i strach.

Mało który policjant odważy się zatrzymać taki samochód. Wynalazek może zatem zrobić furorę. W końcu pomysłowość Polaków nie zna granic…

Ryszard Makowski przyznał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, że proponowano mu objęcie funkcji konsula generalnego w Los Angeles. Witold Waszczykowski potwierdził, że MSZ chciało nawiązać współpracę z komikiem. – Nie pamiętam, czy chodziło o konsulat – dodał.

Ryszard Makowski, komik współprowadzący przez pół roku w TVP program „Studio YaYo” w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej” przyznał, że proponowano mu stanowisko konsula generalnego w Los Angeles. Określił tę propozycję jako „dość odważną” i stwierdził, że miał ją złożyć Witold Waszczykowski.

W rozmowie z portalem wpolityce.pl były szef MSZ przyznał, że „były propozycje, aby zatrudnić pana Ryszarda Makowskiego”. – Nie pamiętam, czy chodziło dokładnie o konsulat, bo też myśleliśmy o Instytucie Polskim w Stanach Zjednoczonych. Pan Makowski para się w końcu pracą artystyczną, dlatego rozważaliśmy i taką możliwość – dodał.

Jak powiedział, rozmowy miał prowadzić Jan Dziedziczak, swego czasu sekretarz stanu MSZ.

Na nadchodzący 2019 rok mam dwie wiadomości: dobrą i złą. PiS prawdopodobnie przegra wybory – i to jest wiadomość dobra. Kto wygra? Prawie na pewno coś, co do niedawna znaliśmy jako Koalicja Obywatelska. I to jest niestety wiadomość nienajlepsza.

Dlatego, że konsekwencje będą smutne, choć nie od razu je zauważymy, wciąż zajęci chocholim tańcem. Kiedy nas te konsekwencje dopadną, wydadzą nam się nagłe i niezrozumiałe. Jak zwycięstwo PiS w 2015 roku, którego należało się spodziewać, a które nas mimo to zaskoczyło. Raczej to nie PiS wygra w wyborach roku 2023. W tych kolejnych będzie już bowiem znacznie gorzej. Pracujemy nad tym nieszczęściem już dzisiaj.

Jest taka opowieść, którą chętnie przypisuje się Rockefellerowi, albo dowolnemu innemu krezusowi, ponieważ brzmi bardzo prawdziwie.

– Kupiłem marchew za centa – opowiada milioner – umyłem ją, oskrobałem i sprzedałem za dziesiątaka. Kupiłem więcej marchwi i znowu sprzedałem z zyskiem. I tak mozolnie, z uporem kupowałem i sprzedawałem, inwestując wszystko co zarobiłem, ciężko pracując, żyjąc w biedzie, nie dojadając, tylko tę cholerną marchew myjąc, skrobiąc, sprzedając i kupując. Musiałem obniżyć cenę, żeby sprzedawać szybko i nie tracić, kiedy mi się marchew psuła, z czasem musiałem zatrudnić sprzedawców i pomocników. Wciąż nie dojadałem – wszystko inwestowałem w przyszłość. Po 10 latach miałem już sporo, ale nadal nie było mnie stać na prawdziwy sklep. Wiedziałem, że muszę być twardy i wierzyć w przyszłość oraz w sukces, który musiał nadejść, jeśli tylko wytrwam. I po 20 latach wreszcie… – zmarł wuj, którego nigdy nie widziałem na oczy, a okazało się, że jestem jego jedynym spadkobiercą. Wuj był bardzo bogaty. Zostałem milionerem.

Myślę, że tak również przytrafi się nam wszystkim w Polsce. W przyszłym roku prawie na pewno wygramy wybory i stanie się tak nie tylko bez związku z wszystkimi naszymi dotychczasowymi wysiłkami,ale poniekąd wbrew tym wysiłkom. Co zresztą znaczy przy okazji, że niezupełnie jasne jest owo „my wygramy”. Przegrają „oni” – to jest niemal pewne. Świąteczno-noworoczny okres sprzyja podsumowaniom i myślom o przyszłości. Przełom 2018/2019 nadaje się do tego szczególnie, ponieważ nie tylko 2018 rok przyniósł wiele wydarzeń znaczących, ale i rok 2019 zdecyduje w Polsce o wszystkim. Albo właśnie nie zdecyduje o niczym, a tylko na chwilę odsunie od nas katastrofę, która potem powróci zwielokrotniona.

Historia o milionerze ma wszelkie szanse przytrafić nam się również w inny, jeszcze bardziej przykry sposób. Wydaje się, że nasze niemrawe wysiłki nie powstrzymają przekroczenia tego punktu bez powrotu, po którym lawinowe efekty globalnego ocieplenia będą już nie do powstrzymania. O ile już go nie przekroczyliśmy, bo i na to wiele danych wskazuje. W ten sposób unieważnimy wszystkie nasze dokonania z mijającego roku i wszystkie zaniechania. One już nie będą miały żadnego znaczenia po prostu dlatego, że nasz świat się skończy.

Tak czy owak, wydarzenia z 2018 roku zasługują na uważną analizę, bo dałoby się z nich wiele nauczyć, gdyby oczywiście komukolwiek na naukach zależało. Większość poniższego z pewnością zabrzmi depresyjnie pesymistycznie. Ja jednak jestem optymistą. Wygramy, co sobie zamierzyliśmy, na pewno. Realistyczny opis wyzwań – nie należy go mylić z pesymizmem – jest nam potrzebny właśnie po to. By w końcu wygrać.

>>>

Koniec roku to, z jednej strony, czas podsumowań, a z drugiej strony, nowego spojrzenia na przyszłość. Nie chcę w tym komentarzu odnosić się do mijającego roku, bo w sferze polityki gospodarczej był on przygnębiająco podobny do dwóch poprzednich. Mieliśmy dalszy zwrot ku temu, co porzuciliśmy w 1989 roku. Dlatego skupię się na tym, co przyniosła tamta zmiana – rozpoczęta w 1989 roku. 

Jest ku temu wyjątkowa okazja. Akurat dzisiaj mija 29 lat od przyjęcia przez Sejm planu Balcerowicza. Plan ten zapoczątkował głęboką transformację gospodarczą w naszym kraju. Żeby uświadomić sobie skalę cywilizacyjnego sukcesu, który nam ona zapewniła, wystarczy porównać wyniki gospodarcze Polski i Niemiec Wschodnich. Porównanie to też uświadamia, ile jeszcze dzieli nas od najbogatszych krajów i jak trudne byłoby dołączenie do nich, nawet gdyby trzy lata temu nie dokonał się u nas zwrot na Wschód. Na marginesie w br. minęło też 29 lat od upadku muru berlińskiego. Jego zburzenie można traktować jako wstęp do zjednoczenia Niemiec. Co ciekawe, muru nie ma już dłużej, niż dzielił on Niemcy. 

W okresie transformacji ustrojowej zarówno Polska, jak i Niemcy Wschodnie zmniejszyły dystans dzielący je pod względem poziomu rozwoju od Niemiec Zachodnich. W 1991 roku PKB na mieszkańca wyrażony w euro wynosił w Polsce zaledwie 7,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich. W Niemczech Wschodnich ten odsetek wynosił 32,5-42,7% (w zależności od tego, czy wyłącza się, czy wlicza Berlin do Niemiec Wschodnich). Do 2016 roku ten odsetek podniósł się do 28,1% w Polsce i do 68,3-73,1% w Niemczech Wschodnich. Jeśli skoryguje się dane o różnicę w poziomie cen między Polską a Niemcami, to PKB na mieszkańca w Polsce stanowi 54,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich (w obliczeniach przyjąłem założenie, że poziom cen w Niemczech Zachodnich jest taki sam jak w całych Niemczech). Odsetek ten jest najwyższy od połowy XIX wieku. W 1991 roku wynosił on 23,5%.

Jakkolwiek zarówno w Polsce, jak i w Niemczech Wschodnich nastąpiła realna konwergencja względem Niemiec Zachodnich, czyli redukcja luki w dochodzie na mieszkańca, to w Polsce była ona dużo szybsza. Ciekawą tego ilustracją jest to, że PKB na mieszkańca w Warszawie jest dużo wyższy niż w Berlinie, jeśli dokona się korekty o różnicę w poziomie cen, mimo że u progu transformacji Warszawa była najbiedniejszą stolicą w całej Europie Środkowej. Warszawa nie jest przy tym jedynym dużym miastem w Polsce, które ma wyższy PKB na mieszkańca niż Berlin. 

Polskę i Niemcy Wschodnie łączy wiele podobieństw. Obie gospodarki mają podobne położenie geograficzne, w tym dostęp do morza i bliskość chłonnych rynków. W obu podobne jest ukształtowanie terenu. Obie wyraźnie odstają pod względem gęstości zaludnienia od Niemiec Zachodnich. Obie można zaliczyć do średnich pod względem liczby ludności (jakkolwiek w Polsce jest ona dwuipółkrotnie większa przy prawie trzykrotnie większej powierzchni). Ponadto, 1/3 powierzchni Polski to tereny dawnych Niemiec, a dalsza 1/4 to obszar, który przez ponad 100 lat był pod zaborem Prus. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że ponad połowa terytorium Polski przez większość okresu nowoczesnego wzrostu gospodarczego tworzyła z zasadniczą częścią Niemiec Wschodnich jedno państwo. Obie gospodarki były centralnie planowane przez podobny okres czasu, co wywarło piętno na wielu nieformalnych normach społecznych, w szczególności na kulturze pracy, zaufaniu do osób spoza rodziny, czy stosunku do zagranicy (imigrantów).  Zarówno w Polsce, jak i Niemczech Wschodnich gospodarka centralnie planowana upadła, przy czym do załamania jej wzrostu doszło już w latach 1980-tych. Obie gospodarki też mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęły budowę wolnego rynku oraz państwa opartego na zasadach liberalnej demokracji.

Szybsze doganianie Niemiec Zachodnich przez Polskę niż Niemcy Wschodnie można uznać za zagadkę. W pierwszych latach transformacji (lata 1991-1995) polska gospodarka rozwijała się znacznie wolniej niż wschodnioniemiecka. Do zmiany pozycji obu gospodarek doszło po 1996 roku, kiedy wzrost gospodarczy w byłej NRD wyhamował do tempa zbliżonego do tego w bardziej rozwiniętych Niemczech Zachodnich, pomimo nieusunięcia luki w dochodzie na mieszkańca. Natomiast Polska wciąż rozwija się szybciej niż Niemcy Zachodnie, w czego wyniku różnica w dochodzie na mieszkańca między oboma gospodarkami cały czas się zawęża. 

Spojrzenie z lotu ptaka na główne determinanty wzrostu gospodarczego wskazywane w literaturze sugeruje, że to w Niemczech Wschodnich owo doganianie powinno być szybsze. 

Gospodarka ta doświadczyła co prawda gigantycznego drenażu mózgów. O ile w Polsce liczba osób w wieku produkcyjnym (15-64), mimo dużej emigracji po wejściu do Unii Europejskiej, wzrosła o 5%, o tyle w byłej NRD spadła o 18% (z Berlinem) lub o 22% (bez Berlina), bo młodzi ludzie masowo wybierali przenosiny do Niemiec Zachodnich. Ale drenaż ten wyjaśnia 27 do 47% różnicy w tempie wzrostu między Polską a Niemcami Wschodnimi, a więc mniej niż połowę. 

Do różnic w wzroście obu gospodarek właściwie nie przyczyniły się nakłady kapitału. Nie odegrał więc większej roli mechanizm konwergencji, najczęściej wskazywany w teorii wzrostu, zgodnie z którym kapitał powinien trafiać tam, gdzie techniczne uzbrojenie pracowników jest mniejsze, a w konsekwencji pole do jego zyskownego użycia – szersze (na początku transformacji zasób kapitału na pracownika w b. NRD był o ponad połowę wyższy niż w Polsce).

Zasadniczym źródłem różnicy w tempie wzrostu obu gospodarek były zmiany w produktywności.

Jej szybkiemu wzrostowi w Polsce sprzyjał jedynie niższy poziom rozwoju, który pozwalał na przeskoczenie niektórych jego etapów, w tym na osiąganie dużych korzyści z przepływu pracowników z tradycyjnych, nisko produktywnych sektorów do nowo powstających nowoczesnych sektorów, których rozwój – w wielu przypadkach, np. sektora finansowego – był wcześniej blokowany z powodów ideologicznych. Na początku transformacji co czwarty pracujący w naszym kraju zajmował się rolnictwem, podczas gdy w byłej NRD ten odsetek wynosił około 4%. W następnych latach zmniejszył się on u nas o prawie dwie trzecie. Nowoczesne sektory, które tworzyły nowe miejsca pracy, powstawały przy dużym udziale bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Polska przyciągnęła ich więcej niż byłej NRD i to nie tylko w relacji do PKB, ale i w przeliczeniu na mieszkańca. W takim ujęciu, jeśli wyłączyć inwestycje (zachodnio)niemieckie, ich zasób już w 2001 roku był u nas o jedną czwartą większy niż w Niemczech Wschodnich, a przystąpienie do Unii Europejskiej wywołało nową falę ich napływu. W byłej NRD zmniejszył się on w 1996 roku – tym samym, w którym wyraźnie spowolnił wzrost produktywności.   

Właściwie wszystkie inne atuty były po stronie Niemiec Wschodnich. Nie ograniczały się one przy tym do płytkich czynników wzrostu, takich jak: jakość infrastruktury, poziom urbanizacji, zasób kapitału ludzkiego i społecznego, czy stopień rozwoju sektora badawczo-rozwojowego. Niemcy Wschodnie miały także znaczną przewagę nad Polską pod względem głębiej położonych sił, w tym zwłaszcza instytucji. Od razu otrzymały z Zachodu instytucje niezbędne do sprawnego działania gospodarki wolnorynkowej, które w Polsce trzeba było mozolnie budować. Natychmiast też zyskały wysoki poziom praworządności, który w Polsce nigdy nie został osiągnięty, jakkolwiek do niedawna systematycznie następowała poprawa w tym zakresie.

Różnica w poziomie dochodu na mieszkańca między Polską a Niemcami Zachodnimi jest obecnie zbliżona do tej, która na początku transformacji występowała między byłą NRD a Niemcami Zachodnimi. Doświadczenia byłej NRD powinny być dla nas ważną lekcją. Pokazują one, po pierwsze, że doganianie może się zatrzymać przy wciąż dużej luce w dochodzie na mieszkańca. Po drugie, do zahamowania wzrostu może dojść gwałtowanie. Przeszłe jego tempo niewiele mówi o przyszłej dynamice. Po trzecie, nie potrzeba wiele, aby konwergencja ustała. Wystarczy do tego niewielka liczba błędów w polityce gospodarczej. W Niemczech Wschodnich takim fatalnym błędem mogła być wymiana marki wschodnioniemieckiej na niemiecką po zawyżonym kursie (1:1). Podcięła ona rozwój sektora wytwarzającego dobra podlegające międzynarodowej wymianie handlowej (który skądinąd ma bardzo wysoki udział w tworzeniu PKB Niemiec Zachodnich). W efekcie, relacja handlu zagranicznego do PKB nie przekroczyła tam 20%, podczas gdy w Polsce ten poziom osiągnęła w 1991 roku i systematycznie się zwiększała.

W poprzednich trzech latach polityka gospodarcza w Polsce była pełna błędów. Osłabiała zarówno fundamenty długofalowego wzrostu gospodarki, jak i jej odporność na wstrząsy. Najlepszym odzwierciedleniem fatalnych skutków tej polityki dla długofalowego wzrostu jest spadek udziału inwestycji w PKB w ub. r. do najniższego poziomu od 20 lat, choć premier Morawiecki zapowiadał jego wzrost z 20 do 25%. Z kolei najlepszym odbiciem osłabiania odporności na wstrząsy jest afera KNF, ale też utrzymywanie deficytu w finansach publicznych w czasie wciąż dobrej koniunktury na świecie, kiedy nawet Grecja ma nadwyżkę. 

Jednak prawdopodobnie poza obniżeniem wieku emerytalnego, nie były to błędy, których nie da się naprawić. Moim marzeniem jest to, żeby Polska stała się równie bogata jak Niemcy Zachodnie. Jedynym sposobem na to, żeby to marzenie się spełniło, jest szybszy wzrost gospodarczy u nas niż tam (co najmniej do czasu zrównania się dochodu na mieszkańca w obu gospodarkach, a więc jeszcze przynajmniej przez kolejne dwie-trzy dekady). Ale żeby wzrost wkrótce nie wyhamował, trzeba możliwie szybko przystąpić do naprawy tego, co przez poprzednie trzy lata zostało zepsute. Oby owa naprawa zaczęła się już w nadchodzącym roku. Szanse na to rosną.

* * *

— MAREK BEYLIN W GW Z ŻYCZENIAMI DLA OPOZYCJI – NIEDOMYŚLANE PROPOZYCJE NIUE PRZYSPARZAJĄ WYBROCÓW: “Grzegorzowi Schetynie i całej PO życzę najserdeczniej, by zrozumieli, że wrzucanie niedomyślanych propozycji programowych nie przysparza wyborców. Mam na myśli choćby niedawny pomysł „Wyższe płace”, czyli państwowe dopłaty do najniższych wynagrodzeń, oraz obniżkę podatków. Bo, jak trafnie wskazała Adriana Rozwadowska, taki program spowoduje zamrożenie niskich płac i wytworzy potężne koszty. Życzę też Platformie, by zamiast kontentować się chaotycznymi koncepcjami, pojęła, co pokazują wszystkie sondaże, że jej atrakcyjność zależy mniej od tego, ile nabroi PiS, zaś bardziej od wspólnego, zbudowanego w ramach Koalicji Obywatelskiej programu nowej Polski. Bo starą III RP większość wyborców odrzuca”.

— BEYLIN O TYM, ŻE SCHETYNA MUSI ZROZUMIEĆ RÓŻNICĘ MIĘDZY WASALIZOWANIEM A WSPÓŁPRACĄ: “A samemu Schetynie życzę, by zrozumiał różnicę między wasalizowaniem koalicjantów, jak w przypadku Nowoczesnej, a partnerską współpracą z nimi. Od tego zależy bowiem, jak szeroki front wyborczy może współtworzyć PO. Czyli: czy da się pokonać PiS?”
wyborcza.pl

— NIE CHODZI O PRĄD TYLKO O WYBORY – PAWEŁ WROŃSKI w GW: “Sens parodii parlamentaryzmu, która rozegrała się w piątek przy ulicy Wiejskiej, oddaje prośba wicemarszałka Sejmu Stanisława Tyszki (Kukiz’15), by procedowaną w szaleńczym tempie „ustawę prądową” nazwać „ustawą o utrzymaniu PiS u władzy”.
wyborcza.pl

— WITOLD GADOMSKI O SZKODLIWYM ZAKLINANIU PRĄDU – w GW: “Najważniejsze jest jednak to, że przyjęcie doraźnego rozwiązania pozwalającego przez pewien czas ukryć wzrost kosztów nie skłania do poważniejszej dyskusji o przyszłości naszej energetyki, a gospodarstwa domowe do inwestowania w energooszczędne rozwiązania. Pula darmowych uprawnień do emisji CO2 się zmniejsza i po roku 2025 już ich nie będzie, więc za prąd produkowany z węgla płacić będziemy jeszcze więcej. Konieczna jest głęboka reforma energetyki – prywatyzacja spółek, wstrzymanie bezsensownych inwestycji w elektrownie węglowe, stworzenie stabilnych warunków prawnych i instytucjonalnych dla małych, średnich i dużych producentów prądu ze źródeł odnawialnych”.
wyborcza.pl

>>>

Rydzyk, afera KNF, bolszewizm – totalitarne stygmaty PiS

3 Gru

Wierchuszka PiS, jak co roku, nie tylko przemawiała, ale też śpiewała na urodzinach Radia Maryja. Moment uchwyciła kamera „Super Expressu” – widać, kto najlepiej bawił się podczas wspólnego wykonywania „Abba Ojcze”. 

Wydawać by się mogło, że na temat sobotnich urodzin Radia Maryja napisaliśmy już wszystko, a jednak docierają do nas kolejne informacje. „Super Express” opublikował na swojej stronie nagranie z tradycyjnego elementu święta rozgłośni – śpiewania „Abba Ojcze”.

Kamera uchwyciła sektor, w którym gościli politycy PiS. W pierwszym rzędzie podrygiwali Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Zbigniew Ziobro, Beata Kempa, Adam Kwiatkowski, Antoni Macierewicz i Jan Szyszko.

W drugim rzędzie widać Stanisława Piotrowicza, Józefinę Hrynkiewicz, Annę Sobecką, Zbigniewa Kuźmiuka i Krzysztofa Jurgiela. Na dalszych miejscach znaleźli się też m.in. Łukasz Zbonikowski (oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej żony, sąd umorzył postępowanie ze względu na „znikomą szkodliwość społeczną czynu”) i Waldemar Bonkowski (również oskarżany przez żonę o stosowanie przemocy, z PiS wyleciał za antysemityzm).

Podobne nagranie pojawiło się w sieci przed trzema laty, okazją do śpiewów i tańców były wtedy również urodziny Radia Maryja. W 2014 roku, jeszcze przed dojściem PiS do władzy, na urodzinach rozgłośni obecny był nawet Jarosław Kaczyński. Na tle polityków wyróżniała się zdecydowanie Beata Kempa, która słynie ze swoich umiejętności wokalnych (pochwaliła się nimi m.in. w Watykanie, gdzie odśpiewała psalm na mszy) i sama przyznaje, że lubi śpiewać i często to robi.

Podczas tradycyjnego śpiewania „Abba Ojcze” znów to Kempa wydaje się czerpać największą radość ze śpiewania i podrygiwania.

Czy ktoś z pisowców przypomniał….?

Jest niedzielne popołudnie 4 listopada. Miliarder Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku, ląduje w Warszawie. Prosto z lotniska jedzie do Józefowa do willi Romana Giertycha, niegdyś polityka, dziś znanego adwokata. Zamykają się w gabinecie Giertycha i Czarnecki puszcza mu nagranie swojej rozmowy z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Ch., które dwa tygodnie później zatrzęsie rządem PiS. Na nagraniu Ch. przedstawia słynny już „plan Zdzisława”, dotyczący przejęcia banków Czarneckiego przez państwo za symboliczną złotówkę. Deklaruje, że państwo może dać spokój biznesmenowi, jeśli ten zatrudni jego znajomego prawnika. Wynagrodzenie miało wynieść 1 procent od wartości banków za trzy lata, co miliarder wyliczył na 40 milionów złotych. Czarnecki ma wątpliwości, czy to można uznać za korupcyjną propozycję, bo szef KNF miał zapisać ów 1 procent na kartce, a on tej kartki nie ma, bo nie zabrał jej z jego gabinetu.

– To jest czysta korupcja – odpowiada mecenas. Jednak, żeby uspokoić miliardera, dzwoni po prawnika ze swojej kancelarii. Puszcza nagranie jemu oraz żonie Barbarze, także adwokatce. Cała trójka jest zgodna, że to była propozycja korupcji.

Giertych wie o sprawie od lata. To wtedy Czarnecki po raz pierwszy powiedział mu, że ma nagranie rozmowy z szefem KNF. Oryginał nagrania trzymał w swoim domu we Francji, ze względów bezpieczeństwa. To stamtąd przywiózł je do Giertychów. Przez całe spotkanie Giertych się zastanawia, czy Czarnecki zdecyduje się złożyć zawiadomienie do prokuratury, bo jeśli tak, to – jak uprzedza swojego klienta – „będzie burza na cztery fajerki”. Dla Giertycha to wymarzony scenariusz. Znowu będzie na pierwszej linii frontu w swojej ulubionej roli pogromcy PiS, którego szczerze nie cierpi, odkąd wypadł z polityki w 2007 roku.

Glapiński jednak się nie obroni?

Dwa tygodnie później Czarnecki zeznaje w katowickiej prokuraturze 11 godzin. Towarzyszy mu Giertych. Politycy PiS przekonują, że po odwołaniu Marka Ch. ze stanowiska szefa KNF afera się wypala. Ale nie wiedzą jeszcze, że Czarnecki złożył w prokuraturze nie tylko nagranie rozmowy z szefem KNF. W sumie – jak ustalił „Newsweek” – są trzy nagrania. Jedno z nich – według źródła znającego sprawę – może obciążać szefa NBP Adama Glapińskiego. To jest nagranie spotkania Leszka Czarneckiego z członkami KNF, które odbyło się pod koniec kwietnia, trzy tygodnie po rozmowie Czarneckiego z Markiem Ch. Szef KNF nie wiedział jeszcze, czy miliarder przyjmie korupcyjną propozycję.

– Marek Ch. z jednej strony naciskał Czarneckiego, żeby uzupełnił rezerwy w bankach, a z drugiej zapewniał, że Glapiński obiecał mu pomoc w restrukturyzacji. To może oznaczać, że panowie działali razem – zaznacza mój rozmówca. To byłby poważny problem dla PiS. Bo szefa NBP nie można tak po prostu odwołać. Ma on 6-letnią kadencję zapisaną w konstytucji i sam musiałby się podać do dymisji. A Glapiński wierzy, że się uratuje.

Katowiccy prokuratorzy, prowadzący śledztwo w sprawie afery w KNF, potwierdzają, że Czarnecki złożył w prokuraturze nagrania rozmów i dyktafony. Jednak o szczegółach nagrań nie chcą mówić. Badają je biegli, a ekspertyzy będą gotowe w ciągu kilkunastu dni.

„Nie jest ważne, jak jest, ale jak się mówi”. Słowa te pochodzą z kabaretu Pod Egidą z lat 70. Przypomniały mi się po reakcjach na słowa p. Tuska: „Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc bronił Zachodu, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w symbolicznym sensie, to miał o wiele trudniejszą sytuację. Skoro oni dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?”.

Prawica snuje dywagacje na temat Donalda Tuska

Zaraz rozpoczęły się prawicowe dywagacje, co też p. Tusk miał na myśli. Pan Makowski, dziennikarz pisma „Od [pardon, Do] Rzeczy”, napisał: „Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się z ust historyka, kto jest współczesnym bolszewikiem. Putinowska Rosja chce nieść na Zachód idee rewolucji komunistycznej?”. Cóż, p. Makowski nie jest historykiem i zapewnie nie wie, że współczesna Rosja, jeśli chce cokolwiek nieść na Zachód, to raczej tradycyjny imperializm z czasów carskich, ale mniejsza o to. Nie takie rzeczy od rzeczy opowiadają dziennikarze z „Do Rzeczy”, więc ich opinie można, a nawet trzeba uznać za folklor polityczny.

Z drugiej strony wielu aktywistów dobrej zmiany zawrzało oburzeniem i objawiło, że czują się obrażeni, np. w imieniu jednej trzeciej Polaków głosujących na Zjednoczoną Prawicę. Z kolei p. Dworczyk prawi: „Wciąż nie mogę uwierzyć, że [Donald Tusk] przyjeżdża do ojczyzny i w przeddzień Święta Niepodległości jedynym jego przesłaniem są słowa o współczesnych bolszewikach”. Zwykle wiara czyni cuda, ale u p. Dworczyka rolę tę odgrywa niewiara, gdyż dzięki niej przeoczył inne słowa p. Tuska w przeddzień Święta Niepodległości. Problem jest jednak istotny i polega na pytaniu: co znaczy fraza „współczesny bolszewik”?

Co znajdziemy w najnowszych podręcznikach historii

Czy chodzi o PiS i kto poczuł się dotknięty

Przytoczone wyżej odpowiedzi nie są jedyne. Pan Bukowski, doktor filozofii, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych (POKiN), ostatnio mianowany przez IPN świadkiem historii, dokonał poważnej pracy analitycznej i głosi jej wyniki: „Pytanie o to, kogo miał [Tusk] na myśli, mówiąc o współczesnych bolszewikach, padło chyba we wszystkich wywiadach z polskimi politykami, jakie przeprowadzili dziennikarze od ubiegłej soboty. Odczekawszy kilka dni i poobserwowawszy reakcje na swoje słowa, Tusk napisał na Twitterze: »Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym«. Tą repliką (…) niby zaprzeczył, ale zrobił to w taki sposób, że nadal można zasadnie podejrzewać, iż chodzi mu o rządzący obecnie Polską obóz polityczny”.

Internauta o pseudonimie okryw (dzielny, acz anonimowy), jedna z prawych rąk p. Bukowskiego, doktora filozofii, świadka historii etc., w jego polemikach z adwersarzami (można nawet rzec, iż aparatura wspomagająca rzecznika POKiN) tak zareagował na uznanie go za współczesnego bolszewika: „Chwyty retoryczne jako najważniejszy atrybut bolszewizmu – tu jest miara waszej ponurej głupoty. A może ja coś znacjonalizowałem? Wymordowałem sporą część własnego społeczeństwa? Zsyłałem ludzi do łagrów do niewolniczej pracy kończącej się śmiercią? Przeprowadzałem czystki? Uruchomiłem namolną, tępacką propagandę? Wprowadziłem monopartyjne, totalitarne rządy? Fałszowałem wyniki wyborów? Kradłem państwowe? Albo tak jak wy, towarzyszu, czerpałem pełnymi garściami, korzystając z przywilejów należnych kanaliom, które zapisały się do bolszewickiej partii??? A może tak jak wy z pianą na pysku walczyłem z religią???”. Pan Bukowski, doktor filozofii, świadek historii etc., jakoś nie skomentował tej filipiki, co zdaje się wskazywać, że jest po jego myśli i być może wyraża właściwą troskę o imponderabilia narodowe.

A może neobolszewizm?

Część z tych sympatycznych pytań jest skierowana bezpośrednio do mnie, ale to sprawa drugorzędna. Otóż okryw rozumuje (proszę wybaczyć to sformułowanie – terminy mentalne stosują się do okrywa analogicznie, nie dosłownie) tak: „jeśli x jest określany jako współczesny bolszewik, to jest tym samym uznany za bolszewika”. Nie mogę tutaj zająć się szczegółami logiki przymiotników, ale niech wystarczy uwaga, że odróżnia się przymiotniki determinujące i modyfikujące. Pierwsze wydzielają z pewnej kolekcji obiektów jej część, np. wysoki student jest studentem, natomiast drugie modyfikują znaczenie towarzyszącego im rzeczownika, np. fałszywy przyjaciel nie jest przyjacielem (to nie to samo co wewnętrzna sprzeczność, np. „rozumny okryw”). W pewnych kontekstach mamy do czynienia z mieszaniną semantyczną, np. współczesny ekonomista jest ekonomistą, ale zajmuje się innymi problemami ekonomicznymi i czyni to inaczej niż np. Adam Smith. Owe modyfikacje są mniejsze lub większe, ale zawsze można sprawdzić, jak daleko sięgają.

W rozważanym wypadku, tj. współczesnego bolszewika (w Polsce), nikt nie twierdzi, że wymordował część swego narodu, zsyłał ludzi do łagrów, wprowadził monopartyjne, totalitarne rządy czy fałszował wybory. Te i inne okoliczności sprawiają, że słowo „bolszewik” ma negatywne konotacje przenoszące się na złożenie „współczesny bolszewizm”. Można ewentualnie zaproponować, aby mówić o neobolszewizmie, ale to zapewne nie ostudzi emocji. W swoich felietonach już wskazywałem na analogie pomiędzy państwem dobrej zmiany a PRL. Jeśli to drugie uznać za bolszewizm, był on (stosunkowo) miękki (zwłaszcza po 1956 r.) i w tym sensie neobolszewizm.

Parady, handel i kasa. Czyli Polska „potęgą” na świecie

Jeśli nie PRL, to neo-PRL

Nie o słowa jednak chodzi, ale właśnie o to, jak jest. Jeśli kogoś rażą terminy „współczesny bolszewizm”, „neobolszewizm” czy „miękki bolszewizm”, można z nich zrezygnować bez jakiegokolwiek uszczerbku dla analizy. Można powiadać o neo-PRL, a jeśli to miałoby być też naganne – o tendencjach autorytarnych w Polsce po 2015 r. Oto pierwsza seria analogii oparta na cytacie z okrywa. Czyżby nie przeprowadzało się czystek, np. w sądownictwie, kulturze czy mediach publicznych? Rzecz nie w tym, że wymienia się kadry, ponieważ tak jest wszędzie, ale że czyni się to z powodów politycznych, tak jak w PRL. Czyżby nie prowadziło się namolnej, tępackiej propagandy? Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech poczyta okrywa, „Od [pardon, Do] Rzeczy”, posłucha Polskiego Radia i oglądnie TVP Info.

Czyżby dobra zmiana nie dążyła do monopartyjnej władzy? Nie jest totalitarna (na razie?), ale na pewno jest autorytarna. Czyżby obecna władza szanowała mienie państwowe? Nawet jeśli poprzednia ekipa robiła to samo, niewiele lub nawet nic się nie zmieniło. Gorzej, dobra zmiana zaczyna zagarniać mienie prywatne, to niewielkie, wprowadzając coraz to nowe podatki oraz własność sporą, np. projektując przejmowanie banków. Czyżby więksi, średni i całkiem mali aktywiści dobrej zmiany nie czerpali korzyści ze swych wyborów politycznych (ba, nawet to się im „należy”)? Co do piany na pysku, przypomnę, że tak byli często określani krytycy socjalizmu.

Polska zmierza w stronę państwa autorytarnego

Zwykły poseł grozi palcem

Nie ma przecież wątpliwości, że PiS jest partią wodzowską – pod tym względem podobną do PZPR. Tam było Biuro Polityczne, tutaj Komitet Polityczny, tam I sekretarz, tu pewien zwykły poseł. Gdy byłem na drugim roku prawa, profesor prawa rzymskiego, zwany Pretorem, krótko trzymał swych asystentów (dwóch). Pewnego dnia wykładał przy otwartym oknie, a na zewnątrz było dość głośno. W pewnym momencie powiedział: „Jest za duży hałas”. I spojrzał na starszego ze swych podwładnych. Ten spojrzał na młodszego kolegę, który wstał, podszedł do okna i zamknął je. Popatrzył na starszego, ten pokiwał głową, spojrzał na Pretora, ten kiwnął głową i zakończył. Piękny przykład autorytaryzmu.

Zdarzyło się, że p. Tarczyński, poseł, przesadził w swej oracji, i zwykły poseł postanowił zwrócić mu uwagę. Kiwnął ręką w stronę p. Tarczyńskiego, ale ten chyba nie zauważył wezwania. Pan Piotrowicz, siedzący akurat obok zwykłego posła, od razu zaczął energicznie gestykulować w stronę p. Tarczyńskiego, co odniosło pożądany skutek w postaci podejścia tego ostatniego do stanowiska rzeczywistego dowodzenia w Sejmie. Wszystko obyło się bez słowa, niemal dokładnie tak jak w przypadku rozkazu wydanego przez rzeczonego Pretora. Kilka dni później odbyła się debata sejmowa nad kolejną ustawą o zmianie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jedna z posłanek była przeciw i tym samym sprzeciwiła się nagle powstałej woli politycznej zgoła odmiennej od tej wcześniejszej o kilka dni, ale równie niezłomnej i jednoznacznej. Zwykły poseł pogroził nieposłusznej parlamentarzystce palcem. W tym przypadku rzecz skończyła się bezboleśnie dla denatki (przynajmniej nie wiadomo, aby było inaczej), ale gdy jeden z radnych wypromowanych przez dobrą zmianę sprzymierzył się z wrażym obozem, zaraz pojawiły się głosy, że trzeba sprawę przemyśleć, aby podobne przypadki nie miały miejsca w przyszłości. Dokładnie tak bywało w innych partiach wodzowskich.

PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym

W latach 70. głośno było o Andrzeju Jaroszewiczu, synu premiera mającym rozmaite przywileje. Na jednym z zebrań partyjnych ktoś skrytykował „czerwonego księcia”, jak powiadano o rzeczonym synu dostojnika. Kierownik Wydziału Nauki Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie, obecny na tym spotkaniu, dramatycznie zapytał: „Dlaczego syn premiera ma być dyskryminowany?”. Potomek p. Kamińskiego, osoby ułaskawionej przez p. Dudę, niezupełnie zgodnie procedurami otrzymał intratną posadę w Banku Światowym. Pan Mosiński (z PiS) skwitował to stwierdzeniem: „Gdzieś dzieci pracować muszą”. Fakt, ale (to z Leca) pozostaje nagim, nawet jeśli jest ubrany wedle ostatniej mody.

Pani Mazurek wyjaśniła, że Pan Prezes nic o tym nie wiedział. W końcu uznano, że partia (PiS) nie zajmuje się tym, kto pracuje w Banku Światowym. Też nic nowego. Kiedyś (na początku lat 50.) dwaj autorzy napisali pracę o aktualnych problemach teorii państwa prawa w okresie budowy socjalizmu. Redaktor pisma zarzucił im, że nie cytują towarzysza Bieruta. Cóż było robić, uzupełnili artykuł, ale okazało się, że gwiazda Bieruta nieco przygasła. Rzeczony redaktor wezwał autorów do siebie i groźnie zauważył, że mają pominąć wprowadzone zmiany. Ujął to tak: „Towarzysz Bierut ma ważniejsze sprawy na głowie niż teoria państwa i prawa”. Fakt, PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym. Pan Piotrowicz nauczył się w młodości stosownego języka i komentując wspomnianą ustawę o kolejnej zmianie ustawy o SN, rzekł tak: „Jeden krok w tył dla zrobienia dwóch kroków naprzód”. To prawie kalka z twórcy bolszewizmu (w wypadku p. Piotrowicza nie trzeba zmieniać terminologii), czyli Lenina, który napisał pracę o taktyce socjaldemokratów „Jeden krok naprzód, dwa kroki w tył”.

I tak liczą się czyny

Już tylko krótko przypomnę niektóre dalsze analogie, np. konstruowanie historii na nowo, administracyjne kreowanie pomnikowych bohaterów, coraz bardziej opresyjne prawo (typowa polityka reżimów autorytarnych), prymat (czytaj: religii) ideologii nad polityką, zamazywanie trójpodziału władz, dezawuowanie sądownictwa (fragment oświadczenia POKiN: „zupełnie nadzwyczajna kasta z rodowodem ubecko-komunistycznym zajęta jest ściąganiem pomocy dla siebie z Berlina i Brukseli”), filipiki przeciwko zgniłemu Zachodowi i zarzucanie mu wtrącania się w nasze suwerenne prawa (specjalność czasów tzw. realnego socjalizmu), wręcz chorobliwą nieufność do obywateli, tłumaczenie własnych porażek błędami poprzedników (tj. winami Tuska), groźby wobec niezależnych mediów, oskarżenia o antypolską współpracę z zachodnimi mediami (tak jak kiedyś z Wolną Europą), bezceremonialną propagandę sukcesu itd.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech rozważy następujące słowa wysokiego działacza Porozumienia Centrum (formacji prekursorskiej wobec dobrej zmiany), który miał powiedzieć: „Oni mają kasę, spółki nomenklaturowe, kontrolują biznes. My z tą naszą moralną postawą przegramy. Musimy robić to co oni, tylko mocniej. Trzeba przejąć państwowe przedsiębiorstwa, stworzyć finansowe podstawy partii, zmusić komuchów, by dali nam kasę, wykorzystać ich, by pracowali dla nas. My jesteśmy dobrzy, oni źli. Dla Polski lepiej, byśmy my wygrali”. O ile wtedy słowo „komuch” miało w miarę określone znaczenie, związane z niedawną (wówczas) przeszłością, to obecnie jego zakres został rozszerzony na wszystkich, którzy nie zapisują się do dobrej zmiany. Neobolszewizm lub nie, ale wreszcie trzeba zrozumieć, że ważne, jak jest, a nie to, jak się mówi.

Skąd się bierze lekceważący stosunek Polaków do prawa

Szczyt klimatyczny w Katowicach może okazać się porażką dla organizatorów. Wszystko wskazuje na to, że podczas tego wydarzenia zabraknie najważniejszych światowych przywódców. Wielką nieobecną będzie kanclerz Niemiec Angela Merkel, nie pojawi się też prezydent Francji Emmanuel Macron, ani prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. W Katowicach nie będzie również Władimira Putina.

O tym, że najważniejszych światowych przywódców zabraknie na szczycie klimatycznym w Katowicach poinformował wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki na antenie Radia Zet. Wydarzenie rozpocznie się 2 grudnia i potrwa do 14 grudnia.

Informacje o nieobecności Władimira Putina potwierdził pod koniec tygodnia rzecznik Kremla – Dmitri Pieskow. Nie podał też nazwiska osoby, która miałaby pojawić się w Katowicach zamiast prezydenta Rosji.

Stany Zjednoczone będzie reprezentował Wells Griffith, doradca Donalda Trumpa ds. klimatu. To on stanie na czele amerykańskiej delegacji w Katowicach. Nie pojawią się jednak senatorowie Partii Demokratycznej, którzy zrezygnowali z wizyty w Polsce z powodu ważnych głosowań w Kongresie.

Media informowały natomiast, że podczas szczytu klimatycznego w Katowicach mają gościć zaangażowane w walkę o ochronę środowiska gwiazdy – lider U2 – Bono i aktor Leonardo DiCaprio. Wiceminister Bartosz Cichocki w rozmowie z Radiem Zet stwierdził, że nie wie, czy gwiazdorzy rzeczywiście będą uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Szczyt klimatyczny odbędzie się od 2 do 14 grudnia w trzech lokalizacjach: katowickim Spodku, Centrum Kongresowym i Strefie Kultury, która w czasie obrad ma status strefy eksterytorialnej zarządzanej przez ONZ. W związku z organizacją szczytu klimatycznego w Katowicach od 26 listopada na Śląsku i w Krakowie obowiązuje pierwszy stopień zagrożenia terrorystycznego.

Katowice: szykują się gigantyczne problemy z parkowaniem

Minister pogardliwie: Nie umawiam się z celebrytami. O kim mowa?

>>>

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o bezpieczeństwie Polski.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni

PiS zdobył władzę pod hasłami praworządności, uczciwości i zapewnienia Polakom bezpieczeństwa. Pierwsza obietnica szybko okazała się nieporozumieniem, Polska pod panowaniem Kaczyńskiego jest dzisiaj co najwyżej prawa żądna. Co do przyzwoitości rządzących – codziennie przybywa przykładów ich arogancji i buty oraz pazerności żarłocznej szarańczy partyjnych nominatów, która obsiadła atrakcyjne stanowiska w administracji, spółkach skarbu państwa i nadzorowanych instytucjach.  A jeśli chodzi o trzecie zobowiązanie, PiS zaklina ponurą rzeczywistość i usiłuje urzędowo zadekretować swoją obietnicę zapewnienia Polakom bezpieczeństwa.

Za poprzedniej władzy groził nam najazd terrorystów przebranych za kobiety i dzieci. Za wschodnią granicą czaiły się tłumy zielonych ludzików z regularnej armii rosyjskiej, rozzuchwalonej strachliwą i służalczą polityką Tuska. W kraju rządziła mafia i „układy”. I nagle stał się cud. Ledwie w październiku 2015 PiS przejął rządy, a już po miesiącu premier Beata Szydło zapewniła, że Polacy mogą czuć się bezpiecznie, biorąc pod uwagę zaangażowanie i pracę naszych służb”.  Niedługo potem Mariusz Błaszczak zagroził, że dopóki rządzi PiS, Polscy mogą się czuć bezpiecznie, bo „my nie zgodzimy się na żadne kompromisy, które by spowodowały, że zagrożone będzie bezpieczeństwo”.  A później premier Morawiecki ogłosił wyniki jakichś badań, z których wynikało, że prawie 90% rodaków żyje już sobie spokojnie, bez jakiegokolwiek poczucia zagrożenia.

Czy Polacy czują się dzisiaj bezpiecznie? Czy sytuacja międzynarodowa, stan wojenny za wschodnią granicą i obecna pozycja Polski uprawnia nas do błogiej pewności jutra? W oficjalnym obiegu obowiązuje narracja, że sytuacja jest poważna, ale bezpośredniego niebezpieczeństwa dla Polski nie ma”.  Zapewne nie ma też niebezpieczeństwa pośredniego, skoro pan prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Nie zwoływał jej zresztą od 2016 r., bo po pierwsze po co, skoro jest tak bezpiecznie jak nigdy, a po drugie, co takiego mogliby mu powiedzieć ludzie opozycji, czego on sam nie wie, wiedząc przecież wszystko?

Na spędzie funkcjonariuszy PiS, zorganizowanym naprędce pod pretekstem spóźnionego podsumowania trzech lat rządów, o bezpieczeństwie Polaków nikt się nawet nie zająknął. Po co mówić o tym, co oczywiste, co jest i co będzie, póki PiS u władzy? Prawda, że rozpędzono prawie całe dowództwo armii i że w kamasze posłano większość cenionych w NATO polskich generałów za to, że w czasach PRL ośmielili się służyć w wojsku i nie zdezerterowali, gdy wysłano ich na naukę do niesłusznych uczelni wojskowych. I prawdą jest, że sprzęt i uzbrojenie wojska przerdzewiało trochę, a nowe przysługuje tylko żołnierzom terytorialnym. Ale przecież chwalą nas w Ameryce, że zwiększamy wydatki na armię. A poza tym o zwycięstwach nie decyduje uzbrojenie ani liczba żołnierzy, tylko ich duch i wola zwycięstwa. Ile razy trzeba to powtarzać, żeby dotarło do malkontentów?

Na obronność wydajemy dziś ponad 40 mld rocznie. Zwiększenie wydatków do 2,5% PKB, za co Trump chwali rząd PiS, to już zmartwienie następnych rządów, pod warunkiem, że znajdą jeszcze w budżecie jakieś pieniądze. Ale nie procenty przecież decydują o sile armii. Trudno się zorientować, jaki odsetek budżetu przeznaczony jest bezpośrednio na potrzeby wojska. Z kasy MON zakupiono samoloty dla VIP-ów. Z puli na obronę finansowana jest smoleńska tragikomedia, bizantyjskie wydatki byłego ministra, odprawy dla zwalnianych oficerów i podwyższone pensje dla nowych generałów bez większych dokonań, ale popierających chore projekty tej władzy. Ostatnio takie szlify otrzymał płk Tadeusz Szczurek, rektor Wojskowej Akademii Technicznej (z wykształcenia filozof), który włączył się w eksperymenty smoleńskie Wacława Berczyńskiego (słynny „wybuch termobaryczny”), jednocześnie zwalniając z uczelni generałów Adama Sowę, Janusza Lalkę, Jana Klajszmita i Artura Kołosowskiego – naukowców, którzy ustalenia Berczyńskiego negowali.

Marynarka wojenna jest w stanie muzealnym.  Nasza armia lądowa zajmuje 22 pozycję na świecie (wg danych CIA), ale jej wyposażenie znajduje się w permanentnym remoncie. Siły powietrzne dysponują prawie 35-letnimi samolotami Su-22, a helikopterów praktycznie już nie ma.  Co prawda, w ostatnich dniach zakupiliśmy najnowocześniejsze Black Hawki, ale nie dla wojska, tylko dla policji. To świadectwo priorytetów PiS: dobrze wyposażona armia skuteczniej broni społeczeństwa, a dobrze wyposażona policja – kogo?

Podczas spotkania sumującego trzy lata demolowania kraju – konferencji pod żartobliwym tytułem „Praca dla Polski” – okazało się nagle, że Unia jest fajna. A jeszcze tak niedawno prezydent Duda informował, że z przynależności do wspólnoty europejskiej „niewiele wynika dla Polaków”„Mamy prawo do tego, by się tutaj sami rządzić i decydować o tym, jaki Polska ma mieć kształt” – ogłaszał na spotkaniu wyborczym z mieszkańcami Leżajska. Aż do teraz Unia była „wyimaginowaną wspólnotą”, a jej zastrzeżenia do „reformy” sądownictwa – nieuprawnioną ingerencją utrudniającą naprawę Polski, wynikającą z ignorancji, lewackiej proweniencji kierownictwa UE oraz kłamliwych donosów polskiej opozycji.  I oto nagle na zebraniu PiS załopotały unijne flagi. Ktoś uwierzył, że ta partia broni europejskiej wspólnoty przed niewybrednymi atakami opozycji, która bredzi coś o polexicie? Każdy trzeźwo myślący już dostrzegł, że jest to prymitywne odwracanie kota ogonem i że kot Kaczyńskiego podniesionym ogonem zwrócony jest w kierunku Brukseli.  Manewr ten nie poprawi naszej pozycji w Europie i nie poprawi wiarygodności.

Kaczyński trwa w przekonaniu, że konflikty z Unią i zaczepki wobec stowarzyszonych krajów nie wpływają na bezpieczeństwo, bo nie przekładają się na pozycję Polski w NATO. Jest pewny, że artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego, który napaść na jeden kraj utożsamia z agresją na wszystkie państwa NATO, zapewni nam bezpieczeństwo, choćby Polska była „na noże” z każdym uczestnikiem paktu. Jednak gdyby Kaczyński przeczytał traktat, zauważyłby, ze przez wsparcie sojusznika rozumie się podjęcie takich działań, jakie każdy kraj „uzna za konieczne”.  Wobec rzetelnego i przyjaznego sojusznika będą to z pewnością działania natychmiastowe i zdecydowane, a w obronie niewiarygodnego, kłótliwego buca wsparcie ograniczyć się może do podniesienia gotowości armii i wyrażenia kategorycznego oburzenia.

Wraz z Brexitem PiS stracił głównego sojusznika w Europie. Kibicując polskim nacjonalistom, głupio awanturującym się z nacjonalistami ukraińskimi, i mizdrząc się do „ciepłego i miłego” Łukaszenki, rząd polski stracił pozycję stabilizatora wschodnich rubieży Unii.  Nie przysłużyły się nam prowokowane na użytek elektoratu PiS konflikty -z Niemcami o powtórne odszkodowania, z Francją o helikoptery, widelce i fregatę za dolara oraz z pozostałymi państwami NATO za to, że ośmieliły się krytykować „dobrą zmianę”.  Pozostał nam jeszcze „wieczysty sojusz z USA”, który jest jednak niebezpiecznym złudzeniem, bo Trump znacznie częściej niż o przyjaźni z Polską mówi: „America First!”, a rzeczniczka jego Departamentu Stanu już trzykrotnie wytykała nam psucie demokracji. Ostatnio również pani ambasador Georgette Mosbacher uprzejmie nakazała funkcjonariuszom PiS, żeby zabrali łapy od amerykańskiej stacji TVN i w ogóle trzymali się jak najdalej od wolnych mediów. Polskie władze – jak to one – doznały amoku i gwałtownego wzmożenia poczucia godności, uczuć właściwych przedszkolakom, którzy nie potrafią jeszcze oceniać konsekwencji swoich nadpobudliwych reakcji. Minister Brudziński oświadczył w odwecie, że będzie krytykował stacje zagraniczne, w tym amerykańskie, ile razy zechce. Prominentni działacze PiS prześcigali się w inwektywach przezywając panią ambasador nieprofesjonalną, nonszalancką, „nowojorską celebrytką”, bez szacunku dla państwa polskiego, a pupil TVP (obecnie postawiony do kąta), nawoływał, by „zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie” . Tak więc w sojuszu z Polską pozostały tylko Węgry, ale i one lekceważą nasz kraj, oceniając, że wymachujemy szabelką bez powodu, a wyimaginowana godność jest dla Polaków ważniejsza od praktycznych korzyści wynikających choćby z pogłębionej przyjaźni z Rosją.

Ludzie oszczędnie korzystający z rozumu z trudnością odnoszą bezpieczeństwo państwa do ich własnego, prywatnego zagrożenia. Człowiek spytany: – Czy czujesz się bezpiecznie? – w pierwszej kolejności przebiegnie pamięcią, czy on lub ktoś z rodziny oberwał po gębie w ciemnej ulicy, czy ktoś z rodziny został okradziony i czy skarbówka nie wpadła na trop niezgłoszonego dochodu.  Ministrowie rządu PiS na wyścigi zapewniają, że przestrzegającym prawo nic nie grozi, a Polska jest bezpieczna jak nigdy. Jednak wołałbym, żeby zamiast ministra Brudzińskiego wypowiedziały się w tej sprawie kobiety pobite przez narodowców na oczach policjantów, którzy  z zainteresowaniem przyglądali się temu wydarzeniu.  Ciekawy jestem też opinii działaczki na rzecz tolerancji z Wałbrzycha, której całkowicie nieznani sprawcy podpalili mieszkanie, zostawiając wiadomość ( a może raczej swoją wizytówkę): „Źródło smrodu – brudasy”. W sprawie poczucia bezpieczeństwa chciałbym usłyszeć opinię oplutych za to, że w publicznym miejscu rozmawiali z kimś w obcym języku, pobitych za kibicowanie nie tej drużynie co należało, skopanych za koszulkę z „konstytucją”, albo za nic.

Państwo PiS gwarantuje nam bezpieczeństwo, popierając równocześnie tych, którzy nam zagrażają: antyszczepionkowców, nacjonalistów, kiboli, oszołomów smoleńskich czy religijnych fanatyków. Przez cały rok prokuratura biedzi się nad aktem oskarżenia znanych jej ludzi, którzy w świetle jupiterów i często w asyście policji w sposób oczywisty złamali prawo. Słabo rozróżnia między faszystą a patriotą. Nie przyjdzie jej do głowy, że faszystą jest także ten, kto faszyzm usprawiedliwia i również ten, kto faszyzm toleruje. Nie potrafi oskarżyć nawołujących do wieszania myślących samodzielnie. Umarza sprawy o propagowanie faszyzmu. Nawet bandzior, który zgwałcił dwie kobiety, zasługuje na życzliwość prokuratury, bo zakapował kolegów przynosząc splendor organom ścigania. Wiele jeszcze przykładów dowodzi, że organ Zbigniewa Ziobry jest dziś rachityczny, niezdolny do samodzielnego działania i trzeba go pobudzać ręcznie.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni. Pod rządami PiS trzeba się bać. Wojciech Młynarski ostrzegał kiedyś, że „najtrudniej czasami jest rozpoznać bandytę, gdy dokoła są sami szeryfi”.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim u Rydzyka.

Nie jestem zaskoczony postawą Mateusza Morawieckiego, zarówno podczas przesuniętego w czasie zjazdu PiS z okazji 3-lecia sprawowania rządów przez tę partię, ani podczas składania hołdu Tadeuszowi Rydzykowi w podczas innego zjazdu – rodzin Radia Maryja.

Morawiecki jest typowym słupem w życiu publicznym, można na nim powiesić obce mu wartości, a on je wygłosi jako własne. Jakie wyznaje poglądy obecny premier rządu RP? Raczej nie wiemy (bo może ich nie mieć), więcej można napisać o jego charakterze, a jest on nieciekawy.

Morawiecki był słupem w banku grupy Santader Bank Zachodni WBK, dzisiaj jest słupem Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej chciał być słupem u Donalda Tuska, ale ten poznał się na jego syndromie żony Lota (która zamieniła się w słup soli), zresztą określił go jako nie wychylającego się podczas dyskusji w gronie doradców, bo… trzeba było mówić własnym głosem. Dobrze to słychać na taśmie z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”, na której przytakuje politykom Platformy, aby się im przypodobać.

Taki marny charakter, aby się dowartościować zostaje zwykle mitomanem. I tak z nim jest. Jeżeli oglądniemy się do tylu i przeanalizujemy postawy ważniejszych naszych polityków działających na scenie politycznej od 1989 roku sklasyfikujemy Morawieckiego, jako największego mitomana. Nawet jest lepszy w te klocki od samego prezesa PiS, który do swego mitomaństwa używa psychologicznego lustra, zamiast o sobie mówi o „wielkości” brata bliźniaka Lecha.

Jak to z mitomanami bywa, rozmijają się z rzeczywistością, bo żyją w alternatywie kłamstwa i służalczości wobec innych. Mitoman musi komuś się podlizać, komuś służyć, bo czuje się niepełnowartościowy. Przyjmuje za swoje inne wartości i stosuje się do zasady politycznej – wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem.

Świetnie to było słychać podczas wystąpienia Morawieckiego na zjeździe u Rydzyka, ten ostatni za pełnowartościowych Polaków uznaje swoje owieczki, a reszta to lewactwo. I tak podlizał się w hołdzie Rydzykowi premier rządu RP, zwrócił się do niebytu Matki Boskiej i w tej wierze podzielił Polaków wg mniemanej miłości do ojczyzny: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie. Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

To się dzieje tu i teraz, a nie w jakiejś przestrzeni średniowiecznej, to nie jest żart, ani mara piekielna. Słup Kaczyńskiego głosi poglądy iście szamańskie, zwraca się do postaci z rzeczywistości alternatywnej, nierealnej. Guzik mnie obchodzi w co wierzy Morawiecki, to jego prywatna sprawa, byle nie wygadał publicznie takich średniowiecznych bzdur i nie klasyfikował wg nich rodaków.

>>>

Brudziński z szemranego towarzystwa Corleone Kaczyńskiego nie radzi sobie z policjantami

3 List

>>>

Nikt nie ma też wątpliwości, że wytrzymałość policjantów właśnie się wyczerpała” – napisał m.in. Przewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Policjantów Rafał Jankowski w liście do ministra MSWiA Joachima Brudzińskiego.

Apelując o spotkanie Jankowski przypomniał ministrowi, że obecna władza obiecywała policjantom przywrócenie niesłusznie odebranych uprawnień, a także wynagrodzenie, które pozwoliłoby na godne życie.

Zdaniem przewodniczącego NSZZ Policjantów przez trzy lata nic się nie zmieniło, obietnice nie zostały zrealizowane, a przemęczenie i stres osób pracujących w policji jest ogromne. „Obawiam się więc, że jeżeli w najbliższych dniach nasze środowisko nie uzyska jednoznacznej gwarancji na spełnienie naszych postulatów, w słuszność których przecież sam Pan nie wątpi, sytuacja może się skomplikować jeszcze bardziej. W imieniu Zarządu Głównego NSZZ Policjantów wzywam Pana Ministra do osobistego i niezwłocznego podjęcia rozmów” – apeluje Jankowski.

Minister Brudziński na razie nie spotkał się z policjantami, ale odniósł się do całej sytuacji na Twitterze, przywołując swoje pismo z września, w którym obiecuje policjantom podwyżki na początku przyszłego roku i w jego połowie.

Czy taka forma komunikacji i kolejnych obiecanek ze zdeterminowanymi policjantami wystarczy i czy nie jest to przykładem lekceważenia służb, od pracy których zależy bezpieczeństwo nas wszystkich?

>>>

>>>