Tag Archives: Paweł Adamowicz

Władza PiS przed alternatywą: demokracja albo Polexit

14 Sty

Wchodzimy w decydujące momenty dla naszego kraju. Albo demokracja w Polsce powróci do obowiązujących standardów w Unii Europejskiej, albo nastąpi to, co najgorsze – Polexit, a w jakiejś perspektywie utrata niepodległości.

PiS zniszczył nam ojczyznę, jest jednak ona do odbudowania, myślę o prestiżu i godnym miejscu w Europie.

Skierowanie przez Komisję Europejska do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu o zastosowanie  wstrzymania w Polsce działania ustaw sądowniczych, które są kagańcem na wolność władzy sądowniczej, są radykalnym krokiem Brukseli.

Sytuacją mamy albo-albo. Albo demokracja, albo autokracja.

„Komisja zwróci się do Trybunału Sprawiedliwości UE o zarządzenie środka tymczasowego ws. reżimu dyscyplinarnego dla sędziów” – ogłosiła KE po spotkaniu komisarzy 14 stycznia. Środkiem ma być zawieszenie funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN. „Jeśli TSUE się zgodzi, postępowania w Izbie powinny zostać wstrzymane” – tłumaczy dr hab. Piotr Bogdanowicz z UW.

„Kolegium komisarzy dało zielone światło służbom prawnym Komisji, by wnioskowały do TSUE o zarządzenie tzw. środka tymczasowego w sprawie dotyczącej reżimu dyscyplinarnego dla sędziów” – poinformował po wtorkowym spotkaniu władz KE komisarz Nicolas Schmit.

Wiceprzewodnicząca KE Věra Jourová napisała na Twitterze, że w ramach środka tymczasowego Komisja będzie domagała się zawieszenia pracy Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Więcej tutaj >>>

Filozof prawa prof. Jerzy Zajadło przypomina klasyczną książkę „The Dual State” Ernsta Fraenkela – wnikliwą i trafną analizę istoty systemu państwa i prawa III Rzeszy. Znajduje w niej bardzo aktualny instruktaż jak stopniowo wygasić demokratyczne państwo prawa i zastąpić je zupełnie innym porządkiem polityczno-prawnym.

Wielce ciekawy esej prof. Zajadło czytaj tutaj >>>

Agnieszka Kaczmarska z Kancelarii Sejmu nie przyjedzie do Olsztyna, by pokazać w sądzie tajne listy poparcia do KRS. Ale udostępni je sędziemu Juszczyszynowi do wglądu na miejscu w Warszawie już 21 stycznia. Jest tylko jedno „ale”. Kancelaria chce pokazać listy z podpisami obywateli, nie sędziów.

O wyprawie Juszczyszyna do Kancelarii Sejmu tutaj >>>

Radykalnie katolicki Instytut Ordo Iuris chwali się tym, że finansuje swoje działania z darowizn i nie bierze pieniędzy z budżetu państwa. Jednak dwie inne organizacje, powiązane z Ordo Iuris personalnie i projektowo – owszem. W 2019 r. otrzymały one dotacje z budżetu państwa na prawie 2 mln zł.

O tej islamskiej organizacji katolickiej tutaj >>>

Pytanie, ile wytrzyma marszałek Grodzki i jego otoczenie, ale ten czarny marketing polityczny przekłada się też na osoby, które na co dzień nie zajmują się polityką. Takiej wersji jeszcze nie mieliśmy.

NISZCZY SIĘ WSZYSTKIE STRUKTURY SPOŁECZNE, NISZCZY AUTORYTETY, JASNE WIDZENIE ŚWIATA, CO POWODUJE ZABURZENIE RELACJI I KOMUNIKACJI, KTÓRE SĄ FAŁSZYWIE ODCZYTYWANE, CO PROWADZI DO BEZRADNOŚCI.

Dzieje się tak, bo ludzie nie mają narzędzi, żeby to nazwać i sprawdzić, zaczną więc udawać się na emigrację wewnętrzną. Pozostali bliżej władzy, np. obsadzeni w spółkach Skarbu Państwa, zaczną się urządzać w przysłowiowej “d”, o której mówił Kisielewski. Zatem znowu zaczynamy produkować na skalę państwową ludzi, którzy dla świętego spokoju będą konformistami.

Marszałek Grodzki jest jaskrawym przykładem, jak działa ta machina – to szukanie haków, apele CBA o donosy. Wobec sędziów od dawna prowadzona jest ta sama działalność, tylko w wersji trochę bardziej soft?
Sędziów jest po prostu więcej. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, kiedy funkcjonariusze państwowi, jak ministrowie, obrażają publicznie sędziego za to, że przeszedł się w naszej sprawie – wszystkich obywateli – w marszu. Za to jest postponowany przez urzędników państwowych i dziennikarzy usłużnych władzy, którzy opowiadają steki bzdur. U sędziów ma to jeszcze jedną konsekwencję – sprawy dyscyplinarne. To są tzw. miękkie represje, które będą się sprowadzały do tego, że ludzie będą tracić pracę albo będą musieli się naginać do systemu.

Czytaj cały wywiad z dr. Oczkosiem >>>

JUSTYNA KOĆ: Został pan przewodniczącym senackiego zespołu doradców ds. kontroli konstytucyjności. Czym będzie się zajmował?

MAREK CHMAJ: Zespół powołał marszałek Grodzki. Kierując się kwestiami merytorycznymi, wybrał 15 znakomitych naukowców mających bogaty dorobek z zakresu prawa konstytucyjnego i pokrewnych gałęzi prawa. Zadaniem zespołu będzie badanie zgodności ustaw z konstytucją oraz z traktatami unijnymi.

Czyli będziecie zajmować się tym, czym powinien Trybunał Konstytucyjny?
Tak jest. Marszałek chciał, aby niezależny zespół składający się z wybitnych ekspertów badał ustawy, które będą, ale też obowiązują w porządku prawnym RP. Zespół będzie wydawał opinie w pełnym składzie, tzn. podpisywane będą przez wszystkich członków bądź w składach pięcioosobowych.

OPINIE BĘDĄ WYKORZYSTYWANE PRZEZ MARSZAŁKA W PROCESIE LEGISLACYJNYM PRZY UWZGLĘDNIANIU I PLANOWANIU POPRAWEK SENATU DO USTAWY, ZAŚ W PRZYPADKU OBOWIĄZUJĄCYCH USTAW OPINIE ZESPOŁU BĘDĄ MOGŁY BYĆ WYKORZYSTYWANE DO PRZYGOTOWYWANIA PROJEKTÓW I ZMIAN NOWELIZACJI USTAW W KIERUNKU NADANIA IM ZGODNOŚCI Z POLSKĄ KONSTYTUCJĄ.

Sporo pracy będzie miał zespół…
Zespół jest gotowy do podjęcia pracy. Chciałbym jeszcze podkreślić, że zespół pracuje społecznie, zatem uczestnictwo w składach orzekających, jak również w posiedzeniach plenarnych, jest nieodpłatne. Jedynie osoba, która będzie sporządzała daną opinię, otrzyma honorarium na zasadach obowiązujących dla wydawania opinii w Sejmie i Senacie. To są niewielkie kwoty.

Wywiad z prof. Chmajem tutaj >>>

PiS stosuje gwałt, aby wzbudzić jakiegoś Frankensteina, Eligiusza Niewiadomskiego

13 Sty

Unia Europejska nie zgodzi się na zniszczenie w Polsce jednego z trzech filarów demokracji niezależnego sądownictwa.

PiS tym samym będzie zmuszony wyprowadzić nasz kraj z UE – dokonać Polexitu.

PiS ma jeszcze jedną możliwość, podporządkować Senat i tak lawirować z prawem, iż pozornie ustawy sądownicze będą spełniały powierzchownie wymogi prawa unijnego.

Ale do tego trzeba usunąć marszałka Tomasza Grodzkiego. PiS to partia rewolucyjna, która ustanawia swoje prawo, a więc ucieknie się do przemocy, włącznie z zabójstwem. Już został zabity Paweł Adamowicz, teraz w nagonce TVP  wykluwa się inny Eligiusz Niewiadomski, który podniesie rękę na Grodzkiego (pisowski Niewiadomski może być potajemnie wysłany przez służby specjalne).

Mogą też zaaranżować zabójstwo/samobójstwo. Takie są cechy partii jak PiS, świetnie to analizuje jedna z najwybitniejszych filozofów wszechczasów Hannah Arendt, a za nią kapitalny ks. Józef Tischner: „gdzie w przewrocie widoczny staje się zamiar rozpoczynania od nowa, gdzie stosuje się gwałt, by zbudować nową fomę państwa, nowe polityczne ciało…” (Tischner – „Usprawiedliwienie przemocy”).

Kaczyńskiemu nadrzędna jest inna zasada sformułowana przez Bakunina: „samo zniszczenie jest już tworzeniem”. I z tym mamy do czynienia obecnie w Polsce, niszczy się demokrację.

Wszystkie ostatnie wydarzenia są potwierdzeniem powyższych spostrzeżeń.

We wtorek 14 stycznia 2020 Komisja Europejska ma zwrócić się do Trybunału Sprawiedliwości UE o zastosowanie tzw. środka tymczasowego – zawieszenia Izby Dyscyplinarnej SN, powołanej przez PiS. Donosi o tym holenderski dziennikarz na podstawie wiarygodnych źródeł w Brukseli. Komisja czeka na wyrok TSUE w sprawie systemu dyscyplinowania polskich sędziów.

Więcej na ten temat czytaj tutaj >>>

Postępowanie toczy się już w Trybunale. By zapobiec pogorszeniu sytuacji w międzyczasie, Komisja ma wnioskować w TSUE o zastosowanie tzw. środka tymczasowego. Z doniesień „De Volkskrant” wynika, że poprosi Trybunał o zawieszenie funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN.

Inny kłamca Zbigniew Ziobro nawet nie zna Konstytucji RP. osobiście zastrasza marszałka Senatu Grodzkiego.

– Kłamstwo! Kłamstwo! Kłamstwo! – chciałoby się krzyknąć do nieuka Ziobry.

Konstytucja RP mówi, że senatorowie mogą odpowiadać przed Trybunałem Stanu jedynie za przestępstwa gospodarcze.

Więcej o krętaczu Ziobrze >>>

Sędziowie z Olsztyna nie boją się ani rzeczników dyscyplinarnych ministra Ziobry, ani ustawy kagańcowej. Kilka dni temu zadali siedem pytań prawnych do Sądu Najwyższego, w których pytają, czy sędziowie awansowani przez nową KRS mogą legalnie sądzić i wydawać wyroki. Pytania do SN zadali prawie wszyscy sędziowie wydziału odwoławczego

Czytaj o sędziach z prawdziwego zdarzenia z Olsztyna tutaj >>>

Morawiecki jest wzorcem zaprzaństwa i zakłamania z  Sevres, utopiłby Polaków w łyżce łez – czyt. tutaj >>>

Ludzie są z natury podatni na kłamstwa, jeśli tylko dobrze je spreparować. A „dobra zmiana” jest w tej konkurencji mistrzem świata.

Afera goni aferę. Rządzący nie kryją już nawet pazerności, dzieląc między siebie dobra, które im „się należą”. Nie widać pozytywnych efektów reformowania gospodarki i administracji. „Dobra zmiana” w sądownictwie budzi protest całego prawniczego świata. Polska, która jeszcze niedawno brylowała wśród rozgrywających, dziś jest już tylko pariasem Unii pod naporem zmasowanej krytyki cywilizowanych społeczeństw. Coraz bardziej widoczny jest chaos ogarniający struktury państwa. Parlamentarna większość produkuje kalekie ustawy, ostentacyjnie lekceważąc opozycję, własnych prawników i opinie ekspertów. Wdrażana idea kierowniczej roli partii i upowszechniany kult jednostki przywołują skojarzenia z najczarniejszymi czasami komuny. Mnożą się chamskie, obelżywe wypowiedzi rządzących, odsądzających od czci i wiary ludzi myślących inaczej. Społeczeństwo się rozpada. Rozpada się państwo. A mimo to poparcie dla rządzących nie słabnie. Dlaczego?

(…)

Marzy mi się nowa akcja billboardowa opozycji, jakaś wielka tablica hańby, pod hasłem KŁAMSTWO i KŁAMCZUCH DNIA. Marzy mi się, by kłamstwo znów stało się nieakceptowaną żenadą wykluczającą z przyzwoitego towarzystwa i pozbawiającą zaufania wyborców. Chciałbym też rozmaitym Kaczyńskim, Dudom, Morawieckim, Ziobrom, Warchołom i każdemu ich łgającemu bez opamiętania kolesiowi powiedzieć w oczy: – Jeśli oszukujesz mnie świadomie, dla własnej czy grupowej korzyści, to jesteś człowiekiem podłym. Jeżeli kłamstwo myli ci się z prawdą, bo nie sprawdziłeś, to jesteś zwyczajnie głupi. A jeśli łżesz, bo ci kazali, to żal mi Ciebie.

Więcej Karmińskiego tutaj >>>

Pożar w burdelu PiS

11 Sty

Tacy ludzie rządzą w bandyckim państwie PiS.

Premier Rzeczypospolitej Polskiej otwarcie mówi, że nie uzna wyroku sądu. Jak jakiś watażka w republice bananowej.

„Po raz pierwszy sędziowie będą walczyli o praworządność na ulicy. W togach. Najważniejsze jest to, żeby byli z nami obywatele” – mówi OKO.press sędzia Igor Tuleya przed sobotnim Marszem Tysiąca Tóg. 

15-17 stycznia Senat zajmie się projektem tzw. ustawy dyscyplinującej, zwanej też kagańcową.

Jak pisaliśmy w OKO.press projekt przegłosowany przez PiS w Sejmie 20 grudnia, po 29 godzinach chaotycznego „poprawiania” zakłada m.in. drastycznie poszerzenie odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów i prokuratorów. 

Przeciwko takim planom ostro protestują znamienici prawnicy – polscy i zagraniczni – oraz Rzecznik Praw Obywatelskich. Bo tak sformułowane przepisy są poważnym zagrożeniem dla niezależności sędziów i stawiają pod znakiem zapytania członkostwo Polski w europejskim porządku prawnym. Protestowała Komisja Europejska i kolejne organy Rady Europy: Zgromadzenie Parlamentarne i Komisarz Praw Człowieka.

Więcej o Igorze Tuleyi i Marszu Tysiąca Tóg czytaj tutaj >>>

„Obrona rządów prawa w postaci faktycznego stosowania prawa przez sędziów okazała się najskuteczniejszym elementem ochrony polskiej demokracji, zwłaszcza gdy nie mogą tego zrobić inne instytucje. Chciałbym wyrazić ogromny podziw i wdzięczność polskim sędziom za ich ogromną determinację i niezłomność” – mówił sędzia Marek Safjan.

W czwartek 9 stycznia 2020 na Uniwersytecie Warszawskim odbył się jubileusz z okazji 70. urodzin prof. Marka Safjana, sędziego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, wcześniej przewodniczącego polskiego Trybunału Konstytucyjnego i wybitnego naukowca związanego z UW.

O prof. Safjanie czytaj tutaj >>>

System wymiaru sprawiedliwości w Polsce przeżywa kryzys, który można porównać do pożaru. Widzimy, co się dzieje w Australii, jest pożar i są ludzie, którzy próbują go opanować. Czy możemy sobie wyobrazić, że rząd Australii zacząłby karać dyscyplinarnie strażaków, którzy chcą ugasić pożar? A to chce zrobić polski rząd z polskimi sędziami.

Polski rząd chce karać dyscyplinarnie sędziów, którzy próbują rozwiązać kryzys wymiaru sprawiedliwości i chcą spowodować, żeby ponownie orzeczenia sądowe były ważne i niepodważalne.

I to wszystko dodatkowo toczy się jeszcze w otoczeniu olbrzymiej propagandy. Wmawia się obywatelom, że te rozwiązania są normalne, że powtarzają rozwiązania w innych krajach europejskich. Nie mogę tego słuchać, bo uważam, że to jest po prostu nieprawda.

Wystąpienie prof. Marcina Matczaka

Przez ostatnie cztery lata parlament był zamknięty dla specjalistów i organizacji pozarządowych i obywateli. To spotkanie [w Senacie] pokazuje, że proces legislacyjny może być otwarty, możemy o nim dyskutować, a to ma wielką wartość dla ludzi, którzy mogą lepiej zrozumieć, nad czym tak naprawdę obradujemy i jaki sens ma to, o czym myślimy i co państwo chcą uchwalić.

Całe wystąpienie prof. Matczaka czytaj tutaj >>>

Polscy sędziowie, którzy chcą zbadać, czy wyrok został wydany właściwie, nikogo nie atakują, nikogo nie kwestionują, tylko chcą pomóc obywatelowi. Chcą pomóc polskiej firmie, która kiedy pozwie firmę francuską, albo niemiecką, chce żeby jej wyrok był wykonany za granicą.

Chce pomóc parze, dajmy na to polsko-brytyjskiej, która walczy o prawa do opieki nad dziećmi, ażeby wyrok polskiego sądu przyznający jednej ze stron tę opiekę, był stabilny i żeby dzieci nie musiały być przerzucane z jednej rodziny do drugiej.

Jeżeli ktoś uzyska wyrok dotyczący działki, na której chce zbudować dom, to prawo musi mu gwarantować, że ten dom będzie mógł zbudować i będzie mógł w nim mieszkać. Żeby to było możliwe musi mieć pewność, że wyrok jest ważny.

Chcę zaapelować do ministerstwa sprawiedliwości: pozwólcie ugasić ten pożar, który wywołaliście. Pozwólcie sędziom, bo to jest ich praca, naprawić kryzys w wymiarze sprawiedliwości, a nie zamykajcie im ust.

Jeżeli wierzycie w to, że niemówienie o problemie rozwiąże problem, to coś tutaj jest głęboko nie tak.

PiS wciąż niestety zmierza do wymienienia powszechnie szanowanych, cieszących się wielkim autorytetem intelektualistów na własną „elitę”.

Bycie Polską PiS-u do chwalebnych nie należy. Gdzie nie spojrzeć, tam zbieramy owoce polityki partii rządzącej i już dzisiaj mamy przez nie permanentną zgagę. A co będzie za kilka lat, kiedy PiS osiągnie wreszcie swój cel i wymieni znanych, powszechnie szanowanych, cieszących się wielkim autorytetem, intelektualistów, na własną „elitę”? Nie ma lekko. Czeka nas całkowita degrengolada państwa, a wzorców do naśladowania będziemy szukać już tylko poza granicami Polski, bo u nas się oni po prostu nie uchowają. Popatrzmy może uważnie, kim PiS chce zastąpić dychającą już ostatkiem sił polską inteligencję.

(…)

Obecna władza na uszach staje, by stworzyć nową klasę inteligencji, która za wiele nie myśli, zbyt wiele nie wie, ale za to ma w sobie mnóstwo narcyzmu, agresji i miernoty moralnej. Inteligencji, która sprzeda się za przysłowiową skórkę, podporządkuje silniejszemu guru i będzie działać tylko dla dobra partii. Do tego zbyt wiele intelektu nie potrzeba, a że za chwilę z taką inteligencją pójdziemy na dno… czy to ważne?

Cały esej Tamary Olszewskiej tutaj >>>

Zamachy w 2019 roku

30 Gru

2019. To był rok zamachów: oburzającego na praworządność, morderczego na klimat, wstrętnego na prawa osób LGBT, smutnego na edukację, absurdalnego na historię i prawdę. Ale budziła się też nadzieja niesłusznie nazywana matką głupich. Możesz pomóc nadziei wspierając wolne media.

Jest późny wieczór 12 grudnia 2019. Na stronie Sejmu pojawia się ustawa dyscyplinująca vel kagańcowa. Rzucam okiem, jest jeszcze gorsza niż się spodziewaliśmy. Trzeba zareagować natychmiast, bo OKO.press próbuje łączyć ogień z wodą, czyli analityczną uwagę z szybkością mediów.

Wybieram art. 9d., szczególnie bezwstydny. W kwadrans graficzka Hanka Szukalska, jedna  z osób mniej widocznych (pisze rzadko), ale kluczowych dla OKO.press, tworzy mema z cytatem wpisanym w twarz Zbigniewa Ziobry. Doskonały prawda?

Więcej >>>

Magdalena Adamowicz, tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska, apeluje teraz o zaprzestanie ataków na marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego. Jak sama przyznaje, nowa fala hejtu może doprowadzić do kolejnych tragedii.

“Oszczerstwa mają rozbudzić nienawiść. Ta nakręca spiralę mowy nienawiści. W takiej atmosferze niewiele potrzeba do wybuchu, do czynów z nienawiści. Kolejny raz apeluję: opamiętajmy się!” – napisała na Twitterze dziś już w roli europosłanki Koalicji Obywatelskiej Magdalena Adamowicz. Przypomnijmy, że 13 stycznia minie rok od tragicznej śmierci jej męża, który został zamordowany podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Tomasz Grodzki nową ofiarą fali hejtu?

Przypomnijmy, że marszałek Grodzki został oskarżony w ostatnim czasie o branie łapówek, w czasie gdy pracował w szczecińskim szpitalu. Choć oskarżające go osoby nie chcą się ujawnić i nawet w materiałach w TVP nie pokazują swoich twarzy, polityka spotkała fala hejtu w sieci, którą niektórzy zaczynają porównywać do tego, co miało miejsce w przypadku Adamowicza.

Pan Marszałek dostrzega podobieństwo zaistniałej sytuacji do sytuacji tragicznie zmarłego Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, gdy media rządowe rozprzestrzeniały w przestrzeni publicznej zniesławiające go treści dając niejako przyzwolenie do dalszych takich zachowań” – napisał mec. Jacek Dubois, który jest prawnikiem Grodzkiego.

Prawnik dodaje też, że marszałek Grodzki odnosi obecnie wrażenie, że organy reagują inaczej, gdy zarzuty stawiane są jemu, a inaczej, gdy oskarżane są inne osoby sprawujące ważne urzędy w państwie. “Niektóre oskarżone osoby mogą liczyć na obronę ze strony najważniejszych osób w kraju jeszcze zanim zapoznają się one z materiałami dowodowymi” – czytamy w oświadczeniu.

Pierwsze oskarżenia dotyczące rzekomego łapówkarstwa sprzed dwudziestu lat pojawiły się dopiero, gdy Tomasz Grodzki został marszałkiem Senatu. Kolejne – gdy Grodzki zapowiedział, że Senat przyjrzy się tzw. ustawie kagańcowej.

Co znamienne, zarzuty te zostały mu postawione w przestrzeni medialnej przez osoby deklarujące swoją przynależność do odmiennego niż on obozu politycznego (…) Powyższe okoliczności pozwalają domniemywać, że stawiane zarzuty nie mają charakteru merytorycznego, lecz są efektem bardzo brutalnej i bezpardonowej walki politycznej” – napisał mec. Dubois.

Marszałek Senatu od początku zaprzeczał stawianym mu zarzutom. Polityk “zlecił swojemu pełnomocnikowi skierowanie w tej sprawie szeregu prywatnych aktów oskarżenia”.

Atak w sieci

Warto dodać, że hejt w sieci jest dziś jednym z elementów walki politycznej. Najczęściej sami politycy nie podpisują się pod najbardziej zajadłymi atakami, ale osoby znające politykę od kuchni wiedzą, że najczęściej stoją za nimi wynajęci hejterzy lub struktury partyjne. Niestety – jak widać na przykładzie Adamowicza – skala nienawiści bywa tak wielka, że przelewa się poza sieć.

Wielu tych, którzy nie tak dawno kręcili nosem na ciepłą wodę w kranie, teraz marzy o jakiejkolwiek, byle czystej.

Ledwo się człowiek uporał z życzeniami świątecznymi, a tu już noworoczne trzeba wymyślić. Internet pełen jest gotowców – poetyckich sentencji i grafomańskich wierszydełek, którymi w Sylwestra zapychają się komórki, messengery i konta mailowe – ale i tak większość okolicznościowych serdeczności sprowadza się do nieśmiertelnej triady: ZDROWIA, SZCZĘŚCIA oraz POMYŚLNOŚCI wymiennej na SPEŁNIENIA MARZEŃ.  Sęk w tym, że wbrew najlepszym nawet intencjom życzenia te stają się coraz bardziej chybione, bo również tutaj dotarła już „dobra zmiana”. Stan placówek i poziom dezorganizacji służby zdrowia powodują na przykład, że uchowanie w dobrym zdrowiu przemieściło się z kategorii „utrzymanie dobrej kondycji” do sfery marzeń, a pomyślność zaczęła kojarzyć się ze szczęściem i ślepym losem zamiast ze zdolnościami i pracą.

Życzenia z wolna przestają być przejawem serdecznej pamięci o ludziach z kręgu rodziny, przyjaciół i znajomych, a coraz częściej są uciążliwym obowiązkiem towarzyskim, daniną dla tych, którzy mają wpływ na naszą sytuację zawodową i społeczną, albo inwestycją w jakość naszego życiach.  A co do życzliwości intencji… pesymiści są zdania, że gdyby któregoś dnia spełniły się wszystkie marzenia wszystkich Polaków, to kraj całkowicie by się wyludnił. To oczywiście przesada, ale gołym okiem widać , szczególnie w telewizji – tak publicznej jak dom prezesa Banasia w Krakowie – że postępuje proces intensywnej demoralizacji naszego społeczeństwa. Troska o interes publiczny już nie nobilituje, empatia nie budzi większego szacunku, a naturalna w cywilizowanych krajach życzliwość wobec nieznajomych ustępuje miejsca nieufności i podejrzliwości.  Obsadzanie intratnych posad dyletantami zaprzyjaźnionymi z władzą już tak nie razi, kłamstwo i obiecanki bez pokrycia stają się zwykłymi narzędziami polityki, a kradzież publicznego mienia, podobnie jak kiedyś w komunie, dowodzi jedynie sprytu i obrotności.

Rozmaici ludzie rozmaite składają życzenia. Kiedyś życzyło się innym tego, na co samemu miało się ochotę. Dziś, kiedy składa się je z towarzyskiego obowiązku, powinszowania stają się wtórne i banalne, a kiedy przekazywane są w oczekiwaniu korzyści, życzenia dobierane są do oczekiwań adresata.  Szybko uczymy się egoizmu, deformując równocześnie definicję samolubnego sobkostwa.  Przybywa przekonanych, że egoista to jest taki człowiek który bardziej dba o siebie niż o nich. Przybywa też ludzi, którzy w razie kłopotów nie zastanawiają się nad ich przyczyną, tylko pytają – dlaczego ja? Czemu to czy owo spotyka akurat mnie, a nie Kowalskiego z naprzeciwka? Z jakiej racji lekarze, sędziowie i rozmaite elity żyją sobie wygodnie, przytulają wielką kasę i nie dość, że mają wypasione fury, to jeszcze żony, na widok których biskup wybiłby dziurę w witrażu? Coraz więcej ludzi nie martwi się wcale, że trąba powietrzna zerwała dachy sąsiadom, a jedynie cieszy się, że nawałnica nie dotarła do ich domu. Chcą, żeby ludzie nie tłoczyli się w tym autobusie, którym jeżdżą do pracy, tylko w jakimś innym. Choćby nie wiedzieć, ile jeszcze pisowskich afer ujrzy światło dzienne, popierać będą każdego, kto ich doceni, przyzna im rację, dopuści do podziału kasy i umożliwi iluzoryczny choćby wpływ na losy kraju i ludzi.  Nie wiedzą, że im bardziej pragną kontrolować rzeczywistość, tym mniej kontrolują siebie.

Partia, zwana już kaczystowską, w drodze do wprowadzenia dyktatury spowodowała, że przyzwoitym ludziom żyje się gorzej. Zdawałoby się, że okradzionym z wolności i godności, oszukanym i ubezwłasnowolnionym, życzyć trzeba po prostu WSZYSTKIEGO! Ale to nieprawda, że im gorzej żyje i czuje się człowiek, tym większe są jego potrzeby.  Paradoksalnie – im bardziej postrzega się świat jako niewygodny, nieprzewidywalny i niepokojący, tym oczekiwania wobec niego są skromniejsze, a marzenia ograniczają się do zaspokojenia najważniejszych potrzeb. I odwrotnie: ci, którzy widzą Polskę odrodzoną, rozkwitłą, zreformowaną i ze zrównoważonym budżetem winszują sobie dziś miliona aut elektrycznych, światowego centrum komunikacji lotniczej między trzema istniejącymi już lotniskami, flotylli polskich promów, zbudowania 100 tysięcy mieszkań do końca 2019 roku oraz 46 miliardów cudownie wytrząśniętych z rękawa na realizację ostatnich obietnic wyborczych.

Oszukańcze zobowiązania obliczone na utrzymanie władzy i na dokończenie procesu zawłaszczania państwa, obrażają inteligencję wielu Polaków. Ale myślę, że na pytanie, czego przyzwoici obywatele sobie życzą w nowym roku, tylko nieliczni zażądają, by PiS został zdelegalizowany, a jego funkcjonariusze znaleźli miejsce w zakładach karnych lub, w miarę potrzeb, w psychiatrycznych ośrodkach zamkniętych. Założę się, że większość okradanych i obrażanych zapragnie po prostu, by ich nie okradano i nie obrażano. Wbrew dramatycznym opisom wściekłych ataków na Kościół wierni życzą sobie jedynie, by polscy katolicy stali się chrześcijanami. Chcą tylko tego, by delegaci Pana Boga na Polskę kierowali się Ewangelią miłości, a nie programem PiS i nienawistnym jątrzeniem „zielonego ludzika”, podkopującego fundamenty wiary bredniami o islamskich hordach czyhających na Polskę, o tęczowej zarazie i o ekoterrorystach.  A ludzie, którzy coraz liczniej protestują przeciw niszczeniu przyrody pod fałszywym pretekstem „czynienia sobie ziemi poddanej”, bynajmniej nie życzą polskim górnikom bezrobocia. Oni tylko nie życzą sobie, by 70% najbardziej zadymionych miast Europy znajdowało się w Polsce. Nie chcą, żeby każdego roku 45 tys. Polaków umierało z powodu zanieczyszczeń powietrza, nie chcą, by straszną śmiercią przez uduszenie ginęło 15 razy więcej ludzi niż wskutek wypadków komunikacyjnych! A ci, którzy wychodzą na ulicę w obronie Konstytucji, nie podpalają aut, nie przewracają tramwajów, nie budują barykad i nie życzą sobie rewolucji. Oni jedynie życzą sobie, by prawo było przestrzegane i przy okazji, żeby władza nie prześladowała ich za to, że ośmielają się publicznie mówić co myślą o prawdzie, prawie i o sprawiedliwości.

Marzeniami steruje propaganda, która tworzy nowe potrzeby lub potęguje te istniejące. Wszechobecna w Polsce propaganda sączy jad tylko w jednym kierunku, podkręcając oczekiwania i nadzieje bez związku z faktami, a często i wbrew faktom. Po przeciwnej stronie marzenia są mniej wyuzdane. Wielu tych, którzy nie tak dawno kręcili nosem na ciepłą wodę w kranie, teraz marzy o jakiejkolwiek, byle czystej.  Ot, żeby tylko nie było gorzej. Wystarczy, jeśli kłamstwa będą dostrzegane, a oszustwa karane. Wystarczy, że nowa sędzia TK nie odezwie się przez tydzień, a już świat staje się jaśniejszy, cieplejszy i mniej szarobury.

W naszym pokręconym światku, podstawowe prawa zdają się nieosiągalne, a minimalne standardy to nierealne fanaberie. W tak ważnych dla Polski wyborach prezydenckich nie szukamy człowieka wybitnego formatu, nieskazitelnego charakteru, z charyzmą przywódcy narodu. Wystarczyłby nam ktoś, kto z grubsza przestrzega prawa, nie wyrywa kartek z Konstytucji, rzadko kłamie, niechętnie obraża ludzi, nie pajacuje za granicą, stara się nie ośmieszać Polski i nie zraża do nas tych, od których zależy wsparcie dla polskiej pomyślności i rozwoju.

W nadchodzącym roku trzeba zatem życzyć sobie nie tylko WSZYSTKIEGO NORMALNEGO. Również tego, żebyśmy od nowa nauczyli się marzyć.  I jeszcze – wraz ze Stefanem Kisielewskim – życzę Wam, kochani, byście się zbytnio nie martwili tym, że znaleźliśmy się w ciemnej dupie.  To może się zdarzyć każdemu narodowi. Rzecz tylko w tym, żebyśmy nie zaczęli się tam urządzać.

Macierewicz wyciąga kasę państwową dla swego młodego przyjaciela

9 Gru

Premiera „Szczerze” Donalda Tuska 12 grudnia. Już dziś publikujemy fragmenty bardzo osobistych dzienników byłego przewodniczącego Rady Europejskiej i obecnego szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

Książka autorstwa Donalda Tuska ma formę osobistego dziennika. Są to zapiski z lat 2014-2019 uzupełnione i wzbogacone późniejszymi przemyśleniami. Były premier Polski opisuje kolejne dni na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej (czy, jak woli jego wnuk, Króla Europy). Relacjonuje spotkania z Angelą Merkel, Petrem Poroszenką, Francois Hollande’em, Barackiem Obamą czy Davidem Cameronem. Ujawnia kulisy narad na szczytach europejskich władz. Możemy wraz z nim śledzić m.in. pierwsze przymiarki do referendum brexitowego czy narastający konflikt w UE w sprawach dotyczących sankcji na Rosję, wsparcia dla Ukrainy oraz kryzysu w Grecji. Tusk dużo miejsca poświęca też swoim bliskim i sprawom polskim, do których jako szef RE musiał zachowywać dyplomatyczny dystans.

Poniżej pierwsze fragmenty książki Donalda Tuska. Premiera książki zaplanowana jest na 12 grudnia, a 14 grudnia w sobotę w Centrum Premier Czerska 8/10 odbędzie się spotkanie z autorem.

NIEDZIELA, 13 STYCZNIA 2019

Przez cały dzień pracujemy z Junckerem nad listem do Theresy May. Zapewniamy w nim – na jej prośbę – że będziemy gotowi na podpisanie withdrawal agreement natychmiast, jak tylko zostanie przegłosowany przez Izbę Gmin. Dodajemy też kilkanaście zdań, które mają „osłodzić” backstop i uczynić go strawnym dla brytyjskich posłów.

W domu jestem tuż przed dwudziestą. Nagle dzwoni telefon. To Michał. Mówi coś, co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. W czasie „Światełka do nieba”, gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ktoś zaatakował nożem Pawła Adamowicza. Jeszcze nie wiadomo, czy jest ciężko ranny. „Nie, na pewno wszystko będzie dobrze” – odpowiadam. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Włączam TVN 24, reporterka wyraźnie zdenerwowana, widać, jak odjeżdża karetka. Po chwili znowu dzwoni Michał. Mówi, że sytuacja jest jednak poważna.

Całą noc telefony. Gosia jest w kontakcie z Piotrem Adamowiczem, bratem Pawła, rozmawia z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu, który w szpitalu czeka na wieści od lekarzy. Około trzeciej nad ranem telefon od Piotra. Rozumiem, że jest bardzo źle. Coś mnie chwyta za gardło. Zaczynam ryczeć jak dziecko.

Na wszystkich portalach Paweł mówiący do zebranych ludzi tuż przed atakiem:

Gdańsk jest szczodry. Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności.

I to światełko w jego ręku… Zasypiam po czwartej.

PONIEDZIAŁEK, 14 STYCZNIA 2019

Od rana cała polska ekipa w moim gabinecie. Mówię im, czego się dowiedziałem od Piotra Adamowicza: stan jest krytyczny, Paweł może nie przeżyć. Ktoś dopowiada, że podobno lekarze podtrzymują go przy życiu dzięki aparaturze po to, by żona, która leci ze Stanów, zdążyła go jeszcze zobaczyć.

Dzwonią z Gdańska, że mieszkańcy będą się zbierać po południu pod Dworem Artusa, żeby się modlić za Pawła i na znak solidarności z nim i jego rodziną. „Przecież nie będę tu siedział jak idiota i czekał na telefony” – pomyślałem. Dwie godziny później byłem już na lotnisku.

Tuż przed odlotem odbieram jeszcze jeden telefon od Wojtka Dudy. „To chyba koniec” – mówi. Na lotnisku w Gdańsku dziwna cisza. Twarze smutne, wściekłe, przestraszone. „Prezydent nie żyje” – mówi oficer ochrony, potwierdzając najgorsze. Jedziemy w kierunku Długiej, setki samochodów w tym samym co my kierunku, tkwimy w wielokilometrowym korku. Gdańszczanie tego wieczora chcą być razem.

Stoimy na przedprożu Dworu Artusa. Wałęsa, Borusewicz, Dulkiewicz. Przed nami morze głów; gdańskie, polskie, europejskie flagi. Ola z Wałęsą proszą, żebym coś powiedział do ludzi, ale jak tu mówić z czarną pustką w głowie, kiedy chce się płakać, milczeć albo wyć. Mówię kilka zdań przez ściśnięte gardło, trzęsąc się z zimna albo z emocji. Z głośników słychać „The Sound of Silence” i już nikt nie kryje łez.

Więcej Tuska tutaj >>>

Tak wynika z informacji, do których dotarł onet.pl. A odbywa się to za pośrednictwem amerykańskiej firmy White House Writers Group, która została wynajęta przez Polską Fundację Narodową, aby poprawiała wizerunek Polski w USA. Płacą za to wszyscy podatnicy, bo na budżet PFN – powołanej przez PiS – składają się kontrolowane przez partię rządzącą spółki skarbu państwa.

Onet dotarł do raportu finansowego WHWG. Było to możliwe tylko dzięki skorzystaniu z amerykańskiego prawa, które obliguje wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na prywatne osoby do składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych z zagranicy. Sama PFN nie chciała ujawnić rozliczeń z WHWG.

Z najnowszego raportu WHGW, obejmującego okres od maja do października tego roku, wynika, że Amerykanie otrzymali ponad 1,2 mln dol., czyli ponad 4,5 mln zł. Z tych pieniędzy sfinansowano wydatki Edmunda Jannigera, młodego byłego doradcy Antoniego Macierewicza. Jak donosi onet.pl, za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł).

Janniger nie zamierza się z tego tłumaczyć i wynajął kancelarię prawną, której przedstawiciel zaczął grozić dziennikarzowi Onetu. Mecenas Richard S. Gordon twierdzi, że „Minister Macierewicz poprosił naszego klienta [czyli Jannigera], aby towarzyszył mu w podróży do Chicago i podczas tego wydarzenia, co Pan Janniger zrobił w ramach swoich obowiązków służbowych”.

Tym wydarzeniem była konferencja, którą WHWG zorganizowała za pieniądze PFN. Odbyła się w luksusowym hotelu Blackstone. Według onet.pl, to tam prawdopodobnie nocowali Macierewicz i Janniger. W sumie podczas tej konferencji na samo tylko jedzenie i picie poszło ponad 9 tys. dolarów (35 tys. zł), choć trwała ona zaledwie 90 min.

Onet przypomina, że Macierewicz od dawna nie jest już szefem resortu obrony. W jakim więc charakterze z szeregowym posłem, którym Macierewicz jest w tej chwili, podróżował Janniger? Pojawia się także pytanie, co miał na myśli jego adwokat, pisząc o „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza.

Na wtorek zapowiedziana jest konferencja prasowa NIK. Jak podejrzewają dziennikarze, zostanie na niej przedstawiony raport, dotyczący nieprawidłowości związanych z działalnością Funduszu Sprawiedliwości, działającego pod kuratelą Zbigniewa Ziobry, a za tym ma pójść informacja o złożeniu zawiadomień „do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Ma ich być co najmniej kilkanaście”.

O sytuacji w Funduszu NIK informowała już w ubiegłym roku, zarzucając wydanie milionów „złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia”.

Wówczas partia rządząca podeszła do raportu NIK-u dość beztrosko, sugerując, że prace Izby budzą wiele wątpliwości i są nierzetelne, bo przecież na czele tej instytucji stoi nie związany z PiS-em Krzysztof Kwiatkowski. W tej sytuacji trudno więc mówić o wiarygodności i obiektywizmie kontrolerów.

Pytanie, jak teraz PiS będzie tłumaczył raporty, które mogą być przedstawione jutro, na konferencji. Zarówno ten, dotyczący właśnie Funduszu Sprawiedliwości oraz dwa kolejne, związane z aferą GetBack oraz z działalnością Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) mogą być dla partii rządzącej bardzo niewygodne i trudne do schowania pod dywan.

Jedno jest pewne. Banaś tak jak obiecywał, nie podda się bez walki. Ciekawe, ile jeszcze przed nami odsłon tego konfliktu?

Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie

Nie chcę straszyć, ale naprawdę jest się czego bać. Orzeczenie sędziów Izby Pracy Sądu Najwyższego, którym Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej powierzył zbadanie legalności działania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej SN,  nie zakończył sporu o legalność „dobrej zmiany” w sądownictwie, a przeciwnie, otworzył bezwiednie nowy etap eskalacji bezprawia. W najgorszym, ale jak najbardziej realnym scenariuszu, może się on zakończyć chaosem w gigantycznej skali i prawną anarchią, która nie raz już bywała pretekstem do przejęcia pełni władzy przez grupę trzymającą tę władzę w garści, a naród za pysk, albo do dyktatury pojedynczego despoty, sprawującego oczekiwane przez naród rządy silnej ręki.  Jest przy tym oczywiste, że pierwszą decyzją każdej autokratycznej władzy będzie wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS idzie na zderzenie czołowe. Wyrok Sądu Najwyższego to dla tej partii niewiążąca opinia. Funkcjonariusze PiS bajdurzą, że orzeczenie jest sprzeczne z Konstytucją, że kłóci się z zasadą nieusuwalności sędziów, że jedni sędziowie nie mogą usuwać drugich – tyle tylko, że nikt nie usuwa sędziów, bo ludzie skierowani przez władzę wykonawczą do KRS i ID sędziami wcale nie są! Równie bzdurny jest argument, że wyrok dotyczy tylko jednostkowej sprawy, z powodu której sędziowie Izby Pracy zwrócili się o opinię do TSUE. Przewodniczący KRS Leszek Mazur oświadczył, że wyrok Izby Pracy Sądu Najwyższego nie będzie miał konsekwencji dla funkcjonowania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. To nieprawda. Listopadowy wyrok unijnego trybunału, zrealizowany przez polski Sąd Najwyższy,  wiąże każdy sąd w kraju, od SN do szeregowego sędziego sądu powszechnego, także Izbę Dyscyplinarną, KRS, prezydenta, premiera, ministra sprawiedliwości, rzeczników dyscyplinarnych – wszystkich.  Tymczasem KRS, który zgodnie z wyrokiem nie daje wystarczających gwarancji niezależności od organów władzy ustawodawczej, uznał, że wyrok SN go nie dotyczy i obraduje w najlepsze. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, która nie jest sądem w rozumieniu prawa UE – a przez to i prawa krajowego, odebrała właśnie immunitet warszawskiej prokuratorce Justynie Brzozowskiej za odmowę „trałowania” w lipnej sprawie reprywatyzacyjnej, zapowiadając, że na wokandzie ma aktualnie trzynaście kolejnych rozpraw przeciw protestującym sędziom i prokuratorom.

W normalnym kraju premier z ministrem sprawiedliwości natychmiast usiedliby do przygotowania nowej ustawy o KRS. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej, KRS oraz nominowani przez KRS, zakończyliby orzekanie, a do społeczeństwa dotarłaby wiadomość, że sprawy kierowane do sądów, które sądami nie są, rozpatrywane nie będą. Ale Polska od dawna nie jest normalnym krajem, mimo zaklęć premiera furt wzywającego do normalności – samego siebie zapewne. Cokolwiek bezradnie zabrzmiało oświadczenie Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, wzywającą „parlament, rząd, prezydenta do tego, żeby dostosowali nasze prawo do standardów unijnych, bo przecież te standardy unijne zostały przez Polskę zaaprobowane, podpisane i to są nasze standardy”. – No i co z tego?! – usłyszałaby prezes Gersdorf w odpowiedzi, gdyby ktokolwiek z rządzących zechciał jej odpowiedzieć.

Widać wyraźnie, że PiS idzie na czołówkę z sędziami, trybunałem europejskim, Unią, polską racją stanu i zdrowym rozsądkiem. Idzie z fanfarami, sztandarami, narodowymi hasłami i z Gowinem, który zamykając pochód pali za sobą mosty (pali, ale się nie zaciąga).  Co takiego stało się z wymiarem sprawiedliwości, ze trzeba go wysadzić w powietrze? Dlaczego PiS chce rządzić i egzekwować prawo na gruzowisku? Argumenty, którymi próbuje przekonać Polaków, a co gorsza również zagranicznych partnerów, są najzwyczajniej durne, a często także śmieszne. Dociera to nawet do niektórych funkcjonariuszy władzy, którzy nie mówią już, że reforma ma skrócić sądowe procedury, bo wszyscy widzą, ze sprawy wloką się teraz znacznie dłużej.  Minister Ziobro nie opowiada już o sędzim – zbrodniarzu, który poważył się wziąć w sklepie część do wiertarki i nie zapłacić, ani o byłym sędzi niezrównoważonym psychicznie, który ukradł spodnie. Ale nie przestał bredzić dlatego, że ledwie kilka takich przypadków, które zdarzyły się wśród 10 tys. sędziów w ciągu kilkunastu lat, to wręcz powód do zawodowej dumy.

Ziobro ma wiele powodów, by o tym milczeć. Wyliczmy kilka najświeższych. Afera Misiewicza, aresztowanego za łapówki w zamian za wpływy w rządzie i biznesie. Afera KNF z prezesem Chrzanowskim, prezesem Glapińskim i bliskimi Mariusza Kamińskiego w rolach głównych. Afera związana z ukrywaniem majątku premiera Morawieckiego, przepisanego na żonę. Afera sponsorującej PiS piramidy finansowej Get Back, w której Polacy utopili trzy razy więcej pieniędzy niż w Amber Gold. Afera Polskiej Fundacji Narodowej, która miała „pokazywać Polskę piękną, przyjazną i ambitną”, a wykonała kampanię szkalującą sędziów, która za prawie milion euro kupiła biało-czerwony jacht stojący od pół roku w porcie USA ze złamanym masztem oraz zapłaciła amerykańskiej firmie piarowej 5,5 mln USD za promocję na profilach obserwowanych przez kilkadziesiąt osób. Afera b. marszałka Sejmu Kuchcińskiego, który zarzekał się, że z transportu lotniczego korzysta sam, incydentalnie i tylko w sprawach niecierpiących zwłoki, a w rzeczywistości odbył 135 podróży, zabierając na pokład luksusowego gulfstreama żonę, synów i córkę oraz kolegów z PiS i partyjnych działaczy samorządowych. Afera hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy pod wodzą wiceministra Łukasza Piebiaka szkalowali sędziów przeciwnych dobrej zmianie. Afera z „taśmami prawdy” Jarosława Kaczyńskiego, planami budowy dwóch wież, tajemniczym udziałem księdza Sawicza, który miał wziąć łapówkę, z oskarżeniem Kaczyńskiego o oszustwo i dziwnej reakcji prokuratury. I wreszcie afera Banasia, który mimo toczącego się przeciw niemu śledztwu został prezesem NIK. I jeszcze towarzysząca mu afera mafii VAT, której Zbigniew Ziobro długo szukał i w końcu znalazł – u siebie w ministerstwie.

I tak dysponentom koszmarnej zmiany pozostał już tylko jeden dowód degrengolady stanu sędziowskiego, wymuszający natychmiastowe drastyczne decyzje: SĘDZIOWIE TO KOMUCHY!  Niemal na każdym spotkaniu w terenie prezydent Duda łamiącym się głosem biada nad stanem polskiego sądownictwa przesiąkniętego wrażą ideologią i gromko wygraża postkomunistom ukrywającym się wśród sędziów, ze szczególnym uwzględnieniem ich głównego sztabu – Sądu Najwyższego.  Prezydentowi wtóruje premier, sypiąc z rękawa coraz to nowymi liczbami opisującymi rozmiar komuszego zagrożenia w wymiarze sprawiedliwości. Solistą tego chóru jest szeregowy poseł Kaczyński – autor „komunistów i złodziei”, „sędziowskiej kasty”, „bezkarnych synekur”, „ojkofobii, czyli nienawiści sędziów do własnego narodu” i kilku jeszcze bonmotów. Funkcjonariusze władzy rozgłaszają te i podobne bzdury na cztery strony świata nie zważając, że przed chwilą jeszcze odsądzali od czci i wiary każdego, kto o polskich kłopotach ledwie wspomniał za granicą.  Opowiadają swoje dyrdymały nie zważając, że myślący słuchacze, w tym wszyscy zagraniczni, dawno sprawdzili, jak jest naprawdę z tymi polskimi sądami splamionymi miazmatami komuny.  A jak jest?

PREZYDENT DUDA KŁAMIE. PREMIER MORAWIECKI KŁAMIE. POSEŁ KACZYŃSKI KŁAMIE.  Bo nawet Biuro Komunikacji i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości informuje, że w obecnym składzie Sądu Najwyższego nie ma nikogo, kto byłby w tym sądzie w poprzednim ustroju, na 101 orzekających w SN, żaden nie czynił tego przed 1989 rokiem. Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie. Podobne proporcje dotyczą byłych członków PZPR. Ciekawostką jest, że to samo biuro nie dysponuje danymi dotyczącymi Izby Dyscyplinarnej KRS oraz powołanymi na podstawie ustawy z grudnia 2017.

Mimo to Kaczyński, Ziobro, Duda i Morawiecki chórem wciskają Polakom i światu, że sądownictwo trzeba wywrócić do góry nogami, bo pełne jest komunistycznych złogów. Sugerują, że aktywiści PZPR dzielą się na przyzwoitych popierających PiS, którzy zapisali się do partii, by rozwalać komunę od środka – i na zatwardziałych postkomunistów, których należy eliminować z publicznych zawodów. Najgorszym sortem wśród nich są sędziowie, bo nie dość, że nie pomagają reformować kraju, to jeszcze przeszkadzają w tym zbożnym dziele pod pretekstem, że władza narusza praworządność.   Nie rozumieją, że władza jest praworządna z definicji, a legalnie wybranym wolno tworzyć prawo wedle swego uznania. Tacy sędziowie są po prostu kastą, która postawiła się ponad władzą PiS. To ten najgorszy sort komuchów, którzy zbierają się nocami czytając manifest komunistyczny i nucąc Międzynarodówkę.

Ciekawe, czy takie argumenty, które mają dowieść słuszności demolki w sądownictwie i usprawiedliwić wojnę wypowiedzianą Trybunałowi Sprawiedliwości UE, Sądowi Najwyższemu i niezawisłym sędziom sądów powszechnych, zwolnią obecnie rządzących od przyszłej odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej.

Uniwersytet Warszawski właśnie rozpoczął akcję „UW gratuluje Oldze Tokarczuk”. I pokazał zdjęcie noblistki z jej dyplomu ukończenia studiów.

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Gadzinówka TVP przegrała z prof. Wojciechem Sadurskim

18 Mar

Sąd Rejonowy w Warszawie umorzył sprawę karną z oskarżenia prywatnego o znieważenie, którą TVP wytoczyła prof. Wojciechowi Sadurskiemu. – „Bardzo się cieszę, że sędzia zdecydowała w ten sposób. Jest to potwierdzeniem mojego przekonania, że są jeszcze sądy niezależne w Warszawie. Uważam, że prywatne oskarżenie skierowane przeciwko mnie przez TVP było absolutnie skandaliczne. TVP wydaje publiczne pieniądze dla ochrony samej siebie przed krytykami i na dodatek, zamiast jak każde medium starać się rozszerzać sferę debaty publicznej, próbuje ją zawęzić przez szykanowanie swoich krytyków” – powiedział onet.pl prof. Sadurski po ogłoszeniu wyroku sądu. TVP może wnieść zażalenie na tę decyzję w ciągu siedmiu dni.

A TVP pozwała profesora w związku z jego tweetem, zamieszczonym po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – „Po tym, jak zaszczuty przez rządowe media polityk został zamordowany, żaden demokrata, żaden polityk opozycyjny, nie powinien przekroczyć progu Gebelsowskich mediów. Niech się kiszą we własnym sosie: nieudaczników, arywistów i tow Marka Króla, jak bojkot TV przez artystów po 1981” – napisał prof. Sadurski. Miał on w ten sposób godzić w dobre imię TVP.

TVP podobne pozwy wystosowała do Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara i znanego muzyka Krzysztofa Skiby. – „Najpierw dostałem żądanie przedsądowe od TVP, żebym przeprosił ich w internecie i wpłacił pieniądze na WOŚP, co już jest czystą perfidią, bo jak wiemy, TVP usunęła WOŚP ze swojej anteny, a nawet pikselowała serduszka, jeśli ktoś miał.  A tydzień temu dostałem akt oskarżenia z powództwa prywatnego w trybie karnym. Podstawą aktu oskarżenia miało być zdanie z wypowiedzi dla telewizji Polsat News, której udzieliłem w dniu zabójstwa Pawła Adamowicza. To zdanie brzmiało tak, że TVP szczuła na prezydenta Adamowicza i oto mamy tego efekty. Było jeszcze kolejne zdanie, że Jacek Kurski jest moralnie odpowiedzialny za sianie nienawiści i mam nadzieję, że poniesie konsekwencje i zostanie zdjęty ze stanowiska. Widać, że tym trybem karnym TVP chce osiągnąć efekt zastraszenia” – powiedział onet.pl Krzysztof Skiba.

Pełnomocnik Adama Bodnara mec. Maciej Ślusarek potwierdził, że TVP złożyła pozew, żądając przeprosin i wpłacenia 20 tys. zł na WOŚP. – „W tej sprawie wyznaczone jest posiedzenie sądu na 17 maja. Traktujemy pozew TVP jako próbę wywołania tzw. efektu mrożącego, czyli sprawienia, żeby organ konstytucyjny nie zajmował się więcej telewizją. Zarówno sprawę pana rzecznika, jak i pozostałych panów traktuję jako próbę uciszenia jakiejkolwiek krytyki wobec telewizji publicznej” – stwierdził Ślusarek.

Kaczyńskiego niczego nie nauczyła śmierć Adamowicza

14 Mar

W państwie PiS takie błyskawiczne kariery powoli stają się – niestety – normą. Wszyscy mamy w pamięci choćby Daniela Obajtka, który z wójta Pcimia awansował na szefa państwowego giganta paliwowego PKN Orlen.

Tym razem mamy do czynienia z przeskoczeniem z aplikanta w prokuraturze na stanowisko prezesa Sądu Rejonowego w Działdowie. Na dodatek Marcin Czapski – bo o nim mowa – nominację sędziowską otrzymał zaledwie trzy tygodnie temu.

Zaczynał jako aplikant w prokuraturze w Grudziądzu, potem – był asesorem i prokuratorem w Prokuraturze Rejonowej w Nowym Mieście Lubawskim. Powołanie Czapskiego na prezesa sądu w Działdowie potwierdził onet.pl rzecznik Sądu Okręgowego w Elblągu Tomasz Koronowski. – „Pan sędzia Czapski prezesem mianowany został na cztery lata, czyli na pełną kadencję” – powiedział rzecznik.

„To jest rzecz nie do uwierzenia, kuriozum i kpina. To tak, jakby ośmiornica oplatała wymiar sprawiedliwości. Jak prezesem sądu zostać może osoba kompletnie bez doświadczenia? Niewiarygodne” – stwierdził w rozmowie z onet.pl poseł PO Borys Budka. Minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL uważa, że to mianowanie „pokazuje, o co chodziło w zmianach wdrażanych przez PiS”. – „Stanowiska obejmować mają „bierni, mierni, ale wierni”, tak zwani „BMW”. Taki był plan pana Ziobry, by poprzez usłużną KRS wpychać do sądów ludzi związanych z podległą mu prokuraturą. Tak się tworzy „kadry przyszłości” – podsumował z gorzką ironią poseł Budka.

Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza nic PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła? – mówi senator niezależny Marek Borowski, były marszałek Sejmu. Pytamy o nabierającą tempa kampanię do PE i o strategię PiS-u. Rozmawiamy też o słynnej sejmowej tablicy z tzw. układem Kaczyńskiego. – Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę. Najpierw tablice zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Sam stał się głównym bohaterem memów jako taki pisowski głuptasek – mówi nasz rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni wszyscy rozmawiają o słowach Kaczyńskiego o seksualizacji dzieci i obronie polskiej rodziny. Jakkolwiek to niemoralne i obrzydliwe, PiS-owi udało się zmienić agendę. Nie słychać o wieżach, Srebrnej czy zarobkach w NBP, zatem to dobry ruch? 

MAREK BOROWSKI: Trudno nie mówić o tym, natomiast nie wydaje mi się, żeby to długo trwało. Jeżeli Kaczyński sądził, że na tym zbuduje narrację i do wyborów będziemy mówić tylko o tym, to się pomylił, bo ta sprawa wygaśnie.

Dodatkowo wszedł, pomijając, jak pani powiedziała, obrzydliwość tej „polityczki”, na bardzo śliski grunt. Opozycja, jeżeli tylko Kaczyński będzie się dalej prosił, to odpłaci mu z nawiązką.

Kaczyński chce się przedstawiać jako obrońca polskiej rodziny i dzieci, co samo w sobie jest zabawne, bo jego doświadczenie w tej kwestii jest raczej nikłe.

Mało tego, jeśli chodzi o rodzinę, to ostatnio ma z nią nie najlepsze doświadczenia, ale pomijając już tę kwestię, to człowiek dbający tak bardzo o dobro dziecka, aby przypadkiem go nie zdeprawować, trzyma w swoich szeregach, i to na prominentnych stanowiskach, pana Piotrowicza, który kilkanaście lat temu jako prokurator nadzorujący sprawę księdza pedofila z Tylawy bronił prokuratora, który umorzył sprawę, i bronił księdza pedofila. Później ten ksiądz został skazany na dwa lata za czyny naprawdę lubieżne i obrzydliwe. Samo śledztwo prowadzone było w sposób skandaliczny i za to odpowiedzialny jest pan Piotrowicz.

Po drugie, to z resortu pani Rafalskiej o mały włos nie wyszedł projekt nowelizujący ustawę antyprzemocową, w której zapisano, że pierwsze pobicie żony nie jest jeszcze przemocą domową. Dopiero protesty organizacji kobiecych i Rzecznika Praw Obywatelskich zmusiły rząd do wycofania tego projektu. Za to odpowiedzialna jest bezpośrednio pani Rafalska, która zresztą swego czasu twierdziła, że trzeba wycofać się z konwencji antyprzemocowej. Jak widać, do tej pory włos jej z głowy nie spadł. Zatem Kaczyński toleruje tego typu wybryki w swoich szeregach, co nie przeszkadza mu prezentować się jako wielki obrońca rodziny.

Wreszcie sprawa in vitro, gdzie PiS robi wszystko, aby je utrudnić, czyli znowu występuje przeciwko rodzinom.

Jeśli Kaczyński będzie kontynuować taką narrację, to myślę, że opozycja rozwiesi billboardy, ruszy nowy „konwój wstydu” z panem Piotrowiczem, fragmentami ustawy antyprzemocowej itd.

Ten sobotni atak na środowiska LGBT  jest też dowodem na to, że PiS jest w desperacji, bo wytoczył najcięższe działa?
Oczywiście, bo przecież zaczął od tzw. piątki Kaczyńskiego, czyli od kolejnych prezentów finansowych. Prawdopodobnie badania pokazały, że wielkiego efektu to nie przyniosło. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ludzie wezmą, ale zagłosują inaczej, niż chce PiS. Jak powiedziała pani premier Szydło – wzięli, bo im się to słusznie należało.

To skłoniło Kaczyńskiego po sięgnięcie po wypróbowane metody szukania wroga, bo taka jest jego natura. Pewnie ci, którzy wymyślili mu taki ruch, dodatkowo chcieli zablokować prawą stronę, na której PiS-owi wyrastają nowe agresywne w tej retoryce ugrupowania. Ta

narodowo-klerykalna prawica wspierana przez Kościół, a przynajmniej niektórych hierarchów, jest tu bardzo pobudzona i na tym prawdopodobnie będzie chciała oprzeć swoje kampanie, a to może odebrać PiS-owi kilka głosów.

Kaczyński wypuścił też kolejne demony. Po antysemityzmie teraz homofobia?
Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza niczego PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła?

Rozumie pan ten sojusz ołtarza z tronem? Kościół bardzo szybko skrytykował podpisanie deklaracji LGBT, a sam ma ostatnio poważne problemy.
Tu jeszcze bym dodał, że PiS w sprawach pedofilii wśród księży jest dziwnie milczący. To inne ugrupowania opozycyjne domagają się działań ze strony Kościoła. Oczywiście PiS nie chce urazić hierarchów, bo a nuż zajmą pozycję neutralną, czego należy życzyć Kościołowi.

Niestety, nasz Kościół od początku transformacji nie umie się odnaleźć. Prezentuje poglądy zaściankowe, czasem wręcz wsteczne, średniowieczne. W sprawie pedofilii niby Kościół coś próbuje robić, ale gdy dochodzi do takiej sprawy jak prałata Jankowskiego, to okazuje się, że jest dziwna niemoc w Kościele, aby coś zrobić. Politycznie z kolei nasz Kościół jest „rydzykowy”. I dziwi mnie to zaskoczenie później, że Robert Biedroń ze swoimi postulatami świeckiego państwa ma 14 proc. poparcia.

Według najnowszego sondażu Koalicja Europejska wyprzedziła PiS, a właściwie Zjednoczoną Prawicę w wyborach do PE, 35 do 33 proc. Opozycja może się już cieszyć?
Na pewno martwić się już nie ma czym. To premia za jedność. Zresztą ja zawsze podkreślałem, że

to, że PiS prowadzi w sondażach, nie oznacza, że ma poparcie większości Polaków, bo jak się zsumuje poparcie ugrupowań prodemokratycznych, to zawsze było większe niż poparcie PiS-u.

Trzeba pamiętać jeszcze, że trochę wyborców podebrał Koalicji Europejskiej Biedroń. Mimo że sam stara się być symetrystą, to widać gołym okiem, że jego program jest anty-PiS-owski. W tej chwili KE i Biedroń to razem 46 proc. według tego sondażu przy 33 proc. dla PiS. To znaczna różnica. Pamiętać należy jednak, że to badanie dotyczy wyborów europejskich, w których wielu wyborców nie idzie do urn, opozycja nie ma zatem co skakać do góry z radości. W przypadku wyborów do PE mniej liczą się różnice programowe, bo ludzie generalnie uważają jednych za bardziej, innych za mniej europejskich i tyle. Poważniejszą sprawą będzie program na wybory jesienne. Rozumiem, że założeniem było, że dobry wynik KE w wyborach do PE będzie zachętą do tego, aby wspólną listę wystawić na wybory parlamentarne, za czym się opowiadam. Tylko tam Koalicja musi już przedstawić program dla Polski. Myślę, że z pomocą przyjdzie PiS, który obiecał, że jeszcze w tym roku przyjmie pakiet ustaw, które będą te prezenty dla wyborcy gwarantować. Częściowo będą one wypłacone teraz, a w całości w przyszłym roku. To oznacza, jeśli przyjąć kwotę, którą wyliczono, czyli ponad 40 mld zł, że nie będzie już przestrzeni dla dalszego kupowania wyborców. To oznacza, że opozycja nie musi kłócić się między sobą, czy organizować wydatki wokół pomysłu PO czy PSL, Nowoczesnej czy SLD. Opozycja będzie mogła spokojnie zając się tym, co łączy, a mianowicie kwestiami ustrojowymi: TK, sądownictwa, prokuratury, służby cywilnej, spółek Skarbu Państwa, mediów publicznych. Propozycje rozdawnicze PiS-u wystarczy po prostu poprzeć.

W Sejmie mamy spór o tablicę z układem Kaczyńskiego, którą przygotowała PO, a którą PiS zwalcza. Czy pana zdaniem taka tablica może stać w parlamencie?
Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że

w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę.

Najpierw tablicę zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. Ta sytuacja pokazuje, że PiS boi się tej tablicy. Dobrze by było, żeby partie jednak doszły do jakiegoś porozumienia w tej kwestii. Na razie tablica stoi na terytorium Platformy, tylko przy otwartych drzwiach, wszyscy o niej mówią, każdy chce ją zobaczyć. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Stał się głównym bohaterem memów jako taki PiS-owski głuptasek.

Wierzy pan w odwołanie szefa straży marszałkowskiej Piotra Rękosiewicza z powodów osobistych?
Nie wierzę. To typowe postępowanie Kuchcińskiego, który dodatkowo jeszcze naciskany jest przez Kaczyńskiego, który wydaje polecenia. Jeżeli ktoś nie chce ich wykonywać, to odchodzi

Pamięta pan, jak wchodziliśmy do NATO 20 lat temu?
Oczywiście, bardzo dobrze!

Minister Błaszczak mówił podczas obchodów, że to rząd Jana Olszewskiego wytyczył tory wejścia Polski do NATO. Jak pan się do tego odniesie?
Olszewski był tym premierem, który mówił o tym otwarcie i bardzo dobrze, ale nie tylko on, mówiła cała opozycja solidarnościowa. Aby podjąć konkretne działania, rozpocząć rozmowy i ustalić, co jest niezbędne – tym zajmowały się już następne rządy. Olszewski był premierem bardzo krótko. Te działania podjęły zarówno rządy Pawlaka, Oleksego, Cimoszewicza, Buzka, jak i prezydenci Kwaśniewski i Wałęsa, który wyprowadził wojska radzieckie z Polski. Zasługi należą się wielu osobom z długiej listy tych, którzy się do wejścia Polski do NATO przyczynili. Także ambasador Koźmiński w Stanach Zjednoczonych wiele zrobił. Powiedzmy sobie szczerze, że

z PiS-u zawsze wychodzi taka „słoma z butów”, taka małostkowość. Nigdy nie pochwalą swoich poprzedników.

Tymczasem opozycja to potrafi. Ja jeżeli wypowiadam się o przeszłości, gdzie zasługi mają moi polityczni oponenci, w stosunku do których byłem w opozycji, to zawsze je wymienię, podobnie dzisiejsza opozycja. Jeżeli Lech Kaczyński miał w czymś zasługi, to ich nie pomijam, natomiast pan Jarosław i jego polityczni bracia i siostry nigdy tego nie robią.

– Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie członków KRS będzie nieważne – ostrzegają politycy opozycji. Powodów jest kilka, m.in. niedochowanie terminów i jeden z sędziów, który znajduje się w składzie orzekającym. – Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany TK będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucja zmiany – mówił na konferencji prasowej były minister sprawiedliwości Borys Budka z PO. Wyrok w tej sprawie TK ma wydać w czwartek.

„Trybunał Konstytucyjny służy partii rządzącej”

Wnioski dotyczące zbadania wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa przez Sejm złożyła sama KRS i grupa senatorów. Trybunał zdecydował, że zajmie się nimi łącznie. Wyrok w tej sprawie ma zostać wydany w czwartek, na niejawnej rozprawie.

Do wydania orzeczenia potrzebne są opinie wszystkich uczestników postępowania. Prokurator Generalny i Sejm zdążyli ustosunkować się tylko do jednego z wniosków. Wątpliwości budzi także planowane rozpatrzenie sprawy za zamkniętymi drzwiami. Według posła PO Borysa Budki „orzeczenie Trybunału nie będzie miało mocy prawnej ze względu na liczne uchybienia”.

– Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany Trybunał Konstytucyjny będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucją zmiany. Julia Przyłębska została wskazana przez prezydenta na prezesa TK na skutek wadliwej uchwały mniejszości sędziowskiej i tak naprawdę nie jest prezesem, tylko uzurpuje sobie prawo do zajmowania tego stanowiska. Nadal wśród osób, które znajdują się w TK, jest trzech sędziów dublerów, którzy nie mają przymiotu sędziego, bo ich miejsca zostały obsadzone – wylicza były minister sprawiedliwości.

Wątpliwości budzi także wyznaczenie do 5-osobowego składu Justyna Piskorskiego, który zastąpił w TK zmarłego w lipcu sędziego dublera Lecha Morawskiego. Przez posłów opozycji uznawany jest więc za nielegalnie wybranego prawnika.

Poza tym to nie przypadek, że Trybunał postanowił zająć się sprawą właśnie teraz.

Kolejny krok do polexitu?

– Tę samą ustawę 19 marca ma zbadać Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dzisiaj Trybunał z Warszawy staje w wyścigu prawnym z Trybunałem z Luksemburga. Ale już możemy ocenić, że za metą tego wyścigu znajduje się przepaść, a na jej dnie jest polexit. Do tego w perspektywie kilku lat zmierzają działania obecnej partii rządzącej i przejęte przez pisowskich nominatów kolejne instytucje – tłumaczy posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz, z klubu PO-KO.

Przypomnijmy, Sąd Najwyższy zadał pytania prejudycjalne TSUE co do zdolności nowej KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów. Wyrok ma być ogłoszony dopiero 19 marca 2019 roku, czyli już po ogłoszeniu wyroku TK.

Takim działaniem TK chce uratować rząd przed koniecznością wycofania się ze zmian w SN i KRS. Ale także do wyprowadzenia Polski z UE. – Jeżeli to orzeczenie zapadnie, będzie to kolejny przykład tego, że Polska zmierza do wyjścia z Unii. Rząd teraz usiłuje udaje euroentuzjastów, ale będzie robił to Trybunał Konstytucyjny – ostrzega także Borys Budka.

– Część sędziów TK została zamieniona po 2015 roku w politycznych żołnierzy walczących w wojnie PiS-u z Unią Europejską, a część w zakładników, którzy działają tak jak chce partia rządząca. Ale jedynym poległym będzie polska demokracja – mówi Gasiuk-Pihowicz.

Trybunał ma podjąć decyzję w czwartek.

Według prezesa PiS, „seksualizacja” miałaby skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

Pan prezes powiedział „seksualizacja” i już wiadomo, że tegoroczna kampania wyborcza będzie lingwistyczna. Czeka nas wojna na słowa, a raczej wyrazy. Takie, jak „seksualizacja” właśnie, która na konwencji PiS w Jasionce zadebiutowała jako „wyraz”, że się tak wyrażę. Brzydki wyraz, znaczy.

W ten sposób stosunkowo neutralne socjologiczne określenie, dotyczące – z grubsza biorąc – wpisywania zjawisk i rzeczy w kontekst seksualny, weszło do słownika wyrazów obcych naszej tożsamości narodowej, do której partia aktualnie rządząca już wcześniej zapisała ateizację oraz gender.

Co teraz znaczy ta „seksualizacja”? Z wypowiedzi pana prezesa w Jasionce wynika, że chodzi – generalnie – o obiektywną, wolną od ideologii, zgodną z aktualną wiedzą naukową i standardami Światowej Organizacji Zdrowia edukację seksualną dzieci młodzieży. Co w tym złego? Otóż zdaniem szefa formacji władzy – wszystko. O ile tylko przyjmiemy, że wykłady z prawa karnego to podżeganie do zbrodni, a podręcznik do ginekologii klinicznej to instrukcja, jak mordować dzieci poczęte, to już samo omawianie zagadnień związanych z płciowością prowadzi do seksualizacji właśnie. Czyli – w brawurowej interpretacji pana prezesa – do przedwczesnego zainteresowania najmłodszych pokoleń tą sferą życia, co miałoby z kolei skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

A to ponieważ – idąc dalej tokiem takiego rozumowania – owa rodzina jest zbudowana na fundamencie niewiedzy, a przywiązanie do tego modelu życia społecznego to wynik ignorancji i braku wyboru. Przyrost naturalny zawdzięczamy zaś nad Wisłą wyłącznie wyczerpaniu się ostatniego wydania „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, bowiem kto potrafi korzystać z antykoncepcji, nie będzie płodzić (ani rodzić) dzieci. Nikt też, nieprzymuszony brakiem innego pomysłu na życie, nie weźmie ślubu ani nie założy rodziny. Zwłaszcza tradycyjnej. Ciekawy pogląd i – jak dowodzą liczne nagłośnione ostatnio w mediach „przypadki” życia rodzinnego w środowisku pana prezesa – być może mający potwierdzenie w faktach.

Prawdą jest również, że statystyki przyrostu naturalnego ratują u nas nastolatki oraz niewiasty, które nie marnowały czasu na długą edukację. Natomiast kobiety z dyplomami nie dość, że jeśli już, to rodzą jedynaka, to jeszcze powszechnie praktykują złowrogi gender i mordercze in vitro.

Poza tym edukacja seksualna zagraża nie tylko Rodzinie, ale także Kościołowi. A to z powodu „epidemii” pedofilii. Wcześniej nikt u nas o żadnym molestowaniu nieletnich nie słyszał. Aż pojawili się edukatorzy tłumaczący, co to „zły dotyk” i przywlekli nad Wisłę tę zachodnią zarazę. Razem z tamponami, które – jak uczą nasze podręczniki pisane przez panie katechetki – powodują sepsę i niepłodność.

Trzeba to sobie wreszcie powiedzieć otwarcie i pan prezes to – poniekąd – w Jasionce uczynił – edukacja szkodzi. Szczególnie na moralność i wyniki wyborów. Taka – na przykład – ekonomizacja uczy, skąd biorą się pieniądze na „prezenty od Jarosława Kaczyńskiego” oraz, co to znaczy „deficyt budżetowy”. Z kolei „prawoizacja” prowadzi wprost do deprawacji i burd ulicznych w obronie Konstytucji, sądów oraz państwa prawa. A filozofizacja – ze wszystkich „-acji” najgorsza – potrafi nawet wmówić niewinnym umysłom że „białe jest białe, a czarne – czarne”. No, naprawdę… Tak dalej być nie mogło, toteż minister Zalewska dokonała „reformy oświaty” i teraz w szkołach już żadnej edukacji nie będzie.

Aleksandra Dulkiewicz wygrała w cuglach w Gdańsku. Takie PiS poniesie porażki w wyborach w tym roku

4 Mar

84 proc. głosów na Aleksandrę Dulkiewicz, 12 proc. na Grzegorza Brauna i 4 proc. na Marka Skibę – tak wynika z sondy, którą przeprowadzono przed pięcioma lokalami wyborczymi. Informację podał portal trojmiasto.pl. O to, na kogo oddali swój głos w przedterminowych wyborach prezydenckich w Gdańsku zapytano 1091 osób.

Portal trójmiasto.pl do swojego sondażu wytypował komisje, w których wyniki ostatnich wyborów samorządowych były zbliżone do rzeczywistych w całym mieście. Przez cały dzień zbierane były opinie z pięciu obwodowych komisji wyborczych w dzielnicy Morena.

Oficjalne wyniki wyborów na prezydenta Gdańska zostaną podane najprawdopodobniej w nocy z niedzieli na poniedziałek.

Tusk życzy dobrze Gdańskowi

1 Mar

„Głęboko wierzę, że Gdańsk w tę niedzielę wybierze swoją Panią Prezydent. Gdańszczanki i gdańszczanie wciąż pamiętają, dlaczego są te wybory” – napisał na Twitterze Donald Tusk. Przewodniczący Rady Europejskiej nawiązuje oczywiście do przedterminowych wyborów w Gdańsku, które musiały się odbyć po zamordowaniu w połowie stycznia Pawła Adamowicza.

O prezydenturę Gdańska ubiegają się sprawująca obecnie obowiązki włodarza miasta Aleksandra Dulkiewicz (wcześniej była zastępczynią Pawła Adamowicza), prawicowy dziennikarz i reżyser Grzegorz Braun oraz działacz katolicki i przedsiębiorca budowlany Marek Skiba. Przedterminowe wybory odbędą się 3 marca.

„Nie wyobrażam sobie innego rozstrzygnięcia tych wyborów. Przecież… wszystkie ważne zmiany zaczynały się w Gdańsku…”; – „Oczywiście, że wybiorą Panią Prezydent. Gdańsk pokazał Polsce, co to jest tolerancja i solidarność. Moc jest z Gdańskiem” – komentowali internauci. Cytowali też ostatnie słowa Pawła Adamowicza, wygłoszone tuż przed atakiem na niego, ze sceny finału WOŚP: „Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności. Gdańsk jest najcudowniejszym miastem na świecie!”.