Tag Archives: Paweł Adamowicz

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Gadzinówka TVP przegrała z prof. Wojciechem Sadurskim

18 Mar

Sąd Rejonowy w Warszawie umorzył sprawę karną z oskarżenia prywatnego o znieważenie, którą TVP wytoczyła prof. Wojciechowi Sadurskiemu. – „Bardzo się cieszę, że sędzia zdecydowała w ten sposób. Jest to potwierdzeniem mojego przekonania, że są jeszcze sądy niezależne w Warszawie. Uważam, że prywatne oskarżenie skierowane przeciwko mnie przez TVP było absolutnie skandaliczne. TVP wydaje publiczne pieniądze dla ochrony samej siebie przed krytykami i na dodatek, zamiast jak każde medium starać się rozszerzać sferę debaty publicznej, próbuje ją zawęzić przez szykanowanie swoich krytyków” – powiedział onet.pl prof. Sadurski po ogłoszeniu wyroku sądu. TVP może wnieść zażalenie na tę decyzję w ciągu siedmiu dni.

A TVP pozwała profesora w związku z jego tweetem, zamieszczonym po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – „Po tym, jak zaszczuty przez rządowe media polityk został zamordowany, żaden demokrata, żaden polityk opozycyjny, nie powinien przekroczyć progu Gebelsowskich mediów. Niech się kiszą we własnym sosie: nieudaczników, arywistów i tow Marka Króla, jak bojkot TV przez artystów po 1981” – napisał prof. Sadurski. Miał on w ten sposób godzić w dobre imię TVP.

TVP podobne pozwy wystosowała do Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara i znanego muzyka Krzysztofa Skiby. – „Najpierw dostałem żądanie przedsądowe od TVP, żebym przeprosił ich w internecie i wpłacił pieniądze na WOŚP, co już jest czystą perfidią, bo jak wiemy, TVP usunęła WOŚP ze swojej anteny, a nawet pikselowała serduszka, jeśli ktoś miał.  A tydzień temu dostałem akt oskarżenia z powództwa prywatnego w trybie karnym. Podstawą aktu oskarżenia miało być zdanie z wypowiedzi dla telewizji Polsat News, której udzieliłem w dniu zabójstwa Pawła Adamowicza. To zdanie brzmiało tak, że TVP szczuła na prezydenta Adamowicza i oto mamy tego efekty. Było jeszcze kolejne zdanie, że Jacek Kurski jest moralnie odpowiedzialny za sianie nienawiści i mam nadzieję, że poniesie konsekwencje i zostanie zdjęty ze stanowiska. Widać, że tym trybem karnym TVP chce osiągnąć efekt zastraszenia” – powiedział onet.pl Krzysztof Skiba.

Pełnomocnik Adama Bodnara mec. Maciej Ślusarek potwierdził, że TVP złożyła pozew, żądając przeprosin i wpłacenia 20 tys. zł na WOŚP. – „W tej sprawie wyznaczone jest posiedzenie sądu na 17 maja. Traktujemy pozew TVP jako próbę wywołania tzw. efektu mrożącego, czyli sprawienia, żeby organ konstytucyjny nie zajmował się więcej telewizją. Zarówno sprawę pana rzecznika, jak i pozostałych panów traktuję jako próbę uciszenia jakiejkolwiek krytyki wobec telewizji publicznej” – stwierdził Ślusarek.

Kaczyńskiego niczego nie nauczyła śmierć Adamowicza

14 Mar

W państwie PiS takie błyskawiczne kariery powoli stają się – niestety – normą. Wszyscy mamy w pamięci choćby Daniela Obajtka, który z wójta Pcimia awansował na szefa państwowego giganta paliwowego PKN Orlen.

Tym razem mamy do czynienia z przeskoczeniem z aplikanta w prokuraturze na stanowisko prezesa Sądu Rejonowego w Działdowie. Na dodatek Marcin Czapski – bo o nim mowa – nominację sędziowską otrzymał zaledwie trzy tygodnie temu.

Zaczynał jako aplikant w prokuraturze w Grudziądzu, potem – był asesorem i prokuratorem w Prokuraturze Rejonowej w Nowym Mieście Lubawskim. Powołanie Czapskiego na prezesa sądu w Działdowie potwierdził onet.pl rzecznik Sądu Okręgowego w Elblągu Tomasz Koronowski. – „Pan sędzia Czapski prezesem mianowany został na cztery lata, czyli na pełną kadencję” – powiedział rzecznik.

„To jest rzecz nie do uwierzenia, kuriozum i kpina. To tak, jakby ośmiornica oplatała wymiar sprawiedliwości. Jak prezesem sądu zostać może osoba kompletnie bez doświadczenia? Niewiarygodne” – stwierdził w rozmowie z onet.pl poseł PO Borys Budka. Minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL uważa, że to mianowanie „pokazuje, o co chodziło w zmianach wdrażanych przez PiS”. – „Stanowiska obejmować mają „bierni, mierni, ale wierni”, tak zwani „BMW”. Taki był plan pana Ziobry, by poprzez usłużną KRS wpychać do sądów ludzi związanych z podległą mu prokuraturą. Tak się tworzy „kadry przyszłości” – podsumował z gorzką ironią poseł Budka.

Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza nic PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła? – mówi senator niezależny Marek Borowski, były marszałek Sejmu. Pytamy o nabierającą tempa kampanię do PE i o strategię PiS-u. Rozmawiamy też o słynnej sejmowej tablicy z tzw. układem Kaczyńskiego. – Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę. Najpierw tablice zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Sam stał się głównym bohaterem memów jako taki pisowski głuptasek – mówi nasz rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni wszyscy rozmawiają o słowach Kaczyńskiego o seksualizacji dzieci i obronie polskiej rodziny. Jakkolwiek to niemoralne i obrzydliwe, PiS-owi udało się zmienić agendę. Nie słychać o wieżach, Srebrnej czy zarobkach w NBP, zatem to dobry ruch? 

MAREK BOROWSKI: Trudno nie mówić o tym, natomiast nie wydaje mi się, żeby to długo trwało. Jeżeli Kaczyński sądził, że na tym zbuduje narrację i do wyborów będziemy mówić tylko o tym, to się pomylił, bo ta sprawa wygaśnie.

Dodatkowo wszedł, pomijając, jak pani powiedziała, obrzydliwość tej „polityczki”, na bardzo śliski grunt. Opozycja, jeżeli tylko Kaczyński będzie się dalej prosił, to odpłaci mu z nawiązką.

Kaczyński chce się przedstawiać jako obrońca polskiej rodziny i dzieci, co samo w sobie jest zabawne, bo jego doświadczenie w tej kwestii jest raczej nikłe.

Mało tego, jeśli chodzi o rodzinę, to ostatnio ma z nią nie najlepsze doświadczenia, ale pomijając już tę kwestię, to człowiek dbający tak bardzo o dobro dziecka, aby przypadkiem go nie zdeprawować, trzyma w swoich szeregach, i to na prominentnych stanowiskach, pana Piotrowicza, który kilkanaście lat temu jako prokurator nadzorujący sprawę księdza pedofila z Tylawy bronił prokuratora, który umorzył sprawę, i bronił księdza pedofila. Później ten ksiądz został skazany na dwa lata za czyny naprawdę lubieżne i obrzydliwe. Samo śledztwo prowadzone było w sposób skandaliczny i za to odpowiedzialny jest pan Piotrowicz.

Po drugie, to z resortu pani Rafalskiej o mały włos nie wyszedł projekt nowelizujący ustawę antyprzemocową, w której zapisano, że pierwsze pobicie żony nie jest jeszcze przemocą domową. Dopiero protesty organizacji kobiecych i Rzecznika Praw Obywatelskich zmusiły rząd do wycofania tego projektu. Za to odpowiedzialna jest bezpośrednio pani Rafalska, która zresztą swego czasu twierdziła, że trzeba wycofać się z konwencji antyprzemocowej. Jak widać, do tej pory włos jej z głowy nie spadł. Zatem Kaczyński toleruje tego typu wybryki w swoich szeregach, co nie przeszkadza mu prezentować się jako wielki obrońca rodziny.

Wreszcie sprawa in vitro, gdzie PiS robi wszystko, aby je utrudnić, czyli znowu występuje przeciwko rodzinom.

Jeśli Kaczyński będzie kontynuować taką narrację, to myślę, że opozycja rozwiesi billboardy, ruszy nowy „konwój wstydu” z panem Piotrowiczem, fragmentami ustawy antyprzemocowej itd.

Ten sobotni atak na środowiska LGBT  jest też dowodem na to, że PiS jest w desperacji, bo wytoczył najcięższe działa?
Oczywiście, bo przecież zaczął od tzw. piątki Kaczyńskiego, czyli od kolejnych prezentów finansowych. Prawdopodobnie badania pokazały, że wielkiego efektu to nie przyniosło. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ludzie wezmą, ale zagłosują inaczej, niż chce PiS. Jak powiedziała pani premier Szydło – wzięli, bo im się to słusznie należało.

To skłoniło Kaczyńskiego po sięgnięcie po wypróbowane metody szukania wroga, bo taka jest jego natura. Pewnie ci, którzy wymyślili mu taki ruch, dodatkowo chcieli zablokować prawą stronę, na której PiS-owi wyrastają nowe agresywne w tej retoryce ugrupowania. Ta

narodowo-klerykalna prawica wspierana przez Kościół, a przynajmniej niektórych hierarchów, jest tu bardzo pobudzona i na tym prawdopodobnie będzie chciała oprzeć swoje kampanie, a to może odebrać PiS-owi kilka głosów.

Kaczyński wypuścił też kolejne demony. Po antysemityzmie teraz homofobia?
Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza niczego PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła?

Rozumie pan ten sojusz ołtarza z tronem? Kościół bardzo szybko skrytykował podpisanie deklaracji LGBT, a sam ma ostatnio poważne problemy.
Tu jeszcze bym dodał, że PiS w sprawach pedofilii wśród księży jest dziwnie milczący. To inne ugrupowania opozycyjne domagają się działań ze strony Kościoła. Oczywiście PiS nie chce urazić hierarchów, bo a nuż zajmą pozycję neutralną, czego należy życzyć Kościołowi.

Niestety, nasz Kościół od początku transformacji nie umie się odnaleźć. Prezentuje poglądy zaściankowe, czasem wręcz wsteczne, średniowieczne. W sprawie pedofilii niby Kościół coś próbuje robić, ale gdy dochodzi do takiej sprawy jak prałata Jankowskiego, to okazuje się, że jest dziwna niemoc w Kościele, aby coś zrobić. Politycznie z kolei nasz Kościół jest „rydzykowy”. I dziwi mnie to zaskoczenie później, że Robert Biedroń ze swoimi postulatami świeckiego państwa ma 14 proc. poparcia.

Według najnowszego sondażu Koalicja Europejska wyprzedziła PiS, a właściwie Zjednoczoną Prawicę w wyborach do PE, 35 do 33 proc. Opozycja może się już cieszyć?
Na pewno martwić się już nie ma czym. To premia za jedność. Zresztą ja zawsze podkreślałem, że

to, że PiS prowadzi w sondażach, nie oznacza, że ma poparcie większości Polaków, bo jak się zsumuje poparcie ugrupowań prodemokratycznych, to zawsze było większe niż poparcie PiS-u.

Trzeba pamiętać jeszcze, że trochę wyborców podebrał Koalicji Europejskiej Biedroń. Mimo że sam stara się być symetrystą, to widać gołym okiem, że jego program jest anty-PiS-owski. W tej chwili KE i Biedroń to razem 46 proc. według tego sondażu przy 33 proc. dla PiS. To znaczna różnica. Pamiętać należy jednak, że to badanie dotyczy wyborów europejskich, w których wielu wyborców nie idzie do urn, opozycja nie ma zatem co skakać do góry z radości. W przypadku wyborów do PE mniej liczą się różnice programowe, bo ludzie generalnie uważają jednych za bardziej, innych za mniej europejskich i tyle. Poważniejszą sprawą będzie program na wybory jesienne. Rozumiem, że założeniem było, że dobry wynik KE w wyborach do PE będzie zachętą do tego, aby wspólną listę wystawić na wybory parlamentarne, za czym się opowiadam. Tylko tam Koalicja musi już przedstawić program dla Polski. Myślę, że z pomocą przyjdzie PiS, który obiecał, że jeszcze w tym roku przyjmie pakiet ustaw, które będą te prezenty dla wyborcy gwarantować. Częściowo będą one wypłacone teraz, a w całości w przyszłym roku. To oznacza, jeśli przyjąć kwotę, którą wyliczono, czyli ponad 40 mld zł, że nie będzie już przestrzeni dla dalszego kupowania wyborców. To oznacza, że opozycja nie musi kłócić się między sobą, czy organizować wydatki wokół pomysłu PO czy PSL, Nowoczesnej czy SLD. Opozycja będzie mogła spokojnie zając się tym, co łączy, a mianowicie kwestiami ustrojowymi: TK, sądownictwa, prokuratury, służby cywilnej, spółek Skarbu Państwa, mediów publicznych. Propozycje rozdawnicze PiS-u wystarczy po prostu poprzeć.

W Sejmie mamy spór o tablicę z układem Kaczyńskiego, którą przygotowała PO, a którą PiS zwalcza. Czy pana zdaniem taka tablica może stać w parlamencie?
Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że

w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę.

Najpierw tablicę zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. Ta sytuacja pokazuje, że PiS boi się tej tablicy. Dobrze by było, żeby partie jednak doszły do jakiegoś porozumienia w tej kwestii. Na razie tablica stoi na terytorium Platformy, tylko przy otwartych drzwiach, wszyscy o niej mówią, każdy chce ją zobaczyć. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Stał się głównym bohaterem memów jako taki PiS-owski głuptasek.

Wierzy pan w odwołanie szefa straży marszałkowskiej Piotra Rękosiewicza z powodów osobistych?
Nie wierzę. To typowe postępowanie Kuchcińskiego, który dodatkowo jeszcze naciskany jest przez Kaczyńskiego, który wydaje polecenia. Jeżeli ktoś nie chce ich wykonywać, to odchodzi

Pamięta pan, jak wchodziliśmy do NATO 20 lat temu?
Oczywiście, bardzo dobrze!

Minister Błaszczak mówił podczas obchodów, że to rząd Jana Olszewskiego wytyczył tory wejścia Polski do NATO. Jak pan się do tego odniesie?
Olszewski był tym premierem, który mówił o tym otwarcie i bardzo dobrze, ale nie tylko on, mówiła cała opozycja solidarnościowa. Aby podjąć konkretne działania, rozpocząć rozmowy i ustalić, co jest niezbędne – tym zajmowały się już następne rządy. Olszewski był premierem bardzo krótko. Te działania podjęły zarówno rządy Pawlaka, Oleksego, Cimoszewicza, Buzka, jak i prezydenci Kwaśniewski i Wałęsa, który wyprowadził wojska radzieckie z Polski. Zasługi należą się wielu osobom z długiej listy tych, którzy się do wejścia Polski do NATO przyczynili. Także ambasador Koźmiński w Stanach Zjednoczonych wiele zrobił. Powiedzmy sobie szczerze, że

z PiS-u zawsze wychodzi taka „słoma z butów”, taka małostkowość. Nigdy nie pochwalą swoich poprzedników.

Tymczasem opozycja to potrafi. Ja jeżeli wypowiadam się o przeszłości, gdzie zasługi mają moi polityczni oponenci, w stosunku do których byłem w opozycji, to zawsze je wymienię, podobnie dzisiejsza opozycja. Jeżeli Lech Kaczyński miał w czymś zasługi, to ich nie pomijam, natomiast pan Jarosław i jego polityczni bracia i siostry nigdy tego nie robią.

– Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie członków KRS będzie nieważne – ostrzegają politycy opozycji. Powodów jest kilka, m.in. niedochowanie terminów i jeden z sędziów, który znajduje się w składzie orzekającym. – Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany TK będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucja zmiany – mówił na konferencji prasowej były minister sprawiedliwości Borys Budka z PO. Wyrok w tej sprawie TK ma wydać w czwartek.

„Trybunał Konstytucyjny służy partii rządzącej”

Wnioski dotyczące zbadania wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa przez Sejm złożyła sama KRS i grupa senatorów. Trybunał zdecydował, że zajmie się nimi łącznie. Wyrok w tej sprawie ma zostać wydany w czwartek, na niejawnej rozprawie.

Do wydania orzeczenia potrzebne są opinie wszystkich uczestników postępowania. Prokurator Generalny i Sejm zdążyli ustosunkować się tylko do jednego z wniosków. Wątpliwości budzi także planowane rozpatrzenie sprawy za zamkniętymi drzwiami. Według posła PO Borysa Budki „orzeczenie Trybunału nie będzie miało mocy prawnej ze względu na liczne uchybienia”.

– Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany Trybunał Konstytucyjny będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucją zmiany. Julia Przyłębska została wskazana przez prezydenta na prezesa TK na skutek wadliwej uchwały mniejszości sędziowskiej i tak naprawdę nie jest prezesem, tylko uzurpuje sobie prawo do zajmowania tego stanowiska. Nadal wśród osób, które znajdują się w TK, jest trzech sędziów dublerów, którzy nie mają przymiotu sędziego, bo ich miejsca zostały obsadzone – wylicza były minister sprawiedliwości.

Wątpliwości budzi także wyznaczenie do 5-osobowego składu Justyna Piskorskiego, który zastąpił w TK zmarłego w lipcu sędziego dublera Lecha Morawskiego. Przez posłów opozycji uznawany jest więc za nielegalnie wybranego prawnika.

Poza tym to nie przypadek, że Trybunał postanowił zająć się sprawą właśnie teraz.

Kolejny krok do polexitu?

– Tę samą ustawę 19 marca ma zbadać Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dzisiaj Trybunał z Warszawy staje w wyścigu prawnym z Trybunałem z Luksemburga. Ale już możemy ocenić, że za metą tego wyścigu znajduje się przepaść, a na jej dnie jest polexit. Do tego w perspektywie kilku lat zmierzają działania obecnej partii rządzącej i przejęte przez pisowskich nominatów kolejne instytucje – tłumaczy posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz, z klubu PO-KO.

Przypomnijmy, Sąd Najwyższy zadał pytania prejudycjalne TSUE co do zdolności nowej KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów. Wyrok ma być ogłoszony dopiero 19 marca 2019 roku, czyli już po ogłoszeniu wyroku TK.

Takim działaniem TK chce uratować rząd przed koniecznością wycofania się ze zmian w SN i KRS. Ale także do wyprowadzenia Polski z UE. – Jeżeli to orzeczenie zapadnie, będzie to kolejny przykład tego, że Polska zmierza do wyjścia z Unii. Rząd teraz usiłuje udaje euroentuzjastów, ale będzie robił to Trybunał Konstytucyjny – ostrzega także Borys Budka.

– Część sędziów TK została zamieniona po 2015 roku w politycznych żołnierzy walczących w wojnie PiS-u z Unią Europejską, a część w zakładników, którzy działają tak jak chce partia rządząca. Ale jedynym poległym będzie polska demokracja – mówi Gasiuk-Pihowicz.

Trybunał ma podjąć decyzję w czwartek.

Według prezesa PiS, „seksualizacja” miałaby skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

Pan prezes powiedział „seksualizacja” i już wiadomo, że tegoroczna kampania wyborcza będzie lingwistyczna. Czeka nas wojna na słowa, a raczej wyrazy. Takie, jak „seksualizacja” właśnie, która na konwencji PiS w Jasionce zadebiutowała jako „wyraz”, że się tak wyrażę. Brzydki wyraz, znaczy.

W ten sposób stosunkowo neutralne socjologiczne określenie, dotyczące – z grubsza biorąc – wpisywania zjawisk i rzeczy w kontekst seksualny, weszło do słownika wyrazów obcych naszej tożsamości narodowej, do której partia aktualnie rządząca już wcześniej zapisała ateizację oraz gender.

Co teraz znaczy ta „seksualizacja”? Z wypowiedzi pana prezesa w Jasionce wynika, że chodzi – generalnie – o obiektywną, wolną od ideologii, zgodną z aktualną wiedzą naukową i standardami Światowej Organizacji Zdrowia edukację seksualną dzieci młodzieży. Co w tym złego? Otóż zdaniem szefa formacji władzy – wszystko. O ile tylko przyjmiemy, że wykłady z prawa karnego to podżeganie do zbrodni, a podręcznik do ginekologii klinicznej to instrukcja, jak mordować dzieci poczęte, to już samo omawianie zagadnień związanych z płciowością prowadzi do seksualizacji właśnie. Czyli – w brawurowej interpretacji pana prezesa – do przedwczesnego zainteresowania najmłodszych pokoleń tą sferą życia, co miałoby z kolei skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

A to ponieważ – idąc dalej tokiem takiego rozumowania – owa rodzina jest zbudowana na fundamencie niewiedzy, a przywiązanie do tego modelu życia społecznego to wynik ignorancji i braku wyboru. Przyrost naturalny zawdzięczamy zaś nad Wisłą wyłącznie wyczerpaniu się ostatniego wydania „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, bowiem kto potrafi korzystać z antykoncepcji, nie będzie płodzić (ani rodzić) dzieci. Nikt też, nieprzymuszony brakiem innego pomysłu na życie, nie weźmie ślubu ani nie założy rodziny. Zwłaszcza tradycyjnej. Ciekawy pogląd i – jak dowodzą liczne nagłośnione ostatnio w mediach „przypadki” życia rodzinnego w środowisku pana prezesa – być może mający potwierdzenie w faktach.

Prawdą jest również, że statystyki przyrostu naturalnego ratują u nas nastolatki oraz niewiasty, które nie marnowały czasu na długą edukację. Natomiast kobiety z dyplomami nie dość, że jeśli już, to rodzą jedynaka, to jeszcze powszechnie praktykują złowrogi gender i mordercze in vitro.

Poza tym edukacja seksualna zagraża nie tylko Rodzinie, ale także Kościołowi. A to z powodu „epidemii” pedofilii. Wcześniej nikt u nas o żadnym molestowaniu nieletnich nie słyszał. Aż pojawili się edukatorzy tłumaczący, co to „zły dotyk” i przywlekli nad Wisłę tę zachodnią zarazę. Razem z tamponami, które – jak uczą nasze podręczniki pisane przez panie katechetki – powodują sepsę i niepłodność.

Trzeba to sobie wreszcie powiedzieć otwarcie i pan prezes to – poniekąd – w Jasionce uczynił – edukacja szkodzi. Szczególnie na moralność i wyniki wyborów. Taka – na przykład – ekonomizacja uczy, skąd biorą się pieniądze na „prezenty od Jarosława Kaczyńskiego” oraz, co to znaczy „deficyt budżetowy”. Z kolei „prawoizacja” prowadzi wprost do deprawacji i burd ulicznych w obronie Konstytucji, sądów oraz państwa prawa. A filozofizacja – ze wszystkich „-acji” najgorsza – potrafi nawet wmówić niewinnym umysłom że „białe jest białe, a czarne – czarne”. No, naprawdę… Tak dalej być nie mogło, toteż minister Zalewska dokonała „reformy oświaty” i teraz w szkołach już żadnej edukacji nie będzie.

Aleksandra Dulkiewicz wygrała w cuglach w Gdańsku. Takie PiS poniesie porażki w wyborach w tym roku

4 Mar

84 proc. głosów na Aleksandrę Dulkiewicz, 12 proc. na Grzegorza Brauna i 4 proc. na Marka Skibę – tak wynika z sondy, którą przeprowadzono przed pięcioma lokalami wyborczymi. Informację podał portal trojmiasto.pl. O to, na kogo oddali swój głos w przedterminowych wyborach prezydenckich w Gdańsku zapytano 1091 osób.

Portal trójmiasto.pl do swojego sondażu wytypował komisje, w których wyniki ostatnich wyborów samorządowych były zbliżone do rzeczywistych w całym mieście. Przez cały dzień zbierane były opinie z pięciu obwodowych komisji wyborczych w dzielnicy Morena.

Oficjalne wyniki wyborów na prezydenta Gdańska zostaną podane najprawdopodobniej w nocy z niedzieli na poniedziałek.

Tusk życzy dobrze Gdańskowi

1 Mar

„Głęboko wierzę, że Gdańsk w tę niedzielę wybierze swoją Panią Prezydent. Gdańszczanki i gdańszczanie wciąż pamiętają, dlaczego są te wybory” – napisał na Twitterze Donald Tusk. Przewodniczący Rady Europejskiej nawiązuje oczywiście do przedterminowych wyborów w Gdańsku, które musiały się odbyć po zamordowaniu w połowie stycznia Pawła Adamowicza.

O prezydenturę Gdańska ubiegają się sprawująca obecnie obowiązki włodarza miasta Aleksandra Dulkiewicz (wcześniej była zastępczynią Pawła Adamowicza), prawicowy dziennikarz i reżyser Grzegorz Braun oraz działacz katolicki i przedsiębiorca budowlany Marek Skiba. Przedterminowe wybory odbędą się 3 marca.

„Nie wyobrażam sobie innego rozstrzygnięcia tych wyborów. Przecież… wszystkie ważne zmiany zaczynały się w Gdańsku…”; – „Oczywiście, że wybiorą Panią Prezydent. Gdańsk pokazał Polsce, co to jest tolerancja i solidarność. Moc jest z Gdańskiem” – komentowali internauci. Cytowali też ostatnie słowa Pawła Adamowicza, wygłoszone tuż przed atakiem na niego, ze sceny finału WOŚP: „Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności. Gdańsk jest najcudowniejszym miastem na świecie!”.

Morawiecki próbuje ograć opozycję

26 Sty

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym, jak również w świecie mediów – mówił na konferencji prasowej premier. Niestety, nie było możliwości zadawania pytań.

Wcześniej Mateusz Morawiecki spotkał się z szefami resortów: zdrowia, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i administracji. Ministrowie uczestniczyli także z w spotkaniu z posłami.

Jakie propozycje znalazły się na stole? M.in. zaostrzenie kar za najcięższe przestępstwa popełniane z nienawiści i zaostrzenie kar za groźby karalne. Chociaż według opozycji nie chodzi o zmianę prawa, ale o jego egzekwowanie. Dużo emocji budzi propozycja opracowana w Ministerstwie Zdrowia dotycząca kwestii zmian w prawie dotyczących recydywistów lub niebezpiecznych chorych psychicznie, którzy opuszczają więzienie.

– Mamy bardzo ważne informacje, stanowiące podstawę do dyskusji. Poprosiliśmy przedstawicieli opozycji, żeby i oni zaproponowali swoich ekspertów. Zaprosimy także organizacje pozarządowe. Mam nadzieję, że wypracujemy z opozycją wspólne rozwiązanie. A to doprowadzi do podniesienia poziomu bezpieczeństwa. Nasi współuczestnicy zaproponowali rozwiązania, nie było tak, że zgodziliśmy się we wszystkim, ale chcę podkreślić, że w spotkaniu towarzyszyła nam dobra atmosfera – mówił Mateusz Morawiecki.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu rząd ma przedstawić informację na temat śledztwa dotyczącego zabójstwa prezydenta Gdańska.

Neumann: Różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele klubu PO-KO, PSL-UED, Nowoczesnej, Kukiz ’15 oraz koła Wolni i Solidarni. Nie pojawił się Ryszard Petru.

Przewodniczący klubu PO-KO jest zdecydowanie bardziej sceptyczny niż premier. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym, poza tym, że wszyscy chcemy walczyć o dobre przepisy, które na przyszłość będą chroniły Polaków. Ale różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia i doprowadziło do tej tragedii. Potrzeba dalszych rozmów i przemyślenia. To władza i rząd ponoszą największą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polaków – komentował podczas spotkania z dziennikarzami poseł Sławomir Neumann. Przyznał, że opozycja zadeklarowała współpracę, jeżeli chodzi o zmiany w prawie, ale ważniejsza jest inna kwestia. – Dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że osoba, która dokonała mordu politycznego, jest osobą niezrównoważoną psychicznie – tłumaczył.

Poinformował o ważnej deklaracji premiera oraz Prokuratora Generalnego: – Jeżeli rodzina wystąpi o pełnomocnika w śledztwie, który potem będzie oskarżycielem posiłkowym, to mamy deklaracje, że zostanie podjęta pozytywna decyzja. Bedzie można mieć osobę, która będzie patrzyła na ręce i pomagała w tym śledztwie. Transparentność tego śledztwa i komunikacji z tego śledztwa jest podstawowa w sytuacji, w której sprawa budzi takie emocje.

Nie ma za to zgody na kolejny postulat PO, czyli „wznowienie postępowań na wniosek osób pokrzywdzonych, dotyczących nienawiści, podżegana do łamania prawa i fizycznego uderzania w osoby reprezentujące opozycję czy niezgadzające się z rządem”. – Ta sprawa nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia. Minister Zbigniew Ziobro nie jest chętny do tego, aby wznawiać postępowania. Tu jest wyraźny rozdźwięk między premierem i ministrem sprawiedliwości – mówił Neumann.

I jeszcze jeden postulat, który nie spotkał się z pozytywną reakcją, a wręcz przeciwnie. Politycy PO domagali się odwołania władz TVP. – Obciążamy ją olbrzymią odpowiedzialnością za podnoszenie poziomu agresji w debacie politycznej, który nie jest akceptowany przez większość klasy politycznej poza rządzącymi. Nie ma chęci współpracy, pan premier stanął po stronie TVP – przyznał szef klubu PO-KO.

Kosiniak-Kamysz: Nie ma żadnej refleksji dotyczącej TVP

Prezes ludowców, posobnie jak szef klubu PO-KO, zadeklarował chęć współpracy odnośnie do zmian w prawie. – Są rzeczy, z którymi się zgadzamy. Będziemy współpracować nad ustawami, uregulowaniem przepisów dotyczących osób chorych psychicznie, przebywających w zakładach karnych. To nie jest łatwa sprawa. Tu muszą być poważne, normalne konsultacje i dialog – deklarował po spotkaniu Władysław Kosiniak-Kamysz.

Dla niego ważne jest to, że na wniosek klubu PSL-UED odbędzie się sejmowa debata „na temat wątpliwości dotyczących śledztwa w sprawie śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, działań policji, służby więziennej przed i po tych wydarzeniach”.

Władysław Kosiniak-Kamysz ubolewa także nad „zamknięciem” tematu zmian w TVP. – Kluczowe było zdanie wyrażone przez przewodniczącego Ryszarda Terleckiego. U niego nie widzę żadnej refleksji. Może premier by chciał, tak jak wyczuwam, ale nie ma chyba zgody w obozie PiS-u. Ta walka wewnętrzna powoduje, że dzisiaj wygrywają ci o przekonaniu, że Telewizja Polska nie potrzebuje żadnej naprawy. Ale premier jest premierem i albo udowodni za chwilę, że ma wpływ na to, co się dzieje również w telewizji, albo zmiana debaty się nie odbędzie – mówił lider PSL-u.

Po spotkaniu w szerokim gronie odbyło się jeszcze krótkie spotkanie premiera z prezesem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, czym pochwalił się Mateusz Morawiecki na Twitterze.

Szczegółów tej rozmowy nie poznaliśmy.

Dlaczego partia rządząca usiłuje nam wmówić, że był to tylko zwykły atak szaleńca?

Wydawało się, że ostatnie kilkanaście dni minie nam w zadumie, wyciszeniu i refleksji. Nic bardziej mylnego. Teraz to dopiero mamy jazdę bez trzymanki. Obarczanie się nawzajem winą za język nienawiści, wskazywanie palcem, kto bardziej, a kto mniej się tym językiem posługuje, no i ta niesamowicie „kreatywna twórczość” – od polityków i mediów zaczynając, a kończąc na zwykłym, szarym obywatelu. Mnie jednak zastanawia coś innego – dlaczego politycy PiS i wierne im media usiłują nas przekonać, że morderstwo Pawła Adamowicza nie miało politycznego charakteru?

Dr Daniel Mider z Uniwersytetu Warszawskiego opracował zespół cech, które definiują właśnie morderstwo polityczne. Zgodnie z tym, ofiarą mordu jest jedynowładca lub najwyższy funkcjonariusz publiczny (władzy centralnej), względnie każdy funkcjonariusz publiczny i każda osoba publiczna, która tę rolę sprawowała, sprawuje lub do niej czynnie aspiruje. Motywem zabójstwa politycznego jest motyw wyłącznie polityczny, czyli czyn dokonywany  w celu zmiany władzy bądź wywarcia wpływu na proces polityczny lub też każdy, podjęty ze względu na pełnioną publiczną rolę ofiary: polityczną, ideologiczną, kulturową, etyczną, religijną lub obyczajową.

Przyjmując takie właśnie założenie, nie ma nawet co dyskutować. Zabójstwo prezydenta Gdańska mieści się w szeroko rozumianym pojęciu morderstwa politycznego. Dlaczego więc PiS zapiera się rękami i nogami, usiłując nam wmówić, że to bujda, że to tylko zwykły atak szaleńca? A przecież nie tak dawno, w październiku 2010 roku, gdy zamordowany został łódzki działacz PiS Marek Rosiak, Mariusz Błaszczak mówił: – „To morderstwo na tle politycznym. Morderca okazał się człowiekiem świadomym swoich celów. Został skazany, a w uzasadnieniu sąd napisał, że zamordował działacza PiS; chciał zamordować premiera Jarosława Kaczyńskiego, tylko ochrona uniemożliwiła mu ten atak”.

Mam swoją teorię na ten temat. Może ona mało logiczna, może za bardzo umiejscowiona w mojej paranoi czy teorii spiskowej, ale zamierzam się nią z Państwem podzielić. W końcu, gdy PiS pozwala sobie na totalnie irracjonalną politykę „dobrej zmiany”, która prowadzi Polskę do ruiny, to i ja mogę dać upust mojej nadmiernie wybujałej fantazji.

Otóż… uważam, że PiS nie może strawić, iż traci „wyłączność” na ofiarę mordów na tle politycznym. Wszystko do tej pory było tak dobrze poukładane, np. mit o zbrodni smoleńskiej, który w znacznym stopniu poprowadził prezesa i jego ludzi do władzy. Nic to, że wciąż brak dowodów na zbrodnię. Ważne, że już od kilku lat wydawane są nasze pieniądze na realizacje kolejnych szalonych wizji pana Macierewicza. Lud cierpliwy, więc poczeka. Przekonanie narodu, że morderstwo w Łodzi było wynikiem nienawiści do partii, która jako jedyna, wie, co dla narodu dobre, jako jedyna proponuje praworządność i uczciwość, i to właśnie za to jest tak szykanowana oraz niszczona.

A teraz co? Jak wytłumaczyć swojemu narodowi, że morduje się kogoś, związanego z tymi, których można było z pełną satysfakcją i na okrągło obwiniać o tragedię w Łodzi i Smoleńsku? Wydarzenie w Gdańsku rozwaliło pisowską narrację całkowicie. PiS jeszcze usiłuje trzymać karty w swoim ręku. Prezes ignoruje minutę ciszy w Sejmie, wyrzuca się z uchwały upamiętniającej Pawła Adamowicza niewygodne dla PiS sformułowania. Zakazuje się politykom partii rządzącej komentować wydarzenie w Gdańsku, a Jarosław Kaczyński ostentacyjnie, w przededniu pogrzebu Pawła Adamowicza, jedzie do Krakowa, by pomodlić się nad sarkofagiem brata.  A wszystko po to, by pokazać narodowi, kto jako jedyny zasługuje na tłumne pożegnanie i jeszcze większe wspominanie… Kto jest ofiarą mordu politycznego… Kto wart jest pamięci…

Mało tego – PiS usiłuje rozegrać tragedię, która wydarzyła się w Gdańsku, na swoją korzyść. Przecież przed nami wybory do europarlamentu i naszego parlamentu rodzimego. Może więc uda się coś ugrać i uszczknąć więcej głosów? Stąd, jako ukłon w jedną stronę, pełna troski i łagodności twarz premiera oraz prezydenta. Stąd podejmowane działania, by język nienawiści zniknął z przestrzeni publicznej, zwiększona aktywność policji i prokuratorów, którzy nagle obudzili się i zaczynają ścigać tych, którzy tym językiem – za przyzwoleniem obecnej władzy – posługiwali się na prawo i lewo. Z drugiej zaś strony, dbałość o utrzymanie własnego elektoratu w przekonaniu, że nic się nie zmienia, a telewizja i media reżimowe nie zmieniły swojego propagandowego przekazu.

Nie wolno też zapomnieć o tym, że los sprzyja PiS-owi. Tam, gdzie dla wielu Polaków ból, rozpacz, niedowierzanie, dla tej partii świetna zasłona dymna, pod którą można wreszcie schować SKOK-i, aferę KNF, pana Glapińskiego, nieudolność w zarządzaniu, szastanie naszymi pieniędzmi, taśmy z premierem Morawieckim i wiele jeszcze innych wpadek. PiS ma nadzieję, że naród o rozliczenie się nie upomni, bo ma ważniejszą sprawę na głowie. Może błądzę w oparach fantazji, a może nie…

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Amerykański historyk specjalizujący się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej Timothy Snyder uważa, że do brexitu nie dojdzie. Ponadto brexit pokazuje, że Unia Europejska działa – ocenił Snyder w rozmowie z konserwatywnym dziennikiem „Die Welt”.

Brexit. Jak Polska gra na obie bramki i dlaczego tak się nie da [OPINIA]

Co z brexitem?

– Brexit, do którego nie dojdzie, jest załatwiany przez Unię Europejską w jej typowy nudny sposób, tak że przez dwa lata o tym rozmawia – zauważył profesor. – Brexit niekoniecznie zatem dowodzi tego, że Unia nie działa. Udowadnia wręcz, że potrafi działać w obliczu zagrożenia dla jej istnienia.

Zdaniem Snydera wynika to z niezwykle złożonej zdolności skutecznego radzenia sobie w wewnętrznymi różnicami. Jest to jedna z głównych cech, która odróżnia UE od Chin czy Rosji.

– Europa robi wrażenie chaotycznej i zdezorganizowanej, podczas gdy Chiny i Rosja – z oddali – wyglądają jak dobrze naoliwione maszyny. Co jest jednak ich słabością – uważa historyk. – Unia Europejska jest jedyną organizacją, która ma wolę i jest dość duża, by zająć się prawdziwymi wyzwaniami obecnego stulecia. Ani aneksja Krymu, ani budowa muru na granicy z Meksykiem nie mają nic wspólnego z tymi prawdziwymi wyzwaniami. Europejczycy, jako jedyni, na poważnie próbują kształtować 21. wiek poprzez swoje ideały – prawa człowieka i państwo prawa – wylicza Snyder.

W pogoni za potęgą [WYWIAD]

„Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy”

Jego zdaniem Europa, w której pół miliarda ludzi cieszy się wysokim poziomem życia, poszanowaniem dla prawa, długowiecznością i jest zadowolona, stanowi ważny czynnik wpływający na sytuacje na świecie. – Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy. Dlatego macie też wrogów – przekonuje Snyder.

Mówiąc o dwóch największych przeciwnikach USA i Europy, Snyder zwraca uwagę na różnice w działaniu między Pekinem a Kremlem. – Rosja robi przeciwko nam to, na co Chiny się nie decydują ze względów taktycznych. Rosjanie szukają w polityce zagranicznej natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, podczas gdy Chińczycy myślą długofalowo – analizuje historyk. Jednocześnie przestrzega przed bagatelizowaniem Rosji i redukowania jej do „broni nuklearnej i Gazpromu”. – Istnieje związek między Rosją a Chinami. Polityka Kremla ukierunkowana na dezintegrację (Zachodu – red.) służy Chinom – zauważa.

Według Snydera osłabianie Zachodu przez Moskwę paradoksalnie jest szkodliwe dla niej samej. Dużo większym problemem dla Rosji są bowiem właśnie Chiny. Z geopolitycznego punktu widzenia działania największego państwa na świecie nie mają sensu. Naukowiec tłumaczy je w następujący sposób: – Rosjanie dużo mówią o geopolityce, ale zachowują się jak dzieci z eksperymentu Waltera Mischela. Nie mogły one oprzeć się pokusie, by natychmiast nie zjeść zaproponowanych im cukrowych pianek, chociaż dostałyby więcej słodyczy, gdyby zaczekały”. Wśród „pianek” na które Kreml się „skusił” historyk wymienia aneksję Krymu, próby wpływanie na wyniki wyborów w USA czy popieranie europejskich populistów. – To geopolityczny nonsens. Nic to jednak nie zmienia. Nie możemy im tego puścić płazem – przekonuje.

Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

Trump jak narodowi socjaliści?

Timothy Snyder, który wykłada na elitarnym uniwersytecie Yale, wyjątkowo krytycznie ocenia prezydenta Donalda Trumpa w USA, dostrzegając analogie z działaniami narodowych socjalistów w Niemczech.

– Nie jestem jedynym, który próbuje wyciągać wnioski z lat 30. ubiegłego wieku, żeby zrozumieć teraźniejszość. W tym kontekście mówię o niebezpieczeństwie stanu wyjątkowego”, którego wprowadzeniem grozi Trump, jeśli nie dostanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem – tłumaczy. – Przeobrażenie się Republiki Weimarskiej w narodowosocjalistyczną dyktaturę było poprzedzone nieustanną praktyką wydawania nadzwyczajnych rozporządzeń dla ominięcia parlamentu – konkluduje.

Polski rząd chce przygotować się na „twardy brexit”

Apel o prawdę dla Pawła Adamowicza.

TVP to szczujnia, która pomogła podnieść nóż zabójcy na Pawła Adamowicza

25 Sty

>>>

Bojkot TVP? Mój kolega Maciej Kosycarz fotoreporter i wydawca pięknych albumów o Gdańsku, organizator wystaw i konkursów fotograficznych, wybrany swego czasu Gdańszczaninem Roku, zaapelował w Internecie aby ludzie kultury bojkotowali TVP.

Granice wstydu, żenady i manipulacji (widoczne nawet w czasie żałoby po zamordowanym prezydencie Gdańska) zostały jego zdaniem przez tę instytucje przekroczone. Pierwszy poparł akcję gdańszczanin, autor muzyki filmowej Mikołaj Trzaska.

Znany gdański animator kultury i organizator koncertów i festiwali Arek Chronowski, napisał, że już od trzech lat nie komentuje i nie pojawia sie w TVP, ale może nie pojawiać się jeszcze bardziej.

Akcję poparł znany gdański pisarz Mieczysław Abramowicz. Niezależnie od akcji Kosycarza podobne deklaracje wyrazili aktorzy Maciej Stuhr i Maja Ostaszewska.

Ja też jestem za tym aby TVP omijać tak jak ucieka się przed człowiekiem, który nie panuje nad puszczaniem smrodliwych gazów. Aczkolwiek uważam, że pojawienie się w TVP takich ludzi kultury jak Stuhr, Ostaszewska, Abramowicz czy Trzaska, w znaczny sposób podniosłoby poziom przekazu tej stacji.

Niestety nadmierne pojawianie sie tam takich postaci jak Marek Suski, Stanisław Janecki, Beata Mazurek czy Ryszard Terlecki poziom przekazu ściąga mocno poniżej wilczych dołów.

Jest z tym bojkotem jeszcze inny problem. Tacy osobnicy jak np. ja, Tymon Tymański czy Maciej Maleńczuk chętnie byśmy się dołączyli do bojkotu, tyle, że w naszym przypadku, to coś takiego, jak byśmy ogłosili bojkot lotów na księżyc.

Nas już tam dawno nie pokazują, bo my (ze względu na nasze nieprzychylne władzy wypowiedzi) od pewnego czasu okupujemy czołowe miejsca czarnych list z cyklu „Tych panów nie obsługujemy”.

Satyryk Piotr Bałtroczyk wszystkich, którzy pojawiają się w TVP nazywa „kolaborantami”. Moim zdaniem to przesada, bo stanu wojennego i czołgów na ulicach jeszcze nie ma. Rozumiem też tych wszystkich, którzy napisali książki, nakręcili filmy, mają wystawę swoich prac czy wydali płyty i chcą to jakoś zareklamować. Nigdy nie potępiałem kolegów i koleżanek, którzy występowali na sylwestrach prezesa Kurskiego czy na festiwalu w Opolu w czasach PiS.

Sens takiego protestu byłby mocniejszy gdyby dołączyli się do niego Zenek Martyniuk i grupa Boys. Ale na to nie ma szans, bo to wykonawcy, których przez lata nie było w TVP i których dla telewizji publicznej „odkrył” Jacek Kurski.

Rozumiem odruch serca jakim kierował się Maciek Kosycarz. Tu chodzi po prostu o minimum przyzwoitości, które w TVP nie zostało zachowane nawet po tragicznej śmierci Adamowicza.

Gorąco popieram wszystkich, którzy deklarują traktowanie TVP jak powietrza, tak jak popieram tych, którzy pikietują siedziby TVP i domagają się radykalnych zmian personalnych.

Pamiętajmy jednak, że to z nazwy nadal jest PUBLICZNA telewizja i powinna należeć do wszystkich Polaków i wszyscy Polacy powinni tam być reprezentowani.

Niestety władza traktuje TVP jak łup. I niczym zbójnik tego łupu nie odda. A zbliżają się wybory i prominentny przedstawiciel władzy Jacek Sasin potwierdził, iż w lutym rząd z budżetu państwa przeleje na konto TVP sumę… UWAGA…miliarda i dwustu milionów złotych!!!! I tak będą sie bawić i kłamać za nasze pieniądze w czas wyborów.

A bojkot? Skoro telewizja bojkotuje przyzwoitość, to mądrzy ludzie kultury wiedzą co robić.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>