Tag Archives: papież Franciszek

Czy fuererek Kaczyński zniszczy nasz świat?

13 Kwi

Czy koronawirus zniszczy nasz świat? Czy mamy ogłaszać koniec naszego świata, bo do władzy dojdą małe fuererki Kaczyńskie?

Jest źle.

Niejasne przepisy i dowolność ich interpretacji dały policji ogromną władzę w stanie pandemii. Funkcjonariusze wykorzystują ją w sposób dyskusyjny, używając nowych uprawnień do karania, a nawet upokarzania obywateli. Wyjątkiem są Jarosław Kaczyński i jego kuzyn, którzy otrzymali przyzwolenie na łamanie restrykcji.

Więcej >>>

Od kilku tygodni pisowscy funkcjonariusze nie zajmują się niczym innym, jak parciem za wszelką cenę do farsy wyborczej, którą zamierzają zorganizować 10 maja. Stosują przy tym stałe swoje metody: wszechobecne kłamstwo, straszenie, że opozycja chce złamać Konstytucję, przesuwając termin, mówią, że to pseudo głosowanie, które ma się odbyć korespondencyjnie jest całkowicie bezpieczne, podając przykład Bawarii, gdzie było zaledwie nieco ponad milion uprawnionych do głosowania, ale nie dodając, że „dziwnym trafem” po tym głosowaniu gwałtownie wzrosła ilość zainfekowanych koronawirusem. W kraju manipulują w sposób oczywisty statystykami zgonów z powodu epidemii, jak chociażby w Warszawie, której prezydent podał ich liczbę jako 32, a Ministerstwo Zdrowia uznało… osiem, ze względu „na inną metodę raportowania”.

Przerażająca jest podłość i pogarda pisowskich funkcjonariuszy dla społeczeństwa. Dążą za wszelką cenę do „głosowania korespondencyjnego”, które przez lata uważali za absolutnie niedopuszczalne ze względu na możliwość fałszerstw, narażają miliony ludzi na zarażenie wirusem, które nawet przy takim głosowaniu jest bardzo prawdopodobne. Trudno oczywiście powiedzieć coś konkretnego na temat ilości nowych zakażeń, ale można na podstawie chociażby obserwacji z innych krajów przyjąć, że będą ich tysiące, co niestety, pociągnie za sobą wiele zgonów, zwłaszcza że w tych „wyborach” weźmie udział dużo ludzi starszych, szczególnie narażonych na infekcję.

Więcej >>>

„Przez pierwsze dni w szpitalu byłem w stanie jeść. Wmuszałem w siebie kromkę chleba, żeby zrobić podkład pod leki. Rano dwanaście tabletek, po południu osiem. I antybiotyki dożylnie.” Do tej pory w Polsce z COVID-19 oficjalnie wyleczono ok. 375 osób. OKO.press wysłuchało historii jednej z nich.

Jak wychodzi się z koronawirusa >>>

Trochę nie rozumiem oburzenia z powodu tego, że prezes Kaczyński w tłumie swoich wyznawców złożył kwiaty pod pomnikiem Czarnych Schodów (nieudolnie symbolizujących katastrofę smoleńską) a potem pojechał wypasioną limuzyną, w towarzystwie obstawy, na zamknięte dla ludu Powązki, by złożyć kwiaty na grobie swojej drogiej matki.

Wódz wszystko może! Putin też może, Stalin też mógł, Łukaszenko w ogóle nie potrafi sobie wyobrazić, że czegoś nie może, a taki Kim Dzong Un jest wszędzie panem. A przecież Kaczyński jest dużo lepszy niż Putin czy Łukaszenko…. No może daleko mu jeszcze do Kim Dzong Una, ale z tymi dwoma miliardami na propagandę szybko może mu dorównać. Nie ma co się wściekać na nierówności i niesprawiedliwość, na hucpę, cynizm, hipokryzję i pogardę dla stanowionego prawa – na tym polega autorytaryzm! I jedna trzecie naszego społeczeństwa to naprawdę lubi.

Cały felieton Magdaleny Środy >>>

Mit VI. Prezes.

Mit prezesa wiąże się częściowo z mitem premiera. Oczywiście tylko w warstwie pracy dla idei. W micie na temat prezesa fundamentem jest jego brak osobistego majątku, życie w podupadającym domu i całkowite oddanie się Polsce. I tak już od czterdziestu lat.

W rzeczywistości taśmy ujawnione przez Gazetę Wyborczą, na których utrwalono rozmowy Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem, który miał zbudować dla prezesa dwie smukłe wieże w samym sercu Warszawy, pokazały, że Kaczyński nie jest dobrotliwym, ubogim ojcem narodu, tylko zwykłym, łasym na szmal kombinatorem, który świetnie porusza się w szarej strefie, a ten jego brak prawa jazdy, konta w banku i problemy z podłączeniem słuchawek do telefonu, to zwykła ściema dla gawiedzi.

Taśmy Birgfellnera pokazały też, że znoszony, stary garnitur, obsypany od czasu do czasu białym pyłem z siwych włosów oraz znoszone, często brudne buty, to tylko kamuflaż na wzór mundurków noszonych przez różnych satrapów. W micie prezesa zawsze też znajdzie się jakiś poseł Krasulski, który z atencją należną geniuszowi strzepnie z ramion ów księżycowy pył.

W micie tym mieści się też opowieść o nadprzyrodzonych zdolnościach prezesa, umożliwiających mu przewidywanie jedenastu ruchów przeciwnika w przód. Tymczasem prawda jest dużo bardziej prozaiczna i zamyka się w stwierdzeniu, że prezes nieziemsko wręcz potrafi dzielić ludzi, co pozwala mu tyle lat zasiadać na stolcu władzy i to niezależnie czy w danej chwili PiS jest w opozycji, czy rządzi. Zawsze jest przy nim grupa ochroniarzy, ma służbowe auto i dyrektorów szpitali pod ręką, którzy na skinienie donoszą mu kule, gdy zajdzie potrzeba.

Zaiste, jak można zbudować taki mit i przez dziesiątki lat żyć na koszt społeczeństwa, nie parając się przy tym żadną pożyteczną pracą jak miliony Polaków każdego dnia.

Tak, to jest “genialne”.

15 mitów PiS kapitalnie opisanych przez Jacka Liberskiego >>>

Po katastrofie smoleńskiej zahamowaniu uległ proces poszukiwania przez Polaków nowej tożsamości. PiS wskrzesiło mit o bohaterach i ofiarach, z Rosją i Niemcami w roli odwiecznych wrogów – pisze TAZ.

Więcej >>>

Hiszpania i Włochy spierają się z Holandią i Niemcami. W ostatnim możliwym terminie wyznaczonym przez Radę Europejską ministrowie finansów strefy euro przedstawili zarys działań ratunkowych w czasach wirusowego kryzysu. Kością niezgody była emisja wspólnego długu, której w oświadczeniu eurogrupy zabrakło.

Więcej >>>

W Polsce przyrost zachorowań dużo mniejszy niż można się było spodziewać. Fakt, że administracja Trumpa zignorowała styczniowe ostrzeżenia ekspertów, niespodzianką już nie jest. Na Wyspach Boris Johnson po chorobie pokochał publiczny system ochrony zdrowia.

Więcej >>>

Na żyznej glebie agresywnego populizmu wyrosła nam nowa odmiana szczwanych prymitywów

Zdumiewające. Niby dorośli ludzie, na ważnych stanowiskach, często po studiach, czasem i z doktoratami, a potrafią wygadywać takie głupoty, że pojąć trudno. Tacy są, czy tylko udają? Czy funkcjonariusze PiS, podobnie jak notable w PRL, są po prostu kastą ograniczonych buców, czy to jednak cwani cyniczni gracze? Wierzą w patriotyczno-narodowy bełkot Kaczyńskiego, czy raczej traktują tę narrację jak mgłę smoleńską, skrywającą ich rzeczywiste intencje, pazerność i żądzę władzy?

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Skandale PiS i kleru

1 Sty

Andrzej Stankiewicz szereguje skandale z ubiegłego roku. Wybrał 10 najbardziej spektakularnych. Można je wszystkie nazwać pisowsko-katolskimi

Film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” powinien być szokiem dla polskich biskupów. Ale dziś, kilka miesięcy po emisji, Episkopat zachowuje się, jakby nic się nie stało. To kolejny dowód na to, że biskupi nie zamierzają na poważnie wziąć się za rozliczenie pedofilów we własnych szeregach. Mogą sobie na to pozwolić, bo w podzielonym politycznie — i w dużej mierze — światopoglądowo społeczeństwie, wiele ujdzie im na sucho. Zwłaszcza, że wśród najbardziej bezkrytycznych wiernych potrafili wywołać wrażenie, że ujawnianie pedofilskich skandali to walka nie tylko nawet z Kościołem, co z samym Chrystusem. Wcześniej w ten sam sposób hierarchowie rozegrali kłopoty lustracyjne w swych szeregach.

Faktem jest także i to, że Episkopat jest podzielony. Są hierarchowie bagatelizujący skandale seksualne, jak abp Marek Jędraszewski, czy abp Sławoj Leszek Głódź. Są też tacy duchowni jak prymas Wojciech Polak czy abp Grzegorz Ryś, optujący za twardymi rozliczeniami — tyle, że to słabsza frakcja w Episkopacie.

Władza stoi z boku i nie naciska. Zbyt wiele czerpie politycznych profitów z sojuszu z Kościołem. Po filmie Sekielskich PiS zapowiedział utworzenie speckomisji zajmującej się ściganiem pedofilii. Choć Sejm przyjął odpowiednie przepisy, do dziś nie została powołana.

Problem jednak nie zniknie i w nowym roku wciąż będzie żywy. Na fali doniesień o pedofilii księży, ujawniane są wszak także przypadki innych dewiantów, choćby w środowiskach artystycznych.

O pozostałych dziewięciu skandalach pisowskich tutaj >>>

Zbyt częste, zbyt długie, sprzeczne z międzynarodowymi standardami i źle uzasadnione. Taki obraz tymczasowych aresztowań wyłania się z badania Fundacji Court Watch Polska. Choć tymczasowe aresztowania dotyczą formalnie niewinnych, działają podobnie jak więzienie. Prokuratura Ziobry wnioskuje o nie coraz częściej

„Prawo do wolności osobistej w Polsce przegrywa z »dobrem postępowania«, a domniemanie niewinności z błędami poznawczymi i rachunkiem prawdopodobieństwa” – czytamy w najnowszym raporcie Fundacji Court Watch Polska o tymczasowych aresztowaniach w Polsce.

Z raportu płyną jednoznaczne wnioski: tymczasowe aresztowanie w Polsce jest stosowane coraz częściej i trwa coraz dłużej. Zamiast ostatecznością, stało się domyślnym środkiem zapobiegawczym zarówno na etapie postępowania przygotowawczego (śledztwa prokuratury) jak i sądowego.

Ponieważ dotyczy osób, którym nie udowodniono jeszcze winy, powinno podlegać szczególnym obostrzeniom. Do ochrony wolności jednostki obligują polskie sądy przepisy Konstytucji.

Więcej o bezprawiu Ziobry tutaj >>>

Wywiad z prof. Friszke tutaj >>>

Franciszek spotkał się z setkami osób na Placu Świętego Piotra w sylwestrowy wieczór. Wtedy to doszło do incydentu, zarejestrowanego przez media. Jedna z kobiet tak mocno chwyciła papieża, że boleśnie wykręciła mu rękę. Papież uderzył ją w dłoń, by się uwolnić.

Po nieszporach w bazylice watykańskiej Franciszek poszedł wieczorem na plac przed bazyliką watykańską, by obejrzeć stojącą tam szopkę. Witał się z setkami ludzi, którzy tam się zgromadzili się, by złożyć mu noworoczne życzenia. Błogosławił dzieci, pozdrawiał wszystkich po kolei, rozmawiał z wiernymi.

Włoskie media opublikowały kilkusekundowe nagranie, na którym widać, że kobieta stojącą przy barierce tak mocno chwyciła dłoń papieża w chwili, gdy odchodził, że pociągnęła go wykręcając mu rękę.

Sprawiło to papieżowi wyraźny ból. Odwrócił się w jej stronę i stanowczo uderzył ją w dłoń, by się uwolnić z uścisku i powiedział coś do niej oburzony. Odszedł zirytowany zachowaniem kobiety.

– Chcąc budować pokój trzeba szukać prawdy, odrzucając wszelkie kłamliwe ideologie. Ten pokój trzeba budować nieustannie, bo nie jest on dany raz na zawsze, jest skarbem, który można łatwo utracić – mówił metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski podczas tradycyjnej pasterki noworocznej w bazylice św. Franciszka w Krakowie.

W czasie noworocznej mszy w bazylice oo. Franciszkanów w Krakowie abp Jędraszewski odwołał się do orędzia papieża Franciszka na 53. Światowy Dzień Pokoju, obchodzony 1 stycznia, mówiąc m.in, że wojna często zaczyna się od złego słowa, „zaczyna się bardzo często w imię tzw. tolerancji, by kogoś innego osadzić w oczekiwanym przez siebie obrazie zła i kłamstwa, by potem móc go bezkarnie oskarżać”.

Cytując Czesława Niemena z utworu „Dziwny jest ten świat”, krakowski metropolita zwrócił uwagę, że „często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”, i aby temu przeciwdziałać potrzebny jest powrót do idei braterstwa.

Abp Jędraszewski zdziwiony oskarżeniami pod adresem Kościoła. „Wkoło kwitnie seksturystyka”

Arcybiskup Marek Jędraszewski o „nawróceniu ekologicznym”

Jędraszewski zwrócił uwagę, że do pokoju prowadzi również „nawrócenie ekologiczne”. – Chodzi o to, żeby na życie człowieka spojrzeć, biorąc pod uwagę najpierw szczodrość Stwórcy, który dał nam ziemię i który „wzywa nas do radosnej wstrzemięźliwości dzielenia się”. Chodzi o to, żeby na nowo tworzyć jak najbardziej szlachetne więzi z naszymi siostrami i braćmi, by odnawiać relacje z innymi stworzeniami, by szanować bogactwo i piękno stworzeń, które stanowią wielki Boży dar – powiedział podczas homilii.

– Prawdziwe nawrócenie ekologiczne zaczyna się od naszego synostwa wobec Boga, który stworzył nas na swój obraz i swoje podobieństwo, i kazał nam czynić sobie ziemię poddaną, tzn. żebyśmy na całe bogactwo stworzonego świat potrafili patrzeć z taką odpowiedzialnością i taką miłością z jaką On powoływał ten świat do istnienia – mówił arcybiskup Marek Jędraszewski dodał też, że człowiek w relacji do świata musi być przedłużeniem stwórczych rąk Boga, a tym samym troszczyć się o niego, chronić go i robić wszystko, aby przez nieodpowiedzialność człowieka ten świat nie został zniszczony.

Moje Życzenia Noworoczne:

Życzę nam, żebyśmy żyli w normalnym kraju, zostali w Europie, żebyśmy zdrowi byli i mieli czym oddychać. To nie będzie proste, bo rządzący uważają larum nad klimatem za przesadę, mimo że za ich rządów średnia długość życia się obniżyła! 

Biskup Jędraszewski po gender i LGBT przypuścił szturm na „ekologizm”. Facet w wysokiej czapce nie respektuje słów papieża, który podziękował Grecie Thunberg za zwrócenie uwagi na niszczenie klimatu. Rządząca prawica nienawidzi wegetarian i wegan, a ceni sobie zabijanie. Zakazali nam wchodzić do lasu gdy „się poluje”. Miłośnik kotów Kaczyński się zagapił i to przegłosowano, podobno dlatego, że pani Basi nie było i nie powiedziała mu jak należy głosować. Tere fere kuku strzela baba z łuku, akurat w to uwierzymy. Lobby myśliwskie jest silne i na ich głosach zależy partii miłującej niszczenie. A więc prezes z jednej strony się wdzięczy do kochających zwierzęta, z drugiej mruga do myśliwych.

W sukurs Jędraszewskiemu przyszli egzorcyści. Jeden z nich nie wiem, amator czy profesjonalista egzorcyzmował dwie weganki salcesonem. Nie wymyśliłam tego, w sieci jest opis, poszukajcie. Dziewczyny powiedziały „dziękuję” i wyszły. Salceson jako sposób na wypędzenie diabła! Ludzie, ratunku!

Część księży krytykuje papieża Franciszka z ambony. Są zwolennikami Rydzyka, jasne, ma władzę, tańczy z ministrami na urodzinach swojego radia. Kołyszą się rozanieleni w rytm Disko polo, a potem rozwalają prawo, i wyzywają współziomków od komunistów i złodziei, czy od mord zdradzieckich. To nie podpada pod komisję etyki, to sa tylko „opinie”. Rydzykowa schizma ma się dobrze, obejmuje coraz większe obszary wiary. Ponieważ u nas wszystko jest podzielone, to tylko patrzeć jak PiS obwoła Rydzyka papieżem. Naszym, polskim, narodowym a Elżbieta Witek pobłogosławi tę decyzję z trybuny, oczywiście po przegłosowaniu. Aż do skutku, gdyby się nie udało za pierwszym razem, to się anuluje. Niedawno „zadekretowała”, że u nas, na naszej ziemi obowiązuje prawo polskie, narodowe, sprawiedliwe jak PiS oraz telewizja narodowa. A nie jakieś tam europejskie. Co się wykłada jako akces wyjścia z Unii. Niszczenie prawa to pierwszy szczebel drabinki do wypierpolu  z Unii, na którą wspina się prezes Kaczyński. O kulach, jednak skutecznie.

Otóż właśnie, prezes chory, z bólem na twarzy pojawił się na głosowaniu. Przyszła także prawicowa posłanka z dziecięciem na ręku. Niezły pijar. I co z tego? Opozycja olała to głosowanie równym moczem! 30 osób nie przyszło. Ich tłumaczenia są kuriozalne. „Jestem na wakacjach”, „Straciłem czujność”, „I tak by to przegłosowali”, „I tak by to nic nie zmieniło”,  Witek by zapostulowała anulowanie i powtórzenie. Może tak, a może nie, do ku… nędzy,  przecież pisiorków też nie było. To dopiero jest fajny pijar, jak u Mrożka: „A może byśmy coś zasiali?”, odpowiedź: „- I tam…”. Pewnie, nie warto dupy ruszyć, skoro ma się kasę, niech kto inny rządzi. Nie dziwią mnie ich nędzne sondaże. Nie nauczyli się niczego. Nie pamiętają, że byłoby inaczej gdyby stawili się w komplecie na postawienie magistra Ziobry przed Trybunałem Stanu. Piszczał, skamlał, błagał prezesa o litość a teraz ma na wszystkich haki. Boi się może tylko Banasia. Nadzieja w Banasiu, że wykosi swoich.

Tylko nie mówcie nam, że „było minęło”, bo przez takich olewaczy mamy to co mamy. Naszym błędem jest a) Wiara w siłę opozycji, b) Wynoszenie się ponad zorganizowany, być może cyniczny elektorat PiS-u. To wynoszenie się, wynika z pychy: jesteśmy lepsi, nie zniżymy się, nie będziemy używali chamskiego języka… A ch… z wami! Mordą zdradziecką za mordę zdradziecką należy odpłacić. Komuniści i złodzieje? To nie my, to wy! Rozdajecie kasę jak bolszewicy, a złodziejstwa u was więcej niż kiedykolwiek było. Wydawało się, że Pawłowicz w Trybunale zasiadłszy garsonkę z białym kołnierzykiem kupi, w kok włosy uczesze i język zmieni na łagodny; prawem się zajmie, ale tam, naiwni liberałowie, spójrzcie na jej Twittera! Po sądach włóczy Owsiaka, i innych porządnych obywateli a gębę ma – jak surowa kiełbasa nieparzona – niewyparzoną (to określenie z czasów polowań na czarownice, wyparzano im wtedy gęby!).

Naszą prawdziwą opozycją są prawnicy, oporni sędziowie, prokuratorzy, którzy dostają za wszystko po głowie od magisterka Ziobry i jego ferajny. Są chłostani przez trzech hunwejbinów prawniczych stojących naprzeciwko Strzembosza, Zolla, Stępnia, Gersdorf, jak pluton egzekucyjny.

Opozycją są ludzie marznący przed sejmem, którym chciało się wyjść z domu. Są nią Obywatele RP, Lotna brygada, która robi show, przychodzi na spotkanie z Krystyną Pawłowicz z sałatkami w plastikowych pudełkach i zaczyna jeść podczas jej wywodów tak jak ona w sejmie.

Oby w przyszłym, Nowym Roku 2020 „ciemny lud” nie dał się kupić. Żeby wybory zmiotły to badziewie. Spróbujcie obsadzić ważne stanowiska swoimi typami. Prezydentką może zostać Olga Tokarczuk. Ministrem ochrony środowiska, znawca zwierząt, Adam Wajrak, jedyny korespondent z puszczy białowieskiej. Bodnar niech zostanie na swoim stanowisku, tak jak profesor Gersdorf na swoim. Ministrem sprawiedliwości może być pani sędzia Morawiec, wice ministrami sędziowie Juszczyszyn oraz Tuleja. Kasprzak dzielny Obywatel RP może być ministrem spraw wewnętrznych.

A ministerstwo Obrony Narodowej powinien objąć ten facet, który w tekturowym czołgu wjechał na okupowany przez wroga teren, czyli na pl. Piłsudskiego. Mieliśmy niezłą uciechę patrząc jak człowiek na wózku inwalidzkim, obudowanym malowaną w panterkę tekturą ucieka przed goniącymi go policjantami, a nadęty do granic pęknięcia Błaszczak wzywa do boju, walki z dowcipnym niepełnosprawnym!

Takich momentów życzę Wam Kochani i sobie, bo humor pomaga przetrzymać głupotę i niegodziwość, dopóki nie zaczną niepokornych egzorcyzmować salcesonem!

Macierewicz, Kaczyński – sojusznicy Putina

29 Gru

Antoni Macierewicz odniósł się do słów Putina.

Wiceszef partii rządzącej uważa, że nie można być biernym wobec słów Putina. – Są one publiczna i słowną agresją. Prezydent Rosji próbuje Polskę wyizolować i uczynić wyrzutkiem społeczności międzynarodowej, trzeba mieć na uwadze iż taka jest intencja i odpowiedź też musi być poważna – skwitował Macierewicz.

Więcej >>>

Po zawiadomieniu Jarosława Kaczyńskiego prokuratura przez lata bezskutecznie szukała haków na organizatorów największych pokazów lotniczych w Polsce. W końcu zatrzymała trzech wysokich rangą oficerów na podstawie opinii, którą sporządził członek rady programowej PiS. Sąd nie pozostawił na niej i jej autorze suchej nitki.

Więcej >>>

Więcej >>>

Polityka PiS sprzyja wielkoruskiemu imperializmowi i zagraża polskiej niepodległości.

W okresie przedświątecznym Władimir Putin zaatakował Polskę, zarzucając jej fanatyczny antysemityzm i współpracę z Hitlerem. Zrobił to kilkakrotnie przy różnych okazjach, więc z pewnością nie był to przypadek. Nie „chlapnęło mu się”, miał to starannie przemyślane i zaplanowane. Najwyraźniej to element strategicznego planu, którego celem jest podważenie pozycji Polski we wspólnocie Zachodu, a w dalszej perspektywie wyłuskanie jej stamtąd.

Od dawna jest jasne, że kremlowski dyktator dąży do odtworzenia rosyjskiego imperium i zachowuje się agresywnie wobec sąsiadów, szczególnie tych, którzy niegdyś znajdowali się w orbicie wpływów Moskwy, a pod koniec XX wieku wyrwali się z niej. Akordem otwierającym erę Putina była wojna w Czeczenii i pacyfikacja tej buntującej się republiki, potem przyszła kolej na Gruzję i wykrojenie z niej Osetii Południowej, jeszcze później byliśmy świadkami aneksji Krymu i wojny w Donbasie, która tli się do dziś. Przez cały czas trwają próby inkorporacji Białorusi. Kreml na różne sposoby odbudowuje też swe wpływy w republikach azjatyckich.

Właściwie nie ma w tym nic zaskakującego. Dziwne byłoby raczej, gdyby mocarstwowa Moskwa po całych wiekach agresywnej ekspansji nagle spuściła z tonu i postanowiła harmonijnie wpisać się w demokratyczny ład światowy, szanując podmiotowość i interes słabszych sąsiadów. Za sprawą jakiej siły wyższej miałaby się dokonać taka cudowna przemiana drapieżnego wilka w łagodną owieczkę?

Gdzie jak gdzie, ale akurat w Polsce trudno o naiwne złudzenia. Całe wieki doświadczeń z Rosją trwale zapisały się w polskim kodzie DNA, kształtując myśl strategiczną i definiując koncepcje polskiej państwowości i sojuszy. Po II wojnie światowej czołowe ośrodki myśli niepodległościowej – z paryską „Kulturą” na czele – wypracowały linię strategiczną, której fundamentalnym założeniem było pojednanie Polaków z narodami ościennymi w Europie Środkowej i związanie Polski ze wspólnotą zachodnioeuropejską.

Wszystkie formacje rządzące w Polsce w latach 1989-2015 były spadkobiercami i kontynuatorami tej linii. Niezależnie od tego, czy rządziła prawica, czy lewica, Polska konsekwentnie kroczyła drogą integracji z UE i NATO oraz starała się przełamać zadawnione historyczne antagonizmy w stosunkach z sąsiadami.

Oczywiście nie wszystko się udawało – w relacjach z Litwą czy Ukrainą wciąż pojawiały się napięcia, niedemokratyczna Białoruś rządzona przez Aleksandra Łukaszenkę była partnerem nieobliczalnym. Czasem górę nad planem strategicznym brała też doraźna i kunktatorska kalkulacja groszowych zysków i strat, jak w przypadku decyzji o odsunięciu w bliżej nieokreśloną przyszłość momentu wejścia Polski do strefy euro.

Niemniej ogólna myśl strategiczna, zakładająca, że gwarantem bezpieczeństwa i niepodległości Polski jest silne zakorzenienie jej w strukturach Zachodu, była realizowana przez wszystkie ekipy.

Aż do 2015 roku. Wtedy to doszła do władzy formacja, która uznała, że Polska musi „wstać z kolan”, tj. poluzować (a może wręcz zerwać?) więzy łączące ją z Unią Europejską. Zamiast przełamywać antagonizmy w stosunkach z sąsiadami Warszawa zaczęła je pielęgnować i podsycać. Polska przestała być stabilnym wschodnim filarem Zachodu, zapewniającym trwałą równowagę całej konstrukcji – a zamiast tego stała się źródłem destabilizacji i ogniskiem zapalnym.

Jaka jest stawka w tej grze, widzimy wyraźnie właśnie dziś, gdy Władimir Putin podejmuje agresywną ofensywę propagandową, posługując się argumentem polskiego antysemityzmu. Argument ten znacznie trudniej odeprzeć w sytuacji, gdy świat ma jeszcze w pamięci niedawną awanturę o polską ustawę o IPN i gdy światowe telewizje regularnie transmitują z Polski obrazy tzw. „marszów niepodległości” z faszystowskimi rekwizytami i transparentami.

Nie przypadkiem używam cudzysłowu. Te „marsze niepodległości” – stanowiące znakomity symbol całej polityki obozu rządzącego – nie służą bowiem uchronieniu suwerenności Polski, lecz wprost przeciwnie: stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie. Osłabiając naszą pozycję we wspólnocie demokratycznego Zachodu wystawiają nas na łup moskiewskiej ekspansji.

Nie podejmuję się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ekipa Jarosława Kaczyńskiego przyjęła taką linię, służącą interesom rosyjskiego imperializmu. Niezależnie od powodów w istocie weszła w buty magnackiego stronnictwa moskiewskiego, które w końcu XVIII wieku sprzymierzyło się z Katarzyną II, sprzedając jej Polskę.

I tak właśnie Jarosław Kaczyński zapisze się na kartach polskiej historii – jako jeszcze jedna figura w poczcie narodowych szkodników i zdrajców.

Głodzia zdegradować do grabarza

3 List

„Jako wierni Kościoła Gdańskiego, w poczuciu odpowiedzialności za wspólnotę Kościoła katolickiego, nie możemy dłużej milczeć. Od długiego czasu jesteśmy głęboko przekonani, że Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, Metropolita Gdański, stracił moralną wiarygodność, niezbędną do pełnienia posługi biskupa diecezjalnego i jest dla wiernych przyczyną zgorszenia” – tak zaczyna się list, który gdańszczanie wystosowali do Franciszka, w którym domagają się odwołania Głódzia. Tylko papież może to zrobić.

„Apelujemy do Księdza Arcybiskupa, aby złożył rezygnację z urzędu, a Ojca Świętego Franciszka prosimy o jej rozpatrzenie i przyjęcie. Taką możliwość daje Kanon 401 § 2 Kodeksu Prawa Kanonicznego stwierdzający, że „Usilnie prosi się biskupa diecezjalnego, który z powodu choroby lub innej poważnej przyczyny nie może w sposób właściwy wypełniać swojego urzędu”, by przedłożył rezygnację z urzędu” – czytamy w liście. Wierni z archidiecezji gdańskiej nie wykluczają, że pojadą do Watykanu, aby spotkać się z Franciszkiem.

Sygnatariusze listu podają powody, które powinny skłonić papieża do odwołania Głódzia: – „Przede wszystkim Arcybiskup przez wiele lat ewidentnie działał na rzecz oskarżonych o pedofilię duchownych, co do których winy nie ma wątpliwości. Między innymi chronił ks. Mirosława Bużana, skazanego za molestowanie 15-letniej dziewczynki, awansował go, a o wyroku nie zawiadamiał odpowiednich władz w Watykanie. Nie reagował na doniesienia o czynach pedofilskich księdza Franciszka Cybuli, byłego kapelana Lecha Wałęsy, a także w sprawie dowodów na molestowanie dzieci przez księdza Henryka Jankowskiego”.

Kolejnym powodem – ich zdaniem – jest angażowanie „autorytetu biskupa Kościoła dla poparcia jednej partii politycznej, propagując jej program w czasie licznych wystąpień publicznych i homilii wygłaszanych w czasie uroczystości religijnych i mszy świętych”. Wierni przypominają o wystawnym stylu życia Głódzia, jego zamiłowaniu do przepychu oraz skandalicznym traktowaniu podwładnych: – Ma m.in. do swojej dyspozycji dwa pałace – letnią rezydencję na terenie 20-hektarowej posiadłości we wsi Bobrówka oraz stałą rezydencję w zabytkowym pałacu w Gdańsku. Upokarza podlegających księży, o czym mówili oni w programie TVN24 Czarno na białym z 24.10.2019 r., odnosi się obraźliwie do katolików świeckich, m.indo dziennikarzy i wiernych. Wielokrotnie wypowiada się w sposób dyskryminujący osoby nieheteroseksualne”.

Swój list do papieża wierni kończą stwierdzeniem: – „Wierzymy, że zmiana Pasterza Kościoła Gdańskiego stanie się ważnym impulsem do jego odnowy i wzmocnienia, a wątpiącym i skrzywdzonym przywróci nadzieję wiary”. List trafi do wiadomości nuncjusza apostolskiego w Polsce abpa Salvatore Pennacchio, prymasa Polski abpa Wojciecha Polaka oraz samego Głódzia.

A w najbliższą niedzielę 3 listopada wierni z archidiecezji gdańskiej planują protest przed gdańską kurią pod hasłem „Odzyskajmy nasz Kościół”.

Nowi wiceministrowie finansów Piotr Dziedzic i Tadeusz Kościński pracują w resorcie finansów od 1 lipca tego roku. Wprawdzie w resorcie nie ma już Mariana Banasia, ale wychodzi na to, że podążają jego śladami.

Według wp.pl, ci dwaj wysocy rangą urzędnicy nie zgodzili się na ujawnienie swoich oświadczeń majątkowych. Podobnie zachował się Marian Banaś, który nie podał swojego stanu posiadania za 2017 rok.

Zarówno Dziedzicowi, jak Kościńskiemu nominacje na stanowiska wręczał Banaś, który wtedy był jeszcze szefem resortu finansów. Obydwaj mogli zastrzec informacje o swoim majątku, ale powinni podać powody takich decyzji.

Biuro prasowe Ministerstwa Finansów poinformowało wp.pl., że ci wiceministrowie „nie wyrazili zgody na publikację oświadczeń o stanie majątkowym”. Czym argumentowali ten brak zgody, nie wiadomo…

Większość pozostałych wiceministrów oraz obecny szef resortu Jerzy Kwieciński jakoś nie mieli problemu z ujawnieniem swoich oświadczeń.

Klasyka polskiej prawicy to stadka efebów noszących teczki za Jarosławem Kaczyńskim i Markiem Jurkiem w korytarzach Nowogrodzkiej czy Sejmu. Wszyscy traktujący politykę w demokratycznym kraju jak zabawę w wojnę, zabawę w heroizm. Do tego podkreślanie swego uwielbienia dla „heroicznych militarnych cnót” przez ludzi, którzy nie weszliby bez windy na drugie piętro – pisze Cezary Michalski. Otóż jest się czego bać. Wszystkie autorytarne dyktatury nowoczesności były właśnie dyktaturami niedojrzałych chłopców, były „rewolucjami młodych”, „pokoleniowymi buntami” skierowanymi przeciwko „nudnym elitom dojrzałych mieszczan, którym wystarcza codzienność i praca”.

Cały tekst tutaj >>>

W sprawie aborcji PiS próbuje zwodzić religijnych fanatyków zapowiedziami i deklaracjami. Ale Konfederacja tylko czeka, żeby go z tych deklaracji rozliczyć.

 – „Gdybym dostał na biurko ustawę zakazującą aborcji eugenicznej, podpisałbym ją” – deklaruje Andrzej Duda. Oczywiście, mówiąc „aborcja eugeniczna”, celowo wprowadza w błąd opinię publiczną. Chodzi mu bowiem o to, by w Polsce nie można było przerywać ciąży nawet wtedy, gdy embrion jest zdeformowany, chory czy wręcz niezdolny do samodzielnego życia. Zdaniem religijnych fanatyków kobiety mają obowiązek wydawać na świat każdy płód, nawet taki.

Oczywiście, doskonale wiemy, że to stanowisko jest absolutnie nierealistyczne i że zdecydowana większość kobiet, gdyby spotkało je takie nieszczęście, nie podporządkowałaby się katolickim talibom. Wystarczy przecież pojechać do gabinetu ginekologicznego w czeskim Cieszynie, Frankfurcie nad Odrą czy we Lwowie, by przeprowadzić zabieg – konkretne adresy i telefony są dostępne w internecie od ręki.

Pytanie brzmi: dlaczego Duda mówi to właśnie teraz, gdy rozkręca się kampania prezydencka? Przecież wprowadzenie takich przepisów najprawdopodobniej doprowadziłoby do jego klęski w wyborach. Przy poprzedniej próbie zaostrzenia restrykcji antyaborcyjnych na ulice polskich miast i miasteczek wyległy setki tysięcy demonstrantów i PiS musiał się cofnąć. Czy coś się od tamtej pory zmieniło w nastawieniu większości obywateli?

Dominika Wielowieyska na łamach „Gazety Wyborczej” postawiła tezę, że deklaracja prezydenta zapowiada, w jakim kierunku pójdzie kampania wyborcza – PiS będzie w niej forsować twardą linię ideologiczną, licząc na zdecydowane poparcie Kościoła.

Szczerze mówiąc, wątpię. Po wyborach parlamentarnych, które w gruncie rzeczy zakończyły się remisem, partia Kaczyńskiego nie ma dość sił na taką ofensywę. Liderzy PiS doskonale wiedzą, że na opozycję głosowało więcej wyborców niż na „dobrą zmianę” i tylko ordynacji d’Hondta zawdzięczają to, że w Sejmie (ale już nie w Senacie) mają ponad połowę mandatów. W tej sytuacji narażenie się milionom polskich kobiet i członkom ich rodzin byłoby politycznym samobójstwem.

Bardziej prawdopodobne wydaje się, że PiS będzie raczej próbował udobruchać krytycznie nastawionych obywateli. Wskazują na to choćby nieoficjalne przecieki, że w kręgach władzy rozważane jest poluzowanie zakazu handlu w niedziele, który uderzył m.in. w emerytów i studentów dorabiających sobie w charakterze ekspedientów. Partia Kaczyńskiego z jednej strony jest pod naciskiem liderów „Solidarności”, którzy domagają się uszczelnienia zakazu i zamknięcia w niedziele sklepów sieci Żabka, funkcjonujących jako „poczty”, z drugiej jednak zdaje sobie sprawę, że niedzielny szlaban handlowy uderza w bezpośrednie interesy wielu obywateli. Kombinuje więc, jak by tu sprawić, by wilk był syty i owca cała – np. odebrać Żabkom status placówek pocztowych, ale pozwolić na handel w niedziele wszystkim, jeśli za ladą staną dorywczo zatrudnieni studenci czy emeryci.

Myślę, że w sprawie aborcji władza kombinuje podobnie: jak by tu usatysfakcjonować talibów i biskupów, a jednocześnie nie rozjuszyć milionów kobiet? Może uda się sprawę załatwić samymi tylko oświadczeniami – Duda mówi, że podpisałby ustawę, ale na razie nie ma na biurku żadnego projektu, więc jego słowa są pustą deklaracją, z której nic konkretnego nie wynika.

Jeszcze kilka miesięcy temu taka taktyka polegająca na zwodzeniu religijnych fanatyków miałaby szanse powodzenia. Sęk w tym, że w obecnej kadencji sytuacja w Sejmie zmieniła się – poprzednio na prawo od PiS była już tylko ściana. Po ostatnich wyborach pojawiła się tu jednak Konfederacja, która zapewne zgłosi projekt zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, jeśli nie zrobi tego partia Kaczyńskiego.

Ciekawe, jak sobie „dobra zmiana” poradzi z tym wyzwaniem. Zapowiada się niezłe widowisko, więc obserwujmy je uważnie. I oczywiście bądźmy gotowi, by znów wyjść na ulice, gdyby projekt ustawy miał rzeczywiście trafić pod obrady Sejmu.

To ostatnie wezwanie kieruję nie tylko do potencjalnych demonstrantów, ale także do liderów partii opozycyjnych, które tym razem powinny stanąć na czele protestu, organizując go, zapewniając mu infrastrukturę i logistykę, zwożąc uczestników autokarami do Warszawy, a jeśli okaże się to konieczne – wznosząc tu miasto namiotowe dla dziesiątków tysięcy protestujących.

Pedofilia, zawodowe skrzywienie kleru

24 Lu

W przekazanym papieżowi raporcie fundacji Nie Lękajcie Się, ujawniającej skandale pedofilskie, znalazło się 20 nazwisk polskich biskupów, którzy chronią księży oskarżonych o nadużycia seksualne – informuje „Wyborcza”.

Dziennik podkreśla, że wśród nich figuruje nazwisko abp Marka Jędraszewskiego, który jest najwyższym rangą polskim duchownym, biorącym udział w trwającej w Watykanie konferencji o pedofilii.

Na przedstawiony papieżowi dokument odpowiedziała krakowska kuria. W informacji, która pojawiła się na stronie archidiecezji, czytamy: „W Raporcie (…) zostały przekazane nieprawdziwe i zmanipulowane informacje. (…) Abp Marek Jędraszewski jako wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski jest w pełni zaangażowany w tworzenie mechanizmów prewencji i obrony ofiar wykorzystywania seksualnego przez niektórych kapłanów w polskim Kościele”.

Sam hierarcha nie zabrał głosu w tej sprawie. W wywiadzie udzielonym KAI stwierdził natomiast: „Nie wyobrażam sobie biskupa, który by nie był na te problemy otwarty i nie starał się ich zrozumieć”.

Tymczasem – jak przypomina gazeta – metropolita krakowski pojawia się w kontekście sprawy abp. Juliusza Paetza, oskarżonego w 2002 r. o molestowanie kleryków i księży. „Jednym z najbardziej aktywnych obrońców arcybiskupa Paetza był arcybiskup Marek Jędraszewski, obecnie metropolita krakowski, który uparcie ignorował delegacje kleryków, którzy przychodzili do niego z prośbami o pomoc. Organizował też akcję podpisywania listów poparcia dla Paetza” – czytamy w raporcie.

Nie jedyny to jednak „feler” Jędraszewskiego. Dziennik przypomina, że hierarcha nie od dziś znany jest ze stosowania w wypowiedziach publicznych języka nienawiści: „Ludzi starających się o respektowanie w Polsce zapisów konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie nazwał publicznie „lewacką zarazą” i porównywał ich do stalinowców. Atakował też niepłodne pary starające się o dziecko metodą in vitro.”

Na spotkanie z papieżem Franciszkiem osobiście przybyli przedstawiciele fundacji Nie Lękajcie Się. To oni: Marek Lisiński (w dzieciństwie wykorzystany seksualnie przez duchownego) wraz z Joanną Scheuring-Wielgus przekazali papieżowi raport z nazwiskami polskich hierarchów, którzy chronili księży oskarżanych o pedofilię.

Podczas gdy w Watykanie papież Franciszek ostro potępia pedofilię w Kościele, na niedzielnej mszy w Gdańsku została odprawiona msza w intencji ks. Henryka Jankowskiego.

Tłum wiernych w Kościele św. Brygidy modlił się o „zwycięstwo prawdy” i mógł wysłuchać osobliwego kazania proboszcza Ludwika Kowalskiego, który świadectwa pedofilii ks. Jankowskiego nazwał „pomówieniami pieniaczy”, a jego samego porównał do Jezusa.

Chrześcijanin zapomina o tym, że ma być znakiem sprzeciwu. Czynimy wiele, by przypodobać się ludziom. Ludziom, którzy popełniają błędy. Brakuje nam wierności Jezusowi. Ceną, którą płacimy, jest zdrada. Nie wolno nam ulec nienawiści. Jezus był otoczony przez wrogów, a jednak nigdy nie odpowiedział złem na zło. Odrzucił logikę odwetu i zemsty. Jego uczeń nie może się narazić nienawiścią. Jezus ze spokojem przyjmował oskarżenia, że działał z mocy diabła. Nieprzyjaciel posługuje się kpiną, plotką. Nie możemy chorować na chorobę nienawiści, na którą niektórzy zachorowali. Módlmy się w intencji kochanego nam prałata ks. Henryka Jankowskiego, kapelana Solidarności, który wyniósł świątynię z gruzów.” – grzmiał z ambony proboszcz Kowalski, oskarżając media o złe przedstawianie sprawy ks. Jankowskiego.

Na ogół zajmują się pieniaczami i krzykaczami, którzy nie znali ks. Jankowskiego.” Wśród wiernych w gdańskim kościele byli także przedstawiciele świata polityki: Piotr Duda, przewodniczący Solidarności, Karol Guzikiewicz, działacz związkowy i radny PiS w pomorskim sejmiku oraz Kazimierz Koralewski, radny PiS.

Po mszy wszyscy obrońcy oskarżonego o molestowanie i wykorzystywanie nieletnich, a także o współpracę z SB ks. Jankowskiego, złożyli kwiaty pod na nowo postawionym nielegalnie pomnikiem duchownego. Tam głos zabrała między innymi związana z Radiem Maryja Gertruda Szumska, przyjaciółka prałata, a jeden z przemawiających mężczyzn stwierdził, że ten kto uważa za winnego ks. Jankowskiego nie powinien „stanąć z Polakami”. Na zakończenie tego manifestu poparcia dla duchownego odśpiewano Mazurka Dąbrowskiego.

Biskupi katoliccy kryją księży pedofilów

21 Lu

Na stronie fundacji „Nie lękajcie się” pojawił się raport nt. pedofilii w polskim Kościele. W środę 20 lutego został on przekazany papieżowi Franciszkowi.

Fundacja „Nie lękajcie się”, zrzeszająca osoby, które padły ofiarami przemocy seksualnej ze strony księży, opublikowała Raport nt. naruszeń prawa świeckiego lub kanonicznego w działaniach polskich biskupów w kontekście księży sprawców przemocy seksualnej wobec dzieci i osób zależnych.

„Chcemy pokazać odpowiedzialność hierarchów”

Jak zaznaczyła fundacja, dotyczy on jedynie spraw, które trafiły do sądu i były omawiane w mediach, dlatego opisanych w raporcie przypadków jest mniej niż umieszczonych na interaktywnej Mapie kościelnej pedofilii w Polsce.

„W kontekście przytoczonych w raporcie spraw znanych i opisanych chcemy pokazać odpowiedzialność hierarchów polskiego Kościoła, którzy podejmowali konkretne decyzje służące chronieniu sprawców przed odpowiedzialnością karną – a nie dobru gwałconych i molestowanych dzieci” – czytamy na stronie fundacji. 

Raport został opracowany w trzech językach: polskim, angielskim i hiszpańskim.

Raport o pedofilii w polskim Kościele trafił do papieża Franciszka

W środę 20 lutego przedstawiciele fundacji „Nie lękajcie się” na czele z jej prezesem Markiem Lisińskim oraz posłanka Joanna Schoering-Wielgus przekazali raport papieżowi Franciszkowi podczas audiencji w Watykanie. Kiedy hierarcha dowiedział się, że Marek Lisiński sam jako dziecko był ofiarą księdza-pedofila, ucałował go w dłoń.

Jego treść zostanie publicznie ujawniona w czwartek nie tylko na stronie internetowej fundacji, ale również podczas konferencji prasowej w Watykanie zaplanowanej na godzinę 14.00. Można ją oglądać na Facebooku OKO.press.

W Watykanie trwa właśnie szczyt ws. walki z pedofilią w Kościele. To pierwsze tego typu spotkanie w historii.

Leszek Miller to demokrata w przeciwieństwie do komucha Jarosława Kaczyńskiego

20 Lu

Właśnie rozsypał się obraz Jarosława Kaczyńskiego jako mnicha, który siedzi w klasztorze i zajmuje się tylko wielkimi strategiami i dobrem czynionym dla obywateli, a sprawy doczesne w ogóle go nie interesują. Poznajemy biznesmena, który zarządza inwestycjami wartymi miliony złotych – mówi były premier Leszek Miller, jeden z sygnatariuszy deklaracji „Koalicja Europejska dla Polski”. – Grzegorz Schetyna podjął się bardzo trudnej roli. Nie powinniśmy mu przeszkadzać, tylko pomagać. Cieszę się, że jego koncepcja sprawdza się. Potwierdzają to najnowsze sondaże – podkreśla.

KAMILA TERPIAŁ: Spotykamy się w restauracji w okolicach Sejmu. Nie tęskni pan za czynną polityką? Podobno to bardzo uzależniające…

LESZEK MILLER: To narkotyk, od którego bardzo trudno się odzwyczaić, ale z biegiem czasu można się bardziej uodpornić na jego „wdzięk”. Tym bardziej, że jak obserwuję to, co ostatnio dzieje się na Wiejskiej, to widzę, że można tu zastosować znane prawo Kopernika – „gorszy pieniądz wypiera lepszy”. Każda kadencja Sejmu jest gorsza od poprzedniej.

Sejm przestał być miejscem prowadzenia debat, wykuwania strategii i kontroli nad rządem. Stał się tylko maszynką do głosowania w rękach większości.

To może „polityczna emigracja” do Brukseli?
Ta decyzja nie zależy tylko ode mnie. Oprócz warunków politycznych muszę brać pod uwagę trudną sytuację rodzinną.

Podpisał się pan pod deklaracją „Koalicja Europejska dla Polski”. To apel o stworzenie szerokiej opozycyjnej listy wyborczej. Wierzy pan, że jest to możliwe?
Na początku chciałbym sprecyzować – spotkanie byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych nie jest zawiązaniem żadnego komitetu wyborczego, ani tym bardziej zalążkiem list wyborczych. To jest apel skierowany do partii politycznych i różnych organizacji o szerokie porozumienie przed elekcją do Parlamentu Europejskiego. Czy do niego dojdzie? Nie wiem. Wydaje mi się, że do takiego rozwiązania skłania się SLD.

Widziałam, że rozmawiał pan z szefem Sojuszu Włodzimierzem Czarzastym. Przekonywał go pan?
Byłem ciekaw opinii przewodniczącego SLD, który wraz z ciałami statutowymi będzie musiał podjąć stosowną decyzję.

Dlaczego powinien podjąć decyzję o przyłączeniu się do Koalicji Europejskiej?
Taka koalicja programowo stoi na solidnym fundamencie. Partie polityczne, które potencjalnie mogłyby się w niej znaleźć, w sprawie poglądów na integrację europejską i rolę Polski w Europie są sobie bardzo bliskie. Poza tym zwykle koalicje zdobywają więcej mandatów niż pojedyncze podmioty. Według najnowszego badania Instytutu Badań Spraw Publicznych Koalicja Europejska otrzymałaby 40,2 procent głosów, PiS – 37,5, Wiosna Biedronia – 8,3. Poza tym

wybory do Parlamentu Europejskiego będą naprawdę ważne. Wystarczy przywołać słowa Jean-Claude’a Junckera, który powiedział: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

Polexit to realne zagrożenie? Czy bardziej niebezpieczne jest po prostu wypychanie Polski na margines Unii?
Celem PiS-u nie jest wyprowadzanie Polski z UE, bo to byłoby działanie konfrontacyjne w stosunku do większości Polaków. Chociaż patrząc na to od strony prawnej, polexit jest łatwy do przeprowadzenia. Wystarczy decyzja Rady Ministrów potwierdzona przez parlament i podpisana przez prezydenta.

W Wielkiej Brytanii też łatwo było podjąć decyzję, ale teraz widzimy, jak się kończy.
I to jest przestroga. Przykład brexitu pokazuje, co dzieje się z krajem, który wychodzi z UE – to nie jest problem dla Unii, tylko dla tego kraju. Podzielam gorzkie słowa Donalda Tuska o piekle dla zwolenników brexitu, którzy nie wiedzieli, jak go przeprowadzić. „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało” – chciałoby się powiedzieć.

Przykład Wielkiej Brytanii nie będzie zachęcał PiS do klasycznego polexitu, ale utrzymania Polski na najniższym poziomie integracji europejskiej, w którym chodzi głównie o sprawy finansowe i gospodarcze. Cała sfera wartości i kryteriów aksjologicznych jest obciążeniem i władzy przeszkadza. Unijne dokumenty rysują klasyczny model demokracji liberalnej, z podziałem władz i niezawisłym sądownictwem. A PiS chce wprowadzić w Polsce autokrację wyborczą.

Jak pan ją definiuje?
To

system autokratyczny oparty o wybory, ale z założeniem, że władza dana przez suwerena pozwala na wszystko, bez żadnych ograniczeń. Tymczasem demokracja liberalna to jest możliwość wykonywania władzy, ale tylko na podstawie i w granicach obowiązującego prawa, także unijnego. PiS odrzuca ten pogląd, stosując prymat woli partii rządzącej nad prawem i uznając, że wszystko można zmienić ustawą wedle życzenia większości parlamentarnej.

Na szczęście apetyt PiS został ograniczony interwencją Unii Europejskiej i okolicznościami międzynarodowymi.

Jakie zamiary obozu władzy są najbardziej niebezpieczne?
Dotyczące praworządności. Dziś jest ona poważnie zakłócona bowiem parlament, Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny nie uznają wzajemnie swojej legalności. Poza tym następuje pacyfikacja sądownictwa, a przecież nie jest ono po prostu trzecią władzą, ale jedną z trzech równorzędnych władz.

To ma związek także z planami biznesowymi obozu władzy?
Oczywiście. Taśmy Kaczyńskiego opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” nie są dla prezesa PiS-u na razie kłopotem prawnym. Dopóki PiS kontroluje wszystko, to prezes nie poniesie żadnych konsekwencji. Ale podkreślam słowa „na razie”. W tej chwili ważniejszy jest problem polityczno-wizerunkowy. Właśnie rozsypał się obraz Jarosława Kaczyńskiego jako mnicha, który siedzi w klasztorze i zajmuje się tylko wielkimi strategiami i dobrem czynionym dla obywateli, a sprawy doczesne w ogóle go nie interesują. Poznajemy biznesmena, który zarządza inwestycjami wartymi miliony złotych.

Zdziwił pana ten obraz prezesa?
Przyznam, że tak.

Słyszałem, że jakieś interesy gospodarcze prowadzone są blisko obozu władzy, ale myślałem, że to niewiele znaczy. Myliłem się.

PiS ma w związku z tym problem?
To nie spowoduje od razu znaczącego upadku w sondażach, ale może zabrać PiS-owi kilka procent, które akurat mogą zdecydować o tym, czy władza zostanie utrzymana.

Jarosław Kaczyński złamał prawo?
Działalności gospodarczej nie mogą prowadzić partie polityczne. Poseł może to robić, jeśli nie dotyczy to mienia Skarbu Państwa lub komunalnego, ale musi wpisać to do oświadczenia majątkowego. Z tego, co powszechnie wiadomo, Jarosław Kaczyński tego nie zrobił. Co więcej, zgodnie z prawem siedzibę partii można użytkować do różnych celów związanych z działalnością statutową, ale nie do negocjacji biznesowych. Tymczasem siedziba PiS-u przy ul. Nowogrodzkiej stała się takim miejscem. To są kłopoty prawne, które pojawią się, kiedy PiS straci władzę.

Tygodnik „Newsweek” twierdzi, że Jarosław Kaczyński „po raz pierwszy na serio zaczął się obawiać, że PiS może przegrać wybory. I to przez niego”. Słusznie?
Myślę, że taka refleksja się pojawiła. W końcu. Patrząc na różne decyzje PiS-u, od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie: czy oni nie zadają sobie pytania, co się stanie, jak przegrają wybory? Do tej pory zmieniały się rządy, powstawały różne koalicje, ale nigdy nie przekraczano granic wyznaczonych konstytucją, prawem unijnym i umowami międzynarodowymi. Dlaczego? Zawsze pojawiała się bowiem refleksja, że jak zmieni się władza, to poprzednia zostanie rozliczona.

Czytałem niedawno, jak to Hermann Goering ze swoimi oficerami pojechał do Hamburga zbombardowanego przez aliantów. Wcześniej złożył przyrzeczenie, że na niemieckie miasta nie spadnie nigdy żadna aliancka bomba. Patrząc w zadumie na zrujnowane miasto, rzucił w stronę zaufanych kolegów: a co się stanie, jak przegramy wojnę? Taka refleksja pojawia się zawsze, prędzej czy później.

Jak się pojawiła, to zmieni strategię PiS-u?
Stratedzy PiS-u mają dwie drogi – zacząć łagodzić kurs albo wręcz odwrotnie. Trudno mi powiedzieć, co zrobią. Ale wydaje mi się, że jednak będą przykręcać śrubę. Przed nami rok wyborczy, który nie sprzyja zakopywaniu toporów wojennych.

Przed aferą taśmową wybuchła afera KNF. Niektórzy porównywali ją do afery Rywina. Pan widzi jakieś podobieństwa?
Nie. Rywin był producentem filmowym, a pan Chrzanowski wysokim urzędnikiem państwowym. Rywin nie sprawował funkcji regulacyjnych w stosunku do „Gazety Wyborczej”, a Chrzanowski wykonywał funkcje regulacyjne w stosunku do banku Leszka Czarneckiego. Rywin nie posiadał uznaniowej władzy wymagającej zaufania publicznego, a Chrzanowski takie atrybuty posiadał. Rywin nie miał żadnego wpływu na proces legislacyjny, a Chrzanowski skierował do ministra finansów list w sprawie priorytetowego „przejmowania banków”.

Władza Rywina dotyczyła wyłącznie filmów, które kręcił, władza Chrzanowskiego nad bankami i instytucjami finansowymi była zdefiniowana w ustawach.

Pan poniósł konsekwencje polityczne, SLD przegrało wybory. Dlaczego teraz większa afera zawisła w próżni?
Bo jest po prostu kolejną aferą, która nie wywołuje już takich emocji jak 15 lat temu. Poza tym wtedy powołano pierwszą sejmową komisję śledczą, która wzbudzała ogromne zainteresowanie, a dziś od mnogości takich komisji kręci się w głowie. Wówczas uważaliśmy, że prawda obroni się sama, a dziś wiadomo, że prawdzie trzeba pomóc. Niemniej i tak wytrzymalibyśmy wszystko, gdyby nie to, że ówczesny marszałek Sejmu Marek Borowski postanowił rozbić SLD i stworzyć własne ugrupowanie, a sprzyjał temu ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której marszałek Marek Kuchciński rozbija PiS, a patronuje temu Andrzej Duda. Przecież to jest niemożliwe. PiS będzie się trzymał, dopóki nie popęka wewnętrznie. Problemem dla opozycji jest to, że jej spajająca siła jest słabsza, niż spajająca siła rządzącego PiS-u.

Może już zaczyna pękać? Aresztowanie Bartłomieja M. jest odbierane jak uderzenie w Antoniego Macierewicza.
Tyle że były minister obrony narodowej nie ma alternatywy. Nie będzie przecież tworzył własnego ugrupowania.

Ma po swojej stronie ojca Tadeusza Rydzyka. To mało?
Jak władza będzie chciała skarcić go za jakieś knowania na boku, to zrobi to bez zmrużenia okiem. PiS jest wystarczająco silny, aby nie tylko pogrozić ojcu Rydzykowi, ale zrobić coś, co on boleśnie odczuje.

A on nie jest wystarczająco silny, aby odebrać PiS-owi kilka procent poparcia?
Ojciec Rydzyk jest bardziej uzależniony od PiS-u, niż PiS od ojca Rydzyka. PiS ma potencjalną przewagę i może jej użyć. Tak jak w szachach – groźba ruchu jest silniejsza, niż sam ruch.

Tadeusz Rydzyk wie, że władza może wykonać ruch przeciwko niemu i knowania mu się nie opłacają zwłaszcza w aspekcie finansowym. Powtarzam, PiS-owi nic nie grozi, dopóki jest wewnętrznie zwarty.

Nie widzi pan potencjalnego rozłamowca?
Nie widzę. Ani Zbigniew Ziobro, ani Jarosław Gowin tego nie zrobią, a w otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego nikogo takiego nie ma. Nad Ziobrą wisi wspomnienie konfliktu z czasów, kiedy tworzył Solidarną Polskę, natomiast Gowin jest orędownikiem dość marzycielskiej w polskich warunkach wizji połączenia wiary w Boga i w wolny rynek.

Podobno Mateusz Morawiecki buduje swoją pozycję w PiS-ie. Ale to nie on skieruje ostrze w stronę Jarosława Kaczyńskiego?
Tylko w przypadku, gdyby sam prezes ustąpił albo słaniałby się na nogach i nie mógł obronić swojej pozycji. Ale to nie jest jeszcze czas słabego prezesa i słabego PiS-u.

Co jeszcze musiałoby się stać, żeby osłabić PiS?
Załamanie się gospodarki mające wpływ na budżety rodzinne i afery czy skandale uderzające w tożsamość PiS-u. Pamiętajmy, że PiS szło do władzy pod hasłami pracy, skromności, umiaru, pokory i rozsądku. Słyszeliśmy też, że „po pieniądze nie idzie się do polityki”. Tymczasem kolejne tygodnie dostarczają wiedzy o aferach korupcyjnych, przykładach nadużywania władzy i nepotyzmu, które zrywają z tej partii maskę szlachetnej uczciwości. Sprawy KNF, SKOK-ów i NBP będą żyły nadal, a ujawniane szczegóły jeszcze nie raz rozpalą opinię publiczną. Tak jak wiadomość o zarobkach współpracowniczek prezesa NBP, kasujących miesięcznie po 65 tys. złotych. No i taśmy Kaczyńskiego, które mogą być przysłowiową kroplą przepełniającą czarę. W konfrontacji z tym wszystkim oferta sanacji życia publicznego i narracja typu „wystarczy nie kraść” będą coraz mniej wiarygodne.

Zabójstwo Pawła Adamowicza nie pozostawi żadnego śladu w sferze życia społeczno-politycznego?
Od początku byłem sceptyczny i przekonywałem, że nie będzie żadnego przełomu. Pamiętam nawoływania do jedności po śmierci Jana Pawła II czy sytuację po katastrofie smoleńskiej. Podobnie tragiczna śmierć prezydenta Gdańska nie mogła takiego przesilenia dokonać.

Wszelkie nawoływania do zakończenia mowy nienawiści są nieskuteczne dlatego, że tu nie chodzi o słowa, a o konflikt polityczny rozdzierający polskie społeczeństwo. Konsekwencją tego jest nieuniknione zaostrzenie języka, bo obie strony zderzają się ze sobą z ogromną siłą. Polacy podzielili się na zwolenników systemu autorytarnego i liberalno-demokratycznego, nawet jeśli inaczej swe wybory definiują.

Nie obawia się pan, że negatywne emocje w końcu kiedyś wybuchną?
Może tak się stać po wyborach parlamentarnych, kiedy wynik będzie zbliżony. Jedna ze stron uzna, że wybory zostały sfałszowane i wezwie swoich zwolenników do walki o władzę. Jesienne wybory to będzie gra o najwyższą stawkę. PiS nie będzie chciał oddać władzy, a druga strona będzie chciała ją za wszelką cenę zdobyć. Jeżeli wybory zakończą się wyraźną przewagą jednej ze stron, to doprowadzenie do ulicznego konfliktu będzie trudne. Ale podejrzewam, że wynik będzie zbliżony. Warto pamiętać, że jakość demokracji mierzy się między innymi dwoma czynnikami. Ocenia się, jak realizowane są prawa mniejszości – także mniejszości politycznych, czyli opozycji, i to już wiemy. Jak przebiega proces cyrkulacji władzy, przejmowania i oddawania władzy. O tym dowiemy się jesienią tego roku.

Z jakich metod walki władza może jeszcze skorzystać?
O ważności wyborów będzie decydował Sąd Najwyższy. Chęć jego opanowania nie była przecież przypadkowa. To jest zresztą schemat sprzed wojny. Po zamachu majowym piłsudczycy rozprawili się zarówno z opozycją parlamentarną, jak i z sądownictwem. Usunięto wówczas prezesów SN. Reszta sędziów, przerażona, poszła na rękę władzy. W sumie usunięto około 600 sędziów. Przed wyborami w 1930 roku sądownictwo było już spacyfikowane, a liczba cudów nad urną była bardzo duża.

Władzy nie udało się przejąć w całości Sądu Najwyższego. Może jest jeszcze nadzieja?
Oczywiście. Tą nadzieją jest Unia Europejska. Poza tym widać, że wprawdzie PiS przejmuje sądy, ale nie przejmuje sędziów. Wiele optymizmu płynie z widocznych ostatnio przejawów społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi mi przede wszystkim o zbiórki organizowane w Internecie na rzecz Europejskiego Centrum Solidarności, a wcześniej do „wirtualnej puszki” Pawła Adamowicza. To pokazuje, że

mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego są w Polsce głęboko zakorzenione i uaktywniają się w odpowiednim momencie. To może być największa blokada przed ewentualnymi machinacjami wyborczymi. W decydujących momentach jesteśmy gotowi pojawić się w odpowiednim miejscu i zachować tak, jak sytuacja tego wymaga.

A potrzeba drugiego Okrągłego Stołu?
Dzisiaj mamy instytucje demokratyczne na czele z parlamentem, które spełniają funkcje Okrągłego Stołu. Nie potrzeba więc tworzyć kolejnych instytucji. Od liderów politycznych, zwłaszcza tych, którzy rządzą, wymagamy, aby przywrócić parlamentowi jego podstawowe funkcje – miejsce debaty i tworzenia dobrego prawa, wykuwania strategii i kontroli rządu. Okrągły Stół należy zostawić jako cenne doświadczenie. Bardzo żałuję, że tamten klimat i doświadczenia nie są możliwe do zastosowania w obecnych czasach.

Dlaczego?
Zapiekłość stron konfliktu jest na takim poziomie, że nie można tego „przejść”.

Wtedy też była…
Ale było też przekonanie po obu stronach, że jeżeli nie podejmie się odpowiednich działań, to może być tylko gorzej. Dzisiaj jest za to jest przekonanie, że może być tylko lepiej – mówię oczywiście o obozie rządzącym.

Wtedy od początku wierzył pan w porozumienie?
Nikt nie wiedział, jak to się zakończy. Wiadomo było, że trzeba zacząć, a potem zobaczymy. Co więcej, „Solidarność” szła do rozmów z niedużymi oczekiwaniami i nie było wśród nich, przynajmniej na początku, wolnych wyborów, utworzenia Senatu czy urzędu prezydenta. Te postulaty pojawiały się wraz z rosnącą dynamiką obrad. 30 lat temu, 6 lutego szykowałem się właśnie do wizyty w Pałacu Namiestnikowskim.

Byłem bardzo ciekaw Adama Michnika i Jacka Kuronia, bo w naszym środowisku mieli opinię diaboliczną. W czasie pierwszej przerwy poznaliśmy się na dłużej. Po czterech latach minister Jacek Kuroń wprowadzał mnie do ministerialnego gabinetu jako swojego następcę. Okrągły Stół był nieprawdopodobnym zdarzeniem w naszej historii i w naszym charakterze. Zawsze słynęliśmy z postaw bardziej rewolucyjnych niż ewolucyjnych. W kwietniu opuszczaliśmy Okrągły Stół z przekonaniem, że byliśmy świadkami czegoś wielkiego.

A nie zdrady?
Jeżeli ktoś twierdzi, że była jakaś alternatywa, to proszę, aby ją pokazał. Jak ktoś chciał przypuścić szturm na Komitet Centralny, to mógł to zrobić. Ale ci, co teraz twierdzą, że chcieli stanąć na barykadach, wtedy siedzieli w domu albo mieli po kilka lat. Dlatego teraz warto docenić, co wtedy zostało dokonane. Okrągły Stół jest świadectwem polskiej powagi i rozwagi oraz naszym jedynym politycznym towarem eksportowym.

„Dzisiaj brakuje nam bardziej Stasziców niż Rejtanów” – powiedział pan, podpisując deklarację „Koalicja Europejska dla Polski”. Kogo widzi pan w roli Staszica?
Staszic kojarzy się z działaniem oświeceniowym, rozważnym, pozytywistycznym i konstruktywnym. W wypowiedziach polityków PiS-u widzę Rejtana, a Staszicem powinna być Koalicja Europejska.

Cała czy inicjator, lider PO Grzegorz Schetyna?
Grzegorz Schetyna podjął się bardzo trudnej roli. Nie powinniśmy mu przeszkadzać, tylko pomagać. Cieszę się, że jego koncepcja sprawdza się. Potwierdzają to najnowsze sondaże. Schetyna zadzwonił do mnie i innych premierów z propozycją podpisania deklaracji i wezwania opozycji do wspólnego startu w wyborach.

Wtedy chwycił pan za telefon i zadzwonił do…?
Włodzimierz Czarzasty wcześniej uprzedził mnie o takiej możliwości, więc potwierdziłem, że idę na spotkanie.

Czyli relacje byłego szefa SLD z obecnym nie są takie złe, jak się o nich mówi.
Różnie bywa, ale nasze relacje są takie, jakie być powinny. Czarzasty stoi przed bardzo trudnymi wyzwaniami.

Czuje pan Wiosnę w powietrzu?
Jeszcze nie. Ale wie pani, co jest największym problemem wiosny? Że trwa tylko 3 miesiące.

Co może być prawdziwym problemem nowego ugrupowania Roberta Biedronia?
W Polsce jest elektorat, który jest wrażliwy na charyzmę medialną swojego lidera, przykłady można mnożyć: 8 lat temu Janusz Palikot, 4 lata temu Ryszard Petru, Paweł Kukiz, a teraz Robert Biedroń. W partiach korzystających z medializacji polityki, gdzie marketing dominuje nad treścią, po wejściu do Sejmu zaczyna się kryzys, który prowadzi do szybkiej destrukcji. Z czego to wynika? Z zestawu obietnic i postulatów, które dobrze brzmią w kampanii wyborczej, ale nie mogą być zrealizowane.

W Sejmie nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze mieć większość. Robert Biedroń o tym wie, bo siedział w ławach sejmowych i nie jest żadną świeżynką. Dziwię się zatem, że abstrahuje od arytmetyki sejmowej i atakuje PO czy SLD. Przecież nawet jak dostanie się do Sejmu, to będzie musiał szukać sojuszników.

Przyszedł czas na debatę o rozdziale Kościoła od państwa?
Oczywiście, tym bardziej, że sojusz tronu z ołtarzem jest mocny jak nigdy dotąd, a znaczna część społeczeństwa jest zmęczona nadmiarem religii w sferze publicznej. Trzeba jednak mieć na względzie realia. Biedroń mówi o renegocjacji konkordatu, ale żeby rozpocząć rozmowy nad zmianą umowy międzynarodowej, która ma moc prawną większą niż ustawy, trzeba mieć zgodę drugiej strony, w tym przypadku Watykanu. Inny pomysł dotyczący zerwania konkordatu natrafi na mocną przeszkodę, bowiem ta forma relacji między państwem a Kościołem jest zapisana w konstytucji. Biedroń twierdzi, że w ustawie zasadniczej jest jasno napisane, że Polska jest państwem świeckim, ale takie słowo nie pada w konstytucji ani razu, w jakiejkolwiek konfiguracji. Nawiasem mówiąc, najlepszym sposobem walki z rosnącą konfesyjnością jest uporczywe domaganie się ścisłego przestrzegania poszczególnych artykułów konkordatu. Przekraczanie tej umowy pozwala bowiem stronie kościelnej uzyskiwać taką pozycję i takie dochody jak obecnie.  Na przykład konkordat zobowiązuje państwo do organizowania przez publiczne szkoły lekcji religii. Stanowi jednak, że lekcje katechezy mają być prowadzone z poszanowaniem tolerancji, tymczasem w praktyce częste są wypadki zapisywania na lekcje religii katolickiej całych klas, na zasadzie domniemania. Konkordat nakłada na państwo obowiązek finansowania tylko dwóch kościelnych szkół wyższych. Chodzi o Katolicki Uniwersytet Lubelski oraz o Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie. Nie mówi o finansowaniu Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.

Duchowni powinni stanąć po stronie demokratycznych wartości?
Kościół przestał głosić dobrą nowinę, a głosi dobrą zmianę. Staje się coraz bardziej siłą nacisku politycznego. W ten sposób łamie zapisaną w konkordacie zasadę autonomii państwa oczekując, że prawo państwowe będzie pełniło rolę służebną w stosunku do doktryny katolickiej. Hierarchowie mówią wprost o nadrzędności prawa Bożego nad prawem stanowionym, pomijając fakt, że Polki i Polacy są społeczeństwem światopoglądowo zróżnicowanym i że konstytucja gwarantuje im wolność sumienia. Kościół chce ewangelizować za pomocą prawa. To jest typowe dla państwa wyznaniowego, a nie demokratycznego.

Szkoda było panu Magdaleny Ogórek, kiedy „zaatakowano” jej samochód przed gmachem TVP?
Tak i dałem temu publicznie wyraz. Ale jak teraz dowiaduję się, że cała sprawa mogła zostać wyreżyserowana, to nie jest mi jej żal. Jeżeli pani doktor dała się użyć do inscenizacji i wykonała napisany wcześniej scenariusz, to zasłużenie ją to spotkało.

Jan Paweł II krył pedofilów

7 Lu

„Daj to do archiwum, wygrała druga partia” – miał powiedzieć Jan Paweł II do swojego ówczesnego sekretarza Josepha Ratzingera, kiedy ten przedstawił mu dokumentację dotyczącą pedofilskiego skandalu.

W trakcie konferencji prasowej na pokładzie samolotu wracającego z Abu Zabi, papież Franciszek został zapytany o przypadki wykorzystywania seksualnego zakonnic w Kościele.

Papież przyznał, że problem jest poważny i ma głębokie źródła: – Odważę się powiedzieć, że ludzkość jeszcze nie dorosła. Kobieta nadal jest traktowana jako człowiek «drugiej klasy» – mówił. Zaznaczył jednak, że Stolica Apostolska od dawna pracuje nad tym tematem: kapłani, którym udowodniono winę, zostali odsunięci od praktyki, a niektóre ze wspólnot zostały rozwiązane.

– Nie mogę powiedzieć: to się nie dzieje w moim domu… To prawda! Czy trzeba czegoś więcej? Tak. Czy mamy wolę ku temu? Tak. – zadeklarował papież.

Jak powiedział, walkę z problemem rozpoczął papież Benedykt XVI, który „miał odwagę by rozwiązać żeńskie zgromadzenie, w którym odkryto praktyki niewolenia, nawet seksualnego zniewalania przez księży lub przez założyciela wspólnoty”.

„Daj to do archiwum, wygrała druga partia”

Nieoczekiwanie Franciszek opowiedział pewną historię związaną ze swoimi poprzednikami:

– Co do papieża Benedykta, to chciałbym podkreślić, że jest człowiekiem, który miał odwagę wykonać wiele pracy w tym zakresie. Jest taka anegdota: miał wszystkie dokumenty dotyczące zgromadzenia, w którym dochodziło do nadużyć seksualnych i ekonomicznych. Udał się do nich, ale natrafił na przeszkody i nie mógł do nich dotrzeć. Papież Jan Paweł II, który pragnął poznać prawdę, poprosił go o spotkanie. Joseph Ratzinger przedstawił na nim dokumentację, wszystkie zebrane papiery. Gdy wrócił, powiedział do swojego sekretarza: «daj to do archiwum, wygrała druga partia» – mówił Franciszek.

Następnie dodał: – Nie wolno nam się tym gorszyć, to są kroki w dłuższym procesie. Ale jeśli chodzi o papieża Benedykta, to pierwszą rzeczą, którą powiedział po wyborze, było: «przynieście mi z powrotem te papiery z archiwów» i rozpoczął śledztwo.

Wspominane dokumenty dotyczą założyciela Legionistów Chrystusa Marcial Maciel Degollado. Chociaż skargi na molestowanie przez niego uczniów w szkołach Legionistów docierały do Watykanu już w latach 70, bardzo długo cieszył się on poważaniem kościelnych hierarchów. Stronnicy wpływowego zakonnika twardo bronili jego niewinności wbrew śledztwu prowadzonemu po 2000 r. przez kongregację kard. Josepha Ratzingera. Kiedy o pedofilii duchownego pisały światowe media, Jan Paweł II publicznie dziękował mu w 2004 r. za posługę dla Kościoła.

Wypowiedź Franciszka wydaje się potwierdzać, że Jan Paweł II wiedział o wykroczeniach zakonnika i postanowił nie wyciągać z tego konsekwencji. Jak ustalono w toku śledztwa, proceder seksualnego wykorzystywania dzieci (molestowanie seksualne ok. 30 małoletnich członków Legionu, w latach 1940–1970) i seminarzystów trwał przez dziesięciolecia. Na krótko przed jego śmiercią okazało się też, że zakonnik był ojcem co najmniej trojga dzieci, które miał z co najmniej dwiema kobietami. Wykorzystywał seksualnie syna, którego miał z jedną z nich oraz jego starszego przyrodniego brata.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>