Tag Archives: ONR

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.

Reklamy

Brunatny Kościół, Brexit i pisowskie pacyfikowanie strajku nauczycieli

31 Mar

Krzysztof Pieczyński (Polska Laicka) w swoim najnowszym felietonie na temat Kościoła katolickiego w kontekście krytykowania karty LGBT oraz wspierania polskich neofaszystów. przez instytucję z Watykanu.

„Kościół w imię ewangelizacji mordował i torturował z zimną krwią. Dzisiaj w imię ewangelizacji gwałci, kradnie, kłamie i znów, jak to było w przeszłości, brata się z faszystami. W przeszłości papieże potępiali każdy zryw wolnościowy Polaków bredząc o ewangelii, tak jak to robią dzisiaj. Łamią strajk nauczycieli i protestują przeciwko karcie LGBT, ponieważ jest im odbierana przyjemność wprowadzania dzieci do ich pedofilskiego rzemiosła. Powołują się przy tym na ewangelie.

Wszystkie cierpienia, które przez osiemnaście wieków Kościół Katolicki  zadał ludzkości były i są przedmiotem czerpania z nich przyjemności. Gdyby ludzie kościoła nie czerpali przyjemności z mordów, tortur i gwałtów, to by tego nie robili. Świat jest pełen nienawiści i przemocy z powodu religii. Religie kształtują świat od tysięcy lat i dopóki będą miały wyznawców, ludzkość nie pozna swojej dobrej strony, a każda próba humanizacji zostanie stłumiona. Jeżeli religie różnych maści zaczną ze sobą współpracować to będzie koniec wolności, matrix. To, że się nawzajem tępią walcząc o wpływy, chroni nas przed zamienieniem świata w jeden wielki zakon, w którym ludzie nie mają żadnych praw, giną w tysiącach i są przedmiotem handlu, jak w czasach niewolnictwa. Oficjalnie są wysyłani na pogłębioną ewangelizację i mają wolny wybór zgodny ze swoim sumieniem. Takie brednie głoszą od wieków. To jest jedyna niewolnicza organizacja działającą jawnie. Kościół jest obozem, w którym kobiety, dzieci, młodzi ludzie są przedmiotami seksualnych korzyści dla wyżej stojących w hierarchii. Jak to jest możliwe, żeby niewolnictwo nie było karane? Jak to jest możliwe, żeby taka potworna sekta utrzymywała stosunki dyplomatyczne z rządami wszystkich krajów?

Dlatego tak jest, że ta sekta stworzyła taki świat. Stworzyła go dla siebie. Wystarczy powołać się na ewangelie i wszystko staje się możliwe. Każda zbrodnia, każde łajdactwo i kolaboracja z każdą władzą. Jeśli kk sam ustanawia prawa, wówczas kolaboracja po prostu staje się rządzeniem. Kościół w jakimś stopniu sprzeciwiał się komunie, bo ta nie dawała mu władzy i przywilejów, a tylko o to mu chodziło. Odzyskać wszystko z nawiązką. I odzyskał. Czemu? Bo jesteśmy słabi, głupi, zniewoleni, leniwi. Bo ewangelizacja uczyniła z Polaków naród nietwórczy, zawistny, małostkowy. Potencjał odbicia się od dna wciąż istnieje. Potencjał, by piękni ludzie, szlachetni dawali przykład do naśladowania, a nie zakłamana, pedofilska sekta złodziei uczyła Polaków moralności tylko dlatego, że powołuje się na ewangelie.

Tak jak kiedyś kk został zmuszony przez postępową ludzkość do zaprzestania tortur i holokaustu na rdzennych ludach, tak samo dzisiaj został zmuszony do zajęcia się sprawą pedofilii. To nie od ludzi kościoła wypłynęła zmiana, to myśmy ich do tego zmusili. Żadna zmiana w działaniach kk nie miała i nie będzie miała miejsca, gdyż oni wciąż uważają, że ludzie są ich trzodą, ich własnością” – pisze aktor i aktywista obywatelski Krzysztof Pieczyński. 

No i doczekaliśmy się brunatnego kościoła katolickiego. Nie wiem jak państwo katolicy, ale ja bym, w tym momencie najpóźniej, z tej organizacji wystąpiła – komentuje publicystka Eliza Michalik.

Od lat alarmuję, że Polska brunatnieje. To kolejny dowód. Skrajna prawica stosuje „marsz przez instytucję”, jest osłaniana przez PiSowski aparat państwa, powoli opanowuje pozycje w Kościele. Skutki będą dla Polski opłakane – mówi były szef MSWiA Bartłomiej Sienkiewicz.

Dlaczego Wielka Brytania nie potrafi wyjść z Unii Europejskiej?

Więcej >>>

Więcej >>>

Mamy nagrania z tajnego spotkania władz PiS!

Z dwóch niezależnych źródeł otrzymaliśmy taśmy z nagraniem nocnej partyjno-rządowej narady najważniejszych funkcjonariuszy PiS. Głównym tematem tajnego spotkania na Nowogrodzkiej była sytuacja w oświacie.  Niestety otrzymane nagrania wymagają czasochłonnej obróbki, ponieważ w sali konferencyjnej panował nieopisany zamęt i trudno jest zidentyfikować autorów poszczególnych wypowiedzi. Uznaliśmy jednak, że ze względu na ważką treść nie powinniśmy zwlekać do czasu uporządkowania zapisu i przydzielenia wypowiedzi odpowiednim dyskutantom. Nie czekając również na wyczyszczenia taśm z onomatopeicznych dźwięków i usunięcie niecenzuralnych słów, już dziś publikujemy najistotniejsze naszym zdaniem opinie, wygłoszone podczas tej narady. Wypowiedzi te zmuszeni byliśmy poddać niewielkim skrótom i pewnej obróbce stylistycznej, zbliżając je do wymogów języka polskiego.

– Ja się pytam dlaczego znowu nie ma pani minister? Już i tak wierszyki o niej układają, że się nie pokazuje, bo się już pakuje.  A ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nie poszła do głodujących z „Solidarności”, żeby się z nimi dogadać.  Czy to nie ona wymyśliła, żeby rozkręcić tę całą akcję? Miało być tak, że „S” wcina się nagle między ZNP a rząd, wali pięścią w stół, załatwia nauczycielom parę stów na raty i Duda wychodzi na gieroja, a Broniarz na wroga dzieci i rodziców. A co wyszło? Kapiszon! Zaczęliśmy dobrze, ale znowu nie było komu skończyć…

– A ja nie rozumiem, o co to całe zamieszanie. Przecież mamy pieniądze. Mamy całą kasę. Mamy swój budżet i pełny bank. Jaki problem jeszcze trochę zwiększyć zadłużenie? Przecież wszyscy wiedzą, że budżet jest gumowy. Wolicie mniejszy deficyt i przegrane wybory?

– Ale tu wcale nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Nauczyciele chcą tysiąca, a ja się pytam – za co? Co nadzwyczajnego zrobili ostatnio nauczyciele, że zasługują na tak dużą podwyżkę? Uważam, że wielu z nich powinno mieć nawet obniżone zarobki!  Za sabotaż reformy, za protesty, za koszulki z konstytucją, za skłócanie rządu z rodzicami. Nasz rząd wciąż im podnosi pensję, a oni zamiast podziękować, to naśmiewają się, że zarobki w oświacie rosną tylko dlatego, że średnią nabijają pracownicy MEN, i że sama pani minister też ciągle dostaje podwyżki.  A to przecież gruba bezczelność! Ja sprawdziłam i okazało się, że wynagrodzenie zasadnicze pracowników Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2018 roku wyniosło średnio 4 881,32 zł. Nie liczę premii, bo one są za konkretne zasługi. A jeśli chodzi o Anię, to razem z dietą poselską zarabia rocznie tylko 280 tysięcy. To prawda, że od 2015 r. jej wynagrodzenie urosło ponaddwukrotnie, ale pamiętajmy ile w tym czasie zrobiła dla Polski!

– Ja jeszcze w sprawie tego tysiąca. Sasin powiedział w TVN, że nauczycielom chodzi o dodatkowy tysiąc netto, a zaraz potem Broniarz zaczął wykrzykiwać, że to nieprawda, bo brutto. Uważam, że powinniśmy się trzymać przekazu Jacka. No bo kto jest bardziej wiarygodny: przedstawiciel PiS, czy ZNP? A najlepiej mówić, że nauczyciele żądają tysiąca złotych „do kieszeni”. Broniarz będzie prostował, ale niech to wygląda, jakby nagle zmienił zdanie i teraz się tłumaczy. Trzeba mówić, że niedługo w ZNP będą wybory i tak naprawdę, to nie obchodzą go pensje nauczycieli, tylko chce, żeby znowu go wybrali na przewodniczącego.

– Ja nie rozumiem, czemu cackamy się z tym facetem. Przecież to pezetpeerowski aparatczyk, komuch, który teraz spiknął się z totalną opozycją, chodzi z nimi na wszystkie zadymy i na zdjęciach staje obok Schetyny. A jego ZNP to tak naprawdę komunistyczna organizacja. To jeszcze jedna kasta. Też ich przyjmują na salonach i certolą się z nimi jak z kim dobrym. A przecież wszyscy wiedzą, że strajk to uderzenie w PiS, czyli w demokratyczną władzę. ZNP po prostu szkodzi Polsce. A jeśli szkodzi Polsce, to czemu Ziobro ich jeszcze nie zdelegalizował?

– Z nimi to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Żeby tylko chcieli kasy dla siebie, to bym zrozumiał, ale oni jeszcze pokrzykują żeby zwiększyć nakłady na oświatę! O co im chodzi? Przecież wiadomo, że to platformerska hołota i na pewno ot tak nie rezygnowaliby z zarobków, bo przecież nikt im nie zapłaci za czas strajku. Ciekawe, kto ich opłaca, kto za nimi stoi? Również tą sprawa powinien się Zbyszek zająć. Tym bardziej, że ich żądania eskalują. W łódzkich liceach na przykład chcą, żeby było mniej religii, bo niby sal im brakuje dla podwójnego rocznika. To przecież atak na Kościół! Jeszcze trochę i zaczną tam ganiać po szkołach jakieś oszalałe Biedronie!

– Mam taki pomysł: obiecajmy im ten tysiąc, ale po wyborach. Na pewno się zgodzą i zakończą strajk. Jeśli przegramy wybory, to niech się totalni martwią. A jak wygramy, to mamy dwie opcje. Albo ogłosimy, że jedyną możliwością realizacji tego zobowiązania jest rozłożenie go na długoletnie raty, albo damy im ten tysiąc, ale jednocześnie zabierzemy wszystkie dodatki, rozmaite funkcyjne, motywacyjne, rozłąkowe, premie, urlopy zdrowotne i wszystko, czego nie mają inne grupy zawodowe.  Będziemy czyści, bo nie naruszymy porozumienia z ZNP i nauczyciele dostaną swój tysiąc, a w sprawie dodatków przecież się nie umawialiśmy. Wyborcy nas zrozumieją, bo nie lubią, jak inni mają jakieś bonusy, których oni nie mają. A co do nauczycieli, też nie musimy się bać , że skoczą nam do gardeł. Wiecie dlaczego? Bo kiedy teraz zakończą strajk, to od razu zarządzimy przedłużenie roku szkolnego o tyle dni, ile trwał strajk. I wyjdzie na to, że my troszczymy się o wykształcenie i pilnujemy, żeby dzieci nic nie straciły na strajku, a winni zamieszania są nauczyciele. Kiedy szlag trafi rodzinne plany wakacyjne, to rodzice się wściekną i już nigdy nie poprą żadnego protestu ZNP!

– Musimy wytrzymać. Nie wolno poddać się szantażowi. Straszą, ze matur nie będzie. No i co z tego? Wiecie, ilu naszych ludzi nie ma matury, a jak świetnie sobie radzą na ważnych stanowiskach? Straszą, że nie będzie egzaminu ósmoklasisty? No to co? Ogłośmy nabór do liceów na podstawie świadectw. Przecież świadectwa musza wydać, bo rodzice ich zjedzą. Zobaczycie, że w końcu ludzie nas poprą, dotrze do nich, że dajemy nauczycielom, ile tylko możemy. Zrozumieją, że jak ktoś chce zarabiać więcej, niż rząd może mu zapłacić, to powinien zmienić pracę, a nie rozwalać państwo!

– Egzaminy to jednak poważniejszy problem. Uważam, ze musimy je przeprowadzić, choćby nie wiem co. Trzeba coś zdecydować. Zastanawiam się, czy nie dałoby się jakoś zmilitaryzować oświaty na postrach, wziąć choćby tylko część nauczycieli w kamasze. A jednocześnie już myśleć o zastąpieniu nauczycieli. Może zwrócić się do wykładowców z Akademickiego Klubu Obywatelskiego, którzy robią dla nas potrzebne ekspertyzy? Może po cichu ogłosić nabór wśród katechetów i wykładowców na wydziałach teologicznych? Pewnie i wielu studentów dałoby się skusić, jak im dobrze zapłacimy. Co z tego, że nie mają kwalifikacji do egzaminowania na maturze? A nowi sędziowie mają? A nasi członkowie rad nadzorczych, co wiedzą o gospodarce? A Jan Nowak nie nadaje się na prezesa urzędu od danych osobowych? Przecież oni wszyscy wcale nie są fachowcami, a radzą sobie. Z egzaminami też sobie poradzą. Musimy Polakom pokazać siłę, bo jak raz nas złamią, to po kasę przyjdą inni. I ci następni mogą już mieć ze sobą nie tylko plakaty i chorągiewki…

Wynotował: Andrzej Karmiński
 1.04.2019

PS. Poprzedniego dnia na konwencji PiS we Wrocławiu Jarosław Kaczyński objawił się zebranym jako obrońca wszelakich wolności oraz ujawnił, że jego partia to w istocie związek bojowników o wolność i demokrację w kraju i za granicą. Czuję się w obowiązku ostrzec przed próbami zrozumienia, co prezes miał na myśli. Osoby, które w przeszłości próbowały tego dociec, po wyleczeniu musiały się poddać długotrwałej publicznej rehabilitacji.

Dopisek z 2.04.2019

Artykuł pod tytułem „Jak spacyfikować strajk oświatowy” był oczywiście primaaprilisowym żartem.

Co prawda, ten tekst ukazał się na łamach koduj24.pl w przeddzień 1 kwietnia wieczorem (zgodnie z redakcyjnym harmonogramem udostępniania gazety autorom według ustalonej kolejności), ale uważni Czytelnicy mogli w nim dostrzec datę 1.04.2019. Mniej uważni Czytelnicy podzielili się w komentarzach, uznając ten artykuł bądź za relację prawdziwą lub wielce prawdopodobną, bądź za paskudny fake news.

Obie te opinie są uprawnione, bo prawie wszystkie wypowiedzi rzekomych uczestników tajnej narady w siedzibie PiS to autentyczne, trochę tylko skrócone i uładzone stylistycznie wypowiedzi prawdziwych funkcjonariuszy PiS, wygłoszone w rozmaitych okolicznościach i w różnym czasie. Zebrane w jednym miejscu stały się jednak swoistym świadectwem degrengolady naszej obecnej władzy.

W moim zamierzeniu ten primaaprilisowy żart nie miał być zabawny. Był smutny jak nasza polska rzeczywistość. Ale jeśli poruszył Czytelników, jeśli skłonił kogoś do refleksji, jeżeli sprowokował irytację tych, których dotychczas omijały opresje państwa zawłaszczonego przez partię Kaczyńskiego, to myślę, że ta publikacja spełniła swoje zadanie.

 

>>>

Naziści na Jasnej Górze. Kłopoty Morawieckiego i Kaczyńskiego z rozumem

31 Mar

„Składam najserdeczniejsze podziękowania wam, bracia i siostry ze środowiska narodowego, za to wszystko, co dobrego uczyniliście” – powiedział ks. Henryk Grządko z Gorzowa Wielkopolskiego, główny celebrans uroczystej mszy do przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego, Ruchu Narodowego i Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych przybyłych tłumnie z kolejną pielgrzymką na Jasną Górę.

Sztandary z nacjonalistycznymi symbolami Szczerbca i falangi powiewały w sobotnie popołudnie nad ich głowami.

„Jesteście środowiskiem bardzo cennym. I dlatego tak atakowanym” – powiedział Grządko i wyliczył zadania jakie teraz stoją przed narodowcami.

Precyzyjnie diagnozując sytuację w dzisiejszej Polsce oznajmił: „Jest napaść cywilizacyjna na Polskę. Ona dzisiaj polega na tym, że pod znakiem tęczowej flagi próbuje się okraść nas z wartości wewnętrznych, takich jak prawda, miłość, życie ludzkie, rodzina oparta na małżeństwie, moralność oparta na Ewangelii i Dekalogu. W zamian proponuje się nie wiadomo co, nie wiadomo w imię czego”.

Po Apelu Jasnogórskim narodowcy zeszli na jasnogórskie błonia, gdzie odpalili race i sztuczne ognie oraz wykrzykiwali hasła: „Bóg, Honor i Ojczyzna, „Prymas, prymas Wyszyński” (na melodię kibolską), „Wielka Polska katolicka, wielka Polska narodowa”, „Młodość, wiara, nacjonalizm”.

„Szambo na Brunatnej Górze znowu wybiło. Bo to z pewnością nie jest już Jasna Góra, a sanktuarium czystego zła” – komentują tymczasem internauci szóstą już z rzędu pielgrzymkę narodowców do Częstochowy.

Według ustaleń dziennikarzy „Newsweeka” odejście minister finansów Teresy Czerwińskiej z rządu zostało już przesądzone. Pani minister choć „wydawała się lojalną, spokojną kobietą”, to jednak ośmieliła się wyrazić wątpliwość czy budżet wytrzyma wszystkie przedwyborcze obietnice PiS, zwane w skrócie „piątką Kaczyńskiego”.

Spór o sfinansowanie obietnic, które pochłoną ok. 40 miliardów złotych nie jest na rękę politykom PiS. Z tego powodu, jeśli Czerwińska „będzie dalej hamletyzować” to najpewniej obejmie ją najbliższa rekonstrukcja rządu. Jak twierdzą dziennikarze „Newsweeka” ma to być „aksamitny rozwód, żeby nie wyglądało to jak rozdzieranie szat przeciw piątce Kaczyńskiego.”

Na panią minister finansów ma czekać stanowisko w jednej z międzynarodowych instytucji. Według informacji resort finansów ma objąć podsekretarz stanu, związany z Instytutem Sobieskiego – Leszek Skiba.

Najprawdopodobniej będzie bardziej spolegliwy niż Czerwińska, która jasno twierdzi, że „prowadzenie odpowiedzialnej polityki budżetowej wymaga przyjęcia perspektywy planowania daleko wykraczającej poza jeden rok budżetowy”.

To wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest dodatkową kpiną – mówi dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z UW. Pytamy też o sondaże i kampanię wyborczą, a także spór rządu z nauczycielami i rolę związków zawodowych. – Zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropka kończącą piękna historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie

JUSTYNA KOĆ: Już nie „piątka Kaczyńskiego”, tylko „piątka plus” – prezes PiS-u dołożył do finansowych bonusów „wolność”. Żart czy dobre posunięcie?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: To na pewno taktycznie dobre posunięcie, dlatego że do twardych materialnych obietnic dochodzi – szkoda, że nie jako pierwsza i podstawowa – wolność, czyli wartość. To z politycznego punktu widzenia. Z praktycznego to wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest kpiną. Mówienie tego w Gdańsku, mieście wolności, jest dodatkowo próbą zawłaszczenia tego w sposób przemyślany. Czy to jest potrzebne elektoratowi i czy elektorat PiS-u to kupi, mam wątpliwości.

Przy okazji Jarosław Kaczyński zaatakował Platformę i PE, oskarżając ich o zabieranie wolności poprzez wprowadzanie tzw. ACTA 2.
Nie sądzę, aby to wywołało zamierzony skutek, bo po pierwsze, to zbyt skomplikowana materia i ona nie wywoływała już takich protestów, jak ACTA2, bo i nie mogła. Poza tym

czy ktokolwiek wierzy PiS-owi, że cokolwiek uda mu się osiągnąć w PE po przegraniu 27:1?

Grzegorz Schetyna na konwencji PO we Wrocławiu zapowiedział złożenie wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej. Rozumiem, że PO zależy na debacie nad wnioskiem, bo wiadomo, że Zalewska zostanie.
Niestarty tak. Jedna z nielicznych pozostałych funkcji kontrolnych parlamentu odbywa się właśnie przez wotum nieufności. Jeżeli ma odbyć się dyskusja o szkole, nauczycielach, o tym, co nas za chwile czeka, to jest to jedyna ścieżka. Skutek będzie wiadomy, ale z drugiej strony opozycja nie ma innej możliwości doprowadzenia do debaty.

Prawie co tydzień publikowane są nowe sondaże, w których raz prowadzi Koalicja Europejska, a raz Zjednoczona Prawica. Jak to tłumaczyć?
Po pierwsze, można porównywać sondaże tylko z jednej pracowni i w dłuższym cyklu, bo jak wiemy, pracownie stosują różne metodologie, niektóre, mówiąc delikatnie, pozostawiają wiele do życzenia. Po drugie, dziś analizowałabym tylko te sondaże, które badają Zjednoczoną Prawicę, która występuje pod szyldem PiS, oraz Koalicję Europejską. Badanie Zjednoczonej Prawicy i rozproszonych partii po drugiej stronie nie jest dziś badaniem uzasadnionym. Dopiero przy tych dwóch założeniach możemy zastanowić się, co pokazują nam sondaże. To z pewnością mocna polaryzacja, aczkolwiek miesiąc temu można było się zastanawiać, czy języczkiem u wagi nie będzie Biedroń. W zależności od tego, jak intensywnie jedna ze stron prowadzi kampanię, to odbija się to w sondażach. Powiedziałabym, że

ba bloki idą dość wyrównanym krokiem, nie bardzo widać też efekt „piątki Kaczyńskiego”, a kampania tak naprawdę zaczęła się połowicznie.

Rozpoczął ją PiS, ale nie widać tu jakiegoś zdecydowanego wzrostu poparcia, zasoby wydają się już dość wyczerpane, więc dla nich większą wartością jest utrzymanie tego, co mają. Myślę jednak, że „piątka Kaczyńskiego” miała nie tylko utwardzić własnych wyborców, ale trochę też ten elektorat poszerzyć.

Ta tzw. piątka Kaczyńskiego była skierowana do własnego elektoratu?
Ta teza jest prawdziwa w przypadku wyborów do PE, bo w innych wyborach ten elektorat jest zdyscyplinowany. Wynik wyborów europejskich pokaże, kto ma większe szanse na zwycięstwo. To bardziej skomplikowane, bo oczywiście w trudniejszej sytuacji z wynikami wyborczymi jest KE, która liczy na efekt kuli śnieżnej. Tak to zwykle bywa, że jedna wygrana przybliża nas do kolejnej.

Tak było w 2015 roku.
Tak, ale nie tylko. Potwierdzają to badania oraz przykłady z innych krajów. W tym przypadku mamy jednak wiele zmiennych. Co z partiami trzecimi, czy zostaną zmarginalizowane? Czy wejdą na scenę? Jeżeli tak, to czy się utrzymają i z jakim poparciem? Jeżeli mówimy o wyborach jesiennych, to kto je wygra i czy będzie miał możliwość tworzenia koalicji? Z kim tę koalicję stworzy? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że KE wygrywa wybory w maju, tylko pytanie, czy współkoalicjanci będą na tyle zadowoleni z wyniku, że w koalicji pozostaną. Racjonalnie powinni pozostać, ale ambicje wielu są nieposkromione, stąd pytanie, czy koalicja przetrwa i jakie zasoby ma jeszcze partia rządząca i co jeszcze rzuci na stół.

W ogóle

powinniśmy pamiętać, że te wybory europejskie są ważne nie tylko ze względu na nasze wewnętrzne podwórko jesienią, ale one też są ważne dla przyszłości UE. I to nie są puste słowa.

Przejdźmy do kampanii europejskiej, która na razie wygląda dość niemrawo, ale wyraźnie widać, że po stronie obozu rządzącego wrócono do atakowania Donalda Tuska, który jest oskarżany nawet o brexit. PiS wraca na stare tory?
PiS prowadzi już kampanię, co widać po cotygodniowych konwencjach i objeździe po Polsce. Brexit jest paliwem dla PiS-u i oczywiście wraca tu stwierdzenie „wina Tuska”, bo jakżeby inaczej. Nie wydaje mi się jednak, żeby to była dobra droga. Pewnie w wewnętrznych badaniach potwierdziło im się, że to wrogiem numer jeden jest Donald Tusk, ale na tym koniec. Widać też, że już nie LGBT, ale uchodźcy wrócili w wypowiedziach PiS-u, ale jeżeli w kontrze do tego pani premier Szydło mówi, że głosowanie 27:1 to nie była porażka, tylko sukces, to daje jednocześnie paliwo drugiej stronie. Nie wydaje mi się, żeby długofalowo ataki na Donalda Tuska i brexit były dobrą bronią, bo to ostatecznie zostanie wykorzystywane przeciwko nim. Po drugie, nie jestem przekonana, czy brexit jest zrozumiały dla wyborców PiS-u. Brexit miał być czymś pięknym, wstawaniem z kolan, dumą, a jest inaczej.

Czyli brexit powinna wykorzystywać Koalicja Europejska pokazując, do czego może doprowadzić nieodpowiedzialna polityka?
Tak i KE to mówi. Proszę pamiętać, że zarzucano Platformie, że nie ma pomysłu na inną kampanię, niż mówienie o polexicie w wykonaniu PiS-u. Natomiast KE dopiero zapowiada odpalenie kampanii, Biedroń dopiero powoli zaczyna rozkręcać kampanię. Myślę, że

z czasem zobaczymy tu polaryzację na prodemokratyczną Polskę w Unii Europejskiej versus wstawanie z kolan w wersji PiS, mówiąc w skrócie.

Ani CBA, ani prokuratura nie zamierza podejmować żadnych działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, a sama pani prokurator przesłuchująca Geralda Birgfellnera dostała awans. Czy to są sprawy, które dla wyborcy są w ogóle istotne?
W moim przekonaniu są istotne, oczywiście nie mówimy o wyborcy PiS-u, bo on jest przekonany, że Kaczyński jest niewinny i nie ma o czym mówić. W całej sytuacji najbardziej zaskakujący i niebezpieczny jest jednak ostatni element, o którym pani powiedziała, czyli awans pani prokurator. Oczywiście nie to, że awansuje, ale w jakich okolicznościach i jakiej sytuacji.  Tym bardziej, że wiemy, jaką miała wcześniej ścieżkę kariery. Tu widać jak na dłoni mechanizm upartyjnienia i zależności od ministra Ziobry. To jest bardzo niebezpieczne. Nad pewnymi kwestiami prawnymi można by się zastanawiać, każda ze stron znalazłaby swoje argumenty. Wiemy też, że gdyby sprawa dotyczyła kogo innego, to wyglądałoby to zupełnie

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-owskiemu to się składa w całość? Ta partia robi dokładnie to, co zarzucała swoim przeciwnikom jako głęboko niemoralne.
To prawda, ale po pierwsze, ważne jaki przekaz trafia do wyborców PiS-u, a po drugie, ten wyborca też nie jest jednolity. Widać pęknięcia w tym elektoracie. Ponadto warto się zastanowić, ile jest w tym gry samego ministra Ziobry, a ile innych graczy. Wcale bym nie była zaskoczona, gdyby to były jego inicjatywy, nie tylko w obronie prezesa, ale też pokazania swojej siły.

To, co robi minister Ziobro, nie zawsze służy całej partii.

Prawie 80 proc. szkół przystąpi do strajku. W co gra tu rząd w roku wyborczym, na 2 miesiące przed wyborami do PE?
Dziś pojawiła się teza, że partyjne badania wewnętrzne muszą pokazywać, że nauczyciele nie są wielkim zagrożeniem dla elektoratu PiS-u, że jednak obawa rodziców będzie silniejsza, niż inne mechanizmy. Pytanie, czy dla rządu nie jest wręcz korzyścią to całe zamieszanie w szkołach, bo zrzucą winę na nauczycieli za bałagan związany z reformą. Wystawienie Anny Zalewskiej na pierwszym miejscu na listach wyborczych, czyli w nagrodę, aby pomóc jej w tym wyjeździe, jest absolutną kpiną. Mówienie o dbaniu o uczniów i apel do nauczycieli, aby nie zostawiali uczniów podczas egzaminów, jest wręcz abstrakcją.

Wiemy też, co mówiła minister finansów – że budżet nie jest z gumy, wiadomo też, że pewne wydatki zostały źle oszacowane i rosną w zatrważającym tempie. Kolejną sprawą jest kwestia podziału środowiska nauczycielskiego.

Wypowiedzi „Solidarności” centralnej wskazują na ostry konflikt wewnętrzny.

Pytanie, jak z tego konfliktu wyjdzie sama „Solidarność”, bo szeregowi członkowie prowadzą głodówkę w kuratorium, pan Duda, czyli główny przewodniczący, stoi murem za rządem, pan Proksa, czyli szef „Solidarności” oświatowej jest trochę za, a trochę przeciw, jednocześnie sam jest radnym PiS-u. Pojawiają się głosy, że „Solidarność” może na tym sporo stracić.
Też bym tak to oceniała. ZNP i „Solidarność” to dwie najsilniejsze centrale związkowe i zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropką kończącą tę piękną historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie.

Czeka nas zmiana na stanowisku przewodniczącego PKW. Następcę sędziego Hermelińskiego wybierze mgr Przyłębska, pełniąca obowiązki prezesa TK. To może budzić obawy?
Mam mieszane uczucia. Do jesiennych wyborów ostrożnie powiem, że nie, po wyborach to PKW wygasa i zostanie powołana nowa. To pokazuje, po co PiS-owi były sądy, Trybunał Konstytucyjny

Izba SN stwierdzająca legalność wyborców jest już całkowicie obsadzona nominatami PiS-u. To rodzi niebezpieczeństwa, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie będzie koniec wolnych wyborów.

Trudno sobie wyobrazić, że w XXI wieku w kraju UE ktoś może myśleć o sfałszowaniu wyborów.
A Węgry? Tam mają to przećwiczone. Poza tym nie trzeba fałszować wyborów, bo można tak uchwalić przepisy, a wiemy, że PiS jest to w stanie zrobić, że prawnymi środkami wybory wygrają. W tej sprawie również Węgry stanowią świetny przykład.

Koniec władzy PiS?

13 List

Głośna już propozycja szefa KNF Marka Chrzanowskiego dla szefa Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego może oznaczać największą aferę czasów PiS – sugerują dziennikarze „Gazety Wyborczej”.

O powadze sytuacji najlepiej świadczy fakt, że Morawiecki zapowiedział konsekwencje, jeśli medialne doniesienia się potwierdzą i jak informuje Onet zażądał wyjaśnień od Chrzanowskiego. Sprawę skomentował też Roman Giertych, który jest pełnomocnikiem Leszka Czarneckiego.

„Podanie przez urzędnika państwowego nazwiska osoby do zatrudnienia przez przedsiębiorcę oraz negocjowanie wysokości wynagrodzenia powiązanego z wynikami działań firmy, które zależą od decyzji tego urzędnika (zgody, decyzje etc.) jest samo w sobie przestępstwem korupcji” – napisał mecenas na Twitterze.

„Podanie precyzyjnej wysokości tego wynagrodzenia poprzez określenie procentu jest tylko uszczegółowieniem tej korupcji” – uzupełnił Giertych w kolejnym wpisie.

Jak już pisaliśmy, Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł, co ujawniła „Gazeta Wyborcza” we wtorkowym artykule powołując się na nagrania rozmowy Czarneckiego z Chrzanowskim.

Szef KNF złożył ponoć Czarneckiemu kilka propozycji. W zamian bankier miał zatrudnić wskazanego przez Chrzanowskiego prawnika, który został wymieniony z imienia i nazwiska. To Grzegorz Kowalczyk, radca prawny z Częstochowy. Wynagrodzenie dla niego miało być powiązane z wynikiem banku, czyli wynosić około 40 mln zł.

Dla dobra Polski PiS należy przegnać od koryta kołkiem osikowym, tych wampirów wykrwawiających kraj

Schetyna o sprawie KNF: Czysta korupcja. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Komisja śledcza z udziałem opozycji najlepszym pomysłem

Czysta korupcja. To jest przecież Komisja Nadzoru Finansowego – organizacja, która ma gwarantować depozyty Polaków. Tutaj jest wpisana w korupcyjną propozycję. Autorem jest osoba, która została nominowana przez premier Szydło. To jest skandal. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Mam nadzieję, jestem przekonany, że premier Morawiecki będzie reagował w tej kwestii. Najlepszym pomysłem dzisiaj jest powołanie komisji śledczej z udziałem także posłów opozycji, żeby zapoznać się z tymi kwestiami” – mówił w rozmowie z TVN24 przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Zamykanie tego tylko do poziomu prokuratorskiego, która jest prowadzona przez polityka rządzącej partii, jest niewystarczające. Ta sprawa bulwersuje i musimy usłyszeć, jaka jest odpowiedź i przyczyny takiego skandalu” – dodawał. 

Platforma daje premierowi i Kaczyńskiemu 24 godziny na złożenie wniosku o powołanie komisji śledczej. Neumann o działaniach KNF: Jak Vito Corleone. Tak działają gangsterzy

Dzisiaj wiemy o aferze, która jest o niebo większa [od poprzednich] i pokazuje gangsterski system działania tej władzy. Wiemy, że jeden z przedstawicieli władzy zajmującej się nadzorem nad rynkiem finansowym, próbuje różnego rodzaju sztuczkami prawnymi, przepisami doprowadzić do upadłości jeden z polskich banków, żeby go przejąć za złotówkę. Drugi z przedstawicieli władzy mówi szefowi tego banku, że za drobną opłatą kilkudziesięciu milionów złotych może pozbyć się tych kłopotów i będzie bezpieczny. Polacy, którzy oglądali film „Ojciec chrzestny”,  widzieli jak Vito Corleone za ochronę sklepów na ulicach Nowego Jorku taką opłatę pobierał. Tak działają gangsterzy. Jeden straszy, że zabierze komuś firmę, a drugi dobry mówi: jak zapłacisz, to tę firmę utrzymasz” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie szef klubu PO, Sławomir Neumann.

Oczekujemy, żądamy od Mateusza Morawieckiego, który ma usta pełne frazesów o uczciwym państwie, od prezesa Kaczyńskiego, który w co drugim słowie mówi o uczciwym państwie i ściganiu korupcji, złodziei. Nie chcemy dzisiaj sami składać wniosku o komisję śledczą. Oczekujemy, że ci dwaj ludzie, Kaczyński z Morawieckim, którzy tyle razy mówili o uczciwym państwie i ściganiu złodziei, sami zaproponują komisję śledczą, jak Leszek Miller kiedy, będąc premierem, przy aferze Rywina zaproponował komisję śledczą” – dodawał. Neumann oczekuje, że PiS wniosek złoży dziś lub jutro.

 

Więcej >>>

PiS złapany na tym, jak konstruuje państwo mafijne

13 List

Jak wynika z doniesień „Gazety Wyborczej” Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego – w zamian za ok. 40 mln złotych – miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku, którego właścicielem jest Leszek Czarnecki. Miliarder poinformował gazetę. „Wyborcza” posiada kopię nagrania, które wraz ze stenogramem upubliczniła na swojej stronie internetowej.

Jak opisuje „Gazeta Wyborcza”, do spotkania Leszka Czarneckiego i Marka Chrzanowskiego doszło w gabinecie szefa KNF w marcu 2018 r. Leszek Czarnecki miał ze sobą sprzęt nagrywający. W trakcie spotkania Chrzanowski zapytał Czarneckiego: „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Następnie, kładąc na stole wizytówkę radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, polecił go „z korzyścią dla urzędu, i dla całej instytucji”. Sugerował także – jak twierdzi „Gazeta Wyborcza” – jakie tenże prawnik powinien dostać wynagrodzenie.

W rozmowie padły mianowicie słowa: „No nie wiem, jaki ma pan system wynagradzania w banku, ale wydaje mi się, że jeżeliby pan to powiązał z wynikiem banku, tak? No to ten prawnik będzie bardziej zaangażowany. W tym horyzoncie najbliższych kilku lat no to byłoby, tak jak pan uważa, tak? Może rozwiązanie, na którym bank mógłby, że tak powiem, się oprzeć, wsparłaby ta osoba państwa w tym procesie restrukturyzacji”. Z nagrania przekazanego przez miliardera do prokuratury wynika też, że Chrzanowski proponował miliarderowi m.in. usunięcie z KNF Zdzisława Sokala, przedstawiciela prezydenta w KNF (bo jest zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo); złagodzenie skutków finansowych tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł), „życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Leszka Czarneckiego”.

Leszek Czarnecki złożył zawiadomienie do prokuratury. Wynika z niego, że Chrzanowski w trakcie rozmowy wskazał na kartkę z napisem „1 proc.”. W ten sposób „starał się narzucić ustalenie dla Grzegorza Kowalczyka (…) prowizyjnego sposobu wynagradzania radcy prawnego, a nawet wysokość jego wynagrodzenia, rażąco wygórowanej w odniesieniu do warunków rynkowych, gdyż 1 proc. skapitalizowanej wartości Getin Noble Bank S.A. to około 40 milionów złotych”. Pełnomocnik Czarneckiego, mecenas Roman Giertych zawiadomił Prokuraturę Krajową, wnosząc o „ściganie Chrzanowskiego i wszczęcie śledztwa ws. próby korupcji”.

KNF odpiera zarzuty i mówi o próbie szantażu ze strony miliardera. Tymczasem po publikacji artykułu Mateusz Morawiecki wezwał szefa KNF do natychmiastowych wyjaśnień oraz zlecił prokuraturze i służbom niezwłoczne zebranie informacji na temat doniesień medialnych. Marek Chrzanowski został przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego w październiku 2016 r. Wcześniej zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej.  „Wyborcza” – jak informuje portal Business Insider Polska – skontaktowała się z Chrzanowskim.

Ten odesłał gazetę do biura prasowego, które poinformowało, że sprawę uważa za szantaż ze strony Czarneckiego. Dlaczego? Gdyż „brak [było] niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez miliardera”. Co więcej, rzecznik KNF Jacek Barszczewski w odpowiedzi „GW” napisał: „Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach banku związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack przez Idea Bank i potencjalnych działaniach KNF”.

Leszek Czarnecki – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – twierdzi, że szef KNF oferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych. Jeden z najbogatszych Polaków tę rozmowę nagrał i poinformował o wszystkim prokuraturę.

Szef KNF, Marek Chrzanowski – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zaprosił 28 marca na spotkanie jednego z najbogatszych Polaków. Jako, że rozmowa miała być w cztery oczy, Leszek Czarnecki zabrał ze sobą dyktafon, by nagrać rozmowę. Mim, że w gabinecie włączono antypodsłuchowe urządzenia i jedna z nagrywarek Czarneckiego przestała działać, druga jednak funkcjonowała bez problemu.

Szef KNF – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zapewniał o tym, że jest życzliwy wobec banków Czarneckiego. Potem opowiadał o planach członka KNF, rekomendowanego przez prezydenta, Zdzisława Sokala. Między nami, to Zdzisław ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwot dwóch miliardów złotych. Czyli już ten bank, który to przejmie -tłumaczy. Obaj rozmówcy oceniają ten plan, jako niezgodny z prawem. Po prostu się zastanawiam, że tak powiem jaki jest cel działania drugiej strony. Bo jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu: to jest po prostu kradzież. Coś nieprawdopodobnego – twierdził w odpowiedzi Leszek Czarnecki.

Podczas rozmowy – jak pisze „Wyborcza” – szef KNF zapytał założyciela Getin Banku „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Zasugerował też, że wynagrodzenie tego prawnika, który miałby się zająć restrukturyzacją, powinno być powiązane z wynikami banków. Jak pisze „Wyborcza”, Chrzanowski miał pokazać wtedy kartkę z napisem „1 proc”. Wylądowała też wtedy na stole wizytówka radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, który przez cztery miesiące był członkiem rady nadzorczej GPW, rekomendowanym przez PKO BP.

Na koniec rozmowy Chrzanowski stwierdził, że w interesie polskiego systemu bankowego jest to, żeby ten bank [Getin Noble Bank] działałI tak, jak panu podkreśliłem, ja nie rozumiem tego, że w pewnych kręgach banki, które funkcjonują z kapitałem niemieckim, są lepiej traktowane niż banki, które funkcjonują z kapitałem polskim – miał powiedzieć szef KNF.

Po tej rozmowie Leszek Czarnecki nie spotkał się z prawnikiem, którego polecał mu jego rozmówca. Nie brałem tego w ogóle pod uwagę. To mogła być prowokacja, czy dam się skorumpować – tłumaczy „Gazecie Wyborczej”. Sugeruje też, że kontrola, która weszła do jego banku dwa miesiące po rozmowie z szefem KNF, to ostrzeżenie, by wreszcie porozmawiał z radcą prawnym.

Dopiero w maju przekazuje też nagrana swojemu prawnikowi, Romanowi Giertychowi, który wysyła zawiadomienie do prokuratury w listopadzie. Dlaczego tak długo zwlekano? To była bardzo trudna decyzja. Wiem, że po tym nastąpi burza. Musiałem przygotować banki, których jestem właścicielem – podsumował.

KNF: To próba wywierania wpływu

Na artykuł zareagowała już KNF. „Urząd KNF odczytuje opisane w artykule działania p. Leszka Czarneckiego jako próbę wywierania wpływu na Komisję Nadzoru Finansowego poprzez szantaż, o czym świadczy brak niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez p. Czarneckiego w marcu br., do czego był zobowiązany w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa przez Przewodniczącego KNF. Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack SA
przez Idea Bank SA i potencjalnych działaniach Komisji Nadzoru Finansowego w tym zakresie. Przewodniczący KNF Marek Chrzanowski podjął kroki prawne w związku z fałszywymi oskarżeniami wysuwanymi przez p. Czarneckiego oraz w związku ze zniesławieniem mającym na celu utratę zaufania publicznego” – czytamy w oświadczeniu, opublikowanym na stronie Komisji.

Urzędnicy dodają, że podczas spotkania, Leszek Czarnecki proponował zatrudnienie byłego zastępcy szefa KNF, Filipa Świtały w roli człowieka, który miał nadzorować restrukturyzację banku. „Wobec zgłaszania tych propozycji oraz ze względu na dobro banków i bezpieczeństwo ich klientów, Przewodniczący KNF wskazał, jako jedną z możliwości, zatrudnienie p. Grzegorza Kowalczyka, posiadającego odpowiednią wiedzę i doświadczenie” – tłumaczą. KNF zapewnia też w oświadczeniu, że nie padły żadne „konkretne kwoty” dotyczące jego wynagrodzenia, nie było też „obietnic, które miałyby wiązać się z działaniami organu nadzoru wobec banków p. Czarneckiego nie pozostającymi w zgodzie  z obowiązującymi przepisami prawa oraz nieadekwatnymi do ich rzeczywistej sytuacji”.

⚠️⚠️⚠️ Zobaczcie, co zaoferował Marek , przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Getin Noble Bankowi w zamian za 40 mln zł „łapówki”.

Oczywiscie rozmowa nie byłaby kompletna bez tego typu wątków. 

No to jak  wezwał szefa KNF celem wyjaśnienia podejrzeń o korupcję, to ja jestem spokojny.

Jako szef banku Morawiecki „tylko” chciał skorumpować za stówkę (100 tys. zł) – z taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”.

W zeszłym tygodniu miałem okazję pojeździć trochę po Polsce i spędzić sporo czasu na rozmowach z wyborcami. Bezcenne doświadczenie. Szczególnie gdy najświeższe obserwacje zestawia się z tymi sprzed, powiedzmy, dwóch lat. Wtedy dominowały desperacja, bezradność, a nawet poczucie beznadziei. Najczęściej padało pytanie: „jak długo to potrwa”, czasem w wersji „kiedy to się skończy”. Pytanie było w gruncie rzeczy prośbą o dodanie otuchy i o zapewnienie, że kiedyś, może nawet niedługo, „to” może się skończyć. Otóż dziś takie pytanie nie pada. Z prostego powodu. Ludzie czują, że perspektywa końca „tego” jest całkiem realna. Pytają więc, co zrobić, by ten koniec naprawdę nastąpił, a jeszcze częściej o to, jak poukładać Polskę po ewentualnym zwycięstwie. Nikt, absolutnie nikt, nie uważa, że zwycięstwo jest pewne. I jednocześnie wszyscy mają przekonanie, że jest możliwe. To zupełnie nowy przełom.

Autorytarna władza potrzebuje mitu. Najważniejszym mitem jest to, że jest niezwyciężona. Przeciwnik ma być sparaliżowany, jakby zahipnotyzowany przez gotową go ukąsić kobrę. Gdy jednak widzi on, że kobra dalej strzela jadem, ale jad nie zabija, odzyskuje poczucie mocy. Nie było większego pokazu niemocy PiS niż wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym twierdził, że „zwycięstwo PiS nie podlega żadnej dyskusji”. A już wymiar groteskowy miała sytuacja, gdy za chwilę okazało się, że nie można mu zadawać pytań. Podobny sens miałaby konferencja w sprawie niepodlegającego dyskusji fantastycznego sukcesu władzy w dziele organizacji obchodów Stulecia Niepodległości. Jasne, prezes tradycyjnie nie mówi do wszystkich Polaków, tylko do widzów TVP, którzy mają usłyszeć, że PiS wygrało. Skoro najważniejszy PKW (Prezes Kaczyński Wygrywa) ogłasza, że PiS wygrywa, to znaczy, że wygrywa. To zwycięstwo nie podlega jednak dyskusji tylko w tym sensie, że Kaczyński prawa do dyskusji oponentom odmawia. W sumie dość poruszający wyraz bezradności lidera PiS i jego podsycanej przez partyjnych współtowarzyszy wiary w magiczną moc własnych słów, które to przekonanie społeczeństwo podziela w stopniu coraz mniejszym. To słowo ciałem się nie stanie i między nami nie zamieszka.

Nie pozwolić PiS-owi na oddech, leży już na ringu, jest liczony, tak walnąć w papę, aby już się nie podniósł, aby nie hańbił imienia Polski.

Pisowska bolszewia u koryta

13 List

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o pisowskich politykach legitymizujących faszystów

Ulicami stolicy maszerowali ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Niezależnie od propagandowych przekazów prawda jest oczywista – po trzech latach przygotowań na 100-lecie Niepodległości PiS zafundował nam marsz z faszystami. Można bawić się w dzielenie włosa na czworo i kombinować, mówić o „incydentach” z nacjonalistami, rasistami, narodowcami w tle, dwóch sektorach, dwóch oddzielonych od siebie częściach pochodu (tym lepszym i tym gorszym – jakie to charakterystyczne dla PiS), bagatelizować napaść na dziennikarkę „Gazety Wyborczej” – i próbować złagodzić w ten sposób wydźwięk tego bezprecedensowego wydarzenia, jak robi to rząd i jego satelickie media, tylko że to nie zmienia faktów.

A fakty są dokładnie takie, jak opisał i podał dalej w świat Francis Fukuyama, jeden z najbardziej znanych i liczących się filozofów politycznych na świecie: „Polski prezydent i premier dołączyli do marszu faszystów”. Wszystkie liczące się światowe media, od BBC do CNN, wszyscy liderzy światowej opinii zauważyli i nagłośnili fakt, że na czele radykalnej skrajnej prawicy, na czele marszu, podczas którego spalono europejską flagę i pojawiały się symbole nazizmu (swastyka), faszyzmu (mieczyk Chrobrego, znak Falangi) i nacjonalistyczne hasła i okrzyki antyunijne, szli przedstawiciele najwyższych polskich władz państwowych.

Dzięki PiS, dzięki jego wieloletnim ukłonom w stronę ONR i kiboli, dzięki hodowaniu potęgi nawiązującego do antysemickiej i faszystowskiej tradycji Falangi ONR–u doczekaliśmy się chwili, w której głównymi ulicami stolicy maszerują ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Doczekaliśmy się skrajnie instrumentalnego traktowania państwa i religii i nacjonalizmu, który, jak słusznie powiedział prezydent Macron na odbywających się w tym samym czasie w Paryżu uroczystościach z okazji 100-lecia zakończenia I wojny światowej, jest zaprzeczeniem i zdradą patriotyzmu. Jest dokładnie tak, jak powiedział francuski przywódca, postawa: nieważne co się stanie ze wszystkimi innymi ludźmi, byleby nasze było na wierzchu, jest zaprzeczeniem wszystkich wartości, na których zbudowano Unię Europejską i każdą nowoczesną, liberalną demokrację na świecie.

A w naszych warunkach geopolitycznych, w warunkach wojny hybrydowej i prób zdezintegrowania polskiego społeczeństwa przez Rosję i zmieniającego się ładu światowego, nacjonalizm jest nawet czymś więcej: jest zdradą Polski i zagrożeniem dla jej niepodległości. Pełną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi PiS, skrajnie niebezpieczna dla demokracji, partia, która wielokrotnie złamała prawo, w tym najwyższe prawo, stanowiące o ustroju państwa – Konstytucję RP, zlikwidowała niezależne sądy, w tym najważniejsze – jak Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, ograniczyła wolności i prawa obywatelskie, jak prawo do demonstracji i wolności słowa, zwasalizowała wszystkie państwowe instytucje, wprowadzając do nich białoruskie standardy zarządzania i upokorzyła Polskę nie po raz pierwszy, ale tym razem skrajnie, przed całą Europą.

I tej odpowiedzialności nie da się z PiS zdjąć ani niczym jej wymazać. To jest wina tej formacji – wina historyczna i nieodwołana. Dziś jesteśmy w punkcie, w którym na naszych oczach Polska – choć do następnych wyborów parlamentarnych, do samego końca będę miała nadzieję, że nie nieodwołanie – zmienia się w dyktaturę, w pośmiewisko wolnego świata i zaprzeczenie państwa prawa.

To, że Warszawa została stolicą europejskiego nacjonalizmu, to nie jest szczegół, oderwany incydent. To groźny znak niebezpiecznej ewolucji, jaką przechodzi nasz kraj. I, niestety, dopóki PiS jest u władzy, to jeszcze nie koniec.

Temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki pojawia się w mediach od wielu miesięcy. Do tej pory były to czyste spekulacje czy plotki, np. „o liście Tuska” w wyborach europejskich w maju przyszłego roku (zdementowane zresztą przez byłego premiera). Sam Tusk i jego otoczenie o ewentualnym powrocie wypowiadają się dość enigmatycznie. Dopiero w ostatnich dniach zaczęło wyglądać na to, że jest coś na rzeczy. Bo obecność Tuska widać było w Warszawie bardziej niż kiedykolwiek od 2014 r. I nie była to obecność przypadkowa.

Tusk się uaktywnił, bo przymierza się do wyborów w 2020 r.?

Od Warszawy po Łódź

Pierwszym akcentem było przesłuchanie byłego premiera przed komisją śledczą badającą aferę Amber Gold. W planach PiS miał to być mocny akcent na zakończenie kampanii samorządowej, który ostatecznie pozbawi opozycję nadziei na zwycięstwo w tych i kolejnych wyborach. O rzekomych problemach prawnych Tuska związanych z Amber Gold mówił zresztą Jarosław Kaczyński przy okazji jego powtórnego wyboru na stanowisko w marcu ubiegłego roku.

Z tych planów nic nie wyszło. Posłowie PiS przez wiele miesięcy działania komisji nie byli w stanie znaleźć żadnych konkretnych dowodów czy nawet mocnych politycznych argumentów, które uderzyłyby w byłego premiera. Skończyło się na tym, że w ostatniej chwili wezwanie Tuska zostało przesunięte już poza kampanię. Siedmiogodzinne przesłuchanie przyniosło dużo retorycznych przepychanek, ale żadnych konkretów, a były premier pokazał, że politycznie przerasta o głowę swoich oponentów z komisji.

Dużo ważniejsze było jednak łódzkie przemówienie Tuska w przeddzień rocznicy odzyskania niepodległości. Były premier zarysował w nim pole politycznego sporu zarówno w Polsce, jak i w jej otoczeniu. Pokazał geopolityczne zagrożenia dla Polski: od rosnących nacjonalizmów w samej Europie po rywalizację USA z Chinami. Podkreślił, ze jedynym sposobem na ich przezwyciężenie jest silna obecność w zjednoczonej Europie. Z którą nie można igrać, bo może to doprowadzić do scenariusza brytyjskiego, w którym David Cameron nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z Unii, ale ją wyprowadził.

Innym udało się świętować bez partyjnej młócki

Przeszłość i przyszłość

Tusk najmocniej też do tej pory odniósł się do wewnętrznej sytuacji politycznej w Polsce. „Niepodległe, niezawisłe państwo jest nam potrzebne do tego, żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności” – podkreślał. I przedstawił swój pozytywny program i najważniejsze dla niego wartości: „Silna Polska w zjednoczonej Europie, ład konstytucyjny, rządy prawa, wolności obywatelskie, wolne i niezwisłe sądy i media. Warto też pamiętać o szczepieniu dzieci”.

Zaznaczył także, że nie zamierza oddawać PiS symboliki historycznej, podkreślając, iż „bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta”.

W politycznym kontekście należy też czytać obecność Tuska na trybunie honorowej podczas obchodów 11 listopada i złożenie kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Tusk patrzy na kalendarz

Czy to wszystko oznacza, że możemy się spodziewać powrotu byłego premiera do polskiej polityki już w najbliższych miesiącach? Nie tak prędko.

Tusk jest politykiem, który zawsze doceniał znaczenie kalendarza w polityce. A ten kalendarz pozostaje wciąż dość zagmatwany. Kadencja Tuska w Brukseli kończy się 30 listopada przyszłego roku. To już nie tylko po wyborach europejskich w maju, ale też po kluczowym, jesiennym głosowaniu na posłów i senatorów, które rozstrzygnie o tym, kto będzie rządził w kraju do 2023 r. W tej sytuacji Tusk mógłby dopiero kandydować na prezydenta w wyborach na wiosnę 2020 r.

Z drugiej strony Tusk mógłby wcześniej odejść z Brukseli. Po zakończeniu negocjacji brexitowych i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii nie będzie miał tam już specjalnie wiele do roboty. Dobrym pretekstem do dymisji byłaby np. wymiana na kluczowych europejskich stanowiskach po majowych wyborach.

Nowe rozdanie obejmie m.in. fotele przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, szefa Komisji Europejskiej i jego zastępcy ds. zagranicznych. Unijni przywódcy mogliby się nawet ucieszyć, że Tusk, ustępując, rozwiązuje im ręce i ułatwia ułożenie tej układanki na nowo. To oznaczałoby, że były lider Platformy mógłby bezpośrednio włączyć się już do kampanii parlamentarnej.

Może nie na białym koniu, ale…

Wiele będzie zależało od tego, jak będą się układały karty w samej opozycji. Tusk może się włączyć, jeśli zarysuje się możliwość utworzenia silnego sojuszu, który będzie miał realne szanse na zwycięstwo wyborcze i odebranie władzy PiS.

Na razie były premier zasygnalizował więc tylko swoim zwolennikom, że może wrócić do polskiej polityki i być dla opozycji mocną, być może decydującą kartą. Ale wciąż trzyma wszystkie opcje otwarte.

To, że na przyspieszony powrót Tuska nie ma co liczyć, były premier sam zasugerował w swoim przemówieniu w Łodzi. Rzucając pomysł organizacji środowisk opozycyjnych wokół majowych wyborów i rocznicy Konstytucji 3 Maja, dodał: „Nie ma co czekać na jeźdźca na białym koniu”.

Tuska scenariusz jest więc zapewne taki: najpierw się ogarnijcie, pokażcie, że jesteście w stanie włączyć się do gry o zwycięstwo. A wtedy zobaczymy. Może nie na białym koniu, ale…

Donald Tusk: W 2019 roku będę w Polsce. I nie wybieram się na emeryturę

10 listopada Tusk był w Łodzi na zorganizowanych przez władze miasta „Igrzyskach Wolności”. Wypowiedział tam proste i precyzyjne przesłanie: „skoro Piłsudski i Wałęsa dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików. Brońcie Polski, brońcie wolności, brońcie niepodległości”. W przededniu święta niepodległości udzielił też ważnego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, gdzie rozliczał się ze swoich politycznych niedokonań i błędów.

11 listopada Donald Tusk najpierw złożył wieniec przed pomnikiem Marszałka przy Belwederze wraz z Grzegorzem Schetyną, w gronie politycznych przyjaciół i zwolenników, po czym w południe na Placu Piłsudskiego wziął udział w uroczystościach państwowych, w gronie swoich śmiertelnych politycznych wrogów.

To Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował o tym, że przejście przewodniczącego Rady Europejskiej przez szpaler polityków PiS będzie „marszem hańby”. Dlatego żaden z PiS-owców nie przywitał się z Tuskiem, żaden z nich nie zareagował na powtarzane przez oficjalnego gościa gesty powitania. Jak zwykle najbardziej żałośnie wyglądało to w wykonaniu Andrzeja Dudy, który przecież Tuska na oficjalne obchody zaprosił. Jednak obecny polski prezydent, jak zwykle w obecności Kaczyńskiego, okazał się człowiekiem beznadziejnie słabym. Jego obojętność miała zatrzeć pamięć o przymilnej pogawędce z Tuskiem w Nowym Jorku, w kuluarach Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Tam Kaczyńskiego nie było, więc Duda okazał się wobec Tuska miękki. Jednak były media i Duda znów skompromitował się w oczach twardego elektoratu PiS. Zatem 11 listopada musiał publicznie odegrać scenariusz napisany mu przez Kaczyńskiego.

Długa walka o prezydenturę

Fakt, że Donald Tusk zrezygnował z udziału w zjeździe politycznych celebrytów w Paryżu (gdzie byłby jedną z gwiazd) i wybrał trudną dla siebie wizytę w totalnie podzielonej ojczyźnie, oznacza tylko jedno. Kiedy skończy się kadencja przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wróci do polskiej polityki, a pierwszą taką okazją mogą być tylko wybory prezydenckie.

Nie znaczy to jednak, że Donald Tusk może sobie pozwolić na czekanie do połowy 2020 roku. Jeśli opozycja wygra wybory europejskie i parlamentarne 2019 roku, kampania prezydencka, starcie z tchórzliwą marionetką obozu, który po utracie władzy pójdzie w rozsypkę, będzie dla Tuska tylko formalnością. Jeśli jednak opozycja przegra wybory parlamentarne 2019 roku, Tusk będzie wracał do Polski nie po zwycięstwo, ale po zorganizowane mu przez Kaczyńskiego kolejne upokorzenia, a być może na własny proces.

Kluczem do odsunięcia PiS-u od władzy jest efektywna jedność opozycji. Uniknięcie podzielenia i zmarnowania głosów, których już dziś – pokazały to wybory samorządowe – wystarczy, żeby odsunąć Kaczyńskiego od władzy. Donald Tusk nie tylko sam musi „grać w jednej drużynie” z Grzegorzem Schetyną (rozprowadzane w mediach plotki o własnej liście Tuska do wyborów europejskich okazały się jak do tej pory fałszywe). Ale musi też zwrócić się wyraźnie do elektoratu całej opozycji, z przesłaniem, że miejsce liderek i liderów różnych opozycyjnych partii jest na jednej liście. Pod własnymi sztandarami, wokół nie tylko „minimum programowego”, ale odważnej wizji Polski po rządach PiS-u, ale bezwzględnie na jednej liście. Tylko to daje szansę na wygranie ze „zjednoczoną prawicą”. Większościowa ordynacja wyborcza jest tu nieubłagana. Każde inne rozwiązanie będzie oznaczało – jak pokazały to wybory do sejmików – zmarnowanie setek tysięcy głosów, utratę wielu mandatów, a w konsekwencji pozostawienie Kaczyńskiego u władzy. Na kolejne cztery lata, w czasie których PiS-owska mniejszość, dla której Kaczyński szuka – pokazały to obchody 11 listopada w Warszawie – wzmocnienia ze strony elektoratu narodowców – będzie dalej demolowała Konstytucję, demokrację, praworządność, a przede wszystkim pozycję Polski w instytucjach i sojuszach liberalnego Zachodu.

11 listopada pokazało, że Tusk nie wróci do Polski na białym koniu, nie będzie nowym Macronem, ale w polskiej polityce czekają go „krew, pot i łzy”. Tak naprawdę nie będzie przekraczał istniejących podziałów, ale może pomóc Schetynie, Lubnauer, Nowackiej i wszystkim innym odpowiedzialnym liderom i liderkom opozycji jednoczyć i mobilizować antypisowski elektorat. W najlepszym scenariuszu nieco go poszerzy. To zadanie mniej efektowne, niż „kocham wszystkich” Biedronia, ale w dzisiejszej polskiej polityce zwracanie się do wszystkich jest hasłem, które nie trafia do nikogo.

Jedynym problemem Donalda Tuska w tym i tak najbardziej optymistycznym scenariuszu jest fakt, że przewidziana dla niego pozycja prezydenta daje mu mniej władzy, niż pozycja premiera. A „krew, pot i łzy” zainwestowane w pracę na rzecz opozycji będą tyleż inwestycją we własną prezydenturę, co inwestycją w bardzo realną władzę dla Grzegorza Schetyny jako premiera. Jednak innego scenariusza nie ma. A rola Tuska przy ochranianiu jedności opozycyjnego elektoratu jest nie do przecenienia. Wyborcy PO, Nowoczesnej, a nawet PSL i SLD pamiętają go jako człowieka, który efektownie odsunął od władzy Jarosława Kaczyńskiego w 2007 roku. Dziś oczekują od niego, że pomoże opozycji odebrać władzę Kaczyńskiemu w roku 2019.

Więcej o Tusku >>>

„Dla mnie w większym stopniu to, co się tam wydarzyło, jest nie kwestią polityki, ale po prostu wychowania. To było po prostu chamstwo, takie prymitywne, nieokrzesane. To nie przystoi głowie państwa polskiego. Mądrzy i kulturalni ludzie wiedzą, że jest jakaś granica, której się nie przekracza, chcąc nawet utrzeć nosa przeciwnikowi politycznemu” – powiedział były prezydent w Bronisław Komorowski w TVN 24. To jego komentarz do zachowania Andrzeja Dudy wobec Donalda Tuska na pl. Piłsudskiego, o czym pisaliśmy w artykule „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej celowo pomija w powitaniu przewodniczącego Rady Europejskiej i prezydent Warszawy”.

>>>

Bronisław Komorowski mówił także o marszu, który przeszedł 11 listopada ulicami Warszawy. Jego zdaniem, jednym ze źródłem chaosu decyzyjnego w sprawie organizacji marszu był Andrzej Duda. – „Błędem zasadniczym z punktu widzenia pozycji prezydenta i głowy państwa polskiego jest to, że doprowadził do sytuacji, w której chcąc być może przechwycić marsz narodowców poszedł w jakiejś mierze na czele w marszu, który wszyscy identyfikują ze skrajnymi środowiskami nacjonalistycznymi. To był błąd wizerunkowy, bardzo kosztowny, bo nie tylko na świecie, ale wobec opinii publicznej w Polsce” – stwierdził Komorowski.

Dodał, że Duda zamiast negocjować z organizatorami Marszu Niepodległości powinien przejąć organizację „marszu prezydenckiego”, który został zapoczątkowany podczas kadencji Komorowskiego.

Były prezydent odniósł się też do odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. – „Rozumiem potrzebę wypełnienia pewnej pustki po dramatycznej śmierci prezydenta. Ale trzeba zachować pewne proporcje w podejściu do kwestii upamiętniania tragicznie zmarłych wybitnych Polaków” – powiedział Komorowski. Zauważył, że Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent II RP, który padł ofiarą zamachowca – ma jeden pomnik. – „Więc chciałoby się powiedzieć: trochę umiaru, Jarosławie Kaczyński, z tym upamiętnianiem brata, bo gdzieś zatraci się proporcje” – dodał Komorowski.

„Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje – mówi prof. Aleksander Hall, historyk, polityk, działacz opozycji w PRL, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. – Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Wspólny marsz to ogromny sukces, to wielki dzień” – przekonuje prezes PiS Jarosław Kaczyński. Naprawdę jest się czym chwalić?

PROF. ALEKSANDER HALL: Oglądałem ten marsz w telewizji i mam co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony liczba ponad 200 tys. ludzi, z których większość zapewne myślała poważnie o uczczeniu rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z drugiej jednak jest coś dwuznacznego w tym, że prezydent i rząd podłączają się pod marsz organizowany od lat przez środowiska skrajne i na którym wielokrotnie pojawiały się hasła niemające nic wspólnego z polskim interesem narodowym i poczuciem przyzwoitości. Pozostaje też poczucie niedosytu, że w stolicy naszego kraju nie wytworzył się obyczaj organizowania marszów czy parad naprawdę jednoczących Polaków. To udaje się od wielu lat na przykład w Gdańsku.

Marsz Niepodległości nie był marszem jednoczenia.

PiS nie ma problemu z tym, że obok biało-czerwonych flaga na marszu były także flagi ONR-u, włoscy neofaszyści i nacjonalistyczne hasła?
Nie wiem, jak PiS się z tym czuje, ale myślę, że rozsądniejsi politycy tej partii widzą w tym jakiś problem.

To dlaczego w ogóle zaczęli z narodowcami rozmawiać? Wiadomo było, czego się spodziewać…
Dlatego to wszystko idzie na rachunek obecnej władzy. Obóz rządzący być może zdaje sobie sprawę z istotnych strat wizerunkowych, jakie przy tej okazji ponosi, ale z drugiej strony nie chce rezygnować z głosu Polaków, którzy w Marszu Niepodległości dobrze się czują. To jest dylemat, który PiS miał i rozstrzygnął go tak, jak go rozstrzygnął. To ich odpowiedzialność.

Co mogli albo powinni zrobić?
Jestem bardzo daleko od obozu władzy, więc nie czuję się uprawniony, aby im coś podpowiadać. Ale

myślę, że zło stało się znacznie wcześniej. Chodzi o politykę, którą PiS prowadzi od 2015 roku, ostrego podziału polskiego społeczeństwa na dobrych patriotów i Polaków gorszego sortu. Zbyt wiele stało się, jeżeli chodzi o dzielenie wspólnoty narodowej, zarzucanie opozycji najniższych intencji, a nawet zdrady narodowej, łamanie konstytucji. Od początku wiadomo było, że żaden wspólny, narodowy marsz nie jest możliwy.

Taki jak „Marsz dla Niepodległej” organizowanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego?
To były prezydenckie marsze politycznie ekumeniczne, oddające hołd ponad podziałami wszystkim głównym twórcom niepodległości. Sam kilkukrotnie towarzyszyłem prezydentowi Komorowskiemu podczas składania kwiatów przed pomnikiem Romana Dmowskiego. PiS niestety nie zdecydował się na kontynuowanie tej tradycji.

Realnym alternatywnym krokiem, który prezydent i rząd mógł zrobić w 100-lecie odzyskania niepodległości, było zorganizowanie własnego marszu, ale byłby to tylko marsz PiS-u.

Obok Jarosława Kaczyńskiego, premiera Mateusza Morawieckiego i prezydenta Andrzeja Dudy nie stanęliby przecież politycy opozycji, autorytety występujące w obronie konstytucji i praworządności.

Taki marsz PiS-u byłby znacznie skromniejszy od Marszu Niepodległości, który ma już przecież swoją tradycję.

Dlatego postanowili dogadać się z nacjonalistami i przyłączyć do nich kilka dni przed Świętem Niepodległości?
Tak. Inna decyzja wymagałaby prowadzenia innej polityki, w której podziały, wzajemne pretensje nie byłyby aż tak głębokie.

„Zazwyczaj to PiS stosuje patriotyczny szantaż, odmawiając swym oponentom prawa miłowania ojczyzny. Teraz sam został w taką pułapkę przez narodowców złapany” – pisze Andrzej Stankiewicz w Onet.pl. A może właśnie sytuacja wymknęła się spod kontroli?
Uważam, że część myślących polityków obozu rządzącego, a do nich zaliczyłbym Jarosława Kaczyńskiego, miało poczucie ulgi wychodząc z marszu z poczuciem, że nie stało się nic drastycznego.

Myślę, że odczuwali niepokój podejmując decyzję o firmowaniu tego marszu, a potem poczucie ulgi, że jednak mogło się skończyć gorzej. Były flagi ONR-u, włoscy neofaszyści, nacjonalistyczne hasła, ale nikt nie został dotkliwie pobity.

Władza legitymizując takie organizacje, daje im przecież poczucie siły… A to nie musi się dobrze skończyć.
Za miarodajną ocenę zagrożenia uważam wyniki wyborów. One pokazują wyraźnie, że skrajne ruchy nacjonalistyczne w Polsce mogą liczyć na niewielkie poparcie. Myślę, że świadomość historyczna wśród członków tych ruchów jest niewielka.

Czym innym, bez porównania poważniejszym, mającym duże społeczne poparcie, jest polityka PiS-u rozmontowująca państwo prawa, lekceważącą konstytucję, chcąca mieć władzę nad sądami. Tego się boję, to jest groźne dla Polski.

PiS nadal będzie prowadził taką politykę? Zbliża się wyjątkowo trudny czas, maraton wyborczy.
Myślę, że czas na podjęcie decyzji w tej sprawie zbliża się wielkimi krokami. Wybór jest taki: złagodzenie kursu, języka, odwrót od działań wymierzonych w niezależność władzy sądowniczej pod presją UE, albo wręcz przeciwnie. W dłuższej perspektywie czasowej trudno wyobrazić sobie dwa równoległe sądownictwa, sędziów uznawanych przez jedną lub drugą stronę. Ta sytuacja będzie musiała znaleźć jakieś rozstrzygnięcie. Ale

nie jestem w stanie przewidzieć, jakiego wyboru dokona obóz władzy, czyli de facto Jarosław Kaczyński. Mogę przewidzieć tylko jedno – nastąpi korekta politycznego kursu.

Donald Tusk wróci do polskiej polityki?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie wspierał, a nawet już wspiera w sposób otwarty polską opozycję. Jego ostatnie przemówienia miały charakter deklaracji człowieka, który aspiruje do politycznego przywództwa. Klamka zapewne jeszcze nie zapadła, pozostawia sobie otwartą furtkę, ale myślę, że taki jest jego cel.

Jak pan zrozumiał słowa byłego premiera o tym, że Polacy mogą pokonać „współczesnych bolszewików”, tak jak pokonali ich Józef Piłsudski i Lech Wałęsa?
Trudno było je zrozumieć inaczej niż zrozumiała sala, ja też je tak zinterpretowałem. „Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież

Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje.

Niektórzy mówią, że to były za mocne słowa. Pan też tak myśli?
Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa.

Powinien wrócić? Pomógłby opozycji w walce z PiS-em?
W tej chwili potrzebne są każde ręce na pokładzie.

Polityk mający tak znaczne poparcie społeczne, wielką rozpoznawalność i pozycję w Europie jest Polsce potrzebny.

Dlatego PiS się go tak boi, że zostaje zlekceważony podczas oficjalnych obchodów przed Grobem Nieznanego Żołnierza i postawiony w ostatnim rzędzie?
Myślę, że to było działanie z premedytacją. Chociaż była to rzecz bezprecedensowa. Przecież Donald Tusk był jedynym wysokim rangą przedstawicielem świata, który zdecydował się wziąć udział w tym święcie. Nawet przyjaciel PiS-u, czyli premier Węgier Victor Orbán nie przyjechał do Warszawy.

To chyba wiele mówi o naszej pozycji w Europie i organizowanych przez władze obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości…
Oficjalne obchody trudno uznać za udane. Poza tym muszę pani powiedzieć, że

nie lubię sposobu przemawiania prezydenta Andrzeja Dudy, który po prostu krzyczy. To jest cecha ludzi niepewnych siebie, dodających sobie tym sposobem ekspresji otuchy. Ale to nie jest właściwy styl.

Patrząc krytycznie na te obchody, trzeba jednak podkreślić, że w wielu miejscach Polski ten dzień był obchodzony uroczyście, pogodnie i ekumenicznie. Dobrym przykładem jest Gdańsk.

Nie zabrakło panu w ostatnim czasie dyskusji o tym, co znaczy dla nas niepodległość i jak obroniliśmy ją po raz drugi? PiS oczywiście ani razu nie wspomniał na przykład o Lechu Wałęsie. To przykre.
Obecna władza nie jest w stanie wpłynąć na moje samopoczucie.

Od długiego czasu widać, że w przekazie, jaki PiS kieruje do polskiego społeczeństwa, III RP jest przedstawiana przede wszystkim jako okres błędów i wypaczeń, zmarnowanych szans, a nawet nowego zniewolenia przez kondominium niemiecko-rosyjskie. Polska według obozu władzy przecież wstała z kolan dopiero w 2015 roku.

W tym jest pewna logika, ale i niekonsekwencja. Skoro PiS odwołuje się do polskiej dumy, chce budować poczucie patriotyzmu na historycznych zasługach Polski, to przynajmniej nieroztropne jest przekreślanie ostatniego ćwierćwiecza naszej historii. To jest też głęboko niesprawiedliwe.

Niesprawiedliwe jest też to, że na Placu Piłsudskiego stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego, a Andrzej Duda przekonuje, że „od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego tak wielkiego przywódcy państwa polskiego nie było”?
To jest przede wszystkim wyrządzanie krzywdy Lechowi Kaczyńskiemu. Wydaje mi się, że to jest nieświadome działanie ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Przecież

jego brat ma swoje miejsce w historii Polski, jest tam dużo zasług, ale ich wyolbrzymianie i wynoszenie go na piedestał z pominięciem wielu postaci, których zasługi były większe i porównywalne, tak drastycznie rozmija się z prawdą historyczną i świadomością większości obywateli, że przynosi przeciwne efekty.

Deformacja historii i narzucony kult Lecha Kaczyńskiego powoduje reakcje odrzucania, które przejawiają się także w nieparlamentarnych słowach, czy zapowiedziach burzenia pomników. To też jest złe, ale absolutnie wytłumaczalne zjawisko.

„Bankier Leszek Czarnecki oskarża szefa KNF: 40 milionów złotych i nie będzie kłopotów”– to tytuł pierwszej strony z „Gazety Wyborczej”. Według dziennika, „Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki”.

Oferta miała zostać nagrana przez bankiera. – „To zbyt gruba sprawa, by ją przemilczeć… Miało się nie nagrać, a jednak – co za pech – się nagrało” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „GW”.

A publicysta dziennika Wojciech Maziarski na Facebooku dodał: – „No ładnie. Szef Komisji Nadzoru Finansowego, członek prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju Marek Chrzanowski oskarżony przez Leszka Czarneckiego – właściciela Getin Noble Banku, jednego z najbogatszych Polaków – o złożenie propozycji korupcyjnej. Czarnecki nagrał rozmowę z Chrzanowskim”. Chrzanowski w październiku 2016 r. został powołany przez Beatę Szydło na stanowisko szefa Komisji Nadzoru Finansowego.

Jak pisze onet.pl, zawiadomienia w tej sprawie mają trafić do Prokuratora Generalnego.

Z nieoficjalnych informacji portalu wynika, że mogą one dotyczyć właśnie Chrzanowskiego, premiera i przedstawiciela Andrzeja Dudy w KNF Zdzisława Sokala.

Ujawniamy: Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki. Bankier nagrał tę ofertę i zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez szefa KNF. Chrzanowski nagle poleciał do Singapuru.

Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku i Idea Banku, z majątkiem ponad 2,19 mld zł należy do najbogatszych Polaków. Ale od 2016 r. wartość jego banków spada. Mają poważne kłopoty, ich los w dużej mierze zależy od regulacji rządowych i wymagań KNF sprawującej państwowy nadzór m.in. nad rynkiem finansowym.

Z nagrania, którego stenogram Czarnecki przekazał prokuraturze wraz z zawiadomieniem o przestępstwie, wynika, że Chrzanowski proponował mu następujące przysługi:

* usunięcie z KNF Zdzisława Sokala – przedstawiciela prezydenta w Komisji i szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – bo jest on zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo;

* złagodzenie skutków finansowych zwiększenia tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł);

* życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Czarneckiego.

W zamian bankier miałby zatrudnić prawnika wskazanego przez Chrzanowskiego. Wynagrodzenie – „powiązane z wynikiem banku” – 1 proc. wartości Getin Noble Banku, czyli ok. 40 mln zł.

Pełnomocnik Czarneckiego mec. Roman Giertych zawiadomił prokuraturę 7 listopada. Deklaruje, że nagrania przekaże „w charakterze dowodu w trakcie przesłuchania pokrzywdzonego”. „Wyborcza” ma kopię tych nagrań.

9 listopada Chrzanowski poleciał do Singapuru.

„Mam takie szumidła”

Południe, 28 marca 2018 r. Szare bmw Czarneckiego parkuje na pl. Powstańców Warszawy. Tu pod nr 1 ma siedzibę Komisja Nadzoru Finansowego. Bankier przyjechał na spotkanie z szefem KNF Markiem Chrzanowskim.

Wysiadając z auta, Czarnecki nerwowo sprawdza zawartość kieszeni. Na biodrze ma cyfrowy dyktafon, na piersi – drugi na wszelki wypadek. Do kieszonki na poszetkę wsunął długopis z minikamerą. Uruchamia wszystkie trzy urządzenia nagrywające.

Po co? Szef KNF zaprasza go już trzeci czy czwarty raz. Ale to zaproszenie jest wyjątkowe. Żąda, by bankier stawił się sam. Wcześniej zawsze towarzyszył mu prawnik lub prezes Getin Noble Banku. Teraz rozmowa ma być „w cztery oczy”.

Czarnecki jest bardzo podejrzliwy. Intuicja go nie zawodzi.

TU PRZECZYTASZ STENOGRAM Z ROZMOWY CZARNECKIEGO Z CHRZANOWSKIM

W gabinecie Chrzanowski mówi: – Mam tu takie szumidła, ponoć to nic nie daje, ale…

Chodzi o urządzenia antypodsłuchowe, które zakłócają sygnał telefonów i sprzętu elektronicznego.

Szef KNF pyta: – Pan nie ma telefonu ze sobą, żadnych takich?

Dodaje: – Byli tu jacyś komandosi, ale powiedzieli, że jest tyle sygnałów w okolicach tego miejsca, bo tam jest telewizja [obok mieści się siedziba TVP], że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat.

„Komandosi” mieli rację. Kamera i jeden dyktafon przestają działać po włączeniu zagłuszarek. Ale drugi dyktafon Czarneckiego pokonuje przeszkodę. Na nagraniu wyraźnie słychać obu rozmówców.

Chrzanowski zapewnia właściciela banku, że jest z nim „szczery”. Kilka razy przypomina, że to rozmowa „poufna”. Upewnia się: – Ja mogę pana o dyskrecję prosić?

„Zdzisław ma plan”

Najpierw rozmawiają o sytuacji banków Czarneckiego. Przeżywają one kryzys związany z koniecznością dokapitalizowania, z podatkiem bankowym, kredytami we frankach oraz obligacjami GetBacku sprzedawanymi przez Idea Bank. Zagrożony jest zwłaszcza ten ostatni.

Przed siedzibą Dowództwa Garnizonu Warszawa przy pl. Józefa Piłsudskiego w Warszawie odsłonięto pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pomnik odsłonili wspólnie prezydent Andrzej Duda, prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Marta Kaczyńska – córka Lecha Kaczyńskiego.

– Mamy dzisiaj wigilię 100-lecia odzyskania niepodległości, dzień szczególny – szczególne zrządzenie Boże spowodowało, bo przecież plany były inne, że dziś właśnie odsłoniliśmy ten pomnik – mówił prezes PiS.

Zwrócił uwagę, że jego brat „urodził się prawie 31 lat po po tym wspaniałym listopadzie 1918 r.”. – Był z tego pokolenia, które doznało łaski późnego urodzenia – nie musiał przeżywać wojny, stalinizmu, to było wspomnienie co najwyżej dzieciństwa, i było to jednocześnie pokolenie, które podjęło (…) ponownie, w sposób czynny i bezpośredni idee polski niepodległej, demokratycznej, obywatelskiej – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS przypomniał m.in. że jego brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych „w tym wszystkim, co przyczyniło się do powołania Solidarności”. Przypomniał, że pełnił też wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, prezesem Najwyższej Izby Kontroli, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.

– Ten pomnik tutaj staje to nie dlatego, że – można tak powiedzieć – (Lech Kaczyński – PAP) awansował najwyżej jak można. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, że jego działalność przyczyniła się – i to w sposób decydujący – do tego, iż można było się przeciwstawić temu wszystkiemu, co zostało nazwane (…) postkomunizmem. Systemu, który był nieporównanie lepszy od poprzedniego ale jednak w dalszym ciągu obciążony ogromnymi wadami – oświadczył Kaczyński.

Prezes PiS podczas swojego wystąpienia powiedział, że jego brat – Lech Kaczyński był człowiekiem „głębokiej wiary”. – (Był)jednocześnie człowiekiem skromnym i wyjątkowo osobiście dobrym” – podkreślił. „Pamiętam, że kiedy w samolocie lecącym do Smoleńska po katastrofie, po tragedii pisałem jego nekrolog, to tę cechę właśnie bardzo mocno podkreśliłem – dodał Kaczyński.

Prezes PiS powiedział też, że jego brat był „z jednej strony skutecznym politykiem, który potrafił przeciwstawiać się przemysłowi pogardy, całemu temu ogromnemu przedsięwzięciu zmierzającemu do tego by go zniszczyć, a z drugiej strony potrafił kierować się w swoim życiu osobistym, prywatnym, ale także w życiu publicznym dobrocią, a także względami moralnymi, które potrafił często stawiać przed korzyścią polityczną”.

– Tak było kiedy doprowadził do zmiany ustawy o lustracji, bo wiedział, że uczyni ona pewnym ludziom, zasłużonym w walce o niepodległość Polski, w walce o solidarność, wiele osobistych krzywd, bo znał różne wydarzenia z życia tych ludzi, wiedział, że zostaną one ujawnione – mówił prezes PiS.

– I powtarzam: to połączenie bardzo rzadkie w polityce. Każdy, kto zna historię, to wie. I to też jest przesłanka dla której powinien być uczczony, powinien być pamiętany, bo jeszcze raz powtórzę – dobrze zasłużył się Polsce, wpisał się złotymi zgłoskami w jej historię – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS dziękował tym wszystkim, którzy przyczynili się do budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w sposób najbardziej bezpośredni, m.in. członkom komitetu budowy pomnika. W szczególności Kaczyński dziękował trzem osobom: szefowi KPRM Jackowi Sasinowi, szefowi gabinetu premiera Markowi Suskiemu i szefowi MON Mariuszowi Błaszczakowi, choć – jak zaznaczył – „tych zasłużonych jest znacznie więcej”.

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości przyspieszonych wyborów.

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

A dzisiaj właśnie w tej sprawie w Brukseli zebrała się Rada ds. Ogólnych, na której nie był żaden polski minister ani wiceminister spraw zagranicznych. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans był tym wielce zaniepokojony i debatę o Polsce zamknął w 15 minutach. Mateusz Morawiecki w niedzielę zapewniał, iż strona polska w sprawie Sądu Najwyższego przedstawi „bardzo konkretne kroki”. Jakie zatem one będą, gdy dzisiaj są trzymane w tajemnice? A ponadto, co znaczą słowa, że „kompromis wymaga takich jakichś ustępstw z obu stron”. Wszak ani Komisja Europejska, ani TSUE nie demolowali Sądu Najwyższego ani wcześniej Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa.

Można zatem spodziewać się dalszego matactwa rządu pisowskiego, który zechce oddalić w czasie wyrok Trybunału unijnego. Jeżeli dorzucimy do tego stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „Bruksela i Europa mają inną wizję państwa niż my”, to możemy spodziewać się, że kompromisu nie będzie.

A zatem, co nas czeka? Prędzej czy później Polexit, który nie ma jeszcze „wzięcia” wśród elektoratu partii Kaczyńskiego, ale nie musi być ostatecznie odstręczający. I właśnie w tym momencie należy uwzględnić to, iż PiS zechce zmienić bieg spraw, przyspieszyć, bo kalendarz wyborczy nie jest dla niego korzystny. A do tego odnowił się w przestrzeni publicznej Donald Tusk, polityk wybitny i skuteczny, który potrafi wygrać z Kaczyńskim i jego marionetkami.

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.

Duda w piaskownicy, czyli jak polubił być prezydentem

12 List

>>>

Obchody setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości miały być punktem kulminacyjnym prezydentury Andrzeja Dudy. Miało być dwudniowe referendum na temat zmian w Konstytucji i obchody z wielką pompą. Ale PiS prezydenckie referendum utrąciło w Sejmie. A gdy okazało się, że nie ma pomysłu na żadne spektakularne wydarzenia, które Polacy mogliby zapamiętać na lata, Duda zaczął negocjacje z narodowcami. Chciał stanąć na czele Marszu Niepodległości. Jednak narodowcy odmówili, tłumacząc, że nie zamierzają oddać swojego marszu. Wtedy rzecznik prezydenta oświadczył, że Duda nie pójdzie w marszu, bo „od rana do wieczora będzie na uroczystościach”. W kancelarii zdecydowano nawet, że prezydent powinien wyjechać na ten czas z Warszawy – miał się pojawić wieczorem na uroczystościach w Gorzowie Wielkopolskim. Ale nieoczekiwanie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz zakazała marszu narodowców. I Duda mógł na cztery dni przed rocznicą ogłosić, że organizuje wraz z premierem państwowy marsz niepodległości.

– To, co oni zrobili z tym stuleciem niepodległości, to jest rekord świata. Przygotowywać się dwa lata, opowiadać różne rzeczy, wydać 200 milionów złotych i na końcu, żeby tego się do kupy nie dało zebrać, to jest niezwykłe! – nie może się nadziwić były prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Dodaje, że Duda mógł zaprosić do Warszawy światowych przywódców i zorganizować uroczystości. – Gdyby Duda miał trochę prestiżu w świecie, zrobiłby wielkie wydarzenie 10 listopada, z udziałem kanclerz Merkel, prezydenta Macrona i innych, bo 11 odbędą się w Paryżu obchody setnej rocznicy zakończenia I wojny światowej – twierdzi Kwaśniewski.

11 listopada to dla Dudy data symboliczna. Dokładnie cztery lata temu podczas rocznicowych uroczystości w Krakowie prezes PiS Jarosław Kaczyński ogłosił, że Duda będzie kandydatem partii na prezydenta. Duda deklarował, że jego prezydentura „będzie dynamiczna, aktywna w polityce zagranicznej i będzie to prezydentura łączenia tutaj, w Polsce”. Dzisiaj te słowa brzmią jak żart. Prezydent zalicza gafę za gafą, na arenie międzynarodowej się nie liczy, a Polska nigdy nie była tak bardzo podzielona.

Bliski współpracownik Dudy, pytany o nastroje w kancelarii prezydenta odpowiada krótko: – Bezwład.

Jest koniec października. Duda na forum polsko-niemieckim w Berlinie oskarża UE o deficyt demokracji, bo zakazała sprzedaży zwykłych żarówek i można kupić tylko żarówki energooszczędne. Ludzie prezydenta wiedzą, że głupio chlapnął i zaraz zostanie bohaterem memów. Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, który siedzi obok Dudy, demonstracyjnie odwraca wzrok, a obecni na sali zaczynają buczeć. Internauci nazywają głowę państwa polskim Januszem za granicą. Szef Rady Europejskiej Donald Tusk, pytany o słowa Dudy, otwarcie kpi z niego, mówiąc, że „wtedy, kiedy wydaje się on pogubiony w argumentacji, potrzebuje raczej naszego wsparcia, przynajmniej życzliwej cierpliwości”.

Jeden z moich rozmówców w pałacu prezydenckim przyznaje, że przykład z żarówkami nie był najszczęśliwszy, ale Duda chciał zwrócić uwagę na to, że wiele spraw w Unii jest przeregulowanych. Jednak żaden z prezydenckich ministrów nie próbował tłumaczyć w mediach, o co chodziło głowie państwa. Powinien to robić rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, ale on jest nowy i nie wyczuwa jeszcze, które miny trzeba szybko rozbroić. Szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski, który ma największe doświadczenie polityczne w kancelarii, woli się nie wychylać.

– Szczerski nie chce mówić Dudzie, że popełnia błędy, żeby się nie narazić, a reszta ministrów jest bardziej pochłonięta promowaniem siebie albo wewnętrznymi wojenkami niż kreowaniem polityki głowy państwa – przyznaje osoba z otoczenia prezydenta. I przytacza anegdotę, żeby zobrazować klimat panujący w pałacu. Jest cotygodniowe spotkanie kierownictwa kancelarii. Za stołem zasiadają: szefowa kancelarii Halina Szymańska i ministrowie Krzysztof Szczerski, Wojciech Kolarski oraz Paweł Mucha. Mają ustalić kalendarz prezydenta. Głównym tematem staje się kwestia uroczystości koronacji obrazu Matki Boskiej w jednej z parafii w Zachodniopomorskiem. Stamtąd pochodzą Mucha i Szymańska, radni w lokalnym sejmiku. Mucha przekonuje, że ktoś z kancelarii musi być na uroczystości. A jeśli nie, to trzeba przynajmniej wysłać list.

200 mln, które rozpłynęły się w powietrzu. Gdzie podział się budżet na obchody 100-lecia polskiej niepodległości?

PiS i prezydent mają z 11 listopada obrazki, jakich chcieli: sielankę rodzin z dziećmi niosącymi narodowe flagi. Opozycja znajdzie w marszu sceny, które są profanacją święta: łopoczące sztandary neofaszystów. Polskie i zagraniczne media szukające ekstremów doszukają się ich wielu. Wszyscy solidarne pozostaną przy swoich „najmojszych” ocenach.

To, co pozostanie po marszu, a właściwie marszach 11 listopada w Warszawie, Jarosław Kaczyński zwykł określać jednym słowem. Absmak. I to nawet jeśli obóz rządzący będzie suflował narrację, że stołeczny pochód był feerią patriotyzmu.

Cichy rekord

MSWiA, które może przeszacowywać liczbę uczestników, podawało, że maszerowało ćwierć miliona osób. To tak, jakby cała Gdynia kroczyła jedną ulicą Warszawy.

Ale nie ma donośnego głosu obozu władzy, że była to największa demonstracja w historii wolnej Polski – po 1989 r. Gdyby obóz rządzący promował taką narrację, to postawiłby się w jednym rzędzie z narodowcami – a nie po to był bufor między marszem państwowym a marszem narodowców, by się dusić w dymie flar i ogłuchnąć od „raz sierpem, raz młotem”.

Niech nikt nie mówi, że marsz był jeden i wspólny. Twój przyjaciel nigdy nie idzie daleko za Twoimi plecami, gdy macie ten sam cel.

Na łasce ekstremum

Obyło się bez ulicznej konfrontacji narodowców z marszem rządowym, więc PiS i prezydent mogą odetchnąć z wielką ulgą. Największa w tym zasługa służb i wojska, które stanęły na wysokości zadania. Obecność żołnierzy i żandarmów, obok oddziałów Policji, z pewnością stępiła nacjonalistyczne ostrze pochodu, a tym, którzy mieli zakusy, by „dymić”, odebrała taką chęć.

Faktem jednak jest, że w święto 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę najsilniejszy w historii III RP obóz władzy był zdany na łaskę społecznie marginalnej organizacji narodowców i narażony na ryzyko szantażu i prowokacji ze strony ekstremistów.

Obóz „dobrej zmiany” ma przecież w rękach Sejm, Pałac Prezydencki, Senat, premiera, cały rząd, a resorty siłowe są we władaniu absolutnie najbardziej zaufanych ludzi prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem ruch narodowy w Polsce to wręcz skraj marginesu. Samodzielnie narodowcy są w stanie zdobywać ok. 1 proc. poparcia w wyborach. Nie ma dla nich w Polsce społecznej bazy.

Mimo jednak, że są marginesem, to wciąż udaje im się kanalizować patriotyczną emocję potężnej liczby osób, które co rok przychodzą na Marsze Niepodległości. I to nawet jeśli ci narodowcy wydają z siebie antysemickie albo rasistowskie pomruki. Cóż z tego, że ktoś powie o „separatyzmie rasowym”, „judeosceptycyzmie” albo zaprosi ruch Forza Nuova (neofaszystów z Włoch)? Uczestnicy marszu z dalszych szeregów puszczą to mimo oczu i uszu – z przyzwyczajenia, bo wrosło to już w polski krajobraz. A żadna kolejna władza nie jest w stanie odbić tego tłumu narodowcom.

Ani klęska, ani sukces

Władze państwowe – w osobie marszałka Senatu – spotykały się z szefostwem Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Negocjacje trwały do ostatnich godzin przed startem pochodu. Skończyło się na tym, że obóz rządzący zapewnił sobie miejsce na czele, długi bufor separujący część państwową od tej prowadzonej przez narodowców. Część rządowa rozeszła się dość szybko, a marsz kontynuowali narodowcy.

Pochód 11 listopada nie zakończył się klęską i totalnym blamażem obozu PiS, choć wiele osób z opozycji na to liczyło. Obóz rządzący nie oddał przecież narodowcom i nacjonalistom Święta Niepodległości, ale tuż przed nim politycznie konfrontował się z narodowcami i ostatecznie to prezydent, premier i prezes stanęli na czele – tak brzmi oficjalna nazwa – Biało-Czerwonego Marszu „Dla Ciebie Polsko”. Obyło się też bez zadym, a flagi narodowe dominowały nad tłumem.

Obóz władzy w żadnym razie nie może jednak ogłosić się wygranym, co teraz czyni wielu notabli. Co więcej – choć zabrzmi to patetycznie – państwo polskie nie może ogłosić się zwycięzcą święta 100-lecia swojej niepodległości. Bo cóż z tego, że państwo rządzone przez PiS szło na czele i prowadziło gigantyczny pochód, skoro na plecach czuło oddech skrajnych narodowców, czasami nacjonalistów, a także grupki neofaszystów z Forza Nuova? Obok obrazu Chrystusa miłosiernego wybuchały petardy, płonęły race, ludzie krzyczeli „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. W tłumie spłonęła flaga Unii Europejskiej.

Takiej skrajności państwo polskie zeszło z drogi. Nim jednak obóz rządzący zakończył własny marsz i wsiadł do limuzyn, chciał zadbać o pogodne obrazki.

Inscenizowana sielanka

Premier Mateusz Morawiecki szedł na czele trzymając najmłodszą córkę i syna za ręce. Szef kancelarii premiera Michał Dworczyk z dzieckiem niesionym na ramionach. Jarosław Kaczyński z biało-czerwoną flagą w ręku. Na pogodnym selfie prezes PiS z kilkoma kobietami obok uśmiechał się do obiektywu. W pierwszym szeregu roiło się od harcerzy najmłodszego pokolenia. A na trasie marszu, przed samym bannerem „Dla Ciebie Polsko” chłopak oświadczył się dziewczynie, czego uściskiem dłoni pogratulował im sam premier.

Absmak, choć prezes Jarosław Kaczyński tego nie powie, jednak pozostaje. I coś więcej: chęć odwetu narodowców na obozie władzy, który już jest oskarżany o kradzież Marszu Niepodległości.

Obchody rozpoczęły się przed 9.00. Donald Tusk w towarzystwie polityków i warszawiaków złożył kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego koło Belwederu. Cały dzień obfitował w wydarzenia: oficjalne obchody na pl. Piłsudskiego, odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego na pl. Na Rozdrożu, demonstracja antyfaszystowska na pl. Unii Lubelskiej i w końcu wielki marsz organizowany wspólnie przez rząd i nacjonalistów. Warszawa świętowała 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

Donald Tusk uczestniczył w państwowych uroczystościach przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Nie był przedstawiony. Mógł złożyć wieniec dopiero po zamknięciu oficjalnej części. Mówi jak ocenia wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy.

Więcej o Tusku >>>

Urocze… 😃