Tag Archives: NSA

Daliśmy PiS-owi radę. W 2019 roku wykopiemy ich

27 Gru

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni, by walcząc o awans masowo tratować jeden drugiego oraz prawo, w tym to najwyższe: Konstytucję.

Oczywiście byli tacy, którzy skorzystali z okazji i przyjęli tak chętnie przez PiS rozdawane stanowiska. Były niezwykłe transfery: z niższej instancji do wyższej, albo z sądu do ministerstwa, ewentualnie z sędziowskich nizin od razu do Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Jednak zdecydowana większość nie dała się złapać na lep szybkiego awansu. A tych, którzy ulegli, spotkał ostracyzm środowiska i wykluczenie ze stowarzyszeń sędziowskich. Gdy jesienią wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak pojawił się w Sądzie Rejonowym w Gdyni, aby przedstawić nową prezes, sędziowie przyszli na spotkanie ubrani na czarno, część w koszulkach z napisem „KonTYtucJA”. Spotkanie skończyło się po kilku minutach, bo choć wiceminister bardzo chciał z nimi porozmawiać, to oni z nim nie chcieli. Milczeli wymownie. Taki sam milczący protest był w Słupsku. I choć – jak zauważa Ewa Siedlecka, autorka książki „Sędziowie mówią. Zamach PiS na wymiar sprawiedliwości” – aktywistów sędziowskich jest może ze 150 w całym kraju, to jednak ich głos jest mocny, to oni nadają ton środowisku. Oni inicjują uchwały zgromadzeń poszczególnych sądów, okręgów i apelacji w obronie Konstytucji i niezawisłego sądownictwa. Oni wyznaczają standardy. Ogromnie przy tym ryzykują, bowiem wobec tych, którzy są aktywni, wszczyna się postępowania dyscyplinarne, wzywa na przesłuchania (sędzia Igor Tuleya ma już ich tak dużo, że zaczął się gubić, w jakich sprawach jest wzywany). Poza tym nie tylko „dyscyplinarką” można wykończyć takiego niepokornego sędziego. Można go przenieść do innego sądu, najlepiej gdzieś daleko od domu. Można przerzucić z wydziału do wydziału. Można zawalić sprawami, pozbawić asystenta, żeby przestał się wyrabiać. Zarządzić kontrolę spraw, które prowadził przed laty, żeby się trochę podenerwował. A nóż coś się na niego znajdzie? Może uda się wykazać, że w jakiejś dawno zamkniętej sprawie był zbyt opieszały? Zdarza się – jak w przypadku sędziego Waldemara Żurka, byłego rzecznika Krajowej Rady Sądownictwa – że do tego jeszcze dochodzi wnikliwe prześwietlenie majątku. Nagle do niepokornego sędziego zaczynają się dobijać różne kontrolne instytucje, włącznie z CBA. Można naprawdę niepokornemu dopiec na wiele sposobów.

Kłopoty można mieć już za samo stawanie w obronie Konstytucji. Za noszenie koszulki z napisem KONnsTYtucJA. Ale przede wszystkim kłopoty można mieć a wydanie orzeczenia, które nie jest po myśli rządzących.

 To, że naciski się nasilają zauważa Amnesty International. W tegorocznym raporcie opisuje przypadki postępowań dyscyplinarnych wobec tych, którzy nie poddali się politycznej presji.

 Sędzia Dominik Czeszkiewicz z Suwałk, który uniewinnił działaczy KOD od zarzutu zakłócania porządku publicznego (chodziło o spotkanie ze startującą tam wówczas w wyborach Anną Marią Anders), krótko po tym miał postępowanie dyscyplinarne. Mówił Amnesty International, że trudno pracować w takich warunkach. W zasadzie nigdy nie wiadomo, kiedy, gdzie i skąd nadejdzie cios.

Sędzia Tuleya, który – poza sprawami politycznymi – sądzi w sprawach karnych i często trafiają do niego ciężkie, kryminalne przypadki, mówił w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem, że prędzej spodziewałby się pogróżek ze strony przestępców, niż partii rządzącej.

A jednak…

Pocieszające, że choć rządzący gotowi są użyć wszystkich sił i wielu środków, by połamać sędziom kręgosłupy, to większość wciąż trzyma się mocno.

Ewa Siedlecka zaczęła spisywać czyny odważnych sędziów, i bardzo dobrze. Powstała lista z nazwiskami tych, którzy wydali wyrok nie po myśli władzy, tych, którzy już odczuli represje i tych, którzy są najbardziej aktywni w środowisku. Pisząc książkę o zamachu PiS na wymiar sprawiedliwości, Ewa Siedlecka rozmawiała między innymi z sędzią Bartłomiejem Przymusińskim, członkiem Zarządu Stowarzyszenia Iustitia. Powiedział jej: „Strachu nie odczuwam, bo nie wyobrażam sobie, że mógłbym się zachowywać inaczej. W czasie wojny mówiono, że najlepszym żołnierzem jest ten, który nie liczy na to, że wróci do domu”. Założył więc, że przyjdzie mu za to, co robi, zapłacić nawet najwyższą zawodową cenę. Będzie walczył, jak ten żołnierz, bez nadziei, że ujdzie cało. Sędzia Tuleya – jeśli chodzi o własny los – też bierze pod uwagę najgorsze, czyli to, że go wyrzucą z sądownictwa. Ale uważa, że lepiej tak, niż zapomnieć o zasadach i prawie czyli ulec, ułożyć się, cofnąć. – Jeżeli się cofniemy – twierdzi – to już zawsze będziemy się cofali. Jakiekolwiek ustępstwa spowodują, że ten świat będzie już po prostu inny.

Nareszcie decyzja prezydenta miasta Rafała Trzaskowskiego (gratuluję zwycięstwa w wyborach), którą rozumiem i popieram w całej rozciągłości.

Kamil Dąbrowa – znany dziennikarz radiowy i były dyrektor kilku stacji, w tym Programu I Polskiego Radia (skąd go wymiotła „dobra zmiana” PiS) – został kierownikiem biura prasowego warszawskiego Urzędu Miasta, czyli rzecznikiem prezydenta stolicy. To naprawdę dobra zmiana. Nie chodzi o to, że lepsza od poprzedniej (poprzedniego rzecznika nie kojarzę), ale to dobra zmiana w sztafecie. (Dąbrowa wie, co to znaczy, w końcu to kibic i maratończyk). Gdyby Platforma miała więcej takich twarzy, byłaby spokojniejsza o wynik wyborów.

Twarzami ratusza stają się panowie po czterdziestce (przydałaby się i Syrenka w tym gronie), jeszcze młodzi, mogliby być moimi synami, dobrze wykształceni (Rafał z doktoratem, Kamil po filozofii), a już z dużym, różnorodnym i kompatybilnym doświadczeniem – Rafał w dziedzinie spraw międzynarodowych, dobrze zorientowany za granicą, Kamil bardziej miejscowy, dobrze czuje miasto i nastroje, czego dowody daje m.in. w programie TVN „Szkło kontaktowe”. Obu trudno nazwać „aparatczykami”, którzy dostali swoje za „wysługę lat”.

Obaj dają nadzieję, że wbrew zapowiedziom prezesa nie będzie „Budapesztu w Warszawie”. (Nie mam nic przeciwko Budapesztowi poza jego polityką). Rafała i Kamila czeka trudny rok, a jeśli źle pójdzie – to dłużej. „Partia i rząd” nie ukrywają, że będą rzucać kłody pod nogi „wrogim” samorządom. Prezes ma świetną pamięć, a klęska Patryka Jakiego wymaga pomszczenia, wszak zemsta jest ucztą bogów. Chcieliście rządzić – to my wam pokażemy.

W wyborach samorządowych wyraźnie zapowiadali, że więcej pieniędzy dostaną samorządy, które „dobrze współpracują” z rządem. Nie wątpię, że tym razem partia i rząd dotrzymają słowa, zrobią, co w ich mocy, by prezydentom Warszawy i innych miast (tych nie z talii PiS) utrudnić wykonanie zobowiązań i obietnic wyborczych. By oskubać „niesłuszne” samorządy i nagrodzić swoich, żeby mieli się czym pochwalić przed następnymi wyborami. Żłobki, przedszkola, szpitale, metro, mieszkania, prywatyzacja, nazwy ulic, teatry, wywóz śmieci, polityka historyczna, deglomeracja, pomniki, łuki triumfalne – wszystko jest areną w tym najbardziej z upolitycznionym z miast polskich.

Tandem Rafał i Kamil daje nadzieję. Piszę o nich po imieniu, choć prezydenta miasta nie mam nawet zaszczytu znać, ale to dlatego, że mógłbym być ich ojcem i będę ich rozliczał z polityki… senioralnej! Dostajecie stolicę piękniejszą niż kiedykolwiek (choć miejscami zepsutą) – postarajcie się jej nie spaprać. Liczę na Was!

Naczelny Sąd Administracyjny zgodził się, aby wyniki kontroli prowadzonych przez Kancelarię Premiera w ostatnich czterech latach zostały ujawnione. „Wyrok ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – pisze dzisiejsza „Rzeczpospolita”

Generalny Inspektor Danych Osobowych przegrał z Kancelarią Premiera sprawę o ochronę danych osób publicznych – dowiedziała się gazeta, która wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego nazywa „bezprecedensowym”.

Naczelny Sąd Administracyjny oddalił kasację GIODO, uznając, że prywatność osób publicznych jest ograniczona. Chodzi o ujawnienie wyników kontroli w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w 2013 r., wyrok sądu ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – czytamy.

Spór trwał cztery lata. „Spowodował, że rząd (najpierw Ewy Kopacz, a potem Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego) zaprzestał publikować wyniki wszystkich przeprowadzonych kontroli w ministerstwach, agencjach i instytucjach, tłumacząc, że czeka na wytyczne sądu, jak i co może ujawniać publicznie” – pisze „Rzeczpospolita”, dodając że podobnych kontroli przeprowadza się kilkadziesiąt rocznie.

Gazeta przypomina, że przyczyną powstania sporu był opublikowany w 2013 roku artykuł w „Rzeczpospolitej”, dotyczący „nepotyzmu i kumoterstwa w agencji rolniczej”. Jak pisze autor artykułu, „raport miał nie ujrzeć światła dziennego, jednak pod naciskiem opinii publicznej, opozycji (PiS), ale też osób, których raport dotyczył, zdecydował się go opublikować szef kancelarii premier Ewy Kopacz, Jacek Cichocki” – przypomina gazeta. Raport zniknął z biuletynu informacji publicznych w związku ze skargą związków zawodowych z Agencji, które „doniosły GIODO, że KPRM złamał prawo, ujawniając dane osób członków ich rodzin, które nie piastują funkcji publicznych”.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, GIODO w październiku 2014 r. uznał, że publikacja narusza prawo do prywatności innych osób i nakazał usunięcie tych informacji. KPRM się odwołał, ale GIODO podtrzymał swoją decyzję. Rok później sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który wyrokiem z marca 2016 uchylił decyzje inspektora danych osobowych. GIODO i ARMiR złożyły od skargi kasacyjne. Sprawa w NSA czekała na rozpatrzenie dwa lata.

Waldemar Mystkowski pisze o zachowaniach kleru w święta (fragment).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

Reklamy

Pedofilia ks. Jankowskiego zatacza coraz szersze kręgi, taki z niego był Belzebub

8 Gru

Michał Wojciechowicz to kolejna osoba, która po latach postanowiła ujawnić, że była molestowana przez ks. Henryka Jankowskiego. – „Przyciągnął mnie i zaczął gładzić po twarzy i dotykać tak, że zrobiło mi się niedobrze” – napisał Wojciechowicz na swoim profilu na Facebooku. Miał wtedy 16 lat, był uczniem drugiej klasy liceum ogólnokształcącego. Jego matka w tym czasie była internowana.

>>>

„Od początku i bez jakiejkolwiek wątpliwości wiedziałem, że to było dotykanie pederasty. Państwo wybaczą, ale nie mówiło się wówczas „pedofil” lub „gej”. Pederaści” to byli ci, którzy jak ksiądz Jankowski, lubili „młodych chłopców” – napisał Wojciechowicz. Próbuje wytłumaczyć, dlaczego przez tyle lat nie mówiono o pedofilii ks. Jankowskiego. – „Były bardziej gorące tematy. I nie ma co się za to bić w piersi. Pedofilia w kościele obecna jest w dyskursie publicznym od jakiegoś czasu. Nie był to jednak temat popularny, kiedy trwała rozprawa z komuną. Później, w latach 90. tych, i dekadę potem, bardziej nośny medialnie był przekaz Jankowskiego dotyczący jego zapatrywań politycznych”– uważa Wojciechowicz.

Mężczyzna nie kryje satysfakcji, że kolejne ofiary molestowania przez ks. Jankowskiego przerywają milczenie. – „Oliwa sprawiedliwa, zawsze na wierzch wypływa”. Znacie Państwo to powiedzenie? Cudne! Niesie w sobie niezachwianą pewność, że prawda w końcu zwycięży – nawet po latach! I tak jest w wypadku tego skur…na, prałata kościoła św. Brygidy, księdza Jankowskiego. Więc nie ukrywam, że czuję satysfakcję, iż potworności dotyczące tego zbira wychodzą wreszcie na jaw” – stwierdził Wojciechowicz.

Naczelny Sąd Administracyjny podtrzymał wyroki WSA o uchyleniu ponad 40 zarządzeń wojewody, zmieniających nazwy ulic w Warszawie, w tym w sprawie zmiany al. Armii Ludowej na al. Lecha Kaczyńskiego. Orzeczenie NSA jest prawomocne.

W listopadzie 2017 r. pisowski wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera, wydając zarządzenia zastępcze na podstawie ustawy dekomunizacyjnej, zdecydował o zmianie nazw 47 ulic w Warszawie, w tym al. Armii Ludowej na al. Lecha Kaczyńskiego. W maju tego roku WSA je uchylił. Wojewoda złożył skargi kasacyjne, które właśnie zostały oddalone przez NSA.

Sędzia NSA Zdzisław Kostka w uzasadnieniu dzisiejszego wyroku podtrzymał argumenty, których używał WSA. Wojewoda odpowiednio nie uzasadnił swych zarządzeń – nie dokonał stosownej wykładni aktu prawnego i analizy, w jaki sposób dane nazwy „symbolizują” komunizm.

Sipiera ograniczył się jedynie do krótkich notek biograficznych. – „Sporządzenie tej opinii IPN w ten sposób było w tej sprawie niewłaściwe. Było to zestawienie zbiorcze 47 nazw i lakoniczne stwierdzenie, że podpadają pod ustawę. W dużym stopniu przyczyniło się to do tego, że zarządzenia wojewody zostały trafnie uznane przez sąd pierwszej instancji za wadliwe” – powiedział sędzia Kostka.

Pisowski wojewoda Zdzisław Sipiera nie skomentował dzisiaj wyroku NSA. Zapowiedział, że odniesie się do niego w poniedziałek.

Waldemar Mystkowski pisze o Antonim Macierewiczu.

Były szef MON to polityk swoistego marginesu, także w PiS, który wokół siebie wytwarza bardzo silne napięcia – uwielbienia i niechęci, tych ostatnich zdecydowanie więcej. Nie powinien utrzymać się w polityce, a jednak od 1989 roku jest zawsze obecny – do dzisiaj i to w randze wiceprezesa PiS.

Umiejętności Macierewicza też są zastanawiające, czego się nie dotknie destruuje, niszczy, ale na tych ruinach skonstruował mit najwartościowszy dla Jarosława Kaczyńskiego, który nadał PiS tożsamość partyjną i na tym wyniósł do władzy. Mit smoleński to jeden z największych przekrętów narracji politycznej w nowoczesnej historii Polski. Ten, który ponosi odpowiedzialność za katastrofę pod Smoleńskiem, został wyniesiony na pomniki, zaś panteon patriotyzmu organizowany przez PiS jest tworzony wokół jego osoby, brata prezesa PiS.

Ale i te zasługi nie tłumaczą pozycji Macierewicza. Przede wszystkim Macierewicz jest niezniszczalny – ilość kompromitacji, które są jego udziałem zniszczyłyby każdego po wielokroć, ale nie jego. Nawet gdy przestał być ministrem, swego następcy nie wpuścił do gabinetu i w nim urzędował.

A zatem – kim jest Macierewicz? Tej odpowiedzi szuka w dwóch książkach pisarz i dziennikarz Tomasz Piątek. Pierwsza pozycja „Macierewicz i jego tajemnice” opowiadała o powiązaniach Macierewicza z rosyjską mafią i służbami specjalnymi, błyskawicznie została bestsellerem. W drugiej książce „Macierewicz. Jak to się stało?” Piątek pisze o tym, że „nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa od niemal pół wieku”.

„Głęboka zależność” brzmi jak eufemizm, a to po prostu przypuszczenie o agenturalności Macierewicza od „niemal pół wieku”. Czy uprawnionym jest podejrzewać, że Macierewicz – bardzo aktywny opozycjonista w PRL – był agentem? Waldemar Kuczyński – wybitny opozycjonista i członek rządu Tadeusza Mazowieckiego – przyznaje, że „nie dopuszcza, by Macierewicz był wysokim oficerem GRU od dziesięcioleci na placówce w Polsce, jako agent wpływu”. Ale… „co, jeśli byśmy się mylili?”

Piątek z rozmowie z Jackiem Żakowskim w TOK FM mówi o swoich podejrzeniach, które solidnie udokumentował w książkach. Macierewicz, jego zdaniem, jest przede wszystkim kłamcą lustracyjnym, a mógł sobie na to „pozwolić”, bo jego teczka, esbecki kwestionariusz ewidencyjny, została zniszczona w styczniu 1990 roku, kiedy komuniści palili akta najważniejszych swoich agentów.

O paleniu owych akt opowiada wybitny film Pasikowskiego „Psy”. Nie wszystko jednak zostało spalone, bo dokumenty dotyczące Macierewicza zachowały się w aktach innych represjonowanych osób. Jeden z nich zachował się w teczce Piotra Naimskiego i jest podpisany przez szefa wywiadu PRL generała Sarewicza. Napisano w nim, że nie ma żadnych podstaw do ścigania lub represjonowania Macierewicza, a przecież ten jakoby uciekł z internowania. Internowanie Macierewicza to temat na komedię w stylu Stanisława Barei. Z ośrodka internowania wyszedł sobie do niestrzeżonego szpitala, skąd z głupia frant udał się do domu, aby wśród opozycji opowiadać, jak to heroicznie dał dyla.

Inny bardzo ważny dokument zachowany w aktach SB to notatka oficera wywiadu stwierdzająca, iż„nie może ścigać Macierewicza, bo ten jest chroniony przez Biuro Studiów SB. A była to elitarna jednostka”. Zachowane dokumenty, na które powołuje się Piątek, są dostępne w archiwach, ale nikt z historyków IPN ich nie przeglądał.

Macierewicz był traktowany przez służby PRL w „sposób szczególnie uprzywilejowany”. Jako minister obrony faktycznie rozbrajał Wojsko Polskie i utworzył szwejkowskie Wojska Obrony Terytorialnej, a zatem jeżeli opozycjoniści z PRL stwierdzą, „co, jeśli byśmy się mylili?”, to czy zasadnym jest podejrzenie, „by Macierewicz był wysokim oficerem GRU od dziesięcioleci na placówce w Polsce, jako agent wpływu”? Pytanie wagi ciężkiej i takież oskarżenie tego co najmniej dziwnego polityka: Macierewicz, kim jesteś?

Więcej o przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance tutaj >>>

PiS trzeba pomóc w klęsce, bo inaczej Polska będzie katastrofą, przy której katastrofa smoleńska to mały pikuś

23 List

>>>

Dwaj wielcy oponenci polityczni zostali przesłuchani przed gdańskim sądem w związku ze sprawą o naruszenie dóbr osobistych, jaką prezes PiS wytoczył byłemu prezydentowi RP. Domaga się przeprosin i zasądzenia od Lecha Wałęsy 30 tys. zł na cele społeczne. Po raz pierwszy od wielu lat ci niegdysiejsi polityczni współpracownicy, których drogi rozeszły się radykalnie jesienią 1991 r., stanęli tak blisko siebie. Wałęsie spod marynarki wystawała koszulka z charakterystycznym nadrukiem „Konstytucja”. Jeszcze przed salą rozpraw doszło do wymiany złośliwości. Wałęsa Kaczyńskiego i Kaczyński Wałęsę określili mianem swojego „wielkiego błędu”.

Dwaj panowie z traumą

Było to spotkanie ludzi naznaczonych ciężkimi traumami. W przypadku Wałęsy – traumą „Bolka”, oskarżeniami o agenturalną przeszłość. Czego następstwem jest próba „wygumkowania” jego dokonań z najnowszej historii Polski. W przypadku Kaczyńskiego – traumą katastrofy smoleńskiej i pojawiającymi się w przestrzeni publicznej słowami dotyczącymi współodpowiedzialności. Ta rozprawa była swoistym spektaklem publicznego prezentowania swoich krwawiących ran. Spektaklem zainicjowanym przez Jarosława Kaczyńskiego, który tym razem wystąpił nie w roli wodza izolowanego od tłumu kordonem ochroniarzy, ale zwykłego uczestnika procesu sądowego. Zmuszonego, by na korytarzu sądu, w medialnym tumulcie, stawiać czoła pytaniom, które zaczynały się od familiarnego „panie Jarku”. To chwilowe zdjęcie z piedestału, na którym ustawiło prezesa PiS jego polityczne otoczenie. Cena za wolę ukarania przeciwnika, bo – jak stwierdził Kaczyński – „miarka się przelała”.

Trzy wątki sporu

Prezes PiS poczuł się dotknięty wypowiedziami Lecha Wałęsy w internecie i w mediach dotyczącymi następujących kwestii: 1. sugestii, że Jarosław Kaczyński miał wpływ na decyzję o lądowaniu samolotu w Smoleńsku mimo niesprzyjających warunków, 2. stwierdzeń, że to on stoi za „wrobieniem” Wałęsy w kwestię „Bolka”, 3. przypisywania mu przez Wałęsę choroby czy zaburzeń psychicznych.

Wszystkie te wątki były przedmiotem wielogodzinnego przesłuchania zwaśnionych stron.

Musimy ochronić prawdę o roli Lecha Wałęsy w historii Polski

Ostatnia rozmowa braci

„Oskarżenia, że jestem winien śmierci 96 osób, w tym mojego brata, odnajduję nawet w listach, które otrzymuję. Być może wśród nich są takie, które odwołują się do wypowiedzi pozwanego, ale teraz nie mogę tego potwierdzić” – mówił przed sądem Kaczyński.

Lech Wałęsa nie ma żadnych dowodów na to, że bracia Kaczyńscy w rozmowie telefonicznej na krótko przed katastrofą rozmawiali na temat: lądować czy nie lądować w Smoleńsku. Uważa, że nagraniem tej rozmowy mogą dysponować Amerykanie i Rosjanie. I ani jedni, ani drudzy nie mają interesu w tym, by ujawnić jej treść.

Jarosław Kaczyński twierdzi, że rozmowa dotyczyła wyłącznie stanu zdrowia ich matki.

Polska po prezesie

Sprawa „Bolka”

Adwokat Jarosława Kaczyńskiego starał się przekonać sąd, że powinien się on skoncentrować tylko na tym, czy Kaczyńscy wydali osobom trzecim polecenie „wrobienia” Wałęsy w kwestię agenturalności. Druga strona argumentowała, że polecenie nie było potrzebne, że wystarczył pośredni wpływ, różne wypowiedzi, by gorliwe służby szukały dowodów i interpretowały je po myśli lidera rządzącej partii. Podczas przesłuchania kwestię „Bolka” roztrząsano, sięgając dalekiej przeszłości. Wałęsa, który przed laty wygrał proces dotyczący TW „Bolka” z Lechem Kaczyńskim, teraz eksponował ostatni etap, zwłaszcza sprawę dokumentów przekazanych już za rządów PiS przez wdowę po generalne Kiszczaku. Wyrwało mu się, że Kiszczakową postraszono i ona zgodziła się powiedzieć, że te dokumenty były w jej domu.

Oskarżony Lech Wałęsa

Kto mieczem wojuje

Kaczyński i jego adwokat chcą, żeby wypowiedzi Wałęsy, które są przedmiotem pozwu, zostały potraktowane jako stwierdzenia faktu (w kategoriach prawda – fałsz), a nie jako tzw. wypowiedź ocenna, opinia, element dyskursu publicznego. Ciekawie zrobiło się po przywołaniu przez prawnika Wałęsy słynnych słów prezesa PiS o „zdradzieckich mordach”, które zabiły mu brata. Czy chodziło o fakty? To był „wybuch emocji” – przyznawał Kaczyński, uznając jednocześnie arbitralnie, że w przypadku wypowiedzi Wałęsy o emocjach nie może być mowy. Z kolei prawnicy Wałęsy dowodzili, że między obydwoma panami trwa wymiana ciosów, która rzutuje na reakcje po obu stronach. Prezes PiS w wywiadzie dla „La Republica” w 2016 r. określił byłego prezydenta mianem „deficytu intelektualnego”. Teraz przed sądem skwitował ten cytat słowami, że nie pamięta, czy tak powiedział, ale „co prawda, to nie grzech”.

Sąd czeka niełatwe zadanie oceny, czy prezes PiS, który sam niespecjalnie się liczy z cudzą wrażliwością, zasługuje na ochronę swojej wrażliwości. I jak daleko idącą ochronę. Na ile uczestnicy debaty publicznej muszą się trzymać faktów, a w jakich okolicznościach wolno im bliżej lub dalej „odpłynąć”. Pod wpływem emocji lub bez.

PiS myślał, że pozbędzie się sprawy nowej KRS z Trybunału Sprawiedliwości. Nic z tego – sędziowie walczą.

Nowelizacją ustawy o SN przyjętą w środę w ramach wykonania zabezpieczenia nałożonego przez Trybunał Sprawiedliwości UE PiS chciał się pozbyć dwóch problemów. Po pierwsze, zniósł przepisy zaskarżone przez Komisję Europejską do TSUE w nadziei, że KE uzna wobec tego skargę za bezprzedmiotową i ją wycofa. Co zrobi Komisja – zobaczymy.

Druga sprawa, której chciał się pozbyć, to pytanie prejudycjalne o legalność działania KRS. Tą samą ustawą wprowadza umorzenie zawisłych przed sądami spraw, w których sędziowie SN i NSA kwestionowali posłanie ich na przymusową wcześniejszą emeryturę. Na tle jednej z tych spraw SN zadał Trybunałowi Sprawiedliwości pytanie prejudycjalne zmierzające do ustalenia, czy działanie nowej KRS i sposób jej powołania nie naruszają standardów UE dotyczących prawa do bezstronnego sądu. PiS miał nadzieję, że umorzenie z mocy ustawy tych spraw unicestwi pytanie prejudycjalne zadane na ich tle.

A tu nic z tego. W czasie gdy PiS uchwalał ustawę, NSA zadał pytanie prejudycjalne do TSUE o KRS na tle pięciu innych spraw. To sprawy sędziów, którzy przegrali przed nową KRS konkursy na stanowiska sędziego i odwołali się od werdyktu KRS do NSA właśnie. Pytanie zadał sąd w składzie: Wojciech Kręcisz (przewodniczący i sprawozdawca), Małgorzata Korycińska i Cezary Pryca. Tej sprawy PiS nie ma jak umorzyć.

Pytanie o legalność KRS jest absolutnie kluczowe dla całej reformy PiS. Bo to KRS zapewnia PiS kontrolę nad sądami: decyduje w sprawach nominacji sędziowskich, rozpatruje (czytaj: odrzuca) odwołania sędziów od przenoszenia ich bez zgody do innych wydziałów pod pozorem zmiany zakresu obowiązków (casus sędziego Żurka), wypracowuje standardy w sprawach dyscyplinarnych, a także opiniuje (czytaj: żyruje) decyzje polityczne wobec sądów. Zakwestionowania nowej KRS PiS boi się najbardziej.

Sędziowie w okręgach sądowych i sądach w całej Polsce podejmują uchwały kwestionujące prawomocność działania KRS. I zwracają uwagę na niezgodny z konstytucją, polityczny sposób jej powołania i na niemerytoryczny, polityczny sposób rozstrzygania konkursów na sędziów. Wystarczy odtworzyć sobie transmisję z posiedzeń KRS, by zobaczyć, że wybiera się tam kandydatów wbrew negatywnym opiniom kolegiów sądów. Pozytywna opinia traktowana jest jako dowód na to, że opiniowany kandydat jest nie „swój”, czyli nie „dobrej zmiany”. A negatywna opinia traktowana jest jako rekomendacja, że kandydat nie jest z „sitwy” sędziowskiej.

Fragment uchwały z apelacji rzeszowskiej:

(…) członkowie Rady wielokrotnie, przedstawiając dane o kandydatach, wypowiadali się lekceważąco, a nawet obraźliwie o bogatym dorobku orzeczniczym i doświadczeniu zawodowym niektórych kandydatów, uzyskaniu przez nich wysokich ocen oraz jakości ocen opracowanych przez wizytatorów i opinii Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Apelacji Rzeszowskiej oraz Kolegium Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie. Członkowie KRS ostentacyjnie pomijali negatywne wyniki głosowania Kolegium Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie i Zgromadzenia Ogólnego Sędziów apelacji rzeszowskiej. (…) W odniesieniu do kandydującego [do sądu] członka KRS [członkowie KRS] przytaczali opinie uzyskane przez kandydata od podległych mu służbowo prezesów sądów rejonowych.

To jedna z wielu uchwał. A Zgromadzenie Sędziów Apelacji Gdańskiej właśnie odmówiło opiniowania kandydatów do konkursu na sędziów tej apelacji do czasu, aż TSUE oceni legalność działania KRS. To może być zapowiedź rozszerzającego się bojkotu nowej KRS.

Pytanie, jak wobec zakwestionowania prawomocności KRS powinien się zachować Sąd Najwyższy, w którym jest 37 sędziów mianowanych przez nową KRS, a w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Izbie Dyscyplinarnej są wyłącznie tacy sędziowie. Bo jeśli Trybunał zakwestionuje legalność KRS, to rozstrzygnięcia tych sędziów będzie można podważać. Mamy ten sam problem co z dublerami w Trybunale Konstytucyjnym. Ten sam, tyle że gorszy, bo SN wydaje kilkanaście tysięcy wyroków. A sprawa sędziów „z nieprawego łoża” dotyczy też sądownictwa administracyjnego i sądów powszechnych.

Najlepiej byłoby, żeby do czasu wyroku TSUE ci sędziowie nie sądzili. I żeby TSUE nadał sprawie priorytet. Gdyby to zrobił, orzeczenie mogłoby zapaść w ciągu roku.

Czy prezes SN zawiesi w orzekaniu „sędziów z nieprawego łoża”? Pytany przez Onet rzecznik SN sędzia Michał Laskowski odpowiada, że byłoby to logiczne, ale z drugiej strony niesłychanie trudne do przeprowadzenia. „Orzeczenie TSUE zapaść może nawet za półtora roku, więc wszyscy ci sędziowie mieliby przez ten czas nic nie robić i jednocześnie pobierać wynagrodzenie” – mówi.

Cóż, nie byłby to ewenement, bo dublerzy w TK też przez rok pobierali wynagrodzenie, nie pracując. Ale jest też inna trudność: pytanie, na ile sędziowie Izby Dyscyplinarnej podlegają pierwszemu prezesowi SN, skoro jest to izba w istocie autonomiczna administracyjnie i finansowo?

Syn pisowskiego dygnitarza dostał posadę w Banku Światowym za pół miliona zł rocznie. Ojciec oświadczył, że nie miał z tym nic wspólnego. Syn potwierdził i oświadczył, że ma wszelkie kompetencje na zajmowane od lipca stanowisko. Funkcjonariuszka partii rządzącej na wszelki wypadek oznajmiła, że ani jej szefowie, ani sam szef szefów nic o tej sprawie nie wiedzieli, nim nie napisała o niej „Gazeta Wyborcza”.

Ciekawe, jaka byłaby reakcja obecnej władzy na podobną informację dotyczącą syna jakiegoś dygnitarza PO, kiedy to obecna władza była jeszcze w opozycji, a partia Tuska rządziła. Ależ wiadomo! W ramach wrabiania byłego premiera w aferę Amber Gold obecna władza usiłuje go obarczyć odpowiedzialnością za to, że jego syn zatrudnił się – ku niechęci Tuska seniora – w biurze prasowym oszukańczego biznesu. I nie ma z tym moralnego kłopotu, mimo że ojciec wielokrotnie publicznie to wyjaśniał.

Może być, że sprawa syna koordynatora jest czysta jak łza, a on sam faktycznie wykonuje dobrą robotę wartą takiej pensji. Ponieważ jednak stał się bohaterem doniesień i spekulacji w mediach w kontekście bardzo poważnej afery KNF, porównywalnej z korupcyjną aferą Rywina, mleko się już rozlało.

Opinii publicznej należy się wyjaśnienie, czy z zatrudnieniem syna koordynatora miał jakiś związek obecny prezes NBP. Za jego człowieka portale gospodarcze uważają zdymisjonowanego szefa KNF, któremu szef NBP nawet teraz pochwał nie szczędził. Zresztą sam zdymisjonowany już po dymisji przekonywał po orwellowsku, że działał zawsze w imię stabilności finansowej kraju.

PiS walczył o władzę, a dziś walczy o jej utrzymanie różnymi sztuczkami. Między innymi próbował kompromitować przeciwników politycznych, rozdmuchując drobne lub fikcyjne sprawy do rangi afer zagrażających państwu i obywatelom. Stworzyli w ten sposób klimat do ataków, lustracji, insynuacji i rozliczeń personalnych na tle walki o władzę.

Tolerowali ten klimat i wykorzystywali, gdy jeszcze byli w opozycji. Usiłowali zohydzić postaci historyczne w rodzaju Wałęsy, Bartoszewskiego, Frasyniuka. Posiali zatrute ziarno. W końcu władzę zdobyli. Teraz sami trafiają pod lupę opinii publicznej (ale jak dotąd raczej nie organów sprawiedliwości). Ludzie mogą porównać afery z czasów przed rządami „zjednoczonej prawicy” z aferami i aferałami pisowskimi.

Korupcja na szczytach obecnej władzy, pazerność, kumoterstwo, wulgarny nowobogacki styl życia dygnitarzy po trzech latach rządów (np. rozbijanie się limuzynami) sięga skali wcześniej nieznanej. Do jakiej dojdzie po ewentualnej drugiej kadencji? A ta partia ma w nazwie prawo i sprawiedliwość.

Spodziewałem się bardziej mydlenia oczu, czyli ustawy, która celowo byłaby uchwalana w nieskończoność, która przewidywałaby jakąś specjalną, skomplikowaną procedurę przywracania sędziów. Tu mamy rozwiązanie legislacyjne, które jest dość jednoznaczne; wskazuje wyraźnie, że kadencja I Prezes SN nie została przerwa, podobnie jak funkcjonowanie sędziów. To jest absolutna zmiana narracji. Jest to rozwiązanie, które moim zdaniem ma na celu wygaszenie tego pola konfliktu, bo pamiętajmy, że takich pól jest więcej – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Wydziału Prawa i Administracji UW. – Ta ustawa traktuje dość obcesowo rozwiązania prezydenta, bo właściwie likwiduje wszystkie ich skutki. Przypominam, że to prezydent najgłośniej przedstawiał twierdzenie, że pani I Prezes SN już nią nie jest, wysyłał listy przenoszące sędziów w stan spoczynku itd. – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Sejm ekspresowo przyjął nowelizację o Sądzie Najwyższym, która przywraca do orzekania sędziów wysłanych przymusowo na emeryturę. Sukces czy mydlenie oczu?

PROF. MARCIN MATCZAK: Moim zdaniem to jest rzeczywiście duży sukces obrońców praworządności, którzy przez ostatnie 3 lata wychodzili na ulice, protestowali, wskazywali, że tak być nie może, że w kraju w środku Europy rząd wyrzuca sędziów z sądu. Mówię to też dlatego, że spodziewałem się bardziej mydlenia oczu, czyli ustawy, która celowo byłaby uchwalana w nieskończoność, która przewidywałaby jakąś specjalną, skomplikowaną procedurę przywracania sędziów. Tu mamy rozwiązanie legislacyjne, które jest dość jednoznaczne; wskazuje wyraźnie, że kadencja I Prezes SN nie została przerwana, podobnie jak funkcjonowanie sędziów

To jest absolutna zmiana narracji. Jest to rozwiązanie, które moim zdaniem ma na celu wygaszenie tego pola konfliktu, bo pamiętajmy, że takich pól jest więcej. Zaskakujące jest to szczególnie dlatego, że do tej pory mieliśmy buńczuczne zapewnienia, że cała tzw. reforma sądownictwa jest w pełni legalna, a teraz mamy pełną kapitulację.

Jest to przyznanie racji krytykom tych zmian, zarówno w kraju, jak i za granicą, a więc jest to taka sama sytuacja, jak w przypadku ustawy o IPN: rząd po prostu wycofał się ze swoich pomysłów.

Czy ta nowelizacja ma wpływ na dalsze postępowanie przed TSUE?
Ta nowelizacja została przedstawiona jako działanie podjęte w celu wykonania postanowienia TSUE o zabezpieczeniu. Ona jest zgodna z postanowieniem, ale samo postępowanie toczy się dalej. To, czy te zmiany idą tak daleko, aby można uznać, że całe postępowanie jest bezprzedmiotowe, tego nie wiem.

Na pewno polski rząd wskazuje, że wykonał postanowienia o zabezpieczeniu, a więc, jak rozumiem, na razie nie kwestionuje w żaden sposób tego, że postępowanie dalej może się toczyć.

Sędziowie mogą wrócić, ale pozostałe kontrowersyjne przepisy zostają. Podczas prac nad nowelizacją opozycja zgłaszała poprawki w tych kwestiach, np. aby to nie prezydent, ale I Prezes SN ogłaszał wolne stanowiska sędziowskie, ale żadna z nich nie przeszła.
Myślę, że trzeba być realistą. To, że rząd PiS wycofuje się z tego ataku na sądy, jest dobre. Dobre jest także to, że opozycja jest aktywna i próbuje pokazywać, jak powinno wyglądać prawidłowe uregulowanie sytuacji Sądu Najwyższego, a więc takie uregulowanie, które spowoduje, że będzie on naprawdę niezależny. Niemniej powtarzam, trzeba być realistą. Udało się bardzo dużo osiągnąć. Ta ustawa jest prawdziwym sukcesem obrońców demokracji i praworządności w Polsce. Myślę, że nie można było mieć nierealistycznych nadziei, że skoro w tej sprawie udało się wygrać, to uda się od razu wygrać w innych, tym bardziej, że tych problemów z praworządnością jest naprawdę wiele.

Jest problem Izby Dyscyplinarnej, problem Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, problem nowej KRS i oczywiście problem Trybunału Konstytucyjnego. Dziś jednak trzeba cieszyć się z tego, co jest i co udało się osiągnąć. To jest naprawdę duży sukces, który powinien być mocnym impulsem, aby kontynuować walkę na innych polach.

Pojawiły się obawy, że ta nowelizacja spowoduje wycofanie pytań prejudycjalnych z TSUE. Czy ta ustawa może mieć takie konsekwencje?
Wiem, że pojawiły się takie obawy, ale moim zdaniem są niedorzeczne, ponieważ nie ma związku między tą zmianą, która wykonuje postanowienie TSUE dotyczące konkretnego postępowania (tym konkretnym postępowaniem jest procedura naruszeniowa dotycząca ustawy o SN), a innymi procedurami, które w TSUE czy na poziomie Unii się toczą. To, co się stało, nie ma związku formalnego ani z procedurą z art. 7, ani też z osobnymi procedurami dotyczącymi poszczególnych pytań prejudycjalnych.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy władza polityczna, ustawodawcza i wykonawcza mogłaby zainterweniować w sposób legislacyjny i umorzyć, zabronić albo unieważnić pytania prejudycjalne. To byłby jeszcze większy problem i jeszcze większy konflikt z UE, niż ten dotyczący wieku emerytalnego sędziów.

To byłoby uderzenie w podstawową zasadę funkcjonowania UE i podstawową relację pomiędzy sądami krajowymi a TSUE. Ten pomysł wydaje się dziwny z jeszcze z jednego punktu widzenia: najwyraźniej polski rząd chce załagodzić spór z Komisją i TSUE. Zupełnie nieracjonalne by było, gdyby jedną ręka łagodził, a drugą rozpoczynał inny, jeszcze większy konflikt.

Czy ta nowelizacja była potrzebna?
Ta nowelizacja nie była potrzebna po to, aby wdrożyć postanowienie TSUE, ale proszę zwrócić uwagę, że idzie ona dalej niż postanowienie TSUE wymaga.

Ta nowelizacja nie jest zamrożeniem sytuacji i jakimś chwilowym przywróceniem tych sędziów do pracy, tylko wycofaniem się całkowitym z tej zmiany, która weszła w życie 3 kwietnia. Na to wskazuje uzasadnienie, w którym przyznano, że te zmiany były niekonstytucyjne.

Po co w uzasadnieniu nowelizacji jest napisane, że jest to odpowiedź na zarzuty niekonstytucyjności, po co tak bardzo jednoznacznie wskazuje się, że to rozwiązanie z nowym wiekiem przejścia w stan spoczynku jest możliwe do wprowadzenia tylko w odniesieniu do nowo powołanych sędziów? To są wszystko rozwiązania, które poprawiają ustawę o SN w taki sposób, aby była ona w pełni konstytucyjna, a nie zamrażają sytuacji do momentu, kiedy TSUE sprawę rozstrzygnie. To trochę wygląda tak, jakby polski rząd już się pogodził z tym, że to ostateczne orzeczenie TSUE będzie dla niego negatywne i zawczasu poprawił ustawę.

Zatem podsumowując odpowiedź na pani pytanie:

aby wykonać zabezpieczenie TSUE ta nowelizacja nie była potrzebna. Ale ponieważ ta nowelizacja idzie dalej, to można stwierdzić, że w pewnym sensie była potrzebna, aby usunąć z polskiego systemu prawa niekonstytucyjne regulacje.

Co się wydarzy, gdy TSUE wyda ostateczne orzeczenie?  
Postępowanie się toczy, więc orzeczenie będzie. Prawdopodobnie gdy ono się pojawi, to będziemy mieć autorytatywnie stwierdzone to, że polski rząd naruszył prawo, i to może być istotne. Nawet jeżeli nie będzie to mieć żadnych praktycznych skutków, bo ta nowelizacja te skutki odwraca, to proszę pamiętać, że zawsze stwierdzenie oficjalne bezprawności działań daje podstawę do dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. Z pewnością możemy stwierdzić, że sędziowie nie mieli łatwego roku i można sobie wyobrazić, że z jakiegoś powodu będą chcieli dochodzić odszkodowań. Dlatego

bardzo ważne jest, aby pojawiło się orzeczenie, które jednoznacznie stwierdzi, że działania rządu wobec SN były bezprawne. Proszę zwrócić uwagę, że sama zmiana ustawy przez polski parlament nie jest dowodem na to, że te wcześniejsze działania były bezprawne. Zatem orzeczenie będzie ważne, bez względu na to, czy coś się praktycznie zmieni. Poza tym to orzeczenie ma znaczenie nie tylko dla Polski, ale i dla całej Unii.

Pozostaje jeszcze kwestia Trybunału Konstytucyjnego czy KRS, która jest zależna całkowicie od władzy wykonawczej. Te kwestie także są podnoszone w Brukseli i prędzej czy później rząd będzie się musiał z nimi zmierzyć.
Tak, tylko nie wiadomo, w jakiej formule. Pamiętajmy, że jest już procedura dotycząca tych wszystkich naruszeń, czyli procedura z art. 7. Problemem może być to, że jest to procedura pozasądowa, dodatkowo w jej przypadku potrzebny konsensus polityczny, który, jak wiadomo, trudno będzie uzyskać. Formalnie my nie mamy takiego czysto sądowego postępowania, które dotyczyłoby KRS czy TK. Niektóre pytania prejudycjalne zadawane przez polskich sędziów dotyczą pozostałych zmian, np. pytanie sędziego Tulei dotyczy Izby Dyscyplinarnej.

Nie można również wykluczyć, że będą także inne procedury uruchamiane przez Komisje, np. dotyczące KRS.

Na pewno dziś możemy stwierdzić jedno: została wygrana bardzo ważna bitwa w wojnie, która toczy się na wielu frontach. Myślę, że możemy powiedzieć, że w tej wojnie coś pękło po drugiej stronie. Może to jest ten moment, że należy iść dalej, może warto zachęcać UE, aby wdrożyła postępowanie naruszeniowe dotyczące KRS, albo spróbować zintensyfikować działania art. 7. To są rzeczy, które należy teraz rozważyć.

Czy ta nowelizacja oddala widmo kar, które mogłoby zostać nałożone na Polskę?
Moim zdaniem tak. Wykonanie postanowienia TSUE powoduje, że nie ma powodu karać Polski. To jest dobra informacja dla nas wszystkich, bo oczywiście to nie rząd by płacił kary, tylko my wszyscy.

W jakim świetle to stawia prezydenta? Wiemy, że ustawa o SN to był jego projekt…
Rzeczywiście można postawić sobie takie pytanie, tym bardziej, że

ta nowelizacja jest dość „agresywna” w stosunku do rozwiązań prezydenckich. Można było sobie wyobrazić bardziej wstrzemięźliwą nowelizację w tym zakresie.

Wspominał o niej jeden z wiceministrów: o wprowadzeniu specjalnej procedury przywracania sędziów. To byłaby zła procedura, ale takie rzeczy w polityce się robi. Ta ustawa traktuje dość obcesowo rozwiązania prezydenta, bo właściwie likwiduje wszystkie ich skutki. Przypominam, że to prezydent najgłośniej przedstawiał twierdzenie, że pani I Prezes SN już nią nie jest, wysyłał listy przenoszące sędziów w stan spoczynku itd. Najważniejsze w tej nowelizacji jest jednak to, że jest ona zgodna z polską konstytucją, nie musi być zgodna z oczekiwaniami prezydenta.

Waldemar Mystkowski pisze o NSA, który wspiera Sąd Najwyższy w kwestii niezależności sądownictwa.

Nie Bruksela ma Kaczyńskiego i jego towarzystwo prowadzić za rękę ku praworządności, lecz tutaj na miejscu musimy zadbać, aby w kraju powrócono do obowiązujących standardów niezależnego sądownictwa.

Kapitulacja PiS przed Komisja Europejską w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym została w Brukseli przyjęta ze zrozumieniem. – „Jesteśmy usatysfakcjonowani, że zmiana odbywa się dokładnie w tym kierunku, o jaki prosiliśmy”– powiedziała rzeczniczka KE.

Wg Brukseli PiS kroczy w dobrym kierunku, lecz to na razie pierwszy krok. Ale nie Bruksela ma Kaczyńskiego i jego towarzystwo prowadzić za rękę ku praworządności, lecz tutaj na miejscu musimy zadbać, aby w kraju powrócono do obowiązujących standardów niezależnego sądownictwa. A zatem należy przyświecać im kagankiem oświaty, a jak i tego będzie za mało – „łańcuchami światła”.

Politycy PiS mają świadomość, że ten „sukces” jest podobny do słynnego wyniku 1:27, jest ich „zwycięską sromotą”. Starają się ją rozbroić przynajmniej w oczach własnego elektoratu. Pisowski bojownik w zakresie prawa, PRL-owski prokurator Stanisław Piotrowicz z przynależną mu swadą rzekł, iż prof. Małgorzata Gersdorf nie jest I Prezes Sądu Najwyższego, ale p.o. –  pełniącą obowiązki.

Inny członek pisowskiego zespołu Monty Pythona, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wcielił się w rolę kowala i czerwony z emocji zapowiedział, że „do bólu, niczym gorącym żelazem, będziemy wypalać patologie”. A przypominam, że jest to już siódma poprawka ustawy o Sądzie Najwyższym, sześć poprzednich jest patologicznych. Miał Ziobro czas, aby swoim grafomańskim językiem wypalić „gorącym żelazem”.

Z wokandy Trybunału Sprawiedliwości UE jednak spadają zapytania prejudycjalne, jakie zadał Sąd Najwyższy. W ogromnym pośpiechu uchwalona nowelizacja ustawy pozwala okopać się PiS-owi na dotychczasowych zdobyczach, mianowicie w Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS), obsadzonej nominatami Ziobry, którzy jednak będą mieli wpływ na nominacje sędziowskie m.in. do SN i NSA. W wielkim skrócie – PiS gra na przeczekanie.

W tej sytuacji Sądowi Najwyższemu na pomoc idzie Naczelny Sąd Administracyjny. Dzień po nowelizacji ustawy o SN zadaje dwa pytania zapytania prejudycjalne do TSUE, dotyczą one KRS. Jak skuteczne i prawomocne są uchwały KRS, które w istocie nie są objęte kontrolą sądowniczą, bo przedstawiciele w KRS „wybierani są przez władzę ustawodawczą”.

KRS jest obecnie partyjną przybudówką PiS, co spotkało się już wcześniej ze zdecydowanym stanowiskiem Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (SNCJ). 17 września polska KRS została zawieszona w prawach członka, bo nie spełnia wymogów niezależności, bo nowi członkowie KRS zostali powołani z naruszeniem Konstytucji.

Walka o niezależność władzy sądowniczej ciągle trwa. Przynajmniej w jednym elemencie – sądownictwa – dążenie do autokracji partii Kaczyńskiego się posypało. Jak wypadła jedna cegiełka, to i wypadną następne, a do tego nastąpiła kumulacja afer PiS, więc należy pomagać PiS w osiągnięciu zasłużonej klęski.

Czy Kaczyński powinien być poddany lobotomii?

22 List

„Wszystko co uczyniłem w tych sprawach, o które sąd mnie pyta i będzie pytał uczyniłem w dyskusji politycznej, takie mam zdanie o Jarosławie Kaczyńskim; wszystko podtrzymuję i będę dalej to robił” – powiedział Lech Wałęsa przed gdańskim Sądem Okręgowym w procesie, który wytoczył mu Jarosław Kaczyński. Sprawa dotyczy m.in. wypowiedzi byłego prezydenta, że prezes PiS jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską oraz zarzutów, że Kaczyński wydał polecenia „wrobienia”Wałęsy, przypisania mu współpracy z organami bezpieczeństwa PRL.

Sędzia zapytała, na jakiej podstawie Wałęsa stwierdził, że prezes PiS „inspirował decyzję w przedmiocie lądowania” prezydenckiego Tupolewa w Smoleńsku. – „Znamy się z powodem wiele lat. Znam sposób podejmowania decyzji w takich sprawach. Przez te wiele lat decyzji żadnych Lech Kaczyński nie podjął bez uzgodnienia z Jarosławem” – odpowiedział Wałęsa. Odnosząc się do lotu z 10 kwietnia 2010 r. i ostatniej rozmowy telefonicznej pomiędzy braćmi Kaczyńskimi, b. prezydent stwierdził, że „nie rozmawiano o babci zdrowiu”. – „W mojej ocenie nie może tak być, że tutaj żołnierze nie wiedzą co mają zrobić, a oni rozmawiają o kotkach. Tam była rozmowa między załogą, która zawsze, zawsze, kiedy były jakieś skomplikowane sytuacje, zawsze przychodziła do prezydenta i mówiła co się dzieje i prosiła jaka ma być decyzja. Zawsze” – podkreślił były prezydent.

Lech Wałęsa uważa, że istnieje nagranie rozmowy Jarosława i Lecha Kaczyńskich z 10 kwietnia. Stwierdził, że posiadają ją być może Amerykanie. – „Ta taśma prędzej czy później wypłynie” – powiedział były prezydent.

Dodał, że „sam wylot był nieodpowiedzialny, sam wyjazd był nieodpowiedzialny i lądowanie było nieodpowiedzialne”. – „Nikt o zdrowym zmyśle, umyśle nie podjąłby takich decyzji nieodpowiedzialnych. Wnoszę, aby poddać Kaczyńskiego badaniom, aby lekarze stwierdzili, co to jest” – powiedział Wałęsa.

Wcześniej przed sądem zeznawał Jarosław Kaczyński. Stwierdził, że jego rozmowa z bratem dotyczyła tylko stanu zdrowia matki obu braci. Przyznał, że nie pogodził się ze śmiercią Lecha Kaczyńskiego. – „Ten czarny krawat i czarny garnitur, w którym chodzę, jest tego dowodem. 15-16 razy w roku jestem na Wawelu” – powiedział prezes PiS. Kaczyński domaga się od Lecha Wałęsy przeprosin i wpłacenia 30 tys. na cele dobroczynne.

>>>