Tag Archives: Nowoczesna

Koalicja Europejska: Międolenie się skończyło

24 Lu

– Wbrew przykrej obiegowej opinii, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania, pokazujemy, że inna, odpowiedzialna polityka jest możliwa – powiedziała w niedzielny poranek Katarzyna Lubnauer. Liderzy Nowoczesnej, Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Zielonych złożyli oficjalnie podpisy pod deklaracją o uczestnictwie w Koalicji Europejskiej.

„Tylko dobry duch będzie mógł otwierać drzwi kolejnym partiom i organizacjom ponadpartyjnym” – powiedział Grzegorz Schetyna, składając podpis pod przedwyborczą deklaracją o współpracy PO, PSL, SLD, Nowoczesnej i Zielonych.

Koalicja Europejska stała się faktem. Brakuje w jej składzie jeszcze Barbary Nowackiej, ale jak wyjaśniał lider Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna „Jej organizacja rejestruje się obecnie jako partia. Mam nadzieję, że po dopełnieniu formalności dołączą do nas”.

Z satysfakcją mówił o międzypartyjnym porozumieniu i podkreślając wagę nadchodzących wyborów porównał je do tych z 4 czerwca 1989 roku, kiedy koalicja różnych formacji politycznych „zmieniła Polskę”.

„Nie robimy tego przeciwko komuś. Robimy to dla Polski i Polaków. Dla większych dotacji, większego budżetu” – tłumaczył decyzję o dołączeniu do Koalicji Obywatelskiej szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

W odpowiedzi na obawy niektórych ludowców o utratę tożsamości powiedział: „W czasie tej kampanii żaden proces trawienny się nie rozpocznie. A jedyny apetyt, jaki mamy, to apetyt na zwycięstwo” – podsumował.

„Międolenie się skończyło. A szkoda, bo było miło” – żartował Włodzimierz Czarzasty, nawiązując do trudnych negocjacji z koalicjantami. Lider SLD przyznał, że marzy o Europie pracowniczej i socjalnej: o wprowadzeniu w Polsce euro, (ale tylko pod warunkiem wzrostu płac), o unii bankowej, armii europejskiej. „Ale żeby te marzenia były spełnione, potrzeba dwóch rzeczy. Żeby ta Unia była i żeby Polska w tej Unii była” – stwierdził i podkreślił: „Nie chcemy, żeby Polska traciła pieniądze z unijnego budżetu przez łamanie praworządności”.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” – zapowiedziała optymistycznie szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer. Przekonywała, że Koalicja Europejska to jedyna szansa na zakończenie „szaleńczych rządów PiS-u”. A Małgorzata Tracz liderka Zielonych, mówiąc o znaczeniu podpisanego porozumienia uznała: „Teraz dołączamy do najbardziej proeuropejskich partii w Polsce, by przywrócić jej ten status w Unii.”

Reklamy

Pisowskie zbaranienie. Prezes między swymi baranami, które trzeba wybielić

13 Gru

Pan prezes ma – jak zawsze – rację. Aferzyści zdarzają się wszędzie. W każdej choćby najporządniejszej i najuczciwszej partii musi się trafić jakaś czarna owca. Takie prawo statystyki.

Ale nie znaczy to przecież, że na tej podstawie można mierzyć polityków i działaczy różnych politycznych opcji tą samą miarą. W formacji aktualnie rządzącej żadnych czarnych owiec wszak nie uświadczy, choćby ze świecą szukał. Pan prezes publicznie dał na to w Jachrance swoje słowo.

Gdzie się podziały w takim razie, owieczki o smolistej wełnie i takimż charakterze? Otóż to oczywista oczywistość, że wszystkie pasą się na polach Koalicji Obywatelskiej. Dobrze się jednak maskują, a część z nich usiłuje się nawet na siłę wybielić. Ale wiadomo, że to bezskuteczne. Partii aktualnie rządzącej i jej zwolennikom nie da się zamydlić oczu, a stado „totalsów”, nawet wymoczone w Vizirze, bielsze i tak już nie będzie!

Wprawdzie wrogowie polskości (czytaj: przeciwnicy partii rządzącej) bezczelnie wmawiają opinii publicznej, że niektóre barany z zagrody pana prezesa też są czarne, co – skądinąd – podpada chyba pod paragraf o szerzeniu nienawiści rasowej i w odpowiednim czasie na pewno zajmie się tym pan minister sprawiedliwości. Bo oczernienie choćby jednej niewinnej pisowskiej owieczki nikomu nie ujdzie bezkarnie.

Ale spokojnie. To wszystko są tylko nieudolne prowokacje, z definicji skazane na klęskę. Już rządzonych twardą ręką przez ministra sprawiedliwości prokuratorów w tym głowa.

Gorzej, że rzucająca się w oczy nieobecność czarnych owiec w stadzie PiS, zaczyna budzić niewygodne pytania, bo jak dotąd nie udało się też wskazać ani jednej z nich w obozie „totalsów”. Więc co – w związku z tym – z prawami statystyki?

Bo co pan prokurator generalny już, już dopada jakiejś farbowanej owieczki w zagrodzie KO, ta uporczywie twierdzi, że jest biała, a futro ma tylko lekko przybrudzone od smogu komunikacyjnego. Ciężko doprać, po prostu.

I rzeczywiście – niektóre plamy z medialnego błota schodzą z „platformersów” dopiero po maglowaniu w prokuraturze. A z wywabieniem innych trzeba czasami czekać aż na interwencję sądu. Niemniej, przepuszczone przez wyżymaczkę ministra sprawiedliwości opozycyjne owieczki wychodzą z tego zupełnie czyste. Znaczy – białe.

A czarne gdzie się podziały w takim razie? Przecież miało ich być – lekko licząc – jakieś pół platformerskiej zagrody! Tak przynajmniej wynikało z kampanii przedwyborczej PiS oraz ogłoszonego zaraz po wyborach „audytu”, który miał wyłapać je wszystkie i skutecznie izolować od reszty stada.

Ale wygląda na to, że ani rzeczony audyt, ani liczne kontrole wszystkich możliwych służb niewiele dały i czarnych opozycyjnych owiec ani widu, ani słychu. A jeszcze bezczelni „totalsi” sugerują, że wszystkie czarne barany polityki pochowały się w zagrodzie pana prezesa! Na razie w wyniku tych pomówień na PiS-owskiej łące wytypowano jednego kozła z KNF. Ofiarnego, jak się zdaje. Ale skóry innych owieczek pasących się przy tym samym żłobie i tak nie da się chyba uratować.

Co gorsza, nieudana próba zapędzenia w ten sam kozi róg niektórych platformerskich baranków skończyła się blamażem i jeszcze zwróciła uwagę publiczności na inny, znacznie zasobniejszy żłób w zagrodzie pana prezesa oraz biesiadujące przy nim spasione tryki. W świetle ujawnionych przy tej okazji faktów, ich futro wygląda na mocno nieświeże. No, niestety…

Partia pana prezesa podjęła zatem szeroko zakrojoną akcję masowego wybielania swoich owieczek, wspartą przez firmową Pralnię i Suszarnię: służby, media, kasę z budżetu i prokuraturę. Towarzyszą temu dyskretne zachęty do obywatelskiego demaskowania czarnych owiec opozycji oraz kubły darmowej smoły i błota do oddolnej akcji nurzania w nich stada „totalsów”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego. Suweren bowiem i tak wie swoje.

Bo wszak, żeby nie wiem co, aktualnej władzy i jej zwolenników nic nie przekona, że – by zacytować klasyka – białe owce z KO są białe, a czarne z PiS – czarne.

Po co więc było Morawieckiemu przedstawienie w parlamencie? Wniosek o wotum zaufania to dość nadzwyczajny środek. Szefowie rządu zwykle sięgają po niego w sytuacji głębokiego politycznego kryzysu, kwestionującego ich tytuł do sprawowania władzy. Morawiecki jak dotąd nie znalazł się w takim kryzysie. Wniosek o wotum miał mu jednak pomóc załatwić trzy sprawy. Po pierwsze, uciszyć opozycję przed debatą nad wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Po drugie, zewrzeć własne szeregi i potwierdzić pozycję w obozie władzy. Po trzecie wreszcie, wysłać do elektoratu jasny komunikat: w Polsce przełomu 2018 i 19 roku to PiS, a nie jakakolwiek inna siła, ma polityczną inicjatywę i rozdaje karty.

Z tym ostatnim był pewien problem w ostatnich miesiącach. PiS zamiast narzucać tematy dyskusji i osie sporu, zmienił się w partię reaktywną, zdolną jedynie do gaszenia kolejnych pożarów. Przełomowym momentem była tu informacja o wniosku Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z polską konstytucją traktatów o Unii Europejskiej. Wmanewrowało to PiS w pozycję, gdzie partia musiała bronić się przed zarzutami o chęć Polexitu. Biorąc pod uwagę bardzo dalekie od oczekiwań wyniki wyborów samorządowych – średnio skutecznie. Potem były kolejne kryzysy: dalszy ciąg sporu z instytucjami UE, list ambasador USA i afera KNF.

Zwarcie szeregów

O ile dwa pierwsze cele Morawiecki, jak się wydaje, zrealizował, to problem może być z trzecim. By PiS i premier osobiście odzyskali inicjatywę w polskiej polityce, potrzeba znacznie więcej, niż zwycięstwo w głosowaniu, którego nie dało się przegrać.

Głosowanie nad wotum ułatwia za to Morawieckiemu politykę w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim wyprzedza wniosek opozycji o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. PiS będzie teraz twierdził, że po środzie wniosek jest bezprzedmiotowy – rząd ma wyraźną parlamentarną większość. Nowogrodzka być może w ogóle nie dopuści do procedowania wniosku opozycji. Jeśli nawet do niego dojdzie, będzie to musztarda po obiedzie, PiS i jego media po prostu ośmieszą całą akcję.

Oczywiście, od początku nie było szans, by wniosek PO obalił rząd. Debata nad nim oznaczała jednak wystąpienia wszystkich klubów parlamentarnych, walących w rząd jak w bęben. Opozycyjni posłowie powtarzaliby w kółko: KNF, kumulacja roczników w szkołach średnich, wzrost cen prądu, protesty rolników, policjantów, urzędników i nauczycieli, Polexit. Morawiecki musiałby się do tego wszystkiego odnieść – zamiast tego zafundował opozycji i opinii publicznej spektakl propagandy sukcesu.

Głosowanie pomogło też zewrzeć szeregi rządzącej partii. Oponenci premiera we własnym obozie siedzieli cicho i pokornie podnieśli ręce w górę za rządem. Głosowanie wzmacnia Morawieckiego przed zaplanowaną na 15.12. kolejną konwencją rządzącej partii. Być może zostanie na niej ogłoszona rekonstrukcja rządu. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że z niektórymi ministrami – Krzysztofem Tchórzewskim, Beatą Kempą, Beatą Szydło, Mariuszem Kamińskim, Zbigniewem Ziobrą – premierowi nie współpracuje się dobrze i już od dawna zgłaszał kierownictwu PiS chęć ich zmiany. Jeśli po manewrze z wotum zaufania, Morawiecki ogłosi rekonstrukcję rządu wyśle elektoratowi sygnał: to ja kontroluję sytuację.

Rok gaszenia pożarów

Ciągle niemożliwa wydaje się jednak wymiana najbardziej kłopotliwego dla premiera członka rządu: Zbigniewa Ziobro. Przez pierwszy rok swoich rządów Morawiecki zamiast realizować swój program zajmował się gaszeniem pożarów pochodzących z ministerstwa sprawiedliwości, głównie tych wokół ustawy o IPN i sporu z Unią o niekonstytucyjną i niepotrzebną reformę sądów. W dodatku w ostatnich miesiącach Ziobro zachowywał się w sposób, który świadczy albo zupełnej utracie zdolności do racjonalnego politycznego osądu albo o tym, że prokurator generalny prowadzi nielojalną grę na osłabienie swojego obozu politycznego, w celu wywołania w nim przesilenia i zmiany premiera.

Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny.

Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów.

Do sukcesji droga daleka

Dlatego warto zachować sceptycyzm wobec analiz wskazujących, że właśnie widzieliśmy namaszczenie Mateusza Morawieckiego na politycznego spadkobiercę Jarosława Kaczyńskiego, następnego przywódcę Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli Kaczyński ma w planie taką sukcesję, droga do niej jest ciągle daleka.

Jak pokazał niedawno przypadek Ewy Kopacz, przywództwo demokratycznej partii to nie jest coś, co można otrzymać w wyniku „feudalnego” nadania od politycznego „seniora”. Przywództwo trzeba sobie wywalczyć. Oponentów – których na prawicy Morawieckiemu nie brakuje – trzeba samemu pokonać, politycznie unieszkodliwić, lub przeciągnąć na swoją stronę. Morawiecki ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Ważnym testem będzie dla niego przyszłoroczny maraton wyborczy. Jeśli go wygra, jego tytuł do sukcesji po Kaczyńskim się wzmocni. Z Ziobrą na pokładzie wygrać będzie mu trudno, ale równie trudno w sytuacji otwartej wojny z liderem Solidarnej Polski. Zwłaszcza, jeśli swoją partię odpali ojciec Rydzyk i Ziobro będzie miał gdzie pójść. Bardziej niż od głosowania nad wotum zaufania, polityczna przyszłość Morawieckiego zależy od tego, jak poradzi sobie z tym „paragrafem 22” pisowskiej polityki.

W Sejmie zdecydować się na wspólny klub, poza Sejmem na wspólne zespoły programowe. I muszą już dziś zacząć budować wspólną wyborczą listę opozycji. Ci którzy tego nie chcą, powinni odejść od stołu i przestać udawać. Kryzys w Nowoczesnej, jeśli wydarzyłby się na miesiąc, a nie na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałby gwarantowane zwycięstwo Kaczyńskiego.

Niekończący się proces „jednoczenia demokratycznej opozycji” – będący tak naprawdę agresywną grą o zachowanie własnej, choćby najsłabszej firemki i własnego, choćby najbardziej pokiereszowanego logo – jeśli będzie trwał do ostatnich tygodni kampanii wyborczej, skończy się dla demokratycznej opozycji tak, jak „jednoczenie lewicy” skończyło się w 2015 roku dla Palikota i Millera. Nie można do ostatniego miesiąca przed wyborami atakować się w mediach, podstawiać sobie nogi, przedkładać osobisty interes nad wspólny – aby dopiero w kampanii wyborczej ściskać sobie ręce i mówić: „jesteśmy koalicją”. Nikt w to nie uwierzy. Nikt też nie uwierzy w to, że tak sklecona formacja będzie potrafiła rządzić Polską po swoim ewentualnym zwycięstwie.

Gdyby Kaczyński musiał się użerać z Ziobrą i Gowinem do ostatnich dni kampanii wyborczej 2015 roku, przegrałby zarówno wybory prezydenckie jak i parlamentarne. Jeśli przed wyborami 2019 roku rzeczywiście powstanie Partia Rydzyka, to nawet gdyby natychmiast rozpoczął się spektakl „negocjacji” i „jednoczenia”, czyli targów o kasę i miejsca na listach, Kaczyński przegra wybory. Partia Rydzyka odegrałaby wówczas na prawicy taką samą rolę – czysto destrukcyjną – jaką po stronie liberalnego mieszczańskiego centrum może odegrać partia Roberta Biedronia.

Dlatego także negocjacje koalicyjne po stronie opozycji muszą się skończyć jak najszybciej. Pozostawiając jak najwięcej czasu przed wyborami na faktyczne zaprezentowanie Polakom wspólnej strategii i wspólnego programu na Polskę po rządach PiS-u. Kamila Gasiuk-Pihowicz to rozumie, parę innych osób nieco mniej.

W wyborach samorządowych wyborcy opozycji powiedzieli wyraźnie, że chcą realnej jedności opozycji, a nie trwających bez końca negocjacji zjednoczeniowych. Opozycja wygrała tam, gdzie była naprawdę zjednoczona – wokół jednego kandydata, wokół jednej listy. Czyli przede wszystkim wygrała w miastach. Nie wygrała w sejmikach wojewódzkich, gdzie każdy lider – od zbyt ambitnych samorządowców, po zbyt ostrożnych liderów PSL i SLD – chciał zachować absolutną odrębność. Żeby później, dysponując jednym czy dwoma radnymi, ale za to absolutnie „własnymi”, odegrać w koalicyjnych targach rolę większą, niż by wynikało z jego realnej siły. Gdyby opozycja poszła na jednej liście, uczciwie pracując nad stworzeniem demokratycznego minimum programowego, żeby udowodnić Polakom, iż jednoczenie nie musi być wyłącznie ratowaniem stołków, PiS rządziłoby dalej tylko na Podkarpaciu. We wszystkich innych województwach opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, jeśli mimo to PiS rządzi gdziekolwiek poza Podkarpaciem, to tylko z powodu podziałów opozycji albo – jak na Śląsku – z powodu zwyczajnej korupcji i zdrady.

Walka czy teatr

Kiedy słucham wypowiedzi polityków i komentatorów (tych liberalnych, bo PiS-owcy z zupełnie innych powodów entuzjastycznie bronią „pluralizmu opozycji”) walących zawsze do jednej bramki, orzekających winę Schetyny i PO nawet tam, gdzie ich partnerzy i konkurenci nie wykazują żadnej ochoty do współpracy, wydaje mi się, że cały krzyk na temat zagrożenia demokracji w Polsce dla wielu krzyczących jest tylko teatrem. No bo z jednej strony mamy heroiczne selfies robione sobie na tle kordonu policji pod Sejmem, mamy rytualne teksty i wypowiedzi, jakim to ostatecznym zagrożeniem jest Jarosław Kaczyński, po czym wszystko toczy się po staremu. Dla polityków najważniejsza jest „moja ambicja, mój szyld, choćby przez taki wybór priorytetów Kaczyński miał rządzić kolejną kadencję”. A dla komentatorów najważniejsza jest „moja zemsta za to, że kiedyś Tusk i Schetyna wyszli z Unii Wolności”, albo „moja wizja radykalnej lewicy, dla której głównym przeciwnikiem wcale nie jest populizm Kaczyńskiego, ale liberalizm Platformy”. Cała reszta jest tylko teatrem odgrywanym dla ludzi.

Flaki się też człowiekowi wywracają, kiedy po raz kolejny czyta anielskie komentarze na temat tego, jak opozycja „się” jednoczy lub mogłaby „się” zjednoczyć, tylko Schetyna i PO w tym jednoczeniu „się” opozycji przeszkadzają. „Się szło”, „Się przystanęło”, „Się wypiło wódkę” – to są cytaty z poezji i prozy Edwarda Stachury (zupełnie niezłej i niesłusznie zapomnianej). W polityce żadne „Się” nie istnieje. Istnieją instytucje, istnieją partie, istnieją ich liderzy. Poza tym jest tylko publicystyczna piana.

Wśród opozycyjnych partii czy sił politycznych PO okazało się najtrwalsze, najbardziej zdolne do politycznego działania, jej ludzie okazali się najbardziej profesjonalnymi politykami. Wśród liderów partyjnych Schetyna okazał się politykiem, który obronił i skonsolidował Platformę zdemolowaną po taśmach i wyborczych porażkach. Tymczasem Petru politykiem się nie okazał, a co do Biedronia nie ma żadnej pewności (drogę do polskiej polityki utorował mu Janusz Palikot). Dziś Biedroń ma nadzieję, że jeśli nawet rozbije głosy centrowego elektoratu (on w żaden sposób nie poszerza elektoratu centrum, a tylko próbuje kanibalizować wyborców PO, Nowoczesnej oraz SLD), jeśli nawet opozycja przez to przegra i Kaczyński będzie rządził Polskę przez następne cztery lata, to przynajmniej on sam znajdzie się w Brukseli, a jego inicjatywa stanie się szalupą ratunkową po zniszczeniu przez Kaczyńskiego wszystkiego innego. Otóż jak Kaczyński porządzi kolejne cztery lata, to nie tylko nie będzie już w Polsce niezawisłych sądów, nie tylko nie będzie wolnych mediów, ale nie będzie też miejsca dla odrębnych partii Roberta Biedronia czy Ryszarda Petru.

Dlatego Schetyna powinien rozmawiać z Lubnauer, z Petru, z Kosiniak-Kamyszem, z Czarzastym, a nawet z Biedroniem – proponując im wspólną listę, pracę nad wspólnym minimum programowym, wspólne budowanie Polski po PiS-ie. Ale tylko do pewnego momentu, który już się zbliża. Spektakl jednoczenia się bez zjednoczenia, trwający za długo, do samych wyborów, to dla opozycji samobójstwo.

Prezydent nie tylko bogatych

Macron ogłosił, że Francja znajduje się dziś w „społeczno-ekonomicznym stanie wyjątkowym”. Demokratyczni przywódcy nie sięgają po takie określenia w innych sytuacjach niż głęboki kryzys. Francja znajduje się dziś w takim kryzysie. Choć gospodarka – patrząc na makroekonomiczne wskaźniki – nie radzi sobie tragicznie źle, to cały model społeczno-ekonomiczny przeżywa kryzys legitymacji, być może najgłębszy od roku ’68.

Szeroka klasa średnie ma poczucie, że jej zasoby i możliwości dobrego, godnego życia radykalnie się kurczą za sprawą rosnących cen (głównie nieruchomości) i niedostatecznego tempa wzrostu dochodów. W dodatku Francuzi są przekonani, że rozwój gospodarczy ostatnich lat służy głównie wąskiej grupie najbogatszych. Na co zupełnie obojętni są politycy, odklejeni od potrzeb zwykłych ludzi, zblatowani ze światem żyjących ponad społeczeństwem elit.

Całe poniedziałkowe wystąpienie Macrona wyglądało, jakby miało na celu pozbycie się łatki „prezydenta najbogatszych”. Francuski przywódca wyraźnie zmienił język. Zamiast o Francji start-upów i nieskrępowanej przedsiębiorczości mówił o samotnych matkach, które pod koniec miesiąca mają problem, by domknąć domowy budżet. O seniorach, którzy po cały życiu ciężkiej pracy, nie są w stanie godnie żyć bez pomocy dzieci. O społeczeństwie tracącym nadzieję. O kraju, który słusznie – lecz jak na razie na próżno – pragnie godnie żyć ze swojej pracy.

Zaproponował też kilka środków, mających przynieść ulgę najbardziej potrzebującym. Godziny nadliczbowe mają zostać zwolnione od podatku. Emeryci, dostający mniej niż 2000 euro mają zostać zwolnieni z zaplanowanych na przyszły rok podwyżek składek na ubezpieczenie społeczne, co zwiększy kwotę netto świadczenia. Wreszcie wzrosnąć ma płaca minimalna – o 100 euro miesięcznie. W dodatku – nie znamy szczegółów – ma się to dokonać bez obciążania pracodawców „ani jednym euro więcej”.

To ostatnie to największe ustępstwo prezydenckiego obozu. Jeszcze niedawno rząd przekonywał, że żadna podwyżka płacy minimalnej wyższa, niż wynikająca z ustawy, w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa i niepożądana dla gospodarki. Siła społecznego niezadowolenia uczyniła nagle niemożliwe możliwym.

Czy to wystarczy?

Pytanie, jakie zdecyduje o najbliższej przyszłości Francji, brzmi: „czy to wystarczy?” Choć takie rozwiązania, jak wyższa płaca minimalna, wychodzą naprzeciw żądaniom protestujących, to kryzys jest znacznie głębszy. Macron zdaje sobie chyba z tego sprawę. Poza doraźnymi reformami zapowiedział także szerokie konsultacje społeczne na temat przyszłości Francji. Prezydent ma przemierzyć cały kraj i spotkać się z każdym urzędującym merem, by wspólnie ustalić co w kraju wymaga naprawy i w jakim kierunku powinny podążać zmiany. Zapowiedział też szerokie konsultacje z liderami biznesu na temat ich udziału w wysiłku ekonomicznej transformacji Francji. Rząd ma się też zająć problemem złośliwego i uporczywego unikania podatków przez najbogatszych.

Problem w tym, że Macron w tym wszystkim może być dla Francuzów zwyczajnie niewiarygodny. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby rozmowę o tym, jak sprawić, by zwykli ludzie znów poczuli się godnie i bezpiecznie w swoim państwie, zaczął na początku kadencji. Tymczasem pierwszy rok nowego prezydenta przebiegał pod znakiem polityki, która przez szerokie grupy obywateli Francji postrzegana była jako arogancka, monarchiczna, ignorująca potrzeby klasy średniej i ludowej, służąca wyłącznie najbogatszym. Korektę tej polityki wymusił dopiero płonący co tydzień Paryż i fruwające w powietrzu kawałki bruku.

To nie tylko francuski problem

W takich warunkach Macronowi bardzo trudno będzie ubrać w szaty „prezydenta ludowego”. A to wydaje się konieczne, by uspokoić sytuację i rozpocząć poważną rozmowę z partnerami społecznymi na temat tego, co dalej z francuskim modelem społeczno-politycznym. Prezydentowi ciężko też będzie znaleźć partnerów do tej rozmowy wśród politycznej opozycji. Marine Le Pen ze Zgromadzania Narodowego (jak od jakiegoś czasu nazywa się Front Narodowy) i lider lewicowej Francji Nieugiętej, Jean-Luc Mélenchon, będą teraz grać na maksymalną polaryzację polityczną, eskalację konfliktu, wywrócenie rządu i nowe rozdanie, w którym liczą na wzięcie władzy przynajmniej w parlamencie. Francję czeka w najbliższych tygodniach bardzo burzliwy politycznie okres, w którym wiadomo głównie to, że nic nie wiadomo.

Problem, przed jakim staje Francja nie jest przy tym specyficzny wyłącznie dla niej. Podobne problemy ma niemal każde zamożne, zachodnie społeczeństwo. Wszędzie szerokie grupy czują, iż bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt, jaki kiedyś traktowały jako oczywiste, stają się coraz mniej dostępne. To rodzi gniew, na gruncie którego doskonale wzrastać może populistyczna polityka spod znaku Trumpa, włoskiej Ligii Północnej i Ruchu 5 Gwiazd, Alternatywy dla Niemiec, czy Brexitu.

Zwycięstwo Macrona we Francji miało dowodzić, że Francja jest odporna na podobne zagrożenia. Populizm spod znaku Le Pen – tak jak we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach – był jednak tylko symptomem głębszych, strukturalnych problemów. Upojony zwycięstwem obóz Macrona przez rok udawał, że one nie istnieją. Teraz, przynajmniej chwilowo, nie może udawać.

Cały zachód i każde z tworzących go państw z osobna potrzebuje dziś dyskusji nad nową umową społeczną na XXI wiek. Stara, ustalona pod koniec ubiegłej dekady wyraźnie nie działa. Potrzebujemy wspólnie zdecydować jak usprawnić demokrację, jak dać ludziom realne poczucie wpływu i reprezentacji, jak dzielić zyski, ryzyka i koszty. Spór o to może potrwać kilka dekad, nie wiadomo czy i kiedy uda się dojść do jakiegoś sensownego porozumienia. Ale być obserwujemy właśnie coś, co po latach historycy mogą uznać za początek bardzo ważnego politycznego zwrotu. Nie tylko we Francji.

— SENATOR BIERECKI ROZGRZESZA BANDYTĘ – jedynka GW: “- Czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy o inne okoliczności, to już prokuratura jest w stanie wyjaśnić – tak Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK-ów, skomentował zamach na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Dodał, że prokuratorskie zarzuty wobec urzędnika „są słuszne”.
wyborcza.pl

— JERZY MEYSZTOWICZ W TEKŚCIE DLA RZ PISZE O GROŹBIE PRZEJMOWANIA PRYWATNYCH FIRM NA MODŁĘ ORBANA: “Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem. Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce”.
rp.pl

>>>

>>>

Tomasz Lis o Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej oraz o innych sprawach

9 Gru

>>>

>>>

Duda się zgubił, za to jest wielki Lech Wałęsa, który godnie nas reprezentuje

6 Gru

>>>

„Jestem pod wrażeniem postawy Pana Prezydenta Wałęsy. Dzisiejsza, odważna „manifestacja”, to kolejne potwierdzenie, dlaczego został liderem Solidarności, dlaczego szanują go ludzie na całym świecie, dlaczego zapisał się w historii. Mali zawistni ludzie tego nie zniszczą” – to reakcja jednego z internautów na założenie przez Lecha Wałęsy koszulki z napisem „Konstytucja” na pogrzeb prezydenta USA Georga H.W. Busha.

Prawicowe media i portale wręcz prześcigały się w dyskredytowaniu Wałęsy.

„Noblista uczestniczy w spotkaniu najważniejszych osób na świecie, nosi na sobie koszulkę-manifest, a prawicowi dziennikarze twierdzą, że nikt z Nim nie zamieni słowa. A dzięki temu manifestowi o łamaniu przez PiS Konstytucji napiszą jutro wszyscy. I to tych dziennikarzy boli” – skomentował na Twitterze prof. Marcin Matczak.

Lech Wałęsa na swoim profilu na Twitterze umieścił zdjęcia, na których widać, jak po uroczystości, witają się z nim Hillary i Bill Clintonowie oraz Barack Obama. – „A czy Andrzej Duda może pochwalić się takimi zdjęciami? Bo nie wiem …. nie zauważyłem …. konie były?”. To oczywiście aluzja do selfie, które zrobił sobie z koniem Andrzej Duda podczas wystawy rolniczej.

„Jaka jest różnica między Wałęsą w USA a Dudą w USA? Z Wałęsą każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Duda by chciał sobie zrobić zdjęcie z każdym” – spuentował inny internauta.

Za sprawą publikacji „Dużego Formatu” („Gazety Wyborczej”) wrócił temat pedofilii zmarłego w 2010 r. prałata Henryka Jankowskiego, kapelana Solidarności, zasłużonego dla antykomunistycznej opozycji w latach 80. Upamiętniono go w 2012 r. pomnikiem wzniesionym na skwerze, który nazwano jego imieniem. Teraz pod figurą księdza ktoś położył dziecięce buciki. Pojawiły się też kartki z napisem „pedofil”. Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus zaapelowała do prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (w młodości ministranta w kościele św. Brygidy, gdzie ks. Jankowski był proboszczem) o usunięcie pomnika, bo „zasługi niczego nie wymazują. Pedofilia to zbrodnia”.

Na stronie petycjeonline.com umieszczono petycję do radnych miasta Gdańska wnoszącą o likwidację pomnika i odebranie skwerowi imienia prałata. Prezydent Adamowicz zapowiedział w tej kwestii konsultacje z mieszkańcami. Pod publikacjami relacjonującymi treść reportażu pojawiły się setki opinii internautów.

Pedofilia w Kościele. Ofiary i państwo, które nie pomaga

Henryk Jankowski czternaście lat wcześniej

Pierwszy raz o sprawie głośno zrobiło się latem 2004 r. Wtedy to gdański sąd rodzinny złożył w prokuraturze doniesienie o podejrzanych kontaktach prałata z jednym z ministrantów. Prokuratura wszczęła śledztwo z artykułu 200 kodeksu karnego, który dotyczył molestowania nieletnich. Chłopak miał wtedy 16 lat, był skonfliktowany z rodzicami. Zaprzeczał, jakoby był molestowany. Biegły uważał, że kłamie. Cała historia była niejasna. Sporo mówiło się wtedy o upodobaniu duchownego nie tyle do dzieci, ile do młodych mężczyzn. Że kręcą się po plebanii, zachowują nazbyt swobodnie, że ksiądz obdarowuje ich prezentami. Ktoś był świadkiem jakiegoś powitalnego czy pożegnalnego pocałunku w usta.

Był niesmak, nie było twardych dowodów przekroczenia granic. Tylko plotki i domysły. Sprawa rozeszła się po kościach. Trudno dziś powiedzieć, czy prokuratura zrobiła wówczas wszystko, by dogłębnie rzecz wyjaśnić, czy wprost przeciwnie, badała sprawę tak, by nic nie znaleźć. Postępowanie skończyło się umorzeniem.

Nawiasem mówiąc, opinię publiczną (nie licząc fanklubu ks. Jankowskiego) bardziej oburzało wtedy upodobanie duchownego do luksusowych aut, strojnych szat i wystawnego życia, a także antysemickie wypowiedzi.

Buciki Pamięci – upamiętnijmy ofiary kościelnej pedofilii

Nowe otwarcie sprawy prałata Jankowskiego

O wykorzystywaniu dziewczynek na tamtym etapie w ogóle nie było mowy.

Ten wątek pojawił się dopiero teraz wraz z relacją głównej bohaterki reportażu w „Dużym Formacie”. Zdecydowała się ona pod imieniem i nazwiskiem opowiedzieć o swoich traumatycznych doświadczeniach sprzed 50 lat, gdy była 12-letnią dziewczynką. Według publikacji katalizatorem tej decyzji było zetknięcie się ze wspomnianym na wstępie pomnikiem honorującym księdza. Ale zapewne nie bez znaczenia była zmiana klimatu społecznego wobec tego typu spraw. W rezultacie ofiary nadużyć seksualnych ze strony duchownych mogą dziś liczyć na większe zrozumienie i wsparcie aniżeli przed laty.

To zrozumienie dla pokrzywdzonych przebija w postach zamieszczanych w internecie. Co więcej, z potępieniem nadużyć seksualnych ks. Jankowskiego wystąpili znani publicyści zarówno prawicowi, jak i lewicowi. Choć nie brak też osób traktujących reportaż „Dużego Formatu” jako szkalowanie, nagonkę na Kościół.

Opublikowano mapę kościelnej pedofilii w Polsce

Zmarły prałat pod pręgierzem

Artykuł wywołał burzę emocji. Ale emocje nie są najlepszym filtrem tam, gdzie potrzebna jest weryfikacja faktów. Nie ma powodów, by nie wierzyć bohaterce reportażu, gdy opowiada o swoim osobistym doświadczeniu. Ale już zrelacjonowana przez nią historia jej starszej koleżanki Ewy, która jakoby zaszła w ciążę zgwałcona przez ks. Jankowskiego i popełniła samobójstwo, wymagałaby gruntownego sprawdzenia. Lecz przez kogo? Nie ma szans na przeprowadzenie śledztwa prokuratorskiego. Nie tylko ze względu na upływ czasu. Bo nawet gdy takowe jest w toku, a podejrzany umiera, to się je umarza. Ten oskarżony nie żyje od kilku lat. Nie może się bronić. Więc rzucane dziś gęsto i łatwo słowa o zboczeńcu, odrazie, obrzydzeniu też budzą pewien niesmak, opór, wątpliwości. Nasuwa się pytanie: czy media powinny być ostateczną instancją, najwyższym sądem w tego typu sprawach?

A na to się właśnie zanosi.

Kościół bez rękojmi w sprawie pedofilii

W Polsce przyjęła się zasada, żeby o zmarłym mówić dobrze albo wcale. Stąd sporo jest też głosów niechęci, iż oto ktoś tę świętą zasadę narusza. Że miało to sens, gdy prałat żył. „Z martwymi się nie boksuje” – pisze jeden z internautów. Trzeba się skupić na żywych, którzy wciąż szkodzą. Z drugiej strony wiemy już, jak skomplikowane bywają konsekwencje molestowania seksualnego, zwłaszcza w przypadku nieletnich. Że często trzeba wielu lat, żeby takie zdarzenia ujawnić. Więc przydałaby się jakaś ścieżka dla tych, których krzywdziciele nie żyją.

Gdyby polski Kościół jako instytucja był w kwestii rozliczeń z pedofilią wiarygodny, gdyby dawał rękojmię uczciwego zbadania każdej sprawy, to byłby on właściwą instancją. Ale wiemy, jak różnie polscy hierarchowie reagują na stanowcze deklaracje i apele papieża Franciszka. Trudno uwierzyć, że metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź stanąłby na wysokości zadania, gdyby to do niego przyszła bohaterka reportażu i opowiedziała swoją historię.

Dokąd zmierza polski Kościół?

Od wczoraj możemy obserwować bardzo pouczające przedstawienie: jak Platforma Obywatelska Grzegorza Schetyny zmusza do zjednoczenia Nowoczesną. Oficjalnie nazywa się to dużo delikatniej stworzeniem wspólnego klubu Koalicji Obywatelskiej.

Już od wyborów samorządowych wiadomo, że partia Katarzyny Lubnauer nie poradzi sobie sama poza koalicją z PO. Może za to dziwić tempo, z jakim Schetyna postanowił tę sytuację zdyskontować.

Zakładnicy d’Hondta

Na krótką metę Schetyna wygrał

Kilka kwestii jest w tej historii jasnych. Z wąsko rozumianego punktu widzenia wchłonięcie Nowoczesnej w całości czy w znaczącej części (tego jeszcze nie wiemy) to korzyść: zwiększenie liczby posłów, a także posiadaczy innych mandatów zdobytych przed chwilą w wyborach lokalnych. To także pokaz siły w konserwatywno-liberalnej opozycji – żaden byt w kluczowym dla Platformy segmencie elektoratu, prodemokratycznego i prorynkowego jednocześnie, nie ma szans na samodzielność.

Być może szef PO podjął decyzję o wrogim przejęciu Nowoczesnej po sprawie Wojciecha Kałuży. Ten śląski deputowany wystawiony przez Nowoczesną stał się sławny, gdy zdezerterował z Koalicji Obywatelskiej i poparł PiS, dzięki czemu partia Jarosława Kaczyńskiego przejęła ósme województwo w kraju. Schetyna może kalkulować, że jeśli będzie miał wpływ na dobór wszystkich kandydatów Koalicji Obywatelskiej w nadchodzących wyborach, nie dopuści do kandydowania potencjalnych dezerterów.

Dla Nowoczesnej obecna awantura zakończy się polityczną śmiercią. Albo ugrupowanie ulegnie ultimatum Schetyny i da się wchłonąć na warunkach Platformy, albo zostanie podzielone na pół. A pół łódki już samo nie popłynie. Zwolennicy zjednoczenia i popierającej je Kamili Gasiuk-Pihowicz de facto otwarcie zbuntowali się przeciwko kierownictwu Lubnauer. Jeśli nie zmuszą partyjnych kolegów do pójścia w swoje ślady, odejdą sami i pozostawią za sobą zgliszcza.

Czy możliwy jest sojusz „trzecich sił”

Czy przyjdą inni kandydaci na przystawki

Zupełnie inną kwestią jest odpowiedź na pytanie, co ta awantura oznacza dla przyszłości opozycji w Polsce i wyników kluczowych wyborów parlamentarnych w 2019 r. Zwycięstwo PiS w przyszłorocznym głosowaniu na posłów będzie oznaczało konsolidację obozu władzy i stopniową orbanizację kraju. Orbanizację rozumianą jako budowę systemu, w którym opozycja nie ma żadnych szans na przejęcie władzy.

Opozycja może wygrać w 2019 r. tylko wtedy, jeśli pójdzie do wyborów jako jedna szeroka koalicja (wysokie poparcie dla takiego bloku pokazał ostatnio sondaż Pollstera dla „Super Expressu”) lub maksimum dwie listy. Gdybym teraz był liderem jakiejś partii opozycyjnej, to po doświadczeniu ostatnich dni poważnie zastanowiłbym się nad jakimkolwiek aliansem z Platformą.

Oczywiście posłowie Nowoczesnej, którzy wejdą do klubu PO, indywidualnie zachowają szansę na przyszłość w polityce. Ale prawdziwej polityki już robić nie będą, a ich partia przestanie istnieć. Czy inni pójdą na takie ryzyko? Podzielą los Nowoczesnej czy tzw. przystawek, Samoobrony i LPR, pożartych przez PiS w 2007 r.?

Uskrzydlona koalicja

Dla Schetyny ważna polityczna siła i karne wojsko

Co więcej, Koalicja Obywatelska też poniesie polityczne straty na tej operacji. I nie chodzi tu tylko o profity wynikające z istnienia odrębnego klubu Nowoczesnej w Sejmie (m.in. prawo do stanowisk, w tym wicemarszałka, czas przemówień etc.). Wśród wyborców liberalnych wciąż bowiem istnieje grupa tych, którzy rozczarowali się rządami PO, pamiętają je i nie chcą głosować na Platformę. Ci wyborcy głosowali na kandydatów Nowoczesnej na listach Koalicji Obywatelskiej, dopóki ta partia miała jakąś samodzielność. Teraz odejdą do innych ugrupowań albo się zdemobilizują.

Zmniejszy się także potencjał przyciągania Koalicji Obywatelskiej. Nowoczesna w kilku dziedzinach różniła się od PO, była bardziej liberalna obyczajowo, bardziej stanowczo stawiała na rozdział państwa i Kościoła, mocniej stawiała na przedsiębiorczość. A większa różnorodność programowa oznacza szerszą ofertę dla wyborców. Teraz istnieje spore ryzyko, że wszystko zostanie zglajszachtowane. Zwłaszcza w Platformie, która jest uznawana za pragmatyczną, wypraną z idei partię władzy – bez władzy.

Schetyna zdecydował, że od tego wszystkiego ważniejszy jest pokaz siły i utrzymywanie na zapleczu karnego wojska. Za niecały rok zobaczymy, czy ma rację.

Lewica czeka na Biedronia

Schetyna uważa, że obie partie są podobne do siebie i powinny się połączyć. Jego zdaniem szyld Koalicji Obywatelskiej nie bardzo się przyjął i czas go zwinąć, a na wybory do Parlamentu Europejskiego i późniejsze wybory parlamentarne w 2019 roku budować szerszą formułę pod nową nazwą.

Jednak operacja połączenia obu klubów a później partii jest ryzykowna. Z badań, które Nowoczesna zamówiła latem, wynika, że część jej wyborców nie zagłosuje na PO, bo wciąż jej nie ufa. Na trwałe zniechęcił ją demontaż OFE, za małe wsparcie dla przedsiębiorców, czy zbyt konserwatywne poglądy w kwestiach światopoglądowych. Dla tych wyborców formuła Koalicji Obywatelskiej była bezpieczna, bo nie musieli wprost popierać PO. Mieli Nowoczesną, na którą mogli głosować. Jeśli Nowoczesna połączy się z Platformą, ten elektorat może przerzucić swoje głosy na nową partię Roberta Biedronia albo na ugrupowanie Ryszarda Petru. Ten ostatni teraz będzie mógł triumfować, że to on jest prawdziwą Nowoczesną, a tamta była tylko przystawką PO. Wchłonięcie Nowoczesnej może więc stworzyć przestrzeń dla nowych ugrupowań, a Koalicję Obywatelską może osłabić. W efekcie może zyskać na tym PiS.

Poza tym styl przeprowadzenia tej operacji jest fatalny. Lider Platformy forsuje połączenie klubów wbrew woli szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, która jeszcze w środę po południu mówiła, że tego nie popiera. Lubnauer wydawało się, że jej stosunki ze Schetyną są partnerskie, a on teraz próbuje ją ograć. Za jej plecami dogadał się z szefową klubu Nowoczesnej Kamilą Gasiuk-Pihowicz, która złożyła wniosek o połączenie obu klubów. W sejmowych kuluarach mówi się, że Gasiuk-Pihowicz ma za to obiecaną dwójkę na warszawskiej liście Platformy do Parlamentu Europejskiego.

Na razie wrogie przejęcie się nie udało, bo wniosek poparło zaledwie 6 posłów na 14 obecnych na posiedzeniu. Jednak, widząc determinację PO, wydaje się tylko kwestią czasu, gdy Platforma przekona (przekupi obietnicami tzw. biorących miejsc na listach) tylu posłów Nowoczesnej, żeby dopiąć swego. Zresztą już w środę 7 posłów Nowoczesnej odeszło z klubu i przystąpiło do nowego klubu PO-Koalicja Obywatelska, a Schetyna publicznie zaapelował do Katarzyny Lubnauer, żeby zgodziła się na połączenie.

Niewykluczone, że Lubnauer – postawiona pod ścianą – w końcu się ugnie i zgodzi się na połączenie. Jednak ten fatalny styl połykania Nowoczesnej nie wróży najlepiej ani przyszłej współpracy polityków obu partii, ani budowie szerszego porozumienia opozycji na kolejne wybory. Liderzy innych ugrupowań mogą mieć obawy przed rozmowami z PO widząc, jak traktuje mniejszych partnerów. I będą to obawy uzasadnione.

Waldemar Mystkowski pisze o zależności Kaczyńskiego od Rydzyka.

PiS jest rozgrywane przez Rydzyka i należy mniemać, że rośnie coraz bardziej konto (bankowe) ojca dyrektora.

Iranem Europy jeszcze raczej nie jesteśmy, ale przy względnie dobrym układzie zewnętrznym dla PiS może tak stać się w każdej chwili. Politycy partii Kaczyńskiego mentalnie już są na to gotowi. Mateusz Morawiecki złożył hołd Tadeuszowi Rydzykowi i przy okazji wygłosił laudację – przecież ojciec dyrektor to doktor teologii – o wyższości miłości jego owieczek do ojczyzny nad uczuciem patriotycznym pozostałych rodaków.

Rydzykowi aż gałki oczne wybałuszyły się na czoło, a piramidka ze złożonych dłoni zajaśniała aureolą oczekiwania na kolejne miliony z budżetu państwa. Ta dewocyjna zależność Morawieckiego do rozporządzania głosami wyborczymi, jakie są w posiadaniu redemptorysty jeszcze szwankuje, bo nie zhołdował się Jarosław Kaczyński, tylko jego giermkowie.

I bodaj żadnym wytłumaczeniem nie jest chore kolano prezesa, które uniemożliwiło mu pielgrzymkę do Torunia, wszak bardziej chorzy chodzą za pomyślnością do Santiago de Compostela. Lecz ajatollah z Torunia to iście najlepszy lis pośród lisów.

Hołd hołdem, ale jaki ma on być rzeczywiście? – mogą zastanawiać się znawcy ceremoniałów i rytuałów, jakie oglądali przy okazji obchodów 27. rocznicy powstania Radia Maryja. Pląsy polityków PiS były godne nawet takich zdarzeń kulturowych jak oddanie czci Słońcu, gdy to dziewice wychodzą na poranne zroszone łąki, aby oddać cześć naturze.

Ale i to nie zadowoliło Rydzyka, który na hołd PiS przygotował się dużo lepiej, niż można było przewidywać. Otóż kilka dni po hołdzie – ni z gruszki, ni z pietruszki – na światło medialne wychodzi news, iż zaufany ojca dyrektora Mirosław Piotrowski złożył wcześniej w sądzie papiery, aby zarejestrować partię o dumnej nazwie Ruch Prawdziwa Europa. Nie jakieś tam lelum-polelum Prawo i Sprawiedliwość, tylko z grubej rury Prawdziwa Europa.

No i co? Popłoch w PiS, bo kilka procent przy urnie wyborczej może uciec, a ponadto wzmocnienie niebywałe – ulubione słowo Kaczyńskiego – dla takich tuzów, jak Macierewicz i Ziobro. Każdy z nich wszak może stanąć na czele tej Prawdziwej Europy.

Paniki nie da się ukryć. Rzecznik PiS Beata Mazurek – retoryczny Kononowicz – nie potrafiła ukryć, jakie w otoczeniu prezesa Kaczyńskiego panuje drżenie łydek.  – „Każdy ma prawo zakładać partię, ale to kwestia odpowiedzialności za państwo. Jedność na prawicy jest warunkiem sukcesu. Niektórzy mogą mieć indywidualne cele. PiS przyjmuje odpowiedzialność za państwo. Każdy, kto burzy układ dzisiejszy ułatwia powrót do władzy lewicy” – napisała na Twitterze.

Tak rozgrywane jest PiS przez Rydzyka i należy mniemać, że rośnie coraz bardziej chciwe konto (bankowe) ojca dyrektora. A Kaczyński może sobie pluć w brodę, że jednak nie złożył hołdu i obawiać się, że za rok – w 28. rocznicę Radia Maryja – nie będzie już takiej potrzeby, bo PiS zostanie wyproszony przez wyborców od koryta, a niektórzy politycy tej partii mogą drżeć przed odpowiedzialnością najwyższej instancji – Trybunałem Stanu.

>>>

Schetyna, Lubnauer i Trzaskowski o potrzebie komisji śledczej ws. KNF

15 List

Schetyna o KNF: Komisja śledcza na pewno będzie powołana. Najwyżej zrobimy to w przyszłej kadencji

– Ta komisja śledcza na pewno będzie powołana. Najwyżej zrobimy to w przyszłej kadencji, jeżeli nam się teraz nie uda. To im powinno zależeć na tym, żeby pokazać, że to nie jest polityczna afera dziesięciolecia. Pamiętamy, co zrobiła afera Rywina i tu konsekwencje, może z odłożeniem, będą podobne – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

Schetyna o wniosku o odwołanie PMM: W ciągu najbliższych dni. Dziś analizujemy tę sytuację. Sprawa KNF tworzy nowy kontekst

– To będzie w ciągu najbliższych dni. Dziś analizujemy tę sytuację. Sprawa KNF tworzy nowy kontekst – mówił Grzegorz Schetyna.

Na stwierdzenie, że PO miała sporo czasu, bo wniosek był zapowiadany 13 października, szef PO odpowiedział: – Teraz to jest kwestia aktualizacji informacji. Mamy przygotowane uzasadnienie. Przygotowujemy i poprawiamy.

Schetyna o sytuacji na Dolnym Śląsku: Klasyczna odsłona korupcji politycznej

– Klasyczna odsłona korupcji politycznej. Nie w wymiarze KNF, a w wymiarze kupowania partnerów politycznych. Podatek miedziowy, który jest częścią wpływu do budżetu, a jego część będzie przekazana do miasta Lubin kosztem całego budżetu. Dlaczego cały Dolny Śląsk i budżet państwa mają płacić, by prezydent jednego miasta wykorzystywał swoją sytuację polityczną – stwierdził Schetyna w w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

Lubnauer: Powstanie komisji śledczej ws. KNF, na której czele stanie polityk opozycji, bardzo ważne

Zaskakujący jest wątek składania depozytu przez senatora Biereckiego w wysokości 60-70 mln złotych. W tej sprawie, zbadania tego wątku przez prokuraturę Nowoczesna chce złożyć wniosek. Jeżeli słyszymy, że Zbigniew Ziobro będzie osobiście nadzorował tą sprawę, to chciałam przypomnieć, że mówi się o pewnej grupie politycznej w ramach PiS-u, do której wchodzi zarówno pan Bierecki, jak i pan Ziobro, pani Szydło i zapewne pan Chrzanowski. W tej sytuacji nie można być sędzią we własnej sprawie. Dlatego tak ważne jest powstanie komisji śledczej, na której czele stanie polityk opozycji. Nie może być tak, że pewne grupy polityczne, koterie wewnątrz PiS za chwilę rozwalą wszystkie instytucje państwa” – mówiła na konferencji prasowej w Sejmie przewodnicząca Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer. 

Trzaskowski: PiS opowiadał, że będzie walczył z patologiami, a przedstawia je do sześcianu w polskiej rzeczywistości politycznej

– Nie chodzi o szanse opozycji, tylko chodzi o to, że dokładnie te patologie, o których PiS opowiadał, że będzie z nimi walczył, no to przedstawia je do sześcianu w polskiej rzeczywistości politycznej. Ta afera przypomina bardzo aferę Rywina, która pogrzebała SLD. To ten olbrzymi paradoks, że PiS mówił o patologiach, chociażby związanych z SLD czy czasami minionymi, a dokładnie w ten sam sposób widzimy tego typu mechanizmy w partii rządzącej, około partii rządzącej – stwierdził Rafał Trzaskowski w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24.

Trzaskowski: Jeżeli były zmiany w prawie związane z aferą KNF, a wszystko na to wskazuje, to jasne jest, że powinna powstać komisja śledcza

– Jeżeli były zmiany w prawie, związane z tą aferą, a wszystko na to wskazuje, to w tym momencie jasne jest, że powinna powstać komisja śledcza. Olbrzymią cenę polityczną za to zapłacą [za brak zgody na komisję śledczą]. Zwłaszcza że już widać, że ta afera jest używana w wewnętrznej walce w PiS-ie i widać, że po tych wyborach samorządowych w tej chwili głównie w PiS-ie trwa walka o to, co będzie dalej – stwierdził Rafał Trzaskowski.

Trzaskowski: PiS mówił: dobrze, depczemy demokrację, Konstytucję, ale naprawiamy państwo. Część Polaków w to wierzyła. Dzisiaj widać, że to nieprawda

– Najważniejsza w polityce jest wiarygodność. Jeżeli PiS mówił o tym: dobrze, depczemy demokrację, Konstytucję, ale naprawiamy państwo. Część Polaków w to wierzyła. Dzisiaj widać, że to wszystko nieprawda. Depczą Konstytucję, praworządność i co? Nie naprawiają państwa, tylko je przez cały czas psują.

Trzaskowski o PiS: Partia ma zerową wiarygodność. Cała jest utopiona w tym wszystkim, z czym miała walczyć

– Problem polega na tym, że PiS zawsze mówiło o tym, że tam jest paru państwowców. Jeżeli ktoś jest państwowcem, to nie powinien się cieszyć z tego, że widzimy w tym momencie, że państwo jest przeżarte przez korupcję. Mi to nie sprawia żadnej satysfakcji. Chciałbym tylko, żeby ta sprawa została wyjaśniona i chciałbym, żeby partia, która ma zerową wiarygodność, dlatego że cała jest utopiona w tym wszystkim, z czym miała walczyć. Premier Morawiecki mówił o tym, że cała III RP była taka zła. Okazało się, się że był złotym dzieckiem III RP. W tej chwili wszystkie te afery, z którymi PiS miał walczyć, okazuje się, że dokładnie takie same jak serwuje, jak kiedyś SLD – stwierdził Rafał Trzaskowski.

Trzaskowski: W wyborach samorządowych było widać, że coś się przełamuje, że pokazują się rysy na tym monolicie

– Widać było też w wyborach samorządowych to, że coś się przełamuje, że pokazują się rysy na tym monolicie, że ludzi zdali sobie sprawę z tego, że głos znaczy, że ta wiarygodność, która jest coraz mniejsza, polityków, którzy przez cały czas sobie przeczą, którzy mówią o jednym, a robią coś zupełnie innego, że to wszystko doprowadzi do upadku PiS-u szybciej, niż się to PiS-owi wydaje.

Trzaskowski pytany o wniosek o konstruktywne wotum: Będziemy o tym rozmawiać, dzisiaj mamy zarząd

– Był już wniosek, a w tej chwili skupiamy się na komisji śledczej, dlatego że uważam, że ta sprawa powinna być wyjaśniona. Będziemy o tym rozmawiać, dzisiaj mamy zarząd – mówił Rafał Trzaskowski w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24, pytany o wniosek o wotum nieufności dla premiera Morawieckiego i zastąpienie go Grzegorzem Schetyną.

Trzaskowski pytany czy zgodzi się na Marsz Niepodległości: Jeżeli będzie szansa na to, że rząd będzie brał odpowiedzialność, to tak

– Jeżeli będzie szansa na to, że rząd będzie brał za to odpowiedzialność, tak jak ostatnio został do tego zmuszony, to tak. Widzę sojusz PiS-u z narodowcami. Jasnym jest to, że jeżeli nie ma przesłanek, że może być marsz niezabezpieczony, tak jak było w tym roku, to w tym momencie a priori nie można go zakazać – stwierdził Rafał Trzaskowski pytany czy zgodzi się za rok na Marsz Niepodległości.

– Jeżeli rząd powie tak: bierzemy za to pełną odpowiedzialność, zabezpieczamy marsz, jeżeli się pojawiają rasistowskie hasła, przychylimy się do wniosku miasta o rozwiązanie demonstracji, wtedy oczywiście nie ma żadnych podstaw żeby a priori zakazać – dodał przyszły prezydent Warszawy.

Więcej o „bohaterach” afery KNF tutaj >>>

I tutaj >>>

Grzegorz Schetyna o wspólnym klubie PO i Nowoczesnej

6 List

Schetyna: Widziałem, że jest w bardzo dobrej formie, Przygotowany, skoncentrowany. Taki Tusk jak za starych, dobrych czasów

– Z dużym wrażeniem [patrzyłem na Donalda Tuska], że był bardzo dobrze przygotowany, w bardzo dobrej formie. Miałem też możliwość rozmawiania z nim. Nie w trakcie przesłuchania, ale przed i w czasie przerwy. Widziałem, że jest w bardzo dobrej formie. Bardzo dobrze przygotowany, skoncentrowany. Taki Tusk jak za starych, dobrych czasów – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak podkreślił, „rozmawialiśmy o przyszłości i polityce”.

– Po jego powrocie w grudniu 2019 roku myślę, że tak, to projekt, który w polskiej polityce może znaczyć. Nie rozmawialiśmy [wczoraj o tym]. Mówiliśmy tylko o aktualnej sytuacji i o analizie tego, co dzieje się na komisji – mówił dalej przewodniczący PO.

Schetyna: Warto zrobić wiele, żeby po wygranych wyborach parlamentarnych rozmawiać poważnie o wspólnym kandydacie na prezydenta Polski

– Warto zrobić wiele, żeby po wygranych wyborach parlamentarnych przez Koalicję Obywatelską, czy to, co się uda wokół niej zbudować, rozmawiać bardzo poważnie o wspólnym kandydacie na prezydenta [Polski] – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Piaseckim.

Schetyna o Amber Gold: To prokuratura powinna reagować wcześniej. Ci wszyscy, którzy nie podejmowali decyzji, teraz mają świetną karierę

– Oczywiście nie było wszystko tak, jak miało być, ale na końcu to przesłuchanie Tuska jednak obnażyło brak argumentów ze strony śledczych, którzy chcieli go przesłuchać i dopaść. To nie służby, bo przecież te notatki, ostrzeżenia były. Bardziej patrzę na prokuraturę. Nie było mechanizmów w prokuraturze i państwowego nadzoru nad prokuraturą, żeby egzekwować informacje, które płynęły ze służb – stwierdził Grzegorz Schetyna w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24.

– Ta praca służb była rzetelna, natomiast nie było mechanizmu, który pokazywałby, ostrzegał i wprowadzał interwencję państwa wcześniej. To rzeczywiście jest prawda, ale uważam, że to prokuratura powinna reagować wcześniej. Ci wszyscy, którzy nie podejmowali decyzji, teraz mają świetną karierę i awansują za prokuratora generalnego – dodał szef PO.

Schetyna: 11 listopada rano będziemy z Tuskiem przed pomnikiem Piłsudskiego

– Pójdziemy w inne miejsce razem [z Donaldem Tuskiem] i złożymy kwiaty. To dla nas, historyków bardzo ważna data [11 listopada]. Wiele o niej mówiliśmy. Będziemy przed pomnikiem Józefa Piłsudskiego, bo to symboliczne. Będziemy w godzinach porannych, w gronie z przyjaciółmi, z ludźmi, z którymi robimy i chcemy robić politykę i nie tylko. Chcemy oddać cześć ojcom niepodległej. Zrobimy to nie tylko w Warszawie. W związku z upadkiem całej koncepcji przygotowania tego święta, zrobimy to także w całym kraju. Wierzę, że będzie to powszechna akcja ludzi PO – stwierdził Schetyna.

Jak podkreślił przewodniczący PO, nie będzie go o 12:00 przed Grobem Nieznanego Żołnierza. – Będziemy 11 listopada na tych uroczystościach. Na uroczystościach organizowanych przez miasto, samorządowców Platformy w całym kraju – dodał.

„Biorę to poważnie pod uwagę”. Schetyna sugeruje możliwość integracji klubów PO i N

– Chciałbym zbudować taką koalicję, taki blok wyborczy, który wygra z 2019 roku – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak dodał:

„Stanęliśmy w szóstkę z SLD, Europejskimi Demokratami, PSL. Stanęliśmy obok siebie w piątek, przed wyborami. Tak, biorę to bardzo poważnie pod uwagę, jeżeli uda nam się prowadzić rozmowy w lepszym stylu niż przed wyborami samorządowymi, a wierzę, że tak, że to możliwe. Tego oczekują Polacy”

Pytany o silniejsze zintegrowanie Platformy z Nowoczesną, odpowiedział: – Myślę, że tak. To proces, który będzie postępował. Współpraca klubów parlamentarnych. Nie wiem czy kwestia federacji, bo to kwestia organizacji [ws. wspólnego klubu] i logistyki, funkcjonowania tak dużego klubu. To nie jest proste. Obecność w mediach. Biorę to bardzo poważnie pod uwagę. Rozmawiamy z przewodniczącą Lubnauer.

Dopytywany o wspólną partią, stwierdził: – To by było bardzo trudne. Kuszące to jest zwycięstwo w PiS. Żeby zatrzymać skutecznie PiS. Warto zrobić wiele, żeby to się stało, ale musi zacząć ten najsilniejszy, największy. Pokazać, że to nie tylko gest, ale prawdziwa nowa polityczna przestrzeń. Myślę, że to będziemy decydować [ws. szyldu] wszyscy ludzie Platformy, którzy ją zakładali i prowadzili. Chcę projektu, skuteczności. Uważam, że to najważniejsze. Platforma to szyld, znany, nie tylko w Polsce, w Europie, świecie. Zbudował KO i dał zwycięstwo, nadzieję Polakom, że można skutecznie pokonać PiS. Dlatego to jest ta wartość.

Gersdorf poinformowała KE o środkach podjętych w SN w celu zastosowania się do postanowienia TSUE

– W dniu 31 października 2018 r. Pani Prof. Małgorzata Gersdorf Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego przesłała do Komisji Europejskiej informację o środkach podjętych w Sądzie Najwyższym w celu pełnego zastosowania się do postanowienia TSUE z dnia 19 października 2018 r. w sprawie C-619/18 – poinformowało biuro prasowe SN.

Informacja została również przesłana do wiadomości Trybunału Sprawiedliwości UE.

W zawiadomieniu Prezes Gersdorf poinformowała, że w dniu 19 października br. wszyscy sędziowie Sądu Najwyższego objęci zakresem działania środków tymczasowych zostali zawezwani do podjęcia obowiązków służbowych w Sądzie Najwyższym i do dnia 31 października 22 sędziów stawiło się w Sądzie Najwyższym, a części z nich już przydzielono sprawy do rozpoznania.

Pani Prezes poinformował również, że organy władzy ustawodawczej i wykonawczej prowadzą rozważania co do sposobu wykonania przedmiotowego postanowienia”

PiS doprowadził do sytuacji, że w manewrach „żołnierze” uczestniczą z atrapami broni

Jutro rozpoczynają się największe w tym roku manewry pod kryptonimem “Anakonda 18”. Ćwiczenia odbywają się cyklicznie co dwa lata. W tym roku wojsko będzie ćwiczyć między innymi na poligonie w Drawsku Pomorskim i Orzyszu oraz w przestrzeni powietrznej Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Niektóre z epizodów zostaną rozegrane poza poligonami. Celem manewrów jest sprawdzenie, jak w warunkach wojennych współdziałają ze sobą wojsko, administracja cywilna, a także struktury dowodzenia NATO. 

Scenariusze zostały ustalone tak, aby w miarę realnie odpowiadały tym, z którymi będzie musiało się zderzyć państwo w czasie wojny. Chociaż nikt tego głośno nie mówi, chodzi o odpowiedź na agresję Rosji na Polskę i kraje bałtyckie. Ćwiczenia będą też rozciągnięte w czasie i podzielone na dwa etapy: 7-16 listopada będą to manewry z wojskami, a od 26 listopada do 6 grudnia dowódczo-sztabowe wspomagane komputerowo. W manewrach wezmą udział żołnierze z dziecięciu krajów NATO – głównie Amerykanie, ale także m.in. żołnierze tureccy, niemieccy, rumuńscy i czescy. Na terenie Polski będzie ćwiczyć około 12 tysięcy żołnierzy, a blisko 5 tysięcy w krajach bałtyckich oraz na morzu.

Dzisiejsza Rzeczpospolita informuje, że pomimo wątpliwości Amerykanów w manewrach wezmą udział organizacje proobronne. Udział tych organizacji budzi kontrowersje US Army. Notatka, która 27 kwietnia 2016 roku trafiła do Centrum Operacyjnego MON, zawierała informacje, że dzień wcześniej w trakcie spotkania w Biurze do spraw proboronnych MON przedstawiciele amerykańskiej armii wyrazili niepokój w związku z udziałem cywilów z formacji paramilitarnych w ćwiczeniach. Wątpliwości Amerykanów dotyczyły tego, że w rejonie bezpośrednich wojsk USA nie mogą przebywać cywile. Oficerowie Wojska Polskiego poinformowali gazetę, że członkowie organizacji wyjdą na ćwiczenia z… atrapami broni.

Rzeczpospolita zapytała eksperta o wątpliwości, co do udziału w manewrach takich organizacji – “Nie wiadomo, w jaki sposób te organizacje miałby zostać włączone w system obrony państwa. Nie mają określonych zadań w czasie pokoju i wojny, np. wsparcia ludności cywilnej – w przeciwieństwie np. do Wojsk Obrony Terytorialnej” – tłumaczy. MON nie określił m.in. modelu funkcjonowania organizacji pozarządowych w w systemie obrony państwa, w tym korzystania z obiektów wojskowych czy wyposażenia Sił Zbrojnych. Co więcej, resort nie zdefiniował jednoznacznie, czym są organizacje proobronne. I chyba najważniejsza sprawa. Wątpliwa jest podstawa prawna włączenia ich do ćwiczeń wojskowych. 

Brakuje jeszcze kosynierów i husarii, bo jak już się bawić to na całego. Wątpliwa podstawa prawna i do tego system, który w swoich założeniach nie uwzględnia tego typu organizacji, to gotowy przepis na tragedię, w imię ambicji MON, które jak widać pozostały bez zmian po wymianie szefa MON. To tupolewizm w wydaniu mundurowym. 12 tysięcy żołnierzy, a wśród nich ludzie biegający z atrapami krzyczący “pif-paf” i bawiący się w wojnę. Dla wielu to jest czysty Bareja, ale to nie jest komedia ponieważ tu aż za bardzo unosi się zapach dramatu.

W PiS nie wiedzą, czy Małgorzata Wassermann wygrała wybory na prezydenta Krakowa, czy przegrała.

Obłęd. Pomnik Lecha Kaczyńskiego to moralna podłość

4 List

11 listopada zapowiada się na wielką kompromitację Polski pisowskiej.

„Proponuję wyłączyć Święto Niepodległości spod ustawy o zgromadzeniach. Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski” – pisze b. minister Bartłomiej Sienkiewicz.

Obywatele RP, KOD i Strajk Kobiet będą tego dnia blokować narodowców z Konstytucją w ręku.

Jak obchodzić 11 listopada?

„To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność” – pisze Bartłomiej Sienkiewicz w apelu, który 2 listopada 2018 opublikował na Facebooku. „Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym mieście wojewódzkim, tylko barwy i symbole państwa, żadnych innych. W takim marszu mogą wziąć udział wszyscy – ale organizator, czyli państwo ma pilnować symbolicznego charakteru tego dnia dla wszystkich Polaków” (podkreśl. red.).

Czy to dobry pomysł? Dziś na pewno nierealny. W 2018 roku, tydzień przed 11 listopada, Marszu Niepodległości nie zatrzyma ani inicjatywa ustawodawcza obywateli, ani władze państwowe – nawet gdyby chciały. A zarówno prezydent, jak i partia rządząca planowały coś przeciwnego – maszerować wraz z narodowcami. Pisaliśmy o tym m.in. w tekście „PiS chciał się układać z narodowcami, ale dostał kosza. I stracił gwóźdź programu”.

Co zatem robić 11 listopada? Blokować albo maszerować, ale obok.

Obywatele RP, Strajk Kobiet i KOD organizują blokadę „Konstytucja na 100 – Nacjonalizm Stop„: „Staniemy z Konstytucją przeciw nacjonalistom. To konstytucja stanowi o godności człowieka, zakazie propagowania ustroju totalitarnego, demokratycznym państwie prawa. Stanowi również o tym, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli i obywatelek, a nie tylko wybranej grupy »Prawdziwych Polaków«” (start o godz. 14:00, skwer Wisłockiego).

Inny pomysł ma Koalicja Antyfaszystowska: zaprasza na street party – demonstrację „Za wolność waszą i naszą” w rytmach muzyki na trzech platformach (start o godz. 14:00 z Placu Unii Lubelskiej).

 

Minister Sienkiewicz: „Idziemy po was”

Choć to w początkach jego urzędowania jako szefa MSW służby lekceważyły ataki na tle rasistowskim, a wykrywalność przestępstw z art. 257 była na skandalicznie niskim poziomie (3,5 proc.), Bartłomiej Sienkiewicz zapisał się też podjęciem skutecznych działań przeciwko ruchom neonazistowskim.

Sienkiewicz był szefem resortu spraw wewnętrznych i koordynatorem służb specjalnych w drugim rządzie Donalda Tuska w latach 2013-2014. W 2015 wykrywalność przestępstw z art. 257 wzrosła do 19 proc. W 2013 roku, po serii podpaleń mieszkań cudzoziemców w Białymstoku, Sienkiewicz wypowiedział głośne słowa:

„Jedno mogę powiedzieć, jeśli chodzi o środowiska skinheadowskie: idziemy po was”.

Po tej deklaracji priorytetowo potraktowano śledztwo Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku przeciwko „patriotom” powiązanym z ruchem neonazistowskim. Zatrzymano ponad 100 kiboli, postawiono im ok. 200 zarzutów. „Działali w zorganizowanej grupie przestępczej, kierowanej przez: Adama S., pseudonim Staszyn, Tomasza P., ps. Dragon i Sebastiana Ś., ps. Buben i parających się również zwykłą gangsterką: handlem narkotykami, czerpaniem korzyści z prostytucji, wymuszeniami” – relacjonowała „Gazeta Wyborcza Białystok”.

„Bartłomiej Sienkiewicz zrobił coś, co obok słów prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Jedwabnem było jednym z najodważniejszych publicznych wystąpień polityka w Polsce. To było ważne, bo my wiemy z badań, że takie wypowiedzi idące z centrum władzy tworzą pewną normę. Także normę wpływającą na zachowania urzędników państwowych” – oceniał prof. Michał Bilewicz zajmujący się naukowo uprzedzeniami i członek Rady ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji (Radę powołał m.in. Michał Boni, a rozwiązała premier Beata Szydło).

Bilewicz uważa, że mocny sygnał ze strony Sienkiewicza ułatwił wykrycie wcześniej tuszowanych przestępstw:

„Rozbicie całej tej ośmiornicy białostockiej, w której byli skrajni kibole Jagiellonii i skrajnie prawicowe organizacje, gdzie dochodziło do przestępstw kryminalnych, które były potem tuszowane – to się udało rozbić właśnie dzięki twardemu postawieniu sprawy na szczeblu centralnym”.

Zdaniem samego Sienkiewicza dziś służby nie mogłyby przeprowadzić takiej akcji. Jak pisze w opublikowanej ostatnio książce „Państwo teoretyczne”:

„PiS, który rządzi się zasadą »nie ma wroga na prawicy«, tworzy klimat, w którym

policja i prokuratura dwa razy się zastanowią, nim zaczną zwalczać takich bandytów. Bo istnieje ryzyko, że usłyszą od przełożonych, że to »patriotyczna młodzież«.

I nie chodzi o jakichś nieszczęśników, którzy w głębi lasu obchodzą urodziny Hitlera przy torciku z wafelków w kształcie swastyki, a ich wytropienie jest obwieszczane jako wielki sukces. Chodzi o bezkarność zwykłych bandytów przenikających kluby piłkarskie, współfinansujących piękne oprawy stadionowe, a równocześnie gotowych pobić, a nawet zabić każdego o innym kolorze skóry, by wytrenować i sprawdzić nowe pokolenie gangsterów”.

Rozbicie białostockiej „ośmiornicy” było jednym z najbardziej spektakularnych przykładów skuteczności państwa – o ile współdziała na wszystkich poziomach, od władz centralnych, przez służby i samorząd. Pamiętając o tym, można inaczej interpretować jedną z najsłynniejszych wypowiedzi w polskiej polityce, czyli słowa Bartłomieja Sienkiewicza nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele i ujawnione:

  • „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność”.
  • „chuj, dupa i kamieni kupa” – o rządowym programie Polskie Inwestycje Rozwojowe.

Marsz Niepodległości jest najważniejszy

Marsz Niepodległości korzysta ze szczególnego przywileju, który dała mu Ustawa o zgromadzeniach z 13 grudnia 2016 – jest zgromadzeniem cyklicznym, zarejestrowanym do 2022 roku. Ustawa wprowadziła hierarchię zgromadzeń – najwyżej stoją właśnie wydarzenia cykliczne – mające stałą trasę i datę – i ograniczyła prawo do kontrmanifestacji. Rzecznik Praw Obywatelskich ocenia, że „Nowelizacja radykalnie ograniczyła wolność zgromadzeń”.

Wolność zgromadzeń ograniczył już poprzedni prezydent – Bronisław Komorowski, wprowadził m.in. zakaz dwóch zgromadzeń w tym samym miejscu i czasie, czyli kontrmanifestacji.

Czy zakaz wszelkich manifestacji z wyjątkiem jednej – państwowej – nie byłby również ograniczeniem wolności obywatelskich?


Bartłomiej Sienkiewicz: 11.11: hańba z morałem

Obchody 100-lecia niepodległości Polski, najważniejsze święto państwowe od stu lat, zostało oddane ekstremistom, którzy przy okazji urządzili sobie ogólnoeuropejski zlot „brunatnych” w Warszawie. To hańba dla państwa i wstyd dla rządzących.

Zniszczono najważniejszą rocznicę w ciągu całego wieku istnienia Polski porozbiorowej.

Pełną odpowiedzialność za to ponosi rząd PiS, prezydent Duda i cała ta prawicowa formacja, na co dzień twierdząca, że jest „patriotyczna”, lub nazywająca się „obozem niepodległościowym”. Teraz ten „niepodległy obóz” funduje nam paradę rasistów, ksenofobów i ekstremy z całej Europy jako święto Polski.

Ten sam PiS, kiedy doszedł do władzy znowelizował ustawę o zgromadzeniach, powołując się na konieczność uporządkowania prawa. Tak uporządkowano, by zagwarantować sobie prawo do monopolu „miesięcznic” smoleńskich. Tysiące policjantów, wygrodzona cała Warszawa, wstrzymany ruch – tylko po to, by Jarosław Kaczyński mógł wygłaszać swoje nieśmiertelne zdanie, że „jesteśmy coraz bliżej prawdy o Smoleńsku”. Żeby mógł nadal insynuować, że to nie była katastrofa, a zamach. Ten fundament PiS-owskiej narracji legł w gruzach już dawno po wygłupach Macierewicza i zupełnej kompromitacji „dochodzenia do prawdy”.

Teraz, kiedy jest potrzebne działanie państwa, by ochronić święto Ojczyzny, ten sam PiS tak sprawny w osłanianiu własnych seansów nienawiści i dzielenia Polaków – jest bezradny wobec ekstremistów i oddaje im nasze święto na podstawie tej samej ustawy. Nasze – wszystkich Polaków święto, a nie brunatnych z Serbii czy Włoch.

Tego się już nie odwróci, ten wstyd powinien do PiS przylgnąć na zawsze. Ale to nie znaczy, że nic nie można zrobić. Pora wyłączyć z ustawy o zgromadzeniach święto niepodległości 11 listopada i na mocy spec – ustawy obciążyć obowiązkiem państwo za jego organizację z wykluczeniem innych organizatorów tego dnia. To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność. Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym mieście wojewódzkim, tylko barwy i symbole państwa, żadnych innych. W takim marszu mogą wziąć udział wszyscy – ale organizator czyli państwo ma pilnować symbolicznego charakteru tego dnia dla wszystkich Polaków. To samo powinno dotyczyć innych form organizowania tego święta, bo przecież marsze to nie wszystko.

Dotychczasowe rozwiązania najwyraźniej się nie sprawdzają. Od dawna 11. 11 jest okazją do burd i manifestowania tego co w Polsce najgorsze, a nie najlepsze. Czas na to, byśmy wzięli sprawy we własne ręce. Gotowych do poparcia takiego projektu proszę o podzielenie się tym wpisem i zgłoszenie poparcia. Damy to prawnikom do opracowania i może uda się zrobić to w ramach Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej. Przynajmniej spróbujemy uratować następne święto, jeśli nie udało się uratować tego.

Z kroniki prof. Jana Skórzyńskiego.

Jeszcze w ubiegłą sobotę prezydent Andrzej Duda chciał, by politycy i zwolennicy różnych partii poszli razem z nim w Marszu Niepodległości. „To kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa”. W poniedziałek jego rzecznik ogłosił, że prezydent nie weźmie udziału w marszu, na który innych zapraszał. Powody: wypełniony kalendarz i nieudane rokowania z narodowcami

Premier Mateusz Morawiecki musiał po raz kolejny wycofywać się w trybie wyborczym z podanych wcześniej nieprawdziwych, negatywnych informacji o konkurentach politycznych partii rządzącej.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz przekazał do Trybunału Konstytucyjnego opinię swego resortu, w której wskazywał, że wniosek Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry o stwierdzenie niezgodności traktatu europejskiego z konstytucją jest bezzasadny. W dzień po upublicznieniu tego dokumentu i krytyce stanowiska MSZ przez rzeczniczkę PiS Czaputowicz oświadczył, że w pełni popiera wniosek Prokuratora Generalnego do TK.

Komendant Służby Ochrony Państwa generał Tomasz Miłkowski zapytany, dlaczego tak często zdarzają się kolizje z udziałem chronionych osób, stwierdził, że ruch drogowy tak czasami wygląda. Generał Andrzej Pawlikowski, mianowany szefem BOR przez rząd PiS, wyraził wątpliwość czy ochrona najważniejszych osób w państwie jest obecnie skuteczna.

Sobota 27 października. Duda: chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości

Prezydent Andrzej Duda powiedział w wywiadzie opublikowanym w „Rzeczpospolitej”: „Chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć. […] Jeśli opozycja uważa, że nie może być razem z innymi choćby przy części uroczystości 11 listopada, to jest mi ogromnie przykro”.

A co Pan zrobi, by tak to nie wyglądało 11 listopada? – zapytał dziennikarz. „A może Pan ma jakąś konkretną propozycję? – odparł prezydent. – Jeżdżę pod pomniki ojców niepodległości w całej Polsce i ściskam ręce wszystkich. Cóż więcej trzeba? Mam włożyć wór pokutny? Ja tego od nich nie oczekuję. Oczekuję, że staną ze mną normalnie, jak Polak z Polakiem. Odpowiedzmy sobie razem na pytanie: czy ważne jest to, by Polska była niepodległym i suwerennym państwem?”.

Pytany o zawieszenie ustawy o Sądzie Najwyższym przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Duda powiedział: „Dziwi mnie ta sytuacja. Postanowienie zostało wydane w składzie jednoosobowym jeszcze przed przedstawieniem przez Polskę uwag w ramach postępowania w przedmiocie środków tymczasowych. Takie działanie Trybunału może budzić zatem wątpliwość w kontekście prawa do sądu Rzeczypospolitej Polskiej przeciwko Komisji Europejskiej przed TSUE. Przeczy to znanej jeszcze z czasów rzymskich zasadzie, iż przed wydaniem rozstrzygnięcia należy wysłuchać wszystkich stron”.

Niedziela 28 października. Duda: Na emeryturę idą sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym

Prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla niemieckiego „Bild am Sonntag” bronił zmian w sądownictwie dokonywanych przez PiS, mówiąc, że „potrzebna jest zmiana pokoleniowa w środowisku sędziowskim. Część sędziów wydawała wyroki jeszcze w czasach komunistycznych represji.

Wskutek wprowadzonych przez nas przepisów sędziowie, którzy orzekali w czasie stanu wojennego, przechodzą na emeryturę. Trzydzieści lat po demokratycznych przemianach w Polsce, najwyższy na to czas”.

Poniedziałek 29 października. Duda nie weźmie udziału w Marszu Niepodległości

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski poinformował, że Andrzej Duda nie weźmie udziału w marszu. „11 listopada prezydent od rana do późnej nocy bierze udział w różnego rodzaju uroczystościach państwowych i to jest powód, dla którego nie będzie uczestniczył w Marszu. Tych uroczystości jest bardzo dużo, kalendarz zdecydował” – powiedział w RMF FM Spychalski.

Tego samego dnia w Polsat News rzecznik Dudy stwierdził, że powodem wycofania się prezydenta z udziału w Marszu Niepodległości organizowanym przez środowiska nacjonalistyczne jest także niepowodzenie rozmów, jakie toczyły się pomiędzy organizatorami marszu a Kancelarią Prezydenta i kancelarią Senatu.

„Podczas tych rozmów jednym z naszych najważniejszych warunków, właściwie próśb ze strony […] pana prezydenta, było to, żebyśmy wystąpili wszyscy pod jednymi barwami, pod biało-czerwoną flagą, żebyśmy mieli ze sobą tylko biało-czerwone flagi, żadnych innych. I tutaj […] stowarzyszenie [organizujące marsz] nie było w stanie zapewnić, że inne rzeczy się nie pojawią na marszu, co też, nie ukrywam, miało ogromne znaczenie dla takiej, a nie innej decyzji”.

Wtorek 30 października. Morawiecki: podane przez mnie informacje były nieprawdziwe

Premier Mateusz Morawiecki przegrał w trybie wyborczym proces z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowskim, który zarzucił mu kłamstwo. Podczas konwencji wyborczej PiS w Krakowie Morawiecki powiedział: „Poprzednicy, w tym ci, którzy rządzili tym miastem, nie zrobili [w sprawie ochrony powietrza] nic lub prawie nic”.

Wykonując wyrok sądu premier opublikował we środę w trzech gazetach sprostowanie: „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 14 października 2018 r. podczas spotkania wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Krakowie o braku działań prezydenta Miasta Krakowa Jacka Majchrowskiego na rzecz poprawy jakości powietrza w Krakowie – Mateusz Morawiecki, Prezes Rady Ministrów”.

Sprostowanie podały również Polsat News i TVP Info.

Wtorek 30 października. Ruch drogowy czasem tak wygląda

Komendant Służby Ochrony Państwa generał Tomasz Miłkowski przyznał w TVN24, że wypadki z udziałem chronionych osób zdarzają się „pewnie” za często. Zapytany, dlaczego tak się zdarza, stwierdził, że „tak ruch drogowy czasami wygląda”.

Miłkowski powiedział, że kierowca samochodu ochrony wicepremier Beaty Szydło służył od dwóch lat w SOP, a wcześniej przez pięć lat jeździł jako kierowca zawodowy w prywatnej firmie. Jego zdaniem to doświadczenie wystarczające.

Jak podała „Rzeczpospolita”, kierowca ten ma 26 lat i nie jest funkcjonariuszem służby stałej w SOP. Od czasu powstania SOP (która zastąpiła BOR) w lutym 2018 roku doszło do 14 zdarzeń drogowych z udziałem samochodów rządowych.

Wtorek 30 października. Czaputowicz krytykuje wniosek Ziobry

Jak ujawniło OKO.press, MSZ 12 października zaopiniowało krytycznie wniosek Prokuratora Generalnego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro do Trybunału Konstytucyjnego, w którym poprosił prezesa TK Julię Przyłębską o zbadanie konstytucyjności zapisów Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Ze stanowiska przesłanego do TK przez resort spraw zagranicznych wynika jasno, że Trybunał Konstytucyjny badał już zgodność traktatu europejskiego z Konstytucją RP w 2005 roku i nie miał zastrzeżeń.

W dokumencie podpisanym przez ministra Jacka Czaputowicza uznaje się też zasadność zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przez sądy krajowe członków UE. Zdaniem MSZ, z pytaniem prejudycjalnym do TSUE mogą się zwracać polskie sądy powszechne, Sąd Najwyższy, sądy administracyjne czy Trybunał Konstytucyjny.

„W związku z tym, że sądy krajowe stosując prawo unijne są zobowiązane wykładać je w sposób autonomiczny, instytucja odesłania prejudycjalnego zapewnia jednolite stosowanie norm prawa UE i pozwala, jeśli nie wyeliminować, to z pewnością ograniczyć ryzyko rozbieżnej wykładni i w konsekwencji stosowania tych samych norm prawa UE w poszczególnych państwach członkowskich w odmienny sposób” – stwierdza w swojej opinii MSZ, cytowane przez OKO.press.

Środa 31 października. Stanowisko Ziobry stanowiskiem PiS

Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek napisała na Twitterze, że stanowisko Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry wyrażone we wniosku do Trybunału Konstytucyjnego jest zgodne ze stanowiskiem partii rządzącej.

„Informuję, że wyrażone we wniosku do TK stanowisko Prokuratora Generalnego jest zgodne ze stanowiskiem PiS. Ze zdziwieniem przyjmujemy informację, iż dokument przekazany do TK przez MSZ nie uwzględnia orzeczenia TK z 2010 roku, w którym trybunał potwierdził, że traktat może być przedmiotem badania” – oświadczyła Mazurek.

 Środa 31 października. Nie tylko prawo, ale obowiązek

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik powiedział w TVP, że „jest bardzo zaskoczony stanowiskiem MSZ”. „Prokurator Generalny jest rzecznikiem interesu publicznego, stoi na straży praworządności. To oznacza, że kiedy jest stosowana pewna praktyka przez sądy, która budzi bardzo daleko idące wątpliwości, chodzi o składanie pytań prejudycjalnych dotyczących konkretnie ustroju wymiaru sprawiedliwości, to Prokurator Generalny nie tylko ma prawo, ale ma obowiązek sprawdzić, czy czasem w tym zakresie nie narusza to polskiej konstytucji” – mówił zastępca Zbigniewa Ziobry.

Środa 31 października. Czaputowicz w pełni popiera wniosek Ziobry

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz oświadczył, że popie‎ra wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie za niezgodne z polską konstytucją postanowienie Traktatu o Funkcjonowaniu UE umożliwiające występowanie przez polskie sądy z pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości w sprawach dotyczących sądownictwa.

„Polski Trybunał Konstytucyjny ma pełne prawo oceniać konstytucyjność poszczególnych elementów traktatów europejskich i ich stosowania w praktyce” – uznał Czaputowicz.

Odnosząc się do krytycznej wobec wniosku Ziobry opinii swego resortu, ujawnionej we wtorek, szef MSZ stwierdził, że „rolą MSZ w postępowaniu przed TK nie jest proponowanie konkretnego rozstrzygnięcia, ale przedstawienie informacji, które mogą ułatwić takie rozstrzygnięcie Trybunałowi Konstytucyjnemu. Stanowisko MSZ ma więc charakter informacyjny i ekspercki”.

Dokument nie zawiera konkluzji ani wniosków, jakie sugerują niektóre media. Dokument nie kwestionuje w szczególności dopuszczalności wniosku złożonego przez Prokuratora Generalnego i nie polemizuje z tezami zawartymi w tym wniosku. W pełni popieram wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego” – ogłosił szef MSZ.

Środa 31 października. Premier: nie ma żadnych rozbieżności w rządzie

„Nie ma żadnej rozbieżności pomiędzy ministrem sprawiedliwości i ministrem spraw zagranicznych co do interpretacji możliwości kierowania zapytań o decyzję do naszego TK w zakresie poszczególnych przepisów Traktatu o UE” – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas spotkania w Dąbrowie Górniczej.

Szef rządu, cytowany przez portal wPolityce.pl stwierdził: „Jest rzeczą bezsporną, że minister spraw zagranicznych, zgodnie zresztą ze swoim oświadczeniem, absolutnie przyznaje tutaj rację, że jest możliwość kierowania do TK tego typu zapytań, wątpliwości, co do interpretacji stosowania prawa w poszczególnych przypadkach”.

Środa 31 listopada. Kaczyński: nie musimy przyjmować europejskich chorób

Jarosław Kaczyński powiedział na spotkaniu wyborczym w Chełmie, że „idziemy do przodu by Polska stała się państwem europejskim w całym tego słowa znaczeniu, bo my nie musimy przyjmować europejskich chorób”.

Środa 31 października. „Panorama” bez szefowej

Szefowa „Panoramy” w TVP 2 Aneta Kołodziej zrezygnowała – podał portal Wirtualne Media. Swoją funkcję sprawowała od lipca 2016 roku. Jest to kolejna zmiana w kierownictwie programów informacyjnych TVP. 25 października odszedł szef „Teleexpressu” Piotr Kudzia.

Czwartek 1 listopada. Niezapowiedziana wizyta w Nowym Sączu

Na trzy dni przed drugą turą wyborów samorządowych prezydent Andrzej Duda złożył niezapowiedzianą wizytę w Nowym Sączu. Prezydent udzielił poparcia kandydatce PiS na prezydenta miasta Iwonie Mularczyk – poinformował portal sadeczanin.info.

Duda był m.in. pod pomnikiem legionistów oraz na cmentarzu, gdzie towarzyszyła mu kandydatka Prawa i Sprawiedliwości na urząd prezydenta Nowego Sącza. Iwona Mularczyk była wraz z rodziną (mężem kandydatki jest poseł PiS Arkadiusz Mularczyk). Prezydent złożył też kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego.

Portalowi sądeczanin.info prezydent powiedział, że jego wizyta ma charakter nieoficjalny. Przyznał, że można ją traktować jako rodzaj przypieczętowania kampanii wyborczej Mularczyk. „Jestem w końcu synem tej ziemi, a pani Iwona Mularczyk i pan poseł są moimi serdecznymi przyjaciółmi od wielu lat” – podkreślił Duda.

Piątek 2 listopada. Prezydent wspiera mentalnie

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, przekonywał w „Rzeczpospolitej”, że prezydent Andrzej Duda nie angażuje się w kampanię samorządową. Wszelako, stwierdził, „zupełnie naturalnym jest, że pan prezydent ma przyjaciół, ma znajomych i z nimi rozmawia. No tutaj, naprawdę, proszę nie doszukiwać się jakichś wielkich sensacji”.

Zapytany o to, co prezydent robił w Nowym Sączu na cmentarzu u boku kandydatki PiS na prezydenta miasta Iwony Mularczyk, powtórzył: „Tak jak mówiłem, to że pan prezydent ma znajomych, ma przyjaciół. Nie od dziś wiadomo, że z panem posłem Mularczykiem, z żoną pana posła, znają się od wielu, wielu lat, jeszcze z czasów, kiedy pan prezydent nawet w polityce nie był. A więc to, że się przyjaźnią, jest zupełnie naturalne”.

Dopytywany czy prezydent ma na cmentarzu bliskich, Spychalski powiedział: „No, wie pan. Pan prezydent, a właściwie żona pana prezydenta, pochodzi z okolic Starego Sącza, więc no, to są takie tereny, które są panu prezydentowi doskonale znane”.

Czy robienie kampanii na cmentarzu jest moralne? – indagował dziennikarz.

Rzecznik stwierdził: „Ale to są pana słowa, moim zdaniem zupełnie nieuprawnione. Pan prezydent, tak jak powiedziałem, odwiedził cmentarz. No to, że były media, nie wiem, ja ich… ja mediów nie zapraszałem. Więc, no naprawdę, ciężko mi…”.

Czy zatem zaprzecza Pan, że prezydent wspierał kandydatkę PiS na prezydenta Nowego Sącza? – nie ustępował dziennikarz. „Pan prezydent oczywiście zna kandydatkę na prezydenta Nowego Sącza” – tłumaczył Spychalski. „I wspiera ją, tak bardziej mentalnie”.

Piątek 2 listopada. PiS zmaga się z atakami zagranicznego kapitału

Posłanka Joanna Lichocka w Polskim Radiu 24 w odniesieniu do sprawy nagrań Mateusza Morawieckiego, które ujawniono przed kampanią samorządową, stwierdziła, że „kapitał ma narodowość i było widać, że niemieckie media działające w Polsce zaangażowały się w kampanię samorządową. Widać, że było to zaangażowanie dziennikarzy portalu Onet.pl, by z tej starej taśmy z nagraniem Mateusza Morawieckiego wydobyć sformułowania, które miałyby go skompromitować”.

Zdaniem Lichockiej, PiS zmaga się od lat z atakami mediów z zagranicznym kapitałem w Polsce. „PiS po raz czwarty wygrywa wybory pomimo tego mechanizmu medialnego. Trzeba to głośno mówić i powtarzać, by Polacy wiedzieli z jakim produktem mają do czynienia. Mamy do czynienia z zaangażowaniem ogromnych środków w system medialny w Polsce, które są środkami zagranicznymi, nie polskimi”.

Piątek 2 listopada. Pawlikowski: prezydent Polski nie jest dobrze chroniony

Były szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007 i 2016-2017 generał Andrzej Pawlikowski, stwierdził w Polskim Radiu 24, że ma wątpliwości czy ochrona najważniejszych osób w państwie jest skuteczna. „Strach przed przyszłością powoduje to, że odchodzą naprawdę bardzo doświadczeni funkcjonariusze. Powstaje przestrzeń, pustka”. Czy najważniejsze osoby w naszym kraju są bezpieczne? – zapytał dziennikarz. „[…] Słuchając wczoraj rozmowy z gen. Miłkowskim mam pewne wątpliwości w tym zakresie” – odparł Pawlikowski. Dziennikarz: czy mówi pan, że prezydent Polski nie jest bezpieczny? Pawlikowski: „Tak. Słuchając wypowiedzi gen. Miłkowskiego w TVN24 z każdą minutą byłem coraz bardziej przerażony i zacząłem mieć wątpliwości czy ta ochrona tak naprawdę jest skuteczna”.

Były szef BOR stwierdził, że „pan komendant [Miłkowski] pościągał przecież swoich kolegów z okolic różnych posterunków powiatowych. […] W tej chwili naprawdę mamy problem, bo odeszło, odchodzą i wiem, że ma odejść wielu doświadczonych kierowców. Z informacji, które do mnie docierają wynika, że system szkoleń zupełnie leży. Dużym problemem jest, że do najważniejszych osób w państwie są przydzielane osoby z kilkumiesięcznym czy maksymalnie dwuletnim doświadczeniem. Tymczasem, żeby do takiego VIP-a dostać angaż, potrzeba 4-, 5 lat szkolenia”.

Piątek 2 listopada. Morawiecki: rola Polski w Unii umacnia się

Premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla portalu tvp.info powiedział, „My naszą pozycję w Unii Europejskiej teraz umacniamy, bo Unia Europejska jest unią twardej gry interesów krajów członkowskich. My nie uważamy, tak jak nasi poprzednicy, że poklepywanie po plecach i ustępowanie wszystkim to jest realizacja interesów Polski. Wiadomo, ta »brzydka panna na wydaniu«, takie nieładne słowa jednego z członków Platformy Obywatelskiej, bardzo wysoko zresztą postawionych swojego czasu w ich hierarchii”.

„Rola Polski w Unii Europejskiej umacnia się – przekonywał. – Jesteśmy realnie coraz silniejszym partnerem zarówno ze względu na swoją siłę gospodarczą, jak i nasze ogromne sukcesy w uszczelnianiu systemu podatkowego. To zostało tam zauważone na bardzo wielu forach. Odzyskaliśmy też w polityce zagranicznej naszą wewnętrzną sterowność – to od nas zależą kierunki polityki zagranicznej. Nie jesteśmy łódeczką przywiązaną do wielkich możnych tego świata, tylko kierując się interesami polskimi i rozumiejąc realia geopolityki, prowadzimy politykę polską, polską politykę zagraniczną w najlepszym polskim interesie”.

Premier oświadczył, że program PiS „można streścić w czterech słowach: rodzina, praca, płaca i mieszkanie”.

>>>

Fragment ostatniego felietonu Waldemara Mystkowskiego.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

Więcej >>>