Tag Archives: Newsweek

Pieniądze z Brukseli dopiero późną jesienią z powodu pisowskiej nierządności, bezprawia

1 Sier

Polski rząd nie zdołał uzgodnić KPO z Komisją Europejską przed początkiem sierpnia, bo Bruksela zamroziła projekt przez decyzję Trybunału Konstytucyjnego. Pierwsze fundusze mogą popłynąć do Polski dopiero późną jesienią.

Więcej: Skutki pisowskiego bezprawia owocują, że pieniądze z Brukseli na Krajowy Plan Odbudowy dopiero późną jesienią >>>

Kmicic z chesterfieldem

Na trumnach do władzy, po trupach do celu.

Powstanie warszawskie. Z maturalnej klasy humanistycznej zginie siedmiu, wśród nich Baczyński. Z równoległej matematyczno-fizycznej jedenastu, w tym “Rudy”, “Alek” i “Zośka”. Z przyrodniczej pięciu.

O klasie wybitnych, w której uczył się K. K. Baczyński i inni polegli w PW >>>

Rocznica powstania warszawskiego. Jeśli nie skończymy w Polsce ze wzajemną nienawiścią i pogardą, stanie się najgorsze: stracimy wolność – ostrzega Wanda Traczyk-Stawska, weteranka powstania warszawskiego.

Rozmowa z Wandą Traczyk-Stawską >>>

Minister Ziobro zgłasza wątpliwość, czy prawo do sprawiedliwego sądu jest zgodne z konstytucją. A co z lewackim zakazem tortur?

Felieton Pawła Wrońskiego >>>

 

View original post

 

Kaczyńskiemu należy się Nagroda Stalinowska, albo Leninowska. Oto laur dla zbawcy narodu

6 Paźdź

W czasie wiecu w Częstochowie Jarosław Kaczyński nawiązał do wypowiedzi znanej i cenionej na całym świecie reżyserki, Agnieszki Holland.

Mamy niebezpieczeństwo, że nie będzie tak, jak mówiła pani Holland, która skądinąd po tym, jak mówiła, to później mówiła, że nie mówiła i nawet później kilkudziesięciu reżyserów napisało do mnie list, w którym napisało, że ona nie mówiła tego, co mówiła i to można było usłyszeć. Pani Holland powiedziała, żeby „było jak było”. Jeżeli oni wygrają wybory, to będzie dużo gorzej niż było. Oni nie ukrywają, że chcą zlikwidować demokrację” – w dość oryginalnym stylu wypowiedział się prezes PiS.

Agnieszka Holland poproszona o komentarz do słów Kaczyńskiego, stwierdziła, że czuje się dowartościowana tym szczególnym zainteresowaniem prezesa.

To jest w pewnym sensie zaszczyt. W końcu to szara eminencja polskiej polityki, bardzo sprawczy człowiek. Ma dużo zajęć na głowie, bo właściwie rządzi całym państwem jednoosobowo. Skoro jeszcze ma czas, żeby zajmować się moją osobą, to znaczy, że to jest ważna osoba dla niego. Czuję się więc dowartościowana” – ironizuje artystka.

Przy okazji wytyka Kaczyńskiemu kłamstwo dotyczące rzekomego listu od reżyserów: „Nie pisaliśmy listu do pana Kaczyńskiego. Nie ma powodu, żeby on był adresatem. Jest zwykłym posłem. Dlaczego miałabym więc do niego pisać? Jeśli zostanie premierem, to wtedy stanie się adresatem różnych listów otwartych od obywateli” – mówi w rozmowie z dziennikarzami WP Holland.

Za tydzień wybory. W najnowszym Newsweeku o wyborze, który stoi przed Polakami.

Do #13października zostało 7 dni a więc #SkasujPiS

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

To pytanie zadał publicznie Włodzimierz Czarzasty podczas konwencji Lewicy w Katowicach. Przypomnijmy więc tę kuriozalną propozycję redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”: „Kolejna granica absurdu przekroczona – Sakiewicz chce Nobla dla… Kaczyńskiego”.

– „Dobre! Myślę panie Sakiewicz, że ta nagroda, którą już dawno dostał (nagroda „JOBLA”) to szczyt jego możliwości!”; – „…10+ środek tarczy… a tak na poważnie do tej nagrody w parze wystawiłbym.. KACZYŃSKI… TRUMP, że też pisiory na to nie wpadły..”; – „Myślę, że najbardziej uwiera go ta Wałęsy” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że 5 października 1983 roku Komitet Noblowski przekazał swoją decyzję. Pokojowa Nagroda Nobla po raz pierwszy powędrowała w ręce Polaka – Lecha Wałęsy, ówczesnego przewodniczącego Solidarności.

Zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, Czarzasty powiedział: – „Polska, panie prezesie, nie powstała 4 lata temu. Nie zmieni pan historii. Nie zakłamie pan historii. Nie umniejszy pan roli polskiej lewicy. Nie da pan rady. Jeżeli pan patrzy w przeszłość, tę przeszłość powojenną, to niech pan PRL-u nie naśladuje tylko w jednej rzeczy. Mianowicie w upartyjnianiu państwa, bo to nie jest dobry pomysł”.

Czarzasty zapowiedział m.in. utworzenie po wyborach Ministerstwa Polityki Senioralnej. – „Będzie ono koordynowało pracę na rzecz starszego pokolenia” – powiedział szef SLD.  Gościem konwencji był Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent mówił o znaczeniu przestrzegania Konstytucji i umacnianiu obecności Polski w Unii Europejskiej.

Niedługo cisza wyborcza, ale nie nad trumnami. Znowu je wyciągną, smoleńskie, starsze, nowsze. Każdy argument jest dobry dla TVP. Od tygodnia wycierają sobie mną tam gębę. W doborowym towarzystwie: Jandy, Stuhrów, jestem zaplutym karłem „elit, które utraciły władzę”. Nie narzekam na swoje władze umysłowe, innych nie mam. W przeciwieństwie do rządzących.

Fot. Źródło: Manuela Gretkowska / Facebook

Kaczyński jest jak granat wrzucony w szambo mentalne nad Wisłą, nie to z Czajki, tylko z zapóźnień cywilizacyjnych. Więc bryzga po wschodniej ścianie Polski.

Izaak Babel poznając na początku XX wieku nasze zacofane Podkarpacie zastanawiał się, czy Słowianie są nawozem historii. Gdy to pisał, nawóz był naturalny, gówniany. Oczywiście, Babel to Żydokomuna i nie nadawałby się na wystawkę w Polinie, które jak obcojęzyczna nazwa wskazuje jest jeszcze niespolonizowanym muzeum o Polsce. Dlatego zarządzać nim powinni heteroseksualnie kochający Polskę Wszechpolacy.

Przypomina się mi dialog z „Zimnej wojny”, pisany pewnie przez Głowackiego. Mało kto miał takie ucho na prlowski bełkot.
 Nie kocha pan Polski – mówi ubek do artysty.
 Kocham – szczerze odpowiada artysta.
 Nie kocha pan.
 Kocham.
– Nie kocha…

Te rozmowy powtórzą się, jeśli PiS wygra. W programie mają pomysł na państwowy statut artysty. Skoro państwowy, to pewnie i narodowo socjalistycznie katolicki. Cóż, ruska komuna, dlatego że obca, była łatwiejsza do zniesienia, od polskiego faszyzmu.

Paranoicy mają dar urealniania swojego zajoba szczegółami. Utopista socjalistyczny Fourier zalecał nowemu społeczeństwu jedzenie arbuzów. Nie pytajcie dlaczego. Zapytajcie Prezesa albo „Call Saul”.

Program PiS-u przewiduje w składzie komisji przyznającej statut artysty 20% ludzi sztuki. Skąd 1/5, a nie liczba Pi? Reszta to chyba biskup, a na pewno urzędnicy. Znając ich kadry – hejterzy, gangusy, burdelarze. Statut na trzy lata, niby renta. Najwidoczniej dla pisowców artysta jest intelektualnie czy jakoś, niesprawny ideologicznie i trzeba go weryfikować. W normalnym świecie artyści należą gdzie chcą; do własnych stowarzyszeń, związków zawodowych, kółek adoracji, albo nigdzie.

W komunizmie skazywano na roboty, „za nie bycie poetą”, na przykład noblistę Brodskiego. U nas minister kultury, oczywiście tradycyjnie pisowski buc, przyzna Jandzie dużą kasę, w supermarkecie. Stuhrów wyślą do kopalni węgla czy soli, bo to blisko Krakowa i żeby nie było gadania o mściwym państwie.

W normalnym świecie nie ma obowiązku hołubić artystów. Ale nie trzeba ich niszczyć. Tylko tępota tępi kulturę.

Na trumnie Polski zamiast sarmackiej gęby zwanej portretem, wystarczy napis: „Idioci idiotom zgotowali ten los„. Na najbliższe lata, wieki, a wieko trumny zamknąć dla dobra klimatu.

Polacy mentalnie przenieśli się do Europy, bo korzyści z życia w Unii Europejskiej sprawiły, że podróż za chlebem do USA straciła sens.

Na półtora tygodnia przed polskimi wyborami parlamentarnymi Donald Trump ogłasza, że Polacy będą mogli latać do USA bez wiz. Niewątpliwie możemy to uznać za życzliwy gest amerykańskiego prezydenta dla ekipy rządzącej w naszym kraju. Ot, taki mały prezencik przedwyborczy. Przecież Trump nie musiał zapowiadać tego właśnie teraz. Gdyby nie chciał się wpisywać w polską kampanię, mógł z tym poczekać parę dni. Nie poczekał.

Jednak zarazem jest to dla Kaczyńskiego nagroda pocieszenia po odwołaniu udziału amerykańskiego prezydenta w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przed 1 września „dobra zmiana” nadmuchiwała balon oczekiwań, szykując się do propagandowego zdyskontowania przyjazdu Trumpa do Polski – a tu nici. Przywódca USA wytłumaczył, że nie może przylecieć, bo musi się spotkać z huraganem Dorian na południu Stanów Zjednoczonych. Po czym grał w golfa.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wcześniej wpływowe ośrodki i liczący się publicyści apelowali do Trumpa, by nie przylatywał do Polski i nie legitymizował swą obecnością w Warszawie polityki PiS, stanie się oczywiste, że odwołanie wrześniowej wizyty było jak cios kijem. Obecna zapowiedź zniesienia wiz to marcheweczka zaserwowana na osłodę i dla ukojenia bólu.

Propagandyści „dobrej zmiany” próbują ją teraz wykorzystać w agitacji przedwyborczej. „Nie dajmy sobie wmówić, że zniesienie wiz do Ameryki było wyłącznie kwestią techniczną” – apeluje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl. „Zniesienie wiz nie jest tylko skutkiem bezosobowych procedur – pisze. – To również rezultat wielu działań politycznych podejmowanych przez władze polskie i środowiska polonijne w Ameryce. Obecna ekipa może z czystym sumieniem przypisywać sobie dużą część zasług i będzie to w pełni uprawnione”.

Oczywiście Kołodziejski fałszuje obraz rzeczywistości, bo za gest polityczny ze strony Trumpa możemy uznać tylko wybór terminu, w którym ogłosił decyzję. Samo zniesienie wiz nie było zasługą władz – ani polskich, ani amerykańskich – a jedynie konsekwencją spadku odsetka odmów udzielanych polskim wnioskodawcom do poziomu poniżej 3 proc. w skali roku. Większość Polski już dawno temu zeszła poniżej tego progu, jednak statystyki pogarszało Podkarpacie, które tradycyjnie jest zagłębiem emigracji do USA. Dopiero teraz cały kraj zszedł poniżej linii krytycznej.

No więc dobrze, w takim razie spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie polskim i nie amerykańskim władzom zawdzięczamy zniesienie wiz, lecz samym sobie, to co sprawiło, że gorzej sytuowani obywatele przestali masowo ubiegać się o wizy USA, by pracować za oceanem na czarno?

By mieć całkowitą pewność, trzeba by przeprowadzić badania i ankiety socjologiczne, ale intuicja podpowiada odpowiedź dość prostą, wręcz narzucającą się: to Unia Europejska. Możliwość legalnej pracy w zamożniejszej części Europy sprawiła, że nielegalna praca w USA przestała być atrakcyjna. Po co wyprawiać się za ocean, ukrywać się przed tamtejszymi służbami imigracyjnymi, pracować w warunkach niemal konspiracyjnych bez opieki medycznej i zabezpieczeń socjalnych, narażać się na ryzyko deportacji i zakaz wjazdu, skoro całkiem legalna praca czeka na nas dosłownie za płotem?

We wsi w południowej Polsce na Żywiecczyźnie, w której mam chałupę, liczni moi sąsiedzi nie tylko zatrudnili się w Niemczech, ale wręcz zarejestrowali tam działalność gospodarczą. Remontują mieszkania, układają glazurę, budują domy. Płacą podatki, nikt ich nie ściga, żyją jedną nogą w Polsce, a jedną w Niemczech, bo przyjazd do kraju choćby na weekend nie jest problemem. Wszyscy się już dawno podorabiali samochodów, a podróż autostradą A4 trwa tylko kilka godzin.

W ten oto sposób Europa zajmuje w życiu Polaków miejsce dawniej zarezerwowane dla Ameryki. Realne korzyści płynące z Unii Europejskiej wypierają ze świadomości obywateli mit Stanów Zjednoczonych. I właśnie z tego powodu zniesienie wiz zapewne nie okaże się w kampanii wyborczej PiS wielkim atutem – wielu Polaków amerykańska wiza po prostu przestała obchodzić.

Pojawił się natomiast nowy problem, którego wielu obywateli do końca sobie jeszcze nie uświadamia: w czasie gdy Polacy mentalnie i praktycznie przenieśli się z USA do Unii Europejskiej, rząd odbył podróż w przeciwnym kierunku. Dzisiejsze władze weszły w role bezkrytycznego i służalczego wasala administracji Donalda Trumpa, a jednocześnie skłócają Polskę z Europą i pogarszają jej pozycję w UE. Kwestią czasu – i to niestety raczej niezbyt długiego – jest to, kiedy negatywne konsekwencje tej polityki odczują przeciętni obywatele.

Więcej Klaudii Jachiry – tutaj >>>

PiS stworzył wrogów, szuka nowych. Karmienie się nienawiścią

13 Sty

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

Co roku prawica produkuje tony takiego chłamu przeciwko Owsiakowi i jego Orkiestrze i co roku Owsiak z Orkiestrą biją kolejny rekord zbiórek na dobry cel społeczny. W całej Polsce i poza jej granicami, od San Francisco przez New Jersey po Budapeszt i Moskwę.

Gdy „zjednoczona prawica” doszła do władzy, do absurdalnego zwalczania dzieła Owsiaka dołączył rząd. Minister Waszczykowski zabronił polskim placówkom dyplomatycznym jakiejkolwiek współpracy z Orkiestrą, czyli z największą w Polsce społeczną inicjatywą pożytku publicznego.

Przykład idzie z góry, więc z niektórych polskich sklepów w Stanach znikają komunikaty o WOŚP. Czasem Często pod wpływem lokalnych polskich księży i działaczy polonijnych.

To szaleństwo nie ustępuje, choć Owsiakowi ufa 83 proc. obywateli polskich, a WOŚP wspiera 22 proc. wyborców PiS. Jakiej trzeba zapiekłej niechęci, jakiego bezdusznego uprzedzenia, by walczyć z dziełem, które plombuje dziury naszego systemu opieki medycznej i przynajmniej na kilka chwil jednoczy kraj ponad wszelkimi różnicami.

Wystarczy poczytać wypowiedzi wdzięcznych rodziców, bliskich, lekarzy i dyrektorów szpitali, by się przekonać, ile Orkiestra dała Polsce. To nasze dobro narodowe. Zasługuje na wdzięczność i podziw, a nie na hejt z błogosławieństwem rządzących.

Na szczęście hejt na Owsiaka, wbrew intencjom hejterów politycznych i internetowych, wychodzi mu na dobre. Odkąd rządzi PiS, Orkiestra rok po roku osiąga najwyższe wyniki w swej historii. Wspaniale, ale to nie jest zasługa rządów PiS, tylko determinacji Orkiestry i samego Owsiaka, który nie odpuszcza.

Nie tak powinno być.

Próbowano go haniebnie dyskredytować na różne sposoby. Kościół katolicki ma w tym swój zły udział, choć powinien dzieło Orkiestry po chrześcijańsku wspierać. Owsiak nie jest „konkurencją” dla charytatywnych akcji katolickich. To one powinny mu dziękować, że dał Polsce przykład, jak wyprowadzić na ulice ludzi nie w narodowym marszu agresji, lecz w bardzo dobrej wspólnej sprawie.

Drodzy Polacy, urządzimy w Waszym kraju imprezę, która skłóci Was ze wszystkimi potencjalnymi partnerami w Unii Europejskiej, rozbijając jej oficjalne stanowisko w trudnej sprawie, postawi Wasz kraj na czele listy krajów wrogich Iranowi i innym krajom Bliskiego Wschodu, czyniąc z Polaków potencjalne ofiary dżihadystów, a w zamian możemy zgodzić się na to, byście zapłacili nam miliardy za wynajem naszego wojska i amerykańskie bazy w Polsce o nazwie “Fort Trump”. – tak w gruncie rzeczy brzmi komunikat, jaki popłynął do polskiego rządu ze strony naszych amerykańskich “przyjaciół”.

Przypomnijmy, w piątek amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo, poinformował w sprzyjającej republikanom telewizji Fox News, że Stany Zjednoczone planują zorganizować w lutym w Polsce globalną konferencję na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iranie.  Polski MSZ kilkadziesiąt minut po wywiadzie Pompeo w telewizji, wydał oświadczenie w tej sprawie. – Mamy przyjemność poinformować, że Rzeczpospolita Polska i Stany Zjednoczone będą współgospodarzami “Spotkania ministerialnego poświęconego budowaniu pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”, które odbędzie się w Warszawie w dniach 13-14 lutego. Do udziału w spotkaniu zostały zaproszone państwa z całego świata – poinformował MSZ w piśmie, które – jak zaznaczono – zostało wydane jednocześnie przez rządy: Polski i Stanów Zjednoczonych.

Polski rząd postawiony pod ścianą nie miał wyjścia i na konferencję zgodzić się musiał, choć mało kto wierzy w to, że sprawa została wcześniej z polskim rządem uzgodniona. Amerykański rząd wykorzystał fakt, że Polska rozpaczliwie aspiruje do bycia “istotnym” partnerem USA, a dla aprobaty Donalda Trumpa jest gotowa na niemal wszystko. To niestety sprawia, że nasz kraj staje się narzędziem w rękach zdziwaczałego prezydenta USA, wrzucając Polskę na bardzo niebezpieczne rafy dyplomatycznego morza. Jak mówił w radiu TOK FM Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w USA i Hiszpanii, administracja Trumpa chce spróbować tym spotkaniem zdynamizować stosunki międzynarodowe. – Intencją dyplomacji amerykańskiej może być rozbicie stanowiska UE, a nawet budowanie koalicji antyirańskiej – powiedział.

Póki co, za realizowanie amerykańskiego planu płaci Polska. Jak podała irańska agencja informacyjna, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Iranu wezwało charge d’affaires ambasady Polski w Teheranie, by oficjalnie zaprotestować przeciw zaplanowanej na luty konferencji na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza wpływów Iranu w tym regionie. Na nic się zdały wyjaśnienia polskiego dyplomaty na temat organizowanej konferencji, ani przekonywanie, że nie ma ona antyirańskiego charakteru. Padły bardzo poważne słowa, z którymi żaden polski dyplomata nie musiał się mierzyć od czasów sprzed II wojny światowej. W siedzibie resortu polskiemu dyplomacie powiedziano, że podjętą przez rząd Polski decyzję o byciu gospodarzem szczytu uważa się za “akt wrogości wobec Iranu”. Usłyszał on również, że Teheran może zdecydować się na działania odwetowe – podała irańska agencja.

Politycy opozycji biją na alarm, podobnie jak internauci, którzy wytykają polskiemu rządowi brak kierowania się polską racja stanu.

„Rzeczywiście, Krzysiu

Tu jesteś wrobiony

Ale… co się z Tobą

Zrobiło tak bowiem

Że stałeś sie twarzą

Aż tak PODŁEJ ZMIANY

Która niszczy Polskę”

Bo rządzą pacany…??? –

–  taki wierszyk zamieścił czytelnik Tomasz Piwowarczyk – pod tekstem komentującym w naTemat – pokłosie skandalicznej, antysemickiej  „dobranocki”  TVP. Wywołał tym lawinę kolejnych nieprzychylnych rządowej stacji komentarzy.

Wszystko zaczęło się od wpisu satyrycznego profilu TVPi Korea, który w jednym z wpisów umieścił link do wiadomości o „plastusiowej dobranocce” i opatrzył go stwierdzeniem: „Krzysztof Ziemiec lubi to!”.

Na to zareagował sam gwiazdor „Wiadomości”: „Skasuj ten głupi wpis szczujnio!!!” – napisał Ziemiec.

Dalej już było tylko gorzej bo odezwał się poseł PO Cezary Tomczyk, który napisał o dziennikarzach, którzy dają przyzwolenie na emitowanie takich rzeczy w TVP.

„Dziwne oburzenie… Takie materiały są w TVP? Są. Dziennikarze TVP lubią TVP i materiały TVP? Lubią. I dają zgodę swoim (czasami byłym) autorytetem na takie praktyki. Wiadomości TVP w ciągu trzech lat straciły 1.5 mln widzów. To nie jest przypadek. To upadek” – napisał poseł.

„To co Pan napisał jest tak okropne, że nie warto tego komentować… Powiem jedno, nie jest godne funkcji jaką Pan pełni! Co ja mam z tym filmikiem wspólnego!!!! Posługuje się Pan wpisami jakiegoś hejtetskiego konta które po ubecku przykleiło mnie do tego! Pan, poseł RP?!!!!” – stwierdził Ziemiec.

W tej  z oburzeniem komentowanej „dobranocce” wystąpiły postaci ucharakteryzowane na Jurka Owsiaka i Hannę Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy „tworzy” szefa WOŚP niczym nakręcaną zabawkę, która powtarza jak mantrę „Cześć. Sie ma”. Jest jej potrzebny do zarabiania pieniędzy.

Następnie wolontariuszka zbiera do puszki WOŚP, a Owsiak nakręcanym samochodem z przyczepami i przywozi byłej prezydent Warszawy sporą kasę. Na 200-złotowych banknotach widnieje Gwiazda Dawida.

Po trzech latach od przejęcia przez PiS władzy opinia publiczna zaczyna sobie uświadamiać skalę niekompetencji rządzących.

Procesy społeczne i gospodarcze mają sporą inercję. Wiele wody musi w Wiśle upłynąć, zanim do większości obywateli dotrze to, co dla specjalistów i ludzi szczególnie zainteresowanych, jest oczywiste od samego początku. Ale w końcu nadchodzi dzień, w którym nawet żyjący swoim życiem i kompletnie nieinteresujący się sprawami publicznymi obywatel siada i pisze taki list, jak ten opublikowany w pierwszym tygodniu stycznia na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”: – „Generalnie to dopiero dziś doszło do mnie, że od tego roku jest więcej niedziel niehandlowych. Chciałbym serdecznie podziękować rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość, że po raz kolejny zabierają mi dni, w których mógłbym normalnie pracować. Jestem studentem, studiuję dziennie, wynajmuję pokój w największym mieście w Polsce i potrzebuję pieniędzy na czynsz. Jeśli nie potraficie tego zrozumieć, to mam świetny pomysł – co wy na to, żebyście to wy opłacali wszystkie moje wydatki? Jesteście tak beznadziejni, że brakuje mi słów”.

Zakaz handlu w niedzielę wprowadzono blisko rok temu, ale jego szkodliwe skutki dopiero dziś docierają do świadomości wszystkich tych, którzy początkowo wzięli za dobrą monetę opowiadane przez związkowców i biskupów androny o niedzieli, która ponoć „ma być dla rodziny”.

Zgodnie z hasłami głoszonymi przez sojusz związkowo-katolicki, liczni pracownicy handlu, począwszy od tego roku, będą mieli dla swoich rodzin mnóstwo czasu. Będą go mogli poświęcić na wspólne, rodzinne poszukiwania pracy, bo jak podaje „Gazeta Wyborcza” sieć Tesco zamyka w całej Polsce 32 sklepy i zwalnia 1300 pracowników. W trzecim kwartale roku finansowego z powodu zakazu handlu w niedziele jej przychody spadły o 1,2 proc.

„Rzeczpospolita” dodaje, że zamkniętych zostanie też 5 tys. małych sklepów. – „Zakaz handlu miał im pomóc, a tymczasem wbił gwóźdź do trumny” – pisze gazeta, cytując prezesa Forum Dialogu Gospodarczego Andrzeja Falińskiego, który mówi: – „Małe sklepy cierpią strasznie, obroty niedzielne niemal wyparowały, zostało 20-30 proc. wcześniejszej sprzedaży w ten dzień”. Niemal rok był potrzebny, by ta „dobra zmiana” w polskim handlu zaczęła się przebijać do powszechnej świadomości.

Jeszcze dłużej trwało uświadamianie sobie przez Polaków skutków demolki dokonanej w oświacie przez Annę Zalewską. Część rodziców gimnazjalistów i nauczycieli protestowała już wcześniej, ale dramat polskiej szkoły stał się wyraźnie widoczny dopiero w tym roku, gdy na skutek chaosu zaczęło brakować nauczycieli, a w zatłoczonych budynkach dzieciaki uczą się na zmiany do późnego wieczora. Pani minister nadal opowiada, że wszystko jest w porządku i prezentuje beztroski uśmiech. Jednak już nawet Kościół, widząc, co się dzieje, postanowił nieco pomóc szkołom – biskup warszawski zgodził się, by w najbardziej zatłoczonych placówkach liczba godzin religii została ograniczona do jednej w tygodniu.

Nadciąga też czerwcowy Armageddon, kiedy to do szkół średnich będą próbowały się dostać równocześnie dwa roczniki: ostatni absolwenci likwidowanych gimnazjów i pierwsi absolwenci klas ósmych. O tym, jakie nastroje panują wśród ich rodziców i wychowawców, świadczy opinia, którą ostatnio usłyszałem w likwidowanym gimnazjum mojej córki: – „Proszę być przygotowanym na zwiększone trudności w dostaniu się dziecka do liceum, bo preferowani będą absolwenci podstawówek, a nie gimnazjów. Władze będą chciały pokazać, że gimnazja źle uczyły młodzież, a nowe podstawówki są znacznie lepsze”. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w prawdziwość tej plotki, ale sam fakt, że jest ona kolportowana, dowodnie pokazuje, jakie nastroje dominują w środowisku szkolnym.

Innym sygnałem jest nieuchronnie nadciągający strajk nauczycieli, w którym będzie też chyba musiała uczestniczyć „Solidarność”. Do tej pory sztandar buntu dzierżył tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, a „Solidarność” występowała w roli obrońcy interesów władzy. Ostatnio jednak pod presją szeregowych związkowców-nauczycieli nawet ta reżimowa i wspierająca PiS organizacja zaczęła gniewnie pomrukiwać.

W ponad trzy lata po wyborach, które oddały władzę w Polsce ludziom Jarosława Kaczyńskiego, do  Polaków zaczyna więc docierać prawda o naturze i osiągnięciach „dobrej zmiany”. Dostrzegają demolkę oświaty, handlu, energetyki, służb publicznych, sił zbrojnych, a nawet stadnin koni arabskich. Opinia publiczna zaczyna rozumieć, że za cokolwiek wezmą się ludzie pana prezesa – niechybnie to spieprzą. Kaczyński oddał kraj głupcom, miernotom, ludziom pozbawionym jakichkolwiek talentów.

Nic w tym zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę merytoryczny poziom kadr, na których oparła się pisowska władza. Jako wieloletni redaktor i publicysta licznych mediów widzę na przykład, jacy ludzie zasilili media do niedawna publiczne, a dziś reżimowe, i kto sprawuje tam funkcje kierownicze. Pominąwszy najwyższy szczebel opanowany przez oddelegowanych polityków w rodzaju Jacka Kurskiego, Krzysztofa Czabańskiego czy Joanny Lichockiej, niemal wszystkie stanowiska kierownicze i publicystyczne (z nielicznymi wyjątkami) zostały obsadzone przez drugorzędne miernoty i beztalencia. Przez ludzi, którzy latami produkowali nieistotne materiały dziennikarskie i nigdy nie błysnęli niczym szczególnym (nie dotyczy to oczywiście Michała Rachonia, który swego czasu wystąpił przebrany za penisa – to było wielkie osiągnięcie).

Podobne reguły doboru kadr obowiązywały we wszystkich innych dziedzinach życia – od energetyki po hodowlę arabów. I dziś ta prawda zaczęła się przebijać do świadomości ogółu. W samą porę, bo za chwilę wybory.

Waldemar Mystkowski pisze o ewentualnym zbliżeniu neofaszysty Salviniego z PiS.

Szef Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani nie przywiązuje żadnej wagi do wizyty swego rodaka – ale o odmiennych poglądach – Matteo Salviniego u Jarosława Kaczyńskiego, gdyż „wśród suwerenistów (włoska wersja wstawania z kolan – przyp. mój) panuje całkowity brak zgody”. Dlaczego brakuje zgody? Po pierwsze, są to ruchy polityczne wsobne, nacjonalistyczne, stawiające tylko na swój naród, a więc każdy inny jest wrogiem, choć może być w sojuszu taktycznym.

Do tego momentu z Tajanim się zgodzę, a drugie jego rozróżnienie zniuansowałbym. Włoch mówi, że Salvini jest zwolennikiem Putina, a PiS pozostaje antyrosyjski. Czy na pewno? Elektorat PiS jest antyrosyjski, ale działania polityczne partii Kaczyńskiego niekoniecznie.

Mit założycielski PiS to katastrofa smoleńska, który partię Kaczyńskiego wyniósł do władzy. Od polityków PiS słyszymy retorykę antyrosyjską, ale tylko retorykę. Kreml może sobie tylko taką wymarzyć, bo co dla władców Rosji zawsze było najważniejsze – skłócać Polaków. Kreml osiąga to za pomocą „partii wpływu” w Polsce – PiS i ich poszczególnych polityków. Dobrze to rozebrał na czynniki pierwsze Tomasz Piątek w dwóch książkach o Antonim Macierewiczu. Wiceprezes PiS jest wymarzonym agentem wpływu, a to że ględzi antyrosyjsko? A jak ma mówić?

Tak więc prorosyjskość we Włoszech należy czytać zupełnie inaczej niż w Polsce. Kreml rozgrywa Polaków przeciw sobie dokładnie tak jak to robił przez cały XIX wiek, gdy znaleźliśmy się pod zaborami. A że PiS ma elektorat z terenów tego zaboru, więc mamy takie zniuansowanie.

W XIX wieku wykuwała się polska myśl niepodległościowa, jednym z jej elementów było wspieranie Ukrainy w dążeniu do państwowości. Tak widział politykę wschodnią Józef Piłsudski, a w naszych czasach pisał o tym Jerzy Giedroyc w paryskiej „Kulturze”. Dzisiaj działanie na osłabienie Ukrainy to działanie w interesie Kremla. Co dzisiaj robi w tej kwestii PiS? Kijów ustawia w roli wroga.

Tatuś premiera Kornel Morawiecki – który w czasach peerelowskiej opozycji był V kolumną w „Solidarności”, uchował się, bo widziano go jako folklor polityczny – nie raz bardzo ciepło wyrażał się o Kremlu i marzy mu się brak „sporu między nami a Rosjanami”, co samo w sobie jest godne gołąbka pokoju, ale następstwo logiczne obnaża niezbyt lotnego intelektualnie starszego Morawieckiego: nie chce wojsk amerykańskich w Polsce.

Co na to jego syn Mateusz, który retorycznie jest krew z krwi i prezentuje podobne zaplecze intelektualne – czyli marne – o tych prorosyjskich sentymentach? Nic w słowie, ale „poznacie ich po czynach”. A czynem rządu jest to, iż obecnie import rosyjskiego węgla jest dwukrotnie większy niż w 2015 roku. 20 proc. węgla zużywanego w kraju ma rosyjski stempel.

Tak więc zupełnie inaczej należy czytać prorosyjskość (pro-Putinowość) Włocha Salviniego, a zupełnie inaczej prorosyjskość – uwikłaną historycznie – panów Kaczyńskich, Macierewiczów, Morawieckich. W Europie od dawna jest tendencja stref wpływów – jeżeli nie cywilizowany Zachód, nie Unia Europejska, to Rosja. Capisce? – jak retorycznie mówił rodak Salviniego, Tajaniego, literacki i filmowy don Corleone.

PiS zaatakował państwo polskie. Tak należy rozumieć usprawiedliwienie szubrawców przez Ziobrę

9 Gru

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był na pozór logiczny. Od kilku tygodni z czołówek niezależnych mediów nie schodzi afera KNF – korupcyjna propozycja złożona bankowcowi przez szefa instytucji nadzorującej banki. To duże obciążenie dla PiS, zwłaszcza że wychodzą na jaw kolejne skandale i nie wiadomo, jak daleko sięgnie afera. Ktoś w PiS zadecydował, że aferę Chrzanowskiego trzeba przykryć inną, którą w jakiś sposób da się powiązać z Platformą, a w każdym razie ze środowiskiem dalekim od PiS. Dlatego zatrzymani zostali wysocy urzędnicy KNF, którzy w instytucji tej pracowali do 2016 roku.

Platforma Obywatelska rozpoczyna akcję informacyjną o aferze w Komisji Nadzoru Finansowego. Seria filmów ma być poświęcona poszczególnym jej postaciom i politykom Prawa i Sprawiedliwości.

Materiały mają też przedstawiać fakty na temat afery i powiązania pomiędzy jej bohaterami. Tematem spotów mają być również nadużycia w SKOK-u Wołomin.

Akcja ze spotami o aferze KNF i w SKOK-ach ma szerzyć wiedzę o tym, jaką rolę odegrali w niej poszczególni politycy PiS. Sławomir Neumann przekonuje też, że to swoista odpowiedź na przykład na zatrzymanie między innymi Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa KNF, któremu służby zarzucają niedostateczną kontrolę nad SKOK Wołomin, chociaż w związku z zaangażowaniem w badanie sprawy został cztery lata temu brutalnie pobity.

Filmy o aferze KNF i SKOK Wołomin będą publikowane w internecie i mają być niejako konwojem wstydu bis. To nawiązanie do akcji, w której Platforma informowała o politykach Prawa i Sprawiedliwości przyznających sobie i chętnie biorących rozmaite nagrody.

– Mamy do czynienia z utratą dynamiki, prezentowaną przez Prawo i Sprawiedliwość – tak były premier Leszek Miller skomentował w TVN24 wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na wyjazdowym posiedzeniu klubu PiS w Jachrance.

Kaczyński w piątek przekonywał, że PiS nie może zgodzić się z narracją iż partia ta jest „tym samym czym Platforma” i przypominał o aferach, które – jego zdaniem – obciążają PO znacznie bardziej niż PiS obciąża afera KNF.

– Obserwując ostatnie wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, odniosłem wrażenie, że jest intelektualnie znużony i bardzo zdesperowany – stwierdził były szef SLD komentując to wystąpienie.

Zdaniem Millera słowa Kaczyńskiego były „czytelnym komunikatem, że PiS może przegrać wybory”, który popłynął do działaczy PiS.

Były premier ocenił, że Kaczyński próbuje przygotować na ewentualną porażkę działaczy PiS. – W samym tym wystąpieniu pana Kaczyńskiego było więcej defensywy niż ofensywy – ocenił.

Miller ocenił, że w PiS politycy mają świadomość, iż „misja premiera (Mateusza) Morawieckiego nie udała się”. Według Millera zamiana Beaty Szydło na Morawieckiego miała pozyskać dla PiS elektorat centrowy. Tymczasem, jak stwierdził, pod rządami Morawieckiego „centrum jest jeszcze bardziej przestraszone”, a UE – relacje z którą Morawiecki też miał poprawić – „jeszcze bardziej nasrożona niż była”.

W Jachrance pod Warszawą trwa plenum KC Partii rządzącej. „Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?” – myślałem, oglądając transmisję we wrogiej stacji telewizyjnej. I Sekretarz wygłasza referat. Kiedy tylko podniesie głos, zaakcentuje puentę, zaczynają się oklaski, ale nie owacje. Oklaski raczej wymuszone, bez entuzjazmu, twarze nieruchome, znudzone, towarzysze w prezydium, towarzysz premier, towarzysz marszałek, towarzysze koalicjanci – bez ruchu, jak gdyby byli scenografią, którą faktycznie stanowili.

Towarzysz I Sekretarz w zasadzie nie powiedział nic nowego, przemówienie było defensywne, ani porywające, ani inspirujące, ale wskazujące na sposób myślenia. Głównym celem I Sekretarza jest wtrącenie Tuska do więzienia, co mówca właściwie zapowiedział. Mówił, że afera vatowska przybrała taką skalę (60-70 mld dol.), iż byłaby znaczna nawet w USA. Była to – mówił I Sekretarz – afera rządowa, za którą odpowiedzialność musi ponieść szef rządu, także w sensie prawnym.

Wniosek: miejsce Tuska jest w areszcie. (Spotkałem się nawet z opinią, że I Sekretarz odetchnie, poczuje ulgę, wręcz uspokoi się, kiedy Donalda T. spotka kara). Im ostrzejsze były słowa I Sekretarza, tym głośniejsze były brawka, ale twarze uczestników były nieruchome, jak gdyby woskowe, jeden zerkał na drugiego, czy klaszcze, i grzecznie słuchali.

Przemówienie było defensywne. O Smoleńsku ani mru-mru. My łamaliśmy konstytucję? To wy pierwsi łamaliście konstytucję, wybierając „rezerwowych” członków Trybunału Konstytucyjnego. U nas są afery? To wasze afery można by wymieniać bez końca: hazardowa, taśmowa, vatowska, a każda monstrualnych rozmiarów. To my zamiatamy pod dywan? Nieprawda! Na tym właśnie polega różnica między nami a naszymi przeciwnikami. Kiedy u nas pojawia się czarna owca, a taka może się zdarzyć w każdej dużej zbiorowości, to wynika ze statystyki, to my ją natychmiast ujawniamy i z całą surowością prawa rozliczamy, podczas gdy nasi przeciwnicy je tolerują.

I Sekretarz ostrzegał przed jednakowym traktowaniem partii rządzącej i opozycji. Myślenie w rodzaju: obie strony są podobne, jedni warci drugich, wart Pac pałaca itp. – jest bardzo niebezpieczne i niedopuszczalne. Nie ma symetrii, nie ma podobieństwa, my jesteśmy lepsi. (Jak mówił kiedyś, w 1924 r., I Sekretarz: „My jesteśmy ludźmi szczególnego pokroju”).

W sumie dominowała nuta „you too”. U nas są złodzieje? Ale u was więcej.

Jedynym pozytywnym aspektem przemówienia było powtórzenie, że PiS jest partią proeuropejską, jest za „podmiotową obecnością” w UE. Co to znaczy „podmiotowa obecność” można się domyśleć. Sądzę, że ta zbitka pojęciowa przyjmie się w języku PiS, tak jak „opozycja totalna” (innej nie ma).

Sprawy niewygodne, takie jak cofnięcie się w kwestii Sądu Najwyższego pod wpływem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, afera KNF, która zagraża prezesowi NBP, kuriozalne żądanie zakneblowania mediów w tej sprawie – wszystko to I sekretarz w jawnej części referatu pominął. Jak znam życie, to część wewnętrzna, poufna, przecieknie do mediów lada chwila, a większość mediów jest przeciwko nam – nie omieszkał wspomnieć przywódca obozu władzy. Na razie nie miał nic więcej do zaoferowania poza tym, że konieczne jest wygranie wyborów. Szkoda, że opozycja, Platforma i Nowoczesna, swoimi ostatnimi rozgrywkami mu to ułatwiają.

Więcej o wystąpieniu Kaczyńskiego w Jachrance >>>

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Kaczyńskim.

Wrogowie i nienawistnicy twierdzą, że PiS znalazł się w defensywie i nieskutecznie próbuje zasłaniać się przed kolejnymi ciosami w narożniku ringu. Nie słuchajcie tych kłamstw. Słuchajcie pana prezesa.

– „W piątek o godzinie 17:00 będzie miało miejsce bardzo ważne wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego” – nietaktownie zapowiedział w radiowej Trójce marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Nietaktownie, bo kryła się w tym sugestia, że jakieś inne wystąpienia pana prezesa mogły być nie bardzo ważne. A przecież wiemy doskonale, że wszystkie jego słowa są kamieniami milowymi polskiej polityki, nawet te wypowiadane bez żadnego trybu, spontanicznie i niejako mimochodem. Zwłaszcza one. Mord zdradzieckich i kanalii nikt zawczasu nie zapowiadał i nie podkreślał ich wagi, a przecież na trwałe zapisały się w polskich dziejach.

Dziennikarz Trójki dał więc marszałkowi Karczewskiemu szansę wybrnięcia z tej gafy, pytając go, dlaczego akurat to wystąpienie pana prezesa będzie bardzo ważne. – „Bo będzie mówił o ważnych rzeczach” – wyjaśnił marszałek. Tak jakby pan prezes mógł mówić o rzeczach nieważnych. Doskonale wiemy, że każda, nawet najdrobniejsza rzecz w ustach pana prezesa nabiera ciężaru gatunkowego i zyskuje rangę kwestii zasadniczej i przełomowej.

O 17:00 w piątek naród masowo zasiadł więc przed telewizorami, by wysłuchać bardzo ważnego wystąpienia o ważnych rzeczach. I rzeczywiście. Przez kilkadziesiąt minut pan prezes mówił o tym, że:

1. Nie ma mowy o żadnym Polexicie, podmiotowa obecność Polski w Unii Europejskiej jest dla Polski bardzo ważna. Ale właśnie podmiotowa – i w tym kierunku zmierzamy. Bo wcześniej była przedmiotowa. Tu już każdy sam musi sobie dośpiewać, co to znaczy. Na przykład wybranie Polaka Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej niewątpliwie było przejawem przedmiotowego traktowania Polski przez brukselskie elity (to już moja interpretacja, a nie słowa pana prezesa);

2. PiS nie łamie Konstytucji. Konstytucję łamały PO i PSL, a PiS to teraz naprawia.

3. PiS nie dokonał bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego. To Platforma wcześniej dokonała bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego.

4. PiS nie łamie praw człowieka. Prawa człowieka łamał rząd PO i PSL, który organizował uliczne łapanki na kibiców piłkarskich, strzelał do górników i przeprowadzał naloty na redakcje.

5. PiS nie ma na koncie żadnych afer. Przeciwnie – PiS afery rozlicza. Poważne, ale to naprawdę bardzo poważne afery są dziełem Platformy. Przykładem afera Amber Gold i Olt Express, z którą – jak donosiły media – niektórzy politycy PO mieli związki rodzinne. – „Oczywiście nie mnie przesądzać o tym, jaki jest stopień ich winy” – stwierdził prezes.

Z grubsza tyle. Przyznacie państwo, że to bardzo ważne wystąpienie, które wiele wniosło do naszego życia publicznego i rzuciło snop światła na sprawy dotychczas kryjące się w mroku.

Oczywiście wrogowie i nienawistnicy od Tuska próbują teraz umniejszyć znaczenie tych słów i starają się wmówić opinii publicznej, że wystąpienie miało charakter defensywny. Że pan prezes nie powiedział niczego nowego, a tylko odpierał zarzuty sypiące się na PiS ze wszystkich stron. Że brzmiał i wyglądał jak uosobienie bezradności, próbując zaklinać rzeczywistość i negować oczywiste fakty. Że obóz „dobrej zmiany” nie jest już w stanie kontrolować debaty publicznej – dziś to opozycja decyduje o tematach i kwestiach, wokół których ogniskuje się spór, PiS może na to jedynie reagować i biernie się dostosowywać. Że władza jest jak bokser zepchnięty do narożnika ringu, który bezładnie wymachuje rękami, próbując się zasłonić przed kolejnymi celnymi ciosami, ale jest już lekko zamroczony, brakuje mu siły, refleksu, skuteczności. Jeszcze chwila – i padnie na deski.

To oczywiście wszystko nieprawda i wroga propaganda. Dodajmy więc do listy pana prezesa jeszcze dwa punkty:

6. PiS wcale nie został zepchnięty do narożnika i nie znalazł się w defensywie. W defensywie jest totalna opozycja, a PiS prze do przodu jak burza.

7. PiS wcale nie straci władzy w przyszłorocznych wyborach. PiS w przyszłorocznych wyborach się umocni.

Waldemar Mystkowski pisze też o Kaczyńskim.

Piątkowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance w ogóle nie było oryginalne, prezes powtarzał swoje banały – by nie rzec banialuki – ale wskazuje, jaką drogą powiedzie swoje owieczki przez następny rok do wyborów parlamentarnych, acz te do PE nie są dla niego ważne, niemniej mogą pociągnąć za sobą konsekwencje topielca znajdującego się w wirze wodnym, który może wciągnąć i PiS zatopić.

Przemowę swoją prezes zbudował na najprostszym schemacie narracyjnym: my – oni. Zauważmy – nie było to: my i Polska, my i Unia Europejska, bądź my i przyszłość, ale stosunek „naszego” pisowskiego posiadania do onych. Jest to podstawa myślenie feudalnego, w którym pan decyduje, co jest dobre i co jego podwładnym (suwerenowi) się należy. Ponadto prymitywizm tej narracji polega na tym, że „my” pisowcy jesteśmy zawsze lepsi. Dante tak zbudował „Komedię boską”: my z piekła rodem (w tym wypadku kler) jesteśmy dla was dobrem – i wraz z nami wylądujecie na dnie, w którymś z kręgów piekieł. Uczulam na to, bo mamy do czynienia z formacją polityczną, która prowadzi nasz kraj do katastrofy. Kaczyński nie musi być tego świadomy, bo to człowiek ograniczony.

Prezes zrezygnował z repolonizacji mediów, co mu skutecznie wybiła z głowy ambasador USA Georgette Mosbacher. I za to należy jej się wielkie dzięki, gdyż wolne i niezależne media nie pozwolą PiS-owi na ukrywanie swoich afer, a te są podstawą rządzenia feudalnego. Takiego skutku nie odniosłyby żadne instytucje unijne, bo z nimi PiS niespecjalnie się liczy.

W dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z przykrywaniem afery Komisji Nadzoru Finansowego, która musi pogrążyć PiS, bowiem wszelkie działania maskujące prowadzą do odkrywania kolejnych kręgów korupcji, upartyjnienia państwa. Znowu mamy do czynienia z narracją dantejską. Jakikolwiek skrawek opowieści się odsłoni, pokazuje piekło PiS.

Kaczyński skupił się na onych z Platformy Obywatelskiej, politykom partii Grzegorza Schetyny zostanie sporządzone piekło, czasami przy pomocy innych podmiotów opozycyjnych, które mogą być nieodporne na manipulacje prezesa. I znowu możemy mówić o szczęściu, bo rdzeń sądownictwa zachował niezależność i nie pójdzie na żaden dyktat bezprawia.

Kaczyński będzie się pienił, tak samo jak desygnowany przez niego premier Mateusz Morawiecki. Zdani są więc na bicie głową w mur. Raczej go nie przebiją, najwyżej głowy sobie rozbiją, nie ucierpi na tym rozum, bo go za wiele nie mają.

Na powyższych polach PiS jest na przegranych pozycjach, może nadrobić tylko w sferze socjalnej, fundując prezenty grupom społecznym, ale i to nie będzie możliwe do zaspokojenia, bo nierządzenie – po raz pierwszy mamy partię u władzy, która nie rządzi, tylko rozdaje – przyniesie efekty (o czym przekonali się komuniści) w drożyźnie, a ta musi być konsekwencją podniesienie ceny energii. Nawet gdyby budżet rekompensował podwyżkę indywidualnym odbiorcom prądu, to nie jest w stanie tego samego zrekompensować przedsiębiorcom, a ci z kolei – by nie zbankrutować – podniosą ceny za produkty i usługi. PiS może tę drożyznę przesunąć na czas po wyborach, wątpię jednak by tak długo udawało im się odwlec.

Politycy PiS nie należą do żadnych orłów, to drób rzędu nielotów, ale i oni wyczuwali pismo nosem podczas przemówienia prezesa – swąd porażki piekielnej krążył nad nimi jak swego czasu widmo komunizmu. Joachim Brudziński nawet przyznał się, że dobra zmiana uczyniła z niego potencjalną skwarę, którą zostanie po porażce.

Porażka PiS jest w rękach opozycji, oby nie popełniała błędów, nie rozdrabniała się i nie formułowała programu na prymitywnej dychotomii – my i oni. Prezesa przemówienie w Jachrance należy do narracji diabelskiej alternatywy, co by nie zrobił, czego by nie zmanipulował, zawsze wyjdzie mu diabelski ogon. I tak jest zwykle z ludźmi, którzy nie mają predyspozycji do rządzenia, ale mają ambicje i wizje. Kończą w piekle niemocy, w imposybilizmie, który to termin prezes niespecjalnie rozumiał, gdy kiedyś go nadużywał. A teraz go dopadł.

„W kwietniu 2014 roku padłem ofiarą zamachu na moje życie. Obecnie padam ofiarą zamachu na moj dorobek zawodowy i dobrę imię.”

Od kilku dni radykalne skrzydło „żółtych kamizelek” wzywa do zdobycia broni i przeprowadzania zamachów na członków rządu, parlamentarzystów oraz policjantów. Eric Drouet, jeden z nieformalnych przywódców ruchu, planuje „wzięcie Pałacu Elizejskiego szturmem”. Tak jak w czasie rewolucji francuskiej szturmem wzięto pałac Ludwika XVI.

„Żółte kamizelki” popiera ponad 70 proc. Francuzów. Według ostatnich sondaży prezydenta popiera tylko 23 procent. Macron był już bardzo niepopularny wcześniej, ale protesty sprawiły, że znowu stracił kilka punktów. „Od samego początku prezydentury był na pierwszej linii. To on firmował wszystkie reformy, premiera i rząd odsyłając do roli podwykonawców. Rządził sam. Było więc nieuniknione, że cała wściekłość skupi się na nim”- tłumaczy publicysta Gerard Courtois.

Rewolta „żółtych kamizelek” stanowi dalszy ciąg tych samych przemian, które wyniosły Macrona do prezydentury. Najpierw nastąpił upadek partii mainstreamowych: socjalistów i centroprawicy. Na ruinach dotychczasowej polityki wszechwładzę zdobył Macron. Teraz następuje etap drugi: rewolta ludu.

„Żółte kamizelki” nie mają choćby cienia programu, są ruchem niezadowolenia w postaci czystej. Ale we Włoszech Ruch Pięciu Gwiazd też tak zaczynał: od czystego niezadowolenia oraz licznych manifestacji „Vaffanculo” (Pierdolcie się) wymierzonych w polityków.

Dziś Włochy są pierwszą demokracją w Europie Zachodniej, w której rządzą populiści. Teraz czas na pytanie, które Francuzi zadają sobie coraz częściej. Czy ich również pójdzie włoską drogą?

Duda andrzejkowy, czy tradycyjnie odmówił mu posłuszeństwa rozum, którego nie ma za wiele, tylko rozumek?

1 Gru

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek Sasin.

– Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze, przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Posłowie opozycji od kilku dni czekali, czy w tej sprawie prokuratura będzie działała tak samo gorliwie, jak w innych przypadkach, kiedy z ust oskarżonych padają zarzuty w stosunku do innych osób publicznych. Taka sytuacja miała miejsce ostatnio, gdy główny organizator „urodzin Hitlera” z reportażu o polskich neonazistach oskarżył dziennikarza o prowokację.

PO: Składamy zawiadomienie do prokuratury

– Składamy zawiadomienie do prokuratury o wszczęcie postępowania i zbadanie, czy faktycznie składniki majątkowe osób, które zostały wskazane przez Piotra P., mają pokrycie, czy też mogły być sfinansowane z nielegalnie przekazywanych pieniędzy od osób zamieszanych w aferę SKOK Wołomin – poinformował Arkadiusz Myrcha.

Poseł PO przypomniał, że oświadczenie majątkowe ministra Jacka Sasina było już analizowane przez CBA i prokuraturę. – W dość niewyjaśnionych okolicznościach sprawa ta został umorzona przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry  – dodaje Myrcha.

– Tym zawiadomieniem mówimy panu ministrowi, Prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze „sprawdzam”. Czy zareaguje równie szybko, jak w przypadku operatora kamery TVN w sprawie reportażu, czy natychmiast zostaną wysłane służby, zostaną postawione zarzuty, czy będzie próba dociśnięcia i wyjaśnienia jak najszybciej sprawy – tłumaczyła Joanna Augustynowska.

Przypomnijmy, w zeszłą sobotę Radio ZET podało, że Piotr P., który jest jednym z głównych podejrzanych w śledztwie dotyczącym wyłudzeń ze SKOK Wołomin, zeznał jako świadek w innym procesie, że przekazywał politykom PiS koperty z pieniędzmi ze SKOK-ów. Jednym z polityków, któremu Piotr P. – według doniesień Radia ZET – miał wręczać gotówkę, jest Jacek Sasin.

Andrzej Duda kolejny raz pozwolił sobie na więcej, niż pozwala na to powaga sprawowanego przez niego urzędu. Głowa państwa wdała się w polemikę z dziennikarzem WP Kamilem Sikorą, odpowiadając w napastliwym tonie na jego uwagi. „Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Duda na Twitterze.

Andrzej Duda na Twitterze zamieścił odnośnik do artykułu Onetu, w którym zacytowana została wypowiedź szefa klubu PO Sławomira Neumanna. Poseł PO mówiąc o możliwości wyprowadzenia przez PiS Polski z Unii Europejskiej zaznaczył, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”.

Wypowiedź polityka wyraźnie oburzyła Dudę, który dał temu wyraz w krótkim komentarzu. „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – napisał Duda na Twitterze.

Do wpisu prezydenta odniósł się m.in dziennikarz Wirtualnej Polski Kamil Sikora. Publicysta stwierdził, że sam Duda nie jest apartyjny.

„Oczywiście apolityczna prezydentura to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał Sikora na Twitterze. Wtedy Andrzejowi Dudzie puściły nerwy.

„Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał prezydent.

„Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą”

Na wpis głowy państwa na Twitterze o rzekomym doprowadzeniu przez PO Polski do Polexitu odpowiedział także Grzegorz Schetyna. „Andrzej Duda zarzuca Platformie, że prze w kierunku polexitu. Pyta, czy chcemy wypchnąć Polskę z UE. Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą” – napisał na Twitterze szef PO.

I podkreślił, że do Polexitu przyczynia się sam Andrzej Duda. „Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez Pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy” – napisał Schetyna.

Światowi przywódcy okazali się ponownie trudnymi partnerami dla polskiego rządu. Tym razem okazuje się, że kolejni politycy z pierwszych stron gazet nie pojawią się jednak na strategicznym grudniowym szczycie klimatycznym ONZ w Katowicach. Nie będzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, a także europejskich liderów – Angeli Merkel, Władimira Putina, a także Emanuela Macrona, czy nawet prezydenta sąsiedniej Ukrainy, Petra Poroszenki. Sprawia to, że Polska stała się gospodarzem szczytu bez kluczowych graczy, co oznacza, że z góry nie przyniesie on żadnych istotnych ustaleń. W sprawie klimatu kluczowy jest bowiem spór na linii USA-reszta świata, po tym jak nasi sojusznicy zerwali paryskie porozumienie klimatyczne. Dziś zaś nic nie wskazuje na gotowość Białego Domu do kompromisu.

Prawo i Sprawiedliwość tymczasem liczyło, że wydarzenie to stanie się wielkim festiwalem propagandowego znaczenia Polski na świecie. Bycie gospodarzem spotkania, które ściągnie uwagę świata i zgromadzi najważniejszych przywódców, jest wymarzonym prezentem dla zmęczonej kolejnymi aferami i kryzysami partii rządzącej. Katowice były bowiem jedną z ostatnich okazji, aby wysłać w świat solidny przekaz, że Polska rzeczywiście wstaje z kolan. Teraz jednak zadanie to staje się coraz trudniejsze do realizacji i nawet talent propagandzistów rządu może nie wystarczyć.

TVP Info nie będzie mogła nadać aż takiej rangi wydarzeniu. Politykom PiS zabraknie części okazji na pokazanie się wśród osób ważnych. Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki będą mieli zdjęcia z zagranicznymi liderami, ale nie tymi, których kojarzą ich przeciętni wyborcy. Długo wyczekiwanego family photo w TVP po prostu nie będzie.

Równocześnie wszyscy krytycy rządu dostali w ręce poważne argumenty przeciwko nieuchronnej nachalnej propagandzie władzy. Nawet w warunkach polskich mediów dosyć trudne będzie promowanie się na ochronie klimatu rządu, który rozbudowuje energetykę węglową i zapowiedział likwidację energetyki wiatrowej. Brak obecności światowych przywódców zniszczy zaś podstawowy temat zastępczy, który odwróciłby uwagę od błędnej polityki PiS.

Mec. Roman Giertych zwrócił się z apelem do Prokuratury w sprawie ukrywanej opinii dot. dowodów obrony, w śledztwie przeciwko posłowi opozycji. Jak się okazuje, podwładni Ziobry przeciągają śledztwo, ukrywając opinię, wskazującą słuszność i prawdziwość linii obrony. Czy PiS boi się gigantycznego odszkodowania dla posła i kompromitacji w pokazowym śledztwie?

– Od ponad roku reprezentuję jako obrońca pana posła Stanisława Gawłowskiego. Pierwszym zarzutem, który został postawiony panu posłowi była sprawa rzekomej korupcji polegającej zdaniem prokuratury na tym, że przyjął dwa wartościowe zegarki od pracownika podległej mu instytucji w zamian za „ogólną życzliwość”. Pracownik ten miał być do tego namawiany przez dyrektora IMGW, który również miał być osobą organizującą ich przekazanie do ówczesnego wiceministra środowiska Stanisława Gawłowskiego. To podejrzenie rozpoczęło śledztwo wobec Stanisława Gawłowskiego i stanowiło podstawowy argument dla podważania jego uczciwości (wszystkie pozostałe zarzuty są bowiem oparte wyłącznie na zeznaniach osób, które dzięki swym zeznaniom polepszyły swoją sytuację procesową przebywając w areszcie). Tymczasem obrona odnalazła zdjęcie dyrektora IMGW zrobione dwa lata po czasie, gdy rzekomo wręczono zegarki, jak paradował w Maroko z zegarkiem na ręku, który do złudzenia przypominał ten, który miał być przedmiotem łapówki dla Gawłowskiego. Złożyliśmy wówczas wniosek do prokuratury o zbadanie przez biegłego, czy to zdjęcie jest autentyczne i czy na tym zdjęciu znajduje się zegarek, który zakupił pracownik IMGW przed wręczeniem go swojemu dyrektorowi rzekomo dla Gawłowskiego. Opinia ta została dopuszczona po sześciu!!! wnioskach obrony w tej sprawie. W tym tygodniu prokuratura zdecydowała się udostępnić jej treść obrońcy, bez prawa do kopii. Nie mogę podać wniosków z tej opinii, ale mogą zaapelować do fundamentalnej uczciwości. Szanowni Państwo! Na podstawie błędnego zarzutu korupcyjnego doprowadziliście do tego, że niewinna osoba spędziła w areszcie trzy miesiące. Publicznie próbowaliście zdyskredytować go na różne sposoby (chociażby wycieki z prokuratury o rzekomym domu publicznym w mieszkaniu wynajmowanym komuś przez Gawłowskiego). Miejcie teraz odwagę opublikować treść tej opinii. I miejcie odwagę wziąć odpowiedzialność za popełnione błędy. Wszystko, prędzej czy później, ujrzy światło dzienne. To że będziecie się chronić za tajemnicą śledztwa nie spowoduje, że unikniecie osądu publicznego. Nagłaśnialiście zarzuty wobec posła Gawłowskiego we wszystkich mediach. Stańcie teraz w prawdzie i pokażcie, że nie się jej nie boicie. Jeszcze raz apeluję o upublicznienie opinii biegłego. Nie ma żadnych przesłanek procesowych, aby jej upublicznienie miało zaszkodzić śledztwu – napisał mec. Roman Giertych.

Stawianie pomników za życia to mocno kontrowersyjny pomysł. Tymczasem Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy chce wybudowania w Warszawie monumentu przywódcy „Solidarności”. Pomysłodawcy wybrali już nawet lokalizację.

„Uważamy, że komu jak komu, ale Lechowi Wałęsie Rodacy powinni postawić pomnik, za jego walkę o wolną i niepodległą Polskę w czasach PRL. I ten pomnik powinien stanąć niedaleko pomnika Marszałka Piłsudskiego. Dlatego też powołaliśmy Społeczny Komitet budowy pomnika Lecha Wałęsy” – informuje Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy. Monument poświęcony byłemu prezydentowi miałby staną przy placu marszałka Józefa Piłsudskiego, nieopodal odsłoniętego niedawno pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kto stoi za inicjatywą? Jak informuje „Super Express” upamiętnienia Wałęsy chcą działacz ruchu Kukiz’15 – Daniel Sosin oraz Rafał Motyka, Prezes Koła Porozumienie Warszawa-Bemowo. – Nie, to nie jest prowokacja. Jest coś takiego jak historia i prawda historyczna. Lech Wałęsa zmienił bieg historii – mówi Motyka. I dodaje: – Chcemy ustalić, kto włada tym terenem. Wystosowaliśmy pismo do prezydenta miasta st. Warszawy, wojewody mazowieckiego i konserwatora zabytków. Chcemy zbadać ścieżkę prawną i administracyjną.

– Pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego został postawiony przez władzę, nie przez obywateli. Trochę w ukryciu, pod osłoną nocy. Wywołało to wzburzenie, a nie o to powinno chodzić. Słowo „Rodacy” na projekcie pomnika Lecha Wałęsy zostało wybrane nieprzypadkowo, bo naprawdę chcielibyśmy, żeby to wyszło od ludzi, nie od polityków. Żeby to był pomnik ponad podziałami politycznymi. Lech Wałęsa nie działał dla siebie, działał dla Polaków, pokazał, że potrafimy wszyscy osiągać wspólne cele – argumentuje Rafał Motyka w rozmowie z Wirtualną Polską.

Komitet powołał 26 listopada Fundację Inicjatyw Obywatelskich Ponad Podziałami. Jest w trakcie rejestracji w sądzie. Już niedługo ma ruszyć zbiórka pieniędzy na budowę monumentu.

Lech Wałęsa miał nie krzyczeć i nie dowcipkować. Alfred Miodowicz był tak bardzo przekonany o swoim zwycięstwie, że nie chciał się przygotowywać. Andrzej Bober i Stanisław Ciosek, którzy przygotowywali polityków, wspominają słynną debatę z 30 listopada 1988 r.

Telewizyjna debata Alfreda Miodowicza (ówczesnego szefa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych) i Lecha Wałęsy (przewodniczącego NSZZ „Solidarność”) odbyła się dokładnie 30 lat temu. Jej tematem był pluralizm związkowy i sytuacja polityczna w Polsce. Wałęsa pojawił się wtedy w telewizji po raz pierwszy od czasu wprowadzenia przez władze PRL stanu wojennego.

„Lechu, nie krzycz”

Pomysł zorganizowania debaty wyszedł od Miodowicza. – On był przekonany, że wygra. Ja byłem pewny, że zwycięży Wałęsa – wspominał w studiu TOK FM Stanisław Ciosek, były członek PZPR i ambasador PRL w ZSRR.

Ciosek był wtedy „trenerem” Miodowicza. – W zasadzie odbyła się tylko jedna rozmowa na ten temat. Odniosłem wrażenie, że Miodowicz jednym uchem mnie słuchał, a drugim wszystko wypuszczał. Traktował to jako typowe spotkanie – mówił Ciosek.

Lecha Wałęsę do debaty przygotował dziennikarz Andrzej Bober. – W sprawach merytorycznych przygotowywali go odpowiedni ludzie, np: Bronisław Geremek wykładał mu o pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Ja starałem się przyzwyczaić Wałęsę do słownictwa Miodowicza. Wcześniej przez 1,5 doby studiowałem jego wszystkie wypowiedzi w gazetach – mówił Bober.

Co radził Wałęsie? – Prosiłem go, żeby nie krzyczał, bo to oznacza słabość. Podpowiadałem mu też, żeby nie dał się wciągnąć w żadne uśmiechy, dowcipkowania, poklepywania. Miał być poważny i spokojny – wspominał dziennikarz.

Ludzie związani z obozem solidarnościowym nie mieli wątpliwości, że Wałęsa ogra Miodowicza. – Wałęsa w dniu debaty był chory, miał cały czas szyję owiniętą szalikiem, współpracownicy podawali mu mleko z jajkiem czy cukrem. Baliśmy się tylko tego, czy w studiu telewizyjnym nie zawiedzie go głos – mówił trener Wałęsy.

„Dzięki Bogu, że się odbyła”

Debata telewizyjna trwała niecałą godzinę i była transmitowana na żywo. Za plecami rozmówców znalazł się zegar z sekundnikiem. – To był pomysł Andrzeja Wajdy. Gdyby doszło do próby manipulacji, wycięcia czegoś, to na zegarze byłoby to od razu widać – wyjaśniał Bober.

Wałęsa wyszedł z debaty z Miodowiczem zwycięsko. – Zachód, prasa – od razu stanęli po stronie Wałęsy. U nas była atmosfera klęski, jakieś docinki na posiedzeniach Potem pojawiły się badania opinii publicznej, które też stanęły po stronie Wałęsy – wspominał Stanisław Ciosek.

Obóz solidarnościowy tuż po debacie chwalił postawę Lecha Wałęsy, jednak ten, czekał głównie na opinię… żony. – Prosił swojego asystenta, by ten zadzwonił do Gdańska i zapytał, co na to Danka. Potem dostał informację, że żona oceniła występ na 3 z plusem. Wałęsa wtedy złapał się za gardło i powiedział: uprzedzałem, gdyby nie ta szyja, to byłoby na pięć – opowiadał Andrzej Bober.

– Czy można było tego uniknąć? Dzięki Bogu, że ta debata się odbyła, że nie stało się to na ulicy, tylko w studiu. Pokazano kulturę polityczną, która potem charakteryzowała całą zmianę polskiego ustroju. Na pohybel tym, którzy uważają, że to nie było dobre – podkreślał Stanisław Ciosek.

Kluczowa debata

Pojedynek retoryczny Wałęsy i Miodowicza miał ogromne konsekwencje dla dalszego biegu wydarzeń. Dzięki niemu znacząco wzrosło poparcie dla legalizacji „Solidarności”. Dopuszczenie jej lidera do udziału w nieocenzurowanej debacie z przedstawicielem władz pokazało, że jest on przywódcą znaczącego ruchu społecznego.

– Nie ulega wątpliwości, że po tej debacie pozycja Wałęsy w Polsce bardzo się umocni. Właściwie trudno będzie przekonać kogokolwiek, dlaczego nie godzimy się na uznanie »S«. […] Po audycji zadzwoniłem do Wojciecha Jaruzelskiego. Był wściekły. […] W istocie rzeczy, Miodowicz stworzył nową sytuację polityczną w kraju – pisał w swoim dzienniku ówczesny premier PRL Mieczysław Rakowski.

– Od tego dnia Lech Wałęsa przestał być nieznanym mężczyzną z wąsem, tylko przewodniczącym „Solidarności”, przyszłym prezydentem – oceniał redaktor Bober.

Historycy uważają, że debata była też motorem napędowym do zorganizowania obrad Okrągłego Stołu.

Jednak Ciosek nie do końca się z tym zgadza. – Myśmy nie mieli już pomysłu na Polskę. W „Solidarności” było 10 milionów osób. Partii wymówiono posłuszeństwo, a wynik debaty nie miał znaczenia. Szukaliśmy sposobu na bezkrwawą przemianę. Tylko ślepy nie widział, co się dzieje – przekonywał były ambasador.

Jest postępowanie? Może być kontrola operacyjna. Najpierw postępowanie „w sprawie” dziennikarzy „Superwizjera” TVN, którzy rzekomo zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”, i związany z tym skandal dyplomatyczny, bo TVN ma amerykańskiego właściciela. Teraz kolej na „Newsweeka”. A prokuratura wprowadza opinię publiczną w błąd.

Dziennikarz Wojciech Cieśla został wezwany na przesłuchanie w sprawie ujawnienia miejsca zamieszkania Mariusza Muszyńskiego, dublera sędziego Trybunału Konstytucyjnego mianowanego wiceprezesem TK. Doniesienie o przestępstwie złożył sam Muszyński. Fragment tekstu – z lipca – w którym Cieśla miał popełnić przestępstwo „ujawnienia danych wrażliwych”, brzmi tak: „Rodzina sędziego jest znana w okolicy. W miejscu, w którym ulica Sybiraków kończy się szutrem, przed obrośniętym domem parkuje terenowy samochód. Muszyńscy mieszkają w piętrowej willi z dwójką dzieci”.

Po upublicznieniu sprawy przez „Newsweek” i poruszeniu, jakie wiadomość wywołała w mediach, a także po oświadczeniu Press Club Polska, w którym Stowarzyszenie uznało takie praktyki za „brutalną i niedopuszczalną próbę zastraszenia, zapewne w celu wymuszenia zaniechania tego typu publikacji”, prokuratura wydała oświadczenie. Zaprzecza, jakoby wezwanie było szykaną, i tłumaczy, że „obowiązujące prawo obligowało prokuraturę do wszczęcia w tej sprawie dochodzenia, aby wyjaśnić, czy został popełniony czyn z art. 49 ustawy z 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe”.

Prokuratura dezinformuje opinię publiczną. To nieprawda, że prawo zmusza ją do „wszczęcia dochodzenia”. Jedyne, co czego prawo ją zmusza w tej sytuacji, to wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Najpierw musi bowiem ustalić, czy popełnienie przestępstwa jest „uprawdopodobnione”. Tylko w takiej sytuacji wszczyna się dochodzenie czy śledztwo.

Zatem nieprawdziwe jest twierdzenie prokuratury, że została przez prawo zmuszona do wszczęcia dochodzenia. Nieprawdą jest też, że „dane wrażliwe, jakim jest m.in miejsce zamieszkania, są chronione prawem, tj. art. 107 ust. 1 ustawy z dnia 10.05.2018 r. o ochronie danych osobowych”. „Wrażliwe” są jedynie informacje o pochodzeniu rasowym lub etnicznym, poglądach, przynależności do związków zawodowych, o danych genetycznych, biometrycznych, zdrowiu, seksualności lub orientacji seksualnej. Nieuprawnione przetwarzanie wszelkich danych osobowych rzeczywiście jest karalne. Prokuratura dodała sobie te dane „wrażliwe” chyba dla podbicia grozy czynu dziennikarza. Ale o to mniejsza.

Podanie informacji, że pan Muszyński mieszka przy ulicy Sybiraków w miejscu, gdzie kończy się szutr, wypełnia zdaniem prokuratury znamiona przestępstwa z prawa prasowego: „podania informacji, których ujawnienie mogłoby naruszać chronione prawem interesy osób trzecich”.

A wydawałoby się, że okoliczność jest co najmniej wątpliwa. Po pierwsze, prokuratura zapewne uważa, że dubler Muszyński jest osobą publiczną – sędzią i wiceprezesem TK. A wiemy przecież, że osoby publiczne korzystają z mniejszej ochrony prywatności niż zwykli śmiertelnicy. Po drugie, oceniając głębokość ingerencji w prywatność pana Muszyńskiego, należało wziąć pod uwagę, że państwo nakazało sędziom ujawniać majątki. I to w sposób najbardziej publiczny, jak to możliwe, czyli w internecie. A to ingerencja w prywatność znacznie poważniejsza niż podanie nazwy ulicy, przy której ktoś mieszka. Skoro ustawodawca pozwolił na więcej, to chyba można mniej? A przynajmniej jest to warte rozważenia.

Wreszcie trzeba wziąć pod rozwagę i to, że ujawnienia nazwy ulicy dokonał dziennikarz, w gazecie. A więc należy sprawę oceniać także w kategoriach odgrywania przez media – nałożonej na nie konstytucją – roli kontrolnej. Szczególnie wobec władzy.

Do tego prokuratura ewidentnie łamie prawo do obrony. Wezwała go – jak sama podkreśla – „w charakterze świadka”. A więc świadkiem ma być osoba, na którą złożono doniesienie o przestępstwie. Wojciecha Cieślę prokuratura chce więc przesłuchać w warunkach, w których ma on OBOWIĄZEK zeznawać. A nie w warunkach, w których ma prawo milczeć – czyli jako osobę podejrzaną. Trudno to potraktować inaczej niż wyłudzenie czy wymuszenie zeznań. To zresztą ulubiona taktyka organów działających pod kontrolą PiS. To samo robią rzecznicy dyscyplinarni z sędziami, którym zamierzają stawiać zarzuty: najpierw przesłuchują ich jako świadków.

W sprawie dziennikarzy „Superwizjera” za podstawę wszczęcia śledztwa – też bez postępowania wyjaśniającego – posłużyło zaznanie osoby mającej zarzut propagowania faszyzmu, postawiony w wyniku publikacji materiału. A więc nie ma przeciwko dziennikarzom żadnego dowodu oprócz zeznania człowieka, który jest osobiście zainteresowany w propagowaniu takiej wersji zdarzeń. Zmniejsza ona jego winę i daje możliwość zablokowania procesu karnego do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia, czy dziennikarze „Superwizjera” rzeczywiście zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”. W tych okolicznościach prokuratura nie ma wątpliwości, że przestępstwo dziennikarzy jest uprawdopodobnione – i wszczyna śledztwo.

Okoliczności obu spraw dowodzą, że działania prokuratury są formą szykan wymierzonych w dziennikarzy. Zapewne nie przypadkiem pracujących w mediach krytykujących władzę, która rządzi prokuraturą.

Jak na razie nie ma zapowiadanej „ustawy medialnej”, która ma „spolonizować” media (będzie stacja telewizyjna „za złotówkę”?). I pewnie przed wyborami nie będzie, bo mogłaby zmniejszyć szanse PiS na ponowne zwycięstwo. Ale działania prokuratury mogą wywołać pożądany „efekt mrożący” i bez ustawy. Możemy się spodziewać doniesień kolejnych krytykowanych oficjeli i akolitów PiS. Wszczęcie śledztwa nie kosztuje. I można je prowadzić w nieskończoność. Przesłuchiwać. Przeszukiwać. Zabezpieczać telefony i komputery dziennikarzy. Albo tylko dostać zgodę na podsłuch – w ramach prowadzonego śledztwa. Albo stosować „podsłuchy pięciodniowe” bez zgody. Albo tylko ogłosić wszczęcie postępowania „w sprawie”.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM „FAKTY PO FAKTACH” >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wykluczaniu przez PiS.

Partia Kaczyńskiego przez trzy lata doprowadziła do sytuacji, gdy głos Polski przestał się liczyć

Świat na naszych oczach się zmienia w tempie niesamowitym. Uchodźcy w Europie, narastające problemy z biedą i głodem, coraz więcej tzw. wykluczonych, wzrastające dysproporcje społeczne. Radykalizacja, różne odcienie koloru brunatnego, maszerujące z coraz wyżej podniesioną głową. Powrót do haseł, które leżały u podstaw faszyzmu i jego ciemniejszej odmiany, czyli nazizmu. Zapędy mocarstwowe Putina. Zmiany klimatu, które, jeśli nie weźmiemy się do roboty, doprowadzą nas do zagłady. Świat płonie. Na razie jeszcze delikatnie, jeszcze nie parzy nas ten ogień, ale poczekajmy…

Można uznać, że to nic nowego. Przecież już niejeden raz w historii ludzkości powstawały wielkie cywilizacje, rozkwitały, upadały. Nieraz dochodziło do wędrówek ludów, szukających bezpiecznych dla siebie miejsc. Zawsze istniały grupy uprzywilejowane i te, dla których życie to ciężka droga przez mękę. Zawsze ludzkości towarzyszyły wojny… Ot, historia zatacza koło. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to oznacza, że odpuszczamy sobie przyszłość. Tego chcemy? Nie wydaje mi się…

Coraz bardziej oczywiste staje się, że dzisiejszy świat potrzebuje mądrych przewódców. Ludzi, którzy mają odpowiednią wiedzę, umiejętności, charyzmę. Ludzi, którzy zdają sobie sprawę, do czego zmierzamy i potrafią wziąć na swoje barki odpowiedzialność za nasze losy. Potrafią rozmawiać, przekonać do wspólnych działań, powstrzymać ten marsz ludzkości ku zagładzie.

Niestety, my Polacy, mamy pecha, na własne oczywiście życzenie. Postawiliśmy na bardzo złego konia trzy lata temu. Na prezesa Kaczyńskiego i jego świtę, a na nich nie ma co liczyć. Naiwny ten, kto sądzi, że ta właśnie partia włączy się w światowe działania, które mają zapewnić Ziemi i nam, jego mieszkańcom, bezpieczne, stabilne życie.

Polska polityka zagraniczna to jedna wielka porażka. PiS psuje wszystko, czego się dotknie. Nieszczęsna nowelizacja ustawy o IPN wywołała burzę. To, że pod naciskiem opinii światowej, została wycofana, niczego nie zmienia. Dyskusja, w którą wkręcili nas politycy PiS, dała bardzo negatywny efekt. Polska zaczęła być postrzegana jako kraj ksenofobiczny, gdzie antysemityzm hula w najlepsze.

Fatalnie wyglądają nasze relacje z sąsiadami. Niemców obrażamy na każdym kroku, wciąż przypominając im swastyki, ciągoty nazistowskie, żądając kasy w ramach odszkodowań za okupację niemiecką. Przyłębski, pisowski ambasador w Berlinie, zachowuje się jak wciąż nadąsana i pełna pretensji baletnica, której nikt nie chce oglądać, bo coś talentu w niej mało. Prezydent Duda chce budować właściwe relacje z UE, opowiadając o żarówkach.

Nie lepiej wyglądają nasze stosunki z Ukrainą i innymi sąsiadami zza wschodniej granicy. Wszyscy chyba pamiętamy słowa Jana Parysa, szefa gabinetu Waszczykowskiego, który powiedział, że nie jest tak, iż „istnienie Ukrainy jest niezbędnym warunkiem istnienia wolnej Polski”. Ten sam pan, będąc z wizytą na Litwie, stwierdził, że nie było sensu wypełniać zobowiązań NATO wobec Litwy i bronić jej przed agresywną polityką Rosji, bo „tak źle traktuje się tam polską mniejszość”. Nie omieszkał dodać przy okazji, że na takiej Białorusi polska mniejszość ma się lepiej niż na Litwie, co oburzyło rząd litewski. MSZ wydało oświadczenie, w którym uznano porównanie demokratycznego państwa z reżimem białoruskim za haniebne.

Słowacja i Czesi również patrzą na pisowską Polskę krytycznym okiem. Słowacy wyłamali się z wcześniejszych ustaleń i poszli na kompromis z UE, decydując się na przyjęcie uchodźców. Mało tego, mieli już lekko dosyć polityki Waszczykowskiego, a poza tym chętnie zajęliby nasze miejsce w UE, które od czasu, jak „wstajemy z kolan”, jest niezagospodarowane. Z kolei Czechom nie podoba się pisowska „reforma” sądownictwa i nie wykazują jakiejś szczególnej chęci, by zacieśnić relacje z nami.

Podpadliśmy również Szwecji. Kaczyński broniąc nas przed uchodźcami, wskazał właśnie na Szwecję jako ten kraj, gdzie „są 52 strefy szariatu, boją się wywieszać flagę, bo jest krzyż. Czy chcecie, żeby tak było u nas? Żebyśmy przestawali być gospodarzami we własnym kraju? Ja tego nie chcę i nie chce tego Prawo i Sprawiedliwość”. Szwedzcy dyplomaci szybko sprawę wyjaśnili, ale niesmak pozostał.

Mamy też Francję, która pewnie nie daruje nam tych nieszczęsnych Caracali i stwierdzenia, że to od nas Francuzi uczyli się jeść widelcami. Mamy Unię Europejską, która patrzy i nadziwić się nie może, co się z tą Polską dzieje. Unię, która według PiS jest samym złem. O Rosji to już nawet nie wspominam, bo to odrębna i bardzo długa historia. Myślę, że PiS-owi jest bardzo na rękę to, co wyprawia Putin, bo przynajmniej można pomachać drewnianą szabelką, można wydawać odpowiednie oświadczenia, można trzymać polski lud w szachu, wieszcząc na okrągło, że przyjdzie zły ludzik ze wschodu i nas zje.

Mamy też własną wizję zwalczania skutków fatalnej polityki klimatycznej, która zagraża przyszłości. Cały świat stawia na energię odnawialną, a my ją u siebie niszczymy. Mało tego, partia rządząca wciąż zastanawia się nad budową elektrowni atomowej, choć świat od takich pomysłów już dawno odszedł.  Przed nami szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach i jestem ciekawa, z czym PiS tutaj wyskoczy. Polskę reprezentować będą Jastrzębska Spółka Węglowa, Tauron, Polska Grupa Energetyczna oraz PGNiG, czyli… grupa największych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu. No nie ma co, czeka nas ostra wtopa.

Ech, obrażamy wszystkich, najmocniej jak się da, dziwiąc się jednocześnie, że nie jesteśmy zapraszani na spotkania „wielkich tego świata”, że pomija się nas i nikt już właściwie nie chce z nami rozmawiać. Partia rządząca wykazuje się niezwykłą niefrasobliwością w podejmowaniu błędnych decyzji, nie potrafi ogarnąć problemów, z jakimi zmierza się współczesny świat. Zamknięta w szklanej bańce nie rozumie, że sama wykluczyła Polskę ze współdecydowania o przyszłości. Takie przywództwo, w tak trudnych czasach to nie tylko katastrofa. To całkowita kompromitacja.

Pamiętam, jak w czasach PRL marzyłam, by poczuć się częścią Europy i świata, a dzisiaj PiS nas wyautował. Przez trzy lata doprowadził do sytuacji, gdy nasz głos przestał się liczyć, gdy znowu wróciliśmy tam, gdzie staliśmy przed 1989 rokiem. To inni będą rozmawiać o problemach świata. To inni będą podejmować decyzje o realizacji programów, które pozwolą może przywrócić poczucie bezpieczeństwa i nieco naprawią to, co przez minione lata schrzaniliśmy. A my? Wciąż będziemy krytykować, krzyczeć o naszej wielkości, żądać hołdów i… mieć w nosie, że źle się dzieje, że świat potrzebuje zdecydowanych, wspólnych działań, by w ogóle była przed nami jakaś przyszłość. By nie iść w kierunku kolejnej wojny, by nie zniszczyć tego, co udało nam się osiągnąć. PiS nam w osiągnięciu tych celów nie pomoże…

Waldemar Mystkowski pisze o „szczycie klimatycznym” w Katowicach (fragment).

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest rekordowe, choć obecna władza deklaruje walkę ze smogiem. Otóż wg klasyfikacji trzech tysięcy miast na świecie, opublikowanej przez Światową Organizację Zdrowia, w których dokonano pomiarów zanieczyszczeń, czterdzieści pięć polskich miast jest w pierwszej setce najbardziej zanieczyszczonych.

Mamy problem cywilizacyjny, zaś PiS nic z tym nie robi, a nawet zajmuje stanowisko, że świat nie ma racji, dlatego tacy, a nie inni zostali wystawieni jako strategiczni partnerzy szczytu. No i pójdzie w świat kolejna zła fama o Polsce. W Katowicach mają być obecne takie tuzy świata politycznego, jak Emmanuel Macron i Angela Merkel, będą też gwiazdy świata kultury największego formatu, jak Leonardo di Caprio i Bono.

Szczyt w Katowicach to nie będzie jakaś kolejna wtopa PiS, to będzie potwierdzenie, że Polska wypisuje się ze świata, że jest niewarta zainteresowania. Coraz bardziej wpadamy w model, jaki kiedyś w historii nam się już zdarzył: kraj wsobny, zapyziały, ksenofobiczny, sarmacki, który skończył swój byt utratą suwerenności.

PiS chce zamieść aferę KNF pod dywan. Nie pozwolić na to

25 List

>>>

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniemn ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów, dotyczą poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów – mówi Jarosław Urbaniak, poseł Platformy Obywatelskiej, członek komisji finansów publicznych, były prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. – Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.

Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?
Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?

Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?
W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.

Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?
Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?
Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że

już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.

Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?
Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.

Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.

Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?
Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.

Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.

Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?
Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?
To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.

Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

Mogą się jeszcze przydać?
Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.

Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?
Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.

Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.

Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?
Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.
Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery pan

Grzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

Co dalej z szefem NBP?
„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.

Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?
Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?
Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.

Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?
Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Ciul! Czy niewłaściwe jest, że zdrajcę określa się męskim członkiem po śląsku?

W Żorach odbył się protest przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, a obecnie radnemu PiS Wojciechowi Kałuży. W proteście wzięli udział m.in. Monika Rosa z Nowoczesnej i Borys Budka z PO.

Dzień po ogłoszeniu Koalicji Obywatelskiej, SLD i i PSL do Porozumienia Programowego prawicy dołączył radny Wojciech Kałuża. PiS zyskało tym samym 23 mandaty i to ono będzie sprawować władze w sejmiku woj, śląskiego.

Wojciech Kałuża został radnym z listy Koalicji Obywatelskiej, był rekomendowany przez Nowoczesną.

W Żorach odbył się protest, w którym uczestnicy postulowali o to, by radny PiS złożył mandat. Do zgromadzonych przemówiła posłanka Nowoczesnej Monika Rosa.

– Boli mnie serce, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Kałuża, ty ciulu, ty zdrajco. Mam nadzieję, że za rok wszystkich cholernych ciuli rozliczymy – powiedziała posłanka.

– Kałuża to nie jest męczennik. Za garść srebrników sprzedał to co jest najważniejsze, sprzedał honor i swoją twarz – powiedział Borys Budka.

„Przyzwoitość, nie pieniądze!”, „Oddaj mandat, przeproś Żory!”, „Jeżeś Ślązok, nie rób gańby!”, „Złodziej!”, „Kałuża, ty ciulu!”- takie okrzyki wznosili manifestanci na rynku w Żorach, podczas największej od 1989 roku demonstracji, wywołanej zdradzieckim manewrem kandydata Koalicji Obywatelskiej do Śląskiego Sejmiku Wojciecha Kałuży.

Dał się PiS–owi przekupić i otrzymując stanowisko wicemarszałka, przeszedł stronę partii rządzącej. Oszukani wyborcy i polityczni sojusznicy Kałuży domagali się, by oddał mandat wojewódzkiego radnego.

„Ten człowiek, który w kampanii wyborczej się kreował na Ślązaka, on po prostu to wszystko sprzedał. Nie bydzie tego. Jeżeś ślązok, oddaj mandat!” – krzyczał do mikrofonu Marcin Musiał, jeden z organizatorów manifestacji.

Wtórowało mu kilkaset osób, które przyszły na żorski rynek, by pokazać, że czują się oszukane. Na mównicę wyszła także posłanka Monika Rosa, szefowa Nowoczesnej na Śląsku.

„Boli mnie serce, że muszę stać i manifestować, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Nie traćcie wiary. Zaufajcie jeszcze raz” – prosiła Rosa i wykrzyczała na cały głos: „Kałuża, ty ciulu!”

O głos prosili też ludzie z tłumu. „Nie znałam tego pana” – zwróciła się do zgromadzonych emerytka pani Ewa – „ale zagłosowałam na niego, bo nie chciałam poprzeć kandydata PiS-u. Byłam przekonana, że jak ktoś jest jedynką na liście, to jest to kandydat najwyższego zaufania. W środę rano obudziłam się i okazało się, że jednak zagłosowałam za PiS-em! Wytrącono mi z ręki ostatnią broń dostępną dla zwykłego obywatela! Z obawą czekam na dzień, w którym obudzę się i dowiem, że nie jestem już obywatelką III RP, ale poddaną miłościwie panującego Jarosława” – mówiła pani Ewa.

Z kolei Maria Szymczyk podkreślała, że wywodzi się ze środowiska Żorskiej Samorządności, tak jak Wojciech Kałuża. „Panie Kałuża, gdzie, do cholery, są twoje ideały? Byłeś z nami w tym miejscu, gdy do Żor przyjechał prezydent Andrzej Duda. Nie stałeś wśród tych, którzy przyjechali klaskać. Wołałeś: „Konstytucja!”. Co się z tobą stało? – pytała Maria Szymczyk.

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Zastraszanie i przykrywanie afery TVN. Nacjonalizm PiS

25 List

>>>

W piątek wieczorem funkcjonariusze ABW zjawili się w domu operatora filmowego stacji TVN – Piotra Wacowskiego. Wacowski jest jednym ze współautorów szokującego reportażu o neonazistach, którzy zorganizowali urodziny Hitlera pod Wodzisławiem Śląskim.

Już dzień wcześniej operator dostawał smsy, które miały wskazywać na ABW. Trzeba jednak przyznać, że jest to dość niecodzienna praktyka, zwłaszcza że wiadomości nie były nawet podpisane, w związku z czym Wacowski na nie nie reagował. Następnego dnia, zaraz po powrocie z pracy, czekało go niemałe zaskoczenie. Funkcjonariusze ABW najwyraźniej obserwowali dom, gdyż pojawili się zaraz po jego przybyciu. Operator został wezwany do stawienia się na przesłuchanie w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu (art. 256 par. 1 kodeksu karnego propagowanie nazizmu, za co grozi kara od grzywny do dwóch lat więzienia). Piotr Wacowski nie chciał komentować tej sprawy dziennikarzom, dopóki nie skontaktuje się z prawnikiem.

Gazeta.pl poprosiła byłego koordynatora ds. służb specjalnych, szefa MSWiA i ministra sprawiedliwości Marka Biernackiego o komentarz w sprawie. Obecny poseł Platformy Obywatelskiej jednoznacznie stwierdził, że w takich sytuacjach “nie trzeba wzywać ABW”, prokuratura powinna wysłać wezwanie na adres domowy lub do redakcji.

– Operator to w pewien sposób osoba publiczna. To niejasne i niezrozumiałe, w takich przypadkach po prostu wysyła się dokument normalnie – powiedział.

Przypomnijmy, reportaż, w związku z którym mają zostać postawione zarzuty pojawił się w “Superwizjerze” na antenie TVN w styczniu 2018 roku. Bertold Kittel, Anna Sobolewska i Piotr Wacowski – współautorzy filmu, pracowali wiele miesięcy, by stworzyć materiał “Polscy neonaziści”, pokazujący, jak działa stowarzyszenie “Duma i Nowoczesność” i związani z nim wielbiciele samego Hitlera. Wacowski był już wcześniej – jako świadek – przesłuchiwany w prokuraturze i opowiadał o zdjęciach, w których hajlował na tle swastyki. Wg jego tłumaczeń, było to konieczne do stworzenia reportażu pod przykryciem. To stawia pod ogromnym znakiem zapytania całą akcję, skoro “podejrzany” był już wcześniej znany śledczym i składał w tej sprawie zeznania.

Całe zajście wywołało w internecie gigantyczną burzę, zaś wielu dziennikarzy stanęło w obronie Wacowskiego.

W sobotę TVN wydało oświadczenie w sprawie działań ABW i prokuratury dotyczących dziennikarza.

“Autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy. Jednocześnie informujemy, że wczoraj TVN złożył pozew przeciwko tym, którzy insynuowali w ostatnim czasie, że materiał był inscenizowany”.

PiS prywatyzuje Polskę

17 List

Afera? Jaka afera???

Przecież – jak to ujął jeden z najbardziej prominentnych fachowców od finansowania partii władzy, w rozmowie z mediami – Leszek Czarnecki jest w tej sprawie absolutnie niewiarygodny!

Ale dlaczego? – zdziwiła się dziennikarka (swoją drogą, strasznie ograniczona jest ta gromada polskojęzycznych pismaków). Przecież ten pan nie jest o nic oskarżony, nie ciążą na nim żadne zarzuty?

Bo jest Leszkiem Czarneckim – skwitował krótko pan senator. A co do zarzutów, to poczekajmy…

Słusznie radził. Pewnie nie trzeba będzie długo czekać. Już za chwilę okaże się, że taśmy są sfabrykowane, a cała „afera” została wykreowana przez bankiera i jego mecenasa. A to w odpowiedzi na zdecydowane działania rządu, który broni pieniędzy zwykłych ludzi przed chciwymi banksterami. Bo wiadomo, że nasze oszczędności nie będą bezpieczne, dopóki nie zostaną zdeponowane w PKO, natomiast podejrzane prywatne banki nie będą znacjonalizowane „za złotówkę”. A podejrzane są wszystkie. No, może z jednym wyjątkiem.

Jedyna prywatna instytucja finansowa, jaką państwo PiS skłonne jest tolerować w sektorze bankowym, to będą kasy SKOK – „maszynki” do pomnażanie pieniędzy, autorstwa senatora Biereckiego z PiS-u. Tego samego, co kazał wszystkim poczekać na zarzuty dla właściciela Getin Banku.

No, ale on – w przeciwieństwie do Leszka Czarneckiego – jest (dla władzy) jak najbardziej wiarygodny. I będzie przynajmniej tak długo, jak nad wiarygodnością w polskim biznesie będzie czuwać prokuratura ministra Ziobry, organy kontrolne podległe panu premierowi Morawieckiemu oraz służby ministra Kamińskiego. Zwłaszcza, że senator żadnych 40 milionów od nikogo nie potrzebuje, bo ma co najmniej dwa razy tyle zdeponowane na koncie prywatnej fundacji w Luksemburgu. Te same, co to ich podobno nie chciał przyjąć do depozytu biznesmen Czarnecki, pod pretekstem, że może chodzić o środki z nielegalnego źródła i proceder „prania pieniędzy”. No, naprawdę… żeby w ogóle można tak było pomyśleć o nieskazitelnej reputacji twórcy SKOK-ów…

W tej sytuacji zarzuty dla „tego pana” to chyba – rzeczywiście – wyłącznie kwestia niedługiego czasu…

Tym bardziej, że wyraźnie przyparty do muru Leszek Czarnecki – w przeciwieństwie do innych prywatnych bankierów postawionych przed podobną propozycją nie do odrzucenia – ośmielił się narobić kłopotów aktualnej władzy. Więc poszedł do MediaMarkt u i kupił magnetofon.

Tak więc – afery nie ma w ogóle żadnej, a szef Getin Banku to – generalnie – „szemrana” (bo odporna na „szumidła”) figura.

Jak zresztą każdy kto – by zacytować Prezesa Wszystkich prezesów – ma pieniądze. Bo „skądś” je przecież ma, co już to samo w sobie jest głęboko podejrzane. No, chyba że taki milioner akurat należy do PiS-u. Wtedy, to władza wie, skąd on ma kasę. Zwłaszcza, że niektórych swoich ludzi sama – jak ujawniają „taśmy Czarneckiego” – wysyła po nią do cudzego banku.

Chyba nie można tego było prościej wytłumaczyć, toteż w tej chwili to nawet najmniej „kumata” blond-dziennikarka z TVN-u już rozumie. Nagrania są nieważne. Nieistotne są oczywiste próby spowalniania śledztwa przez prokuraturę, CBA i kogo tam jeszcze nie udało się już dłużej nie powiadamiać o sprawie. Nic nie znaczy zawrotne tempo prac nad „poprawką bankową”, a też procedowanie jej przez marszałka Terleckiego przez telefon. Natomiast powiązania tych wszystkich wątków oraz wielce prawdopodobne układy personalne na szczytach „grupy trzymającej banki” i związki tejże grupy z aktualną formacją rządzącą to:

– niefortunny zbieg okoliczności,
– absolutny przypadek,
– wredna prowokacja posła Brejzy,
– perfidny spisek Sorosa
– oczywista wina Tuska
(niepotrzebne skreślić)

W tej sytuacji nie jest potrzebna komisja sejmowa ani w ogóle żadna, bo kto jest winien rozpętaniu tej rzekomej afery, łatwo się domyślić. Oczywiste, że są to wrogie siły, które usiłują zaszkodzić Polsce, godząc w jej z kolan wstawanie, spektakularne sukcesy gospodarcze, wiodącą rolę na świecie oraz właśnie odzyskiwaną suwerenność, czyli w rządy PiS-u. Natomiast ten biznesmen Czarnecki to – jak już wszystkim po wypowiedzi senatora Biereckiego wiadomo – podejrzana figura.

Wystarczy więc tylko poczekać na zarzuty. Wszak śledztwem kieruje osobiście pan prokurator generalny i już zapowiedział skrupulatną kontrolę… w Getin Banku (oraz innych firmach Leszka Czarneckiego). A że w tym akurat jest wyjątkowo wiarygodny nie tylko dla partii władzy, to wiadomo – już on coś znajdzie. A i bank niedyskretnemu biznesmenowi też sprywatyzują, na bank. Na początek, już mu zabrali magnetofon.

>>>