Tag Archives: NBP

Burdel Glapińskiego i Komitet Obrony Kaczyńskiego

14 Mar

W Japonii powiedziano by, że Martyna Wojciechowska szefowa Departamentu Komunikacji i Promocji NBP dokonała finansowego seppuku. Jak bowiem informuje Super Express, po burzy spowodowanej informacją o zawyżonych zarobkach w tej firmie, osobiście wystąpiła z wnioskiem o obniżenie swojej pensji zasadniczej.

O ile wynagrodzenie zasadnicze pani dyrektor w 2018 roku wynosiło 26 500 zł., o tyle od marca kwota ta ma zmaleć do 23 100 zł.

Od tej chwili pani Wojciechowska nie będzie już najlepiej zarabiającym dyrektorem w swojej firmie.

Nie wiadomo jednak, czy zmianom ulegną dodatki do pensji, które przed wybuchem skandalu stanowiły niemal połowę miesięcznej wypłaty słynnej dyrektorki.

Wcześniej ujawniono, że Wojciechowska zarabiała średnio 49,5 tysiąca złotych, na co składały się również premie, nagrody i dodatki.

Pełnomocnik austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, mecenas Roman Giertych opisał na Twitterze nieprzyjemny incydent, do jakiego doszło podczas przesłuchania jego klienta w warszawskiej prokuraturze okręgowej.

Gdy trwające od rana przesłuchanie przerwano o godz. 19 na około pół godziny, Giertych i Birgfellner postanowili na chwilę opuścić mury budynku. Wówczas „trzech mężczyzn z Urzędu Kontroli Skarbowej” próbowało im to uniemożliwić. „Zagrodzili nam drogę na korytarzu prokuratury. Gdy dowiedziałem się, że to nie jest zatrzymanie, opuściliśmy budynek”. Mężczyźni chcieli rzekomo wręczyć wychodzącym listy. „Zastraszania ciąg dalszy” – ocenił mec. Roman Giertych. To nie wszystko. „Wychodząc z pokoju z prokuratury nie spotkaliśmy już na korytarzu trzech agentów UKS. Nie rozumiem, co się stało? Najpierw próbują nas prawie siłą zatrzymywać, a później się chowają. Cyrk to mało powiedziane” – komentuje sprawę mecenas.

Przypomnijmy: powodem wizyt Birgfellnera w warszawskiej prokuraturze okręgowej jest zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, jakie złożył pod koniec stycznia. Z tej przyczyny austriacki biznesmen zeznawał już sześć razy, a w kwietniu ma się stawić na kolejne przesłuchanie.

To jednak nie koniec kłopotów Birgfellnera. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Łukasz Łapczyński poinformował w środę PAP, że prokurator nie może jeszcze podjąć decyzji o wszczęciu lub odmowie wszczęcia postępowania po zawiadomieniu G. Birgfellnera. Dlaczego? „Prokuratura nam powiedziała, że mamy przetłumaczyć 20 tysięcy stron [dokumentów w sprawie – dop. Red], że w kwietniu będzie następne przesłuchanie” – przekazał w przerwie dziennikarzom Giertych. Dlatego, że pani tłumaczka – jak przekazał mecenas – aktualnie „jest zajęta”.

Reklamy

Glapiński uważa, że NBP powinien nadal być burdelem dla jego przyjemności

7 Mar

Prezes NBP Adam Glapiński, zmuszony do ujawnienia zarobków swoich dwóch „przybocznych”, dalej nie ma sobie nic do zarzucenia w tej sprawie. Nie widzi więc także powodu do swojej dymisji. – „W ogóle to nie jest brane pod uwagę. Żartowałem już kiedyś mówiąc, że po powrocie z Radomia się zastanowię. To nie jest nawet z tego filmu cytat (…), to jest stary przedwojenny żart, oznaczający, że pytanie jest absurdalne i że w ogóle to nie jest brane pod uwagę” – powiedział Glapiński na konferencji prasowej po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej.

Dodajmy, że podczas poprzedniej konferencji zapytany o swoją dymisję, Glapiński stwierdził: – „Jedna odpowiedź dobra mi przychodzi: Jak wrócę z Radomia, to się zastanowię„. Cytat pochodzi z filmu „Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy”. Jest w nim scena, kiedy narzeczony głównej bohaterki pyta krawca, czy mógłby mu pożyczyć 50 zł. „Może mógłbym, ale dopiero jak wrócę z Radomia. – A kiedy pan wróci? – Nie zamierzam”.

Może Glapińskiemu podobają się jego żarty, nam jednak zupełnie nie jest do śmiechu, kiedy przypomnimy sobie, ile zarabiają jego „przyboczne”. Dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji NBP Martyna Wojciechowska w 2018 r. miesięcznie zarabiała średnio 49 563 zł brutto. To najwyższa pensja na dyrektorskim stanowisku w NBP. Kamila Sukiennik, druga ze współpracowniczek szefa banku, dyrektor gabinetu prezesa NBP co miesiąc otrzymywała 42 760 zł brutto.

Co na temat tak wysokich zarobków miał do powiedzenia Glapiński? – „Dyrektorzy w Narodowym Banku Polskim są wynagradzani właściwie, merytorycznie stanowią elitę. NBP jest bankiem banków. Wysokie wynagrodzenia w bankach centralnych są czymś normalnym” – powiedział prezes NBP. Cóż… Być może, ale pod warunkiem, że dotyczą kompetentnych osób.

Niezbyt szerzej znany poseł PiS Janusz Szewczak postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do kupienia Radia Zet przez Agorę i czeską spółkę SFS Ventures. W związku z tym wysłał dwie interpelacje: do premiera oraz do ministra kultury.

Koniecznie trzeba dodać, że poseł Szewczak był w przeszłości głównym ekonomistą SKOK. Z tą instytucją związana jest spółka Fratria braci Karnowskich. Pisaliśmy o tym, że bardzo chcieli – przy pomocy kredytu z państwowego banku – przejąć Radio Zet, ale się nie udało.

Poseł Szewczak nie składa jednak broni. – „Wyrażana jest powszechna obawa, że ta transakcja przyczyni się do dalszej koncentracji mediów w Polsce w rękach zagranicznych i jest ona być może formą obejścia przepisów antykoncentracyjnych, a stanie się źródłem kreowania ideologii antychrześcijańskiej i antynarodowej oraz instrumentem propagandy antyrządowej” – napisał Szewczak w interpelacji do Mateusza Morawieckiego.

Dalej poseł PiS pisze, że „tego typu transakcja jest całkowitym zaprzeczeniem idei repolonizacji mediów, która była jedną z głównych obietnic wyborczych obozu rządzącego. Nowe środowisko właścicielskie Radia Zet związane z „Gazetą Wyborczą” może odgrywać kluczową i wielce negatywną rolę na polskim rynku medialnym i w sposób niezgodny z polską racją stanu kształtować świadomość społeczną”. Szewczakowi chodzi o udziały w Agorze funduszy związanych z Georgem Sorosem, znanym inwestorem, którego poseł określa mianem „spekulanta finansowego”.

W drugiej interpelacji skierowanej do ministra kultury Szewczak pyta, jakie resort podejmie działania, by zablokować tę transakcję.

Kaczyński, Glapiński, Morawiecki idą na dno w swoim bagnie. Czy potraktować ich kijem, czy wysłać na banicję?

2 Mar

Na antenie radia RMF FM prezes Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu, w którym odniósł się do sprawy budowy bliźniaczych wieżowców, nadchodzących wyborów i partyjnego programu wyborczego. W rozmowie z Krzysztofem Ziemcem szef PiS stwierdził, że złożyłby zeznania przed prokuraturą i jednocześnie zaznaczył, że budynek przy Srebrnej nie mógł powstać, bo „w Polsce nie ma praworządności„.

>>>

Ten fragment wypowiedzi prezesa natychmiast skomentował Lech Wałęsa. „Wieże+” – napisał na swoim Twitterze były prezydent, nawiązując tym samym do sztandarowego programu wyborczego partii rządzącej „500+”, który jak ujawnił w wywiadzie Kaczyński był jego własnym pomysłem.

W wywiadzie została poruszona również sprawa katastrofy smoleńskiej. Kaczyński powiedział, że „trwają prace dotyczące wyjaśnienia katastrofy, ale lepiej nie bulwersować opinii publicznej, nie prowadzić do wznowienia dyskusji, póki nie ma ostatecznych wyników.”

Również i te słowa prezesa doczekały się natychmiastowego wpisu ze strony Lecha Wałęsy, który nie krył oburzenia: „Dochodzimy do prawdy”. Bulwersująca ściema przez 96 miesięcy, kosztem podatników i traumy rodzin ofiar katastrofy. Chodziło tylko o to żeby bratu wystawić pomnik większy niż Piłsudskiego którego pilnuje policja w reprezentacyjnym miejscu w Warszawie.”

Na koniec były prezydent odniósł się do wypowiedzi Kaczyńskiego na temat jego słabości, jaką jest oglądanie rodeo, które go strasznie bawi i śmieszy. „Rodeo będziesz miał już niedługo w wyborach” – napisał w swoim stylu Lech Wałęsa.

Po przedwczesnym wystrzeleniu się z wyborczych obietnic, tym razem ze znacznym opóźnieniem Jarosław Kaczyński zabrał się za pudrowanie swojego nadwątlonego taśmami wizerunku. Tym razem, po „mocnym” wywiadzie dla tygodnika „Sieci” zdecydował się udzielić odpowiedzi byłemu już dziennikarzowi „Wiadomości” TVP Krzysztofowi Ziemcowi na antenie RMF FM.

Wśród wielu wątków poruszonych w rozmowie na uwagę zasługuje szczególnie ten dotyczący taśm. Ziemiec zaczął wątek pytaniem: „Jeśli prokuratura zdecydowałaby o wszczęciu śledztwa i wezwała pana, stawi się pan na takie przesłuchanie?”. Kaczyński odparł, że oczywiście i dodał znamienne zdanie: „Jestem obywatelem jak każdy inny”. I jak każdy inny może „bez żadnego trybu”?

Kontynuując odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a szwindel, w którym brał udział wynikał tylko z miłości do naszej wspólnej sprawy – Polski. „[…] chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee. […] I gdyby ten budynek, o który chodzi, powstał, to Instytut Lecha Kaczyńskiego stałby się fundacją bardzo silną, a w dalszej perspektywie […] byłaby ta fundacja, czy ten instytut jeszcze dużo silniejszy. Krótko mówiąc: to chodziło właśnie o to, by wykorzystać pewne możliwości. Bo ta działka na Srebrnej to jest pewna możliwość”. 

Na koniec butnie wylał swe żale na to, że prawo krępuje jego biznesowe zapędy. Mówił: „Nie udało się z powodów przede wszystkim związanych z brakiem praworządności w Polsce, to znaczy w Polsce może być tak, że po prostu z powodów czysto politycznych i personalno-politycznych można czegoś odmówić instytucji, która ma do tego prawo”.

Czy wobec tego Prawo i Sprawiedliwość rozumie dewizę ze swojej nazwy, jako podporządkowanie prawa biznesowym interesom swoich członków?

Później redaktor zapytał o zasadność śledztwa prokuratorskiego, które ostatecznie pozwoliłoby oczyścić się Kaczyńskiemu z zarzutów. Prezes Prawa i Sprawiedliwości odpowiedział: „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma, ale to jest już decyzja prokuratury. I ja nie chcę w żadnym wypadku na nią wpływać”.

Samo zdanie „ja nie chcę w żadnym wypadku na nią [decyzję prokuratury] wpływać” zawiera jasną sugestię, że Kaczyński, po pierwsze ma moc do tego, żeby na decyzję prokuratury wpłynąć, po drugie, robi to publicznie naciskając podczas radiowego wywiadu, co zauważył słusznie Roman Giertych.

Jarosław Kaczyński ma się czego bać, dlatego udzielił wywiadu dla bezpiecznego redaktora, który pozwolił mu na subtelny przekaz dla Zbigniewa Ziobry. Mówiąc, że śledztwo nie ma sensu, nie brzmi wiarygodnie stawiając się w roli sędziego we własnej sprawie. Czyżby bał się, że śledztwo wywlecze na wierzch poważniejsze występki, bądź zaktualizuje listę haków łasego na władzę w Zjednoczonej Prawicy Ziobry?

Posłowie Platformy Obywatelskiej-Koalicji Obywatelskiej zapowiedzieli  złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w Narodowym Banku Polskim. Tym razem ma chodzić o kierowanie do rad nadzorczych instytucji finansowych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji określonych przez UE. – Do tej pory nie znamy kompetencji pań, które w tej instytucji zasiadają – mówił w Sejmie Jarosław Urbaniak z PO.

Posłowie PO-KO odnieśli się do opublikowanych przez NBP zarobków pracowników. Na mocy specjalnej ustawy NBP musiał ujawnić, ile zarabiają w Narodowym Banku Polskim współpracowniczki prezesa Glapińskiego: szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z doniesień medialnych wynikało, że panie zarabiają po 65 tys. złotych miesięcznie. NBP dementował te informacje na konferencji po posiedzeniu RPP na początku stycznia. Wówczas dyr. Ewa Raczko zapewniała: – Na pewno nie zarabia rewelacyjnych 65 tys. zł. Tego typu zarobki występują na stanowiskach prezesów. Wojciechowska może być w grupie osób zarabiających nieco więcej, niż przeciętne wynagrodzenie dyrektora.

– Przez 3 miesiące prezes Glapiński nie był w stanie odpowiedzieć na nasze pytania, dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego zarabia o 22 tys. więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, merytorycznych, zarządzających, zajmujących się ryzykiem – mówi Krzysztof Brejza.

Dla kogo ekskluzywna willa

Ale to nie jedyne pytania, jakie posłowie opozycji zadali prezesowi Glapińskiemu. Pytali też o wyjazd do Davos, wynajem ekskluzywnej willi, a także o to, kto uczestniczył w wyjazdach zagranicznych.

– Będziemy pytać dalej, prezes Glapiński nie zaknebluje nam ust – mówił Krzysztof Brejza i zapowiedział, że przygotowywane są kolejne wnioski w trybie ustawodawczym o dostęp do informacji publicznej. – Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę nt. tego, jakie wielkie księstwo, państwo szejków pobudowane zostało w NBP – mówił poseł PO.

Jakie kompetencje maja tzw. dwórki?

Jarosław Urbaniak poinformował, że w związku z tym, że nie ma nadal odpowiedzi prezesa Glapińskiego na temat kompetencji pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, jakie zgodnie z prawem muszą spełniać.

Jak tłumaczył Jarosław Urbaniak, te kompetencje są dokładnie opisane przez instytucje unijne. Szczegółowy zapis kompetencji został wprowadzony po doświadczeniach z kryzysem greckim.

– To kolejny strzał w stopę pana Glapińskiego. Tuż przed ustaleniem budżetu europejskiego,UE dowiaduje się, że we władzach krajowego depozytu papierów wartościowych zasiadają osoby niekompetentne – mówił Urbaniak.

– Do dzisiaj nie znamy kompetencji pań, które w tych instytucjach zasiadają – dodaje poseł PO.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.

Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.

Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.

Pragmatyzm PSL

„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.

„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.

PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.

Na lewicy Nowacka

Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.

Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.

W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.

Biedroń walczy na własną rękę

Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.

Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.

Mamy w Polsce świetlaną tradycję państwa podziemnego, nie jesteśmy więc skazani na czczenie zbrodniarzy. Ci, którzy gloryfikują Łupaszkę czy Burego, robią tak z wyboru, a nie konieczności.

Dzień tzw. żołnierzy wyklętych, czyli bojowników zbrojnego podziemia antykomunistycznego po 1945 r., stał się dla środowisk narodowej prawicy nową okazją do demonstrowania uwielbienia dla przemocy i pogardy dla norm świata cywilizowanego.

Spór nie polega na tym, czy przyznajemy słuszność tym, którzy sprzeciwiali się systemowi narzucanemu Polsce po wojnie przez Związek Sowiecki. Oczywiście, że przyznajemy. Nie kłócimy się nawet o to, czy walkę przeciw instalowanemu komunizmowi można było prowadzić z bronią w ręku. Można było. W obliczu przemocy, aresztowań, wywózek na Sybir wielu żołnierzy podziemia nie widziało innego wyboru, jak pozostać w lesie. Byli też tacy, którzy po rozwiązaniu AK wrócili do cywila, ale zagrożeni aresztowaniem ponownie dołączyli do oddziałów zbrojnych.

Przedmiotem sporu jest natomiast kwestia, jakich metod w walce zbrojnej można używać i do kogo można strzelać. Wojna też ma swoje prawa i jest regulowana międzynarodowymi konwencjami, które zabraniają mordować ludność cywilną. Nawet tocząc wojnę sprawiedliwą w słusznej sprawie nie wolno strzelać do kobiet ani dzieci, nie wolno uprowadzać chłopów z wozami do lasu, a następnie ich rozstrzeliwać.

A właśnie takie zbrodnie mają na sumieniu niektórzy z ludzi lansowanych ostatnio na „bohaterów narodowych”. Co gorsza, są oni lansowani nie tylko przez nacjonalistycznych ekstremistów spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” stał się w 2016 r. wielką uroczystością państwową, a sam „Łupaszka” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika. Jego gloryfikatorom z prezydentem RP Andrzejem Dudą jakoś nie przeszkadza fakt, że ten żołnierz AK miał na sumieniu zbrodnię wojenną polegającą na wymordowaniu – w odwecie za zbrodnię litewską we wsi Glinciszki – cywilnych mieszkańców wsi Dubinki na Wileńszczyźnie, w tym kobiet i nieletnich, zresztą nie tylko Litwinów, bo wśród ofiar trafiła się też Polska z kilkuletnim dzieckiem.

Inny idol narodowej prawicy Romuald Rajs „Bury” odpowiada za zamordowanie w Puchałach Starych na Podlasiu w 1946 r. 30 chłopów-furmanów, których najpierw uprowadził i zmusił do transportowania jego oddziału. Zamordowani byli prawosławnymi Białorusinami i wszystko wskazuje na to, że właśnie to kryterium religijno-etniczne było powodem zbrodni, bo furmani narodowości polskiej zostali puszczeni wolno.

Takich oto bohaterów podsuwa nam nacjonalistyczna prawica jako wzorzec godny upamiętnienia, czczenia i naśladowania. A w tym samym czasie strasznie się oburza i potępia Ukraińców gloryfikujących żołnierzy UPA, którzy mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W tym przypadku jej stanowisko jest klarowne i precyzyjne: nie można rozgrzeszać i czcić zbrodniarzy, nawet jeśli walczyli o wolność swej ojczyzny.

Więc jak to jest, panowie prawicowcy, banderowców nie można gloryfikować, a Burego i Łupaszkę można? Ukraińcy mordujący polskich wieśniaków na Wołyniu są zbrodniarzami, a Polacy mordujący litewskich wieśniaków na Wileńszczyźnie i białoruskich na Podlasiu kim są? Bohaterami narodowymi?

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że czczenie przez Polaków polskich zbrodniarzy wojennych jest tak samo naganne jak czczenie przez Ukraińców zbrodniarzy ukraińskich. W rzeczywistości bowiem jest bardziej naganne i kompromitujące. Taka postawa bardziej obciąża polskie sumienia niż ukraińskie. Z tego prostego powodu, że Ukraińcy nie mają wyboru – UPA była jedyną formacją walczącą w czasie II wojny światowej o wolną Ukrainę. Każdy naród musi i chce czcić tych, którzy przelewali krew za ojczyznę – a tragedia i przekleństwo ukraińskiej historii polega na tym, że ta sama armia podziemna reprezentuje tradycję niepodległościową i ma na sumieniu masowe zbrodnie.

My w Polsce nie mamy takiego problemu – sięgając po wzorce z przeszłości, możemy się odwołać do czystej tradycji państwa podziemnego i Armii Krajowej, która jako całość nie splamiła się zbrodniami wojennymi ani nie ma na sumieniu czystek etnicznych. Mamy pod dostatkiem świetlanych postaci mogących służyć za przykład i inspirację. Mamy Jana Karskiego, Władysława Bartoszewskiego, ludzi organizujących w ramach polskiego państwa emigracyjnego i konspiracyjnego Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Mamy powstańców warszawskich. Mamy setki tysięcy ludzi tworzących w czasie wojny największą podziemną armię na świecie. W przeciwieństwie do Ukraińców mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na czczenie zbrodniarzy.

Ci, którzy stawiają na piedestale Łupaszkę, Burego czy żołnierzy NSZ kolaborujących z hitlerowcami i odpowiadających za zbrodnie na Żydach, czynią tak nie dlatego, że nie mają wyboru. Mają wybór. Ale wolą tych idoli. To najlepiej pokazuje, jaki jest ich system wartości i kim są.

„Mateusz Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina” – przekonuje publicysta Piotr Zaremba.

Jest jak pokerzysta, któremu karta nie idzie, więc podwaja stawkę i gra o wszystko” – napisał o premierze Mateuszu Morawieckim Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego. Od dwóch polityków Prawa i Sprawiedliwości usłyszałem, że ten tekst, zawieszony na stronie klubu, zrobił pewne wrażenie w obozie rządowym.

Kasjer od wypłat

Mazur sformułował tę ocenę roli Morawieckiego przy okazji skrytykowania najświeższego pomysłu PiS na wygranie wyborów za pomocą 40 mld zł, w dużej mierze rozdawanych obywatelom. Zwrócił uwagę, zresztą nie on jeden, na dokonanie strategicznego wyboru: finansowania konsumpcji zamiast naprawy, jak to nazywa Mazur, różnych polityk publicznych (a w szerszym sensie kosztem rozwoju).

Nie o wszystkim da się tak powiedzieć. Zamiar dofinansowania połączeń komunikacyjnych ma naturę prorozwojową, cywilizacyjną. Tym niemniej warto przypomnieć, że Morawiecki zaczynał karierę w rządzie PiS od wypowiadanych na zamkniętych zebraniach przestróg przed rozdawnictwem traktowanym jak lek na wszystko. Dziś staje się tego rozdawnictwa twarzą.

Pewnie znajdzie środki, choć zapowiedzi sfinansowania wszystkiego z uszczelnienia systemu podatkowego brzmią gołosłownie. Trzeba będzie ciąć inne cele. A przy okazji zmienić się – mowa nadal o premierze – w kasjera od wypłat.

Pisowscy obserwatorzy boją się bardziej innych konsekwencji, też wyborczych. – Mówiliśmy, że nie mamy dużo mniejszych pieniędzy dla nauczycieli czy lekarzy. Teraz możemy dać tym grupom jedynie ochłapy, co wpłynie na kampanię. A na dokładkę musimy się tłumaczyć, skąd mamy te 40 mld zł – relacjonuje ważny polityk obozu rządowego, dodajmy, w przededniu strajku szkolnego, który może zakłócić egzaminy.

Oczywiście mój rozmówca nie będzie zarazem kwestionować rozmachu budżetowych prezentów. Możliwe przecież, że ich adresaci zaważą na wynikach wyborów, są to wszak grupy najszersze. Komentatorzy próbujący się przebić ze swoimi przestrogami wypadają w takim przypadku jak śmieszni osobnicy idący z parasolem naprzeciw huraganowi.

Na kłopoty wyścig z Wiosną

Trudno też nie zauważyć dodatkowych, można rzec, łagodzących okoliczności. Opozycja w głównym nurcie nie prezentuje zasadniczo odmiennego programu, a pierwszą reakcją Grzegorza Schetyny było podkreślenie, że 500 plus na pierwsze dziecko to pomysł Platformy Obywatelskiej. Ten rządowy pakiet jest także odpowiedzią na ofensywę Roberta Biedronia. To Wiosna przypomniała o niezrealizowanej obietnicy przywrócenia autobusu w każdej gminie, trzynastka dla emerytów to replika na żądanie emerytury obywatelskiej itp.

Można by rzec, że powstanie ruchu Biedronia przesądziło o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata. Będzie się ona toczyć w cieniu licytacji nie tylko na ekonomiczny interwencjonizm (to dzieje się od lat), lecz także oznacza grę najprostszymi finansowymi transferami, często tracącymi pierwotne cele. Efekt pronatalistyczny programu 500 plus okazał się wątpliwy, a w przypadku pieniędzy na pierwsze dziecko jest wątpliwy jeszcze bardziej. Istotą staje się redystrybucja. Ona oczywiście zmienia trochę strukturę społeczną. Ale jej skutki w tej sferze pozostają niejasne, nieprzewidywalne. Jednak efekty polityczne na kilka miesięcy przed wyborami są niewątpliwe.

Zarazem opozycja ma trochę racji, twierdząc, że ta ofensywa to także odpowiedź na kłopoty obozu rządowego. Kiedy nie udało się zaryzykować wcześniejszych wyborów parlamentarnych przed europejskimi, PiS zajrzała w oczy groźna perspektywa wielu miesięcy bez nowych celów mobilizujących publikę, za to pod znakiem rozliczania rządzących z afer i nawet drobnych potknięć. Częścią tego stała się wyraźnie wykreowana na potrzeby wyborcze „afera Srebrnej”, ale nic bardziej nie drażniło ostatnio jak wysokie zarobki protegowanych prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Doszły do tego inne porażki. Polityka zagraniczna nie jest w Polsce polem głównej rozgrywki, ale łatwo było przedstawić upokarzające nas wypowiedzi izraelskich polityków jako fiasko dotychczasowego kursu. Jarosław Kaczyński postanowił więc przeciąć wszystkie gordyjskie węzły za jednym zamachem. Nie korektami polityki podatkowej, manipulowaniem VAT czy kwotą wolną od podatku, a wielką narodową wypłatą. Wedle wszelkich informacji – dyskusji w kierownictwie PiS nie było. Sprawa rozegrała się między „Naczelnikiem” a premierem – przy czym ten ostatni otrzymał po prostu zadanie do wykonania: policzyć i przybrać w odpowiednie słowa.

Ten aspekt pozycji szefa rządu to kolejny powód zainteresowania w PiS takimi tekstami jak ten Mazura. Ścierają się skrajne wersje: premiera zagrożonego dymisją i premiera szykowanego na następcę. Trudno, aby politycy PiS nie śledzili takich wieści z zapartym tchem.

Latające nazwiska następców

Sami mają jedynie mglisty obraz sytuacji. Wszystko rozgrywa się w logice królewskiego dworu. Kogo nie ma w danej chwili w monarszej komnacie, ten jest skazany na plotki i domysły. Zresztą sama obecność też niczego nie gwarantuje. Wszystko może się rozegrać przed lub po oficjalnym spotkaniu. Partia nie ma nic wspólnego ze zbiorowością rozstrzygającą w następstwie dyskusji, gdzie wybiera się spośród rozmaitych wariantów. Rządowe agendy to jedynie przebudówki do dworskiego sposobu decydowania.

Historię o niebezpieczeństwach wiszących nad Morawieckim lansują, przesadnie, gazety opozycyjne typu „Newsweek”. Wiele wskazuje na to, że w kreowaniu takiej atmosfery uczestniczą z jednej strony politycy nielubiący premiera (Zbigniew Ziobro? członkowie zakonu PC?), z drugiej zaś otoczenie szefa rządu, które ulega częstym panikom.

Bywa, że informacje są nieprawdziwe. W internecie wieści o pisowskiej naradzie u Jarosława Kaczyńskiego po wypowiedzi Israela Katza i decyzji o wycofaniu się ze szczytu w Jerozolimie pojawiły się w dniu, kiedy nikt się nad niczym nie naradzał, a prezesa PiS nie było w ogóle w biurze. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pogłoski są generowane za wiedzą i zgodą „Naczelnika”. Trzyma on w ten sposób premiera w szachu, nie pozwalając mu wdawać się we własne gry. Choć w niektórych tygodniach spotykają się w cztery oczy prawie codziennie.

„Newsweek” twierdził, że po upokorzeniu Polski przez Izrael w powietrzu latały już nazwiska potencjalnych następców Morawieckiego. Jeśli latały, to chyba nie na serio – w tym samym czasie Kaczyński szykował się już do wielkiej operacji kupowania wyborców. Premier i jego ośrodek dowodzenia są mu potrzebni w tej operacji, aby zminimalizować złe skutki masowych nowych wydatków dla finansów publicznych. Zresztą Morawiecki stał się już twarzą permanentnej kampanii. Odkręcenie tego graniczy z szaleństwem.

Mamy raczej do czynienia z chwilową irytacją „Naczelnika”. Podobno nie miał świadomości, że u progu kampanii premier miał jechać na szczyt w Izraelu. Kaczyński jest człowiekiem, który zatwierdza nominacje nawet stosunkowo niskiego szczebla pracowników spółek Skarbu Państwa (to wszystko dzieje się na Nowogrodzkiej), ale czasem coś może mu umknąć.

Nie zauważa zresztą, że proizraelska nadgorliwość to tylko rezultat polityki, którą sam wymyślił i firmował. W modelu dworskim władca nie ponosi konsekwencji swoich wyborów, a z wadliwych detali rozliczani są ministrowie. Pogłoski o dymisji szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza w maju są więc całkiem wiarygodne. I byłaby to symboliczna porażka premiera, bo ten szef MSZ został dobrany po to, aby osłabić wrażenie zdominowania dyplomacji przez agresywną retorykę skierowaną do wewnątrz Polski. Ale tryb podejmowania takich decyzji nie zakłada partnerskich targów między numerem jeden a numerem dwa, Kaczyńskim a Morawieckim.

A może delfin

Jest i wersja druga, sprzeczna z tą pierwszą. Kiedy okazało się, że pośród kandydatów do Parlamentu Europejskiego jest jeden z najbardziej wszechwładnych polityków PiS Joachim Brudziński, to prof. Antoni Dudek napisał, że prezes czyści Morawieckiemu przedpole, aby ten zajął miejsce delfina. Przeczyłoby to mnożonym sygnałom o niepełnym zaufaniu między numerem pierwszym a drugim. Za to uzupełniałoby się z pojawiającymi się czasem plotkami o dalszych kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego.

Tyle że polityka, także ta personalna, rzadko przypomina precyzyjne ruchy w rozgrywce szachowej. Brudziński zaskoczył wszystkich – zdaje się, że prezesa również – prośbą o wysłanie do Brukseli. Na posiedzeniu kierownictwa PiS Kaczyński powołał się na „motywy osobiste” szefa MSWiA i podobno więcej w tym prawdy, niż można przypuszczać. Doraźnie oznacza to rzeczywiście usunięcie się z pola może najpoważniejszego rywala Morawieckiego. Rywala jednak potencjalnego, bo Brudziński starał się nie prowadzić z premierem wojen, a ich relacje były poprawne. Jeśli ktoś był wrogiem na co dzień, to Zbigniew Ziobro.

Otoczenie premiera nie dowierza, że wyjazd Brudzińskiego do Brukseli to sukces. Podejrzewa, że współpracownik prezesa, teraz podwładny Morawieckiego, po maju zyska czas i możliwości, aby wpływać na politykę krajową, wtrącać się w działalność partyjnego aparatu i szykować do rychłego powrotu. Rzecz w tym, że prawda może nie być ani taka, ani taka. Kaczyński z pewnością nie zrezygnował z ulubionego współpracownika. Już w 2010 r., kiedy kandydował na prezydenta, szykował go na ewentualnego następcę. Ale prezes PiS na ogół unika rozstrzygania takich rywalizacji przed czasem, ba, lubi je generować. W jego decyzję, aby samemu szybko wycofać się z polityki, trudno uwierzyć. Chyba że o czymś nie wiemy.

Na razie więc w kwestii pozycji premiera odpowiedź musi brzmieć: ani triumf, ani zgon. Zapowiadana na koniec maja rekonstrukcja rządu może być nawet odczytywana jako sukces Morawieckiego. Odejdzie na przykład do Brukseli Beata Szydło, odbierana jako inny jego potencjalny konkurent. Wprawdzie wicepremier nie umiała podgryzać polityki swojego szefa w mediach (w każdym razie tak skutecznie, jak robili to jego współpracownicy, kiedy ona była szefem rządu), ale zachowywała więź z lokalnymi działaczami, pośród których Morawiecki nigdy nie zyskał całkowitego miru.

Czy jednak ten sukces będzie taki przemożny? Wieści o odejściu Czaputowicza pokazują, że nie całkiem. Co więcej, jeśli przypisywać premierowi wyniesioną z korporacji dbałość o poziom kadr, decydować będzie trafność obsady resortów, a tu pierwsze informacje nie są zbyt optymistyczne. Jarosław Zieliński, obecny wiceszef MSWiA, jako potencjalny minister edukacji może być tylko produktem plotek, ale to symbol wyrzeczenia się aspiracji, aby mieć silny i ambitny gabinet.

To samo można zresztą powiedzieć (to już nie wiąże się bezpośrednio z Morawieckim) o części liderów list do Parlamentu Europejskiego.

Trzeba zrozumieć postawienie na głośne nazwiska, na pierwszą ligę. Ale eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który będzie w Brukseli tylko błądzącym po korytarzach statystą, to potraktowanie miejsc w europarlamencie jako synekur w nagrodę za wierność. Takich Jurgielów jest na listach więcej.

Ile się nie udało

Akurat na takie ostentacyjne postawienie logiki partyjnej ponad państwową Kaczyński może sobie pozwolić. Straty poniesione w ostatnich miesiącach są niewątpliwe, można by do nich dodać sondażowy efekt przedwyborczego jednoczenia opozycji, ale biorąc pod uwagę siłę artyleryjskiego ostrzału krajowych mediów i zagranicznych instytucji, a również mnogość porażek i błędów, nie są one aż tak wielkie. PiS okazał się trwale związany z Polakami, w jakiejś mierze teflonowy, nawet jeśli ten efekt słabnie.

Ostatni pakiet zapowiedzi to raczej dodatkowa polisa ubezpieczeniowa niż rozpaczliwy ratunek. Takie grzechy jak stawianie na słabych ludzi PiS może odkupić. Podobnie niefunkcjonalność systemu, w którym Polską próbuje się zarządzać z jednego skromnego gabinetu. Choć może, gdyby nie patologie nagminnego mieszania partii z państwem, cena nie musiałaby być tak wysoka jak 40 mld zł z budżetu państwa.

Oczywiście można też na to spojrzeć inaczej. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było wykreowanie nowych elit i trwała zmiana społecznej świadomości Polaków, efekty nie są porażające. Odniesiono tylko połowiczny sukces w uzależnianiu wymiaru sprawiedliwości od obecnego układu rządzącego. Z części zamysłów trzeba się było wycofywać, a inna część reformy sądów wciąż jest zagrożona interwencją instytucji europejskich.

Z tych samych powodów nie podjęto próby przebudowy rynku medialnego, poza przejęciem mediów publicznych i doraźnym wspieraniem własnych tytułów. TVP służy topornej partyjnej propagandzie, za to w mniejszym stopniu wykuwa postawy ideowe Polaków. Możliwe, że świeży mandat wyborczy ośmieli PiS w tym względzie. Chociaż przykład porażki w starciu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii sądownictwa, i to bez walki, pokazuje, że pole manewru nie będzie wielkie.

PiS nie zyskał większego wpływu na świat kultury, minimalnie skorygował układ sił na tym polu. Wielka kampania antyklerykalna różnych środowisk – od akcji „antypedofilskich” po film „Kler” – osłabiła efekt początkowej zmiany nastrojów w kierunku bardziej konserwatywnym. Możliwe, że Polacy są dziś odrobinę bardziej nieufni wobec dyrektyw płynących z Zachodu, możliwe też, że starcia ze środowiskami żydowskimi popychają różne środowiska w kierunku rządu. Ale straty mogą być tu równie bolesne jak zyski. Na dokładkę podgrzewanie nastrojów wokół tej tematyki grozi ekspansją skrajnej, całkiem nieobliczalnej prawicy.

Konserwator perpetuum mobile

PiS-owi jako najpewniejsza pozostaje sfera społeczno-gospodarcza, gdzie naturalnie odniósł kilka sukcesów. Jest nim zmniejszenie rozwarstwienia społecznego przy zachowaniu – na razie – względnej stabilności finansowej. Był to cel ważny dla wielu polityków PiS, w tym dla Kaczyńskiego. Wiązał też z rządem pokaźny elektorat.

Ostatnie przedwyborcze inicjatywy oznaczają jednak ewolucję tej polityki w kierunku rozdawnictwa na wielką skalę. Możliwe, że polskie finanse to wytrzymają, ale wyznacza to kierunek rozwoju na najbliższe lata. I oznacza przyznanie się do tego, że tylko za taką cenę PiS jest w stanie kupować sobie poparcie w innych sferach. Bez drenowania budżetu nie byłby go pewny. Ile w tym winy samej socjalnej prawicy, a ile zewnętrznych okoliczności, to inna sprawa.

W latach 30. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt, na którego Nowym Ładzie Kaczyński trochę się wzoruje, był oskarżany, że tworzy „kulturę zasiłku” jako swoiste perpetuum mobile gwarantujące jego partii zachowanie władzy. W USA, kraju o skądinąd całkiem innym modelu społecznym, dużo bardziej wolnorynkowym, zatrzymano się na tej drodze. Jak będzie w Polsce?

Nawet gdyby Mateusz Morawiecki odziedziczył kiedyś po Kaczyńskim władzę nad partią i nad Polską, nie będzie mógł łatwo zejść z tego kursu. Choćby dlatego, że większość zaciąganych dziś wobec Polaków zobowiązań państwa ma charakter permanentny. Ani obecnej opozycji nie będzie łatwo ich w przyszłości ograniczyć, ani samemu PiS. Dawny prezes banku musi znać cenę takiego modelu. Ile jest w tej najnowszej ofensywie z niego samego? Małe fragmenciki, zresztą te najmniej konkretne, kiedy zapowiada obniżkę kosztów pracy czy poprawę infrastruktury.

Przypomnę raz jeszcze: Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina.

Glapiński z NBP zrobił burdel. Ot, co

1 Mar

„Będziemy pytać dalej, nie damy się zastraszyć, nie zaknebluje nam pan ust. Nawet jeżeli te pytania wywołują duże echo w samym NBP i duże pokłady niepokoju, prawda wyjdzie na jaw, panie prezesie Glapiński. Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę na temat wielkiego państwa szejków, które zostało zbudowane w NBP” – powiedział Krzysztof Brejza z PO. To jego reakcja na nieoficjalne doniesienia, o których pisaliśmy w artykule „Narodowy Bank Polski pozwie posła Krzysztofa Brejzę?”.

Poseł Brejza dodał, że Adam Glapiński przez trzy miesiące nie był w stanie odpowiedzieć na kierowane do niego pytania dotyczące wynagrodzeń w banku centralnym. – „Dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego, czyli departamentu promocji zarabia o 22 tys. złotych więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, bardzo merytorycznych, zajmujących się ryzykiem operacyjnym?” – pytał poseł PO. Zapowiedział przygotowanie kolejnych wniosków do NBP w trybie ustawy dostępu do informacji publicznej.

Z kolei Jarosław Urbaniak z PO poinformował, że w związku z tym, że Glapiński nie odpowiedział także na pytanie o kompetencje pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje „zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, które zgodnie z prawem muszą spełniać”. Przypomnijmy, że np. Martyna Wojciechowska, z wykształcenia rusycystka, dyrektorka departamentu komunikacji i promocji NBP, zasiada także w radzie nadzorczej Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Ksiądz od Kaczyńskiego milionerem, Macierewicz zapomniał o zamachu smoleńskim i inne pisowskie populizmy

28 Lu

Małe sprostowanie, wynajęli willę. Reszta zostaje.

Ksiądz Rafał Sawicz od czasu, kiedy w „Gazecie Wyborczej” pojawiły artykuły o tzw. taśmach Kaczyńskiego, był nieuchwytny. A to właśnie ksiądz był jedną z osób, która w imieniu Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego podpisała się pod dokumentami, umożliwiającymi rozpoczęcie budowy dwóch wież przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner zeznał w prokuraturze, że przekazał 50 tys. zł w gotówce, które miały trafić do księdza Sawicza za złożenie tegoż podpisu.

Teraz „cudem” odnaleziony ksiądz wydał oświadczenie, które rozpowszechnił jego pełnomocnik mecenas Janusz Masiak. – „Nie chcę i nie będę rozmawiać z żadnymi mediami. Jeżeli zajdzie taka konieczność, będę oczywiście do dyspozycji odpowiednich organów państwowych” – napisał ks. Sawicz.

Z oświadczenia wynika, że ks. Sawicz czuje się „ofiarą”. – „Jestem zdumiony zamieszaniem i skalą zmanipulowanych informacji wokół mojej osoby. Od lipca 2016 roku nigdy nie prowadziłem i nie prowadzę działalności publicznej i uważam, że zasługuję na ochronę prywatności mojej i moich najbliższych. Niestety — ta prywatność w ostatnim czasie była naruszana przez dziennikarzy i ich publikacje” – uważa Sawicz.

Zdumiewać mogą jego słowa, że „wchodząc w skład Rady Fundacji uważałem, że nie będzie to działalność publiczna i nadal tak uważam”. Oświadczenie księdza Sawicza nosi datę 26 lutego.

Poseł PO, Krzysztof Brejza bezskutecznie od wielu miesięcy próbuje się dowiedzieć szczegółów na temat postępów prac sejmowej podkomisji badającej katastrofę smoleńską. Nic dziwnego – ostatni komunikat na jej stronie pochodzi z września zeszłego roku. Najwyraźniej „chodzi o to, aby wyjaśniać, a nie żeby wyjaśnić i skończyć wyjaśnianie…” – komentuje ten fakt na Twitterze poseł Brejza.

Co więcej, gdy poseł próbował wysłać kilka pism listem poleconym na adres podkomisji, pisma … wróciły. Listonosz nie zastał nikogo pod wskazanym adresem i nikt awiza nie odebrał.

Czy taki sam los spotka przesyłkę kogoś, kto zechce przesłać pocztą nowe informacje dotyczące katastrofy w Smoleńsku? – zastanawia się Krzysztof Brejza.

Portal naTemat przypomina, że już w grudniu zeszłego roku poseł wysłał do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie pismo w sprawie zatajania informacji o aktywności podkomisji smoleńskiej przez Antoniego Macierewicza. Polityk pytał między innymi o liczbę posiedzeń podkomisji, jej koszty i zlecone opinie oraz ekspertyzy.

PiS zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej.

W związku z rokiem wyborczym Gwiazdka – wyjątkowo – zacznie się już w maju i potrwa aż do końca października. Po konwencji partii aktualnie rządzącej wiadomo już również, kto wystąpi w roli Świętego Mikołaja. Będzie to – osobiście – prezes Jarosław Kaczyński, choć to jednak nie do końca pewne, jak będzie wyglądała obsada roli Gwiazdora na jesieni. Bo do przejęcia Wielkiego Worka z prezentami sposobią się też Robert Biedroń i Grzegorz Schetyna.

A to dlatego, że – jak się to mówi – „nie ma zmiłuj” i jak się nie obieca wypełnić worka z „plusami” po samą kokardę, to nie ma sensu stawać do żadnych wyborów. Kto chce sobie porządzić, ten musi wysupłać te 35-40 miliardów.

Opozycja przyjęła do wiadomości, że za sprawą pana prezesa dokonał się – jak to ujęła na konwencji premier Szydło – „przewrót kopernikański” w dziedzinie marketingu politycznego, polegający na rewolucyjnej obserwacji, że świat lokalnej polskiej polityki kręci się nie wokół interesu publicznego, tylko osobistych korzyści materialnych konkretnego Kowalskiego. Mówiąc inaczej, wygrywa ten, kto obiecuje „kasę do ręki”.

Sądząc po katalogu obietnic przedwyborczych, tę lekcję odrobili już chyba politycy wszystkich opcji, którzy – jak jeden – starają się wrzucić do Wielkiego Wora z prezentami jak najwięcej. I – w zasadzie – wszyscy to samo.

Skąd ta kasa? Tego akurat to na razie nie wiadomo, ale partia aktualnie rządząca zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie wiadomo gdzie je trzymają, bo nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej. Więc pewnie leżą w sejfie przy Nowogrodzkiej.

Natomiast co do opozycji, to wskazuje te same źródła, co partia rządząca (rezerwy budżetowe) plus oszczędności na… „minusach”. Bo przecież od dawna wiadomo, że – cytując klasyka – w każdym zbiorze Plusów istnieją „plusy dodatnie” oraz „plusy ujemne”.

„Dobra zmiana” i jej „plusy dodatnie” miały zaś pewne – nazwijmy to – „koszty dodatkowe”, o których informowano wyjątkowo drobnym drukiem. Opłata za pięćsetplusa została odebrana w praworządności, wolności mediów i sądów, niezależności służb i prokuratury, polityce zagranicznej oraz posadach w spółkach skarbu państwa dla „nowych elit”. No i w rozlicznych interesach robionych na układzie zależności i znajomości między biznesem i partią władzy.

Te „pięćset minusy” chce zmonetaryzować opozycja, wstrzymując bizantyjskie inwestycje, zamykając nietrafione projekty, oszczędzając na pensjach asystentek w NBP, odprawach zmieniających się co kwartał prezesów spółek oraz na transferach środków do rozlicznych Instytutów Tego i Owego. A też na hojnych dotacjach dla zaprzyjaźnionych z władzą mediów, organizacji i fundacji.

Do zapowiadanych przez wszystkie partie transferów socjalnych KE dokłada jeszcze niemal bezkosztową opcję „normalność plus” – naprawę relacji z Unią, przywrócenie praworządności i swobód obywatelskich oraz ukrócenie szalejącego kolesiostwa i nepotyzmu, a też wyjaśnienie rozlicznych świeżo ujawnionych „afer” wokół obozu władzy.

Te same „plusy dodatnie” plus – oczywiście – 500 plus i inne transfery socjalne ma też w standardzie „Wiosna” Biedronia, która dodatkowo proponuje jeszcze „bonus”, też niemal bezkosztowy, w postaci pakietów „świeckie państwo”, „węgiel minus” oraz „postęp – społeczny, obyczajowy i technologiczny”. To wszystko da się zrobić niemal za darmo. Wystarczą odpowiednie ustawy.

Natomiast co do kolejnych „plusów”, kosztujących dziesiątki miliardów, to warto trzymać się starej, bo jeszcze antycznej zasady, odnoszącej się – skądinąd – do Konia Trojańskiego: „Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet gdy niosą dary). Bo z „darami” zawsze może się skończyć tak, jak niedawno w Grecji…

Suski, Glapiński i antysemityzm. Pisowska zgnilizna

12 Sty

 „To się nie dzieje naprawdę. Marek Suski jako jeden z argumentów za reformą sądownictwa, powiedział, że „niektórzy sędziowie mają w ogródkach zakopane sztabki złota, nie wiadomo skąd” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Reporter powołuje się na oficjalne sprawozdanie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i  Spraw Wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego.

Jej przedstawiciele byli w Polsce we wrześniu ubiegłego roku w sprawie pisowskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości. Spotkali się z przedstawicielami rządu, opozycji, sędziami i organizacjami pozarządowymi.

Marek Suski, który – przypomnijmy jest szefem gabinetu politycznego premiera Morawieckiego – podczas spotkania z komisją z PE twierdził, że dlatego PiS reformuje sądownictwo, bo niektórzy sędziowie poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa są bardzo bogaci, nie wiadomo skąd mają te pieniądze oraz, że… zakopywali złoto w ich ogrodach.

Na jednak nie poprzestał. Jak wynika ze sprawozdania, Suski porównywał  reakcję instytucji unijnych na pisowską reformę do historycznych działań Moskwy. Te „rewelacje” padły na spotkaniu, w którym uczestniczyli także szef MSZ Jacek Czaputowicz i jego zastępca Konrad Szymański.

„Nie da się tego w sposób kulturalny skomentować” – podsumował na Twitterze jeden z internautów.

„PiS będzie bronił Glapińskiego jak niepodległości. Dowód? Sellin w Trójce wchodzi w idiotyczną narrację, że próba jego odwołania to „spisek w celu wprowadzenia euro w PL”. Niedawno sami pisowcy się z tej głupoty śmiali. A teraz to przekaz dnia” – napisał na Twitterze Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”. Przypomnijmy, że Jarosław Sellin to wiceminister kultury w rządzie PiS.

Wypowiedź Sellina sprowokowała więcej komentarzy na Twitterze. Prawicowa blogerka Kataryna napisała: – „Testowanie granic tolerancji elektoratu na obrażanie jego inteligencji”. – „Pan Sellin dawno temu dołączył do grupy, w której już jest Marszałek Karczewski – ludzi wydawałoby się niegłupich, którzy jednak zdradzają swoje prawdziwe „JA” przy pierwszej lepszej okazji”; – „A może Glapiński powiedział, że nie odejdzie choćby nie wiem co. I co mu zrobią? Kolejna wojna i ustawki ustaw w roku wyborczym? Opozycja by ich ukrzyżowała. Więc skoro nie mogą go odwołać to albo dadzą mu się samozaorać, równocześnie odcinając się od niego, albo go będą bronić…”; – „PiS, a raczej Kaczyński będzie bronił własnych 4 liter. Glapiński za dużo wie o nim, o Telegrafie, o innych interesach PC, a później PiS- u”.

Jeden z internautów porównał Sellina do europosła PiS Ryszarda Czarneckiego. – „Sellin przypomina obatela, też zna się na wszystkim”.

Prezes PiS, była premier, obecny szef rządu oraz ponad dwustu innych posłów tej partii mogło – według sędziego Igora Tuleyi – składać fałszywe zeznania w związku ze słynnym „posiedzeniem Sejmu” w Sali Kolumnowej w grudniu 2016 roku. Na początku zeszłego roku sędzia złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury – a ta odmówiła wszczęcia śledztwa. Teraz, w grudniu tę decyzję podtrzymał sąd – co zamyka tę sprawę. – Czuję niesmak i dyskomfort. W tym przypadku wali się autorytet wymiaru sprawiedliwości – mówi Onetowi sędzia Tuleya.

  • Latem 2017 roku warszawska prokuratura umorzyła śledztwo ws. „posiedzenia Sejmu” na Sali Kolumnowej
  • Tę decyzję zaskarżyła opozycja – sprawa trafiła właśnie do sędziego Tuleyi
  • Ten uznał, że śledztwo należy bezwzględnie przeprowadzić, jednak prokuratura – w maju 2018 – ponownie podjęła decyzję o jego umorzeniu
  • Wcześniej, w styczniu zeszłego roku sędzia Tuleya złożył do prokuratury zawiadomienie, dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa składania fałszywych zeznań przez ponad dwustu polityków PiS – o jego szczegółach poinformowała „Gazeta Wyborcza”
  • Także to śledztwo zostało umorzone – a w grudniu decyzję prokuratury podtrzymał radomski Sąd Rejonowy, na niejawnym posiedzeniu. Decyzja sądu jest ostateczna
  •  – Wciąż wierzę, że Polska jest państwem prawa jednak ta sprawa nie jest tego najlepszym przykładem – mówi Onetowi sędzia Tuleya

Magda Gałczyńska, Onet: Czołowi politycy PiS mieli – według złożonego przez pana zawiadomienia do prokuratury – składać fałszywe zeznania ws. swobodnego dostępu do Sali Kolumnowej w grudniu 2016 roku. Jak pan się teraz czuje, kiedy Sąd Rejonowy w Radomiu podtrzymał decyzję prokuratury o niewszczynaniu śledztwa w tej sprawie?

Igor Tuleya, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie: Szczerze? Czuję niesmak i dyskomfort. Powiem tak, wciąż głęboko wierzę, że Polska jest państwem prawa ale ten przypadek nie jest najlepszym dowodem na obronę tej tezy.

Ale gra jest skończona, decyzja sądu zamyka postepowanie w tej sprawie?

To prawda, decyzja radomskiego sądu jest ostateczna. Przynajmniej w obecnej rzeczywistości politycznej, bo w moim przekonaniu do tej sprawy należałoby kiedyś wrócić. Ja zrobiłem swoje, obowiązkiem sądu było złożenie zawiadomienia o przestępstwie, jeśli powstało podejrzenie, że politycy mogli składać fałszywe zeznania. A to akurat było ewidentne.

Że kłamali?

Jakie były materiały, wszyscy wiemy. Ja zadałem sobie trochę trudu, zawiadomienie do prokuratury było dość obszerne, liczyło ponad 60 stron. To był mój obowiązek, żeby tego tak nie zostawić.

Liczył pan na prokuraturę?

Nie, nie miałem złudzeń, żeby organy ścigania się nad tym pochyliły ale obowiązkiem sądu było zareagować i poinformować odpowiednie służby o możliwości popełnienia przestępstwa. No i przynajmniej pozostał ślad w naszych aktach. Być może będzie to ślad tylko dla historyków…

Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki w śledztwie zeznał, że Sala Kolumnowa była celowo zorganizowana tak, by nie dopuścić posłów opozycji do stołu prezydialnego, by nie mogli przekroczyć trzeciej od tyłu linii krzeseł, i że był to świadomy zamysł. Z drugiej strony, cała „góra” PiS-u, łącznie w prezesem czy ówczesną premier zeznała, że posłowie opozycji mogli się po sali poruszać swobodnie i była możliwość, by zabrać głos. To jak prokuratura uznała, że posłowie być może skłamali, ale zrobili to nieświadomie. Jak to można wytłumaczyć?

Nie wiem. Wiem, że przestępstwo składania fałszywych zeznań nie jest szczególnie skomplikowane. Albo ktoś mija się z prawdą, albo mówi, jak było. Tu akurat każdy może skonfrontować i porównać rzeczywistość, którą wszyscy na nagraniach stacji telewizyjnych mogliśmy obserwować z tym, co mówili politycy PiS. Mnie możliwość popełnienia przestępstwa przez te osoby wydawała się raczej oczywista, ale jak widać prokuratura oceniła to inaczej.

Jakie ta decyzja prokuratury, a potem radomskiego sądu będzie mieć konsekwencje? Pytam w szerszym kontekście, o odbiór społeczny?

Po pierwsze, jasne jest, że tak lubiana przez rządzących teza, że wszyscy są równi wobec prawa jest bzdurą. Bo ta sprawa pokazuje, że nie jesteśmy traktowani tak samo przez organy państwa. Poza tym, tu jak w soczewce widać, że „jak jesteś na świeczniku, to wolno ci wszystko”. A to dla społeczeństwa jest po prostu skrajnie demoralizujące. Ale najważniejsza jest inna rzecz. Ta decyzja o niewszczęciu śledztwa w tak ewidentnej sprawie powoduje, że autorytet wymiaru sprawiedliwości po prostu się wali. I faktycznie, pod tym względem już za chwilę będziemy mieli „Polskę w ruinie”.

Wtedy, w 2017 roku, gdy po raz pierwszy nakazywał pan prokuraturze wszcząć śledztwo w sprawie posiedzienia w Sali Kolumnowej, powiedział pan, że”16 grudnia pogrzebano demokrację, bezkarnie zgwałcono prawo, tamtej nocy umarła zwykła ludzka przyzwoitość”. A dziś mamy decyzję sądu, że nie trzeba wszczynać śledztwa w sprawie potencjalnie fałszywych zeznań polityków PiS…

Dlatego dziś bym – w kontekście tej nowej decyzji – tamta frazę powtórzył, nie zmieniając ani słowa. Tak właśnie się stało, umarła przyzwoitość. Kropka.

Sam pomysł pachnie już zdradą narodową.

Ostatnimi czasy grom z jasnego nieba poraził Polaków z mocno chrześcijańską duszą, gdy Barbara Nowacka ogłosiła projekt ustawy oddzielającej Kościół od Państwa. Naruszyła to, co w dzisiejszej Polsce jest święte, czyli… przyczepiła się do Instytucji, która marzy wręcz o Polsce jako państwie wyznaniowym. Oj i co to teraz będzie? Co będzie?

Inicjatywa Polska w swoim projekcie chce niewiele. Ot, tylko zaprzestania finansowania lekcji religii ze środków publicznych i precyzyjne uregulowanie jej obecności w szkołach, odejście od finansowania składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne księży, likwidację Funduszu Kościelnego oraz wspólnych komisji rządowo – kościelnych, zastępując je jedną komisją, złożoną z przedstawicieli rządu, kościołów, związków wyznaniowych oraz organizacji świeckich skupiających agnostyków i ateistów.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Odezwał się już rzecznik Episkopatu ks. Paweł Rytel-Andrianik, który z oburzeniem stwierdził, że „wyrzucanie religii w taki czy inny sposób ze szkoły jest wracaniem do czasów komunistycznych”, a już sam pomysł, by to Kościół płacił katechetom uznał za całkowicie niedorzeczny. Według niego, to sprzeczne z Konstytucją, gdzie zapisane jest prawo do bezpłatnego nauczania, a gdy zwrócono mu uwagę, że to nie rodzice płaciliby ze swojej kieszeni, tylko właśnie Kościół, odwrócił kota ogonem. Mówił o utraconych przez Kościół dobrach i majątku, gdy „zabrali nam go zaborcy – Rosjanie, Prusacy i Austriacy podczas zaborów, a czego nam oni nie zabrali, to zabrali komuniści”. Czyli co? Nie ma kasy na finansowanie lekcji religii? Natychmiast też przypomniał o działalności charytatywnej Kościoła, obejmującej pomocą ok. 3 mln osób. Przepraszam, a co ma piernik do wiatraka?

Swoje trzy grosze postanowił też dorzucić ksiądz Węgrzyniak, żądając zaprzestania kłamstw, bo to „Kościół utrzymuje państwo, a nie odwrotnie”. W swoim artykule, zamieszczonym na fronda.pl, usiłuje przekonywać, że rozdzielność Kościoła jest w pełni zachowana, bo instytucja ta w żaden sposób nie wpływa na władze państwowe. Hahahaha…koń by się uśmiał. A ta agitacja wyborcza w świątyniach? Wspieranie PiS-u słowem i ciałem? Naciski na parlamentarzystów w sprawie zakazu aborcji czy ustawy antyprzemocowej? Uprzywilejowana pozycja przy rozdawnictwie pieniędzy? Zgoda władz na ingerowanie Kościoła w coraz więcej obszarów życia publicznego i politycznego, na krzyże gdzie się da, msze na okrągło, wychowawstwo w szkołach dla księży… to rzeczywiście w pełni zachowany rozdział Kościoła od państwa?

W swoich rozmyślaniach Węgrzyniak idzie jeszcze dalej. Skoro ponad 90% Polaków to katolicy, którzy płacą państwu podatki, to niech tam sobie dojdzie do takiego rozdziału. Katolicy przestaną płacić podatki, założą sobie własne przedszkola, szkoły, szpitale czy straż. Będą sobie żyli spokojnie, bez wypominania im czegokolwiek, a Polska padnie.

Zwraca też uwagę, że już od dawna państwo z Kościołem się dogadało, czego dowodem jest konkordat. No cóż, każdy, kto przeczytał uważnie ten dokument, świetnie wie, że ksiądz coś kręci. Jedyne, co można w konkordacie znaleźć to zobowiązania Państwa Polskiego wobec Kościoła i ani słowa o obowiązkach wobec Polski. Nie ma co, świetny dokument o normalizacji wzajemnych relacji…

Na koniec ksiądz się nieco zreflektował, chyba zrozumiał, że nieco zaszalał i uznał, że zawsze można się dogadać, ale pod warunkiem, że przeciwnicy Kościoła przestaną kłamać, jakoby państwo tyle dawało na księży. Pod warunkiem, że ze szkół usunie się również „przygotowanie do życia w rodzinie, edukację seksualną, godziny wychowawcze, wykłady na medycynie, które promują antykoncepcję. Usuńmy finansowanie szpitali, w których ma miejsce aborcja i in vitro. Usuńmy wszelkie dotacje stowarzyszeń, czasopism, organizacji, zajęć i ludzi, które głoszą wartości niezgodne z nauką Kościoła”. Ciekawe spojrzenie na budowanie kompromisu, prawda?

Całkowicie od projektu Nowackiej odcina się PSL, a z kolei Schetyna wydaje się być pełnym zrozumienia dla niego, choć politycy PO raczej nie są nim zachwyceni. Profesor Góralski z Wydziału Prawa Kanonicznego UKSW jest bardzo zaskoczony postawą szefa PO i uważa, że nie jest ona „utrzymana w duchu koncyliacyjnym, przeciwnie: nie służy dobrze pokojowi społecznemu”.

No to się porobiło… Duchowni oburzeni, lud poruszony i znowu słychać, jak to w Polsce prześladuje się chrześcijan, jak się ich gnębi. Czekam tylko, kiedy zostanie ogłoszony termin krucjaty w obronie wiary i jej wyznawców. Kiedy wyjdą na ulice członkowie kół Gazety Polskiej, przyjaciele Tadeusza Rydzyka, telewizji Trwam i prasy skrajnie prawicowej, wspomagani przez chłopców narodowców. Od wojen religijnych minęło już kilka wieków, więc pewnie czas na powtórkę, bo przecież historia lubi zataczać koło.

Przyznam się szczerze, że jestem już nieco zmęczona tym ciągłym nawoływaniem do stawiania Kościoła na piedestale. Jestem zmęczona roszczeniową postawą tej instytucji, coraz mocniej wyciągniętą łapką, bo chce więcej i więcej. Nawoływaniem do przestrzegania propagowanych przez siebie zasad w sytuacji, gdy sama ma je głęboko gdzieś. Jak można mówić o uczciwości, rzetelności, tolerancji do wiary, gdy na każdym kroku się temu zaprzecza? Gdy po cichutku i skrycie buduje się podstawy państwa wyznaniowego, co ma tak mocne wsparcie partii rządzącej?

Ludzie! Żyjcie sobie jak chcecie, ale i dajcie żyć innym. Państwo musi być świeckie, szkoła musi być wolna od ideologii i poglądów, instytucje publiczne to nie kościoły, więc krzyży w nich nie potrzeba. Epatowanie katolicyzmem na każdym kroku, te msze, wiernopoddaństwo partii rządzącej, to przekonanie, że jak ktoś nie za PiS-em, to zły katolik, te płonące race i petardy na pielgrzymkach narodowców – to wszystko wzbudza coraz większy odruch wymiotny u każdego, kto chce spokojnie żyć w państwie prawa, w którym jest miejsce dla każdego. Kościele, ogarnij się wreszcie!!!

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim antysemityzmie.

Na pisowskie salony wkracza antysemityzm, co nie jest jakąś wielką niespodzianką. Wystarczyło wcześniej posłuchać polityków tej partii, co mają do powiedzenia na temat Jedwabnego albo, jaki jest ich stosunek do szmalcownictwa, którego wykładnia jest jedna: część Polaków ujawniało hitlerowcom miejsca, w których ukrywali się Żydzi w czasie II wojny światowej.

Nie tylko Jan Gross opisywał „sąsiadów” Polaków, będących pomagierami hitlerowców, ale nasi historycy. Ponadto, kiedy wsłuchać się w domowe opowieści, szybko można odkryć, iż Polacy niczym nie różnią się od innych narodów, a czasami są „lepsi”. Polski kołtun i Ciemnogród utrzymał się lepiej niż kołtuny w innych nacjach.

Żyd zresztą wchodzi w triadę nienawiści: Żydzi, masoni i cykliści, co należy dzisiaj czytać: obcy, demokraci i nowocześni. Przepraszam, a prezes jakiej partii szczuł na uchodźców, którzy jakoby mogą przynieść do Polski „cholerę, dezynterię i pasożyty”? Ten sam prezes szczuje na demokratów, na obrońców państwa prawa i Konstytucji, no i musi szczuć na cyklistów, bo nie posiada prawa jazdy.

W takiej przyszło nam żyć Polsce. Antysemityzm jest odgrzewany z historycznej hibernacji, choć Żydów nie ma. I jeszcze jedna uwaga: antysemityzm w okresie międzywojennym w Polsce był równy niemieckiemu, a możliwe, że „lepszy”. Tam jednak doszedł do władzy Hitler, a u nas odpowiednik jego nie zdążył, acz Roman Dmowski (jawny antysemita, pisze o parchach Żydach w swoich publikacjach) miał swoich rozlicznych następców, którzy prześladowali Żydów. Antysemityzm jest obecnie wybudzany. Wystarczy posłuchać uważnie obydwu Morawieckich i innych polityków PiS. Ustawa o IPN, która została utrącona przez USA i Izrael, też zmierzała do odmrożenia antysemityzmu.

Antysemityzm podskórny, ledwie ukryty ma się dobrze w Polsce pisowskiej w mediach publicznych. Dano temu wyraz w czwartkowym programie „Minęła 20” TVP Info. Zaprezentowano w nim krótką animację, w której aż roi się od antysemityzmu i spełnia wszystkie powyższe zarzuty, które wyżej zmetaforyzowałem. Żydów nie ma, ale można ich wykreować i tak – dostaje się Hannie Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy na filmiku „powołuje” do działalności Jerzego Owsiaka, a ten „grabi” Polaków i pieniądze oddaje Żydom. Mniej więcej taka jest interpretacja filmiku zrealizowanego przez niejaką Barbarę Pielę. Estetyka jest turpistyczna wzięta z goebbelsowskiego „Żyda Suessa”.

Polska humanistycznie marnieje w oczach, telewizja publiczna pluje, zohydza, szczuje. Nie jest to medium obywateli, ale funkcjonariuszy PiS. Filmik antysemicki należy wpisać na konto partii rządzącej. Olechowski, który jest szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, tweetuje, że „zostaną wyciągnięte surowe konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych za incydent”. Uśmialiście się z tych zapowiadanych konsekwencji? Nie chodzi tylko o to, że znowu Mateusz Morawiecki będzie się kajał w naszym imieniu, ale przede wszystkim o to, jak niszczone jest społeczeństwo polskie, jak ważne dla społeczeństwa są opluwane wartości ludzkie.

Tego nie można załatwić jakąś ustawą – amoralność jest trwalsza niż długość życia Kaczyńskiego i Morawieckiego. Oni zejdą z tego świata, a przyszłe pokolenia zostaną z tym złem, które jest obecnie reanimowane.

Warto o tym pamiętać. Szczególnie polecam ludziom związanym z PiS. Tak łatwo przychodzi wam kłamać i pomawiać❗️ Sam to doświadczam. Później jak wynika z waszych opowieści, zeznań nic się nie zgadza. A przychodzi czas w którym przyjdzie wam „stanąć w prawdzie”‼️

Kaczyńskiemu torba i kij

10 Sty

Komisja Europejska w piśmie do Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej prosi o wstrzymanie robót budowlanych na Mierzei Wiślanej do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości. To, że dokument dotarł do resortu potwierdził Radiu Zet dyrektor biura prasowego ministerstwa Michał Kania.

Wątpliwości unijnych urzędników budzi pozwolenie na przekopanie wydane przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Olsztynie. W planach jest też budowa sztucznej wyspy, mającej służyć między innymi jako port. Jak podaje Radio Zet, obiekt ma być widoczny z kosmosu. Ministerstwo musi odpowiedzieć KE do 15 stycznia.

Przekopanie Mierzei Wiślanej to jeden ze sztandarowych pomysłów PiS. Jak pamiętamy, Jarosław Kaczyński osobiście wkopał słupek w miejscu przyszłej inwestycji. Ma ona kosztować ok. 880 mln zł, a zapłacić za to ma budżet państwa, czyli wszyscy podatnicy.

Kilka dni temu zarząd wojewódzkiego pomorskiego i organizacje ekologiczne złożyły odwołania od decyzji środowiskowej do Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska.

>>>