Tag Archives: Monika Wielichowska

Kononowicz Suski i jego pan Krętacz nr 1 w kraju, prezes K.

6 Mar

Marek Suski (minister w Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego) był gościem programu 24 pytania (Polskie Radio). Szef w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego komentował m.in. obietnice wyborcze zapowiedziane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Dochody wzrastają. Zabieramy mafiom i dajemy ludziom. Pieniądze wypływały, a poprzednicy nie byli w stanie nic z tym zrobić. Mimo że pisali sobie jakieś tajne notatki, w których wskazywali, że jest luka, nie podejmowali działań. (…) Nie chcieli dawać Polakom, myśleli o innych – mówi szef gabinetu premiera Marek Suski.

Uwaga! To nie scenariusz do filmu Barei. Marek Suski, szef gabinetu politycznego premiera, postanawia ukraść sprzed siedzimy klubu PO-KO pewną tablicę… I to nie byle jaką, ale tablicę z „Układem Kaczyńskiego”. Akurat jego zdjęcie się tam nie pojawiło. Czyżby czuł się pominięty? Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Ta historia tak szybko się nie skończy. – To kradzież naszej własności – mówią politycy PO i zapowiadają kroki prawne.

Marek Suski w roli głównej

Minister Marek Suski nie zamierzał działać incognito, nie założył maski, a nawet nie pochylił głowy. Ale chyba miał nadzieję, że przypadkiem nikt tej politycznej kradzieży nie zauważy. Ups.

Zaledwie 2-sekundowy filmik z Markiem Suskim w roli głównej robi w sieci karierę. Ale jest też dowodem na „kradzież własności klubu PO-KO”. A to przestępstwo.

Według posłów PO to tylko kolejny dowód na to, jak bardzo PiS boi się prawdy o działaniach spółki Srebrna. Ale nie zamierzają w sprawie tablicy odpuścić. Nie ta, to pojawi się kolejna.

Krótka historia tablicy

Pierwsza tablica została ustawiona podczas posiedzenia Sejmu 19 listopada. Ta została usunięta w poniedziałek jako niezgodna z przepisami Regulaminu Sejmu dotyczącymi organizacji wystaw. Zaaresztowała ją straż marszałkowska, a posłowie PO nie  mogli nawet z depozytu odebrać swojej własności.

Drugą tablicę parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej umieścili przed drzwiami prowadzącymi do siedzimy klubu PO-KO we wtorek. I to właśnie ten egzemplarz padł ofiarą szefa gabinetu politycznego premiera.

– Wszyscy wiemy, jaki Marek Suski ma temperament – to słowa rzeczniczki Prawa i Sprawiedliwości Beaty Mazurek.

Po południu całą sytuację skomentował w rozmowie z Onetem sam Suski: – Nielegalna tablica została usunięta. Przywróciłem praworządność. Oczekuję, że klub PO-KO będzie przestrzegać prawa i nie będzie robić takich prowokacji.

Analizujemy zdanie po zdaniu taśmy nagrane przez Birgfellnera. Kaczyński powtarza, że chce mu zapłacić za umówioną pracę i „nie chce nikogo oszukać”. Ale nie zapłacił, a teraz twierdzi, że nie oszukał. Inna rzecz, czy sąd skazałby prezesa PiS za „oszustwo” z art. 286 k.k. Ale tego się pewnie nie dowiemy, bo jak mówi Kaczyński „śledztwo sensu nie ma”

„Austriak twierdzi, że został oszukany” – usłyszał Jarosław Kaczyński  od dziennikarza RMF FM.  Odpowiedział:

„To mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z tym sądem”.

„Nie mam niczego do zarzucenia sobie. Nie będę mówił, jaki mam stosunek do bohatera tych wydarzeń” – dodał we właściwy sobie sposób (typu: nie mówię, ale mówię). I dorzucił dla jasności:

„Tutaj mamy po prostu do czynienia z przykładem pewnej nierzetelności, ale nie z mojej strony, ale ze strony osoby, która jest dzisiaj jest traktowana jako swego rodzaju bohater, czy nawet ofiara”.

Te wypowiedzi Kaczyńskiego dla RMF FM z 2 marca 2019 stoją w sprzeczności z tym, co wiadomo z taśm i dokumentów ujawnionych przez „Wyborczą” o jego negocjacjach biznesowych z Geraldem Birgfellnerem. W maju 2017 umówili się, że austriacki biznesmen, który jest też powinowatym Kaczyńskiego, zbuduje dla kontrolowanej przez PiS spółki Srebrna 190-metrowy wieżowiec w centrum Warszawy.

Spotykali się aż 19 razy w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie, uzgadniali etapy toczących się prac przygotowawczych, dopinali szczegóły umowy. W czerwcu-lipcu 2018 Kaczyński wstrzymał jednak inwestycję. Nie zapłacił – do dzisiaj – obiecanych 1,3 mln euro.

Zaniepokojony Gerald Birgfellner nagrał ostatnie dwa spotkania z Jarosławem Kaczyńskim 27 lipca i 2 sierpnia 2018, żeby mieć dowody, że został oszukany. 25 stycznia 2019 przy pomocy dwóch adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” z art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu, lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

Zarzut z art. 286, zwany „oszustwem” nie jest tożsamy z potocznym rozumieniem tego słowa. Birgfellner jest przekonany, że Kaczyński oszukał go zarówno „po ludzku”, jak i w sensie art. 268. Kaczyński zaprzecza obu sensom.

OKO.press przedstawia argumenty na rzecz tezy, że Kaczyński oszukał Birgfellnera w potocznym tego słowa znaczeniu, i że o tym dobrze wie. Wskazują na to wypowiedzi prezesa PiS, nagrane przez Birgfellnera. Cytujemy je obficie, żeby pokazać, że nie były to słowa przypadkowe.

Nie przesądzamy jednak, że lider PiS popełnił przestępstwo. O tym powinien zdecydować sąd. Przebieg postępowania w prokuraturze wskazuje na to, że śledztwo może zostać umorzone. Według przecieków „Wyborczej” prokuratura może nawet postawić zarzuty… Birgfellnerowi – próby wyłudzenia pieniędzy, a według Rzeczpospolitej – niezapłacenie VAT od faktury (na 1,5 mln zł) wystawionej dla Srebrnej.

„Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma” – powiedział w RMF FM Kaczyński.

Kaczyński na taśmach: Nie chcę nikogo oszukiwać, chciałbym zapłacić

Skąd wiadomo, że Kaczyński nie mówi prawdy twierdząc, że nie oszukał Birgfellnera? Wynika to jednoznacznie z nagrań ujawnionych przez „Wyborczą”. Omówimy to szczegółowo korzystając z dosłownych cytatów z negocjacji.

Kaczyński: „było zrobione dla nas, trzeba zapłacić”

Na obu nagraniach Kaczyński ani razu nie kwestionuje, że Birgfellner wykonał umówioną pracę i że trzeba za nią zapłacić. Wręcz przeciwnie, podczas spotkania 27 lipca 2018  mówi:

„Problem polega, to już wszystko wiem, przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas. Ja bym chciał zapłacić, tylko muszą być do tego podstawy w papierach”.

W innym miejscu:  „A ja chcę zapłacić, tylko że ja nie mogę zmusić nikogo, żeby zapłacił wbrew…”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski: „…prawu…”

Kaczyński: „…i przepisom”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski, zwany „kuzynem Kaczyńskiego”, jest jego prawą ręka w tym biznesie. A przy okazji także teściem Birgfellnera. Układy biznesowe w PiS mają często charakter towarzysko-rodzinny.

Usprawiedliwia się, tłumaczy względami politycznymi

Kaczyński wyjaśnia, dlaczego budowę trzeba wstrzymać: „doszły nowe elementy, operacja [Jana] Śpiewaka [kandydującego w wyborach na prezydenta Warszawy], który postawił zarzuty: partia buduje wieżowiec”. Na uwagę, że „można by storpedować taką narrację, bo przecież to nie partia w końcu buduje”, Kaczyński tłumaczy: „To nie ma żadnego znaczenia w takich kampaniach. Ja jestem w fundacji [Instytut im. Lecha Kaczyńskiego], to zupełnie wystarczy, to nie ma żadnych szans. To nie do obrony. To jest polityka”.

W innym miejscu Kaczyński tłumaczy się tak: „[Śpiewak] zaatakował, że chcemy budować budynek, no.  My… On twierdzi, że partia. I że to są w ogóle obyczaje azjatyckie”.

Szuka sposobu, by zapłacić. Podsuwa pomysł ze zgłoszeniem roszczeń w sądzie

Kaczyński stara się znaleźć rozwiązanie problemu niezapłaconej sumy (nie wiadomo, czy serio, czy tylko dla uspokojenia partnera – o tym może rozstrzygnąć sąd). Twierdzi, że spółka Srebrna nie może zapłacić za wykonane prace i proponuje drogę sądową.

Kaczyński: „Realia są takie: albo będą jakieś te dodatkowe rachunki, bo my po prostu ich potrzebujemy, albo jest druga droga, i tu nie traktujcie jej jako wojenną. To znaczy, że wy wysuniecie roszczenia o charakterze sądowym, to znaczy…

Tłumaczka Birgfellnera: „Czekaj, nie rozumiem za bardzo”.

Tomaszewski: „Dlatego, że wtedy, jeżeli wystąpicie na drogę sądową i dostaniecie wyrok sądu do zapłaty, to wtedy jest podstawa do zapłacenia przez Srebrną, rozumiecie?”.

W innym miejscu Kaczyński: „I stąd, powtarzam, stąd jest kłopot,

dlatego wymyśliłem tę metodę, bo zastanawiałem się nad tym, co zrobić, żeby zapłacić”.

Tomaszewski: „Zapłacić możemy tylko tak.

Przecież my się nie kłócimy, na pięści nie bijemy, tylko chodzi o to, żeby znaleźć drogę, żeby wam zapłacić, legalnie, żeby, żeby nie było zarzutu, że, że wydajemy jakieś pieniądze niezgodnie…”

Kaczyński: „Znaczy, krótko mówiąc, bo jaki byłby zarzut natychmiast nam postawiony, że wyprowadzamy pieniądze”.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Kaczyński czuje się dłużnikiem Birgfellnera. Chce mu zapłacić, a co najmniej zrobić wrażenie, że tego chce.

Jest gotów zeznawać, że pieniądze się Austriakowi należą

Kaczyński deklaruje (znowu – nie wiadomo czy szczerze), że podczas ewentualnego procesu może zeznać w sądzie, że praca została wykonana dla spółki Srebrna.

„Jestem gotów w tym sądzie zeznać, że ta robota była robiona dla nas, znaczy dla Srebrnej. Ja to zeznam, bo tak jest”.

To ważna okoliczność. Choć przygotowania do budowy wieżowca miały być – dla dyskrecji – prowadzone przez spółkę córkę Srebrnej, Kaczyński gotów jest w sądzie potwierdzić, że to było tylko formalne rozwiązanie, by zatuszować całą operację.

Podkreśla, że nie kwestionuje roszczeń Birgfellnera, ale…

W nagraniu z 2 sierpnia 2018 Kaczyński składa kolejne obietnice, tym razem także przedstawicielom kancelarii Baker MacKenzie, obecnym na spotkaniu razem z Birgfellnerem. Działając z upoważnienia Srebrnej austriacki biznesmen zatrudnił kancelarię do prac przygotowawczych. Kaczyński grzecznie zapewnia prawników:

„My jesteśmy naprawdę gotowi to zapłacić państwu w możliwie szybkim terminie”.

Są jednak komplikacje, bo zgodnie z zaleceniami Kaczyńskiego Birgfellner zawierał umowę z kancelarią na Nuneaton spółkę-córkę Srebrnej.

Kaczyński: „Spółka córka i spółka matka to nie są podmioty, między którymi można bezumownie przenosić zobowiązania, no”.

Mówi też o innych kosztach poniesionych przez Birgfellnera, czyli „o znacznie większej sumie (…) załóżmy, że to jest około dwóch milionów – i tutaj jest sprawa no dalej jeszcze idąca z tego względu, że tu mieć, nie ma tytułu odnoszącego się do spółki Srebrna. Cały czas spółka-córka jest stroną”.

…są „okoliczności pozamerytoryczne, polityczne”

Kaczyński wie, że spółka Srebrna (przypominam: „ta robota była dla nas, czyli dla Srebrnej”), powinna zapłacić przelewając pieniądze spółce-córce.

„Ale my musimy mieć tutaj, po pierwsze, podstawę prawną, że to są spółki Srebrnej – my tego faktu nie kwestionujemy – i po drugie, no też odpowiednie faktury, no bo inaczej tego się po prostu zrobić w zgodzie z prawem nie da, a

to, co było w propozycjach poprzednio, czyli pożyczka dla spółki-córki, no w obecnej sytuacji nie ma żadnego uzasadnienia, bo my się z tego przedsięwzięcia ze względów pozamerytorycznych, politycznych w gruncie rzeczy, musimy wycofać w tym momencie”.

Innymi słowy – umowę biznesową zakłóciła okoliczność „pozamerytoryczna, polityczna”. Kaczyński, wie, co powinien zrobić, żeby nie oszukać partnera, ale boi się, że na tym straci jako polityk.

Raz jeszcze podkreśla jednoznacznie: „Byłbym gotowy zeznać, że rzeczywiście te przedsięwzięcia były robione na korzyść spółki, w ostatecznym rachunku miały służyć spółce Srebrna. Plus są jeszcze te dokumenty, w opracowaniach niektórych z nich państwo [do przedstawicieli kancelarii – red.] uczestniczyli, na przykład tych pełnomocnictw, z tego, co sobie przypominam. Tak uchwał, pełnomocnictw, no tak, więc – krótko mówiąc – no

sami państwo widzicie, że to jest, dlatego w żadnym razie nie kwestionuję”.

Podsuwa Birgfellnerowi argumenty, dowody

27 lipca 2018 Kaczyński idzie jeszcze dalej i pociesza Birgfellnera: „Macie mocne argumenty w postaci tej uchwały zarządu”.

Tomaszewski: „Rady”,

Kaczyński (potwierdza): „Rady”.

[chodzi o Radę fundacji Instytut im. L. Kaczyńskiego, która jest w 99,99 proc. właścicielem spółki Srebrna. Kaczyński jest jednym z trzech członków Rady – red.]

Tomaszewski: „I zarządu fundacji”.

Kaczyński: „Zarządu fundacji. Macie mocne argumenty w postaci tej umowy…”.

Tomaszewski: „Pełnomocnictwa też”.

Kaczyński podsumowuje:

„I powtarzam, ja nie mogę mówić za innych, ale jeżeli chodzi o mnie, to spokojnie mogę zeznać przed sądem, że tak, to było robione dla spółki Srebrna, a wy macie, powtarzam, na to dobre dowody w postaci tych uchwał”.

Charakterystyczne, że Kaczyński przekonuje Birgfellnera, że biznesmen ma w ręku dostateczne dowody, by sąd uznał, że Srebrna jest mu winna za wykonane prace. Wymienia nawet te dokumenty: uchwały Rady i Zarządu spółki, upoważnienie Srebrnej do prowadzenia prac przygotowawczych…

Te same dowody posłużyłyby adwokatom Birgfellnera w rozprawie przeciwko Kaczyńskiemu, gdyby do niej doszło. Potwierdzają one, że Birgfellner miał wszelkie powody, by wierzyć ustnej umowie, jaką zawarł z Kaczyńskim. I czuć się oszukanym.

Potwierdza, że nie chce nikogo obciążać, a mankamenty są pozamerytoryczne

Na taśmie 27 lipca Kaczyński mówił, że on „przecież nie chce nikogo oszukiwać.”

3 sierpnia ujmuje tę samą myśl inaczej:

„Chodzi o to, że ja bym nie chciał nikogo obciążać stratą, te mankamenty, które się tutaj zdarzyły, no, wydarzenia, które nie mają charakteru z punktu widzenia prawnego czy ekonomicznego, merytorycznego”.

Podsumowując, Kaczyński wielokrotnie potwierdza, że Birgfellner:

  • wykonał zamówioną przez niego pracę „dla nas, czyli dla spółki Srebrna”;
  • podkreśla, że nie chce go „oszukać”  czy „obciążać stratą”(nie płacąc mu należnych pieniędzy);
  • deklaruje, że szuka sposobu, by mu zapłacić;
  • przekonuje, że Birgfellner ma tak mocne dowody wykonania pracy, że mógłby wygrać sprawę przed sądem;
  • stwierdza, że o wycofaniu się z umowy zadecydowały względy „niemerytoryczne”, czyli nie mające nic wspólnego z biznesem. Tłumaczy, że chodzi o interes polityczny PiS i jego własny.

Czy można jaśniej powiedzieć, że nie oddanie pieniędzy Austriakowi byłoby oszustwem w sensie niewywiązania się z umowy bez uzasadnionych przyczyn? Czemu zatem Jarosław Kaczyński twierdzi teraz, że Birgfellner nie został oszukany? I jeszcze obciąża go „nierzetelnością”?

Wbrew deklaracjom i gruntownej własnej argumentacji Kaczyński nie doprowadził do tego, by Birgfellner otrzymał pieniądze. Został zatem „oszukany” i „obciążony stratą”. Kaczyński jest tego sprawcą.

Wersja Birgfellnera: aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła moją czujność

Gerald Birgfellner unika rozmów z mediami. Jego wersję zdarzeń, zgodną zresztą z cytowanymi wyżej wypowiedziami Kaczyńskiego przedstawił OKO.press reprezentujący go mecenas Jacek Dubois.  Oto skrót jego relacji:

„Mój klient dostał komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Wszystko utwierdzało go w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Kaczyński. Zwykł on mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

Kwota 1,3 mln euro, jakiej domaga się Birgfellner wynika z wyceny już wykonanych prac, które wymienia – jedna po drugiej – wielostronicowa umowa zaakceptowana przez obie strony. Gerald Birgfellner:

  • założył spółkę celową Nuneaton, na którą pan Kaczyński obiecał przenieść ze spółki Srebrna prawo wieczystego użytkowania nieruchomości, po to m.in., by wziąć kredyt na budowę,
  • pozyskał znanego architekta, który przygotował projekt koncepcji architektonicznej budynku,
  • przygotował strategię realizacji projektu Tower Srebrna z kosztami i terminarzem,
  • przygotował wyceny nieruchomości,
  • zatrudnił kancelarię Baker MacKenzie, która przygotowała umowy z firmami Gleeds Polska (m.in. zarządzanie inwestycją) i Strabag oraz umowę kredytową z bankiem Pekao S.A.

Wszystko to robił zgodnie z ustną umową, którą zawarł z Kaczyńskim w lipcu 2017. Kaczyński prosił, by przystąpić do pracy od razu. Mój klient to zrobił, a równolegle przez prawie rok negocjował profesjonalną umowę, wprowadzając kolejne zmiany.

Za namową Kaczyńskiego kupił w Warszawie dom. Pełną parą pracowała kancelaria Baker MacKenzie, której też nie zapłacono kilkuset tysięcy euro, pracował wzięty austriacki architekt, który też nie dostał wynagrodzenia, ok. 150 tys. euro. Pan Birgfellner negocjował z bankami, wszystko szło jak z płatka.

Jak opowiada Birgfellner, ludzie panu Kaczyńskiemu salutują i wykonują co prezes powie.

Mój klient dostał odpowiednie pełnomocnictwa już w maju i czerwcu 2017 do utworzenia spółki córki i do reprezentowania Srebrnej w umowach najmu i dzierżawy nieruchomości.

Ta aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła czujność biznesmena. Opamiętanie przyszło za późno.

Cały czas trwały spotkania z udziałem pana Kaczyńskiego, większość w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej, od pierwszych dwóch w maju 2017 roku. Kolejne mają miejsce w czerwcu 2017,  w lipcu, we wrześniu, potem w listopadzie – aż trzy, w grudniu 2017 jedno, w styczniu 2018 – znowu trzy, w lutym – jedno, w marcu – dwa, w kwietniu i czerwcu po jednym.

Została też przygotowana w banku Pekao SA umowa kredytowa na 300 mln euro i gdyby pan Kaczyński nie wstrzymał inwestycji, spółka Nuneaton przejęłaby wieczyste użytkowanie Srebrnej 16 i dostała kredytowanie.

To były żmudne, wielostronne negocjacje. Strony dogadały się najpierw na uruchomienie „małego” kredytu inwestycyjnego 11 mln euro na przygotowanie projektu, potem ta suma – decyzją pana Kaczyńskiego – została zmniejszona do 4,5 mln euro, co bank natychmiast zaakceptował. Uzgodniono szczegółowo, w jaki sposób zostanie wypłacony cały kredyt 300 mln euro, po uzyskaniu przez spółkę Nuneaton wieczystego użytkowania nieruchomości.

Prezes Pekao S.A. Michał Krupiński osobiście zapewniał mojego klienta, że zaangażowanie pana Kaczyńskiego ma dla niego znaczenie przy decyzji kredytowej.

Dopiero w czerwcu i lipcu 2018 Jarosław Kaczyński poinformował mego klienta o wstrzymaniu inwestycji i wezwał do zaprzestania prac, m.in. żeby nie występował o warunki zabudowy. Tłumaczył, że Srebrna nie może pokryć zobowiązań swej spółki-córki.

Po spotkaniach 27 lipca 2018 i 2 sierpnia z udziałem kancelarii Baker MacKenzie pan Kaczyński nie miał już czasu dla mego klienta. Srebrna wypowiedziała mu pełnomocnictwo. Zdał sobie sprawę, że jeżeli nie tupnie, to zostanie na lodzie.

Całą dokumentację załączyliśmy do wniosku złożonego w prokuraturze. Dokumentów jest 55, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwo dla Geralda Birgfellnera, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami.

Mec. Dubois: Kaczyński miał świadomość, że wprowadza w błąd

Czy opisane oszustwo Kaczyńskiego (w sensie potocznym, ludzkim) było oszustwem w sensie art. 286 k.k.? Zasadnicze znaczenie ma tu kwestia: czy prezes PiS miał zamiar oszukania biznesmena, a jeżeli tak, to od kiedy i jakie są na to dowody.

Niektóre tłumaczenia z taśm robią wrażenie, jakby Jarosław Kaczyński całkowicie zdawał sobie sprawę z ryzyka, że narazi na szkodę Austriaka i że naraża go na straty finansowe ze względu na własny interes. Szczerze przy tym dzielił się swymi problemami, choć nie mają one nic do rzeczy w kwestii umowy biznesowej (ostatecznie w rozmowach brali udział krewniacy).

Mec. Dubois w rozmowie z OKO.press uznał, że Jarosław Kaczyński zastosował „trick”.

„Gdy wreszcie przygotowana została umowa, a mój klient ma ją podpisać, pojawia się trick. Pan Kaczyński mówi mojemu klientowi: wystaw fakturę na Nuneaton, ale ze spółki Srebrna, która jest faktycznym zleceniodawcą nie przelewa środków. Czyli:

Nuneaton nie ma pieniędzy, a Srebrna nie ma podstawy do zapłacenia, bo faktura została wystawiona na Nuneaton. Pan Kaczyński nie przenosi też aportem ze spółki Srebrna prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, co umożliwiłoby wzięcie uzgodnionego już z bankiem Pekao SA kredytu.

Ma świadomość, że wprowadza partnera w błąd i utrzymuje go w tym błędzie.

Gdy pan Kaczyński kazał memu klientowi wystawić faktury na Nuneaton doskonale wiedział, że ta spółka będzie niewypłacalna.

OKO.press: Czy Birgfellner nie okazał się jednak naiwniakiem? Przecież wiedział, że Kaczyński nie ma praw do negocjowania transakcji. Jest ledwie członkiem rady fundacji Instytut Pamięci Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna.

Formalnie tak. I na tym także polegało oszustwo, czyli celowe wprowadzenie w błąd, na wyrobieniu w kimś przekonania sprzecznego z rzeczywistością.

Mój klient dostał jednoznaczny komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Pan Kaczyński wskazywał partnerów, ich akceptował, rozmawiał o finansach, wskazał bank itd. itd.

Wszystko utwierdzało mojego klienta w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Jarosław Kaczyński. Zwykł on zresztą mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

OKO.press: W lipcu 2018 Kaczyński mówił o „drugiej drodze”. Birgfellner ma zgłosić wobec Srebrnej roszczenia o charakterze sądowym i wygrać w sądzie.

„Pan Kaczyński jest prawnikiem, więc chyba ma elementarną wiedzę o prawie, a to oznacza, że po prostu zbywał mojego klienta. Bo gdyby naprawdę miał wolę, by wywiązać się ze zobowiązania, mógł zaproponować ugodę sądową, pozasądową, cesję wierzytelności… Było wiele możliwości, by to załatwić zgodnie z prawem.

Po prostu pan Kaczyński uznał w połowie 2018 roku, że tak widowiskowa inwestycja będzie dla niego nieopłacalna politycznie. Jasno o tym mówi w nagraniu z lipca 2018. Obawiał się, że budowa Wież zostanie potraktowana jako »azjatyckie obyczaje« i postanowił sprawę odłożyć ad calendas graecas. Zresztą mówi, że wrócimy do niej, jeśli będzie dobry wynik wyborów samorządowych w Warszawie, w co raczej nie wierzy, albo dobry wynik wyborów parlamentarnych.

Z powodów takiej kalkulacji pan Kaczyński zatrzymuje projekt i uznaje, że nie ma sensu się rozliczać. Daje do zrozumienia mojemu klientowi: »masz roszczenie, należą ci się pieniądze, ale ci nie zapłacę. I co mi zrobisz?«.

Nasz klient uważa, że został oszukany przez pana Kaczyńskiego. Wszystko co mu się w tej sprawie przydarzyło przypisuje jemu. Działania innych osób były jakby sterowane przez pana Kaczyńskiego. To z nim nasz klient wiąże swoją krzywdę, od niego chce dochodzić sprawiedliwości. Ale może się też okazać, że inne osoby pełniące funkcje we władzach innych podmiotów mogły popełnić czyny zabronione.

Mamy czarno na białym stwierdzenie, że praca została wykonana, tak jak zostało to uzgodnione. Pan Kaczyński wprost to potwierdza. Czyli doszło do osiągnięcia korzyści majątkowej na niekorzyść mojego klienta.

Pozostaje tylko do kwestia ustalenia, czy był zamiar wprowadzenia w błąd, co jest konieczne, by uznać, że to było oszustwo. Szczegółowo w zawiadomieniu opisaliśmy, dlaczego uważamy, że taki świadomy zamiar był” – mówi mec. Dubois.

***

W wywiadzie dla RMF FM Jarosław Kaczyński wygłosił jeszcze jedno zaskakujące stwierdzenie o budowie wieżowca przy Smolnej:

„Chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee”.

Tę wypowiedź analizowaliśmy już wcześniej:

W PiS Krystyna Pawłowicz robi na drutach, Jarosław Kaczyński sra po butach. Trawestacja popularnego wierszyka

4 Mar

W poniedziałek, od samego rana straż marszałkowska miała pełne ręce roboty. Marszałek Marek Kuchciński kazał bowiem „zaaresztować” ustawioną na sejmowym korytarzu tablicę zatytułowaną „Układ Kaczyńskiego”, która zgromadziła fotki osób związanych interesami prezesa.

Poczynając od „znikającego” ks. Sawicza i najbliższego współpracownika Kaczyńskiego Adama Lipińskiego, z tablicy „patrzą” na nas twarze takich osób jak m.in. wierny brytan Marek Suski, zdradziecki Kazimierz Kujda z małżonką, słynna pani Basia, czyli szefowa kancelarii prezesa Barbara Skrzypek, przyjaciółka Janina Goss, członkowie rodziny prezesa – panowie Tomaszewscy, a także szefowie służb specjalnych z Mariuszem Kamińskim na czele.

 

Centralnie ustawiono na tablicy fotografię Jarosława Kaczyńskiego, nie zapominając o dziełach jego życia, czyli Instytucie Lecha Kaczyńskiego oraz wymarzonych dwóch wieżach, które miały stanąć na Srebrnej.

Długo nie dało się tej „ekspozycji” oglądać, bo szybko musiała zniknąć.

„Co myśleć o władzy, która boi się małej tabliczki pod tytułem „Układ Kaczyńskiego” (…) Pytam retorycznie…” – zapytał Jacek Liberski

„Tak panicznie boją się prawdy, że nawet tablica to zbyt wiele. Niebywałe” – wyjaśnił mu z miejsca Cezary Tomczyk z Platformy.

Adam Jankowski z kpiną tłumaczył, że widocznie jest niezgodna z przepisami dotyczącymi wystaw i zapewne utrudnia ewakuację w razie pożaru. „PiS-owska tablica smoleńska stoi w korytarzu sejmowym już 9 lat” – przypomniał.

Tak bardzo nikt z PIS nie był w stanie wytłumaczyć się z taśmy Kaczyńskiego koperty Kaczyńskiego, że została „zdeponowana”. Jakby układ nie istniał – skomentowała sytuację na Twitterze Monika Wielichowska i podkreśliła: „Ale on istnieje i afera PIS jest!”

„W Sejmie mogą od teraz być pokazywane wyłącznie wiersze sławiące mądrość i przenikliwość Jarosława Kaczyńskiego” – podsumował poniedziałkowe wydarzenie Pablo Morales.

49 – letni Ks. Krzysztof M.  proboszcz parafii we Wleniu na Dolnym Śląsku, po suto zakrapianym spotkaniu stanu kapłańskiego z regionu jeleniogórskiego wsiadł za kółko i… stało się.

Dziennik „Fakt” podaje, że pijany w sztok kapłan miał do przebycia 20 – kilometrowy odcinek z Lwówka Śląskiego – gdzie odbywała się impreza – do miejsca swojego zamieszkania. To nie mogło się udać. Otumaniony alkoholem ruszył w drogę wężykiem. Prawie zaraz na starcie, na ulicy Jaśkiewicza we Lwówku Śląskim, wjechał w przydrożne barierki!

Zamiast zatrzymać się, pojechał dalej. Nie umknęło to jednak uwadze świadków, którzy powiadomili policję. Kilka minut później, w miejscowości Pławna patrol zatrzymał pijanego duchownego. Miał 2 promile w wydychanym powietrzu!

Za pijacki rajd grozi mu więzienie. Nie ominą go również konsekwencje kościelne. „Ksiądz został zawieszony w obowiązkach proboszcza. O dalszych konsekwencjach zdecyduje biskup” – oświadczył Faktowi ks. Waldemar Wesołowski z kurii legnickiej.

Wielebny Krzysztof M. ma wiele do stracenia. Uchodzi za ważnego i wpływowego kapłana w swoim regionie. Mozolnie piął się po szczeblach kościelnej kariery – został nawet wicedziekanem dekanatu lwóweckiego. Nie jest jednak nietykalny.

Wielebny Krzysztof M. ma wiele do stracenia. Uchodzi za ważnego i wpływowego kapłana w swoim regionie. Mozolnie piął się po szczeblach kościelnej kariery – został nawet wicedziekanem dekanatu lwóweckiego. Nie jest jednak nietykalny.

Ten jednak dostrzega prostą analogię z jedną ze scen głośnego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Tam ksiądz grany przez Roberta Więckiewicza, po suto zakrapianej imprezie z kolegami swego stanu, kompletnie zalany wsiada za kółko i wraca do swojej parafii. Po drodze powoduje wypadek, po czym ucieka z miejsca kolizji. Podobnie było na Dolnym Śląsku – pisze dziennikarz „Faktu”.

Podejrzanym nie jest już ten, kto wykręca się od obiecanej zapłaty, tylko ten, kto się jej domaga

Mimo koszmarnych wpadek i ujawniania kolejnych afer poparcie dla PiS maleje w niewielkim tylko stopniu. To dowód, że „dobra zmiana” głęboko przeorała świadomość Polaków, nie oszczędzając również naszego poczucia przyzwoitości.  Partia Kaczyńskiego systematycznie niszczy dotychczasowe zasady i reguły postępowania w przekonaniu, że skoro ma prawo decydować o tym, co w Polsce jest legalne, to wolno jej również rozstrzygać, co jest etyczne. I tak, jak bezprawnie stanowi prawo, tak i moralne normy ustanawia niemoralnie.

Dobra zmiana jest etyczna, ponieważ to niemożliwe, żeby etyczna nie była. Niemoralni są natomiast ci, co zarzucają rządzącym czyny nieetyczne. Na przykład dziennikarze, których powinien zdyscyplinować sąd. Albo sędziowie, którymi musi się zająć ministerialna izba dyscyplinarna. Lub też prokuratorzy, którymi zainteresować się muszą inni prokuratorzy. I wielu innych, co dotąd jeszcze nie zrozumieli, na czym polega nowa demokracja. A polega ona m.in. na odwróceniu ról. Podejrzanym nie jest już ten, kto wykręca się od obiecanej zapłaty, tylko ten, kto się jej domaga.  Winnym tolerowania bandyckiej mafii w wołomińskim parabanku nie jest człowiek, który tamtejszy SKOK nadzorował i nagradzał kierujących nim mafiosów, tylko ten, który pierwszy stanął przeciw mafii i omal nie stracił życia w tym starciu. Przyzwoitym jest facet, który zapewnia, że spotkał się z prokuratorem wcale nie po to, by zapoznać się z zeznaniami i oskarżeniem we własnej sprawie, tylko dlatego, bo szalenie go interesuje banalna ustawa o lichwie, a jeśli jest w tym coś niemoralnego, to tylko to, że dał się złapać na spotkaniu umówionym w miejscu, gdzie nie powinno być dziennikarzy.

Wzorcami etosu są funkcjonariusze PiS otrzymujący sute profity za wygłaszanie opinii, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, narzucający normy postępowania, których ani myślą przestrzegać.  Wcieleniem przyzwoitości jest premier Morawiecki, który głosi absolutną wiarygodność rządu realizującego w pełni wszelkie obietnice, zapominając o swoich zapewnieniach w sprawie milionów mieszkań, samochodów elektrycznych, dronów, lukstorped i promów, po których została dziś rdzewiejąca stępka.  Wzorem poprawności politycznej jest posłanka opluwająca Unię Europejską i wykrzykująca w Sejmie obraźliwe wyzwiska, a ostatnim chamem ten, kto tej kobiecie ośmieli się przekazać ewangelicznie wezwanie: – „Idź i nie wrzeszcz więcej”…

Nieprzyzwoici są ci, co zarzucają PiS, że chce nas wyprowadzić z Unii. Bo przecież PiS kocha Unię i dlatego chce, żeby była słaba, by dawała się Polsce doić, żeby rządziła niesprawiedliwie – na korzyść Polski kosztem innych krajów – żeby stała się klubem, który nasz kraj zaszczyca swoją obecnością i żeby się nie wtrącała, gdy Polska narusza klubowy regulamin.  Pisowskie przekazy dnia głoszą, że porozumienie partii opozycyjnych i ich wspólny start do parlamentu europejskiego jest nieprzyzwoity, a to dlatego, że kiedy zdobędą mandaty, to rozejdą się do unijnych ugrupowań zgodnie z programami poszczególnych partii. Czyli moralne jest przyłączanie się do ugrupowań o programach sprzecznych z własnym!  To właśnie planuje narodowa i eurosceptyczna Zjednoczona Prawica pod wodzą PiS, które zarzeka się, że w parlamencie unijnym nie zintegruje się z unijnymi ekstremistami narodowymi i eurosceptycznymi. Przy okazji – zdaniem rzeczniczki PiS Beaty Mazurek absolutnie uczciwe jest oszukiwanie wyborców głosujących na człowieka, który potem przekaże mandat komu innemu.

„Dobra zmiana” z łatwością zamieniła europejskie standardy na własne. Polska to jedyny kraj na świecie, gdzie rozważano wprowadzenie przepisu, że jednorazowe pobicie kobiety, to nie jest przemoc. Beata Szydło, wicepremier do spraw społecznych (!), chwali radnych Zakopanego za to, że rządzą jedynym miastem w Polsce, gdzie nie realizuje się programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Policja i prokuratura coraz częściej odmawiają wszczęcia postępowania przeciw autorom i fundatorom billboardów epatujących krwawymi szczątkami ludzkimi , stawianych obok tych nielicznych szpitali, gdzie zgwałcone kobiety mogą jeszcze zrealizować swoje prawo do aborcji. Prezydent lekceważy decyzję NSA zawieszającą procedurę mianowania nowych sędziów Sądu Najwyższego, mianując na to stanowisko założyciela fundamentalistycznej organizacji Ordo Iuris, która sprzeciwia się, by w szkołach organizowano lekcje przeciw nienawiści.

Mianowani przez PiS szefowie państwowych firm płacą ogromne uposażenie przystojnym mężczyznom lub atrakcyjnym kobietom, których główną, czy może nawet jedyną kwalifikacją są, że tak powiem, walory wizerunkowe. Rozczulające były reakcje funkcjonariuszy PiS na wielkopańskie metody sprawowania urzędu przez prezesa NBP. Ich zdaniem nieprzyzwoite zarobki tamtejszych dyrektorów już wcześniej były nieprzyzwoite, choć w rzeczywistości były znacznie niższe. A co do decyzji kadrowych, organizacyjnych i finansowych pana Glapińskiego, to może i są one trudne do zaakceptowania, ale przecież nie da się w tej sprawie nic zrobić, bo konstytucja gwarantuje prezesowi NBP absolutną niezawisłość, pełną niezależność i bezwzględną nieusuwalność ze stanowiska.

Paradne!  Można zaanektować Trybunał Konstytucyjny i zawłaszczyć Krajową Radę Sądownictwa, ale skarbnika prezesa Kaczyńskiego tknąć niesposób… Przecież wystarczyłoby uchwalić obniżenie wieku emerytalnego dla prezesów NBP! A serio – całkiem legalnie oskarżyć można pana Glapińskiego z par. 296 KK o niegospodarność, pozbawić immunitetu, postawić przed sądem i po skazaniu odwołać.  Szkopuł w tym, że sprawa dotyczy skarbnika samego Prezesa. Ale gdyby nawet zdetronizowano Wielkiego Wezyra, to przed wyborami nie wpłynęłoby to mobilizująco na tysiące funkcjonariuszy PiS uczepionych rozmaitych posad i posadek . Bo – jak pisze angielski korespondent Christian Davies – Polacy lubią rozprawiać o tym, jak pięknie jest umierać za ojczyznę, ale mało kto dla dobra kraju zrezygnuje z utraty stanowiska czy choćby części wynagrodzenia.

Z pewnością nie wszyscy głosiciele Nowej Moralności i nie wszyscy, którzy akceptują jej praktyczne przejawy, to zdeklarowani cynicy i zdemoralizowani koniunkturaliści. Jest wśród nich sporo ofiar indoktrynacji pracowicie sączonej przez publiczne niegdyś media. Telewizja Kurskiego codziennie bowiem podsuwa odbiorcom odpowiedź na pytanie – jak poczuć się przyzwoitym będąc niemoralnym?  Na ogół odpowiedź jest ta sama: trzeba głośno, stanowczo i w patriotycznej tonacji zarzucać innym nieprzyzwoitość. Na szczęście – jak wskazują badania opinii – szybciej niż ubywa wyborców PiS przybywa ludzi, którzy traktują telewizję narodową jak nachalnego i kłopotliwego gościa. Gościa, którego czasem trzeba przyjąć w domu, ale prosisz go, żeby nie zdejmował butów, bo masz podświadomą pewność, że mu nogi śmierdzą.

Waldemar Mystkowski pisze, co zostało z zakazu handlu w niedzielę.

Już równo rok Polacy męczą się z zakazem handlu w niedzielę. Jaki cel przyświecał PiS-owi, aby przepchnąć pomysł narzucenia rodakom tego, czego „nie mają robić w wolnym czasie”?

PiS to partia genetycznie związana z PRL-em, wówczas niedziele były wolne od handlu, pozostałe dni tygodnia często też były wolne od handlu, sklepy nie miał czym handlować, choć nie uwarunkowało to czasu wolnego od pracy. To jest podstawowy gen, od którego uzależniona jest partia Kaczyńskiego. To są te wartości, które dzisiaj dla niepoznaki nazywane są np. wartościami chrześcijańskimi.

W niedzielę odbywały się czyny społeczne, PiS zapatrzony w tę narzuconą „bezinteresowność” dla wspólnoty za podszeptem funkcjonariuszy Kościoła katolickiego zakazał handlu dla dobra rodziny. Jakoby rodzina bardziej cementowała się, gdy nie łazi po sklepach.

W głębszym zamyśle duchownych – tych bliskich formatu Rydzyka – zakaz miałby napędzić więcej wiernych do kościołów, a tym samym szczodrzej miało im skapnąć na tacę.

Propagandowo zakaz w niedzielę miał po prostu dać wolne pracującym w handlu, co było pomysłem upadającego związku zawodowego „Solidarność”. A także polepszyć los małych sklepów, które w zderzeniu z wielkimi sieciami handlowymi przegrywały konkurencję. Okazało się, że zakaz tylko przyspieszył agonię sklepikarzy. Zyskały na tym stacje benzynowe, a szczególnie państwowy koncern PKN Orlen.

Do czego PiS się nie zabierze, nie udaje im się. Także nie wyszedł ten eksperyment na Polakach. Tak zresztą, jest z ideologiami, które mają uszczęśliwiać społeczeństwo i naród. Partia Kaczyńskiego nie nadąża za nowoczesnością, wysługuje się zamierzchłym instytucjom i ideom, które niczego nie rozwiązują, a wręcz komplikują, bądź są zawalidrogą w codziennym – a w tym wypadku świątecznym – życiu.

Oczywiście zostanie to kiedyś naprawione, tymczasem męczymy się z uszczęśliwianiem na siłę. Opozycja występuje kolejny raz z rozwiązaniem tego problemu. Platforma Obywatelska apeluje do marszałka Marka Kuchcińskiego, aby wyciągnął z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy, który został złożony już w listopadzie 2017 roku.

Otóż pracującym w niedzielę w handlu przysługiwały za to, co najmniej dwie wolne niedziele, w przeciągu 4 tygodni. To miałoby zmniejszyć dyskryminację pracowników i zapewnić im takie same prawa.

Czy PiS jest gotowy przyznać się do porażki i wycofać się z kolejnego pomysłu, który jest totalnie ideologiczny, zwłaszcza że większość Polaków zakaz handlu w niedzielę ocenia bardzo krytycznie?

A to wygląda na jakąś zorganizowaną akcję, prez. Majchrowski też dostał taką przesyłkę

Oto dowód łapówki, panie Kaczyński. Szukaj swoich Zaleszczyk, aby dać nogę z Polski

18 Lu

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” opublikowano kopię dowodu wypłaty 50 tys. zł z konta Geralda Birgfellnera. To taka kwota miała zostać przekazana księdzu Sawiczowi, członkowi rady fundacji im. Lecha Kaczyńskiego.  Od jego podpisu pod uchwałą zależało rozpoczęcie prac nad projektem dwóch wież.

Birgfellner twardo broni swojej wersji zdarzeń, chociaż jego słowa o wręczeniu łapówki i roli jaką w tej sprawie odegrał Jarosław Kaczyński, wywołały spore zamieszanie w prokuraturze. Najpierw zmieniono mu tłumaczkę, a później usiłowano nakłonić go do zmiany zeznań, by nie obciążały one prezesa PiS. Birgfellner nie wyraził na to zgody i odmówił podpisania korekty protokołu.

Dla zwolenników PiS taki dowód to tylko wyciąg z jakiejś operacji bankowej i nic więcej. Gdyby było na nim zaznaczone, że to pieniądze właśnie na łapówkę to może by uwierzyli, a tak? Każdy przecież może machnąć jakimś wydrukiem i powiedzieć, co chce. Jednak są argumenty przemawiające za tym, że Austriak nie mija się z prawdą. Przede wszystkim wie on, iż za fałszywe zeznania grozi mu kara, a poza tym świadkiem przekazania koperty była jego żona Karolina Tomaszewska.

Może Birgfellner ma jeszcze inne dowody? Może gdzieś na jednej z taśm jest zapisana rozmowa o przekazaniu odpowiedniej kwoty członkowi rady fundacji? On sam mówi, że musi się zastanowić, czy dysponuje jeszcze jakimś potwierdzeniem prawdziwości swoich słów.

Prokuratura nie wyznaczyła kolejnego terminu przesłuchania. Pewnym jednak wydaje się jedno. W świetle złożonych przez Birgfellnera zeznań, przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego wydaje się być konieczne. Czy w realiach dzisiejszej Polski będzie to możliwe? Polski, w której wszystkie najważniejsze instytucje, w tym sądy oraz prokuratura są kontrolowane przez ludzi Prezesa? Czarno to widzę…

Pisowska Polska jest pośmiewiskiem.

Posłanka PiS Lichocka czuje nieodpartą miętę do Sławomira Nitrasa. Co na to jej mąż?

15 Gru

Sławomir Nitras i portret marszałka…” – napisał Krzysztof Brejza z PO na Twitterze i dołączył dwa zdjęcia. Na jednym widać posłankę PiS Joannę Lichocką, która znowu tabletem nagrywa posłów opozycji, a na drugim posła PO Sławomira Nitrasa, który pokazuje jej fotografię marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego.

Podobne zdjęcia umieściła na Twitterze Monika Wielichowska z PO. – „To, że Sławomir Nitras jest ciągle filmowany przez posłankę z PiS przywykliśmy. Dlaczego filmuje? Nie wiemy – możemy jedynie się domyślać 🙂 Dziś posłanka zawiedziona. Ogląda portret Karczewskiego za 7700, który w ramach pokory i umiaru marszałek zamówił, aby powiesić po swoim odejściu”. O sprawie w artykule „Portret Karczewskiego niezbędny dla „dobrego funkcjonowania państwa”.

„Czy to zachowanie posłanki nie podchodzi przypadkiem pod stalking?”;

„Może niech Pan Nitras da jej swoje zdjęcie. Może tęskni jak wraca do domu…”; – „Są pewne jednostki chorobowe, które mogą tłumaczyć zachowanie pani poseł…” – komentowali internauci. A o wcześniejszym filmowaniu przez posłankę PiS w artykule „Lichocka szykuje się do objęcia fotela prezesa TVP?”.