Tag Archives: Michał Szczerba

Żegnajcie, wolne wybory

1 Sier

Politycy PiS przeprowadzili w Sejmie w ostatni dzień lipca – wieczorem – zmiany w kodeksie wyborczym.

Była premier, a obecnie europosłanka PiS Beata Szydło postanowiła uczcić 75 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Umieściła na swoim koncie na Twitterze zdjęcie fragmentu Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego. W cudzysłowie dołączyła podpis: „Wolność ja kocham i rozumiem. Wolności to ja oddać nie umiem”.

Wpis Szydło oburzył wielu internautów: – „Proszę nie zmieniać tekstu: Wolność kocham i rozumiem Wolności oddać nie umiem Wolność kocham i rozumiem Wolności oddać nie umiem!!!! autor tekstu Bogdan Łyszkiewicz”;

„Jeśli chciała Pani podać cytat, warto sprawdzić, jak on faktycznie brzmi, bo trochę wstyd. Poza tym podaje się autora. Swoją drogą, to dziwne, jak można się tak pomylić, w naszym kraju to wszystkim dokładnie w głowie gra…. Przyznam, iż ja też jej oddać nie umiem…Wam”; – „Nie ma pani wstydu, posługując się tym tekstem”.

Internauci przypominali też Szydło nieopublikowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca 2016 r., który uznał, że PiS-owska nowelizacja ustawy o TK jest niezgodna z ustawą zasadniczą: – Pani nie zna tekstu, żenada, wstyd! Fałsz i udawanie, aż biją po oczach, próbuje się pani podszywać. Jednak za brak publikacji orzeczeń TK czeka panią stosowna kara”;

„I dla tej wolności nie drukowała pani wyroku TK. Ciekawa ta pani wolność”; – „To nie trzeba było wstrzymywać pewnej publikacji. Bo z wolnością w dalszej perspektywie może być kłopocik”.

Gromkim śmiechem i drwinami zareagowały media społecznościowe na wywiad jakiego udzielił „Dziennikowi Gazety Prawnej” redaktor naczelny prawicowej „Gazety Polskiej” – Tomasz Sakiewicz.

Z miną prawdziwego znawcy tematu oświadczył w rozmowie z Magdaleną Rigamonti, że każdy absolwent wyższych studiów powinien wiedzieć, iż LGBT w języku polskim oznacza ideologię i …wpadł. Rozmówczyni wypaliła bowiem z miejsca:

„Pan nie skończył studiów wyższych, choć wielokrotnie pan twierdził, że tak” – zauważyła. Broniąc się dziennikarz odpowiedział, że nigdy tego nie mówił. „Mam absolutorium na psychologii (…) A poza tym czy to jest argument w dyskusji?” – zapytał zirytowany zupełnie tracąc zimną krew.

Dalej było już tylko gorzej. Na uwagę, że sam nawiązał do wykształcenia mało już miał do powiedzenia: „Pani naprawdę tak chce rozmawiać? Argumenty ad personam są typowe dla języka agresji” – oburzył się Sakiewicz. I wtedy dowiedział się, że to właśnie on chce doprowadzić do agresji, rozdając naklejki „Strefa Wolna od LGBT”. Ależ nie, jego redakcja nie nakłaniała nikogo do naklejania nalepek – zapewniał. „To po co mają klej?” – padło pytanie dziennikarki. „Znaczki też mają” – odparł zdesperowany publicysta.

Wypowiedź prawicowego dziennikarza nie pozostała bez echa w mediach społecznościowych. „Nie ma to jak dobry wywiad, gdzie już na samym początku oczy pieką” – skomentował na Twitterze jeden z użytkowników. „Dramat” – dodał inny.

Reklamy

Z życia pasqud (2): Inflacja i drożyzna. Patryk Vega ściąga majtki Kaczyńskiemu

27 Czer

Rosnące w tym roku ceny stają się z miesiąca na miesiąc coraz ważniejszym elementem debaty publicznej. Inflacja na poziomie 2,3%  oraz wzrost cen samej żywności o 5% już stały się paliwem dla przeciwników rządu. Choćby dziś PO zorganizowała konferencję prasową poświęconą rosnącym cenom, na co odpowiedzią opozycji miałoby być przyjęcie po wyborach pakietu ustaw zwiększających dochody emerytów i rencistów, których budżety domowe najmocniej dotyka sklepowa drożyzna. Choć PiS tego typu obietnicami nie musi się przejmować, ponieważ ma niepodważalną wiarygodność we wdrażaniu programów socjalnych, to jednak same podwyżki będą groźnym dla władzy źródłem niezadowolenia społecznego. Jest to szczególnie ważne, ponieważ obecne podwyżki mogą być ledwie wstępem do poważniejszego kryzysu.

Obecne rosnące ceny żywności są pokłosiem tak zeszłorocznego, jak i tegorocznego nieurodzaju. Jednak żniwa dopiero przed nami, a panująca fala upałów sieje spustoszenie w uprawach. Jak donosi RMF FM, tegoroczne zbiory z powodu niekorzystnej pogody mogą być mniejsze nawet o połowę. Takie obawy wysnuwają względem choćby zbiorów kukurydzy zapytani o zdanie rolnicy. Bez zmiany pogody jeszcze gorzej rysuje się sytuacja z pszenicą. Jak relacjonuje rozmówca RMF FM:

Kukurydza powinna mieć już półtora metra, do dwóch. Teraz ma może 60 centymetrów. Jeśli deszcz spadnie, to jeszcze może ją uratować. W gorszej sytuacji jest pszenica i wszelkie zboża siane na wiosnę. Mają katastrofę bez wody, bez rosy. 50 procent strat to minimum. Jestem skłonny powiedzieć o 70 procentach, zbiór będzie znikomy”,

Prognozą tego, co nadchodzi, mogą być ceny tegorocznych warzyw, które są droższe nie jak ogół żywności o 5%, ale o ponad jedną piątą.

Na tym problemy się nie kończą, ponieważ tegoroczne anomalie klimatyczne miały osiągnąć takie rozmiary, że u wielu rolników nawet przez upał spadła produkcja mleka.

Wspomniane ceny zbóż mają znaczenie jednak nie tylko w kontekście cen np. pieczywa. Nieurodzaj oznacza bowiem drastyczny wzrost cen pasz, a one przełożą się długoterminowo na podbicie cen mięsa.

Chciałoby się powiedzieć, że jest to efekt zdarzeń losowych, które są poza naszą kontrolą. Niestety obecne kłopoty rolników wynikają wprost z globalnego ocieplenia. To jednak nie zwolni także dzięki postawie naszego rządu, który choćby na dniach zawetował założenia nowej unijnej polityki klimatycznej, stając ponownie po stronie lobby węglowego.

Jeśli czarny scenariusz się spełni i dojdzie do tak dużego nieurodzaju, to rządzący będą mogli się jednak przekonać, że tak jak zyskiwali punkty dzięki międzynarodowej koniunkturze, tak teraz będą mogli zacząć płacić za kaprysy klimatu. Uderzenie w portfele obywateli szczególnie z grup przychylnych dobrej zmianie będzie wyzwaniem, z którym Nowogrodzka musi się zmierzyć. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dotknięci suszą rolnicy będą oczekiwali pomocy państwa. Jeśli to zawiedzie, to jesienne wybory na wsi mogą rozegrać się zupełnie nieprzewidywalnie.

Rząd szykuje rekordowo wysokie składki ZUS. W przyszłym roku osoby prowadzące działalność gospodarczą zapłacą składki o prawie 10 proc. większe, niż w roku bieżącym, a to oznacza, że co miesiąc do ZUS-u będą musieli przelać pawie 1500 zł, niezależnie od dochodów. Eksperci alarmują – to hodowanie szarej strefy. – W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS

Jest drogo, będzie drożej

Składki na ZUS w 2020 r. wyniosą 1430 zł.

Rada Ministrów przyjęła niedawno założenia do projektu budżetu na rok 2020. Wynika z niego, że średnie wynagrodzenie wyniesie w przyszłym roku 5227 zł, a to od tej kwoty wyliczana jest podstawa składek oprócz składki zdrowotnej.

W przyszłym roku suma składek na ubezpieczenie społeczne wyniesie 1069,14 zł (o 94,5 zł więcej niż obecnie). Do tego dojdzie wyższa składka zdrowotna, która obecnie wynosi 342,32 zł. Składka zdrowotna co roku wzrasta o ok. 30 zł.

1430 zł zapłaci każdy przedsiębiorca niezależnie od tego, ile zarabia. Oznacza to, że mała firma czy osoby na jednoosobowej działalności zarabiające nawet 3-4 tys. będą musiały odliczyć prawie 1500 zł.

Premier szumnie zapowiadał wprowadzenie mniejszego ZUS-u dla małych firm, co w końcu z początkiem roku zostało wprowadzone. Niestety, ku rozczarowaniu drobnych przedsiębiorców „mniejszy ZUS” okazał się iluzją. Przy zarobku rzędu 4400 zł ZUS w 2019 roku zmniejszył się o 90 zł.

Morawiecki: My obniżamy podatki

Jeszcze w listopadzie 2017 roku premier Morawiecki w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” zapewniał: – Nie planujemy podwyżki podatków, my je obniżamy.

Tymczasem od początku rządów PiS w 2015 roku składka do ZUS z 1095,4 zł wzrosła do 1316,97 w 2019 roku. W przyszłym, 2020 roku to będzie już 1500 zł.

Eksperci alarmują, że takie działanie może spowodować powiększenie szarej strefy, a sama podwyżka składki nic nie da, bo ZUS ciągle więcej wydaje, niż dostaje wpłat ze składek. – Mam stały nadzór nad funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi w rozmowie z nami dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS.

JUSTYNA KOĆ: Rząd tłumaczy wzrost składki efektem wzrostu gospodarczego, opozycja uważa, że konsekwencją będzie wypchnięcie części przedsiębiorców do szarej strefy. Kto ma rację?

DR WOJCIECH NAGEL: Problem jest bardziej złożony. Musimy pamiętać, że system ubezpieczeń społecznych jest deficytowy właściwie od początków transformacji. Wydolność funduszu sięga 70 proc., czyli, upraszczając, fundusz ubezpieczeń społecznych, jak i wypadkowy, chorobowy, rentowy, bo te udziały także będą podwyższane, są funduszami, które nie osiągnęły większej wydolności, pomimo rekordowych wpłat. To oznacza, że

na 100 zł wydawanych z FUS 70 zł wpływa od obywateli, przedsiębiorców, pracowników itd., a 30 zł trzeba pokryć z budżetu. W związku z tym trzeba dokonywać waloryzacji tych wpłat, co jest rzeczą przykrą, bo tworzy napięcia, jeśli chodzi o funkcjonowanie przedsiębiorców, ludzi, którzy prowadzą działalność gospodarczą.

Ja reprezentuję przedsiębiorców, ale trzeba patrzeć na też na ich racje jako przyszłych emerytów. Mam stały nadzór na funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać.

To może warto ograniczyć wypłaty? Jeżeli cześć przedsiębiorców ucieknie do szarej strefy, to wpłaty będą znowu mniejsze.
Czasem jest tak, że jest się ofiarą własnego sukcesu. W założeniach do budżetu rząd przyjął, że przeciętne wynagrodzenie wzrośnie o 500 zł, z 4700 zł do 5200 zł, a to przeciętne wynagrodzenie jest podstawą do wyliczania składki ZUS dla przedsiębiorców. Zatem skoro płaca rośnie, to rosną też składki, tu działa mnożnik.

Problem widzę gdzie indziej.

Mamy bardzo rozpędzoną gospodarkę i parametry ekonomiczne rosną, a te, co powinny spadać, jak bezrobocie, to spadają. Pytanie, co się stanie, kiedy ta dobra koniunktura się spowolni. To nie będzie jeszcze przyszły rok, ale prawdopodobnie 2021. Gdy wejdziemy w osłabienie koniunktury i te wskaźniki zaczną się zachowywać odwrotnie, czyli bezrobocie będzie rosnąć, a wzrost płac będzie spadać, to wtedy może się okazać, że mamy problem.

To może rząd powinien ograniczyć wydatki?
Absolutnie tak i o tym mówią też inni ekonomiści. Jeżeli mamy dobrą koniunkturę, to powinniśmy zbierać nadwyżki na czas gorszej koniunktury. To, co może niepokoić, to fakt, że w okresie najlepszej koniunktury od czasu transformacji mamy cały czas deficyt budżetowy na poziomie około 3 proc. Ten deficyt w ogóle nie powinien w takiej formule wystąpić, tylko powinniśmy mieć nadwyżkę. W dobrych czasach trzeba zbierać, a nie mnożyć wydatki. Proszę sobie wyobrazić, co się może stać, gdy na te wydatki zabraknie pieniędzy.

Mówi pan o 500 Plus?
Mam na myśli głównie skutki finansowe obniżenia wieku emerytalnego. Pojawiło się 500 tys. nowych emerytów, to osłabiło rynek pracy. Wydatki związane z trzynastą emeryturą, która moim zdaniem, jeżeli miałaby być kontynuowana, to wyłącznie dla osób o najniższych dochodach. Nie widzę żadnego powodu, żeby ktoś, kto ma 1900 zł emerytury, był tak samo traktowany, jak ktoś, kto ma 10 000 zł i więcej świadczenia.

Ogólnoeuropejskie zasady polityki społecznej mówią, że zasada solidarności powinna przede wszystkim obejmować tych, którzy są najbiedniejsi i wymagają wsparcia.

Czy gdyby rząd nie zdecydował się na obniżenie wieku emerytalnego, to ta sytuacja byłaby lepsza?
Przede wszystkim na rynku pracy mielibyśmy kilkaset tysięcy więcej pracowników. Warto utrzymać zasadę tzw. kotwicy budżetowej, bo ona naprawdę ma sens.

Czy zatem zaczyna nam grozić scenariusz grecki?
Nie. Grecja była państwem, które systemowo okłamywało instytucje europejskie, a Grecy jako obywatele systemowo okradali państwo. Z tej spirali wieloletnich dwóch kłamstw powstało to 300 mld euro zadłużenia. Pamiętajmy też jednak, że Grecja była w strefie euro, więc na ratowanie jej zrzucili się ci, którzy tworzą tę strefę. Można zatem powiedzieć, że Grecja w tym sensie była w lepszej sytuacji, bo my mamy walutę krajową.

Nie spodziewam się do 2021 roku włącznie trudności, natomiast bardziej niepokoi mnie to, co będzie się działo potem. Efektem obniżenia wieku emerytalnego będzie wyprowadzanie z rynku pracy kolejnych roczników i to jest dla gospodarki niekorzystne. Nie mamy wiedzy, jaka część z nich pracuje i będzie pracować, bo można na razie łączyć świadczenie z pracą, ale podejrzewam, że niestety niewielka.

Trzeba pobudzać aktywizację zawodową i zachęcać do oszczędzania na przykład w PPK, rekomenduję zachowania obliczone na dobrą przyszłość.

Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene władza centralna robi to, bazując na sile samorządu – mówi dr hab. Dawid Sześciło, prawnik, autor raportu „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” Fundacji Batorego. – Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze ich zasługa – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Pana analiza jest na absolutnej kontrze do tego, co chce obecna władza. Dlaczego?

DAWID SZEŚCIŁO: Prace nad raportem zaczęliśmy w 2015 roku, jeszcze przed wyborami. Odbywały się wówczas uroczyste obchody 25-lecia reaktywacji samorządu w Polsce; naszym zdaniem oprócz tej celebry zabrakło dyskusji, co dalej. Samorząd można uznać za największy sukces reformowania państwa przez ostanie 30 lat. To nie tylko moja opinia, jest także potwierdzana międzynarodowymi badaniami i opiniami samych obywateli i obywatelek.

Wskaźniki zaufania do władz samorządowych i samorządów biją rekordy i są dużo lepsze, niż do władzy centralnej.

Potem w nowej kadencji parlamentu okazało się, że doszła nam jeszcze jedna cegiełka w naszej pracy – zaczęliśmy się zastanawiać, jak jeszcze wzmocnić samorząd, który mógłby odciążyć państwo, które sobie nie radzi z różnymi zadaniami, jak chociażby ochrona zdrowia, edukacja czy transport publiczny, mieszkania.

Ostatnie 4 lata dodały jeszcze jeden wątek: jak zabezpieczyć samorząd przed władzą, która ma wyraźnie zakusy do tego, aby samorządom zabierać kompetencje, zasoby, pieniądze, i by spychać na samorząd zadania bez narzędzi ich realizacji.

Przyznać muszę, że generalnie samorządom żadna władza centralna nie była zbytnio przychylna. Zazwyczaj samorządy były traktowane jako sposób na decentralizację problemu bez decentralizacji pieniędzy. Najlepszym tego przykładem jest ochrona zdrowia, gdzie samorząd musi utrzymywać na powierzchni większość szpitali publicznych, podczas gdy 95 proc. pieniędzy w systemie pozostaje pod kontrolą władzy centralnej i Ministerstwa Zdrowia. Samorządy mogą jedynie prosić o pieniądze.

Od kilku lat obserwujemy, jak władza rozbija samorząd, jego kompetencje i przeprowadza pełzającą centralizację. Samorządu warto bronić, bo to jeden z głównych czynników sukcesu naszego państwa w ostatnich 30 latach. Niezauważany i niedoceniany.

Pewnie ta debata toczyłaby się dalej na uniwersytetach, gdyby nie 4 czerwca i samorządowcy, którzy sami organizowali obchody pierwszych częściowych wolnych wyborów. To wydarzenie uświadomiło, jak ważne są samorządy?
Zawsze marzyłem, żeby dyskusja o samorządzie toczyła się na pierwszych stronach gazet, ale mam wrażenie, że zamiast dyskusji mamy chaos informacyjny. W jednym momencie pojawiły się aż 3 zupełnie odrębne koncepcje: to jest nasza inicjatywa, 21 tez samorządowców i inicjatywa tzw. Inkubatora Umowy Społecznej, czyli „zdecentralizowana RP”. W normalnej rzeczowej debacie publicznej mielibyśmy dyskusję o tym, co je różni, co nadaje się do użytku. Tymczasem jest inaczej.

Słyszymy o rozbiciu dzielnicowym i wywłaszczeniu Polaków poprzez podatek katastralny czy o demontażu państwa. Rozumiem, że nie o to wam chodzi?

Skala absurdalnych zarzutów w tej debacie jest rzeczywiście czymś, co jest dla mnie absolutnie wstrząsające. Nie spodziewałem się, że można tak przeinaczać treść projektów.

Obserwujemy też łączenie tych projektów w jedną całość, jakoby miały powstawać razem, co jest absolutną nieprawdą. Nasza propozycja charakteryzuje się detalicznym, kompleksowym podejściem, z kolei propozycja samorządowców to 21 dość ogólnych haseł.

Obie propozycje zakładają większą decentralizację, na którą dziś rządzący nie mają najmniejszej ochoty. Zatem po co?
Przypomnę może historię, jak samorząd powstał. W latach 80. PRL-owskiej beznadziei była grupa ekspertów, naukowców związanych z opozycją demokratyczną, która nie bacząc na to, że ich propozycje nie mają szans natychmiastowej realizacji, podjęła pracę, licząc na to, że w którymś momencie to okno historycznej możliwości się otworzy i będą mogli idee przekuć w rzeczywistość. Będę się zatem sprzeciwiał twierdzeniom, że taka praca dziś nie ma sensu. Trzeba ją wykonywać, bo nigdy nie wiemy, kiedy otworzy się możliwość realizacji takich pomysłów. Gdy to nastąpi, dobrze mieć pakiet przemyślanych i opracowanych rozwiązań, a zadbać o dobro samorządu.

Dobro samorządu, czyli dobro kraju? Bo dobro samorządu może się kojarzyć z utrzymaniem ciepłych posadek.
Mnie nie interesuje, kto, gdzie i jak długo jest na fotelu wójta, burmistrza czy prezydenta. Postulujemy natomiast zwiększenie bezpośredniej obywatelskiej kontroli nad poczynaniami lokalnych władz np. poprzez przyznanie grupom obywateli możliwości zaskarżania wszystkich decyzji, uchwał samorządowych do sądu czy stworzenie instytucji lokalnego rzecznika praw mieszkańców, który byłby odpowiedzialny za wykonywanie kontroli nad władzami lokalnymi.

Dla nas samorząd to samorząd mieszkańców

i nie zależy nam, aby w jakikolwiek sposób zabezpieczyć tych samorządowców, których mamy. Proponujemy wręcz rozwiązania, które obecnym samorządowcom podobać się nie muszą. Zwiększenie obywatelskiej kontroli czy jawności samorządów poprzez wprowadzenie obowiązku publikacji informacji o wynagrodzeniach w spółkach komunalnych czy publikowania rejestrów umów, które zawiera samorząd. Wiadomo, że te propozycje z entuzjazmem władz się nie spotkają, ale naszym zdaniem są potrzebne jako idee samorządzenia się swoimi sprawami.

Wśród państwa propozycji znalazłam „1 proc. dla samorządu”. Wzorem 1 proc. dla organizacji pozarządowych można będzie odpisać z PIT-u 1 proc. dla samorządu. Skąd taki pomysł?
Pamiętajmy, że dziś samorządy na każdym poziomie mają zagwarantowany udział w podatku PIT, gromadzonego od mieszkańców danego samorządu. Gmina dostaje 38 proc. PIT. Chcemy dać mieszkańcom możliwość wypowiedzenia się również w ten sposób, czy ufają władzy lokalnej – może bardziej niż centralnej, bo może skuteczniej rozwiązuje ich problemy – i dania sygnału, że chcemy, aby więcej pieniędzy zostało w gminie zamiast wędrować do centralnego worka. Ten

1 proc. to dobry początek, ale może z czasem warto by umożliwić mieszkańcom, aby zostawiali więcej w lokalnym budżecie.

Samorządowcy dziś często finansują „pomysły” rządu. To trzeba zmienić w pierwszej kolejności?
Samorząd powinien być miejscem, gdzie rozwiązujemy problemy, na które głucha jest władza centralna i to nie tylko obecna. Obawiam się, że jeśli chodzi o ochronę zdrowia czy politykę mieszkaniową, to żadna z wiodących sił politycznych nie ma i nie miała do zaoferowania wiarygodnej i spinającej się ze sobą propozycji. Zróbmy więc to w swojej gminie i wszystkim wyjdzie nam to na dobre. Wtedy państwo będzie mogło zająć się sprawami, z którymi nie jest w stanie poradzić sobie samorząd, a tych spraw jest także dużo. Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene to też władza centralna robi, bazując na sile samorządu. Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze zasługa samorządów. Przecież ten program mogła realizować administracja centralna i w wielu państwach odbywa się to za pomocą np. ZUS-u.

W Polsce rząd wynajął niejako samorządy, wyraźnie ufając im bardziej niż sobie.

Podobnie reforma edukacji…
To też bardzo dobry przykład pokazujący, że nieważne, jak trudne warunki stworzy i jak bardzo uprzykrzy życie i zepsuje szkołę, to i tak samorządy sobie poradzą. Szkoda tylko, że to nie miało sensu.

Cały raport Fundacji Batorego do przeczytania TUTAJ.

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Kaczyński straszy, aby PiS w drugiej kadencji mógł zaprowadzić katolicki szariat

18 Maj

„Ładnie się musi palić, żeby iść już w takie bzdury totalne… To już jest walenie na oślep. Raz weszło straszenie uchodźcami, to pójdziemy jeszcze raz. Mam złą wiadomość: ten temat już wygasł” – skomentował jeden z internatów powrót prezesa PiS do retoryki sprzed prawie czterech lat. Na konwencji w Łodzi Kaczyński znowu wywołał temat zagrożeń, które stanowią uchodźcy.

„Co się dzieje na zachód od naszych granic, to państwo wiecie. Nie chcę tego opowiadać, bo znów będą mówili, że mam jakieś uprzedzenia. A ja mówię po prostu o faktach. Faktach, którym się nie da zaprzeczyć” – twierdził Kaczyński. Jak zwykle – nie przytoczył ani jednego rzekomego faktu. Zapytał działaczy PiS zebranych w sali 4-gwiazdkowego hotelu w Łodzi: – „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Oczywiście, usłyszał chóralnie „Nie”.

Przypomnijmy – w 2015 r. Kaczyński w Sejmie podczas debaty na temat uchodźców stwierdził, że „W Szwecji są 54 strefy, gdzie obowiązuje szariat i nie ma żadnej kontroli państwa”. Tę wypowiedź prostował ambasador tego kraju w Polsce, podkreślając na Twitterze: – „W Szwecji obowiązuje szwedzkie prawo”.

„Im się już naprawdę tematy do straszenia innych skończyły”; – „Znowu ta zdarta płyta… zieeeeew…. Ale swoją drogą to te sondaże na Nowogrodzkiej muszą być naprawdę dramatyczne”; – „Pan Jarek brzmi jak stara, zdarta płyta. Po raz kolejny usiłuje uczynić Polskę zakładnikiem swoich strachów i lęków. Ale to już nie działa:)”; – „Ten znowu ze swoimi wariactwami? Póki co nie grozi nam szariat, tylko mamy coraz bardziej katolickie państwo wyznaniowe” – komentowali internauci.

„Kaczyński ucieka od problemu kościelnej pedofili i straszy „strefami, gdzie rządzi szariat”! Panie Prezesie, w strefie bezkarności dla co najmniej 380 kościelnych pedofili rządzicie Wy. Macie ich na tacy! Są wymienieni w raporcie! Trzymacie nad nimi i ich szefami parasol ochronny!” – podsumował na Twitterze Michał Szczerba z PO.

Hierarchowie Kościoła katolickiego tuszowali przestępstwa pedofilii wśród księży. Jedną z postaci, która musi mierzyć się z takimi oskarżeniami, jest kardynał Stanisław Dziwisz. Duchowny do tej pory nie zabrał głosu w sprawie.

>>>

Waldemar Kuczyński wypowiedział się na temat pedofilii w Kościele katolickim w kontekście zbliżających się wyborów.

Z takim hasłem absolwenci I LO im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przywitali dziś abpa Matka Jędraszewskiego przed kościołem św. Michała Archanioła. Zapowiadany protest w artykule „Nauczyciele i absolwenci nie chcą, by abp Jędraszewski odprawił mszę z okazji 100-lecia szkoły”. Metropolita krakowski także uczył się w tym liceum.

Przemówienia protestujących słychać było w kościele. – „Wstydzimy się za Jędraszewskiego i za jego wypowiedzi: o konwencji antyprzemocowej, o in vitro, o raporcie fundacji „Nie lękajcie się”, o skazaniu George Pelle’a, o miłosierdziu wobec sprawców i zadośćuczynieniu ofiarom pedofilów w sułtanach. Powinien podać się do dymisji” – powiedziała jedna z organizatorek pikiety Maria Bąk-Ziółkowska.

„Oficjalne wypowiedzi abp Jędraszewskiego są bardzo krzywdzące dla wielu osób i grup społecznych, ale przede wszystkim stoją w sprzeczności z tymi wartościami, który wynieśliśmy z naszej szkoły. Nam, absolwentom, jest z tego powodu po prostu przykro” – stwierdziła absolwentka poznańskiego liceum Joanna Lorenz. – „Jako absolwentka „Marcinka” nie chcę, aby abp Jędraszewski mnie reprezentował. Razi mnie jego hipokryzja. Ale nie chcę o tym mówić. Myślę, że ostatni film braci Sekielskich mówi na ten temat wszystko” – dodała w rozmowie z onet.pl Jolanta Danielewicz.

Drzwi kościoła zostały zamknięte. Podczas kazania abp Jędraszewski nie odniósł się do trwającego przed świątynią protestu.

PiS liczy na dozgonną wdzięczność i zapewne jeszcze większe zaangażowanie duchownych w ich obie kampanie wyborcze, co przynieść powinno wymierny efekt po wyborach.

Miniony tydzień został zdominowany w Polsce przez film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Do chwili obecnej miał on 18 508 456 wyświetleń na youtube, jest newsem numer jeden we wszystkich mediach. Trudno się po nim otrząsnąć, trudno przejść obok, a jednak odnoszę wrażenie, że politycy PiS starają się ugrać na nim jak najwięcej. Starają się wykorzystać ogólnonarodowy szok, by rozegrać własną gierkę, odwrócić ten koszmar na swoją stronę.

Swoją reakcją wyraźnie przekazują kościołowi, że nie dadzą skrzywdzić tej instytucji. Zrobią wszystko, by odwrócić kota ogonem i wyciszyć emocje. Przekaz jest wyraźny i mówi „Bracie w sutannie! Głowa do góry. PiS nie zostawi ciebie w potrzebie. Nie da na pożarcie”. Przypominają więc na prawo i lewo o wprowadzonym przez siebie rejestrze osób, skazanych za przestępstwa seksualne, w tym i pedofilię. O tym, że obejmuje przestępstwa dokonane po 1 października 2017 roku, że dzieli się na część jawną i tajną, a w tej jawnej księży pedofilii brak, to już nawet nie wspominają. Marek Lisiński z Fundacji „Nie lękajcie się” jest przekonany, że ministerstwo „dzieli pedofilów na złych i dobrych, na równych i równiejszych”. Na pytanie, ilu księży zostało skazanych za gwałty lub molestowanie seksualne, odpowiedź pada krótka „Ustawa o z dnia 13 maja 2016 r. o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym (Dz. U. poz. 862 i 1948), na mocy, której wprowadzony został Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, nie przewiduje kategoryzowania sprawców według zawodu, czy wykonywanego zajęcia” i koniec tematu. Ważne, że jest rejestr, że można nim pomachać obywatelom przed oczami i pokazać dbałość PiS o ofiary tych przestępstw. A że w niczym on nie pomaga, to już mało istotne.

Jednocześnie, biegusiem politycy PiS wzięli się za poprawkę w prawie karnym, zaostrzając ostro kary za pedofilię. Co niektórzy dają się na to nabrać, ale wielu pyta, po co nowe prawo, jak stare nie było egzekwowane? Co w ogóle da podniesienie kary do 30 lat więzienia? Czy rzeczywiście księża pedofile mogą bać się najwyższego wyroku? PiS nie zamierza odpowiadać na te pytania, bo liczy się sam fakt. Zaostrzone prawo to kolejny wielki plus dla partii rządzącej, tak troskliwej, tak dbającej o dobro obywateli. O tym prezes i jego ludzie są przekonani i święcie wierzą, że ta inicjatywa poniesie ich do zwycięstwa w wyborach do europarlamentu i potem, naszych krajowych.

Warto też zwrócić uwagę na retorykę PiS w tej sprawie. Rzadko który z polityków tej partii odniesie się do księdza pedofila. Jeśli w ogóle zabierają głos to mówią o pedofilii bardzo ogólnie, wskazują na środowiska „pedofilolubne” czyli np. nauczycieli, a ksiądz pedofil ginie w gąszczu informacji. Staje się malutki i prawie niezauważalny. Ot, taki tam tyci wypadek przy pracy i nic więcej.

Oczywiście to podejście do pedofilii w kościele jest bardzo czytelne. PiS liczy na dozgonną wdzięczność i zapewne jeszcze większe zaangażowanie duchownych w ich obie kampanie wyborcze, co przynieść powinno wymierny efekt po wyborach. Można rozgrywać tragedię dzieci na swoją korzyść? Jak widać, można.

Ogólnopolska debata nad pedofilią w kościele ma jeszcze jeden plus dla PiS. To zasłona dymna, temat wiodący, który fantastycznie zakrywa to, czym Polacy powinni być szczególnie mocno zainteresowani. Gdzieś tam rozgrywa się los nauczycieli, których rządzący zamierzają wrzucić do korpusu służb cywilnych, co odbierze im prawo do strajku. Prawie nikt nie zwrócił uwagi na inicjatywę wojewody lubelskiego Przemysława Czarnka, który z okazji Międzynarodowego Dnia Rodziny, przyznał medale i dyplomy osobom, podejmującym działania na rzecz walki z ideologią LGBT. Niewiele mówi się o najpoważniejszym kandydacie na nowego ministra MEN, Dariuszu Piontkowskim, który z ogromnym zapałem chroni dzieci przed ideologią homoseksualną. Ginie gdzieś temat Srebrnej, o SKOK-ach nawet nie wspomnę. Prawie niezauważalnie przeszło odwołanie przez stronę polską spotkania z urzędnikami Izraela, co zapewne pogorszy i tak już nie najlepsze stosunki między nami. Podobnie jak nie komentuje się kolejnej dotacji dla Telewizji Trwam w wysokości 1,5 mln zł, oczekiwania na wyrok TSUE w sprawie uchodźców, przyjacielskich relacji wodza narodu z panią prezes TK, obrona KRS przed Trybunałem Sprawiedliwości UE i opowieści o „złodziejach w togach”, głodowe emerytury dla Polaków czy też wspólny marsz narodowców i rolników pod hasłem „Nie dla roszczeń żydowskich”.

Czy PiS-owi rzeczywiście uda się odwrócić uwagę obywateli od tego, co wyprawia? Czy rzeczywiście zasłona z filmu braci Sekielskich jest na tyle szczelna, że ukryje wszystko, o czym PiS głośno mówić nie chce? Przekonamy się już w następną niedzielę.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Gwałty kleru na dzieciach. Komisja ds. ich pedofilii musi powstać

17 Maj

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że haniebny styl prowadzenia przez marszałka Kuchcińskiego, uniemożliwianie zadawania pytań, zmanipulowane wypowiedzi ministrów, prowadzenie debaty w sposób urągający standardom parlamentarnym i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To jedno. Ale drugie to bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że nie można traktować tej ustawy jako coś co wystarczy, jako wystarczającą odpowiedź parlamentu polskiego na tę sytuację, która dzisiaj w tak dramatyczny sposób ujawnia się, a która dotyczy ludzkich tragedii, pedofilii, przypadków które dzisiaj dochodzą do świadomości publicznej, wiadomości” – powiedział Grzegorz Schetyna po przyjęciu przez Sejm głosami PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Szef PO stwierdził, że „ta ustawa nie po to, żeby skutecznie walczyć z pedofilią. – „Zgłosiliśmy wiele poprawek, mówiliśmy o wielu rzeczach, które nie zostały w tym uwzględnione” – dodał. 

Schetyna zapowiedział złożenie przez PO projektu ustawy o utworzeniu państwowej komisji do spraw pedofilii w polskim Kościele. – „Dzisiaj wiemy, że Kościół jako instytucja nie poradzi sobie sam z tym problemem. Uważamy, że powinna powstać państwowa komisja i taki wniosek przedstawimy w przyszłym tygodniu. Tylko komisja wzorem krajów, które radziły sobie z tym okrutnym problemem i z tymi sprawami, które toczyły Kościół, tak jak w Irlandii czy Chile czy teraz w Niemczech, tylko komisja państwowa może skutecznie odpowiedzieć na pytania, które będą zadawane, które zadają ofiary, opinia publiczna” – stwierdził Schetyna. Dodał, że jeżeli PiS nie poprze utworzenia komisji w obecnej kadencji Sejmu, to Platforma przeprowadzi ustawę o jej utworzeniu po październikowych wyborach parlamentarnych.

„To hańba, że po raz kolejny wykorzystujecie tę sprawę do drastycznego i absolutnie niezgodnego z polską Konstytucją zaostrzenia Kodeksu karnego w innych miejscach. My chcemy rzetelnej i realnej walki z tym problemem. Bez specjalnej komisji, którą chcemy powołać nie ma szans wyjaśnić tej sprawy, bo wy jesteście w ciągłym sojuszu również z tymi, którzy ukrywali te przypadki. Czy stoicie po stronie ofiar, czy stoicie po stronie tych, którzy ukrywali tego typu przestępstwa?” – mówił do posłów PiS Borys Budka. Kilku posłów opozycji podczas obrad trzymało tablice z napisem „Komisja natychmiast” i „Stop pedofilii”.

>>>

Sławomir Nitras, schodząc z mównicy sejmowej, podszedł do miejsca, w którym siedzi Jarosław Kaczyński i położył przed nim dziecięce buciki. Siedzący obok prezesa PiS wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki chwycił je i rzucił w Nitrasa.

Poseł PO je podniósł i próbował ponownie położyć go przy Kaczyńskim. I tu wyrośli przed nim posłowie PiS w roli ochroniarzy Kaczyńskiego, a wśród nich Marek Suski i Mariusz Błaszczak. Patryk Jaki zszedł nawet z położonych wyżej ław rządowych.

Dziecięce buciki to symbol akcji „Baby Shoes Remember”. Zaczęły one być wieszane przed kościołami najpierw w Irlandii jako znak protestu przeciw księżom pedofilom. Od jakiegoś czasu pojawiają się także w naszym kraju.

Wcześniej w Sejmie Nitras mówił, że według raportu Episkopatu w sprawie pedofilii, 382 księży po 1989 roku dopuściło się molestowania nieletnich. Tymczasem w więzieniach za te przestępstwa karę odsiaduje dwóch księży. – „To gdzie jest 380, o których mówi raport kościelny?” – pytał poseł PO. Prowadzący obrady marszałek Marek Kuchciński wyłączył mu mikrofon.

„Ależ się dzielnie rzucili bronić Jarosława. Przed bucikami”; – „Przecież Nitras chciał jedynie postawić symboliczne buciki. Ile agresji jest w posłach PiS. Rzucili się jak secret service chroniąc niepokalanego, kryształowego guru”; – „Co robi JK – biernie siedzi i czeka aż jego świta będzie go chronić. Jakie to żałosne”;

Marek Suski wykidajłem. Wreszcie się odnalazł w roli życia. To jest prawdziwe powołanie!”; – „Kaczyński pewnie płaci swoim dwórkom za ochronę. Stanowiskami. Suski-Caryca nigdy by żadnego stołka nie dostał gdyby nie stał na warcie przed prezesem jak na tym filmie. Żenada” – komentowali internauci.

… internet aż huczy radując się ostatnim sondażem Instytutu Badań Spraw Publicznych, wykonanym na zamówienie „Newsweeka” i Radia ZET.

 

Wynika z niego, że Koalicja Europejska zyskała w ostatnim czasie 10 – procentową przewagę nad partią rządzącą, która w ciągu ostatniego tygodnia straciła aż 6 procent.

I tak oto kończy się „Sojuz” Tronu z Ołtarzem. Dzisiaj Kościół w obliczu swoich grzechów woła „Choj z Pis-em, ratujmy się kto może”– napisał pod artykułem gazeta.pl. ksiadz.teofil.

Sondaż dla Newsweeka: Wielkie tąpnięcie PiS. „To efekt filmu Sekielskiego” dlvr.it/R4slqS

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się dziś, KE mogłaby liczyć na 43,63 proc. poparcia, a Prawo i Sprawiedliwość musiałoby się zadowolić tylko 32,93 proc. głosów. „To są słupki, na których można powiesić dziecięce buciki” – komentują internauci na Twitterze.

Jak dowiadujemy się z dalszej części sondażu, próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze tylko dwie formacje. Wiosna Roberta Biedronia – 9,06 proc., oraz Konfederacja (koalicja KORWiN, Liroya, Brauna i Narodowców), którą dziś popiera 6,86 proc. potencjalnych wyborców.

W najnowszym sondażu pod progiem znalazło się ugrupowanie Kukiz’15.

„Jeśli rzeczywiście KE wygra wybory z taką przewagą, będzie to znak, że przyzwoici Polacy dali im zielone światło do wysprzątania stajni Augiasza i oddzielenia ziarna od plew w instytucji pt. Kościół…”– napisał pod artykułem gazeta.pl czytelnik podpisujący się biesczad1.

Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

No, nareszcie. Po trzech długich dniach milczenia mamy w końcu oficjalne stanowisko rządu w kwestii pedofilii. Otóż według premiera Morawieckiego, który zaprezentował w Sejmie projekt zmian w Kodeksie karnym, winni rozprzestrzenienia się w Polsce tego obrzydliwego zboczenia są „esbecy” i ich protektorzy – komuniści. Lewactwo znaczy. Oraz – osobiście – profesor Jan Hartman, autor obrazoburczej tezy, że poziom moralności społeczeństw nie jest wcale pochodną ich pobożności, a już zwłaszcza gorliwego katolicyzmu.

Teraz po zmianie prawa wszyscy oni – bez przedawnienia i bez wyjątku, zostaną przykładnie ukarani. Podobnie, jak murarze, którzy – jak wyszło panu premierowi za statystyk – są grupą zawodową o szczególnej skłonności do molestowania małoletnich.

Członkowie, zwolennicy i sympatycy partii aktualnie rządzącej nareszcie mogą więc odetchnąć z ulgą. Nie będą już dłużej musieli „iść w zaparte” i wygłaszać komentarzy w sprawie „pedofilii w Kościele”, unikając – jak diabeł święconej wody – słów „Kościół” i „księża”. Bo po wypowiedzi premiera – który też nie użył inkryminowanych zwrotów ani razu – już wiadomo, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jest, owszem, pedofilia na placach budowy, wydziałach filozofii oraz wiecach PO.

Teraz wszystko jest już jasne i – jak zwykle – winni są inni. Kto? Profesor Hartman! A poza tym ofiary, bo prowokowały, wodząc duchownych na pokuszenie. Zresztą, jak był uprzejmy objaśnić Narodowi prof. Legutko, w przypadku 12–letnich chłopców nie ma już mowy o żadnej tam „pedofilii”, zwłaszcza że chłopaki „same tego chciały”. Po drugie, winne jest liberalno-lewackie zepsucie i „seksualizacja”. A po trzecie – opozycja, która za pomocą brudnych oskarżeń prowadzi bezpardonowy atak na Kościół – „gwaranta naszej tożsamości i szafarza wartości”.

Natomiast co do dokumentu braci Sekielskich to beneficjentom sojuszu tronu z ołtarzem nikt przecież nie wmówi, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Więc te wszystkie opowiedziane w filmie historie to są albo kłamstwa albo zwykłe nieporozumienia. Poza tym coś się przecież kapłanom za lata walki o wolność i demokrację od życia należy. Restytucja mienia, dokonana za sprawą Komisji Majątkowej oraz sute dotacje z budżetu to jedno, ale pozostaje jeszcze cała niezaspokojona sfera potrzeb – nazwijmy to – „emocjonalnych”. Toteż jak ksiądz małoletniego na kolanach posadził, a nawet „dał ciumka”, to czymże są te drobne i opacznie zrozumiane gesty osobistej sympatii wobec ogromu zasług tej szacownej instytucji i jej tytanicznej pracy dla dobra Narodu.

Takie rzeczy rozumieli nawet starożytni krakowianie, kiedy co roku składali Smokowi w Jamie dziewicę na pożarcie. Cudza cnota (i sumienie) nieraz bywała u nas poręczną walutą w rozliczeniach między tronem i ołtarzem. Taka tradycja, a tradycję szanujemy. Bo skoro nawet sam Adam Michnik uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że Kościół to filar polskości, a bez wiary nie ma moralności…

W tej sytuacji nawet i rzeczywiste molestowanie to kwestia bez znaczenia w obliczu domyślnych (tylko profesor Hartman pisze otwarcie, że raczej domniemanych) zasług Kościoła – strażnika nadwiślańskiej tożsamości i szafarza „wartości”. No nijak, sami przyznacie. Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

Na pociechę ofiarom warto więc może przypomnieć, że przez całe lata najbardziej znani „kremlinolodzy” opowiadali i pisali o komunizmie, że historyczna konieczność i geopolityka, no i „głową muru nie przebijesz”, więc niech już bierze te swoje „dziewice na pożarcie”. I nawet nie zauważyli, kiedy upadł Związek Radziecki.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Kononowicz Suski i jego pan Krętacz nr 1 w kraju, prezes K.

6 Mar

Marek Suski (minister w Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego) był gościem programu 24 pytania (Polskie Radio). Szef w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego komentował m.in. obietnice wyborcze zapowiedziane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Dochody wzrastają. Zabieramy mafiom i dajemy ludziom. Pieniądze wypływały, a poprzednicy nie byli w stanie nic z tym zrobić. Mimo że pisali sobie jakieś tajne notatki, w których wskazywali, że jest luka, nie podejmowali działań. (…) Nie chcieli dawać Polakom, myśleli o innych – mówi szef gabinetu premiera Marek Suski.

Uwaga! To nie scenariusz do filmu Barei. Marek Suski, szef gabinetu politycznego premiera, postanawia ukraść sprzed siedzimy klubu PO-KO pewną tablicę… I to nie byle jaką, ale tablicę z „Układem Kaczyńskiego”. Akurat jego zdjęcie się tam nie pojawiło. Czyżby czuł się pominięty? Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Ta historia tak szybko się nie skończy. – To kradzież naszej własności – mówią politycy PO i zapowiadają kroki prawne.

Marek Suski w roli głównej

Minister Marek Suski nie zamierzał działać incognito, nie założył maski, a nawet nie pochylił głowy. Ale chyba miał nadzieję, że przypadkiem nikt tej politycznej kradzieży nie zauważy. Ups.

Zaledwie 2-sekundowy filmik z Markiem Suskim w roli głównej robi w sieci karierę. Ale jest też dowodem na „kradzież własności klubu PO-KO”. A to przestępstwo.

Według posłów PO to tylko kolejny dowód na to, jak bardzo PiS boi się prawdy o działaniach spółki Srebrna. Ale nie zamierzają w sprawie tablicy odpuścić. Nie ta, to pojawi się kolejna.

Krótka historia tablicy

Pierwsza tablica została ustawiona podczas posiedzenia Sejmu 19 listopada. Ta została usunięta w poniedziałek jako niezgodna z przepisami Regulaminu Sejmu dotyczącymi organizacji wystaw. Zaaresztowała ją straż marszałkowska, a posłowie PO nie  mogli nawet z depozytu odebrać swojej własności.

Drugą tablicę parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej umieścili przed drzwiami prowadzącymi do siedzimy klubu PO-KO we wtorek. I to właśnie ten egzemplarz padł ofiarą szefa gabinetu politycznego premiera.

– Wszyscy wiemy, jaki Marek Suski ma temperament – to słowa rzeczniczki Prawa i Sprawiedliwości Beaty Mazurek.

Po południu całą sytuację skomentował w rozmowie z Onetem sam Suski: – Nielegalna tablica została usunięta. Przywróciłem praworządność. Oczekuję, że klub PO-KO będzie przestrzegać prawa i nie będzie robić takich prowokacji.

Analizujemy zdanie po zdaniu taśmy nagrane przez Birgfellnera. Kaczyński powtarza, że chce mu zapłacić za umówioną pracę i „nie chce nikogo oszukać”. Ale nie zapłacił, a teraz twierdzi, że nie oszukał. Inna rzecz, czy sąd skazałby prezesa PiS za „oszustwo” z art. 286 k.k. Ale tego się pewnie nie dowiemy, bo jak mówi Kaczyński „śledztwo sensu nie ma”

„Austriak twierdzi, że został oszukany” – usłyszał Jarosław Kaczyński  od dziennikarza RMF FM.  Odpowiedział:

„To mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z tym sądem”.

„Nie mam niczego do zarzucenia sobie. Nie będę mówił, jaki mam stosunek do bohatera tych wydarzeń” – dodał we właściwy sobie sposób (typu: nie mówię, ale mówię). I dorzucił dla jasności:

„Tutaj mamy po prostu do czynienia z przykładem pewnej nierzetelności, ale nie z mojej strony, ale ze strony osoby, która jest dzisiaj jest traktowana jako swego rodzaju bohater, czy nawet ofiara”.

Te wypowiedzi Kaczyńskiego dla RMF FM z 2 marca 2019 stoją w sprzeczności z tym, co wiadomo z taśm i dokumentów ujawnionych przez „Wyborczą” o jego negocjacjach biznesowych z Geraldem Birgfellnerem. W maju 2017 umówili się, że austriacki biznesmen, który jest też powinowatym Kaczyńskiego, zbuduje dla kontrolowanej przez PiS spółki Srebrna 190-metrowy wieżowiec w centrum Warszawy.

Spotykali się aż 19 razy w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie, uzgadniali etapy toczących się prac przygotowawczych, dopinali szczegóły umowy. W czerwcu-lipcu 2018 Kaczyński wstrzymał jednak inwestycję. Nie zapłacił – do dzisiaj – obiecanych 1,3 mln euro.

Zaniepokojony Gerald Birgfellner nagrał ostatnie dwa spotkania z Jarosławem Kaczyńskim 27 lipca i 2 sierpnia 2018, żeby mieć dowody, że został oszukany. 25 stycznia 2019 przy pomocy dwóch adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” z art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu, lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

Zarzut z art. 286, zwany „oszustwem” nie jest tożsamy z potocznym rozumieniem tego słowa. Birgfellner jest przekonany, że Kaczyński oszukał go zarówno „po ludzku”, jak i w sensie art. 268. Kaczyński zaprzecza obu sensom.

OKO.press przedstawia argumenty na rzecz tezy, że Kaczyński oszukał Birgfellnera w potocznym tego słowa znaczeniu, i że o tym dobrze wie. Wskazują na to wypowiedzi prezesa PiS, nagrane przez Birgfellnera. Cytujemy je obficie, żeby pokazać, że nie były to słowa przypadkowe.

Nie przesądzamy jednak, że lider PiS popełnił przestępstwo. O tym powinien zdecydować sąd. Przebieg postępowania w prokuraturze wskazuje na to, że śledztwo może zostać umorzone. Według przecieków „Wyborczej” prokuratura może nawet postawić zarzuty… Birgfellnerowi – próby wyłudzenia pieniędzy, a według Rzeczpospolitej – niezapłacenie VAT od faktury (na 1,5 mln zł) wystawionej dla Srebrnej.

„Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma” – powiedział w RMF FM Kaczyński.

Kaczyński na taśmach: Nie chcę nikogo oszukiwać, chciałbym zapłacić

Skąd wiadomo, że Kaczyński nie mówi prawdy twierdząc, że nie oszukał Birgfellnera? Wynika to jednoznacznie z nagrań ujawnionych przez „Wyborczą”. Omówimy to szczegółowo korzystając z dosłownych cytatów z negocjacji.

Kaczyński: „było zrobione dla nas, trzeba zapłacić”

Na obu nagraniach Kaczyński ani razu nie kwestionuje, że Birgfellner wykonał umówioną pracę i że trzeba za nią zapłacić. Wręcz przeciwnie, podczas spotkania 27 lipca 2018  mówi:

„Problem polega, to już wszystko wiem, przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas. Ja bym chciał zapłacić, tylko muszą być do tego podstawy w papierach”.

W innym miejscu:  „A ja chcę zapłacić, tylko że ja nie mogę zmusić nikogo, żeby zapłacił wbrew…”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski: „…prawu…”

Kaczyński: „…i przepisom”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski, zwany „kuzynem Kaczyńskiego”, jest jego prawą ręka w tym biznesie. A przy okazji także teściem Birgfellnera. Układy biznesowe w PiS mają często charakter towarzysko-rodzinny.

Usprawiedliwia się, tłumaczy względami politycznymi

Kaczyński wyjaśnia, dlaczego budowę trzeba wstrzymać: „doszły nowe elementy, operacja [Jana] Śpiewaka [kandydującego w wyborach na prezydenta Warszawy], który postawił zarzuty: partia buduje wieżowiec”. Na uwagę, że „można by storpedować taką narrację, bo przecież to nie partia w końcu buduje”, Kaczyński tłumaczy: „To nie ma żadnego znaczenia w takich kampaniach. Ja jestem w fundacji [Instytut im. Lecha Kaczyńskiego], to zupełnie wystarczy, to nie ma żadnych szans. To nie do obrony. To jest polityka”.

W innym miejscu Kaczyński tłumaczy się tak: „[Śpiewak] zaatakował, że chcemy budować budynek, no.  My… On twierdzi, że partia. I że to są w ogóle obyczaje azjatyckie”.

Szuka sposobu, by zapłacić. Podsuwa pomysł ze zgłoszeniem roszczeń w sądzie

Kaczyński stara się znaleźć rozwiązanie problemu niezapłaconej sumy (nie wiadomo, czy serio, czy tylko dla uspokojenia partnera – o tym może rozstrzygnąć sąd). Twierdzi, że spółka Srebrna nie może zapłacić za wykonane prace i proponuje drogę sądową.

Kaczyński: „Realia są takie: albo będą jakieś te dodatkowe rachunki, bo my po prostu ich potrzebujemy, albo jest druga droga, i tu nie traktujcie jej jako wojenną. To znaczy, że wy wysuniecie roszczenia o charakterze sądowym, to znaczy…

Tłumaczka Birgfellnera: „Czekaj, nie rozumiem za bardzo”.

Tomaszewski: „Dlatego, że wtedy, jeżeli wystąpicie na drogę sądową i dostaniecie wyrok sądu do zapłaty, to wtedy jest podstawa do zapłacenia przez Srebrną, rozumiecie?”.

W innym miejscu Kaczyński: „I stąd, powtarzam, stąd jest kłopot,

dlatego wymyśliłem tę metodę, bo zastanawiałem się nad tym, co zrobić, żeby zapłacić”.

Tomaszewski: „Zapłacić możemy tylko tak.

Przecież my się nie kłócimy, na pięści nie bijemy, tylko chodzi o to, żeby znaleźć drogę, żeby wam zapłacić, legalnie, żeby, żeby nie było zarzutu, że, że wydajemy jakieś pieniądze niezgodnie…”

Kaczyński: „Znaczy, krótko mówiąc, bo jaki byłby zarzut natychmiast nam postawiony, że wyprowadzamy pieniądze”.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Kaczyński czuje się dłużnikiem Birgfellnera. Chce mu zapłacić, a co najmniej zrobić wrażenie, że tego chce.

Jest gotów zeznawać, że pieniądze się Austriakowi należą

Kaczyński deklaruje (znowu – nie wiadomo czy szczerze), że podczas ewentualnego procesu może zeznać w sądzie, że praca została wykonana dla spółki Srebrna.

„Jestem gotów w tym sądzie zeznać, że ta robota była robiona dla nas, znaczy dla Srebrnej. Ja to zeznam, bo tak jest”.

To ważna okoliczność. Choć przygotowania do budowy wieżowca miały być – dla dyskrecji – prowadzone przez spółkę córkę Srebrnej, Kaczyński gotów jest w sądzie potwierdzić, że to było tylko formalne rozwiązanie, by zatuszować całą operację.

Podkreśla, że nie kwestionuje roszczeń Birgfellnera, ale…

W nagraniu z 2 sierpnia 2018 Kaczyński składa kolejne obietnice, tym razem także przedstawicielom kancelarii Baker MacKenzie, obecnym na spotkaniu razem z Birgfellnerem. Działając z upoważnienia Srebrnej austriacki biznesmen zatrudnił kancelarię do prac przygotowawczych. Kaczyński grzecznie zapewnia prawników:

„My jesteśmy naprawdę gotowi to zapłacić państwu w możliwie szybkim terminie”.

Są jednak komplikacje, bo zgodnie z zaleceniami Kaczyńskiego Birgfellner zawierał umowę z kancelarią na Nuneaton spółkę-córkę Srebrnej.

Kaczyński: „Spółka córka i spółka matka to nie są podmioty, między którymi można bezumownie przenosić zobowiązania, no”.

Mówi też o innych kosztach poniesionych przez Birgfellnera, czyli „o znacznie większej sumie (…) załóżmy, że to jest około dwóch milionów – i tutaj jest sprawa no dalej jeszcze idąca z tego względu, że tu mieć, nie ma tytułu odnoszącego się do spółki Srebrna. Cały czas spółka-córka jest stroną”.

…są „okoliczności pozamerytoryczne, polityczne”

Kaczyński wie, że spółka Srebrna (przypominam: „ta robota była dla nas, czyli dla Srebrnej”), powinna zapłacić przelewając pieniądze spółce-córce.

„Ale my musimy mieć tutaj, po pierwsze, podstawę prawną, że to są spółki Srebrnej – my tego faktu nie kwestionujemy – i po drugie, no też odpowiednie faktury, no bo inaczej tego się po prostu zrobić w zgodzie z prawem nie da, a

to, co było w propozycjach poprzednio, czyli pożyczka dla spółki-córki, no w obecnej sytuacji nie ma żadnego uzasadnienia, bo my się z tego przedsięwzięcia ze względów pozamerytorycznych, politycznych w gruncie rzeczy, musimy wycofać w tym momencie”.

Innymi słowy – umowę biznesową zakłóciła okoliczność „pozamerytoryczna, polityczna”. Kaczyński, wie, co powinien zrobić, żeby nie oszukać partnera, ale boi się, że na tym straci jako polityk.

Raz jeszcze podkreśla jednoznacznie: „Byłbym gotowy zeznać, że rzeczywiście te przedsięwzięcia były robione na korzyść spółki, w ostatecznym rachunku miały służyć spółce Srebrna. Plus są jeszcze te dokumenty, w opracowaniach niektórych z nich państwo [do przedstawicieli kancelarii – red.] uczestniczyli, na przykład tych pełnomocnictw, z tego, co sobie przypominam. Tak uchwał, pełnomocnictw, no tak, więc – krótko mówiąc – no

sami państwo widzicie, że to jest, dlatego w żadnym razie nie kwestionuję”.

Podsuwa Birgfellnerowi argumenty, dowody

27 lipca 2018 Kaczyński idzie jeszcze dalej i pociesza Birgfellnera: „Macie mocne argumenty w postaci tej uchwały zarządu”.

Tomaszewski: „Rady”,

Kaczyński (potwierdza): „Rady”.

[chodzi o Radę fundacji Instytut im. L. Kaczyńskiego, która jest w 99,99 proc. właścicielem spółki Srebrna. Kaczyński jest jednym z trzech członków Rady – red.]

Tomaszewski: „I zarządu fundacji”.

Kaczyński: „Zarządu fundacji. Macie mocne argumenty w postaci tej umowy…”.

Tomaszewski: „Pełnomocnictwa też”.

Kaczyński podsumowuje:

„I powtarzam, ja nie mogę mówić za innych, ale jeżeli chodzi o mnie, to spokojnie mogę zeznać przed sądem, że tak, to było robione dla spółki Srebrna, a wy macie, powtarzam, na to dobre dowody w postaci tych uchwał”.

Charakterystyczne, że Kaczyński przekonuje Birgfellnera, że biznesmen ma w ręku dostateczne dowody, by sąd uznał, że Srebrna jest mu winna za wykonane prace. Wymienia nawet te dokumenty: uchwały Rady i Zarządu spółki, upoważnienie Srebrnej do prowadzenia prac przygotowawczych…

Te same dowody posłużyłyby adwokatom Birgfellnera w rozprawie przeciwko Kaczyńskiemu, gdyby do niej doszło. Potwierdzają one, że Birgfellner miał wszelkie powody, by wierzyć ustnej umowie, jaką zawarł z Kaczyńskim. I czuć się oszukanym.

Potwierdza, że nie chce nikogo obciążać, a mankamenty są pozamerytoryczne

Na taśmie 27 lipca Kaczyński mówił, że on „przecież nie chce nikogo oszukiwać.”

3 sierpnia ujmuje tę samą myśl inaczej:

„Chodzi o to, że ja bym nie chciał nikogo obciążać stratą, te mankamenty, które się tutaj zdarzyły, no, wydarzenia, które nie mają charakteru z punktu widzenia prawnego czy ekonomicznego, merytorycznego”.

Podsumowując, Kaczyński wielokrotnie potwierdza, że Birgfellner:

  • wykonał zamówioną przez niego pracę „dla nas, czyli dla spółki Srebrna”;
  • podkreśla, że nie chce go „oszukać”  czy „obciążać stratą”(nie płacąc mu należnych pieniędzy);
  • deklaruje, że szuka sposobu, by mu zapłacić;
  • przekonuje, że Birgfellner ma tak mocne dowody wykonania pracy, że mógłby wygrać sprawę przed sądem;
  • stwierdza, że o wycofaniu się z umowy zadecydowały względy „niemerytoryczne”, czyli nie mające nic wspólnego z biznesem. Tłumaczy, że chodzi o interes polityczny PiS i jego własny.

Czy można jaśniej powiedzieć, że nie oddanie pieniędzy Austriakowi byłoby oszustwem w sensie niewywiązania się z umowy bez uzasadnionych przyczyn? Czemu zatem Jarosław Kaczyński twierdzi teraz, że Birgfellner nie został oszukany? I jeszcze obciąża go „nierzetelnością”?

Wbrew deklaracjom i gruntownej własnej argumentacji Kaczyński nie doprowadził do tego, by Birgfellner otrzymał pieniądze. Został zatem „oszukany” i „obciążony stratą”. Kaczyński jest tego sprawcą.

Wersja Birgfellnera: aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła moją czujność

Gerald Birgfellner unika rozmów z mediami. Jego wersję zdarzeń, zgodną zresztą z cytowanymi wyżej wypowiedziami Kaczyńskiego przedstawił OKO.press reprezentujący go mecenas Jacek Dubois.  Oto skrót jego relacji:

„Mój klient dostał komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Wszystko utwierdzało go w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Kaczyński. Zwykł on mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

Kwota 1,3 mln euro, jakiej domaga się Birgfellner wynika z wyceny już wykonanych prac, które wymienia – jedna po drugiej – wielostronicowa umowa zaakceptowana przez obie strony. Gerald Birgfellner:

  • założył spółkę celową Nuneaton, na którą pan Kaczyński obiecał przenieść ze spółki Srebrna prawo wieczystego użytkowania nieruchomości, po to m.in., by wziąć kredyt na budowę,
  • pozyskał znanego architekta, który przygotował projekt koncepcji architektonicznej budynku,
  • przygotował strategię realizacji projektu Tower Srebrna z kosztami i terminarzem,
  • przygotował wyceny nieruchomości,
  • zatrudnił kancelarię Baker MacKenzie, która przygotowała umowy z firmami Gleeds Polska (m.in. zarządzanie inwestycją) i Strabag oraz umowę kredytową z bankiem Pekao S.A.

Wszystko to robił zgodnie z ustną umową, którą zawarł z Kaczyńskim w lipcu 2017. Kaczyński prosił, by przystąpić do pracy od razu. Mój klient to zrobił, a równolegle przez prawie rok negocjował profesjonalną umowę, wprowadzając kolejne zmiany.

Za namową Kaczyńskiego kupił w Warszawie dom. Pełną parą pracowała kancelaria Baker MacKenzie, której też nie zapłacono kilkuset tysięcy euro, pracował wzięty austriacki architekt, który też nie dostał wynagrodzenia, ok. 150 tys. euro. Pan Birgfellner negocjował z bankami, wszystko szło jak z płatka.

Jak opowiada Birgfellner, ludzie panu Kaczyńskiemu salutują i wykonują co prezes powie.

Mój klient dostał odpowiednie pełnomocnictwa już w maju i czerwcu 2017 do utworzenia spółki córki i do reprezentowania Srebrnej w umowach najmu i dzierżawy nieruchomości.

Ta aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła czujność biznesmena. Opamiętanie przyszło za późno.

Cały czas trwały spotkania z udziałem pana Kaczyńskiego, większość w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej, od pierwszych dwóch w maju 2017 roku. Kolejne mają miejsce w czerwcu 2017,  w lipcu, we wrześniu, potem w listopadzie – aż trzy, w grudniu 2017 jedno, w styczniu 2018 – znowu trzy, w lutym – jedno, w marcu – dwa, w kwietniu i czerwcu po jednym.

Została też przygotowana w banku Pekao SA umowa kredytowa na 300 mln euro i gdyby pan Kaczyński nie wstrzymał inwestycji, spółka Nuneaton przejęłaby wieczyste użytkowanie Srebrnej 16 i dostała kredytowanie.

To były żmudne, wielostronne negocjacje. Strony dogadały się najpierw na uruchomienie „małego” kredytu inwestycyjnego 11 mln euro na przygotowanie projektu, potem ta suma – decyzją pana Kaczyńskiego – została zmniejszona do 4,5 mln euro, co bank natychmiast zaakceptował. Uzgodniono szczegółowo, w jaki sposób zostanie wypłacony cały kredyt 300 mln euro, po uzyskaniu przez spółkę Nuneaton wieczystego użytkowania nieruchomości.

Prezes Pekao S.A. Michał Krupiński osobiście zapewniał mojego klienta, że zaangażowanie pana Kaczyńskiego ma dla niego znaczenie przy decyzji kredytowej.

Dopiero w czerwcu i lipcu 2018 Jarosław Kaczyński poinformował mego klienta o wstrzymaniu inwestycji i wezwał do zaprzestania prac, m.in. żeby nie występował o warunki zabudowy. Tłumaczył, że Srebrna nie może pokryć zobowiązań swej spółki-córki.

Po spotkaniach 27 lipca 2018 i 2 sierpnia z udziałem kancelarii Baker MacKenzie pan Kaczyński nie miał już czasu dla mego klienta. Srebrna wypowiedziała mu pełnomocnictwo. Zdał sobie sprawę, że jeżeli nie tupnie, to zostanie na lodzie.

Całą dokumentację załączyliśmy do wniosku złożonego w prokuraturze. Dokumentów jest 55, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwo dla Geralda Birgfellnera, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami.

Mec. Dubois: Kaczyński miał świadomość, że wprowadza w błąd

Czy opisane oszustwo Kaczyńskiego (w sensie potocznym, ludzkim) było oszustwem w sensie art. 286 k.k.? Zasadnicze znaczenie ma tu kwestia: czy prezes PiS miał zamiar oszukania biznesmena, a jeżeli tak, to od kiedy i jakie są na to dowody.

Niektóre tłumaczenia z taśm robią wrażenie, jakby Jarosław Kaczyński całkowicie zdawał sobie sprawę z ryzyka, że narazi na szkodę Austriaka i że naraża go na straty finansowe ze względu na własny interes. Szczerze przy tym dzielił się swymi problemami, choć nie mają one nic do rzeczy w kwestii umowy biznesowej (ostatecznie w rozmowach brali udział krewniacy).

Mec. Dubois w rozmowie z OKO.press uznał, że Jarosław Kaczyński zastosował „trick”.

„Gdy wreszcie przygotowana została umowa, a mój klient ma ją podpisać, pojawia się trick. Pan Kaczyński mówi mojemu klientowi: wystaw fakturę na Nuneaton, ale ze spółki Srebrna, która jest faktycznym zleceniodawcą nie przelewa środków. Czyli:

Nuneaton nie ma pieniędzy, a Srebrna nie ma podstawy do zapłacenia, bo faktura została wystawiona na Nuneaton. Pan Kaczyński nie przenosi też aportem ze spółki Srebrna prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, co umożliwiłoby wzięcie uzgodnionego już z bankiem Pekao SA kredytu.

Ma świadomość, że wprowadza partnera w błąd i utrzymuje go w tym błędzie.

Gdy pan Kaczyński kazał memu klientowi wystawić faktury na Nuneaton doskonale wiedział, że ta spółka będzie niewypłacalna.

OKO.press: Czy Birgfellner nie okazał się jednak naiwniakiem? Przecież wiedział, że Kaczyński nie ma praw do negocjowania transakcji. Jest ledwie członkiem rady fundacji Instytut Pamięci Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna.

Formalnie tak. I na tym także polegało oszustwo, czyli celowe wprowadzenie w błąd, na wyrobieniu w kimś przekonania sprzecznego z rzeczywistością.

Mój klient dostał jednoznaczny komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Pan Kaczyński wskazywał partnerów, ich akceptował, rozmawiał o finansach, wskazał bank itd. itd.

Wszystko utwierdzało mojego klienta w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Jarosław Kaczyński. Zwykł on zresztą mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

OKO.press: W lipcu 2018 Kaczyński mówił o „drugiej drodze”. Birgfellner ma zgłosić wobec Srebrnej roszczenia o charakterze sądowym i wygrać w sądzie.

„Pan Kaczyński jest prawnikiem, więc chyba ma elementarną wiedzę o prawie, a to oznacza, że po prostu zbywał mojego klienta. Bo gdyby naprawdę miał wolę, by wywiązać się ze zobowiązania, mógł zaproponować ugodę sądową, pozasądową, cesję wierzytelności… Było wiele możliwości, by to załatwić zgodnie z prawem.

Po prostu pan Kaczyński uznał w połowie 2018 roku, że tak widowiskowa inwestycja będzie dla niego nieopłacalna politycznie. Jasno o tym mówi w nagraniu z lipca 2018. Obawiał się, że budowa Wież zostanie potraktowana jako »azjatyckie obyczaje« i postanowił sprawę odłożyć ad calendas graecas. Zresztą mówi, że wrócimy do niej, jeśli będzie dobry wynik wyborów samorządowych w Warszawie, w co raczej nie wierzy, albo dobry wynik wyborów parlamentarnych.

Z powodów takiej kalkulacji pan Kaczyński zatrzymuje projekt i uznaje, że nie ma sensu się rozliczać. Daje do zrozumienia mojemu klientowi: »masz roszczenie, należą ci się pieniądze, ale ci nie zapłacę. I co mi zrobisz?«.

Nasz klient uważa, że został oszukany przez pana Kaczyńskiego. Wszystko co mu się w tej sprawie przydarzyło przypisuje jemu. Działania innych osób były jakby sterowane przez pana Kaczyńskiego. To z nim nasz klient wiąże swoją krzywdę, od niego chce dochodzić sprawiedliwości. Ale może się też okazać, że inne osoby pełniące funkcje we władzach innych podmiotów mogły popełnić czyny zabronione.

Mamy czarno na białym stwierdzenie, że praca została wykonana, tak jak zostało to uzgodnione. Pan Kaczyński wprost to potwierdza. Czyli doszło do osiągnięcia korzyści majątkowej na niekorzyść mojego klienta.

Pozostaje tylko do kwestia ustalenia, czy był zamiar wprowadzenia w błąd, co jest konieczne, by uznać, że to było oszustwo. Szczegółowo w zawiadomieniu opisaliśmy, dlaczego uważamy, że taki świadomy zamiar był” – mówi mec. Dubois.

***

W wywiadzie dla RMF FM Jarosław Kaczyński wygłosił jeszcze jedno zaskakujące stwierdzenie o budowie wieżowca przy Smolnej:

„Chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee”.

Tę wypowiedź analizowaliśmy już wcześniej:

Na Nowogrodzkiej paniczna narada, co zrobić z Morawieckim. A Kaczyński zanurza się coraz głębiej w swoim szambie

19 Lu

„Niedopuszczalne jest, by osoba, która odpowiada zwierzchnie za to śledztwo – jeszcze nie wszczęto postępowania – i osoba, której dotyczy zawiadomienie, spotykali się w takich okolicznościach” – tak w TVN24 skomentował „wizytę” Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry mecenas Jacek Dubois, jeden z pełnomocników austriackiego biznesmena, który zarzuca prezesowi PiS oszustwo. – „Składamy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w piątek, w poniedziałek na Nowogrodzkiej odbywa się zebranie osoby, której to zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa dotyczy z premierem, z innymi osobami. Potem te osoby stają się medialnymi obrońcami nie wiedząc nic na ten temat. Potem dochodzi do spotkania ministra z osobą, której postępowanie dotyczy. To jest dla mnie przede wszystkim próba wywarcia wpływu na niezależny organ, jakim jest prokuratura” – stwierdził adwokat.

Jego klient Gerald Birgfellner dwukrotnie składał zeznania w prokuraturze w Warszawie. Podczas drugiego przesłuchania doszło do sporu o protokół. – „Zupełnie zmienia się narracja. Zupełnie pani prokurator nie interesuje kwestia naszego zawiadomienia, tylko ja się czułem jakbyśmy byli poddani jakiemuś badaniu, na ile wiedza mojego klienta może komuś związanemu ze śledztwem zagrażać.

Poczułem pierwsze zaniepokojenie. Potem dzieje się sytuacja, w której zupełnie co innego powiedział klient, a co innego zostało umieszczone w protokole. Inaczej pewne zdarzenia opisał nasz klient, inaczej – w sposób spaczający całą relację – zostało to przekazane do protokołu. W związku z tym zaczyna się walka o protokół, która trwała kilka godzin” – opowiadał Dubois. Zaznaczył, że nie chodziło jednak o to, żeby z protokołu zniknęło nazwisko Jarosława Kaczyńskiego.

„Widzimy olbrzymi konflikt interesów i brak jakichkolwiek mechanizmów kontrolnych, które pozwalają nad tym zapanować, bo w sprawie decydują osoby, który mają partykularny interes, żeby zapadło konkretne, korzystne dla nich rozstrzygnięcie. Więc my krzyczymy do opinii publicznej – kontrolujmy to, co się dzieje z naszym krajem. Jeżeli zapadnie decyzja, że nie zostanie wszczęte postępowanie, mamy odwołanie do niezawisłego sądu i mam nadzieję, że takie postanowienie nie utrzyma się w mocy, bo to po prostu byłoby kuriozum” – stwierdził mecenas Dubois.

„Gierek 2.0 z wizytą u ludu. Niezależnie od tego, kto takie rzeczy robi, jest to tak samo żenujące” – napisał na Twitterze Łukasz Warzecha z „Do Rzeczy”. Nawet on nie zdzierżył obrazka Mateusza Morawieckiego posilającego się z „przypadkowo” wybraną rodziną. Na zdjęciu udostępnionym przez PiS widać premiera, jedzącego kolację także w towarzystwie minister rodziny Elżbiety Rafalskiej.

„Piękna ustawka. Ciekawe czy gospodarz tak na co dzień siada do kolacji pod krawatem i marynarce”; – „To nie jest fejk? Dobra komunistyczna propaganda. Ale sprawdzała się za komuny, a mamy XXI wiek!”;

„Pełen spontan. Na stypach jest większy fun”; – „Skoro to była najlepsza fotka to musiała być grobowa atmosfera” – komentowali internauci.

Jeden z nich pokusił się krótką relację w języku PRL: – „Radość na twarzach gospodarzy to wyraz wdzięczności dla przybyłych najwyższych czynników państwowych. Pierwszy Se… Pan Premier rysuje wizję rozwoju. Na stole nieodzowne faworki, a dzięki skutecznej polityce partii, znajdzie się miejsce i na szynkę delikatesową i cytrusy z Kuby”.

Pojawiły się też pytania, czy podczas kolacji serwowano ryż w misce. Internauci nawiązywali oczywiście do nagrania Morawieckiego z restauracji „Sowa i Przyjaciele”. – „Trzeba słuchać ludu, obiecać mu czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zapie…ć za miskę ryżu” – mówił ongiś obecny premier. O czym rozmawiał podczas tej kolacji, nie wiadomo…

„Zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski nie są Niemcy, nie jest Rosja, nie są kraje Bliskiego Wschodu. Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski jest polityka zagraniczna polskiego rządu, polska dyplomacja. Zaczęło się od skłócenia nas z Unią Europejską, wymachiwania szabelką i nieosiągania swoich celów. Teraz konferencja bliskowschodnia – nie dość, że skłócenie z państwami – z przynajmniej kilkoma państwami – z Bliskiego Wschodu, to jeszcze te słowa przedstawicieli rządu z Izraela” – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz. Według szefa PSL, obecny rząd wykazuje się brakiem jakichkolwiek umiejętności prowadzenia dyplomacji.

Zaapelował do Andrzeja Dudy o zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. – „Dzisiaj panie prezydencie nie jest czas mówienia o tym, że „mogę użyczyć zameczek w Wiśle”. Jest tak dużo problemów, jest tak dużo niewyjaśnionych sytuacji, strat gospodarczych na przykład przez zablokowanie zakupu polskiej wołowiny przez Arabię Saudyjską, jest tak dużo błędów dyplomatycznych, że szkoda gadać. Nie ma dzisiaj poczucia bezpieczeństwa, a brak tego bezpieczeństwa wynika z zaniedbań polskiej dyplomacji” – stwierdził Kosiniak-Kamysz.

O kolejnym kryzysie w stosunkach polsko-izraelskich w artykule „Morawiecki nie wybiera się do Jerozolimy. Szczyt V4 odwołany”.

„Kiedyś dialog polsko-żydowski budował prof. Bartoszewski. Człowiek z najwyższym autorytetem, wrażliwością i doświadczeniem. Teraz dobrał się tercet niedoścignionych partaczy, amatorów i dyplomatołków. Dream team: Morawiecki-Suski-Jaki. Skutki ich działań tak bardzo przewidywalne!” – napisał na Twitterze poseł PO Michał Szczerba.