Tag Archives: Michał Stasiński

Furia Krystyny Pawłowicz i inne pisizmy

20 Czer

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

 

Tusk na białym koniu? Tak, acz sami damy radę PiS-owi

11 Maj

Jerzy Owsiak i Maciej Stuhr zdominowali galę z okazji 30. rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”. Żarty obu panów zapewne nie przypadły do gustu miłośnikom „dobrej zmiany”.

Ja jestem przedstawicielem świata filmu. To jest świat gazety. Te światy czasem się przenikają. Redaktor Michnik spotkał się kiedyś z producentem filmowym i wtedy upadł rząd. Być może po naszym dzisiejszym spotkaniu stanie się coś równie spektakularnego” – mówił w trakcie gali Maciej Stuhr, żartobliwie nawiązując do tzw. afery Rywina.

Komu z państwa nie jest wszystko jedno? Redaktor Michnik nie podniósł ręki. Kto z państwa miał w ręku pierwszy numer »Gazety Wyborczej«? Kto z państwa w minionym roku przeczytał choćby jedną książkę? Czy jest na sali ktoś, kto spalił chociaż jedną książkę? Nie widzę. Czy ktoś z państwa był ze święconką w tym roku? Troszkę mniej. Czy ktoś z państwa w ostatnich dniach rozwiesił jakiś plakat z Matką Boską? Są ręce, nie wiem, czy to dobrze” – kontynuował popularny aktor i stand-uper. Stuhr w wyraźny sposób odwołał się do ostatnich wydarzeń i postępującej w Polsce klerykalizacji.

Równie dobry występ zaliczył założyciel Wielkiej Ostry Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak, który otrzymał nagrodę „Gazety Wyborczej”, mówił o swoim ostatnim konflikcie z posłanką Krystyną Pawłowicz (słynne słowa „Krystyna, wróć na ziemię”).

Skoro nie wyleciała w kosmos, to znaczy, że jest niewinny” – mówił o sobie lider WOŚP. W dalszej części przemówienia Owsiak apelował o solidarność i jedność Polaków. „Niech na tej Srebrnej je*nie dwoma domami, ale naszymi, wspólnymi. To przecież ładne skrzyżowanie jest” – mówił.

Wydaje się, że wszelkie zastrzeżenia, czy wczorajsze doniesienia „SE” były tzw. ustawką zostały dzisiaj rozwiane. Ta sprawa w artykule „Dzieci PMM nie dowiedziały się o adopcji z SE, nie ma wątpliwości. To była zaplanowana akcja”.

W zapowiadanym wywiadzie dla tego tabloidu szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk potwierdza, że dwoje dzieci Morawieckiego, które zostały adoptowane, nie dowiedziały się o tym fakcie – jak to sugerowano – z artykułu „SE”, ani z książki o premierze autorstwa rzecznika banku, którego prezesem był Morawiecki.

Szef Kancelarii Premiera skupił się w tym wywiadzie na atakowaniu autora książki, czyli byłego rzecznika banku BZ WBK Piotra Gajdzińskiego. Jednak, kiedy Dworczyka zapytano, czy zostaną podjęte jakieś kroki prawne wobec byłego współpracownika Morawieckiego, odpowiedź była wymijająca. – „Będzie czas na przeanalizowanie tej książki” – powiedział Dworczyk.

Internauci komentowali: – „Ci, którzy wczoraj dali się nabrać i współczuli premierowi Morawieckiemu nie mają się czego wstydzić. To naturalny odruch ludzi przyzwoitych (poza nielicznymi takimi jak Mazurek, świadomie nawołującymi do współczucia) Niech się wstydzą ci, którzy zorganizowali tę żałosną ustawkę”;

„Polityczny prostytut, sprzedał nawet rodzinę. Tragedia. Co ten Kaczyński ma na Morawieckich, że steruje nimi jak pacynami?”; – „Znam ludzi, którzy adoptowali swoje dzieci. Znam też osoby, które zostały zaadoptowane. Zawsze była otwartość w tym temacie w ich rodzinach. I żadna z tych osób nie przewodniczyła autokratycznemu rządowi, łamiącemu praworządność”.

„Zamiast pozwu i żądania wielomilionowego odszkodowania (choćby na Caritas), jest wywiad szefa kancelarii PMM w brukowcu, który – wczoraj się tak wydawało – naruszył prywatność bezbronnych dzieci. Już nic bardziej obrzydliwego w polskiej polityce nie zobaczycie: – podsumowała Hanna Lis.

Mikołaj Lizut, dziennikarz radia TOK FM obejrzał przedpremierowy pokaz filmu „Tylko nie mów nikomu” w reżyserii Tomasza Sekielskiego. Po seansie nie zostawia suchej nitki na skompromitowanych kościelnych hierarchach.

Ten film jest niezwykle ważny. Dotyka sprawy właściwie kardynalnej, jeśli chodzi o Kościół katolicki. Przede wszystkim na usta cisną się trzy słowa: kłamcy, hipokryci, właściwie diabły. To o Kościele w Polsce” – mówił na łamach TOK FM Lizut.

Pokazuje mechanizm ukrywania tych przestępstw, to że w ten mechanizm zaangażowani są także hierarchowie polskiego Kościoła i to masowo” – recenzował dzieło Sekielskiego dziennikarz.

Pokazuje także to, że właściwie Kościół katolicki zamiata to wszystko pod dywan, że jest on oblężoną twierdzą przesiąkniętą kłamstwem i hipokryzją w tej sprawie” – dodał.

Dziennikarz chwalił formę, w jakiej Sekielski skonfrontował zboczeńców w sutannach z ich dorosłymi już dzisiaj ofiarami. „Widzimy więc sceny, w których z własną przeszłością – diabłów seksualnych – muszą się mierzyć ludzie, którzy właściwie są już u kresu swojego życia” – stwierdził Mikołaj Lizut.

Publicysta przytacza również scenę, w której doszło do spotkania ofiary z księdzem Franciszkiem Cybulą, byłym kapelanem Lecha Wałęsy i pedofilem. Zdaniem Sekielskiego, Cybula do końca nie przeprosił za swoje przewinienia ani nie odczuwał winy.

Komentarze internautów, jakie ukazały się pod artykułem poświęconym recenzji filmu, pokazują brak zaufania części Polaków do skompromitowanej instytucji Kościoła. „Ci biskupi zawsze w brokatach i złocie pozamykani w pałacach; udający wierność i miłość do Boga – to szatańska obłuda i oszukiwanie wiernych” – odważnie napisał jeden z użytkowników. „Panie Tomaszu, powodzenia! Jest Pan w Panteonie »Wyklętych«, a ci w kraiku nad Wisełką, są napiętnowani przez »nowozmianowców«” – dodał inny.

Kolejny atak na Radosława Sikorskiego posłanka PiS Krystyna Pawłowicz przypuściła po jego wpisie na Twitterze, w którym tak skomentował artykuł „Foreign Policy” o ambicjach mocarstwowych Chin: – „Aż dziw, że Prezes nie ogłosił jeszcze, że zbudujemy lotniskowiec”. – „Fantastycznych opowieści o pana afgańskim bohaterstwie na zapleczu walk i „frontowych” fotek w gustownym „wojennym” ubranku nic nie „przebije”… Żaden lotniskowiec” – napisała Krystyna Pawłowicz.

W odpowiedzi na ten komentarz Sikorski zamieścił zdjęcie artykułu zatytułowanego „Wspólne przedsiębiorstwa polsko-radzieckie”, napisanego przez Pawłowicz. Zestawił go z wykonaną przez siebie fotografią z Afganistanu, którą opublikował brytyjski tygodnik „The Observer”. – W 1987 roku Pani opublikowała ten artykuł, a ja to zdjęcie. Bujaj się, wariatko” – napisał Sikorski, tym samym powtarzając swoje słowa z ubiegłego tygodnia, kierowane do Pawłowicz. O tym w artykule „Bujaj się wariatko” i „Epidemia prostactwa”.

Na tym nie koniec, bo Pawłowicz nie odpuszczała. _ „Nie dość, że jest pan prostym narcyzem, to nie umie pan też czytać. Ten art. był wtedy JEDYNYM prawn.opisem ujawniającym NIEJAWNE uchwały RM,DEMASKUJĄCYM SPOSÓB PASOŻYTOWANIA Rosji na Polsce i zgody PZPR na to. Ambasada USA zrobiła tłumaczenie i spotkali się ze mną w tej spr.w Red” [pisownia oryg. – przyp.red] – usiłowała się odgryźć Pawłowicz. – „Tak, tak, Pani walczyła z komuną, pisząc w komunistycznej prasie” – odpisał Sikorski.

„Pisała, ale się nie cieszyła. Pewnie błędy ortograficzne panna Krysia specjalnie robiła, żeby rozbić system od środka.

No i kolejne KO. Krystyna ma chyba jakieś zapędy masochistyczne, że ciągle szuka u Radka batów” – komentowali internauci. Zastanowił ich jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Zakochała się może? Każdego może dopaść, nawet po 60-tce”; – „Mając nietuzinkową osobowość Pani Pawłowicz, mam wrażenie, że Pana podrywa”.

Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Nie wiem, czy to nasza cecha narodowa, ale dziwni jesteśmy my, Polacy. Jak kogoś wielbimy to darujemy mu wszystko, patrzymy na to, co robi przez różowe okulary i nie chcemy nawet dostrzec jego wpadek. Jak kogoś nienawidzimy to całą gębą, tępimy na wszelkie możliwe sposoby, generalizujemy na maksa. Przykład? Ot chociażby kościół i polscy katolicy. Kościół jest zły, jego wierni to głupcy i oszołomy… i tak sobie z tą retoryką lecą ci, którzy mają serce pełne demokracji oraz tolerancji.

Racja, źle się dzieje z polskim kościołem, ale nie całym, tylko pewną jego częścią. Już kiedyś napisałam, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podział na Kościół z Watykanem w tle i Polską Instytucję Kościelną. PIK już dawno stracił kontakt ze swoją wiarą, usłużnie kica przed PiS-em, hołubi narodowców, wtrąca się do polityki. Ma swoich wierzących i odsuwa się od tych gorszych, czyli myślących zgodnie z naukami papieża. Jedzie równo po politykach partii opozycyjnych, uważając zapewne, że znacznie niższy w nich poziom katolickości niż w tych swoich, pisowsko – narodowych.

PIK piętnuje osoby o innej orientacji seksualnej, nie słucha papieża Franciszka, według którego „geje nie powinni być marginalizowani i powinni stanowić integralną część społeczeństw, w których żyją” i dodaje – „To, że jesteś gejem nie ma żadnego znaczenia! Bóg Cię kocha takim jakim jesteś. I nie ma żadnego znaczenia to co mówią inni ludzie”. PIK piętnuje nauczycieli, każdego, kto nie wspiera partii rządzącej, śmie przeciwko niej występować, śmie nie zgadzać się na wyznaniowy charakter Polski, który coraz bardziej przez PiS i PIK jest utrwalany.

Żądza władzy i kasy doprowadziła do tego, że PIK przekroczył granice, za którą nie ma już nic z prawdziwie pojmowanego duszpasterstwa i wiary. Im więcej dostaje, tym głośniej krzyczy, jaki jest prześladowany, jaki biedny, niezrozumiały i niedoceniany. I to właśnie PIK powinien być piętnowany za postawę zupełnie niezgodną z naukami kościoła, a jednak często krytycy zapominają o tych katolikach, którzy nie idą na smyczy PIK-u. O księżach, dla których ich misja, uczciwość i pojmowanie wiary, jest znacznie ważniejsze od dóbr doczesnych i politykierstwa. Niestety i im się ostro dostaje, choć na to nie zasłużyli.

To ci katolicy, nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, również nie odnajdują się w obecnej rzeczywistości, zdominowanej przez duszpasterzy, którzy zapomnieli, kim są i po co. To również oni nie kryją gorzkich słów, potępiają pedofilię w kościele, uczestniczą w protestach przeciwko łamaniu konstytucji i zasad demokracji, nie zgadzają się z kościelną polityką wobec narodowców, wzrastającym przepychem, w jakim żyją polscy hierarchowie i ich wiecznymi roszczeniami finansowymi. To oni napisali ostatnio list do Konferencji Episkopatu Polski, występując przeciwko ściganiu przez policję autorki wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy.

W  swoim liście napisali m. in., że „wpisanie tęczy nie jest, naszym zdaniem, obrazą uczuć religijnych, gdyż tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym” i zwrócili uwagę „na brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz Kościoła oraz organów Państwa na przypadki ewidentnej profanacji, jakimi były zjazdy organizacji nacjonalistycznych na Jasnej Górze, podczas których głoszono treści sprzeczne z nauką Kościoła, czy też na skandaliczną wypowiedź ks. bpa Andrzeja Jeża cytującego podczas homilii Wielkoczwartkowej, jako prawdziwe, opinie z antysemickiej fałszywkę”.

Osoby tak ostro krytykujące dzisiejszy, polski kościół, sami żądając dla siebie Polski świeckiej, zapominają, że ten kościół to nie tylko PIK. Wołając głośno o uszanowanie praw obywatelskich, jednocześnie odbierają te prawa innym, negując ich. Nie widząc tutaj żadnej sprzeczności z tym, co sami głoszą, wrzucają katolików do jednego worka, tym samym idealnie wpisując się w budowanie podziału w społeczeństwie.

Demokracja to poszanowanie innych poglądów, wyznania, rasy, orientacji seksualnej. To uznanie, że każdy człowiek ma prawo do bycia, kim chce, życia według swoich norm czy poglądów. Krytykujmy PIK i jego wyznawców, ale nie piętnujmy każdego katolika za to, że jest katolikiem. Odróżniajmy dobro od zła i nie krzywdźmy tych, którzy nie zasługują na złe słowa. Żyjemy w bardzo mrocznej Polsce, ale zachowajmy umiar i odpowiedni poziom człowieczeństwa. Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Morawiecki zamiast twarzy ma cholewę, bo z gęby robi cholewę. Groteska

12 Gru

„Frywolność i propaganda sukcesu w wydaniu premiera Morawieckiego w Sejmie mocno kontrastują z #AferaKNF, drożyzną, rozbiciem armii i policji, chaosem w szkołach, sytuacją w rolnictwie. Kompletne oderwanie od rzeczywistości” – napisał na Twitterze Tomasz Siemoniak, były minister obrony w rządzie PO-PSL, ale to w niczym nie może poprawić humoru opozycji, która dała się ubiec Mateuszowi Morawieckiemu.

Premier przedstawił wniosek o wotum zaufania dla rządu w sytuacji, gdy na piątek zaplanowana jest – wnioskowana przez opozycję – debata w sprawie votum nieufności dla całej jego ekipy.

Skopiował tym samym pamiętny manewr rządu Donalda Tuska sprzed lat.

Farsą nazwał wystąpienie szefa rządu poseł PO Michał Szczerba, bo na jego treść składa się seria podziękowań.

Morawiecki dziękował wszystkim swoim ministrom. Wyliczał ich zasługi. „Gdybym miał wymienić wszystkie, nie zdążyłbym na posiedzenie Rady Europejskiej” – stwierdził.

„Dziękuję naszym Rodakom za zaangażowanie. Dziękuję za to, że jesteście zaangażowani w sprawy publiczne. Wasze zainteresowanie Polską jest widoczne” – zaczął Morawiecki.

Podkreślił: „Mam nadzieję, że Polacy powierzą nam stery rządów na dalszy czas i będziemy kontynuować reformy”. Dodał: „Osiągnęliśmy w tym roku najwyższy poziom rozwoju i najlepszy rynek pracy. Jesteśmy stawiani za wzór. Powiedzieliśmy, że będziemy obniżać podatki dla małych i średnich firm – i to się zadziało” – wyliczał z sejmowej mównicy.

Wchodząc w szczegóły podkreślił: „Mamy najniższe podatki w UE dla małych i średnich. CIT na poziomie 9%. Można?” – pyta Morawiecki. „Można” – chórem odpowiadają politycy PiS.

„Skuteczność, wiarygodność, europejskość i jedność” – tak określił Morawiecki filary swojego programu.  „Skuteczna i dobra polityka różni się od złej tym, że jest ona oparta o dotrzymywanie obietnic i twarde dane” – powiedział i zaapelował się do opozycji o obniżenie temperatury sporów.

Zwracając się dalej do opozycji tłumaczył: „Wyobraźmy sobie, że Unia Europejska jest kamienicą, w której w różnych mieszkaniach mieszkają różne rodziny, narody, państwa. Czy nie jest tak, że w ramach tych rodzin powinniśmy najpierw się między sobą porozumieć, zanim pójdziemy na skargę do dozorcy, czy jakiegoś sąsiada? – pytał.

Nawiązując do problematyki praw obywatelskich Morawiecki powiedział: „Niby w Polsce jest dyktatura, a przecież widać, jaki duży mamy ruch turystyczny”. Dodał następnie: „Jakoś się przedarli przez te zasieki i czołgi na granicach” – zakpił.  „To jest ciekawa dyktatura, że opozycja protestuje chroniona przez policję, że w wielu samorządach rządzi opozycja. Ze grozą myślę o takiej dyktaturze– dodał.

Władze PiS i neofaszyści wspólnie demolują Polskę. Tak nas urządzono na 100. lecie odzyskania niepodległości

12 List

Za sprawą polityki, za sprawą różnic ideowych, za sprawą faktów dokonanych i zapowiadanych wspólnota polska zamieniła się w zbiór kilku wspólnot, wobec siebie często wrogich. Można było ten dzień świętować w ramach tych wspólnot przede wszystkim, a czasami w przestrzeni otwartej (chociażby przy okazji odsłaniania pomników Ignacego Daszyńskiego czy Wincentego Witosa), na koncertach, na ulicach, w samorzutnej radości obywatelskiej i patriotycznej. Lecz w centrum uwagi pozostał galimatias i chaos, jaki wyprodukował obóz rządzący, na łapu-capu próbując uratować majestat państwa, powagę jego dostojników i najwyższych reprezentantów, uratować swoją legendę i politykę historyczną. Pojawiły się też w kontrze bądź w tle inicjatywy inne, odczytujące historię w inny sposób, a przede wszystkim całkowicie inaczej odczytujące sensy dzisiejszej polityki Polski i jej przyszłość.

Innym udało się świętować bez partyjnej młócki

Haniebna kapitulacja przed nacjonalistami

W tym nieuporządkowanym zbiorze zdarzeń, gestów i słów można wychwycić kilka silnych znaków i znamion.

Państwo zarządzane przez Jarosława Kaczyńskiego w sposób doprawdy niezrozumiały skompromitowało się na kilka sposobów (choć nie brakuje opinii, że to jest cecha jego immanentna). Nie potrafiło wymyśleć i przygotować należycie – ogólnie i konkretnie – obchodów stulecia – mimo wydania milionów złotych.

Co się działo z marszem, z prezydentem w roli głównej, wzmacnianym przez premiera i ministra obrony narodowej, wiadomo. W prawo, a to w lewo, do przodu, a to do tyłu. Wreszcie doszło do pertraktacji państwa z organizatorami Marszu Niepodległości, reprezentującymi środowiska bliskie ONR. Obradowano „długo w noc” i się ponoć dogadano. Kto z kim, jaka była treść tego porozumienia? Pytania można mnożyć.

Tak czy inaczej takie słowa jak blamaż, haniebna kapitulacja są jak najbardziej na miejscu. Na czele pochodu nacjonalistycznego – tak to zobaczył świat – poszedł prezydent. Ale to był pochód niby dogadany, wspólny, jednak podzielony na części, osobno część reprezentująca zjednoczoną prawicę, a osobno, w bezpiecznej odległości, nacjonaliści, neofaszyści, jak kto chce ich nazwać. Obydwie części szły inaczej, pierwsza w otoczce wojska i sił porządkowych, dla swojego bezpieczeństwa, druga też w otoczce, ale separującej miasto od manifestujących, co było oczywiście naruszane. Całość jakoś żenująca, zawstydzająca, słaby powód do dumy i satysfakcji.

Świętować radośnie i wzniośle, ale bez patosu

Kult Lecha Kaczyńskiego

Towarzyszyła temu patetyczna tonacja przemówień oficjalnych, tonacja orędzia pary prezydenckiej i osobno kilkakrotnych wystąpień samego prezydenta, po prostu już nie do wytrzymania, pełnych banałów, ale też ryzykownych tez. Bo te przemówienia i wystąpienia ścieliły się u stóp właśnie odsłoniętego pomnika Lecha Kaczyńskiego, wynosiły jego wielkość na miarę ponoć Józefa Piłsudskiego. Śp. prezydent został swoiście umiejscowiony w ciągu od 1918 r. po 1980 r. – i wreszcie nawet 2018 r.

Nic dziwnego, że kult Lecha Kaczyńskiego nadal będzie osią historyczną polityki PiS. Jego brat i prezes, przemawiający przed odsłoniętym pomnikiem i w kolejności przed prezydentem, co było zwyczajnym, aczkolwiek etykietalnie nagannym potwierdzeniem hierarchii w obozie rządzącym, zapowiedział budowę muzeum Lecha Kaczyńskiego. Zresztą etykieta szwankowała na każdym kroku, włącznie z niebywale lekceważącym i celowo obraźliwym potraktowaniem Donalda Tuska na centralnej uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

Linia zakreślona przez Tuska

Donald Tusk właśnie wpisał się w te obchody niezwykle mocno. Już swoją obecnością stworzył pewien klimat, ale to, co powiedział w Łodzi podczas Igrzysk Wolności, było wstrząsające – dla obozu rządzącego przede wszystkim, ale też dla publiczności. To było świetne polityczne przemówienie, które wybiło się ponad poziom dominujących opowieści, narracji, dyskursów we współczesnej Polsce. Miało horyzont, wewnętrzny program na przyszłość, jasno ułożoną i wyrażoną aksjologię – liberalnej demokracji, proeuropejskości, obywatelskości. Było to też przemówienie, które nie unikało konfrontacji z zagrożeniami, politykami i personami (w Polsce, ale i w Europie i na świecie) stającymi przeciwko owym aksjologiom.

Zawierało także program działania, organizowania się w nadchodzącym roku wyborczym. W oczywisty sposób, zresztą wprost i bezpośrednio, było skierowane przeciwko obozowi rządzącemu w Polsce. Głośno zabrzmiało w nim nazwisko Lecha Wałęsy, bohatera wolności, zestawionego z Piłsudskim, bohaterem niepodległości. Tak oto Tusk wrócił do polskiej polityki – jako jej aktywny uczestnik, aczkolwiek w jeszcze niewyjaśnionej roli.

Kończą się obchody jubileuszowe, które Polacy mieli obchodzić wspólnie. Jakoś je razem obeszli, ale jednak podzieleni. Między innymi wedle jasnej linii, którą zakreślił Donald Tusk. I nie powinna być ona zamazywana przez fałszywe i nieszczere wzywania do zgody i jedności.

Dwie wizje na stulecie, Morawieckiego i Tuska

Pisowski ceremoniarz kazał szefowi Rady Europejskiej zająć miejsce daleko za wierchuszką partii rządzącej. Donald Tusk podwójnie pokazał klasę: stawił się na obchodach stulecia odzyskania niepodległości w swej ojczyźnie i nie pchał się jak Trump do pierwszego rzędu. Mimo to urzędujący prezydent nie znalazł chwili, by się z nim osobiście przywitać. Obecna władza kolejny raz pokazała, że z wyglansowanych butów jej dygnitarzy wystaje słoma. 

Trzeba być prezesem Kaczyńskim, by nazwać przemarsz przez Warszawę obecnej elity rządzącej wraz z nacjonalistami wielkim sukcesem, a drętwą i obłudną mowę prezydenta Dudy wspaniałym przemówieniem. Stulecie odrodzenia państwa polskiego zasługiwało na coś nieskończenie więcej niż marsze pod flagami narodowymi przetykanymi flagami skrajnej prawicy.

Jeśli ktoś mógłby się z takiego widowiska cieszyć, to chyba tylko pogrobowcy zabójcy prezydenta Narutowicza. A marszałek taką fetę chyba uznałby za obrazę osobistą. Przemarsz dygnitarzy pisowskich, a tuż za nimi nacjonalistów z takiej okazji przejdzie do historii w niesławie.

Prezydent Duda zestawił prezydenta Kaczyńskiego z naczelnikim Piłsudskim, co jest z kolei obrazą dla prezydentów Polski przedwojennej, emigracyjnej i po roku 1989 r. Wszyscy, nie tylko Lech Kaczyński, powinni być w tym dniu uhonorowani za służbę państwu polskiemu. A żyjący powinni przemówić do obywateli, jak w momentach o symbolicznym znaczeniu historycznym potrafią to uczynić przywódcy dojrzałych demokracji.

Podczas obchodów stulecia zakończenia pierwszej wielkiej wojny na wysokości zadania stanęli kanclerz Merkel i prezydent Macron, a Donald Trump pokazał, że i jemu słoma wystaje z butów, gdy odmówił wizyty na cmentarzu poległych na polach Francji żołnierzy amerykańskich, zasłaniając się złą pogodą.

Kto się interesuje historią Polski, dobrze wiedział, że setna rocznica zbliża się wielkimi krokami i przypadnie na rządy „dobrej zmiany”. Nie należało się wiele spodziewać, ale w głębi duszy polscy obywatele niechodzący pod flagami nacjonalistów, lecz tylko pod biało-czerwonymi i europejskimi liczyli, że tak wspaniałej okazji zjednoczenia patriotycznego nawet obecna władza nie zmarnuje. Zmarnowała. Następnej takiej rocznicy już nikt ani z obozu władzy, ani z reszty społeczeństwa nie dożyje. Strasznie mi żal.

Prawo i Sprawiedliwość być może ma powody, dla których zdecydowało się dogadywać z nacjonalistami. Trzeba było być jednak wyjątkowo naiwnym, żeby wierzyć w powodzenie misji „tylko biało-czerwone flagi”.

– Wspólny marsz to ogromny sukces – powiedział Jarosław Kaczyński w rozmowie z jednym z prawicowych serwisów. Ten sam Jarosław Kaczyński zapewniał, że nie ma mowy o polexicie, a jego ugrupowanie wcale nie zmierza do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Jaki związek ma Marsz Niepodległości z potencjalnym polexitem? Władze maszerowały dziś z organizacjami, które nie ukrywają swojej wrogości wobec struktur UE i twierdzą, że Polska będzie niepodległa dopiero, gdy z nich wyjdzie. Kaczyński nie powinien się więc dziwić, gdy kolejny raz zostanie podniesiony ten zarzut wobec PiS-u.

To nie ekstremum, to organizatorzy

Władze maszerowały w jednej demonstracji z Obozem Narodowo-Radykalnym, Młodzieżą Wszechpolską i Ruchem Narodowym, bo reprezentanci tych trzech organizacji wchodzą w skład zarządu Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, kolejno – Robert Bąkiewicz, Mateusz Marzoch i Witold Tumanowicz. I to te grupy organizatorskie, a nie przypadkowe osoby, stanowiły ten ekstremistyczny element, z paleniem flagi Unii Europejskiej i patriotycznymi okrzykami w rodzaju „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” (a gdy służby broniły kontrmanifestacji także „zawsze i wszędzie policja j***ana będzie”).

Marsz Niepodległości był stosunkowo spokojny, jeśli mielibyśmy spokój mierzyć brakiem rannych czy większych szkód. Ale nie był to – jak zapowiadały władze – marsz pod „wspólnym biało-czerwonym sztandarem”. Nie brakowało na nim flag z falangami i emblematów Forza Nuova, włoskiej organizacji o charakterze nacjonalistycznym i neofaszystowskim, której reprezentanci kolejny rok z rzędu pojawiają się na Marszu.

Jeśli założymy nawet – jak chciałoby wielu – że ekstremistów była zaledwie garstka wśród tłumu „zwykłych” uczestników, to pozostaje pytanie, dlaczego najwyższe polskie władze musiały przed ową garstką się ugiąć i zorganizować marsz na ich zasadach?

Jak uniknięto katastrofy

Ostatecznej PR-owej katastrofy udało się uniknąć dzięki względom bezpieczeństwa. Część „defiladowa” z prezydentem, premierem, Jarosławem Kaczyńskim, partyjną wierchuszką oraz kombatantami, żołnierzami i orkiestrami wyruszyła jako pierwsza i dziarsko pognała do przodu. Część druga, gdzie pojawiły się flagi ONR, Forza Nuova, krzyże celtyckie i gdzie palono flagę UE, była od pierwszej oddzielona tym, co nazwano „buforem bezpieczeństwa”. W ten sposób powstało kilkaset metrów wyrwy i nie było ryzyka, że prezydentowi czy premierowi zrobione zostanie zdjęcie na tle rasistowskich symboli.

Tragedii faktycznej udało się zaś uniknąć tylko dlatego, że przed marszem postawiono służby na nogi i udało się zidentyfikować około 400 ekstremistów, a część z nich zatrzymać. ABW zapobiegła też organizacji koncertów i konferencji, na których miał być propagowany rasizm i totalitaryzm. Neonaziści m.in. ze Szwecji i Rosji zapewne doprowadziliby do powtórki z 2013 roku, kiedy podczas Marszu Niepodległości w ruch poszła kostka brukowa, spłonęła Tęcza na placu Zbawiciela i zaatakowano squat Przychodnia.

Naiwność władz

Wiwatowanie wspólnego marszu i odcinanie się „buforem bezpieczeństwa” od Marszu Niepodległości to chaos, który wygląda jak gaszenie pożaru, przy jednoczesnym polewaniu ognia benzyną.

Prawo i Sprawiedliwość być może ma powody, dla których zdecydowało się dogadywać z nacjonalistami. Władze mogły obawiać się zamieszek, mogły przypomnieć sobie, że w nowelizacji nie uchwaliły „dominacji” państwowych uroczystości nad wszystkimi innymi, mogły też bać się odpływu głosów prawicowego elektoratu. Trzeba było być jednak wyjątkowo naiwnym, żeby wierzyć w powodzenie misji „tylko biało-czerwone flagi”. Udawanie zaś, że cały Marsz był pochodem uśmiechniętych patriotów, jak przedstawiają to na zdjęciach kancelarie prezydenta i premiera, to już taka dziecięca zabawa – zamykamy oczy i udajemy, że wokół nas nic nie ma.

Jan Józef Lipski, Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy

Polski prezydent i premier postanowili dołączyć do marszu faszystowskiego w Warszawie

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o spieprzającym Dudzie.

Władza nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami

Gdy kiedyś solidny historyk spojrzy na dzień, w którym świętujemy 100. lecie odzyskania niepodległości, co zobaczy?

Władzę, która szybko okazała się wstydem dla rodaków i która nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami, a nawet sprowadzonymi z zewnątrz, z Włoch.

Zobaczy prezydenta, który nie ma w sobie krzty przyzwoitości, nie dość, że swoją osobą nie potrafił przekonać nikogo znacznego z zagranicy, ale najwybitniejszego obecnie polityka polskiego, szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska ustawił w piątym rzędzie, bo nie jest z jego opcji politycznej.

Zobaczy manifestację rządową, która została doproszona do manifestacji nacjonalistów i neofaszystów, a gdy już ruszyli okazywać sztuczną radość, prezydent RP wraz z premierem i faktycznym odpowiedzialnym za groteskowy stan ojczyzny, prezesem partii rządzącej, uciekali jak Benny Hill przed pogonią nacjonalistów. Muzyczka z tyłówki telewizyjnej brytyjskiej komedii w odcinkach to niemal oficjalny hymn tego dnia, a nie żaden Mazurek Dąbrowskiego.

O prezydencie, premierze i prezesie należy opowiadać ze świadomością, że z tła wydobywa się muzyczka z Benny Hilla, a symbolem tego oficjalnego obrazka jest jakość oleodruku z jeleniem na rykowisku. Nasza ojczyzna wygląda jak jakiś podrzędny zapomniany kraj, a patriotyzm – uczucia, które winno się wymawiać „rzadko na moich wargach” – został zeszmacony jak biało-czerwona flaga powiewająca obok flag ONR.

Przyszły historyk będzie musiał zmierzyć się z tymi nie zasługującymi na pamięć postaciami polityków rządzącej partii, bo taka jest jego profesja, ale pocieszający dla niego i dzisiaj dla nas jest podskórny nurt pod powierzchnią zdarzeń, wynoszący do reprezentowania rodaków osoby, na które zasługuje dumny naród Polski.

Wspomniany już Donald Tusk, który swoją osobą wywyższył imię Polaka, w historii kraju piastuje najwyższą polityczną funkcję w Europie.

Historyk zwróci uwagę na innego polityka, który już za rok spełni swoją przepowiednię z dnia obchodów 100. lecia odzyskania niepodległości: „11 listopada 2019 roku stąd zacznie się wielki, wspólny marsz, gdzie będziemy wszyscy obecni, gdzie wszyscy będziemy mówić: Polska może być wspólnotą, wspólnotą w UE, dumnych ludzi, którzy pamiętają o swojej historii, ale zawsze chcą łączyć, a nie dzielić”.

Tak! To Grzegorz Schetyna będzie dla przyszłego historyka tym ziarnem, z którego zawsze odnawia się Polska, bo przecież nie godzimy się na PiS goniony jak Benny Hill przez ONR.

„Panie Prezydencie, Panie Premierze, Panie Ministrze – patronowaliście temu marszowi. Miało być godnie i bezpiecznie. Czy podległe Panom służby pomogą ująć tych damskich bokserów spod znaku falangi?” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Gazeta opublikowała film, na którym widać, jak dziennikarka tej redakcji jest szarpana przez uczestnika Marszu Niepodległości w Warszawie.

Zamaskowany mężczyzna, którego filmowała dziennikarka „GW”, uderzył pięścią w obiektyw kamery. Wcześniej pod adresem reporterki padały obraźliwe słowa. Mimo że powiedziała, że jest dziennikarką, mężczyzna chwycił za obiektyw i krzyknął, że zaraz „roz…i ten aparat”. Odciągnął go inny uczestnik marszu, a pozostali mówili dziennikarce, że to ona prowokuje i najlepiej by zrobiła, gdyby sobie poszła.

„Tacy odważni, a z maskami na twarzach”;

„Jak powiedział Władysław Frasyniuk „człowiek z biało-czerwoną flagą nie jest patriotą. To tylko człowiek z biało-czerwoną flagą. Patriotyzm okazuje się inaczej” poprawcie mnie jeśli coś przekręciłem”; – „Faktycznie filmowała marsz. No takiej prowokacji to można nie wytrzymać” – komentowali internauci.

>>>

Duda jako kosmonauta z napędem własnym

11 List

To komentarz jednego z internautów do przemarszu pisowskich oficjeli. I rzeczywiście – część marszu z pisowską wierchuszką maszeruje niezwykle szybko.

Można by postawić pytanie, czy kolano prezesa wytrzyma takie tempo?

„Wygląda na to, że czoło Marszu z politykami PiS, osłaniane przez policjantów i żołnierzy, znacznie wyprzedziło peleton narodowców, który jeszcze nawet nie ruszył. Czyżby chodziło o to, żeby ktoś przypadkiem nie zrobił wspólnych zdjęć…?” – napisał na Twitterze Przemysław Henzel.

Pomiędzy narodowcami a marszem państwowym jest ok. kilometra odległości.

„Jest pomysł, aby pod relacją z uciekające marszu prezydenckiego puścić muzyczkę z Benny Hilla”– napisał Paweł Wroński z „GW”. – „Co za smutny dzień. Nigdy nie zrozumiem tego, co zrobił Andrzej Duda” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Nie mogło też zabraknąć ustawki w iście PRL-owskim stylu. – „Aneta i Mateusz zaręczyli się w 100 rocznicę odzyskania Niepodległości w obecności Andrzeja Dudy i prezesa J. Kaczyńskiego. Gratulował premier” – napisał Jacek Czarnecki z Radia Zet.

>>>

>>>