Tag Archives: Michał Kuczyński

Mateusz Morawiecki, recydywista kłamstwa. Z życia pasqud 13

8 Lip

Morawiecki minął się z prawdą przy okazji ogłoszenia planu walki z zanieczyszczeniem powietrza. Polityk w trakcie konwencji PiS w Katowicach zapowiedział, że jeszcze w bieżącym roku posadzone zostanie pół miliarda drzew.

Wykonanie tego planu jest po prostu niemożliwe. Leśnicy, zakładając, że akcja zakończona ma zostać w Sylwestra, musieliby sadzić aż 33 drzewa na sekundę…

Prawo i Sprawiedliwość jest formacją antyekologiczną. PiS-owcy jak dotychczas wycięli tysiące drzew i pozbyli się elektrowni wiatrowych. Rządzący nie ustają przy tym w promocji energetyki węglowej, choć problem zanieczyszczenia środowiska jest w Polsce coraz bardziej widoczny.

Zdaniem wielu polityków partii rządzącej, problemy związane ze zmianami klimatycznymi stanowią wymysł „lewackich” mediów.

Najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego może stać się koszmarem na jawie. Jak poinformował na Facebooku Roman Giertych, pełnomocnik Geralda Birgfellnera, właśnie otwiera się nowy rozdział sprawy oszustwa na wielką skalę (chodzi o kwotę ponad 40 mln złotych), jakiej dopuścić miał się prezes Prawa i Sprawiedliwości na rzecz austriackiego biznesmena. Sprawa dotyczy rozbudowy finansowego zaplecza środowiska, skupionego wokół lidera Zjednoczonej Prawicy i budowy na działce przy ul. Srebrnej dwóch wieżowców K-Towers, które na wiele dekad zapewniłyby olbrzymie finansowanie temu stronnictwu.

Chodzi mianowicie o decyzję austriackiej prokuratury, która zdaniem Giertycha została wręcz dodatkowo zmotywowana do działania wnioskami, które skierowała do niej polska prokuratura. Popularny mecenas jest nawet zdania, że to nie jest przypadek i tak naprawdę na taki efekt liczyli prokurator Śpiewak i prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski, którzy rozumieją, że w polskich warunkach do wszczęcia takiego śledztwa nie ma prawa dojść.

“Otrzymaliśmy informację od austriackiej prokuratury, że wpłynął do nich wniosek o przesłuchanie Geralda Birgfellnera skierowany przez prokuratorów Renatę Śpiewak i Bogdana Święczkowskiego. Przesłuchanie w rozmowie z prokuratorem austriackim ustaliliśmy na dzień 12 sierpnia br. w Wiedniu. Wraz z przesłuchaniem złożymy wniosek o wszczęcie postępowanie karnego w Austrii. Prokurator po zrealizowaniu wniosku polskiej prokuratury będzie mógł wyłączyć sprawę naszego zawiadomienia do odrębnego postępowania i przeprowadzić normalne, gruntowne śledztwo” – czytamy na Facebooku Giertycha.

Więcej >>>

eśli sprawa zostanie formalnie podjęta, należy spodziewać się rychłego wezwania na świadka zarówno Jarosława Kaczyńskiego, jak i ks. Rafała Sawicza i zapewne wielu innych prominentnych działaczy środowiska skupionego wokół spółki Srebrna, w tym małżeństwo Kujdów, słynną panią Basię, czy Michała Krupińskiego, szefa państwowego banku, który miał w niejasnych okolicznościach gwarantować sfinansowanie inwestycji.

W zbudowanym przez większość sejmową układzie państwowym, w którym prokuratura jest ściśle podległa politykowi zależnemu od lidera PiS, niemożliwie jest nawet wszczęcie śledztwa w sprawie jego dotyczącej (to, co dzieje się wokół postępowania sprawdzającego z zawiadomienia Birgfellnera jest najlepszym przykładem tej głębokiej patologii). Jeśli jednak sprawa trafi pod jurysdykcję państwa ze sprawnie działającą prokuraturą, nieskażoną politycznymi powiązaniami, to sprawa może przybrać bardzo nieciekawy obrót dla “krystalicznego” lidera partii rządzącej. Jeszcze przed wyborami może dojść nie tylko do wszczęcia śledztwa w tej sprawie, ale i do postawienia mu poważnych zarzutów oszustwa czy nawet wystawienia Europejskiego Nakazu Aresztowania, jeśli przed stawiennictwem przed organami ścigania będzie się uchylał. Dłużej tej sprawy bagatelizować się nie da. Pozostaje pytanie, jakiej pomocy zdecyduje się udzielić prezesowi PiS Zbigniew Ziobro i czego zażąda w zamian. Jedno jest pewne – sprawa z pewnością powróci i to ze zdwojoną siłą.

Wyobraźmy sobie świat bez religii, o którym śpiewał John Lennon w piosence “Imagine”: nie ma już coniedzielnej Mszy, kościoły najpierw zamknięto, a potem przerobiwszy na sale koncertowe – zburzono. To samo zrobiono z meczetami i synagogami, cerkwiami i zborami.

Co by się stało, gdybyś pewnego dnia dowiedział się, że papież ogłosił koniec chrześcijaństwa w jego dawnej i obecnej postaci? Czy świat bez religii był niegdyś? Czy kiedyś będzie? Czy Jezus się nie mylił, pytając retorycznie, czy “znajdzie wiarę na Ziemi, gdy przyjdzie?” Czy ludzie Kościoła i innych religii zostaną ukarani za to, co robili przez tyle wieków z niewykształconymi ludźmi?

Wiedza daje potęgę, także tę materialną: to wiemy wszyscy. Kto jednak korzysta z wiedzy, aby zdobyć władzę i pieniądze, ten niegodny jest nieba. Powinien zostać na ziemi, którą spali słońce.

Dlaczego istnieją religie? Kto wpadł na pomysł, aby zbudować pierwsze świątynie na bliskim wschodzie i dlaczego do dziś się je stawia? Co kieruje ludźmi, aby automatycznie, jak manekiny wstać rankiem w niedzielę i “pójść do kościoła”?

Zauważ, że “chodzi się do kościoła”, a nie “chodzi się, aby spotkać Boga”. Pomylili się nasi pradziadowie, gdy ustanawiali nowoczesne reguły separacji prywatnych przekonań od naukowych dociekań w okresie pozytywizmu. Sądzili, że “religia to opium dla ludu” i że “Bóg zmarł”, ale nie przypuszczali, że nadejdą takie czasy, jak dziś, kiedy na lekcjach katecheci stawiają uczniom pytanie o to, czy “homoseksualista może być zbawiony?”. Skandal polega tu już na samym postawieniu tego pytania, które jest w domyśle rzecz jasna retoryczne: nie, nie może być zbawiony, bo ja – katecheta – tak chcę i koniec. Jest to perfidne wykorzystywanie zabobonnych lęków, przesądów i uprzedzeń, uprzednio wdrukowanych w dzieciństwie, do forsowania nowych pułapek myślowych.

Ktoś powiedział, że “wiek 21 będzie religijny, bądź nie będzie go wcale”. I miał na myśli mistykę oraz rozwój duchowy, które rzadko idą w parze z oficjalnymi dogmatami jakiejś wiary czy tradycji religijnej. Niestety, mistyka jeżeli jest, to tylko w szpitalach dla nerwowo chorych, a w przestrzeniach publicznych mamy karykaturę, parodię wiary, jej jakieś legalistyczne i formalne szczątki. Po prawdziwej wierze nie ma śladu, stąd wchodzi w nas wiara fałszywa, niemająca nic wspólnego nie tylko z Biblią, ale nawet z tym, czego uczy w oficjalnych encyklikach papież.

Kiedy opublikowano “Amoris leatitia”, podniosło się larum i “wierni Tradycji”, czyli mówiąc krótko tradycji kastracyjnej oburzyli się, że papież – zresztą wzorem Benedykta XVI – mówi coś o “erosie” i “amorze”. Dziadek bredzi! – twierdzili prawowierni, bardziej boscy niż sam Bóg katolicy polscy.

Mam znajomego księdza Polaka, który jest kapelanem w szpitalu w Wiedniu. Kiedy czatujemy o religii, przekazuje mi wstrząsający – ale jakże pozytywnie! – obraz wiary w Zachodniej Europie. Tam nikt ci nie zabroni kupna w aptece gumki albo środka antykoncepcyjnego; nikt ci nie wejdzie do łóżka i nie zbada, w jakiej pozycji to robisz i ile masz z tego rozkoszy; tam nikt ci nie zabroni uczyć się teorii ewolucji; nikt nie zmusi Twoich dzieci do udziału w jakichś chorych uroczystościach i nie będzie prześladował, jeśli ich nie poślesz na religię, która właściwie jest tam etyką oraz religioznawstwem porównawczym: dzieci uczą się, że są różne tradycje i panuje tu wielka różnorodność, tak jak w świecie biologicznym i że masz wolny wybór, możesz nie tylko je obiektywnie poznawać, ale i podróżować bez obaw do miejsc innych wiar, odwiedzać meczet, synagogę, cerkiew czy zbory i nie mieć z tego powodu problemów.

Tam nikt nie rzuca anatem, klątw i przekleństw; tam nikt nie sądzi po pozorach, a jeśli się zdarzają nieporozumienia, to szybko zostają wyjaśnione. Każdy szanuje siebie, swoją wiarę lub niewiarę, szanuje innych i inne wiary oraz niewiary. Tam religia nie opanowała uniwersytetów, akademii, szkół średnich oraz powszechnych; religia zna i zachowuje swoje granice, wie, gdzie jej miejsce, że najlepiej jej w “ewangelicznej izdebce”, gdzie każdy może robić, co chce. I jeszcze nie najmniej ważne: spowiedź jest całkowicie na wymarciu, a jeśli ktoś chce porozmawiać z księdzem, musi się umówić, bo księża nie siedzą ostentacyjnie w konfesjonałach i nie jadą na wzbudzaniu poczucia winy; znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do kościoła, widzisz sznureczek ludzi i nagle wahasz się, czy też nie pójść do spowiedzi; tak działa właśnie presja grupy.

Tam, żeby w ogóle się móc wyspowiadać, co zresztą odbywa się w całkiem różnej formule, należy znaleźć kapłana i najpierw odbyć zwyczajną rozmowę. Podczas tej rozmowy kapłan może nawet stwierdzić, że spowiedź rozumiana u nas jako sakrament, co działa na podświadomość wiernych, nie jest w tym przypadku konieczna. Rozmowa z księdzem staje się bardzo popularnym zamiennikiem spowiedzi i nie należy z tego powodu rzucać anatem na chrześcijaństwo zachodnie. Oskarżane o niewiarę, okazuje się ostatnią przestrzenią wolności, której nie zna ani polski katolicyzm, ani powracający korporacyjny model państwa świeckiego, pełnego monitoringu i obiektywów kamer.

Religia jest, staje się na naszych oczach i będzie głównym kłopotem tego stulecia, a jeśli nic nie zrobimy, to i następnego, które teraz wydaje się nam odległe, a nadejdzie niespodziewanie prędko. Religia to źródło zabobonów i bredni, podpartych tak zwaną tradycją, czyli przesądami analfabetów średniowiecznych oraz uświęcone Biblią, której i tak żaden katolik nie czyta, bo gdyby przeczytał w księdze kapłańskiej, że Bóg każe zabijać gejów, to straciłby wiarę.

Dobrze wiedzieli cenzorzy potrydenccy, kiedy zakazali prywatnej lektury pisma świętego, bo jeśli przeczytasz raz te brednie, to na zawsze porzucisz wygodną tradycję, ustalone myślenie i wyruszysz we własną podróż duchową, która da ci więcej niż “codzienny różaniec, Eucharystia, lektura pisma świętego i pokuta” – to jednym tchem wymawiane zalecenia dla polskich katolików.

Jakie to proste! Pójdę na Mszę, wyspowiadam się co miesiąc, albo co tydzień, najlepiej codziennie, przystąpię do Komunii, potem jeszcze dziesiątka różańca i jakiś dobry uczynek (umyję mamusi naczynia) i załatwione!

Jaki ten rozwój duchowy prosty! Po co mi czytanie mądrych książek, skoro nie są natchnione, no bo jedynie Biblia jest natchniona! Po co mi powieści
Dostojewskiego, Manna, Bułhakowa, te straszne, bezbożne lektury, po co mi
muzyka Bacha, jak mogę pójść sobie na charyzmatyczne spotkanko i przy wtórze gitar wyśpiewać Panu chwałę! Gitary podkręcą nastrój w grupie i może jakieś cuda się zdarzą przy okazji? Anioł ukaże się z mieczem i pójdzie karać moje bezbożne miasto, a my tu bezpieczni, schowani przed złym światem i wybrani oczywiście spośród milionów.

Oczywiście, jest jeszcze gorzej: jedną naszą stroną, tą racjonalną krytykujemy religię i Kościół, ale gdy widzimy tyle nieszczęść, aż prosi się, żeby nieco stonować, spojrzeć na religie bardziej pozytywnie jako na źródło pociechy dla tysięcy chorych, niepełnosprawnych i nieszczęśliwych.

Uwaga! To właśnie jest ów podstępny mechanizm: “no tak, ja nie potrzebuję Boga ani religii, ale nie będę z nimi walczył, skoro są ludzie, którym jest ona potrzebna”. Błąd! Ludzie, którzy naprawdę wierzą w coś, w jakiś sens zwykle nie potrzebują do tego żadnych kościelnych pośredników. Mają wiarę Pascalowską, religię serca, ową “religię naturalną”, pozbawioną dogmatów, sztywnych tradycji i rytów, owo poczucie “nieba gwiaździstego” i muzyki sfer, które skutecznie odczyniają złe uroki kościelnej niewoli, dyscypliny sakramentów i bredni, wpajanych wiernym od dekad.

Oczywiście, brednie obecne są uwspółcześnione, żaden katolik nie uwierzy już w “staruszka z brodą” i tak dalej, ale to kolejna pułapka: spór rozgrywa się na płaszczyźnie etycznej oraz światopoglądowej. Katolik serio tedy wierzy, że istniał raj z wężem i jabłuszkiem, że Jezus chodził po wodzie, że woda zmieniła się w wino i że manna sypała się z nieba, a wzburzone wody Morza Czerwonego nagle się rozstąpiły, pozwalając ujść z głową Żydom, ściganym przed Egipcjan. I na tym buduje swoją etykę, w której nadmiernie uszczegóławia Dekalog, fiksując się prawie zawsze na nieszczęsnym “szóstym i dziewiątym”, jakby nie było pozostałych osiem, równie ważnych, albo ważniejszych.

Jeśli wspólnie nie zastanowimy się tutaj, na tym forum, co dalej począć z wyskokami Kościoła i zbiorowymi zaburzeniami nerwowymi, nazywanymi roboczo “religią”, to nikt za nas tego nie zrobi i będziemy winni duchowej apokalipsy, jaką zgotują nam religie jeszcze w tej połowie obecnego stulecia.

Panie Jarosławie Kaczyński,

z niepokojem przyjąłem ponownie wiadomość o Pańskiej odizolowanej „wyspie wolności” i ogólnego szczęścia. Proszę, aby Pan tego mi oszczędził i nie zabierał mnie ze sobą, bo będzie miał Pan tam ze mną same kłopoty.

Pochodzę ze zwykłej polskiej rodziny, z ojca AK-owca i mamy robotnicy. Nie było w domu kokosów. Skromne wojskowe mieszkanko i czterech braci, wychowywanych na patriotycznych wzorcach AK.

Nie to, co Pan – arystokrata żoliborski.

Mógł się Pan cieszyć kontaktami z niezwykle wpływowymi ludźmi dyktatury proletariatu, którzy podpisywali wyroki na polskich bohaterów. Przy tak mocnych osobach z pewnością opływał Pan ptasim mleczkiem. Mieszkał Pan w wygodnej willi, odebranej rodzinie polskiego oficera i bohatera wojny z bolszewikami. Jak to fajnie móc korzystać z luksusów, chociaż męczy mnie to, że stworzonych dla ludzi, będących na usługach tamtej władzy.

Nawet, gdy zdarzyło się zaniedbać naukę, sam kurator oświaty najwyższej władzy PZPR pomógł; wprawdzie trzeba było szkołę zmienić, ale promocję do klasy maturalnej Pan otrzymał.

Potem „chłopaki szły” do wojska. U mnie było łatwo, ciągle w mundurze harcerskim, do szkoły oficerskiej poszedłem jakby z marszu, naturalnie.

Przepraszam, ale nie słyszałem, gdzie Pan służył, prawdopodobnie prasa tego nie zauważyła, ale powszechny obowiązek obrony ojczyzny zapewne był Panu nieobcy i odsłużył Pan te dwa obowiązkowe lata dla ojczyzny, żeby, jak wtedy mawiano, stać się mężczyzną. Pewnie podziela Pan mój pogląd, że trudno było się od wojska wymigać, chyba że ktoś ręki lub nogi nie miał albo na tzw. żółte papiery, bo wariatom wtedy broni nie dawali, prawda?!

To kiedy stał się Pan mężczyzną?

Ludzie mówią, ale nie wierzę, że nadal trudno Panu zrobić cokolwiek samemu.

Z pisaniem pracy inżynierskiej czy magisterskiej też nie miałem problemów. Pamiętam jednak to stukanie jednym palcem na maszynie, bo maszynistka była zbyt droga.

Przepraszam, ale nie doczytałem, czy pisał Pan jakąś pracę magisterską? Niektórzy mówią, że wtedy można się było od razu doktoryzować, szczególnie gdy pisało się o umacnianiu władzy i samorządów w socjalistycznym państwie. Mówią też, że szczególnie trudno było, gdy się miało wymagających promotorów, rodem z kraju ojczyzny socjalistycznych przemian. Oni to się znali na rzeczy.

Kiedy zostałem oficerem, szkoliłem wojsko od rana do późnej nocy, od pobudki do capstrzyku w jednostce. Wolnych sobót nie było, a służby w niedziele dla młodych oficerów były jakby przypisane. Ale było świetnie, można się było wylegiwać w drodze na poligon w bydlęcym wagonie eszelonu nawet przez całą dobę. Ale, co tam, wiele wspomnień zostało…

Słyszałem, że Pan wtedy też służył, jako TW Balbina… Ciekaw jestem, czy ma Pan z tego czasu jakieś fajne wspomnienia. Wiem, że jest Pan ode mnie dużo starszy, ale zapytam: czy nadal Pan służy?

Słyszałem, że chciał Pan do Solidarności, ale się Pan nie zapisał. Szkoda, bo teraz mówią, że był Pan tam przywódcą i tylko przez nieuwagę nie internowano Pana w stanie wojennym. A to ci dopiero nieodpowiedzialni partacze.

W stanie wojennym zajmowałem się zwykłym zabezpieczaniem Sztabu 2 Dywizji i nawet na żaden patrol mnie nie wysłano. Moi koledzy wspominali, że ludzie przynosili im gorące napoje w siarczysty mróz. Wszyscy mówili, że to nie ich wojna.

Panie Kaczyński, a Pana internowali albo bili?

W. Frasyniuk opowiadał, że ci, z którymi Pan współpracował, podobno robili ścieżki zdrowia. Niech Pan przyzna, naprawdę spał Pan do 12.00 i zawiódł Pan zarówno jednych, jak i drugich? Nie wierzę!

Jednak biorąc powyższe pod uwagę rozumiem Pańską tęsknotę za językiem wojny. Ogłosił Pan podobno walkę z ofensywą zła. To brzmi groźnie, bo trudno zatrzymać ofensywę, gdy nie ma kontrofensywy, a walka może tylko symbolicznie zadowolić propagandowych ekstremistów, nie przynosząc zwykle zwycięstwa, a tylko propagandę.

Jednak zło trzeba zwalczać. Szczególnie takie, które niszczy życie nas wszystkich. Szczególnie polecam Panu walkę z niszczycielami naszej demokratycznej konstytucji i systemu prawnego, bo to tworzy anarchię i prowadzi do dyktatury partii rządzącej. Polecam Pańskiej uwadze tworzenie się zależności pomiędzy politykami, biskupami i przedsiębiorcami, bo wtedy tworzą się mafie i tylko patrzeć jak zachęcani bezkarnością, nawykowo łamiąc prawo, staną się nie tylko bezczelnie bogaci, ale znajdą media, które wytłumaczą elektoratowi, że „im się to, po prostu należy”. Najbardziej boję się, że tacy ludzie przekupią wyborców ich własnymi pieniędzmi zebranymi poprzez ciągle wprowadzane nowych podatków i drożyznę. Wtedy będą rządzić przez lata, dopóki bogactwo ich nie zdemoralizuje absolutnie.

Powiem Panu, że to nie jest dobre dla ludzi, bo w takiej sytuacji rządzący dają trochę kasy przed wyborami i więcej nie dbają o ludzi. To niebezpieczne, bo najczęściej wtedy upada system edukacji, bo po co uczyć niewolników, a niepotrzebni chorzy i starsi bez wsparcia medycznego umierają bez godności. Są niepotrzebni władzy.

Wiem, że ma Pan kotka. Tacy ludzie mają wrażliwość na krzywdę we krwi. Tu też się trochę różnimy, bo po moim podwórku biega duży pies i 4 koty. Chociaż żyją w zgodzie, to widziałem jak „rasa panów”, a właściwie rasa dominująca, potrafi zaszczuwać innych, korzystających ze wspólnego podwórka. Szczególnie upodobały sobie starsze wysłużone zwierzęta. Kiedyś słyszałem jak szczekają, że to one zbudowały sobie wszystkie budy i kojce, chociaż dopiero te futrzaki kupiłem.

Muszę się przyznać, że nie chodzę do kościoła, ale ktoś nade mną czuwa. Może dlatego, że staram się żyć w zgodzie z ludźmi i przyrodą. To miłość do świata daje mi siłę i jest moją świętością. A jak jest u Pana? Słyszałem, że modli się Pan na ogrodzonych ulicach i w towarzystwie tysięcy policjantów? Ludzie mówią, że rozdaje Pan biskupom wszystko, co sobie tylko zapragną, i nawet prawo ich nie obowiązuje. Pewnie modlą się za Pana z wdzięczności za dary i pewnie chwalą, szczególnie przed wyborami. Jak potrafią być wdzięczni, to bym w kościele rozpoczynał wszystkie ważne czynności i święta państwowe, nawet zamknąłbym wszystkie sklepy w niedzielę, niech chwalą publicznie przy pełniej frekwencji i na kolanach, a co?

Panie Jarosławie Kaczyński,

Chciałby Panu opowiedzieć o moim zaangażowaniu w zwalczanie zatrutego powietrza, oraz przyczynach śmierci ok.40 tys. ludzi rocznie i o tym, że ludzie mimo 500+ więcej umierają, nią się rodzą. Ale Pan nie ma dzieci i jest niemłody. Pewnie dlatego, partia, której Pan prezesuje pozwala na sprowadzanie odpadów z całej Europy i spalanie rosyjskiego węgla w rekordowych ilościach. To straszne!

Zauważył Pan, że znowu się różnimy?

Nie będę się dużej rozpisywał, bo wiem, że nie ma Pan czasu, ale sam Pan widzi – nie pasujemy do siebie, więc niech Pan nie zabiera mnie na tę swoją wyspę.

Chcę budować nasz świat wspólnych wartości z tą niegłosującą na Pańską partię częścią Polaków. Świat wspólnych wartości, którego, jak obserwuję, Pan nie rozumie.

Jestem spokojnym obywatelem kochającym moją ojczyznę, która żyje w zgodzie z innymi narodami. Szanuję prawo i ludzi, wymagam, żeby inni szanowali i moje prawa oraz wolności. Jako żołnierz przysięgałem narodowi polskiemu, że będę bronił ojczyzny bez warunków wstępnych, stał na straży konstytucji i strzegł honoru żołnierza. Z tego właśnie powodu nie jest mi z Panem po drodze i na tej osamotnionej „wyspie wolności”, na której walczy się z ofensywą szczęśliwości, nazywaną przez Pana „zło”, nie będzie ze mnie pożytku.

A tak w ogóle, to nie mógłby Pan z tym swoim elektoratem wyborców, zamiast walczyć, tak gremialnie, na tę wyspę, ale bez nas? Ja chcę żyć na kontynencie europejskim, niech mnie Pan nie uszczęśliwia swoją propagandą sukcesu.

Idź Pan na tę wyspę i daj nam żyć normalnie!

Reklamy

Morawiecki z Polski zrobił Zadupie, a dumnych Polaków przemianował na Zadupczyków. Z życia pasqud 9

4 Lip

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

PiS szabruje naszą wspólną kasę

25 Czer

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, PiS tylko w ciągu dwóch miesięcy kampanii wyborczej miał uzyskać od nich 21 milionów złotych, z czego okrągły milion trafić miał prosto od nominatów partyjnych w zarządach SSP. Dokładną listę przedstawia Gazeta Wyborcza na swoich łamach.

Ustalenia te wywołały oczywiście olbrzymie oburzenie polityków opozycji, którzy wprost mówią o ściąganiu haraczu z osób pełniących kierownicze funkcje w SSP.

Problem jednak w tym, że takie działanie pozostaje legalne, a biorąc pod uwagę fakt, iż to Prawo i Sprawiedliwość w wyłączny sposób decyduje o kierunku ewentualnych zmian w prawie, raczej się to nie zmieni. To z kolei oznacza, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie z dużą łatwością wysupłać dziesiątki, jeśli nie setki milionów na kampanię wyborczą w rozmiarach, której w Polsce jeszcze nie widzieliśmy. Będzie ona również wspierana przez media narodowe, realizujące w 100% interes partyjny, będące transmiterem partyjnych przekazów do “ciemnego ludu”, także finansowane przecież całkowicie z pieniędzy publicznych, nie partyjnych.

Budowany przez Jarosława Kaczyńskiego system do żywego przypomina standardy wschodnie, które najwyraźniej są bardzo bliskie liderowi partii rządzącej. Armia posłusznych trutni od odwalania czarnej roboty, premierzy czy ministrowie, którzy są gotowi rezygnować z prestiżowych funkcji komisarza w UE, byle tylko nie uniezależnić się od woli wielkiego wodza. Aż strach pomyśleć, jak bardzo ten system się rozszczelni i załamie, gdy Jarosława Kaczyńskiego w polskiej polityce zabraknie. Oby wówczas było jeszcze z czego zbierać. Bo póki co perspektywy są bardzo pesymistyczne.

.

Publicyści i politycy szeroko komentują postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. pisowskiej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rząd polski przegrywa w TSUE. Trybunał w Luksemburgu orzekł, że przepisy wprowadzone przez Polskę w lipcu 2017 roku dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii. Mimo że rząd zdecydował się na zmianę niektórych przepisów nowelizacji, KE nie wycofała wniosku z TSUE.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok i stwierdził, że polski rząd złamał unijne prawo. Skargę wniosła Komisja Europejska po tym, jak rząd wprowadził kontrowersyjne przepisy, na mocy których wiek przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego został obniżony do 65 lat.

Po wniesieniu skargi do TSUE  rząd PiS-u zdecydował się na wycofanie kontrowersyjnych przepisów, jednak Komisja Europejska nie wycofała sprawy z Trybunału.

– Od samego początku było wiadomo, że ta sprawa będzie wielką porażką rządu PiS. Nie było i nie ma żadnej reformy wymiaru sprawiedliwości. Po „skoku” na TK i umieszczeniu tam 3 sędziów dublerów PiS chciał zawłaszczyć SN – mówi nam były minister sprawiedliwości Borys Budka i dodaje: – Dzięki TSUE i dzięki temu, że jesteśmy w UE, ta operacja się nie powiodła.

– Mamy wyrok TSUE. Pierwszy, historyczny i symboliczny dla walki o zachowanie w Polsce praworządności. Po nim będą następne. Już za 3 dni opinia rzecznika generalnego w sprawie neo-KRS. Wyroki TSUE w kompleksowym ujęciu pozwolą odbudować rządy prawa. To wielki sukces – skomentował orzeczenie Trybunału mecenas Michał Wawrykiewicz, który reprezentuje sędziów SN w sprawie pytań prejudycjalnych przed TSUE.

Przypomnijmy, że to tylko jedna z 5 spraw toczących się w sprawie Polski przed TSUE.

Sędziowie muszą być niezależni od władzy

W orzeczeniu Trybunał tłumaczy, że wprowadzone przez PiS nowe przepisy naruszają zasadę nieusuwalności sędziów. Zakwestionowali także specjalne prawo przyznane prezydentowi, który mógł wskazywać, kto pozostaje na stanowisku, a kto z sądu musi odejść.

W orzeczeniu podkreślili, że przy podejmowaniu decyzji prezydent nie byłby związany żadnymi kryteriami, a jego decyzja nie jest przedmiotem kontroli sądowej.

Trybunał przypomniał, że choć organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do państw członkowskich, to kraje UE muszą poruszać się w granicach prawa Unii i dotrzymywać zobowiązań z płynących z niego.

Trybunał przypomniał, że Karta Praw Podstawowych UE mówi o zapewnieniu skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem UE, a żeby Sąd Najwyższy mógł zagwarantować taką ochronę, musi być niezależny.

W konsekwencji decyzją sędziów TSUE Polska została obciążona kosztami postępowania. Wyrok jest ostateczny, oznacza koniec sprawy przed TSUE i nie ma już środków odwoławczych.

Nielegalne działanie rządu

– Wyrok TSUE to punkt zwrotny dla oceny prezydentury Andrzeja Dudy. Już nie „kasta ze stanu wojennego”, ani „krzykacze” z opozycji, lecz obiektywny zewnętrzny trybunał stwierdził, że nie tylko nie wypełnił on swojej roli strażnika Konstytucji, ale wspierał i legitymizował bezprawie – skomentował na Twitterze Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO.

Takie rzeczy, jakie dzieją się w polskich mediach rządowych w BBC są niewyobrażalne – mówi dziennikarz BBC Maciej Czajkowski w rozmowie z Magdą Jethon  

Magda Jethon: – Przez dwadzieścia lat mieszkałeś w Wielkiej Brytanii, studiowałeś tam dziennikarstwo. Potem podjąłeś pracę w BBC i BBC News. Miałeś różnego rodzaju sukcesy, łącznie z nominacją do Oscara za krótkometrażowy film. No i pewnego dnia wpadłeś na pomysł, żeby przyjechać do Polski i zatrudnić się w TVP. Twoja przygoda z telewizją trwała niecałe 5 lat, „dobra zmiana” Cię wymiotła. Spodziewałeś się tego?

Maciej Czajkowski: – Do Polski przyjechałem ze względów rodzinnych, z zamiarem krótkiego pobytu. Nie starałem się o pracę w TVP, szczęśliwie ktoś mnie zauważył i zapytał, czy chciałbym wykorzystać w niej swoje doświadczenie i wiedzę. No i zostałem. Znałem Telewizję Polską i Polskie Radio z czasów PRL-u, ale wierzyłem, że wszystko, jak trzeba, można zmienić.

Czy na początku tej przygody z TVP robiłeś porównania, myślałeś – w BBC zrobilibyśmy to inaczej?

Tak, na początku porównywałem, ale szybko, żeby nie zwariować, musiałem przestać.  Próbowałem znaleźć inną, trzecią drogę. W końcu zobaczyłem, że nie da się wielu rzeczy, które są w Wielkiej Brytanii, przeszczepić do Polski, bo tu jest zupełnie inna kultura polityczna. Inna jest też świadomość obywateli.

A my Polacy mamy poczucie, iż należymy do zachodu, czyli jesteśmy tacy sami jak oni…

Nie, nie jesteśmy tacy sami.

Dlatego pewnie zaskoczyła mnie Twoja opowieść o brytyjskim polityku, który zamieszkał obok Twojego domu.

Tak, to był Peter Mandelson. Musiałem o tym poinformować moich szefów w BBC. Oni natychmiast – o czym sam wiedziałem – przypomnieli mi, że nie mogę utrzymywać z nim prywatnych kontaktów, no i oczywiście tym bardziej nie wolno mi tego wykorzystywać w pracy zawodowej. Zresztą takie sytuacje reguluje kodeks BBC.

Co na to sąsiad? Zagadywał Cię, podchodził do płotu?

Trzeba wiedzieć, że stosunki dobrosąsiedzkie w Wielkiej Brytanii w sposób naturalny są bardzo ciepłe. Mówimy sobie po imieniu, pomagamy w różnych sytuacjach, jeśli jest grill, to zapraszamy się wzajemnie. Moja sytuacja musiała być inna. Poruszyłem ten temat z Peterem Mandelsonem, powiedziałem mu, że mam taki problem związany z pracą, a on mi na to: ty nie musisz mi tego mówić, bo ja bardzo dobrze o tym wiem. I tak dotrwaliśmy do końca.

No to co pomyślałeś, kiedy dowiedziałeś się, że u nas w Polsce na charytatywny bal dziennikarze zapraszają polityków?

To był dla mnie szok. Nie tylko polityków, ale i świat biznesu. Idealne miejsce do budowania wszelkich układów korupcyjnych. Nigdy nie byłem na tym balu i głośno tę sytuację krytykowałem. Od pewnego czasu, wiem, że przychodzą na ten bal już tylko dziennikarze. Mam nadzieję, że mój głos miał wpływ na tę zmianę. Muszę jednak przyznać, że przerażają mnie w Polsce prywatne kontakty dziennikarzy z politykami. Nie ukrywam, że ja też znam kilku polityków prywatnie i to jest niedobre ze względu na moją wiarygodność i bezstronność. To zawsze może mieć wpływ na pracę, bo jesteśmy tylko ludźmi.

Co powiedzieliby dziennikarze BBC o rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, która odbyła się w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2 i to podczas kampanii?

Taka rozmowa w BBC byłaby niemożliwa. Ona złamała wszelkie reguły związane z misją, z wartościami, z zawodem dziennikarza mediów publicznych. No, ale trzeba pamiętać, że w Polsce obecnie media publiczne to są media rządowe. Media publiczne na świecie mają inne zadania. Oczywiście w BBC możemy prowadzić rozmowę, w której poruszane są wątki trochę bardziej prywatne, dotyczące polityka,  jednak to musi być jedynie niewielki dodatek do meritum, a nie główny powód spotkania. Naszym zadaniem jest weryfikować różne zdarzenia, zadawać trudne pytania – co zresztą przez polskich polityków traktowane jest jako atak – a nie „miziać się” na oczach dużej publiczności.

W jakimś sensie wybranej publiczności…

Powiedziałbym raczej tej wykluczonej. Ostatnio przejeżdżałem przez polską wieś i obserwowałem, jakie anteny mają ludzie na dachach. W ogromnej większości są to anteny do odbioru telewizji naziemnej, czyli rządowej. W związku z tym polska wieś oglądając jednostronny przekaz jest wykluczona. Jej mieszkańcy mają katalog tylko kilku programów, a większość z nich to kanały telewizji rządowej. Będąc wykluczeni, nie mają własnego zdania. Oni postrzegają świat według Jacka Kurskiego. Pomyślałem więc, że fajnie by było taką małą społeczność, wieś czy gminę, wyposażyć w anteny satelitarne i nie mówiąc im, co mają oglądać, dać im dostęp do innych kanałów. Niech oglądają nie tylko newsy, ale i programy life stylowe czy przyrodnicze. Eksperyment polegałby na tym, że na początku dostaliby konkretny zestaw pytań i ten sam zestaw na końcu badania. Można by wtedy zaobserwować, jak się zmienia ich postrzeganie świata, nie tylko polityki, ale też życia społecznego, kultury czy tolerancji.

Próbujesz ten pomysł realizować?

Pracuję z dwoma socjologami i innymi naukowcami, na razie nie chcę zdradzać nazwisk. To jest eksperyment, być może pierwszy na skalę światową, który może pokazać, jak media wpływają na postrzeganie świata. Co ciekawe – wspieraniem tego eksperymentu nie są zainteresowane w Polsce ani osoby, ani firmy, czy NGOS-y, ale organizacje zagraniczne, np. amerykańskie i niemieckie. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Czy to znaczy, że praca dziennikarzy wolnych mediów to dziś w dużej mierze „para w gwizdek”?

Dziennikarze tzw. wolnych mediów wykonują ogromną i ważną robotę. Jednak problem polega na tym, że wyniki ich prac, ich artykuły czy audycje nie docierają do szerokiej publiczności. Powtarzam, ogromna część polskiego społeczeństwa jest wykluczona. I to jest poważny problem. Dotyczy on zresztą nie tylko spraw politycznych. Chodzi również między innymi o kształtowanie gustu. Prosty przykład: dzięki telewizji publicznej popularną gwiazdą Brytyjczyków jest Adele, nasza telewizja „publiczna” wylansowała Zenka Martyniuka.

Wysokie standardy BBC są dowodem na to, że media publiczne mogą cieszyć się ogromnym szacunkiem. W Polsce media publiczne są raz lepsze, raz gorsze w zależności od tego, kto rządzi…

Przekleństwem Polaków jest to, że w mediach publicznych brak jest stałych regulacji, a jak wiadomo, prawo ustalają politycy. Niestety, wszyscy wiemy, że przy obecnej świadomości polityków i społeczeństwa, konieczne i fundamentalne zmiany w tych mediach mogą być niemożliwe.

Powszechnie wiadomo, że prawie każdy Brytyjczyk wie, jaka jest misja mediów publicznych. W Polsce większość ludzi mówi: a po co nam media publiczne…

Uważam, że od prawie czterech lat nie mamy mediów publicznych. Wszystkich  przeciwników i krytyków tych mediów pytam dziś: jesteście teraz zadowoleni? Czy jesteście zadowoleni, że media publiczne zostały uprowadzone przez polityków, przez rząd, że indoktrynują ludzi, że wykluczają, że kreują jakąś równoległą rzeczywistość, nie tylko naszą, ale też europejską równoległą rzeczywistość? I ci obywatele mniej wymagający lub wykluczeni z powodów technicznych mają dostęp tylko do takiej informacji. Według nich tak świat wygląda. Przyjdzie taki moment, kiedy wszyscy obudzą się z ręką w nocniku, będzie im wstyd, bo zdadzą sobie sprawę, że świat pojechał dużo dalej, a my tkwimy w jakimś okropnym grajdole.

Opowiadasz swoim kolegom z BBC o słynnych paskach w TVP Info, o tym, jak Cię zwalniano?

Chociaż mnie dobrze znają, to w opowieści o paskach nie wierzą. Oni przez cały czas zadają mi pytanie, co ja zrobiłem, że mnie wyrzucili z pracy. Ja im opowiadam, że po prostu zostałem wezwany do szefa, który mi powiedział, że docenia moją pracę, ale moja wizja newsów jest niezgodna z obecną wizją szefów telewizji i polskiego radia. Moi koledzy z BBC nie mogą w to uwierzyć.

???

Takie rzeczy, jakie dziś dzieją się w polskich mediach rządowych są tam niewyobrażalne.

Czujesz się człowiekiem mediów brytyjskich czy polskich?

Ciekawe pytanie, ponieważ kiedy jadę do Wielkiej Brytanii lub robię coś dla BBC z Polski, muszę się kompletnie mentalnie przestawić. Nie mogę w żaden sposób używać standardów, które obowiązują w Polsce, ponieważ najzwyczajniej w świecie byłbym wyrzucony z pracy i nikt nigdy nie poprosiłby mnie o kolejny materiał.

Czego nie możesz zrobić w BBC, co uszłoby w Polsce?

Przede wszystkim muszę być bezstronny. Gdybym teraz usiadł do wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, to muszę wszystko, co mam emocjonalnego wyrzucić z mojej głowy i włączyć tryb profesjonalny, czyli zadawać pytania absolutnie bezstronne, niesugerujące niczego. Ale też muszę zadawać pytania trudne dla rozmówcy, które równocześnie w żaden sposób nie sugerują mojego stosunku do niego. Ostatnio miałem taki przypadek, robiłem materiał dla BBC News. Na konferencji prasowej, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zadałem pytanie Beacie Szydło o flagi unijne, które zniknęły z KPRM. Zadałem to pytanie po angielsku, co oczywiste, bo materiał robiłem dla BBC. Oczywiście wszyscy natychmiast myśleli, że ja sprawdzam jej angielski. A ja, kiedy zorientowałem się, że ona nie zrozumiała pytania, natychmiast powtórzyłem je po polsku, co spowodowało zmasowany atak dziennikarzy na mnie. Wszyscy uważali, że trzeba było nie zadawać po polsku, bo by wyszło, że premier Szydło nie zna angielskiego, a jedzie do Brukseli. Ja nie mogłem tego zrobić, ponieważ zadając pytanie i oczekując odpowiedzi, zgodnie ze standardami BBC, musiałem się upewnić, że mój rozmówca zrozumiał, o co pytam.

No tak, ale pokazanie, że europarlamentarzystka nie zna języka to jest też jakaś obiektywna informacja.

To jest informacja obiektywna, ale cel mojego pytania był inny. Chciałem wiedzieć, dlaczego po objęciu premierostwa wyprowadziła z KPRM flagi unijne. Zadałem bardzo ważne pytanie, którego nikt chyba wcześniej nie zadał i to nas interesowało. To, czy ona mówi po angielsku, to jest oczywiście bardzo ważna informacja, ale dla mnie najważniejsza była odpowiedź na moje pytanie. Ja rozumiem, że w Polsce większość dziennikarzy, zadając pytanie politykowi ma jeszcze jakiś ukryty cel.

A to źle?  

Tak się w BBC nie pracuje.

Spotykasz się z kolegami z TVP, z tymi, którzy tam nadal pracują?

Nie i to nie wynika z jakiejś mojej niechęci, oceniania, bo kim ja jestem, żeby ich oceniać. To oni z jakiegoś powodu przestali ze mną rozmawiać, kontaktować się. Są to prawdopodobnie osoby, dla których kompas moralny nie jest tak bardzo ważny, ale też są to ludzie inteligentni i być może nie tylko boją się, że ktoś zauważy, że się ze mną kontaktują, ale też się wstydzą, że robią to, co robią.

Przyszło Ci do głowy, żeby wrócić do Wielkiej Brytanii?

Jestem tylko człowiekiem, w związku z tym mam też wahania nastrojów. Po ostatnich wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego moja pierwsza reakcja była, że wyjeżdżam. Z drugiej strony wierzę, że społeczeństwo będzie powoli zmieniało poglądy. Polska to wspaniały kraj. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale naprawdę, tak uważam. Polska jest genialnym miejscem i są tutaj genialni ludzie. Czuję, że tu się szczególnie rozwijam (obecnie jestem związany z Gazetą Wyborczą). Ale też często się tu denerwuję, wiele spraw mnie dręczy, w końcu myślę, przecież to jest bardzo młoda demokracja i może niedługo się to zmieni. Mnie bardzo marzy się Polska europejska, więc chyba jednak zostanę…

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Pokonać PiS. Wóz lub przewóz

19 Czer

Mateusz Morawiecki udał się do Chełma, aby wziąć udział w uroczystym zakończeniu roku szkolnego w miejscowym II Liceum Ogólnokształcącym.

Beata Szydło nie zostanie wiceprzewodniczącą Parlamentu Europejskiego – tak wynika z nieoficjalnych informacji RMF FM. Była wicepremier nie jest kandydatką na to stanowisko frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE, do której należy PiS. Osobą wyznaczoną przez PiS ma być Zdzisław Krasnodębski.

Co więcej, Szydło nie jest nawet brana pod uwagę przy obsadzie władz frakcji EKR. Na wiceprzewodniczącego tego klubu wysunięto Ryszarda Legutkę, a kwestorem ponownie ma zostać Karol Karski.

Kpinom i żartom internautów z byłej wicepremier nie było końca: – „Jedna z najważniejszych kobiet na świecie, a tak jej nie doceniają we własnej frakcji…”; – „Szydło już zaliczyła potężną klęskę w PE”; – Żeby chociaż posadę szatniarki lub bufetowej dostała…..”; – „Znowu prezes oszukał bidulkę… i to w dniu swojego święta hahahaha”.

„Miejmy nadzieję że Polacy nie dadzą się nabrać na te sztuczki… Bo gdyby nie wybory, nie ustąpiliby i następnym razem znowu spróbują zaszkodzić festiwalowi” – skomentowała na Facebooku jedna z internautek.

To jedna z wielu podobnych reakcji na tweet Mateusza Morawieckiego: – „Po rozmowie z Joachimem Brudzińskim i minister Elżbietą Witek, w trosce o bezpieczeństwo uczestników festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, poleciłem ministrowi Andrzejowi Adamczykowi przygotowanie pociągów, które dowiozą uczestników na miejsce. Będzie on także zabezpieczony przez służby podległe MSWiA”.

Do tego polecenia odniósł się na Facebooku Jerzy Owsiak. – Mówiąc krótko – zwyciężył zdrowy rozsądek! (…) Dziękujemy bardzo mocno wszystkim Rodakom, którzy tak pięknie i spontanicznie, a przede wszystkim – natychmiast odpowiedzieli na nasz apel i ruszyli pomóc fanom muzyki w dotarciu do Kostrzyna nad Odrą. (…) To jest festiwal nas – setek tysięcy Polaków w różnym wieku, a także dziesiątek tysięcy gości z całego świata, którzy podziwiają polską organizację, oraz jego muzyczną, a przede wszystkim edukacyjną stronę” – napisał m.in. szef WOŚP.

Internauci w komentarzach pod wpisem Owsiaka sceptycznie komentowali decyzję premiera: – „To przedwyborcza ustawka z tymi pociągami. Naraz dobry wujek PINOKIO się znalazł. Gotowy na dużej scenie z Kurskim zagrać na gitarach”; – „Troszkę spóźniona troska jaśnie panującego nam Premiera, zrobił to wyłącznie pod słupki wyborcze, pomijając fakt, że lokalni opozycyjni politycy załatwili sprawę dojazdu kilka dni wcześniej”

 „W jakim kraju żyjecie, aby Premier decydował o pociągach… To jest Alternatywy 4?”; – „Zakazać czegoś, zmienić zdanie i ogłosić sukces. Zorientowali się, że ten zakaz nic nie da. Ludzie potrafią się zorganizować na przekór władzy”; – „Zwyciężyła kalkulacja polityczna, a nie zdrowy rozsądek. Mogli zabłysnąć wojewodowie gorszego sortu, a prezes nie może dopuścić, żeby spadła na nich chwała w tak głośnej sprawie… Słowem: Mateusz stworzył problem po to, żeby go spektakularnie rozwiązać…”.

Choć po latach niepowodzeń politycznych, dziś prezes PiS Jarosław Kaczyński może się uznawać za człowieka sukcesu, to dziś, gdy obchodzi 70. rocznicę swoich urodzin, woli chwalić się życiorysem swojego brata. Tylko tak można wytłumaczyć zdecydowanie przesadnie huczne obchody urodzin zmarłego w 2010 roku Lecha. Budowanie jego legendy, wbrew faktom i dokonaniom stanowi istotny element dogmatycznego otoczenia obecnej władzy.

Dziś pod pomnikiem nieżyjącego prezydenta kwiaty złożyły delegacje rządowe, a także ministrowie oraz politycy. W porannych uroczystościach na placu Józefa Piłsudskiego w Warszawie brał udział premier Mateusz Morawiecki w asyście ministrów Michała Dworczyka oraz Marka Suskiego. Wieńce złożyli także m.in. wiceprezes Rady Ministrów Jacek Sasin, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński oraz minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Można wręcz było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś niezwykle ważnym dla wszystkich Polaków świętem państwowym.

W całej tej sytuacji zadziwiające i jednocześnie absurdalne jest to, że sam prezes PiS próbuje nieustannie przekonywać, że on sam obchodzić urodzin nie chce, dba o swoją prywatność a partyjnym podwładnym zabrania organizowania mu wystawnych przyjęć rocznicowych, w stylu politycznego i biznesowego sojusznika ojca Tadeusza Rydzyka. Nawet w tej sytuacji próbuje się on chować za budowanym mozolnie i nie zawsze w zgodzie z faktami wizerunkiem swojego brata, pozostając w jego cieniu.

Dlatego też korzystając z okazji ja życzę mu, by w końcu z tego cienia wyszedł i wziął odpowiedzialność za swoje działania. Będzie wówczas znacznie prościej go z nich rozliczyć…

Polacy zaangażowani politycznie, choćby umiarkowanie, żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: rzeczywistości stworzonej przez pisowskie (czyli publiczne) media oraz samych polityków rządzącej partii oraz w rzeczywistości nie-pisowskiej

Nie ulega dla nikogo wątpliwości, że przyszłość Polski zależy od wyników nadchodzących wyborów. Niestety, wybory do Parlamentu Europejskiego są fatalnym, wręcz złowróżbnym prognostykiem. Nie chcę udawać wielkiego specjalisty od wyborów, lecz chciałbym się podzielić swymi uwagami na temat tego, co powinna i co może zrobić opozycja.

Prawdziwa „burza mózgów” wydaje mi się zadaniem pilnym, więc na miejscu Grzegorza Schetyny i innych liderów dołożyłbym starań, żeby zaprosić grono prawdziwych specjalistów, którzy mogliby pomóc w formułowaniu haseł i celów kampanii, a także w konstrukcji profesjonalnego (!!) sztabu wyborczego.

Takie zgromadzenie mogłoby wnieść dużo – a w każdym razie pozwoliłoby na orientację co do możliwości kampanijnych.

Jednakże moim swego rodzaju „konikiem” jest wołanie o to, aby uruchomić oddolne siły społeczne. Po raz nie wiem już który nawołuję, aby Kluby Obywatelskie PO uruchomić na znacznie większą skalę, przede wszystkim w Polsce powiatowej – chodzi o to, aby stały się platformą dyskusji publicznej, gdzie przychodzą ludzie bez względu na swe orientacje wyborcze – a więc także z PiSu, a może położyć akcent, żeby część tych wyborców się na dyskusjach pojawiła. Ich celem powinna być konfrontacja propagandy z wiedzą – bowiem kłamstwo i nieprawda tak się rozpanoszyły, że już nikt nie jest niczego pewien. Spotkania ze specjalistami – ale właśnie z przewagą informacji nad interpretacją – mogą pozwolić na osłabienie tak uderzającego „podziału informacyjnego” w Polsce. Co przez to rozumiem? Sądzę, że Polacy zaangażowani politycznie, choćby umiarkowanie, żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: rzeczywistości stworzonej przez pisowskie (czyli publiczne) media oraz samych polityków rządzącej partii oraz w rzeczywistości nie-pisowskiej. Oczywiście, nie jest ona tak jednolita, jak poprzednia, ale jednak zróżnicowanie nie likwiduje zasadniczego podobieństwa postaw. Naruszenie spójności pisowskiego obrazu świata to początek samodzielnego myślenia, zwłaszcza, jeśli zarazem będzie skojarzone z lokalnymi, konkretnymi sprawami.

Ale to nie koniec oddolnego działania. Już w 2015 roku kampania PiSu uruchamiała w dużym stopniu swoich zwolenników na prowincji. Powtórzyło się to w ostatnich wyborach w spektakularny sposób. Też już pisałem o Mławie, gdzie byłem tydzień przed wyborami i gdzie rozliczne płoty prywatnych posesji udekorowane były plakatami kandydatów PiSu, i to od centrum miasta aż po opłotki. Rzecz jasna, że Koalicja Europejska nie miała niczego, choć jej zwolenników tam nie brakło. W dodatku, mniejszość, umiejętnie przygotowana, zmotywowana może obudzić w sobie naprawdę dzielnego ducha, by starać się pokazać niechętnej większości. Uruchomienie lokalnej inicjatywy, pomysłów, aktywności „lokalsów” może przynieść pozytywne efekty, znacznie przekraczające oczekiwania. I dać może dużo bez dodatkowych kosztów.

A co „od góry”? Zgodnie z moimi przypuszczeniami, teraz już wiemy, jak głęboką i dobrą diagnozą socjologiczno-wyborczą dysponuje PiS. Nie ma żadnej możliwości, aby to nadgonić, nawet przy dużych nakładach finansowych, a te są przecież znacznie mniejsze niż rządzącej partii, na pewno wykorzystującej również możliwości państwowe… Jednak można osiągnąć w stosunkowo niedługim czasie dobre rozeznanie poprzez analizę istniejących badań. CBOS często się krytykowało ostatnio, uważając, że wyniki wyborcze tej firmy są nieprawdziwie wysokie dla PiSu. Wyniki wyborów do PE – jak sądzę – pokazały, że akurat w tej kwestii – stopnia poparcia dla „tego okropnego PiSu” – CBOS był najbliższy prawdy. Piszę to dlatego, że w dostępnych badaniach CBOSu jest ogromna ilość ważnych informacji, których umiejętne przetworzenie i zinterpretowanie dać może bardzo dobrą bazę wiedzy socjologicznej, przydatną w wyborach. A jeszcze, jeśli dodać do tego badania Kantaru – to na pewno można mieć świetny obraz Polaków. Najważniejsze: skonstruowanie zespołu, który byłby w stanie należycie dane zgromadzić i przetworzyć, i to na innym poziomie, jak pewne badania wyborcze z 2014 roku dla PO, z których wynikało, że PiS to, jak stara wiejska chata, a PO to nowoczesne, szklane wieżowce… A wynik był w istocie dla Platformy już wówczas niekorzystny – ale nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków i przegrano w sposób – powiem to, jako choć trochę specjalista – skandaliczny. I to pomimo tego waloru, który z wyrachowaniem i cynizmem użył Jarosław Kaczyński: populistyczne datki społeczne. Ale nawet i te datki były świetnie ulokowane w wiedzy o tym, czego chcą Polacy.

Dalej. PO i Koalicja Europejska uczyniła krytykę rządów PiSu i mobilizację przeciwko PiSowi główną treścią swego przekazu. Owszem, coś tam się mówiło o planach na przyszłość oraz składało przyrzeczenia, że populistyczne datki społeczne będą utrzymane. Już co do tego można było mieć wątpliwości, bo nadejście spadkowego cyklu w gospodarce po prostu uniemożliwi każdemu rządowi zachowanie aktualnego status quo, przynajmniej, jeśli nie wzrośnie znacząco w tym czasie dochód z działalności gospodarczej (a na to się, póki co nie zanosi). W tym czasie kampania PiSu konstruowała obrazy kolejnych zagrożeń, jakie stwarza opozycja dla narodu i społeczeństwa, i dla Polski w Europie. Jeśli więc element antypisowski ma być treścią kampanii, to niechże będzie adekwatną odpowiedzią na akcje PiSu: powinno się w możliwie prosty i przemawiający do zdrowego rozsądku sposób wskazać, jakie zagrożenie niosą ze sobą te rządy. Ale to powinno się formułować w postaci jednoznacznego, oskarżycielskiego komunikatu, którego treść będzie jednak oparta na rzeczywistych, prawdziwych przesłankach. Np., ile będzie wynosiła emerytura obecnej 30 – albo 35 latki? Jeśli walczyć z PiSem to równorzędną bronią: pokazać, jakim wrogim dla narodu zagrożeniem są rządy PiSu i co spowodują za kilka lat.

Jednakże najważniejsze jest zaproponowanie nowej wizji narodowej. Podkreślam to słowo, bo wydaje się kluczowe. Chodzi mi o to, aby zaapelować do „narodu” inaczej określonego, inaczej scharakteryzowanego niż naród pisowski. A ponieważ opozycja nie dysponuje możliwościami przekupstwa wyborczego, typu +1000 dla każdego emeryta, powinna to zrekompensować wizją lepszej przyszłości. Wiem, że to tak łatwo się mówi, ale przecież już z samego stanowiska opozycji wobec destrukcji demokracji w Polsce można zbudować spójny obraz lepszej demokracji. I skoro PiS obiecał 500+, można obiecać zwiększony udział obywateli w podejmowaniu decyzji, a nawet wstępnie wyłożyć pewne ogólne procedury, które miałyby temu służyć. I wykorzystać do ilustracji ich działania przykłady złych przypadków, do których by nie doszło, gdyby obywatele mieli więcej do powiedzenia. Nade wszystko warto pomyśleć i przedstawić wizję lepszego państwa – państwa, którego biurokracja nie jest przeciw obywatelom, ale nawet, gdy coś przebiega uciążliwie – to prowadzić musi do dobrego wyniku. Tematów jest wiele, w tym – także – realny projekt zmian w systemie służby zdrowia.

W Anglii, po rezygnacji Margaret Thatcher torysi wygrali i wybrali Johna Majora – głównie z powodu jego błyskotliwej kampanii o zmianach w działaniu administracji państwa pod kątem równości i życzliwości dla obywatela. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać – oczywiście jako inspirację – tamte wzory dla sfomułowania obietnic wyborczych. Ale to też wymaga natychmiastowego uruchomienia poważnej dyskusji ze specjalistami i to nie tylko „fachurami od kampanii”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Kaczyński coraz mocniej trzyma naród za mordę

16 Czer

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, że powstały istne “wyspy nowoczesności w morzu zacofania”. Okazuje się bowiem, że mimo miliardowych kontraktów nadal tylko około jedną czwartą naszego sprzętu można uznać za nowoczesną. Nic w tej kwestii miało nie zmienić się w ciągu ostatnich 20 lat, czyli od wstąpienia Polski do NATO. Nasze siły zbrojne mają nadal nie być zdolne do stawiania efektywnego oporu, a strategia rządu przy ograniczonych zasobach finansowych okazuje się ekonomicznie nieracjonalna. Chwalimy się bowiem transporterami opancerzonymi Rosomak, ale już mniej mówimy o tym, że podstawowym wyposażeniem armii nie są one, ale pochodzące jeszcze z lat 60-tych transportery BWP-1. W wojskach pancernych cieszymy się z używanych czołgów Leopard 2, które jednak na naszych poligonach spotykają się z dwa razy większą liczbą radzieckich T-72. Z powodu braku nowoczesnych śmigłowców transportowych mamy ograniczoną możliwość wykorzystania nawet naszych atutów, jakimi są choćby jednostki specjalne. Równocześnie wśród śmigłowców bojowych przestarzałe i zmodernizowane Mi-24 bez dużych nakładów nieuchronnie będą musiały wyjść z użycia, a ich następców nie widać. Równocześnie w 2020 z linii mają wyjść ostatnie posiadane przez Polskę sprawne okręty podwodne. W lotnictwie sytuacja jest też dramatyczna, ponieważ obok 48 myśliwców F-16, wciąż używamy radzieckie MiG-29 i Su-22. Te ostatnie są jednak awaryjne, co prowadziło do szeregu wypadków, a ich wartość bojowa jest dyskusyjna.

W obliczu tak wielkich potrzeb zakupowych i modernizacyjnych strategia MON wydaje się jednak chybiona. Polska kupując zaledwie 32 samoloty F-35 wraz z niezbędnym zapasem rakiet, pakietem logistycznym i szkoleniami może zapłacić ponad 20 mld zł. Tymczasem zakupiony sprzęt nie będzie bezpieczny w kraju i w razie konfliktu będzie najprawdopodobniej musiał zostać przeniesiony do… Niemiec. Rząd oszczędza bowiem na zakupie systemu obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Kontrakt na “Patrioty” ogłoszony wielkim sukcesem, w rzeczywistości okazał się kosztowną klapą. Z powodu wysokiej ceny zamiast 8 baterii kupiono zaledwie 2, co oznacza, że nie będziemy mieli możliwości osłaniać skutecznie lotnisk, na których mają stacjonować wspomniane F-35. Tymczasem zaledwie dwie baterie przy rezygnacji ze znacznej części ambicji offsetowych kosztować mają aż 16,6 mld zł. Do stworzenia systemu z prawdziwego zdarzenia zdaniem analizy ma brakować kolejnych 40-50 mld zł, których dziś nie ma. Kosztowną prowizorką miał okazać się również zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS.Zamiast planowanych 160 wyrzutni z powodu kosztów kupiliśmy zaledwie 20, z zapasem amunicji zmniejszonym z 600 do 300 pocisków, co gwarantuje utrzymanie zdolności bojowej przez zaledwie kilka godzin walki.

Równocześnie, gdy rząd tnie plany zakupowe, które całkowicie przekreślają ich sensowność, to w tym samym czasie MON stawia na ilość, a nie jakość. Przy iluzorycznym zwiększeniu finansowania z 1,95% PKB do 2% PKB rząd nie tylko bowiem tworzy obronę terytorialną, ale i zamierza podwoić rozmiar sił zbrojnych o 100% w ciągu najbliższej dekady. Skąd sfinansować nowoczesne uzbrojenie dla tak wielkiej liczby ludzi, nie wie nikt. Prawda jest bowiem taka, że przy obecnym finansowaniu nie stać nas na nowoczesne wyposażenie nawet sił zbrojnych w obecnej liczebności. Te zresztą są obecnie zbiurokratyzowane, a w wielu jednostkach pozbawione realnej zdolności bojowej.

Wnioski z analizy Witolda Jurasza dla Ośrodka Analiz Strategicznych są jasne, Polska albo musi radykalnie zwiększyć finansowanie, albo ograniczyć swoje ambicje, stawiając na jakość a nie ilość, dalej redukując etaty w siłach zbrojnych na rzecz nowoczesnego i skutecznego, a nie medialnego sprzętu.

Obserwując przytoczone dane widać zatem, że rządzący swoją nieodpowiedzialnością i brakiem kompleksowego spojrzenia na potrzeby sił zbrojnych mogą realnie nie zwiększyć bezpieczeństwa Polski wydając na wielkie kontrakty nawet dziesiątki miliardów złotych. Strategia medialnych sukcesów na niewiele przyda się na polu walki, gdzie liczyć się będzie zdolność z eliminacji jednostek przeciwnika. PiS tymczasem budując iluzję przygotowania sił zbrojnych i nieracjonalnie gospodarując ograniczonymi środkami naraża długoterminowo bezpieczeństwo państwa w warunkach coraz mniej stabilnej sytuacji międzynarodowej.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jest sprawa, która sztabowcom Prawa i Sprawiedliwości spędza sen z powiek. To groźba rozwinięcia się wątków seksafery z Podkarpacia. Jako że jesteśmy u progu sezonu ogórkowego, kilka miesięcy przed wyborami wydaje się zasadne w tym momencie rozbroić bombę. Prawdopodobnie więc dlatego TVP wyemitowała reportaż dyskredytujący byłego agenta CBA Wojciecha Janika, który ujawnił, że Biuro miało być w posiadaniu seks-taśmy z politykiem PiS.

Czwartkowe wydanie Magazynu Śledczego Anity Gargas w całości poświęcono sylwetce byłego agenta CBA. Opisano w nim przeszłość oraz karierę Janika. A to wszystko z powodu nagrania z agencji towarzyskiej, na której miał znajdować się Marek Kuchciński. Według Janika taśma zniknęła z sejfu kierownictwa CBA, co kilkukrotnie powtórzył podczas posiedzenia sejmowego zespołu ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa.

 

Jak wobec stawianych zarzutów ustosunkował się wymieniany w związku z aferą marszałek Kuchciński, wiemy. Oskarżył Janika o pomówienia, a jego sprawą od maja zajmuje się prokuratura. W materiale TVP wypowiadają się m.in. zastępca koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, rzecznik CBA Temistokles Brodowski, szef Biura Prasowego Kancelarii Sejmu Andrzej Grzegrzółka. Zgodnie zaprzeczają informacjom przekazywanym przez Janika. W dalszej części materiału inni bohaterowie reportażu podważają wiarygodność agenta. Według nich Janik to konfabulant z problemami w pracy, który w przeszłości miał już dopuszczać się innych bezzasadnych zawiadomień do prokuratury. Nie obyło się również bez dewaluacji jego dorobku naukowego.

Tezom stawianym przez TVP przyjrzał się portal wp.pl. Poprosił Wojciecha Janika o ustosunkowanie się wobec nich. Były agent stwierdza, m.in., że to oficerowie Biura złożyli mu finansową ofertę odkupienia płyty, co może potwierdzić nagraniem. Wobec tezy, iż Janik ujawnił aferę, by pomóc opozycji w wyborach, powiedział: „Nigdy nie interesowała mnie polityka. Takie tezy świadczą o infantylności obecnej władzy, która w każdej nieprzychylnej jej osobie widzi swego wroga. Dla mnie liczy się tylko dobro państwa”.

Jakiekolwiek nie stały za tym zamiary, teza postawiona w TVP tłumaczy za to intencje dziennikarzy co do publikacji materiału. Jakby chcieli powiedzieć przezeń „tylko nie mów nikomu”. Sprawa jest grubego kalibru i wymaga wyjaśnienia, ktokolwiek nie brałby w niej udziału, milczenie nie jest odpowiednią strategią.

Nowelizacja kodeksu karnego to kolejny etap w realizowanym przez Kaczyńskiego planie przekształcenia Polski w państwo autorytarne.

Nowy – jednocześnie drakoński i absurdalny – kodeks karny dobrze demaskuje autorytarną naturę rządów PiS, opartych na oszustwie i podstępie. Rządzący twierdzą, że nowelizacja została przygotowana w reakcji na poruszający film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego o przypadkach pedofilii wśród duchownych.

Film Sekielskiego jak pożar Reichstagu

Gdy jednak się przyjrzymy wprowadzanym zmianom, gołym okiem widać, że to zwykła ściema. Zmieniane zapisy nie mają nic wspólnego z przestępstwami seksualnymi i pedofilskimi. Nie wiadomo też, w jaki sposób ogólne podniesienie wymiaru kar w kodeksie miałoby się przyczynić do zwalczania pedofilii wśród księży – wszak istotą problemu nie były w tym przypadku zbyt łagodne wyroki, lecz brak jakichkolwiek wyroków. Sprawcy chowali się pod parasolem Kościoła, więc w ogóle nie dochodziło do procesów.

Nie wydaje się też możliwe, by cała ta nowelizacja została przygotowana od podstaw po emisji filmu Sekielskiego. Prace nad nią musiały trwać dłużej i niemal na pewno zostały w sekrecie podjęte znacznie wcześniej, a autorzy tylko czekali na nadarzającą się sposobność, by projekt ujawnić i skierować do Sejmu na fali moralnego wzburzenia po jakimś skandalu budzącym powszechne emocje. Wybrali akurat film Sekielskiego, ale równie dobrze mogłaby to być inna głośna sprawa.

Dyktatury w okresie prenatalnym i niemowlęcym tak mają – potrzebują pretekstów do wprowadzania rządów silnej ręki. Gdy się już umocnią, wszelkie uzasadnienia staną się zbędne. Wówczas już samo przez się będzie zrozumiałe, że władza ma prawo brać poddanych za mordę. Na początku jednak potrzebny jest pożar Reichstagu, by „ciemny lud” to zaakceptował.

Wprowadzając drakoński kodeks karny, władza bierze na cel przestępczość pospolitą, nie polityczną, ale nie łudźmy się – tak naprawdę chodzi o zmianę całokształtu relacji między rządzącymi a społeczeństwem. Zresztą długotrwałe trendy w statystykach pokazują, że przestępczość w Polsce spada, więc zaostrzenie kar nie jest potrzebne dla wyeliminowania jakichś groźnych i nasilających się patologii. Ono jest niezbędne dla zmiany klimatu politycznego w Polsce i dla zmodyfikowania prawnych standardów. Gdy już obywatele – niczym pomalutku gotowana żaba – oswoją się z faktem, że za kradzież batonika idzie się na długo do więzienia, wówczas przyjdzie czas na przykręcenie śruby także tym, którzy demonstrują i rozklejają antyrządowe ulotki.

Tajny plan PiS

PiS nigdy się tym głośno nie chwalił, ale od samego początku zamierzał zmienić ustrój Polski i ustanowić autorytarne rządy twardej ręki. Plan był przygotowany zawczasu i po dojściu Kaczyńskiego do władzy zaczął być realizowany z metodyczną konsekwencją. W pierwszym etapie władza zapewniła sobie osłonę medialną, przejmując kontrolę (w istocie nielegalną, antykonstytucyjną) nad mediami publicznymi i nad niezależną prokuraturą.

Następnie przystąpiła do demontażu niezwisłego sądownictwa, zaczynając do samej góry – od Trybunału Konstytucyjnego, czyli punktu domykającego system. Po wyeliminowaniu tego zabezpieczającego zwornika można było kolejno likwidować niezawisłość kolejnych szczebli wymiaru sprawiedliwości.

Do zamachu na Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak do zaostrzenia kodeksu karnego, potrzebny był pretekst – i władza go znalazła. „Pożarem Reichstagu” był w tym przypadku fakt, że poprzednia ekipa, ewidentnie naginając prawo, wybrała „na zapas” trzech sędziów Trybunału. Gdyby jednak nie to – znalazłoby się coś innego, a różni symetryści, „pożyteczni idioci” władzy i zwykli kretyni z taką samą gorliwością, jak obecnie mogliby powtarzać, że wart Pac pałaca, że w Polsce, w której rządzi duopol POPiS, ścierają się „dwa polityczne plemiona”, a obrona fundamentów demokracji i państwa prawa to przejaw zacietrzewienia.

Wybory przesądzą o losie Polski

Dziś w realizacji planu PiS doszliśmy do etapu nowelizacji prawa karnego i zaostrzenia represyjności systemu. W kolejny etap wejdziemy po wyborach, jeśli nie daj Boże przyniosą one przedłużenie władzy PiS na kolejne cztery lata – czyli w praktyce na znacznie dłużej. Projekt „ustawy dekoncentracyjnej”, czyli plan zniszczenia wolnych mediów prywatnych czeka już w partyjnych szufladach. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra te wybory, niepotrzebny nawet będzie żaden pożar Reichstagu, by go stamtąd wyciągnąć. Zamiast szukać pretekstu władza powoła się na wolę suwerena, który ponoć tak zadecydował przy urnach wyborczych.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>