Tag Archives: media

PiS tuczy swoich

6 Mar

Władza tuczy swoich, głodzi obcych. Jeżeli ktoś jeszcze ma złudzenia co do uczciwości obecnych władz w zamawianiu reklam i ogłoszeń, powinien przeczytać artykuł Jakuba Bierzyńskiego „Polityczna dystrybucja budżetów reklamowych” w „Rzeczpospolitej” (4.O3.2019).

Autor od 25 lat prowadzi dom mediowy OMD. Oto wypisy z jego artykułu:

Gdy przyszła zmiana władzy, udział mediów kojarzonych z PiS w wydatkach na reklamę państwowych firm gwałtownie wzrósł. Wydawnictwa Fratria (m.in. „Sieci”), Orle Pióro, Niezależne Wydawnictwo Polskie zaabsorbowały w 2016 r. 25 mln zł z reklam (wzrost o 525 proc.!), rok później 28 mln (+12 proc.) i aż 48 mln w ubiegłym roku (kolejne +70 proc.). Stanowi to 33 proc. udziału w całości ich przychodów w 2018 r. To blisko siedem razy więcej niż średnia rynkowa.

Po przejęciu władzy przez PiS strumień publicznych środków pompowanych do TVP gwałtownie wzrósł już w 2016 r. i nadal systematycznie rośnie. W 2018 r. spółki Skarbu Państwa (SSP) wydawały w TVP dwuipółkrotnie większą kwotę niż w 2015 r. (wzrost o 150 proc.). Telewizja publiczna, posiadając 21,7 proc. udziału w oglądalności, jest ponadtrzyipółkrotnie nadreprezentowana w wydatkach SSP (62,1 proc.).

Reklam takich firm jak Orlen, PZU, Lotos, LOT, PKO nie mają szans zobaczyć „Polityka” i „Newsweek”. Oba pisma, posiadając razem 25 proc. udziałów w rynku czytelnictwa, mają jedynie 0,5 proc. (!) udziału w wydatkach państwowych firm na reklamę. TVN, mając 12,2 proc. oglądalności i 15,3 proc. w rynku reklam, może liczyć jedynie na 0,4 proc. budżetów państwowych spółek.

W niektórych przypadkach dochodzi do sytuacji groteskowych. Polska Grupa Zbrojeniowa reklamuje ciężki sprzęt bojowy w „Gazecie Polskiej”, „Sieci” i „Do Rzeczy”. „Rozumiem, że osoby decydujące o inwestycjach reklamowych, tam właśnie szukają klientów na karabiny, granaty i czołgi” – pisze Bierzyński.

W sumie po przejęciu władzy wydawnictwa prawicowe w ciągu trzech lat zarobiły ponad 100 mln zł. Trzy główne wydawnictwa prawicowe w ciągu trzech lat otrzymały „dotację” ze Skarbu Państwa w wysokości ok. 80 mln zł (wartość cennikowa).

Jakub Bierzyński ostrzega, że inwestycje w reklamie podlegają profesjonalnym audytom, a powyższe wydatki pozwolą postawić decydentom zarzut o działanie na szkodę własnych spółek. Po zmianie władzy i uniezależnieniu prokuratury to spółki Skarbu Państwa będą jednym z pierwszych obiektów kontroli. Wielkość strat przy budżetach reklamowych z łatwością przekroczy kodeksowe „mienie wielkiej wartości”, czyli milion złotych. Przy takiej kwocie grozi już 10 lat więzienia. Łatwo będzie udowodnić przestępstwo – kończy Bierzyński.

Co prawda autor nie odkrywa Ameryki, gdyż są to sprawy dobrze znane, ale warto je przypominać. Żadna władza po 1989 r. nie czerpała z publicznej kiesy tak bezceremonialnie jak obecna. Nie dba nawet o pozory. Polska Grupa Zbrojeniowa, Orlen i im podobne nie rzucają niezależnym mediom nawet ochłapu, nie dzielą wydatków w proporcji 60:40 czy 80:20. Żadnych pozorów – wszystko obgryzą i połkną w całości – jak boa dusiciel, który trawi w ukryciu.

Ciekawe, czy dalszy rozwój wypadków (i wydatków) potwierdzi prognozę autora. Zmiany personalne w prokuraturze mogą jeszcze przez lata kryć dusicieli niezależnych mediów.

Reklamy

Od czego biorą się odjazdy Dudy?

30 List

Schetyna do PAD: Proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą. Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy

Lider Platformy odpowiada na dzisiejszy tweet Andrzeja Dudy.

Prezydent Andrzej Duda nie od dziś zaskakuje swoją aktywnością na Twitterze. Zdarzają się wpisy, co do których wielu ma wątpliwości, że zostały napisane przez głowę państwa. Tym razem Duda, który mienił się „prezydentem wszystkich Polaków”, wdał się na Twitterze w polemikę, w której ewidentnie opowiedział się po stronie partii rządzącej.

Andrzej Duda odniósł się do słów Sławomira Neumanna z PO, który w rozmowie z onet.pl stwierdził, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”, a polityka PiS przypomina działania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. – „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – skomentował Andrzej Duda.

Zareagował na te słowa Kamil Sikora z wp.pl. – „Oczywiście „apolityczna prezydentura” to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał dziennikarz. Duda „nie odpuścił” i odpowiedział: – „Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Andrzej Duda.

„Nie PO. Pan i pana dysponent z Żoliborza. Unia jemu przeszkadza. Pan to pionek do posłusznego przesuwania, ale On chce rządzić samowładnie i samowolnie. Panem już tak rządzi, Polakami jeszcze nie. I przeszkodę, Unię chce rozwalić, albo z niej wyjść. I Polacy powinni to wiedzieć” – skomentował na Twitterze Waldemar Kuczyński. Inni internauci też nie kryli oburzenia wpisem prezydenta.

„Przypominam, że to Pan podpisał SIEDEM nowelizacji Ustawy o SN, które są kwestionowane przez KE i kto tu pomaga w „polexicie”. Chyba jednak lepszą strategią byłoby milczenie na Pana miejscu!”; – „PO nie łamie Konstytucji. To pańska partia robi wszystko, żeby Polska opuściła UE. Rozumiem, że ten wpis jest do waszego elektoratu. To nie PO podpisało ustawy niezgodne z prawem, tylko Pan, dr prawa”; – „Tzw. prezydent Duda nie po raz pierwszy zachowuje się jak dziecko z ADHD…”; – „Pan Prezydent w Andrzejki chyba stracił kontrolę nad kontem Twittera”.

>>>

Grupa trzymająca władzę i kasę robi się nerwowa. Próbuje nas straszyć, co tylko potwierdza słuszność naszych zarzutów.

Sypią się pozwy i pogróżki. Jest tego tyle, że sprawia to wrażenie skoordynowanej akcji. Politycy obozu rządzącego i kontrolowane przez nich instytucje najwyraźniej usiłują zastraszyć i ocenzurować „Gazetę Wyborczą” oraz inne niezależne media.

Senator Grzegorz Bierecki grozi i żąda usunięcia z serwisu Wyborcza.pl fragmentu stenogramu rozmowy Leszka Czarneckiego z ówczesnym przewodniczącym KNF Markiem Ch., dotyczącego nieudanej próby ulokowania wielomilionowej kwoty w banku Czarneckiego.

PiS w „ostatecznym przedsądowym wezwaniu”, sformułowanym przez obsługującą tę partię kancelarię adwokacką Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński, grozi Wojciechowi Czuchnowskiemu za wpis na Twitterze, w którym mój redakcyjny kolega mówił o mafii z PiS.

A mnie usiłuje zastraszyć Polski Fundusz Rozwoju, w którego imieniu ta sama kancelaria przysłała mi podobne „ostateczne przedsądowe wezwanie”, domagając się przeprosin i wycofania ze strony Wyborcza.pl mojego artykułu „Jak PiS wjechał na Kasprowy Wierch”.

Jak się okazuje, zadziwiające wpisy na portalu społecznościowym to nie jedyna dzisiejsza aktywność Andrzeja Dudy. Prezydent postanowił właśnie podpisać – eufemistycznie mówiąc – kontrowersyjną ustawę o Komisji Nadzoru Finansowego. Znajduje się w niej przepis umożliwiający przejmowanie banków, znajdujących się w złej kondycji finansowej, przez inne banki „za złotówkę”.

Tenże przepis ma związek z aferą korupcyjną w KNF, ujawnioną przez „Gazetę Wyborczą”. Dziennik opublikował nagranie z rozmów między byłym już szefem KNF Markiem Ch. a właścicielem Getin Noble Bank Leszkiem Czarneckim. Bankier usłyszał, że jego zagrożony kłopotami finansowymi bank może zostać doprowadzony do upadku i przejęty („za złotówkę) przez inny bank, chyba że zatrudni u siebie prawnika Grzegorza Kowalczyka i da mu wynagrodzenie 40 mln zł.

Kontrowersje budziły także prace nad tą ustawą. Przebiegały w ekspresowym tempie – posłowie PiS przegłosowali ją 9 listopada, a senatorowie tej partii – 23 listopada. Parlamentarzyści partii rządzącej nie wzięli pod uwagę zastrzeżeń sejmowych i senackich prawników.

A i tryb wniesienia przepisu, umożliwiającego przejmowanie banków będących w kłopotach oprawki, budzi daleko idące wątpliwości. Poseł PiS Kazimierz Smoliński (na polecenie swego klubu parlamentarnego) wniósł ją dwa dni po tym, gdy właściciel Leszek Czarnecki zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Marka Ch. – szefa KNF.

Posłowie opozycji alarmują, że na mocy ustawy, która właśnie weszła w życie, można będzie przejąć każdy bank i wywłaszczyć każdego właściciela-bankowca.

Duda coś musi brać, bo takich odjazdów normalnie się nie ma.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła…

View original post 1 177 słów więcej

PiS chce zamieść aferę KNF pod dywan. Nie pozwolić na to

25 List

>>>

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniemn ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów, dotyczą poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów – mówi Jarosław Urbaniak, poseł Platformy Obywatelskiej, członek komisji finansów publicznych, były prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. – Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.

Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?
Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?

Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?
W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.

Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?
Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?
Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że

już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.

Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?
Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.

Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.

Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?
Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.

Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.

Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?
Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?
To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.

Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

Mogą się jeszcze przydać?
Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.

Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?
Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.

Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.

Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?
Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.
Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery pan

Grzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

Co dalej z szefem NBP?
„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.

Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?
Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?
Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.

Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?
Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Ciul! Czy niewłaściwe jest, że zdrajcę określa się męskim członkiem po śląsku?

W Żorach odbył się protest przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, a obecnie radnemu PiS Wojciechowi Kałuży. W proteście wzięli udział m.in. Monika Rosa z Nowoczesnej i Borys Budka z PO.

Dzień po ogłoszeniu Koalicji Obywatelskiej, SLD i i PSL do Porozumienia Programowego prawicy dołączył radny Wojciech Kałuża. PiS zyskało tym samym 23 mandaty i to ono będzie sprawować władze w sejmiku woj, śląskiego.

Wojciech Kałuża został radnym z listy Koalicji Obywatelskiej, był rekomendowany przez Nowoczesną.

W Żorach odbył się protest, w którym uczestnicy postulowali o to, by radny PiS złożył mandat. Do zgromadzonych przemówiła posłanka Nowoczesnej Monika Rosa.

– Boli mnie serce, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Kałuża, ty ciulu, ty zdrajco. Mam nadzieję, że za rok wszystkich cholernych ciuli rozliczymy – powiedziała posłanka.

– Kałuża to nie jest męczennik. Za garść srebrników sprzedał to co jest najważniejsze, sprzedał honor i swoją twarz – powiedział Borys Budka.

„Przyzwoitość, nie pieniądze!”, „Oddaj mandat, przeproś Żory!”, „Jeżeś Ślązok, nie rób gańby!”, „Złodziej!”, „Kałuża, ty ciulu!”- takie okrzyki wznosili manifestanci na rynku w Żorach, podczas największej od 1989 roku demonstracji, wywołanej zdradzieckim manewrem kandydata Koalicji Obywatelskiej do Śląskiego Sejmiku Wojciecha Kałuży.

Dał się PiS–owi przekupić i otrzymując stanowisko wicemarszałka, przeszedł stronę partii rządzącej. Oszukani wyborcy i polityczni sojusznicy Kałuży domagali się, by oddał mandat wojewódzkiego radnego.

„Ten człowiek, który w kampanii wyborczej się kreował na Ślązaka, on po prostu to wszystko sprzedał. Nie bydzie tego. Jeżeś ślązok, oddaj mandat!” – krzyczał do mikrofonu Marcin Musiał, jeden z organizatorów manifestacji.

Wtórowało mu kilkaset osób, które przyszły na żorski rynek, by pokazać, że czują się oszukane. Na mównicę wyszła także posłanka Monika Rosa, szefowa Nowoczesnej na Śląsku.

„Boli mnie serce, że muszę stać i manifestować, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Nie traćcie wiary. Zaufajcie jeszcze raz” – prosiła Rosa i wykrzyczała na cały głos: „Kałuża, ty ciulu!”

O głos prosili też ludzie z tłumu. „Nie znałam tego pana” – zwróciła się do zgromadzonych emerytka pani Ewa – „ale zagłosowałam na niego, bo nie chciałam poprzeć kandydata PiS-u. Byłam przekonana, że jak ktoś jest jedynką na liście, to jest to kandydat najwyższego zaufania. W środę rano obudziłam się i okazało się, że jednak zagłosowałam za PiS-em! Wytrącono mi z ręki ostatnią broń dostępną dla zwykłego obywatela! Z obawą czekam na dzień, w którym obudzę się i dowiem, że nie jestem już obywatelką III RP, ale poddaną miłościwie panującego Jarosława” – mówiła pani Ewa.

Z kolei Maria Szymczyk podkreślała, że wywodzi się ze środowiska Żorskiej Samorządności, tak jak Wojciech Kałuża. „Panie Kałuża, gdzie, do cholery, są twoje ideały? Byłeś z nami w tym miejscu, gdy do Żor przyjechał prezydent Andrzej Duda. Nie stałeś wśród tych, którzy przyjechali klaskać. Wołałeś: „Konstytucja!”. Co się z tobą stało? – pytała Maria Szymczyk.

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Upadła pisowska władza na klęczkach przed niebytem. Okropny widok niedowładu psychicznego u wyznawców Kaczyńskiego. Zniewolenie

25 List

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez biuro prawne Sejmu, jako potencjalnie sprzeczne z konstytucją. Ustawa zasadnicza takich prerogatyw dla marszałków nie przewiduje. – Autor poprawek był jednak uparty, jego pomysły dwa razy trafiały do porządku obrad, zanim zostały wycofane – opowiada nasz rozmówca.

Z awantury w KNF premier wyjdzie zatem wzmocniony. Jacek Jastrzębski był do tej pory wiceszefem departamentu prawnego PKO BP. To, że Morawiecki misję sprzątania po Chrzanowskim powierzył menedżerowi z tego banku – zarządzanego przez Zbigniewa Jagiełłę, kolegę premiera jeszcze z czasów PRL-owskiej opozycji – to wyraźny sygnał.

Przypomnijmy: bezpośrednią przyczyną dymisji Chrzanowskiego było nagranie rozmowy z marca 2018 r., ujawnione przez bankiera Leszka Czarneckiego, który twierdzi, że szef KNF zażądał od niego – pośrednio – ok. 40 mln zł łapówki. W jednym z najważniejszych wątków afery KNF pojawia się nazwisko senatora PiS Grzegorza Biereckiego i nazwa jego fundacji Kocham Podlasie.

>>>

>>>

30 proc. – nawet o tyle firmy energetyczne chciałyby podnieść w przyszłym roku ceny energii elektrycznej dla odbiorców indywidualnych – podały w poniedziałek „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Urząd Regulacji Energetyki otrzymał już cztery wnioski w tej sprawie od firm energetycznych.

Spora podwyżka? Prawdziwy ból głowy mają samorządy i firmy, które już od kilku tygodni dostają nowe cenniki z podwyżkami rzędu 50-70 proc. I w odróżnieniu od odbiorców indywidualnych, dla których taryfy musi zatwierdzić prezes URE, przedsiębiorcy nie mogą nic zrobić, będą musieli płacić więcej. Te ceny oczywiście przełożą się na ceny towarów i usług – praktycznie wszystkich, bo trudno dziś znaleźć branżę, która nie korzystałaby z prądu.

Tak czy inaczej, klienci zapłacą za drastyczny wzrost cen energii. Gra toczy się teraz o to, by nie zobaczyli tych podwyżek bezpośrednio na swoich rachunkach za prąd. Dlaczego? Bo dla rządzącej partii przed jesiennymi wyborami byłby to strzał w stopę. Dlatego minister energii i cały rząd wykonują teraz akrobatyczne ewolucje, by z jednej strony zrównoważyć bilans firm energetycznych, a z drugiej nie wzburzyć suwerena.

Zemsta węglowa

Skąd ta konieczność drastycznego podwyższenia taryf? Mści się wstrzymanie, a nawet cofnięcie w ostatnich latach restrukturyzacji rynku energetycznego oraz jego praktyczna nacjonalizacja i ograniczenie konkurencji. 80 proc. energii w Polsce powstaje z węgla, a ten – po kilku latach chudych – zaczął drożeć. Zdrożały też kilkukrotnie pozwolenia na emisję CO2, które każda elektrownia musi kupić, by móc wypuszczać do atmosfery ten gaz cieplarniany. Wzrosła też cena tzw. zielonych certyfikatów, które mają stanowić motywację dla firm energetycznych do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). Nie inwestujesz w farmy wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie wodne? Płać.

Cud przedwyborczy

Ale nawet państwowe firmy nie mogą działać całkowicie w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Drożejący węgiel i pozwolenia na emisję wymusiły w końcu podwyżki taryf energetycznych. I to drastyczne. Przedsiębiorcy będą musieli sobie poradzić sami (podwyższając ceny). A co z gospodarstwami domowymi? Szef URE może jakoś zmitygować apetyty koncernów energetycznych i nie zgodzić się na podwyżki rzędu 30 proc. Ale na jakieś chyba będzie musiał pozwolić. Dlatego rząd, ustami ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, błyskawicznie zapowiedział plan ratunkowy: gospodarstwa domowe nie zapłacą ani grosza więcej, nawet jeśli cena energii pójdzie w górę. Cud? Najwyraźniej tak, cud przedwyborczy. Minister tłumaczy pokrętnie, że podwyżkę wezmą na siebie dystrybutorzy energii. Słychać tu ech niedawnych deklaracji prezesów Orlenu i Lotosu, że wprowadzoną przez rząd nową opłatę paliwową oba te państwowe koncerny biorą na siebie. To było też przed wyborami – samorządowymi.

Pomijając koszty całej operacji („DGP” szacuje je na ponad 2 mld zł rocznie), trzeba pamiętać o jeszcze jednym ciekawym wątku w tej sprawie: europejskim. Co będzie jeśli Komisja Europejska uzna, że przelewanie pieniędzy z jednej państwowej kieszeni (spółki dystrybucyjnej czy budżetu) do innej (czyli spółek energetycznych), to ukryta forma pomocy publicznej? Zdaniem eksperta Filipa Elżanowskiego z kancelarii prawnej Elżanowski Charka i Wasowski, cytowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”, zamiar takich transferów rząd będzie musiał zgłosić Komisji, by ta oceniła czy nie jest to zabronione subsydiowanie spółek, które zakłóca normalne mechanizmy rynkowe. Jeśli Bruksela zaprotestuje, rząd będzie musiał wymyślić jakiś inny plan godny barona Münchhausena. Do wyborów tylko parę miesięcy.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Kto to widział, żeby do Pana Prezesa mówić „panie Jarku”. Czy do Aleksandra Wielkiego zwracali się „panie Olku”?!

Bardzo się obruszył prezes PiS, gdy w czasie rozprawy w procesie między nim a Lechem Wałęsą ktoś z publiczności nazwał go „panem Jarkiem”. „Panem Jarkiem byłem 40 lat temu!” – replikował dotknięty do żywego. Ta reakcja wiele mówi nie tylko o samym Kaczyńskim, ale i o sytuacji, w jakiej znalazła się Polska.

Pan Donek, pan Jarek i inne zniewagi

To znamienne, że szefa partii rządzącej najbardziej oburza lekko protekcjonalna formuła „pan Jarek”. Jakoś nie słychać, by w podobnie drażliwy sposób reagował np. na skandowanie „Precz z Kaczorem dyktatorem” czy porównywanie go do Gomułki. Tamte epitety i oskarżenia znosi z godnością, wyniośle milcząc, natomiast „pana Jarka” nie zdzierżył.

Sam zresztą podobnej formuły używa, gdy chce komuś szczególnie dopiec – w czasie sromotnie przerżniętej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem w 2007 r. zwracał się do niego per „panie Donku”. Tusk nie pozostał mu dłużny i z uśmiechem na ustach odpowiadał mu „panie Jarku” i „Jareczku”. W tej konkurencji szef PO okazał się lepszy, bo „pan Donek” najwyraźniej spłynął po nim jak po – przepraszam – kaczce, a Kaczyński został wyprowadzony z równowagi. To było widać gołym okiem. Już do końca debaty pozostawał zdenerwowany, spięty, zły – i w efekcie przegrał zarówno pojedynek w telewizji, jak i starcie przy urnach wyborczych.

Jaka jest różnica między „Kaczorem dyktatorem” a „panem Jarkiem”? Dlaczego ten pierwszy epitet nie prowokuje Kaczyńskiego do kłótni, a drugi rozpala go do czerwoności? To oczywiste – słowo „dyktator” zawiera w sobie element siły. Potęgi. Dyktator to człowiek, który żelazną ręką trzyma społeczeństwo i przed którym drżą poddani. Owszem, nienawidzą go, ale zarazem czują przed nim respekt. Szanują. Do pewnego stopnia wręcz go podziwiają, bo przecież potęga, nawet wroga i opresyjna, wzbudza podziw.

A „Pan Jarek” nie jest groźnym i surowym władcą, ale wąsatym jegomościem mieszkającym po sąsiedzku w tym samym bloku. Codziennie rano widzimy go, jak w rozczłapanych butach idzie do kiosku, żeby kupić „Super Express” i zagrać w Lotto. Pan Jarek żadnego podziwu nie wzbudza. W ogóle nie wzbudza niczego poza ironicznym uśmieszkiem – ani strachu, ani szacunku. A przecież właśnie tego pan prezes łaknie i potrzebuje. Bez podziwu, strachu, szacunku, bez uniżonych gestów poddanych i bez czołobitności wyznawców usycha i więdnie.

W rozmowie z Teresą Torańską powiedział kiedyś, kim chciałby zostać w przyszłości: „emerytowanym zbawcą narodu”. To oczywiście miał być żart, ale w jego podtekście kryła się głęboka wiara i przekonanie o własnej wielkości. Bo przecież normalny człowiek tak nie żartuje. Do głowy mu nie przychodzi, że mógłby być idolem tłumów, które padają przed nim na kolana. Taka wizja i taka rola społeczna mieści się poza horyzontem wyobrażeń normalnego człowieka.

Gdy cię nie kochają, niech się przynajmniej ciebie boją

„Zbawca narodu” i „Kaczor dyktator” to w istocie lustrzane odbicia tej samej potęgi. Z przeciwnymi znakami. Plus i minus. Yin i yang. Skoro nie możesz sprawić, by cię wielbili, to niech przynajmniej cię nienawidzą i niech się ciebie boją. Bo to też oznacza, że cię szanują i podziwiają.

Nie tylko w kraju. Skoro nie możesz być dla społeczności międzynarodowej autorytetem ani liderem, skoro nie możesz w Unii Europejskiej odegrać roli przywódczej, to możesz przynajmniej zostać jej szwarccharakterem. Wiecznym kontestatorem, który blokuje wszelkie inicjatywy i uniemożliwia innym wspólne działanie.

Pamiętacie podpisywanie traktatu lizbońskiego o Unii Europejskiej w 2007 roku? Zanim ówczesny prezydent Lech Kaczyński go zaakceptował, długo droczył się z partnerami, mówił, że nie podpisze, bo to czy tamto. Właściwie nie bardzo było wiadomo, o co chodzi i jakie są rzeczywiste powody tego spektaklu. Tak jak nie było też wiadomo, dlaczego prezydent nagle odpuścił i podpisał dokument.

Dopiero z opóźnieniem dowiedzieliśmy się, że przez cały czas konsultował się telefonicznie z bratem, który mówił mu, co robić. Być może po wielogodzinnym utrzymywaniu całej Europy w stanie nerwowego napięcia i niepewności patologicznie rozdęte ego Jarosława Kaczyńskiego poczuło się chwilowo zaspokojone?

Ale tylko chwilowo, bo przecież zaraz po podpisaniu traktatu zaczął się kolejny spektakl, w którym chodziło o ratyfikację dokumentu w Polsce i ostateczne podpisanie go przez prezydenta. Droczenie się zakończono dopiero w 2009 r.

Kto nadmuchał ego małego Jarka?

Nie wiemy, kiedy ta mania wielkości została zaszczepiona w psychice pana prezesa. Być może nosi ją w genach, z nią przyszedł na świat. A może to efekt negatywnych doświadczeń w procesie socjalizacji? Może koledzy na podwórku go lali i wyśmiewali się z niego? Już ja wam pokażę – powiedział zapłakany mały Jarek. Zobaczycie, że kiedyś zostanę zbawcą narodu, Aleksandrem Wielkim, Napoleonem albo przynajmniej Stalinem.

I metodycznie realizował tę zapowiedź, z maniakalną konsekwencją przygotowując się do tej roli. Wiele lat później dowiedzieliśmy się, że uważnie studiował m.in. „Krótki kurs historii WKP(b)”. Po co? Przecież normalny człowiek tego nie czyta. To lektura dla historyków. No i dla szaleńców, którzy mogą tu znaleźć inspirację i wzorce.

Długo trwało, zanim Jarkowi udało się spełnić obietnice złożone niedobrym kolegom. Ciągle odbijał się od ściany. W wywiadzie udzielonym w 1994 r. politologowi Tomaszowi Grabowskiemu mówił, że w okresie „Solidarności” był na marginesie, poza głównym nurtem wydarzeń. A potem przyszedł stan wojenny: „W 1982 r. próbowaliśmy przebić się do kierownictwa ‘Solidarności’ z Dornem, bo mieliśmy taką optymistyczną wizję, że może teraz my staniemy się głównymi mózgami. To zakończyło się kompletną plajtą, zresztą tak jak i inne próby przebijania się do decydujących grup” – wspomina.

A może wcale nie chodziło o to, by coś pokazać kolegom z podwórka. Może błędy wychowawcze popełniła mama, wmawiając małemu Jarkowi, że jest wybitny i wspaniały. Że historia przeznaczyła go do wielkich zadań. Teraz ta mama ma rondo swego imienia w Starachowicach, a Jarosław osobiście wziął udział w uroczystości odsłonięcia tablicy.

Bo oczywiście wielkość zbawcy narodu promieniuje na jego bliskich. Na mamę i przede wszystkim na brata, który zasługuje na spoczynek w krypcie królów na Wawelu oraz na ulice swego imienia i pomniki w całym kraju. Jeżeli władze samorządowe takiego pomnika na placu w centrum miasta postawić nie chcą – wtedy trzeba zmilitaryzować plac, odbierając go samorządowi, który najwyraźniej nie rozumie, jaka jest funkcja i sens istnienia Polski. Trzeba mu uświadomić, że Polska istnieje po to, by kult zbawcy narodu i jego rodziny miał gdzie rozkwitać.

Niech stanie tysiąc pomników. A potem co?

Pytanie tylko, co dalej. Co będzie robić pan Jarek, gdy osiągnie cel swojego życia? Gdy oficjalnie zostanie już okrzyknięty Jarosławem Mądrym (wcześniej trzeba będzie pozbawić tego przydomka ukraińskiego władcę, ale to pryszcz, Putin pomoże to załatwić), a we wszystkich polskich miejscowościach będą już ulice Lecha Kaczyńskiego i na wszystkich centralnych placach staną pomniki Prezydenta Tysiąclecia. Co wówczas?

Niedobrze by było, gdyby skończyło się tak, jak w opowiadaniu, w którym tybetańscy mnisi odkryli, że celem istnienia świata jest sporządzenie listy wszystkich imion Boga we wszystkich językach świata. W tym celu zakupili supernowoczesny amerykański komputer, zainstalowali w nim wszystkie języki i uruchomili program spisujący imiona Boga.

A gdy program zakończył działanie, gwiazdy na niebie zaczęły gasnąć.

Waldemar Mystkowski pisze o zamachu na wolne media.

PiS nie ma pomysłu, jak ugryźć wolne media, bo te patrzą władzy na ręce i co rusz ujawniają jakąś aferę, a z tymi jest tak, iż co zostanie podniesiony jakiś kamień, wypełza spod niego pisowska korupcja. Takiej aferalnej partii u władzy dotychczas nie mieliśmy.

A przy tym wzrasta prymitywizm działania polityków PiS. Kiedyś wiceprezes tej partii Adam Lipiński zapraszał do siebie Renatę Beger, aby ją przekupić posadą, dzisiaj niezbyt lotny szef kancelarii Mateusza Morawieckiego, Michał Dworczyk jedzie na Śląsk, aby skorumpować lokalnego polityka Kałużę i od razu wiadomo za ile go kupił.

Ani Dworczyk w związku z tym nie dostaje rumieńców na twarzy, ani premier, któremu przyglądając się coraz bardziej stwierdzam, że to typowy polityk słup. Był słupem jako prezes w banku z grupy Santander, dzisiaj jest słupem Kaczyńskiego. Gdy jednak jakiś dziennikarz trochę pociągnie go za język, sypie się jego pojęcie o wolności, demokracji i najczęściej mamy do czynienia z osobnikiem o nadymanym ego.

Donald Tusk określił go osobą nie wychylającą się ze swoim zdaniem. Taka trusia, która czeka okazji, aby się nadymać. Przypomina ropuchę dostającą wzdęcia podgardla. Jego braki wiedzy o demokracji wychodzą na każdym kroku, ale też braki charakterologiczne. O mediach był rzec, iż „80 proc. mediów znajduje się w rękach naszych przeciwników”.

Czyli wolne media są we wrogich rękach, bo niepisowskich. Definicja wroga dla Morawieckiego jest oczywista, to ktoś niezwiązany emocjonalnie i ideowo z PiS. Wrogiem dla Morawieckiego jest 80 proc. Polaków (19 proc. zagłosowało na PiS), który to odsetek został z automatu przeniesiony na media. Od początku PiS kombinuje, jak tych 80 proc. zniewolić, uczynić sobie posłusznymi. Przez 3 lata nie wiedzą, jak ugryźć wolne media, jak sprowadzić je do niskiego poziomu dawnych mediów publicznych, TVP i radia. Próbują to osiągnąć poprzez zastraszanie i manipulowanie.

TVN wyemitował reportaż o neofaszystach świętujących urodziny Hitlera, którym nic się nie dzieje w państwie rządzonym przez PiS. Więc politycy PiS i ich media wykombinowali, iż autorzy reportażu zrobili z neofaszystami ustawkę.

Refleksja. Jak neofaszystów można namawiać na neofaszyzm? Nie ma takiej opcji, problemem dla dziennikarza jest, aby zgodzili się neofaszyści, by ich rytuały filmować. Gdy reportaż został wyemitowany, a Polska zobaczyła, iż neofaszyzm w państwie PiS ma się całkiem dobrze, wkraczają wówczas media pisowskie, służby państwa i stosują metodę „na złodzieja”.

Złodziej złapany na gorący uczynku odwraca uwagę i wskazuje na tego, którego okradł. W tej metodzie jest dążenie do tego, aby propagandowo rozegrać TVN, najpierw zastraszyć, a nastepnie – gdy opinia publiczna zostanie przewekslowana – postarać się przejąć media.

Operator reportażu o neofaszystach Piotr Wacowski jest szykanowany przez ABW. Otóż wręczono mu pismo, aby stawił się w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu. Nawet wskazano mu zarzuty, mianowicie z art. 256 par. 1 Kodeksu karnego (propagowanie nazizmu, zagrożone karą od grzywny do dwóch lat więzienia). Logika tego jest mniej więcej taka, że podobny zarzut można by postawić np. reżyserowi filmu o wrześniu 1939, ABW mogłoby wręczyć wezwanie na przesłuchanie, bo jest podejrzany o propagowanie napaści hitlerowców na Polskę.

To jest jedna z prób oskarżenia niezależnych mediów, by je sobie podporządkować. Na szczęście twardo o tej pisowskiej chęci zamachu na wolne media wypowiedziała się ambasador USA Georgette Mosbacher, która mówiła o wielkiej sympatii do Polski, jaka jest w Kongresie USA, ale może ją zepsuć jedna rzecz: „zamach na wolne media”.

Ziobro krętacz i lepsi od niego krętacze w PiS. Krętactwa kaczystowskie

24 List

>>>

Minister sprawiedliwości, który publicznie obiecał nadzorowanie śledztwa w aferze KNF, znalazł się – delikatnie pisząc – w dość niezręcznej sytuacji, gdy częstochowski prawnik Grzegorz Kowalczyk zaczął się powoływać na znajomość z ministrem.

Zbigniew Ziobro przy wielkim wsparciu małżonki (telefon do dziennikarza TVN24 w przerwie programu) zapewniał, że nie zna Kowalczyka, który jest zamieszany w próbę wymuszenia 40 milionów przez byłego już szefa KNF Marka Chrzanowskiego.

Próbę wyjaśnienia spornej znajomości podjęła posłanka PO Izabela Leszczyna. „W inwentarzu absolwentów Wydziału Prawa UJ z roku 1994 znajdują się Zbigniew Ziobro i Grzegorz Kowalczyk. Czy to znaczy, że prawnik Chrzanowskiego i Glapińskiego jest kolegą Ministra Ziobry z roku?” – zadaje pytanie na Twisterze posłanka.

>>>

Toaleta publiczna, tj. TVP została pozwana

Roman Giertych, pełnomocnik Leszka Czarneckiego, w którego imieniu złożył zawiadomienie na szefa KNF w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa korupcyjnego, zamierza pozywać dziennikarzy TVP. – „Trwa brutalny atak na mnie ze strony TVP. Miarka się przebrała. (…) W przyszłym tygodniu kieruję pierwsze wezwanie do zapłaty do pani Danuty Holeckiej, która w czasie, gdy pracowałem reprezentując Leszka Czarneckiego w prokuraturze (19.11) poświeciła mi pięć minut w „Wiadomościach”, które się sprowadzały do jednego, czarnego PR” – napisał Giertych na Facebooku.

>>>

Zamierza domagać się od Holeckiej przeprosin przez 7 dni bezpośrednio przed głównym wydaniem „Wiadomości” oraz wpłacenia 200 000 złotych na Caritas lub na WOŚP. – „Brak realizacji żądania spowoduje skierowanie sprawy na drogę postępowania sądowego. W kolejnych dniach będę kierował kolejne wezwania i sprawy sądowe do innych osób z TVP odpowiedzialnych za ten materiał i do samej TVP S.A.” – zapowiedział adwokat.

„Będę konsekwentnie pozywał każdego dziennikarza i redaktora naczelnego każdego wydania za każdy materiał, który narusza moje dobra osobiste. Jednocześnie w przypadku, gdyby poszczególni dziennikarze mieli umowy gwarantujące im zwrot przez tę spółkę zapłaty za zasądzone zadośćuczynienia lub zwrot za koszty przeprosin będę domagał się sądowego stwierdzenia nieważności takich zobowiązań. W moim przekonaniu tego typu zobowiązania wystawione przez media publiczne, które w obecnym wydaniu mają za główne zadanie atakować wszelką niezależną od rządu działalność, stanowią obejście prawa i są nieważne” – czytamy we wpisie Giertycha. Zapowiedział, że podobnie będzie reagował na „kolejne ataki” w TVP.

Tomasz Lis radzi Kaczyńskiemu

PiS rozdaje nagrody, które się nie należą. Taka ich lewizna

‚Władza wzięła na przetrzymanie. Nie było żadnej afery KNF. Była prowokacja upadającego bankiera. Woda w usta, ‚wina Tuska’ , ‚Polacy nic się nie stało’ – komentuje aferę KNF Jarosław Kurski.

Jak w tym wszystkim znaleźć sens, gdy Markowi Chrzanowskiemu, złapanemu na gorącym uczynku i tak wszystko ujdzie na sucho. Powie się, że to patriota, że to profesor godny zaufania. A na koniec, szef NBP Adam Glapiński wystawi mu świadectwo najwyższej moralności. ‚Jak mawiał narodowy wieszcz: Sitwo, Ojczyzno moja! Chciałeś Jarku zostać emerytowanym zbawcą narodu, zostałeś ojcem chrzestnym, capo di tutti capi’ – kończy Jarosław Kurski.

Na usta ciśnie się pytanie – za co te nagrody? Wszyscy przecież pamiętamy serię kompromitujących Służbę Ochrony Państwa kolizji z udziałem najważniejszych osób w państwie.

A tymczasem w uzasadnieniu napisano, że premie przyznano za „realizacje zadań o szczególnej złożoności i zagrożeniu oraz osiągnięcia bardzo dobrych wyników w zawodach sportowych. Łączna kwota nagród uznaniowych przyznanych dotąd w SOP wyniosła 5 383 419 zł. Średnia nagroda uznaniowa wyniosła 2 860 zł” – podało biuro prasowe SOP, na które powołuje się se.pl.

Najwyższą nagrodę – w wysokości 14 tys. zł – otrzymał komendant SOP Tomasz Miłkowski. O nim w artykułach „Kuriozalne słowa szefa SOP o kolizji z udziałem Szydło: „Ruch drogowy czasami tak wygląda” i „Szef SOP nieszczególnie się „przemęcza” – pracuje od wtorku do czwartku?”. Jego zastępcy otrzymali 12 i 10 tys. zł premii.

O przyznaniu nagród zadecydował minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński. – „Najbardziej uderzające są nagrody dla kierownictwa, które ponosi odpowiedzialność za wypadki. Jest to formacja skompromitowana i w porównaniu z problemami z wynagrodzeniami w policji, to jest niemoralne” – podsumował w rozmowie z se.pl poseł PO Krzysztof Brejza.

Media pisowskie finansowane z budżetu państwa przez rząd PiS

16 List

Spółki Skarbu Państwa otrzymały ciekawe pismo z kancelarii premiera. Jej szef, Michał Dworczyk, nakazał w terminie do 15 listopada, przesłać informacje, ile poszczególne spółki przekazały na cele marketingowe, promocyjne, wizerunkowe, PR, z wyraźnym zaznaczeniem, z jakiego rodzaju mediów korzystano. Wychodzi na to, że premier chce mieć dokładne dane, ile państwowe spółki płacą za promocję i jakim mediom.

W tym piśmie Dworczyk zwrócił się z „prośbą o przekazanie w terminie nie późniejszym niż 15 listopada 2018 r. szczegółowego zestawienia wydatków Spółki na cele marketingowe, komunikacyjne, wizerunkowe i sponsoringowe”. Szef KPRM oczekuje od spółek takiej informacji za dwa okresy: rok 2017 i 2018. I mają to być informacje szczegółowe, dotyczące wszystkich spółek w ramach grup kapitałowych, ale także ich fundacji. Spółki mają poinformować, „na jakie cele zostały przeznaczone te środki i jakie firmy/organizacje/instytucje/osoby fizyczne były zleceniobiorcami/beneficjentami tych działań”.

Kancelaria premiera oczekuje też, by „dla każdego typu wydatków proszę o informację, jakie dokładnie firmy/organizacje/instytucje/osoby fizyczne były zleceniobiorcami/beneficjentami tych działań i jakie kwoty zostały im wypłacone”. W zestawieniu, którego oczekuje KPRM, należy też ująć projekty specjalne jak np. debaty i panele dyskusyjne realizowane „we współpracy z mediami bądź podmiotami powiązanymi kapitałowo z mediami”.

Pracownik jednej z tych spółek jest nieco zaskoczony, bo „wygląda to, jakby kancelaria premiera chciała mieć bezpośredni wpływ na to, gdzie się reklamujemy, a gdzie nie. Jesteśmy zdziwieni, że jako spółka giełdowa zmusza się nas do udzielania takich informacji jednemu akcjonariuszowi, a nie wszystkim. Wygląda to tak, jakby pan premier bardzo pilnował swojego wizerunku”.

Jego firma wysłała zapytanie o cel takiego pisma, ale do chwili obecnej nie uzyskała odpowiedzi.

Rzeczywiście, ciekawa to sprawa. Po co premierowi taka wiedza? Czyżby to pierwszy krok ku wyeliminowaniu tzw. mediów niewygodnych? Za chwilę może premier wyda dokładne wytyczne, w których mediach spółki mogą się promować, co odbije się finansowo na tych, tzw. niewygodnych. Jedno jest pewne. W coraz szybszym tempie wracamy do czasów, gdy państwo sprawowało kontrolę praktycznie nad wszystkimi obszarami życia, co może bardzo niepokoić. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło.