Tag Archives: Matteo Salvini

Syf rządzi Polską, czyli PiS

5 Wrz

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.

PiS stworzył wrogów, szuka nowych. Karmienie się nienawiścią

13 Sty

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

Co roku prawica produkuje tony takiego chłamu przeciwko Owsiakowi i jego Orkiestrze i co roku Owsiak z Orkiestrą biją kolejny rekord zbiórek na dobry cel społeczny. W całej Polsce i poza jej granicami, od San Francisco przez New Jersey po Budapeszt i Moskwę.

Gdy „zjednoczona prawica” doszła do władzy, do absurdalnego zwalczania dzieła Owsiaka dołączył rząd. Minister Waszczykowski zabronił polskim placówkom dyplomatycznym jakiejkolwiek współpracy z Orkiestrą, czyli z największą w Polsce społeczną inicjatywą pożytku publicznego.

Przykład idzie z góry, więc z niektórych polskich sklepów w Stanach znikają komunikaty o WOŚP. Czasem Często pod wpływem lokalnych polskich księży i działaczy polonijnych.

To szaleństwo nie ustępuje, choć Owsiakowi ufa 83 proc. obywateli polskich, a WOŚP wspiera 22 proc. wyborców PiS. Jakiej trzeba zapiekłej niechęci, jakiego bezdusznego uprzedzenia, by walczyć z dziełem, które plombuje dziury naszego systemu opieki medycznej i przynajmniej na kilka chwil jednoczy kraj ponad wszelkimi różnicami.

Wystarczy poczytać wypowiedzi wdzięcznych rodziców, bliskich, lekarzy i dyrektorów szpitali, by się przekonać, ile Orkiestra dała Polsce. To nasze dobro narodowe. Zasługuje na wdzięczność i podziw, a nie na hejt z błogosławieństwem rządzących.

Na szczęście hejt na Owsiaka, wbrew intencjom hejterów politycznych i internetowych, wychodzi mu na dobre. Odkąd rządzi PiS, Orkiestra rok po roku osiąga najwyższe wyniki w swej historii. Wspaniale, ale to nie jest zasługa rządów PiS, tylko determinacji Orkiestry i samego Owsiaka, który nie odpuszcza.

Nie tak powinno być.

Próbowano go haniebnie dyskredytować na różne sposoby. Kościół katolicki ma w tym swój zły udział, choć powinien dzieło Orkiestry po chrześcijańsku wspierać. Owsiak nie jest „konkurencją” dla charytatywnych akcji katolickich. To one powinny mu dziękować, że dał Polsce przykład, jak wyprowadzić na ulice ludzi nie w narodowym marszu agresji, lecz w bardzo dobrej wspólnej sprawie.

Drodzy Polacy, urządzimy w Waszym kraju imprezę, która skłóci Was ze wszystkimi potencjalnymi partnerami w Unii Europejskiej, rozbijając jej oficjalne stanowisko w trudnej sprawie, postawi Wasz kraj na czele listy krajów wrogich Iranowi i innym krajom Bliskiego Wschodu, czyniąc z Polaków potencjalne ofiary dżihadystów, a w zamian możemy zgodzić się na to, byście zapłacili nam miliardy za wynajem naszego wojska i amerykańskie bazy w Polsce o nazwie “Fort Trump”. – tak w gruncie rzeczy brzmi komunikat, jaki popłynął do polskiego rządu ze strony naszych amerykańskich “przyjaciół”.

Przypomnijmy, w piątek amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo, poinformował w sprzyjającej republikanom telewizji Fox News, że Stany Zjednoczone planują zorganizować w lutym w Polsce globalną konferencję na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iranie.  Polski MSZ kilkadziesiąt minut po wywiadzie Pompeo w telewizji, wydał oświadczenie w tej sprawie. – Mamy przyjemność poinformować, że Rzeczpospolita Polska i Stany Zjednoczone będą współgospodarzami “Spotkania ministerialnego poświęconego budowaniu pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”, które odbędzie się w Warszawie w dniach 13-14 lutego. Do udziału w spotkaniu zostały zaproszone państwa z całego świata – poinformował MSZ w piśmie, które – jak zaznaczono – zostało wydane jednocześnie przez rządy: Polski i Stanów Zjednoczonych.

Polski rząd postawiony pod ścianą nie miał wyjścia i na konferencję zgodzić się musiał, choć mało kto wierzy w to, że sprawa została wcześniej z polskim rządem uzgodniona. Amerykański rząd wykorzystał fakt, że Polska rozpaczliwie aspiruje do bycia “istotnym” partnerem USA, a dla aprobaty Donalda Trumpa jest gotowa na niemal wszystko. To niestety sprawia, że nasz kraj staje się narzędziem w rękach zdziwaczałego prezydenta USA, wrzucając Polskę na bardzo niebezpieczne rafy dyplomatycznego morza. Jak mówił w radiu TOK FM Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w USA i Hiszpanii, administracja Trumpa chce spróbować tym spotkaniem zdynamizować stosunki międzynarodowe. – Intencją dyplomacji amerykańskiej może być rozbicie stanowiska UE, a nawet budowanie koalicji antyirańskiej – powiedział.

Póki co, za realizowanie amerykańskiego planu płaci Polska. Jak podała irańska agencja informacyjna, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Iranu wezwało charge d’affaires ambasady Polski w Teheranie, by oficjalnie zaprotestować przeciw zaplanowanej na luty konferencji na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza wpływów Iranu w tym regionie. Na nic się zdały wyjaśnienia polskiego dyplomaty na temat organizowanej konferencji, ani przekonywanie, że nie ma ona antyirańskiego charakteru. Padły bardzo poważne słowa, z którymi żaden polski dyplomata nie musiał się mierzyć od czasów sprzed II wojny światowej. W siedzibie resortu polskiemu dyplomacie powiedziano, że podjętą przez rząd Polski decyzję o byciu gospodarzem szczytu uważa się za “akt wrogości wobec Iranu”. Usłyszał on również, że Teheran może zdecydować się na działania odwetowe – podała irańska agencja.

Politycy opozycji biją na alarm, podobnie jak internauci, którzy wytykają polskiemu rządowi brak kierowania się polską racja stanu.

„Rzeczywiście, Krzysiu

Tu jesteś wrobiony

Ale… co się z Tobą

Zrobiło tak bowiem

Że stałeś sie twarzą

Aż tak PODŁEJ ZMIANY

Która niszczy Polskę”

Bo rządzą pacany…??? –

–  taki wierszyk zamieścił czytelnik Tomasz Piwowarczyk – pod tekstem komentującym w naTemat – pokłosie skandalicznej, antysemickiej  „dobranocki”  TVP. Wywołał tym lawinę kolejnych nieprzychylnych rządowej stacji komentarzy.

Wszystko zaczęło się od wpisu satyrycznego profilu TVPi Korea, który w jednym z wpisów umieścił link do wiadomości o „plastusiowej dobranocce” i opatrzył go stwierdzeniem: „Krzysztof Ziemiec lubi to!”.

Na to zareagował sam gwiazdor „Wiadomości”: „Skasuj ten głupi wpis szczujnio!!!” – napisał Ziemiec.

Dalej już było tylko gorzej bo odezwał się poseł PO Cezary Tomczyk, który napisał o dziennikarzach, którzy dają przyzwolenie na emitowanie takich rzeczy w TVP.

„Dziwne oburzenie… Takie materiały są w TVP? Są. Dziennikarze TVP lubią TVP i materiały TVP? Lubią. I dają zgodę swoim (czasami byłym) autorytetem na takie praktyki. Wiadomości TVP w ciągu trzech lat straciły 1.5 mln widzów. To nie jest przypadek. To upadek” – napisał poseł.

„To co Pan napisał jest tak okropne, że nie warto tego komentować… Powiem jedno, nie jest godne funkcji jaką Pan pełni! Co ja mam z tym filmikiem wspólnego!!!! Posługuje się Pan wpisami jakiegoś hejtetskiego konta które po ubecku przykleiło mnie do tego! Pan, poseł RP?!!!!” – stwierdził Ziemiec.

W tej  z oburzeniem komentowanej „dobranocce” wystąpiły postaci ucharakteryzowane na Jurka Owsiaka i Hannę Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy „tworzy” szefa WOŚP niczym nakręcaną zabawkę, która powtarza jak mantrę „Cześć. Sie ma”. Jest jej potrzebny do zarabiania pieniędzy.

Następnie wolontariuszka zbiera do puszki WOŚP, a Owsiak nakręcanym samochodem z przyczepami i przywozi byłej prezydent Warszawy sporą kasę. Na 200-złotowych banknotach widnieje Gwiazda Dawida.

Po trzech latach od przejęcia przez PiS władzy opinia publiczna zaczyna sobie uświadamiać skalę niekompetencji rządzących.

Procesy społeczne i gospodarcze mają sporą inercję. Wiele wody musi w Wiśle upłynąć, zanim do większości obywateli dotrze to, co dla specjalistów i ludzi szczególnie zainteresowanych, jest oczywiste od samego początku. Ale w końcu nadchodzi dzień, w którym nawet żyjący swoim życiem i kompletnie nieinteresujący się sprawami publicznymi obywatel siada i pisze taki list, jak ten opublikowany w pierwszym tygodniu stycznia na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”: – „Generalnie to dopiero dziś doszło do mnie, że od tego roku jest więcej niedziel niehandlowych. Chciałbym serdecznie podziękować rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość, że po raz kolejny zabierają mi dni, w których mógłbym normalnie pracować. Jestem studentem, studiuję dziennie, wynajmuję pokój w największym mieście w Polsce i potrzebuję pieniędzy na czynsz. Jeśli nie potraficie tego zrozumieć, to mam świetny pomysł – co wy na to, żebyście to wy opłacali wszystkie moje wydatki? Jesteście tak beznadziejni, że brakuje mi słów”.

Zakaz handlu w niedzielę wprowadzono blisko rok temu, ale jego szkodliwe skutki dopiero dziś docierają do świadomości wszystkich tych, którzy początkowo wzięli za dobrą monetę opowiadane przez związkowców i biskupów androny o niedzieli, która ponoć „ma być dla rodziny”.

Zgodnie z hasłami głoszonymi przez sojusz związkowo-katolicki, liczni pracownicy handlu, począwszy od tego roku, będą mieli dla swoich rodzin mnóstwo czasu. Będą go mogli poświęcić na wspólne, rodzinne poszukiwania pracy, bo jak podaje „Gazeta Wyborcza” sieć Tesco zamyka w całej Polsce 32 sklepy i zwalnia 1300 pracowników. W trzecim kwartale roku finansowego z powodu zakazu handlu w niedziele jej przychody spadły o 1,2 proc.

„Rzeczpospolita” dodaje, że zamkniętych zostanie też 5 tys. małych sklepów. – „Zakaz handlu miał im pomóc, a tymczasem wbił gwóźdź do trumny” – pisze gazeta, cytując prezesa Forum Dialogu Gospodarczego Andrzeja Falińskiego, który mówi: – „Małe sklepy cierpią strasznie, obroty niedzielne niemal wyparowały, zostało 20-30 proc. wcześniejszej sprzedaży w ten dzień”. Niemal rok był potrzebny, by ta „dobra zmiana” w polskim handlu zaczęła się przebijać do powszechnej świadomości.

Jeszcze dłużej trwało uświadamianie sobie przez Polaków skutków demolki dokonanej w oświacie przez Annę Zalewską. Część rodziców gimnazjalistów i nauczycieli protestowała już wcześniej, ale dramat polskiej szkoły stał się wyraźnie widoczny dopiero w tym roku, gdy na skutek chaosu zaczęło brakować nauczycieli, a w zatłoczonych budynkach dzieciaki uczą się na zmiany do późnego wieczora. Pani minister nadal opowiada, że wszystko jest w porządku i prezentuje beztroski uśmiech. Jednak już nawet Kościół, widząc, co się dzieje, postanowił nieco pomóc szkołom – biskup warszawski zgodził się, by w najbardziej zatłoczonych placówkach liczba godzin religii została ograniczona do jednej w tygodniu.

Nadciąga też czerwcowy Armageddon, kiedy to do szkół średnich będą próbowały się dostać równocześnie dwa roczniki: ostatni absolwenci likwidowanych gimnazjów i pierwsi absolwenci klas ósmych. O tym, jakie nastroje panują wśród ich rodziców i wychowawców, świadczy opinia, którą ostatnio usłyszałem w likwidowanym gimnazjum mojej córki: – „Proszę być przygotowanym na zwiększone trudności w dostaniu się dziecka do liceum, bo preferowani będą absolwenci podstawówek, a nie gimnazjów. Władze będą chciały pokazać, że gimnazja źle uczyły młodzież, a nowe podstawówki są znacznie lepsze”. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w prawdziwość tej plotki, ale sam fakt, że jest ona kolportowana, dowodnie pokazuje, jakie nastroje dominują w środowisku szkolnym.

Innym sygnałem jest nieuchronnie nadciągający strajk nauczycieli, w którym będzie też chyba musiała uczestniczyć „Solidarność”. Do tej pory sztandar buntu dzierżył tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, a „Solidarność” występowała w roli obrońcy interesów władzy. Ostatnio jednak pod presją szeregowych związkowców-nauczycieli nawet ta reżimowa i wspierająca PiS organizacja zaczęła gniewnie pomrukiwać.

W ponad trzy lata po wyborach, które oddały władzę w Polsce ludziom Jarosława Kaczyńskiego, do  Polaków zaczyna więc docierać prawda o naturze i osiągnięciach „dobrej zmiany”. Dostrzegają demolkę oświaty, handlu, energetyki, służb publicznych, sił zbrojnych, a nawet stadnin koni arabskich. Opinia publiczna zaczyna rozumieć, że za cokolwiek wezmą się ludzie pana prezesa – niechybnie to spieprzą. Kaczyński oddał kraj głupcom, miernotom, ludziom pozbawionym jakichkolwiek talentów.

Nic w tym zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę merytoryczny poziom kadr, na których oparła się pisowska władza. Jako wieloletni redaktor i publicysta licznych mediów widzę na przykład, jacy ludzie zasilili media do niedawna publiczne, a dziś reżimowe, i kto sprawuje tam funkcje kierownicze. Pominąwszy najwyższy szczebel opanowany przez oddelegowanych polityków w rodzaju Jacka Kurskiego, Krzysztofa Czabańskiego czy Joanny Lichockiej, niemal wszystkie stanowiska kierownicze i publicystyczne (z nielicznymi wyjątkami) zostały obsadzone przez drugorzędne miernoty i beztalencia. Przez ludzi, którzy latami produkowali nieistotne materiały dziennikarskie i nigdy nie błysnęli niczym szczególnym (nie dotyczy to oczywiście Michała Rachonia, który swego czasu wystąpił przebrany za penisa – to było wielkie osiągnięcie).

Podobne reguły doboru kadr obowiązywały we wszystkich innych dziedzinach życia – od energetyki po hodowlę arabów. I dziś ta prawda zaczęła się przebijać do świadomości ogółu. W samą porę, bo za chwilę wybory.

Waldemar Mystkowski pisze o ewentualnym zbliżeniu neofaszysty Salviniego z PiS.

Szef Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani nie przywiązuje żadnej wagi do wizyty swego rodaka – ale o odmiennych poglądach – Matteo Salviniego u Jarosława Kaczyńskiego, gdyż „wśród suwerenistów (włoska wersja wstawania z kolan – przyp. mój) panuje całkowity brak zgody”. Dlaczego brakuje zgody? Po pierwsze, są to ruchy polityczne wsobne, nacjonalistyczne, stawiające tylko na swój naród, a więc każdy inny jest wrogiem, choć może być w sojuszu taktycznym.

Do tego momentu z Tajanim się zgodzę, a drugie jego rozróżnienie zniuansowałbym. Włoch mówi, że Salvini jest zwolennikiem Putina, a PiS pozostaje antyrosyjski. Czy na pewno? Elektorat PiS jest antyrosyjski, ale działania polityczne partii Kaczyńskiego niekoniecznie.

Mit założycielski PiS to katastrofa smoleńska, który partię Kaczyńskiego wyniósł do władzy. Od polityków PiS słyszymy retorykę antyrosyjską, ale tylko retorykę. Kreml może sobie tylko taką wymarzyć, bo co dla władców Rosji zawsze było najważniejsze – skłócać Polaków. Kreml osiąga to za pomocą „partii wpływu” w Polsce – PiS i ich poszczególnych polityków. Dobrze to rozebrał na czynniki pierwsze Tomasz Piątek w dwóch książkach o Antonim Macierewiczu. Wiceprezes PiS jest wymarzonym agentem wpływu, a to że ględzi antyrosyjsko? A jak ma mówić?

Tak więc prorosyjskość we Włoszech należy czytać zupełnie inaczej niż w Polsce. Kreml rozgrywa Polaków przeciw sobie dokładnie tak jak to robił przez cały XIX wiek, gdy znaleźliśmy się pod zaborami. A że PiS ma elektorat z terenów tego zaboru, więc mamy takie zniuansowanie.

W XIX wieku wykuwała się polska myśl niepodległościowa, jednym z jej elementów było wspieranie Ukrainy w dążeniu do państwowości. Tak widział politykę wschodnią Józef Piłsudski, a w naszych czasach pisał o tym Jerzy Giedroyc w paryskiej „Kulturze”. Dzisiaj działanie na osłabienie Ukrainy to działanie w interesie Kremla. Co dzisiaj robi w tej kwestii PiS? Kijów ustawia w roli wroga.

Tatuś premiera Kornel Morawiecki – który w czasach peerelowskiej opozycji był V kolumną w „Solidarności”, uchował się, bo widziano go jako folklor polityczny – nie raz bardzo ciepło wyrażał się o Kremlu i marzy mu się brak „sporu między nami a Rosjanami”, co samo w sobie jest godne gołąbka pokoju, ale następstwo logiczne obnaża niezbyt lotnego intelektualnie starszego Morawieckiego: nie chce wojsk amerykańskich w Polsce.

Co na to jego syn Mateusz, który retorycznie jest krew z krwi i prezentuje podobne zaplecze intelektualne – czyli marne – o tych prorosyjskich sentymentach? Nic w słowie, ale „poznacie ich po czynach”. A czynem rządu jest to, iż obecnie import rosyjskiego węgla jest dwukrotnie większy niż w 2015 roku. 20 proc. węgla zużywanego w kraju ma rosyjski stempel.

Tak więc zupełnie inaczej należy czytać prorosyjskość (pro-Putinowość) Włocha Salviniego, a zupełnie inaczej prorosyjskość – uwikłaną historycznie – panów Kaczyńskich, Macierewiczów, Morawieckich. W Europie od dawna jest tendencja stref wpływów – jeżeli nie cywilizowany Zachód, nie Unia Europejska, to Rosja. Capisce? – jak retorycznie mówił rodak Salviniego, Tajaniego, literacki i filmowy don Corleone.

Brudziński bez oszustwa dzień uznałby za stracony. Taki ma pisowski gen

12 Sty

Joachim, Ty zgrywusie, pokazujesz zdjęcie starej komórki, ale tłita puszczasz z wypasionego iPhona”– tak Sławomir Neumann skomentował zapewnienie szefa MSWiA, że ten ostatni nie korzysta z nowoczesnych urządzeń.

Oświadczenie padło na antenie Radia RMF FM, gdzie Joachim Brudziński komentował aferę Huawei i zatrzymanie podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Chin. Minister przyznał, że jeden z zatrzymanych w sprawie, Piotr D. „posiadał imponującą wiedzę, kompetencje w dziedzinie cyberbezpieczeństwa”, podkreślając przy tym, że wszystkie dokumenty „wydawali poprzednicy”.

Jednak, to nie wypowiedzi Brudzińskiego na temat bezpieczeństwa i afery Huawei, wzbudziły żywą reakcję internautów, ale jego odpowiedź na zgoła niewinne pytanie czy politycy rządu używają telefonów chińskiej marki. „Nie jestem w stanie odpowiadać za wszystkie koleżanki i kolegów z rządu. Ja z takich urządzeń nie korzystam. Jestem przywiązany do, nie chcę tutaj reklamować, do konkretnej marki. Czasami widzę zdumienie w oczach moich rozmówców i partnerów, jak widzą jaką archaiczną komórkę wyciągam z kieszeni, ale cóż poradzić. Takie moje przyzwyczajenie”  – stwierdził Brudziński, a później jeszcze umieścił na Twitterze zdjęcie wspomnianej archaicznej komórki.

Wywołało to falę kpin ze strony internautów, którzy wytknęli ministrowi kłamstwo. „Toc (pisownia oryg.) przeta widac, ze zrobil fote Zenitem, wywołał klisze i zdjecie, zeskanowal, obrobił w fotoszopie i wrzucił na TT przez swoj komp (oczywiscie PC 486) podłączony do modemu. – komentuje m.in. internauta dauniel.

>>>

Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek prokuratura zamienia się w powolne narzędzie partii rządzącej, stając się faktycznie jej agendą, to znaczy, że uległa politycznemu sprostytuowaniu i zasługuje na miano PROKURWATURY. Pytanie, czy mamy ten przypadek?

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy…

View original post 1 115 słów więcej

Brudziński kryje intencje Kaczyńskiego

6 Sty

 

Już 9 stycznia dojdzie do spotkania prezesa Jarosława Kaczyńskiego z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim, podała kilka dni temu „Rzeczpospolita” powołując się na informacje podane przez „La Repubblica”.

Według doniesień włoskiego dziennika tematem spotkania ma być polityka migracyjna, a także zbliżające się wybory do Parlamentu Euoropejskiego.

Planowana wizyta skrajnie prawicowego polityka włoskiego, znanego ze swych poglądów antyemigracyjnych i zamiarów obalenia europejskiego porządku, spotkała się z krytyką części środowisk.

Odniósł się do niej na Twitterze Joachim Brudziński, szef MSWiA, który odpowiada za zaproszenie włoskiego polityka do Polski.

Polska i Włochy to kraje zewnętrzne Unii Europejskiej. Mamy wiele interesów gospodarczych, kulturalnych, społecznych. Atakowanie Jarosława Kaczyńskiego za to, że spotka się z wicepremierem Włoch jest dla mnie czystą głupotą” – napisał Brudziński..

Waldemar Mystkowski pisze o spotkaniu Kaczyńskiego z Salvinim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

(…)

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Pisowscy dziennikarze biadolą, a policjanci coraz bardziej odważni

6 Sty

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy mogło się kojarzyć z lewactwem. Nawet anatomia. No, a poza tym – jak to poetycko ujął pan premier – nasze polskie Serce jest Bijące.

To bicie wynika nie tylko z fizjologii, ale też z naszej wielowiekowej tradycji prymatu emocji nad chłodną wyrachowaną kalkulacją. Bije, znaczy kocha, jak mawia nasze staropolskie przysłowie.

Bicie, które Zachód stara się wyrugować z naszych rodzinnych europejskich relacji, uchwalając kolejne ustawy i konwencje antyprzemocowe, my tu u nas uważamy za wyraz silnych więzów emocjonalnych i uczuciowej pasji. A też uchodzi ono za najlepszą metodę socjalizacji jednostek antysystemowych oraz wychowania młodszych pokoleń w poszanowaniu autorytetów i tradycji. O zbawiennym wpływie „klapsa” na trening karności jest silnie przekonana – jak dowodzą sondaże – zdecydowana większość naszego społeczeństwa.

W edukacyjne walory lania wyraźnie wierzy też wielu członków aktualnego rządu, na czele z jego panią rzecznik, która publicznie wyrażała zrozumienie dla gromady młodzieńców, którzy skopali członka KOD-u. Podobną wyrozumiałość demonstruje opinia publiczna skupiona wokół obozu władzy, która gremialnie poparła – na przykład – akt spoliczkowania działaczki Obywateli RP przez inną panią z przeciwnej politycznej opcji. Niezbyt surowo podchodzą do bicia (żon, dzieci, opozycjonistów, zwierząt, obcokrajowców) również prokuratorzy i niektórzy sędziowie. Jak widać miłość niejedno ma imię…

Porządne lanie od czasu do czasu, jest też zgodne z polską interpretacją etyki chrześcijańskiej, wedle której „Duch Święty rózeczką dziateczki bić każe”. I te właśnie słuszne zasady zamierzamy – kierowani głęboką miłością do naszej międzynarodowej europejskiej Rodziny – wnieść do Unii w ramach jej rechrystianizacji. Jak się niektórym na Zachodzie dobrze przyłoży, to od razu im się w głowach lepiej ułoży. I dadzą sobie spokój z tym swoim idiotycznym racjonalizmem oraz – generalnie – oświeceniem.

My tu od pokoleń wiemy, że życie na widoku, w pełnym świetle, szkodzi spójności Rodziny, która ma przecież różne swoje ciemne strony i mroczne tajemnice. A i wiara też najpiękniej rozkwitała w mrokach średniowiecza. Tymczasem nadmiar światła szkodzi na oczy, skórę, moralność i jedność Europy. Weźmy taki Brexit. Przecież rozpoczął się od wymiany żarówek!

Czyli to my jesteśmy ci emocjonalni, co to skrzydła husarskie i walki straceńcze do krwi ostatniej. A oni – wyrachowanie i zimna kalkulacja. My im „rechrystianizacja”, a oni nam: „oświecenie”! My siły na zamiary, a oni zamiar podług sił. Za grosz romantyzmu i ułańskiej fantazji… Tak więc – jesteśmy Sercem. A oni bez serc i bez ducha.

Nie bez powodu pan prezydent przy innej okazji skarżył się na dyktat Unii w kwestii żarówek. Oni wciskają nam ledowe w myśl zasady „więcej światła”, a my im na to odpowiadamy tradycyjnym kagankiem (oświaty).

Będę z uwagą śledzić postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji – deklaruje posłanka PO Bożena Kamińska. Przypomnijmy, Komendant Główny Policji wszczął postępowanie wobec Daniela Kołnierowicza po tym, jak na antenie radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na posłankę opozycji. To ona pierwsza otrzymała informację od funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej w Suwałkach, że oddelegowywani są do pilnowania posesji wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. – Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi – dodaje posłanka Kamińska. Na co zwracają uwagę?


KAMILA TERPIAŁ: Komendant Główny Policji wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji Daniela Kołnierowicza, który na antenie lokalnego radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na panią. Czuje pani satysfakcję?

BOŻENA KAMIŃSKA: Od początku nie miałam wątpliwości, że powinno nastąpić postępowanie dyscyplinarne w stosunku do komendanta policji w Białymstoku. Wydaje mi się, że bardzo długo, bo ponad miesiąc, trwało postępowanie tzw. rozpoznawcze. Jak widać, wszystko jest rozwlekane w czasie. Z Komendy Głównej Policji płyną informacje, że to postępowanie może potrwać nawet miesiąc albo dłużej. Będę oczywiście z uwagą je śledzić. Tym bardziej, że

dotarła do mnie na razie nieoficjalna informacja, że sprawą ma się zająć jednostka policji ze Śląska, która zapewne nie będzie zainteresowana dogłębnym wyjaśnieniem sprawy. Być może komuś zależy na umorzeniu tego postępowania. Cierpliwie czekam na ostateczną decyzję.

Czym pani podpadła komendantowi? Tym, że tropiła pani nieprawidłowości w policji?
Myślę, że tak. Osobiście spotkałam się z komendantem Kołnierowiczem zaledwie na kilku oficjalnych imprezach, nie miałam okazji nawet zamienić z nim kilku zdań. Zaczęło się od informacji płynących od funkcjonariuszy policji z Suwałk. Informowali mnie o tym, że są oddelegowywani do pilnowania posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego, zmuszani do przebierania się, pojawiła się także kwestia form zatrudniania w tamtejszej komendzie. Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. A nikt nie jest zadowolony, jak zadaje się mu trudne pytania.

Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi i są w stanie o tym głośno mówić.

Na co przede wszystkim zwracają uwagę?
Na to, że są zmuszani do wykonywania obowiązków, które nie są im przypisane, są zmuszani do uczestnictwa w wydarzeniach, w których bierze udział wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński, muszą to robić nawet w dni wolne od pracy. Twierdzą, że takich wydarzeń jest czasami tak dużo, że nie mogą wykonywać swoich podstawowych obowiązków. Skarżą się, że są po prostu niewłaściwie traktowani przez przełożonych i że spadają morale.

Naczelnikami zostają funkcjonariusze z kilkuletnim stażem, a osoby doświadczone są spychane na niższe funkcje albo odsyłane na emeryturę. Ostrzegają, że takie działania nie służą bezpieczeństwu publicznemu.

Co można w takich sprawach zrobić?
Wysłaliśmy wraz z posłami PO wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie kontroli w Garnizonie Podlaskim. Poza tym poprosiliśmy NIK o kontrole także w jednostkach, z których dostałam informacje o nieprawidłowościach. Proszę także posłów z mojej partii, aby interweniowali w swoich regionach. W tej chwili mam ok. 60 zgłoszeń, więc nie jestem w stanie sama się tym zająć.

Komenda Główna Policji przeprowadziła kontrolę w Komendzie Miejskiej Policji w Suwałkach? Zapoznała się już pani z protokołem pokontrolnym?
Wraz z posłem PO Cezarym Tomczykiem chcieliśmy zapoznać się z tym protokołem, ale 27 grudnia otrzymaliśmy informację, że został utajniony i jako posłowie nie możemy się z nim zapoznać. Z taką decyzją oczywiście się nie zgadzamy i nie odpuścimy. Jeżeli są kwestie wrażliwe, to przecież nie musimy się z nimi zapoznawać. Ale to, że protokół jest przed nami ukrywany, budzi podejrzenia. Poza tym mam płynące po kontroli informacje od funkcjonariuszy z tej komendy, że mimo iż stwierdzono uchybienia dotyczące „nadgorliwości przełożonych”, nie są wyciągane żadne wnioski i wszystko funkcjonuje tak jak dawniej.

Chcemy wiedzieć, jakie konsekwencje poniosą przełożeni, którzy wykazali się „nadgorliwością”. Dostaliśmy informacje, że protokół to w sumie 70 stron, co wskazuje na to, że sprawa nie jest błaha.

Czuła albo czuje się pani zastraszana przez Daniela Kołnierowicza?
Bezpośrednio nie. Chociaż czasami na oficjalnych uroczystościach mam wrażenie, że są osoby, które mnie pilnie obserwują. Nie jest to komfortowe. Wypełniam tylko swoje obowiązki płynące z poselskiego mandatu i nie mam zamiaru tych wszystkich informacji, które do mnie spływają, chować do szuflady. Uważam, że jeżeli ludzie odważyli się pisać i mówić, ruszyła kula śnieżna, to trzeba zmusić rządzących, aby zwrócili na to uwagę. Próbuję się nawet umówić z wiceministrem Jarosławem Zielińskim na rozmowę. Jeżeli będzie miał wolę i chęć, to bardzo chciałbym się z nim spotkać. Skarg jest tak dużo, że nie można od tego uciec. Chociaż rządzący do tej pory starają się tak robić. Wielu funkcjonariuszy, którzy piszą do mnie, wcześniej pisało także do ministerstwa i nie otrzymywali żadnej odpowiedzi. To niestety nie świadczy o dobrej woli rządzących.

W obozie dobrej zmiany pojawia się refleksja, że być może PiS straci władzę. To bardzo ważna zmiana psychologiczna

Kiepsko się ten rok zaczął dla miłośników „dobrej zmiany”: pod presją oburzonej opinii publicznej rząd wycofał kolejny projekt wypichcony przez katolicko-konserwatywnych talibów. Nowelizacja ustawy antyprzemocowej, uznająca, że jedno pobicie, to jeszcze nie przemoc w rodzinie, miała wyrwać Polskę pod wpływów demona Dżendera, ale skończyło się tak jak zwykle: premier zarządził odwrót na z góry upatrzone pozycje.

Kolejny raz. Trudno wręcz doliczyć się, ile już takich odwrotów było: ustawa antyaborcyjna, grzywna dla TVN, ustawa o IPN, ustawa o Sądzie Najwyższym. Za chwilę trzeba będzie zapewne wycofywać się z innych reform sądowych z pseudo-KRS na czele…

Dużo tego. O ile w pierwszym roku sprawowania władzy PiS wydawał się potężny i niezwyciężony, to teraz jest cieniem samego siebie. Nic dziwnego, że jego klakierzy i wielbiciele spuszczają nosy na kwintę i biadolą, jak Ryszard Makowski w portalu Karnowskich: „Odchodzący rok nie był dobry dla rządu”.

„Symbolem tego roku pozostanie ciągłe wycofywanie się dobrej zmiany na z góry upatrzone pozycje– pisze Makowski. – Ustawa o IPN, nagrody dla ministrów, ustawy o sądownictwie, zawetowanie przez pana prezydenta ustawy degradacyjnej i ostatnio zrezygnowanie w trybie nagłym z ogłoszonych podwyżek cen prądu. Do tego dochodzą dotkliwe, jakby tego nie tłumaczyć, porażki w wyborach samorządowych w dużych miastach, szczególnie w Warszawie. Komisje śledcze też trudno nazwać ogromnym sukcesem”.

Pisząc to, Makowski nie wiedział jeszcze, że za chwilę do tej listy trzeba będzie dopisać projekt nowelizacji ustawy antyprzemocowej.

Na domiar złego we własne szeregi wkradł się chaos i zwątpienie. „Trudno oprzeć się wrażeniu – ubolewa Makowski – że dzieją się rzeczy zakulisowe, że są zawierane jakieś pakty, o których lepiej, żeby lud nie wiedział. Przeciętny obywatel nie może zrozumieć zmiany na stanowisku premiera. Nie o to chodzi, że premier Morawicki jest złym premierem, ale czemu musiała odejść premier Beata Szydło po dwóch latach udanej naprawy państwa?”.

Z pesymizmem Makowskiego, felietonisty drugorzędnego, ale reprezentatywnego dla sporej części pisowskiego fanklubu, współbrzmi tonacja artykułu Piotra Skwiecińskiego, który na łamach tygodnika tygodnika „Sieci” kreśli przerażający dla wielbiciela „dobrej zmiany” obraz Polski po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach parlamentarnych: „Kto chce wyobrazić sobie, co będzie się działo w całej Polsce, jeśli elity III RP odzyskają władzę na szczeblu centralnym, niech spojrzy na to, co się dzieje w stolicy. W mieście, w którym dziś odzyskały pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa”.

To już do tego doszło? W kręgach pisowskich publicystów i komentatorów wizja utraty władzy przestała być niewyobrażalną abstrakcją, a stała się scenariuszem dopuszczanym do świadomości i na serio rozważanym?

To bardzo ważna zmiana psychologiczna, która będzie miała dwojakie skutki.  Po pierwsze, radykalna część obozu władzy będzie optować za zaprowadzeniem porządku i dokręceniem śruby przeciwnikom politycznym. Już słychać apele o zaostrzenie represji. Makowski pisze: „Cały czas hulają sobie u nas w najlepsze media wrogie nie tyle władzy, co państwu polskiemu. Ustawy sejmowe są poprawiane pod zewnętrznymi naciskami, albo obcych państw albo instytucji unijnych. Gorszy poczucie bezkarności tych, którzy już dawno powinni mieć usystematyzowany tryb życia w zakładach penitencjarnych. Kasta sądownicza ostentacyjnie wypowiedziała posłuszeństwo obywatelom i jeszcze się tym chełpi paradując w idiotycznych koszulkach >Konstytucja<”. Sugestia pisowskiego felietonisty jest jasna: wziąć ich za mordę,  dość tej bezkarności!

Takich wezwań będzie zapewne więcej i takie nastroje dojdą do głosu w części (tej głupszej i mniej przewidującej) aparatu władzy. Można się więc spodziewać kolejnych postępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom, szykan wobec krytycznych mediów i uderzeń w niezależne organizacje społeczne. Tyle tylko, że represje stosowane przez słabnącą władzę nie budzą grozy i nie pacyfikują oporu. Wręcz przeciwnie – tylko go nasilają i stymulują.

Równolegle zaś z radykalizacją pisowskiego betonu będzie postępować erozja morale w obozie władzy, która skłoni osoby bardziej przewidujące i inteligentniejsze do asekurowania się. I to będzie drugi, być może nawet ważniejszy skutek zmiany psychologicznej, która dokonała się w ostatnich miesiącach.

Można oczekiwać, że polecenia wydawane ideologicznie niezaangażowanym pracownikom i funkcjonariuszom państwowym przez pisowskich zwierzchników będą wykonywane opieszale bądź wręcz sabotowane. Być może w skrajnych przypadkach pojawią się żądania: „Proszę wydać mi to polecenie na piśmie”. I zapewne będziemy otrzymywać coraz więcej przecieków na temat nieprawidłowości dziejących się za kulisami – naoczni świadkowie i uczestnicy tych działań będą chcieli zyskać usprawiedliwienie, odcinając się od nich i donosząc mediom i przedstawicielom opozycji o tym, „co się u nas wyprawia”. Tak jak anonimowi policjanci donieśli na wiceministra Jarosława Zielińskiego i jak pracownicy NBP donieśli na prezesa Glapińskiego i jego „damy dworu”.

A przezorniejsi i inteligentniejsi członkowie obozu władzy zaczną zezować na boki. Gdy łajba zaczyna nabierać wody, co rozsądniejsi członkowie załogi zaczynają wypatrywać szalup ratunkowych.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co po Kaczyńskim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz dyplomatą raczej nie jest, co wydaje się dziwnym atrybutem wykonując tę funkcję, lecz przy pisaniu o politykach PiS zdziwienie należy porzucić.

Nagle Czaputowicz dostał zajadów, gdy wymienił nazwisko Donalda Tuska określając tego najwybitniejszego polskiego polityka (przynajmniej dotychczas w XXI wieku) jako reprezentanta Niemiec w Radzie Europejskiej, w tym wypadku należy porzucić inne zdziwienie, gdy widzimy jak polityk PiS pluje na Polaka.

Czaputowicz opluł Tuska, a tak naprawdę Brukselę i najlepszego naszego sojusznika na Zachodzie, Niemcy. Ten „dyplomata” zalicza się do kategorii ukutej przez Władysława Bartoszewskiego, do dyplomatołków. Trzymany był za czasów Tuska w MSZ jako dyrektor jednej z komórek ministerialnych. Czekam aż wyrazi się, jak Mateusz Morawiecki, iż donosił Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Czyżby wspólną cechą polityków PiS było donosicielstwo, agenturalność, przypadłość charakterologiczna wszystkich złamasów, ludzi niegodnych zaufania?

Konteksty powyższych wypowiedzi i awansu są oczywiste, PiS gra na rozwalenie Unii Europejskiej. Więcej będziemy wiedzieli po wizycie wicepremiera Włoch Metteo Salviniego u Kaczyńskiego, lidera antyeuropejskiej Ligi Północnej, ten się nie kryje, że w polityce chodzi mu o rozbicie instytucji europejskich, a przy tym obnosi się z t-shirtem, na którym nosi portret swojego guru i sponsora, Władimira Putina.

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Pisowska lojalność nagrodzona intratnym stanowiskiem pomimo zarzutów prokuratury

5 Sty

Były szef departamentu operacyjno-śledczego w CBA, Paweł W. w grudniu został powołany na stanowisko kierownicze w Biurze Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu w Państwowych Portach Lotniczych.

Być może nie byłoby w tym fakcie nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na Pawle W. ciąży oskarżenie prokuratury za jazdę samochodem bez prawa jazdy. Zostało mu ono wcześniej zabrane za przekroczenie dozwolonej liczby punktów karnych.

Paweł W. jest doskonałym przykładem na proceder obsadzania ważnych stanowisk państwowych ludźmi związanymi z Prawem i Sprawiedliwością, tym bardziej, że poprzednie swoje stanowisko w CBA również zawdzięczał partyjnemu powiązaniu.

Powołanie Pawła W. na szefa BPNiA może mieć powiązanie ze zwolnieniami ludzi, nawet z kilkunastoletnim stażem pracy, ale nie związanych z partią rządzącą.

„Musiałam zwalniać dyscyplinarnie pracowników z 10-20-letnim stażem pracy, prawie we wszystkich przypadkach bez uzasadnienia” – mówiła dziennikarzom „Wyborczej” była kadrowa PPL, Renata Grzywna, która też została zwolniona.

Nadrzędnym celem Biura Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu jest według prezesa PPA „zapewnienie przestrzegania przez jednostki organizacyjne PPL powszechnie obowiązujących przepisów prawa i wewnętrznych aktów normatywnych, w tym kodeksu etyki i polityki przeciwdziałania nadużyciom i korupcji”. Definicja ta ma się jednak nijak do partyjnej polityki kadrowej prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

>>>

Kaczyński nie ukrywa: zaprowadzę wam faszyzm i wyprowadzę z Unii Europejskiej

5 Sty

Na początku roku, w którym odbędą się wybory do europarlamentu, nominację na stanowisko wiceministra cyfryzacji uzyskał Adam Andruszkiewicz: narodowiec, prymitywny homofob i przeciwnik UE. A w przyszłym tygodniu do Warszawy – na zaproszenie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – przybywa Matteo Salvini, lider włoskiej Ligi Północnej, minister spraw wewnętrznych Włoch, przeciwnik „elit brukselskich” i sankcji wobec Rosji.

Andruszkiewicz jest pierwszym ministrem polskiego rządu, który uznał za konieczne oświadczyć w „Super Expressie”, że „nigdy nie był faszystą”. Salvini, który przez część przywódców unijnych jest oskarżany o faszyzm, m.in. za swój stosunek do uchodźców, już na to określenie się nie obraża. „To nie faszyzm, to stosowanie prawa” – mówi.

Te dwa zdarzenia obrazują ideową ewolucję PiS. Kończy się „eksperyment”, w ramach którego szef MSZ Jacek Czaputowicz miał poprawić relacje z Unią, zabagnione za czasów jego poprzednika Witolda Waszczykowskiego. Dziś Czaputowicz publicznie obraża szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska oraz europejskich partnerów takich jak Francja.

Tak Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, skomentował na Twitterze opublikowane przez konkret24.tvn24.pl wydatki Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 r. Z jej sprawozdania finansowego wynika, że taką właśnie kwotę przeznaczono na pisowską kampanię billboardową „Sprawiedliwe sądy”, która zawierała nieprawdziwe treści. Przypomnijmy, że budżet PFN stanowią wpłaty spółek skarbu państwa, co oznacza, że koszt jej działalności ponoszą wszyscy podatnicy.

Kolejne wydatki PFN także budzą kontrowersje. 3,7 mln zł przeznaczono np. na… świąteczne życzenia. Projekt szumnie nazwano „Promocja wielokulturowości Polski w świadomości mieszkańców USA”. Nakręcono spot, w którym pięciu polskich duchownych różnych wyznań (katolik, luteranin, prawosławny, muzułmanin i rabin) składało po angielsku Amerykanom życzenia.

Wydanie 370 tys. zł na śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych z okazji 150. urodzin marszałka Józefa Piłsudskiego wydaje się w kontekście innych wydatków „drobiazgiem”.

Ze sprawozdania PFN dowiedzieć się można, ile za tę działalność zarobili czterej członkowie zarządu Fundacji. Otóż w 2017 roku zainkasowali oni w sumie ponad 473 tys. zł.

Internauci najczęściej komentowali wydanie 8,4 mln zł na kampanię o sądach. – Czyli tak: PiS zabrał te pieniądze złodziejom, czyli podatnikom, a dał je, stworzonej przez siebie Polskiej Fundacji Narodowej, by ta w prowadzonych kampaniach za pomocą spotów i bilboardów oczerniała w oczach obywateli polskich sędziów”; – „PFN żyje bogato za nasze pieniądze”; – „A można było wydać na wynagrodzenia dla pracowników administracji sądowej, których brakuje i może skrócilibyśmy czas załatwiania sprawy, a nie jak niby reforma, która go wydłużyła” – podsumował były rzecznik KRS Waldemar Żurek.

Tak wynika z odpowiedzi, której zmuszony był udzielić pełniący obowiązki prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim Grzegorz Chochański. Po wysłaniu do niego wniosku o dostęp do informacji publicznej przez reporterkę TOK FM przyznał także, że informował przełożonych o możliwości utraty płynności finansowej przez spółkę.

Wcześniej jednak Chochański nie chciał podać żadnych informacji posłom PO, którzy w listopadzie ubiegłego roku pojawili się w Janowie z poselską kontrolą. Odmówił im także wglądu do dokumentów. Twierdził wtedy, że sytuacja w jest stabilna. Jak się okazało – w tym samym czasie zawiadamiał o groźbie utraty płynności finansowej!

TOK FM podaje, że – opierając się na odpowiedzi Chochańskiego – w 2015 r. zysk netto stadniny w Janowie Podlaskim wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, a w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł.

 „Wstali z kolan. Zapewnili ideologicznie właściwą dyrekcję, podzielającą poglądy PiS. Skutek ekonomiczny – wiadomy”; – „Do tego karuzela kadrowa z czterema prezesami na czele (obecny jako p.o.) w ciągu zaledwie trzech lat”; – „Co powinno się zrobić z ludźmi, którzy do tego doprowadzili????”– komentowali internauci.

„Odpowiedź” Komendanta Głównego Policji na wydarzenie z udziałem kierowcy-ochroniarza J. Kaczyńskiego w Bydgoszczy. Wg KGP do niczego nie doszło. KGP nie chce ujawnić notatki policjanta, któremu groził ochroniarz JK. Ale dopytujemy dalej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Chodzi o skandaliczne zachowanie kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który groził funkcjonariuszowi zwolnieniem z pracy. O sprawie w artykule „Przepisy ruchu drogowego szefa PiS nie dotyczą?”.

A z rzeczonej odpowiedzi wynika, że zdaniem zastępcy Komendanta Głównego Policji Andrzeja Szymczyka… nic się nie stało.  – „Informuję, że kierowca pana Jarosława Kaczyńskiego nie próbował wymusić na policjancie odstąpienia od czynności przepuszczenia pojazdu, wbrew przepisom ustawy Prawo o Ruchu Drogowym. Nie miało też miejsca kierowanie wobec funkcjonariusza gróźb zwolnienia z pracy, stąd na tą okoliczność nie została sporządzona notatka” – napisał Szymczyk.

Jednak jak ustalił portal wp.pl, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, dotyczące zachowania funkcjonariusza. Jak twierdzą informatorzy portalu, polecenie miało przyjść z samej góry.

Funkcjonariusz, który nie chciał przepuścić jadącego pod prąd auta z prezesem PiS, już w policji nie pracuje. Odszedł na własną prośbę. Kierowca Kaczyńskiego nie został ukarany żadnym mandatem.

„Kolejny awans za zasługi dla PiS! Klaudiusz Pobudzin, jeszcze niedawno funkcjonariusz pisowskiej telewizji, został właśnie szefem biura prasowego Energi!” – tak skomentował jeden z internautów nową posadę byłego reportera Telewizji Trwam i TVP. Pobudzin przez pewien czas kierował także „Teleexpressem”, a potem został szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Na tym stanowisku nadzorował programy informacyjne: „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” oraz TVP Info.

W czasach, kiedy pracował jako reporter w „Wiadomościach” zasłynął z przygotowywania materiałów, które zamiast dziennikarskimi, nazwać należałoby propagandowymi, gloryfikującymi dokonania „dobrej zmiany”.  Ponoć w redakcji ukuto na określenie tych materiałów, zgodnych z linią PiS, nazwę „wykręcić Pobudzina”.

Komentarze internautów brzmiały jednoznacznie. – „Także ten. Partia nagradza swoich wiernych funkcjonariuszy”; – „Kolejny transfer dobrozmianowca do SSP, gdzie będzie budował “nowoczesny system komunikacji z odbiorcami energii”, czyli nic nie robił za pieniądze podatnika!”; – „Prorządowy propagandzista z TVP do… energetyki. Nigdy jeszcze nie było takiego kolesiostwa i promowania nieuków jak za rządów PiS”; – „Były dyrektor z TVP na dyrektora w Enerdze. Kolejna „dobra zmiana”, a ja jestem wciąż zdziwiony”.

Morawiecki obiecał miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki energii, co może oznaczać niedozwoloną przez UE pomoc publiczną.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie prądu i nie ukrywam, że wszelkie liczby dość trudno do mnie przemawiają. Ot, tak to jest, gdy się człowiek rozwija głównie humanistycznie. Dlatego ostatnie zawirowania z polską energetyką są dla mnie niesamowicie ciężkie do ogarnięcia. Te wszystkie eksperckie statystyki, dane, wykresy, strzałki w górę lub w dół, to dla mnie czarna magia. Jak to jednak człowiek ciekawski, próbuję, sięgam do źródeł, szukam faktów, słucham opinii tych, do których mam zaufanie i powoli, powolutku przekładam sobie na język bardziej łopatologiczny, bardziej zrozumiały.

Cały świat usilnie pracuje nad produkcją zielonej energii. Wiąże się to z coraz szybszymi zmianami klimatycznymi, które źle wróżą na przyszłość i może przyjść moment, że nasi potomkowie po prostu wymrą. To, co się dzieje, to nasza zasługa, całej ludzkości i teraz to już ostatni dzwonek, by próbować cokolwiek naprawić i dać szansę, by ludzkość miała jeszcze przed sobą jakieś perspektywy.

Jednym z największych problemów jest ten nieszczęsny CO2, powstały w wyniku spalania węgla w atmosferze. Ależ ten dwutlenek węgla nam miesza w głowach, truje i wykańcza naszą planetę. Nie może więc nikogo dziwić, że mądra polityka energetyczna to właśnie postawienie na energię odnawialną. Nie może też nikogo dziwić, że UE, walcząc z ociepleniem klimatu, wprowadziła opłaty za uprawnienia do emisji CO2 i węgla. Nie po to, by dowalić takim uparciuchom jak Polska, ale by zachęcić i przekonać do inwestycji w energię bardziej przyjazną środowisku.

I mądre, patrzące w przyszłość państwa to robią, a co dzieje się w Polsce? Wiem, że w latach 2009 – 2016 Polska postawiła na odnawialne źródła energii, dzięki czemu produkowana energia rosła o 20% rocznie. Po przejęciu władzy przez PiS nastąpił spadek do… 1% rocznie. Ale zjazd, prawda? No cóż, ludzie dali się przekonać, że wiatraki im szkodzą, więc postawili na polityków PiS, którzy obiecali, że gdy wygrają wybory to wprowadzą ustawę, która oddali to „diabelskie urządzenie” od domostw. Wybory PiS wygrał i już w lipcu 2016 roku ustawa antywiatrakowa, przygotowana oczywiście błyskawicznie i bez rzetelnych konsultacji, weszła w życie. Efekt? Właśnie spadek produkcji energii odnawialnej do 1% rocznie i wycofanie się wielu zagranicznych firm, które rozwijały tę branżę.

PiS twardo stawia na węgiel. Ten, wydobywany u nas i ten, kupowany za niezłą kasę poza Polską. To nieważne, że należymy do niechlubnej czołówki państw, emitujących najwięcej CO2. Nieważne, że fundujemy naszym wnukom niezły kanał i przykładamy ochoczo łapę do zniszczenia życia na Ziemi. Ważne, że partia rządząca nie da skrzywdzić polskich górników i zamierza na maksa wykorzystać polskie pokłady węgla, które mogą starczyć według Andrzeja Dudy i na 200 lat.

A przecież wiadomo było już od kilku lat, że właśnie w 2018 roku pojawi się problem z opłatą za produkcję prądu. Handel zezwoleniami na emisję został przez UE uwolniony, ich cena ostro idzie w górę i niech PiS nie udaje nagle takiego zaskoczenia. Świetnie ta partia wiedziała, że tak będzie, a jednak z pełną świadomością, odstawiła zieloną energię na boczne tory, bo my mamy węgiel i nikt nam nie będzie dyktował, czym palić i jak. Mało tego, minister energetyki Tchórzewski zapowiedział budowę kolejnych, po Ostrołęce, elektrowni na węgiel. Zapowiedział i szybko oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Hm… daje to do myślenia, prawda?

No i teraz, nagle partia rządząca urwała się z choinki i zafundowała nam niezłą jazdę. Z jednej strony firmy energetyczne, które drastycznie podniosły opłaty za prąd, z drugiej zaś premier Morawiecki i jego kumple postawieni pod ścianą. Rach ciach, napisano szybciutko ustawę, w której zamrożono ceny za prąd na cały 2019 rok, przegłosowano ją w podobnym tempie w Sejmie, dając posłom opozycji aż 30 sekund na wyrażenie własnego zdania i teraz już władza może spać spokojnie. Polacy wdzięczni za powstrzymanie podwyżki na pewno zagłosują na tę partię w kolejnych wyborach, a co dalej z prądem? Przyjdzie czas – to PiS będzie znowu kombinować.

Oczywiście ta partia nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła szukać winnych, którzy doprowadzili do takiego chaosu i szumu informacyjnego. Wiadomo przecież, że to nie ona… Już zostało skierowane do prokuratury zawiadomienie o celowej manipulacji cenami prądu na giełdzie energii. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Maciej Bando jest przekonany, że zadziałał tu wrednie czynnik ludzki, ale teraz zostanie to dokładnie sprawdzone. Winny będzie znaleziony i surowo ukarany. Jak znam życie, to prokuratura weźmie z łapanki jakiegoś biedaka, któremu można będzie udowodnić powiązania z PO, a najlepiej bezpośrednio z Donaldem Tuskiem i znowu Macierewicz będzie mógł się pobawić w budowę i rozwiązanie kolejnej teorii spiskowej.

No nic, najważniejsze jest, że podwyżek za prąd nie będzie. Jakoś tak zupełnie bokiem przemykają informacje, że jesteśmy w czołówce trucicieli, że fundujemy przyszłym pokoleniom niezłą jatkę, że brak umiejętności perspektywicznego myślenia odbije się nam niezłą czkawką. Cieszymy się i w ogóle nas nie rusza, że Morawiecki obiecuje miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki, co może oznaczać niedozwoloną pomoc publiczną, która zakłóca konkurencję i wymianę handlową miedzy państwami UE. Zgodnie z przyjętymi zasadami, na przestrzeganie których wyraziła zgodę i Polska „Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Taki komunikat wyszedł wczoraj z Brukseli i może zacząć się kolejna wojenka PiS z UE. Unia zarzuci nam łamanie postanowień, które sami podpisaliśmy, PiS zacznie się wydzierać, że znowu ten europejski twór ingeruje w naszą suwerenność i chce nam coś narzucać, a co zrobią Polacy w nadchodzących wyborach do europarlamentu? Zagłosują na polityków partii rządzącej, bo ona tak o nas dba, nie pozwala zrobi nam krzywdy, więc niech idzie do Brukseli i tam, na miejscu pilnuje, by włos nam z głowy nie spadł. W końcu zatrucie, klimat i inne takie bzdury Polaków nie obchodzą. Liczy się tylko to, co teraz i to „teraz” ma być po naszej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o nieuchronnym faszyzowaniu Polski.

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.