Tag Archives: Mateusz Morawiecki

Pedofil u Rydzyka i pisowskie zakłamanie Morawieckiego oraz Szydło

22 Maj

Proboszcz z Tylawy – skazany przez sąd za molestowanie 6 dziewczynek – wciąż codziennie odprawia msze – tak wynika z ustaleń reportera TVN 24 Leszka Dawidowicza. Ks. Michał M. w każdy piątek dzwoni też do Radia Maryja, by przeprowadzić poranny różaniec ze słuchaczami rozgłośni Tadeusza Rydzyka.

To ten sam ksiądz, którego sprawę umorzyła prokuratura w Krośnie. Jej ówczesny szef prokurator Stanisław Piotrowicz tak w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” tłumaczył księdza pedofila– „Dla dzieci nocowanie w obcym domu jest atrakcją. Kąpiel wynikała zaś z tego, że dzieci były brudne. Całowanie w usta według niego było na zasadzie „daj ciumka” czy „gilgotanie brodą”.

Proboszcz z Tylawy ostatecznie został skazany w 2004 roku na 2 lata więzienia. Ksiądz w rozmowie z reporterem TVN stwierdził, że Piotrowicz miał mu powiedzieć już po wyroku, że uważa, iż jest niewinny. – „Do dziś jest przekonany” – twierdzi ksiądz Michał M.

Reporter TVN24 rozmawiał z ofiarami Michała M. – „Dla mnie to jest potwór. To jest człowiek, który nigdy nie powinien pracować z dziećmi. On szukał ofiar, brał na kolana, ściskał aż się cały trząsł” – mówi dorosła już dzisiaj kobieta. Jak zaznacza dziennikarz TVN24, w świetle prawa świeckiego wyrok ks. Michała M. już się zatarł. W świetle wytycznych kościelnych pojawia się pytanie, dlaczego wciąż jest księdzem…

„Ksiądz z Tylawy odmawia co piątek różaniec w Radiu Maryja. Napisałabym, że czekam na deklaracje polityków, którzy tam masowo bywają, że nie przyjmą zaproszenia, póki to się nie zmieni, ale przecież nie czekam, bo to bez sensu” – podsumowała Dominika Długosz z „Newsweeka”. A prawniczka Dorota Brejza dodała: – „Różaniec na antenie Radia Maryja odprawia ksiądz z Tylawy skazany prawomocnie za molestowanie 6 dziewczynek. Ten sam ksiądz, którego „adwokatem” został prokurator Piotrowicz, ówczesny szef prokuratury w Krośnie (która umorzyła postępowanie). Mariaż tronu i ołtarza”.

„Do PMM: Twierdził Pan w prokuraturze, że o działkach wie od kard. Gulbinowicza. Pańska żona twierdzi, że od pośrednika nieruchomości. – Kto kłamie? Pan do protokołu i pod przysięgą? Czy żona? Czy kłamiecie państwo oboje? Bo oboje nie możecie mówić prawdy” – oznajmił na Twitterze wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski. To jego komentarz po dzisiejszej konferencji prasowej Mateusza Morawieckiego. A chodzi o „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”.

Premier zawile usiłował się dziś tłumaczyć, głównie atakując dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.  – „To atak na moją małżonkę” – mówił Mateusz Morawiecki. Pozwolił też sobie na taki komentarz: – „Jak będę od tej pory czytał wyniki meczów, tabelę ligową w „Gazecie Wyborczej”, to będę również sprawdzał na wszelki wypadek w innych mediach”.

„Złapany za rękę mówi, że to nie jego ręka – klasyk”; – „Sytuacja teoretycznie tylko możliwa w sytuacji, gdy kardynał po godzinach jest pośrednikiem nieruchomości”; – „Gulbinowicz był pośrednikiem, państwo M. słupem. Zaraz pojawi się pewnie jakiś bezdomny z Maybachem…..” – „Obstawiam, że to fachowiec od oszczędnego gospodarowania prawdą”; – „Że też mi nigdy żaden pan kardynał (ani nawet pan biskup, lub chociaż pan proboszcz) nie powiedział, że mogę tanio hektary kupić…” – komentowali internauci.

Nie można bać się hejtu – skuteczną odtrutką na niego jest odwaga i siła własnych przekonań.

Od jakiegoś czasu, a jest to zwłaszcza widoczne w kampanii wyborczej, zauważyłam, że najważniejszym politycznym kryterium zrobienia lub niezrobienia czegoś, zagłosowania za lub przeciw, podjęcia takich czy innych ustaleń jest: co na to powie konkurencja polityczna? Co napiszą rządowe media? Jak będzie można to zmanipulować w oczach opinii publicznej? Czy to, co chcemy zrobić nie zostanie, aby przekręcone i nie posłuży do ataku na nas? Czy nie będzie zbyt łatwe do użycia przeciw nam? I oczywiście nieśmiertelne: czy to się naszej partii opłaca? Czy urośnie nam czy spadnie w sondażach?

Rozumiem tę postawę i rozumiem, że wynika ona z bezprecedensowego w historii pokomunistycznej Polski upadku debaty publicznej, botów, fejków, manipulacji, propagandy i brutalnych, personalnych nagonek, a jednak pozwolę sobie ją skrytykować. Bo moim zdaniem wiele z polskich bolączek wynika właśnie z tego, że już niemal wszyscy (choć nie wszyscy na szczęście!) politycy zapomnieli, że powinno się brać pod uwagę tylko jedno jedyne kryterium: czy to, co chcemy zrobić jest słuszne? Czy jest dobre dla ludzi? Czy przyczyni się do rozwoju obywateli, Polski, także w dłuższej perspektywie?

Wiem, że to trudne i pracochłonne. Znam wszystkie argumenty przeciw, łącznie z tym, że „my będziemy szlachetni i dobrzy, a tymczasem przeciwnicy nie mający takich skrupułów nakradną, nakłamią i wygrają wybory i wtedy żadne z tych szczytnych planów się nie ziszczą”. A jednak uważam, że mam rację.

Nigdy nie sądziłam, że to, że coś jest trudne jest argumentem, żeby tego nie robić. Nigdy nie uważałam, że to, że coś na początku jest niepopularne jest argumentem, żeby tego nie robić. Dla mnie taka sytuacja oznacza tylko tyle, że trzeba włożyć więcej pracy, więcej wysiłku, więcej pomysłów, żeby przekonać do tego ludzi, zarazić ich swoją pasją i swoją wizją. I bardzo bym chciała, żeby tak myśleli także politycy.

Nie oczekujmy od polityków mniejszego zła i przeciętności. Oczekujmy tego, co najlepsze, programu i projektu, jak się rozwinąć kulturowo i cywilizacyjnie, jak żyć w kraju sprawiedliwym, przejrzystym, sprawnym, praworządnym i tolerancyjnym, życzliwym. Oczekujmy, że będą mieli na to plan, pomysły i recepty. Nie przyjmujmy niekompetencji i byle jakich tłumaczeń, bo zawsze tylko to będziemy dostawać.

I na koniec jedna tylko uwaga. Politycy, którzy sądzą, że jak będą „grzeczni”, poprawni politycznie i nie będą się narażać, unikną hejtu, bardzo głęboko się mylą. Istotą hejtu, wbrew angielskiej nazwie, nie jest bowiem nienawiść, tylko władza nad drugim człowiekiem. I ustępowanie hejterom kończy się dokładnie tak, jak ustępowanie terrorystom – zastraszeniem, śmiercią, czasem fizyczną, a czasem cywilną i nieuchronną eskalacją żądań.

Jestem przekonana, że jedyną sensowną strategią wobec hejtu jest składanie doniesień organom ścigania i ograniczanie go metodami prawnymi. Poza tym trzeba robić swoje, nie ustępując na krok. Bo nie tchórzostwo jest skuteczną odtrutką na hejt, tylko odwaga i siła własnych przekonań. A że to trudne? Jak wszystko, co jest coś warte.

Reklamy

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

Mateusz Morawiecki to tylko oszust, kłamca, krętacz. Taki właśnie idealnie pasuje Kaczyńskiemu

20 Maj

Jeszcze nie tak dawno Mateusz Morawiecki mówił, że „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”, piętnował uprzywilejowaną pozycję elit z epoki PRL i wspaniale wpisywał się w retorykę PiS, który na każdym kroku podkreśla nową „dobrą zmianę”, która walczy z reliktami złej przeszłości.

Zdecydowanie bardziej woli pokazywać twarz premiera, zatroskanego o losy zwykłego obywatela, więc bardzo niechętnie mówi o własnym majątku.

Na krótko przed wejściem do polityki dokonał podziału majątku i to jego żona jest współwłaścicielem kilku mieszkań we Wrocławiu oraz willi w Warszawie, której zakup sfinansowano częściowo z kredytu z BZ WBK, gdy to właśnie on był jego prezesem.

Teraz „Gazeta Wyborcza” wpadła na trop kolejnej inwestycji premiera. To działki, w sumie 15 ha gruntu, które Morawiecki kupił w 2002 roku od Sławomira Żarskiego, proboszcza cywilno-wojskowej parafii pw. św. Elżbiety na wrocławskim Oporowie. Trzy lata wcześniej ziemia ta trafiła do parafii na mocy ustawy, pozwalającej dolnośląskim parafiom jako spadkobiercom parafii niemieckich ubiegać się o zwrot maksymalnie 15 ha gruntów z zasobu skarbu państwa. Nad tym procesem czuwała Agencja Nieruchomości Rolnej. Jak się okazało, jej urzędnicy szybko zwietrzyli w tym dobry interes i domagali się łapówek od niektórych duchownych za działki, co do których już były zaplanowane inwestycje. Wybuchła afera, urzędnikom postawiono zarzuty korupcyjne oraz narażenia skarbu państwa na 32 mln zł strat, a jednym ze świadków w sprawie był właśnie dzisiejszy premier.

Jak tłumaczył w prokuraturze, w marcu 2006 roku, „o możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza (…) Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie”. Zapewnił też, że w chwili, gdy kupował owe działki, nie miał żadnej wiedzy o jakimkolwiek planie zagospodarowania przestrzennego tych terenów.

Czy rzeczywiście? Był przecież w tym czasie członkiem zarządy BZ WBK i radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia AWS, dzięki czemu miał dostęp do planów rozwoju miasta. Jak mówi jeden z ówczesnych członków rady miasta, „Wierzycie, że członek zarządu wielkiego banku, radny sejmiku znający funkcjonowanie samorządu kupowałby kota w worku, nie sprawdzając, jakie jest przeznaczenie tych gruntów? (…) Mateusz musiał wiedzieć, że płaci ułamek tej kwoty, którą są warte działki. To był czas inwestycyjnego boomu w mieście. Każdy, kto miał zamiar inwestować w ziemię, przed zakupem biegał do urzędu, by sprawdzić plany i studium”.

Już rok przed zakupem działek przez Morawieckiego rozpoczęły się prace nad planem rozwoju, a w 2003 roku „dziwnym trafem” radni uchwalili, że na terenach, których część stanowi działka premiera, prowadzona będzie aktywność gospodarcza oraz przebiegnie tu „ulica głównego ruchu przyspieszonego”. Mateusz Morawiecki i jego żona od lat zajmująca się nieruchomościami, o tym nie wiedzieli? Niemożliwe.

Wprawdzie Morawiecki przekonuje, że działki kupił razem z żoną i to ona dokonała tego zakupu. To ona dowiedziała się o możliwości kupna tej ziemi, choć w prokuraturze premier mówił jednak coś innego. Przyznał, że o działkach dowiedział się od kardynała Gulbinowicza. Zwraca też uwagę na ustaloną rozdzielność majątkową, choć sam obraca tymi działkami do 2013 roku, kiedy to przepisuje je na żonę. Ktoś więc tutaj kłamie i próbuje mataczyć, prawda?

Cokolwiek i jakkolwiek, ale jedno jest pewne. Kupione za 700 tys. zł działki, warte są dzisiaj nawet 70 mln zł. Pan premier zrobił świetny interes…

PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów.

Standardowy plan każdej kampanii wyborczej PiS, który polega na tym, że najpierw wymyśla się jakieś zagrożenia, a potem ogłasza świetny plan obrony przed nimi, tym razem nie wypalił. Zderzył się z przeszkodą tak poważną, że nawet Kaczyński nie potrafił jej pokonać stosując zwykłą procedurę. Ta procedura polega na tym, że najpierw wmawia się ludziom, że czegoś, co ich bulwersuje, nie ma, potem nazywa się to coś odgrzewanym kotletem, by na końcu problem nadmuchać i wytypować jego rzekomych autorów z krótkiej listy: Tusk, PO i PSL, kasty i układy, obecna opozycja, aktualnie protestująca grupa zawodowa lub społeczna, w ostateczności lewacy i niezidentyfikowani wyznawcy ideologii gender.

Ujawnienie przez braci Siekielskich wierzchołka góry lodowej ozdobionej transparentem „UWAGA – pedofile w koloratkach!” wywołało popłoch w szeregach PiS. Panika ogarnęła nawet ichniejszych speców od propagandy i agitacji. Po raz pierwszy zabrakło spójnego stanowiska partii i rządu, a wytyczne przekazywane funkcjonariuszom Kaczyńskiego zmieniały się z dnia na dzień. Pod naciskiem dziennikarzy prominenci zmuszeni zostali do prezentowania dawno nieużywanego własnego zdania. Beata Kempa pytała z oburzeniem – jak to jest, że atakuje się księdza, a broni Polańskiego? Jan Kanthak (rzecznik ministra Ziobry) poszedł jeszcze dalej twierdząc, że pedofilia to znacznie bardziej problem nauczycieli niż księży. Marek Caryca Suski objaśnił, że to Wałęsa zapalił światło dla pedofilii w Kościele, bo tolerował zboczenia swojego spowiednika, księdza Franciszka Cybuli. Znany powszechnie z gołębiego serca Andrzej Dera zastanawiał się w narodowym radiu, jaki jest sens ścigać 80-letnich pedofilów. Profesor od filozofii politycznej Ryszard Legutko najpierw założył, że 12-letnie chłopaki „same tego chcą”, a następnie wydedukował, że „to nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia”.  Nie zmarnował okazji także sam premier Morawiecki głosząc, że winni rozpowszechnienia tej zarazy są esbecy i komuniści.

Po okresie propagandowego woluntaryzmu PiS-owscy inżynierowie dusz otrząsnęli się w końcu i zaczęli klecić coś na kształt spójnego przekazu. Jest więc tak: generalnie problem pedofilii w Kościele został rozdmuchany, bo podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, jest w innych grupach zawodowych, na przykład wśród nauczycieli i murarzy. Dlatego nie ma sensu powoływanie jakiejś cywilnej komisji do zbadania sytuacji w Kościele, to znaczy sens jest, ale trzeba zbadać sytuację we wszystkich środowiskach w całej Polsce. Podkreślać należy przy tym, że obecna władza dotychczas wiele zrobiła dla ukrócenia pedofilii, w odróżnieniu od poprzedników, którzy sprzeciwiali się ujawnianiu pedofilów w specjalnym rejestrze. Co prawda w tym rejestrze prawie nie ma księży, ale to wina korporacji sędziowskiej, która nie chciała skazywać duchownych.  Teraz sędziowie zwalają winę na prokuratorów, którzy nie stawiali przestępców w sutannach przed sądem, ale niby skąd policja i prokuratura mieli wiedzieć o tych przestępstwach, skoro w Kościele nie było dotąd obowiązku zgłaszania przypadków pedofilii organom ścigania?

Kiedy PiS potyka się o jakiś poważniejszy problem społeczny, to często ich jedyny dylemat sprowadza się do wyboru, czy użyć pałki czy rewolweru. Władza uznała, ze pedofilii w polskim Kościele zaradzić można podnosząc kary i ograniczając prawo sędziów do indywidualnej oceny sytuacji, poprzez zaciśnięcie widełek wyznaczających granice orzekania kary. Co prawda, wszyscy profesjonalni eksperci od dawna twierdzą, że o ograniczeniu skali przestępstw nie decyduje wysokość kary, a nieuchronność i szybkość jej wymierzenia, ale Kaczyński z Ziobrą wiedzą swoje. Więc jeśli kiedyś, po następnym filmie braci Siekielskich, okaże się, że 30 lat więzienia nie wystarczy, to pewnie zaproponują za pedofilię dożywotnie więzienie. Potem pozostanie jeszcze możliwość stosowania łącznie kary śmierci oraz grzywny.

Zastosowana przez rządzących terapia pedofilii w Kościele to jak zaordynowanie człowiekowi z uszkodzonym kręgosłupem leków na schizofrenię. Choćby minister Ziobro trzy razy dziennie publicznie deklarował swoje obrzydzenie do pedofilów, to nie przekona mnie, że jego prokuratorzy ścigać będą przestępców w sutannach z większą ochotą niż prokurator Piotrowicz ścigał księdza z Tylawy. Choćby Siekielscy wyprodukowali cały serial wstrząsających relacji o trądzie w polskim Kościele i choćby obejrzeli je wszyscy dorośli Polacy, to nie wyobrażam sobie, by obecna władza zgodziła się na skucie kajdankami choćby jednego biskupa. Już woli kompromitować się do reszty argumentami, że hierarchowie nie mieli dotąd żadnego obowiązku zgłaszania przestępstw podległych im księży. Jakby wycięto z kodeksu karnego cały rozdział XXV, począwszy od art. 197 traktujący o gwałtach. Jakby księdza, który przyczynił się do samobójstwa ministranta, nie dotyczył artykuł 151 KK. I w konsekwencji – jakby w polskim prawie nie było paragrafów karzących za współudział w przestępstwie, za pomoc udzielaną przestępcom, za ukrywanie przestępców i ich czynów.  Pominę konstytucyjny zapis o równości wobec prawa, bo rządzący już dawno uznali, że Konstytucja ich nie dotyczy.

Czemu PiS tak zacięcie broni Polakom dostępu do mrocznych tajemnic purpuratów, ryzykując utratę ostatnich rysów twarzy i resztek wiarygodności oraz narażając się na konflikt z przyzwoitą częścią hierarchów, którzy nie widzą „ręki podniesionej na Kościół”, ani tym bardziej na Polskę? Moim zdaniem jest tak: rządzący nie są zblatowani z całym Kościołem hierarchicznym, a jedynie z jego zaściankowym, zapyziałym odłamem, z tymi właśnie przedstawicielami Kościoła, którzy mają największe zasługi w kryciu przestępców w koloratkach. To sojusz bezczelnych arogantów i egocentryków przekonanych o swojej nieomylności uprawniającej do sprawowania rządu dusz. Łączy ich wizja Polski wolnej od wpływu cywilizowanych krajów, które poradziły już sobie z pedofilią kleru. PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów. Bronią się nawzajem ludzie zdemoralizowani, pazerni na doczesne dobra „które im się należą”, nieczuli na los krzywdzonych przez siebie „maluczkich”. Aroganccy dygnitarze od tronu i ołtarza, nawykli do hołdów i wymuszający posłuch, z konieczności żyją dziś w symbiozie .

Tacy ludzie przeważają dziś zarówno w Kościele, jak i we władzy świeckiej. Jeśli pozwolimy im panoszyć się dłużej, to obawiam się, że demolka Polski, a szczególnie polskich sumień, może okazać się nieodwracalna.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Tusk na białym koniu? Tak, acz sami damy radę PiS-owi

11 Maj

Jerzy Owsiak i Maciej Stuhr zdominowali galę z okazji 30. rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”. Żarty obu panów zapewne nie przypadły do gustu miłośnikom „dobrej zmiany”.

Ja jestem przedstawicielem świata filmu. To jest świat gazety. Te światy czasem się przenikają. Redaktor Michnik spotkał się kiedyś z producentem filmowym i wtedy upadł rząd. Być może po naszym dzisiejszym spotkaniu stanie się coś równie spektakularnego” – mówił w trakcie gali Maciej Stuhr, żartobliwie nawiązując do tzw. afery Rywina.

Komu z państwa nie jest wszystko jedno? Redaktor Michnik nie podniósł ręki. Kto z państwa miał w ręku pierwszy numer »Gazety Wyborczej«? Kto z państwa w minionym roku przeczytał choćby jedną książkę? Czy jest na sali ktoś, kto spalił chociaż jedną książkę? Nie widzę. Czy ktoś z państwa był ze święconką w tym roku? Troszkę mniej. Czy ktoś z państwa w ostatnich dniach rozwiesił jakiś plakat z Matką Boską? Są ręce, nie wiem, czy to dobrze” – kontynuował popularny aktor i stand-uper. Stuhr w wyraźny sposób odwołał się do ostatnich wydarzeń i postępującej w Polsce klerykalizacji.

Równie dobry występ zaliczył założyciel Wielkiej Ostry Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak, który otrzymał nagrodę „Gazety Wyborczej”, mówił o swoim ostatnim konflikcie z posłanką Krystyną Pawłowicz (słynne słowa „Krystyna, wróć na ziemię”).

Skoro nie wyleciała w kosmos, to znaczy, że jest niewinny” – mówił o sobie lider WOŚP. W dalszej części przemówienia Owsiak apelował o solidarność i jedność Polaków. „Niech na tej Srebrnej je*nie dwoma domami, ale naszymi, wspólnymi. To przecież ładne skrzyżowanie jest” – mówił.

Wydaje się, że wszelkie zastrzeżenia, czy wczorajsze doniesienia „SE” były tzw. ustawką zostały dzisiaj rozwiane. Ta sprawa w artykule „Dzieci PMM nie dowiedziały się o adopcji z SE, nie ma wątpliwości. To była zaplanowana akcja”.

W zapowiadanym wywiadzie dla tego tabloidu szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk potwierdza, że dwoje dzieci Morawieckiego, które zostały adoptowane, nie dowiedziały się o tym fakcie – jak to sugerowano – z artykułu „SE”, ani z książki o premierze autorstwa rzecznika banku, którego prezesem był Morawiecki.

Szef Kancelarii Premiera skupił się w tym wywiadzie na atakowaniu autora książki, czyli byłego rzecznika banku BZ WBK Piotra Gajdzińskiego. Jednak, kiedy Dworczyka zapytano, czy zostaną podjęte jakieś kroki prawne wobec byłego współpracownika Morawieckiego, odpowiedź była wymijająca. – „Będzie czas na przeanalizowanie tej książki” – powiedział Dworczyk.

Internauci komentowali: – „Ci, którzy wczoraj dali się nabrać i współczuli premierowi Morawieckiemu nie mają się czego wstydzić. To naturalny odruch ludzi przyzwoitych (poza nielicznymi takimi jak Mazurek, świadomie nawołującymi do współczucia) Niech się wstydzą ci, którzy zorganizowali tę żałosną ustawkę”;

„Polityczny prostytut, sprzedał nawet rodzinę. Tragedia. Co ten Kaczyński ma na Morawieckich, że steruje nimi jak pacynami?”; – „Znam ludzi, którzy adoptowali swoje dzieci. Znam też osoby, które zostały zaadoptowane. Zawsze była otwartość w tym temacie w ich rodzinach. I żadna z tych osób nie przewodniczyła autokratycznemu rządowi, łamiącemu praworządność”.

„Zamiast pozwu i żądania wielomilionowego odszkodowania (choćby na Caritas), jest wywiad szefa kancelarii PMM w brukowcu, który – wczoraj się tak wydawało – naruszył prywatność bezbronnych dzieci. Już nic bardziej obrzydliwego w polskiej polityce nie zobaczycie: – podsumowała Hanna Lis.

Mikołaj Lizut, dziennikarz radia TOK FM obejrzał przedpremierowy pokaz filmu „Tylko nie mów nikomu” w reżyserii Tomasza Sekielskiego. Po seansie nie zostawia suchej nitki na skompromitowanych kościelnych hierarchach.

Ten film jest niezwykle ważny. Dotyka sprawy właściwie kardynalnej, jeśli chodzi o Kościół katolicki. Przede wszystkim na usta cisną się trzy słowa: kłamcy, hipokryci, właściwie diabły. To o Kościele w Polsce” – mówił na łamach TOK FM Lizut.

Pokazuje mechanizm ukrywania tych przestępstw, to że w ten mechanizm zaangażowani są także hierarchowie polskiego Kościoła i to masowo” – recenzował dzieło Sekielskiego dziennikarz.

Pokazuje także to, że właściwie Kościół katolicki zamiata to wszystko pod dywan, że jest on oblężoną twierdzą przesiąkniętą kłamstwem i hipokryzją w tej sprawie” – dodał.

Dziennikarz chwalił formę, w jakiej Sekielski skonfrontował zboczeńców w sutannach z ich dorosłymi już dzisiaj ofiarami. „Widzimy więc sceny, w których z własną przeszłością – diabłów seksualnych – muszą się mierzyć ludzie, którzy właściwie są już u kresu swojego życia” – stwierdził Mikołaj Lizut.

Publicysta przytacza również scenę, w której doszło do spotkania ofiary z księdzem Franciszkiem Cybulą, byłym kapelanem Lecha Wałęsy i pedofilem. Zdaniem Sekielskiego, Cybula do końca nie przeprosił za swoje przewinienia ani nie odczuwał winy.

Komentarze internautów, jakie ukazały się pod artykułem poświęconym recenzji filmu, pokazują brak zaufania części Polaków do skompromitowanej instytucji Kościoła. „Ci biskupi zawsze w brokatach i złocie pozamykani w pałacach; udający wierność i miłość do Boga – to szatańska obłuda i oszukiwanie wiernych” – odważnie napisał jeden z użytkowników. „Panie Tomaszu, powodzenia! Jest Pan w Panteonie »Wyklętych«, a ci w kraiku nad Wisełką, są napiętnowani przez »nowozmianowców«” – dodał inny.

Kolejny atak na Radosława Sikorskiego posłanka PiS Krystyna Pawłowicz przypuściła po jego wpisie na Twitterze, w którym tak skomentował artykuł „Foreign Policy” o ambicjach mocarstwowych Chin: – „Aż dziw, że Prezes nie ogłosił jeszcze, że zbudujemy lotniskowiec”. – „Fantastycznych opowieści o pana afgańskim bohaterstwie na zapleczu walk i „frontowych” fotek w gustownym „wojennym” ubranku nic nie „przebije”… Żaden lotniskowiec” – napisała Krystyna Pawłowicz.

W odpowiedzi na ten komentarz Sikorski zamieścił zdjęcie artykułu zatytułowanego „Wspólne przedsiębiorstwa polsko-radzieckie”, napisanego przez Pawłowicz. Zestawił go z wykonaną przez siebie fotografią z Afganistanu, którą opublikował brytyjski tygodnik „The Observer”. – W 1987 roku Pani opublikowała ten artykuł, a ja to zdjęcie. Bujaj się, wariatko” – napisał Sikorski, tym samym powtarzając swoje słowa z ubiegłego tygodnia, kierowane do Pawłowicz. O tym w artykule „Bujaj się wariatko” i „Epidemia prostactwa”.

Na tym nie koniec, bo Pawłowicz nie odpuszczała. _ „Nie dość, że jest pan prostym narcyzem, to nie umie pan też czytać. Ten art. był wtedy JEDYNYM prawn.opisem ujawniającym NIEJAWNE uchwały RM,DEMASKUJĄCYM SPOSÓB PASOŻYTOWANIA Rosji na Polsce i zgody PZPR na to. Ambasada USA zrobiła tłumaczenie i spotkali się ze mną w tej spr.w Red” [pisownia oryg. – przyp.red] – usiłowała się odgryźć Pawłowicz. – „Tak, tak, Pani walczyła z komuną, pisząc w komunistycznej prasie” – odpisał Sikorski.

„Pisała, ale się nie cieszyła. Pewnie błędy ortograficzne panna Krysia specjalnie robiła, żeby rozbić system od środka.

No i kolejne KO. Krystyna ma chyba jakieś zapędy masochistyczne, że ciągle szuka u Radka batów” – komentowali internauci. Zastanowił ich jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Zakochała się może? Każdego może dopaść, nawet po 60-tce”; – „Mając nietuzinkową osobowość Pani Pawłowicz, mam wrażenie, że Pana podrywa”.

Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Nie wiem, czy to nasza cecha narodowa, ale dziwni jesteśmy my, Polacy. Jak kogoś wielbimy to darujemy mu wszystko, patrzymy na to, co robi przez różowe okulary i nie chcemy nawet dostrzec jego wpadek. Jak kogoś nienawidzimy to całą gębą, tępimy na wszelkie możliwe sposoby, generalizujemy na maksa. Przykład? Ot chociażby kościół i polscy katolicy. Kościół jest zły, jego wierni to głupcy i oszołomy… i tak sobie z tą retoryką lecą ci, którzy mają serce pełne demokracji oraz tolerancji.

Racja, źle się dzieje z polskim kościołem, ale nie całym, tylko pewną jego częścią. Już kiedyś napisałam, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podział na Kościół z Watykanem w tle i Polską Instytucję Kościelną. PIK już dawno stracił kontakt ze swoją wiarą, usłużnie kica przed PiS-em, hołubi narodowców, wtrąca się do polityki. Ma swoich wierzących i odsuwa się od tych gorszych, czyli myślących zgodnie z naukami papieża. Jedzie równo po politykach partii opozycyjnych, uważając zapewne, że znacznie niższy w nich poziom katolickości niż w tych swoich, pisowsko – narodowych.

PIK piętnuje osoby o innej orientacji seksualnej, nie słucha papieża Franciszka, według którego „geje nie powinni być marginalizowani i powinni stanowić integralną część społeczeństw, w których żyją” i dodaje – „To, że jesteś gejem nie ma żadnego znaczenia! Bóg Cię kocha takim jakim jesteś. I nie ma żadnego znaczenia to co mówią inni ludzie”. PIK piętnuje nauczycieli, każdego, kto nie wspiera partii rządzącej, śmie przeciwko niej występować, śmie nie zgadzać się na wyznaniowy charakter Polski, który coraz bardziej przez PiS i PIK jest utrwalany.

Żądza władzy i kasy doprowadziła do tego, że PIK przekroczył granice, za którą nie ma już nic z prawdziwie pojmowanego duszpasterstwa i wiary. Im więcej dostaje, tym głośniej krzyczy, jaki jest prześladowany, jaki biedny, niezrozumiały i niedoceniany. I to właśnie PIK powinien być piętnowany za postawę zupełnie niezgodną z naukami kościoła, a jednak często krytycy zapominają o tych katolikach, którzy nie idą na smyczy PIK-u. O księżach, dla których ich misja, uczciwość i pojmowanie wiary, jest znacznie ważniejsze od dóbr doczesnych i politykierstwa. Niestety i im się ostro dostaje, choć na to nie zasłużyli.

To ci katolicy, nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, również nie odnajdują się w obecnej rzeczywistości, zdominowanej przez duszpasterzy, którzy zapomnieli, kim są i po co. To również oni nie kryją gorzkich słów, potępiają pedofilię w kościele, uczestniczą w protestach przeciwko łamaniu konstytucji i zasad demokracji, nie zgadzają się z kościelną polityką wobec narodowców, wzrastającym przepychem, w jakim żyją polscy hierarchowie i ich wiecznymi roszczeniami finansowymi. To oni napisali ostatnio list do Konferencji Episkopatu Polski, występując przeciwko ściganiu przez policję autorki wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy.

W  swoim liście napisali m. in., że „wpisanie tęczy nie jest, naszym zdaniem, obrazą uczuć religijnych, gdyż tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym” i zwrócili uwagę „na brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz Kościoła oraz organów Państwa na przypadki ewidentnej profanacji, jakimi były zjazdy organizacji nacjonalistycznych na Jasnej Górze, podczas których głoszono treści sprzeczne z nauką Kościoła, czy też na skandaliczną wypowiedź ks. bpa Andrzeja Jeża cytującego podczas homilii Wielkoczwartkowej, jako prawdziwe, opinie z antysemickiej fałszywkę”.

Osoby tak ostro krytykujące dzisiejszy, polski kościół, sami żądając dla siebie Polski świeckiej, zapominają, że ten kościół to nie tylko PIK. Wołając głośno o uszanowanie praw obywatelskich, jednocześnie odbierają te prawa innym, negując ich. Nie widząc tutaj żadnej sprzeczności z tym, co sami głoszą, wrzucają katolików do jednego worka, tym samym idealnie wpisując się w budowanie podziału w społeczeństwie.

Demokracja to poszanowanie innych poglądów, wyznania, rasy, orientacji seksualnej. To uznanie, że każdy człowiek ma prawo do bycia, kim chce, życia według swoich norm czy poglądów. Krytykujmy PIK i jego wyznawców, ale nie piętnujmy każdego katolika za to, że jest katolikiem. Odróżniajmy dobro od zła i nie krzywdźmy tych, którzy nie zasługują na złe słowa. Żyjemy w bardzo mrocznej Polsce, ale zachowajmy umiar i odpowiedni poziom człowieczeństwa. Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Pisowcy popuszczają po butach, szykuje się wyborczy wpieprz

10 Maj

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże nie są wiarygodne dla Beaty Mazurek. „Ten »wzrost« poparcia dla KE musi mieć mocne podstawy. Prawdopodobnie jest to wynik blamażu Jażdżewskiego i Tuska oraz brutalnego ataku na Kościół i wizerunek Matki Bożej. Pewnie Cimoszewicz odjeżdżając z miejsca wypadku dołożył swoje. Śmieszny sondaż” – napisała w swoim stylu polityczka.

Kontrowersyjny post Mazurek skrytykowany został przez internautów. Rzeczniczce rządu odpisał m.in. Krzysztof Bukiel, lekarz i przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Lekarzy. „A może to, że »polski pacjent« umiera w kolejkach do leczenia, a pieniądze publiczne szerokim strumieniem płyną na wszystko inne, tylko nie na zdrowie?” – napisał pochodzący ze Szczecina doktor.

Dzisiejsza okładka „Super Expressu” wywołała niemałe emocje. Przypomnij, że na okładce tabloidu umieszczono napis „Morawiecki adoptował dwoje dzieci” i zdjęcie przedstawiające premiera wraz z dwójką pociech.

Informacje podane przez dziennik mają pochodzić z książki „Delfin” autorstwa Jakuba i Piotra Gajdzińskich.

„Super Express” został mocno skrytykowany przez przedstawicieli innych mediów oraz polityków wszystkich opcji politycznych. Zdaniem dziennikarzy portalu natemat.pl sprawa może być jednak polityczną ustawką.

Redakcja internetowego portalu miała dotrzeć do jednego z polityków PiS, który stwierdził, że treść okładki dzisiejszego numer „SE” została uzgodniona z głównym zainteresowanym.

Sytuacja wzbudziła również reakcje ze strony innych dziennikarzy. „Pan Dworczyk udaje, że nie wie, iż sprawę rozdmuchał tabloid? Notabene bardzo przychylny obozowi władzy? O adopcji pisała w 2016 »Gazeta Wyborcza«, trudno więc mówić o naruszeniu jakiejś wielkiej tajemnicy. Czy to uprawdopodobnia tezę o PR-owej zagrywce? Jak uważacie?” – zapytała na swoim Twitterze dziennikarka telewizyjna Hanna Lis.

Także publicysta „Gazety Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skomentował zamieszanie. „W sierpniu 2016 r. w obszernej sylwetce @MorawieckiM autorstwa Witolda Gadomskiego pisaliśmy o adoptowanym dziecku premiera. Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję” – stwierdził Wieliński.

Liczni internauci wskazują, że tabloid częściowo utrzymuje się z reklam Skarbu Państwa i od dłuższego czasu jest powiązany z PiS-em. Krytycy wskazują, że gazeta zwyczajnie nie odważyłaby się na taką publikację bez zezwolenia z góry.

W jutrzejszym numerze „SE” ma ukazać się wywiad z szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michałem Dworczykiem. Część wywiadu udostępniona została na Twitterze przez Grzegorza Zasępę, redaktora naczelnego bulwarówki. Dworczyk w swoich wypowiedziach nie zaatakował dziennikarzy odpowiedzialnych za dzisiejsze wydanie „SE”, oberwało się za to autorom książki „Delfin”… Czy ta sprawa faktycznie ma drugie dno?

„Z dużym zaniepokojeniem zauważyliśmy wczoraj na stronach sejmowych projekt ustawy o budowie Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. W naszej ocenie, w ocenie władz miasta Gdańska, jest to kolejna próba przejęcia Westerplatte dla celów bardzo jasno określonych, dla celów politycznych” – mówi na filmiku dodanym przez siebie na Twitterze Aleksandra Dulkiewicz.

„Złożyła ten projekt grupa posłów na czele z posłem Kazimierzem Smolińskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości z województwa pomorskiego. Nie wiemy oczywiście, jaka będzie droga Sejmowa tego projektu ustawy. Natomiast dzisiaj ja jako prezydent miasta Gdańska mogę wyrazić głębokie zaniepokojone, że tylnymi drzwiami, skróconą ścieżką legislacyjną prowadzoną przez grupę posłów, próbuje się zabrać gdańszczankom, gdańszczanom, Polkom i Polakom Westerplatte pod określone cele polityczne” – kontynuuje prezydent Gdańska.

Inicjatywa posłów PiS to kolejna już próba zmierzająca do zawłaszczenia historii Trójmiasta. Obecne działania partii rządzącej poprzedziły już propagandowe manewry prowadzone wokół Muzeum II Wojny Światowej oraz Placu „Solidarności”.

Opisywany przez Dulkiewicz projekt ma zakończyć się budową na Westerplatte punktu należącego do pisowskiego Muzeum II Wojny Światowej.

„Pomimo 79 lat, jakie upłynęły od pierwszych strzałów oddanych z pokładu niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein do polskich żołnierzy stacjonujących w Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Westerplatte nie zostało zagospodarowane w sposób adekwatny do swojej ogólnonarodowej rangi oraz międzynarodowego znaczenia” – czytamy na łamach projektu ustawy „O inwestycjach w zakresie budowy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 – Oddziału Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

>>>

Po nabożeństwie z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej i uroczystym złożeniu kwiatów u stóp pomnika ofiar tej tragedii, na pl. Piłsudskiego w Warszawie, na monument wspiął się mężczyzna pragnący rozwinąć na szczycie transparent i krzyknął w stronę Kaczyńskiego: „Kiedy wreszcie skończysz tę szopkę? Dziewięć lat, kiedy przestaniesz oszukiwać ludzi; gdzie jest wrak?”

Arkadiusz Sz. działacz organizacji Obywatele Solidarni w Akcji (OSA), został zatrzymany przez policję.

Jak ustalił FAKT24 wcześniej organizował on „kontrmiesięcznice” smoleńskie w proteście przeciw wykorzystywaniu katastrofy do celów politycznych.

Przypomnijmy: 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 wiozącego delegację na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka, najwyżsi dowódcy wojska i ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz odniósł się do zatrzymania przez policję Elżbiety Podleśnej za przerobienie obrazu Matki Boskiej (kobieta domalowała tęczową aureolę).

Tusk o zatrzymaniu Podleśnej: w głowie mi się nie mieści

7 Maj

Po prawie 4 latach rządów Prawa i Sprawiedliwości coraz mniej spraw nas dziwi, choć nie przestaje bulwersować. Zarówno bezceremonialne przejęcie mediów publicznych, skok na spółki Skarbu Państwa, czy kolejne kompromitacje ministrów z byłym już szefem MSZ Witoldem Waszczykowskim na czele sprawiają, że do naszej krajowej polityki nie sposób jest podejść obojętnie.

Biorąc pod uwagę, że w tym roku doczekamy się prawdziwej wyborczej kumulacji, już 26 maja wybierzemy naszych reprezentantów do Parlamentu Europejskiego, a jesienią posłów i senatorów, jak na dłoni widać, że emocje politycznego sporu nie tylko nie maleją, ale wręcz znacznie rosną. Znaczna w tym rola miłościwe nam rządzących, którzy lubują się w podkręcaniu temperatury, napuszczaniu ludzi na siebie, czy bezlitosnym atakowaniu opozycji.

Ostatnie wydarzenia nie tylko nie dają nadziei na to, że nad Wisłą może być normalnie, co pokazują, że rządzący nie cofną się przed niczym, by utrzymać władzę, bujając przy tym w oparach absurdu.

Okazuje się, że poważną obrazę majestatu rządzących konstytuuje nie tylko publiczne skandowanie słowa Konstytucja, za co można przecież dostać w twarz, ale również chodzenie w koszulkach z takim samym nadrukiem, stanie z białą różą, czy jedzenie banana, co zresztą spotkało się z zabawną reakcją internautów.

Nie ma się co zatem dziwić, że na poważnie polskiej polityki komentować się nie da. Należy to robić z uśmiechem na ustach, nawet jeżeli jest to śmiech przez łzy. Pozostaje cały czas piętnować te niedorzeczne zachowania i pokazać rządzącym czerwoną kartkę przy urnach wyborczych.

PiS mistrzowie czarnego PR-u. Znowu ostro „wypromowali” Polskę na całym świecie.

Takie ostateczne dobicie wizerunku, opinii o Polsce PiS. Gdyby ktoś w Australii lub Nowej Zelandii miał jakieś wątpliwości.

„Polska będzie wolnościową demokracją, o jaką walczyliśmy, dopóki nikt nikogo nie będzie prześladował i więził za przekonania, ekspresję myśli czy artystyczną wrażliwość. Burza wokół uniwersyteckiego wystąpienia na UW nie została zauważona w Brukseli czy innych stolicach. Może dlatego, że w innych miejscach ludzie dzielą się na uczelniach swoimi poglądami. Inna informacja obiegła praktycznie cały świat – że została zatrzymana i przez wiele godzin przesłuchiwana autorka pewnej grafiki Matki Boskiej z tęczą w tle. Wszyscy zauważyli ten dziwny fakt. Ja odnotowałem, że zatrzymana, dziękując za wsparcie, napisała: „W głowie mi się to wszystko nie mieści”. Powiem szczerze, mi też to się nie mieści w głowie” – powiedział w Poznaniu Donald Tusk.

Przewodniczący Rady Europejskiej wziął udział w uroczystych obchodach 100-lecia Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. – „Jestem przekonany, że wasz uniwersytet przetrwał i przetrwa wszystkie wahnięcia w historii tak długo, jak będzie tę misję różnorodności i wiarę w sens różnorodności i wolności respektował i praktykował. W końcu stoi za tym przekonaniem i misją precyzyjny artykuł naszej Konstytucji, która mówi, że każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury” – mówił w swoim przemówieniu Tusk.

„Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia” – przypomniał Tusk podczas swojego wystąpienia znane powiedzenie. – „Myślę, że wszyscy bez wyjątku, niezależnie od poglądów politycznych, miejsca pracy, podpisalibyśmy się także dziś pod tymi słowami, a przynajmniej mam taką nadzieję” – dodał.

Przywołał też osobiste wspomnienie. Opowiedział, jak nieżyjący już rektor Uniwersytetu Gdańskiego prof. Roman Wapiński, gdy przyszła do niego SB i naciskała, by „relegować Tuska i innych studentów za działalność polityczną”, miał powiedzieć: – „Mówicie, że studenci przekroczyli pewne granice, a ja chcę powiedzieć, że uniwersytet jest właśnie od tego, żeby przekraczać pewne granice – dogmatu, granice doktryny, granice rutyny”. A do Tuska prof. Łapiński powiedział: – „Nie wiem, czy pana uchronię przed usunięciem z uczelni, nie wiem, czy sam zachowam swoje stanowisko, ale niech pan przekracza granice”. 

Na koniec swojego wystąpienia Donald Tusk przytoczył słowa Ignacego Jana Paderewskiego, w które – jak podkreślił – głęboko wierzy. – „Powiedział, że żadne stronnictwo ojczyzny nie zdoła odbudować, do tego dzieła trzeba jedności i zgody wszystkich, miłości i siły, wiary i zaparcia się samego siebie, do tego dzieła potrzeba wszystkich sił i wszystkich serc zespołu; niech żyje Polska, zgoda, jedność, a ojczyzna nasza wolna żyć będzie po wsze czasy” – podkreślił szef Rady Europejskiej.

Więcej Tuska w Poznaniu >>>

„Certyfikowany sądownie kłamca będzie budował port… port lotniczy w Radomiu, nieczynny od kiedy go wybudowano. Z Radomia ma latać 3 miliony pasażerów rocznie, podobnie jak 1 milion samochodów elektrycznych ma jeździć po Polsce i Europie, pochodzących z Polski. A i owszem” – tak skomentował jeden z internautów rozpoczęcie przez Mateusza Morawieckiego budowy lotniska w Radomiu.

Premier z tej okazji dokonał pierwszego wbicia łopaty, a także odsłonił nową nazwę lotniska: Warszawa – Radom im. Bohaterów Radomskiego Czerwca 1976 Roku.

Morawiecki po wbiciu rzeczonej łopaty stwierdził m.in., że lotnisko w Radomiu będzie portem zapasowym dla Lotniska Chopina i dla CPK. Jego rozbudowa ma pochłonąć około pół miliarda złotych. – „Walczył jako dziecko w opozycji, wprowadzał nas do Unii w przebraniu Millera, dziś wybuduje dawno wybudowane lotnisko w Radomiu! Harry Potter polskiej polityki” – skomentował Andrzej Rozenek.

W uroczystości uczestniczyli także Marek Suski i Adam Bielan. Ten drugi tak „popłynął” podczas swojego przemówienia: – „Tu na razie jest ściernisko, ale już niedługo będzie wielkie międzynarodowe lotnisko. Lotnisko, tak jak powiedział premier Morawiecki, w pierwszej razie oddane do użytku już w październiku przyszłego roku. Na początku na trzy miliony pasażerów, ale druga faza zaprojektowana na 10 mln pasażerów. To potencjalnie drugie największe lotnisko w Polsce. Jestem wzruszony, bo to historyczna chwila dla Radomia, porównywalna z doprowadzeniem do Radomia kolei żelaznej pod koniec XIX wieku”.

 „Proszę mi wytłumaczyć jak prostemu człowiekowi. W jakim celu rozbudowuje się Radom, z którego nikt nie chciał latać, mając w sąsiedztwie lotniska w Warszawie, Modlinie i w planach CPK. Przecież to się nie trzyma kupy”; – „Władza cichcem włączyła Radom do Warszawy. Na razie lotnisko, ale kierunek słuszny. Niedługo powstanie port Radom-Szczecin-Świnoujście ze stocznią w Radomiu i wtedy zobaczycie, jak z kopyta ruszy rozbudowa stępki promu…”;

Warszawę i Radom dzieli 100 km, a Morawiecki bredzi, że lot z Radomia skróci podróż do niektórych państw… Ku**a, poziom Suskiego” – pisali internauci na Twitterze. Ten ostatni komentarz dotyczy wypowiedzi szefa Gabinetu Politycznego Premiera w artykule „Gdyby głupota umiała latać – latałaby z Radomia. Suski znowu w formie!”.