Tag Archives: Martyna Wojciechowska

Burdel Glapińskiego i Komitet Obrony Kaczyńskiego

14 Mar

W Japonii powiedziano by, że Martyna Wojciechowska szefowa Departamentu Komunikacji i Promocji NBP dokonała finansowego seppuku. Jak bowiem informuje Super Express, po burzy spowodowanej informacją o zawyżonych zarobkach w tej firmie, osobiście wystąpiła z wnioskiem o obniżenie swojej pensji zasadniczej.

O ile wynagrodzenie zasadnicze pani dyrektor w 2018 roku wynosiło 26 500 zł., o tyle od marca kwota ta ma zmaleć do 23 100 zł.

Od tej chwili pani Wojciechowska nie będzie już najlepiej zarabiającym dyrektorem w swojej firmie.

Nie wiadomo jednak, czy zmianom ulegną dodatki do pensji, które przed wybuchem skandalu stanowiły niemal połowę miesięcznej wypłaty słynnej dyrektorki.

Wcześniej ujawniono, że Wojciechowska zarabiała średnio 49,5 tysiąca złotych, na co składały się również premie, nagrody i dodatki.

Pełnomocnik austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, mecenas Roman Giertych opisał na Twitterze nieprzyjemny incydent, do jakiego doszło podczas przesłuchania jego klienta w warszawskiej prokuraturze okręgowej.

Gdy trwające od rana przesłuchanie przerwano o godz. 19 na około pół godziny, Giertych i Birgfellner postanowili na chwilę opuścić mury budynku. Wówczas „trzech mężczyzn z Urzędu Kontroli Skarbowej” próbowało im to uniemożliwić. „Zagrodzili nam drogę na korytarzu prokuratury. Gdy dowiedziałem się, że to nie jest zatrzymanie, opuściliśmy budynek”. Mężczyźni chcieli rzekomo wręczyć wychodzącym listy. „Zastraszania ciąg dalszy” – ocenił mec. Roman Giertych. To nie wszystko. „Wychodząc z pokoju z prokuratury nie spotkaliśmy już na korytarzu trzech agentów UKS. Nie rozumiem, co się stało? Najpierw próbują nas prawie siłą zatrzymywać, a później się chowają. Cyrk to mało powiedziane” – komentuje sprawę mecenas.

Przypomnijmy: powodem wizyt Birgfellnera w warszawskiej prokuraturze okręgowej jest zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, jakie złożył pod koniec stycznia. Z tej przyczyny austriacki biznesmen zeznawał już sześć razy, a w kwietniu ma się stawić na kolejne przesłuchanie.

To jednak nie koniec kłopotów Birgfellnera. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Łukasz Łapczyński poinformował w środę PAP, że prokurator nie może jeszcze podjąć decyzji o wszczęciu lub odmowie wszczęcia postępowania po zawiadomieniu G. Birgfellnera. Dlaczego? „Prokuratura nam powiedziała, że mamy przetłumaczyć 20 tysięcy stron [dokumentów w sprawie – dop. Red], że w kwietniu będzie następne przesłuchanie” – przekazał w przerwie dziennikarzom Giertych. Dlatego, że pani tłumaczka – jak przekazał mecenas – aktualnie „jest zajęta”.

Reklamy

Kaczyński i jego agent esbecki, zaś Morawiecki powinien zmienić nazwisko

8 Mar

Ujawnienie, że przez ostatnie trzy dekady w najbliższym otoczeniu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego znajdował się tajny współpracownik służb PRL o pseudonimie “Ryszard” musiało być dla polityków tego ugrupowania olbrzymim szokiem. To, że były prezes spółki Srebrna, a za rządów Prawa i Sprawiedliwości etatowy szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda przez tyle lat zajmował się interesami finansowego zaplecza środowiska skupionego wokół braci Kaczyńskich sprowokowało pytania, czy i inne osoby z najbliższego otoczenia prezesa PiS mają w swoich życiorysach sekrety, których elektorat Zjednoczonej Prawicy mógłby nie zrozumieć i nie wybaczyć.

Drugim, po Kujdzie, ciosem w antykomunistyczny wizerunek lidera obozu rządzącego było ujawnienie przez posła PO Krzysztofa Brejzę kłopotliwej przeszłości słynnej “pani Basi”, czyli Barbary Skrzypek, sekretarki prezesa PiS i szefowej biura prezydialnego tej partii. Już wcześniej pojawiały się pytania, czy pani Basia również ma swoją “teczkę” w IPN, ale najwięcej o jej zawodowej przeszłości można dowiedzieć się z odpowiedzi Kancelarii Premiera na interpelację głównego śledczego opozycji.

Jedna z najbliższych dziś współpracownic prezesa Kaczyńskiego przez blisko 9 lat, także w czasie stanu wojennego, była bowiem ważną urzędniczką w otoczeniu komunistycznych dygnitarzy. Nie można więc mówić o epizodzie, tylko o w pełni świadomym pozostawaniu w najbliższym otoczeniu gen. Janiszewskiego, szefa Urzędu Rady Ministrów w latach 1985-89, a potem szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Co więcej, pani Skrzypek pracowała także w Kancelarii Tajnej, a więc miała dostęp do największych tajemnic poprzedniego systemu. Kto wie, czy nie dlatego jest dla Jarosława Kaczyńskiego tak cennym współpracownikiem i czy nie miało to także wpływu na późniejszy, niezwykle korzystny dla środowiska braci Kaczyńskich, rozwój sytuacji w kwestii uwłaszczenia się na majątku komunistycznym.

Dziś natomiast portal Onet pochwalił się owocami swoich poszukiwań osób związanych ze spółką Srebrna w czeluściach zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Udało się odnaleźć dokumenty z nazwiskiem Grzegorza Tomaszewskiego, kuzyna braci Kaczyńskich, znanego z tzw. “taśm Kaczyńskiego” jako jednego z najważniejszych uczestników narad nad inwestycją K-Towers. Jak ustalili dziennikarze portalu, nie ma śladów, by był on tajnym współpracownikiem komunistycznych służb, jednak brał udział w tajnym projekcie dla “reżimowej” armii Ludowego Wojska Polskiego, co wiązało się z przyznaniem mu dostępu do tajnych prac na zamówienie komunistycznego państwa.

— Żadnych szczegółów nie podam. Ale mogę powiedzieć, że ośrodek dostał od wojska zlecenie na opracowanie linii do produkcji łusek do nabojów, bardzo wydajnej linii. Mieliśmy opracować dokumentację i przygotować prototyp — mówi Onetowi Tomaszewski. Do projektu został włączony jako jeden z konstruktorów zatrudnionych w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Obróbki Plastycznej Metali PLASOMET. Mimo, iż było to zaledwie trzy miesiące po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, który uderzył m.in. w jego kuzyna Lecha Kaczyńskiego, Tomaszewski nie widział nic złego w realizowaniu projektu wojskowego dla gen. Jaruzelskiego. Co więcej, w dokumentach IPN jest informacja, że Tomaszewski posiadał paszport wielokrotny do wyjazdów na cały świat, wydany w 1976 r. Zdaniem Onetu, otrzymanie w latach 70. takiego paszportu niewątpliwie było dowodem dużego zaufania ze strony władzy.

Obraz najbliższego otoczenia prezesa Kaczyńskiego i osób odpowiedzialnych za funkcjonowanie zaplecza finansowego środowiska byłego Porozumienia Centrum zaczyna zatem być coraz bardziej zaciemniony i powinien poważnie zaniepokoić nawet twardy, antykomunistyczny elektorat tej partii. Ilość zbiegów okoliczności wokół początków pierwszej partii braci Kaczyńskich oraz budowania przez nich olbrzymiego majątku, mającego zabezpieczać interesy politycznego ugrupowania, którym przewodzili staje się zbyt duża, by mówić tu o przypadku.

W miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Jarosław Kaczyński został premierem, do tajnej teczki Kazimierza Kujdy zaglądali i opracowali ją upoważnieni przez ABW archiwiści – wynika z ustaleń Gazeta.pl. Teczkę pozostawiono w „zetce”, choć wówczas nie było podstawy, by ją trzymać pod kluczem.

Po wybuchu lustracyjnej sprawy Kujdy, który w latach 1979-87 był TW „Ryszardem”, sam Jarosław Kaczyński zapewniał, że nic o jego agenturalnej przeszłości nie wiedział. – Nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero, gdy sprawa wybuchła w mediach. Gdy powstawał zbiór zastrzeżony, nie byliśmy przy władzy. Zielonego pojęcia nie miałem o sprawie. Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba – stwierdził w wywiadzie dla PAP.

Ale wątpiących nie brakuje. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, wprost powiedział: – Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u.

Osoba z kręgu prezesa PiS: – Ale on naprawdę nie wiedział.

Inny: – Wcale nie był zaskoczony.T

Nie można wykluczyć, że Jarosław Kaczyński faktycznie żył bez świadomości, że Kujda to TW „Ryszard”. Ale w służbach specjalnych, które nadzorował jako premier, ta wiedza była. Prezes PiS na dowód swojej niewiedzy podkreślił: „gdy powstawał zbiór zastrzeżony [IPN], nie byliśmy przy władzy”. To prawda, bo wtedy rządziło SLD. Jednak w miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Kaczyński został premierem, teczkę Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowi.

Jarosław Kaczyński premierem

Teczki Kujdy włączono do „zetki” na podstawie decyzji wiceszefa ABW nr 00130 z 11 grudnia 2002 r. – była to decyzja nominata rządzącego wówczas SLD, płk. Pawła Pruszyńskiego. Prezes IPN prof. Leon Kieres zatwierdził tę decyzję po niemal roku. Mikrofilm z dokumentami dotyczącymi Kujdy zastrzeżono z kolei w lipcu 2004 r. – też na wniosek ABW.

SLD dogorywało, aż w 2005 r. władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Kazimierz Kujda zostaje 2 stycznia 2006 r. pełniącym obowiązki prezesa NFOŚiGW, a potem już prezesem pełną gębą.

Po wygaśnięciu kadencji Kieresa w IPN jego miejsce zajął prof. Janusz Kurtyka (od 29 grudnia 2005 r.). Zapał do publikowania dokumentów odziedziczonych po SB dokumentów się zwiększył. Po rządach Kazimierza Marcinkiewicza, którego prezes PiS uznaje za swój może i największy błąd personalny, tekę szefa rządu przejął osobiście Jarosław Kaczyński. Premierem był od 14 lipca 2006 do 16 listopada 2007 r.

Lustracja w Sejmie

Już wówczas w Sejmie był procedowany projekt ustawy lustracyjnej – była to nowela ustawy o IPN. Dziwnym trafem nie wymieniała ona wprost prezesa NFOŚiGW (to stanowisko Kazimierza Kujdy) jako zobowiązanego do złożenia oświadczenia lustracyjnego, choć inne instytucje centralne do projektu wpisano. Projekt tej ustawy co prawda wpłynął do Sejmu już 18 listopada 2005 r., ale na serio w Sejmie zaczęto nad nią prace w lipcu 2006 r. Prace w komisjach: 17 lipca. Sejm przyjął ją po raz pierwszy 24 lipca 2006 r., a Senat w sierpniu. Ostatecznie posłowie uporali się z poprawkami Senatu 18 października 2006 r. i trafiła do podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten złożył autograf.

Gdy w Sejmie wzbierała burza wokół ustawy lustracyjnej, to teczka Kujdy leżała w „zetce” – zbiorze zastrzeżonym IPN. Ale wcale się nie kurzyła. Na dokumentach z teczki znajdują się dopiski z roku 2006.

W spisie dokumentów znajdujących się w teczce na samym dole dopisano: „Sprawdzono. 17.08.2006 r. B.” [pełnych nazwisk pracowników nie podajemy – red.]. Podobnie w przeglądzie akt odnotowano zmianę numeracji stron – też z tą datą. Na tej samej karcie również dopisano „Sprawdzono”. Na kopercie, w której pierwotnie znajdowało się własnoręcznie napisane zobowiązanie Kujdy do współpracy z SB, dopisano: „PUSTA KOPERTA. 17.08. 2006 r.” i dwa autografy osób sprawdzających teczkę. Jest też na innej stronie sprostowanie, że notatka liczy dwie, a nie trzy karty. Podobnych drobnych dopisków – nie licząc nowych numerów stron – jest dziewięć z datami 17 albo 18 sierpnia 2006 r.

Gdy przeglądano teczkę Kujdy szefem ABW był gen. Witold Marczuk – jeden z zaufanych ludzi braci Kaczyńskich. Ale na tym stanowisku zaszła zmiana: od 19 października 2006 r. Marczuka zastąpił Bogdan Święczkowski, jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry.

Podsumujmy:

– Jarosław Kaczyński zostaje premierem.

– Kazimierz Kujda jest szefem NFOŚiGW.

– Szefami ABW, podlegającej Kaczyńskiemu, są zaufani ludzie Kaczyńskich i Ziobry.

– Utajniona w „zetce” teczka Kujdy jest przeglądana i opracowana przez archiwistów na zlecenie lub za wiedzą ABW.

– Zgodnie z ustawą nie ma żadnego uzasadnienia, by teczka pozostawała tajna.

– ABW nie odtajnia teczki Kujdy.

„W ABW nie uznali teczki za zasługującą na ujawnienie”

Osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami: – Te dwie osoby, które podpisywały się w 2006 r. na aktach Kujdy, to najpewniej archiwiści IPN ze specjalnej grupy mającej ze strony służb [ABW] prawo dostępu do materiałów w zbiorze zastrzeżonym. Na początku 2006 r., gdy w IPN pojawił się Janusz Kurtyka, zaczął odkręcać błędy przy tworzeniu „zetki” i zainicjował odchudzanie.

Jak podkreśla nasz rozmówca, sprzyjała temu postawa nowego kierownictwa służb. – Archiwiści zaczęli przygotowywać dla funkcjonariuszy służb kolejne teczki, by dokonali w nich przeglądu i zakwalifikowali je do ewentualnego ujawnienia – mówi. I dodaje: – Jednak teczki Kujdy – i tu pojawia się oczywiste pytanie: dlaczego? – ludzie z ABW nie uznali za zasługującą na ujawnienie.

Zaznacza też: – Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN. Janusz Kurtyka był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił.

Jak informuje nas IPN, materiały dot. Kujdy zostały wyjęte z „zetki” dopiero 13 czerwca 2016 r. Ich zawartość stała się publiczna miesiąc temu.

Dlaczego tyle lat teczka Kujdy była tajna? Osoba dobrze zorientowana w tym temacie nie ma wątpliwości: – Jak coś się ujawnia, to przestaje się już mieć haka. Kaczyński naprawdę nie wiedział o agenturalności Kujdy, ale nie była to wiedza tajemna w środowisku służb.

W obozie władzy musi być naprawdę nerwowo, skoro premier Morawiecki zdecydował się udzielić wywiadu w znienawidzonym przez władzę i jej elektorat TVN24. Szef rządu potrafi pięknie dobierać słowa do bardzo łatwo weryfikowalnych kłamstw oraz bez zmrużenia okiem odwracać kota ogonem w każdej niewygodnej dla PiS sprawie. Jego wystąpienie niczym zatem nie zaskoczyło – dowiedzieliśmy się, że afera wokół Srebrnej tylko wzmocniła wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako polityka kryształowego, pieniądze publiczne rosną na drzewach, ceny prądu wcale nie wzrosną (choć każdy niemal dostał już wyższy rachunek), a zarobki najbliższych blond-współpracownic prezesa Glapińskiego w NBP to zjawisko całkowicie normalne, bo tak się zarabia w banku centralnym. Zwłaszcza ta ostatnia manipulacja jest bardzo ryzykowna, bo już w ciągu najbliższych dwóch tygodni samo NBP zobowiązane jest opublikować dane, które ją obnażą. Czyżby premier nie był tego świadomy?

Mateusz Morawiecki pytany o to, czy zszokowały go horrendalne zarobki Martyny Wojciechowskiej, dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji stwierdził, że niekoniecznie. “Bo wiem, że podobne zarobki występowały w czasach Marka Belki (poprzedniego szefa NBP – red.). Szkoda, że wtedy różne ośrodki medialne nie interesowały się tą sprawą” – mówił w rozmowie z Anitą Werner. O kwestii najbardziej bulwersującej, tj. fakcie, że zarobki na poziomie 50 tys. zł w NBP i ok. 10-12 tys. dzięki nominacji w pokrewnych instytucjach otrzymują kobiety o wątpliwych i utajnionych kompetencjach, kierujące departamentami niemerytorycznymi, premier wspomniał jedynie mimochodem. Przyznał, że może faktycznie kierujący pracami technicznych i finansowych departamentów powinni zarabiać “kilka tysięcy więcej”, ale ogólnie ta dysproporcja nie jest dla niego problemem. Premier przekonuje bowiem, że wynagrodzenia w NBP należy równać do wynagrodzeń w sektorze bankowym, a te są zbliżone.

– Rozumiem, że ta wysokość zaskakuje, porównuję ją do porównywalnych wynagrodzeń w departamentach dużych instytucji finansowych. Pan prezes Glapiński, z grubsza rzecz ujmując, odziedziczył tę siatkę płac po prezesie poprzednim i zarządza tą instytucją. Dodatkowo chcę podkreślić, że jest to instytucja zupełnie niezależna od rządu polskiego – dodał premier.

Istotą manipulacji w tej wypowiedzi jest fakt, że olbrzymie średnie wynagrodzenie słynnych “aniołków” wcale nie wynika z siatki wynagrodzeń, zwłaszcza tych z formalnego zaszeregowania. Panie Wojciechowska i Sukiennik zarabiają średnio o 10-20 tys. miesięcznie więcej niż jej koledzy dlatego, że mogą liczyć na zdecydowanie największe uznaniowe nagrody i premie. Z NBP nie sposób jednak wydobyć informację, jak na te nagrody zapracowały, jakie efekty ich pracy za nimi przemawiały, a jeśli powierzono im zadania dodatkowe, to jakie i jak zostały wykonane. Szef polskiego rządu, zwracając uwagę na “siatkę wynagrodzeń”, próbuje przesłonić najbardziej bulwersujący aspekt afery z wynagrodzeniami w NBP.

O tym, że słowa Morawieckiego zostaną bezlitośnie zweryfikowane już wkrótce, może świadczyć nawet wypowiedź kadrowej NBP, która uczestniczyła w pamiętnej konferencji prasowej, gdy po wybuchu afery powiedziano wiele, by w zasadzie nie rozwiać żadnych wątpliwości. Ewa Raczko, zastępca Departamentu Kadr w banku centralnym dementując 11 lutego medialne doniesienia o olbrzymich pensjach mówiła, że wynagrodzenie miesięczne na poziomie 60 tys. miesięcznie przekroczył tylko jeden dyrektor w NBP i było to za prezesury Marka Belki. I choć pani Raczko ukryła niewygodną dla prezesa NBP prawdę o tym, czym wspomniany dyrektor się zajmował i jaką wagę dla zadań banku centralnego miała praca jego departamentu, to opinia publiczna już wkrótce pozna całą prawdę w tej kwestii. Wszystko za sprawą ustawy dot. jawności wynagrodzeń w NBP.

Można odnieść wrażenie, że wszyscy politycy obozu władzy, którzy dziś wciąż robią dobrą minę do złej gry i bronią sprawy wynagrodzeń pani Wojciechowskiej i pani Sukiennik, kompletnie zapomnieli o tym, że opublikowana 22 lutego 2019 roku ustawa zobowiązała NBP do opublikowania pełnej siatki wynagrodzeń w NBP także za lata 1995-2018 i to w ciągu 30 dni od wejścia ustawy w życie. Wówczas polityka kadrowa prezesa Glapińskiego na tle poprzedników stanie się jeszcze większym obciążeniem dla obozu Prawa i Sprawiedliwości, a broniący go dziś będą musieli ze wstydu zapaść się pod ziemię. Co gorsza dla partii rządzącej, sprawa zamiast umrzeć medialną śmiercią naturalną powróci ze zdwojoną siłą, obciążona także niedorzecznymi słowami premiera. Umiejętność zarządzania kryzysem gdzieś Zjednoczonej Prawicy uciekła, co jednak wcale nie powinno nas martwić.

Glapiński uważa, że NBP powinien nadal być burdelem dla jego przyjemności

7 Mar

Prezes NBP Adam Glapiński, zmuszony do ujawnienia zarobków swoich dwóch „przybocznych”, dalej nie ma sobie nic do zarzucenia w tej sprawie. Nie widzi więc także powodu do swojej dymisji. – „W ogóle to nie jest brane pod uwagę. Żartowałem już kiedyś mówiąc, że po powrocie z Radomia się zastanowię. To nie jest nawet z tego filmu cytat (…), to jest stary przedwojenny żart, oznaczający, że pytanie jest absurdalne i że w ogóle to nie jest brane pod uwagę” – powiedział Glapiński na konferencji prasowej po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej.

Dodajmy, że podczas poprzedniej konferencji zapytany o swoją dymisję, Glapiński stwierdził: – „Jedna odpowiedź dobra mi przychodzi: Jak wrócę z Radomia, to się zastanowię„. Cytat pochodzi z filmu „Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy”. Jest w nim scena, kiedy narzeczony głównej bohaterki pyta krawca, czy mógłby mu pożyczyć 50 zł. „Może mógłbym, ale dopiero jak wrócę z Radomia. – A kiedy pan wróci? – Nie zamierzam”.

Może Glapińskiemu podobają się jego żarty, nam jednak zupełnie nie jest do śmiechu, kiedy przypomnimy sobie, ile zarabiają jego „przyboczne”. Dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji NBP Martyna Wojciechowska w 2018 r. miesięcznie zarabiała średnio 49 563 zł brutto. To najwyższa pensja na dyrektorskim stanowisku w NBP. Kamila Sukiennik, druga ze współpracowniczek szefa banku, dyrektor gabinetu prezesa NBP co miesiąc otrzymywała 42 760 zł brutto.

Co na temat tak wysokich zarobków miał do powiedzenia Glapiński? – „Dyrektorzy w Narodowym Banku Polskim są wynagradzani właściwie, merytorycznie stanowią elitę. NBP jest bankiem banków. Wysokie wynagrodzenia w bankach centralnych są czymś normalnym” – powiedział prezes NBP. Cóż… Być może, ale pod warunkiem, że dotyczą kompetentnych osób.

Niezbyt szerzej znany poseł PiS Janusz Szewczak postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do kupienia Radia Zet przez Agorę i czeską spółkę SFS Ventures. W związku z tym wysłał dwie interpelacje: do premiera oraz do ministra kultury.

Koniecznie trzeba dodać, że poseł Szewczak był w przeszłości głównym ekonomistą SKOK. Z tą instytucją związana jest spółka Fratria braci Karnowskich. Pisaliśmy o tym, że bardzo chcieli – przy pomocy kredytu z państwowego banku – przejąć Radio Zet, ale się nie udało.

Poseł Szewczak nie składa jednak broni. – „Wyrażana jest powszechna obawa, że ta transakcja przyczyni się do dalszej koncentracji mediów w Polsce w rękach zagranicznych i jest ona być może formą obejścia przepisów antykoncentracyjnych, a stanie się źródłem kreowania ideologii antychrześcijańskiej i antynarodowej oraz instrumentem propagandy antyrządowej” – napisał Szewczak w interpelacji do Mateusza Morawieckiego.

Dalej poseł PiS pisze, że „tego typu transakcja jest całkowitym zaprzeczeniem idei repolonizacji mediów, która była jedną z głównych obietnic wyborczych obozu rządzącego. Nowe środowisko właścicielskie Radia Zet związane z „Gazetą Wyborczą” może odgrywać kluczową i wielce negatywną rolę na polskim rynku medialnym i w sposób niezgodny z polską racją stanu kształtować świadomość społeczną”. Szewczakowi chodzi o udziały w Agorze funduszy związanych z Georgem Sorosem, znanym inwestorem, którego poseł określa mianem „spekulanta finansowego”.

W drugiej interpelacji skierowanej do ministra kultury Szewczak pyta, jakie resort podejmie działania, by zablokować tę transakcję.

Glapiński z NBP zrobił burdel. Ot, co

1 Mar

„Będziemy pytać dalej, nie damy się zastraszyć, nie zaknebluje nam pan ust. Nawet jeżeli te pytania wywołują duże echo w samym NBP i duże pokłady niepokoju, prawda wyjdzie na jaw, panie prezesie Glapiński. Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę na temat wielkiego państwa szejków, które zostało zbudowane w NBP” – powiedział Krzysztof Brejza z PO. To jego reakcja na nieoficjalne doniesienia, o których pisaliśmy w artykule „Narodowy Bank Polski pozwie posła Krzysztofa Brejzę?”.

Poseł Brejza dodał, że Adam Glapiński przez trzy miesiące nie był w stanie odpowiedzieć na kierowane do niego pytania dotyczące wynagrodzeń w banku centralnym. – „Dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego, czyli departamentu promocji zarabia o 22 tys. złotych więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, bardzo merytorycznych, zajmujących się ryzykiem operacyjnym?” – pytał poseł PO. Zapowiedział przygotowanie kolejnych wniosków do NBP w trybie ustawy dostępu do informacji publicznej.

Z kolei Jarosław Urbaniak z PO poinformował, że w związku z tym, że Glapiński nie odpowiedział także na pytanie o kompetencje pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje „zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, które zgodnie z prawem muszą spełniać”. Przypomnijmy, że np. Martyna Wojciechowska, z wykształcenia rusycystka, dyrektorka departamentu komunikacji i promocji NBP, zasiada także w radzie nadzorczej Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Ksiądz od Kaczyńskiego milionerem, Macierewicz zapomniał o zamachu smoleńskim i inne pisowskie populizmy

28 Lu

Małe sprostowanie, wynajęli willę. Reszta zostaje.

Ksiądz Rafał Sawicz od czasu, kiedy w „Gazecie Wyborczej” pojawiły artykuły o tzw. taśmach Kaczyńskiego, był nieuchwytny. A to właśnie ksiądz był jedną z osób, która w imieniu Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego podpisała się pod dokumentami, umożliwiającymi rozpoczęcie budowy dwóch wież przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner zeznał w prokuraturze, że przekazał 50 tys. zł w gotówce, które miały trafić do księdza Sawicza za złożenie tegoż podpisu.

Teraz „cudem” odnaleziony ksiądz wydał oświadczenie, które rozpowszechnił jego pełnomocnik mecenas Janusz Masiak. – „Nie chcę i nie będę rozmawiać z żadnymi mediami. Jeżeli zajdzie taka konieczność, będę oczywiście do dyspozycji odpowiednich organów państwowych” – napisał ks. Sawicz.

Z oświadczenia wynika, że ks. Sawicz czuje się „ofiarą”. – „Jestem zdumiony zamieszaniem i skalą zmanipulowanych informacji wokół mojej osoby. Od lipca 2016 roku nigdy nie prowadziłem i nie prowadzę działalności publicznej i uważam, że zasługuję na ochronę prywatności mojej i moich najbliższych. Niestety — ta prywatność w ostatnim czasie była naruszana przez dziennikarzy i ich publikacje” – uważa Sawicz.

Zdumiewać mogą jego słowa, że „wchodząc w skład Rady Fundacji uważałem, że nie będzie to działalność publiczna i nadal tak uważam”. Oświadczenie księdza Sawicza nosi datę 26 lutego.

Poseł PO, Krzysztof Brejza bezskutecznie od wielu miesięcy próbuje się dowiedzieć szczegółów na temat postępów prac sejmowej podkomisji badającej katastrofę smoleńską. Nic dziwnego – ostatni komunikat na jej stronie pochodzi z września zeszłego roku. Najwyraźniej „chodzi o to, aby wyjaśniać, a nie żeby wyjaśnić i skończyć wyjaśnianie…” – komentuje ten fakt na Twitterze poseł Brejza.

Co więcej, gdy poseł próbował wysłać kilka pism listem poleconym na adres podkomisji, pisma … wróciły. Listonosz nie zastał nikogo pod wskazanym adresem i nikt awiza nie odebrał.

Czy taki sam los spotka przesyłkę kogoś, kto zechce przesłać pocztą nowe informacje dotyczące katastrofy w Smoleńsku? – zastanawia się Krzysztof Brejza.

Portal naTemat przypomina, że już w grudniu zeszłego roku poseł wysłał do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie pismo w sprawie zatajania informacji o aktywności podkomisji smoleńskiej przez Antoniego Macierewicza. Polityk pytał między innymi o liczbę posiedzeń podkomisji, jej koszty i zlecone opinie oraz ekspertyzy.

PiS zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej.

W związku z rokiem wyborczym Gwiazdka – wyjątkowo – zacznie się już w maju i potrwa aż do końca października. Po konwencji partii aktualnie rządzącej wiadomo już również, kto wystąpi w roli Świętego Mikołaja. Będzie to – osobiście – prezes Jarosław Kaczyński, choć to jednak nie do końca pewne, jak będzie wyglądała obsada roli Gwiazdora na jesieni. Bo do przejęcia Wielkiego Worka z prezentami sposobią się też Robert Biedroń i Grzegorz Schetyna.

A to dlatego, że – jak się to mówi – „nie ma zmiłuj” i jak się nie obieca wypełnić worka z „plusami” po samą kokardę, to nie ma sensu stawać do żadnych wyborów. Kto chce sobie porządzić, ten musi wysupłać te 35-40 miliardów.

Opozycja przyjęła do wiadomości, że za sprawą pana prezesa dokonał się – jak to ujęła na konwencji premier Szydło – „przewrót kopernikański” w dziedzinie marketingu politycznego, polegający na rewolucyjnej obserwacji, że świat lokalnej polskiej polityki kręci się nie wokół interesu publicznego, tylko osobistych korzyści materialnych konkretnego Kowalskiego. Mówiąc inaczej, wygrywa ten, kto obiecuje „kasę do ręki”.

Sądząc po katalogu obietnic przedwyborczych, tę lekcję odrobili już chyba politycy wszystkich opcji, którzy – jak jeden – starają się wrzucić do Wielkiego Wora z prezentami jak najwięcej. I – w zasadzie – wszyscy to samo.

Skąd ta kasa? Tego akurat to na razie nie wiadomo, ale partia aktualnie rządząca zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie wiadomo gdzie je trzymają, bo nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej. Więc pewnie leżą w sejfie przy Nowogrodzkiej.

Natomiast co do opozycji, to wskazuje te same źródła, co partia rządząca (rezerwy budżetowe) plus oszczędności na… „minusach”. Bo przecież od dawna wiadomo, że – cytując klasyka – w każdym zbiorze Plusów istnieją „plusy dodatnie” oraz „plusy ujemne”.

„Dobra zmiana” i jej „plusy dodatnie” miały zaś pewne – nazwijmy to – „koszty dodatkowe”, o których informowano wyjątkowo drobnym drukiem. Opłata za pięćsetplusa została odebrana w praworządności, wolności mediów i sądów, niezależności służb i prokuratury, polityce zagranicznej oraz posadach w spółkach skarbu państwa dla „nowych elit”. No i w rozlicznych interesach robionych na układzie zależności i znajomości między biznesem i partią władzy.

Te „pięćset minusy” chce zmonetaryzować opozycja, wstrzymując bizantyjskie inwestycje, zamykając nietrafione projekty, oszczędzając na pensjach asystentek w NBP, odprawach zmieniających się co kwartał prezesów spółek oraz na transferach środków do rozlicznych Instytutów Tego i Owego. A też na hojnych dotacjach dla zaprzyjaźnionych z władzą mediów, organizacji i fundacji.

Do zapowiadanych przez wszystkie partie transferów socjalnych KE dokłada jeszcze niemal bezkosztową opcję „normalność plus” – naprawę relacji z Unią, przywrócenie praworządności i swobód obywatelskich oraz ukrócenie szalejącego kolesiostwa i nepotyzmu, a też wyjaśnienie rozlicznych świeżo ujawnionych „afer” wokół obozu władzy.

Te same „plusy dodatnie” plus – oczywiście – 500 plus i inne transfery socjalne ma też w standardzie „Wiosna” Biedronia, która dodatkowo proponuje jeszcze „bonus”, też niemal bezkosztowy, w postaci pakietów „świeckie państwo”, „węgiel minus” oraz „postęp – społeczny, obyczajowy i technologiczny”. To wszystko da się zrobić niemal za darmo. Wystarczą odpowiednie ustawy.

Natomiast co do kolejnych „plusów”, kosztujących dziesiątki miliardów, to warto trzymać się starej, bo jeszcze antycznej zasady, odnoszącej się – skądinąd – do Konia Trojańskiego: „Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet gdy niosą dary). Bo z „darami” zawsze może się skończyć tak, jak niedawno w Grecji…

TVP gadzinówki nie oglądam

23 Sty

Solidaryzując się z apelem Platformy Obywatelskiej, skierowanym do jej członków, na bojkot telewizji publicznej zdecydował się także Maciej Stuhr. Znany aktor na swoim facebookowym profilu umieścił krótki wpis: „Bojkot TVP. Nie oglądam. Nie występuję”.

Decyzję aktora skomentowało ponad 2 tysiące osób. W większości są to wyrazy poparcia i deklaracje nieoglądania TVP. Padają jednak także oskarżenia o niechęć do „dobrej zmiany” i… słabą grę aktora.

Jak już pisaliśmy, politycy Platformy Obywatelskiej nie zamierzają brać udziału w żadnych programach publicznego nadawcy do momentu ustąpienia obecnego zarządu TVP.

„Zarząd Krajowy Platformy Obywatelskiej RP zwraca się do członków PO o całkowite powstrzymanie się od udziału w programach TVP zarówno na szczeblu krajowym, jak i regionalnym – do czasu odwołania obecnego zarządu TVP” – tak brzmi najważniejszy fragment uchwały Zarządu PO, która od wczoraj obowiązuje członków partii.

Czy to jest szczęśliwa decyzja?

Pomysł  krytykuje prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk. Jego zdaniem  bojkot TVP nie będzie sprzyjać „rozliczeniu negatywnych kampanii prowadzonych” przez telewizję publiczną.

„Nie do końca uważam, że nieobecność w mediach będzie sprzyjała rozliczaniu (negatywnej kampanii dotyczącej m.in. Pawła Adamowicza – red.) i temu pomoże. Powinniśmy być obecni wszędzie i powinniśmy głośno o tych sprawach mówić – mówił w Poranku Radia TOK FM.

Wśród  internautów zdania też są podzielone. Niektórzy przypominają podobny bojkot, ale ze strony PISu… W pewnym momencie prawicowi politycy pożałowali tego, bo zrozumieli, że przestali być słyszani przez drugą stronę… Teraz nie będzie inaczej.

… nie chcecie korzystać z tuby propagandowej TVP docierającej do największej populacji aby mieć okazje powiedzenia, że oni kłamią. W studiach tvpis macie szanse ich krytykować, a jak wam wyłączą mikrofon to będzie znaczyło że się boją, a jak waszego głosu nie będzie to „lud to kupi” co głosi władza” – napisał m.in. nasz czytelnik -„Zygmunt”, komentując z wyrzutem informację o ostatniej decyzji PO.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

>>>

Morawiecki poza prawem

13 Sty

40 tomów akt w słynnej aferze taśmowej – tyle przeanalizowali dziennikarze portalu onet.pl, ujawniając rozmowę Mateusza Morawieckiego i informując opinię publiczną o zarzutach jednego z kelnerów restauracji „Sowa i Przyjaciele” wobec premiera.

Według pracownika restauracji Morawiecki miał rozmawiać o przepisywaniu majątku bądź zakupie nieruchomości na inne osoby, tzw. słupy. Taśma z tą rozmową nie została do tej pory ujawniona.

Dlatego poseł Krzysztof Brejza zwrócił się w listopadzie ubiegłego roku do prokuratury z prośbą o wyjaśnienie zarzutów kelnera. W odpowiedzi sekretarz stanu w KPRM ds. parlamentarnych, Łukasz Schreiber napisał m.in.: „Uprzejmie informuję, że prokuratura nie zakończyła czynności w sprawie nagrań z podsłuchów w restauracji <<Sowa i Przyjaciele>>. W związku z powyższym nie jest dopuszczalne formułowanie nieuzasadnionych twierdzeń wobec tych wydarzeń”.

Z ustaleń dziennikarzy Onetu wynika, że Morawiecki, jeszcze przed objęciem teki premiera, był przesłuchiwany w całej sprawie w charakterze poszkodowanego, ale nigdy nie zapytano go o zarzuty stawiane przez kelnera. Nie można również znaleźć śladów choćby próby ich wyjaśnienia przez prokuraturę.

W kalendarzu Polskich Imion Własnych obok Janusza i Grażyny pojawiło się ostatnio jeszcze jedno – Martyna. Zostało zapisane złotymi – nomen omen – zgłoskami za sprawą nominata partii aktualnie rządzącej na stanowisku prezesa NBP.

Wielka w tym jego osobista zasługa, bowiem o ile Grażyna – jakże niesłusznie i bez żadnego dobrego powodu – stała się symbolem niewiasty nieskomplikowanych manier, osobowości oraz gustu, Martyna to synonim kobiety finansowego, medialnego i w ogóle wszelkiego sukcesu.

Za sprawą spektakularnej kariery, jaką rzeczywista dyrektor NBP o tym właśnie imieniu zrobiła w tej instytucji u boku i z poręki prezesa Glapińskiego, on sam też zresztą wiele zyskał w oczach opinii publicznej i w tej chwili jest kandydatem do honorowego tytułu Feministy Roku, a może nawet całej dekady. Ba – półwiecza, bo jak dotąd bodaj żadna polska białogłowa nie objęła państwowej posady, na której zarabiałaby więcej od prezydenta. I to nie tylko od prezydenta RP, bo to akurat nic trudnego, bo wysokością wynagrodzenia pani dyrektor departamentu komunikacji (czyli coś jakby szefowa bankowego PR) przebiła nawet panów Macrona oraz – uwaga, uwaga – Putina (w tym ostatnim przypadku chodzi oczywiście o płacę oficjalną).

Zapewne są w to wliczone honoraria za konsekwentne wdrażanie nowatorskiej koncepcji public relations w bankowości, jej osobistego – jak się domyślamy autorstwa, którą – trawestując popularne przysłowie – można by streścić w sentencji „Milczenie jest złotym”. W tym wypadku – polskim.

Pan prezes NBP poszedł w dziele zwalczania dyskryminacji ze względu na płeć i dziele zawodowej aktywizacji kobiet nawet dalej, niż komisarze z epoki PRL, którzy sadzali dziewczyny na traktorach.

On posadził panią Martynę za dyrektorskim biurkiem i wynagrodził jej to siedzenie, a konkretnie, to głównie chodzenie krok w krok za nim, jak na bankiera przystało. Tym hojnym gestem nie tylko udowodnił, że jednak ma ten gest i nie będzie skąpił na kobietę. Zamknął też usta malkontentom, kontestującym program Pięćset Plus, że niby zniechęca on Polki do pracy zawodowej. Pani dyrektor Martyna to bowiem – jak zapewnił na konferencji prasowej zwołanej specjalnie w tej sprawie – matka dzieciom.

Tak więc – partia aktualnie rządząca nie tylko daje kasę na dzieci, ale także przebija szklane sufity i popiera czynem aktywizację zawodową kobiet. Tak więc o żadnej tam dyskryminacji ze względu na płeć, co bywa zarzucane PiS-owi przez totalną opozycję, w tej sytuacji nie może być mowy. Przeciwnie – partia aktualnie rządząca promuje kobiety! I w żadnym wypadku nie opowiada dowcipów o blondynkach. A jeśli nawet, to się nie śmieje.

Rozumie bowiem, że Polka potrafi! Potrafi pracować i zarabiać, a jednocześnie wychowuje dzieci, dba o dom oraz „wygląda”. I nie musi wcale posiadać żadnych szczególnych kwalifikacji formalnych, jest bowiem – ze swej natury – zdolna do wszystkiego. Jak te panie z banku, z których jedna to – zdaje się – z wykształcenia rusycystka, a druga…  nie do końca wiadomo. Pod rządami aktualnej władzy takie przygotowanie – okazuje się – w zupełności wystarczy, żeby zostać dyrektorką z pensją – lekko licząc – sześćdziesiąt  tysięcy miesięcznie.

W tej sytuacji trudno się dziwić nauczycielkom (zwłaszcza nauczycielkom rosyjskiego), że też chcą zarabiać jak pani Martyna. Ba – byłoby wręcz nienaturalne, gdyby większość kobiet (a też i całkiem spore grono mężczyzn) także nie chciała zostać takimi właśnie Martynami. Bo niby dlaczego nie?

Przecież w tej sytuacji za „marne” sześć tysięcy miesięcznie to – by zacytować minister Bieńkowską – będzie pracował tylko desperat albo idiota…

Kłopot w tym, że dyrektorskich posad w NBP jest stosunkowo niewiele. A te, co są, już zostały zajęte przez inne Martyny płci obojga, niestety. Więc farbowanie na platynę, szpilki i silikon w ustach, a nawet kursy w wyższej szkole tego i owego mogą nie wystarczyć, żeby załapać się na podobnie intratną posadę jeszcze w tym politycznym rozdaniu. I to nawet po repolonizacji wszystkich prywatnych biznesów. Bo chętnych na Martyny są przecież miliony.

Zachęcone jej przykładem, właśnie zakładają żółte kamizelki.

Mądrzy ludzie mieli rację. Flirty z feminizmem miewają – niestety – opłakane konsekwencje.

>>>