Tag Archives: Mariusz Witczak

Duda, Szydło i Ruchadełko leśne

23 Paźdź

Partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wyborów prezydenckich. Ale już widać, w jaki sposób będzie walczyć o drugą kadencję dla Andrzeja Dudy.

Wbrew oficjalnemu optymizmowi PiS boi się, że przegra wybory prezydenckie wiosną 2020 r. Bo w wyborach parlamentarnych opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, a podczas prezydenckich mobilizacja elektoratów nie osłabnie. Dla opozycji zdobycie prezydentury będzie ostatnią szansą, by powstrzymać władzę Jarosława Kaczyńskiego. Dla PiS przegrana to paraliż i demontaż autokratycznego państwa. Taka mobilizacja daje większe szanse opozycji, PiS nie przyciągnie bowiem kolejnych rzesz wyborców.

Nie pocieszają też rządzących sondaże prezydenckie. Wprawdzie większość z nich wskazuje na zwycięstwo prezydenta Dudy, ale są one przeprowadzane w warunkach, gdy nie ma jeszcze oficjalnych kontrkandydatów, a kampania dopiero się rozkręca. Duda wygrywa, bo jest na razie jedynym oczywistym kandydatem na ten urząd. Ale wygrywa ledwo, ledwo, co powinno PiS niepokoić. W 2014 r., kilka miesięcy przed wygraną Dudy, prezydent Komorowski miał w podobnych sondażach potężne 70-procentowe poparcie. Z wiadomym skutkiem. Duda jest więc przed wyborami prezydenckimi w gorszej sytuacji niż jego poprzednik.

Szansa PiS polega więc nie na rozglądaniu się za nowymi wyborcami, lecz na demobilizowaniu głosujących na opozycję. Posłużą temu trzy nurty polityki, których zapowiedzi już obserwujemy.

Posypią się nowe hojne dary

Przede wszystkim PiS obieca kolejne świadczenia i, co ważniejsze, będzie, jak dotąd, straszył, że opozycja zabierze to, co władza daje.

Demokratyczne partie i ich kandydaci muszą te zarzuty odpierać oraz przeciwstawić rządowej propagandzie własne wizje prospołecznej i sprawiedliwej Polski. Na razie tego nie potrafią. Komorowski też nie potrafił i w dużej mierze dlatego przegrał.

Oponenci będą oczerniani i zohydzani

Po drugie, procedowany w parlamencie projekt ustawy o zakazie edukacji seksualnej dobrze pokazuje zamiary PiS. Chodzi bowiem o to, by miano deprawatorów i opresorów dzieci przyspawać do znaczących środowisk antypisowskich. To zwłaszcza feministki i część liberalnych i lewicowych elit politycznych oraz artystyczno-intelektualnych złączonych mrocznym sojuszem ze społecznościami LGBT+ przedstawianymi przez propagandę PiS oraz Kościół jako pedofile i wrogowie rodzaju ludzkiego. Taka demonizacja tych wszystkich środowisk zawarta w projekcie ustawy i wzmagana przez rządowe media ma zdemobilizować wyborców opozycji. Chcesz być po stronie krzywdzicieli dzieci, pedofilów i ich popleczników? – pyta nas PiS każdego dnia.

Ta operacja może się powieść, jeśli opozycja nie stanie na wysokości zadania. Jeśli zrejteruje z tego pola bitwy tak, jak dopiero co uciekła Platforma, nie sprzeciwiając się w Sejmie nonsensownej merytorycznie uchwale przeciw „nienawiści wobec katolików”. Bo obowiązek opozycji w takich sprawach nie polega na tym, by kicać w krzaki, bo, ojej, to drażliwy temat. Przeciwnie, opozycja ma demaskować tę propagandę, przeciwstawiając jej projekt społeczeństwa tolerancyjnego, światłego i troszczącego się o bezpieczeństwo dzieci. Szczęśliwie w nowym Sejmie będzie lewica, która najpewniej PO rozrusza i doda jej odwagi.

Władza musi zademonstrować twardość

Po trzecie wreszcie, PiS musi w kampanii prezydenckiej przedstawiać się jako partia władcza i nieugięta. W nadziei, że strach przed władzą też demobilizuje wyborców, i w obawie, że jeśli okaże słabość, przybędzie jej przeciwników. Stąd zresztą próby zmiany wyników wyborów do Senatu – partia Kaczyńskiego nie może godzić się z przegraną. I musi próbować represji: rozprawiać się z sądami, mediami i kulturą. Ale to gra na krawędzi klęski, bo w Polsce łatwiej rozjuszyć społeczeństwo, niż je zastraszyć.

PiS ma więc wielki problem z wyborami prezydenckimi, dysponuje jednak instrumentami, by swą słabość minimalizować. Toteż głupotą byłoby przeświadczenie opozycji, że do sukcesu wystarczą takie kampanie wyborcze jak dotychczasowe. Otóż nie! Aby zdobyć prezydenturę, opozycja – KO, Lewica, PSL – musi się zmienić. Bez tego może nie utrzymać wyborców, którzy w wyborach parlamentarnych jej zaufali, a teraz będą sprawdzać, czy to zaufanie warto podtrzymać.

W skłóconym obozie władzy trwa rywalizacja w nowej sportowej konkurencji. Chodzi o to, by jak najgorliwiej oburzać się na krążące po kraju plotki o księdzu Tymoteuszu Szydle.

Zwycięzca tych zawodów może liczyć na przychylność matki księdza – Beaty Szydło, europosłanki i byłej premier, która zachowała w partii dość wpływów, by jej zdanie liczyło się przy tworzeniu nowego rządu. Jest więc o co walczyć.

Pierwszy do zawodów przystąpił Patryk Jaki, europoseł z Solidarnej Polski, były wiceminister sprawiedliwości, znany arbiter internetowej elegancji. Na jego koncie na Facebooku pojawił się prześmiewczy mem przedstawiający Donalda Tuska i Grzegorza Schetynę płaczących na pogrzebie Sebastiana Karpiniuka, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej. – Beata Szydło dzielnie od dawna znosiła ataki. Jednak przychodzi moment, że mocno trzeba stanąć w jej obronie. Dość – napisał Jaki, a plotki dotyczące ks. Tymoteusza nazwał „jedną z najbardziej haniebnych akcji ostatnich lat”.

Mateusz Morawiecki – który pokazywał na szczytach Rady Europejskiej zdjęcie dziewczyny w towarzystwie Edwarda Gierka, kłamiąc, że to Małgorzata Gersdorf, pierwsza prezes Sądu Najwyższego – nie mógł pozostać obojętny. Wszak Jaki i członkowie jego obozu próbują podkopać jego pozycję. – Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością – oświadczył premier.

Do licytacji w oburzaniu się stanęło jeszcze kilku pomniejszych polityków i pracowników medialnych. Trudno ocenić, który z nich bardziej przekonał Beatę Szydło. Gdyby jednak ich reakcje analizować pod kątem hipokryzji, to zabrakłoby skali.

Jaki chce bronić Beaty Szydło przed haniebnymi plotkami. Czy bronił prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, gdy członek kolegium IPN Krzysztof Wyszkowski haniebnie atakował jej dziecko? Wyszkowski pisał na Twitterze, że Dulkiewicz nie wie, kto jest ojcem, i sugerował, by „mianowała na ojca kanoniera z pancernika Schleswig-Holstein poległego w ataku na Westerplatte”. Brudny ściek. Ale Patryk Jaki siedział cicho.

A co Jaki robił, gdy TVP Info, prowadząc kampanię przeciwko znienawidzonemu przez PiS rzecznikowi praw obywatelskich Adamowi Bodnarowi, zaczęło prześwietlać przeszłość jego 14-letniego syna? Czy oburzał się, gdy pracownik stacji z kamerą ścigał Bodnara, pytając o „sytuację prawną jego syna”? Co Jaki robił, gdy prawicowe media prowadziły nagonkę na syna Donalda Tuska i gdy w efekcie patriota z biało-czerwoną opaską na koszuli wybił kamieniem okno w jego mieszkaniu? A ataki na córkę Ewy Kopacz?

Jaki milczał. Najwyraźniej ataki na dzieci przeciwników PiS nie są czymś „niedopuszczalnym”.

Morawiecki mówi, że rodzina jest świętością. A jak reagował, gdy Dorota Kania i Jerzy Targalski, bliscy obozowi władzy inkwizytorzy, publikowali tomy „Resortowych dzieci”, w których do szkalowania krytycznych wobec PiS dziennikarzy używano przeszłości ich rodziców? Gdzie był premier, gdy prezydent Andrzej Duda piętnował przeciwników politycznych, mówiąc, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk”? Albo gdy Jarosław Kaczyński mówił o „genie zdrady”?

Dwa lata temu prawicowy tygodnik umieścił na okładce zdjęcie rodziny Szydłów. – Ksiądz, student medycyny, dyrektor szkoły, szefowa polskiego rządu, czyli zwyczajni, porządni, otwarci ludzie – można było obok przeczytać. Dziś rodzina byłej premier zostaje podniesiona do rangi narodowej świętości. Święta, bo swoja.

Mateusz Morawiecki zabrał głos ws. plotek na temat syna Beaty Szydło – młody ksiądz oskarżany jest o romans z nastolatką i… zrobienie jej dziecka. „Morawiecki broni Szydło i „jej najbliższych” – „Rodzina rodzinie nierówna. Ta pisowska ma prawa, inne nie…” Do komentarza premiera odniosła się prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz.

Morawiecki twierdzi, że publiczne stawianie oskarżeń jest „haniebne”; polityk powołuje się przy tym na „świętość rodziny”. „Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością. Dlatego wykorzystywanie jej do walki politycznej budzi odrazę. Wierzę, że autorzy tych fake-newsów i manipulacji poniosą konsekwencje” – napisał na Twitterze przedstawiciel Zjednoczonej Prawicy.

Komentarz Morawieckiego został opublikowany niedługo po tym, gdy pełnomocnik syna Beaty Szydło opublikował oświadczenie w tej sprawie. Podkreślił w nim, że Tymoteusz Szydło „nie został ojcem”, a informacje na temat jego ojcostwa są „nieprawdziwe” i „zniesławiające”.

Na temat ks. Tymoteusza wypowiedziała się również osoba z zupełnie przeciwnej strony barykady, a mianowicie Aleksandra Dulkiewicz. Prezydentka przypomniała, że Morawiecki nie stawał w obronie innych osób, które padły ofiarami zmasowanego hejtu, chodziło o Magdalenę Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzę, Donalda Tuska i Andrzeja Rzeplińskiego.

Panie Premierze, cieszę się, że od dziś każda polska rodzina jest świętością dla pana, pana formacji politycznej i podległych wam mediów. Dziękuję w imieniu rodzin Magdaleny Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzy, Rzeplińskich, Donalda Tuska, swoim własnym i wielu innych!” – przyznała na swoim Twitterze.

Na komentarz Morawieckiego zareagowała także europosłanka Róża Thun (PO). „Może podrzucić Panu, Panie Premierze, kilka przykładów ataków na mnie i moich najbliższych? Są takie które pochodzą z Pana środowiska. Pooburza się Pan troszkę?” – odpisała mu przedstawicielka opozycji.

Tymoteusz Szydło został księdzem w 2017 r. Syn byłej premier zawnioskował niedawno o bezterminowy urlop – według części internautów ma to związek z jego domniemanym ojcostwem.

Wniosek ma dotyczyć 20 sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Prezydent Andrzej Duda od zera obsadził ją osobami wskazanymi mu przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa i przekazał im orzekanie o ważności wyborów.

Wniosek o wyłączenie sędziów ma w najbliższym czasie wpłynąć do Sądu Najwyższego. W środę w Sejmie zapowiedzieli go przedstawiciele komitetu wyborczego Koalicji Obywatelskiej. Dzień wcześniej skierowali do SN trzy protesty wyborcze.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN powinna je rozpoznać nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, ale KO chce wystąpić o wyłączenie wszystkich jej 20 sędziów. – W ocenie naszej i ekspertów nowo utworzona izba nie daje żadnych gwarancji niezależności, a jej sędziowie mają charakter osób, które zostały wybrane z naruszeniem konstytucji – mówił poseł PO Mariusz Witczak.

Opozycja liczyła na Gersdorf

Opozycja kwestionuje status nowych sędziów, bo wszystkich wskazała prezydentowi upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. W ubiegłym roku „przedstawicieli sędziów” do Rady wybrał Sejm (poza Kukiz’15 pozostałe partie opozycyjne zbojkotowały głosowanie).

– PiS złamał konstytucję, aby mieć wpływ na decyzję o stwierdzeniu ważności wyborów. Niekonstytucyjnie skrócił kadencję sędziom KRS, a na ich miejsce powołał swoich przedstawicieli. Przeniósł też uprawnienie do orzekania o ważności wyborów do nowo utworzonej izby SN. Każe nam to bezwzględnie złożyć wniosek o wyłączenie całej izby – podkreślał Witczak.

– Liczymy, że SN przeniesie kwestie dotyczące orzekania o ważności wyborów do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, która dotychczas o tym orzekała. Ta izba gwarantuje niezależność, a jej sędziowie są niezawiśli – dodał. Już we wtorek opozycja zaadresowała swoje protesty do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Ta izba orzekała o ważności wyborów do kwietnia ubiegłego roku. Prezydent odebrał Izbie Pracy kompetencję i przekazał ją Izbie Kontroli Nadzwyczajnej. A później sam obsadził drugą izbę od zera osobami wskazanymi mu przez nową KRS.

Opozycja początkowo liczyła, że pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf przekaże protesty wyborcze właśnie Izbie Pracy. – Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami. Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba – powiedział nam we wtorek rzecznik SN sędzia Michał Laskowski. Zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do nich wnioski o wyłączenie sędziów IKNiSP: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy – dodał. I to w środę zapowiedziała opozycja.

PiS liczy na przejęcie Senatu

Na razie nie znamy treści wniosków. Ze słów polityków KO wynika jednak, że mają dotyczyć nie tylko spraw wszczętych po protestach Koalicji, ale również wszystkich pozostałych. Politycy KO obawiają się zwłaszcza tego, jak nowa izba rozstrzygnie protesty PiS. Partia rządząca kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych, choć ani w trakcie głosowania, ani w trakcie liczenia żadnych zastrzeżeń nie zgłaszała. Liczy na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni. – 10 dni temu Polacy oddali większość w Senacie opozycji. Od tego czasu PiS szuka najróżniejszych sposobów, by zmienić wyniki demokratycznych wyborów. To się PiS nie uda – zapewniał senator PO Marcin Bosacki.

W SN słyszymy jednak, że wnioski dotyczące cudzych protestów nie mogą liczyć na uwzględnienie. – Wniosek można złożyć tylko w swojej sprawie. Powinien dotyczyć konkretnego protestu i konkretnego skarżącego – mówi sędzia Laskowski. Na razie nie wiadomo, kto rozpozna wnioski opozycji. Powinien o nich decydować sędzia nieuwzględniony we wniosku o wyłączenie.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN protesty wyborcze IKNiSP opiniuje w trzyosobowych składach. Później cała izba rozstrzyga o ważności wyborów – w tym w okręgach, których dotyczą protesty.

Sprawy może rozstrzygać np. dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski – autor zbieżnej z polityką rządu PiS opinii prawnej o wyroku Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2015 r. (mówiła o tym, że orzekając, TK nie może opierać się wyłącznie na konstytucji).

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, prof. UW i adwokat, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. A także doświadczeni sędziowie, tacy jak Marcin Łochowski, który orzekał wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. Prezeską izby prezydent uczynił swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego UJ, dr hab. Joannę Lemańską.

TSUE zajmuje się nowymi sędziami

Status sędziowski osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, jest kwestionowany od ich powołania. Zajmuje się nim unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa Rada jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Na wyborczej mapie widać podział Polski po linii zaborów. Bez terenów zaboru rosyjskiego PiS nie miałoby szans rządzić, Kaczyński wycina tu także skrajną prawicę. Z kolei gdyby nie poparcie w zaborze pruskim i na Ziemiach Odzyskanych, opozycja nie miałaby szans na rywalizację z PiS.
Uderza trwałość podziałów po 100 latach od odzyskania niepodległości

„Widać zabory” to uderzający wniosek z analizy politycznej mapy Polski. OKO.press przyjrzało się rozkładowi poparcia dla komitetów wyborczych startujących do Sejmu 13 października i sprawdziło, gdzie stare podziały wciąż trzymają się mocno, a gdzie zostały przełamane.

Mapa zwycięzców mapą zaborów

Jeżeli spojrzymy na zwycięzców w gminach to – poza kilkoma miastami na wschodzie, w których przewagę ma KO – bardzo przypomina ona mapę zaborów.

W większości gmin na wschodzie (zabór rosyjski) i południu (zabór austriacki) PiS wygrywa zdecydowanie i ma ponad 50 proc. głosów. Wyjątków jest zaledwie kilka. Trzy w zaborze rosyjskim:

  • Warszawa i okolice;
  • Łódź;
  • podlaskie gminy, gdzie znaczny odsetek mieszkańców to mniejszości narodowe.

Również trzy wyjątki w byłym cesarstwie austro-węgierskim:

  • Śląsk Cieszyński,
  • Bieszczady i
  • Kraków.

W byłym zaborze pruskim PiS również wygrywa w większości gmin, ale skala zwycięstwa jest mniejsza, częściej oddaje też pierwsze miejsce innemu komitetowi. Najczęściej – Koalicji Obywatelskiej.

Potęgę tradycji zaborów ilustruje przypadek wschodniej Wielkopolski. Tam poparcie dla PiS wzrasta natychmiast po przekroczeniu byłej granicy zaborów.

W powiecie gnieźnieńskim PiS zdobył 38,24 proc. głosów. Przez sąsiedni powiat słupecki przebiegała granica zaborów rosyjskiego i pruskiego. W kolejnym na wschód powiecie konińskim PiS ma już 59,12 proc. Ta sama granica rozdzielała dzisiejsze powiaty ostrowski (43,23 proc. dla PiS) i kaliski (55,25 proc. dla PiS).

Podobnie w sąsiadujących ze sobą powiatach szczycieńskim w województwie warmińsko-mazurskim (45,33 proc. dla PiS) i ostrołęckim na Mazowszu (66,62 proc.).

Autorem map poparcia dla komitetów w gminach jest Łukasz Michałkowski, mapy udostępniła na Facebooku Kartografia Ekstremalna. Naniesione granice zaborów są naszego autorstwa.

Uwaga! Poparcie na poziomie gmin może być nieco mylące – gminy są różnej wielkości, tymczasem na mapie gmina wiejska, w której mieszka 5 tys. osób jest równoważna wielkiej metropolii. „Mapa gminna” pokazuje nam jednak geograficzny rozkład poparcia dla poszczególnych ugrupowań.

PSL silny w zaborze rosyjskim, KO – w Prusach

Zabory widać także na mapie pokazującej komitety, które zdobyły drugie miejsce w wyborach na poziomie gmin. Tutaj, podobną prawidłowość zobaczymy w przypadku poparcia dla Lewicy, zabór rosyjski jest bardzo zbliżony do zaboru austriackiego, natomiast granica między zaborem rosyjskim i pruskim jest wyraźna. Na wschodzie – w większości gmin drugie miejsce zdobył PSL. Po przekroczeniu linii zaborów drugi komitet to najczęściej KO.

Z tego podziału wyłamuje się Śląsk. Obecne województwo śląskie znajduje się na terenie wszystkich trzech zaborów, a na mapie wyborczej to miejsce zaciętej potyczki między PiS a opozycją. Partia Kaczyńskiego wygrała tutaj we wszystkich sześciu okręgach sejmowych, natomiast opozycja wzięła aż siedem z 12 mandatów senackich (6 KO, 1 Lewica).

Lewica najsłabsza w Galicji

Południe – czyli były zabór austriacki (i szerzej – byłe cesarstwo austriackie) – nie chce głosować na Lewicę.

Wyjątkiem są Śląsk Cieszyński i Bieszczady. W Cieszynie lewicowa lista zdobyła 18,18 proc., w sąsiednim Goleszowie 21,48 proc., w Ustroniu – 17,51 proc. W całym okręgu nr 27 – 14,31 proc., czyli powyżej średniej krajowej.

Z drugiej strony byłej Galicji Lewica ma przyczółek tam, gdzie styka się Polska, Słowacja i Ukraina. Na Podkarpaciu, w bastionie prawicy, Lewica w powiecie leskim zdobyła 9,17 proc., w bieszczadzkim – 9,06 proc. Poza tym – w wielu powiatach Małopolski i Podkarpacia, szczególnie tam, gdzie nie ma dużych miast – komitet SLD wywalczył poparcie w okolicach progu wyborczego w skali kraju. W powiecie limanowskim ma 3,2 proc., w powiecie dąbrowskim 3,02 proc.

Ogółem zabór pruski głosował na Lewicę znacznie chętniej niż rosyjski, ale na byłych zachodnich rubieżach cesarstwa rosyjskiego Lewica przełamuje schemat „widać zabory” – mapa wyników Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku wyglądała podobnie.

Lewica jest mocna w:

  • Łodzi (21,23 proc.),
  • Częstochowie (21,06 proc.),
  • Sosnowcu (26,80 proc.),
  • Dąbrowie Górniczej (26,54 proc.)

Na zachodzie (w byłym zaborze pruskim) poparcie dla Lewicy rozkłada się bardziej równomiernie, przez co jej mapa poparcia ma dużo punktów stycznych z mapą zaborów. Na zachodzie jest też kilka gmin, gdzie wyniki są wyraźnie lepsze niż średnia.

Jest tak w:

  • Świnoujściu (26,70 proc.),
  • Gnieźnie (22,11 proc.),
  • Otmuchowie (24,87 proc., woj. opolskie),
  • Jeleniej Górze (21,93 proc.),
  • Miastku (20,60 proc.)

Konfederacja silna w miastach, słaba na wschodzie

Wynik Konfederacji w powiatach również odzwierciedla granice zaborów – poparcie dla skrajnej prawicy jest wyraźnie słabsze w byłym zaborze rosyjskim, a lepsze w austriackim i pruskim.

Poza tym Konfederacja najlepsze wyniki osiąga w miastach:

  • w Toruniu – 7,67 proc.,
  • w Rzeszowie – 9,90 proc.,
  • w Gorzowie Wielkopolskim – 7,49 proc.,
  • w Bydgoszczy – 7,46 proc.,
  • w Środzie Wielkopolskiej – 16,56 proc. (to rekordowy wynik Konfederacji w całej Polsce).

Na podstawie wyniku Konfederacji widać, że oba podziały są równie mocne – miasta głosują inaczej niż wsie, ale również wschód Polski wciąż głosuje inaczej niż zachód, a granice zaborów ciągle są istotne.

U PSL zaborów nie widać

Z zaborów wyzwoliło się za to PSL. Poparcie dla ludowców rozkłada się równomiernie w całym kraju.

Zsumowany wynik Kukiz’15 i wynik PSL w wyborach parlamentarnych w 2015 roku to 13,94 proc. głosów. Tym razem, startując wspólnie, nie udało  się utrzymać tak dużego poparcia – zdobyli 8,55 proc. głosów, ponad 5 punktów procentowych mniej niż łącznie obie listy cztery lata temu.

Są jednak miejsca, gdzie wynik ludowców i kukizowców jest imponujący.  Na mapie poparcia dla PSL wyróżnia się kilka miejsc. Jedno z nich to pogranicze województw kujawsko-pomorskiego, warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego.

W powiecie brodnickim PSL jest drugą siłą polityczną – zdobywając 29,13 proc. głosów przebił swój wynik krajowy prawie trzy i pół raza! Partia była tam silna już cztery lata temu, gdy udało się jej zdobyć 15,54 proc. głosów, a Kukizowi – 12,87 proc.

Kosiniak stracił Świętokrzyskie (ale zyskał poparcie w miastach)

Do niedawna bastionem PSL było województwo świętokrzyskie. W 1993 roku PSL zdobył w skali kraju 15,4 proc. głosów, ale nigdy później nie przekroczył już 10 proc. poparcia w wyborach parlamentarnych. Jednak w świętokrzyskim do 2011 roku zdobywał zawsze w okolicach 15 proc. głosów. Ale teraz dominuje tam PiS. W 2015 roku PSL zdobył już poniżej 10 proc.

13 października 2019 było podobnie – PSL zdobył 9,88 proc. głosów, a PiS przebił 55 proc.

Wyniki PiS i PSL w województwie świętokrzyskim w wyborach parlamentarnych

Dane PKW

Ludowcy wygrywali wybory do sejmiku świętokrzyskiego w 2006, 2010 i 2014 roku. W 2018 roku stronnictwo przegrało z PiS.

Na wsi, tak jak w województwie świętokrzyskim, PiS dominuje niepodzielnie. Dlatego ratunek PSL był jeden – zmiana punktu ciężkości i próba zakorzenienia się w jak największym stopniu wśród elektoratu z małych i średnich miast.

Temu m.in. miał służyć sojusz z Kukizem i wizerunek lidera ludowców Władysława Kosiniaka-Kamysza, który podczas kampanii wyborczej przedstawiał się jako polityk centrowy, który ma ofertę również dla  mieszkańców miast.

Z drugiej strony PSL wygrało w całej Polsce tylko w jednej gminie i była to gmina wiejska. Chodzi o Dąbie w województwie lubuskim – PSL zdobyło tam 35,93 proc. z oddanych 1993 głosów.

Frekwencja – zaborów nie widać

Zaborów nie widać na mapie frekwencji:

Tutaj ważniejszy okazał się podział na miasta i prowincje. W dużych aglomeracjach ludzie głosowali częściej, bez względu na to, w której części Polski te miasta się znalazły. Najciemniejsze punkty to Warszawa, Wrocław, Poznań i Gdańsk oraz okolice tych miast.

W całej Warszawie frekwencja wyniosła 77 proc., a w najbardziej zmobilizowanej dzielnicy – Wilanowie – 85,24 proc.

Macierewicz i Falenta. Pokłosie Moskwy

29 Lip

Tygodnik „Wprost” zdradza sekretną misję, jak przypadła w udziale Antoniemu Macierewiczowi na czas kampanii wyborczej do Parlamentu. Były szef resortu obrony ma się zająć tym najtwardszym elektoratem Prawa i Sprawiedliwości na wschodniej rubieży Polski i motywować go do aktywnego udziału w głosowaniu. Ma to jednak robić na tyle dyskretnie, by nie było o tym głośno w pozostałej części kraju.

Macierewicz będzie jeździł po tych katakumbach i opowiadał o zdradzie narodowej naszym wyznawcom. Dla tych ludzi jest ikoną, nikt nie ma takiego posłuchu jak on” – wyjaśnił tygodnikowi jeden z polityków prawicy.

Co ciekawe były minister ma ponoć zakaz udziału w ogólnopolskiej kampanii, bo burzy wizerunek PiS jako „partii umiaru i miłości”.

W rzeczywistości pozycja Macierewicza w partii znacznie osłabła. Tygodnik sugeruje, że Kaczyński woli go trzymać stosunkowo blisko siebie, aby nie wyrządził partii więcej szkód niż będąc poza nią.

Dla umiarkowanego wyborcy PiS były minister uchodzi za zbyt nieprzewidywalnego polityka, ale nie to jest najgorsze. „Macierewicza obciąża (…) też dawna relacja z jego asystentem Bartłomiejem Misiewiczem” – twierdzi „Wprost„. Wprawdzie nie wiadomo, czy były szef resortu obrony nadal utrzymuje z nim kontakty, ale oskarżenia wobec Misiewicza stawiają go w niekorzystnym świetle.

Antoni Macierewicz odniósł się do tych spekulacji na antenie Polskiego Radia 24  i zakomunikował, że „ma realizować plan PiS” i jego realizacja jest dla niego najważniejsza. Zaprzeczył jednak, że jest to tajna misja. Wyobrażenia „Wprost” są „mylne” – podsumował.

Wyraźnie widać, że prokuratura na uszach staje, byle tylko nie pozwolić Markowi Falencie przedstawić dowody na udział polityków PiS w aferze podsłuchowej, która tak mocno podkopała wiarygodność PO i zapewne w dużym stopniu przyczyniła się do przegranej tej partii w wyborach parlamentarnych 2015 roku.

Wprawdzie Bogdan Święczkowski zapewniał, że biznesmen będzie mógł dokładnie opowiedzieć o powiązaniach z partią rządzącą i złożyć obszerne wyjaśnienia, ale działania śledczych pokazują, że została przyjęta zupełnie inna taktyka. Taka, która nie powinna zaszkodzić PiS-owi w kampanii parlamentarnej.

Na początku lipca Falencie postawiono zarzut dotyczący kolejnego nagrania z 2015 roku, jednak temat listów do najważniejszych osób w państwie wówczas całkowicie pominięto. Teraz prokuratura tłumaczy, że biznesmen miał swoją szanse, by wszystko wyjaśnić, ale tego nie zrobił. Nie ma więc sensu ciągnąć sprawy dalej. Wygląda na to, że pod takim właśnie pretekstem śledczy zamykają tak niewygodną dla PiS, sprawę.

Żeby zabezpieczyć interesy partii rządzącej, prokuratura odmówiła podjęcia umorzonego 4 lata temu śledztwa w sprawie „zorganizowanej grupy przestępczej”, czego domagał się mecenas Roman Giertych. Mało tego, Falenta ma przejść obowiązkowo badania psychiatryczne.

Jeśli uda się stwierdzić jego niepoczytalność, to politycy PiS będą mogli już spać spokojnie. Nikt im nie zagrozi w drodze do zwycięstwa w nadchodzących wyborach parlamentarnych i o to przecież chodzi. A co z tą transparentnością i uczciwością, które partia rządząca niesie na swoich sztandarach? Ano nic, kolejne puste słowa…

„Idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy! 

Jeszcze 15 lat temu Białystok był – obok Płocka i Częstochowy – najbezpieczniejszym miastem w Polsce. Tak przynajmniej wynika ze statystyk miejskiej przestępczości.  Nikt się nie spodziewał, że w tym wielokulturowym mieście, z długą tradycją tolerancji dla rozmaitych różnorodności, marginalne grupki neofaszystów i kiboli tak urosną w siłę, że zaczną „rządzić”.  Kiedy ich wyczyny stały się głośne w kraju, minister Bartłomiej Sienkiewicz ostrzegł: – Idziemy po was! No i poszedł. Wszczęto ponad 130 spraw, aresztowano kilkudziesięciu bandziorów, zapoczątkowano dochodzenia związane z przestępczością zorganizowaną, prześwietlano nazistowskie grupy, do sądów trafiły pierwsze sprawy. Pierwsze i ostatnie. Odbyły się wybory i nastała nowa władza.  Aresztowani opuścili areszty, śledztwa umorzono, prokurator, który wszczął postępowania, został odwołany, a ten, który je umorzył – awansowany. A potem MSW wycofało podręcznik szkoleniowy dla policjantów opisujący przestępstwa z nienawiści.

Pierwszy w historii miasta Marsz Równości zmobilizował białostocki margines, do którego dołączyli obywatele skutecznie straszeni przez rządzących „ideologią” LGBT i gender. Z odsieczą przybyli też wierni, których miejscowi księża wezwali do „sprzeciwu wobec deprawacji”. Bezpośrednio po zamieszkach lokalni działacze PiS gratulowali obywatelom i sobie nawzajem skutecznej obrony polskich rodzin oraz miejscowej katedry „zagrożonej pedalską nawałą”, a proboszczowie dziękowali bandziorom za skuteczną „obronę wartości i wiary”.  Jednak po trzech dniach, gdy polski premier dowiedział się wreszcie – z zachodnich mediów – o homofobicznych zamieszkach, kiedy światowe telewizje pokazały mu groźne ataki na spokojnych uczestników legalnej demonstracji oraz polowania bojówek na pojedynczych ludzi „wyglądających” na przedstawicieli innych orientacji, wtedy wyszło na jaw, że w Białymstoku zdarzyło się jednak coś niedobrego.

Natychmiast okazało się, że miejscowi działacze PiS, z marszałkiem województwa Arturem Kosickim na czele, wcale nie organizowali blokad legalnego marszu, nie podburzali tłumu i nie uczestniczyli czynnie w zamieszkach – jak wynikałoby z licznych relacji filmowych. Przeciwnie – przedstawiciele lokalnych władz i partii rządzącej po prostu nawoływali mieszkańców do życzliwości wobec uczestników parady i przyjęcia współobywateli środowisk LGBT z tradycyjną białostocką gościnnością…  Ustami minister Witek władza wyraziła dezaprobatę wobec „ekscesów” ogłaszając wręcz, że osoby „dopuszczające się przemocy zasługują na potępienie”! Minister edukacji nie był aż tak bezkompromisowy. W jego opinii podobne marsze to nic dobrego i należałoby się zastanowić, czy ich nie zakazać (co prawda, podobne przedsięwzięcia nie wymagają zgody ani zezwolenia, bo wystarczy je zgłosić, ale jaki to problem zaostrzyć niewygodny przepis?). Logika ministra Piontkowskiego jest żelazna: zamieszek nie byłoby bez parady równości, zatem jeśli napaść na demonstrantów jest skutkiem ich demonstracji, to autorami zamieszek i niepokojów są sami uczestnicy parady.  Tym samym do wszystkich demonstrantów ze wszystkich legalnych manifestacji w obronie konstytucyjnych praw dotrzeć powinno, że w razie czego sami sobie będą winni, a bijący ich siłą rzeczy pozostaną niewinni, ponieważ ich reakcja będzie tylko skutkiem, a nie przyczyną zjawiska, które PiS zwalczać będzie z całą surowością prawa…

Po kilku dniach nawet do wyborców PiS dotarły informacje oraz obrazy ludzi bitych, kopanych, opluwanych obrzucanych kamieniami i osaczanych w tłumie za to, że byli inaczej ubrani, nie tak uczesani, mieli niewłaściwą plakietkę lub nie taką chorągiewkę, jak trzeba. Wyborcy PiS zobaczyli bojówki polujące na kobiety, na podrośnięte dzieciaki, na pojedyncze bezbronne osoby. Zobaczyli i zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno napastnicy walczyli z gender i LGBT, czy jednak tylko ze zwykłymi ludźmi z sąsiedztwa. A potem odezwał się episkopat i wreszcie okazało się, że ci biskupi oraz księża, którzy zagrzewali do boju w obronie wiary, reprezentują jakiegoś innego Boga, Boga o złowrogim obliczu, który mówi człowiekowi, że ma prawo nienawidzić każdego bliźniego swego, którego się boi i którego nie rozumie.

Dzisiaj już każdy funkcjonariusz PiS zna na pamięć tekst z przekazu dnia, że „wszyscy jesteśmy zgodni w ocenie tych skandalicznych wydarzeń”.  Europoseł Joachim Brudziński, który lubi harcować przed szykiem, nazwał nawet napastników z Białegostoku troglodytami. Rządzący chórem odcinają się, potępiają, kategorycznie piętnują, wyrażają stanowczą dezaprobatę i bezwzględny sprzeciw.  Co więcej – okazuje się, że PiS nigdy nie popierał kiboli i nacjonalistów, nie akceptował homofobii i nietolerancji, nie wykluczał, nie dzielił, a już na pewno nie szczuł. Przeciwnie, zarówno prezes, jak i wszyscy jego pomazańcy, po wielokroć powtarzają, że PiS zamierza łączyć i zasypywać podziały. Na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy uwierzyć w te brednie, przedstawiam krótki kalendarz wydarzeń dowodzących dokładnie przeciwnych intencji Jarosława Kaczyńskiego.

Ludzie o odmiennej orientacji byli na celowniku prezesa zanim jeszcze pochwalił podpalanie tęczy zainstalowanej w Warszawie. Ale przed ostatnimi wyborami rozpoczęło się już regularne szczucie na ludzi nieheteroseksualnych. Jak się wydaje, prezes uznał, że gender i LGBT będą lepszym wrogiem niż opozycja, a gra na niskich instynktach społeczeństwa przyniesie PiS więcej korzyści niż normalna kampania wyborcza, podczas której opozycja z łatwością mogłaby wytknąć to czy owo. Prezes uznał, że dolepienie przeciwnikom plakietki „Obrońca gejów i lesbijek” będzie skuteczniejsze od starcia na programy. Już w marcu warknął do nieheteroseksualnych Polaków: „Wara od naszych dzieci!”. W kwietniu postraszył: „Ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi. Zagrażają polskiemu państwu”. Wtórowali mu niektórzy biskupi, więc podczas konferencji Duma i Powinność prezes postanowił spłacić dług sojusznikowi: „Obecnie trwa w Polsce atak na Kościół, jakiego nie było na początku lat 90”, dodając, że wraz z atakami na Kościół trwają też ataki na rodzinę i dzieci.

Z braku uchodźców samoistnie wygasło śmiertelne zagrożenie armią imigrantów, pełną arabskich terrorystów. Od chwili, gdy Unia zagroziła obcinaniem dotacji za demolkę państwa prawa i nasze władze zaczęły się liczyć z partnerami, przeterminowała się groźba pozbawienia Polaków katolickiej wiary i polskich obyczajów wskutek inwazji europejskiego ateizmu, lewactwa i wyuzdanych mód.  Ale Kaczyński jest przecież mistrzem świata w kreowaniu wrogów oraz w sztuce obrony przed zagrożeniami, które sam tworzy. Niedawno zaprezentował „ciemnemu ludowi” nową listę aktualnych zagrożeń. Poczesne miejsce zajmują tam geje i lesbijki : „Do tego dochodzi ruch LGBT. Dżender, jak niektórzy mówią, albo gender, jak się czyta po polsku, cały ten ruch kwestionujący wszystkie przynależności. To ma związek z ideologią, filozofią, która w zachodniej Europie narodziła się wcześniej, to jest, można powiedzieć, importowane do Polski” . Kaczyński nie omieszkał przy tym ostrzec, że ruchy te „zagrażają tożsamości, narodowi, jego trwaniu i polskiemu państwu”.

W maju prezes uznał, że LGBT naciera coraz gwałtowniej i już czas, by normalne rodziny zaczęły się bronić: chcą nawet prześladować ludzi, którzy mówią rzeczy oczywisteMy się tym martwimy, my to uważamy za niesprawiedliwe, że ktoś jest ciągany na policję, dlatego że mówi, że z homoseksualnych par nie ma dzieci”.  Podczas konwencji PiS pod Rzeszowem Kaczyński postraszył, że „Cały mechanizm przygotowania dzieci do przyszłej roli matki i ojca ma być zniszczony. W imię czego?”. A podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy Jarosław Kaczyński obiecał bronić Polaków przed sześcioma zagrożeniami, w tym przed seksualizacją dzieci i adopcją przez pary jednopłciowe. Bo LGBT – to ideologia, która przewiduje seksualizacje kilkuletnich dzieci!

Idiotyczna opowieść o preferowanej przez ONZ, a wdrażanej przez PO nauce onanizowania czteroletnich dzieci, brednie o wielkiej nadreprezentacji pedofilii wśród gejów, czy absurdalne wieszczenie, że wraz z wygraną opozycji rządy w kraju dostaną się „lesbom i pedałom, którzy od razu uchwalą sobie prawo do adopcji dzieci” – te i podobne idiotyzmy, to już nie są zwyczajne wyborcze kłamstwa.  To oszustwa obliczone na kradzież głosów ugrupowaniom, którzy kampanię prowadzą metodami cywilizowanymi. Ale przede wszystkim – to obrzydliwa podłość. Ci, którzy świadomie głoszą te cyniczne łgarstwa, to nikczemnicy, którym przyzwoity człowiek nie powinien podać ręki.

A jak nazwać tego, który dla własnej lub grupowej korzyści, a może tylko dla własnej chorej uciechy, podsyca nienawiść, szczuje ludzi na siebie, eliminuje ze społeczeństwa całe grupy, świadomie prowokuje zamieszki i fizyczną wręcz konfrontację, która już doprowadziła do tragedii, a w przyszłości może się zakończyć bratobójczą wojną?  Na „pikniku rodzinnym” w Chełmie prezes Kaczyński przekazał ludowi prosty komunikat: LGBT zagraża Polsce, zagraża narodowi, zagraża państwu polskiemu i trzeba z tym walczyć. Wtórował mu biskup Frankowski wołając z Jasnej Góry, że „idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy!  Larum grają, straszliwy Gender u bram!  Co ma zrobić patriota, którego wzywają wołaniem: „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!!”? Nie masz wyjścia, Polaku. Stań u drzwi, bagnet na broń!

Kilka spośród tysięcy obecnych w sieci obrazów nie daje mi spokoju. Kobieta z małym dzieckiem wyje do uczestników marszu: – Zboki, wypierdalać!. Młody człowiek w jakimś amoku woła do policjanta: – Kogo wy bronicie, oni chcą dzieci gwałcić! Napakowany troglodyta z symbolem Polski Wałczącej na lewym ramieniu i swastyką na prawym z rozanieloną miną obserwuje kamienie padające w tłum. Mężczyzna z wózkiem dziecięcym w samym środku watahy rozgorączkowanych napastników. Dwóch wyrostków próbujących nasikać do plastikowych butelek, by rzucić nimi w szeregi uczestników marszu…

Naprawdę obawiam się, że wydarzenia białostockie mogą być wstępem do większej tragedii. Sztucznie tworzone napięcia rodzą coraz liczniejsze konflikty. W indoktrynowanych i napuszczanych na siebie ludziach zaczyna coś pękać. Powoli dziczejemy. We Wrocławiu ciężko pobito człowieka za to, że niepochlebnie ocenił wredne homofobiczne graffiti. W Gdyni znany projektant omal nie stracił życia, ponieważ jakiemuś bandycie wydał się gejem. Dziewczynce z tęczową torbą nobliwy starszy pan zagroził „obiciem mordy laską”. Na forach zadymiarze umawiają się, by 10 sierpnia zablokować Paradę Równości w Płocku i całkiem serio padają pomysły wjechania rozpędzonymi samochodami w tłum. Problemem dla tych bezmyślnych matołów nie jest prawdopodobna śmierć wielu ludzi, tylko – jak potem nie dać się złapać… O takich ludziach piszą codziennie światowe media w doniesieniach z Polski.  Oni reprezentują dzisiaj Polaków przed cywilizowaną Europą.

Kaczyński boi się Falenty

11 Czer

Sebastian Kaleta następca Patryka Jakiego na stanowisku wiceministra sprawiedliwości jeszcze nie zdążył się wygodnie rozsiąść w nowym fotelu, a już dostał po nosie… i to od kogo?

PiSowska funkcjonariuszka Krystyna Pawłowicz ofuknęła go po tym, jak na antenie Polsat News nowy minister wyraził się z przekąsem o stylu jej wypowiedzi:

„Poseł Pawłowicz ma swój specyficzny, bardzo intensywny styl wypowiedzi. Zawsze to jest tak, że pani profesor napisze coś ostrego i trzeba to skomentować. Ja takich słów nie używam” – ocenił Kaleta, nawiązując do wpisów parlamentarzystki na temat Parady Równości w Warszawie.

To na tyle zirytowało panią Pawłowicz, że ruszyła do ataku dokładając swoją „porcję dziegciu” do powodzi radosnych gratulacji, jakie znalazły się na Twitterze pod wpisem samego Kalety, dziękującego szefom rządu i resortu za nominację i zaufanie.


„Proszę za mnie nie przepraszać ani nie wstydzić się za moje wpisy o Paradzie Równości, bo najwyraźniej łatwo daje się Pan wkręcać w lewych mediach nie znając moich wpisów. A jakich konkretnie słów by Pan nie użył? Poproszę o konkrety. Nie strzelaj do swoich” – poradziła Pawłowicz.

Wiedza posiadana przez Marka Falentę, biznesmena zamieszanego w tzw. aferę podsłuchową, która przyczyniła się do odsunięcia Platformy Obywatelskiej od władzy, może być bardzo niekorzystna z punktu widzenia PiS. Dziś za sprawą “Gazety Wyborczej” na jaw wychodzą nowe okoliczności sprawy.

Chociaż politycy Prawa i Sprawiedliwości zaprzeczają, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z podsłuchami w restauracji “Sowa i przyjaciele“, to kolejne doniesienia zdają się rzucać na sprawę odmienne światło. Mianowicie, “Wyborcza” ujawniła dziś, że Falenta oferował nagranie z Jarosławem Kaczyńskim:

Jak donosi “GW”, Falenta jeszcze przed ucieczką z kraju w tym roku informował posiadaniu o nagraniu z 2014 r. Jest to zapis rozmów, które miały miejsce w centrali PiS, na których Jarosław Kaczyński miał się odnosić się do treści rozmów podsłuchanych w słynnej już warszawskiej restauracji. Tych, które biznesmen mu dostarczył.

Dziennikarze dowiedzieli się o tej sprawie od “lobbysty” związanego z Kancelarią Prezydenta. Biznesmen liczył na wsparcie, ponieważ oczekiwał, że Andrzej Duda zgodzi się na ułaskawienie go, nie zważając na fakt, że prezydent taki wniosek wcześniej dwukrotnie już odrzucił.

Falenta rozmawiał z informatorem “Gazety Wyborczej” na przełomie 2018 i 2019 r. Był to czas, kiedy biznesmen oczekiwał na wydanie prawomocnego wyroku. Nie chciał iść do więzienia, a za zlecanie podsłuchów groziło mu 2,5 roku więzienia. Na taką też karę został ostateczny skazany.

Robił wrażenie zdesperowanego. Szukał dojścia do prezydenta, pytał też o możliwość kontaktu z liderami opozycji” – takimi słowami opisał Falentę lobbysta, który rozmawiał z “GW”, dodając, że on sam bał się prowokacji. Jednak to jego właśnie biznesmen miał poinformować o tym, że posiada nagranie, na którym słychać Kaczyńskiego. Wszystkiemu miał także przysłuchiwać się Stanisław Kostrzewski, ówczesny skarbnik PiS, czyli człowiek, o którym dziś mówi się, że to on połączył Falentę z PiS.

Wczoraj w “Rzeczpospolitej” pojawiła się informacja, zgodnie z którą za nagraniami miał stać swego czasu jeden z najbliższych współpracowników prezesa Kaczyńskiego.

Wygląda zatem na to, że Marek Falenta oczekuje wsparcia od tych, którzy mieli z kolei jego “inspirować” do takich działań. Z listu, wniosku o ułaskawienie, jaki w kwietniu Falenta napisał do prezydenta Andrzeja Dudy z więzienia w Walencji – a o którego treści poinformowała “Rzeczpospolita” – jasno wynika, ze jego mocodawcami byli ludzie związani ze środowiskiem PiS. Czy Falenta mówi prawdę? Na tym etapie nie wiadomo. Biznesmen grozi bowiem, że jeżeli nie otrzyma pomocy w wyjściu z sytuacji, to  “ujawni zleceniodawców i wszystkie szczegóły“.

W hiszpańskim więzieniu ‘gnije’ człowiek, który wierzył w sprawę pt. Polska uczciwa i sprawiedliwa. Zrobił, co do niego należało, wywiązał się ze wszystkich złożonych obietnic i został okrutnie oszukany przez ludzi wywodzących się z Pana formacji” – Tak według “Rzeczpospolitej” rozpoczyna się list z prośbą o ułaskawienie…

Prof. Jadwiga Staniszkis skomentowała dla portalu wiadomo.co list biznesmena Marka Falenty do prezydenta Andrzeja Dudy ws. prawa łaski.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Afera podsłuchowa spowodowała kryzys w rządzie Donalda Tuska, który dość szybko wskazał możliwe inspiracje, wskazując na Wschód. A jeżeli tamten kierunek, to Rosja i Putin. Czyżby już wiedział o Marku Falencie, który metodami kelnerskimi (amatorskimi) skompromitował polityków wówczas rządzącej Platformy Obywatelskiej? Tamta kompromitacja winna być wzięta w cudzysłów, bo dzisiaj codziennie PiS naprawdę kompromituje siebie, a przy okazji Polskę.

Na wierzch wyszły rosyjskie interesy Falenty, który miał kłopoty z tamtejszymi biznesmenami, a tam biznesy prowadzą oligarchowie i koncesjonowani mafiosi namaszczeni przez samego mieszkańca Kremla Władimira Putina.

Falenta został w Polsce prawomocnie skazany, ale nie chciał siedzieć, więc dał nogę z kraju. Złapany chce ułaskawienia od prezydenta, które dostał inny wyrokowiec Mariusz Kamiński, ten jest nawet ministrem koordynatorem służb specjalnych.

Falenta pisze do Andrzeja Dudy już trzecią prośbę o łaskę i grozi, iż ujawni, kto za nim stał. Niedwuznacznie twierdzi, iż ciągle jest lojalny wobec PiS i CBA, obiecano mu bezkarność za odsunięcie PO od władzy. Zrozumiała jest też obawa Falenty, iż „nie chce umierać w samotności”. Czyżby czuł się zdradzony przez PiS? Prędzej czy później poznamy prawdę o Falencie. W tej chwili jest on głównym aktorem, acz na razie „umiera ze strachu”.

Ważne jednak są poboczne wątki, które tak naprawdę pokazują głębokość tragedii, która dotknęła Polskę. Jarosław Kaczyński ciągnie do sądu Krzysztofa Brejzę, polityka PO, choć w innej sprawie, ale już widać gołym okiem, iż chodzi o zupełnie co innego. Mianowicie najbliżsi współpracownicy prezesa PiS, jak choćby skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski negocjował z Falentą w sprawie nagrań w aferze podsłuchowej, zaś mecenasi Kaczyńskiego zasiadali w radzie nadzorczej spółki Hawe kontrolowanej przez Falentę.

Dużo, dużo więcej o aferze podsłuchowej i samym Falencie dowiemy się z książki, która ma się ukazać w wydawnictwie Arbitor. Nie jest jeszcze podany do wiadomości publicznej ani tytuł publikacji, ani autor, ale w wyniku wielomiesięcznego śledztwa ustalono, iż w aferze podsłuchowej Marek Falenta wcale nie był jej najważniejszym elementem.

A kto? I tutaj możemy mówić o swoistej epice. W aferach PiS coraz częściej pojawia się ślad rosyjski i nie jest to byle ślad, ale odcisk niedźwiedzia. Rosyjskie tropy w biografiach Antoniego Macierewicza i Mateusza Morawieckiego opisał Tomasz Piątek. Premier zresztą pojawia się na taśmach Falenty, acz nie jest znana taśma najważniejsza z udziałem Morawieckiego, która jest gdzieś zadołowana.

Nie chcę nadużywać historycznych analogii, ani metafor, ale podobne rosyjskie ślady swego czasu w naszej historii doprowadziły do Targowicy. Bohaterowie z XVIII wieku też się wypierali, jak dzisiaj Macierewicz czy Morawiecki i też używali dla zacierania śladów antyrosyjskości. Zatem taśmy Falenty mają zapaszki: pisowski i wschodni, a epikę Targowicy. Minister spraw wewnętrznych w rządzie Tuska Bartłomiej Sienkiewicz nazywa aferę podsłuchową „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”.

Macierewicza zasady rodem z Moskwy

22 Lu

To zasady rodem z Moskwy. To traktowanie dróg jak PiS-pasów, gdzie władza może nie stosować się do przepisów ruchu drogowego – mówi Krzysztof Brejza z PO, komentując prasowe doniesienia, z których wynika, że prokuratura Zbigniewa Ziobry umorzyła śledztwo w sprawie kolizji limuzyny byłego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. Jego kierowca nie miał uprawnień do prowadzenia pojazdu.

Pędząca limuzyna, czyli od Rydzyka na galę Kaczyńskiego

Do wypadku doszło pod koniec stycznia 2017 roku. Ówczesny szef MON Antoni Macierewicz wracał z sympozjum u ojca Tadeusza Rydzyka, minister śpieszył się do Warszawy na galę wręczenia Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu Człowieka Roku przez jeden z prorządowych tygodników.

W Lubiczu Dolnym k. Torunia samochód Antoniego Macierewicza, które prowadził osobisty kierowca ministra Kazimierz Bartosik, uderzyło w samochody stojące na czerwonym świetle.

Z wypadku Antoni Macierewicz wyszedł bez szwanku, jednak ucierpiały inne osoby z aut, które brały udział w zdarzeniu; u jednej wykryto pęknięcie kręgosłupa.

Minister Macierewicz razem z panem Bartosikiem czym prędzej odjechali do Warszawy, pozostali uczestnicy wypadku przez 5 godzin czekali na przyjazd prokuratora.

Śledztwo umorzone przez znajomego Zbigniewa Ziobry

Ja pisze Onet, w śledztwie wyszły na jaw nowe fakty: wieloletni zaufany znajomy Macierewicza prowadzący pojazd w momencie wypadku nie miał uprawnień do kierowania rządową limuzyną. Odpowiednie dokumenty dostał dopiero 12 dni później.

Jak pisze portal, tę kwestię wyłączono do oddzielnego śledztwa. Początkowo prowadziła je Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ursynów, jednak szybko sprawa została zabrana przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, po czym umorzona. Umorzył ją szef Prokuratory Okręgowej prok. Paweł Blachowski, zaufany człowiek ministra Zbigniewa Ziobry.

– Według ustaleń prokuratury pan Bartosik, kierowca BMW Macierewicza, nie miał uprawnień, niewłączone były też sygnały dźwiękowe, ani świetle, a prokuratura nie dopatrzyła się w tym czynu zabronionego. To zasady rodem z Moskwy, to traktowanie dróg jak PiS-pasów, gdzie władza może nie stosować się do przepisów ruchu drogowego – komentuje doniesienia Krzysztof Brejza i podkreśla, że rządowe limuzyny to nie są zwykłe samochody, tylko opancerzone, ciężkie pojazdy, które w starciu z normalnym samochodem działają jak taran.

Specjalna kasta ponad prawem

Zdaniem posłów opozycji to kolejny dowód na stworzenie przez PiS specjalnej kasty swoich, których przepisy nie obowiązują. – Nie ma uprawnień wynikających z prawa, tylko widzimisię polityków, to logika PiS-u. Wolno to, co chce władza, wobec wszystkich innych stosuje się  przepisy – uważa Marcin Kierwiński

– Znajdźcie mi państwo człowieka, który uczestniczy w wypadku, w którym są ranni, gdzie czeka się na przyjazd prokuratora, karetki, są poszkodowani, a on odjeżdża z miejsca wypadku – pytał retorycznie Krzysztof Brejza.

PO składa zawiadomienia do prokuratury

Posłowie opozycji  zapowiedzieli złożenie dwóch wniosków do prokuratury. Pierwszy dotyczy doniesienia na prowadzących śledztwo po wypadku z udziałem kierowcy Macierewicza.

Drugi wniosek to zawiadomienie do prokuratury w sprawie samego kierowcy, pana Bartosika. – Będziemy składać doniesienia do prokuratury, bo wcześniej czy później wrócą do Polski czasy, gdy prokuratura będzie zajmować się także politykami władzy – przekonuje Marcin Kierwiński.

Posłowie tłumaczą, że jeżeli opancerzone BMW, które jest na wyposażeniu BOR, trafia w niepowołane ręce, to taki czyn podlega pod art. 179 Kodeksu karnego. – Kto wbrew szczególnemu obowiązkowi dopuszcza do prowadzenia pojazdu mechanicznego na drodze publicznej przez osobę nieposiadającą uprawnień podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. Mimo to prokuratura sprawę umorzyła – mówi Cezary Tomczyk

– Tak jak w przypadku ważnego polityka PiS-u, który zajmuje się deweloperką w Warszawie, prokuratura nie robi nic, a nawet więcej robi wszytko, aby sprawa zakończyła się bez postawienia zarzutu i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób łamiących prawo. Bycie w PiS-ie albo znajomość z ważnym misterem z PiS pozwala nie przestrzegać kodeksu ruchu drogowego – konkluduje Marcin Kierwiński.

Morawiecki jako galareta, Kaczyński – starszy bibliotekarz, Gliński – zakuty patriota

17 Lu

Po rzekomej wypowiedzi premiera Izraela Benjamina Netanjahu dotyczącej kolaboracji Polaków z nazistami planowany od dawna szczyt Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie stanął pod znakiem zapytania. I choć wydawało się, że spór został zażegnany, a na premier Morawiecki uda się na spotkanie, to stało się inaczej. Szef polskiego rządu odwołał swój wyjazd w ostatniej chwili.

– Premier Mateusz Morawiecki przekazał informacje premierowi Netanjahu, że Polskę na spotkaniu V4 w Izraelu będzie reprezentował minister spraw zagranicznych pan Jacek Czaputowicz – powiedział szef kancelarii premiera Michał Dworczyk na antenie TVP Info. Szczyt premierów Polski, Czech, Słowacji i Węgier z udziałem Netnajahu miał się odbyć w Jerozolimie w dniach 18-19 lutego.

– Premier Benjamin Netanjahu dziękował premierowi Morawieckiemu za zorganizowanie szczytu (bliskowschodniego – przyp. red.), który odbył się w ostatnich dniach. Jego współorganizatorem, wraz ze Stanami Zjednoczonymi była Polska – mówił Dworczyk. – Były podziękowania. Była też informacja na temat zmiany reprezentacji polskiej na spotkaniu V4 w Izraelu – powiedział szef KPRM.

Izrael dementuje wypowiedź Netanjahu, ale Morawiecki i tak nie jedzie

– W ostatnich dniach pojawiło się kilka fałszywie oskarżających państwo polskie wypowiedzi w przestrzeni medialnej. Część z tych wypowiedzi była później prostowana, za część były przeprosiny. Niemniej premier Mateusz Morawiecki bardzo pryncypialnie podchodzi do sprawy oskarżania państwa polskiego, narodu polskiego, o czyny, których nie popełniliśmy w czasie drugiej wojny światowej podkreślił Dworczyk.

Chodzi o budzącą ogromne kontrowersje rzekomą wypowiedź Netanjahu podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie. „Naród polski współpracował z nazistowskim reżimem w zabijaniu Żydów w ramach Holokaustu” – miał powiedzieć Netanjahu. Cytat umieszczony na stronie izraelskiego dziennika „Jerusalem Post” doprowadził do dyplomatycznego skandalu, a w sprawę musiała zaangażować się ambasador Izraela Anna Azari i polski MSZ. Strona izraelska wielokrotnie zaprzeczała, by premier Netanjahu użył takich słów.

Sam Morawiecki podkreślał, że na wszystkie tego rodzaju wypowiedzi polskie władze będą reagowały zachowując „zimną krew”. Netanjahu miał go zapewnić, że polsko-izraelska deklaracja dotycząca odpowiedzialności za zagładę Żydów pozostaje w mocy.

Zaledwie kilka godzin przed pojawieniem się informacji o odwołaniu udziału Morawieckiego w szczycie szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin zapewniał, że spotkanie w Jerozolimie odbędzie się normalnie i nie ma podstaw do jego odwołania. – Naprawdę nie możemy działać w ten sposób, że obrażamy się, czy odwołujemy ważne wydarzenia o wymiarze międzynarodowym, tylko dlatego, że ukazała się notatka prasowa, która nie oddaje rzeczywistości – zaznaczył szef KSRM.

Tymczasem jak tłumaczył Michał Dworczyk, „wypowiedzi te (oskarżające Polaków o kolaborację) wygenerowały kolejne dyskusje, gdzie padło wiele niesprawiedliwych i nieprawdziwych oskarżeń pod adresem Polski”. – Dlatego w konsekwencji taka, a nie inna, decyzja premiera Mateusza Morawieckiego – powiedział szef KPRM.

Jarosław Kaczyński ma dwie cechy, które kształtowały jego polityczną karierę. Pierwszą jest skłonność do otaczania się ludźmi ze skazą. Nieraz półoficjalnie dawał do zrozumienia, że nie uważa swych współtowarzyszy za intelektualnych orłów. Nie przeszkadzają mu ludzie z pokręconymi w PRL życiorysami, a nawet to, że niektórzy bliscy współpracownicy kiedyś go zdradzili. Być może uważa, że skaza osłabia ich, są łatwiejsi do kontroli. Drugą cechą jest nieumiejętność podporządkowania się innym przywódcom.”  

Kiedy Jarosław Kaczyński kończył czterdzieści lat nic nie zapowiadało, że stanie on na czele partii rządzącej Polską i bez pardonu będzie wykorzystywał politykę do własnych celów. Pod koniec lat osiemdziesiątych, starszy bibliotekarz Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, prawnik bez aplikacji, z niedokończonym doktoratem, bez większych znajomości w świecie politycznej opozycji był tylko cieniem swojego brata bliźniaka. I to właśnie dzięki pozycji Lecha Kaczyńskiego w środowisku „Solidarności”, dzisiejszy prezes PiS został zaproszony na spotkanie działaczy opozycji. Spotkanie odbyło się 18 grudnia 1989 r. i to wówczas został powołany Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie.

Sam Jarosław Kaczyński nie odegrał na tym spotkaniu większej roli, ale na tyle umiejętnie manewrował, że wraz z bratem stał się jednym z najbliższych współpracowników Lecha Wałęsy. Współpraca ta sprawiła, że bracia Kaczyńscy znaleźli się w pierwszej lidze polskich polityków. Ich pierwsza partia polityczna – Porozumienie Centrum „miała program dość umiarkowany, ale mocno akcentowała odsunięcie dawnych członków PZPR i agentów SB z funkcji państwowych oraz walkę z korupcją i uwłaszczaniem się na majątku państwowym.”

Co ciekawe, Jarosław Kaczyński otaczał się często ludźmi mocno powiązanymi z byłym reżimem. Jednocześnie prezes PiS budował dla swojej partii zaplecze finansowe, które od początku podlegało jego ścisłej kontroli. „Nie tylko uwłaszczał swoje fundacje na majątku państwowym, ale też korzystał z pieniędzy państwowych (a czasem prywatnych) spółek, na których czele stali dawni działacze PZPR zwykle mający związki z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Robił dokładnie to, co krytykował i z czym walczył, nie ukrywając, że w polityce wyznaje prymat skuteczności nad moralnością.”

Przez wiele lat Jarosław Kaczyński był jednak tylko jednym z wielu polityków na polskiej scenie. Konsekwentnie jednak tworzył legendę brata i jeszcze konsekwentniej wzmacniał finanse partii, czego dowodem jest teraz spółka Srebrna. Po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego status Jarosława Kaczyńskiego diametralnie się zmienił. Mając na względzie przeżytą przez niego traumę, trudno oprzeć się wrażeniu, że prezes doskonale ją wykorzystał dla wzmocnienia własnej pozycji.

Porusza się po Sejmie w asyście co najmniej kilku innych polityków PiS, a poza Sejmem w szpalerze ochroniarzy. Udziela wywiadów mediom zaprzyjaźnionym, nie konfrontując się z bardziej dociekliwymi. Jego otoczenie największe błędy prezesa przyjmuje aplauzem – tak zareagowali posłowie PiS na słynne wystąpienie „bez trybu” i słowa o „mordach zdradzieckich”.” Ostatnia afera związana z taśmami i spółką Srebrna burzą wizerunek nieskazitelnego polityka oderwanego od spraw materialnych, któremu zależy wyłącznie na rozwoju kraju. Zamiast zatroskanego, starszego pana mamy obraz polityka twardo stąpającego po ziemi, który dla  zdobycia władzy jest w stanie zrobić niezwykle dużo.

Prawdziwy patriota musi wiedzieć, że „narodowe” to znacznie więcej niż „demokratyczne” i potrafi poświęcić swoje prawa dla dobra ojczyzny

W natłoku ostatnich ważnych wydarzeń umknęła szerszej uwadze sprawa podziału środków Ministerstwa Kultury, przeznaczonych na dotacje dla czasopism kulturalnych i na literackie wydarzenia. I nic dziwnego, bo rozstrzygnięcia w tej sprawie nikogo nie zaskoczyły. Jak należało się spodziewać niejawna komisja powołana przez wicepremiera Glińskiego odmówiła grantów ważnym festiwalom i pismom, takim jak choćby „Przegląd Polityczny”, „Krytyka Polityczna”, a nawet „ Czas Kultury” (jedyne pismo kulturalne powstałe w konspiracyjnym obiegu i ukazujące się nieprzerwanie do dzisiaj). Łatwo zgadnąć, że zaoszczędzone pieniądze przeznaczono na tytuły przychylne „dobrej zmianie”, tak znaczące jak „Promyczek Dobra” diecezji tarnowskiej, kwartalnik „Wyklęci”, czy miesięcznik „WPiS – Wiara , Patriotyzm i Sztuka”. Nie dziwi też, że przy tej okazji kolejne wsparcie otrzymała fundacja Lux Veritatis Tadeusza Rydzyka. Zastanawiać może jedynie, dlaczego wicepremier Gliński, którego trudno nazwać bezmyślnym maniakiem religijnym, tak otwarcie i bez żenady lokuje państwową kasę w firmy i inicjatywy o których wie, że słabo przyczynią się do rozwoju polskiej kultury.

Dlaczego ludzie, którzy na co dzień wcale nie sprawiają wrażenia zahipnotyzowanych oszołomów, świadomie podejmują irracjonalne, kompromitujące ich decyzje? Co spowodowało, że polskich sędziów za unijne fundusze szkolić będzie akurat uczelnia o. Rydzyka, która w finale konkursu uzyskała najmniej punktów? Z jakiego powodu na firmowanej przez ministra Gowina nowej liście wydawnictw, gdzie publikacje naukowe uzyskują najwięcej punktów, niewiele jest oficyn naprawdę prestiżowych, a za to mnóstwo małych nieznanych witryn przykościelnych? Co powodowało autorami nowej podstawy programowej do języka polskiego dla szkół średnich, którzy z listy lektur usunęli m.in. dzieła Schulza, Iwaszkiewicza, Conrada, Bułhakowa oraz Nałkowskiej, zastępując je takimi perłami literatury jak „Kwiatki św. Franciszka z Asyżu”, „Legenda o św. Aleksym”, czy bogoojczyźniana poezja J.M. Rymkiewicza.  I szerzej – jaki jest racjonalny powód organizacyjnej i programowej rewolty – bo przecież nie rewolucji – w kulturze, nauce i oświacie, która jej autorom przynosi same straty i umacnia szeregi ich przeciwników?

Pominąwszy wykwity zwyczajnej głupoty prostaków i ignorantów okupujących państwowe posady, wszystkie te i podobnie nonsensowne działania łączy moim zdaniem pewna nadrzędna idea.  Zarówno sam prezes, jak i jego funkcjonariusze, napomykali o niej wielokrotnie, ale w pamięci rodaków jakoś nie zapisała się koncepcja ukształtowania Nowego Człowieka na Nowe Czasy. A spośród wielu zagrożeń zawartych w programie PiS ten projekt wydaje mi się najbardziej niebezpieczny. Bo bez zmasowanej indoktrynacji można mieć realną nadzieję, że któregoś dnia runie mur obojętności i Polacy pogonią wreszcie trzymającą władzę grupę zbawców ojczyzny, powielających odwieczne dyktatorskie eksperymenty na żywym organizmie demokracji. Kaczyński wie, że kraj przemeblowany na jego modłę nie utrzyma się bez przemeblowanego społeczeństwa. Wie, że dotychczasowe społeczeństwo się nie sprawdza. Że Polacy tacy, jakimi są dotąd, nie rozumieją przemian. Nie czują, że sprawiedliwość wymaga ofiar, że wolności nie wystarczy dla wszystkich i że ponad demokracją jest jeszcze racja stanu, definiowana przez partię demokratycznie wybraną po wsze czasy.  Nie rozumieją, że polska polityka to wybór między prawem a sprawiedliwością, oraz między 500 plus i innymi prezentami dla wyborców, a regułami poprawnej ekonomii .

Portretując nowego Polaka, PiS karykaturalnie eksponuje jego patriotyzm. Nowy patriota kocha emocjami i sercem, a nie rozumem. Ogląda i akceptuje świat według TVPiS. Wyznaje mity założycielskie sprecyzowane przez władzę i wierzy w nową historię Polski, z której usunięto wszystko, co nie przydaje jej chwały, a dołożono błędne, wątpliwe lub jednostronne fragmenty, ku chwale obecnie rządzących.  Prawdziwy patriota musi wiedzieć, że „narodowe” to znacznie więcej niż „demokratyczne” i potrafi poświęcić swoje prawa dla dobra ojczyzny – dobra definiowanego przez partię rządzącą.  Bo nowy Polak ufa władzy, która lepiej wie, kto buduje kraj, a kto go rujnuje. Prawdziwy patriota ufa, a zatem nie pyta, dlaczego jedni konfidenci z PRL są źli, a inni dobrzy, i nie docieka, ile lat musieliby mieć obecni sędziowie SN, jeśli – jak twierdzi premier – skazywali w procesach stalinowskich.  I jeszcze jedno: Polak Dobrej Zmiany wie, że tylko pod krzyżem i tylko pod tym znakiem, może liczyć na awanse, apanaże i udział w podziale łupów.

Każdy szanujący się dyktator ma świadomość, że dorosłych niełatwo przekonać do eksperymentów. Jeśli dla realizacji jego wizji nie wystarczy prostodusznych naiwnych, cynicznych koniunkturalistów i podatnych na hipnozę lub korupcję, to trzeba postawić na młode pokolenie. Stąd szczególna rola przypadła MEN, realizującemu PiS-owskie eksperymenty na dzieciach. Efekty widoczne są coraz wyraźniej. W ramach licealnej wiedzy o społeczeństwie serwowany jest bełkot w rodzaju: „Wzorowy obywatel musi być świadom, że bez poświęceń dla dobra publicznego nie będzie się spełniał jako wzorowy obywatel. Realizacja jakichś celów będzie wymagała dużej samodyscypliny, jak i poświęceń. Przez co wzorowy obywatel musi być odpowiedzialny i mieć poczucie tej odpowiedzialności w stosunku do społeczeństwa obywatelskiego” itd. Ale już „Podstawa programowa do Wychowania do życia w rodzinie”, suto okraszona cytatami z Jana Pawła II, to spójny system kształtowania postaw i promowania katolickiego nauczania, oderwany od współczesnej obyczajowości. Ten niby nieobowiązkowy przedmiot ma „wpisywać się w program wychowawczo-profilaktyczny każdej szkoły” i stanowić ważny element wychowywania Polaków wolnych od niekatolickiego podejścia do życia, które program PiS określa jako „nihilizm”.

Najbardziej radykalne przemiany zaobserwować można w podstawówkach. Mam okazję śledzić na bieżąco sytuację w dużej i od lat przodującej szkole powiatowego miasta. Jeszcze niedawno wisiały tam w holu flagi państw członkowskich Unii, a dziś pozostały tylko polskie.  Rodzice skarżą się, że uczniowie już nawet drugich klas wyzywają się nawzajem od „pedałów”, że na korytarzach padają rasistowskie obelgi i nierzadko znaleźć można samolocik papierowy z hasłem „palić Żydów” lub podobnym. Nagabywani w tej sprawie nauczyciele rozkładają ręce, a na propozycję, by o tych zachowaniach, wyraźnie sprzecznych z chrześcijańskim nakazem tolerancji i miłości bliźniego, pomówić na lekcjach religii, pada odpowiedź: – Nie ma na to czasu, musimy gonić z programem…

Program nauczania religii zdaje się być wiodącym w procesie nauczania i wychowania uczniów tej (tylko tej?) szkoły. Pokój nauczycielski został zlikwidowany, a w jego miejsce powstała nowa reprezentacyjna „sala do religii”.  Opiekunką samorządu uczniowskiego jest katechetka, organizująca lub nadzorująca wszelkie imprezy.  Dzieci wtłaczane są w tradycyjne role żywcem przeniesione z minionego stulecia.  Dziewczynki otrzymują np. zadanie posprzątania chłopcom w tornistrach i porządnego ułożenia przyborów w ich piórnikach, a chłopcy w tym czasie bawią się na korytarzu, żeby nie przeszkadzać koleżankom w pracy.  Na lekcji wychowania do życia w rodzinie dziewczynki zapisują w zeszytach, że ich celem jest praca w domu a w przyszłości poświęcenie się rodzinie, na lekcji wychowawczej dowiadują się, że „macie chodzić z gracją i siadać z wdziękiem, bo nikt nie będzie zwracał uwagi, czy jesteście mądre, więc musicie być ładne”, a na WF – że im „nie wolno dłużej ćwiczyć i, broń Boże, robić pompki, bo od tego tworzą się brzydkie mięśnie”.

Nieprawdopodobne? Tak, ale równocześnie jak najbardziej prawdziwe. Obawiam się, że partia władzy, z wydatną pomocą licznych oportunistów, konserwatywnego skrzydła Kościoła i bezwstydnie kłamliwej telewizji publicznej, wywozi nas coraz dalej od cywilizowanej Europy. Wprost w mroczną krainę wyobraźni samozwańczego przywódcy narodu, który swoją wiedzę zdobywa z wysokości dwóch wież górujących nad światem.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Gnijący Kaczyński

15 Lu

Posłowie Platformy złożyli wniosek o utajnienie najbliższego posiedzenia Sejmu, aby prokurator generalny przedstawił szczegółową informację nt. śledztwa, które toczy się wokół spółki Srebrna i budowy wież. – To jest sytuacja bardzo kryzysowa. Ostatnie 3 lata zdemolowały porządek demokratyczny, niezależność wielu instytucji i dziś nie mamy żadnych gwarancji, że zarzuty, które są kierowane wobec człowieka, który sprawuje władzę w Polsce, zostaną wyjaśnione – ocenił Mariusz Witczak z PO.

Koperta dla prezesa

Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, z ujawnionych dziś zeznań Geralda Birgfellnera wynika, że Jarosław Kaczyński nakłonił go do wręczenia 50 tys. zł. dla księdza z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna. Chodziło o budowę drapacza chmur w Warszawie.

Koperta z pieniędzmi miała trafić do ks. Rafała Sawicza, który razem z Kaczyńskim i posłem PiS Krzysztofem Czabańskim zasiada w radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Są oni nieodwoływalni, pełnią funkcje nieodpłatnie.

– To jest sytuacja bardzo kryzysowa. Ostatnie 3 lata zdemolowały porządek demokratyczny, niezależność wielu instytucji i dziś nie mamy żadnych gwarancji, że zarzuty, które są kierowane wobec człowieka, który sprawuje władzę w Polsce, zostaną wyjaśnione. Instytucje państwa w naszej ocenie zamiast wyjaśniać angażują się w obronę Jarosława Kaczyńskiego – mówi Mariusz Witczak.

Tajne posiedzenie Sejmu

Posłowie opozycji domagają się aby najbliższe, 77. posiedzenie Sejmu zostało utajnione, aby prokurator generalny przedstawił bardzo szczegółową informację nt. śledztwa, które toczy się wokół spółki Srebrna, budowy wież i roli Jarosława Kaczyńskiego.

– My obywatele musimy mieć gwarancję, że śledztwo będzie rzetelnie prowadzone, my parlamentarzyści musimy mieć gwarancję, że te kwestie, które są wyjaśnianie w toku śledztwa, nie rzutują na bezpieczeństwo Polski – twierdzi Mariusz Witczak.

– Tajne posiedzenie Sejmu i informacja o tym, kto miał dostęp do akt tego śledztwa, jest niezbędna, jeśli chcemy mówić o Polsce jako państwie prawa – dodaje Marcin Kierwiński.

Kto miał dostęp do akt?

Wniosek o utajnienie posiedzenia Sejmu to nie jedyne pismo, jakie zapowiedzieli posłowie opozycji. – Staje się oczywiste, że przedwczorajsza wizyta Jarosława Kaczyńskiego u ministra Ziobry nie była wizytą kurtuazyjną. Dlatego składamy wniosek do prokuratury o udostępnienie informacji, kto, w jakim trybie i kiedy miał wgląd do tych akt – tłumaczy Kierwiński.

Posłowie Platformy domagają się, aby minister Ziobro wytłumaczył dokładnie, dlaczego i w jakim trybie był u niego prezes PiS-u. Wczoraj minister sprawiedliwości przekonywał, że spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim dotyczyło ustaw i list do PE.

Po co była reforma sprawiedliwości

– Zastanawialiśmy się, po co była reforma wymiaru sprawiedliwości i prokuratury. Dziś wiemy, że po to, aby chronić swoich i aresztować politycznych wrogów – mówił Cezary Tomczyk, który wskazywał, że nie ma dziś instytucji w kraju, które mogłyby wyjaśnić sprawę taśm Kaczyńskiego i spółki Srebrna, ponieważ to Kaczyński kontroluje CBA, kontroluje też prokuraturę.

– To jest państwo, które widzimy, patologiczne, które nigdy nie powinno funkcjonować w taki sposób. Gdzie są instytucje, które mają swoje konstytucyjne i ustawowe obowiązki, gdzie jest CBA, które z urzędu powinno zajmować się sprawami korupcji, kopert w polityce, sprawami dotyczącymi nagrań, taśm ludzi władzy? – pytał retorycznie Cezary Tomczyk

Jaką Polskę zbudowało nam ugrupowanie polityczne, które na swych sztandarach latami niosło ponad głowami hasło o uczciwości, jako o najwyższym standardzie w życiu publicznym? Jakim państwem jest Polska Prawa i Sprawiedliwości kierowana przez polityka, którego latami to środowisko polityczne kreowało na niemalże świętego, w najgorszym razie pustelnika, który całe swoje życie oddał Ojczyźnie?
Całą prawdę o nim pokazują „taśmy Kaczyńskiego”, czyli namacalny dowód na moralny, na razie, upadek tego największego kłamstwa ostatniego 30-lecia.

A wszystko przez zwykłą zachłanność. Zwykłe, typowe dla określonych ludzi, ściubienie kasy. Gdyby to jeszcze na biednego trafiło, ale w tym przypadku mamy przecież do czynienia z jednym z najbogatszych Polaków – oczywiście nieoficjalnie, oficjalnie wiadomo, że główny bohater spektaklu mieszka w starej willi na Żoliborzu, której nawet nie chce od lat odmalować choćby z zewnątrz, bo jej odmalowanie mogłoby się gawiedzi kojarzyć z jakimś niebotycznym bogactwem. Z tych samych powodów ów polityk na co dzień chodzi w starym garniturku i znoszonych bucikach. Tymczasem okazuje się, że buduje dwa dwustumetrowe wieżowce, nie jakieś tam pięćdziesiąt głupich metrów – dwieście, a jakże. Więc skoro komuś po głowie chodzą takie wizje warte ponad miliard złotych, to robienie przy tym problemów przy wypłaceniu głupich 4 baniek za wykonaną w końcu robotę, potwierdza tylko jedno – pan prezes zwykłą sknerą jest i basta. Zapłaciłby te głupie 4 miliony i Gery siedziałby do dzisiaj cicho, a kult świętego mógłby sobie nadal kwitnąć w najlepsze. Ale nie, trzeba było ściubić, cholera jasna!

Co wiemy na dzisiaj, po kolejnych ujawnionych rewelacjach Gazety Wyborczej? Ano wiemy, że:

Wybory wygrywa się tylko po to, aby zdobyć wuzetkę.

Jeśli ktoś sądził, że wybory wygrywa się po to, aby realizować program polityczny, to pan prezes właśnie pokazał, że są w polityce byty, które służą do celów zgoła innych, z polityką mających wspólnego tyle, co policzenie z policzkiem. Celem pana prezesa było wygranie wyborów w Warszawie wyłącznie po to, aby zdobyć upragnione warunki zabudowy pod Kaczyński Towers.

Umowy zawiera się po to, aby później za nie nie płacić.

Od teraz każdy nieuczciwy zleceniodawca będzie mógł skorzystać z casusu prezesa Kaczyńskiego. Na mocy danej mu przez suwerena, pan Kaczyński właśnie uwiarygodnił działalność biznesową polegającą na świadomym zawieraniu umów w celu ich niepłacenia. Nie ma to żadnego związku z sytuacją, kiedy zamawiający popada nagle w kłopoty finansowe z nie swojej winy i z przyczyn od niego niezależnych popada w zwłokę lub w całkowity brak zapłaty. W tej sprawie pan prezes wielokrotnie potwierdzał, że zapłacić chce, ale z braku dowodów wykonania zlecenia – nie może. To oczywista ściema, bo pan prezes wielokrotnie też potwierdzał, że prace zostały wykonane, o istnieniu dowodów nie wspominając.

Biznesy (i politykę też) robi się wyłącznie przy pomocy słupów i agentów służb.

Do tej pory wiedzieliśmy jedynie, że filozofia rządzenia pana prezesa polega na tym, aby nie brać za nic odpowiedzialności. Gdzieś tam między słowami mówiło się tylko, że politykę pan prezes robi także rękami byłych agentów SB – oczywiście tych dobrych, Konradów Wallenrodów, bo ci źli są wyłącznie w Platformie. Teraz wyszło na jaw, że filozofią biznesową pana prezesa jest także zarządzanie poprzez podstawione osoby: sekretarkę, kierowcę, przyjaciółkę domu. Okazało się także, że i przy pomocy pięciorzędnych agentów, których (nie wiedzieć czemu, skoro pięciorzędnych) należało natychmiast odwołać.

Potrzebne dokumenty do realizacji celu załatwia się dzięki łapówkom.

To jak na razie najnowsza wiedza o zdolnościach biznesowych pana prezesa. Do tej pory można było jedynie mówić o tym podczas niedzielnych obiadów u teściowej, od dzisiaj naród ma inną perspektywę. I tylko ktoś bardzo naiwny lub zakochany w prezesie, co na jedno wychodzi, może sądzić, że ujawnianie tej prawdy pod groźbą więzienia może być konfabulacją zeznającego. Osobiście zresztą jestem przekonany, że to Gery usłyszy w końcu zarzuty a nie pan prezes. Konia z rzędem temu, kto ma inne zdanie na ten temat.

Fundacja i partia, to dwa różne byty, jeno prezes jeden.

Suwerenowi można oczywiście wkładać do głów różne bzdury, także i tę, że Fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego (która formalnie zarządza Srebrną) oraz Prawo i Sprawiedliwość (które nieformalnie żyje ze Srebrnej), to całkowicie odrębne i niezależne byty, a unia personalna w tym przypadku jest całkowicie nieistotna. Wiadomo, suweren mało zna historię, a jeśli już to wyłącznie tę właściwą, a poza tym przecież ciemny lud wszystko kupi – zgodnie z maksymą obecnego prezesa TVP. Rzecz w tym, że owym ślepym suwerenem nie da się wygrać wyborów, co potwierdzają wszystkie działania pana prezesa oraz zaprzyjaźnionych z nim mediów od czasu wybuchu tej gargantuicznej afery.

Jednym słowem na oczach znokautowanego suwerena wali się właśnie wizerunek „uczciwego ojca narodu, który całe swoje życie poświęcił Polsce, Ojczyźnie naszej”. Dzisiejszą jedynkę Gazety Wyborczej warto zachować dla dzieci swoich i wnuków, koniecznie w kolorze czarno-białym, który jest bardziej adekwatny do tej sytuacji, bo nikt mnie nie jest w stanie przekonać, że czarne nie jest czarne. Czarne to czarne, panie prezesie, i nie będzie inaczej.

A co ma robić Opozycja i wolne, niezależne media w tej sprawie? Cisnąć. Tylko presja metodami prawnymi nawet w państwie bezprawia ma jedynie sens. Dokładnie jak w przeddzień Czerwca 1989 roku.

Kaczyński w kajdankach? Czy pewnego dnia zobaczymy taki obrazek

8 Lu

TW Wolfgang i TW Ryszard wraz z żonami to najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego. Upada kolejny mit, o antykomunistycznym patriotyzmie Kaczyńskiego. Liczy się tylko władza, oparta na ludziach ze złamanym kręgosłupem i pieniądzach uzyskanych dzięki zawłaszczeniu polskiego państwa

CBA przestało być instytucją walczącą z korupcją, stało się agencją ochrony polityków PiS – mówi poseł Marcin Kierwiński. Platforma Obywatelska daje CBA czas do czwartku na uzasadnienie, dlaczego nie będzie kontroli oświadczenia majątkowego prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Poza tym domaga się, aby CBA zostało odsunięte od spraw związanych z zeznaniami mecenasa Roberta Nowaczyka przed Komisją Weryfikacyjną i aby zajęło się nimi CBŚP.

„Rozkład polskich służb specjalnych”

– Ostatnie dwa tygodnie to czarny okres dla polskich służb specjalnych. W sprawach oczywistych, bulwersujących, które pokazują patologię na najwyższych szczeblach władzy, służby specjalne zdominowane przez PiS nie są w stanie reagować – mówił na konferencji prasowej poseł PO Marcin Kierwiński.

Politycy opozycji przypominają, że od ponad tygodnia nie ma reakcji na tzw. taśmy Kaczyńskiego i biznesy spółki Srebrna. – Premier Mateusz Morawiecki, czyli osoba, która koordynuje służby specjalne udaje, że sprawy nie ma. Dochodzimy do sytuacji, w której opinia poszczególnych politykierów PiS-u jest ważniejsza od zapisów prawa i sprawnie działającej administracji – dodaje

O tym, że nie będzie kontroli oświadczenia majątkowego prezesa PiS-u, CBA poinformowało we wtorek o godz. 16. Oficjalne pismo w tej sprawie złożyli posłowie PO. Przekonują, że Jarosław Kaczyński złamał prawo, bo prowadzi działalność gospodarczą, a nie zgłosił tego w swoim oświadczeniu. Domagają się od CBA do czwartku pisemnej odpowiedzi.

– Jeszcze rano CBA nie potrafiło znaleźć naszego pisma, a już po południu dowiedzieliśmy się, że nie będzie kontroli oświadczenia majątkowego Jarosława Kaczyńskiego. Mamy do czynienia z rozkładem polskich służb specjalnych – dodaje Kierwiński.

Poseł Cezary Tomczyk z kolei zwraca uwagę na pewien zbieg okoliczności. – Dziwnym trafem o godzinie 16 zakończyła się narada na ul. Nowogrodzkiej, w której brali udział najważniejsi politycy PiS-u, w tym nadzorujący służby specjalne. Wygląda na to, że decyzje w sprawie mógł podjąć sam Jarosław Kaczyński – mówi poseł PO. I dodaje, że opozycja tej sprawy nie zostawi, bo „politycy PiS-u byli bezkarni”.

CBA i reprywatyzacja?

Przypomnijmy, mecenas Robert Nowaczyk zeznał przed Komisją Weryfikacyjną, że poprzez Jakuba R. CBA miała proponować mu „ochronę” w zamian za oddanie 30 proc. dochodów z reprywatyzacji.

– Od tego czasu ani CBA, ani premier, ani żadna inna służba nie zainteresowała się tą sprawą. Jesteśmy tym bardzo zaniepokojeni. Jeżeli ktoś publicznie do kamer mówi takie rzeczy, to w państwie prawa powinno być przynajmniej bardzo poważnie wyjaśnione – mówi poseł PO Robert Kropiwnicki, członek Komisji Weryfikacyjnej.

Polityk opozycji apeluje do premiera Mateusza Morawieckiego, aby „podjął działania, które w sposób natychmiastowy miałyby wyjaśnić sprawę”. Domagają się także odsunięcia od tej sprawy CBA. – Szef CBA pan Ernest Bejda był zatrudniony w spółce Srebrna, wobec której roszczenia miał też pan Nowaczyk. Sprawę wyjaśnienia propozycji korupcyjnej i spółki Srebrna powinno przejąć Centralne Biuro Śledcze Policji, nadzorowane przez ministra Joachima Brudzińskiego – dodaje Kropiwnicki.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>