Tag Archives: Marian Banaś

Eurobajki Szymańskiego, zastraszanie Ziobry, Sasin wicepremierem – jak co dzień śmiech na sali

12 Gru

Konrad Szymański sugerował, że ministrowie państw UE dali się przekonać polskiemu rządowi ws. praworządności. Ale OKO.press dotarło do zapisów z wtorkowego posiedzenia Rady ds. Ogólnych. Mówiono na nim o wyrokach TSUE, Izbie Dyscyplinarnej w SN i postępowaniach dyscyplinarnych wobec sędziów. Rząd utrzymywał, że dyscyplinarki są prowadzone bez jego ingerencji

Minister ds. europejskich Konrad Szymański, podsumowując dyskusję ministrów państw UE o praworządności w Polsce na Radzie ds. Ogólnych 10 grudnia 2019, podkreślał, że po prezentacji Komisji Europejskiej i polskiego rządu, delegaci nie zadali dodatkowych pytań. Niektóre media, w tym portal Niezalezna.pl, odczytały to jako dowód na rzekome znudzenie się w Brukseli sytuacją sędziów w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Szymański powiedział po posiedzeniu Rady:

„Myślę, że Komisja Europejska podchodzi do sprawy w sposób rzeczowy i konstruktywny. Mam nadzieję, że to się utrzyma”.

Jak dokładnie miało to wyglądać wg ministra?

„Państwa członkowskie przynajmniej na tym etapie uznały, że nie ma powodów do zadawania kolejnych pytań” – powtórzył Szymański.

Optymistyczną dla polskiego rządu opowieść Szymańskiego podważa oficjalna notatka z dyskusji na Radzie ds. Ogólnych, do której dotarło OKO.press.

Sędziowie w centrum zainteresowania

Jasno wynika z niej, że sytuacja sędziów w Polsce, zwłaszcza wszczynane wobec nich postępowania dyscyplinarne, stanowiły sedno obrad.

Notatka w tłumaczeniu na polski brzmi:

„Ministrowie następnie przeszli do omówienia sytuacji w związku z procedurą z Artykułu 7(1) Traktatu o UE dotyczącą praworządności w Polsce. Komisja zreferowała, co wydarzyło się od września, podkreślając, że sytuacja ogólnie dalej się pogarsza.

[Komisja – przyp.red.] Odnotowała też, że w związku z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada,  polski Sąd Najwyższy 5 listopada orzekł, że jego Izba Dyscyplinarna nie spełnia kryteriów niezależności i niezawisłości sędziowskiej w rozumieniu prawa europejskiego, a Krajowa Rada Sądownictwa nie jest niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ten wyrok był publicznie krytykowany przez polskie władze. Komisja wskazała też na negatywne zjawiska dotyczące postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów oraz Trybunału Konstytucyjnego.

W odpowiedzi, polski rząd odrzucił obawy Komisji i odnotował, że od grudnia 2018 roku nie wprowadzono żadnych zmian ustawodawczych dotyczących regulacji, które są przedmiotem zainteresowania Komisji (chodzi o skargę KE na wypracowany za PiS model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów – przyp. red.).

Polski rząd odniósł się do komentarzy zaprezentowanych przez Komisję, argumentując, że władze zajęły stanowisko potępiające sędziów, którzy krytykują status innych sędziów, ponieważ takie zachowanie podważa zaufanie do sądownictwa i stoi w sprzeczności z kodeksem etyki  sędziowskiej.

Rząd bronił również nowego systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej dla sędziów, mówiąc, że postępowanie dyscyplinarne są prowadzone bez ingerencji ze strony rządu.

Żadna z delegacji nie zabrała głosu, a Przewodniczący przedstawił wniosek końcowy, że Rada będzie dalej śledzić rozwój sytuacji”.

Z innego dokumentu, do którego dotarło OKO.press – oficjalnych konkluzji ze spotkania Rady ds. Ogólnych – wynika zaś, że na Radzie dyskutowano też o ostatnich wyrokach Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących praworządności w Polsce – wyroku z 5 listopada, w którym TSUE ocenił, że zaproponowany przez PiS sposób przechodzenia w stan spoczynku sędziów i prokuratorów w Polsce nie spełnia standardów unijnego prawa, a także wyroku z 19 listopada, w którym TSUE  przedstawił szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej w SN.

Obraz spotkania, jaki wyłania się z tych dokumentów, przeczy wizji sugerowanej przez Ministra Szymańskiego.

Nic nie wskazuje, że ministrowie państw UE obecni na Radzie zostali przekonani do wizji przedstawionej przez polski rząd. Zostali za to szczegółowo i wyczerpująco poinformowani o rozwoju sytuacji dotyczącej praworządności w Polsce od września.

Jak zinterpretować fakt, że delegacje państw UE po prezentacji KE i polskiego rządu nie zadawały dalszych pytań? Można to rozumieć jako wyraz konsternacji po przyznaniu przez polską delegację, że rząd oficjalnie potępia niektórych sędziów i oskarża ich o podważanie zaufania do porządku prawnego.

Powód ciszy może być też jednak bardziej techniczny. Spotkanie nie miało formatu debaty, jego celem było zreferowanie wydarzeń przez obie strony, czyli Komisję i polski rząd.

Minister Szymański sugeruje, że brak pytań dowodzi przychylności argumentacji przedstawionej przez Polskę. Ale równie dobrze może być to oznaka poparcia dla argumentów KE. Symptomatyczne, że nikt też polskiego rządu głośno nie poparł.

Komisarze zaniepokojeni pogorszeniem się sytuacji w Polsce

Natomiast wystąpienia unijnych komisarzy po Radzie ds. Ogólnych, zarówno wiceszefowej Komisji Europejskiej Věry Jourovej, jak i komisarza ds. sprawiedliwości Didiera Reyndersa, potwierdzają, że Polska pozostaje w centrum ich zainteresowań – z negatywnych powodów.

„Sytuacja w Polsce mnie martwi. Ale wysłucham dziś odpowiedzi stron rządowych. Chciałabym jak najszybciej odwiedzić Polskę, żeby posłuchać, jakie są plany rządu w Warszawie. Mam nadzieję, że fakt, iż sama pochodzę z tego regionu, pomoże mi lepiej to zrozumieć” – zapowiedziała wiceprzewodnicząca KE.

„W ostatnich tygodniach i miesiącach obserwowaliśmy pogorszenie się sytuacji sądownictwa i niektórych postępowań dyscyplinarnych” – mówił odpowiedzialny za kwestie praworządności komisarz Reynders.

Sędziowie z Katowic zadali pytanie prawne do Sądu Najwyższego o legalność nowej KRS i już następnego dnia rzecznik dyscyplinarny ministra Ziobry założył im dyscyplinarki. Rzecznik chce przestraszyć sędziów, by nie wykonywali wyroku TSUE i nie podważali legalności powołanej przez PiS nowej KRS oraz Izby Dyscyplinarnej

Postępowanie dyscyplinarne wobec sędziów z Katowic wszczął w czwartek 12 grudnia 2019 zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów Przemysław Radzik. Formalnie na razie jest to postępowanie wyjaśniające, ale wiedząc jak działa powołany przez ministra Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny, można się spodziewać, że sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi dla katowickich sędziów.

Radzik ściga sędziów za działalność orzeczniczą

Przemysław Radzik, na co dzień sędzia rejonowy i prezes sądu w Krośnie Odrzańskim z nominacji ministra Ziobry, będzie ścigać trzech doświadczonych sędziów z Sądu Apelacyjnego w Katowicach. W środę 11 grudnia skład orzekający tego sądu w składzie: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina wydał postanowienie o skierowaniu pytania prawnego do Sądu Najwyższego. Sędziowie rozpoznawali apelację od wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach, który wydał sędzia nominowany przez nową, powołaną w niekonstytucyjny sposób KRS. I nabrali wątpliwości, czy sędzia ten jest właściwie powołany. Bo sędziów – członków nowej KRS wybrali posłowie PiS i Kukiz’15, głównie spośród sędziów współpracujących z resortem ministra Ziobry.

Katowiccy sędziowie zadali więc pytanie prawne do Sądu Najwyższego o status takiego sędziego, czy jest on zgodny z przepisami prawa i czy taki sędzia mógł wydawać legalne wyroki.

Pytania prawne to normalna procedura i uprawnienie każdego sędziego. Sędziowie mają prawo je zadawać i mieszczą się one w zakresie orzeczniczym. Tym bardziej, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w niedawnym wyroku wskazał, że polskie sądy mogą same badać legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej oraz dał do tego wskazówki. A potem Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, w którym orzekł, że Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego, zaś nowa KRS nie jest niezależna od polityków.

Sędziowie z Sądu Apelacyjnego w Katowicach wykonali tylko wyrok TSUE.

Radzik zarzuca sędziom popełnienie przestępstwa

Dlaczego więc zaczął ich ścigać nominat ministra Ziobry, zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik?
Uważa on, że katowiccy sędziowie mogli popełnić przewinienie dyscyplinarne „polegające na uchybieniu godności urzędu” poprzez przekroczenie uprawnień. Bo mieli przyznać „sobie kompetencje do ustalania i oceny sposobu działania konstytucyjnych organów państwa w zakresie sposobu wyboru części członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz sposobu powołania sędziego orzekającego w I instancji, przez co podważając przepis art. 106i § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych [przepis ten mówi, że asesorów powołuje prezydent, na wniosek KRS – red.], wzięli udział w wydaniu postanowienia o przedstawieniu Sądowi Najwyższemu zagadnienia prawnego, którego treść stanowiła bezprawną ingerencję w ustawowy sposób powołania sędziów do składów orzekających”.

Zdaniem Radzika sędziowie mogli w ten sposób nawet naruszyć Konstytucję, a ich orzeczenie zakwalifikował jako przestępstwo przekroczenia uprawnień (art. 231 prf 1 kodeksu karnego), które jest na „szkodę interesu publicznego w postaci prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości”.

Taka kwalifikacja nie jest przypadkowa, bo jeśli sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi to trafi do rozpoznania od razu do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym.

Radzik sugeruje też, że sędzia sprawozdawca sprawy rozwodowej, na kanwie której zadano pytanie prawne do SN, mógł popełnić kolejny delikt dyscyplinarny. W ocenie Radzika sędzia ten powinien się wyłączyć z orzekania, bo sam uzyskał awans do Sądu Apelacyjnego dzięki nowej KRS.

To nie koniec represji

Natychmiastowe założenie dyscyplinarki katowickim sędziom za badanie legalności nowej KRS i wykonanie wyroku TSUE wpisuje się w działalność głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasotę. Wszyscy są z nominacji ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Od roku ścigają niezależnych sędziów za obronę wolnych sądów. A do niedawana ścigają ich też za wydawane orzeczenia oraz za badanie legalności nowej KRS.

Represje się nasiliły po wydaniu wyroku TSUE, dotyczącym nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej. Ma to zniechęcić sędziów do jego wykonania, a kolejne dyscyplinarki mają ich zastraszyć.
Dyscyplinarki za podważanie legalności nowej KRS mają:

1. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna, który jako pierwszy w Polsce wykonał wyrok TSUE. Zażądał od Kancelarii Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I za to spadł na niego grad represji.

2. Sędziowie z Sądu Okręgowego w Krakowie. Rafał Lisak, Wojciech Maczuga, Kazimierz Wilczek jeszcze przed wyrokiem TSUE chcieli zbadać status asesora, których wydał wyrok w pierwszej instancji. Chcieli sprawdzić czy powołała go nowa KRS i tylko za to dostali zarzuty dyscyplinarne. Potem okazało się, że asesora powołała stara, legalna KRS.

3. Sędzia Krystian Markiewicz z Katowic, szef Iustitii. Dostał aż 55 zarzutów za list, odezwę do sędziów, w której podważał legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej.

Uderzenie w Markiewicza miało wyglądać na spektakularne, bo jest liderem Iustitii, największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, które broni niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie nie dali się jednak zmrozić ilością zarzutów.

4. Sędzia Anna Bator-Ciesielska z Sądu Okręgowego w Warszawie. Ona z kolei ma dyscyplinarkę za to, że nie chciała orzekać z rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem i za to, że zakwestionowała jego status jako sędziego delegowanego. Sędzia w tej sprawie zadała pytania do TSUE. Nie chciała orzekać z Radzikiem, bo jego nazwisko pojawiło się w kontekście afery hejterskiej w ministerstwie sprawiedliwości.

Sędzia 6 grudnia dostała w związku z tą sprawą 5 zarzutów dyscyplinarnych, również za to, że miała odwagę rozmawiać z prasą.

Jacek Sasin, wicepremier i od niedawna minister aktywów państwowych tą wypowiedzią niewątpliwie wbił się na wyżyny hipokryzji. – „Wszystko wskazuje na to, że do zmiany szefa NIK potrzebna byłaby zmiana Konstytucji. Nie zgadzając się na nie, to opozycja bierze na siebie odpowiedzialność, że pan prezes Banaś w dalszym ciągu będzie pełnił tę funkcję” – powiedział Sasin w TVN24.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że to tzw. pisowski przekaz dnia. W podobnym tonie wypowiada się większość prominentnych polityków tej partii, np. szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk.

Politycy partii rządzącej mają krótką, a raczej wybiórczą pamięć. Marian Banaś został szefem NIK dzięki głosom posłów i senatorów PiS. Kiedy poseł PO Robert Kropiwnicki przed wyborem Banasia, chciał z mównicy sejmowej powiedzieć o niejasnościach w oświadczeniach majątkowych kandydata na szefa NIK, marszałek Elżbieta Witek wyłączyła mu mikrofon.

Internauci byli oburzeni wypowiedzią pisowskiego wicepremiera: – „Panie Sasin, chyba w waszym rządze pan Banaś był ministrem, to Wy go większością głosów na stołek wsadziliście, a teraz Pan zwala na opozycje? No przepraszam za pytanie.. ale czy Pan ma jaja?”; – „Bezczelny typ. Zdołał odsunąć od siebie odpowiedzialność za organizację lotu do Smoleńska i teraz próbuje powtórzyć manewr”; – „Sasin ma najbardziej brawurowy intelekt spośród pisowców. No, może jeszcze Suski może się z nim równać”.

Część internautów po prostu kpiła z Sasina: – „Za mocne. Dzwonię do Banasia”; – „Taaa, bo Kopernik była kobietą. Typowy przykład, że jak nie uda się wyciszyć afery, to kilka najbardziej znanych twarzy PiS-u krzyczy, to nie my, to Oni”; – „Musiał się Pan Sasin w coś mocno uderzyć, by pleść takie androny”; – „A tak w ogóle to wina Tuska”.

Jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić się własnym nieuctwem i brakiem gustu, prześcigając w wyliczeniach, ilu książek noblistki się nie przeczytało…

„Słychać wycie, znakomicie!”, tak polska prawica zwykła pisać o części opinii publicznej oburzonej postępowaniem polityków PiS, łamaniem przez nich prawa, Konstytucji i dobrych obyczajów i pokazując w ten sposób niską radość, że oto udało się „dokopać” komuś, czyją niewybaczalną winą jest, że śmie wiedzieć świat inaczej, mieć inne poglądy.

Dziś owo słynne wycie słychać z prawej strony. Znam prawicę od lat, znam przecież ludzi z tego środowiska, a nie spodziewałam się, że Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk tak ich dotknie. Skoro tak się stało to znaczy, że z morale tego środowiska, z jego poczuciem własnej wartości jest już dramatycznie źle.

Sprawa Nobla dla Olgi Tokarczuk to nie jest pierwsza sprawa, która pokazuje, że realnie istnieją dwie Polski (właściwie jest ich wiele, nie tylko dwie, ale mówię o głównej osi podziału): taka, która bardzo chce się otworzyć, chce różnorodności, chce doświadczać i poznawać, szanuje i jest gotowa wysłuchać, i Polska która nienawidzi sukcesu innych, chce utalentowanych ściągać w dół, zawistna, zazdrosna i mała. I nie, nie mówię o zwykłych ludziach. Mówię o tych, którzy mają się, choćby z tytułu sprawowanych urzędów czy wykonywanych zawodów za elity i powołują się często na bliżej nieokreśloną „przedwojenną inteligencję”, która dziś na ich widok umarłaby ze śmiechu lub z zażenowania.

Wyobrażam sobie czasem, co by Tadeusz Boy – Żeleński, powiedział Glińskiemu, a Tuwim napisał o Kurskim i wiem, że nie pójdziemy jako naród i społeczeństwo do przodu, dopóki nie pozbędziemy się z polityki i dziennikarstwa ludzi, reprezentujących taką mentalność i takie cechy jak kompletna głupota, prostactwo, zawiść, zazdrość, małość, małostkowość, mściwość, ograniczone horyzonty, brak dystansu do siebie i świata, niedouczenie, brak kultury i dobrego (a często w ogóle żadnego) wychowania.

To, co wyprawiają prawicowe – bo o nich mówię – elity polityczne i dziennikarskie wokół Nobla dla Olgi Tokarczuk, pokazuje, że złość, zawiść, małość i miałkość są nie tylko ich siłą napędową, ale wręcz tlenem i krwiobiegiem – nie mogąc nikogo oczernić, umniejszyć, nie mając na kogo napluć swoimi słowami, zapewne by umarli.

Nigdy nie zrozumiem, jak można powołując się latami na patriotyzm, polegający na dumie z polskości, nie być dumnym, że Polka dostaje Nagrodę Nobla, jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić własnym nieuctwem i brakiem gustu prześcigając w wyleczeniach, ilu książek Noblistki się nie przeczytało.

Jak można nie mieć na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie wiedzieć, że próba zdezawuowania osiągnięcia tej rangi, pokazuje i obnaża wyłącznie kompleksy tych, którzy to robią i ich szorujące po dnie poczucie własnej wartości.

Jak można nie inspirować się tak utalentowanymi ludźmi i nie życzyć im wszystkiego dobrego, tylko wygadywać rzeczy w stylu ministra kultury (sic!), że czułość to za mało – po doskonałym zresztą wykładzie Noblowskim Tokarczuk.

Ja wiem, że modna jest teraz wśród niektórych publicystów taka maniera, żeby każdego rozumieć, wszystko tłumaczyć i rozgrzeszać każde świństwo, podłość i małość.

Mają w nosie łamanie Konstytucji? Pewno sfrustrowani, niedouczeni, pewnie elity nie dość się postarały…łykają brewerie i złodziejstwa polityków jak pelikany – o biedni, sfrustrowani, a w ogóle to wina Balcerowicza…. Nie przeszkadza im pogrążanie i zadłużanie Polski, upadająca edukacja i służba zdrowia – pewnie jest jakieś usprawiedliwienie…

Można tak w nieskończoność, tylko to, oprócz tego, że skrajnie naiwne, nie doprowadzi do rozwoju i progresu. Bo rozwinąć się można tylko wtedy, kiedy się zrozumie, że są rzeczy na które nie ma żadnego usprawiedliwienia, na które pozwalać nie można i kropka.

W przeciwnym razie takie właśnie „elity” będą wciągać nas coraz głębiej w bagno, aż do samego dna.

Zmierzch PiS. Kto powinien być przygotowany na odsiadkę w kiciu?

11 Gru

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Michał Szczerba.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Bajzel i defraudacje PiS. Pierwsza odsłona Banasia. Duda i Morawiecki na dokładkę

10 Gru

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Według Onetu, siostra Chodakiewicza otrzymywała 120 tys. dolarów rocznie za… pisanie maili do ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce – Georgette Mosbacher.

Najnowsze doniesienia na temat PFN to nic nowego w tym sensie, że Fundacja od samego początku jest synonimem niejasnych transferów finansowych, kolejnych wtop wizerunkowych (choć została powołana do bronienia wizerunku Polski) i równie kuriozalnych co kosztownych pomysłów na promocję naszego kraju. Opisywaliśmy je regularnie w OKO.press.

Ta fundacja to nie trzeci sektor

Polska Fundacja Narodowa, choć oficjalnie i na papierze jest fundacją, ma niewiele wspólnego z trzecim sektorem, jak nazywane są zbiorczo pozarządowe organizacje. PFN została powołana w 2016 roku przez 17 spółek Skarbu Państwa, zaś inicjatywa wyszła od rządu PiS. Jej powstanie ogłaszała zresztą podczas konferencji premier Beata Szydło.

PFN miała „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa budować markę Polski poza granicami naszego kraju”. Zrzutka państwowych spółek wyniosła w pierwszym roku działalności 100 mln zł. Na początku roku 2018 finanse PFN osiągnęły pułap 220 milionów.

Dziwna to organizacja pozarządowa, której powstanie organizuje rząd. Ale dziwniejsze miało dopiero nadejść.

Oczernianie sędziów za 8 mln zł

W maju 2017 PFN zorganizowała akcję „Sprawiedliwe sądy”. Miała ona uzasadniać prowadzoną wtedy przez rząd PiS czystkę w sądownictwie. Na ulicach polskich miast pojawiły się billboardy informujące, że sędziowie kradną, wypuszczają na wolność pedofilów, nazywają się nadzwyczajną kastą i ogólnie chcą być bezkarni. Takie same treści promowano w telewizji i internecie.

PFN wykonanie akcji zleciła spółce Solvere, założonej przez byłych PR-owców Beaty Szydło. Maciej Świrski, ówczesny szef PFN twierdził we wrześniu 2017 roku, że usługi Solvere kosztowały 240 tys. zł. W grudniu 2017 Onet ujawnił cztery faktury wystawione dla Solvere na kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie ze sprawozdania finansowego PFN za 2017 rok wynika, że cała kampania kosztowała 8,4 mln zł.

„Sprawiedliwe sądy” są koronnym dowodem na to, że PFN jest politycznym narzędziem w rękach PiS. Potwierdził to nawet sąd. Hanna Gronkiewicz-Waltz jeszcze jako prezydentka Warszawy wszczęła wobec fundacji postępowanie nadzorcze (miasto, na którego terenie organizacja jest zarejestrowana, ma taką możliwość).

Pierwszy wyrok stwierdzający, że kampanią o sądach PFN złamała swój statut, zapadł w listopadzie 2018.

„Zdaniem sądu podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej, a wręcz przeciwnie – znacznie go osłabiają, kreując oparty na jednostkowych przypadkach negatywny obraz władzy sądowniczej”.

W lipcu 2019 oddalono apelację fundacji.

W październiku 2019 portal Konkret24 napisał, że Polska Fundacja Narodowa przegrała w sądzie 9 z 10 spraw dotyczących jawności. Sprawy składają niezadowoleni obywatele, dziennikarze oraz organizacje pozarządowe. Pytają organizację o jej działalność, w szczególności finanse, ale ta odmawia odpowiedzi.

PFN pozywa OKO i… nie przychodzi na rozprawę

Rekordowy pod względem wpadek był dla PFN z pewnością rok 2018. W marcu okazało się, że Fundacja kupiła za prawie 5 mln zł używany francuski jacht, który miał opłynąć dookoła świat z okazji stulecia odzyskania niepodległości.

„Gazeta Wyborcza” szacowała, że cały rejs kosztować mógł nawet 20 mln. Wkrótce potem przedsięwzięcie upadło, bo w atmosferze skandalu z akcji wycofała się firma ambasadora kampanii Mateusza Kusznierewicza. Zamiast „Polska 100”, jak nazywała się akcja, jacht nazwano „I love Poland” i postanowiono, że będzie brał udział w światowych regatach. Pół roku temu na zawodach uległ jednak awarii i od tamtej pory czeka na naprawę w Ameryce.

W czerwcu 2018 PFN ogłosiła nabór na specjalne stypendium w Waszyngtonie dla badaczy chcących zajmować się postkomunizmem. Zaaplikował o nie prof. Adam Leszczyński, dziennikarz OKO.press: „Wtedy stypendium rozpłynęło się w powietrzu. Nie wiadomo kto je przyznał, kto je dostał i ile kosztowało”. Nie wiadomo do dziś, bo PFN w swoim stylu uporczywie uchyla się od odpowiedzi.

Fundacja pozwała Leszczyńskiego i OKO.press za ten tekst, ale na pierwszej rozprawie 4 grudnia nikt z PFN się nie pojawił: ani pełnomocnik, ani świadkowie. Sąd ukarał świadków grzywną i odroczył rozprawę do czerwca 2020 r.

O Macierewiczu i jego Jnnigerze tutaj >>>

Marcin Zieliński, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), skonfrontował wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego z faktami. Zieliński wziął pod lupę pierwsze i drugie expose premiera, a następnie pokazał liczby. Gdy zestawi się słowa Morawieckiego z ekonomiczną rzeczywistością, wnioski nasuwają się same. Prawda może być dla tego rządu bolesna. Wystarczy porównać, co mówił premier o programie Mieszkanie+ z liczbą wybudowanych mieszkań w ramach tej sztandarowej rządowej inicjatywy. Dzięki Mieszkaniu+ powstało, uwaga, około jednego tysiąca lokali! Warto dodać, że branża deweloperska oddała w czasie rządów prawicy… 700 tysięcy mieszkań. Zobacz galerię zdjęć. Tam widać wszystko czarno na białym.

Mateusz Morawiecki chwalił się zmniejszeniem liczby stron ustaw. Tymczasem w 2016 roku weszło w życie rekordowe na polskie warunki ponad 35 tysięcy stron aktów prawnych. Premier mówił o zrównoważonym budżecie, ale – jak podkreśla Marcin Zieliński z FOR – pomijając wpływy jednorazowe (m. in. dzięki drugiemu skokowi na OFE) i uwzględniając wszystkie wydatki, Polska jest na budżetowym minusie. I to w czasie, gdy inne kraje oszczędzają na trudne czasy.

Premier wiele mówił o wspieraniu ekspansji polskich firm, podczas gdy polskie inwestycje zagraniczne spadają. Obiecywał pakiet wolnościowy dla biznesu, ale za jego kadencji Polska spadła w rankingach konkurencyjności i warunków do rozwoju biznesu. Chwalił się rozwojem elektromobilności, a trudno znaleźć osobę, która potrafi wymienić choć jeden sukces w tej dziedzinie.

Wizja Morawieckiego: przed 2015 roku był niewykorzystany potencjał

W wypowiedział Morawieckiego pobrzmiewał całkowity brak akceptacji dla działań władz przed 2015 rokiem. Polska przed rządami PiS była krajem, gdzie potencjał „nie został w pełni wykorzystany”. Później nastąpiła zmiana i mieliśmy – jak mówił Morawiecki – „złapać w żagle wiatr historii”. „Przebiliśmy rozwojowy szklany sufit” – stwierdzał dumnie premier. Zdaniem Morawieckiego jego rząd „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.

W drugiej kadencji, PiS ma zamiar wprowadzić w życie program „wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju” oraz stworzyć „potencjał, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Marcin Zieliński jest sceptyczny wobec tych szumnych zapowiedzi Mateusza Morawieckiego. W jego ocenie Polska była kiedyś liderem wzrostu po 1989 roku wśród wszystkich krajów byłego bloku wschodniego, a dziś działania PiS tylko „podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu”.

– Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 roku w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego – zauważa Marcin Zieliński.

Źródło: FOR

Marian Banaś nadal unika kamer, ale NIK przedstawił właśnie raport, który uderza w rządowy program. Budżet państwa stracił łącznie 152 miliony złotych – wynika z wyników kontroli NIK dotyczących programu „Praca dla Więźniów”, który realizowano pod nadzorem Ministerstwa Sprawiedliwości. Do prokuratury trafiło kilkanaście zawiadomień w sprawie.

NIK, którą kieruje Marian Banaś, na specjalnej konferencji prasowej przedstawiła raport dotyczący nieprawidłowości przy realizacji programu „Praca dla Więźniów” finansowanego ze środków Funduszu Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy. Raport jest wynikiem kontroli przeprowadzonej od 17 czerwca do 19 lipca 2019 r.

NIK: nieprawidłowości przy inwestycjach związanych z programem „Praca dla Więźniów”. 115 mln zł strat

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli podczas prowadzenia inwestycji w ramach programu doszło do 27 przypadków naruszeniem prawa zamówień publicznych.

Łączna kwota nieprawidłowo wydatkowanych sposób środków miała sięgnąć 115 mln zł

– czytamy w komunikacie Izby.

Ponadto na polecenie Prezesa Mariana Banasia, NIK skierowała m.in. zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawie wyrządzenia znacznej szkody majątkowej w Centralnym Ośrodku Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Koszt jego budowy był zdaniem urzędników zbyt wysoki – na infrastrukturę wydano 369 tys. zł, a wedle biegłego jej wartość wynosi ok. 65 tys. zł.

Łącznie w związku z wynikami kontroli NIK podjęła decyzję o skierowaniu 16 zawiadomień do prokuratury.

Co kontrolerzy zarzucają zakładom karnym?

W raporcie NIK znalazło się m.in. powierzanie zamówień podmiotom prywatnym (podwykonawcom) przy braku jasnych zasad ich wyboru. Ponadto w części zakładów budowanych na terenach więzień nie było gwarancji dotyczących zatrudniania osadzonych albo zakres zatrudniania osadzonych był bardzo ograniczony. NIK stwierdził też nierzetelne sprawowanie przez zamawiających nadzoru nad realizacją umów.

1zł brutto za metr kwadratowy hali. Kolejne 37 mln zł strat

Inny zarzut izby dotyczy stawek, za które wynajmowano budowane hale. Niektóre z nich „kosztowały” przedsiębiorców zaledwie złotówkę za metr kwadratowy. Oznacza to, że wynajęcie hali o powierzchni 7,5 tys. m kw. kosztowało jedynie 7,5 tys. zł.

Zdaniem NIK wybudowane nakładem środków publicznych hale, wynajmowane były poniżej stawek rynkowych. Często ich wartość była zaniżona kilkukrotnie, np. w przypadku Zakładu Karnego w Stargardzie ustalony czynsz był dwuipółkrotnie niższy od ceny rynkowej, w przypadku Zakładu Karnego w Czarnem czynsz zaniżony był trzykrotnie, a Zakładu Karnego we Włocławku aż dziesięciokrotnie. Mogło to skutkować pomniejszeniem wpływów o kwotę odpowiednio: 811 800 zł, 144 766 zł oraz 494 213 zł (łącznie o ponad 1 mln 450 tys. zł).

Marian Banaś dostał kilka nagród od premiera. Łącznie ponad 67 tys. zł

Wyniki kontroli NIK wskazują, że czynsz zaniżano w 14 przypadkach dzierżawy hal przemysłowych, co mogło skutkować mniejszymi wpływami – w kontrolowanym okresie o ponad 2,6 mln zł, a w całym okresie trwania umów o blisko 37 mln zł. Łącznie straty mogły wynieść więc 152 mln.

Praca dla więźniów – sztandarowy program rządu

Za program „Praca dla więźniów” odpowiada resort sprawiedliwości. Projekt nadzorował Patryk Jaki, ówczesny minister sprawiedliwości, obecnie europoseł.

Program, który uruchomiono z jego inicjatywy w 2016 roku objął osadzonych w więzieniach czy aresztach. Służba Więzienna chwaliła się, że w w ciągu zaledwie 18 miesięcy od uruchomienia programu zatrudnienie skazanych zwiększyło się o 11 tysięcy, a wskaźnik powszechności zatrudnienia osadzonych osiągnął wartość 52,8 proc.

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM! – pisze Krzysztof Łoziński. „Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

Od zawsze zadziwiało mnie pewne zjawisko – przekonanie wielu moich rodaków, że do objęcia wysokiego stanowiska nie trzeba mieć wiedzy w dziedzinie, której dotyczy. Swego czasu zadziwił mnie Stanisław Alot, jeśli dobrze pamiętam nauczyciel historii, który podjął się kierowania ZUS-em.

Według Wikipedii: „W 1976 ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Później odbył studia podyplomowe z wypoczynku i turystyki na krakowskiej AWF. Od 1976 do 1981 był nauczycielem w Zespole Szkół Mechanicznych w Rzeszowie”.

Gdy pełnił funkcję prezesa ZUS: „Krytykowany był za ujawniony w wyniku przeprowadzonej kontroli brak prawidłowo prowadzonej księgowości w ZUS i problemy z systemem informatycznym”.

DLACZEGO GO WSPOMINAM? PAMIĘTAM SWOJĄ MYŚL Z TAMTEGO CZASU: GDYBY MNIE ZAPROPONOWANO STANOWISKO PREZESA NAJWIĘKSZEJ INSTYTUCJI FINANSOWEJ W POLSCE, TO WPADŁBYM W PANIKĘ, BO JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Dziś stanowisko prezydenta RP chce zająć Szymon Hołownia, niewątpliwie sympatyczny i inteligentny człowiek, ale:

Według Wikipedii: „Ukończył Społeczne Liceum Ogólnokształcące Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Białymstoku. Studiował psychologię w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej”.

Działalność polityczna: „8 grudnia 2019 w Gdańsku oficjalnie ogłosił start w wyborach na Prezydenta RP w 2020 roku”. I koniec. To wszystko.

ABY DOBRZE SPRAWOWAĆ URZĄD PREZYDENTA, TRZEBA MIEĆ DOŚWIADCZENIE I WIEDZĘ W CO NAJMNIEJ W DWÓCH DZIEDZINACH: DZIAŁALNOŚCI POLITYCZNEJ W KRAJU I POLITYCE ZAGRANICZNEJ (ZWŁASZCZA W POLITYCE ZAGRANICZNEJ).

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Po Lechu Kaczyńskim i Andrzeju Dudzie mam już dosyć prezydentów, którzy, poza innymi powodami, SIĘ NA TYM NIE ZNAJĄ!

Szanowni rodacy, jeśli samochód do naprawy dajecie do mechanika, po leczenie idziecie do lekarza, i tak dalej, to zastanówcie się, czy kandydat na prezydenta powinien się znać na tym, czym się będzie zajmował.

Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI PYTAJCIE KANDYDATÓW O KWALIFIKACJE I DOŚWIADCZENIE POLITYCZNE.

(oczywiście od Andrzeja Dudy lepszy jest każdy)

Więcej o Hołowni tutaj >>>

Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania i kandydat w prawyborach Koalicji Obywatelskiej. – Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Platforma pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

JACEK JAŚKOWIAK: To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?
Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań.

DZIAŁANIA POZYTYWNE BĘDĘ OCZYWIŚCIE WSPIERAŁ, A BLOKOWAŁ TE KARYGODNE I SZKODLIWE.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

POKAZAŁEM, ŻE POTRAFIĘ PROMOWAĆ RÓŻNORODNOŚĆ, TOLERANCJĘ, DBAĆ O NAJUBOŻSZYCH, ALE TEŻ O DOBRE RELACJE Z INWESTORAMI I POZNAŃSKIMI PRZEDSIĘBIORCAMI, KTÓRZY TWORZĄ ATRAKCYJNE MIEJSCA PRACY DLA POZNANIAKÓW.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?
Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać. Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie.

ARMIA MUSI BYĆ NIEZALEŻNA OD POLITYKÓW. POSPOLITYM RUSZENIEM I WOT NIE OSIĄGNIEMY TEGO, CO MOŻNA OSIĄGNĄĆ PROFESJONALIZMEM I JAKOŚCIĄ.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.
Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?
Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak.

PREZYDENT MUSI DZIAŁAĆ W ZGODZIE Z PRAWEM. JEST STRAŻNIKIEM KONSTYTUCJI, WIĘC JEST OSTATNIĄ OSOBĄ, KTÓRA MOŻE POZWOLIĆ SOBIE NA ŁAMANIE PRAWA, NAWET JEŚLI JEST MU TO POLITYCZNIE WYGODNE.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.
Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

POKAZAŁEM, ŻE MOŻNA MIEĆ WŁASNE ZDANIE, NAWET GDY TO NIE SPRZYJA DOBRYM SONDAŻOM. TAK BYŁO CHOCIAŻBY W PRZYPADKU MOJEGO UDZIAŁU W MARSZU RÓWNOŚCI. W POZNANIU MOGĄ CZUĆ SIĘ DOBRZE WSZYSCY, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAKIEGO SĄ WYZNANIA, KOLORU SKÓRY CZY POGLĄDÓW POLITYCZNYCH.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO. Platforma pokazała zdecydowaną twarz oraz że nie boi się jasno głosić swoich poglądów. Pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?
Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.

SĄDZĘ, ŻE NA PRZESTRZENI 5-6 LAT DOJDZIE DO ROZWIĄZAŃ, KTÓRE FUNKCJONUJĄ W PAŃSTWACH CHADECKICH, NP. W NIEMCZECH, GDZIE NIE MA ABORCJI TRAKTOWANEJ JAKO ŚRODEK ANTYKONCEPCYJNY, ALE JEST OPIEKA I TROSKA WOBEC KOBIET, KTÓRE ROZWAŻAJĄ PODJĘCIE TEJ DRAMATYCZNEJ DECYZJI.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?
Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.

ZGŁOSIŁEM SWOJĄ KANDYDATURĘ W KOPERCIE, DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK ZROBIŁA TO MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA. PYTAŁEM JĄ O TO.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?
Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy Prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W POLSCE JEST WIELE OSÓB, KTÓRYM NIE UDAŁO SIĘ W ZWIĄZKACH MAŁŻEŃSKICH PRZETRWAĆ I O TYM TEŻ TRZEBA JASNO MÓWIĆ. NAJWAŻNIEJSZE, ABY DBAĆ O DZIECI I NAWZAJEM SIĘ SZANOWAĆ. WYDAJE MI SIĘ, ŻE MAM ZE SWOJĄ BYŁĄ ŻONĄ LEPSZE RELACJE, NIŻ W NIEJEDNYM MAŁŻEŃSTWIE, KTÓRE TRWA.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.
Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

„Były media i błysk fleszy” napisała Krystyna Pawłowicz o ślubowaniu do TK w Belwederze. Ale kancelaria prezydenta nie opublikowała nawet pół zdjęcia Dudy z Pawłowicz i Stanisławem Piotrowiczem. Prezydencki minister twierdzi – wbrew wielu faktom, które przedstawiamy – że nominacje do TK odbywają się zawsze bez mediów. Czego się boi prezydent?

Już od kilku dni Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina są sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Uroczyste ślubowanie złożyli Prezydentowi RP w czwartek, 5 grudnia 2019.

Sejm wybierał Piotrowicza i Pawłowicz – wiernych żołnierzy PiS – na oficjalnie bezstronnych sędziów TK. Na nic zdały się apele ekspertów prawnych, wskazujących dodatkowo, że w efekcie „reform” sądownictwa oboje są do Trybunału za starzy. Na nic apele opozycji, by nie wybierać do TK byłego prokuratora z czasów PRL.

Wybór Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny do TK to kolejny gwóźdź do trumny niezależnego Trybunału, który pod rządami PiS stał się marionetkowym organem władzy.

„Były media i błysk fleszy. A teraz służba Polsce” – napisała 5 grudnia na Twitterze sędzia Pawłowicz.

Jest tylko jeden problem: nie wiadomo jakie media i czyje flesze miała na myśli. Relacji fotograficznej i wideo ze ślubowania nie udostępniły na swoich stronach ani Trybunał Konstytucyjny, ani Kancelaria Prezydenta. Przebiegu uroczystości nie zrelacjonowały też żadne media, nawet te prorządowe.

Ale odkładając żarty na bok – wygląda na to, że mamy kolejny, po listach poparcia członków nowej KRS, sekret państwa PiS.

Lakoniczny TK

Wydarzenie odnotowano krótko na stronie Trybunału.

„5 grudnia 2019 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Pan Andrzej Duda odebrał ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Pani Krystyny Pawłowicz, Pana Stanisława Piotrowicza oraz Pana Jakuba Steliny” – czytamy w komunikacie opatrzonym jedynie zdjęciem… budynku TK przy al. Szucha w Warszawie.

To sytuacja wyjątkowa. Zakładka „Wydarzenia” w witrynie TK obfituje w informacje o uroczystościach, wykładach, spotkaniach zorganizowanych w Trybunale i z udziałem np. prezes Julii Przyłębskiej. Zwykle są one opatrzone kilkoma, kilkunastoma fotografiami.

Dość rozpaczliwą próbę wyjaśnienia utajnienia ślubowania Pawłowicz i Piotrowicza przedstawił prezydencki minister Błażej Spychalski:

We wrześniu 2017 roku ślubowanie składał nowo wybrany sędzia TK Justyn Piskorski (zastąpił zmarłego Lecha Morawskiego). Na stronie Trybunału mogliśmy przeczytać krótką biografię sędziego i zobaczyć kilka zdjęć ślubowania autorstwa fotografa z Kancelarii Prezydenta Macieja Biedrzyckiego.

Zdjęcia pokazano także po ślubowaniach sędziów Andrzeja Zielonackiego i Mariusza Muszyńskiego w czerwcu i lipcu 2017.

„Były media i błysk fleszy”

Na stronie prezydenta Andrzeja Dudy pojawiła się zaledwie lakoniczna wzmianka, że ślubowanie 5 grudnia miało miejsce.

Zabrakło fotografii, co dziwi zwłaszcza, gdy przyjrzymy się barwnej relacji z zaprzysiężenia nowej minister sportu z tego samego dnia. Ślubowanie Justyna Piskorskiego w 2017 roku opatrzono pięcioma zdjęciami oraz obszernymi cytatami z przemówienia Andrzeja Dudy. Okolicznościowe wystąpienie prezydenta opublikowano też na stronie jako filmik. Można oglądać je do dziś.

Duda miał przemawiać także na uroczystości 5 grudnia 2019. O „ważnym przemówieniu na temat wymiaru sprawiedliwości” pisała na swoim Twitterze Krystyna Pawłowicz. Jej „relacja” to w zasadzie jedyne, co wiemy na temat przyjęcia, które odbyło się w Belwederze.

Była posłanka podkreśla, że „były media i błysk fleszy”, w tym obsługa z Kancelarii. Dlaczego zatem zdjęcia nie pojawiły się na stronie prezydent.pl?

Jakub Szymczuk, osobisty fotograf Andrzeja Dudy, miał być w tym czasie na urlopie. Ale wydarzenia z udziałem prezydenta RP relacjonują także m.in. Maciej Biedrzycki i Grzegorz Jakubowski.

Prawo do informacji

Sprawa wyglądała tajemniczo, a media zaczęły dopytywać, dlaczego żadne fotografie ze ślubowania nie ujrzały światła dziennego. Zainteresowanych uspokajał rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel.

„W tajemnicy to jakby ktoś się spotykał z kimś […] na stacji benzynowej albo pod śmietnikiem czy na cmentarzu i tam coś ustalał. […] Belweder, siedziba prezydenta, trudno mówić, że jest okryty mgiełką tajemnicy. Zresztą od wczoraj wszyscy o tym mówią, więc z tą tajemniczością bym nie przesadzał” – tłumaczył w „Graffiti” Polsat News w piątek 6 grudnia.

Takie tłumaczenia nie usatysfakcjonowały jednak części komentujących, a w internecie pisano kolejnej, po listach poparcia do KRS, cegiełce do „niejawnego” państwa PiS. Marek Tatała, prawnik i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) Leszka Balcerowicza, zwrócił się do prezydenta z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej.

Bo art. 61 ust. 1 Konstytucji daje obywatelom prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. O prawie tym mówi także art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej.

We wniosku FOR domaga się ujawnienia:

  • imion i nazwisk osób publicznych, a zwłaszcza przedstawicieli władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, które wzięły udział w uroczystości;
  • czy podczas ślubowania dokonywano rejestracji obrazu i dźwięku za pomocą zdjęć lub nagrań wideo;
  • wyżej wymienionych zdjęć i nagrań, jeżeli takie powstały;
  • treści przemówienia Andrzeja Dudy;
  • informacji, jakie media brały udział w ślubowaniu.

Na odpowiedź Kancelaria Prezydenta ma 14 dni, chyba że skorzysta z możliwości wydłużenia terminu do dwóch miesięcy. Marek Tatała zapowiedział, że poda ją do publicznej wiadomości.

Co wypada Prezydentowi

Dlaczego Kancelaria Prezydenta tym razem nie pokazała zdjęć ze ślubowania? Najpewniej chodzi o wizerunek Andrzeja Dudy, który w kampanii wyborczej podlega szczególnej ochronie.

Popularność Dudy jest wciąż wysoka, ale walka o prezydenturę będzie zacięta. Zwycięstwo w wyborach będzie zależeć od tego, czy uda mu się przekonać opinię publiczną, że jest „kandydatem zgody” i „mężem stanu”. Prezydent musi unikać kontrowersji, a taką z pewnością byłyby serdeczne ujęcia z „żołnierzami” PiS Piotrowiczem i Pawłowicz.

Zwłaszcza, że pod względem „sympatyczności” Dudzie wyrosła ostatnio poważna i nieco bardziej autentyczna konkurencja.

Z relacji Krystyny Pawłowicz wiemy, że prezydenckie przemówienie 5 grudnia dotyczyło sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Duda dał ostatnio próbkę tego, jak postrzega tę sytuację. Na spotkaniu 20 listopada w Brojcach, dzień po przełomowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, wykrzyczał nienawistną tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

Prezydent wspominał m.in. o potrzebie dokończenia dekomunizacji w polskich sądach. Niedługo potem odebrał ślubowanie na sędziego TK – kluczowego organu władzy sądowniczej w Polsce – od byłego komunistycznego prokuratora. Taka niekonsekwencja może nie spodobać się umiarkowanym wyborcom.

„Prezydent Duda boi się Polaków, natomiast jeszcze bardziej boi się prezesa Kaczyńskiego” – komentowała Małgorzata Kidawa-Błońska, wicemarszałek Sejmu z ramienia KO.

„Jest trzech kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy czekają na objęcie tych funkcji od lat. Pan Prezydent nie zaprzysięga ich, natomiast zaprzysięga nowych, mówiąc, że nie może nie zaprzysiąc” – powiedziała I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

Macierewicz wyciąga kasę państwową dla swego młodego przyjaciela

9 Gru

Premiera „Szczerze” Donalda Tuska 12 grudnia. Już dziś publikujemy fragmenty bardzo osobistych dzienników byłego przewodniczącego Rady Europejskiej i obecnego szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

Książka autorstwa Donalda Tuska ma formę osobistego dziennika. Są to zapiski z lat 2014-2019 uzupełnione i wzbogacone późniejszymi przemyśleniami. Były premier Polski opisuje kolejne dni na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej (czy, jak woli jego wnuk, Króla Europy). Relacjonuje spotkania z Angelą Merkel, Petrem Poroszenką, Francois Hollande’em, Barackiem Obamą czy Davidem Cameronem. Ujawnia kulisy narad na szczytach europejskich władz. Możemy wraz z nim śledzić m.in. pierwsze przymiarki do referendum brexitowego czy narastający konflikt w UE w sprawach dotyczących sankcji na Rosję, wsparcia dla Ukrainy oraz kryzysu w Grecji. Tusk dużo miejsca poświęca też swoim bliskim i sprawom polskim, do których jako szef RE musiał zachowywać dyplomatyczny dystans.

Poniżej pierwsze fragmenty książki Donalda Tuska. Premiera książki zaplanowana jest na 12 grudnia, a 14 grudnia w sobotę w Centrum Premier Czerska 8/10 odbędzie się spotkanie z autorem.

NIEDZIELA, 13 STYCZNIA 2019

Przez cały dzień pracujemy z Junckerem nad listem do Theresy May. Zapewniamy w nim – na jej prośbę – że będziemy gotowi na podpisanie withdrawal agreement natychmiast, jak tylko zostanie przegłosowany przez Izbę Gmin. Dodajemy też kilkanaście zdań, które mają „osłodzić” backstop i uczynić go strawnym dla brytyjskich posłów.

W domu jestem tuż przed dwudziestą. Nagle dzwoni telefon. To Michał. Mówi coś, co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. W czasie „Światełka do nieba”, gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ktoś zaatakował nożem Pawła Adamowicza. Jeszcze nie wiadomo, czy jest ciężko ranny. „Nie, na pewno wszystko będzie dobrze” – odpowiadam. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Włączam TVN 24, reporterka wyraźnie zdenerwowana, widać, jak odjeżdża karetka. Po chwili znowu dzwoni Michał. Mówi, że sytuacja jest jednak poważna.

Całą noc telefony. Gosia jest w kontakcie z Piotrem Adamowiczem, bratem Pawła, rozmawia z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu, który w szpitalu czeka na wieści od lekarzy. Około trzeciej nad ranem telefon od Piotra. Rozumiem, że jest bardzo źle. Coś mnie chwyta za gardło. Zaczynam ryczeć jak dziecko.

Na wszystkich portalach Paweł mówiący do zebranych ludzi tuż przed atakiem:

Gdańsk jest szczodry. Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności.

I to światełko w jego ręku… Zasypiam po czwartej.

PONIEDZIAŁEK, 14 STYCZNIA 2019

Od rana cała polska ekipa w moim gabinecie. Mówię im, czego się dowiedziałem od Piotra Adamowicza: stan jest krytyczny, Paweł może nie przeżyć. Ktoś dopowiada, że podobno lekarze podtrzymują go przy życiu dzięki aparaturze po to, by żona, która leci ze Stanów, zdążyła go jeszcze zobaczyć.

Dzwonią z Gdańska, że mieszkańcy będą się zbierać po południu pod Dworem Artusa, żeby się modlić za Pawła i na znak solidarności z nim i jego rodziną. „Przecież nie będę tu siedział jak idiota i czekał na telefony” – pomyślałem. Dwie godziny później byłem już na lotnisku.

Tuż przed odlotem odbieram jeszcze jeden telefon od Wojtka Dudy. „To chyba koniec” – mówi. Na lotnisku w Gdańsku dziwna cisza. Twarze smutne, wściekłe, przestraszone. „Prezydent nie żyje” – mówi oficer ochrony, potwierdzając najgorsze. Jedziemy w kierunku Długiej, setki samochodów w tym samym co my kierunku, tkwimy w wielokilometrowym korku. Gdańszczanie tego wieczora chcą być razem.

Stoimy na przedprożu Dworu Artusa. Wałęsa, Borusewicz, Dulkiewicz. Przed nami morze głów; gdańskie, polskie, europejskie flagi. Ola z Wałęsą proszą, żebym coś powiedział do ludzi, ale jak tu mówić z czarną pustką w głowie, kiedy chce się płakać, milczeć albo wyć. Mówię kilka zdań przez ściśnięte gardło, trzęsąc się z zimna albo z emocji. Z głośników słychać „The Sound of Silence” i już nikt nie kryje łez.

Więcej Tuska tutaj >>>

Tak wynika z informacji, do których dotarł onet.pl. A odbywa się to za pośrednictwem amerykańskiej firmy White House Writers Group, która została wynajęta przez Polską Fundację Narodową, aby poprawiała wizerunek Polski w USA. Płacą za to wszyscy podatnicy, bo na budżet PFN – powołanej przez PiS – składają się kontrolowane przez partię rządzącą spółki skarbu państwa.

Onet dotarł do raportu finansowego WHWG. Było to możliwe tylko dzięki skorzystaniu z amerykańskiego prawa, które obliguje wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na prywatne osoby do składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych z zagranicy. Sama PFN nie chciała ujawnić rozliczeń z WHWG.

Z najnowszego raportu WHGW, obejmującego okres od maja do października tego roku, wynika, że Amerykanie otrzymali ponad 1,2 mln dol., czyli ponad 4,5 mln zł. Z tych pieniędzy sfinansowano wydatki Edmunda Jannigera, młodego byłego doradcy Antoniego Macierewicza. Jak donosi onet.pl, za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł).

Janniger nie zamierza się z tego tłumaczyć i wynajął kancelarię prawną, której przedstawiciel zaczął grozić dziennikarzowi Onetu. Mecenas Richard S. Gordon twierdzi, że „Minister Macierewicz poprosił naszego klienta [czyli Jannigera], aby towarzyszył mu w podróży do Chicago i podczas tego wydarzenia, co Pan Janniger zrobił w ramach swoich obowiązków służbowych”.

Tym wydarzeniem była konferencja, którą WHWG zorganizowała za pieniądze PFN. Odbyła się w luksusowym hotelu Blackstone. Według onet.pl, to tam prawdopodobnie nocowali Macierewicz i Janniger. W sumie podczas tej konferencji na samo tylko jedzenie i picie poszło ponad 9 tys. dolarów (35 tys. zł), choć trwała ona zaledwie 90 min.

Onet przypomina, że Macierewicz od dawna nie jest już szefem resortu obrony. W jakim więc charakterze z szeregowym posłem, którym Macierewicz jest w tej chwili, podróżował Janniger? Pojawia się także pytanie, co miał na myśli jego adwokat, pisząc o „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza.

Na wtorek zapowiedziana jest konferencja prasowa NIK. Jak podejrzewają dziennikarze, zostanie na niej przedstawiony raport, dotyczący nieprawidłowości związanych z działalnością Funduszu Sprawiedliwości, działającego pod kuratelą Zbigniewa Ziobry, a za tym ma pójść informacja o złożeniu zawiadomień „do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Ma ich być co najmniej kilkanaście”.

O sytuacji w Funduszu NIK informowała już w ubiegłym roku, zarzucając wydanie milionów „złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia”.

Wówczas partia rządząca podeszła do raportu NIK-u dość beztrosko, sugerując, że prace Izby budzą wiele wątpliwości i są nierzetelne, bo przecież na czele tej instytucji stoi nie związany z PiS-em Krzysztof Kwiatkowski. W tej sytuacji trudno więc mówić o wiarygodności i obiektywizmie kontrolerów.

Pytanie, jak teraz PiS będzie tłumaczył raporty, które mogą być przedstawione jutro, na konferencji. Zarówno ten, dotyczący właśnie Funduszu Sprawiedliwości oraz dwa kolejne, związane z aferą GetBack oraz z działalnością Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) mogą być dla partii rządzącej bardzo niewygodne i trudne do schowania pod dywan.

Jedno jest pewne. Banaś tak jak obiecywał, nie podda się bez walki. Ciekawe, ile jeszcze przed nami odsłon tego konfliktu?

Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie

Nie chcę straszyć, ale naprawdę jest się czego bać. Orzeczenie sędziów Izby Pracy Sądu Najwyższego, którym Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej powierzył zbadanie legalności działania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej SN,  nie zakończył sporu o legalność „dobrej zmiany” w sądownictwie, a przeciwnie, otworzył bezwiednie nowy etap eskalacji bezprawia. W najgorszym, ale jak najbardziej realnym scenariuszu, może się on zakończyć chaosem w gigantycznej skali i prawną anarchią, która nie raz już bywała pretekstem do przejęcia pełni władzy przez grupę trzymającą tę władzę w garści, a naród za pysk, albo do dyktatury pojedynczego despoty, sprawującego oczekiwane przez naród rządy silnej ręki.  Jest przy tym oczywiste, że pierwszą decyzją każdej autokratycznej władzy będzie wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS idzie na zderzenie czołowe. Wyrok Sądu Najwyższego to dla tej partii niewiążąca opinia. Funkcjonariusze PiS bajdurzą, że orzeczenie jest sprzeczne z Konstytucją, że kłóci się z zasadą nieusuwalności sędziów, że jedni sędziowie nie mogą usuwać drugich – tyle tylko, że nikt nie usuwa sędziów, bo ludzie skierowani przez władzę wykonawczą do KRS i ID sędziami wcale nie są! Równie bzdurny jest argument, że wyrok dotyczy tylko jednostkowej sprawy, z powodu której sędziowie Izby Pracy zwrócili się o opinię do TSUE. Przewodniczący KRS Leszek Mazur oświadczył, że wyrok Izby Pracy Sądu Najwyższego nie będzie miał konsekwencji dla funkcjonowania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. To nieprawda. Listopadowy wyrok unijnego trybunału, zrealizowany przez polski Sąd Najwyższy,  wiąże każdy sąd w kraju, od SN do szeregowego sędziego sądu powszechnego, także Izbę Dyscyplinarną, KRS, prezydenta, premiera, ministra sprawiedliwości, rzeczników dyscyplinarnych – wszystkich.  Tymczasem KRS, który zgodnie z wyrokiem nie daje wystarczających gwarancji niezależności od organów władzy ustawodawczej, uznał, że wyrok SN go nie dotyczy i obraduje w najlepsze. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, która nie jest sądem w rozumieniu prawa UE – a przez to i prawa krajowego, odebrała właśnie immunitet warszawskiej prokuratorce Justynie Brzozowskiej za odmowę „trałowania” w lipnej sprawie reprywatyzacyjnej, zapowiadając, że na wokandzie ma aktualnie trzynaście kolejnych rozpraw przeciw protestującym sędziom i prokuratorom.

W normalnym kraju premier z ministrem sprawiedliwości natychmiast usiedliby do przygotowania nowej ustawy o KRS. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej, KRS oraz nominowani przez KRS, zakończyliby orzekanie, a do społeczeństwa dotarłaby wiadomość, że sprawy kierowane do sądów, które sądami nie są, rozpatrywane nie będą. Ale Polska od dawna nie jest normalnym krajem, mimo zaklęć premiera furt wzywającego do normalności – samego siebie zapewne. Cokolwiek bezradnie zabrzmiało oświadczenie Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, wzywającą „parlament, rząd, prezydenta do tego, żeby dostosowali nasze prawo do standardów unijnych, bo przecież te standardy unijne zostały przez Polskę zaaprobowane, podpisane i to są nasze standardy”. – No i co z tego?! – usłyszałaby prezes Gersdorf w odpowiedzi, gdyby ktokolwiek z rządzących zechciał jej odpowiedzieć.

Widać wyraźnie, że PiS idzie na czołówkę z sędziami, trybunałem europejskim, Unią, polską racją stanu i zdrowym rozsądkiem. Idzie z fanfarami, sztandarami, narodowymi hasłami i z Gowinem, który zamykając pochód pali za sobą mosty (pali, ale się nie zaciąga).  Co takiego stało się z wymiarem sprawiedliwości, ze trzeba go wysadzić w powietrze? Dlaczego PiS chce rządzić i egzekwować prawo na gruzowisku? Argumenty, którymi próbuje przekonać Polaków, a co gorsza również zagranicznych partnerów, są najzwyczajniej durne, a często także śmieszne. Dociera to nawet do niektórych funkcjonariuszy władzy, którzy nie mówią już, że reforma ma skrócić sądowe procedury, bo wszyscy widzą, ze sprawy wloką się teraz znacznie dłużej.  Minister Ziobro nie opowiada już o sędzim – zbrodniarzu, który poważył się wziąć w sklepie część do wiertarki i nie zapłacić, ani o byłym sędzi niezrównoważonym psychicznie, który ukradł spodnie. Ale nie przestał bredzić dlatego, że ledwie kilka takich przypadków, które zdarzyły się wśród 10 tys. sędziów w ciągu kilkunastu lat, to wręcz powód do zawodowej dumy.

Ziobro ma wiele powodów, by o tym milczeć. Wyliczmy kilka najświeższych. Afera Misiewicza, aresztowanego za łapówki w zamian za wpływy w rządzie i biznesie. Afera KNF z prezesem Chrzanowskim, prezesem Glapińskim i bliskimi Mariusza Kamińskiego w rolach głównych. Afera związana z ukrywaniem majątku premiera Morawieckiego, przepisanego na żonę. Afera sponsorującej PiS piramidy finansowej Get Back, w której Polacy utopili trzy razy więcej pieniędzy niż w Amber Gold. Afera Polskiej Fundacji Narodowej, która miała „pokazywać Polskę piękną, przyjazną i ambitną”, a wykonała kampanię szkalującą sędziów, która za prawie milion euro kupiła biało-czerwony jacht stojący od pół roku w porcie USA ze złamanym masztem oraz zapłaciła amerykańskiej firmie piarowej 5,5 mln USD za promocję na profilach obserwowanych przez kilkadziesiąt osób. Afera b. marszałka Sejmu Kuchcińskiego, który zarzekał się, że z transportu lotniczego korzysta sam, incydentalnie i tylko w sprawach niecierpiących zwłoki, a w rzeczywistości odbył 135 podróży, zabierając na pokład luksusowego gulfstreama żonę, synów i córkę oraz kolegów z PiS i partyjnych działaczy samorządowych. Afera hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy pod wodzą wiceministra Łukasza Piebiaka szkalowali sędziów przeciwnych dobrej zmianie. Afera z „taśmami prawdy” Jarosława Kaczyńskiego, planami budowy dwóch wież, tajemniczym udziałem księdza Sawicza, który miał wziąć łapówkę, z oskarżeniem Kaczyńskiego o oszustwo i dziwnej reakcji prokuratury. I wreszcie afera Banasia, który mimo toczącego się przeciw niemu śledztwu został prezesem NIK. I jeszcze towarzysząca mu afera mafii VAT, której Zbigniew Ziobro długo szukał i w końcu znalazł – u siebie w ministerstwie.

I tak dysponentom koszmarnej zmiany pozostał już tylko jeden dowód degrengolady stanu sędziowskiego, wymuszający natychmiastowe drastyczne decyzje: SĘDZIOWIE TO KOMUCHY!  Niemal na każdym spotkaniu w terenie prezydent Duda łamiącym się głosem biada nad stanem polskiego sądownictwa przesiąkniętego wrażą ideologią i gromko wygraża postkomunistom ukrywającym się wśród sędziów, ze szczególnym uwzględnieniem ich głównego sztabu – Sądu Najwyższego.  Prezydentowi wtóruje premier, sypiąc z rękawa coraz to nowymi liczbami opisującymi rozmiar komuszego zagrożenia w wymiarze sprawiedliwości. Solistą tego chóru jest szeregowy poseł Kaczyński – autor „komunistów i złodziei”, „sędziowskiej kasty”, „bezkarnych synekur”, „ojkofobii, czyli nienawiści sędziów do własnego narodu” i kilku jeszcze bonmotów. Funkcjonariusze władzy rozgłaszają te i podobne bzdury na cztery strony świata nie zważając, że przed chwilą jeszcze odsądzali od czci i wiary każdego, kto o polskich kłopotach ledwie wspomniał za granicą.  Opowiadają swoje dyrdymały nie zważając, że myślący słuchacze, w tym wszyscy zagraniczni, dawno sprawdzili, jak jest naprawdę z tymi polskimi sądami splamionymi miazmatami komuny.  A jak jest?

PREZYDENT DUDA KŁAMIE. PREMIER MORAWIECKI KŁAMIE. POSEŁ KACZYŃSKI KŁAMIE.  Bo nawet Biuro Komunikacji i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości informuje, że w obecnym składzie Sądu Najwyższego nie ma nikogo, kto byłby w tym sądzie w poprzednim ustroju, na 101 orzekających w SN, żaden nie czynił tego przed 1989 rokiem. Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie. Podobne proporcje dotyczą byłych członków PZPR. Ciekawostką jest, że to samo biuro nie dysponuje danymi dotyczącymi Izby Dyscyplinarnej KRS oraz powołanymi na podstawie ustawy z grudnia 2017.

Mimo to Kaczyński, Ziobro, Duda i Morawiecki chórem wciskają Polakom i światu, że sądownictwo trzeba wywrócić do góry nogami, bo pełne jest komunistycznych złogów. Sugerują, że aktywiści PZPR dzielą się na przyzwoitych popierających PiS, którzy zapisali się do partii, by rozwalać komunę od środka – i na zatwardziałych postkomunistów, których należy eliminować z publicznych zawodów. Najgorszym sortem wśród nich są sędziowie, bo nie dość, że nie pomagają reformować kraju, to jeszcze przeszkadzają w tym zbożnym dziele pod pretekstem, że władza narusza praworządność.   Nie rozumieją, że władza jest praworządna z definicji, a legalnie wybranym wolno tworzyć prawo wedle swego uznania. Tacy sędziowie są po prostu kastą, która postawiła się ponad władzą PiS. To ten najgorszy sort komuchów, którzy zbierają się nocami czytając manifest komunistyczny i nucąc Międzynarodówkę.

Ciekawe, czy takie argumenty, które mają dowieść słuszności demolki w sądownictwie i usprawiedliwić wojnę wypowiedzianą Trybunałowi Sprawiedliwości UE, Sądowi Najwyższemu i niezawisłym sędziom sądów powszechnych, zwolnią obecnie rządzących od przyszłej odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej.

Uniwersytet Warszawski właśnie rozpoczął akcję „UW gratuluje Oldze Tokarczuk”. I pokazał zdjęcie noblistki z jej dyplomu ukończenia studiów.

Kaczyński, Duda, Banaś – pisowskie poplątanie z pomieszaniem

6 Gru

„Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński. Niestety, z niedawnych badań wynika, że nierówności dochodowe w Polsce należą do najwyższych w Europie

Rosnące nierówności dochodowe i majątkowe to jeden z najważniejszych tematów ekonomicznych i politycznych ostatnich lat. Na Zachodzie, bo w Polsce z wyjątkiem pozaparlamentarnej (do niedawna) lewicy mało kto interesował się problemem. Listopad 2019 przejdzie do historii jako miesiąc, w którym politycy rządzący naszym krajem nareszcie go zauważyli.

I od razu rozwiązali.

“Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński w opublikowanej 26 listopada rozmowie z „Gazetą Polską”.

Prezes PiS musiał zaczerpnąć tę tezę od premiera Mateusza Morawieckiemu, który w exposé tydzień wcześniej mówił, że obecnie w Polsce „poziom nierówności jest taki, jak w Danii, a niższy niż przeciętnie w Europie. Niższy niż we Francji, w Niemczech, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii”.

Czy te twierdzenia mają coś wspólnego z rzeczywistością?

„Takie wnioski płyną z oszacowań opartych na danych nieskorygowanych o dochody najbogatszych” – tłumaczy OKO.press dr Paweł Bukowski z London School of Economics, ekonomista zajmujący się badaniem nierówności w Polsce i Europie. „W moim badaniu z Filipem Novokmetem pokazujemy, że po uwzględnieniu dochodów bogatych, Polska po 2003 r. doświadczyła bardzo dużego wzrostu nierówności.

Lokuje to nas to wśród najbardziej nierównych krajów Unii Europejskiej, takich jak Niemcy czy Wielka Brytania”.

Skąd ten Gini

Na pozór sprawa jest prosta – aby porównać poziom nierówności w różnych krajach, wystarczy spojrzeć na zestawienie wartości współczynnika Giniego.

To powszechnie stosowana miara nierówności dochodowych. Przybiera wartość między 0 a 1. Wartość 0 wskaźnik osiągnąłby, gdyby wszystkie osoby miały ten sam dochód. Wartość 1 – gdyby wszystkie osoby poza jedną miały zerowy dochód. (Niekiedy wskaźnik mnoży się przez 100, wówczas przyjmuje on wartość od 0 do 100).

Zatem: im wyższa jest wartość wskaźnika, tym większe nierówności dochodowe.

Eurostat publikuje tabele ze współczynnikiem Giniego dla wszystkich państw UE. Co z nich wynika?

W najświeższym zestawieniu z 2018 rokiem współczynnik w Polsce miał wartość 27,8 i faktycznie lokuje nasze społeczeństwo w gronie względnie równych. Dokładnie taki sam poziom nierówności jest w uchodzącej za egalitarną Danii (to dlatego Morawiecki wspomniał ją w exposé). Wyprzedza nas 9 krajów, „najrówniejszym” z nich jest Słowacja ze wskaźnikiem Giniego wynoszącym zaledwie 20.9.

Czy zatem wszystko jest w porządku i możemy rozejść się do domów w tej naszej słowiańskiej Skandynawii?

Niestety nie.

Gdzie są bogaci?

Eurostat czerpie swoje dane z badań ankietowych w poszczególnych krajach (w Polsce przeprowadza je GUS w badaniu budżetów gospodarstw domowych). Tymczasem ekonomiści wskazują, że taka metoda wiąże się z niedoszacowaniem gospodarstw domowych o najwyższych dochodach.

Chodzi przede wszystkim o losowość próby – prawdpodobieństwo, że w badaniu ankietowym trafimy na osoby o bardzo wysokich dochodach, jest niewielkie. A bez nich nie możemy poprawnie określić poziomu nierówności w całym społeczeństwie. To tak, jakbyśmy pisali książkę o współczesnej polskiej polityce i ani słowem nie wspomnieli o Jarosławie Kaczyńskim. Co gorsza, ludzie wprost pytani w ankietach o dochody często je zaniżają – zwłaszcza jeśli są wysokie.

Podsumowując: wyniki sondażowe zaniżają dochody najbogatszych, a zatem również wskaźniki nierówności. Jak więc zbadać faktyczny poziom nierówności?

Fiskus widzi więcej

Nowoczesnym rozwiązaniem jest uzupełnienie danych z ankiet o dane administracyjne z zeznań podatkowych. Te ostatnie znacznie lepiej pokazują, co – pod względem dochodów – dzieje się w górnych 10 proc. społeczeństwa.

W październiku 2017 artykuł takie szacunki nierówności w Polsce opublikowali Paweł Bukowski z London School of Economics i Filip Novokmet z Uniwersytetu w Bonn i Paris School of Economics. Wyniki odbiły się szerokim echem – tak szerokim, że powinni o nich słyszeć i Morawiecki i Kaczyński (skądinąd czytelnik książek Thomasa Pikettego).

Badanie pokazało bowiem, że ponad 13 proc. całkowitego dochodu w 2015 roku trafiało w Polsce do zaledwie 1 procenta najbogatszych. Od początku transformacji owoce wzrostu gospodarczego w dwukrotnie większej części trafiły do tej bardzo wąskiej grupy niż do całej mniej zamożnej połowy społeczeństwa.

W konsekwencji – jak tłumaczył Bukowski na łamach „Krytyki Politycznej”:

„Polska znajduje się obecnie wśród najbardziej nierównych krajów Unii Europejskiej, takich jak Niemcy (procent najbogatszych zarabia tam 13 procent dochodu) czy Wielka Brytania (14 proc.). Rozwarstwienie dochodów w Polsce jest nie tylko większe niż we Francji (11 proc.) czy Szwecji (9 proc.), ale również na Węgrzech (10 procent) czy w Czechach (9 proc.)”.

Na czym polega rewolucyjność tych wyników? Wcześniej wierzono, że potransformacyjny wzrost gospodarczy był – mimo wszystkich głośnych problemów – w miarę egalitarny. Okazało się, że to fikcja.

W listopadzie 2019 ekonomiści Michał Brzeziński, Michał Myck i Mateusz Najsztub opublikowali artykuł na temat nierówności w Polsce, w którym zajęli się nierównościami w dochodzie rozporządzalnym – po odprowadzeniu podatków i składek. Tu także posłużono się danymi ankietowymi skorygowanymi o dane fiskalne.

Wg nieskorygowanych danych GUS współczynnik Polski wynosił w 2015 roku 30,1, co nie odbiegało średnia dla Unii Europejskiej. Skorygowany współczynnik Giniego jest dużo wyższy – w przedziale od 36,5 a 40,2.

Okazuje się też, że skorygowany wskaźnik nierówności jest w Polsce wyższy niż (również skorygowane) wskaźniki w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii – krajach o wysokich nierównościach.

Czyni to z nas jeden z najbardziej nierównych krajów UE.

Nawet jeśli (skorygowany, a nie tylko ankietowy) wskaźnik nierówności nieco spadł w ostatnich 4 latach, to nierówności i tak muszą pozostawać na niebezpiecznie wysokim poziomie.

Niesprawiedliwe podatki

Brzeziński, Myck i Najsztub wskazują na jeden z czynników – progresywność polskiego systemu podatkowego w 2015 była bardzo niska, prawdopodobnie najniższa we UE. Oznacza to, że podatki w Polsce nie służą redystrybucji.

W kontekście słów Kaczyńskiego warto przypomnieć, że od 2015 roku nasz system podatkowy nie zyskał szczególnie na sprawiedliwości.

Choć wprowadzono (raczej skromną) „daninę solidarnościową” – de facto trzeci próg podatkowy dla ludzi o ekstremalnie wysokich dochodach – to jednak nic nie zrobiono z największym przywilejem zamożnych, czyli funkcjonującą od 2005 roku możliwością liniowego opodatkowania jednoosobowych działalności gospodarczych.

W Polsce pracownica z płacą minimalną oddaje w podatku dochodowym i składkach znacznie większą część swojego dochodu niż przedsiębiorca zarabiający kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie.

Prof. Ewa Łętowska komentuje skutki wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego. I przestrzega: jeśli władze nie zastosują się do wyroku i nie podejmą się naprawy ustaw o SN i KRS, będzie to dodatkowym obciążeniem w sprawie skargi Komisji Europejskiej przeciwko Polsce

Komentarz prof. Ewy Łętowskiej po wyroku SN w sprawie III PO 7/18 z 5 grudnia 2019.

Sąd Najwyższy uzupełnił to, co zapoczątkował TSUE (w sprawach połączonych pytań prejudycjalnych C- 585/18, C-624/18, C- 625/18) w wyroku z 19 listopada 2019. Mamy już zatem kompletny wzorzec oceny niezależności i niezawisłości sędziowskiej; częściowo zbudował go już Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Stało się to w związku z koniecznością oceny, czy KRS jest organem niezależnym, a Izba Dyscyplinarna SN odpowiada kryteriom niezawisłego sądu. W obu tych kwestiach ocena wypadła niekorzystnie dla KRS i ID.

Kolejne dowody ingerencji w niezawisłość

TSUE sugerował wzięcie pod uwagę przy ostatecznej ocenie zarówno bieżącej praktyki, jak i tego, czy umacnia ona społeczne przekonanie o niezależności i niezawisłości ocenianych organów. Wydarzenia ostatnich tygodni, ze wzmożoną aktywnością organów dyscyplinarnych, niestety, dostarczyły kolejnych dowodów wkraczania środkami administracyjnymi albo quasi-politycznymi w sferę niezawisłości sędziowskiej.

Paradoksem jest, że tak KRS, jak i ID SN wręcz ułatwiły zadanie składowi sędziowskiemu w SN. Nie uznały bowiem za właściwe wstrzymać się z dotychczasowymi działaniami (opiniowanie nowych sędziów do SN, wyrok ID SN w sprawie sędzi Czubieniak).

Mieli rację pesymiści. Mamy do czynienia z granatem lub petardą. Wielu konstruktorów przygotowywało je przez kilkanaście miesięcy, a wyrok TSUE oznacza , że znów wróciły one na nasze podwórko.

Powstaje bowiem teraz problem jak zapobiec skutkom (zewnętrznym i wewnętrznym) dotychczasowego występowania składów sędziowskich, nie odpowiadających standardom niezależności i niezawisłości. Nie ma mowy o automatycznym podważeniu dotychczasowych wyroków czy nominacji sędziowskich en masse. Istnieje jednak prawdopodobieństwo ich kwestionowania poprzez wnioski wyłączeniowe i wznowieniowe.

Jak sądzę, na pierwszy ogień powinno pójść wznowienie sprawy s. Czubieniak (art. 540 § 3 k.p.k., w związku z wyrokiem TSUE i zakwestionowaniem standardu wymaganego przez art. 47 KPP wobec ID SN).

Groźba destabilizacji i dalszych podziałów

Jednak nie każda sprawa będzie tak oczywista; przeciwnie, należy się tu liczyć z kwestionowaniem rozstrzygnięć samych w sobie skądinąd poprawnych, wydawanych także przez inne sądy, także w kwestionowanych z uwagi na obsadę sądu. Groźna w tej sytuacji jest nie tylko destabilizacja wymiaru sprawiedliwości, ale i to, że badanie konkretnych, indywidualnych wypadków musi spowodować dalsze podziały i pogorszenie atmosfery w sądach.

Chaos, spowodowany nie przez sędziów, lecz fatalne obchodzenie się polityków z konstytucyjną zasadą podziału władz, staje się faktem, przed którym ostrzegano.

Wykonanie wyroku TSUE jest sprawą wszystkich organów państwowych w granicach ich kompetencji. Tego wymaga art. 4 ust. 3 TUE. Teraz, kiedy SN wyrokiem z 5.12. wykonał to, co do niego należało po uzyskaniu odpowiedzi na pytanie prejudycjalne, czas na naprawcze działania legislacyjne (KRS, konstrukcja SN).

Lojalne wykonywanie wyroków TSUE jest probierzem lojalnego wykonywania obowiązków traktatowych przez państwo-członka UE. A w Luksemburgu na rozpoznanie czeka sprawa C- 791/19; jej podstawą jest art. 258 TUE. To skarga Komisji Europejskiej na niewykonywanie obowiązków traktatowych w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Od polskich władz zależy, czy rozwój wydarzeń i realizacja wyroku SN III PO 7/18 wzmocni czy osłabi materiał dowodowy tej skargi.

Nie wiemy dokładnie, jak wyglądało czwartkowe ślubowanie trojga sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kancelaria Prezydenta nie chwali się zdjęciami, do Belwederu nie zaproszono też mediów. – To nie była uroczystość polityków, tylko sędziów. Na uroczystościach dotyczących sędziów zazwyczaj nie ma mediów – stwierdza w rozmowie z Gazeta.pl Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta.

W czwartek odbyło się ślubowanie nowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Jakuba Steliny. Jak już informowaliśmy, na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta pojawiła się jedynie krótka notka na ten temat. Natomiast ani w oficjalnych mediach społecznościowych prezydenta, ani na jego stronie nie można zobaczyć zdjęć z uroczystości, na którą nie zostały zaproszone media. – Cichcem, ukradkiem, prawie bez wiedzy mediów – takie rzeczy robi się, kiedy człowiek się wstydzi, kiedy chce to ukryć – komentowała w rozmowie z TVN24 Kamila Gasiuk-Pihowicz z Koalicji Obywatelskiej. Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził, że widocznie „prezydentowi to ciąży”.

Ślubowanie sędziów TK. Błażej Spychalski o uroczystości

Krystyna Pawłowicz na Twitterze pisała o „mediach i błysku fleszy” na uroczystości. Stwierdziła też, że prezydent wygłosił „ważne przemówienie na temat wymiaru sprawiedliwości”. O charakter uroczystości zapytaliśmy Błażeja Spychalskiego, rzecznika prezydenta. – To nie była uroczystość polityków,  tylko sędziów. Rano powoływano nową minister sportu i to było wydarzenie polityczne, więc z mediami. Na uroczystościach dotyczących sędziów zazwyczaj nie ma mediów, są natomiast przedstawiciele instytucji związanych z wymiarem sprawiedliwości – komentuje w Gazeta.pl Spychalski. – Tak też było i wczoraj. Byli reprezentanci TK, KRS, MS, PG, a także Marszałek Sejmu, osoby zaproszone przez Sędziów i przedstawiciele Kancelarii Prezydenta. To była standardowa uroczystość sędziowska – dodaje.

Ślubowanie w 2015 r. Zdjęcia są

Niewiadomych wokół uroczystości jest więcej. Od rzecznika nie dowiedzieliśmy się, o czym mówił Andrzej Duda. Nie wiemy też, o której godzinie odbyło się ślubowanie. Rzecznik na nasze pytanie odpowiedział: – Wczoraj po południu.

3 grudnia 2015 r. w nocy Andrzej Duda przyjmował ślubowanie od sędziów Trybunału – Henryka Ciocha, Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego i Piotra Pszczółkowskiego. Zdjęcia z uroczystości można obejrzeć na stronie prezydenta.

JUSTYNA KOĆ: Bez kamer i fleszy, po cichu prezydent zaprzysiągł nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Krystynę Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Jakuba Stelinę.

JERZY STĘPIEŃ: Zarówno pani prof. Pawłowicz, jak i pan Piotrowicz to bardzo reprezentatywne postaci dla tego środowiska politycznego, więc mnie to nie zaskakuje, choć dla pana prezydenta to była gorzka pigułka do przełknięcia, dlatego nie chciał mieć mediów na uroczystości. Wydaje mi się, że nie miał innego wyjścia i musiał ich zaprzysiąc.

NIE MÓGŁ POWTÓRZYĆ TEGO MANEWRU SPRZED 4 LAT, KIEDY ODMÓWIŁ ZAPRZYSIĘŻENIA 3 SĘDZIÓW PRAWIDŁOWO WYBRANYCH.

Dlaczego nie mógł?
Sam prezydent przyznał się, że czekał na decyzję polityczną, a ta została podjęta przez większość rządzącą, która zdecydowała, że ci sędziowie nie zostaną zaprzysiężeni i że zostanie uchylona uchwała Sejmu. Nastąpił nowy wybór sędziów, których prezydent zaprzysiągł. Skoro prezydent sam przyznał, że czekał na decyzję polityczną, to trudno to komentować. To pokazuje faktyczną pozycję prezydenta, który jest bardzo uzależniony od swojego zaplecza politycznego i widać, że jest na krótkiej lince. Na pewno w obliczu zbliżających się wyborów to pozycja bardzo niewygodna, ale “sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”, chciałoby się powiedzieć.

Jaki będzie TK z panią Pawłowicz i prokuratorem Piotrowiczem?
Ja powtarzam, że Trybunału już nie ma od dawna.

W MOMENCIE KIEDY PIERWSZE ORZECZENIE TK ZOSTAŁO ZLEKCEWAŻONE, SKOŃCZYŁA SIĘ NIEZALEŻNOŚĆ TK. WTEDY PRZESTAŁ PEŁNIĆ SWOJĄ FUNKCJĘ.

Konstytucja mówi, że wyroki TK są ostateczne, a okazało się, że rządzący powiedzieli, że nie są ostateczne, jeżeli nie są po ich myśli. W tej sytuacji musimy uznać, że nie ma Trybunału Konstytucyjnego. Mam nadzieję, że kiedyś dojdzie do postawienia przed Trybunałem Stanu, a także przed sądami osób odpowiedzialnych za to, bo bardzo łatwo wskazać winnych tego deliktu konstytucyjnego i jednocześnie przestępstwa urzędniczego.

Pan mówi, że TK już nie ma, a pan Kaleta komentując wyrok SN w sprawie KRS powiedział, że to TK jest sędzią ostatniego słowa.
Ale rządzący powiedzieli coś innego w grudniu 2015 roku i dobrze, żeby pamiętali, co zrobili z Trybunałem. Mają atrapę TK, jest budynek i pensje, to miejsce, gdzie można upchnąć ludzi, którzy przegrali wybory – co sam powiedział pan Lipiński, wiceprzewodniczący PiS – ale swojej funkcji nie pełni.  To najlepszy dowód, co rządzący sami uważają o TK i jak go traktują. Z punktu widzenia państwa TK nie ma już żadnego znaczenia. Właśnie trzech sędziów wybranych jeszcze przez poprzedni Sejm skończyło kadencję i okazuje się, że jeden z tych sędziów przez 3 lata nie był w ogóle dopuszczany do orzekania.

JAK MOŻNA MÓWIĆ O ISTNIENIU TRYBUNAŁU, KIEDY JEDEN Z SĘDZIÓW NIE JEST DOPUSZCZANY DO ORZEKANIA POD BYLE PRETEKSTEM?

A był on taki, że ponieważ prokuratura wniosła sprawę, że jego wybór był niewłaściwy, to on teraz będzie stronniczy w sprawach, w których występuje Prokurator Generalny, a ponieważ PG występuje we wszystkich sprawach, to pana sędziego Zubika odsunięto od orzekania. To logika schizofrenika.

SN orzekł, że neo-KRS nie może stać na straży praworządności sędziowskiej.
Bo nie stoi i to jest fakt. Gdyby chociaż przez moment czuli się odpowiedzialni za stan praworządności w Polsce, to KRS wzięłaby w obronę chociażby sędziego Juszczyszyna. Poszczególni członkowie KRS biorą go w obronę, jak rzecznik KRS sędzia Mitera czy wiceprzewodniczący neo-KRS sędzia Johann, ale nie stać było tego organu, aby podjąć uchwałę w obronie tego sędziego czy innych. Przypomnę, że sędziowie są szykanowani dziś za to, że wydają orzeczenia. Są przecież w prawie polskim specjalne procedury, które określają, w jaki sposób można polemizować z orzeczeniami, wręcz je uchylać, natomiast tutaj nic takiego się nie stało.

KRS NIE STANĘŁA ANI RAZU – MOIM ZDANIEM – W OBRONIE PRAWORZĄDNOŚCI I NIEZAWISŁOŚCI SĘDZIOWSKIEJ. TO NAJLEPSZY DOWÓD, ŻE NIE SPEŁNIA SWOJEGO KONSTYTUCYJNEGO ZADANIA, A NIE SPEŁNIA GO, BO JEST REPREZENTACJĄ NIE SĘDZIÓW, TYLKO POLITYKÓW, KTÓRZY JĄ WYBRALI, I KOŁO SIĘ ZAMYKA.

Jakie to rodzi konsekwencje? Już dziś mamy ok. 500 sędziów wybranych przez neo-KRS, ci sędziowie wydali ok 70 tys. wyroków. Każdy z nich można zakwestionować?
Tak i na pewno strony, które nie będą zadowolone z orzeczeń, będą kwestionowane. Podejrzewam, że gdy te sprawy trafią do II instancji, sędziowie będą się zachowywali według tego, co orzekł SN, czyli respektując wyrok TSUE. Będziemy mieli pogłębiający się chaos i mam nadzieję, że to skłoni rządzących, aby czym prędzej usiąść i zdecydować o nowym kształcie KRS, bo ta sytuacja na dłuższą metę jest nie do utrzymania.

TA SYTUACJA NIE BĘDZIE KOMFORTOWA DLA RZĄDZĄCYCH, A WRĘCZ PRZECIWNIE, CO W KOŃCU PRZEŁOŻY SIĘ NA SŁUPKI POPARCIA. PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ RZĄDZĄCY BĘDĄ MUSIELI ZMIENIĆ PRAWO O KRS, TU NIE MA INNEGO WYJŚCIA, A JEŻELI COŚ JEST NIEUCHRONNE, TO LEPIEJ, ŻEBY ZDARZYŁO SIĘ WCZEŚNIEJ NIŻ PÓŹNIEJ, BO POZWOLI TO UNIKNĄĆ PRZYKRYCH KONSEKWENCJI DLA PORZĄDKU PRAWNEGO I PAŃSTWA, AUTORYTET POLSKI NA ARENIE MIĘDZYNARODOWEJ BĘDZIE UPADAŁ, A TO JEST NIE DO ZAAKCEPTOWANIA.

Jest pan optymistą?
Rządzący zderzyli się ze ścianą, na razie są jeszcze w szoku i tego nie wiedzą, ale w końcu to do nich dotrze.

Prokurator Parchimowicz powiedział, że on w świetle wyroku SN nie będzie stawiał się przed Izba Dyscyplinarną w swoich sprawach, bo nie ma ona prawa funkcjonować.
Bo tak jest i tak będą zachowywać się wszyscy sędziowie, którzy mają postępowania dyscyplinarne. Nie ma się co dziwić.

Żyjemy już w układzie niemal domkniętym, gdzie o wszystkim – karierze, majątku, a nawet wolności jednostki, decyduje „bez żadnego trybu” wola prezesa oraz skupionych wokół niego „grup towarzyskich”.

Media donoszą, że od jakiegoś czasu żyjemy w „Republice Banasiowej”. Przesadzają, jak to one, ale dla pewności można pokusić się o rozwiązanie takiego oto testu:

1. Szef NIK z nadania PiS Marian Banaś przedstawił nierzetelne oświadczenie majątkowe, a wcześniej prowadził niejasne interesy z podejrzanymi ludźmi, ponieważ:

a/ się po prostu pomylił, zarówno co do swojego majątku, jak i znajomych,

b/ liczył, że – szczęśliwie dla niego – nikt nie zwróci uwagi na jego kumpli od kamienic i same kamienice,

c/wierzył, że ujdzie mu to płazem, bo ma „ochronę” ze strony ludzi, dla których   pracuje oraz (bo może to ten sam skład osobowy) poparcie partii aktualnie rządzącej.

2. Służby specjalne, których obowiązkiem jest staranne sprawdzenie takich rzeczy, zwłaszcza przed wyborem kandydata na urząd podobnej rangi:

a/ uwierzyły na słowo panu Marianowi oraz podzieliły przekonanie partii PiS, że jest on „kryształowo uczciwy”, toteż niczego nie sprawdzały,

b/ sprawdziły, ale nikomu nie powiedziały, co odkryły, bo miały w tym jakiś interes,

c/ powiedziały, ale komuś w ścisłym kierownictwie PiS opłacało się zachować tę wiedzę dla siebie, w formie „haka”, na którym można by zawiesić szefa NIK w obowiązkach w razie ewentualnej potrzeby.

3. „Sprawa Banasia” wyszła na jaw, ponieważ:

a/ pana Banasia ruszyło sumienie i w trosce o wiarygodność NIK sam przyznał się do wszystkiego na konferencji prasowej,

b/ partia, poinformowana przez służby poniewczasie odkryła swój błąd i w trosce o dobro państwa postanowiła skłonić szefa NIK do rezygnacji, apelując o to w telewizji Jacka Kurskiego,

c/ na światło dzienne wywlekli aferę dziennikarze TVN-u.

4. Poseł „zwykły” Kaczyński oraz kierownik od służb minister Kamiński wezwali na Nowogrodzką szefa NIK, w teorii – niezależnej instytucji kontrolnej — i usiłowali skłonić do złożenia dymisji, gdyż:

a/ to fake news, nigdy nie doszło do takiego spotkania,

b/ mają takie uprawnienia,

c/ bez żadnego trybu, bo kto prezesowi zabroni…

5. Za dymisją Mariana Banasia przemawiają, w przekonaniu jego mocodawców z PiS następujące argumenty:

a/ moralne, bo szef NIK powinien być poza wszelkim podejrzeniem,

b/ polityczne – maglowanie sprawy w mediach źle wpływa na notowania partii,

c/ strategiczne – „niesterowalny” szef NIK może zagrażać interesom konkretnych grup i osób ze środowisk zbliżonych do partii aktualnie rządzącej.

6. Jak dotąd, użyto wobec pana Mariana następujących „środków perswazji”:

a/ grzecznych próśb i apeli do honoru,

b/ deklaracji, że w przypadku odmowy partia nie będzie już promować dalszej kariery zawodowej szefa NIK,

c/ doniesienia do prokuratury, informacji medialnej o zagrożeniu „czynu” wyrokiem do lat pięciu oraz pobawienia pracy syna pana Banasia.

Rozwiązanie:

Przewaga odpowiedzi a: wyborca PiS, czerpiący wiedzę o świecie z „Wiadomości” TV-PiS.

Przewaga b: człowiek poczciwy, acz polityką i rzeczywistością wokół zainteresowany raczej słabo.

Przewaga c: osoba świadoma, że oto żyjemy już w „Republice Banasiowej”, układzie niemal domkniętym, gdzie o wszystkim – karierze, majątku, a nawet wolności jednostki, decyduje „bez żadnego trybu” wola prezesa oraz skupionych wokół niego „grup towarzyskich”. Instytucje i media publiczne są publiczne tylko z nazwy i służą wyłącznie partii rządzącej, a prawo chroni „swoich”, przynajmniej dopóki służą władzy. Kiedy zaś tracą użyteczność, to – jak teraz w przypadku prezesa Banasia – paragraf jakiś zawsze się na nich znajdzie. I na ich rodziny też. Bo prokuratura jest na usługach formacji władzy. A w cieniu wielkich słów o „Bogu, Honorze i Ojczyźnie” oraz „wartościach chrześcijańskich” kryją się wyłącznie mniejsze i większe partyjne interesy.

Duda po tajniacku zaprzysiągł Pawłowicz i Piotrowicza na sędziów TK

5 Gru

W uzasadnieniu wyroku z 5 grudnia Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN uznała, że neo-KRS nie spełnia wymogów niezależności, a powołana przez nią Izba Dyscyplinarna SN nie jest sądem. Sąd Najwyższy podkreślił, że każdy sąd, każdy organ państwowy ma obowiązek badać niezależność KRS zgodnie z wytycznymi z wyroku TSUE

Na to orzeczenie od ponad dwóch tygodni czekali sędziowie w całej Polsce.

W czwartek 5 grudnia 2019 Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego postanowiła, że nie przekaże Izbie Dyscyplinarnej sprawy sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego Andrzeja Kuby. Samodzielnie uchyliła rekomendację KRS, która była przeciwna wydłużeniu sędziemu czasu orzekania.

Sędzia Kuba był jedną z ofiar czystki, którą PiS próbowało w 2018 roku przeprowadzić w Sądzie Najwyższym. Został siłą przeniesiony w stan spoczynku (więcej na jego temat poniżej).

Wyrok wydał w trzyosobowy skład sędziowski: Bohdan Bieniek, Dawid Miąsik i Piotr Prusinowski.

Orzeczenie jest przełomowe, bo w uzasadnieniu sędziowie podkreślają, że nowa KRS nie spełnia kryteriów niezależności, a Izba Dyscyplinarna SN w ogóle nie jest sądem.

Sędziowie musieli zbadać niezależność KRS i ID na podstawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada. Czynniki, które TSUE nakazał wziąć pod uwagę Izbie Pracy SN, to m.in. sposób powołania KRS (po zmianach PiS członków wybiera sejmowa większość), skrócenie kadencji poprzedników i utajnienie list poparcia.

„Do Sądu Najwyższego będzie należało ustalenie, czy KRS daje wystarczające gwarancje niezależności” – napisali w listopadowym orzeczeniu sędziowie TSUE.

Izba Pracy stwierdziła dziś jasno: nie daje. Wyrok ten będzie inspiracją dla sędziów sądów niższych instancji, które od dawna powątpiewały w status Rady.

O odroczenie sprawy w ostatniej chwili wnioskowali sędziowie Izby Dyscyplinarnej. Spóźnili się dosłownie o kilka minut – wniosek wpłynął do Izby Pracy o godz. 10.09, dziewięć minut po tym, jak podpisano wyrok. Można się tylko zastanawiać, dlaczego wniosek złożyli tak późno, skoro termin ogłoszenia orzeczenia był znany od wielu dni.

TSUE każe sądom oceniać niezależność

Główne tezy dzisiejszego orzeczenia Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN są następujące:

  1. Wykładnia z wyroku TSUE wiąże każdy sąd w Polsce oraz każdy organ władzy państwowej.
  2. Wyrok TSUE wyznacza jednoznaczny i precyzyjny standard niezależności sądów i niezawisłości sędziów
  3. Każdy sąd w Polsce, w tym Sąd Najwyższy ma obowiązek badać za każdym razem rozpatrywane sprawy według standardu z wyroku TSUE.
  4. Krajowa Rada Sądownictwa nie jest organem bezstronnym i niezależnym od władzy wykonawczej i ustawodawczej.
  5. Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumienie prawa Unii Europejskiej oraz prawa krajowego.
  6. Polska przystępując do UE zgodziła się na zasadę pierwszeństwa prawa UE przed prawem krajowym.
  7. Prymat prawa UE oznacza, że każdy organ ma obowiązek zapewnić jego skuteczność, nawet do pominięcia prawa krajowego.
  8. Ze względu na te fakty sąd rozpoznał merytorycznie sprawę.

Sąd Najwyższy w orzeczeniu podkreślał, że interpretując prawo nie można odwoływać się do samych ustaw, na przykład od ustawy o SN. Należy mieć na uwadze także ogólne zasady prawa, zwłaszcza tam, gdzie ustawa może być z nimi sprzeczna.

Sąd wskazał, że wskazówki kontroli niezależności z wyroku TSUE wiążą wszystkie kraje, wszystkie sądy, wszystkie organy stosujące prawo. Nie tylko sądy pytające.

To „obowiązek stosowania rozproszonej kontroli niezależności i niezawisłości”. Oznacza on, że:

  1. Sąd krajowy jest uprawniony do oceny, czy sprawę ma rozpoznać organ niezależny od władzy ustawodawczej i wykonawczej w rozumieniu prawa UE.
  2. Sąd krajowy musi uwzględnić, czy w uformowaniu tego organu brał udział organ rzeczywiście stojący na straży niezależności sądownictwa. By to ocenić, istotne są nie tylko fakty obiektywne, ale i subiektywne. Jak ten, jak zachowują się osoby wchodzące w skład tego organu.
  3. W ramach tej oceny nie dokonuje się oceny aktu nominacji wręczanych przez prezydenta, tylko czy mieliśmy do czynienia z niezależnym organem.

KRS nie jest niezależna

Przechodząc do kwestii niezależności KRS Sąd Najwyższy przypomniał orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. W marcu 2019 TK orzekł, że KRS została powołana zgodnie z Konstytucją. „Sądy i tak muszą badać poszanowanie prawa UE w krajowym porządku prawnym. Orzeczenie TK nie ma znaczenia z punktu widzenia tego rozstrzygnięcia” – stwierdził sędzia sprawozdawca.

Przypomniano także, że w 2007 roku TK orzekł, że KRS musi być niezależna, co oznacza, że sędziowie tam zasiadający nie mogą być powiązani z władzą ustawodawczą i wykonawczą.

TSUE przedstawił dwustopniową regułę oceny niezależności:

  • ocena niezależności KRS przy wykonywaniu swoich ustawowych zadań;
  • ocena okoliczności w jakich została powołana Izba Dyscyplinarna i jaka była w tym rola KRS.

Sąd rozpoczął rozważania dotyczące KRS od wypunktowania głównych zarzutów:

  • została utworzona przez skrócenie kadencji poprzedniej Rady;
  • aż 15 członków desygnowanych jest przez władzę ustawodawczą i wykonawczą, co w efekcie daje aż 23 z 25 członków KRS wybranych w ten sposób;
  • kwestia utajnionych list poparcia kandydatów – zaznaczono też, że z doniesień medialnych wynika, że jeden z członków poparł sam siebie (zobacz: Maciej Nawacki);
  • sam mechanizm zgłaszania kandydatur – sędziów zgłaszali ich podwładni, pracownicy ministerstwa sprawiedliwości.

„Przez blisko dwa lata KRS nie podjęła stanowisk, ani uchwał sprzeciwiających się atakom na sędziów, na przykład sędziów represjonowanych za czynności orzecznicze. KRS nie zajęła stanowiska w sprawie przenoszenia w stan spoczynku sędziów Sadu Najwyższego i NSA. Nie zajęto stanowiska w kwestii tego, kto rzeczywiście jest Pierwszym Prezesem SN” – punktował sędzia sprawozdawca.

„Członkowie KRS domagali się wszczęcia postępowań dyscyplinarnych w odniesieniu do sędziów zadających pytania prejudycjalne. Wreszcie – członkowie KRS są beneficjentami zmian w sądownictwie. Zostali delegowani do wyższych sądów. To wszystko wskazuje na brak zależności tej Rady” – tłumaczył.

Przywołano również krytyczne wobec KRS oceny zewnętrznych podmiotów: uchwały Naczelnej Izby Adwokackiej, wydziałów prawa w całej Polsce, zgromadzeń ogólnych sędziów, opinię Komisji Weneckiej, czy zawieszenie KRS w Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa.

W obliczu takiej mocy argumentów Izba Pracy Sądu Najwyższego orzekła, że KRS nie jest organem niezależnym.

Izba Dyscyplinarna nie jest sądem

Po ocenie statusu KRS Izba Pracy zbadała, czy Izba Dyscyplinarna jest sądem w rozumieniu prawa UE (art. 27 Karty Praw Podstawowych, art. 6 Konwencji).

Zwrócono uwagę, że w ID zasiadają tylko sędziowie z rekomendacji nowej KRS. Wybrani tam sędziowie powiązani są z władzą wykonawczą. Izba ta posiada tak szeroką autonomię, że w istocie ma status sądu wyjątkowego, który może być ustanowiony tylko na czas wojny. Sędzia sprawozdawca powołała się m.in. na teksty Włodzimierza Wróbla w „Palestrze” oraz orzeczenie II PO 3/19.

Gdy zbierze się te wszystkie okoliczności, trzeba uznać, że Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumienie prawa UE, ani prawa krajowego.

SN najwyższy zaznaczył, że nie neguje, że ustawodawca ma prawo dokonywania zmian w wymiarze sprawiedliwości, czy zmian nawet w strukturze SN, zmian w przepisach dotyczących przechodzenia sędziów w stan spoczynku. Ale ocenie podlegają użyte do tego środki, które muszą gwarantować stronom prawo do niezależnego i niezawisłego sądu oraz przestrzeganie prawa UE.

„Intencją ustawodawcy było podniesienie standardów w wymiarze sprawiedliwości. To cel słuszny, ale czy zostały podjęte odpowiednie środki?” – pytał retorycznie sędzia sprawozdawca. „Niezależność sądów i niezawisłość sędziów jest tym dla obywateli, czym wolność słowa dla dziennikarzy. Bez tego nie ma państwa prawa”.

Przypomniano, że Izba Dyscyplinarna wydała uchwałę w pełnym składzie w swojej sprawie, stwierdzając, że jest sądem niezależnym.

Uchwała ta staje niejako w opozycji do dzisiejszego orzeczenia Izby Pracy. „Ale uchwała ID została wydana na gruncie przepisów kodeksu postępowania karnego. My wydajemy orzeczenie na podstawie kodeksu postępowania cywilnego. ID oceniał też standard krajowy, my oceniamy standard unijny. Po trzecie wreszcie – nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie” – orzekł sąd.

„To orzeczenie zapoczątkuje linię orzeczniczą w SN, gdyż to nie jest jedyna taka sprawa. Jak się ta linia orzecznicza rozwinie? Trudno powiedzieć”.

Wytyczne dla innych sędziów

W dzisiejszym wyroku sędziowie Izby Pracy SN potwierdzili to, o czym od ponad dwóch tygodni mówili liczni eksperci prawni:

wyrok TSUE ma znaczenie dla każdego sądu powszechnego i administracyjnego w Polsce.

Te oczywiście nie będą badały statusu Izby Dyscyplinarnej SN, ale powinny zbadać tryb powołania nowej KRS.

Wyrok z 5 grudnia będzie dla nich inspiracją. Z wielu sądów za całej Polski od kilku miesięcy dopływały sygnały o odmowach opiniowania kandydatów na sędziów. Sędziowie chcieli powstrzymać nominacje sędziowskie przy udziale nowej KRS do czasu, aż rozstrzygnie się czy jest niezależna.

Z prawnego punktu widzenia orzeczenie SN nie jest wiążące dla innych polskich sądów. Potwierdził to sam SN, mówiąc o „kontroli rozproszonej” wynikającej z wyroku TSUE. Oznacza to, że sądy będą musiały samodzielnie zbadać status nowej KRS np., by upewnić się, czy powołani przez nią sędziowie mogą skutecznie orzekać.

Pierwsze działanie tego typu podjął niezwłocznie po orzeczeniu Luksemburga olsztyński sędzia Paweł Juszczyszyn. Zwrócił się do Kancelarii Sejmu m.in. o udostępnienie mu list poparcia członków KRS. Za zastosowanie się do wyroku TSUE spotkały go represje: odwołanie z delegacji, zawieszenie w obowiązkach i zarzuty dyscyplinarne.

Sprawa sędziego Kuby

Sprawa sędziego Andrzeja Kuby to jedna z trzech, na podstawie których Izba Pracy SN zadała unijnemu Trybunałowi Sprawiedliwości pytania prejudycjalne.

Sędzia Kuba w 2018 roku został przeniesiony w stan spoczynku w ramach nowych przepisów o wieku emerytalnym. Andrzej Duda nie pozwolił mu orzekać dłużej. Decyzję prezydenta poprzedziła uchwała KRS, w której Rada negatywnie zaopiniowała dalsze orzekanie sędziego. Od tej uchwały sędzia odwołał się do Sądu Najwyższego.

Po zmianach PiS w ustawie o SN odwołania od uchwał KRS rozpatrywać powinna Izba Dyscyplinarna SN. Nie działała jeszcze wtedy, więc sprawa sędziego Kuby trafiła do Izby Pracy, w której zasiadają „stare” kadry SN. Te zwróciły się do TSUE, by upewnić się, czy mogą przekazać ją ID.

W dzisiejszym orzeczeniu zaznaczono, że prawo pierwotne UE ma pierwszeństwo przed prawem krajowym. Dlatego Izba Pracy pomija przepisy dotyczące Sądu Najwyższego i zastosowała prawo UE bezpośrednio.

Sąd uznał też, że postępowanie nie jest bezprzedmiotowe, ponieważ uchwała-opinia KRS w sprawie sędziego Andrzeja Kuby nadal funkcjonuje w obrocie prawnym. Ustawa przywracająca sędziów SN i NSA opierała się na fikcji prawnej, że byli oni cały czas w stanie czynnym.

Izba Pracy SN rozpatrzy w najbliższych tygodniach także sprawy sędziów Józefa Iwulskiego i Andrzeja Siuchnińskiego. Ci, w przeciwieństwie do sędziego Kuby, nie odwoływali się od uchwały KRS. Wnosili jedynie o ustalenie, czy przeszli w stan spoczynku, czy też może są wciąż sędziami w stanie czynnym.

W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami „o kłopotach i sporach w Trybunale Konstytucyjnym” Senator Pociej, zaprosił Julię Przyłębską, prezes Trybunału Konstytucyjnego a także jednego z jego członków Jarosława Wyrembaka na posiedzenie komisji senackiej.

Na posiedzeniu komisji nie pojawiła się jednak ani prezes Trybunału, ani sędzia Wyrembak. TVN24 dotarła do listu z wyjaśnieniami, jaki sędzia Wyrembak wysłał do przewodniczącego senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Napisał w nim, że chce, by „przynajmniej na obecnym etapie badania sprawy” jego zarzuty stawiane prezes Przyłębskiej składane były w pierwszej kolejności na jej ręce i „zamykane w oficjalnych dokumentach”.

Dalej w swoim piśmie Wyrembak przedstawił zapis swojego stanowiska „przedstawionego w trakcie części jawnej posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Trybunału Konstytucyjnego w dniu 26 listopada 2019 br.”. Sędzia TK zwrócił się wtedy do prezes TK Julii Przyłębskiej z szeregiem pytań dotyczących bieżącej pracy Trybunału w czasie trwania jej kadencji.

Podczas posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego sędzia Wyrembak zapytał, czy prezes TK nie widzi „nic niestosownego w organizowaniu w Trybunale Konstytucyjnym nieoficjalnego spotkania z Prezesem Rady Ministrów w konspiracji przed wieloma Sędziami Trybunału, a zwłaszcza – w wielkiej konspiracji przed Wiceprezesem Trybunału?.

Zapytał także Przyłębską: „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego – nic ośmieszającego i kompromitującego Trybunał – w bardzo aktywnym wykorzystywaniu Pracowników gabinetu Pani Prezes do konspirowania nieformalnej wizyty Prezesa Rady Ministrów w Trybunale zwłaszcza przed Wiceprezesem Trybunału?.

Dr hab. Wyrembak twierdzi w piśmie, że prezes Przyłębska namawiała go do udziału w spotkaniu z prezesem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim. „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w namawianiu mnie do udziału w spotkaniu z Panem Jarosławem Kaczyńskim i składania donosów na wiceprezesa Trybunału?– pyta w związku z tym faktem.

„Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w ciągłym namawianiu Sędziów Trybunału Konstytucyjnego do podpisywania listów poparcia dla Pani Prezes – i dyskredytowania wszelkich zarzutów podnoszonych wobec praktyk Pani Prezes (podnoszonych także przez innych Sędziów Trybunału Konstytucyjnego)?” – to kolejne z pytań na liście sędziego TK.

O atmosferze panującej wśród sędziów Trybunału Konstytucyjnego najbardziej dobitnie świadczy ostatnie z pytań postawione przez „niepokornego” sędziego: „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w organizowaniu w gabinecie Pani Prezes, zwłaszcza przed naradami pełnoskładowymi, dość poufnych spotkań z niektórymi Sędziami Trybunału dla wyartykułowania przekazu: ‚musimy trzymać się razem, bo wiecie jacy oni są’„?

W świetle wszystkich zacytowanych powyżej pytań trudno nie zgodzić się z konkluzją pojawiającą się na zakończenie cytowanego listu: „Odpowiadając na zaproszenie na koniec uprzejmie informuję pana senatora i komisję, że wydarzenia, które miały miejsce w części tajnej zgromadzenia ogólnego sędziów TK 26 listopada br. w sposób ostateczny i definitywny przesądziły o tym, że TK utracił aktualnie zdolność do wypełniania swoich konstytucyjnych funkcji

– Reżim Kaczyńskiego ukradł mi 30 lat pracy dla Rzeczpospolitej. Jaruzelski ukradł mi 8 lat, a ten ukradł mnie i innym sędziom 30 lat pracy – powiedział w rozmowie z „Rzeczpospolitą” były prezes Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Rzepliński. Zarzucił też Andrzejowi Dudzie, że od początku kadencji „nic nie zrobił jako prezydent”. – Przez cztery lata łamał konstytucję, kłamał i za pieniądze podatników jeździł po Polsce – mówił.

Profesor Andrzej Rzepliński, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, odniósł się do informacji, że w czwartek trzech nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Stanisław Piotrowicza, Krystyna Pawłowicz i Jakub Stelina – złoży ślubowanie przed prezydentem Andrzejem Dudą. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Rzepliński wyraził nadzieję, że Duda nie przyjmie od kandydatów PiS przysięgi.

Rzepliński: Duda nie zrobił nic jako prezydent. Albo łamał konstytucję, albo kłamał

– Zaprzysiężenie tych osób, a nie sędziów wybranych zgodnie z konstytucją będzie pogwałceniem konstytucji – powiedział były prezes TK. Jak zaznaczył, Sejm z lat 2011-2015 wybrał zgodnie z prawem trzech sędziów TK. Nie zostali oni zaprzysiężeni, bo Prawo i Sprawiedliwość unieważniło uchwałę o ich wyborze. Rzepliński dodał, że zmiany zaprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość zabrały mu 30 lat jego pracy w zawodzie sędziego.

Reżim [Jarosława – red.] Kaczyńskiego ukradł mi 30 lat pracy dla Rzeczypospolitej. Jaruzelski ukradł mi 8 lat, a ten ukradł mnie i innym sędziom 30 lat pracy

– powiedział w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem.

Rzepliński zarzucił też Andrzejowi Dudzie, że „wprowadził trwały stan niekonstytucyjności”.

To, co robił przez ponad cztery lata, to albo łamał konstytucję, albo kłamał, albo za pieniądze podatników jeździł po Polsce. Nie jest arcybiskupem czy papieżem, który się z każdą parafia spotyka. To nie było zadanie prezydenta. Nic nie zrobił jako prezydent

– zaznaczył. – Więc nie wiem, co teraz dalej zrobi. Czy dalej będzie robił nic? Bo zaprzysiężenie tych osób [Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny – red.] będzie pogwałceniem konstytucji – skwitował.

Czy na szczytach władzy funkcjonuje przestępczy układ?

Według doniesień medialnych mamy do czynienia z naciskami PiS na szefa NIK, zwolnieniem jego syna z pracy w państwowym banku, szantażem i groźbami. Banaś nie pozostaje dłużny i zdaniem dziennikarzy, ma się odgrażać, że nie ulegnie i też zaatakuje. Czytam i zastanawiam się, czy tak brzmią doniesienia o działaniu instytucji państwowych, czy też o działaniu zgoła innej organizacji. I dochodzę do wniosku, że to drugie.

ako wielka fanka westernów Sama Peckinpaha rozumiem, co to znaczy: organizacja wydelegowała faceta, o którym wiedziała, że jest zły (ale tylko zły facet mógł wypełnić misję zniszczenia NIK) do określonego zadania. Problem polega na tym, że gość wymknął się spod kontroli.

Po pierwsze – okazał się bardziej zły niż przypuszczano albo, co bardziej prawdopodobne, informacja o tym w sposób nieplanowany wyciekła do wiadomości publicznej i wstrząsnęła nią bardziej niż się spodziewano. Po drugie – zbuntował się przeciw organizacji, do której należy.

Gdyby to był western, teraz rozpoczęłaby się najciekawsza część fabuły: zły gość, który niechcący ustawił się w pozycji wroga jeszcze bardziej złego systemu, który go stworzył, walczy przeciw swoim.

I część opinii publicznej zachowuje się jak widzowie na filmie – niektórzy, choć wiedzą, że jest zły, kibicują Banasiowi: niech trwa jak najdłużej, bo choć jest złym facetem, niszczy PiS od wewnątrz. Pokazuje zepsucie i demoralizację tej partii. Może spowoduje zniżkę w sondażach?

Inni życzą mu pobożnie jak najszybszego końca w metaforycznych męczarniach, bo każdy dzień jego urzędowania ośmiesza i pozbawia wiarygodności jedną z najważniejszych polskich instytucji publicznych – Najwyższą Izbę Kontroli.

Ja nie należę ani do jednej, ani do drugiej grupy. Należę do tych, którzy się martwią o Polskę. I o to, że służby specjalne, których ustawowym i ideowym zadaniem jest chronić bezpieczeństwo państwa, jego instytucje i obywateli, biorą w tej sprawie podejrzany udział: najpierw chroniły Banasia i – choć przecież musiały wiedzieć o jego niejasnych kontaktach i interesach – pozwoliły mu zostać szefem NIK, a teraz najprawdopodobniej dostarczają materiałów do szantażowania go (bo skąd inaczej politycy wiedzieliby o jego ciemnych sprawkach?). I jedno, i drugie jest przestępstwem i skrajnym nadużyciem uprawnień tak przez szefów służb, jak i najwyższych rangą polityków w państwie i że na szczytach władzy funkcjonuje przestępczy układ.

To z kolei oznacza, że służby zamiast chronić Polskę, chronią ciemne, a być może i przestępcze interesy polityków władzy. A więc nie leci już z nami żaden pilot i wszyscy słyszymy już nie tyle „Pull up”, co przerażające i uporczywe „Terrain ahead”. I nie reagujemy.

Banaś, nieodrodny syn Kaczyńskiego. A mówili, że prezes impotent bezdzietny

4 Gru

PiS ma aktualnie 35% poparcia w najnowszym sondażu Kantar. Tego spadku nie zatrzyma już nic. Przedłużająca się afera Banasia ciągnie partię Kaczyńskiego w dół.

 

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik zrobił kolejną dyscyplinarkę sędziemu Krystianowi Markiewiczowi. Zarzuca mu 55 przewinień, m.in. podżeganie sędziów do odmowy współpracy z powołaną przez PiS Izbą Dyscyplinarną SN i podważanie legalności nowej KRS

O nowych zarzutach dla szefa Iustitii poinformował Główny Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab w środę 4 grudnia 2019. Z jego komunikatu wynika, że sędzia Markiewicz dostał zarzuty popełnienia 55 przewinień dyscyplinarnych „oczywistej i rażącej obrazy przepisów prawa i uchybienia godności urzędu sędziego”.

Zastępcy głównego rzecznika Przemysławowi  Radzikowi nie spodobało się to, że w maju 2019 Markiewicz jako szef Iustitii skierował do prezesów sądów i sędziów dyscyplinarnych działających przy sądach apelacyjnych list, w którym zarząd Iustitii wzywał m.in. do powstrzymania się od orzekania w sprawach dyscyplinarnych oraz do nieprzesyłania akt z odwołaniami do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym, którą powołał PiS.

Zarząd Iustitii  przekonywał, by poczekać na wyrok TSUE o legalności nowej, niekonstytucyjnie powołanej KRS i Izby Dyscyplinarnej, obsadzonej głównie prokuratorami, którzy współpracowali ze stronnikami Zbigniewa Ziobry w prokuraturze.

Według Radzika, list podpisany przez Markiewicza jako przewodniczącego największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, to manifest polityczny, w którym zakwestionował niezależność i legalność nowej KRS oraz legalność i apolityczność Izby Dyscyplinarnej.

Ponadto szef Iustitii miał podżegać adresatów listu do „popełnienia deliktu dyscyplinarnego, polegającego na nierespektowaniu porządku prawnego Rzeczpospolitej Polskiej poprzez powstrzymywanie się od orzekania oraz zaniechanie przedstawiania odwołań stron i akt spraw dyscyplinarnych Izbie Dyscyplinarnej”.

Zdaniem rzecznika w ten sposób Markiewicz miał naruszyć konstytucyjną zasadę apolityczności sędziów oraz miał złamać rotę ślubowanie sędziowskiego.

Markiewicz: Nie mamy zamiaru siedzieć cicho

Krystian Markiewicz mówi OKO.press: „Rzecznicy dyscyplinarni Piotr Schab, Michał Lasota i Przemysław Radzik po wyroku TSUE wzmogli działania, by zastraszyć sędziów, by nie walczyli o praworządność i nie wykonywali wyroku TSUE.
Ale my nie mamy zamiaru siedzieć grzecznie i czekać, by jak w Turcji sędziów zastąpili polityczni urzędnicy. Nadal będziemy protestować, a ja nadal będę wydawał niezależne wyroki dopóki będzie to możliwe” – mówi Markiewicz.

Krystian M. jak przestępca

Co ważne rzecznik dyscyplinarny pisze o sędzim Markiewiczu Krystian M., tak jakby był przestępcą. Ale to nie nowość. We wszystkich komunikatach rzecznik dyscyplinarnych tak pisze o sędziach, którym stawia zarzuty. Cały komunikat w tej sprawie jest tutaj.

Zarzuty dla Markiewicza to nie zaskoczenie, bo „dobra zmiana” w sądach od wielu miesięcy pokazuje, że z sędziami broniącymi niezależności wymiaru sprawiedliwości chce rozprawić się siłowo. Czyli robiąc im dyscyplinarki, zakładając im sprawy karne i wyrzucając z zawodu.

Reakcja na wyrok TSUE

Sygnały tego, że tak będzie, pojawiły się zwłaszcza po ostatnim wyroku TSUE, w którym Trybunał dał wskazówki polskim sądom jak należy oceniać legalność Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym i nowej KRS.

Po tym wyroku sędzia z Olsztyna Paweł Juszczyszyn wykonując wyrok TSUE zażądał od Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I spadł na niego grad represji. Najpierw minister Ziobro odwołał go z delegacji w sądzie okręgowym, potem główny rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę zrobił mu dyscyplinarkę. A na koniec prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie powołany przez ministra Ziobro odsunął Juszczyszyna od sądzenia, zawieszając go w obowiązkach.

To jak potraktowano Juszczyszyna, to sygnał dla całego środowiska sędziowskiego, co zrobi władza z niepokornymi sędziami jeśli dalej będą kwestionować legalność nowej KRS, legalność awansowania przez nią sędziów i legalność Izby Dyscyplinarnej, którą PiS powołał po to, żeby wyrzucać szybciej z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i adwokatów.

Jednak sędziowie w całej Polsce stanęli w obronie olsztyńskiego kolegi.

Siłowy kurs obecnej władzy wobec niezależnych sędziów potwierdzają też przecieki do prasy o projekcie ustawy, który PiS ma złożyć w Sejmie. Kilka dni temu pisał o tym „Dziennik Gazeta Prawna”. Dziennik podał, że w najbliższym czasie ma być złożony w Sejmie projekt dyscyplinujący sędziów, wprowadzający kary dla tych, co kwestionują niekonstytucyjne „reformy” wprowadzane przez PiS w wymiarze sprawiedliwości.

Trałowanie Krystiana Markiewicza

Najnowsze zarzuty dla szefa Iustitii wpisują się w akcje rozprawy z niepokornymi sędziami. Pod rządami Markiewicza Iustitia skonsolidowała się, sędziowie są zjednoczeni i stoją za sobą murem. Dla władzy PiS to duży problem.

Najnowsze zarzuty dla Markiewicza to już kolejna dyscyplinarka jaką mu zrobił rzecznik dyscyplinarny Ziobry.

W połowie listopada wraz z czwórką innych sędziów z władz Iustitii dostał zarzuty za to, że odmówił stawienia się na przesłuchanie przed głównym rzecznikiem dyscyplinarnym. Sędziowie mają prawne powody, by podważać legalność wszczynanych przez rzeczników Ziobry postępowań dyscyplinarnych dla sędziów sądów powszechnych. I dlatego odmawiają stawiania się na przesłuchania u niego.

Markiewicz dodatkowo w tej sprawie ma zarzut podżegania innych sędziów do ignorowania głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasoty.
Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Będą kolejne dyscyplinarki?

Sędzia Markiewicz, wraz z innymi sędziami z Iustitii, może mieć kolejną dyscyplinarkę za krytykę „dobrej zmiany” w internecie. Rzecznik dyscyplinarny może chcieć zrobić z nich grupę hejtującą sędziów, którzy poszli na współpracę z resortem ministra Ziobry.

Zarzuty dla Markiewicza są jednak absurdalne. Bo jego działalność publiczna związana jest z tym, że wypowiada się jako szef stowarzyszenia Iustitia, do czego ma prawo.

Ponadto rzecznik dyscyplinarny ściga go, choć to on jest prawdziwą ofiarą hejtu, jaki organizowała Mała Emi. Akcje oczerniania Markiewicza jako lidera Iustiti omawiała ona m.in. z byłem wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem.

Media opisały to jako aferę hejterską w ministerstwie sprawiedliwości. Nikt za tę aferę nie ma postawionych zarzutów, ani dyscyplinarki. Za to rzecznik dyscyplinarny Ziobry sprawdza plotki, którymi oczerniano Markiewicza. Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Na tym jednak nie koniec. Rzecznicy dyscyplinarni systematycznie zaostrzają swoje podejście wobec niepokornych sędziów. I od niedawna składają wnioski o zawieszenie w czynnościach służbowych sędziów (którym stawiają zarzuty dyscyplinarne) i obniżenia im wynagrodzenia.

Tak zrobili wobec sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego. Rzecznik dyscyplinarny uprzedza, że taki wniosek rozważy też wobec sędziego Markiewicza. Decyzję o zawieszeniu sędziego podejmuje sąd dyscyplinarny, do którego trafia sprawa z zarzutami dyscyplinarnymi.

Jeśli sąd zgodzi się na zawieszenie, to sędzia może mieć zmniejszone wynagrodzenie w granicach 25-50 proc. To dodatkowa represja dla niezależnych sędziów.

Ostatnio Izba Dyscyplinarna dała nowe narzędzie ministrowi Ziobrze, by mógł skarżyć wszystkie decyzje dotyczące dyscyplinarek dla adwokatów. Dodajmy – skarżyć do Izby Dyscyplinarnej.

Więcej o Tusku >>>

PiS ma coraz większy kłopot z Banasiem. „Pancerny Marian” tkwi i tkwi na stanowisku szefa NIK. PiS próbuje nowych wybiegów retorycznych. Bartosz Kownacki mówi, że Banaś zapisał się do opozycji, Jacek Kurski, że Banasia pogrążyła jego telewizja. Końca nie widać

MAFIJNE PORACHUNKI W PIS >>>

Co piszą o Banasiu – tutaj >>>

Polityczna saga z Marianem Banasiem w roli głównej nie ma końca. 2 grudnia „Dziennik Gazeta Prawna” podał, że prezes NIK w piątek 29 listopada złożył na ręce Marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Dymisja nie została przyjęta, ponieważ PiS miało się nie zgodzić na treść pisma, na nową propozycję treści dymisji z kolei sam Banaś nie chciał się zgodzić.

„Dziennik Gazeta Prawna” podał dziś, że w swoim piśmie Banaś miał napisać: „Wobec utraty mandatu, jaki został mi udzielony, a także kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny składam w dniu dzisiejszym rezygnację ze stanowiska Prezesa Najwyższej Izby Kontroli”. To pismo miał przekazać Witek 29 listopada kierowca Banasia. „Potwierdziliśmy autentyczność dokumentu, który został napisany i odręcznie podpisany przez prezesa NIK” – pisze dziennik.

PiS zaproponował Banasiowi bardziej formalnie, zredagowane pismo, miał się powołać na art. 17 ustawy o NIK, a następnie wskazać na mocy art. 21 ust. 3 osobę, która będzie go zastępowała. Miał to być powołany dwa dni wcześniej wiceprezes NIK Tadeusz Dziuba. Prezes NIK miał odrzucić tę wersję.

Dlaczego „zwykła” dymisja nie wystarczyła? „Zgodnie z prawem prezes NIK pełni swoją funkcję do momentu wyboru nowego. Jeśli Banaś złoży rezygnację, nikogo nie wyznaczając, to rządzi w Izbie do zaprzysiężenia nowego prezesa. A z tym może być problem, bo na kandydaturę musi się zgodzić Senat, w którym większość ma opozycja” – tłumaczy „Wyborczej” jeden z jej informatorów.

No i mamy pat. A politycy PiS sięgają po nowe wybiegi retoryczne, które mają pokazać, że nie ponoszą odpowiedzialności za tę coraz bardziej absurdalną sytuację.

Banaś – od bohatera do zera

To pogłębia problem PiS z Banasiem, który jeszcze niedawno był ważnym członkiem rządu i „kryształowym człowiekiem”. Problemy zaczęły się 21 września, gdy reportaż śledczy TVN24 ujawnił, że w należącej do prezesa NIK kamienicy gangsterzy prowadzą hotel z pokojami na godziny.

Początkowo PiS starał się bronić Banasia. 25 września prezes PiS Jarosław Kaczyński chwalił prezesa NIK 25 września: „.Jeżeli ktoś, jak Marian Banaś, zabrał co najmniej dwieście kilkadziesiąt miliardów przestępcom, to ma wrogów i ci wrogowie mogą posunąć się do daleko idącej operacji, żeby kogoś takiego skompromitować”. Dodał jednak z ostrożności: „Niczego nie przesądzamy, czekamy na rozstrzygnięcia”.

Banaś był dla PiS cenny, bo był twarzą opowieści o odbieraniu przestępcom miliardów złotych przez sprawny rząd „dobrej zmiany”. O tym, że opowieść ta jest w dużym stopniu fałszywa, pisaliśmy m.in. w tekście „PiS: PO ukradła Polakom 250 mld złotych z VAT. W takim razie PiS ukradł już 87 mld”

Tuż po wyborach parlamentarnych z 13 października publiczne wypowiedzi o Banasiu zaczęły się zmieniać, o czym pisaliśmy w tekście „Teoria dwóch Banasiów, czyli niestała miłość PiS do prezesa NIK”.

„Banaś wszedł w koalicję z opozycją”

Prezesa NIK nie można po prostu usunąć, ma mocną pozycję zapisaną w Konstytucji. Pod koniec listopada PiS uznał, że dosyć tego. Jarosław Kaczyński tupnął nogą i powiedział, że oczekuje od Banasia dymisji. Premier Morawiecki zapoznał się z raportem CBA z kontroli oświadczeń majątkowych szefa i również publicznie, razem z chórem polityków PiS, zaczął namawiać Banasia do ustąpienia ze stanowiska.

Teraz PiS idzie jeszcze dalej i próbuje zapisać prezesa NIK do opozycji.

2 grudnia wieczorem w Polsat News poseł PiS Bartosz Kownacki mówił:

„Mam wrażenie, że Banaś wszedł w koalicję z opozycją. On jest dzisiaj najbardziej przydatny dla opozycji. To widać po deklaracjach, które składali liderzy pana Tomczyka”

Cezary Tomczyk z PO był drugim gościem programu. Kownacki powiedział jeszcze do niego:

„W waszym interesie jest to, żeby Banaś nadał był szefem NIK”.

Kurski: To TVP pogrążyła Banasia

Logikę związków Banasia z opozycją do granic możliwości wykręcił Jacek Kurski w rozmowie z braćmi Karnowskimi w tygodniku „Sieci”.

Kurski powiedział: „To TVP pogrążyła szefa NIK. Słowa, które u nas Marian Banaś wypowiedział w »Gościu Wiadomości«, były dlań dużym problemem, przedmiotem ataku opozycji”.

Kurskiemu chodzi o wywiad Banasia w TVP 23 września, dwa dni po materiale „Superwizjera”. Według Kurskiego to jego telewizja pogrążyła Banasia. Zrobiła to, oddając mu głos, żeby nieniepokojony wytłumaczył się ze swojej kamienicy. Banaś powiedział wtedy, że kamienicę dostał od weterana AK. Rzeczywiście, był za ten występ w TVP krytykowany. A skoro był atakowany, to trzeba było się go pozbyć. W ten sposób to Jacek Kurski bohatersko obalił Banasia.

Przekaz dnia

Portal rmf24.pl dotarł do przekazu dnia polityków PiS na temat Banasia. Członkowie partii Kaczyńskiego mają w mediach mówić, że:

  • PiS zrobił wszystko co mógł, decyzja należy do Banasia;
  • Zbadają możliwość usunięcia Banasia za pomocą zmiany prawa;
  • PO wykazuje się hipokryzją, bo nie nawoływali do usunięcia z tej samej funkcji Krzysztofa Kwiatkowskiego, na którym ciążyły zarzuty prokuratorskie;

Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu poinformował, że: „W nawiązaniu do doniesień medialnych chciałbym zakomunikować, że do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło pismo opisane w artykule. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać ani tym bardziej go odesłać”.

Bartosz Godusławski z „DGP” skomentował to na Twitterze krótko: „To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”.

Musi być grubo – jak mówią politycy – skoro lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w swoim ostatnim oświadczeniu majątkowym, złożonym na koniec minionej kadencji Sejmu, przemilczał spółkę Srebrna.

Tymczasem chociaż prezes PiS nie jest udziałowcem spółki Srebrna, to był pełnomocnikiem do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Brał też udział w rozmowach dotyczących budowy przez Srebrną wieżowca w centrum Warszawy.

Gdy wybuchła afera spółki Srebrna wyszły na jaw kompromitujące szczegóły. Okazało się, że w Warszawie miały one budować „Kaczyński tower”, 190-metrowy biurowiec, a w przygotowaniach do inwestycji miał brać udział sam Jarosław Kaczyński. Nazwa Srebrna pojawia się nawet jeszcze w oświadczeniu Kaczyńskiego majątkowym za 2018 rok.

W zeznaniu przekazanym przez prezesa PiS do Kancelarii Sejmu czytamy: „Posiadał jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane.”

W odczuciu wielu osób rezygnacja Kaczyńskiego z udziału w pracach spółki jest wielce wątpliwa, zwłaszcza, że pozostaje on nadal przewodniczącym Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, czyli większościowym udziałowcem spółek Srebrna i Srebrna media.

Związane z Prawem i Sprawiedliwości spółki to potężne przedsiębiorstwa, które zajmują się m.in. wynajmem i zarządzaniem warszawskimi nieruchomościami przy Srebrnej 16 oraz w Alejach Jerozolimskich 125/127. Jest to ścisłe centrum stolicy, gdzie każdy metr jest na wagę złota. Spółki dysponują też gruntami w centrum Puszczy Augustowskiej.