Tag Archives: Maria Pankowska

Macierewicza i Ziobrę zlustruje historia i zapisze w rozdziale hańby

20 Mar

Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza – poinformowała Polska Agencja Prasowa. Biuro Lustracyjne IPN uznało, że jego oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe, co oznacza, że nie współpracował on ze służbami PRL. – „Postępowanie w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego złożonego w 2007 r. przez posła Antoniego Macierewicza zostało prawomocnie zakończone 9 lutego 2009 r. wydaniem zarządzenia o pozostawieniu sprawy bez dalszego biegu, wobec niestwierdzenia wątpliwości co do zgodności oświadczenia lustracyjnego z prawdą” – brzmi stanowisko IPN.

IPN podjął tę decyzję błyskawicznie, bo wniosek w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego byłego szefa MON i posła PiS złożył zaledwie w lutym poseł PO Cezary Tomczyk. Pisaliśmy o tym w artykule „PO chce ponownej lustracji Antoniego Macierewicza”.

„Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza”. Dziwi Was decyzja obecnego IPN? Szybka i przewidywalna. Wrócimy do tego po wyborach. Tak, by wyjaśnić wszelkie, poważne wątpliwości wobec przeszłości Macierewicza” – podsumował na Twitterze poseł PO Marcin Kierwiński. – „IPN nigdy nie był tak upolityczniony, jak obecnie, dlatego ich decyzja nie dziwi. Ostatnio PiSIPN jest na etapie ułaskawiania ludobójców, takich jak np. Bury. Nie mają czasu na inne rzeczy”; – „Panie Marcinie skąd Pan wie, co Antoni M. ma w szafie? Zlikwidował WSI to może jego bogactwo równe bogactwu Kiszczaka? Wolność i spokój w szafie zamknięte” – komentowali internauci.

W Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej odbyła się rozprawa w sprawie pytań prejudycjalnych, które zadał Sąd Najwyższy w związku z wątpliwościami co do skuteczności podejmowania decyzji przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa. Rozprawa była burzliwa, bowiem według przedstawicieli polskiego rządu TSUE w ogóle nie powinien zajmować się już tą sprawą, bowiem z części zapisów zmieniających ustrój SN się wycofano. Innego zdania jest natomiast Komisja Europejska i polska opozycja. Nominaci autora kontrowersyjnych zmian, czyli Zbigniewa Ziobro, jak i on sam robią natomiast co w ich mocy, by do wydania ewentualnego niekorzystnego wyroku nie doszło przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wydaje się jednak, że ich starania spełzną na niczym, bowiem TSUE już zapowiedział, że swoją opinię wyda 23 maja, a więc na dwa dni przed ciszą wyborczą.

Już dziś do premiera polskiego rządu apel wystosowali parlamentarzyści opozycji, by niezależnie od wyniku postępowania rząd uznał moc wiążącą opinii.

– Dla nas, jako opozycji, uznanie każdego wyroku TSUE jest rzeczą oczywistą, natomiast po drugiej stronie różnie z tym bywało. Słyszeliśmy już jak politycy PiS próbowali kwestionować tego typu wyroki –podkreśliła Paulina Henning-Kloska z Nowoczesnej. Nie wyobrażamy sobie, żeby rząd Polski, premier, który stoi na jego czele, a także cała partia rządząca próbowała doprowadzić do sytuacji, w której upolityczniony Trybunał Konstytucyjny będzie kwestionował wyrok TSUE – dodała posłanka.

O tym, że obawy odrzucenia opinii TSUE są uzasadnione, może świadczyć dokument, który wyciekł z Trybunału dotyczący stanowiska Komisji Europejskiej w tej sprawie. Zdaniem komisarzy zasada praworządności może nie być złamana, jednak obowiązujący obecnie model funkcjonowania KRS podważa zaufanie do władzy sądowniczej.

“Wprawdzie zasadniczo prawdą jest, iż pośrednia lub bezpośrednia ingerencja organu politycznego w procedurę powoływania sędziów nie jest per se uważana jako podważająca niezawisłość i bezstronność sędziów powoływanych w drodze takiej procedury, jednakże w swoim orzecznictwie ETPC uważa wizerunek niezawisłości i bezstronności jako stanowiący składnik niezawisłości sądownictwa oraz wagę zaufania do sądownictwa, które nie powinno być podważane, jako czynniki odgrywające rolę w sądownictwie społeczeństw demokratycznych” – możemy przeczytać w dokumencie.

Europejscy urzędnicy nie mają wątpliwości, że polska “reforma” w tym obszarze nie spełnia europejskich standardów.

“W świetle powyższych uwag Komisja proponuje interpretować gwarancje niezawisłości i bezstronności sędziów krajowych przewidziane w art.19 ust.1 akapit drugi TUE i art.47 Karty w ten sposób, że formacja orzekająca taka jak Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego (Polska), utworzona w okolicznościach takich jak te w sprawach głównych i właściwa do rozstrzygania sporów dotyczących statusu sędziów, nie spełnia powyższych gwarancji” – pisze Komisja Europejska . Zdaniem autorów pisma nowa formuła wybierania członków KRS godzi w wizerunek i ogranicza zaufanie do tego organu.

Prawo i Sprawiedliwość czekają zatem trudne chwile, bowiem ewentualne uznanie działań KRS za niezgodne z unijnym prawem może całkowicie zrujnować wszystkie “osiągnięcia” obozu władzy w wymiarze sprawiedliwości. Tego przed wyborami parlamentarnymi mogą im nie wybaczyć nawet najbardziej zagorzali sympatycy.

Konieczne będzie twarde i konsekwentne, ale zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy.

A że nie da się po dobroci, dobitnie pokazują ostatnie wydarzenia. Mam wrażenie, że przez co najmniej połowę obecnej kadencji Sejmu i rządu wielu Polaków żyło w pewnym rodzaju zbiorowej ułudy, że to się zmieni. Nasz sposób myślenia przypominał myślenie dręczonych dzieci z patologicznej rodziny: może to przynajmniej w części nasza wina, myśleliśmy, może niewystarczająco się staramy, niewystarczająco wchodzimy w dialog z tą drugą stroną, może nie zrobiliśmy tyle, ile było trzeba, żeby ich zrozumieć, wyjść im naprzeciw. To nieprawda.

Ludzie, którzy żyją normalnie, żyją przyzwoicie, lubią innych ludzi, wychowują dzieci, pracują i płacą podatki, kochają swój kraj, mają dystans i poczucie humoru, są nieźle wychowani i zachowują się racjonalnie, być może nie są doskonali. Może popełniają gafy, powiedzą w nerwach jedno słowo za dużo, zdarzają się im się wpadki i niedociągnięcia. Ale jednak mieszczą się w jasno określonych normach cywilizacyjnych, prawnych i normach współżycia społecznego, a za swoje błędy płacą, bo tak trzeba.

Jednak w tych normach ani PiS, ani Kościół katolicki od jakiegoś czasu się już nie mieszczą. Tych dwóch organizacji te zasady nie dotyczą. I nie dotyczą ich nie dlatego, że to jacyś wysublimowani geniusze, mający problemy z dostosowaniem się do społeczeństwa lub istoty o innej wrażliwości. Nie dotyczą ich, bo oni tego nie chcą. Uważają, że prawo, przyzwoitość i zasady współżycia społecznego są dla maluczkich, dla „zwykłych” ludzi. Oni zaś – w swoim mniemaniu – są niezwykli i stoją ponad prawem.

Buta, pycha, chamstwo, kłamstwo, arogancja, przemoc werbalna, polityczna i instytucjonalna i niebywała brutalność to cechy ludzi i grup, które spokojnie można nazwać bandyckimi. Czy PiS stosuje metody bandyckie? Tak. Czy Kościół stosuje metody bandyckie? Owszem. Kiedy wrzucą Państwo do wyszukiwarki internetowej frazę „metody postępowania zorganizowanych grup przestępczych”, znajdą tam łamanie i obchodzenie prawa, zacieranie śladów, kłamstwo, wprowadzanie w błąd instytucji kontrolnych (w demokracji jedną z takich instytucji jest opinia publiczna), fałszowanie danych, raportów i sprawozdań, uciszanie lub próby uciszania niewygodnych świadków, przekupstwo, szantaż, zastraszanie, niszczenie ludzi, oszczerstwo, posługiwanie się mediami i policją w celu wybielenia własnego wizerunku i zatarcia śladów. Z takimi ludźmi nie wygra się po dobroci. To nie są ludzie do debaty, dyskusji, ustalania stanowisk, negocjacji uwzględniających interesy wszystkich stron.
To nie są ludzie, którym na sercu leżą wartości czy kraj, na którym pasożytują.

Chcę to jasno powiedzieć: w mojej opinii zarówno PiS, jak i związany z nim Kościół katolicki (wzajemne wspieranie się obu tych instytucji jest także bardzo charakterystyczne) to obecnie potężne instytucje władzy, działające wyłącznie w celu zwiększenia swoich wpływów, powiększenia majątku i które, żeby to zrobić nie cofną się absolutnie przed niczym.

Po zapoznaniu się z pomysłem ministra Ziobry, żeby sędziami pokoju zostawali nie sędziowie, nawet nie prawnicy, a po prostu ludzie, którzy ukończyli 35 lat i mają „doświadczenie życiowe” (czy istnieje bardziej uznaniowe kryterium?) i po wysłuchaniu konferencji biskupów na temat pedofilii w Kościele, której przesłanie było aż nadto jasne: będziemy bronić pedofilów i mydlić wam oczy, dopóki tylko zdołamy i ujdzie to nam na sucho – przestałam mieć najmniejsze wątpliwości. Po dobroci z nimi się nie da.

Tak na PiS, jak i na Kościół katolicki jest tylko jedna metoda: twarde i konsekwentne, choć zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy, przykładne, choć sprawiedliwe ukaranie winnych, nie zważając na krzyki i płacze kolegów partyjnych, którzy oczywiście będą wydzierać się wniebogłosy, że dzieje im się straszna krzywda i zmiana przepisów w taki sposób, żeby można było z urzędu niejako, po przeprowadzeniu odpowiednich procedur, zdelegalizować każdą partię polityczną, łamiącą uporczywie, konsekwentnie, świadomie i celowo prawo i postawić przed sądem każdą instytucję, której udowodni się, tak jak Kościołowi katolickiemu, celowe i systemowe, wieloletnie krycie przestępców, w tym wypadku seksualnych (choć i inne ma Kościół na koncie). I wprowadzenie do Konstytucji i innych ważnych aktów prawnych odpowiednich zabezpieczeń przewidujących taki rozwój wypadków w przyszłości.

Na początku byliśmy otumanieni i bezradni i nie bardzo rozumieliśmy, co się właściwie dzieje i to była najzupełniej normalna reakcja. Tak reagują normalni, spokojnie ludzi w zetknięciu z bandyckimi metodami. Ale czas na zmianę podejścia. Bycie miłym w żadnym wypadku nie wystarczy. A naiwność będzie kosztować nas Polskę.

We wtorek 19 marca odbyła się rozprawa Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego o status nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. Zamiast przedstawiciela MSZ polski rząd reprezentował de facto prokurator – wysłannik Zbigniewa Ziobry. Chciał wyłączyć z rozprawy… samego prezesa TSUE za „brak bezstronności”

W pytaniach z 30 sierpnia oraz 19 września 2018 Sąd Najwyższy pytał TSUE o „zdolność KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów” w związku z jej upolitycznieniem. A także o to, czy Izba Dyscyplinarna SN, którą w 2018 roku powołał do życia rząd PiS „będzie sądem niezależnym i niezawisłym w rozumieniu prawa unijnego”.

SN argumentował, że w nowej Izbie zasiadają wyłącznie sędziowie wybrani przez KRS, której „sposób wyboru i funkcjonowania” uznaje za wątpliwe. Została bowiem uzależniona od władzy ustawodawczej i wykonawczej – 6 marca 2018 roku 15 członków-sędziów KRS powołali posłowie PiS i Kukiz’15.

Podczas wtorkowej rozprawy polski rząd zapewniał Trybunał, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a pytania prejudycjalne SN są „bezprzedmiotowe”. Przypominał, że rząd PiS znowelizował ustawę o Sądzie Najwyższym, zatem pytania o status KRS tracą punkt zaczepienia i powinny zostać wycofane.

„Rząd argumentował, że w Polsce wszystko jest w porządku. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki” – komentuje dla OKO.press mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, która prowadzi w TSUE sprawę pytań SN.

Trybunał ostatecznie nie przychylił się do argumentacji rządu – uznał, że pytania SN są dopuszczalne. I przekazał je do rozpatrzenia rzecznikowi generalnemu (fr. avocat général). Opinię rzecznika poznamy 23 maja 2019 roku, czyli tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na jej podstawie, w ciągu około dwóch tygodni zapadnie ostateczny wyrok TSUE.

Uczestnikom wtorkowej rozprawy rzuciła się w oczy interesująca zamiana miejsc. Jako przedstawiciel polskiego rządu częściej niż właściwy pełnomocnik – Bogusław Majczyna z MSZ – wypowiadał się prokurator Tomasz Szafrański z Prokuratury Krajowej.

Ekspansywny prokurator

„Prokurator Szafrański przez całe spotkanie próbował zabierać głos poza kolejnością i bez trybu, podnosił rękę i przerywał. Gdy udzielono mu głosu, przekraczał limity czasu, nie reagował na upomnienia przewodniczącego. W zasadzie wypowiadał się za polski rząd” – mówi OKO.press mec. Michał Wawrykiewicz.

Wawrykiewicz wraz z mec. Sylwią Gregorczyk Abram prowadzi w TSUE sprawę pytań SN. Oboje są członkami stowarzyszenia „Wolne Sądy”.

„Gdy zostało mu to wytknięte miał odpowiedzieć, że czuje się Polakiem, patriotą i występuje w imieniu polskiego rządu dla dobra państwa” – dodaje Wawrykiewicz.

Na samym początku posiedzenia Szafrański próbował poza kolejnością złożyć wniosek o odroczenie postępowania. Mimo że procedury nie przewidują odroczenia w momencie, gdy data rozprawy została już wyznaczona. „To działanie bez żadnego trybu” – komentuje Sylwia Gregorczyk-Abram.

Odroczenie miałoby dać prokuraturze więcej czasu, by na piśmie wnioskować o wyłączenie z rozprawy niektórych sędziów TSUE. Zdaniem Wawrykiewicza i Gregorczyk-Abram prokuratura opacznie zrozumiała pismo porządkowe wysyłane przez Trybunał przed rozprawą. Na jego podstawie uznała, że ma 15 dni na złożenie wniosku o wyłączenie z rozprawy danego sędziego.

O kogo chodziło? Pod koniec posiedzenia Szafrański złożył wniosek o wyłączenie z orzekania przewodniczącego Trybunału Koena Lenaertsa. Argumentował, że Lenaerts „wypowiadał się na temat reform wymiaru sprawiedliwości i uczestniczy w polskich konferencjach” organizowanych przez stowarzyszenie sędziów Iustitia i Sąd Najwyższy. Nie jest zatem w bezstronny.

Wniosek ten został jednogłośnie odrzucony. Nie poparł go nawet przedstawiciel polskiego rządu.

Sędziowie pytają o KRS

Po wystąpieniach mec. Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza, Komisji Europejskiej, EFTA, polskiego rządu, i prokuratury sędziowie TSUE mieli czas na zadawanie pytań. Jak podkreślają członkowie „Wolnych Sądów”, 90 proc. z nich było skierowanych do Bogusława Majczyny.

TSUE pytał Majczynę zwłaszcza o skrócenie kadencji poprzednich członków KRS. Sędzia-sprawozdawca powoływał się na art. 187 konstytucji, który precyzuje, że trwa ona cztery lata.

Pełnomocnik rządu przyznał, że kadencje została skrócone. Ale zaznaczył, że tylko nieznacznie – o dwa dni. Przypomniał przy tym wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że kadencje wszystkich członków KRS powinny zaczynać się i kończyć w tym samym dniu. Rząd miał więc być niejako zmuszony do skrócenia kadencji, by dostosować się do postanowienia TK.

„Prawda jest taka, że oni poszli do „swojego” Trybunału by dostać taki wyrok, jakiego sobie życzyli. Celem było to, by mieć podstawę do skrócenia kadencji członków KRS i obsadzenia jej „swoimi”. Trybunał to przypieczętował. Rząd opiera argumentację w TSUE na wyroku TK podporządkowanego władzy” – komentuje Michał Wawrykiewicz.

Sprawa „kamikadze”

Sędziowie TSUE pytali polski rząd także o kryteria wyboru sędziów do KRS i Sądu Najwyższego.

„Trybunał interesowało jak te kryteria są rozumiane, kto przygotowuje listy sędziów, jak kandydatury są weryfikowane i kto o tym decyduje” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

TSUE prosił również o wyjaśnienia w sprawie art. 44 ustawy o KRS, który mówi o trybie odwołania od negatywnej opinii KRS w procesie rekrutacji na stanowiska sędziowskie w SN. Po zmianach wprowadzonych przez rząd PiS do zablokowania uchwały KRS zaskarżyć ją muszą wszyscy uczestnicy postępowania. W innym przypadku automatycznie staje się ona prawomocna.

Przepis ten oraz cały system naboru testowali w październiku „sędziowie-kamikadze„, którzy zgłosili swoje kandydatury do Sądu Najwyższego, m.in. Waldemar Żurek.

„Majczyna powiedział, że chodziło o to, by nie wstrzymywać procedury powołania sędziów SN. Skłamał, bo w art. 44 ust. 2 jest mowa o tym, że Naczelny Sąd Administracyjny ma dwa tygodnie na rozpoznanie odwołania. To była kwestia dwóch tygodni, ale rząd się nie wstrzymywał” – podkreśla Wawrykiewicz.

Izba Dyscyplinarna

Jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy Bogusław Majczyna mówił dziennikarzom, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego „ma wszelkie znamiona niezależnego sądu”. Podczas posiedzenia podkreślał, że fakt, że została wybrana przez nową KRS „nie ma najmniejszego wpływu na jej niezależność”.

Wtórował mu prokurator Szafrański. Stwierdził, że „Izba Dyscyplinarna ma gwarancje niezależności większe niż inne sądy. Nie ma w niej jakichkolwiek powiązań z władzą ustawodawczą i wykonawczą”.

„Rząd argumentował, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki. To rozjuszyło prokuratora. Stwierdził, że do żadnych prześladowań nie dochodzi, że to „fantazmaty publicystyczne”. Wymieniliśmy więc nazwiska sędziów, którym postawiono zarzuty, tłumacząc też zmianę w postępowaniach dyscyplinarnych i efekt mrożący” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

O tym, że Izba Dyscyplinarna powołana do życia przez rząd PiS, ma być młotem na niezależnych sędziów pisaliśmy w OKO.press już w sierpniu 2018 roku. Od tego czasu zdążyła przydać się politykom. W październiku jej ówczesny prezes Jan Majchrowski pisał do TSUE, że pytania prejudycjalne SN są niedopuszczalne.

Sędziowie TSUE dopytywali, kto sprawuje kontroluję nad Izbą Dyscyplinarną w sytuacji, gdy ta złamie prawo. Bo Izba pozostaje poza kontrolą Pierwszego Prezesa SN. Zdaniem ekspertów przypomina w tym „sąd specjalny”, który może zostać powołany tylko na czas wojny.

Reklamy

Kaczyński rozsypuje się w proch. Tyle po nim zostanie – zgnilizna

7 Mar

W tym samym czasie, gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości wszem i wobec ogłaszał program “zero tolerancji” dla kombinowania przy podatkach, prezes Jarosław Kaczyński, faktycznie zarządzający spółką Srebrna, polecił taki właśnie schemat stworzyć i zastosować w inwestycji K-Towers, które miały stanąć przy ul. Srebrnej 16 w Warszawie. Dzisiejsza publikacja “Gazety Wyborczej”, ujawniająca poufną umowę z renomowaną kancelarią Baker McKenzie i zeznania Geralda Bigrfellnera w tej kwestii, pokazuje nowy wątek przedsięwzięcia, którego upublicznienie miało być “politycznie nie do obrony”. 

W 2016 roku Unia Europejska przyjęła dyrektywę wprowadzającą zalecenia Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w sprawie obligatoryjnego raportowania schematów podatkowych. Nasze Ministerstwo Finansów, w myśl strategii walki z oszustami podatkowymi, pracowało i wciąż pracuje nad wdrożeniem unijnych rozwiązań, jednak w wersji najdalej idącej, obejmującej raportowanie wszystkich rozwiązań w spółkach powiązanych, które mają charakter sztuczny i nastawiony na korzyść podatkową. Tymczasem, pod koniec 2017 roku w zaciszu gabinetu prezesa PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie trwały przygotowania do rozpoczęcia wielkiej inwestycji K-Towers, która miała na wiele długich lat zapewnić bezpieczne finansowanie zaplecza partii rządzącej. Jak to dziś tłumaczy Jarosław Kaczyński, budowa wpływowego prawicowego think tanku, miała być przeciwwagą dla “lewackiej” Fundacji Batorego, co miało być korzyścią nie tylko dla jego środowiska, ale wręcz dla całej Polski. Żeby korzyść dla jego najbliższych współpracowników była jednak możliwie największa, strategia biznesowa i podatkowa została obmyślona tak, by faktyczny beneficjent budowy bliźniaczych wieżowców miał zagwarantowane maksimum zysku z inwestycji przy minimalnym ryzyku gospodarczym i podatkowym.

Jak pisze “GW”, ustalony model biznesowy opiera się na dwóch spółkach powołanych do przeprowadzenia inwestycji. Obie nazywają się Nuneaton (jedna z o.o., druga komandytowa) i obie mają minimalny kapitał. Srebrna – właściciel wartej miliony działki – wnosi symboliczny wkład do spółki komandytowej, prawdopodobnie 5 tys. zł, stając się w niej komandytariuszem, dzięki czemu jedynie do tej kwoty ogranicza się jej odpowiedzialność. W przypadku fiaska inwestycji działka przy Srebrnej jest bezpieczna. Nie mogliby po nią sięgnąć potencjalni wierzyciele, bo przed nimi odpowiadałby Nuneaton. Sprawa zysków z inwestycji przedstawiać się miała zgoła odmiennie, bo 99,9% zysków trafiać miało do Srebrnej, a jedynie 0,1% do Nuneatona.

O tych okolicznościach Gerald Birgellner informował prokurator, która wciąż nie zdecydowała o wszczęciu śledztwa w sprawie oszustwa. – Wielokrotnie omawialiśmy strukturę z Kaczyńskim i Baker McKenzie. Żeby przy projekcie kwestia podatkowa była dobrze dopracowana (…), by ustawić ten projekt optymalnie pod względem podatkowym, aby zaoszczędzić na podatkach – miał mówić Austriak. – Odbyliśmy wiele spotkań, w których brał udział pan Kaczyński (…). Birgfellner podkreśla także, że prezes Kaczyński nalegał na to, by takie sprawy załatwiać bezpośrednio z nim i by nie wprowadzać zarządu spółki Srebrna w szczegóły umów. Bardzo interesujące dla prokuratury powinno być jednak uzasadnienie tej prośby. „Słyszałem, że (…) ludzie ze spółki Srebrna »kręcą własne lody«, dlatego pan Kaczyński powiedział, że mam ich o tym nie informować. (…) Pomysł dwóch wież podobał się Kaczyńskiemu, bo wyglądałyby jak bliźniacze wieże, jak bliźniacy Kaczyńscy”.

Ujawnione przez “GW” rewelacje o machinacjach prawnych, mających na celu ograniczyć odpowiedzialność rzeczywistego beneficjenta, kluczowej z punktu widzenia przyszłości obozu władzy inwestycji, rzucają kolejny cień na “kryształowość” prezesa Jarosława Kaczyńskiego, co nie umknęło też uwadze komentatorów politycznych.

Niestety dla Jarosława Kaczyńskiego, model zarządzania państwem, który stworzył po 2015 roku jest bliźniaczo podobny do modelu działalności Srebrnej, Prędzej czy później będzie miało dla sądu kluczowe znaczenie w ocenie wiarygodności zeznań Geralda Birgfellnera. W końcu, jeśli lider PiS zarządza dziś nieformalnie całym państwem z tylnego siedzenia, w sposób zupełnie wolny od odpowiedzialności za te działania, to dokładnie tak samo mógł zarządzać spółką Srebrna, choć przepisy Konstytucji mu tego zabraniają.

>>>

W sprawie ogłoszonej dziś decyzji Rady Miasta Gdańska naprawdę trudno nie zgodzić się z radnym PiS Janem Kanthakiem. Tak, „decyzja o odebraniu honorowego obywatelstwa czy usunięcia pomnika to tylko zamiatanie sprawy pod dywan”, by odwołać się do jego słów.

Radni miejscy usuwają w cień trudny temat. Na pewno zyskają poklask części tytułów prasowych. Łatwiej też im będzie spojrzeć w lustro; przecież przez tyle lat tolerowali ten mocno chwiejący się kult. Dziś mogą odetchnąć. Ale czy na pewno?

Prałat Jankowski stracił honorowe obywatelstwo Gdańska

Kłopoty z wiarygodnością oskarżyciela prałata Jankowskiego

„Solidarność” sama rozbierze pomnik ks. Jankowskiego

Bo przecież – idę o zakład – nie wszyscy z tą decyzją się zgodzą. Z kręgów gdańskiej Solidarności już nieoficjalnie dochodzą głosy, że związek pomnika tak łatwo nie odpuści. Znajdą się i inni, bardziej radykalni, którzy (to już wróżby) sprzeciwią się fizycznie usuwaniu pomnika i wymianie tabliczek na skwerze. To ci, co szukają zadym, a zadymy w okresie przedwyborczym to niezły oręż polityczny.

Należy spodziewać się więc na skwerze Guzikiewicza, narodowców, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR-u itp. Wszystkich, którzy swą „niepokorną” postawą będą chcieli zaistnieć w kampanii. Obawiam się, mówiąc już całkiem otwarcie, że Gdańsk zafundował sobie kolejną polską bitwę o pomnik. A jak bywają bolesne takie bitwy, jak głębokie zostawiają rany wiemy dokładnie od czasów Krakowskiego Przedmieścia.

Zarazem rozumiem radnych Gdańska, którym ciężko był podjąć inną decyzję. Presja była zbyt wielka. Czy ktoś można nas uratować przed takim scenariuszem? Nie mam wątpliwości, że tylko gdańska Kuria. Arcybiskup L.S. Głódź powinien w trybie pilnym powołać komisję, która ustali fakty w sprawie Jankowskiego. Jeśli tego nie zrobi, zachowa się nieodpowiedzialnie, zwłaszcza w świetle tego, o czym ostatnio dyskutowano w Watykanie. Wie, jak ważnym tematem dla papieża Franciszka jest pedofilia wśród kapłanów. Wie, że czasy tolerancji skończyły się ostatecznie. A jeśli gdański hierarcha nie zdecyduje się na powołanie komisji?

Jest jeszcze jedna ścieżka. Nuncjusz, który posiada mocne instrumenty wpływu na polskich biskupów. Ma nie tylko prawo, ale obowiązek ich uruchomienia. Apeluję jednak najpierw do arcybiskupa. Niech pomoże uniknąć tej groźnej konfrontacji. Niech podejmie odważną decyzję. Bez niej będzie miał ten potencjalny konflikt na sumieniu.

„Nie będziemy budować aliansu w Parlamencie Europejskim z partiami, które są za niszczeniem lub osłabianiem UE” – stwierdził Mateusz Morawiecki. Ale PiS układa się z eurosceptycznymi populistami z Włoch, Francji i Holandii, rozważa współpracę ze skrajną prawicą z Austrii i Hiszpanii i marzy o sojuszu z Viktorem Orbánem. To jak to jest, Panie Premierze?

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” 6 marca 2019 roku Mateusz Morawiecki mówił niemal o wszystkim, niewiele natomiast o planie Prawa i Sprawiedliwości na zbliżające się eurowybory. Premier zaprzeczał jedynie, jakoby PiS planowało nawiązać współpracę z partiami o profilu „antyeuropejskim i antyunijnym”.

Morawiecki albo nie wie, z kim układa się PiS, albo próbuje wprowadzić w błąd opinię publiczną.

Dzisiejszy eurosceptycyzm to głęboki brak zaufania do unijnych instytucji, brukselskich elit i wpisanej jeszcze w rzymskie traktaty idei budowania „coraz ściślejszej Unii”.

Wszystkie formacje, z którymi partia Kaczyńskiego prowadzi rozmowy o sojuszu mają w programie mniej lub bardziej wyraźne osłabienie centralnej roli Komisji Europejskiej i powrót do luźnego związku państw członkowskich. Do tego sprowadza się lansowana także przez PiS idea „Europy ojczyzn” lub „Europy narodów”.

Potwierdził to zresztą sam Morawiecki, zapytany o to, jaki będzie PE po wyborach:

„Spodziewam się osłabienia głównych, mainstreamowych partii i wzmocnienia centroprawicowych, konserwatywnych, które chcą tak jak my mocniejszej Europy ojczyzn” – odpowiedział.

Tymczasem nowi potencjalni sojusznicy PiS to nie niewinna centroprawica, a walczący o przejście do mainstreamu populiści lub wręcz prawica skrajna.

O jakie partie chodzi? Lista potencjalnych nowych partnerów PiS ciągle się wydłuża, a jej skład nie zachwyca:

  • włoska „Liga” Matteo Salviniego,
  • francuska „Powstań Francjo” (DLF),
  • holenderskie Forum na rzecz Demokracji (FvD),
  • hiszpański „Głos” (Vox),
  • Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ),
  • a także, oczywiście, węgierski Fidesz.

Wszystkie łączą dwie kluczowe sprawy: chęć osłabienia Unii Europejskiej oraz budowanie kapitału politycznego na pogardzie dla elit, „tradycyjnych wartościach” i lęku przed obcymi. Oto w jakim gronie widzi dziś siebie PiS.

Przetasowania w PE

Nowi sojusznicy są im dziś niezbędni, bo wielkimi krokami zbliża się brexit, a wraz z nim partię Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR) opuszczczą brytyjscy Torysi.

Jak na razie wydaje się, że PiS planuje po wyborach pozostać w EKR i formować ją według własnego pomysłu, skręcając przy tym ostro w prawo. Taktyka polega na przyciąganiu potencjalnych sprzymierzeńców w budowaniu „Europy ojczyzn”, nawet tych o podejrzanej reputacji.

PiS wspierają obecni partnerzy w EKR, m.in. Czesi z Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS). Ale partia Kaczyńskiego szuka sojuszników także w innych frakcjach w Parlamencie Europejskim, zwłaszcza w „Europie Narodów i Wolności” (ENF).

ENF to dziś zbiorowisko partii „egzotycznych” – antyimigranckich, populistycznych i głęboko nieufnych wobec Europy. Są w niej m.in. posłowie włoskiej Ligi Matteo Salviniego, brytyjskiego UKIP Nigela Farage’a (partia powstała, by wyprowadzić Wielką Brytanię z UE), francuskiego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine Le Pen, Holendrzy z Partii Wolności (PVV) Geerta Wildersa oraz Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ).

Dla nich przyłączenie się do EKR to szansa na zmianę wizerunku z niebezpiecznych radykałów na zatroskanych o losy UE konserwatystów.

PiS szuka też w Europie ugrupowań pokrewnych ideologicznie, które mają szanse po raz pierwszy trafić do PE, jak francuskie Powstań Francjo (DLF), holenderskie Forum na rzecz Demokracji (FVD) i hiszpański Głos (Vox). Nie ustaje też w wysiłkach, by przyciągnąć do siebie węgierski Fidesz, któremu coraz poważniej grozi wykluczenie z Europejskiej Partii Ludowej.

Prorosyjski Salvini

W OKO.press pisaliśmy, że na początku stycznia 2019 roku Polskę odwiedził wicepremier i minister spraw wewnętrznych Włoch Matteo Salvini. Spotkał się wówczas z Jarosławem Kaczyńskim, by rozmawiać o sojuszu w wyborach do PE.

Partia Salviniego – Liga – ma szanse znacznie powiększyć swoją reprezentację w Brukseli i Strasburgu. Większość sondaży wskazuje, że to właśnie partia Salviniego zwycięży w majowych wyborach. Jeżeli prognozy się potwierdzą, Liga wyśle do PE drugą największą reprezentację – aż 27 eurodeputowanych. Liczniejsi będą tylko niemieccy chadecy.

Obecnie sześcioro eurodeputowanych z Ligi zasiada w grupie „Europa Narodów i Wolności” (ENF). Europosłem był zresztą także sam Matteo Salvini.

Jakie poglądy reprezentuje Liga? Partia Salviniego jest dziś najczęściej określana jako „populistyczna skrajna prawica”. Jest partią prorosyjską, nacjonalistyczną i skrajnie antyimigrancką. To właśnie na podsycaniu lęku przed obcymi zbudowała swoją dzisiejszą popularność.

Relacje Ligi z UE? Burzliwe. Przed wyborami w 2018 roku Salvini nakręcił we Włoszech kampanię rewizji unijnych traktatów i wyprowadzenia Italii ze strefy euro. Zdanie zmienił, gdy wszedł do rządu i okazało się, że rezygnacja ze wspólnej waluty doprowadziłaby kraj do gospodarczej katastrofy. Musiał też ustąpić, gdy Bruksela nakazała Rzymowi rewizję budżetu tak, by dostosować się do unijnych limitów.

Z antybrukselskiej agendy Salviniego dziś pozostaje przede wszystkim obietnica „zmieniania UE od środka”, czyli budowania luźnej formacji „Europy narodów”.

Francuzi za przywróceniem granic

PiS dogadało się już za to z francuską „Powstań Francjo” (fr. Debout la France, DLF), której liderem jest Nicolas Dupont-Aignan. W grudniu 2018 roku Dupont-Aignan podpisał z EKR deklarację stowarzyszeniową, jednocześnie odrzucając zaproszenie Marine Le Pen do tworzenia wspólnej listy.

Tym samym najpewniej oddaliła się perspektywa współpracy między Le Pen a Kaczyńskim, na którą wyraźnie zanosiło się jeszcze w 2017 roku.

Dupont-Aignan, obecnie jedyny poseł DLF we francuskim parlamencie, dwa lata temu kandydował na prezydenta Francji. Otrzymał 4,7 proc. głosów. W drugiej turze poparł Le Pen, która zapowiedziała, że jeśli wygra wybory, Dupont-Aignan zostanie premierem w jej rządzie.

Choć DLF dopiero po raz pierwszy ma szanse wysłać do Parlamentu Europejskiego swoich przedstawicieli, dwóch jej posłów zasiada już w PE. To byli eurodeputowani od Le Pen, którzy postanowili przejść do DLF. Najnowsze sondaże dają partii Dupont-Aignana ok. 6 proc. głosów i 6 mandatów w PE.

Samych siebie członkowie DLF lubią plasować gdzieś pomiędzy „ekstremistami” pokroju Marine Le Pen a „systemem”, czyli centroprawicą. Z Le Pen nadal mają jednak wiele wspólnego. Podobnie jak RN, DLF jest partią konserwatywną i eurosceptyczną. Chce wyprowadzić Francję ze strefy euro, osłabić rolę Komisji Europejskiej w UE, przywrócić kontrole graniczne i ograniczyć migrację. Jest również prorosyjska.

Forum na rzecz Demokracji

PiS dogadało się także z partnerami w Holandii. W lutym 2019 wolę przystąpienia do EKR po majowych wyborach 36-letni Thierry Baudet, szef holenderskiego Forum na rzecz Demokracji (FvD).

To partia dość młoda, podobnie jak jej przewodniczący. Powstała w 2015 jako think tank. W 2016 zyskała rozgłos, gdy włączyła się w kampanię na rzecz referendum w sprawie umowy stowarzyszeniowej między UE a Ukrainą. Niedługo później, bo w 2017 roku, wysłała do holenderskiego parlamentu dwóch posłów.

W sondażach FvD jest obecnie na czwartym miejscu – może liczyć na ok. 11 proc. głosów i 3 miejsca w PE.

Formacja Thierry’ego Baudeta ma wiele wspólnego z Partią Wolności (PVV) Geerta Wildersa, który dziś blisko współpracuje z Marine Le Pen. Podobnie jak Wilders, Baudet chce ograniczenia imigracji i osłabienia roli UE. Swoją kampanię opiera przede wszystkim na niechęci do elit – także tych w Brukseli.

Zbliżenie EKR i FvD nie spodobało się holenderskiej Unii Chrześcijańskiej (CU), której jeden eurodeputowany zasiada dziś w EKR. Zdaniem CU Baudet nakręca w Holandii kampanię Nexitu, co jest sprzeczne z celami EKR, która miała „zmieniać Unię Europejską od środka”. CU może jednak liczyć na znacznie mniej głosów w nadchodzących wyborach. PiS bardziej opłaci się sojusz z silniejszym FvD.

Legutko: a może FPÖ?

Z kim jeszcze swoją przyszłość potencjalnie wiąże Prawo i Sprawiedliwość?

Europoseł PiS Ryszard Legutko wspominał o toczących się rozmowach z hiszpańskimi radykałami z Głosu (Vox). Popularność Vox w Hiszpanii rośnie od momentu, gdy w grudniu 2018 roku zdobyła 12 miejsc w andaluzyjskim parlamencie regionalnym. Sondaże wskazują, że może liczyć na ok. 12 proc. głosów i 7-8 miejsc w nowym PE.

Vox powstała w 2013 roku. Jest określana jako populistyczna skrajna prawica – chrześcijańska i nacjonalistyczna. Jej politycy sprzeciwiają się autonomii hiszpańskich regionów, lansują społeczny konserwatyzm i, oczywiście, „większą niezależność państw członkowskich w ramach UE”.

Legutko stwierdził również, że osobiście „wziąłby na poważnie pod uwagę zaproszenie Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ) do EKR”.

FPÖ to partia o długiej i niezbyt chlubnej historii. Powstała jeszcze w latach 50. XX wieku. Zawsze określana była mianem skrajnej prawicy, a jej pierwszym liderem był nazista Anton Reinthaller, były oficer SS. Od tego czasu porzuciła pangermańskie idee i zwróciła się w stronę prawicowego populizmu.

Dziś reprezentuje podobny zestaw poglądów co większość potencjalnych sojuszników PiS. Jest eurosceptyczna, antyimigrancka i prorosyjska. Ostatnie sondaże dają FPÖ 23 proc. głosów i 5 miejsc w PE.

Jak na razie nie wiadomo nic na temat planowanych rozmów między FPÖ a EKR. Obecnie Austriacy zasiadają w EFD razem Francuzami od Marine Le Pen i Holendrami od Geerta Wildersa.

Fidesz Orbana? Wspaniała nowina

Nie ulega wątpliwości, że PiS nadal liczy na sformalizowanie związku z węgierskim Fideszem poprzez przyciągnięcie go do EKR.

Do tej pory szanse na to, że Viktor Orbán opuści Europejską Partię Ludową, były niewielkie. Pozostali członkowie EPL nabierali wody w usta, gdy pytano ich, kiedy wreszcie pozbędą się Węgrów. Milczeli także wówczas, gdy Orbán zdecydował wyrzucić z Budapesztu Uniwersytet Środkowoeuropejski.

Ostatnio jednak Fidesz zaostrzył antyunijny kurs. W najnowszej kampanii węgierskiego rządu na plakatach pokazano szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera i amerykańskiego miliardera George’a Sorosa. Podpis głosi, że chcą oni „wprowadzić obowiązkowe kwoty relokacyjne”, „osłabić prawa państw członkowskich do ochrony granic” i  „ułatwić imigrację poprzez wizę migracyjną”.

Kilkanaście partii – członków EPL, oburzonych tą kampanią, wystąpiło do przewodniczącego z wnioskiem o wykluczenie Fideszu z członkostwa w formacji. Poparcie wniosku rozważają posłowie PO i PSL. Większość komentatorów jest jednak zdania, że EPL nie wyrzuci Fideszu przed majowymi wyborami. Decyzja ma zapaść na zlocie EPL 20 marca.

O tym, żeby Orbán już wkrótce był „do wzięcia” marzą natomiast politycy PiS.

„Orbán potrzebował EPL jako tarczy. To dlatego Fidesz tak długo był członkiem tej partii” – mówił Ryszard Legutko w rozmowie z Politico. Dodał, że gdyby Fidesz zechciał dołączyć do EKR, dla polskiego rządu byłaby to „wspaniała nowina”.

Grzegorz Schetyna o wspólnym klubie PO i Nowoczesnej

6 List

Schetyna: Widziałem, że jest w bardzo dobrej formie, Przygotowany, skoncentrowany. Taki Tusk jak za starych, dobrych czasów

– Z dużym wrażeniem [patrzyłem na Donalda Tuska], że był bardzo dobrze przygotowany, w bardzo dobrej formie. Miałem też możliwość rozmawiania z nim. Nie w trakcie przesłuchania, ale przed i w czasie przerwy. Widziałem, że jest w bardzo dobrej formie. Bardzo dobrze przygotowany, skoncentrowany. Taki Tusk jak za starych, dobrych czasów – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak podkreślił, „rozmawialiśmy o przyszłości i polityce”.

– Po jego powrocie w grudniu 2019 roku myślę, że tak, to projekt, który w polskiej polityce może znaczyć. Nie rozmawialiśmy [wczoraj o tym]. Mówiliśmy tylko o aktualnej sytuacji i o analizie tego, co dzieje się na komisji – mówił dalej przewodniczący PO.

Schetyna: Warto zrobić wiele, żeby po wygranych wyborach parlamentarnych rozmawiać poważnie o wspólnym kandydacie na prezydenta Polski

– Warto zrobić wiele, żeby po wygranych wyborach parlamentarnych przez Koalicję Obywatelską, czy to, co się uda wokół niej zbudować, rozmawiać bardzo poważnie o wspólnym kandydacie na prezydenta [Polski] – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Piaseckim.

Schetyna o Amber Gold: To prokuratura powinna reagować wcześniej. Ci wszyscy, którzy nie podejmowali decyzji, teraz mają świetną karierę

– Oczywiście nie było wszystko tak, jak miało być, ale na końcu to przesłuchanie Tuska jednak obnażyło brak argumentów ze strony śledczych, którzy chcieli go przesłuchać i dopaść. To nie służby, bo przecież te notatki, ostrzeżenia były. Bardziej patrzę na prokuraturę. Nie było mechanizmów w prokuraturze i państwowego nadzoru nad prokuraturą, żeby egzekwować informacje, które płynęły ze służb – stwierdził Grzegorz Schetyna w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24.

– Ta praca służb była rzetelna, natomiast nie było mechanizmu, który pokazywałby, ostrzegał i wprowadzał interwencję państwa wcześniej. To rzeczywiście jest prawda, ale uważam, że to prokuratura powinna reagować wcześniej. Ci wszyscy, którzy nie podejmowali decyzji, teraz mają świetną karierę i awansują za prokuratora generalnego – dodał szef PO.

Schetyna: 11 listopada rano będziemy z Tuskiem przed pomnikiem Piłsudskiego

– Pójdziemy w inne miejsce razem [z Donaldem Tuskiem] i złożymy kwiaty. To dla nas, historyków bardzo ważna data [11 listopada]. Wiele o niej mówiliśmy. Będziemy przed pomnikiem Józefa Piłsudskiego, bo to symboliczne. Będziemy w godzinach porannych, w gronie z przyjaciółmi, z ludźmi, z którymi robimy i chcemy robić politykę i nie tylko. Chcemy oddać cześć ojcom niepodległej. Zrobimy to nie tylko w Warszawie. W związku z upadkiem całej koncepcji przygotowania tego święta, zrobimy to także w całym kraju. Wierzę, że będzie to powszechna akcja ludzi PO – stwierdził Schetyna.

Jak podkreślił przewodniczący PO, nie będzie go o 12:00 przed Grobem Nieznanego Żołnierza. – Będziemy 11 listopada na tych uroczystościach. Na uroczystościach organizowanych przez miasto, samorządowców Platformy w całym kraju – dodał.

„Biorę to poważnie pod uwagę”. Schetyna sugeruje możliwość integracji klubów PO i N

– Chciałbym zbudować taką koalicję, taki blok wyborczy, który wygra z 2019 roku – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak dodał:

„Stanęliśmy w szóstkę z SLD, Europejskimi Demokratami, PSL. Stanęliśmy obok siebie w piątek, przed wyborami. Tak, biorę to bardzo poważnie pod uwagę, jeżeli uda nam się prowadzić rozmowy w lepszym stylu niż przed wyborami samorządowymi, a wierzę, że tak, że to możliwe. Tego oczekują Polacy”

Pytany o silniejsze zintegrowanie Platformy z Nowoczesną, odpowiedział: – Myślę, że tak. To proces, który będzie postępował. Współpraca klubów parlamentarnych. Nie wiem czy kwestia federacji, bo to kwestia organizacji [ws. wspólnego klubu] i logistyki, funkcjonowania tak dużego klubu. To nie jest proste. Obecność w mediach. Biorę to bardzo poważnie pod uwagę. Rozmawiamy z przewodniczącą Lubnauer.

Dopytywany o wspólną partią, stwierdził: – To by było bardzo trudne. Kuszące to jest zwycięstwo w PiS. Żeby zatrzymać skutecznie PiS. Warto zrobić wiele, żeby to się stało, ale musi zacząć ten najsilniejszy, największy. Pokazać, że to nie tylko gest, ale prawdziwa nowa polityczna przestrzeń. Myślę, że to będziemy decydować [ws. szyldu] wszyscy ludzie Platformy, którzy ją zakładali i prowadzili. Chcę projektu, skuteczności. Uważam, że to najważniejsze. Platforma to szyld, znany, nie tylko w Polsce, w Europie, świecie. Zbudował KO i dał zwycięstwo, nadzieję Polakom, że można skutecznie pokonać PiS. Dlatego to jest ta wartość.

Gersdorf poinformowała KE o środkach podjętych w SN w celu zastosowania się do postanowienia TSUE

– W dniu 31 października 2018 r. Pani Prof. Małgorzata Gersdorf Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego przesłała do Komisji Europejskiej informację o środkach podjętych w Sądzie Najwyższym w celu pełnego zastosowania się do postanowienia TSUE z dnia 19 października 2018 r. w sprawie C-619/18 – poinformowało biuro prasowe SN.

Informacja została również przesłana do wiadomości Trybunału Sprawiedliwości UE.

W zawiadomieniu Prezes Gersdorf poinformowała, że w dniu 19 października br. wszyscy sędziowie Sądu Najwyższego objęci zakresem działania środków tymczasowych zostali zawezwani do podjęcia obowiązków służbowych w Sądzie Najwyższym i do dnia 31 października 22 sędziów stawiło się w Sądzie Najwyższym, a części z nich już przydzielono sprawy do rozpoznania.

Pani Prezes poinformował również, że organy władzy ustawodawczej i wykonawczej prowadzą rozważania co do sposobu wykonania przedmiotowego postanowienia”

PiS doprowadził do sytuacji, że w manewrach „żołnierze” uczestniczą z atrapami broni

Jutro rozpoczynają się największe w tym roku manewry pod kryptonimem “Anakonda 18”. Ćwiczenia odbywają się cyklicznie co dwa lata. W tym roku wojsko będzie ćwiczyć między innymi na poligonie w Drawsku Pomorskim i Orzyszu oraz w przestrzeni powietrznej Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Niektóre z epizodów zostaną rozegrane poza poligonami. Celem manewrów jest sprawdzenie, jak w warunkach wojennych współdziałają ze sobą wojsko, administracja cywilna, a także struktury dowodzenia NATO. 

Scenariusze zostały ustalone tak, aby w miarę realnie odpowiadały tym, z którymi będzie musiało się zderzyć państwo w czasie wojny. Chociaż nikt tego głośno nie mówi, chodzi o odpowiedź na agresję Rosji na Polskę i kraje bałtyckie. Ćwiczenia będą też rozciągnięte w czasie i podzielone na dwa etapy: 7-16 listopada będą to manewry z wojskami, a od 26 listopada do 6 grudnia dowódczo-sztabowe wspomagane komputerowo. W manewrach wezmą udział żołnierze z dziecięciu krajów NATO – głównie Amerykanie, ale także m.in. żołnierze tureccy, niemieccy, rumuńscy i czescy. Na terenie Polski będzie ćwiczyć około 12 tysięcy żołnierzy, a blisko 5 tysięcy w krajach bałtyckich oraz na morzu.

Dzisiejsza Rzeczpospolita informuje, że pomimo wątpliwości Amerykanów w manewrach wezmą udział organizacje proobronne. Udział tych organizacji budzi kontrowersje US Army. Notatka, która 27 kwietnia 2016 roku trafiła do Centrum Operacyjnego MON, zawierała informacje, że dzień wcześniej w trakcie spotkania w Biurze do spraw proboronnych MON przedstawiciele amerykańskiej armii wyrazili niepokój w związku z udziałem cywilów z formacji paramilitarnych w ćwiczeniach. Wątpliwości Amerykanów dotyczyły tego, że w rejonie bezpośrednich wojsk USA nie mogą przebywać cywile. Oficerowie Wojska Polskiego poinformowali gazetę, że członkowie organizacji wyjdą na ćwiczenia z… atrapami broni.

Rzeczpospolita zapytała eksperta o wątpliwości, co do udziału w manewrach takich organizacji – “Nie wiadomo, w jaki sposób te organizacje miałby zostać włączone w system obrony państwa. Nie mają określonych zadań w czasie pokoju i wojny, np. wsparcia ludności cywilnej – w przeciwieństwie np. do Wojsk Obrony Terytorialnej” – tłumaczy. MON nie określił m.in. modelu funkcjonowania organizacji pozarządowych w w systemie obrony państwa, w tym korzystania z obiektów wojskowych czy wyposażenia Sił Zbrojnych. Co więcej, resort nie zdefiniował jednoznacznie, czym są organizacje proobronne. I chyba najważniejsza sprawa. Wątpliwa jest podstawa prawna włączenia ich do ćwiczeń wojskowych. 

Brakuje jeszcze kosynierów i husarii, bo jak już się bawić to na całego. Wątpliwa podstawa prawna i do tego system, który w swoich założeniach nie uwzględnia tego typu organizacji, to gotowy przepis na tragedię, w imię ambicji MON, które jak widać pozostały bez zmian po wymianie szefa MON. To tupolewizm w wydaniu mundurowym. 12 tysięcy żołnierzy, a wśród nich ludzie biegający z atrapami krzyczący “pif-paf” i bawiący się w wojnę. Dla wielu to jest czysty Bareja, ale to nie jest komedia ponieważ tu aż za bardzo unosi się zapach dramatu.

W PiS nie wiedzą, czy Małgorzata Wassermann wygrała wybory na prezydenta Krakowa, czy przegrała.

27:1. Zbigniew Boniek przypomina blamaż PiS. Taki będzie w wyborach parlamentarnych

6 List

>>>

Smutne miny prezenterów i gości powyborczego studia TVP niezbyt pasowały do tezy, że wybory samorządowe wygrało PiS. Znalazł się jednak dyżurny optymista partyjny – Ryszard Czarnecki, który podjął trud przywrócenia uśmiechu partyjnym koleżankom i kolegom.

Eurodeputowany PiS obwieścił więc na Twitterze, że (zacytujmy) „gwoli ścisłości” kandydaci PO w Gdańsku, Szczecinie i Kielcach nie przeszli do II tur wyborów prezydenckich w tych miastach – wszędzie tam kandydaci PiS głosami mieszkańców stanęli do decydującej rozgrywki z kandydatami własnych komitetów. Co więcej, Czarnecki pogratulował w tym samym portalu prezydentowi -elektowi Kalisza, Krystianowi Kinastowskiemu pokonania rywala z PO.

Z ripostą odezwał się, co ciekawe, sam … Zbigniew Boniek. Prezes PZPN przypomniał koledze po fachu, wiceprezesowi PZPS przykry wynik głosowania o II kadencję szefa Rady Europejskiej – pamiętne 27:1 – blamaż, który zarówno Czarnecki, jak i PiS próbowali przekuć w zwycięstwo, choćby „moralne” – jak przypomina publicysta portalu Crowdmedia, Marcel Dudzic.

I chociaż mierny wynik wyborów samorządowych potwierdził nawet wicepremier Jarosław Gowin, mówiąc: „Duże i średnie miasta bezsprzecznie przegraliśmy. Trudno uznać to za sukces […] Być może jesteśmy w stanie uzyskać samodzielną większość w 2019 roku, ale bez dużych i średnich miast bardzo trudno jest rządzić” – Czarnecki brnął dalej. Postanowił uciszyć Bońka chwytając się … ostatnich wyników polskich reprezentantów w piłce nożnej. Cóż, tonący brzydko się chwyta.

Czegokolwiek nie wymyśli Czarnecki, fakty pozostają faktami. PiS zrozumiało, że w średnich i dużych miastach napotkało na ścianę. Czy partia Jarosława Kaczyńskiego porzuci walkę o miejski elektorat, skupiając się na wysiłkach związanych z eliminacją PSL na prowincji, czas pokaże. W każdym razie triumfalny marsz PiS jakby zwolnił i chyba kończy się jego monopol na oficjalną narrację – przekonuje cytowany portal.

Litość dla Wassermann

>>>

„To oczywiste. Mając serce dżentelmena i widząc jak Pani tonie musiałbym jakoś okazać litość. A tak tylko podczas przerwy błagałem PDT, aby miał dla Pani miłosierdzie. Tylko tyle mogłem dla Pani zrobić” – napisał na Twitterze Roman Giertych.

To jego reakcja na atak na niego Małgorzaty Wassermann z PiS.

Przewodnicząca komisji śledczej ds. Amber Gold w wywiadzie dla Polsat News nie przebierała w słowach. – „Zakładałam, że premier nie wziął dzisiaj ze sobą Romana Giertycha, bo się bał, że on zrobi „hop, hop, hop” na komisji jak na manifestacji KOD. Taki poziom, taka klasa Giertycha, że premier Tusk doszedł do wniosku, że to będzie dzisiaj dla niego wizerunkowe obciążenie, jeżeli ten człowiek usiądzie koło niego i dlatego przyszedł sam” – powiedziała Wassermann.

Na Facebooku Giertych umieścił także… bajkę na dobranoc o Eskimosach, którzy chcieli złapać białego niedźwiedzia. – Na czele wyprawy stała dzielna Eskimoska, która wprawdzie nie została wybrana na królową igloo, ale bardzo chciała niedźwiedzia dopaść, bo marzyła o jego białej skórze. Od tego marzenia taką dostała obsesję, że budziła się i zasypiała z imieniem niedźwiedzia na ustach”– napisał Giertych.

Eskimosi, aby złapać niedźwiedzia, wykopali dół i długo czekali. Wreszcie niedźwiedź się pojawił, zjadł mięso umieszczone w dole a potem samych Eskimosów. – „W każdej bajce jest jakiś morał. I w tej też jest. Brzmi on tak. Nie masz strzelby, to nie idź na niedźwiedzia. Bo cię zeżre” – zakończył Giertych.

>>>

>>>

„Milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał Leszek Miller do członków komisji ds. Amber Gold. Sam nazwał się „weteranem komisji śledczych”.

Leszek Miller to polityk słynący z ciętych ripost. Jedna z nich stała się słynna – a jej popularność była tak ogromna, że prawdopodobnie zaskoczyła samego autora – dzięki komisji śledczej. – Pan jest zerem, panie Ziobro – powiedział ówczesny premier do Zbigniewa Ziobry 15 lat temu, podczas przesłuchania Millera przed komisją śledczą w sprawie afery Rywina.

Ale to nie jedyna komisja, przez którą przesłuchiwany był Miller – w 2004 roku zeznawał przed komisją ds. PKN Orlen, rok później przed komisją ds. PZU, a jeszcze pięć lat później – przed komisją hazardową.

Również niektóre wypowiedzi Donalda Tuska podczas przesłuchania na komisji śledczej ds. Amber Gold zapewne zostaną zapamiętane na dłużej:

Przy dzisiejszych standardach moje wnuki byłyby w radzie nadzorczej Orlenu

Uśmiechnąłem się do pani przewodniczącej, dodając jej otuchy

Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Równie dobrze mógłbym powiedzieć: rozumiem pani zły nastrój

Mogę się zwracać bezpośrednio do kamery jak pani przewodnicząca? – pytał Tusk. – Wiemy, że pan to lubi – mówił członek komisji. – Ja to umiem – odpowiedział były premier.

Leszek Miller zwrócił się do komisji śledczej z nieco złośliwą radą. „Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał na Twitterze były premier.

Działacze PiS są rozczarowani wynikami drugiej tury w miastach. Porażka źle wróży przed wiosennymi wyborami europejskimi. I kolejnymi – do parlamentu.

Kandydaci spod szyldu PiS wygrali w czterech miastach, ci w barwach Koalicji Obywatelskiej – w co najmniej 22. Dwa miasta dla SLD, po jednym dla Kukiz’15 i PSL. Resztę wzięli kandydaci startujący z własnych komitetów. Łącznie wybraliśmy 107 prezydentów.

W PiS nieoficjalnie przyznają, że na powodzenie kandydatów w Krakowie czy Gdańsku nie liczyli. Bolesna jest jednak strata miast, w których do tej pory partia rządziła.

– To były punkty, gdzie na papierze powinniśmy wygrać – mówi jeden z doradców Jarosława Kaczyńskiego. Na liście są Biała Podlaska, Ostrołęka, Nowy Sącz czy Świebodzice.

Te porażki partia przeanalizuje szczegółowo. Na przykład Siedlce. Przegrał – jak mówią w PiS – „ukochany syn ministra energii” Karol Tchórzewski. – Zawiodła analiza polityczna w sztabie – mówi polityk PiS. – Tchórzewski wygrał w pierwszej turze, a przegrał w drugiej. To znak, że kampania nie była tam prowadzona jak należy.

Donald Tusk pokazał jak wygrywać z PiS

6 List

Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury – mówi socjolog prof. Jadwiga Staniszkis. – Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska – mówi o przesłuchaniu szefa Rady Europejskiej.

KAMILA TERPIAŁ: PiS przegrał w II turze wyborów samorządowych prawie we wszystkich miastach. Nawet w swoich matecznikach: Radomiu i Nowym Sączu. To jasny sygnał – Polacy nie chcą tej władzy?

JADWIGA STANISZKIS: PiS ewidentnie przegrał te wybory. To jest bardzo istotne. Po pierwsze, wszyscy oportuniści, którzy wspierali pisiaków dla stanowisk, spostrzegli, że oportunizm nie musi się opłacać, bo ta władza nie musi być wieczna. Po drugie,

to jest też szok dla działaczy PiS-u, którzy zaczną się zastanawiać, czy warto się podporządkowywać i tracić swoją osobowość, żeby potem przegrać. To jest też moment obudzenia się opinii publicznej.

Panią to zdziwiło?
Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury.

Już można powiedzieć, że uda się powstrzymać marsz PiS-u po władzę?
Na prowincji jest i będzie trudniej, tam są mniejsze, biedniejsze i bardziej kontrolowane środowiska, ale mam nadzieję, że taka postawa zejdzie także tam.

Wierzę, że w kolejnych wyborach dostrzeżemy, że ludzie przestają tolerować ten sposób rządzenia, budzenia w ludziach agresji i klimat, który powstaje pod rządami PiS-u. Poza tym ci, którzy głosowali na PiS ze względów oportunistycznych, będą ostrożniejsi, bo dostrzegli, że wygrana nie jest pewna.

Powinni zacząć myśleć w kategoriach długoterminowych, jakości i klimatu życia politycznego, a nie tylko swoich ambicji i korzyści.

Powiedziała pani, że PiS jest w szoku”…
Ja tego nie wiem, ale tak mi się wydaje. Nie mam z nimi już bezpośrednich kontaktów.

Jak będą sobie z tym szokiem radzić?
PiS będzie starał się lepiej przygotować do kolejnych wyborów, przede wszystkim parlamentarnych, bo one decydują o regułach życia publicznego. Będą starali się dobrać bardziej przekonywającychkandydatów, ale też postarają się zniszczyć do końca niezależność mediów. Nie mają jednak wpływu na zły wizerunek Polski powstający za granicą, co odbije się na przyszłym budżecie unijnym.

Mam nadzieję, że przełom, który nastąpił w tych wyborach, i poczucie, że PiS może przegrać, zmieni kierunek polityki.

Ktoś w PiS-ie odpowie za kampanię i przegrane wybory samorządowe?
Widać strach i niepewność na wysokich stanowiskach, ale wewnętrzne rozliczanie niewiele im pomoże. Poza wyborami parlamentarnymi będą także wybory prezydenckie, bo Andrzej Duda, który jako prezydent przyklepuje swoimi poczynaniami destrukcję sądów, jest nie do przyjęcia.

Jeżeli ludzie przestaną się bać, będą chcieli wykorzystać możliwości i wygrywać, to PiS tego nie wytrzyma.

Jaką lekcję dostała zatem opozycja?
Powinna zmusić PiS do mówienia konkretami. Ta partia do tej pory działa na zasadzie emocjonalnej. Ich wizja suwerenności i rozwoju jest anachroniczna, nie bazuje na wiedzy o świecie ani strukturze gospodarczej i politycznej Polski, tylko mówieniu nie i stawianiu oporu UE.

W PiS-ie brakuje ludzi, którzy są przygotowani do wzięcia odpowiedzialności za Polskę i to w kampanii wyborczej trzeba pokazać. A można to zrobić tylko zmuszając do rozmowy o konkretach.

Należy też pamiętać o tym, że miasta są bardziej zamożne, ale Polska jest pęknięta. W mniejszych i biedniejszych ośrodkach jedynym sposobem działania powinno być pokazanie, że rozdawanie pieniędzy przez PiS jest polityką krótkowzroczną. Należy ich zmusić do pokazania strategii rozwoju, inwestycji, a to wymaga poprawy korodującego miejsca Polski na świecie.

Cały świat patrzy na nas jak na przerażający ewenement przechodzenia od demokracji do autorytaryzmu.

Jedno jest pewne, opozycja nie powinna ulegać klimatowi agresji, tylko prezentować konstruktywną wizję rozwoju i starać się odbudować w ludziach poczucie, że zmiana jest możliwa (to dały ostatnie wybory) i oportunizm się nie opłaca. Degrengolada, schodzenie agresji w dół i demoralizacja społeczeństwa jest jednym z największych kosztów rządów PiS-u.

Czyli tylko pozytywna kampania? Taką zresztą prowadził nowy prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który zmiażdżył kandydata PiS-u Partyka Jakiego.
W wielu dużych miastach wygrali ludzie optymistyczni, mający poczucie własnej wartości, kompetentni, doświadczeni indywidualiści.

Oni powinni stworzyć komitet prezydentów, aby mieć okazję do wypowiadania się także w sprawach politycznych. To nie powinna być instytucja partyjna, tylko oparta na osobowościach, wiedzy, doświadczeniach, współpracy, przełamująca destrukcje, strach i atomizację, którą wprowadza PiS.

Opozycja powinna się jednoczyć?
Opozycja po prostu musi pokazywać pozytywny kierunek działań. Udowadniać, że walka z biedą nie może polegać na rozdawaniu pieniędzy, które bardzo szybko się skończą. Jeżeli opozycja będzie aktywna, będzie pokazywać wizję rozwoju, możliwość współpracy z sąsiadami i przeciwstawiać ją mówieniu nie wszystkiemu wokół, to wygra wybory parlamentarne.

Na takie działanie nałoży się bunt poszczególnych środowisk, na przykład prawników, którzy jak widać potrafią się postawić, chociaż bardzo łatwo w nich uderzyć.

Takie protesty i zachowania pomogą pokonać PiS?
Obserwujemy inny sposób buntu niż ten, do którego się przyzwyczailiśmy – nie wyjście na ulice, ale integracja środowisk, konstruktywistyczne programy i pokazanie emocjonalności, a nie racjonalności PiS-u. Jeżeli opozycja wygra wybory parlamentarne, to będzie można jeszcze odwrócić dewastację, która demoralizuje. Jak spojrzymy na działania władzy, to widać, jaki sposób myślenia o państwie prezentuje, to jest efekt ich kompleksów i frustracji.

Państwo to powinna być kompetencja, wizja, współpraca, instytucje i fundament prawa, a nie ludzie, którzy wspierają prezesa. Tak nie buduje się współczesnego państwa.

Ludzie, którzy zrozumieją, że oportunizm się nie opłaca, kopną pisiaków w tyłek. Coś zaczyna się zmieniać i to jest dla mnie źródłem czystej radości.

Oglądała pani przesłuchanie Donalda Tuska przed komisją śledczą do spraw Amber Gold?
Tak i szczerze powiem, że trudno było wytrzymać tę rosnącą agresję.

Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska. Nie akceptuję metody rządzenia opartej na strachu i mam nadzieję, że inni też nie zaakceptują.

Donald Tusk powinien wrócić i kandydować na urząd prezydenta?
Nie przepadałam za Donaldem Tuskiem, krytykowałam go… Ale widać, że wiele się nauczył, lepiej rozumie Zachód i to, na czym polega nasza wschodniość, nie chce konfliktem działać na ludzi. Myślę, że przygotowuje się do kampanii prezydenckiej. Wolę jego od Andrzeja Dudy, bo nie jestem w stanie zaakceptować samozadowolenia tego ostatniego, jego strachu przed PiS-em i przyklepywania dewastacji PiS-u. W tej sytuacji, jeżeli Donald Tusk będzie walczył o prezydenturę, to zagłosuję na niego.

Przesłuchanie Donalda Tuska miało się odbyć 2 października. Ale 3 września przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) poinformowała, że zostało przesunięte na pierwszy dzień po drugiej turze wyborów samorządowych (czyli na 5 listopada).

Kto nadzorował służby

Przesłuchanie rozpoczęła Wassermann – od złośliwości. Przewodnicząca komisji zasugerowała, że Tusk będzie chciał atakować rząd PiS. Oświadczyła: – Wierzę, że pan potrafi jeszcze wczuć się w los ludzi pokrzywdzonych, których ta afera pozbawiła oszczędności do końca życia.

Pytany o to, czy bezpośrednio nadzorował służby specjalne, były premier odesłał Małgorzatę Wassermann do przepisów. Podobnie odsyłał ją do ustaw, gdy pytała o kuratelę nad Komisją Nadzoru Finansowego. Za niestosowne i nieuzasadnione uznał Tusk pytanie o to, czy będąc premierem, wiedział, nad jakimi instytucjami sprawował nadzór.

Wassermann próbowała ustalić, od kiedy Tusk wie, że ABW miała wiedzę o „szykującym się przestępczym biznesie Marcina P.”. – Do sierpnia 2012 r., czyli do czasu, kiedy informacja była publiczna w pełnym wymiarze, wydaje mi się, jestem prawie pewien, jedyną informacją, dokumentem, który do mnie wpłynął, była notatka ABW, z którą zapoznałem się w czerwcu 2012 r. – wyjaśnił Tusk. Dodał, że ABW nie miała obowiązku i nie powinna informować go o sprawach operacyjnych. Nie jest rolą premiera, przekonywał, zadaniowanie ABW tak, jak starają się to przedstawić członkowie komisji. – Premier nie może i nie powinien ingerować w działalność operacyjną ABW.

Wassermann twierdzi tymczasem, że służby wiedziały o aferze już w lipcu 2011 r. Pytała, jak Tusk się z tym czuje, że minister Jacek Cichocki – ówczesny koordynator służb specjalnych – mówił w Sejmie o działaniach podejmowanych w 2012 r. – Skoro zarzuca pani kłamstwo urzędnikowi, to rozumiem, że państwo podejmiecie kroki. Zarzucanie kłamstwa bez uzasadnienia jest czymś tak nieprzyzwoitym, że nie podejrzewałbym pani o takie intencje – odparł Tusk. Byłemu premierowi zależy, by „zdrowy rozsądek towarzyszył interpretacji pewnych zdarzeń”.

Jarosław Krajewski (PiS) pytał z kolei, dlaczego Tusk jako jeden z adresatów notatki szefa ABW Krzysztofa Bondaryka nie zapoznał się z nią osobiście. Szef Rady Europejskiej wyjaśnił, że zaznajomił się z jej treścią, ale nie będzie rekonstruował sekunda po sekundzie tej operacji, bo nie jest to możliwe po sześciu latach: – W sposób czytelny i jednoznaczny od ministra Cichockiego otrzymałem pełną informację.

Tuska pytano też o to, jak ocenia swój nadzór nad służbami, które mając wiedzę na temat Amber Gold, nic z nią nie zrobiły. – Pani przewodnicząca mija się z prawdą. To bardzo delikatna recenzja tego, co teraz robicie – odpowiedział. – Wasza praca jako komisji udokumentowała jednoznacznie, że działania zostały podjęte. Nie wypada twierdzić, że instytucje nic nie robiły. Dodał: – Rozumiem, że trzeba powtarzać tę tezę wielokrotnie, ale kampania już się skończyła.

A jak PiS ostrzegał inwestorów przed ryzykiem?

Tusk przywołał też analogiczną sprawę oszukanych klientów GetBacku: – Gdyby przyjąć waszą logikę, to panowie Morawieccy powinni zostać skazani i spaleni na stosie. Tusk nie słyszał, żeby rząd ostrzegał inwestorów przed czymkolwiek. – Jeśli dobrze pamiętam, to banki pozostające pod waszym nadzorem były zaangażowane w ten proceder. Chcę uświadomić, jak niebezpieczną ścieżką kroczycie. Na końcu tej ścieżki jest potężny problem dla waszego rządu.

Wyjaśnił zarazem komisji, że ryzyko inwestowania w Amber Gold było powszechnie znane. – Współczując wszystkim, którzy zainwestowali w Amber Gold, chcę powiedzieć, że ostrzeżenie było publicznie dostępne. Zdarza się, że ludzie są skłonni podjąć ryzyko wtedy, kiedy są większe procenty. (…) Ostrzeżenie, jakie powinno być wystosowane, zostało wystosowane – zapewniał.

Wassermann sugerowała, że Tusk jest zdenerwowany, na co ten odparł: – Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Rozumiem pani zły nastrój, ale nie powinien wpływać na przebieg przesłuchania – stwierdził, nawiązując do wyników wyborów prezydenckich w Krakowie. Małgorzata Wassermann przegrała w niedzielę w drugiej turze.

Dla Tuska to nie było standardowe działanie

Tusk w trzeciej godzinie przesłuchania był pytany przez Bartosza Kownackiego (PiS) o liczbę spotkań z Markiem Belką. Belka martwił się inwestycjami w OLT – relacjonował były premier – bo mimo działań służb nie zaprzestano reklam tego przewoźnika w prasie. – Mówił, że ma zamiar zadzwonić do kilku gazet, do naczelnych, których zna, żeby zaniechali masowych reklam OLT. Tusk dodał, że jako premier nie wywierałby nacisków na media. – Uważałbym to za ryzykowne i niestandardowe działanie – mówił.

Wassermann pytała Tuska też o to, czy Ministerstwo Finansów kontrolowało banki „pod względem prania pieniędzy przez Marcina P.”. – Wydaje się, że dotyka pani spraw, co do których wyjaśnienia należałoby się spodziewać ze strony organów ścigania. Sugestia, że minister Rostowski lub minister Parafianowicz są odpowiedzialni za tolerancję dla prania pieniędzy, jest niewłaściwa. Skoro macie przypuszczenia lub wątpliwości co do działania ministerstwa i sugerujecie, że zrobiłem niewiele lub nic, nie mówicie prawdy na ten temat. Mieliście ponad tysiąc dni, żeby sprawę wyjaśnić. Wassermann zapewniła, że w sprawie toczy się postępowanie karne.

Komisja uderza w Tuska, atakując jego syna

Jak można się było spodziewać, posłowie PiS uderzyli w Tuska, wiążąc aferę z jego synem Michałem. Czy funkcjonariusze gdańskiej delegatury ABW uzgodnili z premierem, że nie będą się zajmować współpracą Michała Tuska z liniami OLT? – Nie, nie miałem takiej wiedzy. Nie wiem, czy to jest prawda – odpowiedział. Zwrócił uwagę, że jego syn był zawsze do dyspozycji organów państwa i wygrywał procesy przeciw tym, którzy sugerowali jego winę.

– Wiem, że jest osobą uczciwą w stu procentach. Jako ojciec przeżywam tę sprawę, kiedy słyszę z sali echo różnych insynuacji i sugestii. Rządzicie państwo ponad tysiąc dni, nie było żadnego problemu, mój syn nigdzie nie wyjechał. Macie tysiąc dni pod pełną kontrolą służb i prokuratury. Dlaczego państwo udajecie, że chcecie znaleźć prawdę? – pytał Tusk. – Nie zrobiliście nic, zero, ani jednego ruchu. Może na to pytanie – nie mnie, ale opinii publicznej – będziecie potrafili odpowiedzieć.

Szczególnie iskrzyło między Tuskiem a posłem Bartoszem Kownackim. Kownacki pouczał Tuska, żeby odpowiadał „do rzeczy”, Tusk ripostował, że ciężko jest odpowiadać na pytania Kownackiego. – Ja wiem, że wy macie problem z Sądem Najwyższym– mówił były premier. Kownacki nie ustępował. Sugerował, że Tusk powinien być „dobrym gospodarzem”, który „widzi, że ma przestępcę w domu”. – Wtedy być może wiele osób nie utraciłoby swoich pieniędzy. Pan przepisami próbuje zagłuszyć prawdę. Dlaczego pan nie podjął działań?– pytał Kownacki.

– Pańskie uwagi o odwadze są nie na miejscu. Pańska odwaga ze względu na byłą funkcję w MON jest przysłowiowa – odpowiedział na to Tusk. – Pan cały czas mówi, a nie daje mi czasu na odpowiedź. Może niech pan wygłosi oświadczenie i przejdziemy do kogoś innego? Czy pan może przestać czytać przekazy dnia? To nie ułatwi przesłuchania.

„Tylko jedna rzecz mnie zaskoczyła”

– W czasie dzisiejszego posiedzenia komisji i mojego przesłuchania, jeśli coś mnie zaskoczyło, to wyłączanie mi mikrofonu. To było coś, czego się nie spodziewałem. To chyba bez precedensu – mówił po zakończeniu przesłuchania Donald Tusk. – Teza o tym, że nie panowałem nad służbami, jest w mojej ocenie tak naprawdę kapitulacją komisji, bo przecież pierwszą tezą było to, że jestem odpowiedzialny za tę sprawę. Taka była teza PiS od samego początku – uważa były premier.

Po posiedzeniu konferencję prasową zorganizowała także jej przewodnicząca Małgorzata Wassermann. Według niej „Donald Tusk nie panował nad tym, co się dzieje w państwie polskim w ogóle. Nie panował w ogóle nad ministerstwami, którymi kierował, nie panował nad tymi instytucjami, które nadzorował bezpośrednio, jak ABW”.

Tusk wie, że komisja jest wymierzona w niego

Donald Tusk w wywiadzie dla POLITYKI w lipcu 2016 r. mówił: „Nie ma wątpliwości, że ta komisja jest wycelowana we mnie, jej inicjatorzy nawet tego nie ukrywają”. Dlaczego komisja zwlekała z jego przesłuchaniem? – pytaliśmy ponad rok temu Marka Suskiego. – Chcemy się dobrze przygotować na jego przesłuchanie, bo on ponosi polityczną odpowiedzialność za aferę – odpowiedział. W czerwcu 2017 r. przesłuchiwany był Michał Tusk.

Dotychczasowe przesłuchania miały służyć gromadzeniu amunicji przeciw byłemu premierowi. – Jeśli Donald Tusk będzie zasłaniał się niepamięcią albo powie, że instytucje działały, to my mu opowiemy, co wynika z zeznań ludzi, którzy mu podlegali. Będziemy twardo rozmawiać o faktach – zapowiadał Suski.

Jeśli chodzi o Tuska, to cel jest jasny: zarzuty z art. 231 kodeksu karnego, czyli niedopełnienie obowiązków (brak nadzoru nad podległymi służbami i instytucjami), z czego wynika działanie na szkodę interesu publicznego. Z tego samego artykułu został skazany były szef CBA Mariusz Kamiński, ułaskawiony przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Raport komisji ma być podstawą do przedstawienia Tuskowi tych zarzutów. Jeśli komisja udowodni ponad wszelką wątpliwość, że organy państwa – premier, służby specjalne, urzędnicy, nadzór finansowy – wiedziały o piramidzie finansowej, ale nie ostrzegły obywateli, to na tej podstawie poszkodowani mogliby dochodzić odszkodowań.

Kaczyński wiąże z wątkiem Tuska w Amber Gold duże nadzieje – w jednym z wywiadów przed reelekcją przewodniczącego Rady Europejskiej mówił, że może on mieć kłopoty z wymiarem sprawiedliwości.

Zdaniem Witolda Zembaczyńskiego, który w komisji reprezentuje Nowoczesną, determinacja Wassermann jest mocno związana z urazą, jaką czuje do Tuska. Były premier reprezentuje poprzednią władzę, która jej zdaniem przez swą nieudolność doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, a później karkołomnie ją wyjaśniała.

Czym była Amber Gold?

Proces Marcina P., byłego szefa Amber Gold, toczy się od marca 2016 r. przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Spółka Amber Gold powstała na początku 2009 r., miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W połowie 2011 r. przejęła większościowe udziały w liniach lotniczych Jet Air, następnie w niemieckich OLT Germany, a pod koniec 2011 r. w liniach Yes Airways. Powstała wtedy marka OLT Express.

Linie OLT Express ogłosiły upadłość pod koniec lipca 2012 r. Z kolei Amber Gold ogłosiła likwidację 13 sierpnia 2012 r., a tysiącom klientów nie wypłaciła pieniędzy ani odsetek. Według ustaleń w latach 2009–12 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała prawie 19 tys. klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości ok. 851 mln zł.

Przesłuchanie zmieniło się w polowanie z nagonką na Tuska – brzydkie i niesportowe. Przewodniczącemu Radu Europejskiej udało się jednak uniknąć zastawionych na niego przez posłów i posłanki PiS wnyków. Nawet osoby dalekie od sympatii do Tuska i bardzo krytycznie oceniające jego zachowanie w trakcie afery Amber Gold, mogły poczuć do byłego premiera sympatię, gdy widziało w jaki sposób traktuje go komisja.

Czy ciągle pan bierze łapówki?

Pytania stawiane Tuskowi były bowiem najzwyczajniej nieuczciwe. Prawie każde pytanie zadawane przez polityków z rządzącego obozu stanowiło wariację pod tytułem „czy przestał pan już brać łapówki?” albo „czy ciągle bije pan żonę”?

Celowała w tym zwłaszcza Małgorzata Wasserman. Często zaczynała „Jak się pan czuje z tym, że…”, po czym przechodziła do głęboko publicystycznej oceny rządów byłego premiera lub dramatycznego opisu krzywd, jakie wycierpieć mieli poszkodowani przez Amber Gold inwestorzy. Takie „pytania” na dobrą sprawę w ogóle żadnymi pytaniami nie były. Nie było w nich ważne to, co ma do powiedzenia przepytywany świadek oraz wiedza i informacje, jakie posiada. Pytania przewodniczącej miały być raczej aktem oskarżenia i wyrokiem jednocześnie.

PiS nie był jednak w stanie zrealizować swojego planu zasypania byłego szefa PO insynuacjami. Tusk zachowywał daleko posunięty spokój. Panował nad przekazem, nie dawał się sprowokować, celnie piętnował manipulacje posłów i posłanek PiS. Błyskotliwością, dowcipem, inteligencją i złośliwością bił polityków prawicy na głowę. Kilkakrotnie komisję zwyczajnie ośmieszył. Posłowie PiS do pojedynku z byłym premierembyli zaś zwyczajnie słabo przygotowani. Ani razu nie udało się im przyszpilić go niczym konkretnym. Nie zadali ani jednego pytania, które realnie zmusiłoby Tuska do tłumaczenia się z własnych zaniechań.

Zasługujemy na więcej niż zapasy w kisielu

Jednym słowem w zapasach w kisielu PO-PiS Donald Tusk wygrał. Może nie przez nokaut, ale punkty wskazują jednoznacznie na niego. Problem w tym, że w wypadku takiej afery jak Amber Gold zasługujemy na coś więcej niż podobne polityczne zapasy.

Państwo nie zadziałało, ludzie stracili pieniądze, powinniśmy się dobrze zastanowić, co robić, by taki scenariusz się nie powtórzył w przyszłości. Główna linia obrony Tuska (wszystkie instytucje zadziałały jak trzeba i na czas, nic więcej nie dało się zrobić, państwo nie może chronić obywateli przed skutkami ich błędnych finansowych decyzji) jest naprawdę średnio przekonująca.

Zakres interwencji państwa na rzecz ochrony słabszych uczestników życia gospodarczego nie jest oczywisty, w każdej demokracji stanowi przedmiot ciągłych negocjacji. Stanowisko, iż państwo bardziej aktywnie powinno działać na rzecz sprawiedliwości społecznej, chroniąc obywateli przed procederem piramid finansowych i innych nieuczciwych graczy, nie jest wcale nieracjonalne. Sprawa Amber Gold mogłaby być punktem wyjścia do ważnej, obywatelskiej rozmowy na temat tego, jak daleko chcemy wspólnie wdrożyć w życie taką zasadę.

Do tej dyskusji nie mało jednak szansy dojść z winy PiS. Przy okazji afery Amber Gold partia z Nowogrodzkiej nie była bowiem zainteresowana jakkolwiek pojmowaną sprawiedliwością, ale obciążeniem – najlepiej twardymi, kryminalnymi zarzutami – Tuska i jego syna. A jeśli nie uda się sprokurować takich zarzutów, to przynajmniej polityczną odpowiedzialnością za aferę.

Niewiarygodne grillowanie

Problem polega na tym, że w bezlitosnym grillowaniu Tuska za Amber Gold PiS nie jest dziś w ogóle wiarygodny. Takie zarzuty wyborcy mogli by wziąć za dobrą monetę w 2015 roku, gdy po ośmiu latach przerwy PiS obejmował rządy. Dziś widać wyraźnie, że partia Kaczyńskiego sama zmaga się z problemami, za jakie odsądzała Platformę od czci i wiary.

Przykłady? PiS samo nie było w stanie zapobiec finansowym katastrofom, co pokazuje choćby sprawa Get Backu czy bankructwa kolejnych SKOKów. Co najważniejsze, PiS nie zrobił nic, by sprawę Amber Gold wyjaśnić do końca. Ciągle nie wiemy, gdzie podziały się wszystkie aktywa firmy. Nikt nie potrafi powiedzieć, czy Marcin P. działał sam, czy też był wyłącznie słupem.

Jakby tego było mało, jego proces nieustannie ciągnie się przed sądem. Jak donoszą media, Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że wobec P. nadużyto aresztu tymczasowego i zarządził na rzecz niego odszkodowanie od skarbu państwa – co dla rządzących jest głęboko kompromitujące. Z aferą Amber Gold i nieuczciwymi praktykami sektora finansowego państwo w niczym nie radzi sobie lepiej niż w czasach PO.

Klęska komisji

Z wyjaśnieniem tego, co się w sprawie Amber Gold właściwie stało, nie radzi sobie też komisja kierowana przez Małgorzatę Wasserman. Poznawczo okazała się ona niemal zupełnie bezużyteczna.

Nie spełniła także pokładanych w niej przez PiS politycznych nadziei. Nie udało się ani zatopić tuzów PO, ani wypromować jako nowej gwiazdy PiS Małgorzaty Wasserman. Już starcie z Jackiem Rostowskim pokazało, że względnie młoda posłanka nie jest żadną przeciwniczką dla starych wyjadaczy z PO.

Wasserman może być tylko wdzięczna losowi za to, że do przesłuchania Tuska nie doszło wcześniej, czyli przed wyborami prezydenckimi w Krakowie. Wyraźnie przegrane starcie z byłym premierem z pewnością nie pomogłoby jej zdobyć nowego elektoratu. Mogłoby wręcz odstraszyć ten jej wierny, bo nikt nie lubi oglądać takiej nieskuteczności, jaką dziś zaprezentowała posłanka.

Komisja ds. Amber Gold okazała się stratą czasu i energii. Nie można się było spodziewać niczego innego. Sprawa Amber Gold wymaga uważnego badania dysfunkcji państwa i sensownego planu ich naprawy. Zmiany nie da się jednak przeprowadzić poprzez obrzucanie przeciwnika politycznego kryminalnymi insynuacjami. A to jest właśnie to, do czego – nie tylko w sprawie Amber Gold – sprowadza się ostatecznie oferta PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o komisji Amber Gold.

Sejmowa Komisja Śledcza ds. Amber Gold została powołana z jednego powodu, acz dzisiaj dzień po II turze wyborów samorządowych ma dwa oblicze. Komisja ta nigdy nie miała na celu wyjaśnienia, dlaczego właścicielowi tej piramidy finansowej Marcinowi P. udało się orżnąć ludzi, którzy zawierzyli mu swoje oszczędności. Gdyby tak było, to w pierwszym rzędzie powstałyby komisji wyjaśniające przekręty w SKOK-ach bądź w GetBacku.

Amber Gold miał jeden smaczek i on zadecydował, że powstała komisja – mianowicie przez jakiś czas w innym interesie Marcina P. pracował syn Donalda Tuska. Można sobie wyobrazić, iż ta cząstkowa wiedza dotarła do Jarosława Kaczyńskiego, który wbił zęby w ścianę i do swoich przybocznych wychrypiał: – Dorwać Tuska!

A więc komisja zwać się powinna: Wina Tuska (WT). Druga tura wyborów samorządowych przerżnięta została przez PiS na cacy, a szefowa Komisji WT Małgorzata Wassermann poniosła najbardziej spektakularną porażkę ze wszystkich startujących w tej fazie wyborów podwładnych Jarosława Kaczyńskiego. Została pokonana przez Jacka Majchrowskiego.

Decydując się na komisję WT, musiała mieć świadomość, że nie ma szans w starciu retorycznym z Tuskiem, ale chodziło o owe drugie oblicze, aby Tuskiem przykryć sromotę wyborczą PiS. Wassermann ma większe kwalifikacje jako gwiazda show niż polityk i prawnik, bowiem w szermierce słownej pada zwykle po pierwszym ciosie, po pierwszym zdaniu riposty, fechtunku erystycznego.

Wassermann nie ukrywała, do kogo się w pierwszym rzędzie odnosi. Używała sformułowań bynajmniej nie prawniczych czy mających na celu wyłuskiwanie prawdy. Tak! Teatrum na miarę PiS, którego adresatem jest nie tyle elektorat, ile prezes, który po tak spektakularnych porażkach wyborczych, może Wassermann odmówić poparcia.

Szefowa komisja ds. WT zatem uznała, że jej porażka z Majchrowskim o prezydenturę miasta królewskiego Krakowa to był mały pikuś. Na starcie z Tuskiem stawiła się jak pod Waterloo, a nawet z tego wynika więcej – Tusk to istny Wellington dla Jarosława Kaczyńskiego, który po tym wszystkim albo ucieknie na Elbę, albo od razu na Wyspę Św. Heleny.

Wiele ripost jest wartych zapamiętania, jak to Tusk przesłuchiwał komisję do sprawy swojej winy. Jedno jego stwierdzenie o Mateuszu Morawieckim może się znaleźć w notesie prezesa, gdy jego premier był doradcą Tuska: „Był dość pasywnym członkiem Rady Gospodarczej, mam wrażenie, że raczej nastawionym na słuchanie niż udzielanie jakichś rad”.

A drugie jeszcze smaczniejsze, gdy padła kwestia, iż Tusk może być przesłuchiwany w komisji śledczej ds. VAT, czyli nazwijmy ją umownie „Wina Tuska II”: – „Odradzam. Będą wybory do Parlamentu Europejskiego, później parlamentarne w Polsce. Po co zakłócać i psuć nastrój przesłuchującym? W tej sprawie mój rząd ma bardzo mocne argumenty”.

I bodaj najważniejsze stwierdzenie – acz nie mające związku z celem komisji ds. Winy Tuska – szef Rady Europejskiej zapytany o to, czy PiS chce doprowadzić do Polexitu: – „Nie jest dla mnie istotne, czy Jarosław Kaczyński planuje wyjście Polski z Unii Europejskiej, czy tylko inicjuje pewne procesy, które się tym zakończą. Polexit jest niestety możliwy nie dlatego, że Jarosław Kaczyński ma taki plan. Problem polega na tym, że Cameron też nie miał planu wyprowadzania Wielkiej Brytanii z UE. Sprawa jest dramatycznie poważna”.

W niedzielę PiS doznał spektakularnej porażki w II turze wyborów samorządowych, a w poniedziałek Donald Tusk, jak Jędrek Kmicic w pojedynkę pokonał PiS, wysadzając ich kolubrynę pod Częstochową. Zdaje się, że zaczął się odwrót armii Kaczyńskiego, którą wespół musimy przegnać od władzy.

Więcej >>>

Mimowolna promocja haseł „polskie obozy zagłady” i „Polexit”, obrażony Izrael i Ukraina, zszokowane USA, posądzenia o antysemityzm i rewizjonizm Holocaustu, oburzona Unia Europejska, surowy Trybunał Sprawiedliwości UE – to bilans dyplomatycznych sukcesów Zbigniewa Ziobry, który w 2018 r. parę razy wchodził MSZ w szkodę. Mało kto tyle zrobił złego dla Polski

Rok 2018 zbliża się ku końcowi, nadchodzi więc czas politycznych podsumowań. Krzepiącego bilansu na pewno nie sporządzi tym razem Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dla polskiej dyplomacji były to miesiące pełne upokorzeń, a międzynarodowa pozycja Polski poszybowała w dół.

Minister Jacek Czaputowicz nie może winić za ten stan rzeczy swoich współpracowników. Bo za serią dyplomatycznych porażek stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Resort Ziobry na przestrzeni 2018 roku przysporzył MSZ masy dodatkowej pracy:

  1. Na początku roku parlament przegłosował przygotowaną przez ziobrystów ustawę o IPN, która zaowocowała międzynarodowym skandalem. Polskę krytykowali niemal wszyscy – w tym sojusznicy z USA. Cały świat usłyszał o określeniu „polskie obozy zagłady”, z którym od lat walczy MSZ.
  2. W październiku minister sprawiedliwości zawetował przyjęcie przez Polskękonkluzji Rady UE dotyczących Karty Praw Podstawowych. Polska jako jedyna zgłosiła do nich bzdurne zastrzeżenia jakoby zapomniano o prześladowaniu chrześcijan, czym zirytowała pozostałe 27 państw członkowskich. Dyskusje na temat realizacji Karty należą zwykle do kompetencji MSZ.
  3. Polska jest też na wojennej ścieżce z Unią Europejską w związku z reformami sądownictwa, których autorem jest resort Ziobry. Postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, a także procedura art. 7 Traktatu o Funkcjonowaniu UE, są wyzwaniem dla polskich dyplomatów w Brukseli, którzy muszą świecić oczami za poczynania Ziobry.
  4. Skarżąc do Trybunału Konstytucyjnego jeden z artykułów Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, a także nie wykonując postanowień TSUE z 19 października, Ziobro przyczynił się do powtarzania, że Polska szykuje się do wyjścia z UE i do promocji pojęcia Polexit – w Polsce i za granicą.

Minister Ziobro najwyraźniej nie rozumie zasad dyplomacji, a niuanse międzynarodowych negocjacji w imię polskiego soft power są mu obce. Na przekór wszystkiemu prze jednak naprzód. Pokazujemy, jak w ciągu ostatnich 10 miesięcy kreował swój wizerunek politycznego „jastrzębia” na szkodę interesów Polski. I co na to wszystko MSZ oraz bardziej umiarkowani politycy PiS.

Absurd z IPN, czyli czyje były obozy zagłady

Początek roku przyniósł pierwszą odsłonę dyplomatycznej ofensywy ministerstwa sprawiedliwości. 26 stycznia Sejm przyjął nowelizację ustawy o IPN, której projekt w 2016 roku złożył resort Ziobry. Jej autorem był ówczesny czołowy ziobrysta wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki.

Nowelę tę nazwaliśmy „dyplomatycznym seppuku” – doprowadziła do kryzysu w stosunkach Polski z połową świata i była ogromnym problemem dla polskiej dyplomacji.

Ustawa miała ochronić naród polski przed fałszywymi pomówieniami – zwłaszcza w kontekście niefortunnych wypowiedzi na temat „polskich obozów zagłady”.

Ziobro chciał wyeliminować z debaty publicznej to sformułowanie, ale jednocześnie zakneblować usta tym, którzy jakkolwiek krytycznie wypowiadają się na temat roli polskiego społeczeństwa w Zagładzie Żydów – grozić im za to miała kara pozbawienia wolności do lat trzech.

Ustawa miała obowiązywać nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Na celowniku ministra sprawiedliwości znaleźli zagraniczni dziennikarze i politycy, a także badacze historii i nauczyciele.

Tymczasem zwalczaniem hasła „polskie obozy zagłady”, które pojawia się w zagranicznych mediach najczęściej nie ze złej woli, ale jako określenie geograficzne, od lat zajmuje się MSZ. Ambasady RP mają za zadanie wyłapywanie takich błędów w lokalnych mediach i zwracanie się do nich z prośbą o korektę – z reguły nie mają z tym problemu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, świadomy możliwych następstw, początkowo próbował zapobiec przyjęciu ustawy przygotowanej przez resort Ziobry (potem jednak solidarnie bronił jej zapisów).

Pracowników MSZ, wieszczących skandal i zaprzepaszczenie lat dyplomatycznego dialogu z Izraelem, nie wysłuchano. „To klęska MSZ”, „dowód na brak autorytetu Czaputowicza w PiS” – mówiono.

Resort Ziobry musiał zdawać sobie sprawę z wizerunkowych konsekwencji przyjęcia ustawy w zaproponowanym kształcie. Mimo to nie zrobił kroku wstecz. Gdy ustawę przegłosował Sejm, a następnie Senat, rozpętał się huragan. Eksperci i publicyści w Polsce i za granicą nie zostawili na polskim rządzie suchej nitki: mówiono o polskim antysemityzmie, powrocie do cenzury prewencyjnej, wybielaniu historii.

Ustawa Ziobry wywołała ostrą reakcję Izraela – w grę wchodziło nawet odwołanie izraelskiej ambasador Anny Azari. Polski rząd krytykowały też otwarcie Stany Zjednoczone (Departament Stanu, a także członkowie Kongresu), nawołując do zmiany ustawy i grożąc, że jej przegłosowanie pogorszy stosunki między Polską a USA.

Było to szczególnie niebezpieczne – od stosunków z USA zależy w dużej mierze polskie bezpieczeństwo. Nic nie powstrzymało jednak reform duetu Ziobro – Jaki. Ostatecznie prezydent Duda podpisał ustawę (i skierował ją TK), ale w czerwcu PiS błyskawicznie wycofało część kontrowersyjnych przepisów z ustawy i błyskawicznie uchwaliło zmienioną jej wersję.

Zbigniew Ziobro w roli prokuratora generalnego zdążył jeszcze skrytykować ustawę przygotowaną przez jego własny resort, czym dopełnił obrazu politycznej schizofrenii, która zapanowała w Polsce za jego sprawą w pierwszych miesiącach 2018 roku.

Efekty dyplomatycznej bomby ministra Ziobry? Kryzys w relacjach z Izraelem, zatrwożeni sojusznicy w USA. Udział Polaków w Zagładzie został wyeksponowany. Cały świat usłyszał o zbrodniach i kolaboracji z hitlerowskim okupantem, a sformułowanie „polskie obozy zagłady” było hitem w Internecie. Zniweczono lata pracy polskiej dyplomacji.

Na gorsze zmieniły się też stosunki z Ukrainą – w ustawie po zmianach z czerwca pozostał zapis nakazujący wszczynanie postępowań karnych zakazujący zaprzeczania zbrodniom ukraińskich nacjonalistów „popełnionych w latach 1925–1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności”.

„Pozostawienie w mocy tych zapisów oznacza, że polskie państwo nadal traktuje ukraiński nacjonalizm na równi z komunizmem i – już wprost – z nazizmem, było nie było najbardziej krwawymi totalitaryzmami XX wieku. Jest to nie tylko historycznym kłamstwem (niektóre formacje ukraińskie walczyły przeciw hitlerowcom, o komunistach nie wspominając). Oznacza również uznanie Ukraińców, a więc i wolnej Ukrainy, za jednych z głównych wrogów Polaków i Polski” – pisał Krzysztof Burnetko w tygodniku „Polityka”.

Pozostało też historycznie niedelikatne określenie „Małopolska Wschodnia”, przeciwko któremu protestowała strona ukraińska. Polityka historyczna rządu PiS, której wyrazem była feralna ustawa, zdecydowanie pogarsza stosunki z Ukrainą.

Rada UE, czyli jak w 2 tygodnie zirytować 27 państw

W październiku minister sprawiedliwości postanowił zawojować Brukselę. Rezultatem było dalsze obniżenie pozycji Polski na arenie międzynarodowej i irytacja wśród partnerów z UE. Poszło o dokument o znikomym znaczeniu faktycznym, a dużym znaczeniu wizerunkowym – coroczne konkluzje Rady Unii Europejskiej (złożonej z ministrów ds. europejskich krajów członkowskich) z realizacji postulatów Karty Praw Podstawowych.

11 października podczas szczytu w Luksemburgu Polska jako jedyna zawetowała przyjęcie konkluzji przez Radę. Dlaczego? Nie spodobały się ministrowi Ziobrze.

Polski rząd reprezentował wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, który zgodnie z zapowiedziami zawetował przyjęcie konkluzji przez Radę – dokument przyjęto więc drogą „na około”, czyli jako konkluzje własne austriackiej prezydencji.

Zanim do tego doszło delegacje z Niemiec, Francji, Danii, Słowacji i Holandii apelowały do strony polskiej o zachowanie rozsądku. O konieczności szukania porozumienia mówiła nawet delegacja z Węgier.

Wszystko to na nic. Ostateczny wynik potyczki 27:1 był więc taki: 27 zirytowanych krajów, jedno państwo, które „wstało z kolan”. Dla polskiego rządu nie był to zresztą pierwszy raz w roli samotnego bojownika w imię celów niezrozumiałych dla reszty UE: zadebiutował podczas wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję jako przewodniczącego Rady Europejskiej.

Autorem październikowej rewolty w Radzie był sam minister Ziobro – niedługo po publikacji tekstu OKO.press chwalił się tym w oświadczeniu na stronie ministerstwa sprawiedliwości. Zdaniem ministra zablokowanie konkluzji z realizacji podstawowych praw człowieka w UE było krokiem godnym i właściwym, bo Rada nie chciała się zgodzić, by pod płaszczykiem troski o chrześcijan i Żydów polski rząd przemycił swoją antyislamską i antyuchodźczą retorykę.

Dlaczego Ziobro zainteresował się Kartą Praw Podstawowych, która oficjalnie należy do kompetencji MSZ? Czy naprawdę tak zależało mu na dodaniu wzmianek o chrześcijanach i Żydach?

Zdania w tej sprawie są podzielone, dopuszczamy trzy główne hipotezy:

  1. Dokument Rady rzeczywiście ugodził w idee wyznawane przez Ziobrę, który poczuł, że nie może dopuścić do przyjęcia wzmianek o obronie praw osób LGBTI. Skorzystał z szansy na pokazanie się polskiej opinii publicznej w roli obrońcy konserwatywnych wartości, polityka bezkompromisowego i o „wyraźnych poglądach”. A że zarazem doprowadził do dyplomatycznego blamażu, to trudno.
  2. Chodziło o reformę sądownictwa PiS. W OKO.press argumentowaliśmy, że nagłe zainteresowanie tematem Karty jest najpewniej podyktowane próbą obrony zamachu na polskie sądy. Konkluzje zawierały, poza wzmiankami o osobach LGBTI, szereg odniesień do roli Trybunału Sprawiedliwości UE w pilnowaniu niezależności wymiaru sprawiedliwości w krajach członkowskich oraz zapisy o poszanowaniu demokracji i praworządności.
    Ze względu na toczący się spór pomiędzy polskim rządem a Komisją Europejską przed TSUE, w którym KE oskarża Polskę o naruszanie zasady praworządności, Ziobro po prostu nie mógł tego podpisać.
  3. To puszczanie oka do Jarosława Kaczyńskiego, którego rząd był przeciwny podpisaniu Karty Praw Podstawowych w 2007 roku. Argumentowano wówczas, że jej pełna akceptacja zmusiłaby Polskę do „redefinicji rodziny” i dopuszczenia małżeństw homoseksualnych.
    To dlatego polski rząd, podpisując Traktat z Lizbony, przyłączył się do brytyjskiego protokołu, ograniczającego bezpośrednie stosowanie zapisów Karty. Ziobro pokazał się więc jako kontynuator idei prezesa PiS, a nawet polityk jeszcze bardziej radykalny.

Która z tych teorii jest najbliższa prawdy? Najpewniej każda po trochu. Cokolwiek kierowało działaniami Ziobry efekt jest ten sam – pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej, alienacja w Unii Europejskiej i kłopotliwa sytuacja dla polskiej dyplomacji.

Traktaty do TK, czyli jak wylansować Polexit

Zbigniew Ziobro jest też autorem kolejnego wątpliwego sukcesu – promocji pojęcia „Polexit”, czyli wyjścia Polski z UE.

Mimo licznych napięć na linii Bruksela – Warszawa, jak dotąd w ogóle nie stawała sprawa wyjścia Polski z UE. W kraju o jednym z najwyższych w UE odsetku obywateli przychylnych Unii nikt nie brał na poważnie ostrzeżeń, że rząd PiS szykuje się do powtórzenia scenariusza Wielkiej Brytanii.

Ale w sierpniu 2018 roku Ziobro w roli prokuratora generalnego postanowił zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego m.in. artykuł 267 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Artykuł ten pozwala sądom krajowym kierować do Trybunału Sprawiedliwości UE pytania prejudycjalne – z tego prawa skorzystał m.in. Sąd Najwyższy.

Jeżeli TK Julii Przyłębskiej przychyli się do wniosku Ziobry, Polska będzie miała do wyboru trzy rozwiązania:

  • zmianę traktatów (mało prawdopodobną ze względu na słabą dziś pozycję negocjacyjną Polski),
  • zmianę konstytucji
  • lub wyjście z UE.

Na początku października, po kolejnej serii pytań polskich sądów, Ziobro rozszerzył wniosek. Poprosił, by TK stwierdził, czy unijny Trybunał w ogóle może orzekać „w sprawach dotyczących ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej oraz postępowania przed organami władzy sądowniczej państwa członkowskiego Unii Europejskiej”.

Efektem działań ministra była medialna burza, w której słowo Polexit odmieniano przez wszystkie przypadki. #Polexit znalazł się nawet wśród najpopularniejszych tagów tego dnia na Twitterze, czemu dziwili się niezorientowani w sytuacji komentujący.

Prorządowe media za ten stan rzeczy obwiniły media niezależne, a rząd pomstował na „celową” strategię „totalnej” opozycji, która miała zniechęcić wyborców przez wyborami samorządowymi. Politycy PiS jeden po drugim odcinali się od Polexitu, ale było już za późno – pojęcie to zakorzeniło się w debacie publicznej.

OKO.press dowodziło, że Ziobro, skarżąc do TK zapisy traktatów i negując kompetencje TSUE, podważył fundamentalne zasady obowiązujące w UE, na które Polska zgodziła się przystępując do Unii w 2004 roku.

Powtórzmy to raz jeszcze: tylko TSUE może decydować o kompetencjach TSUE, Polska przystępując do UE zgodziła się na przyjęcie unijnych traktatów (w tym art. 267 TFUE), polski TK już ocenił ich zgodność z Konstytucją RP i nie stwierdził zastrzeżeń, a procedura pytań prejudycjalnych kwestionowana przez Ziobrę ma podstawowe znaczenie dla jedności prawa stosowanego w krajach członkowskich. Negowanie tych pryncypiów podważa zasadność naszego członkostwa w UE.

Wniosek Ziobry do TK ma związek z toczącym się wobec Polski postępowaniem przed TSUE. Komisja Europejska zaskarżyła do Trybunału w Luksemburgu część przepisów ustawy o SN jako potencjalnie niezgodne z unijnym prawem.

19 października TSUE postanowił, że do czasu ostatecznego wyroku Polska musi zawiesić stosowanie zakwestionowanych przepisów ustawy oraz przywrócić zwolnionych sędziów do orzekania – rząd ma działać natychmiast.

Jak na razie resort Ziobry nie poczynił w tej sprawie żadnych kroków, poza mglistymi zapowiedziami o konieczności stworzenia podstaw prawnych do wykonania decyzji TSUE. Jedynym ruchem po stronie Polski było zawieszenie powoływania do SN nowych sędziów – postanowiła o tym KRS.

Ministerstwo sprawiedliwości zasłania się koniecznością „zbadania decyzji TSUE” oraz nowelizacji ustawy o SN. Może też jednak czekać na wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli TK na wniosek Ziobry orzeknie, że TSUE nie może zajmować się polskimi sądami, będzie to dla rządu argument, by dalej ignorować postanowienia unijnego Trybunału.

W związku z brakiem konkretnych reakcji i rządową grą na czas, do sprawy odniósł się sam prezes TSUE Koen Lenaerts. Ostrzegał, że, nie stosując się do decyzji Trybunału,

Polska „wpisuje się w proces podobny do brexitowego, w proces wyjścia”.

Dzięki Ziobrze Polexit zagościł więc nie tylko w rozmowach Polek i Polaków, ale także zaczął być na poważnie komentowany przez unijne instytucje. Pamiętajmy, że częścią sukcesu kampanii Brexitu było chwytliwe hasło i jego wszechobecność w debacie publicznej. Oswajanie ludzi z pojęciem Polexitu nie wróży niczego dobrego.

Ciche „stop” Czaputowicza, czyli jak zdenerwować kolegę

Działania Ziobry – „jastrzębia” w rządzie PiS – nie mogą podobać się politycznemu „gołębiowi”, szefowi MSZ Jackowi Czaputowiczowi. Minister sprawiedliwości, panosząc się na arenie międzynarodowej ze swoimi „wyraźnymi poglądami”, podkopuje jego dyplomatyczne wysiłki. To do szefa MSZ należy zapewnianie zachodnich partnerów, że w Polsce wszystko nadal jest normalnie.

Jak pisaliśmy w OKO.press, cała „reforma” sądownictwa PiS stawia polskich dyplomatów w trudnym położeniu, bo muszą tłumaczyć się z naruszania podstaw praworządności w rozmowach z zagranicą. To resort ministra Czaputowicza na co dzień pertraktuje w Brukseli na temat postępowań przed TSUE, a także Komisją Europejską i Radą UE w związku z procedurą z art. 7 Traktatu o UE. Aktywność Ziobry to więcej pracy dla MSZ.

Krytykę działań kolegi Czaputowicz przemycił w stanowisku MSZ dotyczącym wniosku Ziobry do TK. MSZ jest w tej sprawie stroną, może więc odnieść się do postulatów prokuratora generalnego.

W OKO.press pokazywaliśmy, że dokument podpisany przez Czaputowicza podważa większość argumentów przytoczonych we wniosku przez Ziobrę, a sam minister bronił kompetencji TSUE i autonomii sądów niczym wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans.

W mediach rozpoczęły się spekulacje: to początek rozłamu w PiS? Wojna o schedę po Jarosławie Kaczyńskim? Odwet za mieszanie się w sprawy MSZ w Brukseli? A może próba uratowania reputacji?

Jednak niedługo po publikacji OKO.press minister Czaputowicz wydał oświadczenie, w którym ukorzył się przed Ziobrą (być może nie z własnej inicjatywy). Mówił, że jego stanowisko miało charakter ekspercki i że w pełni popiera wniosek prokuratora generalnego do TK.

Oficjalnie więc sporu na linii MSZ – MS nie ma, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że powiało chłodem. Biorąc pod uwagę działania resortu sprawiedliwości w 2018 roku Czaputowicz miał wszelkie powody do zniecierpliwienia.

Polityczne ambicje kontra polityczny realizm

Powszechne są spekulacje, że Zbigniew Ziobro stara się o przejęcie władzy po Jarosławie Kaczyńskim. Być może dlatego nie przepuści żadnej okazji, by pokazać się jako jego jedyny godny spadkobierca – jeszcze bardziej konserwatywny i radykalny.

Spięcia w relacjach z zagranicą są mu niestraszne, bo jego przesłanie skierowane jest do innych uszu. Pretendentów do sukcesji jednak nie brakuje i wcale nie jest oczywiste, że gdy prezes Kaczyński wycofa się z życia politycznego, „ostre PiS” Ziobry będzie dominować.

By działaniami ministra sprawiedliwości zupełnie nie zrazić do siebie umiarkowanych wyborców, PiS co jakiś czas pokazuje im swoją łagodną twarz. Polityczne „gołębie” wypowiadają się wtedy w ugodowo, często na łamach niezależnych mediów, na co dzień portretowanych jako obce, niepolskie.

Zwykle jest to prezydent Andrzej Duda, który zawsze może zaapelować do rodaków o pojednanie, zawetować którąś z proponowanych przez Ziobrę ustaw lub skierować ją do TK.

O konflikcie pomiędzy prezydentem a ministerstwem sprawiedliwości OKO.press pisało szerzej w 2017 roku, po tym jak prezydent nie podpisał ustaw o SN i KRS. Kolejnym polem „konfliktu” była ustawa o IPN – prezydent najpierw skrytykował ją, a po podpisaniu skierował do TK.

PiS ma też w zanadrzu wiceprezesa partii Adama Lipińskiego. Choć od lat odsunięty w partii na boczny tor, pojawia się, gdy PiS chce pokazać łagodniejszą twarz. W szczycie konfliktu z KE i TSUE – tuż przed II turą wyborów samorządowych Lipiński udzielił wywiadu wideo Justynie Dobrosz-Oracz z „Gazety Wyborczej”.

Nawoływał do odwrotu od wojennej retoryki w kontaktach z Unią Europejską i przesunięcia się PiS w stronę politycznego centrum. Była to próba złagodzenia wizerunku ugrupowania, które przed wyborami samorządowymi zdawało się „walić na oślep”, jak w przypadku żenującego antyuchodźczego spotu.

Jest też oczywiście minister Czaputowicz, który jako rasowy dyplomata ma łagodzić polityczne spory. Na początku października wziął udział w debacie organizowanej przez Fundację Batorego. W OKO.press przypominaliśmy, że była to pierwsza od czasu exposé wypowiedź ministra na temat polskiej polityki zagranicznej poza mediami przychylnymi władzy.

Wyliczał sukcesy polskiej dyplomacji za rządów PiS, dzięki którym Polska miałaby być „liderem UE” i podkreślał, że jesteśmy nieodłączną częścią europejskiej wspólnoty.

Trudno powiedzieć, czy wysiłki Dudy, Czaputowicza i Lipińskiego wystarczą, by umiarkowani wyborcy przymknęli oko na wyczyny Ziobry. PiS ma duży problem ze zmobilizowaniem elektoratu spoza swojej żelaznej bazy, a mimo procentowego zwycięstwa w wyborach do sejmików nie widać, by słupki rosły.

Zwłaszcza dla wyborców z dużych miast antyeuropejska polityka PiS okazała się nie do przełknięcia.

Czy Ziobro wie, gdzie jest wsteczny bieg

Samorządowa kampania wyborcza dobiegła końca. Wkrótce politycy rozpoczną przygotowania do wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w maju 2019 roku. Temat relacji Polski z zagranicznymi partnerami na pewno będzie wówczas eksponowany, a opozycja rozliczy PiS za napięcia w relacjach z Brukselą.

Jeszcze przed wyborami – prawdopodobnie w kwietniu 2019 – zapadnie wyrok TSUE w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jego treść może wpłynąć na bieg kampanii. Niewykluczone zatem, że będziemy świadkami kolejnych małych gestów pojednania i łagodzenia wizerunku PiS jako partii eurosceptycznej.

Co na to Zbigniew Ziobro? Czy wycofa się z antyunijnej retoryki i zastosuje do postanowień europejskiego Trybunału w imię interesu partii? A może zaskoczy nas czymś jeszcze przed końcem tego roku? Ma na to ponad półtora miesiąca, a okazji nie zabraknie.

16 listopada Polskę czeka m.in. wysłuchanie przed TSUE w Luksemburgu w sprawie zawieszenia ustawy o SN. Poczynania resortu Ziobry bacznie obserwuje Komisja Europejska, która przedłoży TSUE raport z realizacji postanowienia Trybunału o zamrożeniu ustawy. Rząd miał działać natychmiast, a minęły już ponad dwa tygodnie. Wkrótce dowiemy się, czy minister sprawiedliwości-prokurator generalny potrafi zrobić krok wstecz.

Nawet wybory do sejmików, w których PiS-owi udało się zdobyć parę nowych województw (choć nie większość) pokazują, że po trzech latach bezwzględnej propagandy (państwowa telewizja i radio nigdy po roku 1989 nie służyły wychwalaniu władzy i zohydzaniu opozycji z taką intensywnością jak po ich przejęciu przez PiS), po trzech latach bezwzględnego klientelizmu oraz politycznej i prywatnej korupcji (także tutaj pod władzą Kaczyńskiego „ilość przeszła w jakość”), a wreszcie po trzech latach skierowanych przeciwko krytykom władzy działań wszystkich państwowych służb – PiS pozostaje partią mniejszości. Mniejszości, której władzę nad całą Polską, zdolność szantażowania większości, zdolność niszczenia dorobku polskiej transformacji w polityce wewnętrznej i europejskiej – zapewnił wyłącznie geniusz Jarosława Kaczyńskiego do jednoczenia prawicy w oparciu o wspólnotę udziału w łupach (stanowiska i fundusze publiczne) i wspólnotę strachu, że te łupy zostaną prawicy odebrane.

Kiedy jednak Kaczyński, Morawiecki czy Szydło przyjeżdżali do Elbląga czy Brzeszcz, kiedy na wspieraniu Jakiego w Warszawie czy Wassermann w Krakowie skupiały się TVP czy Polskie Radio, wszyscy „niepokorni” dziennikarze prawicy, a nawet Jan Maria Rokita, zawsze gwarantowało to tylko większą mobilizację wyborców opozycji i bardziej wyraźną przegraną kandydatów wspieranych przez władzę.

Od antypisu do innej Polski

Nawet jeśli anty-PiS okazał się w tych wyborach silniejszy od PiS-u, to aby PiS odsunąć od władzy opozycja musi zaproponować realną, pozytywną alternatywę dla rządzącej prawicy. Zatem najpierw program. W szafach PO, Nowoczesnej, Koalicji Obywatelskiej, PSL znajdują się sensowne pomysły na wzmocnienie samorządów, odbudowę pozycji polskich przedsiębiorców zamiast ich łupienia (czyli powrót inwestycji w sektorze prywatnym), program socjalny, edukacyjny i senioralny nie będące kupowaniem głosów dla swojej partii, ale naprawą kluczowych dla życia Polaków instytucji. Jednak te pomysły z szaf muszą trafić na wyborcze plakaty.

Opozycja ma trzy atuty. Po pierwsze jej prezydenci i prezydentki miast. Trzaskowski, Jaśkowiak, Zdanowska, Bruski, Truskolaski, Żuk… muszą wziąć udział także w europejskiej i parlamentarnej kampanii Koalicji Obywatelskiej. Byliby nie tylko dowodem na to, że zwycięstwo nad Kaczyńskim i Morawieckim jest możliwe, ale przez kilka miesięcy do wyborów europejskich i przez rok do wyborów parlamentarnych mogą pokazać jak praktycznie będzie wyglądała Polska po PiS-ie.

Wielu opozycyjnych prezydentów i burmistrzów może się poszczycić skuteczną realizacją socjalnych pomysłów Koalicji Obywatelskiej w praktycznym zarządzaniu swoimi miastami. Program senioralny, program „szkoła równych szans”, inwestycje w lokalną infrastrukturę… wszystko to samorządom wychodzi zdecydowanie lepiej, niż Morawieckiemu przykręcanie złotej tabliczki (szybko skradzionej) w miejscu nieistniejącej stoczni czy Kaczyńskiemu wbijanie biało-czerwonego słupka (natychmiast „zabranego przez morze”) w miejscu nieistniejącego przekopu Mierzei Wiślanej.

Drugi potencjalny atut opozycji to kobiety liberalnej Polski. A więc Barbara Nowacka nie jako PR-owy dodatek, ale jedna z liderek środowiska kobiecego całej demokratycznej opozycji. Większe zaufanie „męskiego kierownictwa” do kobiet PO i Nowoczesnej. Sformowanie z nich i Nowackiej silnego środowiska walczącego o całą grupę tematów kobiecych i społecznych. Nie z pozycji radykalnie proaborcyjnych (Polki nie są jakoś entuzjastkami tych haseł), ale zgodnie z poglądami większości polskich kobiet. Czyli „kompromis aborcyjny plus” (to „plus” zawiera faktyczne egzekwowanie wyjątków w ustawie antyaborcyjnej, gwarancję powszechnych badań prenatalnych, finansowanie in vitro z budżetu państwa, działania wspomagające faktyczną emancypację w domu i miejscu pracy).

Oddanie inicjatywy liberalnym, centrowym kobietom z PO i Nowoczesnej jest również sposobem na zablokowanie przez Koalicję Obywatelską pojawienia się alternatywnych inicjatyw politycznych walczących o ten sam elektorat (Biedroń). Szczególnie wobec tradycyjnie większej mobilizacji wyborców miejskich w wyborach do Parlamentu Europejskiego, opozycja może je wygrać już przy proporcji głosów z wyborów samorządowych. Większym ryzykiem jest tu rozbicie centrowego elektoratu przez Biedronia (jak pokazują badania nie ma on żadnej zdolności „przekonania nieprzekonanych”, a jedynie zdolność przejmowania części wyborców KO i SLD), niż mobilizacja zwolenników PiS.

Razem wygrać z d’Hondtem

Wreszcie – jak pokazały wybory do sejmików – aby wygrać z Kaczyńskim trzeba najpierw wygrać z d’Hondtem (system liczenia głosów mocno premiujący większe partie i wyrzucający na śmietnik miliony głosów oddanych na mniejsze). Zatem konieczny jest dobry pomysł na obecność PSL, SLD i „lokalnych bezpartyjnych” w rodzaju Dutkiewicza na jednej liście z Koalicją Obywatelską. W oparciu o minimum programowe, o wspólny projekt sensownego rządzenia Polską po PiS-ie. A także w oparciu o akceptowalny dla wszystkich mechanizm układania list. Zmobilizowanie na jednej liście całego antypisowskiego elektoratu będzie konieczne i – jak pokazały wybory w miastach – zostanie zaakceptowane przez wyborców całej demokratycznej opozycji.

Jeśli Polacy za rok zagłosują tak jak w wyborach samorządowych, to PiS straci władzę [SYMULACJA MANDATÓW DO SEJMU]

– Sprawa jest dramatycznie poważna, ryzyko jest śmiertelnie poważne – ocenił w rozmowie z dziennikarzami przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Przewodniczący Rady Europejskiej gościł w poniedziałek w Warszawie, bo został wezwany przez komisję ds. Amber Gold, przed którą zeznawał przez siedem godzin. Już po zakończeniu posiedzenia przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) zarzuciła Donaldowi Tuskowi, że „nie panował nad tym, co się dzieje w państwie polskim”, nad ministerstwami i takimi instytucjami jak ABW.

– Teza o tym, że nie panowałem nad służbami, jest w mojej ocenie tak naprawdę kapitulacją komisji, bo przecież pierwszą tezą było to, że jestem odpowiedzialny za tę sprawę. Taka była teza PiS od samego początku – odpowiedział w rozmowie z dziennikarzami Tusk.

Tusk przed komisją Amber Gold: Ta komisja jest potrzebna, by powtarzać insynuacje. To wasz rząd ma kłopot

Donald Tusk: Polexit jest, niestety, możliwy

Ale ci pytali go również o inne sprawy, np. o zapewnienia polityków obozu władzy, że nie myślą o polexicie. Temat powrócił, kiedy Zbigniew Ziobro zapytał Trybunał Konstytucyjny o zgodność jednego z artykułów traktatu o funkcjonowaniu UE z polską ustawą zasadniczą. Już po pierwszej turze wyborów samorządowych prezes PiS Jarosław Kaczyński stwierdził na spotkaniu z mieszkańcami Radomia, że „wielu mieszkańców dużych miast zostało okłamanych, zostało zmanipulowanych”, bo PiS polexitu nie przygotowuje.