Tag Archives: Maria Lempart

Pedofilia w polskim kościele dopiero do odkrycia. Jej skala z pewnością porazi. To będzie koniec Kościoła, jaki znamy

7 Gru

>>>

Biskupi uznali swą moralną współodpowiedzialność za kryzys wywołany nadużyciami seksualnymi duchownych i zamiataniem ich pod dywan przez władze kościelne.

Rzecz bez precedensu: cały chilijski episkopat podaje się do dymisji. To owoc trzydniowej wizyty biskupów w Rzymie na wezwanie papieża Franciszka. W tle nadużycia seksualne duchownych i zamiatanie ich pod dywan przez władze kościelne.

– To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach – mówi w rozmowie z „Faktami” TVN Barbara Borowiecka, która miała być wykorzystywana przez ks. Henryka Jankowskiego. Inna parafianka przyznaje, że jest zła na tych, którzy wiedzieli o czynach duchownego.

Barbara Borowiecka, bohaterka głośnego reportażu „Dużego Formatu” o ks. Henryku Jankowskim udzieliła wywiadu „Faktom” TVN. Mówiła o molestowaniu, jakiego doświadczała, gdy była małą dziewczynką. – Jak na mnie, to było wtedy dużo razy, czy dziesięć, czy dwadzieścia, to nie wiem – opowiedziała. – To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach, czy po plecach, czy po pupie – dodaje.

„Włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę”

W artykule na stronie „Faktów” czytamy: „szczegóły opowieści są tak drastyczne, że nie nadają się do cytowania”. Borowiecka wspominając dodała: – To nie tak, że on mnie wybrał, bo jak dzieciaki uciekały do piwnic czy do budynków, w których mieszkały, to chyba dobierał się do pierwszej osoby, którą dorwał.

„Fakty” dotarły do kolejnej kobiety, która mówi, że molestował ją ks. Jankowski. – Każde z dzieci podchodziło i ksiądz Jankowski niektórych sadzał sobie na kolano, głaskał. (…) Pamiętam tylko, że mi wtedy włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę. Włożył mi wtedy rękę pod tę sukieneczkę i ściskał, dotykał moje pośladki – wspomina Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej jedna z parafianek Jankowskiego, która miała 6 lat, gdy była molestowana. – Mam też ogromną złość do tych wszystkich ludzi, którzy wiedzieli o tym – dodała.

Ks. Jankowski za życia bardzo wpływowym i szanowanym duchownym. Został Honorowym Prałatem Domowym Jego Świątobliwości, znany był jednak przede wszystkim jako kapelan „Solidarności”. Do 2004 r. był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku. W sierpniu 1980 r. kościół ten niejako opiekował się strajkującymi robotnikami. Na plebanii przebywali m.in. Wałęsa, Mazowiecki czy Kuroń. Parafia św. Brygidy w czasie stanu wojennego było w centrum działalności opozycyjnej.

Wałęsa: Coś tam zawsze dochodziło do nas …

– Dla mnie jest to szok. Coś tam zawsze dochodziło do nas, ale nic tak tragicznego, nic tak wielkiego. W związku z tym fatalnie się czuję – mówi cytowany przez „Fakty” były prezydent Lech Wałęsa.

Oskarżenia o molestowanie przez ks. Jankowskiego sięgają 2004 r., kiedy to o wykorzystywanie nieletnich oskarżyła duchownego matka jednego z ministrantów. Sprawę opisało antyklerykalne pismo „Fakty i mity”. Z kolei w 2013 r. czyny Jankowskiego opisane zostały w książce pt. „Ostatnia bitwa prałata”.

Pomnik Jankowskiego w Gdańsku

W związku z reportażem „Dużego Formatu” część mieszkańców Gdańska domaga się usunięcia pomnika prałata. We wtorek pod pomnikiem  pojawiły się dziecięce budziki oraz kartki z napisem „pedofil”. W czwartek z kolei pomnik został oblany czerwoną farbą.

Nie dwutlenek węgla, a „IV Rzesza” i „banksterzy” odpowiadają za zmiany klimatu – czytamy w tekście anonimowego blogera. Sęk w tym, że tekst polecał na Twitterze Andrzej Duda. „Czy pan to czyta?”, „To gorzej niż błąd” – komentują ludzie na Twitterze. Prezydent później usunął wpis.

>>>

Prezydent Andrzej Duda w poniedziałek otwierał szczyt COP24 w Katowicach – i nie było to najlepsze dla Polski otwarcie. Już w inauguracyjnym wystąpieniu i późniejszej konferencji Duda mówił, że Polska ma „zapasy węgla na 200 lat” i nie zamierza z niego szybko rezygnować.

Ekolodzy byli zszokowani, a prezydent nie przestawał. Kolejnego dnia obiecywał, że nie da „zamordować polskiego górnictwa”. To mocno zdziwiło zagranicznych ekspertów, gdyż sztandarową polską inicjatywą na szczycie jest deklaracja o tym, jak… pomagać górnikom i innym pracownikom sektora w związku z odchodzeniem od paliw kopalnych. Do tego premier Mateusz Morawiecki mówi coś zupełnie innego, niż prezydent. Takie sprzeczne sygnały od rządzących szkodzą nam i samemu szczytowi. Analitycy z serwisy „Polityka Insight Climate” oceniają, że pokazuje to brak koordynacji, pogarsza wizerunek Polski, a do tego utrudnia pracę naszej prezydencji ważnego szczytu.

Tymczasem w czwartek prezydent znów dosypał (węgla) do pieca. Na swoim profilu na Twitterze zamieścił artykuł z bloga na salon24.pl, w którym autor pisze o tym, że to Niemcy emitują więcej gazów cieplarnianych (i kwieciście ten fakt komentuje). „Bardzo dobry artykuł o emisji CO2 w UE. Przystępnie przedstawia realną sytuację. Warto przeczytać. Polecam” – napisał prezydent RP. Po kilku godzinach usunął wpis z linkiem. Co znajdujemy w tekście?

Prezydent poleca tekst ze słowami o „Niemieckiej IV Rzeszy” 
W pierwszej części autor stara się wykazać, że to Niemcy – a nie Polska – emitują więcej dwutlenku węgla. Nie jest to szczególnie trudne, gdyż takie dane są łatwo dostępne i raczej oczywiste dla osób, które zajmują się energetyką i klimatem. Rzeczywiście to Niemcy emitują najwięcej gazów cieplarnianych w UE, mają też wyższy niż Polska poziom emisji na mieszkańca.

Oczywiście do tych danych warto by dodać inne, np. o tym, że w Polsce (jak w wielu innych krajach UE) poziom emisji rośnie, podczas gdy w Niemczech nieznacznie spada. Jednak uwagę bardziej zwraca obszerny komentarz, który pod danymi napisał anonimowy autor udostępnionego przez prezydenta artykułu. Zaczyna od tego, że „Polska jest chłopcem do bicia w UE, czyli jak kto woli Niemieckiej IV Rzeszy”. Jeszcze w tym samym zdaniu określa Unię jako „Sojedinionne Sztaty Jewropy” (rosyjski zapis fonetyczny, co ma porównywać UE do ZSRR). Pisze o bliżej nieokreślonej kampanii „piesków kanapowych Pani Merkel” wobec Polski.

Autor ma bardzo sprecyzowane poglądy na energetykę i proponuje „stopniową likwidację górnictwa”, elektrownie wodne i geotermię oraz odejście od farm wiatrowych, które są  „robieniem ekonomicznej laski Niemcom”. Wtrąca też zdanie o tym, że muzułmańscy mieszkańcy Niemiec to „żołnierze przyszłej armii dżihadu” (przypomnijmy – wciąż mówimy o artykule, który „poleca” prezydent RP). Dalej twierdzi, że „emisja CO2 przez przemysł jest zbyt mała, aby miała wpływ na tzw. efekt cieplarniany”. Jednak świat nauki jest zgodny, że gazy cieplarniane, w tym głównie CO2, mają na to zasadniczy wpływ. „To jest ukuta przez banskterów strategia niszczenia gospodarek państw wschodzących” – pisze autor bloga. Dalej przytacza jeszcze kilka łatwych do obalenia mitów i kłamstw nt. klimatu.

Po kilku godzinach prezydent usunął wpis i przyznał, że jego udostępnienie było błędem. „Przyznaję rację Tym, których oburzyła druga część artykułu zamieszczonego na portalu salon24.pl , który poleciłem kilka godzin temu. Był to błąd, wynikający z lektury pierwszej części tego artykułu. Nie podzielam poglądów i stylu wypowiedzi zawartej w 2 części. Błąd” – napisał prezydent.

„Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24”

Można już mówić o serii kontrowersyjnych wypowiedzi prezydenta w pierwszym tygodniu szczytu klimatycznego, zatem w sieci nie trzeba było długo czekać na komentarze. Niektórzy zwracają uwagę, że Duda może dalej szkodzić polskiej prezydencji i negocjacjom na szczycie w Katowicach. Inni pisali, że mają nadzieję, iż prezydent przestał czytać w miejscu, gdzie zaczął się komentarz.

„Prezydent RP linkujący do tekstu pełnego antynaukowych bredni o CO2 i globalnym ociepleniu, do tego w czasie trwania COP24, to gorzej niż błąd” – ocenia Kuba Jagowski. Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka specjalizująca się m.in. w branży energetycznej, pytała, czy prezydent „przeczytał w ogóle ten tekst”. „Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24 z Michałem Kurtyką na czele” – oceniła.

„Serio, prezydent na to sobie pozwala?” – skomentował dziennikarz Patryk Michalski. Jakub Wiech z serwisu Energetyka24.com ocenił, że „To zakrawa o skandal dyplomatyczny”. „Warto wiedzieć, skąd prezydent czerpie informacje” – napisał Adam Ozga z TOK FM. Z kolei dziennikarz Witold Głowacki zwrócił uwagę, że autor, którego tekst poleca prezydent, pisał też o „żydokomunie” i „jewropie”.

„Panie prezydencie, czy przeczytał Pan tekst, który Pan poleca? Czy uważa Pan UE za ‚Jewropę’, a Niemcy za ‚IV Rzeszę’, która ‚sra na normy’? Jest pan prezydentem Rzeczypospolitej, a nie internetowym trollem! Takimi wyskokami kompromituje Pan siebie i nasze państwo!” – napisał Adrian Zandberg z partii Razem.

>>>

Pożar w pisowskim burdelu

19 List

PiS na wszelkie sposoby próbuje bagatelizować aferę KNF. Po głównym wydaniu „Wiadomości” TVP wystąpił w roli „uspokajacza” prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński. Przypomnijmy tylko, że to bardzo bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego.

Glapiński odpowiedzialnością za aferę KNF próbował obarczyć… dziennikarzy. – „Nie ma podstawowych elementów, by jakiekolwiek śledztwo zacząć. To jest wszystko od słowa do słowa, od artykułu do artykułu. Dwie osoby próbują rozchwiać cały system finansowy i wiarygodności polskich finansów, i polskiej bankowości. Ja mogę tym osobom powiedzieć, że to się na pewno nie uda. Natomiast apelowałbym i do dziennikarzy, i publicystów, i do polityków, aby nie mieszali polskiego systemu finansowego i bankowego, do jakichś rozgrywek politycznych, bo to naprawdę nie służy Polsce jako takiej i polskiemu systemowi. To jest szkodnictwo najwyższego rzędu” – powiedział prezes NBP.

Tę wypowiedź na Twitterze skomentował Roman Giertych: – „Glapiński: są dwie osoby, które chcą rozchwiać system polskich finansów. Jeden to chyba Chrzanowski, ale drugi? Kto to może być. Premier, o którym Glapiński mówił, że nadzoruje KNF? PAD, który popiera plany przejęcia banku za złotówkę. Terlecki z poprawką? Jakieś pomysły?”. Do słów Glapińskiego odniósł się także Wojciech Czuchnowski, współautor artykułu w „Gazecie Wyborczej”, w którym ujawniona została treść rozmowy Marka Chrzanowskiego i Leszka Czarneckiego (drugą autorką jest Agnieszka Kublik): – „Właśnie się dowiedziałem od prezesa Glapińskiego, że razem z Kublik zachwiałem systemem finansowym w Polsce. Jeśli tak to przepraszam. Już więcej nie będę opisywał mafii z PiS….”.

W dalszej części rozmowy prezes NBP zapewniał, że polski system bankowy jest bezpieczny. – „Jestem w kontakcie z inwestorami z całego świata. Inwestują w Polsce nie dlatego, że pojawi się mniej przyjemny artykuł, ale dlatego, że Polska ma bezpieczny system” – powiedział Glapiński. Na tę wypowiedź zareagował na Twitterze prof. Leszek Balcerowicz. – „Ciekawe, byłem prezesem NBP, ale nie byłem w „stałym kontakcie z inwestorami z całego świata”. Jak Glapiński to robi? W normalnym banku centralnym w normalnych czasach od badania nastrojów na rynkach finansowych są eksperci”– napisał Balcerowicz.

Adam Glapiński powiedział, że w niedzielę wieczorem w Ministerstwie Finansów odbywa się posiedzenie Komitetu Stabilności Finansowej (NBP, minister finansów, KNF oraz Bankowy Fundusz Gwarancyjny), który przygląda się sytuacji wokół KNF-u. – „Wyszedłem z niego na chwilę” – stwierdził prezes NBP. Na Twitterze pojawiły się komentarze: – „Giertych zgłosił do prokuratury zawiadomienie 7.11, a Ziobro zainteresował się tym zawiadomieniem dopiero 13/14.11, tłumacząc się wolnymi dniami, a tu niedziela i Glapiński w pracy? Czyżby coś się paliło?” – „Ostatni raz gdy czytałem, że w niedzielę wieczorem musiał spotykać się Komitet Stabilności Finansowej to było 10 lat temu w USA w sprawie Lehman Brothers…”, czyli po wybuchu ostatniego wielkiego kryzysu finansowego w USA w 2008 r.

>>>

Naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota ma propozycję dla Glapińskiego – odejść. Pożar w burdelu.

PiS doprowadził Polskę do tego, że nie działa policja i wojsko

7 List

>>>

Noblista z ekonomii Paul Krugman pisze o artykułach w „New York Times”:

Dwa wspaniałe fragmenty dotyczące polityki wschodniej Europy w dzisiejszym artykule. Po pierwsze, o osamotnionych mężczyznach z NRD i ich ciężkim skręcie w prawo 1 /

>>>

Krugman o Sierakowskim:

Następnie o Polsce, gdzie może powstać ludowe powstanie przeciwko „populistom” (straszliwy termin) w toku; daje nadzieję także Ameryce 2 /

>>>

>>>

>>>

>>>

>>>

Od kilku lat 11 listopada nie jest świętem niepodległości, lecz świętem faszyzmu. Mało który Polak kojarzy tę datę z konkretnym wydarzeniem historycznym, jakim była kapitulacja wojsk niemieckich na terenie Polski i rozpoczęcie przejmowania władzy przez polskie struktury wojskowe i polską administrację. Mało który kojarzy tę datę z powrotem Piłsudskiego z niemieckiego więzienia do Warszawy. Mało który… Może nie tak mało, lecz na pewno o wiele mniej jest takich, którzy mają jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób powstała II RP u kresu Wielkiej Wojny, niż takich, którzy wiedzą o tzw. Marszach Niepodległości, podczas których masa opętanych szowinistyczną agresją młodych ludzi wykrzykuje nienawistne hasła, pali race i rozrabia na ulicach Warszawy, otoczona wielotysięcznym kordonem policji, starającej się upilnować tę hałastrę i zabezpieczyć miasto przed niszczeniem mienia.

Narodowcy, osłaniani przez katolicki i nacjonalistyczny rząd, czują się coraz bardziej bezkarni. Wiedzą, że nikt nie śmie ich powstrzymywać, a represji spodziewać się mogą wyłącznie ci obywatele, którzy przeciwko faszyzmowi na ulicach Warszawy protestują. Zanosi się na to, że za kilka dni, 11 listopada 2018 r., w setną rocznicę wyzwolenia Polski spod zaborów, władza znów abdykuje, a lokalne i niezauważalne dla świata (z racji dyplomatycznej klęski państwa polskiego i upadku jego wizerunku w świecie) obchody oficjalne zostaną całkowicie przesłonięte przez wydarzenia związane z ekscesami tzw. narodowców i bardzo prawdopodobnym rozwiązaniem ich pochodu przez władze stolicy.

Jeśli dojdzie do takich gorszących wydarzeń, świat znów – na małą chwilę – zainteresuje się Polską. Jednak zamiast pisać i mówić o kraju, który powstał z niewoli i stał się nowoczesnym europejskim państwem wolnych ludzi, będą pokazywać (na marginesie relacji z obchodów stulecia zakończenia II wojny światowej) migawki z burd na ulicach Warszawy, wzmiankując, że tak oto wygląda polska niepodległość i jej świętowanie. Na nic wielkie imprezy, koncerty, wystawy – wszystko pójdzie w jednej chwili z dymem faszystowskich rac.

Czy można tego uniknąć? Można – można faszystów ostro postraszyć, można zaangażować tyle policji, że spacyfikowanie faszystowskich rozrabiaków stanie się na tyle prawdopodobne, iż nie odważą się rwać bruku. Ale zdjęcia i tak będą i pójdą w świat. Ale wtedy przynajmniej zachodnie telewizje powiedzą, że polskie władze nareszcie zaczęły reagować na faszystowskie ekscesy. Mała to pociecha, choć zawsze coś.

Tak czy inaczej sytuacja polityczna sprawia, że żadnego święta de facto nie będzie. Będzie marsz faszystów (nie wiem, dlaczego zwanych „neo” – cóż w nich nowego?), będę oficjalne obchody we własnym gronie reżimu i jego nielicznych przyjaciół z kraju i bliskiej zagranicy, i będą obchody wolnych demokratów – w Poznaniu. Słowem, jakaś kakofonia polityczna, zupełnie pozbawiona powagi i atmosfery ogólnonarodowego święta. Marny to bilans po stu latach i niedobra wróżba na przyszłość. Niewiele było lat w stuletniej historii naszego kraju od roku 1918, za które można by rządy i państwo polskie chwalić. Zażyliśmy demokracji i jako takiej sprawiedliwości społecznej tyle, by zrobić sobie apetyt na więcej. Kilka lat po 1918 roku, ćwierć wieku po roku 1989. Mało.

Nie wiadomo jeszcze, co z tego będzie. Czy w ogóle ta polska wolność przetrwa, skoro system polityczny jest tak bardzo nieodporny na destrukcję, a społeczeństwo tak mało przywiązane do wolności w jej najważniejszych, konstytucyjnych wymiarach? Tam, gdzie brakuje poczucia narodowego, pewności siebie, opartej na wartościach demokratycznego państwa prawnego, tam próżnię moralną wypełniają mity, kompleksy, a następnie szowinizm i faszyzm. Patologia tzw. marszów niepodległości pokazuje jałowość, pustkę intelektualną i moralną polskiej idei narodowej. Nie ma w niej już nic poza czczą plemienną pychą, lękiem i pogardą dla obcych, zaściankowością i frustracją. Żadnej idei, żadnego przyjaznego przesłania, żadnej świadomości różnorodnego bogactwa polskości, żadnej ciekawości Polski i jej prawdziwej, wieloetnicznej historii, żadnej wrażliwości. Ot, czyste prostactwo, buta i ignorancja. Jeden ordynarny wrzask i zgiełk.

Daliśmy sobie polskość obrzydzić i zabrać. Pracowała na to endecja wielu pokoleń, pracowali faszyści przyklejeni do PZPR, do Kościoła, do różnych „środowisk prawicowych” po 1989 r. Zbieramy dziś, w stulecie niepodległości, bogate i gorzkie żniwo tego intelektualnego, moralnego i emocjonalnego wyjałowienia. To bardzo, bardzo smutne. Nie będziemy się cieszyć 11 listopada – będziemy się martwić i niepokoić, co się wydarzy w Warszawie i co będą o nas mówić na świecie. I sami sobie jesteśmy winni. Polska jest ciężko chora, a 11 listopada będziemy mieli gorączkę. Czy naród tak spętany i zastraszony przez nacjonalistów, naród, któremu jego własna narodowość kojarzy się coraz bardziej z mitologią, pustą dumą dla dumy oraz agresją faszystowskiej hałastry – przerażająco kosmopolitycznej w swym podobieństwie do hałastry ukraińskiej, litewskiej, rosyjskiej, niemieckiej… – w ogóle przetrwa?

Kogo za sto lat będzie nad Wisłą obchodzić polskość i polska państwowość, jeśli wszystko to wciąż, i to coraz bardziej, kojarzy się z miazmatami XIX w., złymi emocjami, nacjonalistycznym anachronizmem? Czy będą obchody dwóchsetlecia niepodległości Polski? Można w to wątpić, niestety.