Tag Archives: Marek Suski

Banaś, Suski, Brudziński. Pisowskie barany beczą, to ich głos intelektualny

25 Wrz

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja teraz

– Uważam że nigdy w swoich filmikach nie przekroczyłam granicy, którą bardzo często przekracza obecna władza. Co więcej, uważam że jest to mocno gombrowiczowskie to, co robię. Myślę, że Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja jestem teraz – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Odnośnie Mariana Banasia powiem tyle: Nie mam pełnego zaufania do służb. Ani wtedy, ani dzisiaj. Dlatego że tam jest jeszcze mnóstwo ludzi z poprzedniej ekipy” – napisał na Twitterze Marek Suski. W tak zadziwiający sposób szef gabinetu Mateusza Morawieckiego skomentował aferę z udziałem prezesa NIK.

Wpis Suskiego komentowali dziennikarze. – „Szef Gabinetu Premiera RP pisze oficjalnie cztery lata po przejęciu władzy, że nie ma zaufania do służb bezpieczeństwa państwa podległych premierowi” –  napisał Bartosz Węglarczyk z Onetu. – „Rozumiem, że to nieporadnie sformułowany apel o dymisję szefa służb” – to opinia Wojciecha Szackiego z „Polityki”.

– „Czyli mówicie Suski, że w służbach jest syf, a PMM mianując Kamińskiego ministrem, ten syf wzmaga? Czy to w innym rządzie się dzieje?”; – „I to te pełowskie służby sfałszowały jego oświadczenia majątkowe i podstawili mu do wynajęcia kamienicy gangsterów”; – „Wygląda na to, że w obecnej sytuacji, zaufaniem do służb mogą pochwalić się wyłącznie sutenerzy z Krakowa” – brzmią komentarze pod wpisem Suskiego.

Internauci nawiązywali oczywiście do poprzednich wypowiedzi, z których zasłynął Suski: – „Caryca” na tropie kolejnego spisku?”; – „Od pewnego czasu myślę, że ten oto Pan zbijałby kokosy na własnym talk show/reality show. Nazwać ‚Caryca mówi’, no byłby hit!”; – „Najważniejsze, że w Radomiu będzie duże lotnisko i warszawiacy będą mogli latać na południe Europy”; – „Caryca nie ma zaufania do Ochrany….świat się kończy….kometa nadlatuje….piekło zamarza…dinozaury szykują się na śmierć…ze śmiechu…”.

Przypomnijmy tylko, że koordynatorem służb w rządzie PiS od 4 lat jest Mariusz Kamiński. A CBA, które od pół roku zajmuje kontrolą oświadczenia majątkowego Mariana Banasia, kieruje  Ernest Bejda, bliski współpracownik Kamińskiego.

Aleksandra Dulkiewicz była gościem radia TOK FM. Ciekawa rozmowa, dotycząca trudnych spraw dzisiejszej Polski.

Pani prezydent odniosła się do nieustającego ataku na Gdańsk w mediach publicznych. Jak przyznaje, widzi dwa powody takiej nagonki. Po pierwsze, w Gdańsku nigdy nie wygrał przedstawiciel PiS-u, co dla obecnej władzy jest nie do przejścia. Po drugie, Gdańsk to kolebka Solidarności, symbol walki o wolną Polskę, a to bardzo nie na rękę tym, którzy robią wszystko, by zmienić historię, wymazać z niej rzeczywistych bohaterów, zamienić ich na swoich.

Zastanawia się też nad pewnym paradoksem, bo przecież nikt kiedyś by nie pomyślał, że Lech Wałęsa, będzie broniony przez lidera Lewicy, Włodzimierza Czarzastego, a tak mocno piętnowany przez swoich kolegów, którzy wraz z nim budowali tę wolną Polskę. Jak widać, dzisiaj wszystko jest możliwe.

Aleksandra Dulkiewicz skomentowała też zamieszanie wokół Centrum Solidarności. Nie ukrywa, że to ewidentnie „próby dzielenia społeczeństwa i pisania historii na nowo. Pod płaszczykiem obrony polskości, szukają tego, co nas różni. W efekcie tej dyskusji jednak coraz więcej ludzi przychodzi oglądać wystawę w ECS. Przychodzą i pierwsze co widzą, to suwnica Anny Walentynowicz. Pytają więc: o co PiS chodzi?”.

Pytana o plany na przyszłość, przyznała, że przez najbliższe 4 lata będzie, tak jak się zobowiązała, działała na rzecz swojego miasta, zachowując przy tym jego otwartość i respektując te zasady, które leżą u podstaw dobrze rozumianej wolności.

Powodzenia pani Prezydent

Zbliżające się wybory to świetny czas na podsumowanie 4-letnich rządów PiS. Takiego zadania podjął się Michał Wróblewski na portalu wp.pl i trzeba przyznać, że zrobił to bardzo sprawnie.

Odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 września, który z dumą podkreślał, że „Myśmy przed wyborami, ale także w trakcie kadencji, wiele obiecali i każdy musi powiedzieć, że przynajmniej miażdżąca większość tych obietnic została wykonana”. Pan prezes całkowicie minął się z prawdą. Na 100 złożonych obietnic jego partia zrealizował 33, 4 weszły w życie ze znacznym opóźnieniem, 25 zostało częściowo zrealizowanych, 2 zamrożone, a 36 obietnic utknęło gdzieś, w niepamięci.

Portal DEMAGOG przygotował raport dotyczący właśnie tych obietnic. Z jednej strony autorzy raportu zebrali „setkę, w naszej ocenie, najistotniejszych obietnic złożonych przez kluczowych polityków Zjednoczonej Prawicy w trakcie kampanii wyborczej, a także już podczas samych rządów. Zależało nam na tym, aby obejmowały one zróżnicowane tematy, aby odnosiły się one do rozmaitych, ale za każdym razem istotnych z punktu widzenia obywateli, dziedzin życia. W przypadku obietnic zrealizowanych, interesowała nas nie tylko sama droga ich realizacji, ale także – ich namacalne efekty, ocena zmian, które zostały w ich wyniku wprowadzone w życie”, z drugiej zaś odnieśli się do exposé wygłoszonych przez premier Beatę Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego oraz deklaracji innych polityków partii rządzącej.

Pod lupą znalazła się służba zdrowia, w której mimo obietnic, nie zlikwidowano NFZ i nie skrócono kolejek do lekarzy. Nie zrealizowano obietnicy darmowych leków dla kobiet w ciąży, a kondycja finansowa szpitali woła o pomstę do nieba.

Kompletną klapą okazał się Program Mieszkanie Plus. Miało być 100 tysięcy mieszkań, a do tej pory zakończono budowę 867 i kolejne 663 mieszkania są w trakcie budowy.

Nie wprowadzono zerowego VATu na ubranka dziecięce, bonu na zajęcia sportowe i kulturalne dla młodzieży, darmowego wstępu do muzeum czy darmowych posiłków w szkołach.

Zrezygnowano z utworzenia Narodowego Forum Przedsiębiorców, Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, Ministerstwa Integracji Europejskiej, Centrum Współpracy Polska-Wschód ani województwa warszawskiego.

Pomysł nowego finansowania mediów publicznych poszedł do lamusa, podobnie jak dekoncentracja mediów, głośno zapowiadana ustawa „anty-fake news” czy reprywatyzacyjna.

Nie zapominajmy też o tym, że nie obniżono VAT-u do 22%, nie wprowadzono premii za szybkie urodzenie drugiego dziecka, nie zwiększono nakładów na naukę i inwestycję, nie skrócono czasu oczekiwania na rozprawę sądową, nie zakazano hodowli zwierząt futerkowych. Mimo obietnic, nie zlikwidowano gabinetów politycznych, a zatrudnienie w państwowej administracji znacznie wzrosło. Nadal ludzie pracują na umowach śmieciowych, nawet w ministerstwach, A frankowicze poszli całkowicie w zapomnienie.

No tak… miał być wprowadzony pakiet demokratyczny, a nastąpiło ostre ograniczenie praw opozycji w Sejmie i utrudnienie pracy dziennikarzom. Miała być Polska praworządna i sprawiedliwa, a to, co serwuje nam Jarosław Kaczyński znacznie odbiega od tej obietnicy. Prezes PiS próbuje zaklinać rzeczywistość, konfabuluje, patrząc Polakom w oczy, ale fakty mówią swoje. Kaczyński nie rozumie, że nie da się zbudować władzy na długie lata, opierając się na gołosłownych obietnicach i mamieniu społeczeństwa. Przyjdzie czas, że jego partia zostanie rozliczona za każde, niezrealizowane zobowiązanie i będzie to na pewno bardzo bolało…

Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale to nie powód, żeby się poddawać i składać broń.

Myśl irlandzkiego filozofa Edmunda Burke’a: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”, jak ulał pasuje do naszej rzeczywistości. W Polsce jest sporo dobrych ludzi, ale… są ogarnięci strachem. Tak naprawdę Kaczyński nic nie musi robić, nie musi ani śledzić, ani karać, ani prześladować, wystarczy, że wszyscy myślą, że właśnie to będzie robił i już blady strach pada na wszystkich.

W mediach publicznych spędziłam prawie całe swoje dorosłe życie, poza stanem wojennym i rządami PiS-u. Znam ludzi z mediów publicznych, nie tylko z Warszawy i nie tylko z radia. Więcej niż połowa moich znajomych straciła pracę. Pozostali się męczą i żyją w strachu. Myślę, że mało kto z Was może sobie ten strach wyobrazić.

Spotkałam ostatnio kogoś z dawnych przyjaciół z Trójki (nie mogę nawet zdradzić płci ani tematu rozmowy) i ta osoba spontanicznie opowiedziała mi kilka bulwersujących historii z życia Programu 3. W pewnym momencie jednak powiedziała z przerażeniem w oczach: błagam, ale nie opisuj tego, oni od razu się zorientują, że wiesz to ode mnie… Inna osoba, o czym już kiedyś wspominałam, wolała, żebym dzwoniła na tzw. tajny numer, a nie służbową, radiową komórkę.

link do zrzutki: https://zrzutka.pl/rk6643

Muszę jednak przyznać, że w Trójce są osoby, które się nie boją albo przełamują strach. Jest ich niewiele, ale są. Do nich zaliczyć można bez wątpienia Wojtka Manna czy Piotra Bukartyka (więcej nie wymienię, bo mógłby to być pocałunek śmierci). O każdej z tych osób myślę ciepło i życzę wytrwałości.

Spotkałam też dziennikarkę wyrzuconą z TVP. Ucieszyła się, pytała, co robię. Opowiedziałam jej o naszej aukcji. Powiedziała, że chciałaby mieć udział w naszych działaniach i dać sukienkę, którą zaprojektował dla niej jeden z największych polskich projektantów, a którą ona miała tylko dwa razy na wizji. Ucieszyłam się. Zapytałam, czy mogę ujawnić jej nazwisko. Zastanowiła się i stwierdziła, że jednak nie. Po chwili dodała, że z takim trudem zdobyła obecną pracę, że nie może ryzykować i nie może jej stracić, bo nie stać jej na bezrobocie.

Zadzwoniłam do kolegi z pewnej rozgłośni regionalnej Polskiego Radia i opowiedziałam mu historię z sukienką. Powiedział, że nie dziwi się, bo oni (czyli władza) są mściwi i skrupulatni w polowaniu. Jeden nierozważny ruch i po robocie. Kolega sam wprawdzie jest wyrzucony, ale jego żona ciągle pracuje. Opowiada mi, że zna przypadek, kiedy komuś nie przedłużono umowy, bo był za aktywny na Facebooku. No więc „musimy z czegoś żyć. Lepiej do nas nie dzwoń”.

Powtarzam sobie: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. Rozumiejąc myśl Edmunda Burke’a zastanawiam się nad sobą.

No nie, ja i moi koledzy robimy portal. Ktoś powie, a co to takiego. No, faktycznie, są ludzie, którzy robią więcej. Nawet spotkałam takie osoby w sobotę na Kongresie Kobiet.

Większość pewnie o nich nawet nie słyszała. A są w naszym kraju takie dziewczyny jak Gabriela Lazarek, która codziennie stoi na cieszyńskim rynku, sama z transparentem, opluwana, zaczepiana, walczy o wolność i prawa człowieka. Albo Klementyna Suchanow, pisarka, redaktorka, tłumaczka, ciągana po warszawskich brukach przez policjantów, która po interwencji policji podczas manifestacji w obronie niezależnych sądów trafiła do szpitala, gdzie w trybie pilnym przebyła operację kręgosłupa.

Te wspaniałe kobiety mówiły na Kongresie, że nie wolno się bać, że właśnie służby wybierają sobie osoby bardziej podatne na gnębienie, czyli bardziej strachliwe i co jakiś czas wyciągają kogoś i rozpoczynają operację kompromitowania i niszczenia. Ale mówiły też, że jeśli ty jesteś odważny, to służby zaczynają się ciebie bać.

Oczywiście rozumiem strach, sama się boję. Boję się, kiedy dostaję wezwanie do zapłacenia np. 100 tys. zł za napisany na naszym portalu tekst, który wg wzywającego obraża go. I co z tego, że ja wiem, że napisaliśmy prawdę i że mamy na wszystko dowody i wierzymy, że sądy są jeszcze niezależne, to i tak się boję. Boje się pozwów, szykan, boję się kar finansowych.

Przypominam sobie wtedy, co powiedziała Suchanow, że służby wybierają osoby bardziej podatne na gnębienie i że właśnie jestem to ja. Bo na przykład wzywający nie wzywa w tej sprawie „Gazety Wyborczej”, bo wie, że tam jest sztab mądrych prawników, ale wzywa nas, bo my ich nie mamy. Wtedy myślę, że nie mogę się dać zwariować i próbuję się nie bać.

Ale boję się też, choć trochę inaczej, kiedy nie mogę zapłacić minimalnych honorariów naszej dziennikarce, bo na koncie jest pusto, a ona odważna, waleczna, nękana w sądzie przez różnej maści faszystów, w przerwach na dializy (3 razy w tygodniu) pracuje ze zdwojoną siłą, bo jej renta to kilkaset złotych.

Niepokoję się też, kiedy dzwonię do znanych ludzi, których znam z radiowego, ponad trzydziestoletniego stażu dziennikarskiego, i proszę o jakieś „fanty” na aukcję, żeby utrzymać nasz portal, bo nie wiem, jak zareagują. A może oni też się boją i nie wiedzą, jak mi odmówić, a może się wściekną i będą na mnie krzyczeć?

W końcu biorę się w garść. W sprawach sądowych pomoże mi świetna prawniczka, nie dość, że rewelacyjna zawodowo, to słynąca z usług „pro bono” Sylwia Gregorczyk – Abram. Odważna do bólu. Jaki cud, że ją poznałam.

Wesprą nas również tak wielcy ludzie jak Krystyna Janda czy Wojciech Malajkat. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś dołożyć się do ich pomników. Jestem zbudowana.

Za chwilę będę dzwoniła do innych znanych ludzi, którzy coś mi dadzą na aukcję, będę śledziła, jak ona przebiega, ile osób jest w naszej grupie na Facebooku i czy coś przybywa na zrzutce. Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale nie pękamy.

Będziemy walczyć, a Wy pomóżcie nam przetrwać. Zapraszam na aukcję

Nasze aukcje znajdziesz tutaj: https://www.facebook.com/groups/koduj24/

Każda transakcja pomoże naszemu portalowi. Dziękujemy tym wszystkim, którzy już nam pomagają. Zaproście do nas swoich znajomych. Do naszej grupy na Facebooku zapraszamy wszystkich, a szczególnie tych, którym zależy na wolnych mediach.

Nie bójmy się!!!

Po Kuchcińskim – Pawłowicz albo Suski

3 Sier

Wieść o niedzielnym pobiciu księdza w zakrystii szczecińskiej bazyliki obiegła opinię publiczną lotem błyskawicy. Prawicowe media i TVP podniosły raban, że sprawcy chcieli wykraść szaty liturgiczne, gdyż chcieli odprawić “homoseksualny ślub”. Ksiądz miał im zagrodzić drogę, odmówić wydania szat, za co został przez chuliganów dotkliwie pobity. Obrażenia były na tyle poważne, że wymagały interwencji chirurgicznej.

Okazuje się jednak, że napadnięty ksiądz Aleksander Ziejewski stanowczo zaprzeczył wersji zdarzeń, którą usilnie próbują lansować TVP i cały szereg prawicowych portali.

Mianowicie, pobity duchowny w rozmowie z dziennikiem Fakt stwierdził, że: “Nie mogę tego potwierdzić, niczego takiego nie słyszałem”. 

Okazuje się zatem, że po raz kolejny kłamliwa narracja mediów narodowych zostaje z dziecinną łatwością obnażona, zaś wszystko wskazuje na to, że ksiądz został napadnięty przez chuliganów, którzy nie mają nic wspólnego z tak znienawidzonym przez władzę środowiskiem LGBT.

Dla przypomnienia TVP jak i prawicowe media opublikowały relację rzekomych świadków zdarzenia, z których miało wynikać, że sprawcy chcieli odprawić sobie “homoseksualny ślub“. W Wiadomościach ponadto usłyszeliśmy doniesienia, że sprawcy mieli przy sobie obrączki.

Tak szczuła z kolei TVP Info:

Sam szef portalu tvp.info Samuel Pereira w taki sposób skomentował całe wydarzenie: “Przypominam że działanie mężczyzn, którzy w Szczecinie zaatakowali księdza i kościelnego i afiszowali się jako #jestemzLGBT miało konkretne podłoże polityczne (zażądali homo ‘ślubu’)

Żadne słowo przepraszam oczywiście nie padło i zapewne nie padnie. Nie ma się niestety specjalnie czemu dziwić. Taki mamy klimat…

„Kolejny „rodzinny” lot Marszałka Kuchcińskiego z 2018 roku. Tym razem z synem i córką z Rzeszowa do Warszawy, w piątek 27 grudnia. Lot odbył się rządowym Gulfstream’em G55” – napisał na Twitterze Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Dziennikarz poinformował także, że Kuchciński leciał wojskową CASĄ z Rzeszowa przez Warszawę do Szczecina i z powrotem na odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego. – „Miał oczywiście prawo, tylko jakie koszty. Jednak godzina lotu CASY to 3184 zł” – podsumował Gierszewski.

Z kolei onet.pl dysponuje dokumentami, z których wynika, że 14 września 2018 r. szefowa gabinetu Kuchcińskiego Katarzyna Mącznik złożyła tzw. zapotrzebowanie na jego przelot na trasie Warszawa-Rzeszów i z powrotem.

Jak informuje onet.pl., w tytule pisma adresowanego do dowódcy generalnego Sił Zbrojnych, napisała, że to „TRYB NAGŁY”. Wojsko przeznaczyło na ten przelot śmigłowiec Sokół. Lot miał się odbyć rano 15 września, a powrót następnego dnia. W zamówieniu widnieją nazwiska trzech osób: marszałka, funkcjonariusza Służby Ochrony Państwa oraz „Kuchciński Zbigniew Szymon”, czyli syn marszałka.

Wcześniej „Fakt”, powołując się na swych rozmówców, napisał, że 15 czerwca Kuchciński przyleciał helikopterem z córką i synem na ślub swojej chrześnicy w dworku pod Przemyślem. A marszałek od kilku dni unika mediów i nie pojawia się na państwowych uroczystościach: „Gdzie się podział marszałek Kuchciński? „Przeprowadza śledztwo, skąd Nitras dowiedział się o lotach”.

„Czas pomyśleć o następcy. Na myśl przychodzą mi tylko dwa nazwiska: Krystyna Pawłowicz lub Marek Suski. Każde z nich ma swoje zalety, a wad nie widać. Bystrość, lojalność, opanowanie, aparycja to ich wspólne atuty” – „radzi” Roman Giertych w liście do Jarosława Kaczyńskiego. Więcej miejsca poświęcił „rekomendowaniu” kandydatury obecnego szefa gabinetu politycznego premiera: – „Suskiego tak wszyscy z Carycą kojarzą, że pomogłoby to przyjaźni polsko-rosyjskiej, która przecież jest fundamentem planowanego przez pana Prezesa wyjścia z UE. Nadto Suski, który wie, że z Radomia szybciej się lata do Afryki, bo bliżej niż z Warszawy, mógłby stanowić dla naszej młodzieży przykład wiedzy geograficznej”.

„Swoją drogą to dla takich Nitrasów i Brejzów należałoby specjalne kary mutylacyjne wprowadzić, a nie tylko finansowe. Jakby im za każdy bezczelny atak obciąć kawałek palca, to by się awanturnicy uspokoili” – „proponuje” Giertych.

Cały tekst Giertycha >>>

Próbuje także „usprawiedliwiać” Kuchcińskiego: – „Jego drobne (zasłużone po tysiąckroć!) przywiązanie do luksusu jest jeszcze nieakceptowalne w naszej chromej demokracji, gdzie lud nie dojrzał do tego, że prawdziwa służba państwu wymaga, aby władza miała odrobinę radości za trudy rządzenia. I że nie wszyscy mogą latać luksusowymi samolotami, ale że lud w tych samolotach spożywa kawior i pije szampana ustami swych najlepszych przedstawicieli. Taka dojrzałość wymaga czasu i pokory, które narody uzyskują w dojrzałych strukturach pod okiem doświadczonych przywódców (Rosja, Kazachstan etc.)”.

„Niestety ciemny lud wierzy, że marszałek czym lepiej wypoczywa w trakcie podróży, tym bardziej może skupić się nad podnoszeniem jego dobrobytu przez przepychanie w Sejmie ustaw z kolejnymi plusami. Byle do wyborów, a potem może być potop”; – „Z Krystyną P. może być mały problem, a nawet dwa… musiałaby się wycofać z wycofywania, no i ten luksusowy samolot na pewno ma za małą lodówkę”; – „Ja bym raczej rekomendował Macierewicza, może latać do woli, bo to specjalista od wszelakich maszyn i wpadka mu nie grozi z lotami, bo nadal może twierdzić, że testuje smoleński wypadek!”; – „Znając wyjątkową estymę, którą prezes darzy profesorów, proponowałabym prof. Karskiego, który wsławił się odwagą przeprowadzenia prób niszczących meleksa” – komentowali internauci propozycje Giertycha.

Cechą pisowskiej Polski miała być praworządność i sprawiedliwość. No i jest, ale z uwzględnieniem tylko tej części społeczeństwa, która z uwielbieniem wpatruje się w prezesa i dokonania jego partii.

Wybory parlamentarne coraz bliżej, nikogo więc nie powinno dziwić, że i ja staram się od trzech tygodni dorzucić swoje trzy grosze i dokonać pewnych podsumowań. Podsumowań, które jednocześnie wyjaśniają, dlaczego tak źle żyje mi się w dzisiejszej, pisowskiej Polsce. Dlaczego nie wyobrażam sobie, by PiS dalej rządziło.

Gdybym miała jednym zdaniem określić minione już prawie 4 lata władzy prezesa i jego ludzi, to powiedziałabym krótko – pisowska Polska stoi na antywartościach. Wszystkie zasady etyczne, moralne, prawne, społeczne, które leżą u podstaw bezpiecznego, dobrze funkcjonującego, rozwijającego się państwa, mającego swoje solidne miejsce w gronie układów i sojuszy, zostały zastąpione przez ich przeciwieństwa, które tylko niszczą.

Spójrzmy jak przenicowano słowa „Bóg Honor Ojczyzna”. Jeszcze nie tak dawno, dewiza ta oddawała to, co dla każdego Polaka najwartościowsze, umiłowane, dla czego warto było żyć i umierać. Była wartością nadrzędną, a czym jest dzisiaj? Wyświechtanym banałem na sztandarach ludzi, którzy niosą ją w oparach nienawiści do każdego, kto inaczej wygląda, inaczej wierzy, inaczej kocha, inaczej myśli. „Bóg Honor Ojczyzna” są dzisiaj tam, gdzie kopie się uczestnika Marszu Równości. Bije po głowie starszego kodera, protestującego przeciwko niszczeniu demokracji. Obrzuca się kamieniami opozycjonistów, wrzeszczy o Polsce tylko dla białych, atakuje cudzoziemców, grozi każdemu, kto polskość postrzega inaczej. Co to za Bóg? Co to za Honor? Jaka to Ojczyzna?

Polskim patriotą nie jest dzisiaj ten Polak, który sumiennie pracuje, płaci podatki, działa na rzecz rozwoju kraju. To premier Morawiecki, który od poczęcia już walczył o taką Polskę, jaką nam teraz PiS funduje. To Antoni Macierewicz, węszący jakieś spiski i zamachy. Prezes, który przespał stan wojenny i w latach PRL niczym specjalnym się nie odznaczył. To osiłek z symbolem Polski Walczącej na przepoconej koszulce i z butelką piwa w ręce.

Prawdę zastąpiono kłamstwem. Premier, który przegrał już w sądzie sprawy o mówienie nieprawdy, prezes PiS, opowiadający bajki, media reżimowe, budujące swoje wizje w oparciu o przeinaczanie faktów, ukrywanie tych niewygodnych i wciskanie ciemnoty. Ta „antyprawda” aż kłuje w oczy, zamienia rzeczywistość w koszmarny obraz z krzywego zwierciadła, stała się symbolem Polski Jarosława Kaczyńskiego.

Transparentność to już tylko wspomnienie, z którą zawsze w Polsce był jakiś problem, ale nigdy w takim stopniu jak teraz. Ukrywa się przed społeczeństwem autorów podstawy programowej, jaka obowiązuje od momentu deformy edukacji. Nie ma szans poznać, kto podpisał listy poparcia dla pisowskich sędziów w KRS. Tajemnicą owiani są ludzie i instytucje, z którymi obecny rząd konsultował niby te ustawy, którymi rozwala polską demokrację. Wciąż tylko słyszę o szerokim poparciu społecznym dla pomysłów PiS, ale nie mam szans dowiedzieć się, kto i co właściwie popiera. Czyżby takich list, takich konsultacji, po prostu nie było? Może podpisujący wstydzą się swego podpisu, a może to jest tylko jakiś wielki szwindel, bo wsparli się ci, co kandydują, ci, którzy tylko firmują sobą idiotyzmy nazwane reformą, czy może są to tylko zwykli figuranci, którzy za odpowiednią kasę podpisaliby nawet pakt z diabłem?

Pisowska uczciwość też woła o pomstę do nieba. Uczciwy Kuchciński lata sobie z rodzinką samolotem rządowym za frajer. Uczciwy prezes milczy w sprawie wież, Srebrnej i łapówki w kopercie. Uczciwa Kempa dostaje 300 euro dziennie na hotel w Brukseli, ale korzysta z takiego, gdzie płaci tylko 100 euro za dobę, a reszta do kieszonki (to przez 5 lat daje kwotę ponad 100 tys. euro oszczędności), uczciwi politycy dostają grube tysiące za paliwo w samochodach, z których nie korzystają, Szydło rozdaje nasze pieniądze na nagrody, na które jej ludzie sobie uczciwie zapracowali, ludzie PiS pracują na eksponowanych stanowiskach za tak uczciwą kasę, że mózg staje z wrażenia. Uczciwie chowa się pod dywan wszystkie afery i aferki, wierząc tak bardzo w swoją uczciwość, która przyniesie tylko sukces.

Również rzetelność została dzisiaj zastąpiona niekompetencją i prowizorką. Ustawy, które PiS wprowadza w życie, są pisane na kolanie przez ludzi, którzy mają niewielkie pojęcie o tym, co zmieniają i jak. Co rusz dokonywane są więc jakieś zmiany, poprawki, modyfikacje, człowiek już się gubi w tym gąszczu ustawowych potworków, niedopracowanych, pozostających w niezgodzie z obowiązującym systemem prawnym, coraz bardziej mętnych i oderwanych od realiów.

Cechą pisowskiej Polski miała być praworządność i sprawiedliwość. No i jest, ale z uwzględnieniem tylko tej części społeczeństwa, która z uwielbieniem wpatruje się w prezesa i dokonania jego partii. Prawo chroni propisowskich bandytów, narodowców o ostrym zabarwieniu neofaszystowskim i tzw. „swoich”. Ci oporni mają sprawy sądowe, dostają mandaty za koszulki z napisem „Konstytucja”. Ot, zamiast praworządności i sprawiedliwości, taka „sztuka dla sztuki” i nic więcej.

Prawda historyczna została zastąpiona fałszem na wielką skalę. Prezes ze swoimi ludźmi wyrywa kartę po kartce z polskiej historii, pozostawiając tylko to, co może być najlepszym narzędziem do utrzymania władzy. Jedynymi bohaterami są żołnierze wyklęci. Pozostali to zdrajcy albo niewarci nadmiernej uwagi. Jedynymi walczącymi z koszmarem PRL to wielcy bracia Kaczyńscy i ludzie z ich kręgu, a pozostali to tylko Żydzi, współpracownicy SB, tacy zbyt „maluczcy”, by ich w ogóle wspominać.

Taka właśnie jest dzisiejsza Polska. Prawdziwa demokracja została zastąpiona dyktaturą jednej partii. Państwo świeckie jest coraz bardziej wyznaniowe. Trójpodział władzy, dla „dobra” Polaków, wymieniono na ten jedynie słuszny, czyli pisowski. Prawa obywatelskie obowiązują, ale tylko w odniesieniu do wiernego elektoratu PiS i jego sojuszników. Wolność słowa kończy się mandatem lub sprawą w sądzie. Każda wtopa nazywana jest sukcesem. Matactwo prawdą. To jest właśnie Polska. Polska zbudowana na antywartościach.

PiS powtarza PRL w kwestii cen żywności

6 Czer

Media informują o wzroście cen produktów w sklepach, które są coraz bardziej odczuwalne dla portfeli Polaków.

Wojciech Mann może mieć problemy w pracy po tym, jak subtelnie skrytykował na antenie premiera Mateusza Morawieckiego.

„Złożymy pozew o ochronę dóbr osobistych wraz z zapłatą zadośćuczynienia na rzecz organizacji dobroczynnej, np. WOŚP” – zapowiedział Jarosław Marciniak, sekretarz zarządu KOD. To reakcja na wypowiedź Marka Suskiego, szefa gabinetu politycznego Mateusza Morawieckiego.

Suski w TVP Info komentował przemówienie Donalda Tuska w Gdańsku podczas obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca. – Mówił do ludzi pod sztandarami KOD-u, że to wy jesteście ci dobrzy, uwierzcie w to. A tam wielu ludzi w KOD-zie to są osoby, które służyły obcemu mocarstwu i jeszcze mają przeszłość różnych służb PRL-owskich. Do takich ludzi, którzy tworzyli ścieżki zdrowia, bili robotników i byli po tamtej stronie okrągłego stołu, mówi, że to wy jesteście ci dobrzy i obalcie władzę, sugerując, że jest to władza dyktatorska” – stwierdził polityk PiS.

Jarosław Marciniak z KOD w rozmowie z wp.pl określił słowa Suskiego jako „oburzające i bulwersujące”. – „Na święcie wolności i solidarności spotkało się wielu zasłużonych działaczy pierwszej Solidarności oraz osób zaangażowanych w budowę demokratycznej Polski. Niegodziwością jest zarzucać im udział w organizacji ścieżek zdrowia czy budowy systemu komunistycznego w Polsce. Jest to tym bardziej oburzające, że członkami partii pana Suskiego są m.in. panowie Piotrowicz, Kryże, którzy pracowali dla komunistów. (…) Ta obłuda jest znakiem firmowym formacji rządzącej” – powiedział Marciniak.

Przypomnijmy, że całkiem niedawno Suski „zasłynął” wpisem na Twitterze, o czym pisaliśmy w artykule „Homofobia króluje w gabinecie szefa PiSowskiego rządu”. Suski „tłumaczył”, że to jeden z jego asystentów rzekomo przez pomyłkę umieścił kompromitujący wpis.

30 lat po 4 czerwca 1989 roku tamtejsze wydarzenia dzielą, a nie jednoczą Polaków. Czy to Pana nie boli?

Dziś mamy nową epokę. Tamte boje i zwycięstwa to rozdział zakończony. Mamy epokę słowa i dobrze, że w tej epoce są skrajności. Dobrze, że istnieje Jarosław Kaczyński. I dobrze, że istnieje Donald Trump. Tacy jak oni zmuszają nas do poszukiwań. Skoro oni postępują źle, to my musimy postępować dobrze. A jak znajdziemy lepsze rozwiązania, to jeszcze im pomniki będziemy stawiać za to, że nas zmusili.

A czy wiadomo, dokąd zmierza dziś Jarosław Kaczyński?

Kaczyński to klasyczny dyktator. Jak tylko mu coś nie wychodzi, to od razu zabiera, rozwiązuje, likwiduje. Ja to rozumiem, też mi różne rzeczy przeszkadzały, gdy byłem prezydentem. Ale to nie znaczy, że trzeba od razu likwidować. Trump postępuje tak samo.

Z dyktatorami jest tak, że oni najpierw chcą dobrze, ale z czasem sami wciągani są przez machinę, w której funkcjonują. Dziś są inne czasy i może dyktator w stylu Kaczyńskiego nie zajdzie zbyt daleko, choć z drugiej strony przykład Węgier pokazuje jednak coś innego. Jeśli Polska podążać będzie tym tropem, to wraz z Węgrami rozsadzą Europę.

I co wtedy będzie z Europą?

Wtedy wielkie zadanie stanie przed Niemcami. My nie mamy takiej siły, ale Niemcy są tym krajem, który pełni przywódczą rolę w Europie. Niemcy muszą mieć plan. Kiedyś zniszczyli Europę, to teraz mogą budować. Są najlepiej zorganizowani i mają środki. Niech zorganizują Europę tak dobrze, jak to zrobili w swoim kraju.

Jeśli Polacy i Węgry rozwalą Unię Europejską, to od razu trzeba będzie trzeba stworzyć jakąś nową UE i zaprosić do niej wszystkie kraje. Każdy, kto będzie chciał przystąpić, powinien dostać listę piętnastu praw i piętnastu obowiązków, których bezwzględnie trzeba będzie przestrzegać.

Czym dla Pana jest dzisiejsza Solidarność i jak odbiera Pan fakt, że stoi po stronie rządu?

Zarzucano mi kiedyś, że postanowiłem zwinąć sztandary Solidarności. Okrzyknięto mnie zdrajcą. Ale co ja miałem robić? Miałem zostać związkowcem, nie iść do władzy? Mówiłem wtedy: zwińmy sztandary, bo kiedyś będziemy ich potrzebować. Ja miałem wtedy 10 milionów ludzi, dzisiejsza Solidarność ma 500 tysięcy, a zawłaszczyła sobie nasze sztandary i nasze zwycięstwo. Z naszą dawną Solidarnością czegoś byśmy dziś dokonali, gdyby tylko ta druga nam nie przeszkadzała.

Jak przyjął Pan zwycięstwo PiS w wyborach europejskich?

Na razie PiS wygrywa, bo oddaliśmy mu pole. Ich nacjonalizm i populizm to demony ze starej epoki. Dlatego powtarzam: organizujcie społeczeństwo. Ja jestem fanatykiem przekroju społecznego. Jaki przekrój, taka powinna być reprezentacja polityczna. Dotyczy to także mniejszych grup jak na przykład LGBT. Poza tym potrzeba w polityce uczciwej gry. A gdzie dziś u nas uczciwość? Jest pomieszanie pojęć. Prawica jest dziś bardziej lewicowa niż lewica i odwrotnie.

Liczy Pan na powrót Donalda Tuska do polskiej polityki?

Tusk to wybitna indywidualność i świetny teoretyk. Z praktyką u niego już jest nieco gorzej. Parę dobrych lat nie ma go w Polsce, pytanie, jak poradziłby sobie w tych wewnętrznych walkach polskich, czy nie straci na popularności. W każdym razie, jeśli wróci, to ja na niego zagłosuję.

Jakie są dziś największe wyzwania dla Europy i dla Polski?

Dziś sytuacja wygląda tak, jakby z ulic pousuwano wszystkie znaki ruchu drogowego. Trzeba z powrotem poustawiać znaki, ale nie tak, by to było odczuwane jako odbieranie wolności. Niedługo trzeba będzie koniecznie uporządkować na przykład wolność słowa. Dajemy wolność, ale dajemy też odpowiedzialność. Ludzie tego nie rozumieją.

To tak jak z przykręcaniem i odkręcaniem śrubek. Gdy pracowałem jako robotnik, to podczas przykręcania zepsułem może dwie, trzy śrubki. Ale przy odkręcaniu to były już setki. Dziś świat wymaga świadomego porządkowania.

Trzeba też korzystać z istniejących już dobrych rozwiązań. W Polsce mamy na przykład problemy ze strajkiem nauczycieli. Tymczasem wystarczy zajrzeć, jak funkcjonują systemy edukacji w innych krajach i skopiować dobre wzory do Polski. Ile jeszcze guzów sobie musimy nabić, by pójść do przodu?

Stare instytucje trzeba zmieniać. Na przykład NATO powstało jako odpowiedź na Układ Warszawski. Układu dawno nie ma, a NATO czuje się dobrze. Nie należy niszczyć, ale zmieniać trzeba.

Ma Pan na sobie koszulkę z napisem „konstytucja”. Dlaczego?

Nie protestuję tylko w Polsce, ale sygnalizuję także światu: nie lekceważcie demokracji, bo w Polsce to zrobiliśmy i do władzy doszli populiści i demagodzy. Łamana jest konstytucja i trójpodział władzy. Do wyborów już teraz chodzi w Polsce poniżej 50 procent wyborców, a może być jeszcze mniej i wtedy już nie będzie mowy o demokracji. Demokracja jest wtedy, gdy po którejś stronie jest większość. Nie zdejmę tej koszulki, dopóki w Polsce i na świecie nie zmieni się istniejący układ. Prawdopodobnie pochowacie mnie w tej koszulce.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Więcej >>>

Kaczyński ubiera się w skórę baranka

2 Czer

„Kochane gdańszczanki, kochani gdańszczanie, ale też wiem, że jest wśród was wielu przybyszy z różnych części Polski. Witam was serdecznie w Gdańsku na Święcie Wolności i Solidarności. Inaugurujemy nasze obchody” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Rozwiązała wstęgę z napisem „’89 – 2019 Gdańsk” przy ogromnym okrągłym stole, który stanął przy Europejskim Centrum Solidarności. Symboliczny biało-czerwony stół o średnicy ok. 15 m został zaprojektowany i zbudowany specjalnie na gdańskie Święto Wolności i Solidarności.

Przy ECS od dzisiaj działa również strefa społeczna, gdzie prezentuje się ponad 200 organizacji pozarządowych z całego kraju prowadzących bardzo różnorodną działalność. Organizacje przygotowały liczne warsztaty, wykłady i debaty. Gośćmi tej strefy będą m.in. ks. Adam Boniecki, Leszek Balcerowicz, Agnieszka Holland, Szymon Hołownia, o. Jacek Prusak, Tomasz Sekielski i Lech Wałęsa.

Poza tymi zaplanowanymi w strefie społecznej i przy okrągłym stole, na Święto Wolności i Solidarności złożą się także setki innych wydarzeń. Kulminacja obchodów nastąpi 4 czerwca – w rocznicę 30-lecia częściowo wolnych wyborów. W południe przed budynkiem ECS odśpiewany zostanie „Mazurek Dąbrowskiego”, przyjęta zostanie proklamacja Deklaracji Wolności i Solidarności. Wszyscy będą mogli zrobić sobie wspólne zdjęcie i spróbować tortu z okazji 30. urodzin polskiej demokracji.

Tego samego dnia o godz. 17.30 na Długim Targu odbędzie się wiec, w czasie którego odegrany zostanie hymn Europy, a głos zabiorą szef Rady Europejskiej Donald Tusk, były prezydent Lech Wałęsa oraz prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Obchody 4 czerwca zakończy koncert „30 lat wolności”. Zabrzmią m.in. utwory zespołów Perfect, Dżem, Oddział Zamknięty, Lady Pank, Mr Zoob. Pojawią się też m.in. Kaja, Krystyna Prońko, Kasia Kowalska, Raz Dwa Trzy, Kamil Bednarek, Maciej Maleńczuk, Piotr Cugowski i Michał Szpak.

Jeśli uwierzyć prominentnemu politykowi Prawa i Sprawiedliwości, nieszczęsny jego tweet musiał być dziełem jakiegoś trudnego do wyjaśnienia przypadku.

Jakżeby taki Marek Susuki, szef kancelarii premiera mógł coś tak haniebnego uczynić i zamieść na Twitterze przeróbkę zdjęcia z „umalowanym” Grzegorzem Schetyną. Lider Koalicji Europejskiej miałby w takim wydaniu „poprawić swoje szanse na rozmowach u Biedronia” – zdaniem autora wpisu.

„Internauci znaleźli dla POstKOmuny receptę na PiS. A oto rada dla Schetyny, jak poprawić swoje szanse na rozmowach u Biedronia. Przydałaby się jeszcze jakaś gustowna torebka” – napisał Marek Suski w komentarzu do zamieszczonego zdjęcia. Na obrazku widać „umalowanego” w programie graficznym Grzegorza Schetynę i dymek z napisem „Znalazłem pomysł na pokonanie PiS. Idę na spotkanie z Biedroniem, by ściągnąć go do KE.”

W Internecie zawrzało: „Gdy już skończy Pan googlować kim była ‚caryca’, proszę wpisać do wyszukiwarki wyraz ‚homofobia’” – zasugerowała Anna Dryjańska z naTemat.

„Przemysł pogardy i homofobia prosto z kancelarii premiera. Czekam na takie oburzenie publicystów, jak po happeningu z gdańskiego marszu. Oraz na oburzenie TVP Info, Wiadomości, wPolityce i Niezależnej” – napisał z kolei Patryk Strzałkowski z Gazeta.pl

Tymczasem korespondent Radia RMF FM w USA Paweł Żuchowski zauważył, że kiedy szef kancelarii premiera wyśmiewa osoby homoseksualne, prezydent Donald Trump wypowiada się w dokładnie odwrotnym tonie.

Celebrujemy Miesiąc Dumy LGBT i przypominamy o ogromnym wkładzie osób LGBT w tworzenie naszego wspaniałego Narodu. Solidaryzujemy się też z osobami LGBT żyjącymi w krajach, gdzie za orientację seksualną karze się, osadza w więzieniach, a nawet zabija. Moja administracja zainicjowała światową kampanię na rzecz dekryminalizacji homoseksualności i namawiamy wszystkie kraje, by przyłączyły się do naszych starań” – napisał szef Białego Domu.

Tak „zgromiony” Marek Suski wkrótce usunął swój wpis informując, że zamieścił go „asystent przez przypadek”.

Mocne słowa na temat klasy politycznej można było usłyszeć z ust sędziego Krystiana Markiewicza, prezesa Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. „Czas, aby politycy, dziennikarze, wróżki zrzekli się władzy nad sądami. Od stosowania prawa są sędziowie” powiedział prezes SSP podczas II Kongresu Prawników Polskich zorganizowano na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Sędzia Markiewicz swoim przemówieniem otwierał Kongres. Mówił, że „są chwile w dziejach kraju, kiedy trzeba wziąć odpowiedzialność za ludzi – tych dobrych i tych złych: wtedy, kiedy trzeba karać, ale władza broni bandyty, ale i wtedy, kiedy trzeba bronić niewinnych. My, sędziowie potrafimy to robić lepiej niż ludzie, którzy wybierani są w plebiscytach. Każdy na czymś się zna, każdy do czegoś został powołany. W związku z tym czas już, aby politycy, dziennikarze, wróżki zrzekli się władzy nad sądami”.

W dalszych słowach podkreślił, że podział polskiego społeczeństwa został zbudowany przez elity polityczne. „To politycy chcą dzielić ludzi, próbując wmieszać w to także prawników i próbując podzielić środowisko prawnicze. Ale prawo jest jedno, a wszyscy polscy prawnicy są od tego, aby je przestrzegać i egzekwować a także współpracować w zakresie obrony praworządności. […] Adwokaci i radcowie prawni powinni bronić swoich klientów niezależnie od tego, na kogo ich klient głosował, a sędziowie wydawać wyroki w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, bo na piersi mają łańcuch z orłem, a nie logiem tej czy innej partii politycznej”. 

Nie stosujemy żadnych podziałów podczas stosowania prawa. I z tego wynika bardzo konkretny wniosek: prawo, a zwłaszcza konstytucja powinny jednoczyć ludzi, bo to fundament, na którym opiera się nasze państwo. Jeśli one zaczną kruszeć, możemy pogrążyć się w kompletnym chaosie” – dodał.

Przemówienie zakończył gorzkim apelem do polityków, którzy postanowili zaatakować środowisko prawnicze. „Zamiast [znieważać sędziów] porozmawiajcie z ludźmi. Zamiast wydawać pieniądze, aby nas upokarzać – zadbajcie o edukację prawną, o godne życie pracowników sądów. Czy wam nie wystarczy tej zemsty? Czego jeszcze chcecie? Krwi moich czterdziestoletnich przyjaciół za winy naszych, waszych ojców? Chcecie tu Turcji?”.

Nawiązanie do Turcji było nieprzypadkowe. W dalszej części wydarzenia przemawiał wydalony przez autorytarne władze turecki sędzia Yavuz Aydin.

„Nasze doświadczenie w Turcji było inną wersją tej samej historii” – przestrzegł gość Kongresu. To ważna konkluzja prowadząca do wniosku, że walka o samorządne i wolne sądy jest rzeczą każdego obywatela, a nie interesem żadnej z politycznych partii. Bo żadna partia nie zrezygnowałaby z uprawnień pozyskiwanych gwałtem przez tzw. reformy rządu Prawa i Sprawiedliwości. Czas pokaże, czy kolejne wakacje miną pod znakiem ograniczania niezawisłości polskiego sądownictwa i topniejącej frekwencji obywatelskich protestów. Między innymi one i przyszłe wybory zadecydują w dużej mierze o naszej wolności.

Przed jesiennymi wyborami PiS znowu będzie starał się uśpić czujność wyborców, wmawiając im, że jest partią demokratyczną i umiarkowaną.

Myślę, że czeka nas teraz kilka miesięcy względnego spokoju. Wprawdzie władza w Polsce sprawowana jest przez człowieka zdradzającego wyraźne cechy psychopatyczne, zarazem jednak zdolnego do racjonalnej kalkulacji. I zapewne ta kalkulacja podpowie Jarosławowi Kaczyńskiemu, że w okresie przed jesiennymi wyborami powinien nieco uspokoić emocje, wyciszyć agresję, stonować propagandę.

Sukces PiS-u w wyborach europejskich wynikał z nadzwyczajnej mobilizacji elektoratu partii rządzącej i niedostatecznej mobilizacji reszty elektoratu. Kaczyński wie, że utrzymanie albo wręcz pogłębienie tego stanu rzeczy może mu zapewnić zwycięstwo jesienią. Dlatego zapewne będzie się teraz starał uspokoić i uśpić opinię publiczną. Tak samo jak robił to przed wyborami 2015 r., kiedy wmawiał Polakom, że jego partia to w gruncie rzeczy cywilizowana i umiarkowana prawica, która będzie rządzić kompetentnie, odpowiedzialnie i bez żadnych ekscesów. Nie trzeba się obawiać jej dojścia do władzy i nawet można na nią zagłosować, bo na pewno nie będzie robić rzeczy głupich, a tym bardziej szalonych. Np. nie powoła na ministrów osób w rodzaju Antoniego Macierewicza.

Jak wyglądała rzeczywistość po wyborach – dobrze wiemy, ale sporo obywateli dało sobie wówczas wcisnąć kit, podsuwany im cynicznie, ze złą wolą i z premedytacją. Teraz czeka nas kolejna porcja tego kitu.

A jak będzie wyglądać rzeczywistość po kolejnych wyborach, jeśli – nie daj Boże! – znów wygra PiS? Nie trzeba mieć zdolności proroczych, by przewidzieć, że Kaczyński będzie kontynuować „dobrą zmianę”, niszcząc w pierwszej kolejności te instytucje demokracji, które przeszkadzały mu w minionej kadencji osiągnąć pełnię autorytarnej władzy. Czeka nas więc dokończenie rozprawy z niezawisłym sądownictwem i zniszczenie niezależnych mediów.

Wystarczy spojrzeć na Węgry, by wiedzieć, jak to może wyglądać w praktyce. W państwie Viktora Orbána praktycznie nie ma już opozycyjnej prasy – ostatni niezależny dziennik ogólnokrajowy „Népszabadság” został jesienią 2016 r. przejęty i zamknięty przez oligarchę posłusznego władzy. Orbán kontroluje też większość mediów elektronicznych, a nawet portali internetowych. Niezależna opinia publiczna zepchnięta została na margines i gnieździ się w niszach o niewielkim zasięgu – w czymś w rodzaju medialnego getta dla garstki inteligentów.

Przed jesiennymi wyborami Kaczyński będzie więc starać się okiełznać swoich ludzi, którzy aż dyszą nienawiścią i żądzą odwetu. Takich choćby jak Patryk Jaki, który po eurowyborach zapowiedział prokuratorskie represje wobec satyrycznego „Soku z buraka”. Albo Jan Pietrzak, mówiący w Polskim Radiu, że Koalicja Europejska to „zbieranina, taki nowotwór polityczny, nowotwór, który kiedyś trzeba będzie wyciąć, bo to jest nowotwór polityczny”. Czy nieco wcześniej senator Grzegorz Bierecki, deklarujący 10 kwietnia w czasie obrzędów religii smoleńskiej w Białej Podlaskiej, że „nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni, aby należeć do naszej wspólnoty narodowej”.

Takie wypowiedzi „na obecnym etapie dziejowym” są Kaczyńskiemu nie na rękę, bo wywołują sprzeciw i budzą czujność tej części opinii publicznej, którą trzeba uśpić. Przewiduję więc, że aż do jesieni władze PiS będą starały się mitygować swoich ludzi i apelować do nich, by trzymali języki na wodzy, obiecując im, że po wygranych wyborach będą mogli do woli oczyszczać Polskę i wycinać nowotwory ze zdrowej tkanki narodu. I gotów jestem się założyć, że akurat ta obietnica zostanie spełniona. Oczywiście, jeśli PiS po wyborach będzie nadal rządzić, czego ani sobie, ani Państwu nie życzę.

Marek Suski i kolejny jego wpis do księgi „Złotych myśli cymbała”

11 Mar

Jeden z czołowych polityków PiS Marek Suski, szef Gabinetu Politycznego Premiera krytykuje protest nauczycieli dowodząc, że ich zarobki niewiele różnią się od pensji posłów. „Posłowie mają 8 tys. zł brutto pensji podstawowej, więc jeśli nauczyciel dyplomowany ma z kawałkiem 5 tys. zł brutto to jest to nieduża różnica” – dowodził w rozmowie z „Super Expressem”

Podkreślając polityczny charakter zapowiadanego strajku dodał, że „każdy chciałby więcej zarabiać. (…) Chociaż posłowie sami sobie obniżyli pensję, ale bez przyjemności”.

Minister szybko spotkał się z ripostą szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego. „To skandaliczne. (…) Który to nauczyciel tyle zarabia według Marka Suskiego?” – odpalił Sławomir Broniarz podkreślając, że polscy nauczyciele są jednymi z najgorzej zarabiających w Europie, a ich wynagrodzenie zasadnicze waha się od 2,5 do 3,5 tys. zł., co nie sposób porównywać z wynagrodzeniami parlamentarzystów.

Mimo, że w poprzednim roku Sejm ustawą obniżył im pensje do 8 tys. zł brutto, to jednak pobierają dodatkowo – w dużej części nieopodatkowaną – dietę rzędu 2,5 tys. zł i różne dodatki do uposażenia.

Przysługują im również bezpłatne przejazdy środkami publicznego transportu zbiorowego, kilometrówka na paliwo, 12 tys. zł na prowadzenie biura poselskiego i inne podobne – w wymiarze finansowym – korzyści.

Pięć wypasionych prezentów skierowało wreszcie uwagę opinii publicznej na właściwe i słuszne tory

Ludzkie panisko, ten nasz prezes. Już – już zdawało się, że apanaże i konfitury dzielić będzie tylko między swoich, a tu proszę – i o prostaczkach gorszego sortu pomyślał. Wychynął ze swojej kryjówki, gdzie przeczekiwał skumulowane ostatnio przeciwności losu, i wyciągając rękę do narodu postanowił przybić piątkę ze społeczeństwem. Pięć wypasionych prezentów skierowało wreszcie uwagę opinii publicznej na właściwe i słuszne tory. Czym prędzej należało je rozpakować.

Wszelkie prognozy ekonomiczne wskazują, że gospodarcza koniunktura i na świecie i w Polsce ma się już ku końcowi, ale – nic to! Najwyżej zwiększy się deficyt. Mało kto to zauważy, a jeszcze mniej zaprotestuje. Prezes słusznie założył, że uczestnicy przekrętu na ogół nie robią rabanu , jeśli tylko lewą kasę rozdziela się im po równo. W pamięci beneficjentów pozostać winno przekonanie, że miliardy na sfinansowanie nowych obietnic zostały wygospodarowane, zaoszczędzone, odebrane mafii, albo wręcz spadły z nieba, ale z budżetem nie mają nic wspólnego.  Zaraz by podniósł się krzyk, że dobrodziejstwa prezesa sfinansowane będą z naszych podatków. Nie tylko wyszłoby na jaw, że sami sobie fundujemy te atrakcje, ale co gorsza, okazałoby się, że władza ubezwłasnowolniła naród i znowu, tak jak w komunie, decyduje za nas na co mamy ochotę i czego potrzebujemy.

PiS perfekcyjnie opanowało sztukę stawiania drogowskazów na bezdrożach i otwierania sklepów wędkarskich na bezrybiu. „Piątkę Kaczyńskiego” porównać można do efektu wizyty w sklepie, jedynym w naszym zasięgu, gdzie przy kasie wywalili nam z wózka wszystko co się spodobało i kazali zapłacić tylko za produkty, które kierownik sklepu przeznaczył na dziś do sprzedaży. Cena nie gra roli. A tymczasem kolejne grupy zawodowe stają w kolejce po podwyżki swoich biedapłac, NFZ nie jest w stanie zrefundować refundowanych leków na nowotwory, polska armia nie ma czym latać ani pływać, a Polacy wydają coraz więcej pieniędzy na teoretycznie bezpłatną oświatę i służbę zdrowia.

Prezenty pana prezesa na oko wydają się atrakcyjne, ale po rozpakowaniu wyglądają jak gadżety reklamowe, w dodatku trafione równie precyzyjnie, jak telewizor dla niewidomych. W kraju normalnym na przykład niezbędne wydatki nadzwyczajne finansuje się podnosząc podatki. W Polsce prezes z premierem – obecnie najwybitniejsi ekonomiści europejscy – uznali, że dla sfinansowania nowych ogromnych wydatków budżetowych podatki należy obniżyć. W worku z prezentami znalazła się nie tylko redukcja Pit, ale również całkowite zwolnienie z podatku najprężniejszych i najbardziej rzutkich obywateli, w okresie ich najwyższej aktywności.  A na dokładkę – w normalnym kraju świadczenia socjalne kierowane są do najuboższych i najbardziej bezradnych, natomiast w Polsce dodatkowe 500 plus dostanie również dwórka prezesa NBP, która więcej zarabia miesięcznie, niż dyplomowany nauczyciel przez cały rok. Zdaniem prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego ma to jednak uzasadnienie, bo – jak zrozumiałem – 500 plus jest projektem prokreacyjnym, a nauczyciele słabo wywiązują się z obywatelskiego obowiązku podnoszenia dzietności narodu, ponieważ prokreują rzadko i niechętnie. Podobnie chyba uważa Minister Ewakuacji Narodowej Anna Zalewska, zaskoczona tym, że ktoś domaga się podwyżki wynagrodzeń, nic w zamian nie oferując.

Innym z wątpliwych prezesowych darów dla coraz bardziej zniesmaczonych wyborców jest przywrócenie komunikacji autobusowej w terenie. Już wcześniej premier Morawiecki obiecywał publicznie, ze na autobusy skieruje dwa razy więcej pieniędzy, niż poprzednio. Ponieważ jednak poprzednio państwo nie dokładało do tej formy komunikacji ani grosza, więc można przyjąć, że pan premier wziął teraz zero i pomnożył je przez dwa, a wynik przekazał do realizacji fachowcom ministra Adamczyka, zajmującym się dotąd likwidowaniem połączeń.

Kaczyński ogłosił, że wszyscy emeryci, a może nawet renciści, otrzymają niedługo najniższą emeryturę. Wiadomość ta początkowo wzbudziła popłoch, ale po wyjaśnieniu, że to tylko jeden raz i że dodatkowo, napięcie opadło i rozpoczęła się publiczna debata. Jedni uważają, że Kaczyński wymyślił prezent dla siebie, bo sam jest emerytem i dostaje tylko 6,4 tys. miesięcznie, a jak słyszeliśmy na taśmach nie lubi rozstawać się z pieniędzmi. Inni uważają, że trzynastka emerytalna to kiełbasa wyborcza i że cena kupna jednego głosu na PiS jest stanowczo wygórowana. Według jeszcze innych transakcja jest całkiem chybiona, bo naiwnością jest liczyć, że kiedy 9,7 miliona ludzi dostanie łapówkę, to wszyscy pobiegną głosować na PiS. Zdaniem owych sceptyków ludzie wezmą co im dali, a i tak zagłosują na tych, którzy w ostatnich latach mniej ich wkurzyli. W debacie nie zabrakło też głosów niezadowolenia, bo w rzeczy samej nie jest sprawiedliwe, gdy ci z najniższą emeryturą dostają sto procent „trzynastki”, a ci, którzy mają 10 tysięcy emerytury otrzymają dodatkowo zaledwie 10 procent swojego dochodu…

Wygląda na to, że te krytyczne głosy dotarły do Kaczyńskiego, który zrozumiał, że do wygrania wyborów „piątka” może nie wystarczyć. Stąd ogłoszona właśnie wielka kampania obrony rodziny i prawa rodziców do wychowania dzieci według swego uznania. Popieram ją zdecydowanie i zarazem żądam, by władza nie przeszkadzała mi w wychowaniu moich dzieci w duchu tolerancji, empatii i przyjaznej otwartości na świat i ludzi oraz nie ograniczała im prawa do wzgardy wobec zawiści, nienawiści, ogłupiającej ciemnoty i Ordo Iuris.

Zbuk PiS – Suski

9 Mar

„Ponoć Marek Suski był widziany, jak zabierał tę książkę z księgarni krzycząc, że Srebrna nie ma żadnego skarbu” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Dołączył zdjęcie okładki książki Karola Maya „Skarb w srebrnym jeziorze”.

To oczywiście aluzja do wyniesienia przez szefa gabinetu premiera tablicy z „Układem Kaczyńskiego”. Marek Suski zabrał ją sprzed pomieszczeń klubu parlamentarnego PO w Sejmie. Na tablicy przedstawiono powiązania prezesa PiS, szefów ABW i CBA oraz innych prominentnych polityków partii (w tym Suskiego) ze spółką Srebrna. PO wystawiła kolejną – trzecią już – tablicę.

„Co Pan narobił??? Tuzin agentów CBA, CBŚ już poszukuje Karola Maya!”;

„Mniemam, że nie czytał tej książki, a nawet gdyby, nie jestem pewien, czy zrozumiałby prostotę jej przekazu”; – „Suski w księgarni. Już to widzę” – komentowali internauci.

Biskup świdnicki dał głos w liście, który będzie odczytywany w kościołach.

Biskup twierdzi, że edukacja seksualna w szkołach to „bardzo niebezpieczna pokusa szatana”. Może biskupowi chodzi o to, że nawet najmłodszy ministrant, czy sypiąca kwiatki w procesji dziewczynka, czyli najmłodsze dzieci dowiedzą się już co to jest zły dotyk, czym jest gwałt, do czego nie wolno dopuścić, na co pozwolić, że trzeba krzyczeć i mówić rodzicom o tym co im robi ksiądz pedofil.

Czy edukacja w szkołach jest bardziej niebezpieczną pokusą szatana niż pokusa, której ulegają księża? Niektórzy opowiadają dzieciom bajdy, że to co im robią to działanie na chwałę Pana. Można to wmawiać dzieciakom nieznającym tematu.

Czy ksiądz biskup nie uważa, że dziecko musi wiedzieć co jest złe? Gadanie o LGBT to wybieg, gdy ma się na sumieniu niezliczone jak dotąd ofiary pedofilii w kościele. Oczywiście tego rodzaju edukacja jest dobra także ze względu na wujków, tatusiów i bliskie osoby w rodzinie, które dopuszczają się tych odrażających czynów. Z badań wynika, że najwięcej zboczeń tego rodzaju zdarza się w środowiskach zamkniętych. Trzeba pilnować tego co dzieje się w rodzinie. Jeśli zbrodnia wyjdzie na jaw jest śledztwo, prokurator, sąd. Kościół natomiast jest wyłączony spod władzy sądowej państwa. Widzimy jak rzadko dochodzi do procesu księdza czy zakonnicy, jak to się działo w sprawie siostry Bernadetty, znęcającej się sadystycznie nad dziećmi. Zwykle prawda wychodzi na jaw dzięki dziennikarzom. Dobrze, że powstaje program edukowania dzieci w takich wrażliwych kwestiach.

Wystąpienie biskupa Deca z listem do wiernych odczytanym z ambony, to knebel informacyjny, blokada założona po to, by wszyscy ci ludzie czuli się chronieni. Edukacja seksualna należy się nie tylko dzieciom. Wieloletnie zaniedbania doprowadziły do takiego stanu, że ofiara boi się powiedzieć co ją spotyka, bo przecież biskup, ksiądz, to namiestnik Boga na ziemi! A piórkujcie się, nie jesteście namiestnikami, macie służyć ludziom. W pokorze i ubóstwie, a nie jak prałat ociekający przepychem i złotem.

Więcej pokory księże biskupie. Przydałby się list ze szczerymi przeprosinami, z żalem za grzechy. Nie tylko pedofilii, lecz także jej ukrywania. Nawet na katechizmie porządny ksiądz może pouczyć dzieci czym jest zły dotyk. Po prostu.

Kononowicz Suski i jego pan Krętacz nr 1 w kraju, prezes K.

6 Mar

Marek Suski (minister w Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego) był gościem programu 24 pytania (Polskie Radio). Szef w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego komentował m.in. obietnice wyborcze zapowiedziane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Dochody wzrastają. Zabieramy mafiom i dajemy ludziom. Pieniądze wypływały, a poprzednicy nie byli w stanie nic z tym zrobić. Mimo że pisali sobie jakieś tajne notatki, w których wskazywali, że jest luka, nie podejmowali działań. (…) Nie chcieli dawać Polakom, myśleli o innych – mówi szef gabinetu premiera Marek Suski.

Uwaga! To nie scenariusz do filmu Barei. Marek Suski, szef gabinetu politycznego premiera, postanawia ukraść sprzed siedzimy klubu PO-KO pewną tablicę… I to nie byle jaką, ale tablicę z „Układem Kaczyńskiego”. Akurat jego zdjęcie się tam nie pojawiło. Czyżby czuł się pominięty? Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Ta historia tak szybko się nie skończy. – To kradzież naszej własności – mówią politycy PO i zapowiadają kroki prawne.

Marek Suski w roli głównej

Minister Marek Suski nie zamierzał działać incognito, nie założył maski, a nawet nie pochylił głowy. Ale chyba miał nadzieję, że przypadkiem nikt tej politycznej kradzieży nie zauważy. Ups.

Zaledwie 2-sekundowy filmik z Markiem Suskim w roli głównej robi w sieci karierę. Ale jest też dowodem na „kradzież własności klubu PO-KO”. A to przestępstwo.

Według posłów PO to tylko kolejny dowód na to, jak bardzo PiS boi się prawdy o działaniach spółki Srebrna. Ale nie zamierzają w sprawie tablicy odpuścić. Nie ta, to pojawi się kolejna.

Krótka historia tablicy

Pierwsza tablica została ustawiona podczas posiedzenia Sejmu 19 listopada. Ta została usunięta w poniedziałek jako niezgodna z przepisami Regulaminu Sejmu dotyczącymi organizacji wystaw. Zaaresztowała ją straż marszałkowska, a posłowie PO nie  mogli nawet z depozytu odebrać swojej własności.

Drugą tablicę parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej umieścili przed drzwiami prowadzącymi do siedzimy klubu PO-KO we wtorek. I to właśnie ten egzemplarz padł ofiarą szefa gabinetu politycznego premiera.

– Wszyscy wiemy, jaki Marek Suski ma temperament – to słowa rzeczniczki Prawa i Sprawiedliwości Beaty Mazurek.

Po południu całą sytuację skomentował w rozmowie z Onetem sam Suski: – Nielegalna tablica została usunięta. Przywróciłem praworządność. Oczekuję, że klub PO-KO będzie przestrzegać prawa i nie będzie robić takich prowokacji.

Analizujemy zdanie po zdaniu taśmy nagrane przez Birgfellnera. Kaczyński powtarza, że chce mu zapłacić za umówioną pracę i „nie chce nikogo oszukać”. Ale nie zapłacił, a teraz twierdzi, że nie oszukał. Inna rzecz, czy sąd skazałby prezesa PiS za „oszustwo” z art. 286 k.k. Ale tego się pewnie nie dowiemy, bo jak mówi Kaczyński „śledztwo sensu nie ma”

„Austriak twierdzi, że został oszukany” – usłyszał Jarosław Kaczyński  od dziennikarza RMF FM.  Odpowiedział:

„To mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z tym sądem”.

„Nie mam niczego do zarzucenia sobie. Nie będę mówił, jaki mam stosunek do bohatera tych wydarzeń” – dodał we właściwy sobie sposób (typu: nie mówię, ale mówię). I dorzucił dla jasności:

„Tutaj mamy po prostu do czynienia z przykładem pewnej nierzetelności, ale nie z mojej strony, ale ze strony osoby, która jest dzisiaj jest traktowana jako swego rodzaju bohater, czy nawet ofiara”.

Te wypowiedzi Kaczyńskiego dla RMF FM z 2 marca 2019 stoją w sprzeczności z tym, co wiadomo z taśm i dokumentów ujawnionych przez „Wyborczą” o jego negocjacjach biznesowych z Geraldem Birgfellnerem. W maju 2017 umówili się, że austriacki biznesmen, który jest też powinowatym Kaczyńskiego, zbuduje dla kontrolowanej przez PiS spółki Srebrna 190-metrowy wieżowiec w centrum Warszawy.

Spotykali się aż 19 razy w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie, uzgadniali etapy toczących się prac przygotowawczych, dopinali szczegóły umowy. W czerwcu-lipcu 2018 Kaczyński wstrzymał jednak inwestycję. Nie zapłacił – do dzisiaj – obiecanych 1,3 mln euro.

Zaniepokojony Gerald Birgfellner nagrał ostatnie dwa spotkania z Jarosławem Kaczyńskim 27 lipca i 2 sierpnia 2018, żeby mieć dowody, że został oszukany. 25 stycznia 2019 przy pomocy dwóch adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” z art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu, lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

Zarzut z art. 286, zwany „oszustwem” nie jest tożsamy z potocznym rozumieniem tego słowa. Birgfellner jest przekonany, że Kaczyński oszukał go zarówno „po ludzku”, jak i w sensie art. 268. Kaczyński zaprzecza obu sensom.

OKO.press przedstawia argumenty na rzecz tezy, że Kaczyński oszukał Birgfellnera w potocznym tego słowa znaczeniu, i że o tym dobrze wie. Wskazują na to wypowiedzi prezesa PiS, nagrane przez Birgfellnera. Cytujemy je obficie, żeby pokazać, że nie były to słowa przypadkowe.

Nie przesądzamy jednak, że lider PiS popełnił przestępstwo. O tym powinien zdecydować sąd. Przebieg postępowania w prokuraturze wskazuje na to, że śledztwo może zostać umorzone. Według przecieków „Wyborczej” prokuratura może nawet postawić zarzuty… Birgfellnerowi – próby wyłudzenia pieniędzy, a według Rzeczpospolitej – niezapłacenie VAT od faktury (na 1,5 mln zł) wystawionej dla Srebrnej.

„Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma” – powiedział w RMF FM Kaczyński.

Kaczyński na taśmach: Nie chcę nikogo oszukiwać, chciałbym zapłacić

Skąd wiadomo, że Kaczyński nie mówi prawdy twierdząc, że nie oszukał Birgfellnera? Wynika to jednoznacznie z nagrań ujawnionych przez „Wyborczą”. Omówimy to szczegółowo korzystając z dosłownych cytatów z negocjacji.

Kaczyński: „było zrobione dla nas, trzeba zapłacić”

Na obu nagraniach Kaczyński ani razu nie kwestionuje, że Birgfellner wykonał umówioną pracę i że trzeba za nią zapłacić. Wręcz przeciwnie, podczas spotkania 27 lipca 2018  mówi:

„Problem polega, to już wszystko wiem, przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas. Ja bym chciał zapłacić, tylko muszą być do tego podstawy w papierach”.

W innym miejscu:  „A ja chcę zapłacić, tylko że ja nie mogę zmusić nikogo, żeby zapłacił wbrew…”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski: „…prawu…”

Kaczyński: „…i przepisom”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski, zwany „kuzynem Kaczyńskiego”, jest jego prawą ręka w tym biznesie. A przy okazji także teściem Birgfellnera. Układy biznesowe w PiS mają często charakter towarzysko-rodzinny.

Usprawiedliwia się, tłumaczy względami politycznymi

Kaczyński wyjaśnia, dlaczego budowę trzeba wstrzymać: „doszły nowe elementy, operacja [Jana] Śpiewaka [kandydującego w wyborach na prezydenta Warszawy], który postawił zarzuty: partia buduje wieżowiec”. Na uwagę, że „można by storpedować taką narrację, bo przecież to nie partia w końcu buduje”, Kaczyński tłumaczy: „To nie ma żadnego znaczenia w takich kampaniach. Ja jestem w fundacji [Instytut im. Lecha Kaczyńskiego], to zupełnie wystarczy, to nie ma żadnych szans. To nie do obrony. To jest polityka”.

W innym miejscu Kaczyński tłumaczy się tak: „[Śpiewak] zaatakował, że chcemy budować budynek, no.  My… On twierdzi, że partia. I że to są w ogóle obyczaje azjatyckie”.

Szuka sposobu, by zapłacić. Podsuwa pomysł ze zgłoszeniem roszczeń w sądzie

Kaczyński stara się znaleźć rozwiązanie problemu niezapłaconej sumy (nie wiadomo, czy serio, czy tylko dla uspokojenia partnera – o tym może rozstrzygnąć sąd). Twierdzi, że spółka Srebrna nie może zapłacić za wykonane prace i proponuje drogę sądową.

Kaczyński: „Realia są takie: albo będą jakieś te dodatkowe rachunki, bo my po prostu ich potrzebujemy, albo jest druga droga, i tu nie traktujcie jej jako wojenną. To znaczy, że wy wysuniecie roszczenia o charakterze sądowym, to znaczy…

Tłumaczka Birgfellnera: „Czekaj, nie rozumiem za bardzo”.

Tomaszewski: „Dlatego, że wtedy, jeżeli wystąpicie na drogę sądową i dostaniecie wyrok sądu do zapłaty, to wtedy jest podstawa do zapłacenia przez Srebrną, rozumiecie?”.

W innym miejscu Kaczyński: „I stąd, powtarzam, stąd jest kłopot,

dlatego wymyśliłem tę metodę, bo zastanawiałem się nad tym, co zrobić, żeby zapłacić”.

Tomaszewski: „Zapłacić możemy tylko tak.

Przecież my się nie kłócimy, na pięści nie bijemy, tylko chodzi o to, żeby znaleźć drogę, żeby wam zapłacić, legalnie, żeby, żeby nie było zarzutu, że, że wydajemy jakieś pieniądze niezgodnie…”

Kaczyński: „Znaczy, krótko mówiąc, bo jaki byłby zarzut natychmiast nam postawiony, że wyprowadzamy pieniądze”.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Kaczyński czuje się dłużnikiem Birgfellnera. Chce mu zapłacić, a co najmniej zrobić wrażenie, że tego chce.

Jest gotów zeznawać, że pieniądze się Austriakowi należą

Kaczyński deklaruje (znowu – nie wiadomo czy szczerze), że podczas ewentualnego procesu może zeznać w sądzie, że praca została wykonana dla spółki Srebrna.

„Jestem gotów w tym sądzie zeznać, że ta robota była robiona dla nas, znaczy dla Srebrnej. Ja to zeznam, bo tak jest”.

To ważna okoliczność. Choć przygotowania do budowy wieżowca miały być – dla dyskrecji – prowadzone przez spółkę córkę Srebrnej, Kaczyński gotów jest w sądzie potwierdzić, że to było tylko formalne rozwiązanie, by zatuszować całą operację.

Podkreśla, że nie kwestionuje roszczeń Birgfellnera, ale…

W nagraniu z 2 sierpnia 2018 Kaczyński składa kolejne obietnice, tym razem także przedstawicielom kancelarii Baker MacKenzie, obecnym na spotkaniu razem z Birgfellnerem. Działając z upoważnienia Srebrnej austriacki biznesmen zatrudnił kancelarię do prac przygotowawczych. Kaczyński grzecznie zapewnia prawników:

„My jesteśmy naprawdę gotowi to zapłacić państwu w możliwie szybkim terminie”.

Są jednak komplikacje, bo zgodnie z zaleceniami Kaczyńskiego Birgfellner zawierał umowę z kancelarią na Nuneaton spółkę-córkę Srebrnej.

Kaczyński: „Spółka córka i spółka matka to nie są podmioty, między którymi można bezumownie przenosić zobowiązania, no”.

Mówi też o innych kosztach poniesionych przez Birgfellnera, czyli „o znacznie większej sumie (…) załóżmy, że to jest około dwóch milionów – i tutaj jest sprawa no dalej jeszcze idąca z tego względu, że tu mieć, nie ma tytułu odnoszącego się do spółki Srebrna. Cały czas spółka-córka jest stroną”.

…są „okoliczności pozamerytoryczne, polityczne”

Kaczyński wie, że spółka Srebrna (przypominam: „ta robota była dla nas, czyli dla Srebrnej”), powinna zapłacić przelewając pieniądze spółce-córce.

„Ale my musimy mieć tutaj, po pierwsze, podstawę prawną, że to są spółki Srebrnej – my tego faktu nie kwestionujemy – i po drugie, no też odpowiednie faktury, no bo inaczej tego się po prostu zrobić w zgodzie z prawem nie da, a

to, co było w propozycjach poprzednio, czyli pożyczka dla spółki-córki, no w obecnej sytuacji nie ma żadnego uzasadnienia, bo my się z tego przedsięwzięcia ze względów pozamerytorycznych, politycznych w gruncie rzeczy, musimy wycofać w tym momencie”.

Innymi słowy – umowę biznesową zakłóciła okoliczność „pozamerytoryczna, polityczna”. Kaczyński, wie, co powinien zrobić, żeby nie oszukać partnera, ale boi się, że na tym straci jako polityk.

Raz jeszcze podkreśla jednoznacznie: „Byłbym gotowy zeznać, że rzeczywiście te przedsięwzięcia były robione na korzyść spółki, w ostatecznym rachunku miały służyć spółce Srebrna. Plus są jeszcze te dokumenty, w opracowaniach niektórych z nich państwo [do przedstawicieli kancelarii – red.] uczestniczyli, na przykład tych pełnomocnictw, z tego, co sobie przypominam. Tak uchwał, pełnomocnictw, no tak, więc – krótko mówiąc – no

sami państwo widzicie, że to jest, dlatego w żadnym razie nie kwestionuję”.

Podsuwa Birgfellnerowi argumenty, dowody

27 lipca 2018 Kaczyński idzie jeszcze dalej i pociesza Birgfellnera: „Macie mocne argumenty w postaci tej uchwały zarządu”.

Tomaszewski: „Rady”,

Kaczyński (potwierdza): „Rady”.

[chodzi o Radę fundacji Instytut im. L. Kaczyńskiego, która jest w 99,99 proc. właścicielem spółki Srebrna. Kaczyński jest jednym z trzech członków Rady – red.]

Tomaszewski: „I zarządu fundacji”.

Kaczyński: „Zarządu fundacji. Macie mocne argumenty w postaci tej umowy…”.

Tomaszewski: „Pełnomocnictwa też”.

Kaczyński podsumowuje:

„I powtarzam, ja nie mogę mówić za innych, ale jeżeli chodzi o mnie, to spokojnie mogę zeznać przed sądem, że tak, to było robione dla spółki Srebrna, a wy macie, powtarzam, na to dobre dowody w postaci tych uchwał”.

Charakterystyczne, że Kaczyński przekonuje Birgfellnera, że biznesmen ma w ręku dostateczne dowody, by sąd uznał, że Srebrna jest mu winna za wykonane prace. Wymienia nawet te dokumenty: uchwały Rady i Zarządu spółki, upoważnienie Srebrnej do prowadzenia prac przygotowawczych…

Te same dowody posłużyłyby adwokatom Birgfellnera w rozprawie przeciwko Kaczyńskiemu, gdyby do niej doszło. Potwierdzają one, że Birgfellner miał wszelkie powody, by wierzyć ustnej umowie, jaką zawarł z Kaczyńskim. I czuć się oszukanym.

Potwierdza, że nie chce nikogo obciążać, a mankamenty są pozamerytoryczne

Na taśmie 27 lipca Kaczyński mówił, że on „przecież nie chce nikogo oszukiwać.”

3 sierpnia ujmuje tę samą myśl inaczej:

„Chodzi o to, że ja bym nie chciał nikogo obciążać stratą, te mankamenty, które się tutaj zdarzyły, no, wydarzenia, które nie mają charakteru z punktu widzenia prawnego czy ekonomicznego, merytorycznego”.

Podsumowując, Kaczyński wielokrotnie potwierdza, że Birgfellner:

  • wykonał zamówioną przez niego pracę „dla nas, czyli dla spółki Srebrna”;
  • podkreśla, że nie chce go „oszukać”  czy „obciążać stratą”(nie płacąc mu należnych pieniędzy);
  • deklaruje, że szuka sposobu, by mu zapłacić;
  • przekonuje, że Birgfellner ma tak mocne dowody wykonania pracy, że mógłby wygrać sprawę przed sądem;
  • stwierdza, że o wycofaniu się z umowy zadecydowały względy „niemerytoryczne”, czyli nie mające nic wspólnego z biznesem. Tłumaczy, że chodzi o interes polityczny PiS i jego własny.

Czy można jaśniej powiedzieć, że nie oddanie pieniędzy Austriakowi byłoby oszustwem w sensie niewywiązania się z umowy bez uzasadnionych przyczyn? Czemu zatem Jarosław Kaczyński twierdzi teraz, że Birgfellner nie został oszukany? I jeszcze obciąża go „nierzetelnością”?

Wbrew deklaracjom i gruntownej własnej argumentacji Kaczyński nie doprowadził do tego, by Birgfellner otrzymał pieniądze. Został zatem „oszukany” i „obciążony stratą”. Kaczyński jest tego sprawcą.

Wersja Birgfellnera: aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła moją czujność

Gerald Birgfellner unika rozmów z mediami. Jego wersję zdarzeń, zgodną zresztą z cytowanymi wyżej wypowiedziami Kaczyńskiego przedstawił OKO.press reprezentujący go mecenas Jacek Dubois.  Oto skrót jego relacji:

„Mój klient dostał komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Wszystko utwierdzało go w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Kaczyński. Zwykł on mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

Kwota 1,3 mln euro, jakiej domaga się Birgfellner wynika z wyceny już wykonanych prac, które wymienia – jedna po drugiej – wielostronicowa umowa zaakceptowana przez obie strony. Gerald Birgfellner:

  • założył spółkę celową Nuneaton, na którą pan Kaczyński obiecał przenieść ze spółki Srebrna prawo wieczystego użytkowania nieruchomości, po to m.in., by wziąć kredyt na budowę,
  • pozyskał znanego architekta, który przygotował projekt koncepcji architektonicznej budynku,
  • przygotował strategię realizacji projektu Tower Srebrna z kosztami i terminarzem,
  • przygotował wyceny nieruchomości,
  • zatrudnił kancelarię Baker MacKenzie, która przygotowała umowy z firmami Gleeds Polska (m.in. zarządzanie inwestycją) i Strabag oraz umowę kredytową z bankiem Pekao S.A.

Wszystko to robił zgodnie z ustną umową, którą zawarł z Kaczyńskim w lipcu 2017. Kaczyński prosił, by przystąpić do pracy od razu. Mój klient to zrobił, a równolegle przez prawie rok negocjował profesjonalną umowę, wprowadzając kolejne zmiany.

Za namową Kaczyńskiego kupił w Warszawie dom. Pełną parą pracowała kancelaria Baker MacKenzie, której też nie zapłacono kilkuset tysięcy euro, pracował wzięty austriacki architekt, który też nie dostał wynagrodzenia, ok. 150 tys. euro. Pan Birgfellner negocjował z bankami, wszystko szło jak z płatka.

Jak opowiada Birgfellner, ludzie panu Kaczyńskiemu salutują i wykonują co prezes powie.

Mój klient dostał odpowiednie pełnomocnictwa już w maju i czerwcu 2017 do utworzenia spółki córki i do reprezentowania Srebrnej w umowach najmu i dzierżawy nieruchomości.

Ta aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła czujność biznesmena. Opamiętanie przyszło za późno.

Cały czas trwały spotkania z udziałem pana Kaczyńskiego, większość w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej, od pierwszych dwóch w maju 2017 roku. Kolejne mają miejsce w czerwcu 2017,  w lipcu, we wrześniu, potem w listopadzie – aż trzy, w grudniu 2017 jedno, w styczniu 2018 – znowu trzy, w lutym – jedno, w marcu – dwa, w kwietniu i czerwcu po jednym.

Została też przygotowana w banku Pekao SA umowa kredytowa na 300 mln euro i gdyby pan Kaczyński nie wstrzymał inwestycji, spółka Nuneaton przejęłaby wieczyste użytkowanie Srebrnej 16 i dostała kredytowanie.

To były żmudne, wielostronne negocjacje. Strony dogadały się najpierw na uruchomienie „małego” kredytu inwestycyjnego 11 mln euro na przygotowanie projektu, potem ta suma – decyzją pana Kaczyńskiego – została zmniejszona do 4,5 mln euro, co bank natychmiast zaakceptował. Uzgodniono szczegółowo, w jaki sposób zostanie wypłacony cały kredyt 300 mln euro, po uzyskaniu przez spółkę Nuneaton wieczystego użytkowania nieruchomości.

Prezes Pekao S.A. Michał Krupiński osobiście zapewniał mojego klienta, że zaangażowanie pana Kaczyńskiego ma dla niego znaczenie przy decyzji kredytowej.

Dopiero w czerwcu i lipcu 2018 Jarosław Kaczyński poinformował mego klienta o wstrzymaniu inwestycji i wezwał do zaprzestania prac, m.in. żeby nie występował o warunki zabudowy. Tłumaczył, że Srebrna nie może pokryć zobowiązań swej spółki-córki.

Po spotkaniach 27 lipca 2018 i 2 sierpnia z udziałem kancelarii Baker MacKenzie pan Kaczyński nie miał już czasu dla mego klienta. Srebrna wypowiedziała mu pełnomocnictwo. Zdał sobie sprawę, że jeżeli nie tupnie, to zostanie na lodzie.

Całą dokumentację załączyliśmy do wniosku złożonego w prokuraturze. Dokumentów jest 55, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwo dla Geralda Birgfellnera, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami.

Mec. Dubois: Kaczyński miał świadomość, że wprowadza w błąd

Czy opisane oszustwo Kaczyńskiego (w sensie potocznym, ludzkim) było oszustwem w sensie art. 286 k.k.? Zasadnicze znaczenie ma tu kwestia: czy prezes PiS miał zamiar oszukania biznesmena, a jeżeli tak, to od kiedy i jakie są na to dowody.

Niektóre tłumaczenia z taśm robią wrażenie, jakby Jarosław Kaczyński całkowicie zdawał sobie sprawę z ryzyka, że narazi na szkodę Austriaka i że naraża go na straty finansowe ze względu na własny interes. Szczerze przy tym dzielił się swymi problemami, choć nie mają one nic do rzeczy w kwestii umowy biznesowej (ostatecznie w rozmowach brali udział krewniacy).

Mec. Dubois w rozmowie z OKO.press uznał, że Jarosław Kaczyński zastosował „trick”.

„Gdy wreszcie przygotowana została umowa, a mój klient ma ją podpisać, pojawia się trick. Pan Kaczyński mówi mojemu klientowi: wystaw fakturę na Nuneaton, ale ze spółki Srebrna, która jest faktycznym zleceniodawcą nie przelewa środków. Czyli:

Nuneaton nie ma pieniędzy, a Srebrna nie ma podstawy do zapłacenia, bo faktura została wystawiona na Nuneaton. Pan Kaczyński nie przenosi też aportem ze spółki Srebrna prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, co umożliwiłoby wzięcie uzgodnionego już z bankiem Pekao SA kredytu.

Ma świadomość, że wprowadza partnera w błąd i utrzymuje go w tym błędzie.

Gdy pan Kaczyński kazał memu klientowi wystawić faktury na Nuneaton doskonale wiedział, że ta spółka będzie niewypłacalna.

OKO.press: Czy Birgfellner nie okazał się jednak naiwniakiem? Przecież wiedział, że Kaczyński nie ma praw do negocjowania transakcji. Jest ledwie członkiem rady fundacji Instytut Pamięci Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna.

Formalnie tak. I na tym także polegało oszustwo, czyli celowe wprowadzenie w błąd, na wyrobieniu w kimś przekonania sprzecznego z rzeczywistością.

Mój klient dostał jednoznaczny komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Pan Kaczyński wskazywał partnerów, ich akceptował, rozmawiał o finansach, wskazał bank itd. itd.

Wszystko utwierdzało mojego klienta w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Jarosław Kaczyński. Zwykł on zresztą mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

OKO.press: W lipcu 2018 Kaczyński mówił o „drugiej drodze”. Birgfellner ma zgłosić wobec Srebrnej roszczenia o charakterze sądowym i wygrać w sądzie.

„Pan Kaczyński jest prawnikiem, więc chyba ma elementarną wiedzę o prawie, a to oznacza, że po prostu zbywał mojego klienta. Bo gdyby naprawdę miał wolę, by wywiązać się ze zobowiązania, mógł zaproponować ugodę sądową, pozasądową, cesję wierzytelności… Było wiele możliwości, by to załatwić zgodnie z prawem.

Po prostu pan Kaczyński uznał w połowie 2018 roku, że tak widowiskowa inwestycja będzie dla niego nieopłacalna politycznie. Jasno o tym mówi w nagraniu z lipca 2018. Obawiał się, że budowa Wież zostanie potraktowana jako »azjatyckie obyczaje« i postanowił sprawę odłożyć ad calendas graecas. Zresztą mówi, że wrócimy do niej, jeśli będzie dobry wynik wyborów samorządowych w Warszawie, w co raczej nie wierzy, albo dobry wynik wyborów parlamentarnych.

Z powodów takiej kalkulacji pan Kaczyński zatrzymuje projekt i uznaje, że nie ma sensu się rozliczać. Daje do zrozumienia mojemu klientowi: »masz roszczenie, należą ci się pieniądze, ale ci nie zapłacę. I co mi zrobisz?«.

Nasz klient uważa, że został oszukany przez pana Kaczyńskiego. Wszystko co mu się w tej sprawie przydarzyło przypisuje jemu. Działania innych osób były jakby sterowane przez pana Kaczyńskiego. To z nim nasz klient wiąże swoją krzywdę, od niego chce dochodzić sprawiedliwości. Ale może się też okazać, że inne osoby pełniące funkcje we władzach innych podmiotów mogły popełnić czyny zabronione.

Mamy czarno na białym stwierdzenie, że praca została wykonana, tak jak zostało to uzgodnione. Pan Kaczyński wprost to potwierdza. Czyli doszło do osiągnięcia korzyści majątkowej na niekorzyść mojego klienta.

Pozostaje tylko do kwestia ustalenia, czy był zamiar wprowadzenia w błąd, co jest konieczne, by uznać, że to było oszustwo. Szczegółowo w zawiadomieniu opisaliśmy, dlaczego uważamy, że taki świadomy zamiar był” – mówi mec. Dubois.

***

W wywiadzie dla RMF FM Jarosław Kaczyński wygłosił jeszcze jedno zaskakujące stwierdzenie o budowie wieżowca przy Smolnej:

„Chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee”.

Tę wypowiedź analizowaliśmy już wcześniej: