Tag Archives: Marcin Kierwiński

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej

 

Reklamy

Dowody na korupcję Kaczyńskiego są coraz liczniejsze. Będziesz koleś siedział jak amen w pacierzu

22 Mar

W trakcie przesłuchania, do którego doszło 13 marca, Gerald Birgfellner dodał nowe, ważne szczegóły do sprawy „koperty dla księdza”.

Przypomnijmy: mowa o środkach finansowych, przeznaczonych dla ks. Sawicza, członka Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Bez zgody rady fundacji spółka Srebrna nie mogłaby się zająć działalnością deweloperską. Dlatego po otrzymaniu gotówki ksiądz miał złożyć podpis pod odpowiednią uchwałą. Birgfellner, jak wynika z jego zeznania, 7 lutego 2018 roku przywiózł do centrali PiS 50 tys. zł w gotówce, do czego miał go nakłonić sam Jarosław Kaczyński.

Teraz Birgfellner dodał nowe szczegóły do swoich zeznań. Według Austriaka Kaczyński miał mu proponować, żeby przekazać ks. Sawiczowi nie 50 tys. zł, a kwotę… dwukrotnie wyższą. Jednak biznesmen miał wówczas odpowiedzieć, że na szybko zdobędzie jedynie 50 tys. zł ze swoich prywatnych środków. Wspomnianego już 7 lutego 2018 roku Birgfellner pojawił się w siedzibie PiS po południu. Widział tam Sawicza i dostał informację, że ksiądz podpisał uchwałę.

Gdyby doszło do przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego w tej sprawie, prokuratura musiałaby sprawdzić wątek nakłaniania Birgfellnera do wypłacenia gotówki ks. Rafałowi Sawiczowi, w zamian za podpis na uchwałach rady.

Płacenie za podpis członkowi rady nie ma bowiem, jak podkreśla GW, żadnego prawnego uzasadnienia. Tymczasem Kaczyński nie zaprzecza twierdzeniom Austriaka. Wiadomo jednak, że prokuratura naciskała na Birgfellnera, by wycofał się z twierdzeń o „kopercie dla księdza”. Ten zaś (R. Sawicz odszedł ze stanu duchownego) nie chce niczego komentować.

“Gazeta Wyborcza’ opublikowała kolejne informacje w sprawie przebiegu śledztwa w sprawie inwestycji przy ul. Srebrnej 16, którą Jarosław Kaczyński rękami spokrewnionego ze sobą Geralda Birgfellnera chciał przeprowadzić w Warszawie. Finalnie, po niemal roku przygotowań do rozpoczęcia inwestycji, wobec obaw o negatywny odbior wypłynięcia tej sprawy do przestrzeni publicznej, lider PiS zarządził wycofanie się z niej, zostawiając austriackiego biznesmena na lodzie. Sprawa wylądowała w prokuraturze, która od ponad 50 dni nie potrafi podjąć decyzji o wszczęciu śledztwa przeciwko liderowi partii rządzącej, kompletnie ignorując także inne wątki pojawiające się w tej sprawie, jak m.in. kwestia 50 tys. złotych, jakie Birgfellner miał zapłacić byłemu księdzu Rafałowi Sawiczowi za podpis na uchwale spółki Srebrna, by ta mogła uruchomić przygotowania do inwestycji.

W wyniku szokującego paraliżu decyzyjnego prokuratury w tej sprawie, w Sejmie posłowie Platformy Obywatelskiej postanowili ujawnić swoje kolejne działania. Przypomnieli, że postępowanie z zawiadomienia biznesmena z Austrii nie jest jedynym, jakie trafiło do prokuratury i które jest w niewyjaśniony sposób blokowane.

Przez 50 dni w tej sprawie nie zdarzyło się ze strony organów państwa kompletnie nic. Wiemy, że zaskarżenie na bezczynność prokuratury złożyli mecenasi austriackiego przedsiębiorcy. Dzisiaj takie zażalenie składamy także my, zależenie na bezczynność prokuratury w związku z naszym wnioskiem, który składaliśmy ponad 50 dni temu. Po pierwszej publikacji GW złożyliśmy wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy PiS, przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego, podawaliśmy dokładne uzasadnienie. Od 50 dni z tą sprawą nie zdarzyło się kompletnie nic. Nie dostaliśmy nawet informacji, czy postępowanie zostało wszczęte, czy odmówiono wszczęcia” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Marcin Kierwiński z PO – „Nie może być tak, że w państwie prawa prokuratura niejako abdykowała. Prokuratura zaczyna pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego”.

Obrywa także CBA, którego działania w sprawie Jarosława Kaczyńskiego i nieprawdy o rzeczywistej funkcji, jaką pełni w spółce Srebrna, nie sposób interpretować inaczej, niż jako roztoczenie parasola ochronnego nad liderem partii rządzącej.

CBA powstało, żeby chronić Polaków przed korupcją. CBA nie powstało po to, żeby bronić polityków przed ujawnianiem korupcji, których politycy dokonują. To instytucja zaufania publicznego, która musi stać na straży przestrzegania prawa. Nie została stworzona po to, żeby bronić interesu polityków. Nawet na sejmowych korytarzach krąży taka plotka, że politycy PiS chcą zmienić nazwę CBA na Centralne Biuro Korupcyjne. Bo jak nazwać inaczej fakt, że centralny organ w państwie, który powinien zajmować się wykrywaniem korupcji na szczytach władzy, od kilkudziesięciu dni nie jest w stanie zająć się oświadczeniem majątkowym Jarosława Kaczyńskiego, mimo nowych faktów?” – dodawał Cezary Tomczyk z PO – Prokuratura i CBA przestały w Polsce funkcjonować”.

Szpilkę Jarosławowi Kaczyńskiemu postanowił także wbić poseł Krzysztof Brejza, który zauważył, że opisywane dziś przez “Gazetę Wyborczą” wydarzenia, tj. przekazanie 50 tys. złotych Jarosławowi Kaczyńskiemu, by ten przekazał je ukrywającemu się w sąsiednim pokoju ks. Sawiczowi, miało miejsce w czasie posiedzenia Sejmu, co oznacza, że lider PiS jawnie lekceważył swoje obowiązki parlamentarzysty na rzecz załatwiania interesów spółki Srebrna.

To, co szokuje najbardziej, to fakt, że w środku posiedzenia Sejmu, 7 lutego 2018 roku, wbrew obowiązkowi ustawowemu prezes PiS, poseł Jarosław Kaczyński, zamiast uczestniczyć w obradach Sejmu, uczestniczył w interesie deweloperskim w siedzibie partii” – powiedział na konferencji poseł Brejza – „Państwo PiS chroni, osłania, nakłada czapę na tę sytuację, robi wszystko, żeby ta sytuacja nie była wyjaśniona”.

Trudno oczekiwać, by polska prokuratura nagle zmieniła strategię i z odpowiednim zaangażowaniem zajęła się sprawami dotyczącymi lidera obozu władzy. Dla Jarosława Kaczyńskiego realnym zmartwieniem może jednak być zawiadomienie, jakie pełnomocnicy austriackiego biznesmena złożyli w kraju jego pochodzenia. Tam bowiem długie macki pisowskiego systemu sprawiedliwości sięgnąć nie mogą.

„Czy marszałek Kuchciński zawsze w taki sposób przemieszcza się po Sejmie? W asyście trzech funkcjonariuszy Straży Marszałkowskiej z szablami paradnymi? Pytam dla kolegi, zwykłego podatnika… PiSancjum” – zapytał na Twitterze Maciej Sonik, starosta krapkowicki. Samorządowiec dołączył zdjęcie Marka Kuchcińskiego oraz Ryszarda Terleckiego, otoczonego funkcjonariuszami Straży Marszałkowskiej.

„Ostatnio tak. Bo w lektyce uszkodzona jest klimatyzacja: prowadzący ją funkcjonariusz miał czterotygodniowe doświadczenie na symulatorze hulajnogi. Nie był przygotowany na to, że zahaczy szablą o kotarę. Efektem są też uszkodzenia Systemu Rozpoznawania Lektyk Swój-Obcy (SRLS-O)” – odpowiedział samorządowcowi Tomasz Skory z RMF. Dodajmy, że w ubiegłym roku to PiS przeforsował w Sejmie nowelizację ustawy o Straży Marszałkowskiej. Funkcjonariuszom zmieniono m.in. uniformy, o tym w artykule „Straż Marszałkowska w nowych mundurach przypomina… grupę rekonstrukcyjną”.

Inni internauci też kpili z Kuchcińskiego: – „Pozazdrościł „koledze” z NBP i obstalował sobie własną świtę”; – „Tylko płatków róż sypanych pod nogi brak…”; – „Może ktoś złożyć interpelacje do Marszałka Kuchcińskiego czy kancelaria Sejmu planuje w tym roku zakup lektyki?”; – „Oj tam… to kroczy… umiar i pokora”;

„Kuchciński w Gulfstreamie albo odprowadzany jak Cezar przez Pretorian w Sejmie, wygląda jak wół przy karecie, czyli w mniemaniu Kuchcińskiego dostojnie”. O podróżach rzeczonym Gulfstreamem w artykule „Marszałek Kuchciński na weekend samolotem!”.

„Lewactwo” trzyma potomstwo z dala od Kościoła, toteż jego przedwczesna seksualizacja nie ma żadnego znaczenia dla dobrostanu kapłanów i kondycji moralnej samej religijnej instytucji

Pan prezydent dokonał kilka dni temu bohaterskiego comming outu jako zwolennik deprawacji dzieci. Wziął – mianowicie – stronę nauczycieli w ich sporze z rządem o kasę i powiedział publicznie, że żądania belfrów są uzasadnione.

Zaraz się wprawdzie wytłumaczył, że owszem, powinni zarabiać więcej, ale przecież nie tyle, ile się należy za powołanie na świat dwójki potomstwa, bo jednak działalność prokreacyjną państwo ceni znacznie wyżej, niż wystawanie pod tablicą. No i – naturalnie – nie od razu. Bo partia pana prezesa ma przecież w tej chwili inne, znacznie pilniejsze wydatki. Trzeba wszak z czegoś sfinansować obiecane narodowi „prezenty od Jarosław Kaczyńskiego”. Niemniej, już sama deklaracja poparcia dla belferskich postulatów to w naszych czasach akt wyjątkowej odwagi. Bo przecież każdy, kto wyrazi choćby trochę zrozumienia dla nauczycielskich pretensji, automatycznie trafia do kategorii „liberałów i lewaków”. Deprawatorów „naszych dzieci”.

Nauczyciele bowiem sugerują otwarcie, że pieniądze na podwyżki można by zorganizować rezygnując z opłacania z budżetu lekcji…religii! I jeszcze – na dowód moralnej klęski całego środowiska – kosztem naszej bohaterskiej przeszłości i unikalnej tradycji chcieliby modyfikacji programów nauczania w kierunku wiedzy przydatnej w czasach współczesnych. Chcą ograniczyć wymiar nauczania historii i języka ojczystego i uczyć – w to miejsce – podstaw prawa, wiedzy obywatelskiej, medycyny, a nawet filozofii i logiki! Zamiast karności i posłuszeństwa chcieliby wolności intelektualnej i swobody dyskusji.  No i postulują wprowadzenie do programów szkolnych porządnej edukacji seksualnej. Nie wszyscy, co prawda, ale zdecydowana większość. Toteż ich protest to nie jest zwyczajny spór o pieniądze, tylko zamach na najświętsze wartości. Godzenie w podstawy moralności i próba zaszczepienia w narodzie, przez wczesną indoktrynację, obcych nam wartości.

Tymczasem pan prezes wyraźnie zapowiedział w kampanii: „wara od naszych dzieci!”

Inna sprawa, że z tą prezesową deklaracją jest niejaki problem, bo nie do końca wiadomo, jakich konkretnie małoletnich miał na myśli oraz przed kim i z jakich powodów tak naprawdę chce ich chronić.

Bo przecież, choć niby wszystkie są „nasze”, dzieci „gorszego sortu” są zdeprawowane od kołyski, niejako z definicji. A być może nawet przyniosły na świat lewactwo i liberalizm w dziedzictwie genetycznym (bo raczej nie wyssały go z mlekiem matek-feministek karmiących potomstwo z butelki). Już w wieku przedszkolnym trudno je zdemoralizować zajęciami z edukacji seksualnej. Ale też – z drugiej strony – „lewactwo” trzyma potomstwo z dala od Kościoła, toteż jego przedwczesna seksualizacja nie ma żadnego znaczenia dla – powiedzmy – dobrostanu kapłanów i kondycji moralnej samej religijnej instytucji. Mały genderysta nie będzie raczej wodził przedstawicieli kleru na pokuszenie, jak to ostatnio sugerowali najwyżsi przedstawiciele Episkopatu, i z kieszeniami pełnymi środków antykoncepcyjnych proponował im nawiązania intymnej relacji w celu kompromitacji całej instytucji. Choćby dlatego, że potomstwo feministów raczej nie uczęszcza do kościoła.

Musi więc chodzić konkretnie o dzieci „lepszego sortu”. Te niewinne i jeszcze w liceum nieświadome nie tylko skąd się biorą dzieci, ale też na czym polega propaganda i co to jest sofistyka.

W teorii, edukacja, przynajmniej ta seksualna, ma być nieobowiązkowa. Jak lekcje religii. No i rodzice mają przecież święte i na dodatek zapisane w Konstytucji prawo swobodnej decyzji w sprawie wychowania swoich dzieci. Ale wiadomo, że w praktyce to nie działa, i że na szkolne rekolekcje na razie chodzą teraz prawie wszystkie przedszkolaki i wszyscy uczniowie. Zbiorowo, bez oglądania się na „sorty”, uczestniczą też w szkolnych Wigiliach, jasełkach i uroczystościach z udziałem kapłana oraz uczą się w klasach dekorowanych symbolami religijnymi. „Gorszy sort” nie ma tu nic do gadania, więc podobnie mogłoby być i z logiką, i z edukacją obywatelską i z „deprawacją” seksualną.

Na razie zagrożenie, że przymusowa seksualizacja obejmie „nasze dzieci” jest znikome, więc nie ma też szczególnego powodu, by bronić potomstwa „lepszego sortu” przed nauczycielami, a w szczególności przed edukatorami seksualnymi. Ale na wszelki wypadek belfrów lepiej trzymać krótko i Boże broń, nie rozzuchwalać nadmiarem kasy. Przeciwnie – powinni drżeć przed utratą posady, karnie wprowadzać w życie kolejne „reformy edukacji”, słuchać się katechetów, a w wolnym czasie, którego mają w nadmiarze, dorobić parę groszy robiąc dodatkowe dzieci. No i czekać grzecznie – jak wszyscy – na „prezenty od pana prezesa”, to może już za pięć lat dostaną po dodatkowej stówce na waciki.

Tak, czy inaczej – „wara im” od naszych dzieci. A tak w ogóle, to edukację szkolną trzeba pilnie ograniczyć do niezbędnego minimum, co się już powoli dzieje. Od razu poprawi się od tego morale narodu i stan budżetu.

Rząd uszczuplił pulę pieniędzy na służbę zdrowia o 10 mld zł obliczyła Naczelna Rada Lekarska. Ale to podpisana przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego deklaracja jest problemem, tak? Rządzie, zajmij się służbą zdrowia zamiast szczuciem na ludzi – komentuje dziennikarka Gazety Wyborcze Estera Flieger.

Jeśli w sprawie tak ważnej dla całego społeczeństwa jak wzrost nakładów na służbę zdrowia, PiS oszukał protestujących rezydentów na blisko 10 mld złotych to jak nauczyciele mają wierzyć rządzącym, że podwyżki będą, ale później? Tyle jeśli chodzi o wiarygodność „dobrej zmiany” – wypowiada się Michał Kuczyński z portalu crowdmedia.pl

Posłowie Platformy Obywatelskiej ponownie złożyli zażalenie do prokuratury na bezczynność jej działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego. – Przez 50 dni w tej sprawie nie zdarzyło się nic. Prokuratura abdykowała i zaczęła pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego – uważa Marcin Kierwiński. Wczoraj zażalenie na działanie prokuratury złożyli pełnomocnicy Geralda Birgfellnera.

Bezczynna prokuratura

Ponad 6 tygodni temu pełnomocnicy austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera złożyli do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

Czynności sprawdzające według prawa mogą trwać maksymalnie miesiąc.

Po 6 tygodniach prawo przewiduje możliwość złożenia zażalenia na bezczynność prokuratury. Takie pismo pełnomocnicy Geralda Birgfellnera złożyli wczoraj. Dziś zażalenie na opieszałość prokuratury złożyli też posłowie PO.

– Złożyliśmy wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy PiS przez samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego,  podawaliśmy tam dokładne uzasadnienie. Od 50 dni nie wydarzyło się nic – tłumaczył wniosek Marcin Kierwiński.

Posłowie opozycji nie otrzymali nawet informacji, czy zostało wszczęte postępowanie, czy też jego wszczęcia odmówiono.

Koperta z 50 tys.

Z doniesień „Gazety Wyborczej”, która ujawnia część zeznań austriackiego biznesmena, wynika, że w chwili wręczenia Jarosławowi Kaczyńskiemu koperty z 50 tys. były ksiądz Rafał Sawicz, członek Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, znajdował się w pokoju obok.

– Przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział – miał zeznać Birgfellner. Po tym zajściu Sawicz miał złożyć podpis pod uchwałą rady pozwalającą na rozpoczęcie inwestycji.

– Cóż więcej trzeba, aby prokuratura obudziła się w tej sprawie i zaczęła zajmować się tą sprawą? Prokuratura abdykowała i zaczęła pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego – komentował w Sejmie Marcin Kierwiński.

Do całej sytuacji miało dojść 7 lutego zeszłego roku w czasie posiedzenia Sejmu. Prezesa partii rządzącej na tym posiedzeniu nie było.

– To, co szokuje najbardziej, to fakt, że w środku posiedzenia Sejmu 7 lutego 2018 roku, wbrew obowiązkowi ustawowemu, prezes PiS poseł Jarosław Kaczyński zamiast uczestniczyć w pracach Sejmu uczestniczył w interesie deweloperskim w siedzibie partii opłacanej z pieniędzy podatników – mówił Krzysztof Brejza.

Służby chronią PiS

PO zarzuca zaniedbania w tej sprawie nie tylko prokuraturze, ale i CBA.

– Centralny organ w państwie nie jest w stanie od kilku dni zająć się oświadczeniem Kaczyńskiego mimo nowych faktów. CBA powstało po to, aby chronić Polaków przed korupcją, a nie bronić polityków przed ujawnianiem korupcji, której politycy dokonują – mówił Cezary Tomczyk.

Parlamentarzyści występowali też z prośbą o informacje, czy akta sprawy Srebrnej były udostępniane prokuratorowi generalnemu. O tym, że doszło do spotkania Kaczyńskiego z ministrem sprawiedliwości po przesłuchaniu Austriaka, mówił sam minister prokurator generalny Zbigniew Ziobro, tłumacząc, że spotkanie dotyczyło wówczas jednej z ustaw.

Na to pismo posłowie także nie otrzymali odpowiedzi.

– Państwo PiS jest bezradne i nakłada czapę na tę sytuację – uważa Krzysztof Brejza. – Nie jest to nawet państwo z dykty i z tektury, to państwo z koperty, a z koperty wypadają banknoty w kwocie 50 tys. zł i twarz księdza Sawicza i twarz Jarosława Kaczyńskiego. To symbol państwa PiS – dodaje.

Ponowny wniosek do CBA

PO złożyła też ponowny wniosek do CBA, aby sprawdzono oświadczenie majątkowe Jarosława Kaczyńskiego.

– Poprzednio 4 godziny wystarczyły CBA, aby stwierdziło, że nie ma sprawy, mimo że od 50 dni opinia publiczna zajmuje się godzinami nagrań, powstały dziesiątki publikacji i cała polska słyszała o wieżach Kaczyńskiego. Dziś CBA musi to zbadać – uważa Cezary Tomczyk.

Macierewicza i Ziobrę zlustruje historia i zapisze w rozdziale hańby

20 Mar

Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza – poinformowała Polska Agencja Prasowa. Biuro Lustracyjne IPN uznało, że jego oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe, co oznacza, że nie współpracował on ze służbami PRL. – „Postępowanie w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego złożonego w 2007 r. przez posła Antoniego Macierewicza zostało prawomocnie zakończone 9 lutego 2009 r. wydaniem zarządzenia o pozostawieniu sprawy bez dalszego biegu, wobec niestwierdzenia wątpliwości co do zgodności oświadczenia lustracyjnego z prawdą” – brzmi stanowisko IPN.

IPN podjął tę decyzję błyskawicznie, bo wniosek w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego byłego szefa MON i posła PiS złożył zaledwie w lutym poseł PO Cezary Tomczyk. Pisaliśmy o tym w artykule „PO chce ponownej lustracji Antoniego Macierewicza”.

„Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza”. Dziwi Was decyzja obecnego IPN? Szybka i przewidywalna. Wrócimy do tego po wyborach. Tak, by wyjaśnić wszelkie, poważne wątpliwości wobec przeszłości Macierewicza” – podsumował na Twitterze poseł PO Marcin Kierwiński. – „IPN nigdy nie był tak upolityczniony, jak obecnie, dlatego ich decyzja nie dziwi. Ostatnio PiSIPN jest na etapie ułaskawiania ludobójców, takich jak np. Bury. Nie mają czasu na inne rzeczy”; – „Panie Marcinie skąd Pan wie, co Antoni M. ma w szafie? Zlikwidował WSI to może jego bogactwo równe bogactwu Kiszczaka? Wolność i spokój w szafie zamknięte” – komentowali internauci.

W Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej odbyła się rozprawa w sprawie pytań prejudycjalnych, które zadał Sąd Najwyższy w związku z wątpliwościami co do skuteczności podejmowania decyzji przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa. Rozprawa była burzliwa, bowiem według przedstawicieli polskiego rządu TSUE w ogóle nie powinien zajmować się już tą sprawą, bowiem z części zapisów zmieniających ustrój SN się wycofano. Innego zdania jest natomiast Komisja Europejska i polska opozycja. Nominaci autora kontrowersyjnych zmian, czyli Zbigniewa Ziobro, jak i on sam robią natomiast co w ich mocy, by do wydania ewentualnego niekorzystnego wyroku nie doszło przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wydaje się jednak, że ich starania spełzną na niczym, bowiem TSUE już zapowiedział, że swoją opinię wyda 23 maja, a więc na dwa dni przed ciszą wyborczą.

Już dziś do premiera polskiego rządu apel wystosowali parlamentarzyści opozycji, by niezależnie od wyniku postępowania rząd uznał moc wiążącą opinii.

– Dla nas, jako opozycji, uznanie każdego wyroku TSUE jest rzeczą oczywistą, natomiast po drugiej stronie różnie z tym bywało. Słyszeliśmy już jak politycy PiS próbowali kwestionować tego typu wyroki –podkreśliła Paulina Henning-Kloska z Nowoczesnej. Nie wyobrażamy sobie, żeby rząd Polski, premier, który stoi na jego czele, a także cała partia rządząca próbowała doprowadzić do sytuacji, w której upolityczniony Trybunał Konstytucyjny będzie kwestionował wyrok TSUE – dodała posłanka.

O tym, że obawy odrzucenia opinii TSUE są uzasadnione, może świadczyć dokument, który wyciekł z Trybunału dotyczący stanowiska Komisji Europejskiej w tej sprawie. Zdaniem komisarzy zasada praworządności może nie być złamana, jednak obowiązujący obecnie model funkcjonowania KRS podważa zaufanie do władzy sądowniczej.

“Wprawdzie zasadniczo prawdą jest, iż pośrednia lub bezpośrednia ingerencja organu politycznego w procedurę powoływania sędziów nie jest per se uważana jako podważająca niezawisłość i bezstronność sędziów powoływanych w drodze takiej procedury, jednakże w swoim orzecznictwie ETPC uważa wizerunek niezawisłości i bezstronności jako stanowiący składnik niezawisłości sądownictwa oraz wagę zaufania do sądownictwa, które nie powinno być podważane, jako czynniki odgrywające rolę w sądownictwie społeczeństw demokratycznych” – możemy przeczytać w dokumencie.

Europejscy urzędnicy nie mają wątpliwości, że polska “reforma” w tym obszarze nie spełnia europejskich standardów.

“W świetle powyższych uwag Komisja proponuje interpretować gwarancje niezawisłości i bezstronności sędziów krajowych przewidziane w art.19 ust.1 akapit drugi TUE i art.47 Karty w ten sposób, że formacja orzekająca taka jak Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego (Polska), utworzona w okolicznościach takich jak te w sprawach głównych i właściwa do rozstrzygania sporów dotyczących statusu sędziów, nie spełnia powyższych gwarancji” – pisze Komisja Europejska . Zdaniem autorów pisma nowa formuła wybierania członków KRS godzi w wizerunek i ogranicza zaufanie do tego organu.

Prawo i Sprawiedliwość czekają zatem trudne chwile, bowiem ewentualne uznanie działań KRS za niezgodne z unijnym prawem może całkowicie zrujnować wszystkie “osiągnięcia” obozu władzy w wymiarze sprawiedliwości. Tego przed wyborami parlamentarnymi mogą im nie wybaczyć nawet najbardziej zagorzali sympatycy.

Konieczne będzie twarde i konsekwentne, ale zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy.

A że nie da się po dobroci, dobitnie pokazują ostatnie wydarzenia. Mam wrażenie, że przez co najmniej połowę obecnej kadencji Sejmu i rządu wielu Polaków żyło w pewnym rodzaju zbiorowej ułudy, że to się zmieni. Nasz sposób myślenia przypominał myślenie dręczonych dzieci z patologicznej rodziny: może to przynajmniej w części nasza wina, myśleliśmy, może niewystarczająco się staramy, niewystarczająco wchodzimy w dialog z tą drugą stroną, może nie zrobiliśmy tyle, ile było trzeba, żeby ich zrozumieć, wyjść im naprzeciw. To nieprawda.

Ludzie, którzy żyją normalnie, żyją przyzwoicie, lubią innych ludzi, wychowują dzieci, pracują i płacą podatki, kochają swój kraj, mają dystans i poczucie humoru, są nieźle wychowani i zachowują się racjonalnie, być może nie są doskonali. Może popełniają gafy, powiedzą w nerwach jedno słowo za dużo, zdarzają się im się wpadki i niedociągnięcia. Ale jednak mieszczą się w jasno określonych normach cywilizacyjnych, prawnych i normach współżycia społecznego, a za swoje błędy płacą, bo tak trzeba.

Jednak w tych normach ani PiS, ani Kościół katolicki od jakiegoś czasu się już nie mieszczą. Tych dwóch organizacji te zasady nie dotyczą. I nie dotyczą ich nie dlatego, że to jacyś wysublimowani geniusze, mający problemy z dostosowaniem się do społeczeństwa lub istoty o innej wrażliwości. Nie dotyczą ich, bo oni tego nie chcą. Uważają, że prawo, przyzwoitość i zasady współżycia społecznego są dla maluczkich, dla „zwykłych” ludzi. Oni zaś – w swoim mniemaniu – są niezwykli i stoją ponad prawem.

Buta, pycha, chamstwo, kłamstwo, arogancja, przemoc werbalna, polityczna i instytucjonalna i niebywała brutalność to cechy ludzi i grup, które spokojnie można nazwać bandyckimi. Czy PiS stosuje metody bandyckie? Tak. Czy Kościół stosuje metody bandyckie? Owszem. Kiedy wrzucą Państwo do wyszukiwarki internetowej frazę „metody postępowania zorganizowanych grup przestępczych”, znajdą tam łamanie i obchodzenie prawa, zacieranie śladów, kłamstwo, wprowadzanie w błąd instytucji kontrolnych (w demokracji jedną z takich instytucji jest opinia publiczna), fałszowanie danych, raportów i sprawozdań, uciszanie lub próby uciszania niewygodnych świadków, przekupstwo, szantaż, zastraszanie, niszczenie ludzi, oszczerstwo, posługiwanie się mediami i policją w celu wybielenia własnego wizerunku i zatarcia śladów. Z takimi ludźmi nie wygra się po dobroci. To nie są ludzie do debaty, dyskusji, ustalania stanowisk, negocjacji uwzględniających interesy wszystkich stron.
To nie są ludzie, którym na sercu leżą wartości czy kraj, na którym pasożytują.

Chcę to jasno powiedzieć: w mojej opinii zarówno PiS, jak i związany z nim Kościół katolicki (wzajemne wspieranie się obu tych instytucji jest także bardzo charakterystyczne) to obecnie potężne instytucje władzy, działające wyłącznie w celu zwiększenia swoich wpływów, powiększenia majątku i które, żeby to zrobić nie cofną się absolutnie przed niczym.

Po zapoznaniu się z pomysłem ministra Ziobry, żeby sędziami pokoju zostawali nie sędziowie, nawet nie prawnicy, a po prostu ludzie, którzy ukończyli 35 lat i mają „doświadczenie życiowe” (czy istnieje bardziej uznaniowe kryterium?) i po wysłuchaniu konferencji biskupów na temat pedofilii w Kościele, której przesłanie było aż nadto jasne: będziemy bronić pedofilów i mydlić wam oczy, dopóki tylko zdołamy i ujdzie to nam na sucho – przestałam mieć najmniejsze wątpliwości. Po dobroci z nimi się nie da.

Tak na PiS, jak i na Kościół katolicki jest tylko jedna metoda: twarde i konsekwentne, choć zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy, przykładne, choć sprawiedliwe ukaranie winnych, nie zważając na krzyki i płacze kolegów partyjnych, którzy oczywiście będą wydzierać się wniebogłosy, że dzieje im się straszna krzywda i zmiana przepisów w taki sposób, żeby można było z urzędu niejako, po przeprowadzeniu odpowiednich procedur, zdelegalizować każdą partię polityczną, łamiącą uporczywie, konsekwentnie, świadomie i celowo prawo i postawić przed sądem każdą instytucję, której udowodni się, tak jak Kościołowi katolickiemu, celowe i systemowe, wieloletnie krycie przestępców, w tym wypadku seksualnych (choć i inne ma Kościół na koncie). I wprowadzenie do Konstytucji i innych ważnych aktów prawnych odpowiednich zabezpieczeń przewidujących taki rozwój wypadków w przyszłości.

Na początku byliśmy otumanieni i bezradni i nie bardzo rozumieliśmy, co się właściwie dzieje i to była najzupełniej normalna reakcja. Tak reagują normalni, spokojnie ludzi w zetknięciu z bandyckimi metodami. Ale czas na zmianę podejścia. Bycie miłym w żadnym wypadku nie wystarczy. A naiwność będzie kosztować nas Polskę.

We wtorek 19 marca odbyła się rozprawa Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego o status nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. Zamiast przedstawiciela MSZ polski rząd reprezentował de facto prokurator – wysłannik Zbigniewa Ziobry. Chciał wyłączyć z rozprawy… samego prezesa TSUE za „brak bezstronności”

W pytaniach z 30 sierpnia oraz 19 września 2018 Sąd Najwyższy pytał TSUE o „zdolność KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów” w związku z jej upolitycznieniem. A także o to, czy Izba Dyscyplinarna SN, którą w 2018 roku powołał do życia rząd PiS „będzie sądem niezależnym i niezawisłym w rozumieniu prawa unijnego”.

SN argumentował, że w nowej Izbie zasiadają wyłącznie sędziowie wybrani przez KRS, której „sposób wyboru i funkcjonowania” uznaje za wątpliwe. Została bowiem uzależniona od władzy ustawodawczej i wykonawczej – 6 marca 2018 roku 15 członków-sędziów KRS powołali posłowie PiS i Kukiz’15.

Podczas wtorkowej rozprawy polski rząd zapewniał Trybunał, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a pytania prejudycjalne SN są „bezprzedmiotowe”. Przypominał, że rząd PiS znowelizował ustawę o Sądzie Najwyższym, zatem pytania o status KRS tracą punkt zaczepienia i powinny zostać wycofane.

„Rząd argumentował, że w Polsce wszystko jest w porządku. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki” – komentuje dla OKO.press mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, która prowadzi w TSUE sprawę pytań SN.

Trybunał ostatecznie nie przychylił się do argumentacji rządu – uznał, że pytania SN są dopuszczalne. I przekazał je do rozpatrzenia rzecznikowi generalnemu (fr. avocat général). Opinię rzecznika poznamy 23 maja 2019 roku, czyli tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na jej podstawie, w ciągu około dwóch tygodni zapadnie ostateczny wyrok TSUE.

Uczestnikom wtorkowej rozprawy rzuciła się w oczy interesująca zamiana miejsc. Jako przedstawiciel polskiego rządu częściej niż właściwy pełnomocnik – Bogusław Majczyna z MSZ – wypowiadał się prokurator Tomasz Szafrański z Prokuratury Krajowej.

Ekspansywny prokurator

„Prokurator Szafrański przez całe spotkanie próbował zabierać głos poza kolejnością i bez trybu, podnosił rękę i przerywał. Gdy udzielono mu głosu, przekraczał limity czasu, nie reagował na upomnienia przewodniczącego. W zasadzie wypowiadał się za polski rząd” – mówi OKO.press mec. Michał Wawrykiewicz.

Wawrykiewicz wraz z mec. Sylwią Gregorczyk Abram prowadzi w TSUE sprawę pytań SN. Oboje są członkami stowarzyszenia „Wolne Sądy”.

„Gdy zostało mu to wytknięte miał odpowiedzieć, że czuje się Polakiem, patriotą i występuje w imieniu polskiego rządu dla dobra państwa” – dodaje Wawrykiewicz.

Na samym początku posiedzenia Szafrański próbował poza kolejnością złożyć wniosek o odroczenie postępowania. Mimo że procedury nie przewidują odroczenia w momencie, gdy data rozprawy została już wyznaczona. „To działanie bez żadnego trybu” – komentuje Sylwia Gregorczyk-Abram.

Odroczenie miałoby dać prokuraturze więcej czasu, by na piśmie wnioskować o wyłączenie z rozprawy niektórych sędziów TSUE. Zdaniem Wawrykiewicza i Gregorczyk-Abram prokuratura opacznie zrozumiała pismo porządkowe wysyłane przez Trybunał przed rozprawą. Na jego podstawie uznała, że ma 15 dni na złożenie wniosku o wyłączenie z rozprawy danego sędziego.

O kogo chodziło? Pod koniec posiedzenia Szafrański złożył wniosek o wyłączenie z orzekania przewodniczącego Trybunału Koena Lenaertsa. Argumentował, że Lenaerts „wypowiadał się na temat reform wymiaru sprawiedliwości i uczestniczy w polskich konferencjach” organizowanych przez stowarzyszenie sędziów Iustitia i Sąd Najwyższy. Nie jest zatem w bezstronny.

Wniosek ten został jednogłośnie odrzucony. Nie poparł go nawet przedstawiciel polskiego rządu.

Sędziowie pytają o KRS

Po wystąpieniach mec. Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza, Komisji Europejskiej, EFTA, polskiego rządu, i prokuratury sędziowie TSUE mieli czas na zadawanie pytań. Jak podkreślają członkowie „Wolnych Sądów”, 90 proc. z nich było skierowanych do Bogusława Majczyny.

TSUE pytał Majczynę zwłaszcza o skrócenie kadencji poprzednich członków KRS. Sędzia-sprawozdawca powoływał się na art. 187 konstytucji, który precyzuje, że trwa ona cztery lata.

Pełnomocnik rządu przyznał, że kadencje została skrócone. Ale zaznaczył, że tylko nieznacznie – o dwa dni. Przypomniał przy tym wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że kadencje wszystkich członków KRS powinny zaczynać się i kończyć w tym samym dniu. Rząd miał więc być niejako zmuszony do skrócenia kadencji, by dostosować się do postanowienia TK.

„Prawda jest taka, że oni poszli do „swojego” Trybunału by dostać taki wyrok, jakiego sobie życzyli. Celem było to, by mieć podstawę do skrócenia kadencji członków KRS i obsadzenia jej „swoimi”. Trybunał to przypieczętował. Rząd opiera argumentację w TSUE na wyroku TK podporządkowanego władzy” – komentuje Michał Wawrykiewicz.

Sprawa „kamikadze”

Sędziowie TSUE pytali polski rząd także o kryteria wyboru sędziów do KRS i Sądu Najwyższego.

„Trybunał interesowało jak te kryteria są rozumiane, kto przygotowuje listy sędziów, jak kandydatury są weryfikowane i kto o tym decyduje” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

TSUE prosił również o wyjaśnienia w sprawie art. 44 ustawy o KRS, który mówi o trybie odwołania od negatywnej opinii KRS w procesie rekrutacji na stanowiska sędziowskie w SN. Po zmianach wprowadzonych przez rząd PiS do zablokowania uchwały KRS zaskarżyć ją muszą wszyscy uczestnicy postępowania. W innym przypadku automatycznie staje się ona prawomocna.

Przepis ten oraz cały system naboru testowali w październiku „sędziowie-kamikadze„, którzy zgłosili swoje kandydatury do Sądu Najwyższego, m.in. Waldemar Żurek.

„Majczyna powiedział, że chodziło o to, by nie wstrzymywać procedury powołania sędziów SN. Skłamał, bo w art. 44 ust. 2 jest mowa o tym, że Naczelny Sąd Administracyjny ma dwa tygodnie na rozpoznanie odwołania. To była kwestia dwóch tygodni, ale rząd się nie wstrzymywał” – podkreśla Wawrykiewicz.

Izba Dyscyplinarna

Jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy Bogusław Majczyna mówił dziennikarzom, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego „ma wszelkie znamiona niezależnego sądu”. Podczas posiedzenia podkreślał, że fakt, że została wybrana przez nową KRS „nie ma najmniejszego wpływu na jej niezależność”.

Wtórował mu prokurator Szafrański. Stwierdził, że „Izba Dyscyplinarna ma gwarancje niezależności większe niż inne sądy. Nie ma w niej jakichkolwiek powiązań z władzą ustawodawczą i wykonawczą”.

„Rząd argumentował, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki. To rozjuszyło prokuratora. Stwierdził, że do żadnych prześladowań nie dochodzi, że to „fantazmaty publicystyczne”. Wymieniliśmy więc nazwiska sędziów, którym postawiono zarzuty, tłumacząc też zmianę w postępowaniach dyscyplinarnych i efekt mrożący” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

O tym, że Izba Dyscyplinarna powołana do życia przez rząd PiS, ma być młotem na niezależnych sędziów pisaliśmy w OKO.press już w sierpniu 2018 roku. Od tego czasu zdążyła przydać się politykom. W październiku jej ówczesny prezes Jan Majchrowski pisał do TSUE, że pytania prejudycjalne SN są niedopuszczalne.

Sędziowie TSUE dopytywali, kto sprawuje kontroluję nad Izbą Dyscyplinarną w sytuacji, gdy ta złamie prawo. Bo Izba pozostaje poza kontrolą Pierwszego Prezesa SN. Zdaniem ekspertów przypomina w tym „sąd specjalny”, który może zostać powołany tylko na czas wojny.

Ks. Jankowski smaży się na patelni Belzebuba. I to jest jego pomnik w zaświatach

5 Mar

„Aleksandra Dulkiewicz chce zlikwidować pomnik ks. Jankowskiego? Jako praktykujący katolik biję brawo. Pewni duchowni nie mogą stać na cokołach czy być przenoszeni z parafii do parafii. Ich miejsce jest w…….. (proszę dopisać sobie)” – napisał na Twitterze Zbigniew Boniek. Prezes PZPN rzadko zabiera głos w sprawach nie związanych z dziedziną, którą się zajmuje na co dzień.

Nowa prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz w rozmowie z RMF FM stwierdziła, że jej zdaniem „miejsce pomnika księdza prałata Henryka Jankowskiego jest na terenie prywatnym, a nie w przestrzeni publicznej”. Na sesji Rady Miasta Gdańska w najbliższy czwartek radni będą głosować nad trzema uchwałami: w sprawie odebrania ks. Jankowskiemu tytułu honorowego obywatela miasta, zmiany nazwy skweru, na którym stoi pomnik duchownego i rozbiórki pomnika.

Pod wpisem Bońka pojawiło się wiele komentarzy. – „Zgadza się… nawet jak są wątpliwości, to dla dobra Kościoła takie pomniki powinny być usuwane”;

„Coś mało piłkarskiego… aczkolwiek przy odrobinie fantazji można powiązać z piłką. Gdańsk. Lechia. Juventus. Boniek. Ale zupełnie poważnie…. nie da się z tym zdaniem nie zgodzić”.

Tak jak nie udało się ukryć tej tablicy, tak nie uda się ukryć funkcjonariuszom PiS-u prawdy o układzie Kaczyńskiego, niezależnie czy będą z CBA, ABW, czy będzie to marszałek Sejmu – mówił na konferencji prasowej Marcin Kierwiński. Posłowie PO zdecydowali się postawić przed wejściem do klubu PO-KO nową tablicę, po tym jak w poniedziałek straż marszałkowska zdeponowała starą. – Zrobimy wszystko, aby każdego dnia pokazywać układ władzy, który rodził się na naszych oczach – zapewnia poseł Cezary Tomczyk. Dlatego za każdym razem jak tablica będzie znikać, będzie się pojawiać kolejna.

Tablica powróciła

– Przedstawiamy kolejny raz „Układ Kaczyńskiego”, czyli układ władzy, który pokazuje sieć powiązań pomiędzy politykami PiS i spółką Srebrna – mówił na konferencji prasowej poseł Cezary Tomczyk, prezentując nową, ale taką samą tablicę z „Układem Kaczyńskiego”.

Przypomnijmy, stojąca tam wcześniej od 19 lutego tablica zniknęła w poniedziałek po interwencji straży marszałkowskiej. Pozostaje w depozycie. Posłowie PO nie mogą jej nawet odebrać. – Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której tablica będzie mogła być wydana wtedy, kiedy PiS wyrazi zgodę, a że nie wyrazi zgody, to nie może być wydana – tłumaczy poseł Marcin Kierwiński.

– Nie może być tak, że prawda znajdzie się pod schodami lub zostanie aresztowana, bo władzy wydaje się, że można coś ukryć. Nie ma takiej możliwości, aby ukryć układ Kaczyńskiego. Cała Polska słyszała nagrania opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” i wie, że Jarosław Kaczyński negocjował z austriackim biznesmenem budowę wież w centrum Warszawy – dodaje Tomczyk.

Posłowie PO tłumaczą, że tablica nie jest wystawą, jak twierdzi marszałek Sejmu Marek Kuchciński, ale informacją i materiałem poglądowym.

„Nie uda się ukryć prawdy”

– Zrobimy wszystko, aby każdego dnia pokazywać państwu układ władzy, który rodził się na naszych oczach. Przez lata Jarosław Kaczyński mówił o układzie, a paradoks polega na tym, że żadnego układu nie znalazł, za to jeden stworzył – układ władzy w oparciu o najważniejszych polityków PiS-u, spółkę Srebrna, biznesmenów i niejasne rozmowy. Chcemy ten układ pokazać – przekonuje poseł Tomczyk.

Posłowie zapowiadają, że za każdym razem jak tablica będzie znikać, będą wystawiać nową.

– Tak jak nie udało się ukryć tej tablicy, tak nie uda się ukryć funkcjonariuszom PiS-u prawdy o układzie Kaczyńskiego, niezależnie czy będą z CBA, ABW, czy będzie to Marszałek Sejmu. Prawda o tym układzie i o tym, co robił na zapleczu rządu, musi być i będzie wyświetlona. Niezależnie od tego jak wiele razy marszałek Kuchciński i inne służby państwowe będą starały się pokazać Polakom, że sprawy nie ma, my będziemy takie akcje organizować – mówi Marcin Kierwiński.

Poseł PO Krzysztof Brejza zwraca się także do Jarosława Kaczyńskiego: – Panie prezesie, będzie pan musiał spojrzeć na siebie samego jak w lustro. Jest pan w centrum tej tablicy.

– To tablica „półkownik”. Za komuny były filmy chowane na półkach, których opinia publiczna nie mogła oglądać. Teraz mieliśmy do czynienia z próbą ukrycia tablicy o srebrnym układzie ludzi PiS. Są na niej ludzie służb poprzedniego systemu, ludzie służb obecnego systemu, współpracownicy Srebrnej, sekretarki i kierowcy prezesa, ludzie którzy w jego imieniu zarządzają wielkim imperium finansowym – dodaje Brejza.

Rząd szykuje nam kolejny spór z Unią Europejską – tym razem o KRS

Trybunał Konstytucyjny „przypadkowo” wyznaczył termin rozprawy w sprawie konstytucyjności powołania neoKRS na kilka dni przed spodziewanym wyrokiem TSUE, który także może dotyczyć tej kwestii. Dlaczego?

Sprawa wydaje się jasna. Jeśli TK stwierdzi, że powołanie neoKRS było prawidłowe, a TSUE powie, że nie, polski rząd zyska argument, żeby z wyrokiem TSUE się nie zgodzić. W efekcie będziemy mieć kolejny konflikt z Unią Europejską. Oczywiście będzie on okraszony sosem suwerenności, wstawania z kolan i dumy narodowej. W rzeczywistości będzie oznaczał, że dla obrony kilkunastu stołków obsadzonych w KRS decyzją polityczną po raz kolejny nasz rząd jest gotów poświęcić dobre relacje Polski z Unią Europejską.

Przypomnijmy, że większość polskich sędziów nie uważa neoKRS za podmiot ich reprezentujący i realizujący swój konstytucyjny cel, jakim jest ochrona niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Z całą pewnością więc ochrona składu osobowego neoKRS nie jest podyktowana zapewnieniu temu organowi możliwości pełnienia jego funkcji. Chodzi o zachowanie politycznej kontroli nad powoływaniem sędziów. Dla tego politycznego celu próbuje się wykorzystać Trybunał Konstytucyjny jako taran do uderzenia w Trybunał Sprawiedliwości UE i rozpętać kolejny spór, dzięki któremu będzie można pokazać polskiemu społeczeństwu, jaka ta Unia okropna.

Apeluję z całego serca do sędziów TK, żeby nie dali się wykorzystywać politykom jak marionetki. Prawdziwych sędziów stać na wyrok zgodny i z Konstytucją, i z wartościami unijnymi – pomiędzy nimi nie ma przecież sprzeczności. Stać ich na wyrok zgodny nie z doraźnym interesem grupy polityków, ale z polskim interesem narodowym, który może realizowany jedynie w ramach współpracy z Unią Europejską. Bardzo chciałbym, żeby ten wyrok był dowodem na to, że Trybunałem Konstytucyjnym nie powinno się pomiatać, składając doń absurdalne wnioski (takim wnioskiem jest kwestionowanie konstytucyjności po to, żeby ją potwierdzić) i wykorzystując go jako polityczne narzędzie w walce o wąski partyjny interes.

Kaczyński, Glapiński, Morawiecki idą na dno w swoim bagnie. Czy potraktować ich kijem, czy wysłać na banicję?

2 Mar

Na antenie radia RMF FM prezes Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu, w którym odniósł się do sprawy budowy bliźniaczych wieżowców, nadchodzących wyborów i partyjnego programu wyborczego. W rozmowie z Krzysztofem Ziemcem szef PiS stwierdził, że złożyłby zeznania przed prokuraturą i jednocześnie zaznaczył, że budynek przy Srebrnej nie mógł powstać, bo „w Polsce nie ma praworządności„.

>>>

Ten fragment wypowiedzi prezesa natychmiast skomentował Lech Wałęsa. „Wieże+” – napisał na swoim Twitterze były prezydent, nawiązując tym samym do sztandarowego programu wyborczego partii rządzącej „500+”, który jak ujawnił w wywiadzie Kaczyński był jego własnym pomysłem.

W wywiadzie została poruszona również sprawa katastrofy smoleńskiej. Kaczyński powiedział, że „trwają prace dotyczące wyjaśnienia katastrofy, ale lepiej nie bulwersować opinii publicznej, nie prowadzić do wznowienia dyskusji, póki nie ma ostatecznych wyników.”

Również i te słowa prezesa doczekały się natychmiastowego wpisu ze strony Lecha Wałęsy, który nie krył oburzenia: „Dochodzimy do prawdy”. Bulwersująca ściema przez 96 miesięcy, kosztem podatników i traumy rodzin ofiar katastrofy. Chodziło tylko o to żeby bratu wystawić pomnik większy niż Piłsudskiego którego pilnuje policja w reprezentacyjnym miejscu w Warszawie.”

Na koniec były prezydent odniósł się do wypowiedzi Kaczyńskiego na temat jego słabości, jaką jest oglądanie rodeo, które go strasznie bawi i śmieszy. „Rodeo będziesz miał już niedługo w wyborach” – napisał w swoim stylu Lech Wałęsa.

Po przedwczesnym wystrzeleniu się z wyborczych obietnic, tym razem ze znacznym opóźnieniem Jarosław Kaczyński zabrał się za pudrowanie swojego nadwątlonego taśmami wizerunku. Tym razem, po „mocnym” wywiadzie dla tygodnika „Sieci” zdecydował się udzielić odpowiedzi byłemu już dziennikarzowi „Wiadomości” TVP Krzysztofowi Ziemcowi na antenie RMF FM.

Wśród wielu wątków poruszonych w rozmowie na uwagę zasługuje szczególnie ten dotyczący taśm. Ziemiec zaczął wątek pytaniem: „Jeśli prokuratura zdecydowałaby o wszczęciu śledztwa i wezwała pana, stawi się pan na takie przesłuchanie?”. Kaczyński odparł, że oczywiście i dodał znamienne zdanie: „Jestem obywatelem jak każdy inny”. I jak każdy inny może „bez żadnego trybu”?

Kontynuując odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a szwindel, w którym brał udział wynikał tylko z miłości do naszej wspólnej sprawy – Polski. „[…] chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee. […] I gdyby ten budynek, o który chodzi, powstał, to Instytut Lecha Kaczyńskiego stałby się fundacją bardzo silną, a w dalszej perspektywie […] byłaby ta fundacja, czy ten instytut jeszcze dużo silniejszy. Krótko mówiąc: to chodziło właśnie o to, by wykorzystać pewne możliwości. Bo ta działka na Srebrnej to jest pewna możliwość”. 

Na koniec butnie wylał swe żale na to, że prawo krępuje jego biznesowe zapędy. Mówił: „Nie udało się z powodów przede wszystkim związanych z brakiem praworządności w Polsce, to znaczy w Polsce może być tak, że po prostu z powodów czysto politycznych i personalno-politycznych można czegoś odmówić instytucji, która ma do tego prawo”.

Czy wobec tego Prawo i Sprawiedliwość rozumie dewizę ze swojej nazwy, jako podporządkowanie prawa biznesowym interesom swoich członków?

Później redaktor zapytał o zasadność śledztwa prokuratorskiego, które ostatecznie pozwoliłoby oczyścić się Kaczyńskiemu z zarzutów. Prezes Prawa i Sprawiedliwości odpowiedział: „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma, ale to jest już decyzja prokuratury. I ja nie chcę w żadnym wypadku na nią wpływać”.

Samo zdanie „ja nie chcę w żadnym wypadku na nią [decyzję prokuratury] wpływać” zawiera jasną sugestię, że Kaczyński, po pierwsze ma moc do tego, żeby na decyzję prokuratury wpłynąć, po drugie, robi to publicznie naciskając podczas radiowego wywiadu, co zauważył słusznie Roman Giertych.

Jarosław Kaczyński ma się czego bać, dlatego udzielił wywiadu dla bezpiecznego redaktora, który pozwolił mu na subtelny przekaz dla Zbigniewa Ziobry. Mówiąc, że śledztwo nie ma sensu, nie brzmi wiarygodnie stawiając się w roli sędziego we własnej sprawie. Czyżby bał się, że śledztwo wywlecze na wierzch poważniejsze występki, bądź zaktualizuje listę haków łasego na władzę w Zjednoczonej Prawicy Ziobry?

Posłowie Platformy Obywatelskiej-Koalicji Obywatelskiej zapowiedzieli  złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w Narodowym Banku Polskim. Tym razem ma chodzić o kierowanie do rad nadzorczych instytucji finansowych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji określonych przez UE. – Do tej pory nie znamy kompetencji pań, które w tej instytucji zasiadają – mówił w Sejmie Jarosław Urbaniak z PO.

Posłowie PO-KO odnieśli się do opublikowanych przez NBP zarobków pracowników. Na mocy specjalnej ustawy NBP musiał ujawnić, ile zarabiają w Narodowym Banku Polskim współpracowniczki prezesa Glapińskiego: szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z doniesień medialnych wynikało, że panie zarabiają po 65 tys. złotych miesięcznie. NBP dementował te informacje na konferencji po posiedzeniu RPP na początku stycznia. Wówczas dyr. Ewa Raczko zapewniała: – Na pewno nie zarabia rewelacyjnych 65 tys. zł. Tego typu zarobki występują na stanowiskach prezesów. Wojciechowska może być w grupie osób zarabiających nieco więcej, niż przeciętne wynagrodzenie dyrektora.

– Przez 3 miesiące prezes Glapiński nie był w stanie odpowiedzieć na nasze pytania, dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego zarabia o 22 tys. więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, merytorycznych, zarządzających, zajmujących się ryzykiem – mówi Krzysztof Brejza.

Dla kogo ekskluzywna willa

Ale to nie jedyne pytania, jakie posłowie opozycji zadali prezesowi Glapińskiemu. Pytali też o wyjazd do Davos, wynajem ekskluzywnej willi, a także o to, kto uczestniczył w wyjazdach zagranicznych.

– Będziemy pytać dalej, prezes Glapiński nie zaknebluje nam ust – mówił Krzysztof Brejza i zapowiedział, że przygotowywane są kolejne wnioski w trybie ustawodawczym o dostęp do informacji publicznej. – Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę nt. tego, jakie wielkie księstwo, państwo szejków pobudowane zostało w NBP – mówił poseł PO.

Jakie kompetencje maja tzw. dwórki?

Jarosław Urbaniak poinformował, że w związku z tym, że nie ma nadal odpowiedzi prezesa Glapińskiego na temat kompetencji pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, jakie zgodnie z prawem muszą spełniać.

Jak tłumaczył Jarosław Urbaniak, te kompetencje są dokładnie opisane przez instytucje unijne. Szczegółowy zapis kompetencji został wprowadzony po doświadczeniach z kryzysem greckim.

– To kolejny strzał w stopę pana Glapińskiego. Tuż przed ustaleniem budżetu europejskiego,UE dowiaduje się, że we władzach krajowego depozytu papierów wartościowych zasiadają osoby niekompetentne – mówił Urbaniak.

– Do dzisiaj nie znamy kompetencji pań, które w tych instytucjach zasiadają – dodaje poseł PO.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.

Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.

Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.

Pragmatyzm PSL

„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.

„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.

PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.

Na lewicy Nowacka

Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.

Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.

W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.

Biedroń walczy na własną rękę

Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.

Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.

Mamy w Polsce świetlaną tradycję państwa podziemnego, nie jesteśmy więc skazani na czczenie zbrodniarzy. Ci, którzy gloryfikują Łupaszkę czy Burego, robią tak z wyboru, a nie konieczności.

Dzień tzw. żołnierzy wyklętych, czyli bojowników zbrojnego podziemia antykomunistycznego po 1945 r., stał się dla środowisk narodowej prawicy nową okazją do demonstrowania uwielbienia dla przemocy i pogardy dla norm świata cywilizowanego.

Spór nie polega na tym, czy przyznajemy słuszność tym, którzy sprzeciwiali się systemowi narzucanemu Polsce po wojnie przez Związek Sowiecki. Oczywiście, że przyznajemy. Nie kłócimy się nawet o to, czy walkę przeciw instalowanemu komunizmowi można było prowadzić z bronią w ręku. Można było. W obliczu przemocy, aresztowań, wywózek na Sybir wielu żołnierzy podziemia nie widziało innego wyboru, jak pozostać w lesie. Byli też tacy, którzy po rozwiązaniu AK wrócili do cywila, ale zagrożeni aresztowaniem ponownie dołączyli do oddziałów zbrojnych.

Przedmiotem sporu jest natomiast kwestia, jakich metod w walce zbrojnej można używać i do kogo można strzelać. Wojna też ma swoje prawa i jest regulowana międzynarodowymi konwencjami, które zabraniają mordować ludność cywilną. Nawet tocząc wojnę sprawiedliwą w słusznej sprawie nie wolno strzelać do kobiet ani dzieci, nie wolno uprowadzać chłopów z wozami do lasu, a następnie ich rozstrzeliwać.

A właśnie takie zbrodnie mają na sumieniu niektórzy z ludzi lansowanych ostatnio na „bohaterów narodowych”. Co gorsza, są oni lansowani nie tylko przez nacjonalistycznych ekstremistów spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” stał się w 2016 r. wielką uroczystością państwową, a sam „Łupaszka” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika. Jego gloryfikatorom z prezydentem RP Andrzejem Dudą jakoś nie przeszkadza fakt, że ten żołnierz AK miał na sumieniu zbrodnię wojenną polegającą na wymordowaniu – w odwecie za zbrodnię litewską we wsi Glinciszki – cywilnych mieszkańców wsi Dubinki na Wileńszczyźnie, w tym kobiet i nieletnich, zresztą nie tylko Litwinów, bo wśród ofiar trafiła się też Polska z kilkuletnim dzieckiem.

Inny idol narodowej prawicy Romuald Rajs „Bury” odpowiada za zamordowanie w Puchałach Starych na Podlasiu w 1946 r. 30 chłopów-furmanów, których najpierw uprowadził i zmusił do transportowania jego oddziału. Zamordowani byli prawosławnymi Białorusinami i wszystko wskazuje na to, że właśnie to kryterium religijno-etniczne było powodem zbrodni, bo furmani narodowości polskiej zostali puszczeni wolno.

Takich oto bohaterów podsuwa nam nacjonalistyczna prawica jako wzorzec godny upamiętnienia, czczenia i naśladowania. A w tym samym czasie strasznie się oburza i potępia Ukraińców gloryfikujących żołnierzy UPA, którzy mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W tym przypadku jej stanowisko jest klarowne i precyzyjne: nie można rozgrzeszać i czcić zbrodniarzy, nawet jeśli walczyli o wolność swej ojczyzny.

Więc jak to jest, panowie prawicowcy, banderowców nie można gloryfikować, a Burego i Łupaszkę można? Ukraińcy mordujący polskich wieśniaków na Wołyniu są zbrodniarzami, a Polacy mordujący litewskich wieśniaków na Wileńszczyźnie i białoruskich na Podlasiu kim są? Bohaterami narodowymi?

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że czczenie przez Polaków polskich zbrodniarzy wojennych jest tak samo naganne jak czczenie przez Ukraińców zbrodniarzy ukraińskich. W rzeczywistości bowiem jest bardziej naganne i kompromitujące. Taka postawa bardziej obciąża polskie sumienia niż ukraińskie. Z tego prostego powodu, że Ukraińcy nie mają wyboru – UPA była jedyną formacją walczącą w czasie II wojny światowej o wolną Ukrainę. Każdy naród musi i chce czcić tych, którzy przelewali krew za ojczyznę – a tragedia i przekleństwo ukraińskiej historii polega na tym, że ta sama armia podziemna reprezentuje tradycję niepodległościową i ma na sumieniu masowe zbrodnie.

My w Polsce nie mamy takiego problemu – sięgając po wzorce z przeszłości, możemy się odwołać do czystej tradycji państwa podziemnego i Armii Krajowej, która jako całość nie splamiła się zbrodniami wojennymi ani nie ma na sumieniu czystek etnicznych. Mamy pod dostatkiem świetlanych postaci mogących służyć za przykład i inspirację. Mamy Jana Karskiego, Władysława Bartoszewskiego, ludzi organizujących w ramach polskiego państwa emigracyjnego i konspiracyjnego Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Mamy powstańców warszawskich. Mamy setki tysięcy ludzi tworzących w czasie wojny największą podziemną armię na świecie. W przeciwieństwie do Ukraińców mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na czczenie zbrodniarzy.

Ci, którzy stawiają na piedestale Łupaszkę, Burego czy żołnierzy NSZ kolaborujących z hitlerowcami i odpowiadających za zbrodnie na Żydach, czynią tak nie dlatego, że nie mają wyboru. Mają wybór. Ale wolą tych idoli. To najlepiej pokazuje, jaki jest ich system wartości i kim są.

„Mateusz Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina” – przekonuje publicysta Piotr Zaremba.

Jest jak pokerzysta, któremu karta nie idzie, więc podwaja stawkę i gra o wszystko” – napisał o premierze Mateuszu Morawieckim Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego. Od dwóch polityków Prawa i Sprawiedliwości usłyszałem, że ten tekst, zawieszony na stronie klubu, zrobił pewne wrażenie w obozie rządowym.

Kasjer od wypłat

Mazur sformułował tę ocenę roli Morawieckiego przy okazji skrytykowania najświeższego pomysłu PiS na wygranie wyborów za pomocą 40 mld zł, w dużej mierze rozdawanych obywatelom. Zwrócił uwagę, zresztą nie on jeden, na dokonanie strategicznego wyboru: finansowania konsumpcji zamiast naprawy, jak to nazywa Mazur, różnych polityk publicznych (a w szerszym sensie kosztem rozwoju).

Nie o wszystkim da się tak powiedzieć. Zamiar dofinansowania połączeń komunikacyjnych ma naturę prorozwojową, cywilizacyjną. Tym niemniej warto przypomnieć, że Morawiecki zaczynał karierę w rządzie PiS od wypowiadanych na zamkniętych zebraniach przestróg przed rozdawnictwem traktowanym jak lek na wszystko. Dziś staje się tego rozdawnictwa twarzą.

Pewnie znajdzie środki, choć zapowiedzi sfinansowania wszystkiego z uszczelnienia systemu podatkowego brzmią gołosłownie. Trzeba będzie ciąć inne cele. A przy okazji zmienić się – mowa nadal o premierze – w kasjera od wypłat.

Pisowscy obserwatorzy boją się bardziej innych konsekwencji, też wyborczych. – Mówiliśmy, że nie mamy dużo mniejszych pieniędzy dla nauczycieli czy lekarzy. Teraz możemy dać tym grupom jedynie ochłapy, co wpłynie na kampanię. A na dokładkę musimy się tłumaczyć, skąd mamy te 40 mld zł – relacjonuje ważny polityk obozu rządowego, dodajmy, w przededniu strajku szkolnego, który może zakłócić egzaminy.

Oczywiście mój rozmówca nie będzie zarazem kwestionować rozmachu budżetowych prezentów. Możliwe przecież, że ich adresaci zaważą na wynikach wyborów, są to wszak grupy najszersze. Komentatorzy próbujący się przebić ze swoimi przestrogami wypadają w takim przypadku jak śmieszni osobnicy idący z parasolem naprzeciw huraganowi.

Na kłopoty wyścig z Wiosną

Trudno też nie zauważyć dodatkowych, można rzec, łagodzących okoliczności. Opozycja w głównym nurcie nie prezentuje zasadniczo odmiennego programu, a pierwszą reakcją Grzegorza Schetyny było podkreślenie, że 500 plus na pierwsze dziecko to pomysł Platformy Obywatelskiej. Ten rządowy pakiet jest także odpowiedzią na ofensywę Roberta Biedronia. To Wiosna przypomniała o niezrealizowanej obietnicy przywrócenia autobusu w każdej gminie, trzynastka dla emerytów to replika na żądanie emerytury obywatelskiej itp.

Można by rzec, że powstanie ruchu Biedronia przesądziło o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata. Będzie się ona toczyć w cieniu licytacji nie tylko na ekonomiczny interwencjonizm (to dzieje się od lat), lecz także oznacza grę najprostszymi finansowymi transferami, często tracącymi pierwotne cele. Efekt pronatalistyczny programu 500 plus okazał się wątpliwy, a w przypadku pieniędzy na pierwsze dziecko jest wątpliwy jeszcze bardziej. Istotą staje się redystrybucja. Ona oczywiście zmienia trochę strukturę społeczną. Ale jej skutki w tej sferze pozostają niejasne, nieprzewidywalne. Jednak efekty polityczne na kilka miesięcy przed wyborami są niewątpliwe.

Zarazem opozycja ma trochę racji, twierdząc, że ta ofensywa to także odpowiedź na kłopoty obozu rządowego. Kiedy nie udało się zaryzykować wcześniejszych wyborów parlamentarnych przed europejskimi, PiS zajrzała w oczy groźna perspektywa wielu miesięcy bez nowych celów mobilizujących publikę, za to pod znakiem rozliczania rządzących z afer i nawet drobnych potknięć. Częścią tego stała się wyraźnie wykreowana na potrzeby wyborcze „afera Srebrnej”, ale nic bardziej nie drażniło ostatnio jak wysokie zarobki protegowanych prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Doszły do tego inne porażki. Polityka zagraniczna nie jest w Polsce polem głównej rozgrywki, ale łatwo było przedstawić upokarzające nas wypowiedzi izraelskich polityków jako fiasko dotychczasowego kursu. Jarosław Kaczyński postanowił więc przeciąć wszystkie gordyjskie węzły za jednym zamachem. Nie korektami polityki podatkowej, manipulowaniem VAT czy kwotą wolną od podatku, a wielką narodową wypłatą. Wedle wszelkich informacji – dyskusji w kierownictwie PiS nie było. Sprawa rozegrała się między „Naczelnikiem” a premierem – przy czym ten ostatni otrzymał po prostu zadanie do wykonania: policzyć i przybrać w odpowiednie słowa.

Ten aspekt pozycji szefa rządu to kolejny powód zainteresowania w PiS takimi tekstami jak ten Mazura. Ścierają się skrajne wersje: premiera zagrożonego dymisją i premiera szykowanego na następcę. Trudno, aby politycy PiS nie śledzili takich wieści z zapartym tchem.

Latające nazwiska następców

Sami mają jedynie mglisty obraz sytuacji. Wszystko rozgrywa się w logice królewskiego dworu. Kogo nie ma w danej chwili w monarszej komnacie, ten jest skazany na plotki i domysły. Zresztą sama obecność też niczego nie gwarantuje. Wszystko może się rozegrać przed lub po oficjalnym spotkaniu. Partia nie ma nic wspólnego ze zbiorowością rozstrzygającą w następstwie dyskusji, gdzie wybiera się spośród rozmaitych wariantów. Rządowe agendy to jedynie przebudówki do dworskiego sposobu decydowania.

Historię o niebezpieczeństwach wiszących nad Morawieckim lansują, przesadnie, gazety opozycyjne typu „Newsweek”. Wiele wskazuje na to, że w kreowaniu takiej atmosfery uczestniczą z jednej strony politycy nielubiący premiera (Zbigniew Ziobro? członkowie zakonu PC?), z drugiej zaś otoczenie szefa rządu, które ulega częstym panikom.

Bywa, że informacje są nieprawdziwe. W internecie wieści o pisowskiej naradzie u Jarosława Kaczyńskiego po wypowiedzi Israela Katza i decyzji o wycofaniu się ze szczytu w Jerozolimie pojawiły się w dniu, kiedy nikt się nad niczym nie naradzał, a prezesa PiS nie było w ogóle w biurze. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pogłoski są generowane za wiedzą i zgodą „Naczelnika”. Trzyma on w ten sposób premiera w szachu, nie pozwalając mu wdawać się we własne gry. Choć w niektórych tygodniach spotykają się w cztery oczy prawie codziennie.

„Newsweek” twierdził, że po upokorzeniu Polski przez Izrael w powietrzu latały już nazwiska potencjalnych następców Morawieckiego. Jeśli latały, to chyba nie na serio – w tym samym czasie Kaczyński szykował się już do wielkiej operacji kupowania wyborców. Premier i jego ośrodek dowodzenia są mu potrzebni w tej operacji, aby zminimalizować złe skutki masowych nowych wydatków dla finansów publicznych. Zresztą Morawiecki stał się już twarzą permanentnej kampanii. Odkręcenie tego graniczy z szaleństwem.

Mamy raczej do czynienia z chwilową irytacją „Naczelnika”. Podobno nie miał świadomości, że u progu kampanii premier miał jechać na szczyt w Izraelu. Kaczyński jest człowiekiem, który zatwierdza nominacje nawet stosunkowo niskiego szczebla pracowników spółek Skarbu Państwa (to wszystko dzieje się na Nowogrodzkiej), ale czasem coś może mu umknąć.

Nie zauważa zresztą, że proizraelska nadgorliwość to tylko rezultat polityki, którą sam wymyślił i firmował. W modelu dworskim władca nie ponosi konsekwencji swoich wyborów, a z wadliwych detali rozliczani są ministrowie. Pogłoski o dymisji szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza w maju są więc całkiem wiarygodne. I byłaby to symboliczna porażka premiera, bo ten szef MSZ został dobrany po to, aby osłabić wrażenie zdominowania dyplomacji przez agresywną retorykę skierowaną do wewnątrz Polski. Ale tryb podejmowania takich decyzji nie zakłada partnerskich targów między numerem jeden a numerem dwa, Kaczyńskim a Morawieckim.

A może delfin

Jest i wersja druga, sprzeczna z tą pierwszą. Kiedy okazało się, że pośród kandydatów do Parlamentu Europejskiego jest jeden z najbardziej wszechwładnych polityków PiS Joachim Brudziński, to prof. Antoni Dudek napisał, że prezes czyści Morawieckiemu przedpole, aby ten zajął miejsce delfina. Przeczyłoby to mnożonym sygnałom o niepełnym zaufaniu między numerem pierwszym a drugim. Za to uzupełniałoby się z pojawiającymi się czasem plotkami o dalszych kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego.

Tyle że polityka, także ta personalna, rzadko przypomina precyzyjne ruchy w rozgrywce szachowej. Brudziński zaskoczył wszystkich – zdaje się, że prezesa również – prośbą o wysłanie do Brukseli. Na posiedzeniu kierownictwa PiS Kaczyński powołał się na „motywy osobiste” szefa MSWiA i podobno więcej w tym prawdy, niż można przypuszczać. Doraźnie oznacza to rzeczywiście usunięcie się z pola może najpoważniejszego rywala Morawieckiego. Rywala jednak potencjalnego, bo Brudziński starał się nie prowadzić z premierem wojen, a ich relacje były poprawne. Jeśli ktoś był wrogiem na co dzień, to Zbigniew Ziobro.

Otoczenie premiera nie dowierza, że wyjazd Brudzińskiego do Brukseli to sukces. Podejrzewa, że współpracownik prezesa, teraz podwładny Morawieckiego, po maju zyska czas i możliwości, aby wpływać na politykę krajową, wtrącać się w działalność partyjnego aparatu i szykować do rychłego powrotu. Rzecz w tym, że prawda może nie być ani taka, ani taka. Kaczyński z pewnością nie zrezygnował z ulubionego współpracownika. Już w 2010 r., kiedy kandydował na prezydenta, szykował go na ewentualnego następcę. Ale prezes PiS na ogół unika rozstrzygania takich rywalizacji przed czasem, ba, lubi je generować. W jego decyzję, aby samemu szybko wycofać się z polityki, trudno uwierzyć. Chyba że o czymś nie wiemy.

Na razie więc w kwestii pozycji premiera odpowiedź musi brzmieć: ani triumf, ani zgon. Zapowiadana na koniec maja rekonstrukcja rządu może być nawet odczytywana jako sukces Morawieckiego. Odejdzie na przykład do Brukseli Beata Szydło, odbierana jako inny jego potencjalny konkurent. Wprawdzie wicepremier nie umiała podgryzać polityki swojego szefa w mediach (w każdym razie tak skutecznie, jak robili to jego współpracownicy, kiedy ona była szefem rządu), ale zachowywała więź z lokalnymi działaczami, pośród których Morawiecki nigdy nie zyskał całkowitego miru.

Czy jednak ten sukces będzie taki przemożny? Wieści o odejściu Czaputowicza pokazują, że nie całkiem. Co więcej, jeśli przypisywać premierowi wyniesioną z korporacji dbałość o poziom kadr, decydować będzie trafność obsady resortów, a tu pierwsze informacje nie są zbyt optymistyczne. Jarosław Zieliński, obecny wiceszef MSWiA, jako potencjalny minister edukacji może być tylko produktem plotek, ale to symbol wyrzeczenia się aspiracji, aby mieć silny i ambitny gabinet.

To samo można zresztą powiedzieć (to już nie wiąże się bezpośrednio z Morawieckim) o części liderów list do Parlamentu Europejskiego.

Trzeba zrozumieć postawienie na głośne nazwiska, na pierwszą ligę. Ale eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który będzie w Brukseli tylko błądzącym po korytarzach statystą, to potraktowanie miejsc w europarlamencie jako synekur w nagrodę za wierność. Takich Jurgielów jest na listach więcej.

Ile się nie udało

Akurat na takie ostentacyjne postawienie logiki partyjnej ponad państwową Kaczyński może sobie pozwolić. Straty poniesione w ostatnich miesiącach są niewątpliwe, można by do nich dodać sondażowy efekt przedwyborczego jednoczenia opozycji, ale biorąc pod uwagę siłę artyleryjskiego ostrzału krajowych mediów i zagranicznych instytucji, a również mnogość porażek i błędów, nie są one aż tak wielkie. PiS okazał się trwale związany z Polakami, w jakiejś mierze teflonowy, nawet jeśli ten efekt słabnie.

Ostatni pakiet zapowiedzi to raczej dodatkowa polisa ubezpieczeniowa niż rozpaczliwy ratunek. Takie grzechy jak stawianie na słabych ludzi PiS może odkupić. Podobnie niefunkcjonalność systemu, w którym Polską próbuje się zarządzać z jednego skromnego gabinetu. Choć może, gdyby nie patologie nagminnego mieszania partii z państwem, cena nie musiałaby być tak wysoka jak 40 mld zł z budżetu państwa.

Oczywiście można też na to spojrzeć inaczej. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było wykreowanie nowych elit i trwała zmiana społecznej świadomości Polaków, efekty nie są porażające. Odniesiono tylko połowiczny sukces w uzależnianiu wymiaru sprawiedliwości od obecnego układu rządzącego. Z części zamysłów trzeba się było wycofywać, a inna część reformy sądów wciąż jest zagrożona interwencją instytucji europejskich.

Z tych samych powodów nie podjęto próby przebudowy rynku medialnego, poza przejęciem mediów publicznych i doraźnym wspieraniem własnych tytułów. TVP służy topornej partyjnej propagandzie, za to w mniejszym stopniu wykuwa postawy ideowe Polaków. Możliwe, że świeży mandat wyborczy ośmieli PiS w tym względzie. Chociaż przykład porażki w starciu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii sądownictwa, i to bez walki, pokazuje, że pole manewru nie będzie wielkie.

PiS nie zyskał większego wpływu na świat kultury, minimalnie skorygował układ sił na tym polu. Wielka kampania antyklerykalna różnych środowisk – od akcji „antypedofilskich” po film „Kler” – osłabiła efekt początkowej zmiany nastrojów w kierunku bardziej konserwatywnym. Możliwe, że Polacy są dziś odrobinę bardziej nieufni wobec dyrektyw płynących z Zachodu, możliwe też, że starcia ze środowiskami żydowskimi popychają różne środowiska w kierunku rządu. Ale straty mogą być tu równie bolesne jak zyski. Na dokładkę podgrzewanie nastrojów wokół tej tematyki grozi ekspansją skrajnej, całkiem nieobliczalnej prawicy.

Konserwator perpetuum mobile

PiS-owi jako najpewniejsza pozostaje sfera społeczno-gospodarcza, gdzie naturalnie odniósł kilka sukcesów. Jest nim zmniejszenie rozwarstwienia społecznego przy zachowaniu – na razie – względnej stabilności finansowej. Był to cel ważny dla wielu polityków PiS, w tym dla Kaczyńskiego. Wiązał też z rządem pokaźny elektorat.

Ostatnie przedwyborcze inicjatywy oznaczają jednak ewolucję tej polityki w kierunku rozdawnictwa na wielką skalę. Możliwe, że polskie finanse to wytrzymają, ale wyznacza to kierunek rozwoju na najbliższe lata. I oznacza przyznanie się do tego, że tylko za taką cenę PiS jest w stanie kupować sobie poparcie w innych sferach. Bez drenowania budżetu nie byłby go pewny. Ile w tym winy samej socjalnej prawicy, a ile zewnętrznych okoliczności, to inna sprawa.

W latach 30. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt, na którego Nowym Ładzie Kaczyński trochę się wzoruje, był oskarżany, że tworzy „kulturę zasiłku” jako swoiste perpetuum mobile gwarantujące jego partii zachowanie władzy. W USA, kraju o skądinąd całkiem innym modelu społecznym, dużo bardziej wolnorynkowym, zatrzymano się na tej drodze. Jak będzie w Polsce?

Nawet gdyby Mateusz Morawiecki odziedziczył kiedyś po Kaczyńskim władzę nad partią i nad Polską, nie będzie mógł łatwo zejść z tego kursu. Choćby dlatego, że większość zaciąganych dziś wobec Polaków zobowiązań państwa ma charakter permanentny. Ani obecnej opozycji nie będzie łatwo ich w przyszłości ograniczyć, ani samemu PiS. Dawny prezes banku musi znać cenę takiego modelu. Ile jest w tej najnowszej ofensywie z niego samego? Małe fragmenciki, zresztą te najmniej konkretne, kiedy zapowiada obniżkę kosztów pracy czy poprawę infrastruktury.

Przypomnę raz jeszcze: Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina.

Rydzyk i Brudziński na swoim, kler wypiera się pedofilii, jak to przestępcy

1 Mar

Producent kotłów parowych, wodnych i urządzeń kotłowych firma Rafako zajmie się budową Muzeum „Pamięć i Tożsamość” w Toruniu. Placówka potocznie nazywana jest „muzeum Rydzyka”, bo to fundacja redemptorysty Lux Veritatis zamierza uruchomić tę instytucję.  Otwarcie planowane jest na 2020 r.

Rafako to spółka, w której największe udziały ma obecny jej prezes Jerzy Wiśniewski. W skład firmy wchodzą także m.in. państwowe banki PKO BP i Pekao, zarządzane przez osoby powiązane z PiS.

Firma wygrała przetarg, mimo że w przypadku jednego z czterech kryteriów nie otrzymała ani jednego punktu. Z komunikatu na stronie internetowej muzeum wynika, że spółka Rafako złożyła „najkorzystniejszą ofertę”. Zamierza wybudować „muzeum Rydzyka” za 145 mln zł.

Przypomnijmy, że fundacja Rydzyka połowę kwoty potrzebnej na budowę muzeum dostała z budżetu państwa, czyli z pieniędzy wszystkich podatników. Umowę o przekazaniu 70 mln zł fundacji Lux Veritatis podpisał minister kultury Piotr Gliński. Kontroli CBA w tej sprawie domagała się opozycja.

Jesteśmy przekonani, że zachodzą wszelkie przesłanki, które pozwalają postawić tezę, że Tadeusz Rydzyk i jego prywatne interesy są traktowane w sposób specjalny przez rządzących. A jeżeli jakikolwiek podmiot prowadzący działalność gospodarczą traktowany jest na specjalnych zasadach, to zasadne jest pytanie, czy dochodzi tutaj do przekroczenia polskiego prawa, do korupcji” – mówił w czerwcu ubiegłego roku poseł PO Marcin Kierwiński. CBA nie odniosło się do sprawy…

Fundacja Nie Lękajcie Się oskarża wrocławskich hierarchów kard. Henryka Gulbinowicza i abp. Mariana Gołębiewskiego o ukrywanie ks. Pawła Kani, odsiadującego dzisiaj karę 7 lat więzienia za gwałt i molestowanie chłopców. Według kurii wrocławskiej to oskarżenie jest niczym innym jak „daleko idącą manipulacją”.

Paweł Kania został po raz pierwszy zatrzymany przez policję 5 września 2005 roku, gdy zaproponował trzem chłopcom 100 zł za usługi seksualne. Był wówczas wikariuszem parafii św. Ducha we Wrocławiu. O sprawie poinformował abp. Gołębiewskiego nieżyjący już proboszcz parafii, Czesław Mazur. Zero reakcji… – czytamy w wyborczej.pl

Dopiero gdy kilka dni później policja znalazła na plebanii pornografię dziecięcą, Kania został urlopowany i przeniesiony do domu dla księży emerytów. Wówczas poręczył za niego kardynał Gulbinowicz. Śledztwo w sprawie księdza pedofila toczyło się swoim trybem, a on sam został skierowany do jednej z parafii w Bydgoszczy, gdzie prowadził katechezę i opiekował się ministrantami. Po skargach rodziców na jego niewłaściwe zachowanie, został przeniesiony do Milicza, gdzie również nie krył swoich upodobań. Wikariusz parafii wraz z jednym z ministrantów złożyli na niego skargę do biskupa pomocniczego Edwarda Janiaka. Zero reakcji…

W 2010 roku zapadł prawomocny wyrok w jego sprawie. Udało mu się wybronić przed oskarżeniem o molestowanie, został skazany tylko za posiadanie dziecięcej pornografii. Wówczas usunięto go z Milicza, ale nadal odprawiał msze i udzielał sakramentów. Dwa lata później został przyłapany w jednym z wrocławskich hoteli, gdzie zameldował się z nieletnim chłopcem. W czerwcu 2015 roku został skazany na siedem lat więzienia. Wówczas pełnomocnik kurii, mecenas Michał Kelm spotkał się z ofiarą Kani i próbował przekonać go do zrzeczenia się roszczeń wobec kościoła w zamian za stypendium w wysokości 40 tys., zł. W proponowanym dokumencie ugody znalazł się zapis „Archidiecezja oświadcza, iż podpisanie porozumienia nie oznacza w żadnej mierze przyjęcia przez nią odpowiedzialności za przestępstwa Pawła Kani, te ustalone wyrokiem sądu i te, które w dniu podpisania porozumienia nie zostały ujawnione”.

Ksiądz Kowalski w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” uważa, że trudno mówić o niewłaściwej postawie kościoła w tej sprawie, bo „był to efekt błędów wielu ludzi. Wymiar sprawiedliwości nie dopatrzył się winy ks. Kani w 2005 r., w następstwie czego pewne błędy mogły być udziałem również ludzi Kościoła”.

Dzisiaj Henryk Gulbinowicz i Marian Gołębiewski są arcybiskupami seniorami, Ksiądz Kania może się już ubiegać o przedterminowe zwolnienie. Nadal pozostaje duchownym…

„Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to nie byłbym parlamentarzystą, tylko trafiłbym do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa” – tak powiedział Joachim Brudziński w Radiu Zet o swoim kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego. Można by rzec: wyszło – nomen omen – szydło z worka. Wiceprezes PiS, jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego, szczerze przyznał, do czego partii rządzącej „służą” państwowe spółki.

Kuriozalne słowa Brudzińskiego komentowali na Twitterze dziennikarze. – „Wg jednego z ministrów rządu Mateusza Morawieckiego państwowe spółki służą do „doposażania” rodzin polityków. W rzeczywistości są to firmy o często strategicznym znaczeniu dla państwa i dlatego powinny mieć profesjonalne zarządy” – Bertold Kittel z TVN.

„Bo do spółek idzie się, żeby doposażyć rodzinę i jak widzę już nikt tego nie ukrywa. „Trafiłbym” – mówi minister, bo wie, że decyduje o tym tylko polityczne wskazanie” – Patryk Michalski z RMF FM. – „Wow, cóż za szczerość…” – Bartosz Wieliński z „GW”

„Prościej nie można! Model działania PiS w pigułce”; – „Czyli Brudziński przyznaje, że spółki to wysysalnia kasy dla działaczy”; – „Oj chyba niechcący prawdę powiedział… ciekawe co na prezes?”; „Doposażyć rodzinę można również w inny sposób. Tak jak Kamiński (ten uniewinniony), tak jak Cymański, jak Czarnecki… Po prostu można znaleźć im robotę w NBP, w spółkach…” – pisali inni internauci.

Kaczyński musi odpowiedzieć za swoją gniliznę, to kwestia normalności Polski

16 Lu

„Prokuratura musi wszcząć śledztwo – bez wszczęcia się nie da. Nagrania trzeba odsłuchać, poddać analizie. Trzeba zobaczyć, co mówi Jarosław Kaczyński. Nie ma jak tego odmówić. No i są wstępnie wypełnione znamiona czynu z art. 286 par 1 kodeksu karnego, czyli oszustwo” – mówią „GW” doświadczeni prokuratorzy. Taki zarzut został postawiony prezesowi PiS w zawiadomieniu do prokuratury, złożonym przez Geralda Birgfellnera w związku z niedoszłą inwestycją na należącej do Srebrnej działce, na której miały stanąć dwa 190-metrowe wieżowce. Austriak domaga się wypłaty 1,3 mln euro.

Sprawą zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Warszawie, a konkretnie – prokurator Renata Śpiewak. Z ustaleń „GW” wynika, że ma ona zaledwie czteroletni staż i została delegowana z prokuratury rejonowej do okręgowej. Na razie prowadzi postępowanie sprawdzające, które poprzedza śledztwo lub decyzję o odmowie wszczęcia.

Śpiewak w ciągu 30 dni od otrzymania zawiadomienia musi zdecydować, co dalej z doniesieniem Austriaka. – „Mają spory problem w prokuraturze. Tak na chłodno, abstrahując od tego, jakie nazwiska przewijają się w sprawie, to w mojej ocenie są mocne podstawy do zarzutów oszustwa z art. 286 kodeksu karnego. Utwierdzanie w tym, że będzie zapłacone, stwarzanie wrażenia, że jest się w pełni decyzyjnym – to podpada pod wprowadzenie w błąd” – twierdzi w rozmowie z „GW” jeden z sędziów karnistów.

Prokuratura może także zarzucić Birgfellnerowi, że złożył fałszywe zeznania, ale to broń obosieczna. – „Zarzuty postawić można zawsze, ale do przyjęcia jakiejkolwiek oceny w tym zakresie musieliby przesłuchać Kaczyńskiego, a co za tym idzie, wszcząć śledztwo” – powiedział „GW” jeden z prokuratorów.

„Kanału zbudować na szczęście nie zdążą. Ale wyciętym drzewom życia nikt nie zwróci. Mierzeja Wiślana przez dekady będzie nosiła ranę po rządach PiS. Przykre” – napisał na Twitterze Mikołaj Chrzan z „GW”. Mimo prośby Komisji Europejskiej o wstrzymanie się z przekopywaniem Mierzei, rozpoczęto wycinkę drzew pod planowany kanał.

Taką decyzję podjął w piątek pisowski wojewoda pomorski Dariusz Drelich i jeszcze tego samego dnia na Mierzeję Wiślaną wjechał ciężki sprzęt do wycinania drzew. – „Przykro, bo ignoruje się nasze argumenty i fakt odwołania od decyzji środowiskowej. Przykro, bo rząd i jego nominat w regionie nie wykazywali takiej determinacji w wielu innych ważnych dla Pomorza kwestiach. Wspomnę tylko nawałnicę i opóźnione reakcje na tragedię, albo fakt, że ciągle na kontach rządowych leżą pieniądze z Funduszu Solidarności Unii Europejskiej przeznaczone dla samorządów poszkodowanych w nawałnicy. Pieniądze przelane w październiku ubiegłego roku. Szkoda. Szkoda Mierzei” – powiedział „GW” marszałek pomorski Mieczysław Struk.

Sprawę komentowali też internauci. – „Jestem Elblążanką i mam nadzieję, że ten kretyński pomysł nie będzie zrealizowany. Zniszczy Mierzeję, zagrozi mieszkańcom okolicznych wsi i miasteczek, a koszty utrzymania toru wodnego i portu zatopią nasze miasto. Rzeka Elbląg ma głębokość 1,8 do 2,4 m, a oni pieprzą, że będą przepływać statki o zanurzeniu 4m! Ciekawe, jak przepłyną przez Nowakowo lub inne miejsca, gdzie rzeka zakręca pod kątem 90°”; – „Wycinka drzew chyba tym gamoniom najlepiej wychodzi, gorzej coś zbudować”; – „Ciekawe czy oni wiedzą, że Zalew ma średnio 2-2,5 metra głębokości? Że jest zamulony? Oni sobie wyobrażają jakieś statki morskie, wielki port…. a to tylko polityczna hucpa”.