Tag Archives: Marcin Celiński

Kaczyński i symetryzm

26 Lip

Kaczyński świadomie przekroczył Rubikon. Zdecydował się na autorytaryzm i całkowite zniszczenie „liberalnej Polski”. Nie tylko na poziomie politycznej reprezentacji, ale także bazy społecznej – pisze Cezary Michalski. Zawiedzeni ze wszystkich stron barykady zostali zagospodarowani przez Kaczyńskiego z jego koncepcją dorżnięcia watahy naprawdę. Spełnienia snu nieudaczników, że jeśli władza trafi w ręce człowieka niemającego żadnych ograniczeń w mobilizowaniu społecznego gniewu, to członkowie elit politycznych, biznesowych, sędziowskich, uniwersyteckich, zawodowych… będą wreszcie realnie tarzani w smole i pierzu, wsadzani do „aresztów wydobywczych”, upokarzani w prorządowych mediach.

Znakomity esej Cezarego Michalskiego >>>

Dziennikarzom „Gazety Wyborczej” udało się wejść w posiadanie „pakietów Sasina”. Poczta Polska zareagowała na to powiadomieniem policji o… kradzieży. Funkcjonariusze, jak podaje Poczta, prowadzą właśnie czynności w tej sprawie.

Działania policji zmierzają do wykrycia i ukarania „sprawców” przywłaszczenia. „Ustalono, że osoba niebędąca pracownikiem Poczty Polskiej S.A. dokonała w przebraniu pracownika nieuprawnionego wejścia na teren Centrum Logistycznego i dokonała kradzieży znajdujących się tam ruchomości” – poinformowała spółka.

Rzekomego „przywłaszczenia” dokonał jeden z dziennikarzy „Wyborczej”. Mężczyzna wszedł do magazynu Poczty Polskiej w Łodzi i zabrał z niej paczkę z 200 zestawami do głosowania; wartość takiego kartonu może być teraz warta ok. 60 gr. Poczta, jak podaje „Wyborcza”, zaczęła już zresztą utylizację tych dokumentów.

Co ciekawe, dziennikarzy „Wyborczej” potępił też sam minister Jacek Sasin. Dygnitarz odpowiedzialny jest za przygotowanie nieudanych wyborów w maju, w tym kontrolowanie druku i kompletowania niesławnych pakietów wyborczych.

„Po dziennikarzach ‘Gazety Wyborczej’ można spodziewać się wiele, ale wejście w rolę rabusia? Jak można upaść tak nisko, by wynieść cudze mienie. A wszystko po to, by wesprzeć swoje polityczne teorie. GW sięga dna!” – napisał polityk PiS.

„Rabusie”, „wyniesie cudzego mienia”, „upadek”, „dno” – Sasin chyba nieźle odleciał. „Wyborcza” nie przestraszyła się jego obelg i zapowiedziała kontynuację tematu, aby doprowadzić do wyjaśnienia sprawy wielkiego marnotrawstwa publicznych środków.

To jednak nie koniec, ponieważ Poczta Polska skłamała w swoim oświadczeniu. Dziennikarz „Wyborczej”, który wszedł do jej obiektu, przyznał już, że nie był przebrany w „strój pracownika” spółki (tak napisano w oświadczeniu Poczty). „Przebraniem pracownika” okazał się zwykły strój roboczy z Castoramy. Najwidoczniej do „pilnie strzeżonych” obiektów państwowych może już wejść każdy.

Nie będzie łatwo utrzymać jedność między tymi, którzy na Rafała głosowali z przekonania, a tymi, dla których był on jedynie wyborem mniejszego zła.

Rafał Trzaskowski postanowił podtrzymać zapał swoich wyborców i przekształcić go w samorządowy, międzypartyjny i bezpartyjny ruch społeczny. Nie bacząc na dotychczasowe, niezbyt zachęcające doświadczenia obywatelskich ruchów – Palikota, Nowoczesnej czy Wiosny, postanowił stworzyć nowy polityczny byt, w którym 10 milionów głosujących za powrotem do państwa prawa mogłoby uczestniczyć w demokratycznych przemianach Polski. Chwała mu za to i kibicować będę nowej Solidarności ze wszystkich sił, chociaż nie bez obaw. Poważnych obaw.

Felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Spóźnienie było wyrazem pogardy dla stanowiska prezydenta RP i majestatu Rzeczpospolitej i symbolicznym pokazaniem, czym jest dziś Polska

Spóźnienie Jarosława Kaczyńskiego na przemowę Andrzeja Dudy wieńczącą odebranie przez niego zaświadczenia o wyborze na prezydenta RP ma charakter zarówno symboliczny, jak i bardzo praktyczny. Jest oczywistą demonstracją siły i ustawieniem od początku relacji prezes PiS – głowa państwa tak, jak chce ją widzieć szef wszystkich szefów, czyli pogardliwie wobec prezydenta.

Eliza Michalik pisze >>>

Dwa lata temu, dokładnie 15 sierpnia 2018 roku napisałam ten tekst. Dzisiaj wpadł mi w ręce, przeczytałam go ponownie i zadumałam się. Wtedy wydawało mi się, że to coś z gatunku fantasy, ale teraz wcale nie jestem tego pewna.

Za chwilę władza zlikwiduje niezależne media i wolność w internecie. Za chwilę Ordo Iuris będzie nam dyktować, jak żyć, księża będą zaglądać nam do łózek i pod nie, partia rządząca położy łapę na wszystkich obszarach życia publicznego i tego naszego, nawet bardzo osobistego. Będą wychowywać nasze dzieci na godnego wyborcę PiS-u, mówić nam, co wolno kupować w sklepie, jakie filmy oglądać, z kim rozmawiać, komu ufać, w co się ubierać, jak budować relacje damsko-męskie, jaka jest rola kobiety w polskim państwie wyznaniowym. Każdy nasz dzień, minuta po minucie, godzina po godzinie, będzie skrupulatnie zaplanowany przez tych ,którzy czuwają nad naszą moralnością i praworządnością podług opracowanego wcześniej wzorca. Tonąc w szarości pewnie nawet nie zauważymy, że nie ma już problemu z „ideologią LGBT”, bo kto mógł, już uciekła, a komu się nie udało, zszedł głęboko, do podziemia. Kolejne wybory staną się fikcją, obudowaną pozorami demokracji…

Przerażająca wizja, ale czyż nierealna?

Wyznania Tamary Olszewskiej >>>

Pisowscy mędrcy mają mnóstwo znakomitych recept. Młodzież na pewno będzie zachwycona

W nagłym przypływie szczerości pan Jarosław Kaczyński, lider obozu rządzącego w Polsce, raczył się podzielić z nami opinią, że młodzież głosuje przeciw PiS, bo słucha radia, którego PiS nie kontroluje, a tam nawet między utworami muzycznymi szerzona jest antypisowska propaganda. Pan prezes powiedział to w Jedynce Polskiego Radia, gdzie pomiędzy piosenkami szerzona jest jedyna i nieodwołalna prawda o pedałach, Tusku, Trzaskowskim i innych zdrajcach narodu polskiego. I teraz chodzi o to, by wszystkie stacje wzięły z Jedynki przykład.

Felieton Wojciecha Maziarskiego >>>

Polską rządzi pokurcz

30 Mar

Walka z pisowską władzą sprowadza się do odkłamywania. Namiętność oszustwa i krętactwa wskazuje na ich impotencję kreacji. Dlaczego zatem takie zwiędłe fiuty rwą się do władzy?

Ich jedynym celem jest koryto. Takich dobrał sobie pachołków Jarosław Kaczyński, który jest nie dość zwiędły, ma ambicje manipulować, być inżynierem dusz, przekształcać innych na swój obraz – krasnala.

Piszę „krasnal” i bynajmniej nie chodzi o fizyczne wymiary tego stworu wyobraźni ludowej, ale intelektualne i duchowe wymiary.

Polską rządzi pokurcz.

Jak przeciwstawiać się takiej rzeczywistości pokurczonej? Na pewno nie można być reaktywnym, działać wg życzeń krasnalów i pachołków, nie wchodzić w ich buty.

Stanowić własne rozwiązania. Opozycja winna wychodzić do społeczeństwa z inicjatywami legislacyjnymi w sferze projektów społecznych, które odpowiadają na rzeczywiste potrzeby, a nie propagandowe zakłamanie.

Koronawirus obnaża władzę pisowskich pokurczów. Nie przygotowali kraju na epidemię, wszystko zostało odłożone bądź zgnojone, kwitnie tylko mitomania i zakłamanie.

Polityka impotencji Morawieckiego, Glińskiego, Szumowskiego i wizje pokurcza Kaczyńskiego.

Polska została zdegradowana do równoległego świata krasnalów. Polski nie ma, jest fikcja oszustwa, chcenia, kraj tchórzliwych pierdzieli.

Chorzy na COVID-19 umierają samotnie, w izolatkach lub na anonimowych łóżkach w salach wystawowych przekształconych w szpitale. Pożegnanie z bliskimi, o ile się uda – na wideoczacie. Takie wiadomości napływają z USA, gdzie jest 139 tys. zakażeń, 2,4 tys. zgonów, a mówi się nawet o 100 tys. ofiar. W Polsce tempo epidemii nie rośnie, ale dane są cząstkowe.

Najświeższe dane o koronawirusie >>>

„Dziś jest prawdziwa demokracja” – mówi Piotr Gliński w wywiadzie dla „Plusa Minusa”. Ta rozmowa to prawdziwa wycieczka do świata równoległego: TVP buduje tu pluralizm, sporu o Muzeum POLIN nie było, a jego dyrektor dawał przestrzeń „mowie nienawiści”. Prostujemy 5 kłamstw Piotra Glińskiego z wywiadu Michała Szułdrzyńskiego.

O impotencji intelektualno-duchowej Glińskiego >>>

Zgoda na eskalowanie ryzyka kryzysu ustrojowego, gdy mamy już trwający kryzys zdrowotny i pewny kryzys gospodarczy u bram, to brak jakiejkolwiek odpowiedzialności za państwo. Cyniczne wykorzystanie sytuacji pandemii i nadzwyczajnych obrad parlamentu do politycznych gierek to gorzej niż psucie państwa. To polityczna bandyterka – pisze prezes Klubu Jagiellońskiego Piotr Trudnowski.

Analiza bandyterki Kaczyńskiego >>>

Byliśmy o włos od najgorszych zamieszek, najgorszej fali nienawiści i najbardziej ponurych zachowań w historii Europy od czasów wojny na Bałkanach. Wystarczyłoby, żeby koronawirusa przynieśli imigranci z Bliskiego Wschodu. Mamy w tym całym koszmarze jako Europejczycy mnóstwo szczęścia. Ale w paru miejscach powinno to wszystko nasze myślenie gruntownie przeorać. Niektórzy powinni przeprosić. Niektórzy wziąć się do pracy. Niektórzy spojrzeć dalej niż za maskę własnego auta, grządkę swojego ogródka, stolik swojej kawiarni i cyferki na swoim koncie.

O krok od zamieszek, które prowokują kaczyści wszystkich krajów (nacjonaliści) >>>

W USA umrze 100-200 tys. osób zakażonych koronawirusem. Przypadków zakażenia SARS-Cov-2 będą miliony – ocenił w niedzielę dyrektor amerykańskiego Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych dr Anthony Fauci.

Więcej o koronawirusie w USA >>>

Skończcie z polityką reaktywną prowadzoną z kąta, do którego zapędza was nieustannie PiS. Pokażcie Polakom alternatywę, złóżcie projekty ustaw i odwróćcie role – niech rząd spróbuje odrzucać rozwiązania ratujące Polskę i Polaków.

Stoimy w obliczu kryzysu społeczno-gospodarczego, jakiego nie mieliśmy od lat 80. ubiegłego wieku. Ten rząd sobie z nim nie poradzi. Możemy liczyć jedynie na opozycję, która musi dziś zająć się Polską, a nie PiS i sobą nawzajem.

Więcej Marcina Celińskiego >>>

Uważam, że te wybory powinny zostać przez opozycję zbojkotowane, bo w takich warunkach legitymizacja uzyskana przez potencjalnie zwycięskiego Andrzeja Dudę będzie znacznie osłabiona – mówi filozof i socjolog kultury prof. Janusz A. Majcherek. – W obliczu zagrożenia pandemią mamy do czynienia z paralelnym do niego ogromnym zagrożeniem autorytarnym. To podsycanie antyliberalnych emocji i nastrojów, zarówno ze strony skrajnej lewicy, jak i skrajnej prawicy. Złudzenie lewicy polega dodatkowo na rachubach, że to będzie silne państwo socjalne, tymczasem wszystko wskazuje na to, że to będzie silne państwo narodowo-katolickie, przynajmniej w polskich warunkach – dodaje.

Rozmowa z prof. Januszem A. Majcherkiem >>>

Ziemia nie jest niczyją poddaną i nikt nie ma prawa czynić jej krzywdy w imię swoich ludzkich świętości. Czas zrozumieć, że to my jesteśmy jej winni służbę wdzięczności za możliwość życia w gościnnych warunkach dla naszego gatunku.

Adam Mazguła ujmuje temat koronawirusa wręcz metafizycznie >>>

Ludzi, którzy oszukują, trzeba nazywać oszustami. Kłamcy trzeba mówić, że kłamie, a nie, że mija się z prawdą.

Nawet najwięksi cynicy z obozu rządzącego obnoszą teraz zatroskane twarze, a ich wypowiedzi ociekają wręcz życzliwością dla oponentów. Przed kamerami całymi sobą demonstrują niezłomną wolę porozumienia i współpracy. Ku zaskoczeniu opozycji pozwolili im się w Sejmie wygadać, a nawet krytykować, nie wyłączając mikrofonu. Funkcjonariusze PiS dokładali starań, by na zarzuty nie reagować jak zwykle krzykiem ani obelgą. Doszło nawet do tego, że projektodawcy wycofali się z kilku przepisów budzących największe kontrowersje. Ale potem było już jak zawsze. Ponad 200 poprawek do ustawy, która ma chronić Polskę przed katastrofą, nie zostało rozpatrzonych ani nawet przeczytanych, bo do komisji nie trafiły, a w trzecim czytaniu wszystkie wylądowały w koszu. W jedną noc rządzący przepchnęli przepisy wymyślone w ekspresowym tempie, bez niezbędnych opinii i poważnych konsultacji, obarczone licznymi wątpliwościami prawnymi. I jak zwykle, w ostatniej chwili dorzucili do ustawy zdechłego szczura. Nie oglądając się na Konstytucję i regulamin Sejmu, PiS zmienił Kodeks Wyborczy, montując w nim przepisy ułatwiające swemu elektoratowi głosowanie na Andrzeja Dudę.

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Duda, Macierewicz, Jędraszewski, Ziobro – pisowska groteska grozy

8 List

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Kaczyński za pomocą Falenty dokonał zamachu stanu

10 Czer

„Pamiętajcie jedno. Możecie sobie zgłaszać różne rzeczy do prokuratury. Ona się tym zajmie. Ale nie możecie tego upubliczniać. To pisze sam Jarosław Kaczyński w pozwie. To tak na przyszłość. Ku pamięci. On nie rozumie demokracji. Nie dorasta do niej” – oznajmiła na Twitterze mecenas Dorota Brejza, prywatnie małżonka posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Brejzy.

Stało się to po tym jak lider PiS Jarosław Kaczyński pozwał Krzysztofa Brejzę o naruszenie dóbr osobistych. Chodzi mu o stwierdzenie polityka, że prezes mógł popełnić przestępstwo w sprawie spółki Srebrna. Żona pozwanego polityka ma go bronić i już przygotowała odpowiedź w sprawie.

Na razie w swoich postach na Twitterze pokazuje najciekawsze fragmenty dokumentu, który wpłynął przeciwko posłowi PO.

„Oho! Robi się ciekawie! J. Kaczyński w pozwie przeciwko Krzysztofowi Brejzie nie odbiera mu prawa do kierowania zawiadomień do prokuratury. Ale jednocześnie ocenia, że niedopuszczalne jest nagłaśnianie tego i informowanie opinii publicznej” – napisała.

„Jarosław Kaczyński pozywa Krzysztofa Brejzę za udział w konferencji i stawianie pytań w sprawie Srebrnej. Ten sam człowiek, który swoich oponentów wyzywa od zdradzieckich mord, kanalii, zarzuca udział w śmierci brata, mówi o ojkofobach i elementach animalnych. Jego uraża pytanie” – stwierdziła w kolejnym poście, w którym zamieściła też kilka fragmentów swojego pisma.

„(…) Mając na uwadze to, jakim językiem posługuje się w swojej aktywności politycznej Jarosław Kaczyński, wyrażam głębokie zdziwienie tym, że uraziła go (…) wypowiedź pozwanego Krzysztofa Brejzy” – napisała żona polityka.

Marek Falenta, biznesmen skazany w aferze podsłuchowej, w kolejnym wniosku o ułaskawienie grozi, że jeśli prezydent Andrzej Duda nie przychyli się do jego prośby, ujawni, kto za nim stał. Treść wniosku poznała „Rzeczpospolita”.

Sprowadzony do kraju Marek Falenta jest prawomocnie skazany na 2,5 roku za zlecenie podsłuchów w restauracjach. 1 lutego miał zacząć odsiadkę, ale zniknął. Złapano go w kwietniu w Hiszpanii. Do Andrzeja Dudy napisał z więzienia w Walencji. To trzeci jego wniosek o ułaskawienie – dwa poprzednie nie przyniosły efektu.

„Ten jest inny od wszystkich. Falenta przedstawia się w nim jako osoba lojalna wobec PiS i CBA, której obiecano bezkarność za odsunięcie PO od władzy” – czytamy w dzienniku.

Z treści listu dowiadujemy się, że Falenta za pomoc w podsłuchiwaniu polityków miał obiecane „wiele korzyści i łupów politycznych”. Biznesmen wyraził również żal do prezydenta Andrzeja Dudy, że ten nie ułaskawił go wcześniej. „Nie zamierzam umierać w samotności. Ujawnię zleceniodawców i wszystkie szczegóły” – pisze Falenta. Pełna treść listu w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej”.

W piśmie wymienia 12 osób – prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, ministrów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, szefa CBA Ernesta Bejdę, oficerów biura i dziennikarzy piszących o aferze.

Marek Falenta daje czas

Falenta chce być świadkiem koronnym, ale sam dodaje: „Oczywiście Zbigniew Ziobro mi tego statusu nie przyzna. Musiałby być katem własnej formacji”. „Już raz udowodniłem swoje możliwości. Po co to powtarzać?” – czytamy. W zamian za ułaskawienie Falenta proponuje wstrzymanie działań. Biznesmen daje na to miesiąc.

Na koniec swego listu Falenta zapewnia, że może przekazać kolejną kopię nagrań, i dodaje, że wielu nie upubliczniono, w tym rozmowy Mateusza Morawieckiego z prezesem banku PKO BP Zbigniewem Jagiełłą. „Pozyskałem też wiele informacji i osób dla CBA już po 2014 r. i wybuchu afery. Na wszystko posiadam dowody w postaci nagrań”– kończy Falenta.

Skazanie Marka Falenty

O tym, że Marek Falenta ma odbyć zasądzoną mu karę 2,5 roku więzienia, zdecydował 31 stycznia Sąd Apelacyjny w Warszawie. Sąd odrzucił tym samym zażalenia obrońców, którzy ubiegali się o odroczenie wykonania kary m.in. ze względu na stan zdrowia skazanego.

Marek Falenta ma odbyć karę 2,5 roku więzienia

Marek Falenta został skazany w 2016 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie na 2,5 roku więzienia, w związku z tzw. aferą podsłuchową. Wyrok uprawomocnił się w grudniu 2017 roku. Obrońcy Falenty złożyli kasację do Sądu Najwyższego.

Falenta miał stawić się w zakładzie karnym w celu odbycia kary 1 lutego, ale nie zrobił tego. Od tamtego momentu ukrywał się i był poszukiwany w związku z nakazem doprowadzenia do aresztu śledczego, który trafił do jednego ze stołecznych komisariatów 6 lutego 2019 roku. Biznesmen został zatrzymany 5 kwietnia w hiszpańskiej Walencji.

Afera taśmowa

Ujawnione w tygodniku „Wprost” nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. Sprawa dotyczyła nagrywania od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. na zlecenie Falenty w warszawskich restauracjach osób z kręgów polityki, biznesu oraz funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW – Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ – Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury i rozwoju – Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika.

Więcej w „Rzeczpospolitej”

W poniedziałek 17 czerwca ma ukazać się książka dotycząca afery podsłuchowej, będąca rezultatem wielomiesięcznego śledztwa. Jej autor jest na razie nieznany, wydawca ma ujawnić szczegóły w środę. – Z książki wynika, że Marek Falenta nie był najważniejszym elementem. Ważnym, ale nie najważniejszym – mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marcin Celiński, współzałożyciel wydawnictwa Arbitror.

Biznesmen Marek Falenta w ubiegłym tygodniu został przetransportowany do jednego z warszawskich aresztów śledczych. Trafił do celi przejściowej, gdzie w najbliższym czasie wykonane zostaną badania lekarskie. Komisja penitencjarna zadecyduje potem, do którego zakładu karnego trafi.

Marek Falenta został zatrzymany w Walencji w Hiszpanii na początku kwietnia. Biznesmen był poszukiwany Europejskiom Nakazem Aresztowania. Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym, aby odbyć karę pozbawienia wolności. W poniedziałek jednak okazało się, że napisał do prezydenta Andrzeja Dudy list, w którym domaga się ułaskawienia.

Za zlecenie nagrywania rozmów polityków m.in. Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku na 2,5 roku więzienia.

Zbigniew Ziobro skomentował wniosek Marka Falenty. „Wymyśla historie w desperacji”

Marek Falenta. Afera podsłuchowa

Wkrótce na jaw mogą wyjść kolejne fakty dotyczące Marka Falenty i afery podsłuchowej. 17 czerwca ukaże się książka na ten temat. Jej wydawcą jest firma Arbitror, która opublikowała również m.in. książkę Tomasza Piątka “Macierewicz i jego tajemnice”.

Jak mówił w rozmowie z Gazeta.pl współzałożyciel wydawnictwa Marcin Celiński, będzie to „książka śledcza dotycząca całej afery podsłuchowej”. – Z książki wynika, że Marek Falenta nie był najważniejszym elementem. Ważnym, ale nie najważniejszym – mówi.

W książce nie będzie rozmów z Markiem Falentą. Autor, którego wydawnictwo na razie nie ujawnia, zgromadził za to dokumenty, przeprowadził wywiady m.in. z pracownikami służb i z politykami. Pozycja będzie miała ok. 240 stron.

– W normalnych, demokratycznych warunkach informacje zawarte w tej książce wywołałyby wielkie zamieszanie. Jak będzie w Polsce, nie wiem – mówi Marcin Celiński.

Szczegóły dotyczące premiery książki mają zostać ujawnione w środę.

Skazany za aferę podsłuchową biznesmen Marek Falenta we wniosku o ułaskawienie skierowanym do prezydenta Andrzeja Dudy wymienił m.in. nazwisko Stanisława Kostrzewskiego, byłego skarbnika PiS. Falenta twierdzi, że miał ustalać z Kostrzewskim szczegóły dotyczące nagrań. Były skarbnik PiS już wcześniej zaprzeczał podobnym doniesieniom.

Prokuratura ma zająć się treścią wniosku o ułaskawienie skierowanym przez biznesmena Marka Falentę do prezydenta Andrzeja Dudy. Za zlecenie nagrywania rozmów m.in. polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku na dwa i pół roku więzienia.

Treść wniosku ujawniła w poniedziałek „Rzeczpospolita”. Falenta twierdził, że wpływowe osoby w Prawie i Sprawiedliwości obiecywały mu prezydenckie ułaskawienie i to z przedstawicielami partii miał ustalać szczegóły dotyczące nagrywania polityków.

Główną postacią afery według Falenty jest Stanisław Kostrzewski, bliski współpracownik prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To Kostrzewski pierwszy miał się dowiedzieć o możliwości pozyskania nagrań i polecić Falencie kontynuację działań. Skazany pisze, że spotykał się z Kostrzewskim w siedzibie PiS i w swoim biurze. Jako pierwszego na swej liście wymienia prezesa Kaczyńskiego, z którym Kostrzewski miał w 2013 r. konsultować wykorzystanie nagrań i to zaakceptować

– czytamy w „Rzeczpospolitej”.

O tym, że Kostrzewski miał rozmawiać o nagraniach z Falentą, informowała w sierpniu 2018 również „Gazeta Wyborcza”. Po publikacji „GW” ze Stanisławem Kostrzewskim rozmawiał Onet.pl. Kostrzewski stwierdził wtedy, że nigdy nie rozmawiał z Markiem Falentą, a informacje o jego kontaktach z biznesmenem to „kompletna bzdura”.

Stanisław Kostrzewski. Kim jest zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego?

70-letni Stanisław Kostrzewski przez lata był zaufanym współpracownikiem prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. Z wykształcenia jest ekonomistą.

W PRL-u był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Na początku lat 90. został urzędnikiem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, w 1991 r. trafił do Najwyższej Izby Kontroli, gdzie został dyrektorem Departamentu Organizacyjnego. W kolejnych latach pełnił funkcję dyrektora gabinetu Głównego Inspektora Pracy, a potem wiceprezesa Banku Ochrony Środowiska.

W 2000 r. współtworzył Prawo i Sprawiedliwość, odpowiadał m.in. za finanse kampanii wyborczych. Był skarbnikiem partii w latach 2000-2006 i 2009-2014. W latach 2005-2008 ponownie pełnił funkcję wiceprezesa BOŚ. Należał do komitetu politycznego partii, czyli ścisłego kierownictwa.

W 2014 r. przeszedł na emeryturę. Media spekulowały wówczas o powodach tej decyzji, sugerując, że mogły się do nich przyczynić wewnątrzpartyjne konflikty.

Jarosław Kaczyński niezbyt interesuje się finansami, ekonomia i gospodarka to też nie są jego najmocniejsze strony. Dlatego Kostrzewski był w PiS bardzo przydatny, to on organizował życie partii. Ale wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości zauważa, że Jarosława Kaczyńskiego łączyła z Kostrzewskim nie tylko praca, ale po prostu przyjaźń

– tak pisała o Kostrzewskim w 2014 r. „Polska The Times”.

Córką Stanisława Kostrzewskiego jest prezenterka telewizyjna Małgorzata Rozenek.

Ale zapowiedź ta ma dotyczyć kolejnej kadencji, co szef resortu otwarcie zadeklarował w dzisiejszym wywiadzie dla „Naszego Dziennika”, zakładając zwycięstwo obozu Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych w Polsce.

Minister uważa, iż wygrana „będzie jednocześnie sygnałem dla Unii Europejskiej, że nasz rząd nie jest rządem „przejściowym” i że wyraża wolę Polaków zdeterminowanych, by zreformować sądy”.

„Spodziewam się w związku z tym większej powściągliwości ze strony UE w ingerencjach w reformy w Polsce” – dodał minister w rozmowie z Dziennikiem.

Zbigniew Ziobro jest zdania, że „skala zewnętrznych ingerencji ze strony Unii Europejskiej, podsycanych przez totalną opozycję w Sejmie i jej destrukcyjne działania, przerosły najśmielsze oczekiwania”.

„Bitwa okazała się trudniejsza niż się wydawało, ale zwyciężymy. Dokończymy reformę” – ocenił w wywiadzie dla „ND” Ziobro.

Trzeba nam Polski uczciwej, bo ta, którą dzisiaj mamy, uczciwa nie jest

Wbrew rozpowszechnianej opinii, że opozycja nie dysponuje programem, który umożliwi jej pokonanie PiS w wyborach parlamentarnych, taki program istnieje. To piękny projekt, konkurencyjny wobec wszelkich „piątek z plusami” – projekt, który potrafi obudzić tych, którzy w dniu wyborów europejskich mieli akurat ważniejsze sprawy. Ten program jest prawie kompletny i ma już nawet nazwę: UCZCIWA POLSKA. Wystarczy go tylko ubrać w słowa i puścić w publiczny obieg.

Znają ten projekt funkcjonariusze PiS i boją się go jak ognia. Dlatego przy każdej okazji cytują swój propagandowy przekaz, że PO nie ma wyborcom nic do zaoferowania, że program opozycji to wyłącznie „antyPiS”, czyli sprzeciw wobec wszystkiego, co oferują Polakom rządzący, w tym także kwestionowanie 500 plus i wszystkich innych plusów, „które natychmiast zlikwidują, gdy tylko znowu dorwą się do koryta”.  Te kłamstwa tym się różnią od setek innych, produkowanych w Wydziale Propagandy i Agitacji KC PiS, że trudno się im przeciwstawić i ciężko je odkręcić. Wyborca ma z jednej strony tych, którzy mówią, że dadzą – i dają, a z drugiej tych, co tylko mówią, że nie zabiorą tego, co tamci dali. Polacy z grupy, która może przesądzić o wyniku wyborów, konfrontują projekt obsypywania ich żywą gotówką z koncepcją obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego, prokuratury czy urzędów jakimiś innymi ludźmi niż dotychczasowi. Do niezdecydowanych wyborców obie największe formacje mówią o demokracji, wolności, praworządności i sprawiedliwości, z tą różnicą, że jedna partia dodaje do każdego z tych haseł przymiotnik „narodowy” (premier mówił nawet o Narodowym Dniu Dziecka!) oraz nobilituje swoich zwolenników mianem „Prawdziwego Patrioty”.

Wbrew opiniom narodowych i patriotycznych mediów Platforma ma jednak swój program i bez wątpienia jest on ważny dla cywilizacyjnego i cywilizowanego rozwoju kraju, a wręcz skrojony na miarę zdrowia i życia Polaków, którzy miesiącami czekają na wizytę u lekarza, którzy nie dożywają planowego zabiegu, którzy umierają w szpitalnych izbach przyjęć.  Solidny program, w wielu miejscach tożsamy z PO, ma również od dawna Nowoczesna. Z niezrozumiałych dla mnie powodów – łącząc się w klub parlamentarny, nie udało im się połączyć obu projektów. Ustalono tylko, że wspólny program powstanie za dwa miesiące w wyniku masowych konsultacji z Polakami.

Nie czekając do lipca spieszę z propozycją projektu „Uczciwa Polska”. Jest to w istocie sprzeciw wobec rujnowania państwa oraz reakcja na bezczelną kpinę Prawa i Sprawiedliwości z zapisów prawa i poczucia sprawiedliwości. Ale projekt ten nie jest bynajmniej powrotem do tego, co było. Chodzi w nim o taką Polskę, jaka być powinna. Przyzwoitą, wiarygodną, sprawiedliwą i odporną na korupcję.  Wnoszę, by w ramach „Uczciwej Polski” ogłosić plik projektów ustaw zabezpieczających nas przed powtórnym najazdem Hunów, którzy na podbitej ziemi biorą to, na co tylko mają ochotę, bo wszystko im się należy. Wśród tych ustaw konieczna jest taka, która sprecyzuje gwarancje dla prawdziwej niezależności sędziów i prokuratorów oraz zapewni, niezależne od wpływów rządzących, procedury obsady stanowisk w administracji i gospodarce przez kandydatów najlepszych, a nie najbliższych władzy.

Projekt „Uczciwa Polska” powinien roznegliżować rządzących, pokazać, ile obłudy, pazerności i cynizmu ukrywa się pod patriotyczno-katolicko-narodowym sztafażem.  Wśród wyborczych haseł opozycji musi się więc znaleźć postulat rozliczenia afer i przekrętów nie tylko ostatnich czterech lat. Począwszy od wyprowadzania pieniędzy ze spółdzielczych kas SKOK i wspierania nimi PiS, poprzez machinacje spółki Srebrna, sprawę łapówki, którą za pośrednictwem Kaczyńskiego miał otrzymać były ksiądz, aż do odpowiedzi na pytanie, dlaczego zajmująca się tym pani prokurator nie ma dyscyplinarki za przeciąganie decyzji o wszczęciu śledztwa poza wszelkie ustawowe terminy, tylko przeciwnie, właśnie awansowała.

Czemu ślimaczą się śledztwa przeciw narodowcom, nie tylko tym, którzy symbolicznie wieszali europosłów PO ? Dlaczego ludzie w koszulkach z napisem „konstytucja” mają być dla społeczeństwa groźniejsi od hajlujących neofaszystów? Na jakiej podstawie budżet państwa zasila bezumownie imprezy, obiekty i projekty kościelne? Takie i dziesiątki podobnych pytań powinni zadawać swoim słuchaczom w terenie parlamentarzyści z połączonego klubu. Muszą przekonywać, że trzeba nam Polski uczciwej, bo ta, którą dzisiaj mamy, uczciwa nie jest. Dowodów nie brakuje. Kominowe wynagrodzenia dla partaczy i szkodników rządzących polską administracją i gospodarką, sute premie inkasowane z tego tylko powodu, że się należą, wielotysięczne odprawy za zdemolowanie systemu oświaty czy próby zamiany policji państwowej w partyjną, dojazdy do pracy kawalkadą wypasionych fur i powroty do domu wojskowymi samolotami… Każdego dnia przybywa takich zdarzeń z udziałem rządzących, które domagają się wyjaśnień i konkretnej reakcji, a nie tylko bezradnego wołania o pomstę do nieba.

Może uda się przekonać, choćby tylko niektórych spośród zachwyconych wyborczymi prezentami dobrego wujka Kaczyńskiego, że PiS dzieli się z Polakami szabrowanymi dobrami nie dlatego, że tak bardzo nas kocha, i nie tylko, by przekupić wyborców, ale również po to, żeby zapewnić sobie bezkarność, czyniąc z nas wspólników rozkradania Polski.

PS. Każda partia polityczna powinna mieć precyzyjny program i wiarygodny obraz przyszłych rządów. Ale ma też trochę racji Marek Borowski, który żądającym jakiejś porywającej wizji, konkurencyjnej wobec PiS-owskiego programu rozdawnictwa, mówi: – Polska się pali, a wy pytacie walczących z ogniem strażaków o plany przeciwpożarowego zabezpieczenia pogorzeliska?

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Kaczyński puścił kapiszona. Zero argumentów, ale smród

11 Lu

Brytyjska prasa od kilku dni na szefie Rady Europejskiej nie zostawia suchej nitki. Już także »The Guardian«, z zasady lewicowy, stwierdził, że Tusk ma w sobie coś z chuligana” – ogłosiły „Wiadomości” 10 lutego 2019. Wygląda na to, że reporterzy TVP przeczytali tylko pierwsze zdanie tekstu w „Guardianie”. Tekstu raczej przychylnego Tuskowi

Kilka godzin wcześniej – przed głównym wydaniem „Wiadomości” – portal wPolityce napisał: „»The Guardian« bezlitosny dla Tuska. »Ma w sobie trochę chuligana«; »Frustracja popchnęła go do słów na temat piekła«”.

Jest tylko jeden problem – materiał w „Wiadomościach” nie ma wiele wspólnego z tym, co napisał Daniel Boffey, brukselski korespondent „Guardiana”. Niby oba zacytowane zdania – i o chuliganie, i o frustracji, są w tekście, ale ich sens jest zupełnie inny. „Wiadomości” wyraźnie cytują wPolityce, a nie źródłowy tekst „Guardiana”, bo gdyby reporter TVP zajrzał do źródła, nie podsumowałby tego tekstu stwierdzeniem, że prasa nie zostawia na Tusku suchej nitki.

„Mogliby podzielić nawet piekło”

Chodzi o wypowiedź szefa Rady Europejskiej z konferencji prasowej z 6 lutego 2019, kiedy powiedział, że „zastanawia się, jakie miejsce w piekle czeka na tych, którzy promowali Brexit, mimo braku jakiegokolwiek planu na to, jak bezpiecznie go przeprowadzić”. Jej kontekst szczegółowo analizował w OKO.press Miłosz Wiatrowski w tekście „Tusk nie może być miły, bo Brexit to JEST piekło„.

W swoim wcześniejszym tekście na temat „diabelskiej” wypowiedzi Tuska Boffey cytuje kilka negatywnych komentarzy ze strony polityków wspierających Brexit, również te, które pojawiły się w „Wiadomościach”. Np. słowa ministra zdrowia Matta Hancocka: „To ten rodzaj arogancji, który napędza niechęć do Unii Europejskiej”.

Boffey wspomina jednak również tłita szefa liberałów w Parlamencie Europejskim Guya Verhofstadta, którego wysłał w odpowiedzi na słowa Tuska:

„Wątpię, by Lucyfer przywitał ich z zadowoleniem, po tym, co zrobili Wielkiej Brytanii, mogliby podzielić nawet piekło”.

Na tego rodzaju komentarze nie ma jednak miejsca w „Wiadomościach”. Podobnie jak na rzetelne streszczenie tekstu z „Guardiana”.

„Guardian” raczej przychylny Tuskowi

„Donald Tusk ma w sobie coś z chuligana” („Donald Tusk has it in him to be a bit of a hooligan”) – to pierwsze zdanie tekstu Boffeya. Bardzo możliwe, że redaktorzy wPolityce nie przeczytali nic więcej. Choć za dostęp do „Guardiana”, którego stronę w styczniu 2019 odwiedziło 310 milionów użytkowników, nie trzeba płacić, więc mogli zapoznać się z całym tekstem.

Bardziej prawdopodobne, że autorzy wPolityce postanowili nie komplikować swoim czytelnikom obrazu świata. Tekst w „Guardianie” jest bowiem… raczej przychylny Tuskowi. A przecież media prorządowe od kilku dni powtarzają, że słowa o „piekle” spotkały się za granicą wyłącznie z krytyką.

Co takiego jest zatem w tekście Daniela Boffeya, że portal wPolityce ani „Wiadomości” nie mogły zacytować go w całości?

Tusk – dziecko skomplikowanej historii

Już w następnym akapicie, po zdaniach o „chuliganie” Boffey pisze: „W przeciwieństwie do stereotypowego anemicznego brukselskiego eurokraty przewodniczący Rady Europejskiej, należący wraz z Jean-Claudem Junckerem do najwyższych rangą postaci w Unii Europejskiej,

jest pełen pasji i sympatii dla tych po słusznej stronie historii. To frustracja, a nie znudzenie, obudziła w nim w zeszłym tygodniu rozbijakę”.

Następnie autor przedstawia skrócony życiorys Tuska, który anglojęzycznym czytelnikom ma pomóc zrozumieć, skąd wzięła tak ostra reakcja przewodniczącego Rady Europejskiej.

Tusk wywodzi się z 300-tysięcznej kaszubskiej mniejszości, „w której lojalność nie wierzyli ani naziści, gdy napadli na Gdańsk, ani później Stalin”. Jego babka ze strony matki była Niemką, „jednak Tusk dorastał wśród opowieści o członkach rodziny wysyłanych do nazistowskich obozów pracy”. Polskę wyzwolili Rosjanie, ale nie tylko nie opuścili jej, ale przynieśli też trwałą beznadzieję i biedę. „Tusk wcześnie zdał sobie sprawę ze złożoności Europy” – pisze „Guardian”.

Następnie dziennik przypomina rok 1970 i protesty robotników stłumione przez milicję i wojsko. Tusk oglądał te wydarzenia z okien domu rodzinnego – pisze „Guardian”. Jest to skrótem myślowym, ale Tusk faktycznie widział te wydarzenia na żywo. Mówił „Wyborczej”: „Naoglądałem się scen, których pamięć wystarczy mi do końca życia: widziałem płonących żołnierzy wychodzących z czołgu podpalonego przez stoczniowców. (…) Widziałem płonący komitet i strzelające czołgi. Widziałem zabitych”. „Tusk pozostał z przekonaniem, że racja jest po stronie tych, którzy są bici” – podsumowuje „Guardian”.

Kaczyński w tle

„Pierwszą zarobkową pracę znalazł jako dziennikarz w wydawnictwie Solidarności [chodzi o tygodnik „Samorządność”]”. Boffey krótko streszcza opozycyjne zaangażowanie Tuska, wspomina, że utrzymywał się z pracy fizycznej. Opisuje w kilku zdaniach jego karierę polityczną po 1989 roku, która doprowadziła Tuska do funkcji premiera.

„Jednak sukces przyniósł mu również wrogów, w szczególności Jarosława Kaczyńskiego, lidera rządzącej obecnie prawicowej, nacjonalistycznej partii Prawo i Sprawiedliwość.

Jego zjadliwe osobiste urazy wciąż prześladują Tuska w kraju. Kaczyński utrzymuje, że jest on odpowiedzialny za katastrofę samolotu 10 kwietnia 2010 roku, której zginął jego brat, wówczas prezydent Polski, Lech Kaczyński. Tusk odrzuca to twierdzenie jako w oczywisty sposób motywowane politycznie”.

Brexit zdefiniuje dziedzictwo Tuska

„Guardian” porównuje Tuska z innym europejskim politykiem – technokratą Hermanem van Rompuyem. „Dzięki zachętom swojej córki Katarzyny Tusk jest zapalonym użytkownikiem Instagrama i Twittera. Mimo swobodnego stylu, w biurze często rezygnuje z garnituru i krawata, ma zdecydowane przeświadczenie, że czasem trzeba użyć siły (apply some muscle)”.

„To Brexit zdefiniuje dziedzictwo Tuska” – pisze Boffey. Cytuje jednego z bliskich współpracowników szefa Rady Europejskiej:

„Dla niego [Tuska] Brexit to katastrofalne pogwałcenie liberalnego demokratycznego porządku, o który walczył jako młody człowiek, rozpad wszystkiego, w co wierzy”.

Autor „Guardiana” konkluduje:

„Nie każdy w Brukseli jest przekonany, że zeszłotygodniowe komentarze [Tuska] były mądre. Jednak w konfrontacji z May w czwartek Tusk nie ustąpił: »Pozostał przy swoim zdaniu, że chociaż prawda może być bolesna, zawsze jest bardziej użyteczna«”.

Cała sylwetka Tuska ma ponad 5 tys. znaków. Jest dużo bardziej zniuansowana niż sugerują „Wiadomości” i wPolityce.

„Od wielu lat mam takie marzenie, które jest w pełni legalne, choć może się nie podobać w wielu środowiskach, by Instytut Lecha Kaczyńskiego stał się poważną konkurencją dla Fundacji Batorego. Bo dziś Batory właściwie nie ma konkurencji, także gdy chodzi o staranie się o różne zagraniczne fundusze” – tłumaczy Jarosław Kaczyński. I dodaje, że byłoby to poważne przedsięwzięcie typu ideowego, „może coś w rodzaju Fundacji Adenauera, stanowiące istotne zaplecze polskiego patriotyzmu i myśli państwowej”.

Wieżowce dawałyby ogromne możliwości działania

Wieżowce miały być nowoczesną inwestycją z częścią biurową, częścią konferencyjną i hotelem. Kaczyński: „W pierwszych latach, w czasie spłacania kredytu, pozwalałoby to uzyskać dochody, choć znacznie mniejsze niż to, co ma Batory”. Po spłacie zadłużenia za około – jak wyliczył prezes PiS – ćwierć wieku ta kwota byłaby większa. „Dawałoby to instytutowi ogromne możliwości działania – kontynuuje. – Ale oczywiście nie miałoby to nic wspólnego z moją osobistą sytuacją finansową, bo celem byłoby wyłącznie choćby częściowe zrównoważenie szans na rynku idei w Polsce”.

Prezes PiS podkreśla, że wieżowce miały być przeznaczone wyłącznie do zarabiania pieniędzy. Ponoć zdecydowanie odrzucał pomysły, aby pojawiły się na nich inicjały „JK” czy „LK”.

CBA odmawia kontroli oświadczeń majątkowych Jarosława

Prezes był pod naciskiem części rodziny

Kaczyński opowiada, w jaki sposób nawiązał współpracę z Geraldem Birgfellnerem, austriackim przedsiębiorcą. Mówi, że to „mąż córki znanego w wielu warszawskich kręgach Jana Tomaszewskiego”, ale nie wyjaśnia wprost, że chodzi o zięcia jego brata ciotecznego. „Byłem pod pewnym naciskiem moralnym ze strony części rodziny, bo oni się tu sprowadzili, kupili sobie dom, a ten Austriak doszedł chyba do wniosku, że będzie po prostu z tej inwestycji żył” – mówi prezes PiS o kulisach zaangażowania spółki Srebrna.

Kaczyński twierdzi, że Austriak sam zainteresował się sprawą: „Deklarował, że z góry wynajmie część lokali i że uzyska kredyt w zachodnim banku. Z naszego punktu widzenia, biorąc pod uwagę problemy, na jakie natrafialiśmy, takiej propozycji nie można było odrzucić”.

Prezes PiS wyjawia też, na czym polegały prace wykonane przez Birgfellnera. „Prowadził rokowania z bankiem Pekao SA, a nie z zachodnim bankiem, jak miał uczynić. I robił to z własnej, nie mojej, inicjatywy. Poza tym Birgfellner ściągnął z Wiednia profesora architektury, którego klasy i pozycji nie podejmuję się weryfikować. I to ten profesor przedstawił koncepcję dwóch wież, dziś wszędzie prezentowanych”. Inny architekt, który oglądał wizualizację – opowiada Kaczyński – uznał, że „tego typu projekt przy dzisiejszych możliwościach można zrobić w kilkanaście godzin”.

Czy karuzela afer z ostatnich tygodni przewróci PiS?

Austriak naczytał się, że prezes wszystko może

Według Kaczyńskiego Austriak „naczytał się tekstów, z których wynika, że ja tu wszystko mogę. Problem w tym, że nie było podstawy prawnej do zapłaty”. Birgfellner narzekał na złe traktowanie ze strony spółki Srebrna, a na koniec przedstawił rachunek na 2,5 mln zł. Zdaniem prezesa PiS wśród dokumentów uzasadniających tę kwotę znalazł się tylko rachunek potwierdzony przez firmę doradczą Baker McKenzie na 101 tys. euro i „parę niewielkich rachunków na kwotę tysiąca lub dwóch”. Gdy Birgfellner nie przedstawił innych dokumentów, Kaczyński miał zasugerować rozwiązanie sprawy na drodze sądowej, co zostało uwiecznione na taśmach „Gazety Wyborczej”.

Jacek Karnowski pytał prezesa PiS też o inne nagrane rozmowy z Birgfellnerem. „Jestem głęboko przekonany, że na tych nagraniach, przynajmniej z moim udziałem, nie ma niczego zdrożnego, nie ma żadnych sensacji, co najwyżej mogłem sobie z kogoś zażartować” – mówi Kaczyński. Według Austriaka tych spotkań było 16, a według prezesa o połowę mniej, „ale nie wykluczam, że wliczał w to święta, podczas których się widywaliśmy”.

Kaczyński uznał „za bezczelną manipulację twierdzenie, że ma to cokolwiek wspólnego z art. 24 ustawy o partiach politycznych, która zakazuje im działalności gospodarczej”. Zapewnił, że nie ma żadnych relacji finansowych pomiędzy fundacją – będącą właścicielem spółki Srebrna – a partią: „Żadnych. To są dwie oddzielne instytucje. (…) Spółka Srebrna nigdy Prawu i Sprawiedliwości niczego za darmo nie dawała”.

Prezes żyje skromnie

Kaczyński, którego wizerunek człowieka niezwykle skromnego i mało rozeznanego w biznesie taśmy nieco nadszarpnęły, zapewnia w „Sieciach”, że „żyje skromnie, może nawet bardzo skromnie, jak na człowieka znanego w Polsce, i także trochę poza nią [śmiech]”.

Przypomnijmy: dwa tygodnie temu „Gazeta Wyborcza” rozpoczęła serię publikacji taśm, na których słychać szczegóły negocjacji dotyczących planów budowy dwóch wieżowców w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna, należącą do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. W tygodniku „Sieci” prezes PiS pierwszy raz odniósł się do całej sprawy. „To nie jest nawet kapiszon, tam przecież nic nie ma” – stwierdził.

Ujawniane przez „Gazetę Wyborczą” kolejne fakty kompromitujące PiS to zaskakująco udany rewanż tego środowiska na władzy, która nieraz dawała upust swojej satysfakcji, że jest tak silna dziś, a „Wyborcza” tak słaba. Od dawna zestawiano Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego jako dwóch rywali walczących o rząd dusz Polaków. Tusk z Kaczyńskim walczył o władzę. Michnik o coś więcej, o światopogląd. 

  • Po trzecim roku rządów PiS przeżywa podobny kryzys, który załamał kiedyś Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001, gdy wybuchła afera Rywina
  • Afera Rywina stała się początkiem końca hegemonii „Gazety Wyborczej” i początkiem Prawa i Sprawiedliwości
  • „Taśmy Kaczyńskiego” mogą być początkiem końca PiS, czym „Gazeta Wyborcza” zrewanżuje się nienawidzącej jej władzy

Afera Prawa i Sprawiedliwości, jej lidera Jarosława Kaczyńskiego i kontrolowanej przez niego spółki „Srebrna” może faktycznie być przełomem dla losów obozu władzy. Sam pisałem, że uprzedzające zapowiedzi wypowiadane przez redaktorów „GW” o przełomowym charakterze publikacji, już po publikacji pierwszej taśmy, wywołały takie oczekiwanie sensacji, że pierwsza taśma raczej rozczarowała. I wtedy tak było. Ale teraz muszę przyznać, że „Wyborcza” wcale nie przesadziła z zapowiedziami.

Sierakowski: Nie potrzeba przełomu, żeby PiS poległ na taśmach [OPINIA]

To, co dziennikarze „Wyborczej” codziennie ujawniają od wielu dni (a także wychodzą na jaw, także w innych mediach, „afery odpryskowe”), jak sprawa agenturalnej działalności Kazimierza Kujdy i prawdopodobna gra jego teczką przez Jarosława Kaczyńskiego, karzą zauważyć, że publikacje „Wyborczej” mogą być rzeczywiście przełomowe. A zważając na to, z jaką władzą mamy do czynienia, w grę wchodzi nie zwykła zmiana władzy, ale kwestie fundamentalne, takie jak przyszłość demokracji, suwerenności i bezpieczeństwa międzynarodowego Polski, dziś skompromitowanej, pozbawionej sojuszników, skonfliktowanej z Unią Europejską.

Dla wielu redaktorów „Wyborczej” to akurat nie pierwsza taka sytuacja w życiu. To oczywiście nie Adam Michnik kieruje bezpośrednio publikacjami „Wyborczej”, ale ludzie przez niego wychowani. To właśnie dlatego Michnik jest wciąż nominalnie naczelnym, choć dla nikogo nie jest tajemnicą, że faktycznym naczelnym jest Jarosław Kurski.

Jarosław Kaczyński o nagranych rozmowach: byłem pod naciskiem ze strony rodziny

SLD zawstydza antykomunistów

Trzy lata PiS szedł do przodu i prawie nic nie było w stanie go zatrzymać. Permanentne łamanie prawa, podporządkowywanie wszystkich możliwych instytucji publicznych, ostentacyjny nepotyzm, izolacja na arenie międzynarodowej, prymitywna propaganda – to wszystko uchodziło płazem. Choć w nieporównywalnej skali, podobnie kiedyś na scenę wjechał Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001 r. Sam nie zdobył wprawdzie większości, choć osiągnął w wyborach wynik nawet wyższy niż Prawo i Sprawiedliwość w 2015 roku (41,04 proc. do 37,58 proc.).

Choć, jak wyraziła to kiedyś celnie Ewa Milewicz, powszechne oczekiwanie było raczej takie, że „Sojuszowi wolno mniej”, to wcale nie w samym Sojuszu. Zaufani ludzie władzy szybko rozbiegli się po spółkach skarbu państwach, przejęli media publiczne i obsadzili swoimi ludźmi instytucje nominalnie niezależne od władzy. Sojusz wobec ustroju zachowywał się bez zarzutu, był lojalnym współtwórcą III RP, a w sprawach zagranicznych niemal bez poważniejszych tarć prowadził Polskę ręka w rękę z elitami postsolidarnościowymi do NATO i UE. Inaczej niż wtedy postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, antykomunistyczni politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli zachowywać się jak wrogowie własnej ojczyzny. Tadeusz Boy-Żeleński użyłby zapewne sformułowania „nasi okupanci”, które ukuł kiedyś dla Kościoła katolickiego.

PiS ma swoją aferę Rywina

Sojusz poległ dopiero wtedy, gdy wybuchła seria afer, uderzająca nie w ludzi partii, ale wprost w jej przywódców z Leszkiem Millerem na czele. Kluczowa była afera Rywina i „grupa trzymająca władzę”. To dopiero wtedy, zresztą na tym samym etapie sprawowania władzy, na którym jest dziś PiS, czyli po trzecim roku rządzenia, doszło do tąpnięcia w poparciu dla SLD.

Lider i jego świta zamiast prowadzić ofensywę polityczną, inicjować kolejne projekty, od tej pory musieli się stale tłumaczyć z wychodzących na jaw kolejnych bulwersujących faktów. Znaleźli się w defensywie. A to już tak nie uwodzi, odbiera charyzmę, nie mobilizuje ani własnych ludzi, ani wyborców. Pojawiają się rozbieżności nie tylko w przekazach (za SLD czegoś tak żenująco odbierające resztki powagi politykom jak przekazy dnia nie było), tarcia wewnątrz samej partii, a z czasem także publiczne krytykowanie się nawzajem. Jak dziś między Janem Marią Jackowskim i Jarosławem Gowinem oraz Adamem Glapińskim.

Walka klasowa

PiS trzyma władzę w znacznie bardziej żelaznym uścisku, a Jarosław Kaczyński kontroluje partię całkowicie. Inaczej niż SLD, które musiało liczyć się z koalicjantem, nie używało mediów publicznych aż tak bardzo we własnym interesie, liczyło się też z opinią Zachodu, a przede wszystkim nie łamało konstytucji. Okazało się paradoksalnie razem z inną postkomunistyczną partią PSL najbardziej demokratycznie zorganizowaną partią, w której członkowie partii mogą zmienić lidera, gdy notuje porażki.

Miller, zwany wtedy kanclerzem i uważany za kogoś, kto jak obieca gruszki na wierzbie, to one naprawdę wyrosną, przyciągał ludzi do siebie z powodu siły. Identyfikowany był ze skutecznością i pragmatyzmem, co po rządach rozlazłej, wiecznie skłóconej ze sobą, sfanatyzowanej religijnie prawicy, obiecywało postęp. Ale pomagało mu też to, że był zwykłym chłopakiem z Żyrardowa, który daleko zaszedł, ale został taki jak ludzie.

Kaczyński przyciągał ludzi czystością moralną, skromnością, odnową moralną po rządach uważanej za partię bogatych elit Platformą Obywatelską. I też żaden z niego Alain Delon ani Jan Kulczyk, a to, że spał do południa w stanie wojennym? Zwykli ludzie też spali. Klasowa różnica między poprzednimi rządami i rządami PiS oczywiście miała znaczenie i z klasowym rewanżem mamy do czynienia. 500 plus, darmowe leki, podniesienie płacy minimalnej i kilka innych reform to zasłużone zadośćuczynienie zignorowanych przez poprzednie rządy (realnie lub symbolicznie) grup społecznych. Nie dziwmy się, że takie rzeczy, jak atakowanie sędziów albo mediów, lub głos Brukseli, nie mogło podważyć władzy PiS, bo to także elity.

Koalicja Europejska wyprzedza PiS

Uderzenie w lidera, który ze staromodnego starszego pana bez konta w banku zamienił się w dewelopera, biznesmena i spryciarza, jest bardzo destrukcyjne, bo uderza w jego tożsamość, a więc w tożsamość wspólnoty połączonej wiarą w lidera. Sprawa Kazimierza Kujdy także obciąża moralnie Kaczyńskiego, przywódcę polskich lustratorów i antykomunistów. Agent we własnym najbliższym otoczeniu? I zerowe prawdopodobieństwo, że Kaczyński o tym nie wiedział.

Zauważmy, że PiS powstało właśnie po aferze Rywina. To wtedy Kaczyński sformułował swoją ideologię walki z układem. To wtedy narodził się politycznie Zbigniew Ziobro, którego przesłuchiwany Leszek Miller nazwał zerem. Dziś to Prawo i Sprawiedliwość ma swoją aferę Rywina, która zatacza coraz szersze kręgi. W sondażach pojawiają się już spadki, a przede wszystkim pojawiają się już sondaże, w których PiS przegrywa z Koalicją Europejską PO-PSL-SLD.

Sondaż IBRiS: Wiosna goni Platformę Obywatelską

Zemsta „Gazety Wyborczej”

Przypomnijmy, że afera Rywina złamała nie tylko dominację SLD, ale też „Gazety Wyborczej”. Trudno z dzisiejszej perspektywy opisać, jak potężna była „Wyborcza” i stojąca za nią Agora, wówczas jeden z fundamentów polskiej gospodarki i jedna z największych spółek giełdowych. Dość powiedzieć, że były czasy, gdy Agorę było stać na kupienie TVN i Polsatu razem wziętych. Jeszcze większą władzę „Wyborcza” miała, jeśli chodzi o rząd dusz. Mówiło się, że to „Wyborcza” posiada Unię Wolności, poprzedniczkę Platformy Obywatelskiej, a nie odwrotnie. Michnika nazywano wiceprezydentem, bo tak bardzo liczył się z jego głosem Aleksander Kwaśniewski. Pierwszym, który nie musiał tak bardzo liczyć się z „Wyborczą”, był dopiero Donald Tusk, ale dlatego, że to już było po aferze Rywina. Mowa o politycznej władzy Michnika, bo ideologiczna – była większa niż jakiegokolwiek innego człowieka w kraju, włączając wszystkich premierów i prezydentów.

Do „Wyborczej” pisały największe światowe i polskie pióra. Dzięki milionowym nakładom w poniedziałki i piątki, gazeta Adama Michnika była wtedy największym dziennikiem w Europie, nie licząc tabloidów i gazet rosyjskich. Jej monopol ideologiczny był wręcz, jak każdy monopol, niebezpieczny dla sfery publicznej. Gdy „Wyborcza” na kogoś się obraziła albo skrytykowała, doprowadzała do stygmatyzacji we własnym środowisku. Gdy ktoś obraził się na „Wyborczą” i znikał z jej łam na lata, mocno tracił na znaczeniu w debacie publicznej.

Afera Rywina, w której „Gazeta” była przedmiotem, a nie podmiotem korupcyjnej propozycji, zaszkodziła jej samej, bo pokazała jej dominację i jak nazwał Aleksander Kwaśniewski, „zblatowanie” elit, czyli dziennikarzy, polityków i biznesmenów. A więc w gruncie rzeczy potwierdził to, o czym mówił Kaczyński. Michnik z Millerem i Kwaśniewskim oddawali władzę. Kaczyński był jednym z tych, którzy wyłaniał się z niebytu i po nią sięgał. „Wyborcza” już hegemonii nie odzyska, ale może pokonać swojego największego ideologicznego przeciwnika. Bo nie tylko o politykę tu chodzi, ale o tożsamość.

Po dwóch tygodniach od publikacji „Gazety Wyborczej” Jarosław Kaczyński zdecydował się wypowiedzieć publicznie na temat interesów spółki Srebrna i swojego w nich udziału. Wywiad w tygodniku „Sieci” nie jest jednak komunikacją z opinią publiczną, raczej przedstawieniem swojej wersji, adresowanym do własnych sympatyków, silnie wierzących w PiS i geniusz Prezesa. Prześlizgiwanie się po temacie, energiczna walka z zarzutami, których nikt nie stawia, pomijanie tych, które już padły – to jest przekaz dla „swoich”, nieprzypadkowo wygłoszony w wywiadzie dla tygodnika o jednoznacznych sympatiach politycznych.

Ciekawsze od odpowiedzi w takich przypadkach bywają pytania. Zacytuję tu kilka:

Ostatnio opozycja rzuciła czymś, co – jak sądziła – było szczególnie dużym kamieniem. Zapowiadano „najważniejszy dzień w dziejach PiS”, mówiono o bombie. Taśmy opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” okazały się jednak politycznym kapiszonem. Jaki jest pana komentarz do tej sprawy?

Dlaczego to manipulacja?

Sam fakt, że pana środowisko posiada jakąś własność, jest w oczach wielu komentatorów oskarżeniem.

A jak było?

Jak możesz się, droga Czytelniczko/drogi Czytelniku, domyślać, Jarosław Kaczyński poradził sobie z tymi „trudnymi” pytaniami.

O czym nie mówił – nie padło ani razu nazwisko Kujda. W ogóle ludzie zarządu fundacji czy spółki za bardzo nie istnieją w tej rozmowie.

O czym powiedział – o tym, że miał „jednorazowe upoważnienie zgromadzenia wspólników dotyczące zawarcia ostatecznych umów”, czyli jednoznacznie potwierdza, że działał w imieniu i na rzecz spółki. W świetle tej deklaracji zapewnienia o braku związków partii, fundacji i spółki brzmią mniej niż mało wiarygodnie.

Reszta to zwyczajowe usprawiedliwianie, budowanie fałszywych symetrii – jak ta o wieżowcach jako budowie potęgi Fundacji Lecha Kaczyńskiego jako przeciwwagi dla Fundacji Batorego, na wzór Fundacji Adenauera. To, że Fundacja Batorego nie jest powiązana z żadną partią, nie jest problemem dla prezesa PiS i pytających. Fundacja Adenauera jest związana z CDU, co wynika z niemieckiego systemu prawnego i ma swoje przeciwwagi w postaci Fundacji Eberta (SDP), Naumanna (FDP), Boella (Zieloni) – wszystkie są finansowane prawie w całości ze środków niemieckiego podatnika, wszystkie działają na takich samych zasadach. Żadna z wymienionych niemieckich fundacji nie opiera swojej działalności na dochodach z wysokich na 200 m biurowców w stolicy. Budowanie takich porównań to papka dla wyznawców – którzy przecież z zapałem tłumaczą, że telewizja publiczna musi być tubą propagandową partii rządzącej, żeby zrównoważyć prywatny TVN…

Ciekawy jest wątek rodzinny: „byłem pod pewnym naciskiem moralnym tej części rodziny” – jako usprawiedliwienie realizacji projektu „dwóch wież” akurat przez spowinowaconego z prezesem Geralda Birgfellnera. To smakowite – przeciętny bogaty wujek daje się pod naciskiem rodziny nakłonić do kupienia dobrego komputera siostrzeńcowi. Ale inwestycja za 1,5 mld… Mocne. To nie jest przeciętna rodzina.

A jako argument ostateczny krystaliczności Kaczyńskiego – „przecież tam, na tych nagraniach, nie było przekleństw”.

Tak, ten wywiad przekonał Jacka Karnowskiego i całą resztę przekonanych. Mnie nie.

Na taśmach opublikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nie ma przekleństw, nie ma omawiania nielegalnych działań, nie ma korupcji – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci”. – To nie narusza mojego wizerunku; muszę jednak prostować te wszystkie kłamstwa i sugestie – dodał.

Co zatem jest na nagraniach. – Jest poszukiwanie wyjścia z trudnej sytuacji, przy nacisku na legalność działań” – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci”.

Prezes PiS nie ma wątpliwości: taśmy nie naruszają jego wizerunku. Publikację Gazety Wyborczej podsumował słowami: „nie jest nawet kapiszon”: – Tam przecież nic nie ma. Ale parę spraw chcę sprostować, bo mamy do czynienia z całą masą nieprawdziwych sugestii – dodał prezes PiS. Zaznaczajac, że celem upublicznienia taśm jest prezentacja działań PiS jako czegoś podejrzanego

Kaczyński oświadczył że nie wie, kiedy i po co Gerald Birgfellner nagrywał ich rozmowy. – Na pewno starannie notował w kalendarzu wszystkie rozmowy, co też jest dziwne – powiedział lider PiS. – Na pewno nie było żadnej próby wykorzystania tych nagrań do nacisku czy jakiegoś szantażu, któremu i tak bym nie uległ – oświadczył Kaczyński.

Jarosław Kaczyński skomentował też sprawę faktury wystawionej Srebrnej przez kierowaną przez Geralda Birgfellnera spółkę Nuneaton (powołaną specjalnie na potrzebę budowy). Austriacki biznesmen wystawił cztery takie dokumenty – ich oryginały ma obecnie prokuratura, którą Birgfellner zawiadomił, że padł ofiarą oszustwa. Do jednej z faktur dotarła „Gazeta Wyborcza”. Dokument datowany na 14 czerwca 2018 roku opiewa na kwotę 1,58 mln złotych brutto, a spółka Srebrna miała dokonać przelewu do 21 czerwca. Do transakcji ostatecznie nie doszło.

– Po pierwsze, taki dokument nie wpłynął w czerwcu do spółki, a powinien do niej trafić – stwierdził na łamach „Sieci” Kaczyński. Jak dodał, z informacji medialnych wynika, że nie zapłacono od niej podatku VAT, co – jego zdaniem – potwierdza, że to dokument specjalnego rodzaju.

– Tak przy okazji pokazuje to też szczególne połączenie zaciekłości, złej woli i ignorancji tych, którzy prowadzą tę akcję – ocenił Kaczyński.

„Faktura nie jest podstawą do dokonania płatności”

Rezczniczka PiS Beata Mazurek tak komentowała tę sprawę na Twitterze: – Ta faktura nie jest podstawą do dokonania płatności, bo w niej nie wiadomo, o co chodzi. Taką fakturę każdy może wystawić każdemu – napisała posłanka.

W równie mętny i niezbyt konkretny sposób całą sprawę tłumaczy sam prezes Kaczyński.

Na łamach „Sieci” Kaczyński twierdzi, że wielokrotnie proszono Birgfellnera, żeby zawarł umowę na jakieś konkretne pieniądze, obejmującą to, co robi. Prezes PiS podkreślił, że biznesmen prowadził rokowania z Pekao SA. – I robił to z własnej, nie mojej, inicjatywy – dodał. Biznesmen – opisuje Kaczyński – wynajął również profesora architektury z Wiednia, który przedstawił koncepcję dwóch wież.

– W końcu przedstawił rozliczenie w wysokości 2,5 mln zł, w tym rachunek potwierdzony przez firmę doradczą Baker McKenzie na 101 tys. euro w odniesieniu do spółki Nuneaton – powiedział Kaczyński. – Birgfelnner kupił tę spółkę, rozpoczynając działalność w Polsce w firmie zajmującej się sprzedażą spółek, później odkupiła ją Srebrna – tłumaczy prezes PiS.

Kaczyński podkreślił, że poza rachunkiem na 101 tys. euro Austriak przedłożył „jeszcze parę niewielkich rachunków”, wśród których nie było rachunku za pracę wiedeńskiego architekta. – Do owych 2,5 mln wciąż było daleko. Prosiliśmy więc o rachunki, ale tych nie było – mówi Kaczyński.

Kaczyński myślał, że odpowiednia dokumentacja zostanie dostarczona i dlatego sam miał namawiać władze Srebrnej, by zapłaciły Austriakowi, ale nie zgodził się zarząd ani rada nadzorcza. – W odniesieniu do owych 101 tys. prosiliśmy McKenzie, by przenieśli roszczenia z Nuneaton na Srebrną, ale na to z kolei oni się nie zgodzili. I tak doszło do tej sytuacji, do tych rozmów – stwierdził Kaczyński.

Panika taśmowa

Wiele wskazuje jednak na to, że prezes robi dobrą, ale taśmami jednak się stresuje. Świadczy o tym nie tylko wywiad udzielony Jackowi Karnowskiemu, który znany jest z tego, że trudnych pytań Kaczynskiemu nie zadaje jak i ustalenia poczynione m.in. przez dziennikarkę Newsweeka Renatę Grochal.

Jak pisaliśmy w ubiegłotygodniowym Newsweeku w tekście „Panika Taśmowa” Kaczyński i jego doradcy zdają sobie sprawę, że ten cytat może być rujnujący dla partii i prezesa, który od lat budował wizerunek ascety, niedbającego o majątek. – Po raz pierwszy od lat widziałem prezesa naprawdę przestraszonego, że możemy przegrać wybory. Bo jeśli ludzie uwierzą, że on jest cwanym biznesmenem, to może być dla nas zabójcze – mówił Newsweekowi polityk z władz Zjednoczonej Prawicy.

Afera KNF zatacza coraz szersze kręgi

14 List

„Przepraszam, bo nie chce mi się wierzyć. CBA weszło do KNF zabezpieczyć dokumenty kilka godzin po tym, jak zdymisjonowany szef KNF był tam i buszował w tejże siedzibie KNF?!? – napisał na Twitterze Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”. Okazuje się bowiem, że agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego pojawili się w biurach Komisji dopiero wczesnym popołudniem. Tymczasem rano były już szef KNF pojawił się w siedzibie firmy po powrocie z Singapuru.

„To nie szef KNF-u, którego tak de facto śledztwo dotyczy, powinien być w tym gabinecie pierwszy, tylko służby powinny zabezpieczyć ten gabinet, dokonać zatrzymania określonych dokumentów. Trzeba zakładać, że pewne rzeczy mogą zostać utracone” – powiedział RMF FM były Prokurator Krajowy Janusz Kaczmarek.

Inni prokuratorzy, z którym rozmawiał reporter stacji dodawali: – „To, jak działają służby, zakrawa na skandal” .

Nawet prawicowa blogerka kataryna kpiła: – „To miłe z ich strony, że poczekali z tym aż Chrzanowski wróci z Singapuru i wpadnie rano uporządkować papiery”. W kolejnym wpisie dodała: – „Pewnie mam wygórowane oczekiwania ale IMO CBA powinno być w KNF wczoraj bladym świtem, a prezesa zgarnąć na przesłuchanie prosto z lotniska. Wizyta CBA 1,5 dnia po wybuchu afery i kilka godzin po wizycie prywatnego już obywatela Chrzanowskiego w swoim biurze to kpiny”.

Inny internauta też ironizował: – „Ależ PiS zaskoczył wszystkich standardami przejrzystości! Wczoraj zdymisjonował się Chrzanowski, dziś od rana czyścił w panice biuro, a ledwie skończył, wpadło tam rozjuszone CBA. Normalnie wpadają o 6, ale kurczę, zaspali. Taki przypadek jakiś właśnie dziś. Cholercia…”.

Markowi Chrzanowskiemu, byłemu już szefowi KNF, nie udało się umieścić prawnika Grzegorza Kowalczyka w banku należącym do Leszka Czarneckiego. Opisane w artykule „Prawnik, któremu pracę „załatwiał” były już szef KNF, znalazł się w radzie nadzorczej banku Solorza”. Kowalczyk nie chciał odpowiedzieć na pytanie, kto go rekomendował do banku właściciela Polsatu.

„Gazeta Wyborcza” publikuje dziś oświadczenie rzecznika prasowego Polsatu Tomasza Matwiejczuka.

W celu zapewnienia pełnej transparentności działań banku właściciel, jak i przedstawiciele Rady Nadzorczej wyrazili pełną chęć i gotowość do współpracy z urzędem, jakim jest Komisja Nadzoru Finansowego, w tym między innymi poprzez wyznaczenie przez KNF swojego przedstawiciela w Radzie Nadzorczej banku. Przewodniczący KNF rekomendował pana Grzegorza Kowalczyka. Pan Grzegorz Kowalczyk został powołany w skład Rady Nadzorczej banku w końcu lipca bieżącego roku po wygaśnięciu kadencji poprzedniej rady” – czytamy w oświadczeniu.

„Nie wnikaliśmy w to, jakie ten pan ma kompetencje. Plus jest małym, skromnym bankiem, nie lubi rozgłosu i nie chce problemów” – powiedział „GW” bliski współpracownik Zygmunta Solorza. Kowalczyk zaczął pracę od września.

Zarabia tak jak każdy członek rady – 4 tys. zł miesięcznie. – „Traktowaliśmy go jak człowieka KNF” – stwierdził inny informator „Wyborczej”.

Bożena Chlabicz-Polak na koduj24.pl pisze o możliwości „kupna” banku za złotówkę.

Czy bank Czarneckiego jest pierwszą instytucją, która otrzymała od przedstawicieli aktualnej władzy ofertę opłaty „za ochronę”, po tym, jak profilaktycznie lekko „zdemolowano” jej lokal?

Zamiast pracować, wolę politykować. Ale żyć z czegoś trzeba przecież. Akurat mam wolną złotówkę. Więc chętnie przejmę za to jakiś bank. Jak to zrobić? To łatwe. Wystarczy być… A konkretnie – wystarczy być politykiem partii aktualnie rządzącej. Instrukcja, jak potem wyjąć niezłą kasę z dowolnego banku czy innej przynoszącej duże zyski firmy prywatnej jest zapisana step by step na „taśmach Czarneckiego”.

1. Najpierw trzeba umieścić zaufanych ludzi w naczelnych instytucjach kontrolujących sektor, w tym wypadku – bankowy. Co jest proste, jeśli skupia się w swoim ręku odpowiednie ministerstwa oraz dysponuje większością ustawodawczą.

2. Potem wystarczy upatrzyć sobie konkretny bank i wysłać tam kontrolę. Już ona, jak dobrze poszuka, zawsze znajdzie coś, co można wykorzystać   do postawienia zarządowi i właścicielowi jakichś zarzutów. Zwłaszcza, jeśli zleceniodawcy postawią sprawę jasno: albo biegli wykażą przekręty,   albo już nigdy nie dostaną kolejnego intratnego, państwowego zlecenia. Równocześnie w przestrzeń publiczną wypuszcza się komunikat, że z taki   to, a taki bank prowadzi „podejrzaną działalność” i czekają go poważne kłopoty.

3. Następnie powstaje raport pokontrolny, niekorzystny dla wizytowanej instytucji, ma się rozumieć. A przynajmniej sugerujący jakieś   nieprawidłowości.

4. W tak zwanym międzyczasie większość sejmowa przygotowuje grunt pod „wykończenie” wybranej firmy, uchwalając po cichutku z pozoru nic       nieznaczącą poprawkę do ustawy o instytucjach finansowych. Że – mianowicie – prywatny bank, który „ ma kłopoty” można znacjonalizować. No,   dla bezpieczeństwa sektora i klientów. Już wcześniej zresztą – w zasadzie – można było. Ale teraz określenie „ma kłopoty” zmieniono na niemal   identycznie brzmiące „może mieć w przyszłości”. No, a kto – kiedyś tam – nie może? Zwłaszcza, jeśli w dyspozycji chętnych na przejęcie banku   pozostają instytucje kontrolne, a każdy bank można przecież „wykończyć” napisaną specjalnie „pod niego” kolejną ustawą. „Może mieć” – w miejsce „ma”. Niby nic. Ot takie „lub czasopisma” (jeśli ktoś jeszcze pamięta szczegóły „afery Rywina”).

5. Na tym etapie można już zacząć negocjacje. Pod biurkiem montowane są „szumidła”, a na stole – jak w każdym porządnym filmie gangsterskim   – kładzie się dwie propozycje. Jedna – to wrogie przejęcie „za złotówkę”, czyli – jak to zwięźle ujął zagrożony bankier – „kradzież instytucjonalna”.   Druga – to oferta „pomocy” (wycofanie zarzutów, korzystne zasady restrukturyzacji), no ale nie za darmo przecież. Wystarczy drobny jeden procent   od kapitalizacji, i to nie w jednym kawałku, tylko w płatnościach rozłożonych na trzy lata. Jakieś skromne 40 milionów…

Tak naprawdę, to od początku chodziło – zdaje się – nie o bank, tylko o tę kasę. Bo po co się trudzić prowadzeniem niełatwej przecież działalności i narażać na kłopoty, skoro dyskretnie i bez żadnego wysiłku można, ot tak sobie, wyjąć z tego tylko jednego biznesu jakieś 40 milionów.

Prawdopodobieństwo, że postawiony wobec takiego wyboru właściciel odmówi haraczu jest znikome. No, chyba że trafi się na takiego „zawodnika”, jak Leszek Czarnecki. A „szumidła” nie zniszczą wszystkich ewentualnych dowodów politycznej gangsterki i mafijnego układu, gdzieś „na górze”.

Tak oto – w skromnych pięciu krokach – wygląda instrukcja, jak wyciągnąć z prywatnej firmy dowolną ilość pieniędzy. Pod stołem, ma się rozumieć. Można przypuszczać, że bank Czarneckiego nie jest pierwszą instytucją, która otrzymała od przedstawicieli aktualnej władzy ofertę opłaty „za ochronę”, po tym, jak profilaktycznie lekko „zdemolowano” jej lokal.

Wiele do myślenia daje tu okoliczność, że prawnik rekomendowany przez szefa KNF do zatrudnienia w holdingu Czarneckiego już „pracuje” w banku innego znanego biznesmena – Zygmunta Solorza. A gdyby tak dobrze poszukać, to podobni emisariusze formacji rządzącej odnaleźliby się – być może – także w innych prywatnych, dobrze prosperujących biznesach.

Działają oni – jak dowodzą „ taśmy” – w KNF, więc czemu by i nie na giełdzie czy w funduszach inwestycyjnych? Weźmy GetBack. Przecież firma cieszyła się rekomendacjami giełdowego nadzoru nawet, gdy była już na krawędzi niewypłacalności, dopóki tylko dotowała, nagradzała i fetowała zwolenników aktualnej formacji rządzącej. W jej ratowanie angażował się zresztą osobiście ojciec aktualnego premiera.

A że banki, spółki giełdowe i inne intratne biznesy po cichu utrzymują – jak się okazuje – opłacane w milionach delegatury władzy z pieniędzy klientów i depozytariuszy (czyli naszych), więc kto wie, czy najbezpieczniejszą lokatą nie będą teraz papiery producentów skarpet oraz fabryki materaców.

>>>