Tag Archives: Manuela Gretkowska

Kaczyńskiemu należy się Nagroda Stalinowska, albo Leninowska. Oto laur dla zbawcy narodu

6 Paźdź

W czasie wiecu w Częstochowie Jarosław Kaczyński nawiązał do wypowiedzi znanej i cenionej na całym świecie reżyserki, Agnieszki Holland.

Mamy niebezpieczeństwo, że nie będzie tak, jak mówiła pani Holland, która skądinąd po tym, jak mówiła, to później mówiła, że nie mówiła i nawet później kilkudziesięciu reżyserów napisało do mnie list, w którym napisało, że ona nie mówiła tego, co mówiła i to można było usłyszeć. Pani Holland powiedziała, żeby „było jak było”. Jeżeli oni wygrają wybory, to będzie dużo gorzej niż było. Oni nie ukrywają, że chcą zlikwidować demokrację” – w dość oryginalnym stylu wypowiedział się prezes PiS.

Agnieszka Holland poproszona o komentarz do słów Kaczyńskiego, stwierdziła, że czuje się dowartościowana tym szczególnym zainteresowaniem prezesa.

To jest w pewnym sensie zaszczyt. W końcu to szara eminencja polskiej polityki, bardzo sprawczy człowiek. Ma dużo zajęć na głowie, bo właściwie rządzi całym państwem jednoosobowo. Skoro jeszcze ma czas, żeby zajmować się moją osobą, to znaczy, że to jest ważna osoba dla niego. Czuję się więc dowartościowana” – ironizuje artystka.

Przy okazji wytyka Kaczyńskiemu kłamstwo dotyczące rzekomego listu od reżyserów: „Nie pisaliśmy listu do pana Kaczyńskiego. Nie ma powodu, żeby on był adresatem. Jest zwykłym posłem. Dlaczego miałabym więc do niego pisać? Jeśli zostanie premierem, to wtedy stanie się adresatem różnych listów otwartych od obywateli” – mówi w rozmowie z dziennikarzami WP Holland.

Za tydzień wybory. W najnowszym Newsweeku o wyborze, który stoi przed Polakami.

Do #13października zostało 7 dni a więc #SkasujPiS

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

To pytanie zadał publicznie Włodzimierz Czarzasty podczas konwencji Lewicy w Katowicach. Przypomnijmy więc tę kuriozalną propozycję redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”: „Kolejna granica absurdu przekroczona – Sakiewicz chce Nobla dla… Kaczyńskiego”.

– „Dobre! Myślę panie Sakiewicz, że ta nagroda, którą już dawno dostał (nagroda „JOBLA”) to szczyt jego możliwości!”; – „…10+ środek tarczy… a tak na poważnie do tej nagrody w parze wystawiłbym.. KACZYŃSKI… TRUMP, że też pisiory na to nie wpadły..”; – „Myślę, że najbardziej uwiera go ta Wałęsy” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że 5 października 1983 roku Komitet Noblowski przekazał swoją decyzję. Pokojowa Nagroda Nobla po raz pierwszy powędrowała w ręce Polaka – Lecha Wałęsy, ówczesnego przewodniczącego Solidarności.

Zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, Czarzasty powiedział: – „Polska, panie prezesie, nie powstała 4 lata temu. Nie zmieni pan historii. Nie zakłamie pan historii. Nie umniejszy pan roli polskiej lewicy. Nie da pan rady. Jeżeli pan patrzy w przeszłość, tę przeszłość powojenną, to niech pan PRL-u nie naśladuje tylko w jednej rzeczy. Mianowicie w upartyjnianiu państwa, bo to nie jest dobry pomysł”.

Czarzasty zapowiedział m.in. utworzenie po wyborach Ministerstwa Polityki Senioralnej. – „Będzie ono koordynowało pracę na rzecz starszego pokolenia” – powiedział szef SLD.  Gościem konwencji był Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent mówił o znaczeniu przestrzegania Konstytucji i umacnianiu obecności Polski w Unii Europejskiej.

Niedługo cisza wyborcza, ale nie nad trumnami. Znowu je wyciągną, smoleńskie, starsze, nowsze. Każdy argument jest dobry dla TVP. Od tygodnia wycierają sobie mną tam gębę. W doborowym towarzystwie: Jandy, Stuhrów, jestem zaplutym karłem „elit, które utraciły władzę”. Nie narzekam na swoje władze umysłowe, innych nie mam. W przeciwieństwie do rządzących.

Fot. Źródło: Manuela Gretkowska / Facebook

Kaczyński jest jak granat wrzucony w szambo mentalne nad Wisłą, nie to z Czajki, tylko z zapóźnień cywilizacyjnych. Więc bryzga po wschodniej ścianie Polski.

Izaak Babel poznając na początku XX wieku nasze zacofane Podkarpacie zastanawiał się, czy Słowianie są nawozem historii. Gdy to pisał, nawóz był naturalny, gówniany. Oczywiście, Babel to Żydokomuna i nie nadawałby się na wystawkę w Polinie, które jak obcojęzyczna nazwa wskazuje jest jeszcze niespolonizowanym muzeum o Polsce. Dlatego zarządzać nim powinni heteroseksualnie kochający Polskę Wszechpolacy.

Przypomina się mi dialog z „Zimnej wojny”, pisany pewnie przez Głowackiego. Mało kto miał takie ucho na prlowski bełkot.
 Nie kocha pan Polski – mówi ubek do artysty.
 Kocham – szczerze odpowiada artysta.
 Nie kocha pan.
 Kocham.
– Nie kocha…

Te rozmowy powtórzą się, jeśli PiS wygra. W programie mają pomysł na państwowy statut artysty. Skoro państwowy, to pewnie i narodowo socjalistycznie katolicki. Cóż, ruska komuna, dlatego że obca, była łatwiejsza do zniesienia, od polskiego faszyzmu.

Paranoicy mają dar urealniania swojego zajoba szczegółami. Utopista socjalistyczny Fourier zalecał nowemu społeczeństwu jedzenie arbuzów. Nie pytajcie dlaczego. Zapytajcie Prezesa albo „Call Saul”.

Program PiS-u przewiduje w składzie komisji przyznającej statut artysty 20% ludzi sztuki. Skąd 1/5, a nie liczba Pi? Reszta to chyba biskup, a na pewno urzędnicy. Znając ich kadry – hejterzy, gangusy, burdelarze. Statut na trzy lata, niby renta. Najwidoczniej dla pisowców artysta jest intelektualnie czy jakoś, niesprawny ideologicznie i trzeba go weryfikować. W normalnym świecie artyści należą gdzie chcą; do własnych stowarzyszeń, związków zawodowych, kółek adoracji, albo nigdzie.

W komunizmie skazywano na roboty, „za nie bycie poetą”, na przykład noblistę Brodskiego. U nas minister kultury, oczywiście tradycyjnie pisowski buc, przyzna Jandzie dużą kasę, w supermarkecie. Stuhrów wyślą do kopalni węgla czy soli, bo to blisko Krakowa i żeby nie było gadania o mściwym państwie.

W normalnym świecie nie ma obowiązku hołubić artystów. Ale nie trzeba ich niszczyć. Tylko tępota tępi kulturę.

Na trumnie Polski zamiast sarmackiej gęby zwanej portretem, wystarczy napis: „Idioci idiotom zgotowali ten los„. Na najbliższe lata, wieki, a wieko trumny zamknąć dla dobra klimatu.

Polacy mentalnie przenieśli się do Europy, bo korzyści z życia w Unii Europejskiej sprawiły, że podróż za chlebem do USA straciła sens.

Na półtora tygodnia przed polskimi wyborami parlamentarnymi Donald Trump ogłasza, że Polacy będą mogli latać do USA bez wiz. Niewątpliwie możemy to uznać za życzliwy gest amerykańskiego prezydenta dla ekipy rządzącej w naszym kraju. Ot, taki mały prezencik przedwyborczy. Przecież Trump nie musiał zapowiadać tego właśnie teraz. Gdyby nie chciał się wpisywać w polską kampanię, mógł z tym poczekać parę dni. Nie poczekał.

Jednak zarazem jest to dla Kaczyńskiego nagroda pocieszenia po odwołaniu udziału amerykańskiego prezydenta w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przed 1 września „dobra zmiana” nadmuchiwała balon oczekiwań, szykując się do propagandowego zdyskontowania przyjazdu Trumpa do Polski – a tu nici. Przywódca USA wytłumaczył, że nie może przylecieć, bo musi się spotkać z huraganem Dorian na południu Stanów Zjednoczonych. Po czym grał w golfa.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wcześniej wpływowe ośrodki i liczący się publicyści apelowali do Trumpa, by nie przylatywał do Polski i nie legitymizował swą obecnością w Warszawie polityki PiS, stanie się oczywiste, że odwołanie wrześniowej wizyty było jak cios kijem. Obecna zapowiedź zniesienia wiz to marcheweczka zaserwowana na osłodę i dla ukojenia bólu.

Propagandyści „dobrej zmiany” próbują ją teraz wykorzystać w agitacji przedwyborczej. „Nie dajmy sobie wmówić, że zniesienie wiz do Ameryki było wyłącznie kwestią techniczną” – apeluje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl. „Zniesienie wiz nie jest tylko skutkiem bezosobowych procedur – pisze. – To również rezultat wielu działań politycznych podejmowanych przez władze polskie i środowiska polonijne w Ameryce. Obecna ekipa może z czystym sumieniem przypisywać sobie dużą część zasług i będzie to w pełni uprawnione”.

Oczywiście Kołodziejski fałszuje obraz rzeczywistości, bo za gest polityczny ze strony Trumpa możemy uznać tylko wybór terminu, w którym ogłosił decyzję. Samo zniesienie wiz nie było zasługą władz – ani polskich, ani amerykańskich – a jedynie konsekwencją spadku odsetka odmów udzielanych polskim wnioskodawcom do poziomu poniżej 3 proc. w skali roku. Większość Polski już dawno temu zeszła poniżej tego progu, jednak statystyki pogarszało Podkarpacie, które tradycyjnie jest zagłębiem emigracji do USA. Dopiero teraz cały kraj zszedł poniżej linii krytycznej.

No więc dobrze, w takim razie spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie polskim i nie amerykańskim władzom zawdzięczamy zniesienie wiz, lecz samym sobie, to co sprawiło, że gorzej sytuowani obywatele przestali masowo ubiegać się o wizy USA, by pracować za oceanem na czarno?

By mieć całkowitą pewność, trzeba by przeprowadzić badania i ankiety socjologiczne, ale intuicja podpowiada odpowiedź dość prostą, wręcz narzucającą się: to Unia Europejska. Możliwość legalnej pracy w zamożniejszej części Europy sprawiła, że nielegalna praca w USA przestała być atrakcyjna. Po co wyprawiać się za ocean, ukrywać się przed tamtejszymi służbami imigracyjnymi, pracować w warunkach niemal konspiracyjnych bez opieki medycznej i zabezpieczeń socjalnych, narażać się na ryzyko deportacji i zakaz wjazdu, skoro całkiem legalna praca czeka na nas dosłownie za płotem?

We wsi w południowej Polsce na Żywiecczyźnie, w której mam chałupę, liczni moi sąsiedzi nie tylko zatrudnili się w Niemczech, ale wręcz zarejestrowali tam działalność gospodarczą. Remontują mieszkania, układają glazurę, budują domy. Płacą podatki, nikt ich nie ściga, żyją jedną nogą w Polsce, a jedną w Niemczech, bo przyjazd do kraju choćby na weekend nie jest problemem. Wszyscy się już dawno podorabiali samochodów, a podróż autostradą A4 trwa tylko kilka godzin.

W ten oto sposób Europa zajmuje w życiu Polaków miejsce dawniej zarezerwowane dla Ameryki. Realne korzyści płynące z Unii Europejskiej wypierają ze świadomości obywateli mit Stanów Zjednoczonych. I właśnie z tego powodu zniesienie wiz zapewne nie okaże się w kampanii wyborczej PiS wielkim atutem – wielu Polaków amerykańska wiza po prostu przestała obchodzić.

Pojawił się natomiast nowy problem, którego wielu obywateli do końca sobie jeszcze nie uświadamia: w czasie gdy Polacy mentalnie i praktycznie przenieśli się z USA do Unii Europejskiej, rząd odbył podróż w przeciwnym kierunku. Dzisiejsze władze weszły w role bezkrytycznego i służalczego wasala administracji Donalda Trumpa, a jednocześnie skłócają Polskę z Europą i pogarszają jej pozycję w UE. Kwestią czasu – i to niestety raczej niezbyt długiego – jest to, kiedy negatywne konsekwencje tej polityki odczują przeciętni obywatele.

Więcej Klaudii Jachiry – tutaj >>>

Reklamy

Rydzyk pasie brzuch, Kaczyński chce trzymać naród za mordę. Tak wygląda Polska pisowska

4 Sier

„Ministerstwo ZDROWIA przelało fundacji o. Rydzyka prawie 1 mln zł. Tak wynika z odpowiedzi na moje zapytanie. Umowy Ministerstwa z fundacją Rydzyka dotyczyły… kampanii INFORMACYJNEJ nt. walki z nowotworami. I to w czasie, gdy brakuje pieniędzy na LECZENIE raka” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Tak wynika z pisma, które poseł PO otrzymał w odpowiedzi na pytania zadane ministrowi Łukaszowi Szumowskiemu.

W piśmie wyszczególniono kwoty, które zostały przekazane fundacji Rydzyka. I tak w 2016 r. przelano 182 940 zł, rok później było to 488 604,26 zł, a w 2018 r. – 202 439,02 zł. Krzysztof Brejza zapowiedział, że wystąpi w tej sprawie do prokuratury oraz Najwyższej Izby Kontroli.

„A ludzie umierają w ciszy”; – „Nie ma na leczenie, zamykane oddziały, ale wychodzi na to, że „kampania edukacyjno – informacyjna” będzie leczyć nowotwory. To się w głowie nie mieści”; – „PiS kupuje głosy, następnie spłaca dług za te glosy…wszystko z naszych kieszeni. Ludzie chorujący są dla PiS niewygodni…”; –

„Taka kampania powinna być przeprowadzana w mediach docierających do jak największej liczby odbiorców. Powinny w niej uczestniczyć „różne” media, żeby zapewnić dostęp do informacji WSZYSTKIM. To co robi Ministerstwo zdrowia to zwykłe płacenie za poparcie” – komentowali oburzeni internauci.

W czasie spotkania z prezesem Prawa i Sprawiedliwości pojawili się nie tylko zwolennicy partii rządzącej, ale także osoby popierające opozycję. Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę, że grupka trzyma kartki z napisem „konstytucja”. – Bardzo dobrze. Przyjdzie taki dzień, że zmienimy konstytucję na potrzebną. Na taką, która będzie gwarantowała prawdziwą demokrację, prawdziwą wolność i prawdziwą równość – mówił Kaczyński. Wskazał jednocześnie, że nie jest to obietnica przedwyborcza, ale „przyjdzie czas, że to zrobimy”.

Lider partii rządzącej w swoim wystąpieniu nawiązał do sytuacji, w której znalazło się Pomorze Zachodnie w latach 90. – Bardzo wielu mieszkańców tego regionu znalazło się bez pracy, bez nadziei, bez dostępu do kultury – mówił Kaczyński, zaznaczając, że zasada solidarności była na tamtych ziemiach łamana.

„Piękna idea liberalizmu”

Zdaniem prezesa PiS prawdziwy kryzys przyszedł jednak później, gdy wiele firm zostało sprywatyzowanych. – Chciano sprzedać nawet Lotos. Przez sprzedaż zakładów farmaceutycznych pojawiły się niedawne trudności z dostępem do leków, szczęśliwie dziś opanowane. Postanowiono także likwidować posterunki policji, zostawiając Polaków samym sobie – powiedział Kaczyński, podkreślając, że poprzednie rządy uzasadniały swoje działania „piękną ideą liberalizmu”.

Nie zabrakło także pochwał dla wywodzącego się z PiS prezydenta Andrzeja Dudy. – Mamy wspaniałego prezydenta i powinien być wybrany na kolejną kadencję, najlepiej w pierwszej turze – wskazał Kaczyński. Nie wiadomo jednak, czy jest to zapowiedź, że Duda będzie kandydatem PiS w najbliższych wyborach prezydenckich.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział także, że rząd zamierza walczyć z wykupywaniem ziem i firm przez zagraniczny kapitał. – Sądzę, że ten dobry czas już jest, ale on powinien trwać, tak abyśmy za jakiś czas mogli powiedzieć: „nawet w tych bogatych Niemczech nie jest lepiej niż w Polsce” – przekonywał Kaczyński.

– Całe Pomorze Zachodnie to strategiczny punkt naszego kraju – mówił Jarosław Kaczyński, przypominając jednocześnie słowa swojego brata: „nie ma silnej Polski bez silnego Pomorza Zachodniego”.

Chwalenie się rodzinnymi lotami Kuchcińskiego do Rzeszowa jest nawet na rękę PiS-owi. Bo trudno nie kojarzyć „samobójczej” śmierci Kosteckiego, skazywanego za prowadzenie podkarpackich burdeli, z aferą w którą jest zamieszany Marszałek. CBA tuszowało przecież skandal – nagranie „ważnego polityka PiS-u” w agencji towarzyskiej, gdzie korzystał z usług nieletnich Ukrainek.

Kostecki powiesił się przedwczoraj pod kocem, tak, że nikt w celi nie zauważył. Majstersztyk cudu więziennego. Marszałka, też nikt nie zauważył nad Polską jak rozpylał wartości rodzinne podróżując odrzutowcem z rodziną. A że latał za często? Najwidoczniej za potrzebą. Sex (z nieletnimi ), drugs (władzy) & rock’n’roll patriarchalnej chujni. Najłatwiej go uprawiać tam gdzie Kościół i PiS rządzą niepodzielnie – na Podkarpaciu.

Być może Kuchciński gnała do Rzeszowa potrzeba chronienia dzieci przed pedofilami. Założyć małoletnim elektroniczne kajdanki na nogę. Wtedy wiadomo by było gdzie się włóczą, w jakiej odległości od kościoła. Nieletnim Ukrainkom też zakłada się kajdanki albo elektroniczną smycz, na wypadek gdyby chciały uciec z burdelu.

>>>

Pikniki rodzinne PiS przyciągają tłumy? Frekwencja sobotniej imprezy w Dygowie budzi wiele wątpliwości, gdyż na scenie pojawił się zespół przybyszów z odległych o 100 km Kaszub.

Okazało się również, że wielu uczestników dowożono spod Szczecina.

Partii rządzącej zależało na tłumach, gdyż w tym regionie PiS nie cieszy się wysokim poparciem. W wyborach europejskich obóz władzy zwyciężył jedynie w 4 z 14 powiatów leżących w granicach kaszubskich.

W zorganizowanie imprezy zaangażowali się lokalni działacze. Jak mówi wiceprzewodniczący Rady Miasta Kołobrzeg w celu podniesienia frekwencji został wynajęty autokar oraz rozwieszano plakaty by zainteresować ludzi eventem.

Faktycznie, wyglądało na to, że publika dopisała. Jednak, wśród Polaków pojawiają się poważne wątpliwości dotyczące tego, czy to spontanicznie zgromadzeni ludzie. Podejrzenia budzą między innymi stroje artystek, które wyglądają na kaszubskie.

Czarna niewdzięczność i niesprawiedliwość spotyka Marka Kuchcińskiego, który nawet żonę i dzieci nakłonił do patriotycznej służby na pokładzie Gulfstreama.

Sprawa rodzinnych lotów marszałka Kuchcińskiego jest wykorzystywana przeciw Dobrej Zmianie. A przecież nie ma tu żadnego skandalu. Marszałek jest człowiekiem rodzinnym, jego partia głosi prymat wartości rodzinnych – to i loty były rodzinne.

W Warszawie dzieci w podstawówkach (do niedawna też w gimnazjach, ale gimnazjów już nie ma) dostają kartę miejską, z którą mogą za darmo jeździć metrem, tramwajem i autobusem. Ratusz im ją funduje. To, co się dziwić, że dzieci marszałka latają Gulfstreamem? W końcu Sejm jest bogatszy od jakiegoś tam ratusza, nawet stołecznego, i stać go na to, by zapewnić dzieciom marszałka godziwe warunki rozwoju.

Pierwotnie była mowa o sześciu przypadkach, ale sam marszałek, przyciśnięty przez media i opozycję, przyznał się do 23 rodzinnych lotów. Jak pisze „Wyborcza”, Kuchciński w 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r. w sumie ok. 100 razy korzystał z usług rządowego przewoźnika.

Wrogowie insynuują i pytają: a właściwie, dlaczego pan marszałek latał rządowym samolotem? No jak to dlaczego? Przecież to wszystko były niesłychanie istotne misje państwowe. Bardzo ważnymi ośrodkami, w których koncentruje się polskie życie polityczne są Rzeszów i Huwniki – i właśnie tu latał. Akurat w Huwnikach (wieś licząca ok. 700 mieszkańców) Kuchciński ma nieruchomość, ale nie ma się co dziwić. To oczywiście nie jest przypadek – po prostu pan marszałek jako doświadczony polityk kupił działkę tam, gdzie bije puls ziemi, tej ziemi.

Nic dziwnego też, że latał z reguły w weekendy i święta – przecież w tygodniu nie mógł się wybrać na Podkarpacie z ważną misją państwową, bo harował jak wół. Musiał odbierać głos warchołom z opozycji, którzy wykorzystują sejmową mównicę do sączenia trucizny w duszę ludu i rzucania Dobrej Zmianie kłód pod nogi. Musiał zarządzać skrócenie wypowiedzi w debacie do 30 sekund, musiał nakładać kary na posłów-nikczemników, musiał odbierać diety niejakiemu Nitrasowi. I dopiero po całym tygodniu takiej harówki mógł się udać w misję polityczną do Huwnik.

Jego koledzy w tym czasie byczyli się, pijąc piwo i śmiali się do rozpuku, oglądając przezabawny program „W tyle wizji”. A pan marszałek nie. On wiedział, że ojczyzna go wzywa, więc wsiadał do samolotu lub helikoptera, zapinał kurtkę, żeby go nie przewiało – i leciał. Często nawet zabierał ze sobą rodzinę, by i ona mogła mieć swój udział w służbie narodu. Żona z reguły się opierała, a dzieci protestowały: „Tato, fajny film jest dziś w telewizji, może zostaniemy w domu?”. Ale on pozostawał niewzruszony: „Bez dyskusji. Lecicie i już!”.

I teraz różni niewdzięcznicy, zamiast podziwiać pana marszałka i wyrażać uznanie dla jego ofiarności, próbują się go czepiać i odwracać kota ogonem. Wmawiają narodowi, że jego wytężona praca na ołtarzu ojczyzny to nadużywanie stanowiska i wykorzystywanie instytucji i majątku państwowego do celów prywatnych.

Oczywiście nie jest przypadkiem, że ta brudna kampania oszczerstw ma miejsce właśnie teraz, na niespełna trzy miesiące przed wyborami. To dzieło podstępnego lobby LGBT, które w ten sposób chce odwrócić uwagę od seksualizacji dzieci i obalić Dobrą Zmianę przy urnach.

Ale niedoczekanie wasze! To się wam nie uda. Ręce precz od naszych dzieci i Gulfstreamów!

>>>

Polska rządzona autorytarnie, PiS zmierza do totalitaryzmu. Z życia pasqud 28

23 Lip

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że nadchodzące wybory parlamentarne są dla jego obozu grą o wszystko. Choć po klęsce w eurowyborach po stronie opozycji morale uległo znacznemu obniżeniu, a Koalicja Europejska się rozpadła, to jednak prezes PiS nie traci czujności i zamierza zadać w październiku oponentom ostateczny cios. Służyć temu, poza “piątką Kaczyńskiego” i potęgą prorządowych mediów, ma także wielka metamorfoza wizerunkowa samej partii rządzącej.

Prezes PiS uświadomił sobie bowiem, że strategia rządu w postaci cementowania poparcia przez wieczny konflikt w dotychczasowej formule się wyczerpała. Wybieranie małych grup i uczynienie z nich wrogów, czy też przypisywanie oponentem najgorszych cech skonsolidowało wokół władzy miliony, jednak równocześnie obraźliwe, hejterskie wypowiedzi wielu polityków partii rządzącej nieustannie zniechęcały do rządu znaczną część wyborców politycznego centrum. Niezadowolenia grupy tej nie widzieliśmy przy urnach tylko dlatego, że w warunkach równoczesnego rozczarowania opozycją znaczna jej część została w domach, z czego wynika właśnie 7% luki między PiS a Koalicją Europejską.

Jednak PiS nie zamierza spocząć na laurach i dąży do sięgnięcia po niezdecydowanych wyborców o poglądach centroprawicowych i wciąż silny w tej części politycznego spektrum elektorat Platformy Obywatelskiej. Drzwiami do krainy nowych politycznych możliwości ma być, podobnie jak w 2015 roku, ukrycie politycznych demonów PiS. Tym ostatnim przy poprzednich wyborach był sam Jarosław Kaczyński, którego przykryła Beata Szydło i Andrzej Duda. Dziś zaś manewr ten ma polegać na usunięciu z frontu najbardziej kontrowersyjnych polityków obozu władzy i jasny przekaz, że koniec z wypowiedziami szkodzącymi partii rządzącej. O tym ostatnim przecieki do mediów docierały w ostatnich tygodniach, czemu towarzyszyła nagła zmiana nastawienia znacznej części polityków PiS do mediów, które uważają za sobie nieprzychylne. W kuluarach huczało bowiem od informacji, że prezes zagroził, że dla tych, którzy kontrowersyjnymi wypowiedziami niszczą wizerunek PiS, nie będzie miejsca na listach wyborczych.

Nie minęło dużo czasu i dowiedzieliśmy się właśnie, że Krystyna Pawłowicz, jedna z czołowych figur języka nienawiści w polskim życiu publicznym, kończy polityczną karierę.W wywiadzie dla “Sieci” wyznała bowiem. że “Jestem trochę zmęczona i uznałam, że to dobry czas, by z czynnej polityki odejść”. Choć posłanka zarzeka się, że to jest jej wewnętrzna decyzja, to jednak ciężko w to uwierzyć. Pawłowicz bowiem jako jedna z niewielu nie przytemperowała swojego języka mimo partyjnego nakazu, a nawet w sytuacji pytań o swoje odejście krzyczała do dziennikarza TVN24 “Na kolana, przepraszaj, zdrajco jeden. Wszyscy na kolana!”. Polityczna logika nie pozostawia tutaj złudzeń, że brak miejsca dla Pawłowicz na listach wyborczych jest odpowiednikiem rekonstrukcji rządu sprzed ponad roku, kiedy to pozbyto się najbardziej obciążających wizerunkowo figur. Jarosław Kaczyński uwalnia w ten sposób partię od poważnego balastu, który już dawno przeważał polityczne korzyści.

Otwartym pozostaje teraz pytanie, czy Polacy uwierzą w taktykę schowanych zębów polityków PiS. Jeśli tak się stanie, to przy braku mobilizacji i samoorganizacji opozycji rządzący będą mogli zacząć marzyć nawet o większości konstytucyjnej. Jesień to będzie zatem dla nas wszystkich wielki wybór, który zaważy na długoterminowej przyszłości naszego kraju.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem.

To, co wydarzyło się w sobotę, na Marszu Równości w Białymstoku, przeraziło mnie i zaszokowało. Niby nie powinnam być zdziwiona, bo przecież wiadomo, że polscy narodowcy są coraz bardziej roszczeniowi, chcą zawłaszczyć coraz większy obszar przestrzeni publicznej, czują się coraz bardziej bezkarni w swoich działaniach, co ich bardziej nakręca i zwiększa ich aktywność. To już ostatni dzwonek, by wreszcie wziąć ich w karby, wyznaczyć granice, których nie wolno przekraczać. I to zadanie dla rządu. Tego rządu, który dopuścił do takiej sytuacji, nie dostrzegając problemu, ignorując go, a jednocześnie aprobując tego typu zachowania. Tego rządu, który nie tylko usprawiedliwia narastającą agresję i nienawiść, starając się zrzucić winę na innych, ale ma też w swoich szeregach ministra, odpowiedzialnego za wychowanie młodzieży, a nie ukrywającego, jak bardzo własne poglądy są dla niego ważniejsze od ogólnie przyjętego systemu wartości i praw obywatelskich, zapisanych w polskiej Konstytucji. Stąd mój list do premiera Mateusza Morawieckiego z prośbą o podjęcie zdecydowanych działań i dymisję ministra Dariusza Piontkowskiego.

Poznań, 22 lipca 2019

Mateusz Morawiecki

premier Rzeczpospolitej Polskiej

Zwracam się do Pana z prośbą o natychmiastowe podjęcie działań, które powinny na przyszłość nie dopuścić do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w sobotę w Białymstoku oraz zdymisjonowanie pana Piontkowskiego ze stanowiska ministra MEN, którego postawa i wypowiedzi stoją w całkowitej sprzeczności ze wszystkim, co powinien reprezentować sobą człowiek odpowiedzialny za edukację dzieci i młodzieży.

To, co wydarzyło się na Marszu Równości w Białymstoku nie powinno mieć miejsca w państwie, w którym Konstytucja gwarantuje każdemu respektowanie jego praw jako człowieka i obywatela. Horda rozwścieczonych narodowców zaatakowała uczestników marszu, w tym osoby niepełnoletnie. Plucie, obrzucanie jajkami, zaciśnięte pięści, kamienie i race, wyzwiska, kopanie i bicie… to zachowanie, które jest pokłosiem polityki ustępstw i wręcz aprobaty środowisk, bazujących na ideologii neofaszystowskiej, przez obecną władzę polityczną i niestety – kościelną.

Tłumaczenie, że to prowokacja ze strony środowiska LGBT, że gdyby tego typu marsze były zakazane, nie byłoby problemów, szukanie usprawiedliwień dla bandy agresorów, udawanie, że nic złego się nie stało, stoi w całkowitej sprzeczności z zasadami państwa prawa i stawia pod wielkim znakiem zapytania rację bytu takiego rządu, który nie chce lub nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa wszystkim swoim obywatelom.

Teraz, gdy trwa już kampania wyborcza do Sejmu, wielokrotnie i Pan, i prezes Pana partii Jarosław Kaczyński, wspominacie o zgodzie narodowej, o drodze PiS-u do pokoju, o budowie państwa przyjaznego dla wszystkich jego obywateli, a w tym samym czasie Pana minister Dariusz Piontkowski komentując to, co wydarzyło się w Białymstoku mówi w TVN24, że „tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór (…) na Podlasiu, ale także w innych częściach Polski (…) W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane. To powoduje zamieszki, może powodować zagrożenie zdrowia wielu przygodnych obywateli i trzeba się poważnie zastanowić, w jaki sposób rozwiązać ten problem ”.

Minister edukacji pokazał tą wypowiedzią, jak bardzo obcy jest mu ten system wartości, który powinien być podstawą wychowania kolejnego pokolenia Polaków. Tolerancja, poszanowanie praw człowieka, prawo każdego do czucia się pełnoprawnym obywatelem Polski, niezależnie od wiary, rasy poglądów czy orientacji seksualnej są dla pana ministra stekiem pustych, nic nieznaczących słów. Pan minister nie raczył nawet dostrzec, że w grupie atakującej uczestników marszu były też dzieci, nawet bardzo małe, w wózkach, co wyraźnie pokazuje nie tylko pewne przyzwolenie na indoktrynację maluchów, uczenie ich nienawiści i agresji, ale także zgodę, by narażać ich na niebezpieczeństwo przez nieodpowiedzialnych rodziców, zabierających swoje pociechy na zadymę.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem. Jest całkowitym zaprzeczeniem obiektywizmu nauczania, jego bezstronności i utrzymania szkół bez podziału na lepszych czy gorszych. Szkół wolnych od indoktrynacji, przyjaznych dla każdego ucznia.

Chciałabym wierzyć, że moje słowa trafią do Pana, że weźmie Pan je pod uwagę, że stanie Pan na wysokości działania i pokaże, iż rzeczywiście wspólnota i zgoda narodowa są dla Pana priorytetem. Chciałabym uwierzyć, że zadba Pan o to, by wreszcie przestały nas straszyć na ulicach miast i miasteczek demony znane  z historii, te o brunatnym zabarwieniu, a ministrem edukacji narodowej zostanie człowiek, co do którego moralności i systemu wartości, nikt nie będzie miał zastrzeżeń. Człowiek, któremu z pełnym zaufaniem obywatele powierzą los swoich dzieci.

Oczekuję na Pana decyzję.

Zwykła, niewiele znacząca, ale jednak wciąż obywatelka tego kraju

Tamara Olszewska

Jeszcze nie tak dawno, mało kto uwierzyłby w to, że scenariusz metamorfozy naszego państwa w (miękki, póki co) totalitaryzm będzie kiedykolwiek realny. Mało tego, chyba nikt nawet nie miał powodu do takich rozważań i mówię to z pełną odpowiedzialnością jako politolog. Jeśli na wykładach dla studentów w Warszawie i Łodzi wspominałem o patologiach władzy, to raczej odwoływałem się do totalitaryzmów z lat 30. XX wieku, zacofanych państw afrykańskich bądź dyktatur w krajach rozwijających się Ameryki Łacińskiej! Polska na ich tle jawiła się jako „kraj mlekiem i miodem płynący”. Nie było idealnie, ale przecież obrany kierunek rozwoju dawał nadzieję na to, że może być tylko lepiej.

Już na początku lat 90. ubiegłego wieku Polska wstąpiła na drogę integracji z elitarną rodziną europejskich państw demokratycznych, której efektem miały być członkostwo w NATO (1999) i Unii Europejskiej (2004)! Kolejne ekipy rządowe (według mnie do roku 2005) robiły wszystko to, co było niezbędne, abyśmy się stali godni tego przywileju. Lata 2005 – 2007 to pierwszy okres, w którym proces integracji zaczął być poddawany, przez pierwszy rząd PiS, w wątpliwość. Wydawało się wszakże, iż to może być „gra”, której celem mogłoby być uzyskanie jeszcze lepszych warunków członkostwa choć te, które mieliśmy, wydawały się bardzo korzystne. Patrząc z perspektywy tego, co od czterech niemal lat dzieje się z Polską wiemy, że już w tamtym okresie Polakom powinno zapalić się w głowie „czerwone światło”!

Nieudolna prezydentura Lecha Kaczyńskiego (najgorsza z dotychczasowych) i spięcia z „byle powodu” z ekipą rządową Donalda Tuska, psucie dobrego imienia i ośmieszanie Polski w UE i nie tylko, powinny dać do myślenia wszystkim siłom politycznym! Model władzy oparty na kohabitacji nie mógł się sprawdzić, gdy jedną ze stron była partia, na czele której stoi Jarosław Kaczyński. Gdyby PiS kierował ktoś inny, to może jej działania mogłyby być dla naszego kraju korzystne. Niestety, mamy do czynienia z człowiekiem przesączonym nienawiścią, nieposiadającym szacunku dla innych, ani też empatii, która zwykle charakteryzuje ludzi przystosowanych do życia w społeczeństwie. Mamy kogoś, kto wyznaje „aż” dwie wartości”: władzę i pieniądze, a wszystko to podporządkowane partykularnym interesom nawet nie partii, a jedynie Kaczyńskiego i wąskiej grupy ludzi mu wiernych, i gotowych na wszystko.

Postać samego Jarosława Kaczyńskiego tj. człowieka zupełnie (oczywiście według mnie) nienadającego się do pełnienia żadnej ważnej funkcji państwowej to już temat zupełnie odrębny, który powinni zgłębić specjaliści zajmujący się psychologią i/lub dyscyplinami pokrewnymi. Moja opinia sprowadzić się tu jedynie może do refleksji, że jest to osoba aspołeczna, której nie powierzyłbym absolutnie żadnego stanowiska, wiążącego się z jakąkolwiek, najmniejszą nawet odpowiedzialnością w tym zwłaszcza za innych. Osoba, która jest jednak w pełni świadoma czynionego narodowi i Ojczyźnie zła!

A jest tutaj o czym mówić, bo skala krzywd wyrządzonych przez prezesa Kaczyńskiego i oddanych mu, w dziele niszczenia państwa polskiego, współpracowników (Zbigniewa Ziobrę, Andrzeja Dudę, Marka Kuchcińskiego itp. ludzi) jest porażająca!
• Polska straciła swoją pozycję w Europie i świecie; jest marginalizowana!
• Osłabieniu uległy więzy wiążące nas z sojusznikami z NATO!
• Osłabiona złą polityką kadrową i logistyczną armia została niemal rozbrojona!
• To, co wyżej wiąże się ze spadkiem zdolności obronnych i sojuszniczych RP!
• Politycy obozu rządzącego są alienowani w instytucjach międzynarodowych!
• Na szwank narażane są każdego dnia najważniejsze interesy Polski, a to zdrada!
• Destrukcja demokratycznego państwa prawa jakim była RP prowadzi państwo na skraj przepaści, co może skończyć się tragedią taką, jak utrata suwerenności!
• Gospodarka narodowa jest niszczona przez wyprowadzanie ze spółek SP środków na odprawy, zmieniających się często prezesów bez przygotowania do pełnienia tak odpowiedzialnych funkcji!
• Naiwnością jest jednak wiara w to, że pieniądze te trafiają w całości do tych ludzi. Osobiście uważam, że są one przeznaczone na specjalny i tajny fundusz partii, taki którym dysponuje jedynie „wódz”, co samo w sobie poraża, gdy się weźmie pod uwagę fatalne cechy charakterologiczne Kaczyńskiego!
• Afera goni aferę. W jedną z największych zamieszany jest sam prezes, co próbuje się, jeśli nie ukryć, to póki co bagatelizować. I tu ogromna nadzieja na działania wymiaru sprawiedliwości Austrii! Polski nie zrobi nic, gdyż nie ma tu woli organów ścigania! W końcu prokuraturą steruje osobiście Ziobro!
• Polska zmierza wprost do systemu totalitarnego, który dzięki międzynarodowym instytucjom takim jak UE, Rada Europy czy OBWE nie został jeszcze wprowadzony!
• W państwie nie funkcjonuje poprawnie (niezawiśle i niezależnie) żadna instytucja, której zasada działania polega na respektowaniu trójpodziału władzy, a tym, co się liczy, jest decyzja (działającego bezprawnie, bo poza systemem politycznym) wodza PiS, Jarosława Kaczyńskiego.
• Łamane są prawa człowieka: prześladuje się przyzwoitych sędziów, prokuratorów i wszystkich osób, które nie zgadzają się na łamanie przez rządzących prawa! Stąd według mnie obecna władza straciła mandat do rządzenia krajem!
• Jako uzupełnienie dodam w tym kontekście i to, że według mnie PiS i SP powinny zostać zdelegalizowane, a ich przywódcy postawieni przed TS i/lub sądem!
• Niestety, na nieszczęście dla Polski nie funkcjonuje tu w sposób pożądany opozycja parlamentarna, a wszelkie próby podejmowane przez organizacje, ruchy społeczne i działania ad hoc ze strony społeczeństwa nie mogą się przebić ze swoim głosem! Decydujący jest brak środków i wsparcia ze strony partii traktujących innych jako konkurencję (sic!).
• Wydaje się, że nad Polską zbierają się „czarne chmury” przyszłego totalitaryzmu, który w sposób płynny zastępuje bez przeszkód demokrację! Polska staje się z dnia na dzień hybrydą „Republiki Weimarskiej Bis” i „ZSRR Bis”, co po prostu przeraża!
• Tym bardziej przeraża, że „słabe są widoki” na zmianę tej sytuacji w wyborach na jesieni b.r. do polskiego parlamentu!

Nie jestem pewien tego, czy ktoś naprawdę chce w wyborach pokonać PiS, no może poza obywatelami, którzy dotąd przewodzili wszelkim ruchom. Docierają do mnie bowiem opinie różnych osób związanych z niektórymi siłami politycznymi, że: „może warto poczekać do chwili, kiedy kraj będzie w ruinie i dopiero wtedy przejąć gruzy państwa”! Oby to nie były głosy oddające prawdziwe nastroje w kręgach przywódców opozycji, bo oznaczałyby ni mniej, ni więcej tylko zdradę Ojczyzny!

 

Więcej >>>

 

Demokracja ciemniaków PiS dla Ciemnogrodzian

8 Czer

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i przeżywane przez inne ofiary: poniżona, zdeptana, a jednak wierna. Po prostu ideał polskiej męczennicy.

(…)

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia, co poszło wtedy nie tak, że dziś kobiety wychodzą na czarne marsze?

To układ państwowo-kościelny. Wolność pozabierał nam Kościół, a potem ekonomia. Państwowe żłobki zaczęły być nieopłacalne,przedszkola stały się deficytowym towarem, po który stoi się w kolejkach nocą – i kobiety musiały zostać w domu. To pociągnęło za sobą inne konsekwencje. Problem z zatrudnieniem, niższe pensje i emerytury. Dziki kapitalizm plus mizoginistyczny do szpiku kości Kościół doskonale się razem dogadały.

Oczywiście nie tylko kobiety są ofiarami, również różne mniejszości. Ale paradoksalnie kobiety są większością i są podwójnie poszkodowane – przez Kościół i ekonomię. Są też realistkami. Mogą się tylko dostrajać do katolickiego mentalu i patriarchalnego syfu. Innej opcji przecież w Polsce nie ma. Chyba, że dla tych 5 proc. mogących sobie pozwolić, żeby umysłowo i materialnie mieć ten stan mentalny polskiego społeczeństwa w dupie.

Kiedy w latach 90. wprowadzono całkowity aborcji, nie wyszłyśmy na ulicę. Ludzie się wtedy cieszyli z wolności, dorabiali, tracili pracę, była inflacja – to było ważne, a nie prawa kobiet. Protestować, gdy i tak skrobanki robiło się nielegalnie? Jesteśmy przyzwyczajeni do hipokryzji i szarej strefy, czyli polskiego „radzenia sobie”, cwaniaczenia. Jeden okupant więcej, a że w mojej waginie? Damy radę. Polskie #metoo czyli walka o godność i nietykalność? Żarty, przecież prezydent obiecuje, że podpisze zakaz całkowitej aborcji gdy przegłosuje go Sejm.

Teraz jednak wyszły na ulice.

Wyszły, ale część szła tyłem. Bo były przeciw całkowitemu zakazowi aborcji, ale nie aborcji wogóle. Słowo „na żądanie” sugeruje, że kobiety sobie żądają czegoś, jakby to nie było ich prawem. Hipokryzją jest sprzeciwianie się zakazowi aborcji wobec płodów z gwałtu i równoczesna niezgoda na pełen dostęp do możliwości przerywania ciąży. To zawieszenie logiki, bo jaka jest różnica między płodem z gwałtu, a takim z normalnego stosunku. Żadna. Wychodząc na czarne marsze walczymy o to, żeby móc przerwać ciążę zagrażąjącą naszemu życiu, a więc żeby nas nie zabijano. A powinnyśmy walczyć o godne życie.

Zresztą mamy wszystko, tylko zakaz aborcji, to drobiazg, prawda? Przy pełnych półkach to nieważne, takie ginekologiczne. Decyzja o własnym ciele, urodzeniu dziecka jest prywatną sprawą zarządzaną przez państwo i prokuraturę. Przywykłyśmy. Siostry hipokrytki pomogą żyć zgodnie z sumieniem. Prezerwatywa zabije życie, pigułka je kamieniuje. Więc nie powinnyśmy się przed nim bronić antykoncepcją, tylko rodzić, rodzić jak królice w kraju poświęconym Jezusowi Królowi Polski.

Skoro jest tak źle, to jakim cudem dałyśmy się wmanewrować w taki system?

W Polsce oddychamy smogiem i katolicyzmem. Mizoginistyczni hierarchowie kościelni nienawidzą kobiet, tak opisuje to Frederic Martel, wnikliwy autor „Sodomy”, znający Watykan.

Paradoksem jest to, że właśnie kobiety tworzą Kościół. One stroją dzieci do Komunii. One zajmują się wychowaniem religijnym, a potem jako babcie dają na tacę ten wdowi grosz. To jest diabelstwo tego systemu, który gardzi kobietami i jednocześnie z nich żyje. Tak jak Kaczyński, niszcząc demokrację, wmawia łatwowiernym ludziom, że walczy z układem i komunizmem, aplikując im najgorszy jad i wywar z tego systemu.

A jednak wygrywa kolejne wybory z rzędu, wzmacniając zmotywowany elektorat. Z drugiej strony mamy natomiast dyskusje, czy należy głosować na mniejsze zło, czy zgodnie ze swoimi poglądami. Jest więc nierówna walka – wyznawcy PiS kontra wyborcy, którzy nie wierzą w partię, na którą mają głosować.

Potrzeba dyskusji i wątpliwości nie jest problemem inteligencji, ale jej efektem. Nie jest zasługą PiS, że ich wyborcy są zmotywowani. Uważam, że bezmyślność i głupota mają znacznie większą siłę przyciągania niż inteligencja, która zawsze będzie miała wątpliwości. Poza tym, to pierwszy system w wolnej Polsce, który wydaje pieniądze nie na naprawę państwa, ale na jego demontaż, demontaż demokracji. 500 plus nie jest programem ani prorodzinnym, ani prodemograficznym, co pokazują statystyki. Zmniejszyło nędzę dzieci z 17 proc. do 10 proc. to dużo, ale to nie cel, a efekt uboczny rozwalania demokracji przez rzucanie kasą.

Gdyby 500 zł nie szło do kieszeni bogatych, zlikwidowano by biedę wśród dzieci i byłyby pieniądze na niepełnosprawnych. Bzdurą jest twierdzenie PiS-u, że wyliczanie komu 500 się nie należy pochłonęłoby jeszcze więcej kasy. Przecież deklaracje podatkowe są darmo i na nich widać, że powyżej 112 tysięcy rocznego dochodu rodziców nie można skorzystać z odliczenia podatkowego na dziecko. Czemu by więc w ten sam sposób nie zlikwidować 500 plus, czyli 6 tysięcy rocznie dla bogatych? Na sprawiedliwość społeczną, rozumianą tak, że każdemu się należy, może pozwolić sobie Szwecja. My nie możemy sobie pozwolić na nędzę dzieci, bo jest nieludzka, a po drugie nieopłacalna. Powoduje później kosztowne dla państwa patologie. Ale to przyszłość, Kaczyński nie myśli o przyszłości tylko o władzy.

I wygląda na to, że to działa. Natomiast opozycji zarzuca się dziś brak programu, wewnętrzne rozbicie, brak jakichkolwiek propozycji dla wyborców.

Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma mercedesa, posiadłość ogrodzoną płotem, zatrudnia tam pół wsi, a drugiej wsi dużo obiecuje i jeszcze rozdaje pieniądze. Opozycja nie ma nic. Patrzy przez ten niewidzialny płot w sejmie i senacie na PiS wydający nieswoje pieniądze, łamiący prawo i szczycący się tym. Opozycji zawsze można powiedzieć, że są cieniasami, bo nic nie mogą.

(…)

Czym jest to straszne niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą PiS?

Dziś mamy wybór: albo nie będzie demokracji, albo zrozumiemy, że jest projektem do doskonalenia. Społeczeństwo zinfantylizowane przez kościelne wzorce – Ojca świętego czy rydzykowego, co wie lepiej i się zatroszczy, społeczeństwo nie wyleczone z komuny, źle wykształcone i moralnie oportunistyczne, będzie wolało gotowy system, autorytarny. Czyli opresyjny, ale dla takich ludzi bezpieczny i zwalniający z odpowiedzialności.

Być może jesteśmy niedorozwojami demokracji, co jest normalne po komunie, ale ten osłabiony organizm społeczny został zaatakowany przez autorytarny wirus hodowany na wodzie święconej. PiS wykorzystał to, że demokracja nie jest systemem totalitarnym, tylko projektem wiecznego kryzysu. Musi taka być, żeby się móc zmieniać, zgodnie z prawem i pewnymi regułami. Tę zaletę zamieniono w wadę.

Przecież w PiSie, o czym mówi nazwa tej partii, prawa ani sprawiedliwości nie ma. Oni je łamią, żeby osiągnąć na wzór Kościoła swoje Królestwo Boże z Bogiem Prezesem Ojcem Narodu – Kaczyńskim. Lech Kaczyński jest bratem umiłowanym, męczennikiem, ofiarą zbrodni. To łatwo wchodzi w katolicki mental, nieskalany krytycyzmem. Krytycznego myślenia oducza szkoła, Kościół, propaganda PiS-owska i ideologia. Bo Gliński nie jest ministrem kultury, otwartej na oryginalność, tylko jednej opcji – czyli pisowskiej idelogii.

Tak łatwo zmanipulować Polaków?

Omamili łatwowiernych, niewykształconych ludzi. Chociaż zawsze się znajdzie ktoś z wyższym wykształceniem kto powie – A ja głosuję na PiS. Albo profesor Pawłowicz czy doktor habilitowany Zybertowicz od MaBeny czyli machiny narracyjnej, a tak naprawdę snopowiązałki kłamstw. Kościół w Polsce jest jak okupant. Niewoli kobiety, deprawuje dzieci, zabiera pieniądze, z funduszu kościelnego, które mogłyby finansować oświatę i służbę zdrowia. Ale życie wieczne jest ważniejsze od doczesnego i bez dealerów w koloratkach nie dostaniemy zbawienia.

PiS zachowuje się podobnie, też jak okupant, który wchodzi do kraju niszcząc elity i inteligencję. Afera Rywina zmiotła rząd. Teraz cotygodniowe afery rząd umacniają. Jedynka warszawska w wyborach do UE, Saryusz Wolski powiedział : „Tak, PiS był antyeuropejski, teraz jest proeuropejski, to sztuka kontrastu”. Nie ma już moralności, ani kłamstw, jest sztuka wielkiego kontrastu i sztukmistrze od socjotechnik. Im podziękował Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich. „Socjologom”, macherom od kontrastów, kłamstw , a nie swoim manipulowanym wyborcom. Pieniądz pompowany w naród jest współczesnym opium dla ludu. Znieczula na moralność, obezwładnia myślenie i daje halucynacje praworządności.

Patryk Jaki musiał złożyć dwa oświadczenia majątkowe – jedno w Sejmie, drugie w resorcie sprawiedliwości, gdzie do niedawna był wiceministrem. Obydwa przedstawiają stan jego majątku na 31 grudnia 2018 r., więc – przynajmniej teoretycznie – nie powinny się różnić.

Tymczasem – jak ustaliła „Gazeta Wyborca” – oświadczenia majątkowe Jakiego zawierają rozbieżności. W oświadczeniu złożonym w marcu w Ministerstwie Sprawiedliwości podał, że ma 260 tys. zł oszczędności i żadnych środków w walutach obcych. Natomiast w złożonym miesiąc później w Sejmie oświadczeniu napisał, że oszczędności jest o 30 tys. zł mniej i pojawia się kwota 400 euro.

Na tym nie koniec rozbieżności. W dokumencie złożonym w ministerstwie pojawia się informacja o kredycie zaciągniętym w Banku ING o wartości 120 tys. zł. Oświadczenie sejmowe jest w tym miejscu zupełnie puste. Patryk Jaki nie wymienił w nim żadnego zobowiązania.

Zespół prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości w przesłanym „GW” stanowisku uważa, że nie ma żadnego problemu. – „Ministrowi w ciągu miesiąca ubyło trochę środków. Nie ma jednak żadnego obowiązku tłumaczyć się, na co wydaje swoje pieniądze – szczególnie jeśli chodzi o jego rodzinę – bo podaje dane ze ‚wspólnoty majątkowej‚”. Według służb prasowych resortu pytanie dziennikarzy o brak 400 euro w jednym z oświadczeń „nie jest poważne”. Do sprawy kredytu nie odniesiono się w ogóle.

Dajemy bobrom spokój. Żadnych zmian w sprawie bobrów nie przewidujemy. Jeżeli były przerażone i coś rozumiały z tego, to mogą odetchnąć z ulgą” – powiedział w Polsat News nowy rzecznik rządu Piotr Mueller. – „Matko jaki ten nasz rząd kochany i dobry…” – sarkastycznie skomentował jeden z internautów.

A zupełnie niedawno o najnowszym pomyśle Jana Krzysztofa Ardanowskiego, dotyczącym bobrów. O sprawie w artykule „Bobry też PiS-owi „podpadły”? Minister rolnictwa chce uznania ich za zwierzęta… jadalne”.

Wydaje się jednak, że kwestia została zamknięta tylko tymczasowo, bo rzecznik rządu dodał, że Ardanowski „poruszył istotną kwestię dotyczącą strat, które powodują bobry”. – „Faktycznie jest ich dosyć dużo w stosunku do tego, co było kiedyś. Ale to nie jest teraz czas, aby ruszać ten temat” – stwierdził Mueller.

MOŻEMY ŚMIAŁO POWIEDZIEĆ, ŻE ROSÓŁ JEST DZIŚ DROŻSZY, NIŻ KIEDYŚ WYKWINTNE DANIA – MÓWIĄ POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ I APELUJĄ DO RZĄDU, ŻEBY ZAMIAST ZAJMOWAĆ SIĘ GŁUPOTAMI WZIĄŁ SIĘ DO ROBOTY. – JUŻ W UBIEGŁYM ROKU POSZYBOWAŁA W GÓRĘ CENA MASŁA, KTÓREGO KILOGRAM ZA CZASÓW RZĄDU PIS JEST DROŻSZY, NIŻ KILOGRAM OŚMIORNICZEK ZA CZASÓW PO – MÓWIŁA W SEJMIE POSŁANKA PO MARZENA OKŁA-DREWNOWICZ.

Pietruszka na wagę złota

Każdy, kto robi zakupy, musiał zauważyć, że ceny żywności poszybowały w górę. Niezbędna w kuchni pietruszka w niektórych sklepach kosztuje 20 zł za kg. Cebula i kapusta również zdrożały odpowiednio o 50 i 70 proc. – wyliczają eksperci.

– PiS chełpi się transferami socjalnymi. W ostatnim czasie przyznał seniorom trzynastą emeryturę, teraz szykuje się poszerzenie programu 500 Plus. Wydawałoby się, że jest bardzo dobrze, ale problem jest bardzo duży, bo z tych wszystkich „plusów” nic nie zostaje. Są konsumowane przez galopujące ceny energii, ceny na stacjach paliw również galopują. Jak ktoś gotował niedzielny rosół, to wie, ile zapłacił za pietruszkę, ponad 20 zł – mówiła w Sejmie Marzena Okła-Drewnowicz.

Zgodnie z wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego w ciągu roku ceny żywności wzrosły o 5 proc., to sporo, ale w normie. Gorzej, że w ciągu miesiąca aż o 1,4 proc., a to już odczuwalna zmiana w portfelu każdego z nas. O połowę więcej trzeba zapłacić za chleb, prawie 100 proc. zdrożały ziemniaki.

– Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – dodaje Marzena Okła-Drewnowicz.

Szczaw i mirabelki

Powodów wzrostu cen, zdaniem opozycji, jest kilka. Po pierwsze, zmiany klimatyczne i ogromna susza, która powoduje straty. – Pytanie, czym zajmuje się min. Ardanowski. Dlaczego nie zajmuje się systemem rozwiązań, który ułatwiłby dofinansowanie produktów z Polski. Niedługo będziemy zmuszeni do jedzenia ryżu, szczawiu i mirabelek, pod warunkiem, że smog i zanieczyszczenie powietrza nie wykluczą też tego z naszych talerzy – mówi Joanna Augustynowska z PO.

Do cen żywności dochodzą ceny prądu i benzyny. Posłanki PO przypomniały, że opozycja od roku ostrzega, że podwyżki prądu i benzyny odbiją się na kieszeni konsumentów.

Kolejnym problemem jest brak rąk do pracy. Zaostrzone przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców zmuszają pracodawców, aby wykazać, że 5 Polaków odmówiło pracy, aby móc zatrudnić pracownika np. zza wschodniej granicy.

– Bez reakcji na nawałnice, susze, bez szybkich wypłat odszkodowań, bez znalezienia rozwiązań prawnych dających możliwości zatrudnienia obcokrajowców na rynku rolniczym te ceny będą galopowały jeszcze szybciej i żadne transfery socjalne nie będą w stanie zrekompensować tak wielkiego wzrostu cen żywności – konkluduje Marzena Okła-Drewnowicz.

POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ ZŁOŻYLI ZAWIADOMIENIE DO PROKURATURY W SPRAWIE SZALEŃCZEJ JAZDY KOLUMNY RZĄDOWEJ Z PREMIEREM MORAWIECKIM. ROZPĘDZONE RZĄDOWE SAMOCHODY ZMUSZAŁY INNYCH UŻYTKOWNIKÓW DO ZJEŻDŻANIA Z DROGI, NA KTÓREJ NIE MA POBOCZA. – BEZ UZASADNIONEJ POTRZEBY PREMIER NARAŻAŁ ŻYCIE LUDZI. NIE WYCIĄGNĘLI WNIOSKÓW PO WYPADKU PANI PREMIER SZYDŁO W OŚWIĘCIMIU I PANA MINISTRA MACIEREWICZA NA DRODZE EKSPRESOWEJ I Z WIELU INNYCH WYPADKÓW, W KTÓRYCH UCZESTNICZYŁA SOP – TŁUMACZY ROBERT KROPIWNICKI Z PO

Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę 4 maja na trasie Pułtusk-Warszawa na wysokości wsi Michałów-Reginów. Kolumna premiera składająca się z 3 samochodów z nadmierną prędkością, migając długimi światłami ,wyprzedzała pojazdy środkiem jezdni, zmuszając samochody jadące z przeciwka do ucieczki na pobocze.

Droga Pułtusk-Warszawa jest jednopasmowa, bez pobocza, częściowo osadzona na wale, po bokach jezdni albo jest las, albo mokradła.

– To był szok, jak zobaczyliśmy, jak porusza się kolumna, która wiezie premiera z jednego festynu wyborczego na drugi. W jaki sposób wykorzystuje SOP i cały jej sprzęt; pancerne samochody, które bez uzasadnionej potrzeby narażają życie i zdrowie wielu ludzi, spychając ich na pobocze, żeby premier zdążył na rozdawanie tortu czy kiełbasy wyborczej – komentuje Robert Kropiwnicki.

Kampania wyborcza premiera

Do wydarzenia doszło jeszcze w kampanii wyborczej. Premier Morawiecki tego dnia wyjątkowo aktywnie uczestniczył w festynach i spotkaniach z wyborcami, gdzie razem z Jarosławem Kaczyńskim rozdawał flagi i autografy.

– Wykorzystywane są mechanizmy państwa do kampanii wyborczej. Zachowanie premiera jest niedopuszczalne, SOP nadużywa swojej władzy. Gdyby premier był zagrożony, taka jazda jest dopuszczalna, ale nie w sytuacji, gdy premier śpieszy się na kampanię wyborczą – uważa Robert Kropiwnicki.

Czarna seria SOP

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szalonej jazdy kolumny rządowej, tym bardziej, że ostatnio dochodzi do incydentów z udziałem kierowców SOP

– Trwa czarna seria limuzyn rządowych. Co kilka tygodni jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, ostatnio w tych zdarzeniach biorą udział osoby postronne. Mamy przypadek potrącenia rowerzystki z Warszawy, przypadek potrącenia dziecka na pasach przez kolumnę rządową – wylicza Jan Grabiec z PO.

– Ci ludzie nie mogą być bezkarni i igrać ludzkim życiem. Jeśli premier chce, żeby jego życie było zagrożone przez niekompetentnych i niezgodnie z przepisami jeżdżących kierowców, to jest to jego własny wybór, ale te pancerne samochody roztrącają zwykłych użytkowników drogi – dodaje Jan Grabiec.

Posłowie opozycji oczekują, że prokuratura podejmie czynności i sprawdzi, jakie kwalifikacje mieli kierowcy, którzy prowadzili pojazdy w kolumnie rządowej premiera, zabezpieczy zapisy z rejestratorów pojazdów, przesłucha świadków.

Co z pieniędzmi na remont drogi

Rząd PO-PSL 4 lata temu zabezpieczył środki na poszerzenie fragmentu drogi między Legionowem i Zegrzem, czyli tam, gdzie doszło do niebezpiecznej jazdy kolumny rządowej. To ostatni odcinek drogi Warszawa- Pułtusk, która nie została poszerzona.

– Premier Morawiecki nic z tym nie zrobił. To świadczy o niekompetencji tej ekipy rządowej. Nie możemy dopuścić, aby na ulicach naszych miast u nas było jak w Moskwie, gdzie oligarchowie na sygnale rozpychają się w ulicznych korkach albo spychają przechodniów z drogi na bok tylko dlatego, że są ludźmi władzy. W państwie prawa takiego zachowania być nie może – dodaje Jan Grabiec.

Kokietowanie elektoratu PiS-u to nie jest skuteczna droga do zwycięstwa.

Łapiemy oddech po wyborach do Europarlamentu, będąc jednocześnie zwarci i gotowi do kolejnych, tych najważniejszych dla nas, jesiennych. PiS, jak zwykle, już w pełnej gotowości, przygotowuje się na ostry desant. Opozycja, jak zwykle, wciąż w powijakach, zajęta dyskusjami, przepychankami i zastanawianiem się, z czym i kim ruszyć w Polskę.

Zajmę się teraz przez chwilę właśnie opozycją. Niesamowicie zastanawiają mnie głosy płynące ze strony polityków i niektórych liderów opozycyjnych. Julia Pitera błysnęła empatią i bąknęła coś o pokochaniu elektoratu PiS, podaniu mu ręki i niekrzywdzeniu go złymi słowami. Ktoś inny nawołuje, by nie mówić o nich, że to „pieprzona patologia dała się kupić”, bo przecież to biedni ludzie, pozostawieni przez lata sami sobie. Ludzie, którzy nikogo nie interesują od lat.

Nagle po prawie 4 latach rządów Zjednoczonej Prawicy opozycja dostrzegła wyborców PiS? Nagle zauważyła, że to są Polacy, tacy sami jak my i zaczęła rozumieć, dlaczego postawili na prezesa? Nie mnie odpowiedzieć na te pytania, ale wiem jedno – poziom agresji i hejtu, jego chamskie i prymitywne oblicze, jest nie do przyjęcia. Wiem, że jest wiele przyczyn, które spowodowały, iż PiS nami dzisiaj rządzi i wciąż słupki mu rosną. Tylko nie rozumiem jednego. Skąd to nagłe objawienie po prawie 4 latach władzy prezesa i jego kolesi? Czym jest to nawoływanie, by „pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją”?

Elektorat partii rządzącej sprawia wrażenie, jakby miał jakąś niepisaną umowę z PiS-em. Można to określić krótko: partia da to, czego lud chce, w zamian ten nie będzie się czepiał, nie będzie krytykował, zgodzi się na każde kłamstwo i manipulację, a gdy przyjdzie czas, wesprze Zjednoczoną Prawicę swoim głosem. Dla elektoratu PiS liczy się tylko to, co dzisiaj i tutaj, a jest fajnie. Sporo programów z Plusem w nazwie, wreszcie poczucie, że jest szacunek, wzajemne poważanie, troska rządzących, wsparcie. A po co zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, przecież ważne tylko to, że dzień za dniem mija, żyje się lepiej niż kiedyś.

Wyborcy PiS-u nie reagują na kłamstwa premiera Morawieckiego i jego dziwne układy, które pozwoliły mu kupić ziemię za bezcen, a teraz warta ona majątek. Nie przeszkadza im, że szef rządu został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Bujał równo, twierdząc, że Polska nie musi przyjmować uchodźców, bo znalazło u nas swój dom 25 tys. Czeczenów, choć w rzeczywistości to ok. 4 tys., z czego połowa wciąż czeka na decyzję. Kłamał, mówiąc o pieniądzach dla osób z niepełnosprawnością, o rekordowym wzroście płac czy o 40 mld zł wyrwanych z rąk mafii vatowskiej, choć w rzeczywistości to 8 – 17 mld zł. Tych kłamstw jest o wiele więcej, jednak wyborcy PiS się tym nie przejmują.

Zwraca się im uwagę, że dali się zrobić w konia i uwierzyli w przekręty w ministerstwach za rządów PO/PSL. Na 50 wniosków do pisowskiej prokuratury po słynnym audycie, tylko dwie sprawy skierowano do sądu i dotyczą one urzędników niższego szczebla. I co na to słyszymy? Prokuratura prokuraturą, ale ważne, co sądy powiedzą. Udają, czy rzeczywiście nie wiedzą, że sądy niczego nie zrobią, jak nie ma wniosku prokuratorskiego?

Pedofilia w Kościele wyborców PiS zdaje się nie obchodzić, bo jak powiedział prezes Kaczyński – kto podnosi rękę na Kościół, to tak jakby podnosił ją na Polskę. Nepotyzm i korupcja też ich nie obchodzi, bo PiS-owi się należy i tyle. Bo była ona znacznie większa za PO. To PO jest wrogiem. To PO sprzedało Polskę Niemcom, nie doceniło patriotów… itd. itp.

Moim zdaniem, od 1991 roku nie zrobiono nic, by wyedukować społeczeństwo. Lekcje WOS-u to była jedna wielka fikcja. Ot, taki dodatkowy przedmiot, o którym uczniowie przypominali sobie, gdy walczyli o lepsze oceny na świadectwie. Bardzo łatwo było dostać ocenę celującą za referacik jakiś czy prezentację i tyle. Nie opracowano żadnych programów, które budowałyby tożsamość obywatelską, ukształtowałyby postawę demokratyczną z pełną znajomością jej zasad i umiejętnością wdrażania w życie. Nie ma się więc co dziwić, że tak wielu Polaków nie ma zielonego pojęcia, na co stawia, popierając PiS i jakie będą tego konsekwencje dla Polski.

Jeśli dodamy do tego liczne błędy, jakie popełniały wszystkie właściwie rządy po 1991 roku. Jeśli dodamy do tego genialną wręcz pracę PiS, które umiejętnie przeanalizowało nastroje społeczne, poziom wiedzy obywatelskiej Polaków, wpadki poprzedników i na tej bazie zbudowali idealną wręcz machinę dla swojego populizmu, to musi zastanawiać, skąd ta wiara opozycji, że właśnie teraz, na niecałe 5 miesięcy przed wyborami, będzie w stanie wyprostować te wszystkie zaniedbania i przekonać elektorat PiS-u, by zmienił swoje preferencje wyborcze?

Pewnie uznacie mnie za malkontentkę, ale uważam, że trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni tak silnie, że nie ma szans, by udało się zakopać topór wojenny. Granice wzajemnej niechęci, wręcz wrogości zostały już dawno przekroczone i tak naprawdę tylko praca u podstaw, żmudna i konsekwentna jest w stanie nas zmienić. Taką politykę budowy społeczeństwa trzeba zacząć od szkoły podstawowej, z WOS-em jako przedmiotem wiodącym i rzeczywiście kształtującym obywatela XXI wieku. A na to trzeba lat, mądrości władz, konsekwencji i wytrwałości, odejścia od patologii, która tak podgryza demokrację, wiarygodności i prawdy, w którą każdy będzie mógł uwierzyć. Do tego potrzeba władzy, która będzie blisko społeczeństwa i nie będzie kluła go w oczy swoimi wpadkami czy arogancją.

Dzisiaj natomiast, przed wyborami jesiennymi, możemy liczyć jedynie na tych, którzy nie chodzą na wybory, których polityka wciąż nie interesuje, których może uda się przekonać, że PiS to powrót do najczarniejszych kart PRL-u, a rozdawnictwo socjalne to tylko narzędzie do budowy państwa autorytarnego. Możemy liczyć na tych, którzy dzisiaj wspierają PiS na zasadzie tylko anty-PO i może uwierzą, że nie zostaną powtórzone poprzednie błędy.

Niech więc opozycja nie buduje iluzji i zrozumie, że twardy elektorat PiS-u pozostanie twardym, pełnym nienawiści i agresji. Tym bardziej, że te słowa, pełne zrozumienia i wyrozumiałości, nie trafiają do niego. Oni przecież nic złego nie robią. Oni nie sięgają dna nawet, gdy piszą do swoich przeciwników: „Z takim ryjem i poglądami, lewacka macioro, to ty karierę zrobisz na Kremlu. Nie, żeby ktoś cię chciał tam dymać. Ale żołnierze po wartowniczej służbie mieliby gdzie się odlać” czy też „Ty kodziarska kurwo, chcesz księdza topić?! Jak niegdyś twoi kumple ks. Popiełuszkę?! Mam nadzieję, że pójdziesz za to do pierdla pokrako, a już na pewno stracisz pracę” (to tylko łagodniejsze wypowiedzi). Nikt i nic nie przekona go, by zmienił front.

Czas więc brać się ostro do roboty, walczyć o głosy, przekonać wyborców do dobrego programu, a nie wymyślać jakieś cuda i liczyć, że kokietowanie zwolenników PiS jest szansą na wygranie wyborów.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Kaczyński i jego ancymonki łowią wyborców idiotów

13 Maj

„Dzisiejsza wizyta Jarosława Kaczyńskiego na Pomorzu Zachodnim dla dwóch złowionych szczupaków, była wyjątkowo szczęśliwa” – napisał na Twitterze Joachim Brudziński. Prezes PiS w towarzystwie ministra spraw wewnętrznych zajmował się łowieniem ryb, a konkretnie szczupaków, którym łaskawie darował życie, wrzucając je z powrotem do jeziora.

Nie tylko wędkowanie zajmowało szanownego prezesa. Brudziński na Twitterze zamieścił prawdziwą fotorelację z piknikowania Kaczyńskiego na łonie natury. Było więc ognisko, pieczenie kiełbasek i „świeża ryba na brzozowym ogniu”.

Internauci bezlitośnie wyśmiali Kaczyńskiego, który „ułaskawił” szczupaki: – „Ukochany Przywódca daruje życie dwóm lewackim szczupakom” – zdjęcie nadające się na czołówkę północnokoreańskiej prasy”; – „Raczej powinny czuć się wyróżnione, że to „emerytowany zbawca narodu” je złapał”; – „Co robi PiS, by zagłuszyć temat #TylkoNieMówNikomu? Zaczyna robić cyrk obwoźny z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej. Kaczyński na rybach, Kaczyński w Pytaniu na Śniadanie. Może jeszcze zgłoszą go do „Rolnik szuka żony”?”; – „Kapliczkę postawić i pomnik z tablicą pamiątkową. Wódz się zadumał oczywiście na tej łódce?”; – „Zalew imienia Jarosława teraz będzie”.

Wielu powątpiewało w umiejętności wędkarskie prezesa: – „Fajna ustawka. Przecież prezes nawet nie widzi spławika”; – „Ta fajtłapa nie jest w stanie nabrać śledzia z puszki widelcem bez asysty goryli, których mu fundujemy, więc w te ustawki mogą wierzyć wierni fani Wiadomości”;

„Przerażony, pewno pierwszy raz w życiu coś takiego robił… a wszystko dla głosów. Żałość”. Dopytywali też, czy Kaczyński ma kartę wędkarską, czy kłusował.

Film braci Sekielskich wstrząsnął Polakami. Nie pozwolił przejść obojętnie, wzbudził ogromne emocje. Szymon Hołownia nie obejrzał filmu do końca, bo nie dał rady, „zwyczajnie rzygać się chce”, jednak z szacunku dla ofiar, wróci do niego.

Ma on nadzieję, że po tym filmie hierarchowie kościelni wreszcie rozpoczną walkę z patologią i przestaną upolityczniać problem, nazywając go atakiem na kościół.  Zwrócił się do nich bezpośrednio, mówiąc, że „to Wy, swoim tchórzostwem, ignorancją i koniunkturalizmem niszczycie życie nie tylko ofiarom tych przestępstw, ale i setkom uczciwych księży, tysiącom katolików na których spadnie społeczne odium za cały ten bajzel, za ofiary odpowiedzialności zbiorowej”.

>>>

Zapewnił jednocześnie, że mimo tego, co się wydarzyło, mimo postawy duchownych, nie zamierza odejść z kościoła, bo „to mój dom. I właśnie to daje mi prawo do gniewu i do stanowczego domagania się od zarządzających jego instytucjonalnym wymiarem, by wreszcie posprzątali ten syf i przestali chrzanić (by nie powiedzieć mocniej) o tym, że Sekielski jest stronniczy (…)”.

Bardzo ostro na wypowiedź Hołowni zareagowała pisarka Manuela Gretkowska. Nazwała go „Woody Allenem polskiego katolicyzmu”, przypomniała, że od wieków kościół boryka się z ogromnymi problemami, czego przyczyną są jego „przegniłe fundamenty, zmurszałe mury i dziurawy dach” i nie widzi szans na to, by cokolwiek się zmieniło. Według niej słowa Hołowni są „kolejną zapowiedzią pucowania ruiny, w której już nikt normalny nie chciałby zamieszkać (…) Jak bardzo bezdomnym duchowo trzeba być, żeby nie czuć smrodu jej zgnilizny? Lewych finansów, prześladowania kobiet, zakłamania, pychy i chciwości. Ale Polak potrafi. Za pomocą polskiego hydraulika naprawimy watykańskie szambo, które teraz wybiło. Nie życzę nikomu renowacji gówna”.

Więcej Gretkowskiej:

Sekta, smród zgnilizny, watykanskie szambo. O Kościele po filmie „Tylko nie mów nikomu”

Polski katolik to nie tylko wyznawca Polskiej Instytucji Kościelnej

Na śmietnikach „wylądowały” tylko nazwiska hierarchów odpowiedzialnych za krycie pedofilii, nie wizerunek Madonny…

…zapewniała aktywistka Ewa Podleśna w rozmowie z TOK FM i zapowiedziała – Dzisiaj będziemy wysyłać zażalenie na zatrzymanie mnie przez płocką policjęjako bezzasadne, nielegalne.”

Nie rozklejałam naklejek na przenośnych toaletach ani na śmietnikach” – zapewniła, wyjaśniając: „Wlepki nie są skonstruowane w ten sposób, że nie można ich zdjąć i przekleić. Naklejki nie były też rozrzucane. Były naklejane na kierunkowskazach, tak aby wskazywały kościół” – powiedziała pani Ewa.  „Właściwie cały szlak dojścia do kościoła był obklejony, natomiast z zachowaniem odpowiedniej formy”  podkreśliła.

Wyjaśniała: „Ta akcja składała się przede wszystkim z dwóch elementów: jednym był wizerunek z tęczową aureolą, drugim elementem była lista hierarchów kościelnych, którzy dopuścili się krycia czynów pedofilskich w Kościele. Owszem, na koszach na śmieci widniały listy nazwisk hierarchów odpowiedzialnych za krycie pedofilii, ale nie wizerunek Matki Boskiej” – podkreśliła Podleśna.

Teraz, „zmieniają się zarzuty, ponieważ minister Brudziński zdaje sobie sprawę z tego, jak kuriozalny jest zarzut ścigania mnie z powodu tęczowej aureoli” – oceniła Podleśna, dodając, że zarzuty wobec niej zostały sprecyzowane dopiero wówczas, kiedy była przesłuchiwana.

Przegramy wszyscy, jeśli tak bardzo się podzielimy, że połączenie będzie już niemożliwe.

Donald Tusk przekazał Polakom swoje przesłanie. Ważne przesłanie, bo chodziło w nim o ratowanie Polski pękniętej na pół, gdzie wciąż trwają próby palenia mostów przerzuconych nad przepaścią, dzielącą walczące obozy. Tusk przywiózł gałązkę oliwną ludziom, którzy nie chcą ze sobą gadać, a jeśli muszą, to już nie mówią, tylko krzyczą. Wezwał do zgody rodaków, od kilku lat umiejętnie podburzanych i szczutych na siebie wzajemnie. Nawoływał do opamiętania i otrzeźwienia zarówno tych, którzy Polskę traktują jak łup należny im w podbitym kraju, jak i tych, którzy planują wyciąć w pień najeźdźców, bo pozbawieni wolności i godności nie potrafią żyć obok.

Słowa Donalda Tuska skłaniają do myślenia. A jest o czym myśleć. – Zwycięstwo wyborcze to nie anihilacja, wygrana nie może oznaczać eliminacji oponentów – mówił Donald Tusk. Od zawsze był tego zdania. Kiedy został premierem nie zrobił generalnej czystki w urzędach.  Pozwolił, by na ważnych stanowiskach państwowych przetrwało wielu funkcjonariuszy Kaczyńskiego. Pozostawił na czele służb Mariusza Kamińskiego, mimo że ten, wbrew etycznym standardom urzędnika państwowego, publicznie sugerował, że na Platformę głosować nie należy. Donald Tusk nie palił się też do rozliczenia prominentnych działaczy PiS za ich bezprawne decyzje. W konsekwencji ewidentne naruszenia prawa, które dały początek obecnemu bezprawiu, pozostały bezkarne.

Czy nasz były premier chciałby po wyborach powtórnej abolicji? Jeśli tak, ryzykujemy nie tylko przetrwanie antydemokratycznego „układu”, ale także upowszechnienie i praktycznie usankcjonowanie bezkarności za przestępstwa motywowane politycznie. Jeśli nie – chciałbym usłyszeć wyraźną wskazówkę, że „rezygnacja z odwetu” nie oznacza tym razem odpuszczenia grzechów i powszechnej amnestii dla ewidentnych przestępców łamiących prawo i że odstąpienie od rewanżu nie oznacza pozostawienia na stanowiskach państwowych skompromitowanych funkcjonariuszy PiS oraz ich niekompetentnych pociotków.

– Z pokonanym przeciwnikiem trzeba znaleźć nić porozumienia. Musimy wyjść sobie naprzeciw – apelował Donald Tusk.  Niełatwo przychodzi mi wyobrazić sobie to „wyjście naprzeciw”, które złośliwie kojarzy mi się z popularnym hasłem w stanie wojennym: WSTĄP DO ZOMO – WYJDZIESZ NA LUDZI.  Owszem, potrafię zrobić krok w kierunku myślących niesamodzielnie.  Tylko co miałbym powiedzieć stając naprzeciw licznych rodaków ślepo wierzących w idiotyczne teorie smoleńskie, tajne związki Tuska równocześnie z Merkel i Putinem oraz przekonanych, że edukacja seksualna wystawia dzieci i młodzież na pastwę pedofilów?  Jak porozumieć się z tymi, którzy za nic nie chcą odłączyć się od Matrixa? Próbuję też wyobrazić sobie rozmowę z PiS-owskimi inżynierami dusz, z cynicznymi oszustami nazywającymi Polaków „ciemnym ludem”, któremu wcisnąć można najgłupszą nawet ściemę. Kiedy próbuję sformułować przyjazne przesłanie do tych, którzy z premedytacją zaczadzili swoich rodaków oparami absurdu i zapędzili ich w świat alternatywny, to nie potrafię znaleźć innych słów, niż powszechnie uznane za obelżywe.

Donald Tusk namawia mnie, bym nie traktował przeciwników politycznych jak śmiertelnych wrogów, bo niezależnie od wyniku wyborów przyjdzie nam żyć obok siebie.  Mam z tym problem. No bo – jak żyć, panie premierze? Jak żyć w towarzystwie ludzi, dla których partyjne wytyczne są jedynym źródłem norm prawnych i reguł etycznych? Jak żyć obok tych, którzy zdecydowali się przekroczyć granicę zdrowego rozsądku i egzystować odtąd w świecie nierealnych nonsensów? Jak przekonać posła Mularczyka, że jego żądanie wypłacenia Polsce prawie biliona dolarów odszkodowania za straty wojenne są absolutną mrzonką, która może zepchnąć Polskę z powrotem do przedpokoju Europy, w pobliże drzwi wyjściowych? Jaki kompromis mógłbym osiągnąć z europosłem Legutką, pasożytującym na europejskiej wspólnocie, który za unijne pieniądze chciałby Unię rozwalić i na jej gruzach przywrócić dawną wspólnotę węgla i stali? Co miałbym powiedzieć kurator Barbarze Nowak sugerującej, że to ludzie z ZNP wywołują alarmy bombowe w szkołach? Jak rozmawiać z prezesem Kaczyńskim, który zapisał Episkopat do swojej partii, broni Kościoła przed nim samym i odmawia patriotyzmu występującym przeciw zarazie pedofilii wśród kleru? Co miałbym powiedzieć ministrowi Brudzińskiemu, który nie zna podstaw demonstracyjnie głoszonej wiary, nie ma pojęcia, że cześć oddawana obrazom to bałwochwalstwo i który łatwiej kojarzy swastykę z hinduskim symbolem szczęśliwości, niż tęczę z biblijnym znakiem początku nowego życia po zakończenia czasu trwogi? Byłbym wdzięczny za wskazówkę – czy chodzi o to, by rozpocząć debatę z takimi jak Legutko, Nowak, Kaczyński, Brudziński, lub Mularczyk i życzliwie roztrząsać ich „argumenty”, czy o to, by wyjść im naprzeciw, prostować ich kłamstwa, polemizować z propagandowymi idiotyzmami, obnażać cyniczne szyderstwo sentencji „do polityki nie idzie się dla pieniędzy” – czyli stawać przed nimi, z odkrytym czołem, w prawdzie i w języku, który nie wyklucza?

Wątpliwości i pytania do byłego premiera, a przyszłego prezydenta, nie umniejszają wagi jego przesłania dla Polaków. Bo prawdą jest, że najlepsze 30 lat w historii Polski miało swoje źródło w kompromisie między obozami podzielonymi jeszcze bardziej niż obecnie.  Prawdą jest, że nienawidzący się nawzajem usiedli kiedyś do okrągłego stołu i doszli do porozumienia.  I prawdą jest również, że przegramy wszyscy, jeśli tak bardzo się podzielimy, że połączenie będzie już niemożliwe. Tylko jak temu zapobiec? I czy możliwa jest narodowa zgoda, jeśli tylko jedna strona pójdzie drogą kompromisu? A jeśli nie, to jak żyć, panie premierze? Jak żyć?

Dojna zmiana PiS tworzy swoją oligarchię

16 Kwi

Przez ostatnie trzy lata wszyscy już zorientowaliśmy się, że przedwyborcze zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości z 2015 roku o wprowadzeniu nowych standardów w zatrudnianiu w spółkach z udziałem Skarbu Państwa czy zwalczanie kolesiostwa i nepotyzmu były niczym innym, jak perfidnym kłamstwem. Skala skoku na dobrze płatne stanowiska w państwowym dominium osiągnęła poziomy nieznane wcześniej w III RP. Rząd PiS w systemowy sposób zapewnił swoim działaczom trwałe finansowanie, które ci zapewne częściowo muszą oddawać do wspólnej partyjnej kasy ku chwale “dobrej zmiany”.

Portal OKO.press postanowił dokładnie przeanalizować sprawozdania finansowe państwowych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych i sporządził precyzyjny ranking siedemdziesięciu trzech złotych, srebrnych i miedziowych dzieci PiS, które od początku rządów partii Jarosława Kaczyńskiego zarobiły łącznie bagatela 94,5 mln złotych. Osoby to oczywiście nieprzypadkowe – zwykle powiązane w oczywisty sposób z premierem Morawieckim, wicepremier Beatą Szydło, ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą czy jego zastępcą Patrykiem Jakim. 

Jak pisze Bianka Mikołajewska, podzielono ich na kategorie, w których znalazło się:

  • 19 prawdziwie „złotych ludzi” – zarabiających powyżej 2 mln zł. Łącznie wypłacono im 63 mln 271 tys. zł
  • 13 osób z zarobkami od 1 do 2 mln zł (nazwanych w rankingu „srebrnymi”). W sumie zarobiły one 19 mln 356 tys. zł
  • 41 osób, które otrzymały mniej niż milion złotych wynagrodzenia („miedziani”). Łącznie spółki wypłaciły im 11 mln 888 tys zł.

Rekordzistą okazuje się Michał Krupiński, były prezes PZU, obecnie prezes PKO BP. Otrzymał od tych dwóch spółek 6 mln 928 tys. złotych. Nie jest tajemnicą, że Krupiński zawdzięcza swoją pozycję bliskim związkom ze Zbigniewem Ziobrą, którego brat Witold jest doradcą, zarówno w PZU, jak i w PKO BP.

Drugim w rankingu “złotych” jest Wojciech Jasiński, obecnie członek rady nadzorczej w PKO BP, a do lutego 2018 roku prezes PKN Orlen. Dla tego jednego z najbardziej zaufanych towarzyszy Jarosława Kaczyńskiego z tzw. “zakonu PC” zmiana również była dojna. Od początku rządów PiS zarobił 5 mln 313 tys. złotych.

W rankingu znaleźć też możemy inne nazwiska, m.in.:

  • Piotr Woźniak – 4 mln 853 tys. zł
  • Mirosław Kochalski – 4 mln 308 tys. zł
  • Tomasz Karusewicz – 3 mln 924 tys. zł
  • Łukasz Kroplewski – 3 mln 656 tys. zł
  • Kamil Kamiński – 3 mln 469 tys. zł
  • Maks Kraczkowski – 3 mln 009 tys. zł
  • Andrzej Jaworski – 2 mln 211 tys. zł
  • Małgorzata Sadurska – 1 mln 312 tys. zł
  • Stanisław Kluza – 1 mln 088 tys. zł

Oczywiście z ust przedstawicieli władzy zapewne usłyszymy tradycyjnie, że te pieniądze za ciężką pracę w państwowych spółkach im się po prostu należą. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że partia Jarosława Kaczyńskiego traktuje dziś Polskę jak swój łup, z którego trzeba garściami czerpać korzyści, dopóki jest taka możliwość.

Pełny raport dostępny na portalu OKO.press.

3-ego maja szef Rady Europejskiej Donald Tusk wygłosi wykład na Uniwersytecie Warszawskim. W rozmowie z dziennikarzami w Strasburgu oznajmił, że powie wówczas coś „ważnego i ciekawego”.

Pytany o to czy jego przyjazd do Polski jest związany z kampanią wyborczą do Parlamentu Europejskiego powiedział, że święto 3 maja jest dla niego też osobiście bardzo ważnym świętem. „Tak naprawdę całą swoją aktywność publiczną właściwie zaczynałem od nielegalnych manifestacji czczących rocznicę konstytucji” – odpowiedział były premier.

Podkreślił, że „jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach trzeba powiedzieć kilka słów” – stwierdził Donald Tusk.

Dodał, że dostrzega „same dobre powody, aby właśnie tego dnia spotkać się z zainteresowanymi i szczególnie wszystkich zapraszam na Uniwersytet Warszawski” – dodał szef Rady Europejskiej.

Reżyser Andrzej Saramonowicz zareagował na pożar katedry Notre Dame w Paryżu i wpisy z nim związane w mediach społecznościowych.

Diabelstwo. Ginie 800-letnia gotycka Katedra Notre-Dame w Paryżu trawioną potężnym ogniem. We Francji, już niemal co dzień albo burzą kolejne stare katolickie kościoły, albo przekazują je muzułmanom lub na galerie handlowe. Nasza europejska cywilizacja bezpowrotnie ginie – wypowiedziała się na temat pożaru we Francji posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.

Klubowa koleżanka Pawłowicz Bernadeta Krynicka z kolei obwiniła laicyzację o pożar katedry Notre Dame. – Takie skutki przynosi choralaicyzacja – napisała na Twitterze.

Płonie Katedra Notre Dame, jeden z symboli chrześcijańskiej Europy. Porażające – zareagowała w mediach społecznościowych minister Beata Szydło.

Pisarka Manuela Gretkowska w swoim najnowszym felietonie do pożaru katedry Notre Dame w Paryżu.

Notre Dame to nasza historia, literatura, wyobraźnia. To centrum naszego życia – mówił prezydent Francji Emmanuel Macron i dodał że katedra zostanie odbudowana.

Francuscy strażacy poinformowali, że struktura budowli i fasada zachodnia zostały ocalone.

Pożar Notre Dame to dla polityków partii rządzącej okazja do straszenia rzekomą laicyzacją Zachodu i głoszenia bredni o „znakach”.

Nie śmiejcie się z polityków PiS mówiących, że pożar katedry Notre Dame to znak upadku chrześcijańskiej Europy i że trzeba się nawrócić. Bo jak wam będą wprowadzać państwo policyjne, zabierać wolne media, ograniczać prawa obywatelskie i nękać policją, to zapewniam, wszystko to zrobią w imię przywracania chrześcijańskich wartości i katolickiej Polski i Europy. Temu w istocie te brednie służą. Są alibi.

Bardzo charakterystycznie dla jakości życia publicznego swoich krajów zareagowali na pożar katedry Notre Dame polscy i francuscy politycy. Francuscy zjednoczyli się ponad podziałami, razem z obywatelami opłakali swoją narodową tragedię i zapowiedzieli odbudowę zabytku, czyli sensowne, konstruktywne działania. Politycy PiS i medialni pomagierzy tej partii zaś zaczęli straszyć ludzi i bredzić o „znakach”, usiłując wykorzystać tę tragedię do własnych politycznych celów: przekonania zabobonnej części wyborców, że pożar katedry to kara za laicyzację Francji i że, jak raczył napisać Tomasz Terlikowski, jeśli się nie opamiętamy, wszyscy spłoniemy (dokładnie brzmiało to tak: – „Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy”).

Ja rzekłabym, że Bóg, jeśli ktoś w niego wierzy, nie jest idiotą i z pewnością nie spaliłby swojego własnego domu, żeby ukarać sąsiada. Gdyby jednak tym pożarem chciał swoim wyznawcom coś przekazać, obstawiałabym (ponieważ istniejącego Boga musiałabym uważać za kogoś mądrego, a z pewnością obdarzonego sporą dawką rozumu), że próbuje powiedzieć księżom katolickim, żeby wreszcie rozliczyli się ze strasznej i niewyobrażalnej zbrodni pedofilii i równie strasznej i niewyobrażalnej zbrodni ukrywania pedofilów i przenoszenia ich latami z parafii do parafii lub/i z kraju do kraju, który to przerażający i naganny proceder (nomen omen) pokazała ostatnio w świetnym reportażu jedna z francuskich telewizji.

Ponieważ jednak zabobonna nie jestem, a w normalnym świecie powszechnie wiadomo, że pożary oraz wypadki czasem po prostu się zdarzają i nie mają żadnej metafizycznej przyczyny, muszę wyznać, że zadziwiła mnie ta spójność i niesamowite zgranie średniowiecznego przekazu o pożarze i „znakach” lansowanego przez polityków PiS i tak wielu, nawet tych inteligentnych, klakierów tej partii w mediach.

Dlaczego nie mając raczej skłonności do teorii spiskowych stałam się podejrzliwa? Bo tak się bowiem składa, że większość sił i środków przeznaczonych na kampanię wyborczą PiS idzie na przekierowanie uwagi opinii publicznej z merytorycznych porażających błędów rządu, jego niekompetencji, licznych afer finansowych, politycznych, strajków i niepokojów społecznych na sprawy kompletnie pozbawione realnego znaczenia, za to wykreowane w politycznych laboratoriach na użytek masowej wyobraźni i w niej tylko istniejące, jak wojna cywilizacji śmierci i cywilizacji życia czy wojna obrońców chrześcijańskich wartości ze zlaicyzowanym „Zachodem”.

Pomijam fakt, że obrońcami cywilizacji życia według tej narracji, mają być prawicowi politycy, walczący praktycznie bez przerwy z seksualnymi aferami w swoich szeregach i jak mówił w wywiadzie dla Magdy Rigamonti nieżyjący już prof. Romuald Dębski, zdarza się, że wysyłający swoje ciężarne żony na skrobanki (zawsze z tłumaczeniem, że sytuacja jest wyjątkowa), politycy instrumentalnie i cynicznie używający katolików jako mięsa wyborczego i nagminnie korumpujący instytucję Kościoła oraz idący im w sukurs biskupi chroniący księży pedofilów i tolerujący nacjonalistyczne, agresywne hasła na Jasnej Górze. A zagrożeniem dla owej cywilizacji życia mają być ludzie głoszący wartości prawdy, tolerancji, dobra i traktowania innych tak, tak jak sami chcielibyśmy być traktowani, czyli z godnością i szacunkiem.

Sam fakt, że tylu wyborców uwierzyło w tak absurdalne wymysły świadczy tylko o sile i sprawności propagandowych mechanizmów po stronie populistów i nieudolności w stosowaniu tychże po stronie rozważnego, umiarkowanego centrum. Jednak rzecz jest o wiele bardziej groźna. Jeśli stanie się tak, że wybory wygrają po raz drugi rządzący obecnie Polską zwolennicy politycznego i mentalnego marszu na wschód, do Putina i Orbana to – jestem o tym przekonana – zawieszą, a później po prostu ograniczą i tym razem już naprawdę bez ceregieli, prawa i swobody obywatelskie, dokończą dzieła zmiany ustroju politycznego kraju i pozbycia się opozycji parlamentarnej, zamkną usta niezależnym mediom i sterroryzują jeszcze bardziej całe grupy zawodowe – wszystkich, którzy będą mogli zagrozić ich totalnej władzy, uniemożliwiając nam normalne życie, jakie dotąd znaliśmy. I musicie mieć świadomość, że zrobią to wszystko właśnie pod hasłem chrystianizacji i przywracania wartości katolickich. Dobrze będzie się miała tylko kasta panów, czyli członków i zwolenników PiS, zaś niechętna i krytyczna wobec władzy reszta nie będzie mogła liczyć na żadne prawa, jak choćby prawo do sprawiedliwego bezstronnego procesu i na żadną sprawiedliwość.

O to właśnie toczy się gra, w której narzędziem jest wszystko, nawet pożar katedry Notre Dame – kolejna okazja, żeby wśród własnych wyznawców zasiać ziarnko strachu i zabobonu, wobec których myślenie zejdzie na drugi plan. Dlatego zamiast skupiać się na pojedynczych wypowiedziach i ruchach polityków oraz propagandystów władzy, radzę zawsze cofnąć się o kilka kroków i zobaczyć pełniejszy obraz, bo wtedy wydarzenia, które wydają się głupie i niezrozumiałe, jak idiotyczne proroctwa zagłady chrześcijańskiej Europy, głoszone w obliczu zwykłego losowego zdarzenia, nabierają zupełnie innego sensu. A co można zbudować na pozornie neutralnych wypadkach i wydarzeniach pokazała już przecież katastrofa lotnicza w Smoleńsku.

Zapamiętajcie: jak będą nas pozbawiać praw, to w imię przywracania wartości chrześcijańskich.

Magdalena Adamowicz (nr 2 na liście Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego) udzieliła wywiadu tygodnikowi Wprost. Zareagowała na niego posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.

Kościół kocha swoich pedofilów

16 Mar

  1. Pedofilia nie dotyczy tylko kościoła – tak bronią się polscy biskupi. Oczywiście, zło jest wszędzie. Dlatego Jezus ustanowił Kościół, by oczyszczał świat ze zła. Miał być moralną oczyszczalnią ścieków, a nie producentem dodatkowego gówna.
  2. Kościół to także ułomni ludzie. Owszem, ale tak od 2 tysięcy lat jest prowadzona firma Watykan, że zarządza nią jeden człowiek, nieomylny. Roma locuta…Rzym orzekł sprawa skończona. Nie ma diabelskich związków zawodowych.Benedykt XVI nie dał rady z moralnym szlamem i się wycofał. Co dzieje się w głowie pontyfikowanego jezuity Franciszka nie wiem. Usunął chilijskich hierarchów, polskich też powinien. Może jest bezradny i dlatego mówi o słusznym gniewie bożym wyrażającym się w gniewie ludu. Namawia do buntu? Nie moja broszka, nie mój krzyż. Polskim wiernym robi się wodę z mózgu, święconą.
  3. Credo, wyznanie wiary brzmi: ”Wierzę w Kościół powszechny”. Nie w polski – powszechnie grzeszny i bezwstydny – skoro ilość przypadków pedofilii ciągle w nim rośnie. Czy można szanować instytucję ufundowaną na ofierze, wieczną ofiarę prześladowań, która z łaskawcy zamieniła się w oprawcę dzieci, kobiet ? Po 100 tysiącach spalonych czarownic rozwiał się dym, został niesmak zabobonu. Co za ileś lat powiemy o kościelnych zbrodniarzach ukrywanych przez swoich? Boski i bezkarny Kaczyński powinien zostać polskim biskupem. Gdy skończy się mu immunitet, będzie go krył tutejszy Kościół, w jakiejś średniowiecznej wieży odnowionej za miliony.

Po przedstawieniu przez polski episkopat raportu o pedofilii znany publicysta opublikował w internecie pełen goryczy wpis, który rozprzestrzenia się w zawrotnym tempie. Hołownia z ironią i smutkiem krytykuje postawę moralną polskiego Kościoła wobec problemu pedofilii wśród duchownych.

– Po wczorajszej konferencji Konferencji Episkopatu nie potrzebuję już żadnych innych dowodów na to, że istnieje inteligentne życie na innych planetach. Nasz Episkopat bez wątpienia jest inteligentny, bez wątpienia żyje – i to całkiem nieźle. I bez wątpienia żyje na innej planecie – napisał Szymon Hołownia we wpisie na Facebooku, który w kilka godzin zyskał pond 5 tys. polubień i został rozpowszechniony 1,5 tys. razy.

Koniec cierpliwości dla polskiego episkopatu

Dziennikarz odniósł się do opublikowanego przez Konferencję Episkopatu Polski raportu na temat wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w polskim Kościele. Według ujawnionych statystyk duchownych, którzy dopuścili się molestowania seksualnego, w latach 1990-2018, było 382. Ofiarami miało być natomiast 625 nieletnich, z czego 345 przypadków dotyczyło dzieci poniżej 15. roku życia.

Jednak to nie same liczby zwróciły uwagę Szymona Hołowni, ale to jaką postawę wobec problemu pedofilii przyjmuje polski Kościół.

Wtedy kiedy trzeba mówić jasno, twardo i krótko, pokazać ludzką twarz, choć cień ludzkich emocji, choć promil spontaniczności i odruchu Samarytanina – rzucić wszystko i iść bandażować zranionych, dostajemy wykład nowego-starego (to bardzo trafne określenie) szefa KEP o ogólnie trudnej sytuacji dzieci na świecie (więc co z tego, że my wytropimy zło, jak inni nie wytropią), spiskowe teorie o mrocznych interesach baronów antykoncepcji, o tym, że komuś zależy na „poderwaniu autortetu” i „zaufania do hierarachii”, oraz jakże pożądne w tej właśnie chwili refleksje terminologiczno – historyczne o nazistach i komunistach.

– napisał Hołownia.

Dziennikarz stwierdził również, że widzi „narastający w środowisku zaangażowanych świeckich katolików brak cierpliwości” i ma „dość niańczenia swoich liderów”. Zamiast wiecznego zaciągania u wiernych kredytu zaufania kościelni hierarchowie powinni zdaniem Hołowni dać świadectwo „odwagi, męstwa, mądrości, inspiracji”. Publicysta stwierdził, że polski episkopat „zrobił wszystko” by „ostygła w nim wiara w Kościół”.

Hołownia: laicyzację zrobimy sobie sami

Chociaż we wpisie na Facebooku Hołownia pisze, że „na przekór Episkopatowi” nie straci wiary w Kościół, snuje pesymistyczną dla polskich katolików wizję.

Wspomnicie moje słowa: nie trzeba gejów, wilczych oczu Tuska z Junckerem i Sorosem razem wziętych, kartkówek z masturbacji i islamistycznych kaznodziejów: laicyzację zrobimy sobie sami: Konferencja Episkopatu Polski i my, polscy katolicy.

– napisał dziennikarz.

Na końcu swojego wpisu Hołownia przywołuję słowa papieża Franciszka o „obowiązku słuchania stłumionego krzyku” dzieci, które w duchownych zamiast ojców i przewodników znalazły „oprawców”.

My mamy słuchać krzyku. Mamy krzyczeć po tym, co usłyszymy. Co tu jest za trudne? Co niezrozumiałe? I przez ile jeszcze takie będzie?

– pyta zdesperowany publicysta.

>>>

Kwestia zawiadomienia w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego, który miał doprowadzić Geralda Birgfellnera do niekorzystnego rozporządzenia mieniem skutkującego stratą 1,2 mln euro, jak w soczewce skupia wszystkie patologie, jakie dotknęły polski wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnego obozu politycznego. Śledczy wydają się być całkowicie nie zainteresowani ustaleniem stanu faktycznego i zasadności zawiadomienia, natomiast na każdym kroku widoczne jest dążenie do zniechęcenia Austriaka, by ten sprawę “odpuścił”. Biorąc pod uwagę, że dzieje się to na oczach wszystkich Polaków, którzy dzięki niezależnym od władzy mediom mogą to wszystko na bieżąco śledzić, komunikat ze strony polityków partii rządzącej do obywateli brzmi jasno – nie warto występować przeciwko naszym występkom, gdyż na sprawiedliwość w starciu z tym lub z innym politykiem PiS po prostu nie macie szansy. Zadziwia bezczelność takiego postępowania i tupet poukładanych politycznie prokuratorów.

W sprawie czynności sprawdzających, prowadzonych przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, których czas trwania już dawno przekroczył terminy proceduralne, oświadczenie opublikowali dziś Roman Giertych i Jacek Dubois, pełnomocnicy austriackiego biznesmena. Zatytułowali je znamiennie – Czarna karta polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Normalne działanie urzędu prokuratorskiego, czyli poszukiwanie dowodów na okoliczność popełnionego przestępstwa zostało zamienione w próbę zniechęcania zawiadamiającego do kontynuowania postępowania. Powyższe zachowania sprawiają wrażenie, że prokuratura realizuje sugestie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego, który jest zainteresowany w przebiegu sprawy, a który uznał, że śledztwo w jego sprawie nie ma sensu i nie powinno być wszczęte – piszą na Facebooku pełnomocnicy Austriaka.

Wyliczają też wszystkie kuriozalne decyzje i działania prokurator Śpiewak, które pokazują rzeczywisty cel obecnych działań śledczych, tj. rozbrojenie politycznej bomby, która mogłaby raz na zawsze zniszczyć mit Jarosława Kaczyńskiego jako polityka “kryształowego”. Lista jest pokaźna:

  • powtarzanie pytań,
  • pytania sugerujące w obronie Jarosława Kaczyńskiego,
  • uchylanie pytań, które miały uściślić udział Jarosława Kaczyńskiego w sprawie tzw. koperty,
  • próba namawiania świadka do zmiany zeznań niekorzystnych dla Jarosława Kaczyńskiego,
  • zastraszanie świadka za pomocą trzech funkcjonariuszy służb skarbowych,
  • przekraczanie terminów określonych w kodeksie postępowania karnego, aby uniemożliwić sądową kontrolę decyzji prokuratorskich,
  • próba przerzucania na pokrzywdzonego kosztów finansowych postępowania,
  • wymyślanie kolejnych pretekstów do przesłuchań,
  • karanie świadka grzywnami za brak obecności na usprawiedliwionych przez niego terminach zeznań

Wszystko po to, by sprawa nie skończyła się zbyt szybko i by wiarygodność Geralda Birgfellnera była możliwie najmniejsza i to już nawet nie przed sądem, a przed polskimi wyborcami.

Studenci prawa w następnych latach będą się na tej podstawie uczyć jak nie powinno się prowadzić postępowań i że polityczne uzależnienie prokuratury kończy się właśnie w ten sposób – konstatują Giertych i Dubois.

Pełnomocnicy austriackiego biznesmena ujawnili jednocześnie, że skoro polski wymiar sprawiedliwości postanowił spektakularnie skapitulować przed prezesem partii rządzącej, uniemożliwiając w zasadzie sądową kontrolę nad działaniem prokuratury, wykorzystają inną dostępną w tej sprawie drogę.

(…) obecnie przystępujemy do przygotowania analogicznego wniosku o ściganie sprawców oszustwa do prokuratury w Austrii. Zgodnie z austriackim prawem jest możliwe ściganie przestępstwa oszustwa popełnionego na szkodę obywateli i podmiotów austriackich popełnionych na terenie innych krajów. Brak wszczęcia postępowania w niniejszej sprawie w Polsce zmusi naszego klienta do skorzystania z tej możliwości. Skoro polska prokuratura zajmuje się obroną osób, których dotyczy zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, to oznacza że w naszym kraju nie ma obecnie organu państwa zdolnego skutecznie wykonywać zadania śledcze w odniesieniu do osób wysoko postawionych w partii rządzącej – napisali w oświadczeniu pełnomocnicy Geralda Birgfellnera.

Tym samym już wkrótce kłopoty lidera PiS mogą stać się kwestią międzynarodową, a sprawa zyska ogólnoświatowy rozgłos akurat w czasie kluczowych dla przyszłości obozu Zjednoczonej Prawicy kampanii wyborczych. Sprawiedliwości stanie się zadość.

Wraz z kolejnymi dziesiątkami godzin przesłuchań pana Geralda Birgfellnera mieliśmy okazję obserwować na własne oczy patologię jaką jest prokuratura poddana pod władzę partii rządzącej.

Powtarzanie pytań, pytania sugerujące w obronie Jarosława Kaczyńskiego, uchylanie pytań, które miały uściślić udział Jarosława Kaczyńskiego w sprawie tzw. koperty, próba namawiania świadka do zmiany zeznań niekorzystnych dla Jarosława Kaczyńskiego, zastraszanie świadka za pomocą trzech funkcjonariuszy służb skarbowych, przekraczanie terminów określonych w kpk, aby uniemożliwić sądową kontrolę decyzji prokuratorskich, próba przerzucania na pokrzywdzonego kosztów finansowych postępowania, wymyślanie kolejnych pretekstów do przesłuchań, karanie świadka grzywnami za brak obecności na usprawiedliwionych przez niego terminach zeznań, to wszystko składa się na jeden obraz: prokuratura zamieniła się w komitet obrony Jarosława Kaczyńskiego.

Normalne działanie urzędu prokuratorskiego, czyli poszukiwanie dowodów na okoliczność popełnionego przestępstwa zostało zamienione w próbę zniechęcania zawiadamiającego do kontynuowania postępowania. Powyższe zachowania sprawiają wrażenie, że prokuratura realizuje sugestie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego, który jest zainteresowany w przebiegu sprawy, a który uznał, że śledztwo w jego sprawie nie ma sensu i nie powinno być wszczęte. I na wszystkie możliwe sposoby prokuratura próbuje odwrócić rolę w tym postępowaniu tzn. chce karać ofiarę, a wybielać osobę, która wyrządziła pokrzywdzonemu szkodę. Postępowanie prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie z zawiadomienia Geralda Birgfellnera będzie stanowić czarną plamę w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Studenci prawa w następnych latach będą się na tej podstawie uczyć jak nie powinno się prowadzić postępowań i że polityczne uzależnienie prokuratury kończy się właśnie w ten sposób.

Jako pełnomocnicy pokrzywdzonego Geralda Birgfellnera wykorzystamy wszystkie dostępne środki prawne (szczególnie te, które pozwalają na sądową kontrolę decyzji prokuratury), aby doprowadzić do wszczęcia postępowania w tej sprawie. Jednakże już obecnie przystępujemy do przygotowania analogicznego wniosku o ściganie sprawców oszustwa do prokuratury w Austrii. Zgodnie z austriackim prawem jest możliwe ściganie przestępstwa oszustwa popełnionego na szkodę obywateli i podmiotów austriackich popełnionych na terenie innych krajów.

Brak wszczęcia postępowania w niniejszej sprawie w Polsce zmusi naszego klienta do skorzystania z tej możliwości. Skoro polska prokuratura zajmuje się obroną osób, których dotyczy zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, to oznacza że w naszym kraju nie ma obecnie organu państwa zdolnego skutecznie wykonywać zadania śledcze w odniesieniu do osób wysoko postawionych w partii rządzącej.

„Rusza kampania wyborcza, politycy opozycji są ciągani przed prokuratorów – co za zbieg okoliczności. Partia rządząca mimo wydania wielu milionów na działalność tzw. komisji Macierewicza nie udowodniła zamachu smoleńskiego, ale jakieś kozły ofiarne muszą się znaleźć, więc ciągnięte jest śledztwo w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej. Tam, gdzie są nagrania, gdzie są niezapłacone faktury – tam się śledztw nie wszczyna, a tam, gdzie są absurdalne oskarżenia – uruchamia się cały aparat państwa po to, żeby udowodnić coś, czego nie było” – powiedział Radosław Sikorski. Były szef MSZ po raz kolejny został wezwany do Prokuratury Krajowej na przesłuchanie w śledztwie, dotyczącym rzekomej zdrady dyplomatycznej w związku z katastrofa smoleńską.

Sikorski zeznawał już w tej sprawie w maju 2017 r. – „Nie wiem, co moje ponowne przesłuchanie może wnieść nowego. Ja mam taką propozycję: jeśli naprawdę miała miejsce zdrada dyplomatyczna, to uważam, że za takie przestępstwo powinna obowiązywać najsurowsza możliwa kara, ale jeżeli się okaże, że nic takiego nie miało miejsca, to spodziewam się, że do odpowiedzialności będą pociągnięci ci, którzy takie absurdalne doniesienia składają, a to jest też przestępstwo, i ci, którzy latami takie wyimaginowane kwestie ciągną, marnując czas prokuratorów i różnych instytucji” – stwierdził były szef MSZ.

Śledztwo zostało wszczęte po zawiadomieniu Antoniego Macierewicza „o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej przez Donalda Tuska”, który będąc premierem „nie dopełnił ciążących na nim obowiązków w związku z wyjaśnianiem okoliczności katastrofy smoleńskiej”. Ówczesny szef MON zarzucił byłemu premierowi „zdradę dyplomatyczną”.

Ostatnie trzy lata funkcjonowania polskiego Parlamentu pokazały dobitnie, że jego znaczenie w procesie podejmowania decyzji o tym, czy daną ustawę uchwalić, jest dziś iluzoryczne. Nie ma znaczenia, ile pracy poświęciły ministerstwa czy komisje sejmowe podczas prac nad konkretną ustawą – ważne jest jedynie zdanie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który w zasadzie w każdej chwili i “bez żadnego trybu” może zarządzić albo błyskawiczne przyjęcie każdego napisanego na kolanie prawa, albo tak samo arbitralnie wyrzucić dany projekt do kosza. Dziś znów mieliśmy w Sejmie taką sytuację, a sprawa dotyczyła trzeciego czytania rządowej ustawy zmieniającej Ordynacje Podatkową i przy okazji zatwierdzającą nową matrycę stawek VAT, w tym tę podnoszącą stawkę podatku na soki.

Rząd opracował projekt nowej matrycy VAT, by uporządkować sytuację. Do tej pory bowiem niektóre produkty mogły podlegać trzem różnym stawkom. Tak było w przypadku pieczywa czy ciastek, które w zależności od daty przydatności do spożycia mogły być opodatkowane 5-proc., 8-proc. albo 23-proc. stawką VAT. Zmiany już wcześniej nie spodobały się np. producentom soków, nektarów i napojów z owoców i warzyw. Zgodnie z przepisami soki i nektary miałyby być objęte 5-proc. stawką, a napoje z równym lub niższym niż 20-proc. wkładem owocowym – najwyższą stawką. W obronie polskich producentów owoców występowali także posłowie opozycji.

– Naprawdę nie dziwi mnie, że rolnicy wysypują jabłka na ulicach polskich miast – grzmiała posłanka Nowoczesnej Paulina Hennig-Kloska.

Do zmian stawek dziś jednak nie doszło i to za sprawą posłanki Platformy Obywatelskiej. Dorota Niedziela postanowiła najpierw skomentować nieobecność ministra rolnictwa, by potem zwrócić się bezpośrednio do Jarosława Kaczyńskiego, przekonując go, że najwyraźniej nie zauważył, że urzędnicy Ministerstwa Finansów nie powiedzieli mu całej prawdy o nowych zapisach i w efekcie przyjęcia nowej matrycy VAT dojdzie do faktycznego embarga na polskie jabłka.

…) czy pan wie, że pana ministrowie wprowadzają embargo na polskie jabłka. Bo tak to trzeba nazwać. Polski sok, wybitny na skalę europejską – bo posiadający blisko 20 proc. naturalnego wkładu – będzie obarczony przez ministra finansów dodatkowym podatkiem. Będą one droższe i gorzej kupowane – pytała posłanka Niedziela.

Nikt chyba nie spodziewał się, że jej słowa wywołają tak burzliwą reakcję. Prezes Kaczyński zarządził bowiem natychmiastową przerwę, wzywając na dywanik wiceministra finansów Filipa Świtałę, by wytłumaczył mu, czy zarzuty posłanki PO są prawdziwe.

Jego wyjaśnienia najwyraźniej go nie przekonały, bowiem chwilę później szeregowy poseł Kaczyński powiedział “weto” i ustawa rządowa została zdjęta z porządku obrad i jej dalszy los pozostaje nieznany. Komentujący wydarzenia w Sejmie dziennikarze nie mają wątpliwości. PiS zaliczyło kolejną wpadkę legislacyjną, przegrywając z samym sobą.

Co ciekawe, oprócz oczywistej radości posłów opozycji, którzy powstrzymali podwyżkę podatku VAT na niektóre produkty, zadowoleni z decyzji byli także parlamentarzyści obozu władzy. Nie ma to jak odnieść kolejne moralne zwycięstwo.

Zapowiadana przez Kaczyńskiego walka z rzekomą „seksualizacją dzieci” przeobraziła się w obronę pedofilów w sutannach.

Przykrą niespodziankę zgotowali biskupi prezesowi Kaczyńskimu, który atakując w zeszłym tygodniu środowiska LGBT, pokazał, jaka ma być linia kampanii PiS przed tegorocznymi wyborami. Skoro nie da się już Polaków nastraszyć uchodźcami, trzeba sięgnąć po inne strachy. Hasło obrony tradycyjnej rodziny przed zagrażającymi jej „zboczeniami” i walka z rzekomą „seksualizacją dzieci” miały zmobilizować elektorat i skłonić go do głosowania na partię pana prezesa.

I może nawet ten plan choć w części by wypalił, gdyby nie episkopat, który na polecenie papieża zebrał się w czwartek, by omówić problem pedofilii w Kościele. Franciszek chciał, by Kościoły w poszczególnych krajach zaczęły się rozliczać ze swych grzechów i zaniechań i by w ten sposób oczyściły się i odzyskały wiarygodność w oczach wiernych, którzy coraz częściej zaczęli w nich dostrzegać siedlisko patologii i seksualnej przestępczości.

Franciszek chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Polscy hierarchowie dali modelowy pokaz buty, politycznej krótkowzroczności i – nie bójmy się tego powiedzieć wprost – zwykłej ciemnoty. Miast wziąć na warsztat własne przewiny, które sprawiają, że w dziesiątkach polskich miast i miasteczek na płotach kościelnych zawisły w minionych miesiącach dziecięce buciki, w Gdańsku obalono pomnik ks. Jankowskiego, a miliony obywateli tłumnie waliły do kin na „Kler” – biskupi opowiadali androny, że głoszone przez papieża zero tolerancji dla pedofilii to zasada nazistowska i że problemem nie jest pedofilia w Kościele, lecz handel organami oraz „seksualizacja dzieci”. Ta sama rzekoma seksualizacja, z której Kaczyński chce uczynić leitmotiv kampanii wyborczej.

W ten oto sposób episkopat, kompromitując się w oczach opinii publicznej, przy okazji skompromitował i zdezawuował hasła wypisane na sztandarach, z którymi PiS zamierza ruszać do wyborczego boju. Wychodzi na to, że partia prezesa broni nie tyle tradycyjnej polskiej rodziny i konserwatywnych wartości, co przede wszystkim pedofilów w sutannach.

Takie oskarżenia tym łatwiej wysunąć, że przecież to politycy PiS występują w obronie – przepraszam za sformułowanie – „dobrego imienia” ks. Jankowskiego i to w szeregach tej właśnie partii wpływową postacią jest poseł Stanisław Piotrowicz, który jako szef prokuratury w Krośnie udzielał telewizyjnych wywiadów i dokładał starań, by wybielić proboszcza-pedofila z Tylawy.

Planowana przez pana prezesa ofensywa polityczna przeciw gejom i lesbijkom, rzekomo chcącym „seksualizować” nasze dzieci, już na starcie za sprawą biskupów przeobraziła się więc w kampanię obrony seksualnych przestępców w sutannach. Ciekawe będzie obserwować, jak w najbliższym czasie zachowa się PiS – czy będzie brnąć dalej w ślepy zaułek, popełniając polityczne samobójstwo jako sojusznik najgorszych elementów w polskim klerze, czy chyłkiem się wycofa i szybko zmieni pomysł na kampanię. Rozsądek nakazywałby zrobić to drugie.

Jesteśmy też świadkami wielkiej zmiany, wręcz kopernikańskiego przełomu w polskiej polityce. Dotychczas głos biskupów i proboszczów miał decydujące znaczenie dla szans wyborczych, dlatego wszystkie duże partie polityczne zabiegały o poparcie duchowieństwa. Po raz pierwszy mamy do czynienia z przypadkiem, kiedy symbioza z Kościołem działa na niekorzyść partii rządzącej, zmniejszając jej szanse w wyborach.

To nie jest jednorazowy akt, lecz stopniowo postępujący proces, który trochę jeszcze potrwa, ale wydaje się, że Polska – w ślad za takimi katolickimi krajami jak Hiszpania i Irlandia – nieodwołalnie weszła na ścieżkę wiodącą do rozdziału Kościoła od państwa i polityki od religii.