Tag Archives: Magdalena Środa

Lider opozycji Małgorzata Kidawa-Błońska

15 Paźdź

– Na pewno nie był to imponujący wynik – mówiła w TVN24 Małgorzata Kidawa-Błońska o liczbie głosów zebranych przez Grzegorza Schetynę. Polityk PO zapewniała przy tym, że lider jej partii zrobił wiele dobrego w trakcie kampanii. Nie chciała za to powiedzieć, czy będzie kandydować na fotel szefa PO.

Szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna dostał co prawda mandat w okręgu nr 3 (Wrocław), ale jego wynik jako „jedynki” list Koalicji Obywatelskiej pozostawia wiele do życzenia. Mirosława Stachowiak-Różecka (kandydatka PiS w wyborach na prezydenta Wrocławia z 2018 roku) zdobyła ponad 91 tys. głosów, a Schetyna niecałe 67 tys.

„Kropce nad i” w TVN24 o ten wynik lidera PO pytana była Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera w tegorocznych wyborach. – Na pewno nie był to imponujący wynik – oceniła polityk Platformy Obywatelskiej. Sama Kidawa-Błońska ma powody do zadowolenia, bo w Warszawie zgarnęła ponad 416 tys. głosów, stając się „lokomotywą” listy KO w stolicy.

Można o Grzegorzu Schetynie wiele mówić, ale nie można mu odmówić woli walki i tego, że naprawdę chciał i robił wszystko, żeby powstała szeroka koalicja, żeby powstrzymać to, co robi PiS i robił wszystko, żeby uzyskać większość w Senacie. To nie Grzegorz Schetyna jest problemem w tych wyborach

– mówiła Kidawa-Błońska, dodając przy tym, co padało również z ust Schetyny, że rywal KO, czyli PiS „nie przestrzegało żadnych reguł”.

Wybory parlamentarne 2019. Kidawa-Błońska szefową PO?

Wicemarszałek Sejmu oceniła też, że na pewno potrzebne będzie „rozliczenie kampanii”, napomknęła również, że przecież w PO są pewne procedury, a od stycznia startuje wewnętrzna kampania. Natomiast w lutym możliwa jest zmiana szefa partii. Nie chciała jednak odpowiedzieć wprost na pytanie, czy będzie kandydować na szefową PO, mówiąc:

Pierwsze, co musimy zrobić, to podsumować tę kampanię i na zimno bez emocji ją ocenić. Drugi krok to stworzyć klub, a trzeci to wstąpić w proces wyborczy na szefa partii.

Dobrze jest czasem być strasznym pesymistą, bo potem cieszy byle co.

Ale tak: cieszy mnie silna opozycja w sejmie: sporo nowych twarzy, silnych głosów i mądrych poglądów (brawo dziewczyny z Kongresu Kobiet!!). Nie będzie to opozycja potulna i kunktatorska. Będzie to opozycja waleczna.

Poza tym cieszy mnie, że Prezes, który zmobilizował tyle środków na wybory: rozkręcił Kościół, oplótł Polskę różańcem, obwiesił bilbordami swoich wyznawców i rozkręcił medialną machinę kłamstw, otrzymał mniej niż zapłacił. Bo z pewnością liczył na więcej.

Za cztery lata to już zdrowie prezesa będzie nie to i mniej pieniędzy na jego polityczne ambicje (chyba że wycofa się z obietnic), więc nie da rady. Rzecz jasna może wprowadzić stan wojenny; będzie wtedy taniej i skuteczniej dla utrzymania władzy ale w demokracji już nie wygra.  A rolą opozycji jest przede wszystkim przywrócić funkcje parlamentu, żeby nie był kościołem jednego polityka.

Materiał filmowy >>>

Czyżby Prawo i Sprawiedliwość wycofywało się z przedwyborczych obietnic? Jeszcze niedawno Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński obiecywali „piątkę na 100 dni” (budowę 100 obwodnic, mały ZUS dla małych firm etc.), która miała być planem rządu na pierwsze 100 dni po wyborach. Okazuje się, że Zjednoczona Prawica zapomina o swoich wyborcach i nie jest zbyt skłonna do realizacji wcześniejszych zapowiedzi.

W ciągu pierwszych 100 dni zostaną uchwalone ustawy albo przygotowane programy rządowe dot. małego ZUS13. i 14. emerytury, pakietu kontrolnych badań profilaktycznych, budowy 100 obwodnic i planu dojścia do równych dopłat dla rolników” – obiecywał na początku października prezes Kaczyński, który wypowiedział te słowa na wspólnej konferencji z premierem Morawieckim.

Do tematu powrócił minister Michał Dworczyk z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. „My tego nie mówiliśmy, że (założenia „piątki na 100 dni”) zostaną w ciągu stu dni zrealizowane. Część ustaw pewnie uda się uchwalić, część trafi do Sejmu jako projekty rządowe. Proces legislacyjny ma też swoją dynamikę, więc może się nie udać wszystkich tych projektów uchwalić w ciągu pierwszych stu dni, czyli trzech miesięcy” – przyznał w rozmowie w Radiu ZET.

Możliwość realizacji „piątki na 100 dni” jest również krytykowana przez ekonomistów. Stanisław Gomułka uważa, że rząd jest w stanie wypłacić 13. emeryturę, jednak wypłata 14. jest zwyczajnie niemożliwa i doprowadziłaby do pojawienia się w budżecie dużego deficytu. „Po prostu pojawi się deficyt, którego w pierwszej wersji nie było. Nie sądzę bowiem, że PiS wycofa się ze wszystkich obietnic, raczej tylko z obietnicy wypłaty czternastej emerytury. Trzynastą wypłaci, bo inaczej wyborcy przeżyliby szok” – stwierdził Gomułka w powyborczej rozmowie z Bussines Insider Polska. Takie rozdawnictwo pieniędzy – zdaniem ekonomisty – doprowadzi do tego, że w latach 2020-2021 rząd „będzie musiał zacisnąć pasa”.

Równie krytyczny jest Witold Orłowski, który uważa, że dojdzie do wzrostu inflacji i spadku tempa gospodarczego wzrostu. Świadczenia obiecywane przez PiS – według Orłowskiego – będą miały wyłącznie jednorazowy charakter; bardziej przydatne miałoby być wprowadzenie nowych, innowacyjnych rozwiązań i zwiększenie konkurencyjności gospodarki.

Ponadto – jak podkreśla Orłowski – realizacja obietnic przyczyni się do najprawdopodobniej do nieuniknionego podwyższenia podatków. Już wcześniej liczni ekonomiści poddawali krytyce propozycje gospodarcze Prawa i Sprawiedliwości; skrytykowano m.in. pomysł podwyższenia płacy minimalnej do 4000 zł.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kaczyński stoi za zastraszaniem sędziów i inwigilacją Polaków

4 Wrz

Ujawniamy, że Jarosław Kaczyński to prawdziwy Ojciec Narodu. Pomaga wszystkim, nawet „Małej Emi”… – napisał na Twitterze Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Mowa oczywiście o internetowej hejterce Emilii, która brała udział w akcji szkalowania sędziów, krytykujących „dobrą zmianę” w sądownictwie. Artykuł w gazecie zatytułowano „Kaczyński pisał do „Emi”.

Część internautów w komentarzach kpiła z „Ojca Narodu”: – „Kaczyński pisał do Emi z dobrej woli, aby pomóc jej w reformie sądownictwa”; – „Bo w nim jest samo dobro, a o rodziny to już dba ponad życie”; – „Ziobro zdymisjonuje Kaczyńskiego?”.

Inni komentowali dosadniej: – „Za każdym razem jak myślę, że PiS jest na moralnym dnie to okazuje się, że oni jednak kopali znacznie głębiej…”; – „Pazerność na władzę zaślepia. Prezes zaczyna popełniać błędy. I do tego mściwość i chorobliwa obsesja na punkcie Tuska”.

Więcej >>>

W tym samym czasie, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił zaskakującą decyzję o usunięciu się w cień i długo wyczekiwanym odsunięciu prywatnych ambicji na dalszy plan, Prawo i Sprawiedliwość również przedstawiło swoją strategię na nadchodzący miesiąc, w czasie którego będzie starało się obronić swoje rządy i 13 października ponownie zdobyć co najmniej 231 głosów w Sejmie. W przeciwieństwie do lidera Koalicji Obywatelskiej, tym razem prezes Kaczyński nie tylko nie zostanie schowany przed opinią publiczną, ale stać się ma jedną z głównych twarzy kampanii. Naczelnym hasłem ma być “Dobry czas dla Polski”, a promowanym motywem wiarygodność ekipy Zjednoczonej Prawicy.

Gdy jednak przyjrzeć się faktom i efektom szeregu działań Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat, to gołym okiem widać, że obóz rządzący zaliczył zdecydowanie więcej spektakularnych porażek, niż wielkich sukcesów. Co najgorsze dla centrali partyjnej na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, wiele tych niepowodzeń dotyczy kwestii fundamentalnych dla elektoratu PiS, takich jak powstanie z kolan na arenie międzynarodowej, bezpieczeństwo mieszkaniowe, tani i powszechny dostęp do lekarza i leków czy potrzeba władzy silnej i skutecznej. Na każdym z tych pól partia Jarosława Kaczyńskiego zawiodła, co w pewnym momencie przeważy szalę rozgoryczenia i rozczarowania.

Izolacja i marginalizacja pozycji Polski

W zasadzie trudno dziś wskazać choćby jeden realny sukces rządu Beaty Szydło lub Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej. Z powodu zapalczywości i głupiego uporu w kwestiach ideologicznych, Polska jest dziś na marginesie Unii Europejskiej, a o wejściu do twardego jądra decyzyjnego może już jedynie pomarzyć. Z prymusa europejskiej integracji staliśmy się czarną owcą, z liczącego się gracza – piątym kołem u wozu. Łamanie unijnej solidarności, demontaż systemu praworządności w sądach, popsute stosunki z sąsiadami i innymi wielkimi graczami – to wszystko znajduje się na słonym rachunku polityki PiS, zwłaszcza gdy dojdzie do powiązania budżetu unijnego z poziomem praworządności w kraju członkowskim. Postawiliśmy na ślepy sojusz z USA, które widząc służalczość i dyspozycyjność, wciskają nam kolejne “świetne interesy”, przy okazji dyktując polskiemu rządowi, jakie ustawy możemy przyjąć, a jakie należy jak najszybciej anulować. Wystarczy wspomnieć nowelizację ustawy o IPN czy ostatnio choćby kwestię podatku cyfrowego, którego porzucenie wprost polecił w ostatnich dniach wiceprezydent USA Mike Pence. Jedyne, co może jeszcze dawać pewną satysfakcję elektoratowi PiS, to deklarowany twardy kurs wobec putinowskiej Rosji, jednak jedynie do czasu, gdy widzowie TVP Info w końcu zauważą, że, cytując ministra Błaszczaka, współfinansujemy rosyjską ekspansje na byłe republiki radzieckie, kupując z okupowanych przez Rosję terenów węgiel na rekordową skalę.

Kasta sędziowska i sędziowie na telefon

Przebudowa wymiaru sprawiedliwości miała być jednym z najważniejszych celów strategii “dobrej zmiany”. Ostatnie tygodnie pokazały, że bezprecedensowa miotła kadrowa w polskich sądach i prokuraturach nie przyniosła efektu w postaci usprawnienia ich prac. Statystki w tych sprawach pokazują, że sądy działają wolniej, a na sprawiedliwość przed obliczem Temidy trzeba czekać jeszcze dłużej. Co gorsza, to co kilka lat temu było jedynie bulwersującą ciekawostką w sądach (prowokacja w sprawie sędziego Milewskiego znanego jako “sędzia na telefon”) dziś stało się normą, za sprawą wpuszczenia na szczyty kierownicze w strukturach wymiaru sprawiedliwości osób zdegenerowanych i całkowicie podporządkowanych ekipie rządowej. Screeny z komunikatorów internetowych pokazują istnienie w pełni zorganizowanego układu towarzyskiego, w którym uczestniczą nie tylko politycy i ich współpracownicy, ale i sędziowie, prokuratorzy czy członkowie Krajowej Rady Sądownictwa. Wykreowaną przez prawicowe media “nietykalną kastę” zastąpiła jak najbardziej realna, która mimo złapania za rękę dalej przekonuje, że system jest niezależny a ujawniona patologia tak naprawdę nie istnieje. Białe jest czarne? Jak najbardziej.

Gospodarczy regres

Mimo szumnych deklaracji stworzenia warunków do boomu inwestycyjnego w oparciu o innowacyjną gospodarkę, gospodarczo utrzymuje nas dziś w największym od lat stopniu konsumpcja indywidualna. Rząd wrzucił do gospodarki gigantyczne pieniądze, by stymulować popyt i zbierać większe wpływy z podatków. Inwestycje stoją, innowacji brak. Ani samochodów elektrycznych, ani grafenu, ani wykreowania choćby jednej globalnej marki. Symbolem upadku narracji o odbudowie polskiego przemysłu stoczniowego już na zawsze zostaną zardzewiała stępka pod prom, upadająca państwowa stocznia NAUTA czy ostatnio lodołamacz posklejany taśmą. Jeśli ktokolwiek zyskał finansowo na polityce gospodarczej rządu, to przede wszystkim prawicowe media, które mimo fatalnych wyników sprzedaży ciągle doją polski budżet ile wlezie.

Kaczyński przegrał z imposybilizmem…

Pokonanie barier biurokratycznych w celu uruchomienia skutecznego systemu państwowego budownictwa mieszkaniowego, znane pod nazwą programu “Mieszkanie Plus” to najbardziej spektakularna porażka Jarosława Kaczyńskiego. To miało być takie łatwe – państwo i samorządy przekazują ziemię, państwowy deweloper buduje, a ceny mieszkań są dostępne dla maluczkich. To miał być jedyny program ekipy Zjednoczonej Prawicy, w którym trzeba było faktycznie czegoś dokonać, z czymś wygrać, coś rozsądnego wymyślić. Tu nie wystarczyło po prostu rozdawać nieswoje pieniądze czy cofać trudne (ale potrzebne) decyzje poprzedników. To miał być dowód na to, że Kaczyński z imposybilizmem, trawiącym III RP wygra i pokaże, że “da się”. Nie dało się, klęska jest gigantyczna, program pozostaje atrapą. Bezpieczeństwo mieszkaniowe nadal jest iluzoryczne i oparte o kredyty hipoteczne.

… i pazernością swoich

Nie ma też nowej jakości w poziomie moralności nowych “elit”. Działacze partyjni czerpią z państwowego koryta tak, jak nikt nigdy wcześniej. Nagrody, premie, dotacje, wątpliwe operacje, wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo. Prokuratura instrumentalnie wykorzystywana do obrony swoich interesów, ginące dowody niekorzystne dla Beaty Szydło czy ostatnio wiceministra Piebiaka. Dziś każdy, kto wejdzie władzy w drogę, może stać się ofiarą totalnego państwa i jego organów. Schematy znane z filmowego “Układu zamkniętego” stały się dziś przerażającą rzeczywistością i w zasadzie niewiele można zrobić, bo system jest szczelny i bezlitosny. Kłamią, oszukują, kradną i wzajemnie się kryją, bo mogą i wiedzą, że pozostaną bezkarni. Są właśnie takim państwem, z jakim w kampanii w 2015 roku chcieli walczyć, pokazując je jako wypaczenie.

W 2015 roku PiS doszło do władzy, bo wykreowało u społeczeństwa wrażenie konieczności zmian na szczytach władzy. Dziś opozycja niestety nic takiego nie potrafi zaproponować, mimo iż powodów jest aż nadto. Stworzenie realnej alternatywy i pokazanie korzyści dla przeciętnego Kowalskiego z odsunięcia partii Kaczyńskiego od władzy to dziś podstawowe zadanie Koalicji Obywatelskiej i pozostałych bloków opozycyjnych. Bez tego będzie tylko gorzej, a opisane wyżej patologie tylko się nasilą. Warto się zastanowić, czy jako społeczeństwo jesteśmy w stanie to wytrzymać.

„Jeśli prawdą jest, że CBA kupiło system Pegasus do nielegalnej inwigilacji obywateli, to mamy do czynienia z niebywałym skandalem sięgającym premiera i ministra-koordynatora, którzy musieli ten zakup akceptować” – powiedział płk Grzegorz Reszka, były wiceszef UOP i szef SKW. W artykule „System Pegasus – najbardziej niebezpieczne narzędzie do inwigilacji – jest w rękach CBA?”.

Płk Reszka wziął udział w dzisiejszym posiedzeniu zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Poświęcone ono było systemowi Pegasus.

„Używa się go dlatego, żeby inwigilować obywateli bez zgody sądu. W obecnym stanie prawnym te same informacje służby mogą uzyskać legalnie. Jeśli zakupiono system Pegasus, to dla nielegalnej inwigilacji bez pozostawienia śladów. Ja nie wierzę politykom PiS odpowiadającym za służby. Wielokrotnie ci ludzie udowodnili, że nie cenią wartości merytorycznych i profesjonalistów” – stwierdził płk. Reszka.

„Uwaga! To może być największa afera w historii obu rządów PiS. SrebrnaGate, AirKuchciński, a nawet TrollAfera Ministerstwa Sprawiedliwości to pikuś! Byłby to bowiem dowód na tworzenie w Polsce policji politycznej, która ma „wziąć za pysk” każdego, kto sprzeciwiłby się władzy!” – skomentował na Twitterze Adam Szejnfeld z PO. A jeden z internautów dodał: – „Bo wiadomo – każdy, kto nie zgadza się z władzą to wróg – jak w PRL”.

Po trzech dniach od rozpoczęcia budowy mostu pontonowego na Wiśle minister Mariusz Błaszczak ogłosił zakończenie budowy.

Podczas konferencji Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zapowiedział, że po wygranych wyborach na stanowisku premiera widzi Małgorzatę Kidawę-Błońską.

„Ludzie chcą kogoś, kto nie będzie zajmował się polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą. Kogoś, kto skoncentruje się na ludzkich sprawach. Im dłużej tego słuchałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jest tylko jedna taka osoba. I to właśnie ona powinna być naszym wspólnym kandydatem na stanowisko premiera” – uzasadniał swoja decyzję lider KO.

Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała: „Musimy wygrać, bo oczekują tego od nas PolacyNaprawdę wiemy, czego chcą. Nie chcą polityków, którzy zajmują się sobą. Chcą polityków, którzy wiedzą, jakimi oni są ludźmi, jakie mają marzenia, potrzeby, pragnienia (…) Polska jest warta tego, żeby była krajem bez nienawiści – podkreśliła kandydatka KO na premiera.

Kidawa-Błońska jest „nową jedynką” listy Koalicji Obywatelskiej w wyborach do Sejmu w okręgu warszawskim. W przeszłości szefowała warszawskim strukturom Platformy Obywatelskiej.

Dotychczasową wrocławską jedynkę byłą marszałek Sejmu Małgorzatę Kidawę-Błońską – zastąpić ma Grzegorz Schetyna.

Kaczyński stoi za zastraszaniem sędziów i inwigilacją Polaków

4 Wrz

Ujawniamy, że Jarosław Kaczyński to prawdziwy Ojciec Narodu. Pomaga wszystkim, nawet „Małej Emi”… – napisał na Twitterze Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Mowa oczywiście o internetowej hejterce Emilii, która brała udział w akcji szkalowania sędziów, krytykujących „dobrą zmianę” w sądownictwie. Artykuł w gazecie zatytułowano „Kaczyński pisał do „Emi”.

Część internautów w komentarzach kpiła z „Ojca Narodu”: – „Kaczyński pisał do Emi z dobrej woli, aby pomóc jej w reformie sądownictwa”; – „Bo w nim jest samo dobro, a o rodziny to już dba ponad życie”; – „Ziobro zdymisjonuje Kaczyńskiego?”.

Inni komentowali dosadniej: – „Za każdym razem jak myślę, że PiS jest na moralnym dnie to okazuje się, że oni jednak kopali znacznie głębiej…”; – „Pazerność na władzę zaślepia. Prezes zaczyna popełniać błędy. I do tego mściwość i chorobliwa obsesja na punkcie Tuska”.

Więcej >>>

W tym samym czasie, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił zaskakującą decyzję o usunięciu się w cień i długo wyczekiwanym odsunięciu prywatnych ambicji na dalszy plan, Prawo i Sprawiedliwość również przedstawiło swoją strategię na nadchodzący miesiąc, w czasie którego będzie starało się obronić swoje rządy i 13 października ponownie zdobyć co najmniej 231 głosów w Sejmie. W przeciwieństwie do lidera Koalicji Obywatelskiej, tym razem prezes Kaczyński nie tylko nie zostanie schowany przed opinią publiczną, ale stać się ma jedną z głównych twarzy kampanii. Naczelnym hasłem ma być “Dobry czas dla Polski”, a promowanym motywem wiarygodność ekipy Zjednoczonej Prawicy.

Gdy jednak przyjrzeć się faktom i efektom szeregu działań Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ostatnich czterech lat, to gołym okiem widać, że obóz rządzący zaliczył zdecydowanie więcej spektakularnych porażek, niż wielkich sukcesów. Co najgorsze dla centrali partyjnej na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, wiele tych niepowodzeń dotyczy kwestii fundamentalnych dla elektoratu PiS, takich jak powstanie z kolan na arenie międzynarodowej, bezpieczeństwo mieszkaniowe, tani i powszechny dostęp do lekarza i leków czy potrzeba władzy silnej i skutecznej. Na każdym z tych pól partia Jarosława Kaczyńskiego zawiodła, co w pewnym momencie przeważy szalę rozgoryczenia i rozczarowania.

Izolacja i marginalizacja pozycji Polski

W zasadzie trudno dziś wskazać choćby jeden realny sukces rządu Beaty Szydło lub Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej. Z powodu zapalczywości i głupiego uporu w kwestiach ideologicznych, Polska jest dziś na marginesie Unii Europejskiej, a o wejściu do twardego jądra decyzyjnego może już jedynie pomarzyć. Z prymusa europejskiej integracji staliśmy się czarną owcą, z liczącego się gracza – piątym kołem u wozu. Łamanie unijnej solidarności, demontaż systemu praworządności w sądach, popsute stosunki z sąsiadami i innymi wielkimi graczami – to wszystko znajduje się na słonym rachunku polityki PiS, zwłaszcza gdy dojdzie do powiązania budżetu unijnego z poziomem praworządności w kraju członkowskim. Postawiliśmy na ślepy sojusz z USA, które widząc służalczość i dyspozycyjność, wciskają nam kolejne “świetne interesy”, przy okazji dyktując polskiemu rządowi, jakie ustawy możemy przyjąć, a jakie należy jak najszybciej anulować. Wystarczy wspomnieć nowelizację ustawy o IPN czy ostatnio choćby kwestię podatku cyfrowego, którego porzucenie wprost polecił w ostatnich dniach wiceprezydent USA Mike Pence. Jedyne, co może jeszcze dawać pewną satysfakcję elektoratowi PiS, to deklarowany twardy kurs wobec putinowskiej Rosji, jednak jedynie do czasu, gdy widzowie TVP Info w końcu zauważą, że, cytując ministra Błaszczaka, współfinansujemy rosyjską ekspansje na byłe republiki radzieckie, kupując z okupowanych przez Rosję terenów węgiel na rekordową skalę.

Kasta sędziowska i sędziowie na telefon

Przebudowa wymiaru sprawiedliwości miała być jednym z najważniejszych celów strategii “dobrej zmiany”. Ostatnie tygodnie pokazały, że bezprecedensowa miotła kadrowa w polskich sądach i prokuraturach nie przyniosła efektu w postaci usprawnienia ich prac. Statystki w tych sprawach pokazują, że sądy działają wolniej, a na sprawiedliwość przed obliczem Temidy trzeba czekać jeszcze dłużej. Co gorsza, to co kilka lat temu było jedynie bulwersującą ciekawostką w sądach (prowokacja w sprawie sędziego Milewskiego znanego jako “sędzia na telefon”) dziś stało się normą, za sprawą wpuszczenia na szczyty kierownicze w strukturach wymiaru sprawiedliwości osób zdegenerowanych i całkowicie podporządkowanych ekipie rządowej. Screeny z komunikatorów internetowych pokazują istnienie w pełni zorganizowanego układu towarzyskiego, w którym uczestniczą nie tylko politycy i ich współpracownicy, ale i sędziowie, prokuratorzy czy członkowie Krajowej Rady Sądownictwa. Wykreowaną przez prawicowe media “nietykalną kastę” zastąpiła jak najbardziej realna, która mimo złapania za rękę dalej przekonuje, że system jest niezależny a ujawniona patologia tak naprawdę nie istnieje. Białe jest czarne? Jak najbardziej.

Gospodarczy regres

Mimo szumnych deklaracji stworzenia warunków do boomu inwestycyjnego w oparciu o innowacyjną gospodarkę, gospodarczo utrzymuje nas dziś w największym od lat stopniu konsumpcja indywidualna. Rząd wrzucił do gospodarki gigantyczne pieniądze, by stymulować popyt i zbierać większe wpływy z podatków. Inwestycje stoją, innowacji brak. Ani samochodów elektrycznych, ani grafenu, ani wykreowania choćby jednej globalnej marki. Symbolem upadku narracji o odbudowie polskiego przemysłu stoczniowego już na zawsze zostaną zardzewiała stępka pod prom, upadająca państwowa stocznia NAUTA czy ostatnio lodołamacz posklejany taśmą. Jeśli ktokolwiek zyskał finansowo na polityce gospodarczej rządu, to przede wszystkim prawicowe media, które mimo fatalnych wyników sprzedaży ciągle doją polski budżet ile wlezie.

Kaczyński przegrał z imposybilizmem…

Pokonanie barier biurokratycznych w celu uruchomienia skutecznego systemu państwowego budownictwa mieszkaniowego, znane pod nazwą programu “Mieszkanie Plus” to najbardziej spektakularna porażka Jarosława Kaczyńskiego. To miało być takie łatwe – państwo i samorządy przekazują ziemię, państwowy deweloper buduje, a ceny mieszkań są dostępne dla maluczkich. To miał być jedyny program ekipy Zjednoczonej Prawicy, w którym trzeba było faktycznie czegoś dokonać, z czymś wygrać, coś rozsądnego wymyślić. Tu nie wystarczyło po prostu rozdawać nieswoje pieniądze czy cofać trudne (ale potrzebne) decyzje poprzedników. To miał być dowód na to, że Kaczyński z imposybilizmem, trawiącym III RP wygra i pokaże, że “da się”. Nie dało się, klęska jest gigantyczna, program pozostaje atrapą. Bezpieczeństwo mieszkaniowe nadal jest iluzoryczne i oparte o kredyty hipoteczne.

… i pazernością swoich

Nie ma też nowej jakości w poziomie moralności nowych “elit”. Działacze partyjni czerpią z państwowego koryta tak, jak nikt nigdy wcześniej. Nagrody, premie, dotacje, wątpliwe operacje, wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo. Prokuratura instrumentalnie wykorzystywana do obrony swoich interesów, ginące dowody niekorzystne dla Beaty Szydło czy ostatnio wiceministra Piebiaka. Dziś każdy, kto wejdzie władzy w drogę, może stać się ofiarą totalnego państwa i jego organów. Schematy znane z filmowego “Układu zamkniętego” stały się dziś przerażającą rzeczywistością i w zasadzie niewiele można zrobić, bo system jest szczelny i bezlitosny. Kłamią, oszukują, kradną i wzajemnie się kryją, bo mogą i wiedzą, że pozostaną bezkarni. Są właśnie takim państwem, z jakim w kampanii w 2015 roku chcieli walczyć, pokazując je jako wypaczenie.

W 2015 roku PiS doszło do władzy, bo wykreowało u społeczeństwa wrażenie konieczności zmian na szczytach władzy. Dziś opozycja niestety nic takiego nie potrafi zaproponować, mimo iż powodów jest aż nadto. Stworzenie realnej alternatywy i pokazanie korzyści dla przeciętnego Kowalskiego z odsunięcia partii Kaczyńskiego od władzy to dziś podstawowe zadanie Koalicji Obywatelskiej i pozostałych bloków opozycyjnych. Bez tego będzie tylko gorzej, a opisane wyżej patologie tylko się nasilą. Warto się zastanowić, czy jako społeczeństwo jesteśmy w stanie to wytrzymać.

„Jeśli prawdą jest, że CBA kupiło system Pegasus do nielegalnej inwigilacji obywateli, to mamy do czynienia z niebywałym skandalem sięgającym premiera i ministra-koordynatora, którzy musieli ten zakup akceptować” – powiedział płk Grzegorz Reszka, były wiceszef UOP i szef SKW. W artykule „System Pegasus – najbardziej niebezpieczne narzędzie do inwigilacji – jest w rękach CBA?”.

Płk Reszka wziął udział w dzisiejszym posiedzeniu zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Poświęcone ono było systemowi Pegasus.

„Używa się go dlatego, żeby inwigilować obywateli bez zgody sądu. W obecnym stanie prawnym te same informacje służby mogą uzyskać legalnie. Jeśli zakupiono system Pegasus, to dla nielegalnej inwigilacji bez pozostawienia śladów. Ja nie wierzę politykom PiS odpowiadającym za służby. Wielokrotnie ci ludzie udowodnili, że nie cenią wartości merytorycznych i profesjonalistów” – stwierdził płk. Reszka.

„Uwaga! To może być największa afera w historii obu rządów PiS. SrebrnaGate, AirKuchciński, a nawet TrollAfera Ministerstwa Sprawiedliwości to pikuś! Byłby to bowiem dowód na tworzenie w Polsce policji politycznej, która ma „wziąć za pysk” każdego, kto sprzeciwiłby się władzy!” – skomentował na Twitterze Adam Szejnfeld z PO. A jeden z internautów dodał: – „Bo wiadomo – każdy, kto nie zgadza się z władzą to wróg – jak w PRL”.

Po trzech dniach od rozpoczęcia budowy mostu pontonowego na Wiśle minister Mariusz Błaszczak ogłosił zakończenie budowy.

Podczas konferencji Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zapowiedział, że po wygranych wyborach na stanowisku premiera widzi Małgorzatę Kidawę-Błońską.

„Ludzie chcą kogoś, kto nie będzie zajmował się polityczną wojną, tylko wytrwałą pracą. Kogoś, kto skoncentruje się na ludzkich sprawach. Im dłużej tego słuchałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jest tylko jedna taka osoba. I to właśnie ona powinna być naszym wspólnym kandydatem na stanowisko premiera” – uzasadniał swoja decyzję lider KO.

Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała: „Musimy wygrać, bo oczekują tego od nas PolacyNaprawdę wiemy, czego chcą. Nie chcą polityków, którzy zajmują się sobą. Chcą polityków, którzy wiedzą, jakimi oni są ludźmi, jakie mają marzenia, potrzeby, pragnienia (…) Polska jest warta tego, żeby była krajem bez nienawiści – podkreśliła kandydatka KO na premiera.

Kidawa-Błońska jest „nową jedynką” listy Koalicji Obywatelskiej w wyborach do Sejmu w okręgu warszawskim. W przeszłości szefowała warszawskim strukturom Platformy Obywatelskiej.

Dotychczasową wrocławską jedynkę byłą marszałek Sejmu Małgorzatę Kidawę-Błońską – zastąpić ma Grzegorz Schetyna.

Kaczyńskiego sraka i padaka. Z życia pasqud 30

25 Lip

Prokuratura po raz kolejny chce, by tłumaczka Donalda Tuska stawiła się na przesłuchanie w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej.

Magdalena Fitas – Dukaczewska tłumaczyła rozmowę Donalda Tuska z Władimirem Putinem po katastrofie smoleńskiej. Jej klientami byli też inni premierzy i prezydenci m. in. Aleksander Kwaśniewski czy Bronisław Komorowski, miała też dostęp do najwyższych stopniem tajemnic NATO i Unii Europejskiej.

Na pierwsze przesłuchanie została wezwana pod koniec 2018 roku, ale odmówiła złożenia zeznań ze względu na tajemnicę zawodową. Prokuratura zwolniła ją z tego obowiązku, ale w marcu 2019 roku są uchylił postanowienie. Bartosz Biernat z prokuratury krajowej zapowiadał wówczas, że postanowienie będzie prawdopodobnie ponowione. – Sąd nie zabronił prokuraturze zwolnienia tłumaczki z tajemnicy, a tylko uchylił to konkretne zwolnienie ze względu na jego uzasadnienie – stwierdził. Teraz prokuratura chce ponownie wezwać Fitas – Dukaczewską na przesłuchanie w sprawie Donalda Tuska.

Prokuratura znowu chce przesłuchać tłumaczkę premierów i prezydentów Magdę Fitas Dukaczewską. Wydano powtórne postanowienie o zwolnieniu jej z tajemnicy. Chodzi o zeznania w śledztwie dot. Tzw zdrady dyplomatycznej. O zdradę @donaldtusk oskarżany jest przez @Macierewicz_A

Rzekoma zdrada dyplomatyczna Tuska

Tłumaczka miałaby zeznawać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej, o którą Donalda Tuska oskarża Antoni Macierewicz. Były szef Ministerstwa Obrony Narodowej twierdzi, że w trakcie rozmowy ówczesnego premiera Polski z Putinem 10 kwietnia 2010 roku padły istotne słowa, które miałyby pomóc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy prezydenckiego Tupolewa.

Wbrew dobrej zmianie

W wywiadzie z marca tego roku Fitas – Dukaczewska przyznała, że zrezygnowała z pracy dla najwyższej rangi urzędników państwowych zaraz przed zaprzysiężeniem Andrzeja Dudy. “Nie chciałam mieć nic wspólnego z obecną władzą (…) Nawet gdybym nie miała żadnego klienta do tłumaczenia, to wolałabym dawać korepetycje, niż pracować na rzecz >>dobrej zmiany<<“ – mówiła. Teraz prokuratura pod przywództwem Zbigniewa Ziobro chce, by zeznawała w sprawie Tuska. Skoro odmawia to władza przez choćby media narodowe może obwieścić wszem i wobec, że z pewnością coś ukrywa, coś soczystego, co z pewnością wyjaśniłoby, że za tragedią w Smoleńsku stoi wielki spisek, o którym nigdy przecież się nie dowiemy…

O tym, że w poprzednią sobotę podczas marszu równości, który odbywał się w Białymstoku, kibole i narodowcy zakłócili manifestację, wiele już napisano. Doszło do starć z policją, zaś w kierunku maszerujących poleciały kamienie, butelki i race. Część uczestników parady zostało rannych, a Komendant Główny Policji publicznie zapowiedział, że nikt w tej sprawie nie pozostanie bezkarny.

Z tej okazji Roman Giertych postanowił zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, a mianowicie na to, że dobra zmiana po raz kolejny skutecznie odwraca uwagę Polaków od stosu piętrzących się problemów, których władza nie potrafi lub nie chce rozwiązać. 

Jak wylicza Giertych:

Kolejny dzień PR-owcy PiS zaliczają sukces, bo nie mówimy o: aferach PiS, rosnących cenach, katastrofie w służbie zdrowia i edukacji, malejącej produkcji, zerowej pozycji Polski w UE. Ci którzy w dobrej (lub nie) wierze poruszają jakikolwiek inny temat są przyjaciółmi PiS“.

Pomijając fakt, że dla funkcjonowania demokracji poszanowanie praw mniejszości jest zagadnieniem fundamentalnym, które w Polsce PiS jest non stop łamane, to trudno się z Giertychem nie zgodzić.

Dobra zmiana non stop w sprytny sposób obraca kota ogonem, odwracając przy tym uwagę Polaków od takich katastrof jak zapaść służby zdrowia, drożyna w sklepach, czy nieudana reforma edukacji…

Może warto przypomnieć, że w faszystowskich Niemczech w 1937 roku powstała „Narodowa Centrala do Walki z Homoseksualizmem i Aborcją”. Uroda nazewnictwa bardzo przypomina instytucje, które teraz powstają w Polsce.

Faszystowskie Niemcy, tak jak chce tego naczelny „Gazety Polskiej” i paru biskupów, po kilku latach rządów Hitlera a pod szczególną pieczą Himmlera, były rzeczywiście „wolne od LGBT”. Co prawda trzeba było w tym celu użyć obozów koncentracyjnych, ale dziś można prościej: można zgnoić, zastraszyć, pobić, ocenzurować, nie pozwolić żyć. Z błogosławieństwem władzy i Kościoła.

W którą to stronę zmierzasz Polsko PiS? Jak daleko oddalisz się od demokracji i chrześcijaństwa?

Prof. Magdalena Środa zareagowała na decyzję sklepu Empik i stacji paliw BP ws. nierozpowszechnia propisowskiej Gazety Polskiej z naklejką strefa wolna od lgbt.

Są tacy, którzy twierdzą, że Witold Gombrowicz tak naprawdę nigdy nie umarł. Skoro tak, to możemy z nim porozmawiać – choćby o tym, jak widzi naszą rzeczywistość.

Dziś 50. rocznica śmierci Witolda Gombrowicza. Można ją obchodzić 24 i 25 lipca, bo różne źródła różnie podają, a to dlatego, że jak pisze w biografii Klementyna Suchanow, Gombrowicz zmarł przed północą, ale śmierć stwierdzono po północy. Są i tacy, którzy twierdzą, że tak naprawdę nigdy nie umarł. Skoro tak, to możemy z nim porozmawiać – choćby o tym, jak widzi naszą rzeczywistość.

***

Ciągle słychać, jacy to my, Polacy, jesteśmy wielcy, potężni i że najbardziej na świecie cierpieliśmy.
Kiedyś zdarzyło mi się uczestniczyć w jednym z tych zebrań poświęconych wzajemnemu polskiemu krzepieniu się i dodawaniu ducha… gdzie odśpiewawszy „Rotę” i odtańczywszy krakowiaka, przystąpiono do wysłuchiwania mówcy, który wysławiał naród, albowiem „wydaliśmy Szopena”, albowiem „mamy Curie-Skłodowską” i Wawel, oraz Słowackiego i Mickiewicza, i poza tym byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa. Ale ja odczuwałem ten obrządek jak z piekła rodem, ta msza narodowa stawała się czymś szatańsko szyderczym i złośliwie groteskowym. Gdyż oni, wywyższając Mickiewicza, poniżali siebie – i takim wychwalaniem Szopena wykazywali to właśnie, że nie dorośli do Szopena, a lubując się własną kulturą, obnażali swój prymitywizm. Geniusze! Do cholery z tymi geniuszami!

Dążyłem do tego, żeby Polak mógł z dumą powiedzieć: należę do narodu podrzędnego. Z dumą. Albowiem, jak łacno zauważycie, takie powiedzenie tyleż poniża, co wywyższa.

Zaraz ktoś powie, że nie jest pan patriotą.
Czy ja, broniąc Polaków przed Polską, jestem czy nie jestem patriotą? Gdyż przecie Polska składa się z Polaków. Im silniejszy, im zdolniejszy do życia i rozwoju będzie Polak, tym żywotniejsza, silniejsza stanie się Polska. Mnie nie idzie o to, aby zniszczyć nasze poczucie wspólności z narodem, tylko o to, aby Polak przestał na kolana padać przed Polską – aby potraktował ją „z góry”, twórczo, jako coś, co przez niego musi być stwarzane. Jako dzieło swoje, nie jako Boga swojego.

Polski katolicyzm tak nas ukształtował, że na kolana padamy?
Katolicyzm taki, jaki urobił się historycznie w Polsce, rozumiem jako przerzucenie na kogoś innego ciężarów nad siły. Jest to zupełnie jak stosunek dzieci do ojca. Dziecko jest pod opieką ojca. Ma go słuchać, szanować i kochać. Wypełniać jego przykazania. Więc dziecko może pozostać dzieckiem, ponieważ wszystka „ostateczność” przekazana jest Bogu Ojcu i jego ziemskiej ambasadzie, Kościołowi. Polak uzyskał w ten sposób świat zielony – zielony, gdyż niedojrzały, ale zielony także dlatego, że w nim łąki, drzewa są kwitnące, nie zaś czarne i metafizyczne.

Mnie, który jestem okropnie polski i okropnie przeciw Polsce zbuntowany, zawsze drażnił polski światek dziecinny, wtórny, uładzony i pobożny. Polską nieruchomość w historii temu przypisywałem. Polską impotencję w kulturze – gdyż nas Bóg prowadził za rączkę. To grzeczne polskie dzieciństwo przeciwstawiałem dorosłej samodzielności innych kultur. Ten naród bez filozofii, bez świadomej historii, intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród, który zdobył się tylko na sztukę poczciwą i „zacną”, rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów… Mojej działalności literackiej przyświeca idea, żeby wydobyć człowieka polskiego ze wszystkich rzeczywistości wtórnych.

Jak to zrobić?
Dojrzewamy pomimo wszystko, gdzieś na samym spodzie. Jeżeli katolicyzm wyrządził, w moim pojęciu, wielkie szkody polskiemu rozwojowi, to ponieważ spłycił się w nas do wymiaru zbyt łatwej i zbyt pogodnej filozofii, będącej na usługach życia i jego bezpośrednich potrzeb. Z katolicyzmem głębokim, tragicznym nietrudno porozumieć się dzisiaj literaturze, albowiem zawiera on tę treść emocjonalną, która i w nas rośnie, gdy spoglądamy na rozwydrzenie świata.

Odwrót! Odwrót! Odwrót! Z chwilą gdy pojmiemy, żeśmy daleko zabrnęli, gdy zechcemy wycofać się z siebie, genialny Chrystus poda nam rękę: ta dusza jak żadna inna poznała sekret odwrotu. Nauka, która rozwaliła państwo rzymskie, jest sprzymierzeńcem naszym w walce o zburzenie wszystkich zbyt wyniosłych gmachów, jakie dzisiaj budujemy, o dotarcie do nagości i prostoty, do zwykłej, elementarnej cnoty.

Co kryją w sobie prywatne zapiski polskich pisarzy

A wie pan, że podczas Marszu Równości w Białymstoku pewna kobieta powiedziała właśnie, że Jezus nie szedłby z tymi, którzy rzucają kamieniami w ludzi różnych od siebie? Możliwy jest odwrót? Powrót do elementarnych cnót?
Już pisałem w innym miejscu o tym naszym alter ego, które na gwałt domaga się głosu. Historia zmusiła nas do hodowania w sobie pewnych tylko cech naszej natury i jesteśmy nadmiernie tym, czym jesteśmy – jesteśmy przestylizowani. A to tym bardziej iż, wyczuwając w sobie obecność tamtych innych możliwości, pragniemy je gwałtem unicestwić.

Jak na przykład przedstawia się sprawa naszej męskości? Polakowi (w przeciwieństwie do rasy łacińskiej) nie wystarcza, iż do pewnego stopnia jest mężczyzną, chce on być mężczyzną bardziej, niż jest, rzec można: narzuca sobie mężczyznę, jest tępicielem własnej kobiecości. I jeśli się zważy, że historia zmuszała nas zawsze do życia wojskowego i wojowniczego, ów gwałt psychiczny staje się zrozumiały. Tak to lęk przed kobiecością sprawia, iż decyzje nasze stają się sztywne i zwracają się przeciw nam, zaznacza się niezręczność osób, które obawiają się, iż nie będą na wysokości swego postulatu, zanadto „chcemy być” tacy, a nie inni, wskutek czego za mało „jesteśmy”.

Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor…), to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost wynikający stąd, że typ Polaka, jaki sobie urobiliśmy, musi tłumić i niszczyć typ, jakim moglibyśmy być, istniejący w nas jako antynomia.

Tak to chyba działa z podsycaniem strachu przed tym szatańskim LGBT, czyli innością.
Mniemam, że dziś właśnie nadszedł moment, aby uruchomić tę drugą naszą osobowość – dzisiaj, nie tylko dlatego, że musimy koniecznie stać się luźniejsi, giętsi wobec świata, także dlatego, że ta operacja wymaga niezmiernej swobody duchowej, która stała się dla nas, poza granicami kraju, możliwa, ale przede wszystkim dlatego, że to jedyny zabieg zdolny naprawdę natchnąć nas nową żywotnością, otworzyć przed nami nowe tereny.

Odkryjemy tego drugiego Polaka, gdy zwrócimy się przeciwko sobie. A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju. Będziemy musieli na długie lata oddać się przekorze, szukając w sobie tego właśnie, czego nie chcemy, przed czym się wzdragamy.

Literatura też powinna stać się przekorna?
Literaturę powinniśmy mieć akurat przeciwną tej, która dotąd się nam pisała, musimy szukać nowej drogi w opozycji do Mickiewicza i wszystkich królów duchów. Literatura owa nie powinna utwierdzać Polaka w jego dotychczasowym pojęciu o sobie, lecz właśnie wyłamywać go z tej klatki, ukazywać, czym dotąd nie ośmielił się być. Historia? Trzeba, abyśmy się stali burzycielami własnej historii, opierając się tylko na naszej teraźniejszości – gdyż właśnie historia stanowi nasze dziedziczne obciążenie, narzuca nam sztuczne wyobrażenie o sobie, zmusza, abyśmy upodabniali się do historycznej dedukcji, zamiast żyć własną rzeczywistością.

Ale najdotkliwsze będzie: zaatakować w sobie polski styl, polską piękność, stworzyć nową mitologię i nowy obyczaj z drugiej naszej półkuli, z tamtego bieguna – rozszerzyć i wzbogacić naszą piękność w ten sposób, aby Polak mógł podobać się sobie w dwóch sprzecznych ze sobą postaciach – jako ten, kim jest w tej chwili, i jako ten, który burzy w sobie tego, kim jest.

Po co Gombrowiczowi ten „Kronos”

Historia narzuca nam sztuczne wyobrażenie o sobie, a w dodatku mamy poczucie zalewu głupoty.
Kryzys intelektualny, jaki przeżywamy, nie tyle może należy przypisać zwątpieniu w siłę rozumu, ile temu, że jego zasięg jest tak nieznaczny. Z przerażeniem ujrzeliśmy, że otacza nas milionowy bezmiar umysłów ciemnych, które porywają nam prawdy nasze, aby je paczyć, pomniejszać, przerabiać na narzędzie swoich namiętności; i odkryliśmy, że ilość ludzi jest bardziej decydująca niż jakość prawd.

Był pan, co tu kryć, kiepskim uczniem i ledwo przemykał z klasy do klasy. Ale pana biografka Klementyna Suchanow uważa, że byłby pan dobrym ministrem edukacji, bo pisał pan o akceptacji kompleksów.
W dniu, w którym ujawni się cała prawda o tym nauczaniu szkolnym – dzień ten jest jeszcze bardzo odległy – ludzkość znajdzie się w obliczu wielkiej mistyfikacji i monstrualnego oszustwa. Wyjdzie na jaw wtedy, że nauczyciel ględzi, uczeń nie słucha; że nikt nic nie robi; że uczeń oszukuje, nauczyciel daje się oszukiwać; że gdyby ścisnąć 30 godzin intensywnej nauki, starczyłyby ze trzy kwartały obecnej szkoły.

I na koniec wróćmy do literatury. Ostrzegał pan przed szczerością.
Niczego nie lękam się bardziej jako pisarz. Naiwna prostolinijna szczerość w literaturze jest do niczego. I oto znów jedna z dynamicznych antynomii sztuki: im bardziej jest się sztucznym, tym bardziej można być szczerym, sztuczność pozwala artyście na zbliżenie się do prawd wstydliwych.

Bardzo lubię pana wykład o szczęściu wygłoszony Ricie na 30. urodziny. Brzmiał on tak: „Szukanie szczęścia i duchowego komfortu to życiowa tandeta. Trzeba umieć bawić się drobiazgami i wkładać możliwie najwięcej z siebie w to, co się robi. Masz 30 lat. Starzejąc się, człowiek staje się podmiotem, a przestaje być przedmiotem. Przez to świat staje się o wiele bardziej interesujący. Dopiero stając się podmiotem, kobieta zaczyna żyć naprawdę i może znieść starzenie się. Tylu ciekawych rzeczy się nie zauważa, jeśli myśli się tylko o tym, żeby się podobać. A samotność? Każdy jest samotny. Wszystkie zwierzęta są samotne. Widziałaś kiedyś, żeby psy spacerowały pod rękę?”.
Podobno są tacy, którzy widzieli.

***

Odpowiedzi pochodzą z książek: „Dziennik”, „Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie”, „Testament. Rozmowy z Dominique de Roux”, „Publicystyka, wywiady, teksty różne” oraz „Gombrowicz w Argentynie” (ostatnia autorstwa Rity Gombrowicz).

Sekretne dzienniki Gombrowicza

Upisowienie mediów, czyli krętactwo z repolonizacją

23 Czer

Kiedy Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar wskazał na nieprawidłowości, które miały miejsce podczas zatrzymania Jakuba A., 22-latka podejrzanego o zamordowanie kilkuletniej Kristiny, spotkał się krytyczną oceną ze strony prawicowych polityków.

Wśród nich znalazła się szefowa MSWiA, Elżbieta Witek, która stwierdziła m.in., że „sąd, decydując o areszcie dla oskarżonego, nie dopatrzył się żadnych naruszeń ze strony policji.”

Sedno tkwi w tym, że zgodnie z art, 246 kpk. są wydając nakaz aresztowania nie poddaje ocenie prawidłowości zatrzymania, o czym nowa minister nie zdążyła pewnie doczytać.

Prof. Magdalena Środa wypowiada się ws. Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, który jest atakowany przez środowisko prawicowe, rządowe.

„Jeśli te przepisy wejdą w życie, nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykuje swojej wolności, by pomóc pacjentowi. Nam, położnikom, będzie groziło 15 lat więzienia, jeśli umrze matka i dziecko. To może się przydarzyć mnie albo mojemu koledze, to jest loteria” – tak między innymi mówił lekarz, Wojciech Chróściel, o rządowych poprawkach Kodeksu karnego.

Poprawiony kodeks, który w tej chwili czeka na podpis prezydenta Dudy, został w pośpiechu przegłosowany przez Sejm i wszystko wskazuje na to, że posłowie nie zapoznali się dokładnie ze zreformowanym tekstem. W założeniu większość naniesionych poprawek dotyczy zaostrzenia kar dla przestępców. „Po zmianach sądy mają karać surowiej i częściej wysyłać za kraty. By osiągnąć cel, resort sprawiedliwości rozszerza podstawowy wymiar kary więzienia z 15 do 30 lat i zaostrza sankcje za liczne przestępstwa.”

Reforma Kodeksu karnego wzbudziła wiele kontrowersji w środowisku prawniczym, które wskazuje na wiele błędów. Sprzeciw wyrazili także lekarze, którzy nie zgadzają się ze zmianami w art. 155 kk, który dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci. Do tej pory „za takie przestępstwo kodeks przewiduje karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. W swojej reformie Ziobro podwyższył ją dwukrotnie – kara ma wynieść od roku do 10 lat, a jeśli umrze więcej niż jedna osoba – do 15 lat.”Środowiska lekarskie twierdzą, że przy tych zmianach żaden z lekarzy nie zaryzykuje własnej wolności w walce o życie pacjenta.

Naczelna Izba Lekarska skierowała pisemny protest do ministra sprawiedliwości i prezydenta: „nie dostaliśmy projektu do konsultacji, a ta sprawa może mieć bardzo negatywne skutki dla całego systemu ochrony zdrowia.”

Pod naciskiem lekarzy minister Ziobro zdecydował się na wprowadzenie autopoprawki do jeszcze nie podpisanej przez prezydenta nowelizacji Kodeksu karnego. Być może nie będzie to jedyna poprawka do zreformowanego Kk, który według prawników pełen jest „błędów i niespójnych sankcji.” Jedna ze zmian wprowadza bezwzględne dożywocie, które Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje za nieludzkie traktowanie, a zdaniem papieża Franciszka jest to „ukryta kara śmierci.” Sędzia upolitycznionej KRS Leszek Mazur wyraził nadzieję, że prezydent Duda podda tę nowelizację konstytucyjnej kontroli, bo jego zdaniem podczas pośpiesznego przyjmowania jej przez Sejm, doszło do złamania regulaminu.

Do końca 2020 r. 44 proc. pielęgniarek będzie miało prawo przejść na emeryturę. Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek wynika, że sytuacja ta będzie dotyczyć prawie 103 tys. osób w całym kraju! Nasz system ochrony zdrowia osiągnął zatem moment, kiedy w praktyce oparty jest na pracy w znacznej mierze emerytów. Oznacza to, że każdego roku przejście choćby części uprawnionych  na emeryturę doprowadzi do zapaści systemu. Nie mamy bowiem fizycznie możliwości zastąpienia opuszczających rynek pracy pielęgniarek. Jak podkreśla Zofia Małas, prezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych: “Co roku dyplomy otrzymuje ok. 5 tysięcy pielęgniarek i położnych, a żeby je zastąpić, musielibyśmy co roku na studia pielęgniarskie przyjmować 8 tysięcy osób”. Sytuacja w kolejnych latach będzie się zatem pogarszać do tego stopnia, że moment krytyczny możemy osiągnąć już w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Bez radykalnych działań jesteśmy zatem na prostej drodze do katastrofy.

Wśród lekarzy sytuacja nie jest jednak istotnie lepsza. Już dziś aż 17%  pracujących lekarzy osiągnęło wiek emerytalny, podczas gdy blisko 31% pielęgniarek skończyło 60 lat.

W wyniku emigracji i rosnącego niedoboru kadr doszło do tego, że w 2017 r. średnia wieku lekarza osiągnęła 52 lata. W systemie wciąż pracuje 4400 lekarzy w wieku od 66 do 70 lat, oraz aż 6,5 tys. w wieku powyżej 71 lat.

Powyższe dane mają odzwierciedlenie w nastrojach pracodawców. Przygotowany na zlecenie Polskiej Federacji Szpitali raport Manpower Life Science pokazał, że 72% szpitali zgłosiło, że brakuje im pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68%,  że potrzebują lekarzy.

Widać zatem wyraźnie, że kryzys kadrowy w systemie ochrony zdrowia nie jest pieśnią przyszłości, ale jest już teraz i to w skali wręcz ogromnej. Tymczasem mimo ewidentnego zagrożenia dla podtrzymania jakości opieki nad polskim pacjentem w debacie publicznej temat jest nieobecny. Pieniędzy na reformę nie ma, rząd stosuje nawet sztuki statystyczne, aby zaniżać budżet NFZ, co zabrało z funduszu w tym roku aż 7 mld zł. Kiedy w obliczu kampanii wyborczej PiS okazuje się, że mamy środki na festiwal obietnic i “piątkę Kaczyńskiego”, to mało osób zdaje sobie sprawę, że za programy socjalne płacimy w znacznej mierze zdrowiem naszych rodziców i dziadków. Życie bowiem nie znosi próżni. Każda wydana złotówka na jeden cel oznacza złotówkę mniej na inne potrzeby. Niski standard usług publicznych jest tym wymiarem, który najwięcej mówi o błędnych priorytetach naszego państwa, za które jednak przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę.

W tej kadencji rządzącym nie udało się spacyfikować i przejąć wszystkich prywatnych mediów. Zapowiadają, że zrobią to po wyborach.

Nie odkrył wielkiej tajemnicy wicepremier Jarosław Gowin, zapowiadając, że tzw. „repolonizacja” mediów jest zadaniem na następną kadencję. Dla uważnych obserwatorów jest oczywiste, że gangsterskie metody sprawowania władzy i przekształcanie Polski w państwo mafijne, czego przedsmak mieliśmy w minionych czterech latach, nasili się po ewentualnym (nie daj Boże!) przedłużeniu przez partię Jarosława Kaczyńskiego mandatu na kolejne cztery lata. Gowin powiedział więc rzecz dość banalną, ale wywołał tym zakłopotanie w szeregach „dobrej zmiany”, która ze względów taktycznych przed wyborami próbuje dziś udawać łagodną i praworządną owieczkę.

„Dzisiaj nie ma w ogóle mowy na ten temat, nie ma takich planów, nie ma żadnego projektu ustawy”– zakomunikował szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. „Zwracam uwagę na to, że uczciwość mediów, obiektywność mediów jest fundamentem demokracji. Ja bardzo lubię być krytykowany, ale to szaleństwo, które dzieje się w niektórych mediach jest godne ubolewania” – żalił się Morawiecki na antenie radia RMFUspokajająco dodał jednak, że „Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce”. Szef kancelarii premiera Marek Suski był nieco ostrożniejszy w zaprzeczeniach. „Repolonizacja mediów to jest kwestia dyskusji” – oświadczył i dodał: „To jest jednak sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce. W Unii Europejskiej jest pewien procent ograniczenia zagranicznej prasy w danych krajach. Jesteśmy w UE i chcemy mieć podobne przepisy i podobną strukturę mediów jak w innych krajach Unii. To nie jest nic nadzwyczajnego”.

Suski oczywiście skłamał, ponieważ Unia jest jednolitym obszarem gospodarczym i nie ma w niej żadnych ograniczeń dla prowadzenia biznesu medialnego przez podmioty z jednego kraju UE w innym kraju UE. Przeciwnie: sprzeczne z prawem unijnym byłyby jakiekolwiek restrykcje. Dlatego nawet we Francji, gdzie prawo ogranicza udział właścicieli zagranicznych w prowadzeniu mediów, podmioty z UE są z tych przepisów wyłączone.

W licznych wystąpieniach publicznych członkowie PiS-owskiej „rodziny” pomstują, że zagraniczni, czyli w praktyce niemieccy właściciele polskich gazet rzekomo ręcznie nimi sterują. Np. Suski kłamał w TVP tak: „Zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę, z zagranicy dostawały instrukcje, w jaki sposób atakować rządzących”. Jednak nawet gdyby to łgarstwo PiS-owskiego aparatczyka było prawdą, to i tak rządzący nie mogliby wyrugować z polskiego rynku prasowego obecnych tu niemieckich koncernów. Prawo unijne na to nie pozwala.

Celem „repolonizacyjnego” ataku mogłyby zatem być tylko media znajdujące się w ręku właścicieli spoza UE, czyli w praktyce TVN będąca własnością amerykańskiej Discovery. Tu jednak problemem są dwustronne stosunki reżimu Kaczyńskiego z administracją Trumpa. To właśnie miał na myśli Suski, wypowiadając cytowane powyżej zdanie: „To jest sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce”. Już w tej kadencji rządzący przymierzali się do zamachu na TVN, ale interwencja amerykańskiej ambasador Georgette Mosbacher przywołała ich do porządku.

Zapewne więc, tak jak poprzednio, pomysł „repolonizacji” mediów zostanie zastąpiony ideą ich „dekoncentracji”, czyli przymusowego podziału i przejęcia.

Pod koniec września posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka stwierdziła, że „Ministerstwo Kultury opracowuje projekt, który zakłada dekoncentrację własności mediów w poszczególnych segmentach. Chcę zapewnić, że z tego projektu nie rezygnujemy. Dekoncentracja mediów jest w programie PiS. Natomiast to, kiedy projekt wejdzie pod obrady rządu, jest decyzją polityczną. Nie łudźmy się, to oznacza kolejny duży konflikt. Również może oznaczać konflikt na linii Polska – Unia Europejska” – powiedziała. Dlatego „moment, kiedy będzie można wyjść z tym projektem, musi być szczególnie starannie wybrany”.

Wszystko jasne?

Dla sprawującej władzę „rodziny” medialnym ideałem jest dyspozycyjna TVP, która łamiąc ustawę medialną spełnia polityczne zamówienia i uczestniczy w propagandowych kampaniach na rzecz władzy. Ostatnim przykładem był jej udział w widowisku, jakie zrobiono z zatrzymania człowieka podejrzanego o zamordowanie 10-letniej Kristiny. Gdy rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar skrytykował policję za stosowanie nieproporcjonalnych środków i nierespektowanie praw ludzkich podejrzanego, TVP przypuściła na niego atak według najlepszych wzorów propagandy moczarowskiej czy bolszewickiej.

Celem, jaki PiS stawia sobie na drugą kadencję, jest doprowadzenie do sytuacji, w której także prywatne telewizje, stacje radiowe oraz gazety biorą udział w takich kampaniach i wykonują instrukcje płynące od „rodziny”.

O tym, jak to może w praktyce wyglądać, napisał węgierski socjolog Bálint Magyar w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. Jej polskie wydanie zawiera w podtytule pytanie: „Czy taka przyszłość czeka Polskę?”.

Idąc jesienią do urn, musimy zrobić wszystko, by odpowiedź na to pytanie brzmiała: „Nie!”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Morawiecki, certyfikowany kłamca, w sprawie odzyskania tupolewa, w której nic nie zrobił

9 Maj

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie nad ranem Elżbiety Podleśnej za rozwieszenie plakatów z wizerunkiem Matki Boskiej z aureolą w kolorach tęczy nie jest nadgorliwością władzy?

JADWIGA STANISZKIS: To było absurdalne. Sama byłam niejeden raz aresztowana o 6 rano w czasach komuny i wiem, co się wtedy czuje. Nie widzę żadnej złej woli w tej tęczowej aureoli Matki Boskiej, nie widzę tu też profanacji. Dla mnie wyobrażenie takiej aureoli może nie jest do końca prawidłowe, ale oddaje na pewno silne uczucia. To zostało na wyrost skojarzone z seksualnymi odmiennościami jako symbol homoseksualizmu i LGBT, ale dla mnie to jest absurdalne.

Część osób z obozu władzy tłumaczy, że zostały obrażone ich uczucia religijne.
Ja tego nie rozumiem, może dlatego, że jestem bardziej odporna, bo mam swoje lata, przeżyłam komunizm i

trudno poczuć mi się wewnętrznie obrażoną przez coś takiego. Pewnie też dlatego, że sama wielokrotnie byłam obrażana.

Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków.

Czy ta nadgorliwość policji i szefa MSWiA może być pokłosiem wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”?
Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie.

On ciągle żyje w przekonaniu, że śmierć jego brata była czyjąś winą. To bardzo niebezpieczne, gdy osoba z kręgów władzy żyje w takim przeświadczeniu, bo to potem rodzi takie absurdalne słowa i zachowania.

Jak ocenia pani wystąpienie Donalda Tuska na UW?
Nie słuchałam go w całości, ale z tego, co widziałam na początku, to wystąpienie nie było uniwersyteckim wykładem. Sama pracowałam na UW i uważam, że wystąpienia w Auditorium Maximum powinny być raczej naukowe. Osobiście nie spodziewałam się, że ogłosi swój start w wyborach prezydenckich, chociaż myślę, że w nich wystartuje.

Jak ocenia pani słowa Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach wojennych od Niemiec? To powrót do ostrej kampanijnej retoryki?
Nie wiem, jak to wygląda ze strony prawnej, czy w ogóle ubieganie się o takie reparacje byłoby możliwe. Oczywiście jest to szukanie na oślep jakichś argumentów, które miałyby sprzyjać kolejnemu zwycięstwu PiS-u.

Prawdą jest, że Polska była kompletnie zniszczona po wojnie. Ja pamiętam tamte czasy, bo urodziłam się w 1942 roku. Po wojnie zamieszkaliśmy w Gdańsku i pamiętam to morze ruin, natomiast nie wiem, czy w tym momencie sięganie po takie argumenty jest właściwe. Rozumiem, że

w kampanii wyborczej partie odwołują się do różnych spraw, a czasem próbują grać na najniższych instynktach.

To świadczy o tym, że kampania weszła w decydującą fazę?
Myślę, że ta kampania i wybory majowe to taka próba generalna, ale oczywiście widać ten moment wtłaczania argumentów wspierających własną stronę. Dla mnie to już jest męczące, bo w dużej części to powtarzanie starych banałów. Tymczasem sytuacja globalna jest tak skomplikowana, podobnie jak sytuacja Polski, że dobrze by było, gdyby w kampanii mówiono innym językiem i o innych sprawach.

Te ogromne środki, które przez rząd są rozdawane i wydawane, powinny zostać przeniesione na edukację i inwestycje, żeby tworzyć nowe miejsca pracy w nowych technologiach, podnieść poziom społeczeństwa. Tymczasem mamy powtórkę z tego, co już było, a kampanią rządzą indywidualne ambicje. Ci, którzy już są na stanowiskach, mówią o pieniądzach, które zarabia się w Parlamencie Europejskim, zamiast o sprawach, które są istotne. Dla mnie to żenujące.

Za nami kolejny dzień matur. Decyzja o zawieszeniu strajku przez nauczycieli była słuszna?
Myślę, że ze względu na uczniów i maturę to była dobra decyzja. Inaczej uczniowie straciliby cały rok. Moim zdaniem nauczyciele są jednym z najbardziej odpowiedzialnych środowisk i zawodów i pokazali, że rozumieją interesy swoich uczniów, a także, że są gotowi je realizować nawet kosztem własnych potrzeb.

Co do postawy rządu Morawieckiego, to uważam ją po prostu za nieprzyzwoitą.

Rząd PiS-u przy ich pięknych hasłach wyborczych i jednocześnie brutalnej polityce, którą prowadzi wobec takich środowisk jak nauczycielskie, jest nie do przyjęcia. A pamiętajmy, że to przecież nie tylko nauczyciele zostali w ten sposób potraktowani. Przyznam, że już nie mam siły angażować się w kolejną walkę, ale to, co się dzieje, jest poniżej jakiejkolwiek normy.

Sama brałam udział w strajku w Stoczni i pamiętam, jak to wyglądało, pamiętam też strach i poczucie zagrożenia, ryzyka w imię wolności i godności. Myślę, że ludzie nie rozumieją do końca, o co chodzi nauczycielom, i myślą, że chodzi tylko o kwestie finansowe. Nauczyciele też sami nie wytłumaczyli dokładnie, o co im chodzi w tym strajku, mówiono tylko o podwyżkach, pensum itd., a to błąd. Powinni mówić więcej o poziomie edukacji i w ogóle o kwestii nauczania jako głównej szansy Polski, która jest kluczowa dla przyszłości.

Czy protest, który rozpocznie się na nowo we wrześniu, może być kłopotem dla PiS-u w kontekście jesiennych wyborów? Teraz obeszło się praktycznie bez konsekwencji dla rządzących.
To może być problem, szczególnie jeżeli nauczyciele przedstawią ogólną diagnozę, jakie są perspektywy Polski i jak ważna jest edukacja. Także jak ciężka jest ich praca, bo przecież lekcje to jedno, a przygotowywanie się w domu do nich to drugie tyle.

To też jest rola mediów, które sprowadziły w dużej mierze ten strajk do kwestii płacowych.

Szczególnie w mediach publicznych nauczyciele byli przedstawiani jako nieroby, którzy mają dwa miesiące wakacji.
Ja sama, gdy została wyrzucona w 1968 roku z Uniwersytetu, pracowałam przez jakiś czas w liceum pielęgniarskim na warszawskim Solcu nad Wisłą i pamiętam, że był to nawet większy wysiłek, niż wyspecjalizowane wykłady na wydziale socjologii, gdzie wcześniej pracowałam. Praca nauczyciela jest naprawdę bardzo ciężka i ludzie tego nie doceniają.

„Wszyscy pójdziecie do pierdla” – tymi słowami artysta zwrócił się do kilkunastotysięcznej widowni festiwalowej zapowiadając swój utwór. „Ja go zanucę, a Wy go zaśpiewajcie” – powiedział artysta.

Kilkanaście tysięcy gardeł poniosło pieśń żwawo, rześko i melodyjnie. Był rok 1993, festiwal w Jarocinie, artystą był Paweł Kukiz wówczas z zespołem Piersi, a utwór nosił tytuł „ZChN zbliża się”. Wstęp Pawła nie był od czapy, tylko miał swój sens. Otóż Paweł wraz ze swoim zespołem otrzymał zakaz wykonywania publicznie tego utworu. Wystąpili z tym do sądu Posłowie ZChN – i taki wyrok zapadł. Kuriozalny dla mnie i dla wielu artystów. Zapachniało powrotem cenzury. Nikt nie wiedział, czym to się może w tamtym czasie skończyć. Zespół pozwalał więc sobie na takie wybiegi, a nawet szedł dalej i w moim programie „Róbta, co chceta” o tym zakazie mówił przebrany w stroje pożyczone z zakładu karnego.

Dla młodych czytelników wyjaśnienie – ZChN to skrót nazwy partii – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a piosenka, mówiąc najkrócej, opowiada o przygodach księdza proboszcza objeżdżającego swoich wiernych po kolędzie. Śpiewana była na melodię tradycyjnej pieśni kościelnej i istotnie, publiczność nie miała trudności aby ją zanucić, a tym bardziej zaśpiewać. W tamtym czasie piosenka była mega popularna, czego dowodem było wykonanie przez publiczność w Jarocinie. Nie był to jedyny przypadek, kiedy posłowie partii ZChN publicznie, czyli na sali Sejmu RP, podejmowali temat cenzurowania dokonań artystów, którzy – jak wiemy – w systemie demokratycznym i wolnościowym uwielbiają wszelkiego rodzaju prowokacje i wyzwania. Ze swojej natury chcą pobudzać, budzić emocje, a czasem chcą gorszyć, prowokować, bulwersować, a granica między profanacją a obrazą bywa bardzo cienka. Istotą takiej sztuki jest to, że jest to artysta i jego dzieło, którego odbiór to nasza wolna wola – możemy nie brać go pod uwagę, nie oglądać, nie korzystać z tego przekazu. Można zamknąć książkę, wyłączyć telewizor, nie iść do kina, nie patrzeć, nie słuchać.

Dzieło Pani Elżbiety Podleśnej, czyli nadrukowany na kartce papieru wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w formie kolorowej tęczy, jest fantastycznym przykładem przekazu artystycznego. Jest to dalszy ciąg podobnych dzieł, jakie powstawały na przestrzeni wieków, motywowanych treściami religijnymi. Zachwycająca tęcza w „Sądzie Ostatecznym” Memlinga była dla mnie, urodzonego w Gdańsku i oglądającego ten obraz w Kościele Mariackim, nieprawdopodobnym przeżyciem. Sama istota tęczy, którą od dziecka kojarzę ze słodyczami i najpiękniejszymi ilustracjami z dziecinnych lektur, to absolutna doskonałość, której zasad uczyli mnie moi nauczyciele wychowania plastycznego w szkole podstawowej.

Z jakim zdziwieniem wiele, wiele lat temu zauważyłem, że znana mojemu pokoleniu, a założona jeszcze przed wojną, Spółdzielnia Spożywców Społem jako swój znak firmowy ma kolory tęczy! Wizerunek Matki Boskiej z tęczą, w którym to wizerunku artysta nie dodał żadnej nazwy, żadnego znaku, żadnej dodatkowej legendy, jak to czytać i interpretować, jest esencją kultury sztuki, która otwiera nam nieprawdopodobną ilość ścieżek dla własnego rozumienia przekazu. Obraz „Jan Sobieski pod Wiedniem” Jana Matejki znajdujący się w Muzeum Watykańskim czytamy i jednoznacznie, i jednokierunkowo. Nota bene – tu także występuje tęcza! Od lewa do prawa. Najlepsze dzieła to te, które nie próbują stawiać kropki nad „i”. I z takim dziełem mamy tu do czynienia. Dziełem, które – moim zdaniem – także pozwala na interpretacje związane z mówieniem o obrazie katolicyzmu. Dla mnie dzieło to mówi o nieskończonej miłości do Świata Bożego, który roztacza się pod naszym niebem.

Za to z pewnością to dzieło Elżbiety Podleśnej nie może być wytłumaczeniem do pukania do drzwi artysty o 6 rano, aby zabrać na przesłuchanie celem postawienia jakichś zarzutów. Nigdy, nigdy, przenigdy takie zdarzenie nie będzie miało żadnego sensowego uzasadnienia, więc abstrahując od oceny artystycznej dzieła, o której w wolnym kraju możemy debatować – nie możemy zgadzać się na takie zachowania polskiej policji. Zwłaszcza my, artyści, twórcy, dziennikarze, bo 6 rano to nie pora, aby w sprawie sztuki budziło nas policyjne pukanie.

Dziękuję wszystkim artystom, którzy wspierają nasze fundacyjne działania. Dziękuję wszystkim artystom, którzy będą z nami na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, gdzie sztuka nie ma granic, gdzie w atmosferze dyskusji, tolerancji i wzajemnego poszanowania spotykamy się z ogromną ilością artystycznych przeżyć. Na końcu powodują one, że w naszych sercach rodzi się nie tylko znajomość, ale także przyjaźń do sztuki, która nie musi być akceptowana, ale która musi być wolna!

 

Największy problem z szumem wokół Leszka Jażdżewskiego polega na tym, że on nic szczególnego nie powiedział. Nie była to wypowiedź ani obraźliwa, ani cyniczna, ani oszczercza, ani kłamliwa. A takich jest przecież mnóstwo.

Reakcja na jego mowę pokazuje jak daleko zaszła nasza autocenzura i strach przed wolną myślą, w jak bardzo nienormalnych czasach żyjemy: gdzie zwykła szczerość jest skandalem a uczciwość intelektualna – aktem heroizmu.

Jeszcze rozumiem potępienie Schetyny, który jest politykiem strachliwym i bez wyobraźni (obecnie potwornie boi się utracić kościółkowy PSL) ale zachowanie Moniki Olejnik, która pokornieje przy Bieleniu, zachwyca się Giertychem i atakuje (jak przekupa) Jażdżewskiego – jest absolutnym skandalem. Nie pamiętam jej tak agresywnej przy bonzach PiSu. Może pora by zmieniła stację? W ekipie Kurskiego z pewnością nie musiała by zapraszać młodych intelektualistów…

>>>

W ogóle coś się niedobrego dzieje ze stacją TVN, płynie w kierunku Polsatu a Polsat już się wita z gąską to znaczy z kaczką. Źle się dzieje!.

Eksperci Edukacyjnego Laboratorium Mediów Społecznościowych z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie sporządzili raport o TVP w 2017 r. Przeanalizowali m.in. programy informacyjne z dni 10-16 lutego 2017. Dokument zamówiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, za co zapłaciła 79,5 tys. zł – informuje Gazeta Wyborcza i podaje, że przez półtora roku     odmawiała dziennikowi dostępu do tego dokumentu.

Choć to niezgodne z literą prawa, trudno się temu dziwić. Raport, mówi bowiem wręcz: „Kiedy ogląda się telewizję publiczną, można odnieść wrażenie, że Polska to kraj monopartyjny”- ujawnia Gazeta Wyborcza.

„Zbyt jednostronne informacje polityczne i gospodarcze, brak krytycznego podejścia do prezentowanych treści, brak pluralizmu i bezstronności” – to zarzuty wobec „Wiadomości” TVP nadawanych o godz. 19.30.

Naukowcy zwracają uwagę na pojawiające się materiały „o charakterze propagandowym – wychwalające sukcesy rządu”, a także „przewagę setek wypowiedzi dziennikarzy oraz publicystów kojarzonych z opcją rządzącą czy prawicą”.

Jak czytamy w „Wyborczej”, wśród walorów „Wiadomości” wymieniono m.in. aktualne informacje, większość materiałów własnych czy dobre tempo audycji i poprawny język. Oceniając warsztat poszczególnych dziennikarzy zaznaczają, że np. Michał Adamczyk „od czasu do czasu za mocno akcentuje niektóre słowa, szczególnie w materiałach krytykujących opozycję”, a Danuta Holecka używa „pojedynczych zwrotów nacechowanych i wartościujących”

Tak samo źle wypada w raporcie naukowców „Teleexpress”, w którym autorzy dostrzegli „miażdżącą przewagę jednej opcji politycznej – partii rządzącej PiS”.

Kaczyńskiemu bliższy rubel niż euro

17 Kwi

Ryszard Kapuściński, „Imperium”, rok 1993

Jarosław Kaczyński taki już model prowadzenia polityki przyjął, że raz na jakiś czas musi swoich wyborców mobilizować poprzez wskazywanie wspólnego wroga lub zagrożenia. W 2015 roku taką funkcję spełniło straszenie inwazją morderczych terrorystów islamskich z północnej Afryki, a przed tymi wyborami zagrożeniem miała być ofensywa środowisk LGBT. Gdy okazało się, że temat nie grzeje, postanowiono powrócić do bardzo wygodnego tematu czyli kwestii wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty europejskiej. Nie ma oczywiście znaczenia, że obecnie ta wizja możliwa do zrealizowania nie jest, że dzisiejsza Polska w ogóle nie dostałaby się do Unii Europejskiej z systemem politycznym rodem z komunistycznego wschodu Europy. Ważne, że można temat ogrywać, straszyć wzrostem cen i zastawić na opozycję pułapkę, z której ta nie miałaby dobrego wyjścia.

– Wysłałem przed chwilą do przywódców najważniejszych formacji parlamentarnych, tzn. do przywódcy Koalicji Europejskiej pana Schetyny i do pana Kukiza projekt deklaracji, którą sam już podpisałem. Jest to deklaracja partii, koalicji ponadpolityczna, można powiedzieć, ponad podziałami politycznymi, która odnosi się do interesów finansowych państwa i polskich obywateli. Chodzi o to, żeby wszystkie te formacje, oczywiście łącznie z naszą, zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic. Tutaj punktem odniesienia są przede wszystkim Niemcy. I mam nadzieję, że ta deklaracja pokaże jednak dojrzałość klasy politycznej, bo w wypadku chodzi o oczywisty interes naszego kraju i jego obywateli. Ten interes jest tutaj całkowicie spójny z tego względu, że złotówka chroni nas przed wstrząsami, zapewnia szybszy rozwój i wiadomo, sfera euro to dzisiaj sfera stagnacji i jednocześnie chroni osiągnięty już poziom stopy życiowej i umożliwia podwyższanie tej stopy zarówno poprzez rozwój gospodarczy, jak i właściwą politykę państwa. W związku z tym wydaje się ona, z punktu widzenia politycznego, normalnych w demokracji podziałów politycznych, niekontrowersyjna – stwierdził Jarosław Kaczyński na Nowogrodzkiej.

– Liczymy na to, że ewentualne zobowiązania niektórych formacji politycznych wobec ich zewnętrznych sojuszników, ja tutaj stosuję formę przypuszczeniową, nie będą miały znaczenia, bo interes polskiego społeczeństwa, polskich obywateli, państwa jest tutaj zupełnie oczywisty. Stąd nasza wiara w to, że ta deklaracja zostanie podpisana i że ona jednocześnie stworzy pewną płaszczyznę wspólnego myślenia o polskiej przyszłości, polskim wzroście, o tym by Polakom żyło się coraz lepiej i żeby stosunkowo szybko, choć oczywiście to czas liczony w wielu latach, być może nawet to są dziesięciolecia, ale dojdziemy do tego poziomu, którego wszyscy Polacy oczekują i mają prawo oczekiwać jako europejczycy, obywatele państwa, które jest członkiem UE – dodał prezes PiS.

Lider Zjednoczonej Prawicy przyznał jednocześnie, że euro w Polsce będzie musiało zostać prędzej czy później wprowadzone, bowiem na Polsce spoczywa takie zobowiązanie. Zaznaczył jednak, że będzie to mogło stać się dopiero wtedy, gdy Polska na tym zyska. To deklaracja o tyle dziwna, że ekonomiści i przedsiębiorcy niezmiennie przekonują, że na samym tylko rozpoczęciu ścieżki wchodzenia do strefy euro moglibyśmy zyskać już dziś. 

Pierwsze reakcje na propozycję prezesa Kaczyńskiego nie są jednak takie, jak zapewne oczekiwał. Dziennikarze zauważają, że w czasie, gdy trwa największy od dekad protest nauczycieli, zajmowanie się abstrakcyjnym tematem wspólnej waluty może się PiS-owi odbić czkawką.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec zauważył z kolei, że lider PiS znów chce odwrócić uwagę od swoich własnych problemów i nakierować debatę publiczną na wygodne dla siebie kwestie. Nie zabrakło też głosów pokazujących, że euro nie ma co się bać, co potwierdza opinia części krajów naszego regionu, które już to zrobiły.

O tym, jak absurdalny jest to dziś temat, celnie napisał Roman Giertych, który wezwał prezesa Kaczyńskiego do złożenia deklaracji, że nie zgodzi się na przyjęcie w Polsce rubla. W końcu system wschodni już niemal mamy.

Wygląda zatem na to, że genialny strateg z Żoliborza znów przestrzelił, pokazując swoje oderwanie od rzeczywistości polskiej gospodarki. Do zmobilizowania swoich wyborców powinno to jednak wystarczyć. I może o to w całej tej hecy chodzi.

Przed krakowskim sądem rozpoczął się proces Tomasza B. oskarżonego o publiczne nawoływanie do przemocy i zabójstwa europosłanki PO Róży Thun. 5 stycznia 2018 r. na Facebooku mężczyzna napisał: – „Na stos szmatę”. Tak „skomentował” film z udziałem europarlamentarzystki pt. „Polski zamęt. Róża Thun walczy o swój kraj”, wyprodukowany przez niemiecką telewizję publiczną NDR we współpracy z francusko-niemiecką stacją Arte.

38-letni Tomasz B. nie przyznał się do winy. – „Nie wiem, skąd wziął się tam ten wpis” – mówił przed sądem. Twierdził, że nie wiedział, kim jest Róża Thun, a usłyszał o niej dopiero, gdy przedstawiono mu zarzuty. Utrzymywał też, że nie interesuje się polityką. Tomasz B. służy w Wojskach Obrony Terytorialnej. Nie był do tej pory karany. Grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Postępowanie w tej sprawie toczy się z zawiadomienia przedstawicieli Róży Thun i KOD Małopolska.

„To, że złożyłam zawiadomienie wynika z tego, że przemoc i słowa nienawiści nie znikną, jeżeli nie będziemy na to reagować. Jestem przekonana, że osoby, które dokonują tych wpisów są przekonane o swojej bezkarności” – powiedziała Danuta Czechmanowska z KOD Małopolska. Dodała, że pod wpisem Tomasza B. pojawiło się wiele nienawistnych wpisów i komentarzy pod adresem europosłanki PO. Na kolejnej rozprawie 21 maja przesłuchani mają być świadkowie wezwani na wniosek obrony oraz Róża Thun.

Popieram strajk nauczycieli również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

To, że popieram strajk nauczycieli to chyba tak oczywiste, że nie muszę tego uzasadniać. Mało która grupa społeczna – w mojej opinii – jest tak marginalizowana przez każdą niemal władzę i tak zapracowana, jak nauczyciele. I na mało której spoczywa tyle odpowiedzialności za naszą wspólną przyszłość. Dzisiejsza władza gardzi nauczycielami szczególnie, bo są politycznie słabi (PiS liczy się tylko z siłą i sondażami) i nie ceni edukacji. Faktem jest, że ludzie wyedukowani, a zwłaszcza myślący, są dla władzy o autorytarnych zapędach, zawsze groźni; lepiej mieć obywateli posłusznych i zajętych czymś innym niż myślenie, na przykład: – modlitwą, piłką nożną, szukaniem światowych spisków i oglądaniem Big Brothera.

Ale nie o władzy chciałam pisać tylko o nauczycielach. Swoich. Zrobiła się teraz taka moda, że różni ludzie wspominają tych, którzy coś dla nich znaczyli, dzięki którym stali się tym, kim są. Dobry pomysł. Często przy fatalnych programach nauczania, strukturalnym chaosie, jaki dziś mamy (i kiedyś też mieliśmy), trafiają się gwiazdy, które są w stanie usunąć w cień mizerię polskiego szkolnictwa i pobudzić dziatwę do myślenia. Trudno powiedzieć, czy chodzi tu o tak zwanego nauczyciela „z powołaniem”, czy po prostu profesjonalistę. Politycy lub księża, którzy czują „powołanie” i uzasadniają nim wszelkie działania, potrafią wyrządzić wiele szkód, zwłaszcza, że niemal każdy polityk i ksiądz myśli, że je ma. Według mnie, zainteresowanie uczniów i ich ruch intelektualny budzi taki nauczyciel, który wie, czym jest i do czego służy ten zawód; nie chodzi tu o zwykłą „transmisję danych” i kontrolę ich stanu posiadania u uczniów. Tylko o to „coś”. O kunszt.

Wszystkich moich nauczycieli mogę podzielić na trzy grupy: profesjonalistów, rzemieślników i nieudaczników. Ci drudzy dobrze sprawdzają się w każdym zawodzie, ci pierwsi mają kunszt, nieudacznicy są wszędzie. Moi profesjonalni nauczyciele stawiali mi wysokie wymagania i szydzili z braku należytych postępów. Mój licealny polonista, starszy „przedwojenny” pan, którego wszyscy kochali i nienawidzili zarazem, uwziął się na interpunkcję, analityczną znajomość lektur i zwięzłość wypowiedzi. Cenił też trudne słowa. Już na początku musiałam przyswoić sobie i używać: „abominacyjny”, „inteligibilny”, „palimpstest” itd. Nie lubiłam tego polonisty, notorycznie bałam się kompromitacji, zwłaszcza w trudnej sztuce stawiania przecinków i „odpowiadania z lektury” przed całą klasą (co za okropny zwyczaj! który jednak przygotowuje do publicznych wystąpień). Lektury czytałam po dwakroć, nauczyłam się je dobrze streszczać i analizować jak belfer kazał. Niewiele więcej, ale za to solidnie. Wdzięczna mu jestem za zmuszenie mnie do wysiłku, który choć nie rozwinął we mnie wyobraźni, dał solidne polonistyczne podstawy dla bardziej oryginalnych działań.

Matematyczka i chemiczka, które były prostymi rzemieślniczkami w swoim zawodzie, potrafiły zabić moje zamiłowanie do przedmiotów ścisłych nudą, rutyną, repetycją i kontrolą. W lekcjach ze stereometrii nie było nic, co później pozwoliłoby mi zrozumieć pewne fragmenty z VII księgi Platona. Chemia, za którą przepadałam została osnuta monotonią powtarzanych formuł i doświadczeń robionych bez żadnej fantazji. A wystarczyło przyjrzeć się drodze do odkryć Marii Skłodowskiej-Curie czy poczytać eseje Heisenberga, by rozpalić naukową wyobraźnię.

Nieudaczników też spotkałam kilku. To ci, którzy absolutnie i radykalnie minęli się ze swoją karierą zawodową. Nie lubili szkoły, bali się uczniów, denerwowała ich różnorodność klasy, nieposłuszeństwo i konieczność robienia czegoś, na co nikt – według nich – nie miał ochoty. W takiej smutnej atmosferze przebiegały moje lekcje geografii, (niestety) historii i łaciny. Mimo wysiłków po obu stronach, efekt był miażdżąco słaby. Trudno jednak wymagać, by rozkład osobowości, umiejętności i kompetencji w szkołach był inny niż w szpitalach, w Sejmie, w biznesie czy w Kościele.

Nie napotkałam jednak żadnego nauczyciela, który nie przejmowałby się tym, co robi i który lekceważyłby pracę. Każdy dawał uczniom, może nie to na co zasługiwali, ale na pewno według swoich najlepszych możliwości. Nigdy ich praca nie była należycie wynagradzana, nigdy ten zawód nie cieszył się prestiżem wśród rządzących. „Nauczyciele sobie poradzą”, „nie mają wyboru: selekcja negatywna” – znamy te hasła. Znała je władza i stosowała. Ministrem do spraw edukacji zostawała z reguły osoba jeśli nie nieudolna, to na pewno na tyle słaba, by nikt nie traktował poważnie jej roszczeń wysuwanych w imię zmiany nauczycielskiego status quo. Być może, to sami nauczyciele przyczynili się do tego, że kolejne pokolenia rządzących były obojętne na ich los. No, ale wreszcie powiedzieli – stop! Wspieram ich gorąco również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

Ciekawa jestem czy rząd polski powoła jakąś komisję do spraw spalenia katedry Notre Dame? Przecież nie może tak być, żeby kościół spalił się przez zaprószenie ognia.

Mamy doświadczenie ze Smoleńskiem i wiemy, że myśl o zwykłej katastrofie, niedbalstwie, o nieprzestrzeganiu reguł jest niegodna prawdziwego Polaka.

Musi być jakiś głębszy powód pożaru a może nawet spisek, który należy wykryć. Tylko jak to zrobić bez Macierewicza schowanego na czas wyborów?

Z miejsca zaczęli zajmować się tym hierarchowie pisząc, że płonąca katedra to kara za laicyzację Europy, obraz jej straszliwego kryzysu.

Nie słyszałam by jakiś hierarcha podjął wątek kary bożej za grzech pedofilii w kościołach chrześcijańskich, chociaż to lepiej tłumaczy sprawę. Może to też być boskie ostrzeżenie, że nawet tak solidny i długowieczny gmach chrześcijańskiej wiary może zostać zniszczony przez grzeszność księży.

Nikt nie pisze czy miejsce poświęcone naszemu papieżowi się uchowało, ale też może nikt się już tym nie interesuje. Póki co premier Szydło obiecała włączyć się rekonstrukcję katedry. Kolejny pretekst by nie dać podwyżek nauczycielom.