Tag Archives: Magdalena Adamowicz

Kaczyńskiego obleciał tchórz i straszy

9 Gru

W czasie, gdy w Sejmie debatowano nad wotum nieufności dla Jarosława Kaczyńskiego, Sejm było otoczony policją, jak w Gwiezdnych Wojnach, a potestujące kobiety i młodzież zamknięta w kotle była aresztowana i wywożona sukami przez policję nie wiadomo gdzie. Mamy do czynienia z czystym PRL-em i to wróży, że Kaczyński skończy gorzej niż Jaruzelski.

O roli policji w obronie państwa PiS na Twitterze pisze Zbigniew Hołdys.

A Kaczyński w tym czasie w Sejmie grozi.

Jedna z liderek Strajku Kobiet Klementyna Suchanow nie wie, co reżim Kaczyńskiego zrobił z jej córką.

Sejm odrzucił w piątek wieczorem wniosek o wotum nieufności wobec wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego. Wniosek złożyła Koalicja Obywatelska.

Więcej o wotum nieufności dla Kaczyńskiego >>>

Strajk generalny 13 grudnia #jebaćpis #Strajkobiet

Program Strajku Kobiet >>>

Repolonizacja nie ma z tym nic wspólnego. Nie o polskość tu chodzi, tylko żeby móc wspierać ekipę rządzącą. To poważny cios w wolność słowa i wolność prasy, bo wiemy, jak wyglądają media PiS-owskie i jak są sterowane – mówi Seweryn Blumsztajn, prezes Towarzystwa Dziennikarskiego, komentując przejęcie wydawnictwa prasowo-internetowego Polska Press przez Orlen. – To smutne, co powiem, ale moim zdaniem w dzisiejszych czasach właściciel zagraniczny jest często gwarantem niezależności. Oto dopiero paradoks – dodaje.

Biorąc pod uwagę, że PiS nic nie umie robić, tylko wszystko niszczy, nie sądzę, aby to przyniosło jakieś zyski. Pewnie jak zwykle

przez brak znajomości, know-how, doświadczenia itd.

Wywiad z Sewerynem Blumsztajnem >>>

 

W Suwałkach napaść na Trzaskowskiego

21 Czer

Więcej o napaści na Trzaskowskiego w Suwałkach >>>

Więcej o protestach >>>

Więcej o gówno prawdzie Dudy >>>

Więcej o kupowaniu głosów wyborczych za pomocą wozów strażackich >>>

Premier przyjeżdża tutaj nie po to, żeby mówić o „Solidarności”. On mówi o tych wydarzeniach w taki sposób, że dzieli Polaków na tych, którzy są dobrymi Polakami i tych, których nie należy szanować, bo nie zasługują na to. Ja tak się zastanawiam, czy nie wyniósł tego z domu, dlatego że w latach 80., w czasach stanu wojennego Kornel Morawiecki także dzielił Polaków, dzielił „Solidarność”. To, co robi dzisiaj pan premier, jest powtórzeniem tego rodzaju działalności. Przyjeżdża tutaj prowadzić kampanię wyborczą na rzecz urzędującego prezydenta Andrzeja Dudy. Przyjeżdża wykorzystywać najnowszą historię Polski do celów politycznych. Ja, jako świadek tamtych wydarzeń, ale także moi przyjaciele , nie godzimy się na to, protestujemy przeciwko temu” – mówił na konferencji prasowej Bogdan Lis.

Zamachy w 2019 roku

30 Gru

2019. To był rok zamachów: oburzającego na praworządność, morderczego na klimat, wstrętnego na prawa osób LGBT, smutnego na edukację, absurdalnego na historię i prawdę. Ale budziła się też nadzieja niesłusznie nazywana matką głupich. Możesz pomóc nadziei wspierając wolne media.

Jest późny wieczór 12 grudnia 2019. Na stronie Sejmu pojawia się ustawa dyscyplinująca vel kagańcowa. Rzucam okiem, jest jeszcze gorsza niż się spodziewaliśmy. Trzeba zareagować natychmiast, bo OKO.press próbuje łączyć ogień z wodą, czyli analityczną uwagę z szybkością mediów.

Wybieram art. 9d., szczególnie bezwstydny. W kwadrans graficzka Hanka Szukalska, jedna  z osób mniej widocznych (pisze rzadko), ale kluczowych dla OKO.press, tworzy mema z cytatem wpisanym w twarz Zbigniewa Ziobry. Doskonały prawda?

Więcej >>>

Magdalena Adamowicz, tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska, apeluje teraz o zaprzestanie ataków na marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego. Jak sama przyznaje, nowa fala hejtu może doprowadzić do kolejnych tragedii.

“Oszczerstwa mają rozbudzić nienawiść. Ta nakręca spiralę mowy nienawiści. W takiej atmosferze niewiele potrzeba do wybuchu, do czynów z nienawiści. Kolejny raz apeluję: opamiętajmy się!” – napisała na Twitterze dziś już w roli europosłanki Koalicji Obywatelskiej Magdalena Adamowicz. Przypomnijmy, że 13 stycznia minie rok od tragicznej śmierci jej męża, który został zamordowany podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Tomasz Grodzki nową ofiarą fali hejtu?

Przypomnijmy, że marszałek Grodzki został oskarżony w ostatnim czasie o branie łapówek, w czasie gdy pracował w szczecińskim szpitalu. Choć oskarżające go osoby nie chcą się ujawnić i nawet w materiałach w TVP nie pokazują swoich twarzy, polityka spotkała fala hejtu w sieci, którą niektórzy zaczynają porównywać do tego, co miało miejsce w przypadku Adamowicza.

Pan Marszałek dostrzega podobieństwo zaistniałej sytuacji do sytuacji tragicznie zmarłego Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, gdy media rządowe rozprzestrzeniały w przestrzeni publicznej zniesławiające go treści dając niejako przyzwolenie do dalszych takich zachowań” – napisał mec. Jacek Dubois, który jest prawnikiem Grodzkiego.

Prawnik dodaje też, że marszałek Grodzki odnosi obecnie wrażenie, że organy reagują inaczej, gdy zarzuty stawiane są jemu, a inaczej, gdy oskarżane są inne osoby sprawujące ważne urzędy w państwie. “Niektóre oskarżone osoby mogą liczyć na obronę ze strony najważniejszych osób w kraju jeszcze zanim zapoznają się one z materiałami dowodowymi” – czytamy w oświadczeniu.

Pierwsze oskarżenia dotyczące rzekomego łapówkarstwa sprzed dwudziestu lat pojawiły się dopiero, gdy Tomasz Grodzki został marszałkiem Senatu. Kolejne – gdy Grodzki zapowiedział, że Senat przyjrzy się tzw. ustawie kagańcowej.

Co znamienne, zarzuty te zostały mu postawione w przestrzeni medialnej przez osoby deklarujące swoją przynależność do odmiennego niż on obozu politycznego (…) Powyższe okoliczności pozwalają domniemywać, że stawiane zarzuty nie mają charakteru merytorycznego, lecz są efektem bardzo brutalnej i bezpardonowej walki politycznej” – napisał mec. Dubois.

Marszałek Senatu od początku zaprzeczał stawianym mu zarzutom. Polityk “zlecił swojemu pełnomocnikowi skierowanie w tej sprawie szeregu prywatnych aktów oskarżenia”.

Atak w sieci

Warto dodać, że hejt w sieci jest dziś jednym z elementów walki politycznej. Najczęściej sami politycy nie podpisują się pod najbardziej zajadłymi atakami, ale osoby znające politykę od kuchni wiedzą, że najczęściej stoją za nimi wynajęci hejterzy lub struktury partyjne. Niestety – jak widać na przykładzie Adamowicza – skala nienawiści bywa tak wielka, że przelewa się poza sieć.

Wielu tych, którzy nie tak dawno kręcili nosem na ciepłą wodę w kranie, teraz marzy o jakiejkolwiek, byle czystej.

Ledwo się człowiek uporał z życzeniami świątecznymi, a tu już noworoczne trzeba wymyślić. Internet pełen jest gotowców – poetyckich sentencji i grafomańskich wierszydełek, którymi w Sylwestra zapychają się komórki, messengery i konta mailowe – ale i tak większość okolicznościowych serdeczności sprowadza się do nieśmiertelnej triady: ZDROWIA, SZCZĘŚCIA oraz POMYŚLNOŚCI wymiennej na SPEŁNIENIA MARZEŃ.  Sęk w tym, że wbrew najlepszym nawet intencjom życzenia te stają się coraz bardziej chybione, bo również tutaj dotarła już „dobra zmiana”. Stan placówek i poziom dezorganizacji służby zdrowia powodują na przykład, że uchowanie w dobrym zdrowiu przemieściło się z kategorii „utrzymanie dobrej kondycji” do sfery marzeń, a pomyślność zaczęła kojarzyć się ze szczęściem i ślepym losem zamiast ze zdolnościami i pracą.

Życzenia z wolna przestają być przejawem serdecznej pamięci o ludziach z kręgu rodziny, przyjaciół i znajomych, a coraz częściej są uciążliwym obowiązkiem towarzyskim, daniną dla tych, którzy mają wpływ na naszą sytuację zawodową i społeczną, albo inwestycją w jakość naszego życiach.  A co do życzliwości intencji… pesymiści są zdania, że gdyby któregoś dnia spełniły się wszystkie marzenia wszystkich Polaków, to kraj całkowicie by się wyludnił. To oczywiście przesada, ale gołym okiem widać , szczególnie w telewizji – tak publicznej jak dom prezesa Banasia w Krakowie – że postępuje proces intensywnej demoralizacji naszego społeczeństwa. Troska o interes publiczny już nie nobilituje, empatia nie budzi większego szacunku, a naturalna w cywilizowanych krajach życzliwość wobec nieznajomych ustępuje miejsca nieufności i podejrzliwości.  Obsadzanie intratnych posad dyletantami zaprzyjaźnionymi z władzą już tak nie razi, kłamstwo i obiecanki bez pokrycia stają się zwykłymi narzędziami polityki, a kradzież publicznego mienia, podobnie jak kiedyś w komunie, dowodzi jedynie sprytu i obrotności.

Rozmaici ludzie rozmaite składają życzenia. Kiedyś życzyło się innym tego, na co samemu miało się ochotę. Dziś, kiedy składa się je z towarzyskiego obowiązku, powinszowania stają się wtórne i banalne, a kiedy przekazywane są w oczekiwaniu korzyści, życzenia dobierane są do oczekiwań adresata.  Szybko uczymy się egoizmu, deformując równocześnie definicję samolubnego sobkostwa.  Przybywa przekonanych, że egoista to jest taki człowiek który bardziej dba o siebie niż o nich. Przybywa też ludzi, którzy w razie kłopotów nie zastanawiają się nad ich przyczyną, tylko pytają – dlaczego ja? Czemu to czy owo spotyka akurat mnie, a nie Kowalskiego z naprzeciwka? Z jakiej racji lekarze, sędziowie i rozmaite elity żyją sobie wygodnie, przytulają wielką kasę i nie dość, że mają wypasione fury, to jeszcze żony, na widok których biskup wybiłby dziurę w witrażu? Coraz więcej ludzi nie martwi się wcale, że trąba powietrzna zerwała dachy sąsiadom, a jedynie cieszy się, że nawałnica nie dotarła do ich domu. Chcą, żeby ludzie nie tłoczyli się w tym autobusie, którym jeżdżą do pracy, tylko w jakimś innym. Choćby nie wiedzieć, ile jeszcze pisowskich afer ujrzy światło dzienne, popierać będą każdego, kto ich doceni, przyzna im rację, dopuści do podziału kasy i umożliwi iluzoryczny choćby wpływ na losy kraju i ludzi.  Nie wiedzą, że im bardziej pragną kontrolować rzeczywistość, tym mniej kontrolują siebie.

Partia, zwana już kaczystowską, w drodze do wprowadzenia dyktatury spowodowała, że przyzwoitym ludziom żyje się gorzej. Zdawałoby się, że okradzionym z wolności i godności, oszukanym i ubezwłasnowolnionym, życzyć trzeba po prostu WSZYSTKIEGO! Ale to nieprawda, że im gorzej żyje i czuje się człowiek, tym większe są jego potrzeby.  Paradoksalnie – im bardziej postrzega się świat jako niewygodny, nieprzewidywalny i niepokojący, tym oczekiwania wobec niego są skromniejsze, a marzenia ograniczają się do zaspokojenia najważniejszych potrzeb. I odwrotnie: ci, którzy widzą Polskę odrodzoną, rozkwitłą, zreformowaną i ze zrównoważonym budżetem winszują sobie dziś miliona aut elektrycznych, światowego centrum komunikacji lotniczej między trzema istniejącymi już lotniskami, flotylli polskich promów, zbudowania 100 tysięcy mieszkań do końca 2019 roku oraz 46 miliardów cudownie wytrząśniętych z rękawa na realizację ostatnich obietnic wyborczych.

Oszukańcze zobowiązania obliczone na utrzymanie władzy i na dokończenie procesu zawłaszczania państwa, obrażają inteligencję wielu Polaków. Ale myślę, że na pytanie, czego przyzwoici obywatele sobie życzą w nowym roku, tylko nieliczni zażądają, by PiS został zdelegalizowany, a jego funkcjonariusze znaleźli miejsce w zakładach karnych lub, w miarę potrzeb, w psychiatrycznych ośrodkach zamkniętych. Założę się, że większość okradanych i obrażanych zapragnie po prostu, by ich nie okradano i nie obrażano. Wbrew dramatycznym opisom wściekłych ataków na Kościół wierni życzą sobie jedynie, by polscy katolicy stali się chrześcijanami. Chcą tylko tego, by delegaci Pana Boga na Polskę kierowali się Ewangelią miłości, a nie programem PiS i nienawistnym jątrzeniem „zielonego ludzika”, podkopującego fundamenty wiary bredniami o islamskich hordach czyhających na Polskę, o tęczowej zarazie i o ekoterrorystach.  A ludzie, którzy coraz liczniej protestują przeciw niszczeniu przyrody pod fałszywym pretekstem „czynienia sobie ziemi poddanej”, bynajmniej nie życzą polskim górnikom bezrobocia. Oni tylko nie życzą sobie, by 70% najbardziej zadymionych miast Europy znajdowało się w Polsce. Nie chcą, żeby każdego roku 45 tys. Polaków umierało z powodu zanieczyszczeń powietrza, nie chcą, by straszną śmiercią przez uduszenie ginęło 15 razy więcej ludzi niż wskutek wypadków komunikacyjnych! A ci, którzy wychodzą na ulicę w obronie Konstytucji, nie podpalają aut, nie przewracają tramwajów, nie budują barykad i nie życzą sobie rewolucji. Oni jedynie życzą sobie, by prawo było przestrzegane i przy okazji, żeby władza nie prześladowała ich za to, że ośmielają się publicznie mówić co myślą o prawdzie, prawie i o sprawiedliwości.

Marzeniami steruje propaganda, która tworzy nowe potrzeby lub potęguje te istniejące. Wszechobecna w Polsce propaganda sączy jad tylko w jednym kierunku, podkręcając oczekiwania i nadzieje bez związku z faktami, a często i wbrew faktom. Po przeciwnej stronie marzenia są mniej wyuzdane. Wielu tych, którzy nie tak dawno kręcili nosem na ciepłą wodę w kranie, teraz marzy o jakiejkolwiek, byle czystej.  Ot, żeby tylko nie było gorzej. Wystarczy, jeśli kłamstwa będą dostrzegane, a oszustwa karane. Wystarczy, że nowa sędzia TK nie odezwie się przez tydzień, a już świat staje się jaśniejszy, cieplejszy i mniej szarobury.

W naszym pokręconym światku, podstawowe prawa zdają się nieosiągalne, a minimalne standardy to nierealne fanaberie. W tak ważnych dla Polski wyborach prezydenckich nie szukamy człowieka wybitnego formatu, nieskazitelnego charakteru, z charyzmą przywódcy narodu. Wystarczyłby nam ktoś, kto z grubsza przestrzega prawa, nie wyrywa kartek z Konstytucji, rzadko kłamie, niechętnie obraża ludzi, nie pajacuje za granicą, stara się nie ośmieszać Polski i nie zraża do nas tych, od których zależy wsparcie dla polskiej pomyślności i rozwoju.

W nadchodzącym roku trzeba zatem życzyć sobie nie tylko WSZYSTKIEGO NORMALNEGO. Również tego, żebyśmy od nowa nauczyli się marzyć.  I jeszcze – wraz ze Stefanem Kisielewskim – życzę Wam, kochani, byście się zbytnio nie martwili tym, że znaleźliśmy się w ciemnej dupie.  To może się zdarzyć każdemu narodowi. Rzecz tylko w tym, żebyśmy nie zaczęli się tam urządzać.

Kaczyński chce, aby Polska zdechła razem z nim. Psychologia, nie tylko inżynieria społeczna

7 List

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.

Po bezprawiu Ziobry naprawić wymiar sprawiedliwości

5 Paźdź

Czy do Ciebie już dzwoniła ?

Zbigniew Ziobro i jego zastępca – prokurator krajowy Bogdan Święczkowski wzięli udział w otwarciu nowej siedziby prokuratur w Sosnowcu. Było uroczyste przecięcie wstęgi, oczywiście poświęcenie budynku przez miejscowego biskupa i okolicznościowe przemówienia.

Niewątpliwie kuriozalnie zabrzmiały słowa Święczkowskiego, który stwierdził, że ukończenie budynku w niespełna dwa lata to… efekt modlitwy oraz wsparcia moralnego biskupa Grzegorza Kaszaka! – „A ja głupia do remontu budowlańca szukam, zamiast dzwonić na plebanię” – skomentowała jedna z internautek.

Biskup Kaszak nie pozostał dłużny zastępcy Ziobry. Rozpływał się w pochwałach Święczkowskiego, który – zdaniem duchownego – „dla rodzinnego Sosnowca czyni samo dobro”.

– „Dzięki modlitwie beton szybciej wiązał… Co ci ludzie mają w głowach??”;  – „Oni już naprawdę są porąbani w tej fałszywej pobożności. Co jeden to bardziej święty, szkoda, że czyny nie idą w parze z tym, co głoszą. Bo to teraz kazania, nie przemówienia”; – „Czyli nie budowlańcy, tylko cud, jprd”; – „To już przestaje być zabawne, nawet w Iranie nie gadają takich głupot, że to ajatollah pomógł w budowie jakiegoś budynku” – komentowali internauci.

Dodajmy, że to nie koniec „cudów” w Sosnowcu. W mieście ma zostać wybudowana także nowa siedziba Sądu Rejonowego. Kieruje nim obecnie… Małgorzata Hencel-Święczkowska, żona prokuratora krajowego. Biskup na pewno znowu pospieszy z „pomocą”.

– „Teraz z mediów publicznych Polacy nie dowiedzą się o tym, co naprawdę dzieje się w ich kraju. Nie dowiedzą się o zamykanych szpitalach, o tym, że leki drożeją; tam jest tylko obrażana opozycja, mówienie półprawd” – stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera zapowiedziała zniesienie abonamentu, rozwiązanie Rady Mediów Narodowych i przywrócenie uprawień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Kidawa-Błońska podkreśliła, że media publiczne muszą być mediami wszystkich obywateli. – „Zasługujemy na to, żeby z tych mediów dostawać dobrą i rzetelną informację, prawdziwą informację. Zasługujemy także na to, żeby były tam programy edukacyjne, żeby były ciekawe propozycje kulturalne. To wszystko powinno być w tych mediach, a tego nie ma” – powiedziała wicemarszałek Sejmu.

Zaznaczyła, że kierowane przez przedstawicieli PiS obecne media publiczne straciły moralne prawo do tego, żeby oceniać przedstawicieli opozycji i całe społeczeństwo. – „Przekroczono cienką czerwoną linię, dlatego zniesiemy abonament, bo te pieniądze nie mogą trafiać na tego typu programy i audycje. Polacy potrzebują obiektywnych, dobrze zorganizowanych mediów, gdzie będą mogli uzyskać prawdziwą informację, gdzie będzie używany język kultury, język, który będzie Polaków łączył, a nie dzielił” – stwierdziła wicemarszałek Sejmu.

Według Kidawy-Błońskiej, za jakość mediów publicznych powinien odpowiadać minister kultury. – „Tam powinna być oferta kulturalna, język, sposób mówienia, a nie fala hejtu i nienawiści. Dlatego przywrócimy KRRiT konstytucyjne zadania, które zostały jej zabrane i zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych” – zadeklarowała Kidawa-Błońska.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz, żona zamordowanego w styczniu prezydenta Gdańska, apelowała o zmianę języka debaty publicznej. – „Moja rodzina sama doświadczyła wiele nienawiści z różnych stron, ale prym w tym wiodły niestety media publiczne. Obecny język debaty publicznej praktycznie sięgnął dna, mowa nienawiści, dezinformacje, półprawdy, inwektywy stały się codziennością” – powiedziała Adamowicz.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Gang Ziobry >>>

– „Przez ostatnie 4 lata kwestia obrony praworządności i niezależności sądów wyprowadzała na ulice setki tysięcy ludzi. Chcemy, żeby ta mobilizacja znalazła reprezentację w Sejmie. Dlatego stworzyliśmy Pakt na rzecz Reformy i Naprawy Wymiaru Sprawiedliwości. Konsultowaliśmy go z Fundacją Helsińską, poparły go także Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia” – powiedział Piotr Cykowski z Akcji Demokracja. To właśnie ta fundacja organizowała największe protesty w obronie polskiego sądownictwa.

Pakt zawiera dziewięć punktów, które demokratyczna opozycja zamierza wypełnić po wyborach:

  1. Przywrócić rządy prawa i ład konstytucyjny w Polsce, opierając się na Konstytucji, działając na jej podstawie i w jej granicach.
  2. Wykonywać wszystkie wiążące wyroki sądów powszechnych, administracyjnych, SN, NSA i Trybunałów, w tym Trybunału Sprawiedliwości UE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
  3. Przeprowadzić zarówno naprawę wymiaru sprawiedliwości, jak i jego reformę – tj. odwrócić wszystkie zmiany z ostatnich 4 lat uderzające w niezawisłość sędziów oraz niezależność sądów.
  4. Przywrócić niezależność Trybunału Konstytucyjnego i odbudować jego autorytet – poprzez przywrócenie prawidłowego składu, zarówno na stanowiskach sędziów, jak i prezesa.
  5. Stworzyć Krajową Radę Sądownictwa niezależną od polityków.
  6. Zapewnić, aby sądy były niezależne od polityków – co oznacza m.in. ograniczenie nadzoru ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi i przekazanie części kompetencji do niezależnej KRS, wybór prezesów sądów wśród kandydatek i kandydatów przedstawionych przez samorząd sędziów.
  7. Zapewnić prokuratorom niezależność od politycznych nacisków – poprzez rozdzielenie funkcji Ministra Sprawiedliwości od funkcji Prokuratora Generalnego.
  8. Zadbać o sprawne sądy.
  9. Uczynić sądy dostępnymi.

Dzisiaj (4.10.2019) pod Paktem Sprawiedliwości podpisali się przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej i PSL. – „Kwestia sprawności i dostępności sądów jest istotna, jednak priorytetem jest naprawa naruszeń Konstytucji przez PiS. Jeśli wygramy wybory, przywrócenie praworządności będzie jednym z naszych najważniejszych zadań, które będziemy realizować w ciągu pierwszych miesięcy” – zapewniła Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera.

– „PiS wprowadził do wymiaru sprawiedliwości chaos. Sprzątając musimy pamiętać, że my działamy zgodnie z Konstytucją i że jest to ważniejsze niż nasze przekonanie o własnej racji. To bardzo ważne, że pod Paktem podpisała się cała demokratyczna opozycja. Możemy się nie zgadzać w kwestiach polityki rolnej czy ochrony zdrowia, możemy na ten temat dyskutować. Ale uznanie państwa prawa jest podstawą demokracji” – powiedział Władysław T. Bartoszewski z PSL. Dwa dni temu pod paktem podpisał się w imieniu Lewicy Adrian Zandberg.

W PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać ich potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu – mówi 10 dni przed wyborami prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rozmawiamy o kampanii wyborczej i pytamy, dlaczego PiS mimo afer ciągle prowadzi w sondażach. – Jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji – mówi

JUSTYNA KOĆ: Do wyborów zostało mniej niż dwa tygodnie, a Jarosław Kaczyński przechodzi do ciężkich dział – mówi o potrzebie tworzenia nowej elity gospodarczej, sądowniczej, o walce z postkomunizmem.  Jak to rozumieć?

PROF. JAROSŁAW FLIS: Moim zdaniem to efekt jakiegoś “rozochocenia” i prób mobilizacji najtrwalszego elektoratu. Wydaje mi się, że to jednak nieprzemyślane działania, które mają motywować aktywistów, bo to chyba oni będą tą nową elitą. Generalnie te słowa są sprzeczne ze strategią, którą jeszcze przed chwilą partia sugerowała – sam prezes mówił, aby unikać agresywnych wypowiedzi pod groźbą usunięcia z listy. Tymczasem te słowa są na pewno konfrontacyjne, zatem dużo bardziej mobilizują drugą stronę, niż własnych aktywistów, gdy rolą rządzących jest raczej usypianie oponentów.

TO NIE UKŁADA SIĘ W SPÓJNY PLAN, A RACZEJ JEST REAKCJĄ NA WYNIKI SONDAŻY, SUGERUJĄCE, ŻE ELEKTORAT PIS NIE JEST TAK ZMOBILIZOWANY JAK ELEKTORAT PRZECIWNIKÓW

Gdyby opozycja miała lepsze wyczucie, to zrobiłaby taką kompilację najlepszych konfrontacyjnych wypowiedzi: o “nowej elicie”, “ludzkich panach”, “udeptywaniu ziemi do pojedynku” i wszystkich innych przeszarżowaniach, które były udziałem prezesa.

Co się stało, że prezes tak błędnie zadziałał? Do tej pory raczej o błędach w kampanii PiS-u nie było mowy, a przynajmniej sondaże tego nie zanotowały.
Błędów było mnóstwo, chociażby sposób załatwienia sprawy Kuchcińskiego – “nie zgadzamy się z wami, ale zrobimy jak chcecie”. To nie jest modelowe poradzenie sobie z sytuacją kryzysową. Sprawa Banasia też jest ciągle żywa, ale w PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać tych potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu. Choć jeśli opozycja nie będzie chciała wygrać, to nikt jej tego nie zapewni, nawet takie prezenty od PiS-u jak sprawa Banasia.

Czyli to wina opozycji, że afery nie przynoszą PiS-owi szkody i nie robią na społeczeństwie wrażania?
Robią wrażenie, tylko problemem jest konkurencja. Być może jednym z elementów są liberalne media, które nieustająco próbują obrazić większość społeczeństwa i wepchnąć je w ramiona PiS. Taki chyba jest efekt przekazów w stylu “ciemniaki na nic nie reagują, bo PiS przekupił ich 500 Plus”. Tymczasem

GDY MAMY WYBRAĆ MIĘDZY NIEUDACZNIKAMI A TAKIMI, KTÓRZY NAS OBRAŻAJĄ, TO WYBÓR NIE JEST TAKI PROSTY…

Być może też, gdyby nie te afery, to PiS miałby 60 proc. poparcia. Orbán przekraczał 50 proc. w najlepszych dla siebie wyborach. Być może tak byłoby z PiS-em, gdyby nie te kule u nogi.

Sytuacja ciągle jest niepewna, bo – jak widzieliśmy w wyborach samorządowych przed rokiem – w społeczeństwie są duże zasoby niechęci do PiS-u, i to takiej samoorganizującej się niechęci. Być może to przeważy szalę, bo gdy przełożymy wyniki na podział mandatów, to niewiele brakuje, aby PiS nie miał większości. A jak nie ma większości, to najpewniej nie ma też władzy.

PATRZĄC NA DZISIEJSZE DEKLARACJE, NIE BĘDZIE SENSU NEGOCJOWAĆ Z KOSINIAKIEM-KAMYSZEM CZY Z ZANDBERGIEM.

Ja jestem sobie w stanie wyobrazić rozmowy z kukizowcami.
Ale ilu ich będzie: dwóch, trzech? W realnym scenariuszu premierem jest albo Morawiecki, albo Kosiniak-Kamysz, innych alternatyw na dziś nie ma; albo PiS ma samodzielną większość i nie ma o czym rozmawiać, albo nie ma większości i wtedy Kosiniak-Kamysz może grać wysoko, pewnie właśnie o premiera. Tylko on ma możliwość zmiany koalicjanta i premierostwo może być jego ceną. Przypuszczalnie PiS byłby w stanie ją zapłacić za utrzymanie się przy władzy, więc PO i Lewica też będą musiały się na to zgodzić, jeśli nie chcą dalszych rządów PiS.

Dlaczego PiS wraca do strachów, że opozycja zabierze 500 Plus? Pytam w kontekście ostatniego sporu z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim. Ma wewnętrzne sondaże, które są dla niego niedobre?
Tego nie wiem. Na pewno konflikt z samorządami trwa już od jakiegoś czasu.

PIS MIAŁ OGROMNĄ NADZIEJĘ, ŻE PRZEJMIE WŁADZĘ W SAMORZĄDACH I TO SIĘ UDAŁO W BARDZO NIEWIELKIM STOPNIU.

Poziom nieufności względem niezależnych sił i wykorzystywania sytuacji w Warszawie jako straszaka na swoich wyborców to nic nowego. Inna rzecz, że PO mogłaby tę Warszawę jakoś usuwać w cień, bo nie widzę, jak to miałoby jej pomóc w reszcie kraju.

Byli prezydenci apelują w sprawie tzw. paktu senackiego, aby nie mnożyć kandydatów na opozycji. Największy spór mieliśmy chyba w Warszawie, gdzie jest Ujazdowski z Koalicji i Kasprzak jako wolny strzelec. Czy ktoś z nich powinien odpuścić dla wyższego dobra, a jeżeli tak, to który?
Teraz już trochę na to za późno (Kasprzak podjął decyzję, by jednak startować – red.). Być może przewaga opozycji w Warszawie jest tak duża, że i tak kandydat PiS nie wygra. Przypomnę jednak, że były takie przypadki, jak np. w 2011 r. w okręgu podhalańskim, gdzie było 2 kandydatów związanych z PiS-em i wygrał wspólny kandydat PO i PSL. To jest kwestia tego, że najbardziej zagorzali ideowi aktywiści opozycji uważają, że robienie ukłonów względem umiarkowanych konserwatystów ich obraża. PiS się na pewno z tego cieszy.

Umiarkowani konserwatyści, którzy stanowili olbrzymią cześć elektoratu PO w czasach jej największych sukcesów, coraz bardziej oddalają się od tej partii, i to nie w stronę lewicy czy KOD-u.

W OGÓLE NIE WIDAĆ JAKIEGOŚ WYMARZONEGO PRZEZ “GAZETĘ WYBORCZĄ” NARODOWEGO ZWROTU W LEWO.

Mimo wszystko zastanawiam się nad sensem wystawiania w Warszawie, która w pierwszej turze wybrała liberalnego Trzaskowskiego na prezydenta, akurat Kazimierza Ujazdowskiego.
Oczywiście można się zastanawiać, ale Ujazdowski został zarejestrowany jako kandydat. Nawet jeśli to był błąd i dla warszawiaków to jest taka obelga, to gorąco przeciw temu protestując muszą się chyba pogodzić z kolejnymi 4 latami rządów PiS-u w całym kraju. W Suchej Beskidzkiej w 2007 roku kandydat PiS miał 34 proc., a PO z PSL i lewicą 66 proc. Dzisiejsza opozycja wygrywała 2/1. W wyborach do europarlamentu, które PiS już w Suchej Beskidzkiej wygrał, KE na spółkę z Wiosną miała już tylko 40 proc. Dzisiejsza opozycja odepchnęła od siebie co czwartego wyborcę.

DZIŚ JEJ PROBLEMEM NIE JEST TO, JAK ODZYSKAĆ ŻOLIBORZ, ALE SUCHĄ.

Tylko jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji.

Jeżeli PiS wygra ponownie wybory, to będzie koniec demokracji liberalnej – pojawiają się takie obawy. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
W takim samym stopniu jak z tym, że gdy wygra opozycja, to nastąpi koniec narodu polskiego. Oczywiście różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale na dziś to są chwyty retoryczne. Oczywiście PiS świerzbią ręce, ale od tego to jeszcze daleko do skuteczności w manipulacjach. Już 3 lata temu były poważne obawy związane z inicjatywą zmian w prawie wyborczym. Jednak żadnych efektów te zmiany nie przyniosły dla wyniku wyborczego i naprawdę nie te zmiany sprawiły, że pan Kałuża zmienił front po śląskich wyborach do sejmiku. Do tego większość tych zmian tuż po wyborach wylądowała w koszu. Oczywiście o demokrację trzeba się troszczyć, ale nie można wpadać w panikę z powodu swoich strachów. Prawdą jest, że prezes się rozochoca i chciałby stworzyć nową elitę, ale na razie to mu się udało zrazić starą.

Gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego i były marszałek Sejmu. Rozmawiamy o kampanii, zepsuciu władzy i wyborach. – Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu PiS z niewielką przewagą nad opozycją zdobywa 234 do 226 mandatów. Sondaż prognozuje też rekordową frekwencję: 63 proc. ankietowanych deklaruje, że na pewno pójdzie, 20 proc. – że prawdopodobnie pójdzie. Będzie rekord?

TOMASZ NAŁĘCZ: Zdziwiłbym się, gdyby frekwencja była rzeczywiście na poziomie z sondażu, bo jeżeli zsumuje się wyniki, to do urn miałoby pójść ponad 80 proc. wyborców. To frekwencja niewyobrażalna i byłby to rekordowy wynik. Zawsze w sondażach wychodzi wyższa frekwencja, powód jest prosty – aby zagłosować, trzeba zaangażować się w realne działanie.

Jednak wielu ekspertów mówi o rekordowej frekwencji.
Trudno być tu prorokiem, ale podejrzewam, że frekwencja, mimo że nie będzie na takim poziomie jak wskazuje sondaż, to i tak będzie rekordowa, pewnie koło 60 proc. Wyższa frekwencja była tylko w wyborach prezydenckich, i to w momencie ogromnej koncentracji, kiedy rywalizował Wałęsa z Kwaśniewskim w II turze w 1995 roku. Frekwencja będzie wysoka, bo obie strony są przekonane, że gra toczy się o wysoką stawkę, i słusznie.

Dlaczego?
Inne są motywacje zwolenników PiS-u i partii opozycyjnych. Ci drudzy uważają – i słusznie – że gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi. Sądy mają według Kaczyńskiego zachowywać się tak jak dziś prokuratura; jeśli przedmiotem postępowania prokuratury jest sprawa z udziałem Kaczyńskiego i dwóch wież, to widzimy, jak działa prokuratura – w ogóle nie działa. Ten sam model ma zostać przeniesiony na sądy.

KACZYŃSKI MÓWI O REFORMIE, ALE KAŻDY WIE, CO W JEGO USTACH TO ZNACZY – TO DEMOLKA.

Podobnie będzie z tą częścią mediów, które postulują wolność i nie są po stronie władzy. Oczywiście Kaczyński mówi o unarodowieniu i spluralizowaniu, ale tu również wszyscy wiemy, o co chodzi. Wystarczy spojrzeć na media zwane kiedyś publicznymi. Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy.

Jeżeli chodzi o drugą stronę, to rozumiem ją, choć nie podzielam ich obaw. Wielu Polakom PiS skutecznie wmówił, że jak tylko opozycja wygra wybory, to polityka socjalna, którą wprowadził, ulegnie zniszczeniu – to nie jest prawda. Ugrupowania opozycyjne złożyły twarde deklaracje w tej sprawie i ja daję im wiarę. Tę szeroko zakrojoną politykę PiS-u może zniszczyć jedna rzecz, czy nadwyrężyć w zależności od skali zagrożenia – kryzys w gospodarce. Jeśli Polska znajdzie się w sytuacji jak Grecja, to niezależnie, kto będzie rządził, chcąc ratować kraj przed ostateczną klęską gospodarczą i przed anarchią, będzie musiał radykalnie obniżyć wydatki z budżetu. Także wydatki socjalne.

CO DO SYTUACJI GOSPODARCZEJ, TO PIS NIE MA ŻADNEJ CUDOWNEJ RECEPTY, TYLKO TRAFIŁ NA DOBRĄ KONIUNKTURĘ, UŚMIECHNĄŁ SIĘ DO NIEGO LOS, ALE JUŻ SĄ ZNAKI, ŻE TA KONIUNKTURA ZACZYNA SIĘ ZAŁAMYWAĆ.

Czy był pan zdziwiony aferą Mariana Banasia?
Byłem zszokowany, choć nie do końca. Zdziwiła mnie szybkość procesu, bo Jarosław Kaczyński czyni coraz bardziej z polskiej demokracji wydmuszkę: zachowuje instytucje, które były filarami systemu demokratycznego, ale obsadza ich swoimi ludźmi. Forma zatem pozostaje ta sama, ale treść już jest zupełnie inna. W gruncie rzeczy mamy miękkie osuwanie się w system autorytarny. Każdy historyk i politolog wie, że system autorytarny służy demoralizacji ludzi władzy, bo nie ma mechanizmów kontroli. My nie mamy w Polsce systemu autorytarnego, jest jeszcze fragment niezależnej opinii publicznej. To przecież dzięki dziennikarzom, a nie służbom specjalnym sprawa Banasia ujrzała światło dzienne. Wydawało mi się, że Kaczyński i jego ludzi mają świadomość, że jest jeszcze szereg instytucji obywatelskich niezależnych, które monitorują sytuację. Okazuje się, że bezkarność rozzuchwala.

SPRAWA PANA BANASIA, NIEZALEŻNIE, CZYM SIĘ SKOŃCZY, BO JA W PIS-OWSKI WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI NIE WIERZĘ, POKAZUJE, ŻE TA DEMORALIZACJA POSTĘPUJE BARDZO SZYBKO.

Jak ocenia pan finisz kampanii?
Nabrała tempa. Wydaje mi się, że jednak przytłaczająca większość wyborców jest spolaryzowana, a kampania nie ma dla nich większego znaczenia. Może utwierdzić ich w przekonaniu, mobilizować do głosowania, ale jako tako poglądów nie zmieni. W kampanii wyborczej jest coś z romansu, gdy jedna strona widzi, że drugiej nie zależy, to też macha ręką. Jeżeli coś ma jednak zmienić, to raczej nie na korzyść PiS-u.

Na pewno na tym finiszu nie zyskuje PiS, bo wiele brzydkich spraw PiS-u ostatnio wyszło na jaw. Jeżeli ktoś nie jest bardzo przywiązany do tej partii, to może mieć wręcz odruch wymiotny.

GŁOSOWAĆ NA FORMACJĘ, KTÓRA DAJE WIARĘ, ŻE MINISTER ZIOBRO NIE WIEDZIAŁ O AFERZE HEJTERSKIEJ W SWOIM MINISTERSTWIE, ŻE SŁUŻBY SPRAWDZAJĄ OD KILKU MIESIĘCY PANA BANASIA I NIE MOGĄ DOJŚĆ DO WNIOSKÓW, KTÓRE DZIENNIKARZ USTALIŁ NIE POSIADAJĄC MOŻLIWOŚCI, JAKIE MAJĄ SŁUŻBY, TO RZECZYWIŚCIE TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM BARDZO ZAKOCHANYM W PIS-IE, ABY NIE WIDZIEĆ TYCH SKAZ NA WIZERUNKU.

Do wyborów został tydzień, a w niektórych okręgach, np. w  Warszawie, jest dwóch kandydatów opozycji do Senatu. Czy któryś z powinien się wycofać?
Oczywiście. Wszyscy kandydaci mniejszościowi powinni się wycofać. Tu sytuacja jest jasna jak słońce. Okręgi są jednomandatowe, a ordynacja jest większościowa. Wygrany bierze wszystko. Tu nie ma dogrywki czy drugiego miejsca. Jeżeli głosy na opozycji podzielą się między dwóch kandydatów, to mimo iż razem zgromadzą większą część głosów, to wygra kandydat partii rządzącej.

Ja bardzo cenię to, co publicznie robi pan Kasprzak, doceniam jego osobistą ofiarność i determinację. Jednak jeżeli w jego okręgu i okręgu pana Ujazdowskiego wejdzie do Senatu kandydat PiS-u, to nie może nam potem tłumaczyć, że chciał dobrze.

NAWET JEŻELI PAN KASPRZAK DOBRZE CHCE, TO MOŻE SIĘ OKAZAĆ, ŻE STANIE SIĘ TAK, ŻE UMOŻLIWI ZDOBYCIE MIEJSCA W SENACIE KANDYDATOWI PIS-U. POLITYKA OPRÓCZ MORALNOŚCI I IDEOWOŚCI MUSI MIEĆ JESZCZE ELEMENT SKUTECZNOŚCI.

Bardzo wiele nieszczęść w przeszłości sprawili idealiści, którzy dobrze chcieli, ale nie potrafili słusznej idei wcielić w życie. Apelowałbym do tych wszystkich kandydatów, którzy dzielą głosy opozycji, aby poza ideami pamiętali o niezbędnym dodatku do polityki, jakim jest skuteczny wybór metody. Pan Kasprzak ma na sztandarach niezwykle piękne wartości i zachowania, ale brakuje mu skuteczności, a jest to wartość w polityce realnej, czyli w dniu głosowania.

Czy wolność kandydowania nie jest solą demokracji?
Nie można też ulegać narracji PiS-owskiej, że przecież jest demokracja, więc niech kandyduje każdy, kto chce – bo ilu jest kandydatów z PiS-u w okręgach do Senatu? Tylko jeden. Dlaczego w PiS-ie nie może kandydować, kto chce? Bo to strategia na samospalenie i prezes o tym wie. Jeszcze jest czas i można wycofać się z kandydowania.

Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy.

Gdyby to, co wyprawia się w Polsce było tematem jakiejś książki z gatunku fantasy, to zaśmiewałabym się do łez. Śmiałabym się i jednocześnie pukała w głowę, nie rozumiejąc, co z tą książkową społecznością nie tak, iż pozwala po sobie jeździć jak po łysej kobyle, że jest aż takie przyzwolenie na demolkę państwa, że w ogóle niesamowitą wyobraźnię miał autor, opisując coś takiego. Po przeczytaniu, odłożyłabym tę książkę, by już nigdy do niej nie wrócić, bo wydałaby mi się totalnie wydumana, oderwana od realiów, bez sensu.

Problem jednak polega na tym, że to się dzieje naprawdę i to już od 4 lat. To nie jakiś książkowy twór, matrix, ale nasza polska rzeczywistość, więc ani się pośmiać, ani przejść nad tym do porządku dziennego. Gdzie się nie ruszę, gdzie nie spojrzę tam stykam się z totalnym absurdem i realiami jak w krzywym zwierciadle. I im głębiej w to wchodzę, tym mniej rozumiem. Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy, postawa roszczeniowa podstawą rozwoju państwa, niezaspokojona żądza władzy i kasy należy się jak psu zupa, a buta i arogancja brylują na politycznych salonach, pozwalając i nam, maluczkim, na coraz większe hołdowanie tym demonom.

Staje przede mną facet i mówi, że polska służba zdrowia jest najlepsza w Europie, a na SOR-ach umierają ludzie, lekarze padają z przepracowania, posiłki w szpitalach mogą prowadzić do wyniszczenia głodowego pacjentów. Gwiazda polskiej edukacji uwiła sobie bezpieczne gniazdko w Brukseli, jej następca zachwala reformę, a szkoły ledwo zipią. Prezydent opowiada bajeczki o tym, jakoby zagrożenie klimatyczne to jakaś manipulacja, woli bronić interesów grup społecznych, a smog wywołuje coraz bardziej tragiczne skutki, upały stają się nie do zniesienia, ludzkość staje na granicy zagłady. Były minister rolnictwa chce karać dzieciaki za udział w strajku klimatycznym, zapominając, ile się napracował, by rozwalić polski ekosystem. Premier już kilkakrotnie został przyłapany na kłamstwie, a co wystąpienie to bajdurzy jak z nut. Prezes partii rządzącej wciąż gada o wolności i rozkwicie demokracji, jednocześnie rozwalając praworządność, idąc przez Polskę z hasłami nienawiści, obrażając każdego, kto się pod jego słowami nie podpisuje.

Służba zdrowia, przemysł, edukacja, przedsiębiorczość, kultura, wojskowość, dyplomacja zagraniczna, inwestycje, stosunki społeczne… to wszystko leży i kwiczy. 4 lata! Wystarczyły 4 lata, by zamienić Polskę w skansen nietrafionych decyzji, fatalnego gospodarowania, politycznej mitomanii. Wystarczyły 4 lata, by Polak Polakowi stał się wrogiem, a o wzajemnym szacunku, uśmiechu czy życzliwości można zapomnieć.

Co będzie po kolejnych czterech, jeśli uda się PiS-owi wygrać i mieć większość parlamentarną? Władza przejmie już całkowicie kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, media niezależne będą musiały przejść do podziemia, UE ciachnie nam dotacje, co znacznie pogorszy sytuację gospodarczą,  część narodu z wyciągniętą ręką będzie żądała jeszcze więcej i więcej, Polska Instytucja Kościelna będzie pławić się w luksusie, policja będzie karała za wszystko jak leci, wolność i swoboda staną się pustymi słowami, Konstytucja zostanie przerobiona na pisowską modłę, podatki nas zeżrą, bo przecież ktoś będzie musiał zarobić na rozdawnictwo kasy, a prawa człowieka wylądują w koszu na śmieci. Widzę ciemność i tylko ciemność…

Taką właśnie Polskę zafunduje nam prezes, który już dzisiaj nie ukrywa swoich planów. Wielu Polakom to się podoba, bo najważniejsze jest przecież to, by do władzy nie wrócił wróg numer jeden, czyli PO, by i inne partie opozycyjne oblizały się smakiem. Jakże skutecznie Kaczyński wbił ludowi do głowy, że jego partia może wszystko, bo i tak jest lepsza od poprzedników. Stąd to nieustające uwielbienie i pełna akceptacja. Tej partii wolno wszystko, bo zasługuje ona na swoje koryto, tym bardziej, że ochłapami z niego umie się podzielić, a nie tak jak poprzednicy.

Jeszcze kilka dni do wyborów. Nie ukrywam, że jestem pełna niepokoju. Nie tylko dlatego, iż dzięki ciężkiej pracy Kościoła i rzuconym kolejnym obietnicom, zapewne wielu Polaków zagłosuje na PiS, ale obawiam się też, jaką decyzję podejmą ci, którzy z zasady na wybory w ogóle nie chodzą. Czy i tym razem odpuszczą, uważając, że polityka ich nie dotyczy, wierząc w swoją dobrą karmę, której żadna władza nie zaszkodzi? Co zrobimy, gdy okaże się, że rację miał Kochanowski, pisząc „(…) Nową przypowieść Polak sobie kupi/  Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”?

Obawiam się też sytuacji, gdy jednak PiS nie osiągnie zamierzonego celu. Znając prezesa i jego ludzi, podejrzewam, że są przygotowani na każdy wariant i raz zdobytej władzy tak szybko nie oddadzą. Co wymyślą, by może unieważnić wybory czy tak je zmanipulować, by móc spać spokojnie?

Zagłada Polski. To rzeczywisty program PiS

22 Czer

13-letnia Inga Zasowska zwraca uwagę polityków na fatalny wpływ ich polityki na klimat. Mimo że kilka dni temu zakończyła rok szkolny to, zamiast oddawać się beztrosce wakacji, zdecydowała udać się przed Sejm, aby zaprotestować.

Polska zablokowała europejską neutralność klimatyczną. – Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza – komentuje Andrzej Halicki, europoseł PO. Poza tym KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem są wydawane nieefektywnie i stawia ultimatum. Polska może stracić część unijnych pieniędzy.

Idea została zablokowana przez rządy Polski, Węgier, Czech i Estonii. Dlaczego? Oficjalnym powodem jest brak doprecyzowania, jak ma wyglądać droga do neutralności klimatycznej.

Unia Europejska chciała określić konkretne ramy, które pozwoliłyby osiągnąć w 2050 r. neutralność klimatyczną. Ów termin nabrał mocy pod koniec ubiegłego roku, kiedy stało się jasne, że UE chce szybciej wdrażać w życie postanowienia Porozumień Paryskich. Zwłaszcza po tym, jak wycofał się z nich prezydent USA Donald Trump.

Oczywiste jest, że taka strategia uderzy w gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla. Ta nad Wisłą oparta jest na czarnym złocie w ok. 77 proc.

„Premier Morawiecki broni interesów Polski ws. polityki klimatycznej. Cel: uczciwe rozłożenie kosztów ochrony klimatu z uwzględnieniem specyfiki krajów. Cele klimatyczne ważne tak samo jak sposoby ich realizacji zapewniające bezpieczeństwo obywateli, przedsiębiorców i gospodarki” – tak postawy premiera Mateusza Morawieckiego bronił rzecznik rządu Piotr Müller.

Ale innego zdania są politycy opozycji

PO: Polityka rządu szkodzi zdrowiu Polaków

– Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza. Egoistyczne interesy rządu przedkłada ponad zdrowie Polaków. (…)  Trujemy siebie, ale nie tylko siebie, trujemy całą Europę i staliśmy się z lidera krajem, który jest politycznie na marginesie. A w tym największym cywilizacyjnym wyzwaniu stajemy się czarną owcą – komentuje europoseł PO Andrzej Halicki.

Według polityków PO takie weto to skandal. Zwracają uwagę na to, że nie tylko nie ograniczamy emisji CO2, ale także sprzeciwiamy się wprowadzeniu działań, które mogą powodować neutralność, takich jak zalesianie czy instalacje pochłaniania CO2. – Polska potrzebuje zmian w bilansie energetycznym. Potrzebujemy coraz więcej zielonej zamiast brudnej energii – mówi rzecznik PO Jan Grabiec.

– Samym wetem niczego nie załatwią. Jeżeli rząd prowadziłby politykę proekologiczną, mógłby wzmacniać swój głos na szczytach europejskich i pozyskiwać więcej środków dla Polski. Cała Europa widzi, że premier Mateusz Morawiecki jest lobbystą na rzecz rosyjskiego węgla, bo importujemy rekordowe ilości rosyjskiego węgla – dodaje.

„Czyste Powietrze” pod okiem Brukseli

KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem przez NFOŚ wydawane są nieefektywnie. I stawia ultimatum – albo przejmą tę rolę komercyjne banki, albo Bruksela nie da więcej pieniędzy.

Taki list trafił na biurko ministrów rządu oraz pełnomocnika ds. programu „Czyste Powietrze”. Dotarła do niego „Gazeta Wyborcza”. Rząd ma czas do 21 czerwca, aby podjąć decyzję, czy dostosuje się do zmian w programie, czy zrezygnuje z 6-8 mld euro wsparcia unijnego na walkę ze smogiem.

– Kiedy przychodzi do działania, to mamy takie efekty jak z programem „Czyste Powietrze”, gdzie planuje się wymianę 40 tys kotłów, a powinno się w tym roku wymienić 400 tys, żeby to miało sens. Nic dziwnego, że KE stawia warunki i żąda, aby rząd działał energiczniej w tym zakresie. Żeby nie tworzył barier biurokratycznych, nie kierował pieniędzy do działaczy partyjnych, którzy obsiedli rządowe instytucje, ale do samorządów i ludzi, którzy chcą wymieniać piece – mówi Jan Grabiec.

Przypomnijmy, rocznie z powodu smogu umiera 40 tys. osób.

Dziennikarz Adam Wajrak o zachowaniu polskiego rządu w czasie szczytu klimatycznego Unii Europejskiej.

Więcej >>>

Niewiele osób wie, że dziś obchodzony jest Dzień Przedsiębiorcy. Został wprowadzony w 2016 r. w wyniku przyjętej przez Sejm – głosami posłów PiS – uchwały. Ale premier pamiętał i postanowił złożyć biznesmenom życzenia. – „Wszystkim przedsiębiorcom – z okazji Waszego święta – chciałem podziękować za wkład w polskie PKB i gospodarkę. Życzę Wam nade wszystko dynamicznego rozwoju – rośnijcie, zatrudniajcie i rzucajcie wyzwanie światowym korporacjom, bo wiem, że jesteście w stanie osiągać wszystko” – napisał Mateusz Morawiecki na Twitterze.

„I dlatego mój rząd wprowadził dla was niekorzystne zmiany w rozliczaniu zakupu i eksploatacji firmowych samochodów, podniósł wam składkę ZUS, a żebyście mogli płacić wyższe kary za błędy w interpretacji przepisów podatkowych podniósł opłatę za interpretację o 5 000%”; – „Jako przedsiębiorca mam jedną prośbę. Niech Pan o nas zapomni”; – „I płaćcie coraz wyższe daniny, aby rządzący mieli za co kupić wyborców”; – „Tak jest, przedsiębiorcy, pracujcie ciężko na podatki, żeby PiS miał z czego rozdawać. A jak nie będziecie tego robić, to i tak PiS będzie rozdawał, a długi będą spłacać wasze dzieci”; – „Socjalistyczna władza was wydoi ale poza tym życzy wam wszystkiego najlepszego. Panie premierze pan to jest niezły jajcarz” – komentowali życzenia premiera internauci.

Morawieckiego krytykowali nawet prawicowi dziennikarze i blogerzy. – „Wszystkim przedsiębiorcom dziękujemy, że możemy was doić i obiecujemy, że będziemy was doić dalej jeszcze bardziej” – napisał Łukasz Warzecha z „Do Rzeczy” i wp.pl. A Kataryna dodała: – „Do podziękowań dołączam wyższy ZUS dla samozatrudnionych już od przyszłego roku”.

Jeden z internautów postanowił bronić partii rządzącej: – „PiS obniżył CIT dla małych i średnich przedsiębiorstw z 19% do 9%”. Spotkał się z natychmiastową ripostą: – „Tak? A ilu Polaków skorzystało? Spółki z obcym kapitałem. Dlaczego nie ma poważnej pomocy dla firm jednoosobowych? Propaganda medialna, a zarzynane są polskie małe firmy. Obywatele są wolni, gdy mogą sami swobodnie prowadzić własny biznes, a dziś lepiej pracować u kogoś niż na swoim”.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy – pisze Cezary Michalski. „Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot”

Wśród „dobrych ludzi” w liberalnych mediach (pojęcie „dobrego człowieka” pożyczam od Bertolta Brechta, który nie widział gorszego szkodnika, niż „dobry człowiek” na polu politycznej walki) zapanowała moda na argument o „pogardzie liberalnego elektoratu dla elektoratu PiS” jako największym problemie polskiej polityki, głównej przyczynie porażek z Kaczyńskim. Podejmują ten wątek poważni i niepoważni komentatorzy, nawet politycy. Szczególnie po wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których Koalicji Europejskiej udało się zdobyć prawie 40 procent głosów, ale nie udało się pokonać PiS, które znów skutecznie posłużyło się szatańską mieszanką przekupstwa, nienawiści i strachu.

Zamiast zastanawiać się, jak w tej sytuacji, przed jesiennymi wyborami, zmobilizować własny elektorat,

specjaliści od „przepraszania” robią wszystko, żeby te 40 procent głosów przed jesienią zmarnować, zdemobilizować, spacyfikować poczuciem winy.

Warto więc przypomnieć, że pierwsze salwy w ostatniej (sięgającej co najmniej katastrofy smoleńskiej) odsłonie politycznej, kulturowej, bez mała cywilizacyjnej wojny w Polsce wystrzelił Jarosław Kaczyński oraz jego „tożsamościowa” prawica. I od razu użyli broni masowego rażenia oraz brudnych bomb. Od „zamachu w Smoleńsku” po „lemingi” (które miały tworzyć zdegenerowaną mieszczańską elitę społeczną III RP), od „kondominium” (którym rzekomo była Polska po roku 1989, a później Polska jako kraj członkowski UE) po „drugi sort”, „komunistów i złodziei”, „zdradzieckie mordy” (jak Jarosław Kaczyński, a w ślad za nim liderzy prawicowej opinii publicznej nazywali swoich politycznych konkurentów, przeciwników czy uczestników społecznych protestów przeciwko łamaniu konstytucji i praworządności przez rządzące już PiS).

W dodatku Kaczyński i jego ludzie nie tylko przekraczali granice językowej poprawności czy nawet prostej uczciwości, ale łamali też konstytucję i prawo, niszczyli instytucje i ludzi.

Tragicznym finałem tego procesu było zamordowanie Pawła Adamowicza przez człowieka całkowicie nafaszerowanego PiS-owskim językiem nienawiści, którego upowszechnianiu od czterech lat służą także całe państwowe media.

Tymczasem dziś – i to od wielu bynajmniej niepisowskich „symetrystów”, celebrytów, liderów opinii publicznej – dowiadujemy się, że to „liberalny elektorat pogardza”, że to ofiary PiS-owskiego języka nienawiści są winne i muszą przeprosić. Od dziewcząt i chłopców (nieraz już przed trzydziestką, ale wciąż pozostających dziećmi pod parasolkami tatusiów i mam), tkwiących głęboko w swoich elitarnych bańkach, w których rozmawiają tylko ze swoimi przyjaciółmi i przyjaciółkami, bo każde wyjście z „safe space” powoduje u nich traumę wymagającą długotrwałej terapii, słuchamy opowieści o konieczności „wyjścia z liberalnej bańki do ludu”. Słuchamy też sentymentalnych i kiczowatych opowieści o „podzielonych rodzinach”, w których „trzeba rozmawiać z wujkami głosującymi na PiS”.

„Trzeba rozmawiać” staje się sentymentalnym banałem ukrywającym o wiele trudniejszą prawdę o tym, że trzeba się także spierać, oczywiście lepiej na argumenty, niż generalizujące wyzwiska, jednak bez fałszywej nadziei, że „jesteśmy jedną polską rodziną”, a winni naszych konfliktów i różnic są „politycy”, zwykle ci „liberalni”.

Ja też mam podzieloną rodzinę, z ogromną nadreprezentacją zwolenników i zwolenniczek PiS w pokoleniu dziadków i wujów. Zwykle są to ludzie, którzy przeszli znamienną ewolucję od oportunizmu w czasach późnego PRL do dzisiejszego entuzjazmu dla Tadeusza Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo często jest to połączone z całkowitym zakłamaniem własnej biografii z czasów PRL. Smętni oportuniści, którzy kiedyś nienawidzili Wałęsy czy Michnika dlatego, że Wałęsa i Michnik zawstydzali ich nawet w oczach ich własnych dzieci, dziś z wypiekami czytają książki i teksty Cenckiewicza, żeby móc nienawidzić Wałęsy i Michnika za to, że byli „agentami” czy „żydokomuną”.

Stanisław Piotrowicz jest dla tej formacji postacią bardzo reprezentatywną, bo przecież Piotrowiczów mamy w każdej naszej rodzinie. Jak z nimi rozmawiać, kiedy oni mają emocjonalny i biograficzny interes w tym, żeby w takiej rozmowie kłamać – od początku, do końca. A

Jarosław Kaczyński pomógł im to kłamstwo utwardzić i uporządkować.

Jest też w mojej rodzinie nadreprezentacja radykalnej lewicy w pokoleniu wnuków i wnuczek. Niektórzy z nich więcej wiedzą o językowych modach kulturowej lewicy w Ameryce czy Francji, niż o polskiej historii i współczesności. W mojej podzielonej rodzinie – tak jak w wielu innych – często się kłócimy, nie zawsze są nawet podstawowe warunki do cywilizowanej rozmowy, ostatnio wolimy rozmawiać o pogodzie i wczasach, niż o polityce, bo o polityce naprawdę nie da się już rozmawiać. Ja sam w późnym PRL-u zbuntowałem się przeciwko pokoleniu rodziców i wujów właśnie z powodu polityki. Dlatego nie wierzę w „rodzinną sielankę”, którą da się odbudować, gdy tylko zniknie „wyższościowy język liberalnej Polski”.

Za klucz do zwycięstwa lub choćby niepoddania się PiS-owi uważam raczej pełną mobilizację demokratycznej i prozachodniej Polski, niż jej językowe i tożsamościowe rozbrojenie pod hasłem „lepiej rozmawiajmy, niż się kłóćmy”. Oczywiście dobra i odpowiedzialna polityczna władza musi tego typu konflikt wygaszać. Zła władza celowo go radykalizuje.

Demokratyczna opozycja nie ma dzisiaj narzędzi, żeby wygaszać konflikt świadomie radykalizowany przez Kaczyńskiego, dla którego (a także dla jego zwolenników i sporej części wyborców) „prawdziwy pokój w Polsce” może zapanować tylko w społeczeństwie i państwie całkowicie ujednoliconym przez autorytarną władzę,

gdzie wszyscy będą „pomagać Kaczyńskiemu”, a nie mu „przeszkadzać i krytykować”, gdzie wszyscy będą konserwatywnymi katolikami, bo inne tożsamości czy wrażliwości to przecież „dewiacje” albo wręcz „satanizm”.

Jakiś czas temu w rzeszowskim dodatku „Gazety Wyborczej” ukazał się znamienny wywiad z posłem PiS z Podkarpacia. Dla niego nie tylko TVN, ale nawet media państwowe są „zbyt przepełnione konfliktem”, „zbyt agresywne”. Tu nasi „symetryści” powinni się ucieszyć, ale pointa tej opowieści człowieka całkowicie ukształtowanego już przez autorytarny model myślenia jest zaskakująca, bo za najbardziej „spokojne”, „wyciszone”, „unikające konfliktu”, a nawet „obiektywne medium” pan poseł (i wielu myślących podobnie jak on) uważa „media ojca Tadeusza Rydzyka, bo tam się nikt nie kłóci”.

Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot.

Intelektualiści, a nawet publicyści, jeśli już nie chcą brać udziału w politycznym konflikcie, są przynajmniej zobowiązani do sprawdzania wiarygodności różnych jego stron, a nie do łykania ich hipokryzji czy wręcz przyłączania się do niej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, który był bardziej trzeźwym obserwatorem naszego kraju, niż wielu dzisiejszych „ludzi dobrej woli”, napisał kiedyś, że Polsce (szczególnie w bardzo skłonnej do hipokryzji Polsce katolickiej) najbardziej niebezpieczny jest „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”.

Z kolei wybitny anglosaski intelektualista Robert Hughes, pisząc o największych patologiach współczesnego liberalnego świata, jego kampusów i mediów, stworzył określenie „lingwistycznego Lourdes politycznej poprawności”, gdzie wzajemne „nasładzanie się” członków akademickich elit, występujących zazwyczaj w imieniu wykluczonych, których wcale nie znają, w ogóle uniemożliwia prowadzenie sporów opartych o twarde argumenty i niewygodne diagnozy. Problem w tym, że uniemożliwia wyłącznie w obozie liberalnym, szantażowanym przez politycznie poprawną lewicę kulturową, bo w obozie prawicy pogarda i nienawiść wobec „liberałów”, „feministek”, „lemingów” i „elyt” szaleje w najlepsze, bez żadnych ograniczeń.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy.

Oczywiście

nieco inne są zobowiązania wobec polityków, oni muszą przynajmniej udawać otwarcie na wszystkich wyborców. A sprawując władzę naprawdę muszą tworzyć instytucje i prawa przeznaczone dla całej wspólnoty politycznej, niewykluczające nikogo. Jednak Jarosław Kaczyński nawet nie udaje, że się do tych zasad stosuje.

Nienawiść do przeciwników wyraża szczerze, a do instytucji państwa, do konstytucji i prawa podchodzi zgodnie z „moralnością Kalego”. Wykluczając ze wspólnoty i państwa opozycję oraz jej wyborców. Łamiąc prawo wszędzie tam, gdzie to mu jest wygodne.

Wyborcom Kaczyńskiego, „dobrym ludziom z naszych rodzin, którzy głosują na PiS”, w niczym to nie przeszkadza. Miłośnicy „językowego Lourdes” z liberalnych mediów nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. „Szanujemy wyborców PiS”, „szanujemy naszego wuja czy ciotkę”, podczas gdy oni głosują na człowieka, który wyklucza i wyraża nieskrępowaną pogardę wobec wszystkich swoich przeciwników. Organizuje nienawiść, dąży do likwidacji wszelkiej opozycji „bez żadnego trybu”, bo „krytykuje zamiast pomagać”.

Oni to uznają. Dlaczego? Jak ich przekonać? A co, jeśli popierają go właśnie dlatego, że jego pogarda, nienawiść są im bliskie, realizują jakieś ich podstawowe potrzeby, resentymenty, interesy? Żaden z uczestników „językowego Lourdes”, częstujący nas kiczowatymi opowieściami o „swoich wujkach i ciociach głosujących na PiS-u”, nie daje odpowiedzi na te pytania, nawet się nad nimi nie zastanowił. Całkowicie zadowala się emocjonalnym kiczem. Także dlatego, że ten emocjonalny kicz utrzymuje go w przekonaniu o własnej szlachetności.

Może spróbujmy jednak ten sentymentalny języczek portali społecznościowych trzymać z daleka od polityki. Szczególnie jako dziennikarze, intelektualiści, liderzy opinii publicznej, zamiast uprawiać „lingwistyczne Lourdes” czy inny „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”, zajmijmy się klarownym opisem polskiej polityki. Tego, co jest w niej czystą walką, i tego, co jest w niej walką nieczystą.

Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych i religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle nie krzywdził innych ludzi.

Jest takie stare powiedzenie, że „ryba psuje się od głowy”. Kiedy rozglądam się po naszej Polsce, coraz bardziej widzę, że ta coraz bardziej śmierdząca ryba ma się u nas świetnie. Najważniejsze instytucje, czyli te, związane z polityką i Kościołem, podają nam wręcz na tacy te swoje, mocno nadgryzione zepsuciem, głowy. Przekroczyły już one wszelkie granice przyzwoitości, kultury i zamiast być dla nas obywateli wzorem, pokazują nam przerażające oblicze. Oblicze pełne nienawiści, hipokryzji, zakłamania, buty i arogancji. I dziwić się, że w tej sytuacji społeczeństwo chamieje na potęgę, radykalizuje się w tempie wręcz zastraszającym?

Popatrzmy, wczoraj trwały w Polsce obchody jednego z najważniejszych świąt katolickich, czyli Boże Ciało. Kiedyś to była naprawdę feta religijna, łącząca wiernych we wspólnym przeżywaniu. Kiedyś… ale nie dzisiaj. Dzisiaj niektórzy prominenci kościelni pokazali, jak można świetnie wykorzystać taki dzień do krzewienia nienawiści i kłamstw, np. arcybiskup Jędraszewski, który rozprawiał o deprawacji dzieci, bo taki przecież – według niego – jest cel karty LGBT i zaleceń WHO. Wydawałoby się, że człowiek wykształcony, rozumny, a tu takie słowa, w takim właśnie dniu. Czy arcybiskup Głódź, który w swojej homilii mówił, iż „Kościół znalazł się dziś pod ostrzałem nihilistycznych ideologii, za którymi idzie obdzieranie z autorytetu, społecznego szacunku i godności”.

Jak widać, każda okazja dobra, by pokazać wiernym, jaki „biedny” jest dzisiaj polski Kościół. Jaki prześladowany, niszczony, krzywdzony niesprawiedliwymi ocenami. Szkoda, że żaden z tych hierarchów nie ma w sobie na tyle pokory, by zauważyć, że już dawno przestali oni być przywódcami duchowymi, a stali się politykami w sukienkach. Jakoś nie mówią nic o tym, że dzisiaj są „świętymi krowami”, które za przyzwoleniem i pełnym wsparciem PiS-u taplają się w wielkim dobrobycie, majątkami aż kłują w oczy, roszczą sobie prawo do chrystianizacji kraju, narzucając wszystkim swoje chrześcijańskie poglądy, wieszając nam krzyże, gdzie popadnie, racząc nas mszami przy każdej okazji i pouczając naród, jak ma żyć, z kim i po co.

Czyż można więc dziwić się, że z jednej strony wielbiciele takich ludzi jak Jędraszewski czy Głódź najchętniej z szabelkami w ręce ruszyliby w obronie wiary przeciwko każdemu, kogo ci panowie wskazują im jako wroga? Czyż można się dziwić, że narasta coraz większy opór oraz niechęć tych, którym z takim Kościołem od dawna nie po drodze?

Jakże chętnie obie strony wychwytują z retoryki Kościoła to, co im pasuje. Nie szczędzą słów, byle by tylko jak najmocniej dowalić, zranić do bólu, dokopać na całego. Wierni, skupieni wokół tego Kościoła, który na kilometr śmierdzi zepsuciem i nie ma nic wspólnego z tym, co głosi papież Franciszek, coraz agresywniej atakują swoich przeciwników. A to walną różańcem w głowę, to krzyżem pomachają złowrogo przed nosem, chętnie oplują, obrzucą przekleństwami rodem z rynsztoka. Pojawili się jacyś Wojownicy Maryi, którzy z mieczami w ręce i za pełnym przyzwoleniem tej czarniejszej odmiany polskiego Kościoła, będą walczyć o Polskę chrześcijańską i polską rodzinę, oczywiście opartą na ich kryteriach. Toż to nic innego jak zgoda na krucjatę, stawiającą Polaka przeciwko Polakowi, mieszającą w głowach narodu, skłócającą, niszczącą jedność obywatelską.

Druga strona nie pozostaje dłużna, więc obrywa się wszystkim, jak leci. Katolik to katolik, wrzuca się ich do jednego worka i odbiera im się prawo do własnych przekonań i własnej wiary. Ciekawe to, bo ta strona żąda dla siebie tolerancji i zrozumienia, a sama aż przebiera nóżkami, by pokazać, że ta tolerancja i to zrozumienie należy się tylko jej, ale przeciwnikom już absolutnie nie. Gdzieś na Paradzie Równości ubaw po pachy, bo ktoś przyniósł transparent, na którym Madonny tańczące wokół waginy. Ktoś tam zbezcześci krzyż i ależ „frajda”.

Coraz mocniej, silniej, ostrzej. Coraz więcej zacietrzewienia, nienawiści. I po co to wszystko? Po co czerpać wzorce od tych, którym wydaje się, iż są ponad wszystko? Są jedynymi autorytetami, choć zamieniają nasze życie w szambo? A gdzie zwykły szacunek dla drugiego człowieka, jego przekonań, wiary, prawa do życia podług własnych zasad? Dokąd zmierzamy?

Może już czas wrzucić na luz. Krytykować za zło, ale nie potępiać w czambuł. Nie budować kolejnych murów i murków. Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych, religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle tylko nie krzywdził innych ludzi i nie narzucał im siebie.

Trzeba wreszcie odsunąć się od tych, którzy naszą polskość znaczą dzisiaj nienawiścią, złością i agresją. Trzeba wreszcie pokazać tym politykom i prominentom kościelnym, że Polak to nie głupiec, swój rozum ma i wypisuje się z tej retoryki. Trzeba wreszcie piętnować za dzielenie nas jako narodu, a nie dostosowywać się i tańczyć tak, jak nam ci „pseudopasterze” zagrają. Trzeba wreszcie przestać traktować jak wroga każdego, kto myśli inaczej. Trzeba pozbyć się tych „głów”, bo za chwilę z całej ryby pozostaną już tylko cuchnące ości.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Dojna zmiana PiS tworzy swoją oligarchię

16 Kwi

Przez ostatnie trzy lata wszyscy już zorientowaliśmy się, że przedwyborcze zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości z 2015 roku o wprowadzeniu nowych standardów w zatrudnianiu w spółkach z udziałem Skarbu Państwa czy zwalczanie kolesiostwa i nepotyzmu były niczym innym, jak perfidnym kłamstwem. Skala skoku na dobrze płatne stanowiska w państwowym dominium osiągnęła poziomy nieznane wcześniej w III RP. Rząd PiS w systemowy sposób zapewnił swoim działaczom trwałe finansowanie, które ci zapewne częściowo muszą oddawać do wspólnej partyjnej kasy ku chwale “dobrej zmiany”.

Portal OKO.press postanowił dokładnie przeanalizować sprawozdania finansowe państwowych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych i sporządził precyzyjny ranking siedemdziesięciu trzech złotych, srebrnych i miedziowych dzieci PiS, które od początku rządów partii Jarosława Kaczyńskiego zarobiły łącznie bagatela 94,5 mln złotych. Osoby to oczywiście nieprzypadkowe – zwykle powiązane w oczywisty sposób z premierem Morawieckim, wicepremier Beatą Szydło, ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą czy jego zastępcą Patrykiem Jakim. 

Jak pisze Bianka Mikołajewska, podzielono ich na kategorie, w których znalazło się:

  • 19 prawdziwie „złotych ludzi” – zarabiających powyżej 2 mln zł. Łącznie wypłacono im 63 mln 271 tys. zł
  • 13 osób z zarobkami od 1 do 2 mln zł (nazwanych w rankingu „srebrnymi”). W sumie zarobiły one 19 mln 356 tys. zł
  • 41 osób, które otrzymały mniej niż milion złotych wynagrodzenia („miedziani”). Łącznie spółki wypłaciły im 11 mln 888 tys zł.

Rekordzistą okazuje się Michał Krupiński, były prezes PZU, obecnie prezes PKO BP. Otrzymał od tych dwóch spółek 6 mln 928 tys. złotych. Nie jest tajemnicą, że Krupiński zawdzięcza swoją pozycję bliskim związkom ze Zbigniewem Ziobrą, którego brat Witold jest doradcą, zarówno w PZU, jak i w PKO BP.

Drugim w rankingu “złotych” jest Wojciech Jasiński, obecnie członek rady nadzorczej w PKO BP, a do lutego 2018 roku prezes PKN Orlen. Dla tego jednego z najbardziej zaufanych towarzyszy Jarosława Kaczyńskiego z tzw. “zakonu PC” zmiana również była dojna. Od początku rządów PiS zarobił 5 mln 313 tys. złotych.

W rankingu znaleźć też możemy inne nazwiska, m.in.:

  • Piotr Woźniak – 4 mln 853 tys. zł
  • Mirosław Kochalski – 4 mln 308 tys. zł
  • Tomasz Karusewicz – 3 mln 924 tys. zł
  • Łukasz Kroplewski – 3 mln 656 tys. zł
  • Kamil Kamiński – 3 mln 469 tys. zł
  • Maks Kraczkowski – 3 mln 009 tys. zł
  • Andrzej Jaworski – 2 mln 211 tys. zł
  • Małgorzata Sadurska – 1 mln 312 tys. zł
  • Stanisław Kluza – 1 mln 088 tys. zł

Oczywiście z ust przedstawicieli władzy zapewne usłyszymy tradycyjnie, że te pieniądze za ciężką pracę w państwowych spółkach im się po prostu należą. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że partia Jarosława Kaczyńskiego traktuje dziś Polskę jak swój łup, z którego trzeba garściami czerpać korzyści, dopóki jest taka możliwość.

Pełny raport dostępny na portalu OKO.press.

3-ego maja szef Rady Europejskiej Donald Tusk wygłosi wykład na Uniwersytecie Warszawskim. W rozmowie z dziennikarzami w Strasburgu oznajmił, że powie wówczas coś „ważnego i ciekawego”.

Pytany o to czy jego przyjazd do Polski jest związany z kampanią wyborczą do Parlamentu Europejskiego powiedział, że święto 3 maja jest dla niego też osobiście bardzo ważnym świętem. „Tak naprawdę całą swoją aktywność publiczną właściwie zaczynałem od nielegalnych manifestacji czczących rocznicę konstytucji” – odpowiedział były premier.

Podkreślił, że „jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach trzeba powiedzieć kilka słów” – stwierdził Donald Tusk.

Dodał, że dostrzega „same dobre powody, aby właśnie tego dnia spotkać się z zainteresowanymi i szczególnie wszystkich zapraszam na Uniwersytet Warszawski” – dodał szef Rady Europejskiej.

Reżyser Andrzej Saramonowicz zareagował na pożar katedry Notre Dame w Paryżu i wpisy z nim związane w mediach społecznościowych.

Diabelstwo. Ginie 800-letnia gotycka Katedra Notre-Dame w Paryżu trawioną potężnym ogniem. We Francji, już niemal co dzień albo burzą kolejne stare katolickie kościoły, albo przekazują je muzułmanom lub na galerie handlowe. Nasza europejska cywilizacja bezpowrotnie ginie – wypowiedziała się na temat pożaru we Francji posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.

Klubowa koleżanka Pawłowicz Bernadeta Krynicka z kolei obwiniła laicyzację o pożar katedry Notre Dame. – Takie skutki przynosi choralaicyzacja – napisała na Twitterze.

Płonie Katedra Notre Dame, jeden z symboli chrześcijańskiej Europy. Porażające – zareagowała w mediach społecznościowych minister Beata Szydło.

Pisarka Manuela Gretkowska w swoim najnowszym felietonie do pożaru katedry Notre Dame w Paryżu.

Notre Dame to nasza historia, literatura, wyobraźnia. To centrum naszego życia – mówił prezydent Francji Emmanuel Macron i dodał że katedra zostanie odbudowana.

Francuscy strażacy poinformowali, że struktura budowli i fasada zachodnia zostały ocalone.

Pożar Notre Dame to dla polityków partii rządzącej okazja do straszenia rzekomą laicyzacją Zachodu i głoszenia bredni o „znakach”.

Nie śmiejcie się z polityków PiS mówiących, że pożar katedry Notre Dame to znak upadku chrześcijańskiej Europy i że trzeba się nawrócić. Bo jak wam będą wprowadzać państwo policyjne, zabierać wolne media, ograniczać prawa obywatelskie i nękać policją, to zapewniam, wszystko to zrobią w imię przywracania chrześcijańskich wartości i katolickiej Polski i Europy. Temu w istocie te brednie służą. Są alibi.

Bardzo charakterystycznie dla jakości życia publicznego swoich krajów zareagowali na pożar katedry Notre Dame polscy i francuscy politycy. Francuscy zjednoczyli się ponad podziałami, razem z obywatelami opłakali swoją narodową tragedię i zapowiedzieli odbudowę zabytku, czyli sensowne, konstruktywne działania. Politycy PiS i medialni pomagierzy tej partii zaś zaczęli straszyć ludzi i bredzić o „znakach”, usiłując wykorzystać tę tragedię do własnych politycznych celów: przekonania zabobonnej części wyborców, że pożar katedry to kara za laicyzację Francji i że, jak raczył napisać Tomasz Terlikowski, jeśli się nie opamiętamy, wszyscy spłoniemy (dokładnie brzmiało to tak: – „Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy”).

Ja rzekłabym, że Bóg, jeśli ktoś w niego wierzy, nie jest idiotą i z pewnością nie spaliłby swojego własnego domu, żeby ukarać sąsiada. Gdyby jednak tym pożarem chciał swoim wyznawcom coś przekazać, obstawiałabym (ponieważ istniejącego Boga musiałabym uważać za kogoś mądrego, a z pewnością obdarzonego sporą dawką rozumu), że próbuje powiedzieć księżom katolickim, żeby wreszcie rozliczyli się ze strasznej i niewyobrażalnej zbrodni pedofilii i równie strasznej i niewyobrażalnej zbrodni ukrywania pedofilów i przenoszenia ich latami z parafii do parafii lub/i z kraju do kraju, który to przerażający i naganny proceder (nomen omen) pokazała ostatnio w świetnym reportażu jedna z francuskich telewizji.

Ponieważ jednak zabobonna nie jestem, a w normalnym świecie powszechnie wiadomo, że pożary oraz wypadki czasem po prostu się zdarzają i nie mają żadnej metafizycznej przyczyny, muszę wyznać, że zadziwiła mnie ta spójność i niesamowite zgranie średniowiecznego przekazu o pożarze i „znakach” lansowanego przez polityków PiS i tak wielu, nawet tych inteligentnych, klakierów tej partii w mediach.

Dlaczego nie mając raczej skłonności do teorii spiskowych stałam się podejrzliwa? Bo tak się bowiem składa, że większość sił i środków przeznaczonych na kampanię wyborczą PiS idzie na przekierowanie uwagi opinii publicznej z merytorycznych porażających błędów rządu, jego niekompetencji, licznych afer finansowych, politycznych, strajków i niepokojów społecznych na sprawy kompletnie pozbawione realnego znaczenia, za to wykreowane w politycznych laboratoriach na użytek masowej wyobraźni i w niej tylko istniejące, jak wojna cywilizacji śmierci i cywilizacji życia czy wojna obrońców chrześcijańskich wartości ze zlaicyzowanym „Zachodem”.

Pomijam fakt, że obrońcami cywilizacji życia według tej narracji, mają być prawicowi politycy, walczący praktycznie bez przerwy z seksualnymi aferami w swoich szeregach i jak mówił w wywiadzie dla Magdy Rigamonti nieżyjący już prof. Romuald Dębski, zdarza się, że wysyłający swoje ciężarne żony na skrobanki (zawsze z tłumaczeniem, że sytuacja jest wyjątkowa), politycy instrumentalnie i cynicznie używający katolików jako mięsa wyborczego i nagminnie korumpujący instytucję Kościoła oraz idący im w sukurs biskupi chroniący księży pedofilów i tolerujący nacjonalistyczne, agresywne hasła na Jasnej Górze. A zagrożeniem dla owej cywilizacji życia mają być ludzie głoszący wartości prawdy, tolerancji, dobra i traktowania innych tak, tak jak sami chcielibyśmy być traktowani, czyli z godnością i szacunkiem.

Sam fakt, że tylu wyborców uwierzyło w tak absurdalne wymysły świadczy tylko o sile i sprawności propagandowych mechanizmów po stronie populistów i nieudolności w stosowaniu tychże po stronie rozważnego, umiarkowanego centrum. Jednak rzecz jest o wiele bardziej groźna. Jeśli stanie się tak, że wybory wygrają po raz drugi rządzący obecnie Polską zwolennicy politycznego i mentalnego marszu na wschód, do Putina i Orbana to – jestem o tym przekonana – zawieszą, a później po prostu ograniczą i tym razem już naprawdę bez ceregieli, prawa i swobody obywatelskie, dokończą dzieła zmiany ustroju politycznego kraju i pozbycia się opozycji parlamentarnej, zamkną usta niezależnym mediom i sterroryzują jeszcze bardziej całe grupy zawodowe – wszystkich, którzy będą mogli zagrozić ich totalnej władzy, uniemożliwiając nam normalne życie, jakie dotąd znaliśmy. I musicie mieć świadomość, że zrobią to wszystko właśnie pod hasłem chrystianizacji i przywracania wartości katolickich. Dobrze będzie się miała tylko kasta panów, czyli członków i zwolenników PiS, zaś niechętna i krytyczna wobec władzy reszta nie będzie mogła liczyć na żadne prawa, jak choćby prawo do sprawiedliwego bezstronnego procesu i na żadną sprawiedliwość.

O to właśnie toczy się gra, w której narzędziem jest wszystko, nawet pożar katedry Notre Dame – kolejna okazja, żeby wśród własnych wyznawców zasiać ziarnko strachu i zabobonu, wobec których myślenie zejdzie na drugi plan. Dlatego zamiast skupiać się na pojedynczych wypowiedziach i ruchach polityków oraz propagandystów władzy, radzę zawsze cofnąć się o kilka kroków i zobaczyć pełniejszy obraz, bo wtedy wydarzenia, które wydają się głupie i niezrozumiałe, jak idiotyczne proroctwa zagłady chrześcijańskiej Europy, głoszone w obliczu zwykłego losowego zdarzenia, nabierają zupełnie innego sensu. A co można zbudować na pozornie neutralnych wypadkach i wydarzeniach pokazała już przecież katastrofa lotnicza w Smoleńsku.

Zapamiętajcie: jak będą nas pozbawiać praw, to w imię przywracania wartości chrześcijańskich.

Magdalena Adamowicz (nr 2 na liście Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego) udzieliła wywiadu tygodnikowi Wprost. Zareagowała na niego posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.

Pawła Adamowicza zabiły słowa przemysłu szczucia, nagonki, zorganizowanego ataku na członków rodziny. To także diagnoza stanu państwa. Zamach na Adamowicza 24

22 Sty

Mowa nienawiści i sposób pokazywania mego męża wpłynęły na to, że zabójca wybrał go na ofiarę – mówi w rozmowie z Onetem Magdalena Adamowicz, żona zamordowanego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.
  • – W ostatnich latach w podobny sposób niszczono wielu ludzi, choćby Andrzeja Wajdę. Robiła to obecna władza, która ma instrumenty prześladowania i niszczenia ludzi – ocenia Magdalena Adamowicz
  • – Dla mnie to ewidentnie ręczne sterowanie prokuraturą. Nie było woli politycznej, żeby takie przestępstwa były ściganie – mówi żona Pawła Adamowicza na temat umorzenia sprawy wystawienia „aktów politycznego zgonu” dla prezydentów miast
  • Żona Pawła Adamowicza opowiada również o zachowaniu dziennikarza TVP, który przychodził do pracy jej mamy
  • – Przed ostatnimi wyborami powiedziałam Pawłowi tak: „Jeśli chcesz kandydować, musimy wysłać starszą córkę za granicę” – wyznaje Magdalena Adamowicz i mówi, że w trakcie kampanii bała się, że do ich mieszkania mogą wejść specsłużby albo policja

Andrzej Stankiewicz: Powiedziała pani na pogrzebie męża, że żałobna cisza nie może oznaczać milczenia. Chodziło pani o to, co przed śmiercią działo się wokół pani męża?

Magdalena Adamowicz: Nie kierują mną tylko wątki osobiste. Miałam na myśli milczenie rozumiane jako przyzwolenie na nagonki. Nie chodzi wyłącznie o nagonki takie, jak wobec Pawła. W ostatnich latach w podobny sposób niszczono wielu ludzi, choćby Andrzeja Wajdę. Robiła to obecna władza, która ma instrumenty prześladowania i niszczenia ludzi.

Dużo jest dziś nienawiści. Dlatego uważam, że wśród części ludzi było przyzwolenie na takie operacje. Co pan sądzi o tych aktach politycznego zgonu, które Pawłowi i innym prezydentom miast wystawiła Młodzież Wszechpolska, bo byli gotowi przyjmować imigrantów?

Dla mnie wolność słowa kończy się tam, gdzie w grę wchodzą elementy jednoznacznie związane ze śmiercią. Prokuratura ma inne zdanie. Uznała tylko, że to było naganne.

A wieszanie portretów polityków na szubienicach? A palenie kukieł?

Prokuratura prowadzi takie sprawy niespiesznie albo umarza.

Paweł był oburzony umorzeniem sprawy aktów zgonu. Pisał o tym na Facebooku parę dni przed śmiercią. Jednocześnie widzę, jak policja i prokuratura zajmuje się uczestnikami demonstracji, krytycznych wobec rządu. Ci ludzie są po prostu szykanowani. A co jest społecznie groźniejsze? Granie językiem śmierci czy sprzeciw wobec władzy? Przecież to nieporównywalne.

Pani zdaniem prokuratura umarza takie sprawy pod wpływem przesłanek politycznych czy niekompetencji śledczych?

Dla mnie to ewidentnie ręczne sterowanie prokuraturą. Nie było woli politycznej, żeby takie przestępstwa były ściganie. To dodało narodowcom wiary w siebie. Władza dała im do zrozumienia, że mogą iść dalej i robić więcej.

Magdalena Adamowicz z córkami żegnają męża i tatę. Wzruszające listy

„To jest odpowiedzialność TVP. Niechaj mnie także pozwą”

Uważa pani, że język nienawiści miał wpływ na działania zabójcy pani męża?

Tak uważam. Bagatelizowanie takich wydarzeń przez prokuraturę wywołało dalszą agresję i falę nienawiści. A to przyczyniło się do zabójstwa mojego męża.

W ciągu ostatniego roku pani mąż był bardzo często bohaterem negatywnych materiałów TVP. Część jego przyjaciół twierdzi, że to także mogło mieć wpływ na sprawcę.

Ci, którzy atakowali męża, to nie byli dziennikarze. Ci ludzie nie zasługą na takie określenie. Jeden z takich ludzi wielokrotnie biegał za Pawłem po mieście wykrzykując obelgi. Przychodził również do pracy mojej mamy, strasząc jej pracowników. Mama musiała uciekać tylnymi drzwiami. To mają być media publiczne?

TVP pozywa za sugestie, że jej działania mogły mieć wpływ na to, co się stało.

Trudno, niechaj mnie także pozywa. To jest odpowiedzialność TVP. Ja tak uważam. Mowa nienawiści, sposób pokazywania wpłynął na to, że zabójca wybrał Pawła na ofiarę. Mojego męża zabiły słowa.

Jak TVP opowiadała o Pawle Adamowiczu [ANALIZA]

„Kaczyński to nie jest najważniejsza osoba w Polsce”

Na pogrzeb pani męża przyjechali premier i prezydent. Teraz dużo mówią o pojednaniu. Ale najważniejszy człowiek w Polsce Jarosław Kaczyński nie wypowiedział ani jednego słowa po ataku na pani męża i jego śmierci. Wydał tylko oświadczenie, a na uczczenie w Sejmie minutą ciszy nie przyszedł. To niedobrze wróży.

To nie jest najważniejsza osoba w Polsce. Nie wiem dlaczego ten człowiek żywił do Pawła tak ogromną niechęć. Mówiąc szczerze, nawet nie chciałabym, żeby się o nim wypowiadał.

Minuta, która może PiS drogo kosztować [KOMENTARZ]

Pani mąż był blisko Kościoła, pani także jest wierząca. Obóz władzy wprost deklaruje związki z Kościołem. Dlaczego więc Kościół nie próbuje doprowadzić do pojednania?

Kościół jest podzielony. Mnie zdarzało się rozmawiać z księżmi o tym, że polityczne kazania nie powinny mieć miejsca. Wiele razy wychodząc z Kościoła byłam zła, słysząc treści, które nie powinny tam padać.

Na pogrzebie pani męża spotkały się te dwa Kościoły. Znamy poglądy arcybiskupa gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia — jest blisko PiS. Ale występował też ojciec Ludwik Wiśniewski, widziałem księży Bonieckiego i Lemańskiego. To katolicyzm otwarty, bliski wielu ludziom z PO.

Śmierć Pawła to było i jest ogromne cierpienie. W każdym cierpieniu — wierzę w to — musi być jakiś sens. Dlatego wierzę, że w Kościele się coś zmieni. Bo bardzo długo stosunek księży do uchodźców czy rządów prawa w Polsce — a to były kwestie bliskie sercu Pawła — rozmijały się z chrześcijaństwem.

„Obóz władzy obawiał się Pawła jako silnego polityka opozycji”

Dlaczego pani mąż znalazł się na celowniku władzy? Krytykowanych było kilku prezydentów, ale on szczególnie.

A wszystkie wiadomości na jego temat były negatywne. Sądzę, że to dlatego, że był odważny i potrafił się przeciwstawić. Gdy władza atakowała Trybunał Konstytucyjny, on urządził obchody rocznicy powstania TK. Walczył o godne obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej, obchodzone na Westerplatte. Obóz władzy obawiał się go jako silnego polityka opozycji. Sprawy prokuratorskie przeciwko niemu były przecież umorzone, ale zapadała decyzja polityczna, by je wznowić.

Przed ostatnimi wyborami powiedziałam mu tak: „Jeśli chcesz kandydować, musimy wysłać starszą córkę za granicę”. Zgodził się, że wyjedzie na jeden rok szkolny. Baliśmy się, że w trakcie kampanii mogą wpaść do mieszkania z bronią, skuć go i aresztować. Czasem rano nasłuchiwałam, czy przyszli, gdy pojawiały się dziwne odgłosy. Mojej mamie i kilku innym ludziom z nami związanymi prokuratura postawiła zarzuty — wszystko po to, żeby zastraszyć mnie i Pawła.

Po wyborach pojechałam do córki razem z młodszą dziewczynką. Paweł przyjechał do nas na Święta i Nowy Rok. Mieliśmy wtedy dla siebie wyjątkowo dużo czasu, jak na jego standardy. Ostatni raz widzieliśmy się na lotnisku 5 stycznia.

Pani się obawia o siebie i dzieci?

Boję się o przyszłość dzieci. Jestem silna, wiara mi pomaga.

Będzie pani nadal mieszkać w Gdańsku? W Polsce?

Tak, nie wyobrażam sobie inaczej. Paweł był blisko ludzi, nie bał się ich. Dlatego w uroczystościach żałobnych wzięło udział tylu ludzi. Gdańszczanie mu ufali i wiedzieli, ile robi dla miasta. Nie chodziło tylko o infrastrukturę, gdzie doszło do skoku cywilizacyjnego. Chodziło także o klimat. Paweł dbał o Gdańsk jako wspólnotę obywateli. To było dla niego ważne, żeby religia, światopogląd czy sympatie polityczne nie dzieliły. Ludzie czuli jego miłość do Gdańska. Wielu mnie namawia, żebym kontynuowała jego dzieło i zaangażowała się w politykę, żebym kandydowała do Parlamentu Europejskiego.

Nie wiem, ale dziś nie czuję takiej siły. Polityka jest taka brutalna.

>>>

Brakuje pomysłów na to, jak zmieniać system i w co inwestować, a za dużo jest bieżącej, personalnej, walki politycznej, która może doprowadzić i doprowadziła do tragedii – powiedziała Jadwiga Staniszkis w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

  • Jarosław Kaczyński już raz przeżył straszną tragedię związaną ze śmiercią brata i wtedy szukał winnych wśród konkurentów politycznych. Nie panował nad własnymi emocjami, co jest bardzo negatywną cechą polityków. Politycy powinni być bardziej racjonalni i konstruktywni. Cała ta sytuacja ujawnia wewnętrzne napięcia demokracji – uważa politolog.

– Prezes PiS jest ciągle zanurzony w tragedii brata. Jarosław Kaczyński nie powinien aktywnie uczestniczyć w polityce, bo wciąż jest wewnętrznie zdruzgotany, co przekłada się na życie publiczne i rosnące podziały. Konieczna jest zmiana pokoleniowa w polityce. Agresja prezesa PiS rodzi kolejną agresję. To budowanie kolejnych podziałów, co jest przerażające. Dużą rolę do odegrania mają media, które powinny wyciszać sytuację i pokazywać wartości bardziej uniwersalne i wspólne – twierdzi Staniszkis w rozmowie z „Rzeczpospolitą„.

– Lider PiS jest inteligentny i powinien przemyśleć swój styl uprawnia polityki. Jarosław Kaczyński jest wciąż tak zdruzgotany śmiercią brata, że nie dostrzega potrzeby pielęgnowania w sobie dobroci jako czegoś, co powinno być podstawą demokracji. On ma wewnętrzne poczucie winy. To jest niszczące – uważa komentatorka polityki.

21 stycznia 2019

 Naprawę polskiego życia publicznego każdy powinien zacząć od siebie – podkreślił prezydent RP w wywiadzie dla portalu wp.pl. – O jedną tylko rzecz mogę poprosić: żeby ten rachunek zacząć od siebie (…) To jest niezwykle ważne. Bardzo proszę, żeby każdy w swoim sumieniu zastanowił się nad tym, co do tej pory pisał w internecie i w jaki sposób się wypowiadał. I nie mówię tutaj tylko o ludziach, którzy robią to, bo są osobami publicznymi
– I mówię: zaczynam to od siebie, bo nie powiem, żebym również i ja, kiedy popatrzę na moją działalność polityczną na przestrzeni lat, wszystkie wypowiedzi miał zawsze w porządku – dodał. (prezydent.pl)

5 października 2018

– Czekam spokojnie na decyzję Trybunału [Sprawiedliwości Unii Europejskiej]. Nie ukrywam jednak, że będę bacznie obserwował tę sprawę. Jeżeli będę widział, że Trybunał działa w trybie natychmiastowym, to będzie to dla mnie sygnał, że sprawa ma głęboki podtekst polityczny. Będzie to dla mnie związane także z tym, kto w tym Trybunale zasiada. Zasiada tam choćby prof. Marek Safjan, który nie ukrywał swoich poglądów. (Super Exspress)

10 października 2018

– W Trybunale [Sprawiedliwości Unii Europejskiej] zasiada Marek Safjan, który nie ukrywa swoich poglądów.
– Dla wszystkich jest chyba jasne, że opowiada się on po określonej stronie sceny politycznej i takie są fakty.
 (Polsat News)

18 grudnia 2018

– Jeżeli na forum publicznym znaczące postaci polskiego wymiaru sprawiedliwości – mówimy o sędziach SN, którzy do niedawna pełnili funkcje prezesów w tym sądzie, poczynając od I prezesa SN, poprzez prezesów izb – w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne i konstytucyjne, lekceważą obowiązujące przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości.
– Mamy sytuację, w której pewna grupa elity sędziowskiej uważa się za bezkarną i za taką, której polskie prawo nie obowiązuje tylko dlatego, że im się nie podoba

Prezydent Andrzej Duda, zarzucił Rzecznikowi Praw Obywatelskich, jak również Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego i posłom, że mając krytyczną opinię o zgodności z Konstytucją niektórych ustaw i projektów ustaw, nie kierują wniosków do Trybunału. Nazwał to postępowanie „nieuczciwym” oraz „robieniem publicznym polityki, a nie wykonywaniem urzędu, z którym wiąże się odpowiedzialność za sprawy państwa”. (Trybunał Konstytucyjny, doroczne Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK)

23 grudnia 2018

– To stara metoda, najgłośniej krzyczą ci, którzy mają najwięcej na sumieniu. Prosiłem o konkretne zarzuty i wciąż ich nie usłyszałem. Tymczasem dopóki ostatnia nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym nie wejdzie w życie, to sędziowie przesunięci na emeryturę zajmowali gabinety łamiąc prawo. Ponadto I Prezes SN, Rzecznik Praw Obywatelskich i posłowie opozycji mogli zaskarżyć przepisy każdej z ustaw do Trybunału Konstytucyjnego, a nigdy tego nie zrobili.
– Wyrażam jednak głębokie ubolewanie, że w związku z orzeczeniem TSUE wracają do SN sędziowie splamieni w czasach komunistycznyc
h. (Super Express)

31 grudnia 2018

Andrzej Duda: środowiska sędziowskie są zepsute

– Demonstracje polityczne środowisk sędziowskich pokazują, że środowiska sędziowskie są zepsute. Zachowują się w taki sposób, w jaki sędziowie nigdy nie powinni sobie pozwolić – podkreślił w programie „W pełnym świetle” w TVP Info prezydent Andrzej Duda.

Andrzej Duda zgodził się, że sędziowie mają prawo do swoich poglądów politycznych, ale jak jednocześnie zaznaczył “to powinny być jego poglądy, z którymi on nie powinien wychodzić na ulicę, których nie powinien demonstrować w mediach i w innych miejscach”.


Te historie, o których Andrzej Duda opowiada, to nie fakty, tylko fake news. Nie jest przecież nowicjuszem, odróżnia – mam nadzieję – rzeczywistość od bajek i fejków. Jeśli wczorajsze deklaracje o rachunku sumienia składał świadomie, to w kontekście tych paru cytatów z niedawnej przeszłości musi przyznać, że rachunek sumienia rzeczywiście jest konieczny. Własny, nie cudzy. I nie w ciszy gabinetu czy innego równie intymnego pomieszczenia, ale głośno. I publicznie, skoro słowa fejkowe padały publicznie. I dlatego, że „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Co przypominamy ostentacyjnie religijnemu prezydentowi.

Pożegnanie Pawła Adamowicza. Zamach na Adamowicza 14

19 Sty

„Chociaż byłam trochę zazdrosna o to, że więcej czasu poświęcasz dla Gdańska, to wiedziałam, że to Twoja wielka pasja, która daje Ci szczęście i siłę życiową. I że bez tej pracy dla gdańszczan nie byłbyś tym samym człowiekiem. Wszędzie było Ciebie pełno. Teraz pozostanie pustka” – napisała w pożegnalnym liście do męża Magdalena Adamowicz.

Niezliczone tłumy żegnają prezydenta Pawła Adamowicza. Przed Bazyliką Mariacką i na ulicach Gdańska zgromadziły się rzesze ludzi z całej Polski.

W Bazylice w pogrzebie uczestniczą politycy, działacze społeczni i dziennikarze. Wśród nich m.in. przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, były prezydent Niemiec Joachim Gauck, byli prezydenci Polski Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, wszyscy byli premierzy (poza Jarosławem Kaczyńskim), prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki, prezydenci polskich miast. Jako jeden z pierwszych w bazylice pojawił się założyciel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak, który był serdecznie witany przez mieszkańców Gdańska.