Tag Archives: Magda Jethon

PiS wrócił do flagi unijnej jako szmaty

4 Czer

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc na pierwszą konferencję w Kancelarii Premiera…

Publicysta Andrzej Bober o zachowaniu Mateusza Morawieckiego względem prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz.

4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.

Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”

Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.

Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.

Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.

Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.

W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.

Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?

Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.

Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.

Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.

Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.

Zawsze z wolną myślą,

Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną dyktatowi władzy, dedykuję tę książkę – mówi Igor Brejdygant w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Martwisz się o Polskę?

Igor Brejdygant: Bardzo… Żyję tu i ciągle o Polsce myślę.

Jako pisarz i scenarzysta, czyli artysta z wyobraźnią, jesteś podatny na teorie spiskowe?

Czym innym jest wyobraźnia, a czym innym wkręcanie się w chore intrygi. Nie obserwuję u siebie takich skłonności.

Ale w układy wierzysz?

Tak, bo układy są faktem…

„Układ” to określenie, które do polskiej polityki, w pierwszej dekadzie XXI wieku, wprowadził Jarosław Kaczyński…

Prezes Kaczyński „wylansował” słowo układ w pewnym celu. I jak pamiętamy – cel ten osiągnął. Nie ukrywam, że pamiętałem o tym nadając, a właściwie akceptując, tytuł książki. Jest więc przy okazji trochę przekornie.

Twoja najnowsza, czwarta powieść, która właśnie ukazuje się na rynku, jest kontynuacją „Rysy” – kryminału nominowanego do Nagrody Wielkiego Kalibru 2019 i nosi właśnie tytuł „Układ”…

Książka pierwotnie miała się nazywać inaczej, ale w końcu tytuł wymyśliła moja żona. Książka jest po prostu o układzie, a może bardziej o walce jednostki, kobiety z układem, z bardzo mrocznym układem.

Twój „Układ” jest thrillerem politycznym, w którym obnażasz prawdę o tym, co dzieje się na szczytach władzy. To, co opisujesz jest przerażające. Tak widzisz współczesną Polskę?

Pisząc współczesną powieść, historię dziejącą się tutaj, nie mogłem nie zawadzić o pewne realia. Z drugiej strony to jest powieść kryminalna, a nie literatura faktu. A to, że moja wyobraźnia tworzy rzeczy, które mogą się sprawdzić czy spełnić, a może nawet już spełniają się w rzeczywistości, to zupełnie inna sprawa. Szukałem odniesień w Polsce, co nie znaczy, że opisałem dokładnie to, co dzieje się w Rzeczpospolitej anno domini 2019 czy 2018. Jeśli już coś opisałem, to jej przyszłość, może niedaleką, ale jednak przyszłość.

Uważasz, że dziś w Polsce są historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego?

Oczywiście, że tak. Mam wręcz wrażenie, że wszystko rozgrywa się w tej chwili na jakichś dwóch platformach, które są wprawdzie ściśle od siebie zależne, ale widoczna jest tylko jedna z nich. Z tej drugiej czasem coś wycieknie, ale wtedy możemy być pewni, że to „wyciek kontrolowany” – ktoś za kulisami rozgrywa właśnie jakąś swoją partię szachów. Usiłuje się na przykład kogoś skompromitować rzeczami, które albo tak naprawdę są błahe, albo, jak się później okazuje, w ogóle ich nie ma. Tyle że potem w świecie post-prawdy nie ma znaczenia, że kogoś, mówiąc gwarą policyjną, wsadziło się na „lewe sanki”. Potem, kiedy ten ktoś z tych sanek zsiada, to prawda na jego temat już nikogo nie interesuje. Ludzie są tak zamotani nieprawdopodobną ilością informacji, że te w najoczywistszy sposób nieprawdziwe przestają być jako takie rozpoznawane. Jeśli jutro rosyjscy hakerzy rozpowszechnią newsa, że jednak Ziemia jest płaska, to spory odsetek ludzi w to uwierzy i długo trzeba będzie to potem znowu odkręcać. W tym kontekście zbieranie o osobach publicznych informacji z ich życia prywatnego jest dla tych, którzy bełtają opinii społecznej w głowach niezwykle użyteczne. O tym między innymi opowiada „Układ”.

Tomasz Sekielski o Twojej powieści napisał: „Rzeczywistość, którą znamy to jedynie fasada. Za nią skrywa się Układ, przestępczy sojusz ludzi władzy, którym wydaje się, że stoją ponad prawem. Igor Brejdygant stworzył powieść niezwykle aktualną i niepokojąco prawdziwą”. Aby złamać czyjąś karierę i zniszczyć jego życie prywatne, wystarczy zaledwie pomówienie. To zatrważająca refleksja. Czy tak postrzegasz władzę w Polsce 2019?

Nie tylko w Polsce i nie tylko władzę. Nie wiem, czy albo do jakiego stopnia żyjemy już w takim świecie, jaki opisuję w książce, ale wydaje mi się, że nawet jeśli jeszcze w nim nie żyjemy, to zaczniemy w nim egzystować szybciej niż nam się wydaje. Mamy do czynienia z nieprawdopodobnym postępem techniki, która z jednej strony nam służy, a z drugiej może być dla nas gwoździem do trumny. Internet, który łyknie każdą ilość nawet najbardziej absurdalnych informacji, urządzenia do inwigilacji, które mogą się znajdować tak naprawdę wszędzie i we wszystkim, nie wyłączając naszego własnego komputera. No i kolizja światów. Z jednej strony czyste zło, które wykorzysta każdą okazję i możliwość, żeby sięgnąć po władzę, a następnie się przy niej utrzymać, z drugiej miękkie podbrzusze świata, który chce być lepszy. Z jednej strony zbieranie kompromitujących materiałów, a z drugiej świat, który przez swoją doprowadzoną często do absurdu polityczną poprawność stworzył nieograniczone pole do tego, by ludzi można było kompromitować właściwie wszystkim.

Poprawność polityczna doprowadza nas do granic absurdu?

W Wielkiej Brytanii z nadmiernej poprawności politycznej śmieją się od dawna. Może akurat zresztą w tej chwili Wielka Brytania nie jest najlepszym przykładem, bo zmanipulowana przez złe siły sama toczy się w bardzo niebezpiecznym i dość idiotycznym kierunku. Czyżby nabijanie się z politycznej poprawności właśnie doprowadziło ją na krawędź katastrofy? (śmiech) Poprawność polityczna tak naprawdę została wymyślona dla ludzi, którzy nie rozumieją zjawisk dziejących się na świecie, światopoglądowo najczęściej są indyferentni, więc mogliby w swym niezrozumieniu popełniać idiotyczne gafy i na przykład krzywdząco wyrażać się o osobach innych od nich. Kiedy wiedzą już, że to nie przystoi, nie robią tego, żeby nie wypaść poza nawias pewnych sfer społecznych. Poprawność to system zakazów i zaleceń. Jak się lubi innych ludzi i rozumie, o co w świecie chodzi, to ten system nie jest tak naprawdę do niczego potrzebny.

W Twojej powieści giną świadkowie, okazuje się, że układ jest znacznie bardziej skomplikowany niż przypuszczamy, a bycie katem nie wyklucza bycia ofiarą. Czy taka jest właśnie prawda o politycznych i finansowych zależnościach? Czy w ogóle jest szansa na wyjście z matni przez którąkolwiek ze stron?

Myślę, że jedna ze stron wcale nie chce wychodzić z żadnej matni, bo matnia jej służy. Co do drugiej – jest w dużym kłopocie, bo ma bardzo i coraz bardziej ograniczone możliwości, aby się bronić. Fejk newsy, hejt, sfingowane oskarżenia, inwigilacja, szukanie haków, post-prawda, a przede wszystkim żądna igrzysk publiczność, która tylko czeka na czyjeś potknięcie, a wszystko po to, żeby okazało się, że ten, który był fajny, jednak ma coś za uszami. Utrzymanie opinii o własnej uczciwości w tych warunkach jest karkołomnym zadaniem, bo samo bycie uczciwym może się okazać zdecydowanie niewystarczające.

A jeśli chodzi o sytuację, w której  kat jednocześnie jest ofiarą, to najlepszym przykładem są odkrywani teraz księża pedofile, którzy jednocześnie byli informatorami Służby Bezpieczeństwa, z czym, jak sądzę wcale niekoniecznie było im po drodze, ale nie mieli wyjścia, bo milicja miała na nich po prostu haka w postaci ich pedofilii właśnie. To był PRL, możliwości techniczne i inwigilacyjne znacznie mniejsze.  Wyobraźmy sobie, na ilu ludzi mogą być haki dziś i ilu w związku z tym jest u kogoś na krótkiej smyczy.

„Rysa” i „Układ” to jednak przede wszystkim historia o kobiecie. W otaczającej nas rzeczywistości kobiety muszą nadal walczyć o swoją pozycję zawodową i społeczną. Z niekoniecznie dobrym skutkiem…

Z różnym zapewne, ale już sam fakt, że wciąż muszą walczyć, jest niepokojący. W mojej książce kobieta walczy, ale nie tylko po to, żeby się odnaleźć, ale też po to, by ten świat uczynić lepszym, czyli nie o siebie walczy jedynie, a o dobro ogólne. Ja w ogóle uważam, że dobrze by było dla świata, szczególnie teraz, gdyby mężczyzn na jakiś czas pozbawić praw wyborczych. Nie byłaby to jakaś szczególna niesprawiedliwość, bo przecież kobiety nie miały ich przez setki lat, a myślę, że przy okazji uniknęlibyśmy różnych dość poważnych kłopotów.

Jesteś jednym z najzdolniejszych scenarzystów i pisarzy swojego pokolenia.  Piszesz powieści, na których kanwie powstają scenariusze interesujących filmów i seriali. „Rysa” i „Układ” to świetny materiał na film lub serial. Piszesz już scenariusze?

Scenariusze piszę bezustannie (śmiech), ale mam nadzieję, że „Rysa” i „Układ” doczekają się ekranizacji, a są już po temu pewne przesłanki. Więcej powiedzieć nie mogę, bo źli i czujni ludzie z układu wykorzystają to potem przeciwko mnie. ( śmiech)

Książkę dedykujesz polskim policjantkom i policjantom. Dlaczego?

Niestety, w idei państwa, które przyświeca obecnie rządzącym, resorty siłowe znów nabierają nie tego znaczenia, do którego powołuje je definicja. Słowem policja i inne służby zamiast działać na rzecz obywatela i państwa zaczynają coraz częściej działać na rzecz rządzących. To jest zła wiadomość, ale dobra jest taka, że ci ludzie wychowali się już w normalnej, liberalnej demokracji, wychowali się w wolności i do wolności, więc część z nich, mam nadzieję, nie ulegnie presji, nie podda się dyktatowi przełożonych, którzy są funkcjonariuszami partii zamiast służby publicznej. Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną, dedykuję tę książkę, a właściwie dedykuję ją wszystkim funkcjonariuszom z cichą prośbą o to, żeby nie ulegli.

Rozmawiamy tuż po wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Polsce, ale nie tylko, właściwie w większości krajów europejskich te wybory wygrała prawica, czasem nawet dość skrajna prawica. Jak to się ma do „Układu”?

Ten układ jest prawicowy. Rzekłbym nawet, że z różnych informacji wyraźnie wynika, że na świecie pod auspicjami głównie Rosji, ale też niestety Netanjahu i jego akolitów – nazwy kraju celowo nie wymieniam, żeby ci, którzy zbierają na wszystkich kwity, nie dostali do ręki choćby takiego świstka na mnie (śmiech) – oraz przy wsparciu bardzo wielu, bardzo nieciekawych ludzi na całym globie od Brazylii po Turcję powstaje rodzaj prawicowo – nacjonalistycznej, a często już wręcz po prostu faszystowskiej międzynarodówki. Układ nie zna moralności, jego jedynym celem jest zdobycie i utrzymanie władzy, przy czym, jak sądzę, nie władza w przypadku tych akurat grup jest najważniejsza, a pieniądze, choć to z grubsza zdaje się to samo. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Martwi mnie tylko bardzo, że owe nacjonalistyczne organizacje mają tak ogromne wsparcie wśród najmłodszych wyborców, bo po pierwsze – młodzi to siła, a po drugie – przyszłość świata. Według bodaj Ericha Fromma ludzkość przemieszcza się wciąż na swoistym wahadle albo może po sinusoidzie od nudy do rozpaczy i z powrotem. Mam niestety wrażenie, że po osiągnięciu górnej granicy nudy i rozleniwienia, wahadło ruszyło w tę drugą stronę. Teraz będzie nabierało prędkości, a układ po prostu najpierw cynicznie to wesprze, a potem niemniej cynicznie na tym skorzysta. Szkoda tylko tych młodych, bo po tamtej stronie krzywej wahadło przeważnie zamiast się zatrzymywać, powoli wytracając siłę, wali w ścianę z ogromną siłą.

Ks. Stanisław Walczak: Katolicy upadli, plemię żmijowe…

Reklamy

Jak działa państwo mafijne don Corleone Kaczyńskiego?

23 Maj

„Gazeta Wyborcza” ujawnia, że w mieszkaniu prezes Trybunału Konstytucyjnego, Julii Przyłębskiej odbywają się cykliczne spotkania, w których uczestniczy prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki. Rozmówcy z rządu w rozmowie z GW podkreślają wprost, że to ważny ośrodek władzy.  Mieszkanie mieści się w reprezentacyjnym budynku z balkonami i dużymi oknami naprzeciwko TK. Obok swoje siedziby mają Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Edukacji Narodowej, niedaleko jest kancelaria premiera. W PiS od dawna narasta niezadowolenie, że partyjna siedziba przy ul. Nowogrodzkiej nie jest jedynym centrum decyzyjnym.

Jarosław Kaczyński skomentował publiczne swoje kontakty z prezes TK 13 maja w programie „Pytanie na śniadanie” w TVP 2. Niespodziewanie ujawnił w nim, że Przyłębska „jest jego towarzyskim odkryciem ostatnich lat” i bardzo lubi u niej bywać, a spotkania mimo pełnionej przez nią funkcji mają prywatny charakter.

Wypowiedź ta (temat przyjaźni prezesa PiS miał być jednym z zaplanowanych przez jego PR-owców tematów rozmowy) padła w czasie, gdy GW zaczęło prowadzić dziennikarskie śledztwo w sprawie spotkań w warszawskim mieszkaniu. Gazecie powiedział o nich jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości – czytamy w portalu. Po telewizyjnych występach prezesa PiS kontrolę w budynku przy al. Szucha przeprowadziła Służba Ochrony Państwa. Pracownicy zostali poinstruowani przez SOP o zachowaniu zasad RODO i ochronie danych osobowych.

>>>

Jarosław Kaczyński przyjeżdża do Przyłębskiej dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Czasami niesie reklamówkę, a towarzyszący mu ochroniarz teczkę z dokumentami. Budynek jest chroniony, a gości wita konsjerż. Prywatni ochroniarze lidera PiS czekają w recepcji budynku. Pod koniec 2017 r. w spotkaniach zaczął uczestniczyć Morawiecki, wtedy jeszcze wicepremier i minister finansów. Według informatorów z PiS to właśnie w mieszkaniu Przyłębskiej miał się narodzić kształt jego rządu. Wpływy Przyłębskiej w obozie władzy wyraźnie rosną. Według informatora z PiS trzyma ona stronę premiera w stałym sporze Morawieckiego z Ziobrą. Rozmówcy GW z rządu opowiadają, że doradcy premiera pytają jeden drugiego, kto „powiadomi Julię” o konkretnej decyzji.

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek, biuro prasowe premiera i rzecznika TK na pytania „GW” w sprawie spotkań na Szucha nie odpowiada. Odpowiedział jedynie Jakub Kozłowski, rzecznik TK. Stwierdził, że spotkania „mają charakter towarzyski i nie są związane z wykonywaniem funkcji publicznych przez osoby, które w nich uczestniczą”. W ubiegłym tygodniu wicemarszałek Senatu Adam Bielan twierdził w TVN 24, że Kaczyński nie rozmawia z Przyłębską o działalności TK.

– Takie sytuacje są nie do wyobrażenia – powiedział „Wyborczej” były prezes Trybunału prof. Andrzej Rzepliński. Jak podkreślił, on takich towarzyskich relacji ze sprawującymi władzę politykami nie miał, bo nie było na to ochoty ani z ich, ani z jego strony. – Polska już nie jest demokratycznym krajem – powiedział prof. Rzepliński.

Przypomnijmy: prezes Przyłębska zaczęła awansować za „dobrej zmiany”. W przeszłości była sędzią sądów w Poznaniu i pracownikiem ambasady w Berlinie. W 2016 r. głosami PiS została wybrana w skład Trybunału, a od 21 grudnia tamtego roku jest jego prezesem. W 2018 r. odebrała nagrodę Człowieka Wolności tygodnika „Sieci”. Na towarzyszącej temu gali, transmitowanej przez TVP, zjawiły się wszystkie najważniejsze osoby w kraju.

Dzisiejszy układ sił w Polsce zaczyna przypominać ten, opisany przez Bálinta Magyara w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”. Pisze on m.in.: „Centrum podejmujące rzeczywiste decyzje polityczne i gospodarcze przesunęło się ze sformalizowanych i posiadających legalną legitymację ośrodków rządowych, a nawet z partyjnego politbiura, do „polipbiura” należącego do adopcyjnej rodziny politycznej. (…) Rzeczywiste centrum władzy w państwie mafijnym znajduje się w rękach wąskich, najwyższych kręgów rodziny politycznej, a nie w sformalizowanej instytucji posiadającej legalne kompetencje” (cytujemy za „Gazetą Wyborczą”, która przedrukowała fragmenty książki).

W odpowiedzi na wstrząsający dokument braci Sekielskich Jarosław Kaczyński zarządził natychmiastowe wniesienie pod obrady Sejmu nowej wersji Kodeksu Karnego, który od pewnego czasu pitrasił po cichu Zbigniew Ziobro. Na chybcika dopisano tam kilka zmian, reklamowanych jako „młot na pedofilów”.  Prawnicy przecierają oczy ze zdumienia. Nie dość, że cała ustawa pełna jest niedopowiedzeń i niekonsekwencji, to zmiany w art. 200 nowego KK sprzyjają bynajmniej nie ofiarom pedofilii, a tym, którzy mają wiedzę o tym obrzydliwy procederze, pomagają pedofilom i ich wspierają! Zmiany te zapewniają bezkarność ludziom, którzy sprzyjają przestępcom i pośrednio uczestniczą w haniebnych czynach, doprowadzając do kontaktu pedofila z dzieckiem celowo lub wskutek braku odpowiedniego nadzoru. Domyślności Czytelników pozostawiam odpowiedź na pytanie – kogo chronią nowe przepisy?

W obliczu zagrożenia, że partie opozycyjne zdobędą społeczne poparcie dla takiej komisji badającej pedofilię w Kościele, która mogłaby oskarżyć zaprzyjaźnionych z PiS hierarchów, prezes zdecydował się powołać swoją komisję, badającą przypadki pedofilii – wszędzie. Wszędzie, czyli nigdzie. To tak, jakby kazał utworzyć komisję do zbadania wszelkich przypadków zabójstw albo kradzieży w celu zidentyfikowania każdego mordercy i złodzieja. A przecież od tego są organy ścigania. Natomiast politycy są od tego, żeby tym organom dać do ręki odpowiednie narzędzia. Odpowiednie, czyli niekoniecznie prymitywne maczugi. Niewiele się zmieni, jeśli za morderstwo karać będziemy wbijaniem na pal, a za kradzież obcięciem ręki.

Samo podniesienie górnej granicy kary za pedofilię nie ograniczy jej rozmiaru, a już na pewno nie w Kościele, jeśli prokuratorzy traktować będą przestępców w koloratkach tak jak poseł Piotrowicz księdza z Tylawy. Żadnego pedofila nie odstraszy nawet najsurowsza kara, jeśli wszczynane sprawy przeciągane będą aż do przedawnienia.  Również upublicznienie rejestru pedofilów nie zmniejszy skali problemu, dopóki niektórzy z nich mogą liczyć na wykreślenie ze spisu lub utajnienie swego skazania.  A już na pewno nie rozwiążemy sprawy, jeśli biskupi stanowić będą jedyną grupę, której nie dotyczy polskie prawo.

Nasze prawo karze za współudział w przestępstwie i pomoc udzielaną przestępcom. Biskupi o tym wiedzą. Mają świadomość, że molestowanie, a przede wszystkim gwałt na dziecku, to ohydne przestępstwo. Wiedzą zatem, że sprawcy, którzy przychodzą do nich po ratunek (a czasem nawet nie muszą o to prosić), to przestępcy. A zatem mają świadomość, że pomoc udzielana przestępcy oraz ukrywanie jego czynów można traktować jak współudział w przestępstwie. I godzą się z tym, bo wiedzą, że przy tej władzy nigdy nie ujrzą ani kajdanek ani nawet pisma z prokuratury.

Licząc na dalsze wsparcie hierarchów w kolejnych kampaniach wyborczych, Kaczyński opowiada dyrdymały, jakby miał nas za głupków. Ale tak naprawdę sam robi z siebie durnia głosząc, że pedofilia w Kościele różni się od pedofilii wśród murarzy czy bezrobotnych tylko tym, że wśród księży występuje rzadziej. Tylko podły cynik albo ktoś słabujący na umyśle nie dostrzeże, że nie murarze i nie bezrobotni poczuwają się do formułowania norm moralnych i wskazywania ludziom drogi do prawdy. I nie murarzom ani bezrobotnym powierzamy z ufnością nasze dzieci w przekonaniu, że akurat tam nikt je nie skrzywdzi.

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński albo rżnie głupa – jak mówią w mojej okolicy – albo los naszych dzieci jest mu doskonale obojętny. W końcu to nie jego dzieci.

Dlaczego Zbigniew Ziobro i rządząca partia nie wszczynają śledztw w przypadku oczywistych przestępstw i to zagrożonych wysoką sankcją? – pytają politycy PO. Chodzi o przypadki pedofilii w Kościele wskazane w raporcie Konferencji Episkopatu Polski. Posłowie Sławomir Nitras i Cezary Tomczyk składają do prokuratury zawiadomienie o bezczynności ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Państwo nie działa

– Polacy zawsze muszą mieć świadomość, że państwo działa w ich interesie i stanie po stronie ofiar. W ciągu ostatnich 4 lat zobaczyliśmy, że państwo PiS nie stanęło na wysokości zadania, nie stanęło po stronie dzieci i ofiar. Sprawa jest poważna, bo dotyczy tych najsłabszych. W raporcie są twarde dane, a mimo to prokuratura Zbigniewa Ziobry nie zrobiła w tej sprawie nic – mówił na konferencji prasowej poseł Cezary Tomczyk.

Chodzi o przedstawiony w połowie marca raport Konferencji Episkopatu Polski mówiący o przypadkach pedofilii wśród księży i zakonników. Mówi on o 382 przypadkach duchownych, którzy skrzywdzili dzieci wykorzystując je seksualnie. W raporcie mowa jest w sumie o 625 skrzywdzonych dzieciach. Dane pochodzą z 74 zakonów oraz 41 diecezji.

Z zestawienia wynika, że co najmniej 120 przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich nie zostało zgłoszonych właściwym organom państwa.

„Zbigniew Ziobro łamie prawo”

Politycy PO podkreślają, że mija już kolejny dzień dyskusji o raporcie Konferencji Episkopatu Polski, a minister sprawiedliwości i prokurator generalny nie zrobił nic.

– Naszym zdaniem Zbigniew Ziobro łamie przepisy Kodeksu karnego, a konkretnie art. 231, nie wszczynając śledztw w przypadku ewidentnego złamania prawa w przypadku pedofilii – tłumaczy poseł Sławomir Nitras.

Dlatego posłowie Platformy zdecydowali się złożyć zawiadomienie o bezczynności działań Zbigniewa Ziobry.

– Gdzie są dzisiaj organy ścigania? Dlaczego o 6 rano nie są tam, gdzie ich miejsce i gdzie są przestępcy? Dlaczego nie pomaga ofiarom i próbuje zamiatać tę wielką aferę pod dywan?! – pyta Cezary Tomczyk.

Zapowiada, że jedną z pierwszych decyzji nowego rządu po wygranych przez Koalicję Europejską wyborach będzie decyzja o powołaniu Komisji Prawdy, która „w sposób niezależny od polityków będzie mogła wyjaśnić wszystkie nieprawidłowości związane z działalnością instytucji państwa, tak aby żadne dziecko nie zostało skrzywdzone”.

„Biznesmen Bogdan Szagdaj i przedziwna transakcja z M. Morawieckim. W 2002 nabył udział 1/4 działki od Morawieckich, później ten udział im zbył… Jaki był jej sens? Domyślacie się już?” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza.

Poseł PO dołączył wypisy z ksiąg wieczystych.

W kolejnym wpisie Brejza dodał: – „Wg kelnera z Sowy istnieje nieujawnione jeszcze nagranie, na którym premier Morawiecki ma mówić o kupowaniu nieruchomości na podstawione osoby”. Tu pojawił się fragment zeznania rzeczonego kelnera, które opublikował onet.pl.

„Kasa za coś, za co miał zapłacić, a nie mógł legalnie. Czyli „pod stołem”, ale „na stole””; – „Dobrze rozumiem, że kupujący kawałek działki od Morawieckiego odsprzedał ją z powrotem Morawieckiemu, uzyskując znaczący dochód, i to nieopodatkowany?”;

„Atmosfera wokół działki premiera rządu o „nieskazitelnie czystych rękach” i „emanującego transparentnością” zagęszcza się tak, że już teraz można zawiesić siekierę” – odpowiadali posłowi internauci.

Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy – mówi Krzysztof Brejza w rozmowie z Magdą Jethon.

Magda Jethon: – Od dawna jest Pan taki waleczny?

Krzysztof Brejza: – Mam to w genach. Cała moja rodzina jest taka. Ojciec działał w NZS, po latach został odznaczony za walkę z komuną, jego brat, walkę z komuną w stanie wojennym przypłacił życiem. Gdzieś w genotypie mam waleczność, aktywność, opór wobec niesprawiedliwości oraz wewnętrzny sprzeciw na ograniczanie wolności.

Budzi Pan skrajne emocje, od uwielbienia po bezgraniczną nienawiść. A wszystko dlatego, że ciągle pyta Pan, jak nie o premie, to o 50 tys. łapówki albo o panią Basią itd.

Muszę i chcę to robić. 26 maja Polska podejmie decyzję, czy jest krajem Zachodu, czy Wschodu. Dlatego muszę pokazywać tę wschodnią „hipokryzyjną” twarz PiS-u. Nie wiem, dlaczego taką budzę nienawiść wśród polityków tej partii, czy dlatego, że pokazuję prawdę? Ostatnio pani Kempa powiedziała: – „Z nim nigdy nie usiądę do stołu, to jest taki jedyny poseł PO”. Nie użyła mojego nazwiska, ale z obrzydzeniem mówiła, że takich ludzi, jak ja nie powinno być w polityce. Krzywdy jej w życiu nie zrobiłem, no, może jedną – ujawniłem system drugich pensji, pseudo nagród, które zaczęli sobie wypłacać. Dostali po kieszeni i to ich bardzo zabolało. Resentyment czysto ekonomiczny. A tam, gdzie boli finansowo, tam rodzi się nienawiść do Brejzy, który wykonuje swoje zadania.

Jest Pan bezlitosny…

Nie lubię kłamstw ani tej pato-polityki narzucanej przez PiS, ale staram się działać tak, żeby nie używać argumentów personalnych. Zawsze działam w oparciu o merytorykę, dokumenty, pytania, precyzyjne kwoty, precyzyjne umowy. Jeżeli zarzucam komuś kłamstwa, to precyzyjnie i rzeczywiście bezlitośnie dopytuję do końca. Takie jest główne zadanie opozycji.

Najgłośniejsza afera to te słynne już premie…

Tak i jestem z niej dumny, bo doprowadziła do największego tąpnięcia w historii badań opinii publicznej. PiS przekraczał wówczas w niektórych badaniach 50 proc.; szli szlakiem Fideszu Orbana. Po ujawnieniu tych premii spadło im do 38, 37, to było wielkie tąpnięcie w kwietniu 2018. Wybiłem im te populistyczne zęby. Do dziś nie mogą się ponad ten pułap podnieść. Uważam, że z nimi trzeba walczyć w ten sposób. Oczywiście obrona sądów, trójpodział władz są bardzo ważne, ale arogancja władzy to jest to, co trzeba pokazać elektoratowi, bo PiS jest najbardziej arogancką ekipą w historii Polski.

A jak prezes spogląda na Pana podczas „mijanek” korytarzowych w Sejmie?

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek minał się z prezesem Kaczyńskim. On po Sejmie chodzi bocznymi korytarzami obstawiony ochroniarzami, trudno się z nim minąć. U większości posłów PiS widać wielkie zacietrzewienie i nieracjonalną nienawiść. Ale uwaga, jest niewielka grupka posłów PiS, którzy z sympatią i uznaniem patrzą na moją pracę, ale ich nie wymienię, bo nie znajdą się na listach wyborczych.

Poseł ma instrumenty do kontroli rządzących w postaci interpelacji czy interwencji, ale czy obecna władza zawsze na nie odpowiada?

Interpelacja, zapytania bywają nieskuteczne. Interwencje poselskie również podejmuję, ale  moim ulubionym środkiem pracy poselskiej jest wniosek o dostęp do informacji publicznej. Bo tylko ten wniosek daje możliwość odwołania do sądu. Oni wiedzą, że jeżeli w ciągu 14 dni nie odpowiedzą, to ja składam skargę do WSA i rozpoczynamy sprawę w trybie administracyjnym. Wtedy sąd ostatecznie może ich przymusić do odpowiedzi. I tu już zaczynają się inne rozmowy. Na interpelacje Macierewicz nie odpowiadał przez 500 dni, a premier na interwencję nie odpowiada już kilkadziesiąt dni. Wnioski o dostęp do informacji publicznej są dużo skuteczniejsze, ale wymagają precyzji prawniczej, muszą być dobrze sformułowane, są jednak teraz moim głównym orężem walki.

Sam Pan to wszystko przygotowuje?

Mam dwoje asystentów, a dokładnie jednego i pół etatu asystentki. Wstaję o 6., zaczynam pisać od 7. Przeważnie robię wszystko sam.  Do asystenta należy obsługa skrzynek, Twittera, e-maila. Od 1 lutego zaliczyłem bodaj 3,5 tys. interwencji i wniosków w trybie ustawowym. To wszystko są problemy ważne dla Polaków, afery, podejrzane kwoty płynące chociażby do Rydzyka, który np. dostał dla telewizji Trwam, telewizji o oglądalności osiedlowej kablówki, półtora miliona złotych z państwowej agencji. Godzina programu dwóch gadających głów, zestresowanego dziennikarza z TV Trwam i pani urzędniczki, która powinna to robić w godzinach pracy, kosztuje 20 parę tysięcy złotych. Takich programów powstaje kilkadziesiąt, za półtora miliona złotych.

Skąd Pan wie, kogo, o co i kiedy pytać?

Intuicja. Mam nosa, zadaję pytanie i kiedy czuję w odpowiedzi, a to widać nawet w języku urzędniczym, że coś kręcą, to dociskam, dopytuję kolejne instytucje i worek się wysypuje.

Rozumiem, że nie buduje Pan swojego wizerunku przy pomocy poradników. Wiem też, że śmiał się pan z tego, iż ponoć Ziobro ma cały regał poradników od wizerunku. Dlaczego więc nie chce Pan być zapamiętany jako poseł śledczy, kiedy pana działania świadczą o tym, że jest pan dociekliwy, rzetelny, konsekwentny, pracowity?

Nie chcę się zawężać do roli śledczego. Potrafię robić i inne rzeczy. Występuję w programach, w debatach, wiele hipokryzji PiS udało mi się udokumentować w komisji Amber Gold, która okazała się ich wielką kompromitacją.

A propos komisji Amber Gold, kilka dni temu zakończyła ona prace. Telewizja Kurskiego transmitowała najpierw prawie godzinne wystąpienia przewodniczącej Wassermann z PiS, potem równie długie posła PiS Krajewskiego. Następnie udzielono Panu głosu, ale po kilku Pana zdaniach TVPis przerwała transmisję. 

Naprawdę!? Nie wiedziałem o tym.

Przerwano Pańską wypowiedź w połowie zdania …

Nie wierzę! Może dlatego, że mówiłem o tym, jak funkcjonariusz TVPis niszczył prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To było zaraz po jego przesłuchaniu. Biegł za nim niejaki Sitek i w sposób agresywny, wbijając mu mikrofon pod usta, pytał, kim jest Paweł Adamowicz na liście klientów Amber Gold. Podłość tego pytania polegała na tym, że na liście klientów Amber Gold nie było prezydenta Gdańska. Oni to doskonale wiedzieli. Mają cały aparat szczucia, prokuraturę, służby, ABW, CBA, komisję śledczą i świadomie wypuszczają takie insynuacje. Doskonale wiedzieli, że Paweł Adamowicz nie lokował środków w Amber Gold. Na liście klientów, na której było kilkadziesiąt tysięcy osób, osobiście znalazłem człowieka o nazwisku Adamowicz, ale z miejscowości odległej o kilkaset kilometrów od Gdańska. To była zupełnie inna osoba. I oni to doskonale wiedzieli, ale ich zamiarem jest szczuć i zniszczyć.

Ma Pan o tyle dobrą sytuację, że jest Pan prawnikiem, czyli trudniej Pana zastraszyć. Dostaje Pan jakieś pisma przedprocesowe?

Dostaję, głównie z powodu SKOK-ów. Poza tym sam Kaczyński straszył mnie trybem karnym z art. 212 w sprawie Srebrnej. Otrzymalem od niego pozew.  Dostaję też mnóstwo chamskich pogróżek. Wczoraj do biura dzwoniło kilka osób rzucając, przepraszam, k… i ch… na mnie, to jest elektorat tego środowiska, tej populistycznej partii. I wczoraj też dostałem wiadomość, proszę zobaczyć, od pana, który istnieje, bo na Twitterze ma profil, pan Jacek Doniewski: „won z mojej ojczyzny, życzę nagłej i niespodziewanej śmierci”, to przyszło na moją pocztę sejmową. To są te emocje, które radykalni populiści wywołują w ludziach.

Coś Pan z tym zrobi? To są przecież groźby karalne!

Zgłoszę na policję.

Poniósł Pan jakieś straty materialne w związku ze swoją działalnością?

Na razie nie, no oprócz tego, że Kaczyński za ujawnienie drugich pensji obciął nam wynagrodzenie o jedną trzecią. Ale mówię: Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy.

Czuje się Pan zagrożony na ulicy?

Nigdy tak się nie czułem, ale ostatnio szliśmy z senatorami na konwencję Koalicji Europejskiej i na Placu Trzech Krzyży w Warszawie starsza pani podeszła i uderzyła mnie w głowę, krzycząc „zdrajca” i „hańba”. Zrozumiałem wtedy, że przemoc zaczyna się rodzić w jakiejś części elektoratu PiS, że ludziom puszczają nerwy. I pierwszy raz poczułem się zagrożony.

Mówi Pan, że jest wyczulony na prowokacje?

Mam niezłą intuicję, wyczuwam takie rzeczy. Dostaję dużo mejli, często czuję, że coś jest nie tak. Potrafię wyczuć, że ta konkretna propozycja spotkania, kontaktu, że niby ktoś ma mi coś do przekazania, jest podejrzana. Intuicja to mój najlepszy doradca, który pomaga mi to wszystko przefiltrować. Ograniczam oczywiście miejsca, w których umawiam się na spotkania. Nie chodzę po pubach.

A pożar w Pańskiej kamienicy przestraszył Pana?

Wtedy się przestraszyłem, bo pożar objął rury instalacji gazowej pod oknem moich dzieci. Pożar jednak wyśmiano, mimo iż wiadomo na pewno, że doszło do celowego podpalenia (a nie do zaprószenia od niedopałka), a prokuratura źle zabezpieczyła materiały dowodowe, co uniemożliwiło poczynienia dalszych ustaleń.  Sprawcą nie jest wcale zatrzymany sąsiad, sprawca jest nadal nieznany. Takie są ustalenia prokuratury, ale już nie chce tego nagłaśniać.

Tata mówi czasem – synku dosyć, bo nas wszystkich zmiażdżą?

Nie, mój tata jest samorządowcem z krwi i kości. Po 250 audycjach szczujni TVPiS dostał znacznie lepszy wynik niż w poprzednich wyborach i wygrał w pierwszej turze. Uzyskał najlepszy wynik spośród prezydentów w województwie i jeden z najlepszych w Polsce. Widzę ogrom poparcia i sympatii dla mojego ojca, również i dla mnie. Widzę, że ludzie są po naszej stronie, bo ludzie nie są głupi, nie dają się na tę propagandę nabrać.

A żona nie mówi – masz trójkę dzieci, zastanów się, co robisz.

Nie, choć często sie martwi o mnie. Ale moja żona jest też prawnikiem, adwokatem, wszystko rozumie, a do tego jest pełna empatii i ma bardzo głęboką wrażliwość na drugiego człowieka. Krótko mówiąc – bardzo mnie wspiera. Także merytorycznie. Prowadzi wiele z moich spraw sądowych.

Jak Pan to wszystko ogarnia? Ma Pan jakiś program do zarządzania czasem?

Nie, nie mam żadnego programu, mam kalendarz w głowie, zbieram wszystko w postaci mejli, oczywiście dobrze otagowanych, to najprostsza metoda, inaczej byśmy się pogubili. Mam też skrzynki na interwencje i interpelacje. Poza tym mam bardzo fajne tablice sucho ścieralne. I w biurze, i w domu mam jedną wielką tablicę z interwencjami.

W domu?

W domu. Na korytarzu, taką podświetlaną, a na niej porozpisywane wszystkie interwencje i interpelacje.

Z sypialni ją widać?

Jak przechodzę z sypialni do salonu, to czasem się przy niej zatrzymuję, nie ukrywam. Ale czasy są takie, że trzeba działać. Przyszedł moment, że trzeba było zawiesić tę tablicę, ale kiedyś ją zdejmiemy.

Śnią się Panu interpelacje?

Mam w sobie obowiązkowość i bardzo nie lubię, jak o czymś zapomnę. Pojawiają się wtedy zwyczajne wyrzuty sumienia. Zdaję sobie sprawę, że masa mejli, pism kierowanych do mojego biura, wiadomości na Facebooku może w natłoku do mnie nie trafić. I choć wiem, że  jedna osoba nie jest w stanie fizycznie tego wszystkiego obrobić, to jednak nie daje mi to spokoju.

Wiemy, że każda władza kiedyś przegra, kiedy wg Pana zacznie się początek upadku tej władzy?

Już nastąpił po publikacji filmu Sekielskich, który miał ponad 20 milionów odtworzeń, tego się nie da zatrzymać. Jeżeli Sekielski zdąży jeszcze zrobić film o SKOK-ach, czyli o kuźni kasy ludzi PiS, to będzie już ostateczne dobicie. Koalicja Europejska 26 maja musi wygrać wybory. Apeluję, żeby poprzeć listę Koalicji Europejskiej, bo to są wybory zero-jedynkowe. Nie zróbmy błędu z 2015 r., kiedy mniejsze ugrupowania nie przekroczyły progów, a ich stracone głosy przeszły na PiS. Ordynacja d’Hontowska jest bezlitosna – albo Koalicja Europejska, albo PiS, każdy głos nie na Koalicję Europejską jest głosem de facto na Kaczyńskiego.

Chce Pan zostać europosłem. Jaką rolę widzi Pan dla siebie w PE?

Bardzo mnie interesuje cyberbezpieczeństwo Polski i UE. Wyczuwam też potrzebę budowy narracji dla ludzi młodych w Polsce, żeby wiedzieli, czym jest UE, ponieważ widzę duże zagrożenia ze strony ruchów antyeuropejskich, różnych trolli, które mają zniszczyć UE od środka. Te trolle docierają do nas, bardzo często są inspirowane przez naszego wschodniego sąsiada, czyli Rosję: to jest Aleksander Dugin, który buduje wielki projekt Eurazji, partia Jedna Rosja, która ma zniszczyć upadłą Europę, bo świat cywilizacji północnoatlantyckiej jest wg niej zgniły. Tu oczywiście nie wjadą żadne czołgi – to będzie potężna wojna informacyjna. Jej celem jest rozbicie UE, żeby Europa była znów podzielona, skłócona i słaba. W takiej Europie nie będzie już miejsca dla Polski. Nasz kraj w sposób naturalny podryfuje na Wschód. Do tego nie można dopuścić.

A kto w takim razie będzie śledził polskie afery, kiedy przeniesie się Pan do Europarlamentu?

Będę śledził je w dwójnasób, bo będę miał do tego dużo lepsze warunki, nie jednego asystenta, ale pięciu albo siedmiu. To już nie będzie jednoosobowa robota Brejzy. Stworzymy naprawdę dobrą drużynę. Musimy przedefiniować pracę eurodeputowanego. Ludzie myślą, że wyjazd posła do Parlamentu Europejskiego, to wakacje all inclusive, to placówka, na której można odpocząć przez pięć lat, popijając wino. Nie. Tam trzeba pracować dla Polski i dla UE. Równocześnie można i trzeba pracować dla swojego regionu. Mój teren to województwo kujawsko-pomorskie. Tu są bardzo ważne miasta Bydgoszcz, Toruń, Włocławek, Grudziądz, Inowrocław i mnóstwo innych. Powtarzam, eurodeputowany jedzie do pracy, a nie na wycieczkę czy wakacje all inclusive.

Czyli jeśli Pan dostanie się do PE, planuje Pan wykonywać podwójną pracę?

Tak, na dwie nogi, jedną brukselską, drugą krajową, regionalną. Będę jeszcze aktywniej działać w Polsce – obiecuję! Tam cyberbezpieczeństwo, sprawy obrony i wojny informacyjnej, która jest toczona z nami, a tu w Polsce sprawy bieżące, których nie brakuje i nie zabraknie.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Pisowski Kopernik Bogdan Pęk orzekł, że ocieplenie globalne to ściema Donalda Tuska

28 Gru

Przeciwko Jackowi Międlarowi – narodowcowi i antysemicie – toczyło się lub toczy kilka postępowań w prokuraturze. Jak dotąd byłemu księdzu nie postawiono zarzutów w toczących się śledztwach. Zdaniem reporterów TVN 24, roztoczono nad nim parasol ochronny.

Jednym z przykładów jest sprawa wystąpienia Międlara na obchodach 82 rocznicy powstania ONR. – „Ciemiężyciele i pasywny żydowski motłoch będzie chciał was rzucić na kolana, przeczołgać, przemielić, przełknąć, przetrawić, a na koniec będzie chciał was wypluć, bo jesteście niewygodni” – mówił do zebranych były ksiądz.

Prokuratura w Białymstoku, która najpierw zajęła się sprawą, umorzyła postępowanie. Jednak później prokuratura z Wrocławia włączyła ten wątek do własnego śledztwa w sprawie innych wypowiedzi byłego księdza. Według TVN 24, śledczy z Wrocławia chcieli postawić Międlarowi zarzuty dotyczące mowy nienawiści. Odebrano im jednak śledztwo i przekazano do prokuratury w Białymstoku, czyli tam, gdzie tak łagodnie go potraktowano.

Prokuratorzy białostoccy zażądali „kompleksowej opinii z zakresu tzw. mowy nienawiści”, mimo że wrocławscy śledczy dostarczyli im opinie biegłych. Jak informuje TVN24, od kilku miesięcy prokuratura w Białymstoku nie może znaleźć biegłego, który podjąłby się sporządzenia tejże opinii. Śledztwo utknęło więc w martwym punkcie.

TVN przypomina też inną historię dotyczącą Międlara. We wrześniu warszawska prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie felietonu, który były ksiądz opublikował na swojej stronie internetowej. – „Dość tego! Czas na żniwa. Czas oddzielić kąkol od pszenicy. Przeproście za antypolonizm i wynoście się z Polski!” – napisał narodowiec i antysemita. W uzasadnieniu odmowy prokurator napisała, że Międlar „korzystał z prawa do wyrażenia swoich poglądów, wolności słowa”.

„Cała ta opowieść o tzw. globalnym ociepleniu jest, moim zdaniem, największą mistyfikacją w historii ludzkości. (…) W przestrzeni publicznej jest kłamstwo, perfidne kłamstwo i narracja PO w sprawie globalnego ocieplenia i dyrektywy klimatycznej” – to opinia obecnego radnego PiS z Krakowa Bogdana Pęka, a kiedyś senatora tej partii. Te „prawdy objawione” głosił w TVP Info. Nie wiemy, jakie ma kompetencje, żeby wypowiadać się na ten temat. Z jego życiorysu, umieszczonego w Wikipedii wynika, że zanim zajął się polityką, specjalizował się w… trzodzie chlewnej.

Internautom nie umknął jeszcze jeden fakt z życia Bogdana Pęka. – „Pan Pęk dziwnie wygląda w pionie” – to oczywiście do aluzja do jego zachowania, kiedy kilka lat temu znaleziono Pęka leżącego na korytarzu sejmowego hotelu. Ówczesny senator PiS twierdził, że… zasłabł i nie wiedział, jak znalazł się w tym miejscu. – „Dobrze, że Bogdan Pęk po wiadomym zdjęciu z korytarza sejmowego hotelu nie zaprzecza już istnieniu grawitacji…” – skomentował Roman Imielski z „GW”.

Internauci obśmiewali „rewelacje naukowe” Bogdana Pęka. – „A to co Kopernik opowiadał o tym wstrzymywaniu Słońca i ruszaniu Ziemi to dopiero były bajki…”; – „W następnej kolejności o globalnym ociepleniu na antenie TVP info wypowiedzą się wodzirej, flisak, konserwator zabytków, operator dźwigu oraz kompozytor muzyki do wind”;

Tak jest! Donald Tusk narzucił kłamliwą narrację całemu światu i przekabacił najlepszych naukowców. I w ogóle całe zło tego świata to wina Tuska i jego rodziny, pięć pokoleń wstecz A II WŚ wywołał dziadek z Wermachtu. I prawie na 100% są winni wyginięciu dinozaurów”; – „Ponoć też twierdzą, że Ziemia jest okrągła, pieprzeni wywrotowcy”.

– mówi reżyserka „Via Carpatii”, laureatka studenckiego Oskara przyznanego przez Amerykańską Akademię Filmową, w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Miesiąc temu odbyła się polska premiera „Via Carpatii”, filmu, który wyreżyserowała Pani wraz z mężem Kasprem Bajonem. Jest to film o kryzysie emigracyjnym, czyli właściwie o beznadziei… Czy beznadziejni są politycy, czy zwykli ludzie?

Klara Kochańska: Część polskich polityków na pewno jest „beznadziejna”. To znaczy ich przekonania, które są przejawem głębokiego braku humanitaryzmu i pogardy do innych oraz jakiegoś niezrozumiałego poczucia wyższości. A co do zwykłych ludzi…, co do mnie samej… Często uważam swoje próby buntu czy niektóre reakcje za „beznadziejne”, w tym sensie, że jak nie ma rozwiązań systemowych, to trzeba poświęcić bardzo wiele, żeby zrobić coś naprawdę sensownego… Większości na to nie stać. Robimy więc małe rzeczy. Robimy je niekonsekwentnie. Przez to niewiele one znaczą. Pozwalamy, by świat się zmieniał w złym kierunku. Godzimy się z naszym brakiem wpływu, z tym, że mechanizmy tego obecnie skomplikowanego świata totalnie nas przerastają.

Fabuła „Via Carpatii” jest prosta. Młode małżeństwo, namówione przez matkę głównego bohatera Piotra, zamiast na wakacje jedzie na granicę grecko-macedońską w poszukiwaniu niewidzianego od 30 lat ojca Piotra, który prawdopodobnie przebywa w którymś z obozów. Zamiarem jest zabranie go do Polski. Młodzi podejmuję bohaterską próbę, ale robią to bez entuzjazmu. Dlaczego?

Piotr nie widział ojca od dziecka. Wychował się tylko z matką. Ojciec jest dla niego obcą osobą. Zapewne też ma mu coś do zarzucenia. Nie wierzy w sens tego przedsięwzięcia. Julia, jego żona zaś – nie dość, że zna stosunek Piotra do sprawy, to przede wszystkim boi się nowego, nieznanego. Jakiejś utraty gruntu pod nogami. Trudności. Planowała tak zwane „zasłużone” wakacje, po ciężko przepracowanym roku. Wakacje dla przeciętnego Polaka na dorobku to chwila całkowitego zapomnienia.  Moment, kiedy wypieramy wszystko. Zapominamy o troskach. Widzę ludzi pijanych już na lotnisku, kiedy odbierają bagaż. A tu nagle nasza bohaterka musi poświęcić ten przywilej na podróż w nieznane, pełną niewygody i trudności. Musi zaryzykować swoje bezpieczeństwo. Poza tym cała sprawa jest dla niej totalnie wirtualna. Ona nawet nie umie sobie wyobrazić, o co tu chodzi. Problem zna z radia i telewizji. Jest zaprzątnięta swoimi sprawami, jak zresztą większość z nas.

W Polsce kryzys uchodźczy pokazywany jest przez partię rządzącą oraz media zbliżone do PiS wyłącznie jako zagrożenie dla Polaków… Czy właśnie dlatego, że nasze państwo odcięło się od problemu Europy spowodowało, że podjęliście ten temat?

Tak. To był pierwszy impuls. Nie mogliśmy uwierzyć w ten przejaw ksenofobii, nietolerancji, strachu i braku solidarności. Nie zgadzaliśmy się z tą wstydliwą dla nas decyzją rządu, ale też niewiele mogliśmy na to poradzić.

Dla rządu nie jest wstydliwa, jest tylko trochę niewygodna, bo zakłóca budowaną przez PiS polską pozytywną mitologię…

To prawda, odmowa pomocy nie pasuje do obrazu gościnnego Polaka, Polaka chrześcijanina. Dlatego rządzący próbują w imieniu nas wszystkich powiedzieć, że to po prostu nie jest nasz problem… Albo, co jest o wiele bardziej niebezpieczne, wmówić nam, że to nie są ludzie tacy jak my. Że to są podludzie –  brudni, chorzy, agresywni, którym nie warto pomagać. Czyli bez zająknięcia wprowadzają w swojej kampanii dyskurs wykluczający.

Co was bardziej porusza obojętność Polaków, czy tragiczny los uchodźców?

Wiadomo, że cierpienie tych ludzi jest niewyobrażalne i przeraża mnie. Nie wyobrażam sobie uciekać w nieznane, pod ostrzałem celników, z małym dzieckiem na rękach. Ryzykować, nie mogąc zagwarantować mu bezpieczeństwa. Na granicy serbsko-węgierskiej widzieliśmy mały obóz. Nie mogliśmy go sfilmować. Po drugiej stronie drutu kolczastego dzieci w starych ciuchach grały w piłkę. Ścieżka, która prowadziła do ich namiotów od ogrodzenia, miała może z 50 m. Wyobraża sobie Pani, że przez miesiące, a czasem lata, to jest w zasadzie cały spacer, który może Pani zaproponować dziecku? Od namiotu do ogrodzenia. A po drugiej stronie tysiące samochodów, w których siedzą ludzie z paszportami, swobodnie przekraczający granice. Na Pani oczach jadą sobie właśnie na wakacje. Ale film zrobiliśmy o sobie, o nas, o tych właśnie, co mają te paszporty. Ci, którzy uciekają w końcu sami opowiedzą swoje historie. Dużo ciekawiej i prawdziwiej.

Mówicie, że to jest film o hipokryzji. W jakim sensie?

O tak zwanej hipokryzji „niezawinionej”. O tym, że uważamy się za świadomych, wrażliwych społecznie, oczytanych, ale ta aktywność w zasadzie sprowadza się do dyskusji przy porannej kawie czy na bankiecie. I niestety dla wielu z nas na tym się kończy. Trudno nam jest zaryzykować, porzucić naszą strefę komfortu na rzecz bardziej radykalnych działań. Nasze przyzwyczajenia są bardzo silne. To jak z wyjściem z wieloletniego związku, który może budzi w nas już poczucie niesmaku, ale zapewnia nam bezpieczny byt i strukturę, więc tkwimy w nim dalej.

Powiedziała Pani kiedyś, że „filmy, które w nas zostają, mają w sobie pewien rodzaj zgrzytu”. Co jest zgrzytem w tym filmie?

Żyjemy w kulturze audiowizualnej. Ona tworzy nasze potrzeby, gusta, pragnienia. Narracja fabularna jest znana podświadomie większości z nas. Bohater ma jakieś życie, napotyka przeszkody, musi je przezwyciężyć, ma cel, przegrywa albo wygrywa, ale uczy się czegoś o sobie. Nawet nie wiemy, że w kółko oglądamy ten sam film. Nie konfrontujemy się z sumieniem, bo kino dostarcza nam mocnych emocji i wirtualnie zapewnia nam szybkie oczyszczenie. Popłaczemy nad swoim lub cudzym losem. Przestraszymy się. Pomyślimy, jaki ten świat jest straszny, jak mogliśmy tego nie widzieć? Uff – ale teraz już wiemy… Wydaje mi się, że jedyny sposób, żeby naprawdę dotrzeć do widza z jakąś niewygodną dla niego myślą, nie emocją właśnie, bożyszczem świata reklamy, to wywołać u niego dyskomfort. Dać film,  który trudno się ogląda, bo odbiega jakoś od schematów, które dobrze znamy. To kino jest inne – brzydkie, nudne albo zwyczajne, pozbawione wielkich efektów, ale ma może większą szansą zostać w widzu na dłużej. Nie daje się tak łatwo przetrawić. Problem jest tylko taki, że to kino trafia do bardzo wąskiego grona odbiorców. Taka jest cena.

Przed „Via Carpatią” w 2016 roku dostała Pani studenckiego Oskara, przyznawanego przez Amerykańską Akademię Filmową, za znakomity film dyplomowy „Lokatorki”, zrobiony w łódzkiej filmówce. Odbierając Oskara w Los Angeles, powiedziała Pani kilka słów o Polsce… publiczność żywo reagowała …

Tego dnia w Polsce odbywał się jeden z Czarnych Marszów przeciwko próbom zaostrzenia prawa aborcyjnego, które i tak jest już dość restrykcyjne. Nawiązałam do tego. To był taki gest solidarności i próba nagłośnienia sprawy. Mój film „Lokatorki” m.in. porusza temat kobiet w Polsce, ich sytuacji życiowej i finansowej. Dotyka też niepełnosprawności, strachu przed nią oraz braku środków do radzenia sobie z nią. Sama jestem matką dziecka, które boryka się z niepełnosprawnością. Życie w rodzinie, w której jeden z jej członków na co dzień musi się zmagać z chorobą jest niezwykle obciążające dla wszystkich pozostałych. Kocham swojego syna nad życie. Ale jeśli podobna sytuacja przydarzyłaby mi się jeszcze raz, pewnie dla dobra moich obecnych dzieci, przede wszystkim syna, którego już mam, ale też męża oraz naszych wzajemnych relacji nie pozwoliłabym sobie na urodzenie kolejnego dziecka z problemami zdrowotnymi. Myślę, że już nie udźwignęlibyśmy tego. Każda dorosła kobieta powinna mieć prawo do tego, by zadecydować, czy może przyjąć za kogoś odpowiedzialność na całe życie. Nie da się ludzi zmusić do miłości. Takie rzeczy kończą się jeszcze większymi tragediami. Nie chodzi o prawo do usuwania ciąży. Chodzi o prawo wyboru.

Pani dokonała wyboru i opuściła Polskę. Tu nie dało się żyć?

Polska z wielu powodów jest trudnym krajem do życia, ale pewnie nie dla wszystkich. Może bardziej dla takich ludzi jak my – lewicowo myślących. Nie akceptuję pod wieloma względami polityki partii rządzącej. A przede wszystkim w 100% jej retoryki oraz ideologii, która za tym stoi. Nigdy nie było dla mnie ważne, czy „jestem prawdziwą Polką”, wręcz myślę, że w dużej mierze ukształtowała mnie i wzbogaciła w dzieciństwie możliwość przebywania w innych krajach i kulturze.

Jak zmieniło się Wasze życie?

Przede wszystkim zobaczyliśmy, jak niewiele trzeba mieć. Że są miejsca na świecie, gdzie konsumpcjonizm ma się słabo, bo natura rekompensuje potrzebę kupowania atrakcji i przedmiotów. W Polsce od lat 90-tych króluje gdzieś podskórnie przekonanie, że trzeba się dorobić i mieć. Teraz żyjemy w miejscu, gdzie wolny czas spędza się za darmo, a ludzie są zaangażowani w ekologię. Poza dziedzicami fortun zza granicy ludzie żyją tutaj skromnie. Nawet nie chodzimy do kina, bo na całą wyspę jest tylko jedno, daleko od nas. Nie ma na co wydawać, no może na poranną kawę. Robi mi ją codziennie Larissa, która uciekła z mężem z północnych Włoch przed kryzysem ekonomicznym. Mają tutaj swój mały bar z sokami, kawą i kanapkami. Przynoszę jej szklankę, ona robi mi kawę za 1,2 euro. Nie ma kubków z logotypem. Za produktami i usługami stoją ludzie. To strasznie fajna równowaga… Uspokaja system nerwowy. Tak jak widok horyzontu, czyste powietrze i zupełnie inne tempo życia. Ale takie życie nie jest dla wszystkich. Poza książkami i może muzyką trudno obcować tutaj ze sztuką. Mieszkamy w sumie na pustyni. Dla nas to wielki przywilej, że mogliśmy w życiu zrobić taki ruch, ale znam też wielu, którzy widzą nasze życie jako dobrowolne zesłanie i dobrze się tu czują tylko przez maksimum 2 tygodnie. A potem wariują z braku bodźców, dobrego ciśnienia wody i możliwości zafundowania sobie długiej kąpieli w wannie.

Zero komercji. To jest to, co na wyspie cenicie najbardziej?

Nie tylko to. W Polsce zapanowało teraz przekonanie, że każdy może każdego obrażać w imię swoich przekonań, że można pogardzać drugim człowiekiem. Mój mąż wziął ostatnio panią „na stopa” w Warszawie (nasze przyzwyczajenie z wyspy). Pani zamiast podziękować opieprzyła go z góry na dół za to, że… słucha w aucie TOK FM. Ja byłam świadkiem innej sytuacji – zepsuł się tramwaj; zimny marzec; nikt nie wie, co się dzieje. Motorniczy  zamiast przeprosić ludzi wydarł się na zdezorientowane starsze panie, że mają natychmiast opuścić pojazd i wyrzucił je z przekleństwami na ulicę. Żadnych słów wyjaśnień. Po prostu dosłownie „wypier…”. W miejscu, w którym mieszkamy teraz, ludzie są wolni od tego typu napięć. Nie mówię, że się nie kłócą między sobą – problemy materialne są w stanie zrujnować ludziom spokój na każdej szerokości geograficznej. Ale tutaj nikt by sobie nie pozwolił na takie zachowanie wobec drugiego człowieka, bez jasnego powodu. Wyspa jest mała. Wszyscy się znają. Wszyscy bierzemy za nią odpowiedzialność i staramy się żyć w harmonii mimo różnic.  Wyjątkiem są turyści dużych biur podróży, którzy uważają, że wszystko im wolno. Znów syndrom Edka z „Tanga” Mrożka…

Myśli Pani, że ten świat, w którym teraz Pani żyje jest lepszy?

To bardziej złożona sprawa i bardzo indywidualna. Dla mnie pod wieloma względami lepszy, choć oczywiście nie idealny. Jednak to, co obecnie dzieje się w Polsce – w sensie politycznych działań systemowych – zupełnie rozmija się z moją wizją tego, co istotne. Na świecie najważniejsza powinna być teraz ekologia. Z nią łączy się wszystko. Również sytuacja państw na Bliskim Wschodzie, sytuacja Afryki, ale też przyszłość naszego świata i naszych dzieci. W Polsce mieszkałam w dużym, zanieczyszczonym mieście – Warszawie, gdzie moje dziecko bez przerwy chorowało. Pół roku nie mogliśmy wychodzić na dwór z powodu smogu i pogody. Dodatkowo, po zmianach PiS w edukacji, miałabym również problem, by zapewnić mu dobrą naukę. Byłby ofiarą zmian w trybie edukacji indywidualnej i szkół integracyjnych. Już dwa lata temu przedszkole społeczne, do którego chodził przestało dostawać dofinansowanie na dzieci z orzeczeniem o niepełnosprawności. W całym systemie edukacji nastąpił bałagan i regres oraz niebezpieczne próby upolitycznienia programu.

A co z filmami, z realizacją planów zawodowych?

Również niektóre filmy, które chcę robić, nie spełniają wymogów „polityki historycznej” PiS, o czym wprost w recenzji mojego projektu scenariusza, tak zwanego treatmentu,  poinformował mnie ekspert komisji PISF pan Maciej Pawlicki, producent m.in. „Smoleńska”. Zarzucił mi, że napisałam „perwersyjną agitację genderową” i próbuję oczernić pamięć Polaków, którzy w ofierze złożyli swe życie za Polskę. A mnie po prostu interesuje reinterpretacja pewnych zdarzeń. Inny nowy punkt widzenia – niekoniecznie patriotyczny i fallogocentryczny, a feministyczny i pacyfistyczny.

Czy młoda utalentowana artystka, reżyserka, laureatka wielu międzynarodowych nagród, również tego studenckiego Oskara nie pasuje do Polski Kaczyńskiego? Jest Pani na tę Polskę obrażona?

Nie jestem obrażona. To byłoby głupie i niedojrzałe. Jednak wyrastam z pewnego kontekstu kulturowego – jako człowiek i artysta. Zdaję sobie sprawę z tego, skąd pochodzę i nie odrzucam tego. Nie da się. Po prostu w Polsce PiS dominują wartości, które mnie nie interesują. Np. budowanie jakiejś legendy Polaków jako narodu, który był wielki, wybrany i tę wielkość i ważność musi znów potwierdzić, bo przez czynniki zewnętrzne ją kiedyś stracił. Retoryka partii rządzącej zakłada jakąś ideę oczyszczenia kraju z tych, którzy szkodzą. Mamy pilnować porządku i czystości na swoim podwórku. Nie wpuszczać tych, którzy mogą przynieść jakąś nie do przewidzenia zmianę. A mnie przeciwnie akurat pociągają zmiany, ale też samokrytyka. Tylko zderzenie z innym pozwala nam zobaczyć siebie na nowo. Na tym polega rozwój. Nie wierzę w kategorię stałej tożsamości jako takiej, a tym bardziej w jakąś nadrzędną wartość kategorii tożsamości narodowej. Ale nie dlatego wyjechałam z Polski, że rządzi nią Kaczyński. Natomiast dlatego, że rządzą nią tacy, a nie inni ludzie, możliwe, że nie będę miała dokąd wracać. Nie ja jedna zresztą mam takie refleksje. Wiele osób w moim wieku i z mojego otoczenia albo myśli o wyjeździe z Polski, albo już to zrobiło.

Jesteśmy świadkami wybuchu nowego skandalu wokół Narodowego Banku Polskiego. Kontrowersyjne okazują się bowiem nie tylko związki prezesa instytucji z byłym szefem KNF, ale także jego polityka kadrowa. “Gazeta Wyborcza” opisała oburzające praktyki w banku centralnym, gdzie najbliższe współpracowniczki Adama Glapińskiego, nie bacząc na zarzuty braku wystarczających kompetencji otrzymują bajeczne wręcz wynagrodzenia. Przykładowo Martyna Wojciechowska ma zarabiać miesięcznie 65 tys. zł, a to więcej niż były prezes Banku Marek Belka, który otrzymywał dla porównania 57 tys. zł wynagrodzenia. Pensja obecnego prezesa NBP nie jest znana opinii publicznej, jednak nie ma wątpliwości, że musiała poszybować w górę. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że współpracowniczka Glapińskiego pracuje w NBP od 11 lat, ale wraz z przyjściem dobrej zmiany jej zarobki wzrosły niemal czterokrotnie w momencie objęcia funkcji dyrektora Departamentu Komunikacji i Promocji NBP.

Przyczyny nagłego awansu nie jest trudno szukać. Wojciechowska zasiadała z ramienia partii rządzącej w sejmiku województwa mazowieckiego, z której to funkcji zrezygnowała dopiero w maju 2018 roku.

Warto tutaj podkreślić, że mimo swoich partyjnych powiązań za urzędowania Marka Belki urzędniczce w NBP nie spadł włos z głowy, co pokazuje różnice standardów pomiędzy obecną a poprzednimi ekipami rządowymi.

Kwestia kompetencji osób do sprawowania funkcji staje się szczególnie zasadna w przypadku innej bliskiej współpracowniczki prezesa – Kamili Sukiennik. Poza pracą w NBP zasiada ona także w radzie nadzorczej Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Tymczasem informacje gazety wskazują, że ta studiowała w Wyższej Szkole Promocji, która nie daje dyplomu, który predysponowany do pełnienia takiej funkcji.

Widać zatem wyraźnie, że dobra zmiana okazała się tradycyjnie najkorzystniejsza dla przedstawicieli obozu władzy. NBP jest kolejnym uosobieniem prawdziwego znaczenia hasła PiS kryjącego się w słowach “umiar, praca, pokora”. Hipokryzja rządzących sięga tym samym szczytu. Niestety wiele wskazuje, że wychodzące na jaw skandale wciąż są zaledwie czubkiem góry lodowej.

Waldemar Mystkowski pisze o najważniejszej cesze Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński musiał się w polskiej polityce zdarzyć, tak jak dochodzi do zaistnienia zła, abyśmy mogli docenić dobro. Na szczęście nie doszło do zagarnięcia władzy przez niego na początku transformacji, choć wówczas było gotowe Porozumienie Centrum, którego członkowie skupiali się jednak na budowaniu siły finansowej przyszłej partii Kaczyńskiego. Choćby sprzedanie  najpopularniejszego tytułu gazety codziennej „Expressu Wieczornego” (który przypadł w nowym podziale mediów po 1989 roku właśnie PC), a następnie zainwestowanie pieniędzy z tej transakcji, między innymi przez obecnego prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, pozwoliło Kaczyńskiemu wyczekiwać dobrego momentu, gdy wreszcie dorwie się do władzy.

Jarosław i Lech Kaczyńscy zawdzięczają niemal wszystko dwóm politykom: Lechowi Wałęsie i Jerzemu Buzkowi. O ile Lech Kaczyński był średnio rozpoznawalny wśród elity solidarnościowej, o tyle Jarosław podczepił się pod brata jako manipulator. I to jest najważniejsza umiejętność prezesa obecnego PiS – manipulacja. Lech Wałęsa szybko braci Kaczyńskich wyrzucił z Kancelarii Prezydenta, Jarosław był głównym autorem jego programu wyborczego, ale to mu nie wystarczało, potrzebował Wałęsy jako narzędzia, aby sięgnąć po władzę dla siebie.

Porozumienie Centrum praktycznie nic nie znaczyło, gdy rządziła pod koniec ubiegłego wieku i na samym początku obecnego Akcja Wyborcza Solidarność – Kaczyńscy byli poza nią, ale w drugiej połowie kadencji po kryzysie w rządzie Jerzego Buzka spowodowanego dziurą budżetową ministra finansów Jarosława Bauca wypromował się Lech Kaczyński. To wówczas powstało Prawo i Sprawiedliwość.

Lech Kaczyński miał praktycznie jeden punkt programu jako minister sprawiedliwości i następnie jako pierwszy prezes PiS: zaostrzyć prawo, włącznie z wpisaniem do niego kary śmierci. To zadziałało. PiS pod sam koniec rządów AWS był jedną z dwóch głównych sił politycznych – obok Platformy Obywatelskiej – które powstały na gruzach ruchów solidarnościowych.

Ten stan układu politycznego jest aktualny do dzisiaj. Wówczas i szczególnie dzisiaj widać talenty manipulatorskie Jarosława Kaczyńskiego. Na początku manipulował bratem Lechem, teraz – prezydentem i premierem. Prezes PiS nie nadaje się na premiera ani prezydenta – do tych dwóch funkcji się przecież przymierzał, krótko był premierem – bo Jarosław Kaczyński potrafi tylko jedno i to najlepiej – zarządzać poprzez manipulację, jest reżyserem i głównym aktorem w swoim teatrze lalek.

Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki to jego kukiełki, pacynki, marionetki, nabija sobie je na palec bądź pociąga za sznureczki i grają tak jak on chce, a chce autokracji, więc prezydent i premier podporządkowują się decyzjom prezesa.

Premier rządu AWS Jerzy Buzek w wywiadzie dla tygodnika „Wprost” mówi o pierwszym prezesie PiS Lechu Kaczyńskim, którego sylwetka jest zupełnie inna niż PiS go dzisiaj przedstawia i inna niż brat Jarosław. Wystarczy tylko wspomnieć o roli Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa. – „Lech Kaczyński miał zdrowe poglądy na wymiar sprawiedliwości, przecież to on powtarzał, że Trybunał Konstytucyjny jest nie do ruszenia, że generalnie mamy dobrze skonstruowany system sądownictwa i że trzeba strzec jego niezależności” – powiedział Buzek.

PiS na początku opowiadał się za przestrzeganiem standardów demokratycznych, ale gdy Jarosław Kaczyński odkrył, że nie nadaje się na funkcje prezydenta i premiera wybrał formę autokratyzmu – na razie wersję miękką (republiki bananowej), aby rządzić za pomocą dowolnie wybranych przez siebie polityków. Przecież na miejscu Dudy mógłby być ktoś inny, a zamiast Morawieckiego nadal rządzić Beata Szydło. Oni nie są ważni, ale on – manipulator. Taką mamy formę zarządzania krajem – poprzez manipulacje.

PiS zamiast Fort Trump otrzymał od Amerykanów Fort TVN

29 List

Prawica dostała szału: ambasador Mosbacher broni TVN! A przecież to stacja „antypolska” i „antydemokratyczna”, jak przypomniała Amerykance poseł Krystyna Pawłowicz. W rzeczywistości antypolskie i antydemokratyczne jest rozpętywanie przez prawicę kampanii nienawiści przeciwko pani Mosbacher. Akurat w tej sprawie to ona reprezentuje prawo i sprawiedliwość. Prawica to wie, więc tym bardziej hejtuje. Co tam wieczna przyjaźń z Jankesami! Ważniejsze to zniszczyć wolne media w Polsce.

To postawa antypolska, bo w naszym interesie leżą dobre stosunki z USA, nawet w chaotycznej epoce Trumpa, i pozytywny wizerunek naszego państwa w świecie. I antydemokratyczna, bo TVN jest stacją legalną, przestrzegającą prawa, płacącą w Polsce podatki, niezależną od rządzących polityków. Ma konstytucyjne prawo do wolności słowa, ani większe, ani mniejsze niż np. kontrolowane politycznie przez obecną władzę media publiczne.

Pisowskie pogróżki i pomruki nienawiści pod adresem TVN i innych niezależnych od posła Kaczyńskiego mediów słychać od dawna. Prawda kłuje władzę w oczy, więc próbuje tym mediom rzucać kłody pod nogi na wszelkie sposoby. Teraz pod pretekstem rzekomej ustawki w reportażu o polskich neonazistach świętujących urodziny Hitlera.

Pani Mosbacher, pisząc do premiera Morawieckiego list w obronie TVN, broni zarazem generalnie wolności słowa w Polsce, co zasługuje na pochwałę. Zarazem broni firmy z kapitałem amerykańskim, działającej w Polsce. To jeszcze nie jest w Polsce przestępstwo, tylko skutek międzynarodowego systemu rynkowego, do którego Polska jeszcze należy i z czego czerpie korzyści. Jednocześnie od początku Mosbacher nie kryła, że będzie u nas ambasadorem amerykańskiego biznesu. Jej list do Morawieckiego nie powinien więc prawicy oburzać. Pasuje do biznesowego pojmowania polityki przez Trumpa.

Oczywiście, że u siebie Trump atakuje krytyczne wobec niego media i to w stylu żenującym, dla taniego poklasku swych fanów. W negatywnej roli, w jakiej polska prawica obsadza TVN, Trump obsadza CNN. Ostatnio spróbował nawet jednego z reporterów politycznych CNN wykluczyć z korpusu korespondentów przy Białym Domu. Bezskutecznie, bo murem za dziennikarzem stanęły w imię wolności słowa i prawa obywateli do informacji zarówno media krytykujące, jak i popierające prezydenta. Korespondent może robić swoje, a CNN dalej zarabia miliony na reklamach. Wolność słowa i biznesu trzyma się w Stanach mocno, w Polsce Kaczyńskiego trzeba o nią walczyć. I na swój sposób, a ku przestrodze dla obecnej władzy amerykańska ambasador się do niej włączyła.

Jest niezależna od kaprysów Kaczyńskiego, to Kaczyński musi się liczyć z kaprysami Trumpa. Bojkotowanie jej przez pisowskich notabli spływa po niej jak woda po kaczce, podobnie jak grymasy prawicy pod jej adresem, kiedy fetowała Lecha Wałęsę, który nadal pozostaje dla wielu Amerykanów jednym z bohaterów walki z komunizmem.

W tym sensie pani ambasador miała moralne prawo do wystąpienia w sprawie TVN. Przecież PiS lubi przedstawiać Polskę pod swymi rządami jako „fort Trump”. I siebie jako najwierniejszego sojusznika USA w Europie. Niech się więc nie oburza, że dostał od Mosbacher nauczkę na temat systemu demokracji w Ameryce, którego filarami są niezależność mediów i wolność słowa.

Przed kilkoma dniami Robert Biedroń wprawił w zdumienie wyborców lewicy, prezentując w roli swej prawej ręki do tworzenia regionalnych struktur swojej nowej partii Krzysztofa Gawkowskiego, „wyrwanego” z SLD. Wygląda to tak, jakby chciał się zbudować na rozbijaniu lewicy i namawianiu działaczy SLD do zdrady. Brzydko.

Biedroń nie chce mandatu radnego w Słupsku

Dziś Biedroń szokuje jeszcze bardziej. Oto po niecałym tygodniu od złożenia ślubowania zrzekł się mandatu radnego w Słupsku. Wygląda na to, że złamał śluby lub – co gorsza – ślubował w złej wierze. Jakże bowiem pogodzić służbę miastu ze wzgardzeniem mandatem otrzymanym z woli 2781 wyborców?

Błękitne oceany Roberta Biedronia

Nie znamy powodów dezercji Roberta Biedronia, bo nie raczył ich wyjaśnić ani w oficjalnym piśmie, ani w mediach. Skoro zapewniał, że tworzenie nowej organizacji politycznej nie koliduje z pracą w radzie miasta, to powód musi być inny. Ale jaki? I dlaczego polityk go nie ujawnia?

Porzuca i obraża wyborców

Wiarygodność Biedronia leci na łeb na szyję. Porzucenie wyborców oraz stworzonego własnym wysiłkiem i autorytetem klubu radnych (Łączy nas Słupsk – z ośmioma radnymi) to zdrada. Cóż, że może nadal kontrolować miasto, skoro wzgardził mandatem? Obraził wyborców i przyjął wygodną pozycję szarej eminencji. Tak nie postępuje demokrata i człowiek honoru.

Obawiam się, że Biedroniowi woda sodowa uderzyła do głowy. Jeździ po kraju, wpadając w ramiona swych licznych wielbicieli, i zaczęło mu się wydawać, że świat należy do niego i wszystko będzie mu wybaczone. Już wita się z gąską u drzwi Parlamentu Europejskiego, już rozsiada się w sejmowym gabinecie Palikota…

Plan Roberta Biedronia

Nie tak szybko – wyborcy weryfikują swoje początkowe zachwyty, gdy przekonają się, że „słodziak” to w gruncie rzeczy samolub i narcyz.

Biedroń strzelił sobie dwa samobóje, jeden po drugim. Czekamy na trzeci?

Szefowa koduj24.pl Magda Jethon rozmawia z pisarką Krystyną Koftą.

Nikt się jeszcze nie odwinął tak jak powinien, żeby zabolało – mówi Krystyna Kofta w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Czy politycy PiS przychodzą do kawiarni „Czytelnika”? Trzeba dodać, że jest bardzo blisko Sejmu.
Krystyna Kofta: Dziś już nie, ale swego czasu przychodzili. Jednak, gdy wpadł kiedyś Ziobro, nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy trochę buczeć. To było jeszcze, gdy żył Janusz Głowacki i on powiedział: – Przestańcie, my nie buczymy. A ja na to: – Oni buczą na cmentarzu, a to jest nasze miejsce

Niespecjalnie miło został powitany…
Trudno się dziwić, akurat do „Czytelnika” przychodzą ludzie, którzy rozumieją dewastację, jaką przyniosła „dobra zmiana”.

Od lat „zarządza” Pani stolikiem w tej kawiarni. W kawiarni, do której kiedyś przychodził Tadeusz Konwicki, Gustaw Holoubek czy Janusz Głowacki. Dziś nadal przychodzi tu elita –  elita, której nie znosi PiS. Jesteście na nich źli, myślicie o nich z pogardą?
O nikim nie myślę z pogardą. Jeśli chodzi o kawiarnię i stolik, przyszłam tu ze swoim debiutem „Wizjerem” dokładnie 40 lat temu. I tak już zostałam. A stolik rozwijał się przez pączkowanie. W chwilach wzmożenia politycznego ludzie potrzebują bliskości, wspólnoty, którą PiS stara się zabrać. „Stary” stolik funkcjonował tu od wieków. Obok Konwickiego, Holoubka i Głowackiego siedzieli tu Michał Komar, Andrzej Łapicki, nawet czasem Jan Pietrzak. Zwykle była Irena Szymańska, szara eminencja literatury polskiej. Dziś w każdy wtorek przychodzą do naszego stolika ludzie wolnych zawodów, redaktorzy, pisarze, aktorzy, artyści. Są wśród nich znani rysownicy jak Henryk Sawka czy Tomek Wawer. Tomek od dwóch lat prowadzi kronikę stolika. Rysują w niej obaj. Przychodzą pisarki, poeci i poetki, dziennikarze, redaktorzy, prawnicy i prawniczki, profesorowie fizyki, matematyki, informatyk, historyk, ludzie zajmujący się promowaniem kultury, nawet dwie bizneswoman. Stałych „stolikowców” jest około 40. Często wpada znany i świetny pisarz Józef Hen, kilka dni temu obchodziliśmy jego 95 urodziny. Gdy opowiada, wspomina, rozgadany zwykle stolik milknie i słucha. Nie lubimy tych, którzy nas obrażają, ale o nikim nie myślimy z pogardą.

Ale obecna władza z pogardą myśli o was…
Pogarda to jest problem PiS, a nie nasz. Kiedy przychodziliśmy tu za czasów Platformy czy SLD, a nawet podczas pierwszych rządów PiS, to nie było tak, że człowiek rano się budził z trwogą: co też wymyślą nowego, co zniszczą. My w „Czytelniku” o tym rozmawiamy. I czasami się śmiejemy, ale często to jest śmiech przez łzy, bo nie wiadomo, co robić. To, co oni wygadują i sposób, w jaki traktują elity, jest trudny do zrozumienia. Ktoś ostatnio zapytał mnie o autorytety, sugerując, że ich nie ma, bo PiS je zniszczył. Odparłam, że PiS nie zniszczył naszych autorytetów. Oni chcieliby wejść w miejsce tych autorytetów, bo myślą trochę jak bolszewicy, żeby obalić władzę i zająć jej miejsce, zarżnąć króla, żeby zostać królem, wejść do jego pałacu. Są jak Ubu król. Każdego, kto nie jest po ich stronie, próbują zniszczyć. Ktokolwiek im podpadnie, to, nawet jeśli jest kryształem, to i tak go będą starali się opluć i rozdeptać, ale z kryształem to nie takie proste, bo kryształ jest twardy. Dlatego nasze autorytety ciągle są i będą naszymi autorytetami. Jestem pewna, że niebawem swoje pomniki będą mieli i Mazowiecki, i Bartoszewski, i Kuroń…

Może elity nie są władzy do niczego potrzebne?
Tej władzy tak się wydawało, może najpierw myśleli, że wszyscy dadzą się kupić? Przejdą na ich stronę za kasę czy miejsce w spółce skarbu państwa. Nie udało im się zwabić nikogo ważnego w kulturze. A potem doszli do wniosku, że elity są im niepotrzebne. Na takim myśleniu, moim zdaniem, się przejechali. Twarzą ich prawniczej elity jest posłanka Pawłowicz ksywa profesor, prokurator stanu wojennego Piotrowicz oraz Ziobro, mszczący się na sędziach za swoje przegrane procesy. Pamiętam, kiedy rządził SLD, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, to co roku urządzał spotkania z ludźmi kultury. Kiedy pierwszy raz dostałam zaproszenie, wahałam się czy pójść, bo byłam z zupełnie innej strony. Jednak poszłam, bo pomyślałam sobie państwowotwórczo: jak mnie zaprasza prezydent, to idę. Dziś gdyby mnie zaprosił Duda, to bym nie poszła. Te rozważania są zresztą bezprzedmiotowe, bo prezydent Duda takich spotkań dla wszystkich opcji nie urządzi. To człowiek innego formatu. Dobrze pamiętam to pierwsze zaproszenie Kwaśniewskiego, nasze umiarkowane do niego zaufanie i rozmowy tu w „Czytelniku”, kiedy to Holoubek i Łapicki mówili, że ich noga w Pałacu Prezydenckim nie postanie. Ale po dwóch latach sytuacja się zmieniła. Elity przekonały się, że prezydent ich szanuje. Szybko zorientowaliśmy się, że Kwaśniewski potrafi z elitami rozmawiać, bo jest oczytanym inteligentem. Również jego żona, jako pierwsza dama, była aktywna i robiła wartościowe rzeczy.

Ukazała się właśnie Pani książka „W szczelinach czasu. Intymnie o PRL”. W tamtych czasach o inteligentach władza mówiła „obcy klasowo”.
Tak, ja byłam obca klasowo już od dziecka, bo mój ojciec był do tego tzw. prywatną inicjatywą, więc byłam podwójnie obciążona.

Dziś też czuje się Pani obca klasowo?
Myślę, że tak, każdy, kto ma jakąkolwiek klasę jest obcy klasowo. Obcy ich klasie. W ich klasie obok autora „mord zdradzieckich” są takie osoby, jak Dominik Tarczyński czy pani Pawłowicz, która mówi o fladze europejskiej szmata, a o kobietach, które wychodzą walczyć o swoje prawa na ulice, też mówi, że są szmatami. Na dodatek sama chce, żeby o niej mówić per poseł, nie posłanka – wygląda to na jakiś problem z kobiecością? Kompleksy?

Ma też problem z językiem polskim, mówi „wziąść”, bo „wziąć” jest dla niej formą lewacką.
Tak, oni wszyscy tak mówią. Ale my tu w „Czytelniku” nimi nie gardzimy. Czasami się śmiejemy, łapię się na tym, że mówimy i myślimy o nich: „oni”. W PRL-u też byli ONI. I MY.

Czy pamięta Pani jakąkolwiek władzę, która nienawidziła elit?
Nie. Nawet w PRL-u władza starała się obłaskawiać elity. Pamiętam, że sekretarze partii chodzili do teatru, przychodzili „Pod Egidę”, gdzie ich na scenie wyśmiewano…

Dzisiaj magister Ziobro poniewiera profesorami…
Pamięta Pani komisję i określenie Leszka Millera? – „Pan jest zerem panie Ziobro” –  powiedział proroczo. I to Zero rządzi państwem? Ziobro myślał, że tych profesorów ogra, ale się nie udało. Aktualnie jest silny, bo jest „namaszczony” przez prezesa, ale jaką ma faktyczną siłę mogliśmy zobaczyć parę lat temu, kiedy trzęsącym ze strachu, słabiutkim, piskliwym głosikiem błagał Kaczyńskiego, żeby mu wybaczył. To jest człowiek, który jest w stanie zrobić wszystko. Na razie za nic nie odpowiedział, ale na pewno kiedyś odpowie. Gdziekolwiek jestem zapraszana do mediów i rozmowa dotyczy tematów politycznych, mówię o sprawie Blidy. Sprawie, która jest niezałatwiona, w której zacierano  ślady, np. wyczyszczono z odcisków rewolwer itd. A ten człowiek, który odpowiada teraz za cały nasz system prawny, próbuje wykończyć prawników, bo czuje, że jest winien. Także tego, co się stało z Blidą. Ma mnóstwo rzeczy na sumieniu, ale ma też i haki. W ogóle uważam, że system pisowski opiera się na hakerstwie.

???
Hakeria to sposób rządzenia. Każdy ma haka na każdego i są w klinczu. Nawet prezes Kaczyński nie może wyrzucić tego czy owego, bo obawia się hakowania. Głównie chodzi o zbieranie i wykorzystywane haków w polityce. Mam także na myśli polityczne hakerstwo w internecie – wiadomo, że są wynajęci ludzie, którzy za parę groszy piszą ohydne rzeczy w sieci. Tu przed „Czytelnikiem” stoją wynajęci faceci z nienawistnymi transparentami. Kiedyś przepędziłam ich grubym słowem. Przyjechała ekipa z TVN i robili ze mną wywiad na temat profilaktyki raka piersi. Mówiłam, że należy się badać. Oni zaczęli wrzeszczeć myśląc, że jestem z Platformy. Wściekłam się i w obcesowy sposób kazałam im się wynosić. No i odeszli.

Czy wszyscy staliśmy się bardziej chamscy? Kiedyś pewnych rzeczy nie wypadało wypowiedzieć – dziś się wali prosto z mostu.
Język się zmienił, przy stoliku też przeklinamy. Głowacki od zawsze używał „słów”. Jednak są tacy, którzy wciąż operują eleganckim językiem. Wydaje się, że teraz po kompromitujących, pełnych wulgaryzmów taśmach polityków, wszyscy poczuliśmy się zażenowani. Mam nadzieję, że nasz język powoli zacznie się zmieniać, wracać do formy. A czy naród się zmienia? Ludzie starają się utrzymać na powierzchni. Wszyscy, także elektorat PiS…

…który ciągle nie topnieje…
Nie wiemy tego dokładnie, sondaże nie są wiarygodne, głównie dlatego, że ludzie nie mówią prawdy. Proszę sobie wyobrazić, że przychodzi ankieter do domu obywatela, daje mu ankietę i każe ją wypełniać. Tam jest pytanie, czy będziesz głosować na PiS. I taki człowiek myśli sobie tak: On zna mój adres, moje nazwisko i imię, wie, kim jestem, więc na wszelki wypadek napiszę, że będę głosować na PiS. Oni się na tym właśnie przejechali. Prezes Kaczyński mówił, że sondaże ich uśpiły, i stracili Warszawę i duże miasta. Prawdopodobne, że w wyborach parlamentarnych taka mobilizacja, jaka była teraz w dużych miastach, będzie i w mniejszych, a nawet na wsi. Bo to nie jest tak, że elektorat jest taki głupi, że można mu wszystko wmówić. Nie. Można dać 500+, wyprawkę 300, ale pieniądze się skończą. Do tego jest oczywiste, że kiedy 500+ z moich podatków dostają biedne rodziny, jestem zadowolona, ale jeśli dostaje je ktoś, kto ma 20 tys. zł miesięcznie, to się na to nie zgadzam. Trzeba liczyć się z tym, że jak przyjdzie następna ekipa, to nie zabierze wszystkim, tego nie wolno zrobić, natomiast musi zabrać bogatym. Uważam, że PiS krzywdzi samotne matki, które np. o kilka złotych przekraczają próg i nie dostają ani grosza. Moim zdaniem, polityka PiS  doprowadziła do tego, że jest mniej małżeństw i będzie jeszcze mniej dzieci.

Pani dzisiejsze felietony polityczne są ostre i bardzo krytyczne, a przecież nie wszystko jest czarno-białe?
Tak, jestem ostrzejsza, ale wszystko wokół „się wyostrzyło”. Trzeba bronić własnych poglądów na rzeczywistość. Nie może być przyzwolenia na zło. Wkurzające jest to, że oni nas obrażają, wdeptują w glebę, a my staramy się być kulturalni. Ciągle słyszę po naszej stronie: my tak nie robimy, nie zniżymy się do ich poziomu. Nikt się jeszcze nie odwinął tak jak powinien, żeby zabolało. Grzeczność nie prowadzi do niczego dobrego. Musimy walczyć, ale bez nienawiści. Podobało mi się to, co na początku chciała robić .Nowoczesna, wszystko monitorować i zapisywać. Sama od 1966 r. prowadzę dzienniki. Gdybym nie miała tych dzienników, nie mogłabym napisać „Szczelin czasu”. Dzienniki pokazują prawdę. Nawet jeśli coś po latach okaże się nieprawdą, to taka była kiedyś prawda czasu. Dlatego często mówię o Blidzie, bo męczą mnie te niezałatwione sprawy. Potworna niesprawiedliwość, która spotkała rodzinę. Znałam Barbarę Blidę, nie była to słaba kobieta. Nie wszyscy wiedzą, że  wcześniej była ofiarą napadu, ukradli jej rozmaite rzeczy, ktoś ją w głowę uderzył i właśnie po tym incydencie dostała pozwolenie na broń. Kiedy o 6.00 rano zobaczyła ludzi w cywilu, którym otworzyła drzwi, miała prawo się przestraszyć i dlatego miała w ręce rewolwer.  Dlatego trzeba o tym pamiętać, a w przyszłości ich rozliczyć. Po śmierci Barbary Blidy Beata Kempa powiedziała, że nikt niewinny się nie zabija! I dostała potem wysokie stanowisko. Grasuje w polityce do tej pory.

Wracając do książki, pisze Pani o PRL bez złych emocji. Jak pisałaby Pani o dzisiejszych czasach?
Nie mogłabym jeszcze o tym pisać, jest za wcześnie i za bardzo mnie to porusza. Kiedy pisałam o PRL-u, to moje emocje w dzienniku są inne niż te po latach w książce. Np. oceniając stan wojenny i Jaruzelskiego, w dzienniku piszę, że on gdyby miał odrobinę honoru,  powinien sobie strzelić w łeb. Po latach zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby Jaruzelski był tak krwiożerczy jak część partii i wezwał radziecką pomoc? Wielu ludzi uważa, że to nie było możliwe. A pamiętam, jak mi ktoś przywiózł z zagranicy „Newsweeka”, a w nim były zdjęcia okrętów radzieckich, które czekały, żeby nas „uratować”. Nigdy nie należałam do żadnej partii, mój mąż też, ale pamiętam, że w stanie wojennym wielu partyjnych zaczęło przechylać się na naszą stronę. Zaczynam dostrzegać pewne analogie między tamtymi a obecnymi czasami. Jestem przekonana, że jeszcze parę pisowskich afer i kompromitacji, a utworzy się wielka grupa, która nie będzie już ich chciała, tak jak my wtedy nie chcieliśmy komuny. W książce piszę o moim ojcu, którego podczas wojny prześladowano za to, że nie chciał zostać reichsdeutschem. W PRL był gnębiony jako przedwojenny burżuj, choć stracił wszystko. Często powtarzał, że wszystkie reżimy gnębią tych samych ludzi. To samo mówił Klemens Szaniawski. I coś w tym jest. Przecież Michnik, Frasyniuk byli więzieni w PRL-u. Dziś Frasyniukowi grożą trzy lata, bo podobno kopnął policjanta. Inni opozycjoniści również są poniewierani. Może to kompleks PiS, że to nie oni walczyli i nie oni byli więzieni? Jak Wałęsa, Kuroń, Michnik, Frasyniuk i cała opozycja. Lech Kaczyński był wprawdzie w stoczni, ale pan Jarek już nie. Ostatnio procesując się z Wałęsą, miał pretensje przed salą sądową, że ktoś odezwał się do niego per „panie Jarku”, dziwił się, że policja na to nie reaguje!

Powiedziała Pani, że ludzie nie chcieli komuny i tak samo niebawem nie będą chcieli PiS.
Moim zdaniem, PiS znalazł się na równi pochyłej. Platformiane ośmiorniczki (porcja kosztuje – jak sprawdziłam – ok. 30 złotych) przy aferach PiS mogą się schować. Oni zamiast ośmiorniczek zrobili olbrzymią ośmiornicę, która oplata nas ze wszystkich stron. Wydaje im się, że jak zacisną te macki, to nikt nie piśnie. Myślą, że skoro Orbanowi się udało wziąć Węgrów za twarz, to im się też uda. A Polska to jest zupełnie inny kraj i inni ludzie. Pomijając fakt, że poza wszystkim Orban jest szefem, nie chowa się tchórzliwie za węgłem, bez odpowiedzialności, no i ma konstytucyjną większość. Trzeba pamiętać, że Węgrzy w czasie wojny byli po stronie niemieckiej, a my nie. Myślę, że w Polakach jest wielka siła i tradycja w stawianiu oporu przeciwko odbieraniu wolności. Musi się tylko trochę suweren przebudzić,  niekoniecznie cały lud, nie wszyscy walczyli w powstaniach. Reszta, jak zwykle, dołączy do zwycięzców. Poza tym, w PiS-ie trzeszczy, wiadomo, że są dwie frakcje Morawieckiego i Ziobry, które się zwalczają i mają na siebie liczne haki. Niewykluczone więc, że sami się wykończą.

Na to bym nie liczyła, więc kiedy może dojść do przebudzenia?
Kiedy władza przekracza pewien próg, to ludzie się jednoczą i następuje przebudzenie. Oni już przekroczyli ten próg, ale nie wszyscy jeszcze to widzą. Zawsze najpierw budzą się elity. Na początku „dobrej zmiany” ludzie wielu rzeczy nie rozumieli. Dwa lata temu mało kto wiedział, co to jest Trybunał Konstytucyjny, jak wygląda SN, jaka jest różnica między Trybunałem a SN, co jest zapisane w Konstytucji. I nagle nastąpiło pierwsze przebudzenie. To było przebudzenie elit, tak jak w czasach „Solidarności” – najpierw przebudziły się elity, a potem zwykli ludzie. Teraz będzie tak samo, elity obudzone są od dwóch lat. Reszta też się już przeciąga, budzi powoli, za chwilę ten krąg się poszerzy ockną się wszyscy, którym zależy na tym, by pozostać w Europie. A jest nas 80%! To my wszyscy tworzymy Społeczeństwo Obywatelskie, są w nim także wyborcy PiS-u i wszyscy obrażani, kanalie, zdradzieckie mordy, komuniści i złodzieje. Prezes Kaczyński już nie może uważać, że nikt ich nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Oni to wiedzą. To oczywista oczywistość.

Waldemar Mystkowski pisze o porażkach PiS.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła jednym tweetem po polsku: – „Relacje PL-USA są bardzo dobre, a moim priorytetem jest pogłębianie tej przyjaźni. Wśród podstawowych wartości niesamowicie ważnych dla USA i dla mnie jest wolność słowa, wolność mediów i wolność intelektualnego dyskursu”. W języku dyplomacji to użycie buta w stosunku do sojusznika, któremu obce są „wolność słowa, wolność mediów i wolność intelektualnego dyskursu”.

Wolne media w Polsce dostały wsparcie od USA. Tego Jankesom nie zapomnimy. Jeszcze większe wsparcie dostajemy od Unii Europejskiej, a konkretnie od Komisji Europejskiej. Śmiem twierdzić, iż gdybyśmy nie należeli do Unii, dzisiaj Kaczyński byłby wszechwładnym autokratą, znajdowalibyśmy się „w powtórce z rozrywki” z lat 1937-39, z możliwością zaznania wojny hybrydowej z Rosją.

Na szczęście, przyjaciele z Brukseli nie nabierają się na pisowskie wycofywanie się z demolki niezależności sądów. Markowana ustawa o Sądzie Najwyższym została uznana jako „krok w dobrą stronę”. Ale tylko krok, po którym powinno dojść do następnych – ma to być odwrót z ustaw sądowniczych. Wiemy, że PiS jednak z dążenia do autokracji nie ustąpi, bo nie po to demolował trzecią władzę.

Komisja Europejska nie wycofuje pozwu do Trybunału Sprawiedliwości UE, z artykułu 7 Traktatu Unii Europejskiej, czyli z procedowania ochrony reguł praworządności, które zostały złamane przez PiS.

PiS znalazło się więc w imadle dwóch potęg, z prawej strony dociskają USA, z lewej Bruksela, a w kraju ciągle na agendzie jest afera Komisji Nadzoru Finansowego, choć jej były prezes zmienił się w Marka Ch. Użyto cepa wspomnianej retorycznej mantry, mianowicie PiS składa wniosek do prokuratury i skarży ustawę dotyczącą VAT z roku 2008. Absurd – by nie powiedzieć paranoja – polega na tym, że została ona przegłosowana z rozwiązaniami, o które sam PiS wnioskował.

PiS potyka się więc o własne sznurowadła, ale to może dlatego, że Kaczyński „dąży do prawdy” w obstawie ochroniarzy, policjantów, odizolowany barierkami. Każdy by się w tej sytuacji przewrócił, zarówno przed ambasador USA, jak i przed Komisją Europejską oraz wykopyrtnął o supeł VAT, który sam zawiązał.

A więc stało się! Nie do końca oficjalnie, lecz prawie na pewno w ostatnich dniach przyszło na świat pierwsze genetycznie zmodyfikowane dziecko! Zespół pod kierunkiem dr. He Jiankui z Południowego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Szenzen dokonał za pomocą metody edytowania genów CRISPR modyfikacji ludzkich zarodków, polegającej na wyłączeniu genu CCR5 odpowiedzialnego za podatność na wirusy HIV, ospy i cholery. Zarodki zostały wszczepione do macicy kobiety i rozwinęły się z nich prawidłowe płody. Wedle wiarygodnych doniesień właśnie urodziły się dwie dziewczynki odporne na HIV, co oznacza, że eksperyment He Jiankui się powiódł.

Jak twierdzi sam autor eksperymentu – i trudno się z nim nie zgodzić – jest to przełom jeszcze większy niż wynalazek zapłodnienia in vitro. Powiem więcej – jest to początek nowej ery, ery transhumanizmu. Od dawna już przewidywano, że metody inżynierii genetycznej prędzej czy później zostaną zastosowane do człowieka i że stanie się to najprawdopodobniej w Chinach, gdzie opory natury moralnej są w tym obszarze znacznie słabsze niż na Zachodzie, natomiast pragnienie sukcesu i technologicznego przywództwa – przemożne.

I stało się – jesteśmy w nowej epoce. Przez jakiś czas naukowcy będą modyfikować ludzki genom wyłącznie w celach zdrowotnych, by potem zabrać się do wszczepiania zarodkom (ludzkich) genów warunkujących szczególnie korzystne cechy, niemające ściśle zdrowotnej natury. Dobra pamięć, inteligencja, empatia… I w ogóle wszystko, co może być warunkowane przez jeden bądź kilka genów. Za kilkadziesiąt lat pojawią się superludzie, o których rozprawiamy w bioetyce od wielu lat. To się dzieje na naszych oczach, tak samo jak globalne ocieplenie, sprowadzające na nas nieuchronną katastrofę.

I co możemy z tym zrobić? Mamy nie jeść śniadania albo nie iść do pracy, bo właśnie rozpoczęła się nowa epoka w dziejach ludzkości – być może ostatnia epoka? Skala ludzkiego żywota jest zbyt mała, by można było naprawdę doświadczyć epokowej zmiany, rozciągającej się wszak przynajmniej na stulecie. Wszyscy, którzy z racji wieku powinni poczuwać się do odpowiedzialności i głęboko przeżyć to, co się wydarza, są jednocześnie na tyle starzy, by móc się pocieszyć, że w ostatecznym rozrachunku to wszystko już ich nie dotyczy. Świat nigdy nie poddawał się naszej kontroli i nie poddaje się jej również dzisiaj, chociaż tak bardzo na to liczyliśmy.

Nie powinniśmy jednak patrzeć na inżynierię genetyczną człowieka wyłącznie jak na zagrożenie. To jest przede wszystkim zmiana. Zmiana wielka, która w perspektywie stu czy dwustu lat całkowicie przeobrazi prokreację, czyniąc z niej proces kontrolowany, tak jak przed tysiącami lat ludzkość objęła kontrolą przemieszczanie się oraz wytwarzanie żywności. Być może nasi potomkowie uznają, że nie dało się inaczej. Być może będą żałować, że nie mogą już mieć dzieci „tak o”. Albo jedno i drugie. Tak czy inaczej czeka nas wiele awantur i dramatów związanych z eksperymentowaniem na ludzkim genomie. Tym bardziej że nie wszystkie eksperymenty mogą zakończyć się happy endem. Oby urodzone właśnie dziewczynki rozwijały się zdrowo i wyrosły na szczęśliwe osoby. Choć ich życie nie będzie przecież zwyczajne.