Tag Archives: Magda Fitas-Dukaczewska

Wszczepianie paranoi katastrofy smoleńskiej przez PiS trwa. Magdalena Fitas-Dukaczewska odmówiła składania zeznań

3 Sty

Magdalena Fitas-Dukaczewska odmówiła składania zeznań w śledztwie dotyczącym „zdrady dyplomatycznej” ws. katastrofy smoleńskiej wszczętym w związku z doniesieniami Antoniego Macierewicza. Była tłumaczka Donalda Tuska miała zeznawać w charakterze świadka. Powołała się na obowiązującą ją tajemnicę.

Magda Fitas-Dukaczewska stawiła się dziś w Prokuraturze Krajowej w roli świadka.

Jak informuje RMF FM, była tłumaczka Donalda Tuska odmówiła składania zeznań, powołując się na obowiązująca ją tajemnicę. Fitas-Dukaczewska już wcześniej zapowiadała, że postąpi w ten sposób.

– Pani Fitas-Dukaczewska jest związana tajemnicą i nie może składać zeznań. Zwolnienie jej z tej tajemnicy byłoby szkodliwe dla interesu państwa – powiedział pełnomocnik Dukaczewskiej, Mikołaj Pietrzak, w rozmowie z dziennikarzami Polsat News.

Jak dodał, prokurator nie doręczył jego klientce postanowienia o zwolnieniu z tajemnicy państwowej.

Prokuratura Krajowa poinformowała, że ze względu na odmówienie przez Fitas-Dukaczewską składania zeznań, śledztwo zostało przerwane do czasu rozstrzygnięcia przez sąd kwestii zwolnienia jej z tajemnicy zawodowej.

Przesłuchanie miało się odbyć w ramach śledztwa w związku z doniesieniem złożonym dwa lata temu przez ówczesnego szefa MON Antoniego Macierewicza. Według niego, Donalda Tusk dopuścił się „zdrady dyplomatycznej”, oddając Rosjanom badanie katastrofy.

Fitas-Dukaczewska zajmowała się m.in. tłumaczeniem rozmowy Tuska z Władimirem Putinem w dniu katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r.

Reklamy

Krystyna Pawłowicz rozjuszona

29 Gru

„Prokuratura nie ma uprawnień do zwolnienia mnie z tajemnicy tłumacza. Jeśli p. Morawiecki zwolni mnie z tajemnicy, to ryzykuje, że w przyszłości np. tłumacze pracujący z nim przy negocjacjach nowej unijnej perspektyw budżetowej mogą zostać przesłuchani” – powiedziała w wywiadzie dla rp.pl. tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska. Ma ona zeznawać w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska po katastrofie smoleńskiej.

Na tę wypowiedź na Twitterze zareagowała posłanka PiS Krystyna Pawłowicz. – „Takiej tajemnicy w pr nie ma. Tłumacz jest TYLKO technicz przekaźnikiem.A Tuska nie dotyczy żadna tajemnica wobec zasady przejrzystości władzy,jej kontroli przez Naród,brak ochrony dla działań przeciwko Państwu i ich karalności w K.K.Spr.PUBL to NIE spr PRYW” [pisownia oryg.]. Dziennikarka Dominika Długosz w odpowiedzi przesłała Pawłowicz jeden z artykułów ustawy o tłumaczu przysięgłym, który stanowi, że jest on obowiązany do zachowania tajemnicy zawodowej.

To oczywiście nie przekonało posłanki PiS, która zaatakowała dziennikarkę. – „Pani prymitywizuje. Przedstawiałam Pani zasady. Czyich interesów Pani usiłuje bronić? Chcecie blokować swą ignorancją i chyba złą wolą próby ustal. prawdy o Smoleńsku. Dlaczego Pani wymyśla przeszkody, których nie ma. Konstytucja i Kod. Karny otwierają drzwi” – napisała Pawłowicz. W kolejnym wpisie dodała: – „A poza tym, czego,jakich wartości,czyich interesów usiłuje Pani bronić cytując bez zrozumienia wyrwane pojedyn. przepisy ? Interesów Polski,jej bezpieczeń czy uniemożliwienia ustal prawdy o Smoleńsku i roli w tej tragedii Tuska,a nawet Putina?”.

„O wow. Szybko poszło. A może mi pani poseł przytoczyć co tu jest do rozumienia? Dalej w ustawie, która w pani przekonaniu nie istnieje, są sankcje za złamanie tajemnicy.  Czy pani zdaniem każdy tłumacz ma sam rozważyć co może opowiadać a czego nie? Czy po prostu rozmowy Tuska może?” – napisała Dominika Długosz. W następnym wpisie dodała: – „Pani poseł. Czego to chyba proste – przestrzegania prawa. Pani się upiera, że prawo jest bez znaczenia, ja uważam, że jednak należy go przestrzegać. Skoro wina Tuska jest bezsporna to dlaczego po 3 latach prokurator potrzebuje zeznań tłumacza?”.

Rozdwojenie jaźni Ziobry: schizofrenia łamana przez paranoję

29 Gru

„Spytałem Z. Ziobrę o to, czy przeprosi W. Kwaśniaka za słowa o „rozzuchwalaniu przestępców”. Pismo kierowane na Min. Sprawiedliwości-PG i wychodzi rozdwojenie jaźni. Min. Spraw. odmawia odpowiedzi, twierdząc, że ZZ wypowiedział te słowa jako… Prokurator Generalny” – napisał poseł PO Krzysztof Brejza na Twitterze. Do wpisu dołączył swoją korespondencję z szefem resortu sprawiedliwości – prokuratorem generalnym. O słowach Ziobry na temat byłego wiceprzewodniczącego KNF Wojciecha Kwaśniaka pisała w swoim felietonie Eliza Michalik „Ziobro chciał „przykryć” aferę KNF „aferą Kwaśniaka”.

Internauci nie kryli oburzenia odpowiedzią, którą otrzymał poseł Brejza. – „Czy nie jest to lekceważenie i kpina z urzędu. Ci ludzie już tak się rozzuchwalili i są pewni, że będą rządzić dalej, że miło będzie popatrzeć na ich rozczarowanie. Buta kroczy przed upadkiem. W tym przypadku upadek będzie bolesny”; – „To może zrzutka na wizytę u psychiatry dla MS-PG. Rozdwojenie jaźni, niebezpieczne schorzenie”. – „To szczyt bezczelności czy głupoty?” – skomentował prof. Leszek Balcerowicz.

Nie zabrakło też kpin. – „Jako PG winien postawić sobie zarzuty, przesłuchać w charakterze podejrzanego i złożyć wniosek do sądu o areszt tymczasowy, jednocześnie składając dymisję z zajmowanych stanowisk!”; – „A jak zapyta Pan Prokuraturę, to odpowiedzą, że Ziobro powiedział to jako Minister Sprawiedliwości. Bareja się kłania”; – „Robi numer na paragraf 22?”.

Mamy też konflikt pomiędzy prawem społeczeństwa do kontroli poczynań władzy a dyplomatyczną dyskrecją niezbędną dla prowadzenia polityki. Tyle że tym konfliktem akurat władza PiS się nie przejmuje. Bo cała sprawa to dla niej po prostu narzędzie do atakowania politycznego wroga. A tłumaczce zostaje obywatelskie nieposłuszeństwo.

Dowody zbrodni?

Za kilka dni prokuratura ma przesłuchać tłumaczkę wielu polskich prezydentów i premierów Magdalenę Fitas-Dukaczewską na okoliczność rozmów premiera Donalda Tuska z prezydentem Władimirem Putinem tuż po katastrofie smoleńskiej. Prokuratura – przynajmniej w deklaracji – uzasadnia to dążeniem do ustalenia, czy premier Tusk popełnił zdradę dyplomatyczną, godząc się na to, by katastrofa wyjaśniana była zgodnie z konwencją chicagowską, czyli aby na miejscu prowadziła ją prokuratura rosyjska. „Zdradę dyplomatyczną” definiuje art. 129 kk. To „działanie na szkodę RP w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją” (kara od roku do lat 10).

Nie bardzo wiadomo, co do tej sprawy miałyby wnieść zeznania tłumaczki, bo to, że strona polska zgodziła się na konwencję chicagowską jest niesporne. Sporna jest jedynie ocena prawna, czy ta zgoda była przestępstwem.

Być może – czego prokuratura nie deklaruje – zeznania tłumaczki mają dać dowód na inne przestępstwo, w sprawie którego też toczy się postępowanie: rzekomej organizacji zamachu i przyczynienia się do śmierci 96 osób. Może prokuratura ma nadzieję, że w obecności tłumaczki nad ciałami ofiar katastrofy prezydent Putin powiedział do premiera Tuska coś w rodzaju „melduję wykonanie zadania”?

Jarosław Kaczyński ratuje Polaków od smoleńskiej paranoi

Przesłuchanie zbędne i groźne

Przesłuchanie Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej, oznaczające przymuszanie jej do ujawnienia tajemnicy tłumacza, nie jest konieczne ani nawet uzasadnione prawnie. Jest natomiast wydarzeniem precedensowym i ma charakter polityczny, bo może służyć do ataków i manipulacji informacjami o polityce prowadzonej przez politycznych konkurentów.

Siedmiu byłych prezydentów i premierów, których rozmowy tłumaczyła Magdalena Fitas-Dukaczewska: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak i Hanna Suchocka, podpisało list protestacyjny, w którym przesłuchanie tłumaczki uznają za „złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych”, które „narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych”. Zwracają uwagę, że Dukaczewska „była dopuszczona (także przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego) do największych tajemnic polskiej dyplomacji”.

Oczywiście można powiedzieć, że tajemnicom nic się nie stanie, bo przejmie je i pieczołowicie ochroni prokuratura. Tyle że dziś jest ona formacją polityczną podległą partii rządzącej. A śledztwa nie raz już służyły PiS-owi – także za poprzednich rządów – do prowadzenia polityki. Stojący na jej czele Zbigniew Ziobro zadbał zaś o to, by mieć prawo publicznie ujawniać wybrane przez siebie i dowolnie skomponowane informacje ze śledztwa. W takich rękach żadna tajemnica, w tym dyplomatyczna, nie jest bezpieczna. I służyć może politycznej manipulacji.

Czy możemy mówić o tajemnicy?

Rozmowy polityków w cztery oczy są poufne, ale nie pod względem prawnym. Żeby miały klauzulę poufności, ktoś musiałby ją każdej takiej rozmowie nadawać. A tego się nie da zrobić fizycznie, bo rozmowa to rozmowa, a nie dokument.

Rosyjskie gry wokół Smoleńska

Można by uznać z góry wszelkie rozmowy polityków określonego szczebla za tajemnicę, ale nie ma do tego podstawy prawnej. Nie ma w polskim prawie takiego pojęcia, jak tajemnica dyplomatyczna. Usiłowano je wprowadzić w 2012 r., po protestach w sprawie umowy ACTA i żądaniach, by rząd – Tuska – ujawnił swoje stanowisko negocjacyjne dla Komisji Europejskiej w tej sprawie (ujawnił). Parlament to prawo nawet uchwalił, ale Trybunał Konstytucyjny uznał przepis za niekonstytucyjny ze względu na tryb uchwalenia (tzw. wrzutka Rockiego, na etapie prac w Senacie). Potem rząd PO-PSL próbował do sprawy wrócić, ale budziła duży opór ze względu na naruszenie gwarantowanego konstytucją prawa obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

Władza chciała, by tajemnicą dyplomatyczną były „informacje dotyczące spraw zagranicznych lub członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej, których udostępnienie osobom i podmiotom niewykonującym zadań publicznych wymagających dostępu do takich informacji może osłabiać pozycję negocjacyjną lub procesową Rzeczypospolitej Polskiej lub w inny sposób osłabiać ochronę interesów RP lub Polaków za granicą lub interesów Rzeczypospolitej Polskiej związanych z członkostwem w Unii Europejskiej”. Była to zatem definicja „gumowa”, dzięki której można by utajniać właściwie wszystko. Np. właśnie stanowisko w sprawie ACTA czy stanowiska do trybunałów w Strasburgu i Luksemburgu. A także wszelkie rozmowy dyplomatyczne – bo kto by skontrolował ich treść?

Oczywiście rząd i tak może utajniać dokumenty, nadając im klauzulę poufności. Ale od tej klauzuli można się odwołać do sądu. I to jest sposób na znalezienie równowagi pomiędzy prawem do społecznej kontroli poczynań władzy a niezbędnej w dyplomacji dyskrecji. Definicja „tajemnicy dyplomatycznej”, przez swoją rozciągliwość i niedookreśloność, mogła tę sądową kontrolę ograniczyć lub udaremnić.

Skutek braku definicji tajemnicy dyplomatycznej jest taki, że rozmowy polityków w cztery oczy chroni tylko obyczaj. I najczęściej to działa. Latem tego roku w USA wybuchła afera, gdy demokraci żądali przesłuchania w Kongresie tłumaczki rozmów prezydentów Trumpa i Putina na szczycie w Helsinkach. Trump i jego otoczenie odmawiali informacji o treści tych rozmów, a demokraci podejrzewali, że Trump „sprzedał” Putinowi Ukraińców, obiecując poparcie dla referendum w Donbasie za przynależnością do Rosji. Ostatecznie od przesłuchania tłumaczki odstąpiono, szanując jej zobowiązanie do tajemnicy.

Tajemnica tłumacza

O tajemnicy tłumacza przysięgłego mówią międzynarodowe standardy. Polscy tłumacze mają swój Kodeks Tłumacza Przysięgłego. Jego par. 6 stanowi: „Tłumacz przysięgły zobowiązany jest do zachowania tajemnicy zawodowej, którą objęte są wszelkie informacje uzyskane w związku z tłumaczeniem, w tym również informacje, których nieumyślne ujawnienie zagrażałoby bezpieczeństwu obrotu gospodarczego, oraz ponosi całkowitą odpowiedzialność osobistą za sposób ich przechowywania w każdej postaci”.

Magdalena Fitas-Dukaczewska podkreśla dodatkowo, że aby być tłumaczką rozmów dyplomatycznych, musiała dostać tzw. poświadczenie bezpieczeństwa przyznawane przez ABW. Jest dopuszczona do tajemnic najwyższego stopnia i traktuje to jako zobowiązanie do ich bezwzględnej ochrony.

Kto może zwolnić tłumacza przysięgłego z tajemnicy rozmowy premiera? Zapewne premier. Pytanie: który? Premier Morawiecki? Czy premier Tusk, czyli ten, którego rozmowę tłumaczyła?

Z racjonalnego punktu widzenia zwolnienie Dukaczewskiej z tajemnicy przez premiera Morawieckiego jest niemożliwe, bo nie może być dokonane w ciemno. Premier musi najpierw wiedzieć, co było mówione, by ocenić, czy może tłumaczkę zwolnić z tajemnicy i w jakim zakresie. A nie zna treści rozmowy. Uznanie takiego zwolnienia przez tłumaczkę za ważne jest problematyczne.

Luka w prawie

Z tajemnicy zawodowej może ją zwolnić prokuratura. I nie ma przy tym żadnych ograniczeń – takich, jakie są w przypadku dziennikarzy, prawników czy lekarzy (art. 180 kpk, par. 2) :„mogą być przesłuchiwane co do faktów objętych tą tajemnicą tylko wtedy, gdy jest to niezbędne dla dobra wymiaru sprawiedliwości, a okoliczność nie może być ustalona na podstawie innego dowodu”. Nie mówiąc już o ochronie, jakiej podlega dziennikarskie źródło informacji, która może być uchylona tylko dla ścigania najcięższych przestępstw. I tylko przez sąd.

Gdyby tłumacze przysięgli byli chronieni jak dziennikarze w przypadku tajemnicy źródła, można by uznać, że taka ochrona wystarczająco równoważy interes wymiaru sprawiedliwości, prawo społeczeństwa do kontroli poczynań władzy i interes państwa w ochronie tajemnicy dyplomatycznej. Ale dziś tłumacze chronieni są tylko dobrym obyczajem. A ten w państwie PiS nie obowiązuje.

Z politycznego punktu widzenia zwolnienie tłumacza z tajemnicy dyplomatycznych rozmów byłoby niebezpiecznym precedensem zaprzęgającym dyplomację do walk wewnętrznych między rywalami politycznymi. Szczególnie w warunkach, gdy prokuratura jest narzędziem tej politycznej gry.

Magdalena Fitas-Dukaczewska – jak się wydaje – podziela tę opinie i czuje się zobowiązana do lojalności wobec osób, dla których pracowała, i wobec zasad etyki zawodu tłumacza. W tych warunkach pozostaje jej obywatelskie nieposłuszeństwo, czyli odmowa zeznań i poddanie się karze grzywny. Ze świadomością, że prokuratura może ponawiać wezwania na przesłuchania i wymierzać karę grzywny dowolną liczbę razy.

Rząd do ostatniej chwili pracował nad projektem zmian w ustawie o akcyzie, która ma powstrzymać wzrost cen energii elektrycznej w 2019 r. W piątek 21 grudnia opublikowano jej pierwszą wersjęzakładającą obniżenie akcyzy za energię elektryczną z 20 do 5 zł za megawatogodzinę (MWh) i redukcję opłaty przejściowej o 95 proc. – to niewielki element naszego rachunku za energię, który trafia do koncernów energetycznych za rozwiązane w latach 90. kontrakty długoterminowe. Projekt był jednak pełen luk – przepisy nie dawały żadnej gwarancji, że ceny nie wzrosną, nie było też rozwiązań dla firm i samorządów dających im możliwość renegocjacji podpisanych już umów energetycznych na 2019 r. – a do tego politycznie zobowiązali się premier Mateusz Morawiecki i minister energii Krzysztof Tchórzewski. Dlatego wieczorem 27 grudnia, na kilkanaście godzin przed posiedzeniem, pojawiła się autopoprawka do ustawy, dodająca szereg nowych rozwiązań – część z nich pojawiła się w propozycjach MinEner dyskutowanych wewnątrz rządu, do których dotarła Polityka Insight. Posłowie dowiedzieli się o niej następnego dnia z mediów.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Rząd wraca do pomysłu zamrożenia cen

Zgodnie z autopoprawką opłaty za przesył i dystrybucję energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w 2019 r. nie będą mogły być wyższe, niż były 31 grudnia 2018 r., a za sprzedaż – nie wyższe, niż były 30 czerwca 2018 r., uwzględniając przewidziane w ustawie obniżenie akcyzy i opłaty przejściowej. Państwowe i prywatne spółki będą musiały zastosować się do tego od 1 stycznia 2019 r. Prościej mówiąc, rząd zamierza po prostu zamrozić ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. Do starych cen mają też wrócić samorządy i firmy. Autopoprawka stanowi bowiem, że spółki obracające energią – zarówno te państwowe, jak i prywatne – będą musiały zmienić zawarte po 30 czerwca 2018 r. umowy z tymi podmiotami, jeśli określona w nich cena za prąd jest wyższa niż w poprzedniej umowie. Firmy energetyczne będą miały na to czas do 1 kwietnia 2019 r., przy czym niższa stawka za energię będzie naliczana już od 1 stycznia.

Prąd plus – czyli będzie drożej

Jest kij, musi być i marchewka

Jeśli firmy energetyczną się nie podporządkują zapisom ustawy i nie obniżą cen, mogą dostać karę w wysokości 5 proc. ich rocznych przychodów. Rząd przygotował jednak też marchewkę, czyli rekompensaty za utracone przychody, które mają pochłonąć ok. 4 mld zł. W tym celu powołany ma zostać nowy Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny. To zupełnie nowy twór, który zostanie zasilony m.in. przychodami państwa ze sprzedaży 55,8 mln uprawnień do emisji CO2. To niewykorzystane w przeszłości uprawnienia, które rząd może sprzedać i zasilić budżet państwa – Komisja Europejska już się na to zgodziła. Jednak zgodnie z unijnym prawem 50 proc. przychodów ze sprzedaży tych uprawnień powinno trafić na inwestycje wspierające nowoczesną transformację sektora energetycznego. Tymczasem rząd chce przeznaczyć na rekompensaty aż 80 proc. przychodów ze sprzedaży uprawnień, co może wywołać reakcję Brukseli, która może uznać to za niedozwoloną pomoc publiczną. W takiej sytuacji firmy będą musiały zwrócić otrzymane środki.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Ceny i tak wzrosną, tylko z opóźnieniem

Propozycje rządu – o ile nie zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską – powinny sprawić, że w 2019 r. nie zapłacimy wyższych rachunków za prąd. Władza zyska spokój w roku wyborczym, przerzucając problem wzrostu cen energii na kolejny rząd, ale cena za mrożenie cen będzie ogromna. Zaproponowane przepisy de facto zawieszają funkcjonowanie wolnego rynku w sektorze energii i mogą doprowadzić do upadku wielu prywatnych sprzedawców i dystrybutorów energii – nie wiadomo bowiem, czy środków na rekompensaty starczy dla wszystkich. Nierozwiązany pozostaje też główny problem polskiej energetyki, czyli oparcie 80 proc. produkcji prądu na węglu. Jeśli ceny uprawnień do emisji CO2 będą rosły dalej – a wszystko na to wskazuje – skala podwyżek w 2020 r. będzie ogromna, ale kolejny manewr z mrożeniem cen może się już nie udać. Środków na rekompensaty może po prostu zabraknąć w budżecie. Kryzys wokół cen energii to też dzwonek ostrzegawczy dla opozycji, która jeśli poważnie myśli o przejęciu władzy, powinna skupić się na przygotowywaniu planów reformy sektora energetycznego i to w sytuacji zbliżającego się spowolnienia gospodarczego.

Podczas Świąt zapomnieli o tym niektórzy hierarchowie Kościoła.

Święta już za nami. Nie powiem, było miło i przyjemnie, ale wielka szkoda, że  niektórzy hierarchowie Kościoła znowu połączyli piękno Bożego Narodzenia i jego przesłanie z polityką.

Metropolita gdański arcybiskup Leszek Sławoj Głódź widocznie świetnie czuje się w roli tego, co to wiedzie swoje owieczki nie tylko ku Chrystusowi, ale i ku właściwym wyborom politycznym. Duchowny naprawdę bardzo się stara, by w 2019 roku Polacy dokonali „dobrego” wyboru i postawili na partię, która ma pełne wsparcie Polskiej Instytucji Kościelnej. Oczywiście, nie powiedział tego wprost, bo jednak nie bardzo wypadało prowadzić podczas pasterki tak jawną agitację polityczną, ale przekaz poszedł bardzo czytelny.

Poprosił, by wierni modlili się żarliwie o „polskie dziś” i „ład polskich serc”. By była to modlitwa „o (…) odbudowę polskiej wspólnoty wspartej o stabilny fundament naszej narodowej tożsamości religijnej i kulturowej, nie skażonej manipulacjami pamięci historycznej. Akceptację i wspieranie decyzji i rozstrzygnięć, które niosą dobrą i konkretną pomoc, m.in. rodzinom. O wykorzenienie z polskiego życia publicznego nihilizmu. Tego jałowego „nie bo nie”, dyktowanego politycznym egoizmem i destrukcją społecznej wrażliwości”. No, jakaż ta opozycja wredna. Teraz, gdy wreszcie jest tak dobrze, gdy mamy tak wspaniałą partię u władzy, ona neguje wszystko i działa wręcz przeciwko Polakom, którym tak super się teraz żyje. Patrz narodzie i słuchaj, a potem przy urnie pamiętaj, kogo wybrać.

Głódź nie zapomniał też o wiernym słudze Kościoła, czyli Henryku Jankowskim, któremu dziękował za „ofiarną posługę w służbie Chrystusa”, a doniesienia medialne o nim nazwał pomówieniami głoszonymi przez środowiska wrogie Kościołowi.

Kolejny propagator jedynie słusznej partii, arcybiskup Stanisław Gądecki, również nie omieszkał wykorzystać Bożego Narodzenia do wygłoszenia swoich prawd o tzw. miękkim totalitaryzmie, który „stara się zmarginalizować chrześcijan i chrześcijaństwo w imię fałszywego szacunku dla tych, którzy nie są chrześcijanami”. Oburzony piętnował te poznańskie szkoły, które zrezygnowały z jasełek i szkolnych wigilii na rzecz spotkań świątecznych, a to postawa nie do zaakceptowania, bo jasełka są zgodne z polskim prawem.

Odwołał się do Konstytucji, mówiąc, że „ustawa zasadnicza zakłada, że władze publiczne zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, zapewniając jednocześnie swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Ponadto Konstytucja stwierdza, że polska kultura jest zakorzeniona w chrześcijańskim dziedzictwie narodu, a strzeżenie jej stanowi obowiązek władz publicznych. Co więcej, prawo oświatowe zakłada, że nauczanie i wychowanie powinno się odbywać z poszanowaniem chrześcijańskiego systemu wartości”. Szkoda, że zapomniał dodać, iż wpisana w Konstytucję wolność sumienia i religii powinna działać w obie strony, czyli… szanujmy prawo do swojej wiary, ale nie narzucajmy jej innym. Nie zmuszajmy wyznawców innych religii, ateistów czy agnostyków do udziału w rzymsko – katolickiej formie świętowania.

Metropolita poznański nie zapomniał wspomnieć też o promowaniu związków jednopłciowych, aborcji czy też programach szkolnych dotyczących seksualności, które nie są niczym innym, jak bezsensownym rozbudzaniem seksualności wśród dzieci. Było też o gender i nieszczęsnej konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. A wszystkie te działania i postawy to rodzaj kolonizacji, która „zmierza do światowej dominacji ośrodków liberalnych, bo jeśli zniszczy się tkankę społeczną opartą na tradycyjnych wartościach, to nie będzie już żadnej tożsamości narodowej, religijnej ani nawet płciowej. Takim społeczeństwem będzie można najłatwiej manipulować”.

Czy naprawdę takich tekstów oczekiwali katolicy, którzy tłumnie wybrali się na pasterkę? Przecież powinno być o tych pasterzach, którzy przybieżeli do Betlejem, o Bogu, co się narodził tej nocy. Powinno być to kazanie pełne radości, łączące ludzi w miłosierdziu. O nadziei, wierze, miłości, dobrym sercu, wspólnocie….

Tak powinno być, a jednak nie. Odnoszę wrażenie, że w polskim Kościele od jakiegoś czasu toczy się walka między dobrem a złem. Walka, która może doprowadzić tę instytucję do przepaści, bo wierni w końcu się wkurzą i wtedy nie będzie żadnego zmiłuj, a sny o potędze rozpadną się jak domek z kart. Jeszcze nasi duchowni są jak święte krowy, jeszcze czerpią pełnymi garściami kasę z rządowego koryta, jeszcze wciąż bazują na naiwności swoich wiernych, ale już niedługo to potrwa. Albo się wreszcie opamiętają i zajmą swoją robotą albo przyjdzie czas na zaciskanie pasa, a to będzie bolało. Ojjj będzie…

Waldemar Mystkowski pisze o Mateuszu Morawieckim, który rżnie Polaków w kwestii podwyżki cen pradu.

Paniczne zażegnywanie kryzysu, jaki grozi w związku z podwyżką cen prądu, to doskonały przykład PiS w pigułce. Fundnęli nam ten horror na koniec roku, nie powstydziłby się go sam Alfred Hitchcock. Można było ustawę przeprowadzić już dawno i przesunąć pieniądze z jednej kieszeni budżetu do spółek energetycznych, gdyby rząd pracował nad nią.

To, że dzisiaj do Polaków dotrze wiadomość, że podwyżek prądu nie będzie to guzik prawda, bo szybko ceny dadzą znać o sobie. Nie tylko w samorządach, które obciążone są podwyżkami i dostały już rachunki do zapłaty w przyszłym roku, ale w przedsiębiorstwach, które muszą wpisać cenę elektryczności do kosztów produkcji i usług. Ma być zapis w ustawie o renegocjowaniu cen do kwietnia przyszłego roku. Istny „Miś” Barei na przyszłoroczny Prima Aprilis.

Nagła sesja Sejmu pod koniec roku służy tylko temu, aby przepchać ustawę o cenach prądu. Najpierw nagle spłynął projekt ustawy do Sejmu napisany na kolanie, wielkości dwóch stron, aby tuż przed sesją wpłynęła autopoprawka rządu do własnego projektu, mająca 11 stron.

Ile będzie błędów w tej ustawie, można tylko się spodziewać. Zapowiada się  bubel prawny roku, a może nawet kadencji, dziesięciolecia, stulecia, bo Komisja Europejska może nie wydać zgody na zasilanie spółek skarbu państwa.

Mateusz Morawiecki z trybuny sejmowej uzasadniał podwyżkę cen, że to wina  poprzedniego rządu PO-PSL, konkretnie zaś Donalda Tuska, bo nie zawetował szczytu unijnego w sprawie pakietu klimatycznego. Nie trzeba za bardzo się wysilać, aby na stronach prezydent.pl sprawdzić, iż to Lech Kaczyński w 2008 roku ogłosił to „sukcesem polskim”, nie ma zaś słowa o wecie.

Zresztą ograniczenie emisji CO2 jest w interesie naszego zdrowia, które jest najcenniejsze dla nas, o tym powinien wiedzieć Morawiecki, który chcąc się kiedyś popisać znajomością fraszki Jana Kochanowskiego, spowodował wybuch śmiechu w internecie. Debatę i zadawanie pytań na sali sejmowej ograniczono do 30 sekund, które nawet nie pozwalają na wyrecytowanie „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego.

Podwyżka cen prądu jest spowodowana zakupem praw do emisji CO2, a my właśnie go zakupujemy za horrendalne ceny, bo rząd niczego nie robi, aby zmniejszyć zagrożenie dla naszego zdrowia i nie produkować rekordowo CO2.

Dlaczego piszę, że Morawiecki to dubeltowy Marek Suski? Z prostego powodu – „orzeł intelektu” Suski powiedział, że gdyby rząd PO Ewy Kopacz nie zamknął kopalni, które planował, to nie trzeba byłoby importować węgla z Rosji. Otóż rząd PO-PSL nie zamknął żadnej kopalni, a zrobiły to rządy PiS Beaty Szydło i Morawieckiego. Z Suskiego możemy się śmiać, bo to tylko fajtłapa, choć jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego. Ten ostatni jest o wiele groźniejszy, gdyż to Pinokio w każdym wygłaszanym zdaniu.

A za prąd zapłacimy więcej w podatkach i to większych, niż gdybyśmy płacili bezpośrednio. Zapłacimy jednak jeszcze czymś bezcennym, czego uczeń Morawiecki w szkole się nie nauczył – zapłacimy swoim zdrowiem. Nie dość, że dubeltowy Suski, tj. Morawiecki, opróżnia nam kieszenie, to zabiera zdrowie, a niektórym życie – 44 tys. Polaków umiera rocznie z powodu smogu.

żegna Kazimierza Kutza;

Macierewicz, mistrz konfabulacji. Po 1989 roku nie było od niego lepszych

23 Gru

Stanisław Walczak i internauci odnieśli się do informacji na temat planowanego przesłuchania przez prokuraturę tłumaczki Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej.

Więcej >>>

Kościół katolicki jak abp Gądecki gnije zewsząd. Za rządy PiS zapłacimy wysoką cenę. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (6). Dopaść Tuska (9)

22 Gru

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie zamiast chłodzić szampana będą majstrować przy prądzie. PiS rzeczywiście przeraził się, że porażą go efekty podwyżki cen energii. Antyrynkowe wstrzymanie podwyżek obiecał na 2019. A co potem? Potem będzie już po wyborach parlamentarnych” – napisał na Twitterze Krzysztof Adam Kowalczyk z „Rzeczpospolitej”. A oto, jaki jest PiS-owski przekaz dnia w tej sprawie: – „Znalezienie najlepszych rozwiązań dotyczących cen energii to bardzo ważne zadanie. Bezpieczeństwo budżetów domowych Polaków jest niezmiennie jednym z priorytetów prac Parlamentu. Dlatego będziemy pracować jeszcze przed nowym rokiem. Dodatkowe posiedzenie Sejmu odbędzie się 28.12.” – poinformował na Twitterze Marek Kuchciński.

Mateusz Morawiecki zapowiedział dziś obniżenie akcyzy za energię elektryczną, a o 95 proc. ma zostać zmniejszona opłata przejściowa. – „Podsumujmy: rząd NIE obniża cen energii. Daje jasny sygnał, że w 2019 roku zacznie się żonglerka innymi składnikami rachunków za prąd, by zrekompensować WZROST cen energii, który, nota bene, zdaniem URE jest nie w całości uzasadniony” – napisała na Twitterze Justyna Piszczatowska, dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych z sektorem energetycznym.

A Krzysztof Berenda napisał: – „Jest projekt ustawy o obniżce akcyzy na prąd. Tylko czemu skutki budżetowe są tylko w jednym roku? Te „obniżki podwyżek” są tylko na 2019? A potem? Panie Premierze?”.

Morawiecki mówił także o „lepszym gospodarowaniu kosztami w spółkach energetycznych”. W tym kontekście wymienił „oszczędności na wydatkach na marketing i operacyjnych”.

„Premier Morawiecki zapowiedział, że spółki energetyczne będą lepiej gospodarować kosztami, np. oszczędzając na wydatkach marketingowych. Zapowiadają się niespokojne święta u braci Karnowskich i Tomasza Sakiewicza?” – skomentował  Thomas Orchowski z TOK FM. Wiadomo bowiem, że do spółek medialnych przez nich prowadzonych trafiają reklamy z państwowych spółek energetycznych.

Żarty się skończyły, zaczęły się schody. Tymi schodami w coraz szybszym tempie posuwają się w górę ceny energii elektrycznej. A to w roku wyborczym grozi nieobliczalnymi stratami dla rządu, nie tylko ekonomicznymi, ale i wizerunkowymi. Więc zrobił się popłoch, bo straty wizerunkowe to jedyne, czego dziś lękają się politycy.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Powrót do PRL

Dlatego rząd od kilku tygodni jest jak porażony i rozpaczliwie szuka doraźnego rozwiązania, które sprawiłoby, że wysokie ceny energii dla odbiorców w 2019 r. pozostałyby na poziomie z 2018 r. Szczególnie dla 15 mln gospodarstw domowych. Najnowszy pomysł to administracyjne zamrożenie cen. A co potem? Tym będziemy się martwić za rok.

Starszym może to przypominać czasy peerelowskiej gospodarki centralnie sterowanej, kiedy też w obliczu protestów społecznych podejmowano decyzje o zamrożeniu cen, a urzędnicy decydowali, ile i co ma kosztować. I nieważne, ile kosztowało wytworzenie tego czy innego dobra, liczyło się to, jaka powinna być społecznie akceptowalna cena.

Dziś rząd usiłuje dokonać rekonstrukcji historycznej i wrócić do regulacji cen w sytuacji, gdy rynek energetyczny został już dawno uwolniony i nie da się łatwo wrócić do starego porządku. Ceny na rynku hurtowym rządzą się prawami popytu i podaży, a wzrost cen jest głównie efektem wzrostu kosztów wytwarzania. Coraz więcej kosztuje węgiel spalany w elektrowniach i prawa do emisji CO2, które trzeba kupować, by móc wysyłać do atmosfery miliony ton tego gazu cieplarnianego.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Nowy plan Morawieckiego

Pomysłów na ograniczenie skutków wzrostu cen energii było kilka. Opozycja sugerowała ograniczenie stawek podatkowych, VAT i akcyzy na prąd, ale o tym rząd początkowo rozmawiać nie chciał. Zamiast tego miała zostać przeprowadzona dość karkołomna operacja polegająca na zrekompensowaniu dystrybutorom energii wyższych cen prądu z pieniędzy publicznych. W zamian za to dystrybutorzy utrzymaliby ceny na dotychczasowym poziomie.

Poza gospodarstwami domowymi ma to dotyczyć samorządów, a także większości małych i średnich firm. Pieniądze na ten cel, a chodzi o kilka miliardów złotych, mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (którymi handluje rząd) oraz „dobrowolnej” daniny ze strony koncernów energetycznych. Mają powyjmować pieniądze z zaskórniaków i podzielić się z odbiorcami prądu.

Minister energii przekonuje, że od tego nie zbiednieją, najwyżej akcjonariusze nie dostaną dywidendy. Słysząc to, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, do którego spółki energetyczne zgłosiły z wnioskami o zatwierdzenie nowych wyższych taryf (średnio o 30 proc.), oświadczył, że wstrzymuje rozpatrywanie wniosków do czasu wyjaśnienia, kto i ile zachomikował. Bo prezes URE ma obowiązek zatwierdzać taryfę, jeśli uzna, że zaproponowane ceny odpowiadają kosztom uzasadnionym firm energetycznych. A tu minister zdradza, że nic nie jest uzasadnione, bo są jakieś zaskórniaki.

Najnowszy, ogłoszony w piątek plan premiera Mateusza Morawieckiego zakłada, że pieniądze niezbędne do utrzymania cen energii dla wybranych odbiorców mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, a także – co jest nowością – z obniżenia akcyzy na prąd oraz opłaty przejściowej. Odpowiednia ustawa w tej sprawie ma trafić do Sejmu tuż po świętach. Akcyza ma spaść z 20 do 5 zł za megawatogodzinę, a opłata przejściowa zostać zredukowana aż o 95 proc. W tym ostatnim przypadku podanie konkretnej kwoty jest trudne, bo różni odbiorcy mają różne stawki, ale opłata przejściowa w przypadku gospodarstw domowych to kilkadziesiąt złotych rocznie.

O co chodzi z opłatą przejściową

Nikt nic nie wie

Morawiecki musi czuć, że jest w sytuacji podbramkowej, skoro sam zajął się sprawą cen energii, choć jeszcze niedawno wydawał tylko polecenie ministrowi energii. Widać wyraźnie, że jego cierpliwość dla Krzysztofa Tchórzewskiego coraz bardziej się wyczerpuje. I nic dziwnego, bo to, co wyprawiał w ostatnich dniach, robiło wrażenie nawet na energetykach, którzy niejedno już widzieli, i groziło kompletną destabilizacją tej strategicznej branży.

Obniżka akcyzy jest o tyle prosta, że Polska ma jeden z najwyższych poziomów opodatkowania energii elektrycznej w UE. Problem jest tylko taki, że w projekcie budżetu uwzględniono już wpływy z tego podatku, więc trzeba będzie znaleźć oszczędności. Także opłata zastępcza jest wydajnym źródłem, zwłaszcza że rząd PiS w 2017 r. radykalnie podniósł jej wysokość.

Opłata zastępcza to tak naprawdę podatek na utrzymanie i rozbudowę energetyki węglowej. Jednak, żeby było śmieszniej, wprowadzona została w ustawie o… odnawialnych źródłach energii. Zapewne rząd chętnie do listy oszczędności dopisałby opłatę OZE, gdyby nie fakt, że już od dwóch lat jej stawka wynosi 0 zł, więc nie ma jak jej przyciąć. Od dwóch lat subsydiujemy energetykę węglową, a nie odnawialną.

Energetyczny plan Morawieckiego, który ma być kolejnym gospodarczym cudem, tyle że w energetycznej kasie, nie wróży nic dobrego. Na kilka dni przed końcem roku pisane są kolejne projekty ustaw i nikt nie wie, ile ma kosztować energia. Który odbiorca ma płacić nową, a który starą cenę? Jak mają wędrować pieniądze z państwowych rekompensat do kas spółek? Co będzie, jeśli ceny na rynku hurtowym w 2019 r. będą nadal rosnąć i pieniędzy nie wystarczy? Pytań jest więcej niż odpowiedzi. A chaotyczna próba rozwiązywania problemów nie wróży dobrze.

Ostrołęka, czyli długie pożegnanie w węglem

Miała być maszynka do robienia pieniędzy

Na dodatek wszyscy robią wrażenie zaskoczonych tym, że ceny prądu rosną, choć żadnego zaskoczenia w tym nie ma. Właściwie wysokie ceny energii były celem działania rządów PiS. Po to stworzono pionowo zintegrowane struktury koncernów energetycznych, po to pracowicie repolonizowano energetykę, wykupując z rąk zagranicznych inwestorów wszystko, co wcześniej im sprzedano. Po to wreszcie podnoszono podatki i parapodatki, od których puchną nasze energetyczne faktury.

Chodziło o to, by stworzyć możliwie wyizolowany ekosystem, w którym zamiast konkurencji rządziliby politycy. Koncerny energetyczne tworzące państwowy oligopol zostały przez nich zaprzęgnięte do finansowania upadającego górnictwa. Celem było też zbudowanie maszynki do robienia pieniędzy, które można było wykorzystywać na inne dowolne cele: na Polską Fundację Narodową, na budowę kolejnych elektrowni węglowych, na ratowanie siedleckiego Mostostalu (bo Siedlce to miasto ministra energii), na produkcję samochodów elektrycznych, na finansowanie deficytowej fabryki Autosan.

Najmniej myśli się o realnych inwestycjach w starzejącą się infrastrukturę, w elektrownie, które powinny przechodzić transformację energetyczną, w gospodarkę niskoemisyjną. Wszystkie sąsiedzkie kraje są dziś zajęte energetyczną transformacją, tylko nie my. Rząd wciąż nie jest w stanie stworzyć Polityki Energetycznej Polski, dokumentu określającego, jak ma wyglądać nasza elektroenergetyka w nadchodzących latach. I czego my właściwie chcemy?

Gorący finisz szczytu klimatycznego

Koniec końców my zapłacimy

Trudno się w tej sytuacji dziwić, że energia drożeje, skoro musi być wytwarzana z coraz droższego węgla, a cena węgla musi rosnąć, by zapewnić opłacalność wydobycia kopalniom. A teraz kopalnie rozpaczają, że nie stać ich na kupowanie drogiego prądu, bo polskie górnictwo jest piekielnie energochłonne. Trwa więc zjadanie własnego ogona: trzeba kopać węgiel, by produkować energię potrzebną do kopania węgla. Na tym polega bezpieczeństwo energetyczne.

Cała operacja z rekompensatami ma stworzyć wśród społeczeństwa złudzenie, że politycy mają władze, by zmieniać prawa ekonomii i nalewać nawet z próżnego. Wiadomo przecież, że koniec końców my te wyższe ceny zapłacimy. Może spółki energetyczne w rachunkach wpiszą nam starą cenę energii, ale dopiszą tyle pozycji do rachunków, że i tak wyjdą na swoje. Po to zmonopolizowano państwową energetykę, by można było żonglować kosztami.

Wiedzą coś o tym klienci banków, na początku kadencji PiS obciążonych specjalnym podatkiem, który miał ograniczać ich zyski. Rząd zapewniał, że żaden bank nie odważy się przerzucać podatku na klientów. A jak się skończyło? Zyski banków (w coraz większym stopniu państwowych) mają się dobrze, a klienci płacą za wszystkie usługi jak za zboże. Przepraszam: jak za energię elektryczną.

Państwowy skok na prywatny bank

„Teraz państwo bierze się za budowę hoteli. Może po prostu skoczmy od razu do PRL, na cholerę to udawanie?” – podsumował na Twitterze Bartosz Węglarczyk z onet.pl najnowszy pomysł rządu PiS. Chodzi o powołanie Polskiego Holdingu Hotelowego. – „Realizację tego ważnego dla sektora turystycznego projektu oddajemy w ręce profesjonalistów z branży hotelarskiej – spółce Chopin Airport Development, która opracuje model konsolidacji, a następnie będzie mogła rozpocząć integrację aktywów hotelowych rozproszonych dziś między różne podmioty pozostające w domenie państwa” – powiedział Mateusz Morawiecki, cytowany przez TVP Info.

Dosadnie pomysł skomentował Waldemar Kuczyński: – „Potrzebny jeszcze Polski Holding Ustępów Państwowych (PHUP). To ważny składnik CPK i robota dla babć klozetowych z CBA, by nikt antypaństwowo się nie załatwiał”. Inni internauci też mieli swoje propozycje: – „Powinien też powstać Polski Holding Fryzjerski, żeby jeszcze lepiej i skutecznej strzyc obywateli”; – „A czy będzie powrót zakupów w PEWEX za dolary i konsolidacja produkcji rolnej w ramach PGR?”; – „To jest nawet zabawne, że rzekomo najbardziej antyPRL-owski rząd III RP myśli dokładnie tak jak notable okresu słusznie minionego. Państwowa spółka hotelowa, państwowe samochody, państwowe stocznie. Co dalej? Państwowy holding bieliźniany?”.

Na jeszcze jeden aspekt sprawy zwrócił uwagę poseł PO Paweł Zalewski: – „Zarządzanie hotelem wymaga dużego doświadczenia i wiedzy. Wszędzie robią to firmy lub osoby prywatne. Jedynym celem jest stworzenie nowych miejsc zarabiania dla członków kasty PiS” – napisał. Wtórował mu jeden z internautów:

„Im więcej państwo będzie budowało czy zarządzało, tym więc miejsc w zarządach, radach nadzorczych, stanowisk dyrektorskich dla Misiewiczów z Nowogrodzkiej i okolic. Wszelka „repolonizacja” tylko taki ma cel”.

„Zamysł Prokuratury Krajowej uzyskania od pani Magdy Fitas-Dukaczewskiej informacji o przebiegu i treści choćby jednej rozmowy prowadzonej przez najwyższej rangi przedstawiciela państwa polskiego z jego zagranicznym odpowiednikiem będzie nie tylko złamaniem ważnej zasady zachowania przez tłumaczy pełnej tajemnicy rozmów politycznych. W naszym przekonaniu może stać się również groźnym precedensem na przyszłość. Złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych, narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych” – napisali w liście otwartym byli prezydenci, premierzy i ministrowie. Sygnatariuszami apelu są: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski; byli premierzy: Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak, Hanna Suchocka, Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Ewa Kopacz; byli ministrowie spraw zagranicznych: Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Adam D. Rotfeld, Radosław Sikorski, Grzegorz Schetyna; byli ministrowie obrony narodowej: Janusz Onyszkiewicz, Zbigniew Wojciech Okoński, Stanisław Dobrzański, Bogdan Klich, Tomasz Siemoniak.

Autorzy listu otwartego przypominają, że Fitas-Dukaczewska pracowała także dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego: –  „Była więc dopuszczona do największych tajemnic polskiej dyplomacji jako osoba nie tylko kompetentna, ale i w pełni zaufana”. Apelują więc do obecnych władz, a szczególnie do premiera Mateusza Morawieckiego, o „powstrzymanie tego groźnego dla interesów Polski działania prokuratury”.

Magda Fitas-Dukaczewska ma zostać przesłuchana 3 stycznia przez prokuraturę w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska, dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Głos w tej sprawie zabrało także Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych, o czym pisaliśmy w artykule „Murem za tłumaczką, która ma zeznawać w sprawie „zdrady Tuska”.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o zyczeniach świątecznych.

Oby były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Wielkie odliczanie czas zacząć. Już za trzy dni usiądziemy do stołu i zacznie się wielkie radowanie Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy liczymy na to, że Dobry Duch tych Świąt znajdzie trochę czasu i wpadnie do nas, by obdarować nas spokojem, miłością, ciepłem i uśmiechem najbliższych. Ważne, by nie zapomniał odsunąć od nas wszelkie swary, szczególnie te, o charakterze politycznym, bo inaczej nie mamy szans, by zaliczyć te Święta do udanych. Zdecydowanie lepiej jest powalczyć z karpiem na ości niż wkręcać się w coraz większą awanturkę pomiędzy teściem, który wielbi PiS, a bratową, oddaną sercem i duszą opozycji, prawda?

Wigilia to czas, gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem, człowiek człowiekowi przyjacielem się staje, a szczerość życzeń wydaje się bezterminowa, choć najczęściej kończy się o północy w ostatni dzień Świąt. To może ja zacznę nieco wcześniej i już teraz złożę życzenia tym, których nie darzę szacunkiem ani sympatią, a jednak stanę ponad polityczne animozje…

Zacznę od najważniejszej osoby w dzisiejszej Polsce, czyli prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Życzę mu, by wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jestem przekonana, że to już najwyższy czas, bo on biedny, w ferworze wiecznej walki, najpierw z komuną, potem z postkomuną, PO i znaczną częścią narodu, zapomniał, co to jest spacer po lesie, wylegiwanie się z książką na hamaku w ogrodzie, beztroska zabawa z kotami, rozmowa o wszystkim i niczym z prawdziwym przyjacielem. Panie prezesie, proszę dać sobie wreszcie szansę, by odpocząć od Polski, a Polsce, by odpoczęła od Pana. Proszę mi wierzyć, świetnie damy sobie bez Pana radę.

Dla prezydenta Andrzeja Dudy mam mnóstwo życzeń. Przede wszystkim, by wreszcie dorósł. Facet ma 46 lat, a w tym wieku powinno się być już odpowiedzialnym, wiedzieć, czego się chce od życia, znać swoją wartość na tyle, by nie dać się rozstawiać po kątach i zasłużyć sobie na miano tylko „długopisu”. Gdyby to ode mnie zależało, zafundowałabym mu studia w jakimś wybitnym instytucie prawniczym, by zrozumiał, że prawnik z niego kiepściutki i zalicza wpadkę za wpadką. Niech mu Dobry Duch Bożego Narodzenia przyniesie opamiętanie, kaganiec, by od czasu do czasu przestał pleść bzdury, zrozumienie, że zrobił z siebie chłopca na posyłki w wersji PiS, a nie Prezydenta Rzeczpospolitej, a miłość do samego siebie zamienił na miłość do narodu. To już ostatni dzwonek, jeśli chce Pan wyjść z choć kawałkiem twarzy z polityki.

Premierowi Morawieckiemu życzę, by znalazł wreszcie dobrego chirurga od operacji plastycznych i zoperował sobie nos. My Polacy naprawdę mamy już dosyć rządów Pinokia, którego kłamstwa przejdą do historii, ale tej mało chlubnej. Życzę, by uwolnił się wreszcie od rozdmuchanej megalomanii i przestał nam wmawiać, że to jemu zawdzięczamy wszystko, co dla Polski było ważne. Walka z PRL-em, wejście do NATO, Traktat Lizboński, a może i wygrana pod Grunwaldem czy wcześniej przekonanie Mieszka, by przyjął chrzest?  Proponuję też prezent pod choinkę w postaci dobrej jakości endoprotez, bo to długotrwale wstawanie z kolan na pewno odbije się na jego zdrowiu, a do tego spory zapas leków nasercowych, bo stan zawałowy w stosunkach z UE już blisko.

Oczywiście, nie zapominam też o panu Ziobrze, któremu życzę, by stanowisko prokuratora generalnego odbiło mu się ostrą czkawką. Niech te Święta przyniosą mu przekonanie, że daleko mu do alfy i omegi, że jest malutkim i okrąglutkim zerem przy tych autorytetach sędziowskich, których tak chce zniszczyć. Niech w zaciszu domowym, uświadomi sobie, że Polska to nie prywatny folwark, a każde zło wcześniej czy później, wróci do niego jak bumerang. I niech się cieszy chwilą, bo już niedługo dostanie niezłe baty.

Antoniemu Macierewiczowi życzę powrotu do zdrowia i odpowiednio dużej szafy, w której bez problemu zmieści się na czas jakiś wraz z posłanką Pawłowicz. Pani Zalewskiej jak najszybszego powrotu do pracy w szkole, by na własnej skórze odczuła boleśnie skutki swojej deformy edukacji. Wiceministrowi Zielińskiemu kolejnych poodcinanych główek, które usprawiedliwią wzmożoną ochronę policyjną własnego domostwa, Kuchcińskiemu taczki z wikliny, by przyjemnie mu się opuszczało parlament już tak na wieki wieków, Błaszczakowi chociaż jednego Caracala, pani Szydło bezkolizyjnej jazdy przez co najmniej pół roku i odpuszczenia sobie startu do Parlamentu Europejskiego, w którym naprawdę nikt jej nie potrzebuje.

Pozostałym politykom PiS życzę większego dystansu do siebie. Niech wreszcie uwierzą, że Polska nie potrzebuje już „mesjaszy narodu”. Niech przestaną usprawiedliwiać swoje wtopy rządami PO i wezmą odpowiedzialność za to, co czynią na swoje barki. Niech wreszcie przemówią ludzkim głosem, bez fałszu, kłamstw i populizmu. Niech zrozumieją, że to nie cyrk, ale Polska, Ojczyzna nas wszystkich, która zasługuje na to, co najlepsze. I tak w ogóle, niech im Gwiazdka Betlejemska świeci i niech ich dobrze oświeci.

…a nam wszystkim życzę, by były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu (fragment).

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Manipulacje Morawieckiego. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (5). Polowanie na Tuska (8)

22 Gru

Rząd Mateusza Morawieckiego chwali się ponownie hurraoptymistycznymi danymi budżetowymi, które idą na historyczny rekord. 11 mld zł nadwyżki po listopadzie to wynik wręcz fenomenalny, stąd rządzący wypinają pierś do orderów. Jednak eksperci z Forum Obywatelskiego Rozwoju postanowili wziąć pod lupę, co kryje się za pięknymi sloganami i tak chętnie używanymi liczbami. W wyniku ich analizy okazało się, że sytuacja nie jest wcale tak optymistyczna jak chcieli wmówić Polakom rządzący. Przekaz o olbrzymiej nadwyżce jest bowiem podszyty księgową manipulacją.

Listopadowa nadwyżka jest bowiem efektem strategii wydatkowej opartej na jak najniższym wykonywaniu budżetu w biegu roku. Założeniem jest to, aby kumulować wydatki na sam koniec roku, czego efektem jest olbrzymia luka po stronie wydatków państwa w poprzednich miesiącach. To właśnie generuje medialną nadwyżkę, która jednak następnie magicznie znika w grudniu, kiedy państwo prowadzi masową akcję pożyczkową na dławione wcześniej potrzeby. Tak było w zeszłym roku, kiedy także przez większość roku grano kartą nadwyżki, a w grudniu pożyczono tyle, że powstał deficyt w wysokości 25,4 mld zł. W tym roku nie powinno być inaczej. Jeszcze w 2015 roku na początku listopada wykonanie budżetu wynosiło 81,2%, podczas gdy w zeszłym i bieżącym roku oscyluje ono wokół zaledwie 76%. W zeszłym roku wykonanie za sam listopad było na poziomie 8,6%, a w tym roku spadło do 7,4%, co pokazuje, że czeka nas prawdopodobnie wielkie wydawanie. Rządowi trzeba przyznać, że udało mu się zapanować nad sytuacją finansów publicznych w warunkach wszystkich programów “Plus”, ale stało się w znacznej mierze dzięki wzrostowi wpływów aż o 8%, co jest efektem ponad 5% wzrostu gospodarczego. Forum Obywatelskiego Rozwoju doszło do wniosku, że rzeczywiście naturalnie powstające w ciągu roku oszczędności z niezrealizowanych projektów zostały decyzją polityczną wykorzystane do ograniczenia deficytu zamiast wydania na inne cele. Działania pro-oszczędnościowe są zatem realizowane, ale w zupełnie innej skali niż chwali się tym obóz władzy. Różnica wykonania budżetów ostatnich trzech lat wskazuje, że PiS mógł na grudzień zrzucić z pozostałych miesięcy nawet dodatkowe 4,4% budżetu. To ponad 16 mld zł, czyli samo w sobie więcej niż tak hucznie ogłaszana nadwyżka 11 mld zł za listopad, a do omawianej kwoty dojdą zaplanowane w budżecie na ten miesiąc wydatki.

Podstawą kwestią nie jest bowiem to, czy finanse publiczne są stabilne. W budżecie dzięki koniunkturze i hamowaniu presji na wydatki w budżetówce i inwestycje – czyli także kosztem pracowników, udało się skompensować efekty 500+ i innych obietnic socjalnych PiS. Jednak cichą ceną za ten mityczny dobrobyt są szanse rozwojowe, jakie można by w miejsce rozdawnictwa zrealizować. Ile za wydane na obietnice PiS  środki można zbudować żłobków, ile starych pieców produkujących smog usunąć, czy jak usprawnić transport publiczny i uzdrowić przestarzałą energetykę. Zamiast jednak mieć świadomość, że przejadamy owoce grubych lat, po których widzimy, że tuż za rogiem czają się lata chude, nasz rząd woli mamić opinię publiczną naciąganymi sztuczkami księgowymi statystykami. Tymczasem gospodarka spowolni i wpływy przestaną rosnąć, wtedy zaś okaże się, że tempo wydawania obecnego rządu jest nie do utrzymania.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Eliza Michalik w państwie w PiSdoo. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (4). Polowanie na Tuska (7)

21 Gru

„Nie zniweczycie filmikiem efektów kilkuletniego łamania prawa, konstytucji, podważania wiarygodności UE, promowania skrajnie prorosyjskich polityków, jak Macierewicz i osłabiania bezpieczeństwa Polski” – napisała na Twitterze – Eliza Michalik, pod najnowszym spotem PFN mającym promować Polskę.

Fundacja się wykosztowała i zaangażowała do krótkiego i bardzo ckliwego filmiku słynnego aktora Jeana Reno.

Rzecz o Bożym Narodzeniu: widzimy dziewczynkę, która wraz z mamą odwiedza swojego dziadka. W jego postać wciela się właśnie Reno, który opowiada wnuczce o Świętach Bożego Narodzenia w Polsce. Jest słodko, ciepło i nastrojowo, jak nie w PiS–owskiej Polsce.

Co do powiedzenia na przywracające do rzeczywistości słowa dziennikarki ma niejaki  Filip Rdesiński, szef PFN?

Musiał mieć bardzo mało do powiedzenia: „Eliza, zjedz snickersa”- napisał głupawo na Twitterze.

Dziennikarka zapytała więc Rdesińskiego ze zdziwieniem: „państwowym urzędnikom wolno/wypada tak rozmawiać z dziennikarzami?”

Ta wymiana zdań zapoczątkowała gorącą dyskusję.

Jako jeden z pierwszych głos zabrał naczelny tygodnika „Newsweek”- Tomasz Lis. „Państwowym nie. Ale to są partyjni, którym w państwie PIS wolno wszystko” – napisał rzeczowo.

Był to kamyk który poruszył lawinę. Ktoś, nawiązując do wątpliwej elegancji odzywki Rdesińskiego wypomniał mu „grzeszki” z przeszłości: przypomniał, jak będąc dwukrotnie prezesem Radia Merkury w Poznaniu, każdorazowo zostawiał spółkę w opłakanym stanie finansowym. Za pierwszym razem został z hukiem odwołany przez KRRiTV.

Zasłużenie „dołożył” mu również dziennikarz Przemysław Szubartowicz, pisząc: Pamiętam Rdesińskiego z programu Hejke i Lisiewicza w TV Republika. Pięknie szczuli. Po takiej szkole manier niczego innego bym się nie spodziewał.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>