Tag Archives: Łukasz Rogojsz

Buraki PiS

26 Wrz

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – używania pieniędzy publicznych do zorganizowanego hejtu na wielką skalę – zapowiedział europoseł PiS.

– „Sok z Buraka” to internetowa fabryka hejtu i nienawiści, której machina w sposób obrzydliwy dehumanizuje polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby wspierające Rząd RP. Administracja tego profilu posługuje się dezinformacją i fake newsami. „Sok z Buraka” powinien po prostu zniknąć – wypowiada się wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz.

– Uprzejmie informuję, że ratusz Warszawy nie posługuje się mową nienawiści. Jesteśmy i będziemy konsekwentni w walce z hejtem. Proszę wybaczyć, ale nie będę odnosić się do propagandowych akcji osób, które same celują w posługiwaniu się manipulacją – skomentował rzecznik prezydenta Warszawy Kamil Dąbrowa, który poinformował także, że opisany przez „Sieci” Mariusz Kozak-Zagozda jest zatrudniony przez miasto na umowę zastępstwo, ale trudno powiedzieć, czy będziemy kontynuować współpracę, musimy przeanalizować i podsumować dotychczasowe pół roku”.

Kozaka-Zagozda miał zakupić domenę w 2014 roku. Jak deklaruje pozbył się jej w 2017 roku.

Jan Szyszko nie daje o sobie zapomnieć… Były minister środowiska w rządzie Beaty Szydło postanowił odnieść się do zagrożeń dla klimatu. Krytykował też działalność 16-letniej aktywistki ekologicznej Grety Thunberg i innych młodych ludzi, którzy niedawno przeprowadzili w miastach całego świata Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

W wywiadzie dla Radia Wnet Szyszko wygłosił taką oto opinię: – „Dwutlenek węgla jest gazem życia. Przez niego powstaje drewno, pokarm. Bez niego nie ma życia na świecie. To powinien wiedzieć każdy uczeń szkoły podstawowej”.

– „Profesor-głuptas nie wspomniał tylko, że przyroda potrzebuje tylko określonej ilości dwutlenku węgla w atmosferze…. jego nadmiar jest zbrodniczy…”; – „Może Pan spróbuje wdychać CO2 zamiast tlenu i zobaczy, czy rzeczywiście jest tak wspaniale?; – „Za takie opinie Szyszko powinien mieć stan oskarżenia, za lekceważenie faktycznego zagrożenia, o wycince kilkusetletnich dębów nawet nie wspomnę”; – „Ignorancja tego gościa jest dramatyczna. Wstyd, że ktoś taki był ministrem. Nikodem Dyzma przy nim to tuz intelektu” – komentowali internauci wypowiedzi Szyszki.

A co miał do powiedzenie o Grecie Thunberg i Młodzieżowym Strajku Klimatycznym? – „Serdecznie jej współczuję. To dziewczę na pewno oszukano, to dziewczę chyba nie wie, co mówi, bo jest ciężko, aby w tym wieku rozumieć dokładne meandry polityki i gospodarki – one się tu nawzajem łączą. I to samo było w Warszawie niedawno, jechałem na spotkanie do Pałacu Staszica, gdzie nie mogłem się dostać, gdyż młodzież spontanicznie w wieku kilkunastu lat protestowała przeciwko temu, że Polska ma węgiel kamienny i go używa, a chyba nie wiedzieli w gruncie rzeczy, co tak naprawdę mówią” – stwierdził były minister środowiska.

Swoją drogą, można odnieść wrażenie, że atakowanie Grety Thunberg staje się powoli jednym z ulubionych zajęć prawej strony sceny politycznej. Przypomnijmy choćby nasz artykuł „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

PAD: Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska z Trumpem

– Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska. Ja bardzo lubię słuchać też opinii pana prezydenta Donalda Trumpa na różne kwestie właśnie związane z wielką polityką światową – mówił prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Michałem Adamczykiem w programie „Gość Wiadomości” TVP Info, pytany czy były takie momenty, że była różnica zdań, że nie mieli wspólnego stanowiska podczas spotkania w cztery oczy.

Syn Mariana Banasia, prezesa NIK, a wcześniej ministra finansów w rządzie PiS, przez kilka lat prowadził własne biznesy. Zawodowa kariera Jakuba Banasia nabrała przyspieszenia w listopadzie 2017 r., kiedy zaczął pracować w państwowych spółkach Skarbu Państwa – poinformowały „Fakty” TVN.

Najpierw trafił do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podległej ministrowi obrony narodowej. Był tam dyrektorem, a po pięciu miesiącach został doradcą zarządu. Po kolejnych kilku miesiącach został pełniącym obowiązki prezesa w podległej PGZ spółce Maskpol, produkującej sprzęt dla wojska. Tam też nie zagrzał długo miejsca i „przerzucił” się na bankowość. Obecnie jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu w państwowym banku Pekao S.A.

Dziennikarka „Faktów” chciała się dowiedzieć, na jakich zasadach Jakub Banaś został zatrudniony w każdej ze spółek? W odpowiedzi Pekao S.A. i PGZ poinformowały o „ochronie danych osobowych” i tajemnicy przedsiębiorstwa „co do sposobu i technik rekrutacji”.

– „Uważam, że mamy do czynienia z takim nepotyzmem, w którym wysoko postawiony ojciec załatwia pracę synowi, a ten syn nie ma najmniejszych kompetencji do tego, żeby od razu zaczynać karierę od kierowania firmą” – powiedział „Faktom” Tomasz Siemoniak z PO.

Problemu nepotyzmu nie dostrzega natomiast szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. – „Nie mam wiedzy na temat kariery syna pana Banasia. Natomiast sam fakt tego, że dziecko jakiegoś polityka pracuje w spółce Skarbu Państwa, wydaje mi się, że jest niewystarczające, żeby stawiać taką tezę” – stwierdził Dworczyk.

Tacy właśnie jesteśmy: mówimy o wolności, ale kiedy trzeba zastosować ją w praktyce, wrzeszczymy, tupiemy i gotowi jesteśmy ukamienować każdego, kto myśli inaczej.

Nie mamy pojęcia, czym jest wolność, nie czujemy jej, nie rozumiemy, że przychodzi nie pod postacią kwiecistych sztandarów i romantycznych haseł, ale jako „człowiek, z którym się nie zgadzamy” i o którym myślimy „po co on/ona aż tak prowokuje?”. Wrzeszczymy jak obdzierani ze skóry za każdym razem, gdy wolność trzeba dać sobie i innym i gdy ktoś korzysta z niej w sposób, który nam się nie podoba.

Klaudia Jachira, kandydatka PO na posłankę z Warszawy, stanęła ostatnio przed pomnikiem żołnierzy AK z transparentem „Bób, hummus, włoszczyzna”. Obrazek prowokacyjny, bo nad jej głową mogliśmy przeczytać „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Ja odebrałam ten happening jako ostrą, ale uzasadnioną w świetle tego, co wyprawiają różni politycy z Bogiem i Ojczyzną na ustach kpinę z hipokryzji, z ludzi mających gęby pełne frazesów o wartościach (które zresztą wcale nie każdemu muszą być drogie, bo przecież nie ma takiego obowiązku), na co dzień poniżających, oczerniających i okradających innych. (Na marginesie i dla jasności: gdyby nawet kpina Jachiry była nieuzasadniona, to też ok, bo w końcu satyra i dowcip uzasadnione być nie muszą).

I co? I rozpętało się polskie dulskie, bogoojczyźniane piekło. „Jachirę usunąć z list!”, „Przez takich jak Jachira KO przegra!”, „Jak śmiała!” i oczywiście – „Idiotka!”, „Kretynka!” i takie tam chrześcijańskie, katolickie epitety, pełne miłości bliźniego.

Klaudię Jachirę podziwiam od dawna jako nieustraszoną, samotną satyryczkę, pozytywnie zakręconą. Nie wiem, jaką byłaby posłanką i nie jest to moja sprawa, ale wiem jedno: ma prawo do własnej ekspresji, także takiej, która mi i wszystkim innym się nie podoba. Także, a może przede wszystkim takiej, która uraża czyjeś uczucia. (Nigdy zresztą nie sądziłam, żeby rzeczy i ludzie naprawdę wielcy mogli zostać „obrażeni”, przeciwnie, uważam, że im rzecz mniej ważna i rozdęta, tym łatwiej o obrazę, a prawdziwa wielkość satyry i kpiny, nawet najgłupszej, się nie boi, bo jakżeby mogło być inaczej?)

Wolność to nie teoria, to praktyka, to działanie. To rozumienie, że inni mają prawo postępować w przestrzeni publicznej jak uważają za stosowne, oni, a nie ty, dopóki nie łamią prawa. I choć niektórym trudno to pojąć, nic bardziej nie służy demokracji i debacie publicznej.

Odwrotnie: stawiam tezę, że im bardziej ktoś obraża czyjeś „święte” rzekomo uczucia, tym lepiej robi to świadomości społecznej, bo pobudza myślenie i pozwala spojrzeć na „świętości” z innej perspektywy.

W Polsce to teza rewolucyjna, dlatego na jej uzasadnienie przytoczę fragment orzeczenia amerykańskiego Sądu Najwyższego w jednej z najsłynniejszych amerykańskich spraw sądowych, dotyczących wolności słowa – Hustler Magazine versus Jerry Falwell. „Istotą ochrony wolności słowa (…) jest uznanie fundamentalnej wagi, jaką ma dla społeczeństwa swobodna wymiana idei i opinii na wszelkie tematy leżące w sferze publicznego zainteresowania. Aby swobodny przepływ opinii był możliwy, ludzie muszą mieć możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów bez obawy, że narażą się przez to na odpowiedzialność prawną. Należy więc chronić także wypowiedzi wynikające z niskich pobudek, chronić też ekspresję głęboko obraźliwą dla niektórych ludzi lub nawet dla większości członków społeczeństwa. Fakt, że społeczeństwo może uznać jakąś wypowiedź za obraźliwą nie jest dostatecznym powodem, by jej zakazać. Przeciwnie, jeśli to opinia wyrażona przez autora jest czymś, co wywołuje obrazę, to jest to właśnie powodem do tego, by zapewnić jej konstytucyjną ochronę. (…) Pojęcie „obraźliwości” w politycznym i społecznym dyskursie cechuje się nieuchronną podatnością na subiektywne interpretacje, co sprawiałoby, że przysięgli mogliby nakładać odpowiedzialność w oparciu o własne poglądy lub poczucie smaku, lub – co też jest możliwe – w oparciu o ich niechęć wobec konkretnej wypowiedzi”.

A przecież my w Polsce to właśnie robimy! Ciągle nakładamy na innych sankcje ze względu na własne poczucie smaku, jesteśmy na własnym punkcie przeczuleni i drażliwi, a później płaczemy, że nie ma świeżych nowych liderów, że młodzi nie chcą iść do polityki, że duszno i że inteligencji „trudno się oddycha!”. Po czym idziemy tłuc mentalnym młotkiem każdego, kto nie mieści się w naszych ramach pojmowania świata i „dobrego smaku”.

Nie można mieć wszystkiego. Nie można mieć wolności i jednocześnie gwarancji, że niczyje uczucia nie zostaną urażone, że wszyscy będą się ze sobą zgadzać (swoją drogą, jakie to byłoby koszmarne, zabijające umysł i cholernie nudne) i posuniętej do absurdu poprawności politycznej. Jeśli chcecie wolności, poluzujcie warkoczyki i nabierzcie dystansu, nie nadymajcie się jak purchawki i nie czujcie „obrażeni” i mentalnie zgwałceni za każdym razem, kiedy ktoś powie lub zrobi coś, czego wy byście nie powiedzieli lub nie zrobili.

Chyba że chcecie mieć kraj ciasnoty umysłowej, ludzi myślących tak samo, bojących się własnego cienia i autocenzurujących z obawy przed „zgorszeniem”.

Kopnięty Kuchciński przez Kaczyńskiego złożył dymisję

8 Sier

Czy poseł Stanisław Piotrowicz kłamał? Być może minął się on z prawdą przy swoich tłumaczeniach dotyczących podniebnych rejsów w towarzystwie marszałka Kuchcińskiego?

Piotrowicz twierdził, że leciał samolotem tylko ze względu na chorą żonę, która miała mieć ze sobą leki otrzymane w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii. Lek – zdaniem Piotrowicza – znajdował się w stanie silnego zamrożenia. Podróż motywowana była więc jak najszybszą potrzebą umieszczenia cennego lekarstwa w zamrażarce.

Portal gazeta.pl o zasadność tłumaczeń Piotrowicza zapytał doktora Pawła Grzesiowskiego, specjalistę z zakresu terapii zakażeń i immunologii. „Wyobrażam sobie, że w grę wchodzą jakieś preparaty stosowane w chorobach krwi. Obecnie nie wydaje się pacjentowi preparatów krwiopochodnych w stanie zamrożonym. Osocze czy krioprecypitat są przechowywane w stanie zamrożenia, ale stosowane wyłącznie w obszarze medycznym, bo może to zrobić jedynie uprawniona służba krwi” – stwierdził dr Grzesiowski.

Nie wydajemy leków pacjentom w postaci niegotowej do użycia (…). Natomiast są wyjątki, biorąc pod uwagę kwestie ściśle medyczne – istnieją leki, głównie z zakresu czynników krzepnięcia krwi stosowane w hemofilii, które wymagają rozpuszczenia przed podaniem w przypadku krwotoku.

Powiem szczerze, że taki argument jako uzasadnienie podróży rządowym samolotem, jest według mnie niejasny, bo takie leki można przewieźć pociągiem, albo samochodem. Wszystkie preparaty termowrażliwe transportowane są w specjalistycznych opakowaniach termoizolacyjnych i czas transportu nie jest liczony w minutach” – kontynuował lekarz.

W starciu argumentów Piotrowicz kontra Grzesiowski, lekarz specjalista wypada znacznie poważniej i to jemu wiarę dają internauci. „Ktoś wywozi za granicę leki z Polski, dlatego brakuje ich w aptekach. Samolotami wywożą?” – skomentował ironicznie jeden ze stałych użytkowników serwisu Gazeta.pl.

Sekwencje zwalania winy na innych przez Kuchcińskiego, Kaczyńskiego i rzecznika PiS. Konferencja prasowa do trzewi krętacza. Kaczyńskiego boli dupa, Kuchciński to wrzód na niej, ale kopiąc Kuchcińskiego, kopnął w siebie w zadek.

To bodaj punkt zwrotny kampanii wyborczej PiS. Dołowanie. Coś jak kiedyś afera Rywina dla SLD.

Sekwencje konferencji prasowej:

Prezes PiS: My uregulujemy tę sprawę, bo do tej pory zasad kto z kim mógł latać nie było.

Skoro opinia publiczna domaga się tutaj rygorów, to te rygory obowiązywać będą – podkreślił Jarosław Kaczyński.

Po raz kolejny podkreślono, że media i opinia publiczna powinny przyjrzeć się lotom, które zostały wykonane w trakcie rządzenia poprzedniej ekipy. Zapowiedziano, że zostanie przekazany wykaz lotów poprzedniego rządu. Rzecznik rządu Piotr Muller wyciągnął i pokazał plik dokumentów, które mają zawierać te informacje i dodał, że zostaną one rozdane wszystkim obecnym podczas konferencji dziennikarzom.

Co ciekawe, Marek Kuchciński obchodzi 9 sierpnia 64. urodziny. Oznacza to, że w dniu urodzin złoży dymisje.

Oburzenie u wielu osób budzi nawiązanie do poprzedniej ekipy rządzącej. – Podsumowanie konferencji Kaczyńskiego: „Wina Tuska!” – napisał Przemysław Pospieszyński, rzecznik prasowy opolskiego PO.

Wątpliwości budzi fakt, że PiS z łatwością ustalił, jakie loty odbyli Donald Tusk i Ewa Kopacz, a mieli ogromne trudności w sprecyzowaniu wykazu lotów Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego.

Opozycja domaga się dymisji urzędników, którzy przekazywali nieprawdziwe informacje opinii publicznej w sprawie lotów Marka Kuchcińskiego. – Czas na dymisje szefowej Kancelarii Sejmu i szefa Centrum Informacyjnego Sejmu – napisał Sławomir Neumann.

Według Arkadiusz Myrchy konferencja „była idealnym podsumowaniem 4 lat Marszałka Kuchcińskiego”.

– Zasłanianie się Tuskiem przez Kaczyńskiego jest żałosne. Brak odpowiedzi na pytania dziennikarzy to tchórzostwo – pisze Joanna Scheuring-Wielgus.

Do ciekawych informacji dotarł Onet.pl. Według portalu, Marek Kuchciński nie zamierzał podawać się do dymisji. Zdecydować miał o tym Jarosław Kaczyński, który uznał, że kilka dni temu w rozmowie marszałek Sejmu okłamał go co do liczby lotów, również tych z rodziną.

Podczas konferencji kilkakrotnie zaznaczono, że Marek Kuchciński nie złamał prawa, a mimo to w piątek złoży rezygnację z funkcji Marszałka Sejmu. – (…) czyli dymisja jest podyktowana nie złamaniem standardów i procedur tylko sondażami (opinią publiczną, jak mówią panowie Kuchciński i Kaczyński) – snuje wnioski Renata Grochal.

 Marszałek, o którym właśnie słuchaliśmy, jaki jest wspaniały, jednak wylatuje. Czyli kryzys został uznany za poważny – napisał Łukasz Warzecha.

Ciekawa uwaga dziennikarza radia TOK FM. Jakub Medek pisze: „Skoro w przypadku marszałka Kuchcińskiego wszystko odbyło się zgodnie z „prawem i obyczajem”, to o co chodzi z tym Tuskiem?”.

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli

Tak, jak nie można być trochę w ciąży, tak nie można też trochę przestrzegać prawa. Jeśli ktoś złamał prawo, powinien ponieść tego konsekwencje, niezależnie od aktualnie piastowanej funkcji… wróć – właściwie zależnie: we wszystkich normalnych demokracjach im wyżej jesteś, im ważniejsze stanowisko piastujesz, konsekwencje są większe i bardziej dolegliwe. Bo komu więcej dano, od tego – i słusznie – więcej się wymaga.

Marszałka Marka Kuchcińskiego, drugą osobę w państwie, człowieka, który rządziłby krajem, gdyby coś się stało prezydentowi, ta zasada obowiązuje z pewnością. I pan marszałek wydaje się być jedyną osobą, która tego nie dostrzega, co nie wystawia najlepszego świadectwa jego kwalifikacjom do tej zaszczytnej funkcji.

Loty o statusie HEAD mają swoją wyjątkową procedurę i wyjątkowe koszty, ponieważ zgodnie z instrukcją HEAD, dokumentem określającym zasady organizacji i zabezpieczenia lotów z najważniejszymi osobami w państwie, realizowanych przy użyciu statków powietrznych lotnictwa Sił Zbrojnych RP, loty te dotyczą – no właśnie – najważniejszych osób w państwie.

Tych osób jest zaledwie kilka: oprócz marszałka sejmu są to: prezydent i premier RP i marszałek senatu. Czasem z lotem samolotem wojskowym mogą polecieć także dyplomaci wskazani przez najważniejsze osoby w państwie, niezbędne do zrealizowania konkretnej misji, ale powinny to być przypadki sporadyczne i precyzyjnie opisane w odpowiednich dokumentach.

Loty o statusie HEAD mają też swoją instrukcję bezpieczeństwa, jak wymóg zgłaszania zapotrzebowania na lot HEAD nie później niż 48 godzin przed lotem, co umożliwia odpowiednim służbom bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki przygotować taką podróż. Jak opisał portal Onet, ważne jest, z oczywistych względów, żeby samoloty były stuprocentowo sprawne, a piloci odpowiednio przeszkoleni i najlepsi z najlepszych.

Marszałek Kuchciński i kancelaria sejmu złamali wszystkie te zasady. Wiemy już, dzięki dziennikarskiej pracy telewizji TVN i portalu Onet, że loty zgłaszane były nie tylko z dnia na dzień, ale czasem z godziny na godzinę, a na pokładzie przebywały osoby zupełnie do tego nieuprawnione, jak krewni marszałka, jego partyjni koledzy, jak minister Ziobro, poseł Piotrowicz czy prof. Krasnodębski i ich żony.

Marszałek złamał prawo. Nie „trochę”. Po prostu złamał i powinien zostać zdymisjonowany (gdyby wcześniej sam nie podał się do dymisji co zrobiłaby w tej sytuacji większość urzędników państwowych w cywilizowanych krajach).

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli. Dlaczego przypadkowo wybrane kwoty wpłacane na wybrany przez winowajcę cel, zamiast zwrotu kosztów do budżetu państwa?

Czy marszałek łamał prawo na koszt Caritasu czy obywateli?

Ponadto nie tylko marszałek, ale i oficjele, którzy uczestniczyli w łamaniu prawa, jak minister Ziobro i reszta powinni ponieść służbowe konsekwencje – także w postaci zwolnienia ze stanowiska.

Skutki powinny być zresztą nie tylko zawodowe, ale i prawne, bo w taki sposób przeprowadzane loty narażały zdrowie i życie ludzie, wprost, jak słusznie napisała prasa, narażając ich na powtórkę ze Smoleńska.

Marszałek Sejmu nie jest jedyną osobą w obozie rządzącym, która nadużywała przywilejów władzy. Kaczyński, broniąc kolegi, zaprzecza partyjnym wartościom.

– Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem – mówił w 2006 r. urzędujący premier Węgier Ferenc Gyurcsány, przyznając się, że jego rząd kłamał tylko po to, aby wygrać wybory i zdobyć władzę w kraju. Podobnie, po obnażeniu kolejnych kłamstw drugiej osoby w państwie, wygląda dzisiaj sytuacja w Polsce. Jarosław Kaczyński chciał mieć w Polsce Budapeszt, to ma. Tylko nie o taki Budapeszt chodziło prezesowi.

Kampania PiS z lotami marszałka Kuchcińskiego

Kampania wyborcza PiS miała wyglądać inaczej. Narzucanie tematów, partyjne pikniki, spotkania parlamentarzystów z wyborcami, spijanie śmietanki z programów socjalnych, z 500+ na czele. Dzisiaj politycy PiS chowają się przed mediami, a wśród Polaków też jest ich mniej. I bynajmniej problemem nie są wakacje. Afera marszałka Kuchcińskiego zatacza coraz szerszy krąg. Drugiej osobie w państwie nie mogą już nawet wierzyć partyjni koledzy. Codziennie opinia publiczna zaskakiwana jest obnażaniem kłamstw marszałka Sejmu. Marszałek Kuchciński oszczędne gospodarowanie prawdą podniósł do rangi sztuki. Rzecznik Centrum Informacyjnego Sejmu i sam marszałek zachowują się, jakby byli w sztabie opozycji. PiS, broniąc w Sejmie notorycznego kłamcy, osłabi się wyborczo. Obrazki z Kuchcińskim będą wracać we wrześniu i październiku.

Kuchcińskich w PiS jest wielu. Marszałek Senatu zaprzeczył, że zabierał w delegacje swoją rodzinę. Zmianę zdania ogłosił kilka godzin później podczas konferencji. Czy ministrowie rządu Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego traktowali rządowe samoloty jak taksówki? Czy rządowe samoloty były używane do kampanii samorządowej, europejskiej i parlamentarnej PiS? Wkrótce się dowiemy, tak jak wiemy już, że premier Szydło wojskową Casą latała do domu. Bulwersowały już loty szefa Kancelarii Premiera, który w listopadzie poleciał do stolicy Dolnego Śląska, by namawiać Bezpartyjnych Samorządowców do podpisania umowy koalicyjnej z PiS. Kiedy media pytały o cel i koszt lotu, a także prosiły o wykaz służbowych lotów ministrów, odpowiedzi nie otrzymały. Dopiero kiedy do Kancelarii z interpelacją wystąpili posłowie opozycji, KPRM udzielił odpowiedzi w sprawie lotu ministra.

Dzisiaj problemem PiS nie są już nawet same loty marszałka, ale notoryczne okłamywanie opinii publicznej. Kto ma wierzyć marszałkowi Sejmu, Kancelarii Sejmu i politykom PiS, którzy jeszcze tydzień temu zapewniali o krystalicznej uczciwości Kuchcińskiego, który ma być „jedynką” PiS w Krośnie?

Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się teraz na pozbawienie Kuchcińskiego funkcji marszałka Sejmu ze względów lojalnościowych. Kuchciński był wierny Kaczyńskiemu jak mało kto, kiedy prezes był na politycznym marginesie. Kaczyński poświeci druha, gdy temat będzie żył medialnie przez kolejne tygodnie. Jeśli Polacy wrócą z wakacji, a afera marszałka wciąż będzie rozpalać opinię publiczną, wewnętrzne sondaże partii pokażą, że Kuchciński ciągnie partię w dół, wtedy prezes zetnie marszałka. I tu pojawi się kolejny problem. Takich Kuchcińskich, nadużywających władzy, jest w PiS więcej. Kaczyński grzebiąc zaufanego druha, musiałby pogrzebać wielu z PiS, a to zdziesiątkowałoby listy wyborcze partii. PiS ma większy problem niż się wydaje, tym bardziej że temat jest rozwojowy. Kolejne przypadki będą wypływać również jesienią.

W środę odbyły się dwie narady w siedzibie PiS z udziałem najważniejszych osób w partii. Jedną z obecnych osób był premier Mateusz Morawiecki. Jak podaje „Fakt”, polityk miał czekać dwie godziny na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Rzecznik prasowy rządu Piotr Müller.

Pierwsze spotkanie kierownictwa PiS rozpoczęło się o godzinie 14.00 w środę. Jak powiedziała potem rzeczniczka partii Anita Czerwińska, nie miało ono charakteru nadzwyczajnego i dotyczyła tegorocznych wyborów parlamentarnych.

Nieoficjalne źródła donoszą jednak, że druga narada – wieczorna – dotyczyła lotów rządowymi samolotami, które wykonał Marek Kuchciński. Udział w niej wzięli najważniejsi członkowie PiS, m.in. Beata Szydło, Stanisław Karczewski, Mariusz Błaszczak czy Mateusz Morawiecki. Jak donosi „Fakt”, ten ostatni miał spędzić dwie godziny pod siedzibą PiS, czekając na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim.

Zaprzecza temu rzecznik prasowy rządu Piotr Müller. „Informacja „Faktu” dot. rzekomego oczekiwania Premiera na spotkanie w siedzibie PiS jest perfidnym kłamstwem. Gdy wczoraj redakcja mnie o to zapytała jednoznacznie zdementowałem ten fakenews” – napisał.

Kaczyński zapowiada czwartkowe oświadczenie

Po zakończeniu wieczornej narady Jarosław Kaczyński zapowiedział, że w czwartek o 12.30 wygłosi oświadczenie. Oficjalnie jego temat nie jest znany, wiele jednak wskazuje na to, że będzie dotyczył kwestii poruszonej podczas spotkania przy ul. Nowogrodzkiej.

Kuchciński latał rządowymi samolotami

W środę dziennikarze TVN 24 ujawnili listę osób, z której wynika, że wśród pasażerów rządowych lotów o statusie HEAD latających z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim byli: Zbigniew Ziobro, Stanisław Piotrowicz i jego żona Maria, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, Zdzisław Krasnodębski z małżonką oraz Karol Karski i szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska.

Marek Kuchciński w poniedziałek przeprosił wszystkich, „którzy poczuli się urażeni” doniesieniami o jego lotach, jednak zaznaczył, że działał zgodnie z prawem.

Przyznał również, że zdarzyło się, że samolotem leciała również jego żona – lot nie miał statusu HEAD i miał nie być specjalnie zamówiony. Marszałek Sejmu postanowił w związku z tym wpłacić kwotę pokrywającą pełen koszt lotu, a wyliczoną przez Ministerstwo Obrony Narodowej, tj. 28 tysięcy złotych na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. Jak jednak ujawnił TVN 24, dzień przed jego wykonaniem zostało złożone zamówienie na lot dla Doroty Kuchcińskiej.

W ramach zadośćuczynienia Marek Kuchciński w ubiegłym tygodniu przekazał również 15 tysięcy złotych rekompensaty na cele charytatywne – Caritas i fundację „Budzik” Ewy Błaszczyk.

Fakt opisał wczorajszą naradę polityków PiS w siedzibie partii rządzącej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które…

View original post 448 słów więcej

 

Drożyzna, oszustwa, propaganda goebbelsowska – oto PiS

31 Lip

Z sondażu pracowni IBRiS dla RMF FM i „Dziennika Gazety Prawnej wynika, że aż 51,3 proc. respondentów uważa, iż ceny ceny „wzrosły wyraźnie mocniej” niż w poprzednich latach. 17,5 proc. jest zdania, że „wzrosły nieco mocniej”, a 22,1 proc., że wzrosły „nieznacznie”.

Przeprowadzone badania dowodzą, że najmocniej podwyżki cen w sklepach odczuwają kobiety, bo to one decydują o priorytetach domowych budżetów.  Wyższe rachunki odczuwają głównie ludzie w przedziale 30-40 lat.

Oceniając sytuację z pozycji partyjnych elektoratów drożyznę boleśnie odczuwają zwolennicy PSL-u i aż 96 proc. spośród nich nich mówi o bardzo wyraźnym wzrośnie cen. Podobnego zdania są zwolennicy Lewicy i Platformy Obywatelskiej.

I tylko wyznawcy PiSu nie mają większych zastrzeżeń, bo jedynie 33 procent z nich mówi o wyraźnym wzroście, a drugie tyle o niewielkim.

Tymczasem według ankietowanych najmocniej podrożały ubrania i obuwie – 18 proc. Następnie – opłaty mieszkaniowe, które wzrosły dla 16 proc. badanych „znacznie”, a 26 proc. ankietowanych mówi o „nieco” mocniejszym wzroście. Podobnie jest z cenami paliw.

Jak wynika z przeprowadzonej ankiety Polacy dostrzegają także problemy na rynku żywnościowym. 1 proc. spośród nich mówi o wyraźnie mocniejszej podwyżce, ale aż 55 proc. mówi o nieco mocniejszej niż zwykle, 33 proc. o niewielkim wzroście.

Wyniki najnowszego badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” pokazują, że zmalała społeczna akceptacja dla realizacji postulatów osób LGBT. Wcześniej w podobny sposób zmianie uległo nasze nastawienie do innych grup społecznych i narodowych. Polityka wskazywania wroga i straszenia Polaków „obcym” zaczyna zbierać swoje żniwo.

– Osoby LGBT stały się „nowymi uchodźcami” – mówi w rozmowie z Gazeta.pl socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać „obcego”, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania – wyjaśnia ekspertka od psychologii propagandy politycznej.

– Następuje ubiegunowienie, silna polaryzacja społeczeństwa na coraz większej liczbie obszarów – dodaje psycholog społeczny prof. Bogdan Wojciszke z Uniwersytetu SWPS. Jego zdaniem, „władza skrzętnie z tego korzysta, bo konstrukcja wroga przydaje się w twardej kampanijnej walce politycznej”.

Odwrót od LGBT

Zmianę nastawienia Polaków do społeczności LGBT i jej praw pokazuje najnowsze badanie IBRiS dla „Rzeczpospolitej”. Pytano w nim Polaków o akceptację dla głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw par jednopłciowych i adopcji dzieci przez takie pary.

Co wynika ze wspomnianego sondażu? 44 proc. społeczeństwa popiera wprowadzenie związków partnerskich. Niemal co trzeci Polak (32 proc.) nie widzi problemu w legalizacji małżeństw osób tej samej płci, natomiast 12 proc. badanych chce dopuszczenia adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Przeciwnych tym postulatom jest odpowiednio: 46, 56 i 76 proc. respondentów.

O te same kwestie w końcówce lutego Polaków pytali ankieterzy IPSOS. Wyniki badania, które przeprowadzili na zlecenie OKO.press mocno się jednak różnią. Związki partnerskie popierało wówczas 56 proc. Polaków, małżeństwa jednopłciowe 41, a adopcję dzieci przez takie pary – 18. Przeciwko tym rozwiązaniom było wówczas odpowiednio: 39, 54 i 77 proc. badanych.

LGBT, czyli wróg

W obu przytoczonych badaniach pytano Polaków o to samo – akceptację dla trzech głównych postulatów społeczności LGBT. Oba przeprowadzono tą samą metodą – wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI). Także próba badawcza w obu przypadkach była zbliżona – ogólnopolska, reprezentatywna, licząca odpowiednio 1004 (IPSOS) i 1100 (IBRiS) osób. Zważywszy, że oba sondaże dzieli raptem pięć miesięcy, zmiana jest zauważalna. Tym bardziej, że wcześniej tendencja dla akceptacji postulatów środowisk LGBT była – umiarkowanie – ale jednak rosnąca. Co zmieniło się w ostatnim czasie? Mówiąc wprost: polityczna użyteczność mniejszości seksualnych.

O ile wcześniej wiadomo było, które partie popierają ich postulaty, a które są im przeciwne, o tyle od momentu podpisania w połowie lutego przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego karty LGBT+ geje, lesbijki, biseksualiści i transseksualiści znaleźli się w samym środku politycznej wojny polsko-polskiej. A więc w miejscu, w którym nikt nie bierze jeńców.

Osoby LGBT i ich postulaty stały się dla rządzących idealnym narzędziem do rozmontowania mającej olbrzymie problemy ze światopoglądową spójnością Koalicji Europejskiej (sojuszu PO, Nowoczesnej, SLD, PSL i Zielonych). Sytuację osób LGBT dodatkowo pogorszyła wypowiedź wiceprezydenta stolicy Pawła Rabieja o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

Skrót „LGBT” nie schodził z ust polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz przekazów mediów sprzyjających „dobrej zmianie” (ze szczególnym uwzględnieniem Telewizji Polskiej). Podczas kampanijnego objazdu kraju był nawet taki okres, że temat LGBT pojawiał się na niemal każdej konwencji regionalnej partii władzy. – My chcemy jasno powiedzieć: tu mówimy nie, a już w szczególności jeżeli chodzi o dzieci. Wara od naszych dzieci – grzmiał podczas spotkania z wyborcami w Katowicach prezes partii rządzącej.

Jak pisały wówczas Wirtualna Polska i „Newsweek”, nie było to dziełem przypadku. Kompleksowe analizy socjologiczne zamawiane przez PiS wskazały bowiem, że temat LGBT mocno aktywizuje wyborców „dobrej zmiany”. Do tego dawał szanse na poróżnienie chadecko-konserwatywnego PSL z bardziej progresywną częścią Koalicji Europejskiej. W nieoficjalnych rozmowach sztabowcy PiS-u przyznawali, że choćby z tych dwóch powodów ofensywa przeciwko LGBT będzie trwać.

Naruszenie sfery sacrum

Prof. Henryk Domański, socjolog z Polskiej Akademii Nauk, stawia hipotezę, że za zmianą nastrojów społecznych stoi sympatia i zaufanie, jakim Polacy darzą rząd. A skoro politycy rządu bardzo krytycznie czy wręcz napastliwie wypowiadali się o osobach LGBT, wywarło to oczywisty wpływ także na wyborców. W rozmowie z Gazeta.pl socjolog przewiduje, że jeśli PiS utrzyma się przy władzy na kolejne cztery lata, postulaty mniejszości seksualnych będą spotykać się z coraz mniejszym zrozumieniem i akceptacją ze strony Polaków.

– Wskazanie jako wroga osób LGBT jest z punktu widzenia autorów tego przekazu szczególnie wygodne i skuteczne. Skonstruowano opowieść, że wróg ten zagraża nam w sposób wyjątkowo niebezpieczny, niszcząc najistotniejsze tradycyjne wartości takie jak rodzina, wielowiekowa tradycja, kanony wiary i wreszcie bezpieczeństwo dzieci – wyjaśnia prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Jej zdaniem, efekt ataku na mniejszości seksualne dodatkowo spotęgowało zaangażowanie się w to części polskiego Kościoła, który „z definicji przez dużą część ludzi postrzegany jest jako funkcjonujący w obszarze sacrum, czyli świętości”.

Prof. Bogdan Wojciszke zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz, o której w tym kontekście zapominamy. – Jesteśmy niesłychanie jednorodnym społeczeństwem pod względem narodowym i religijnym. To wręcz ewenement na skalę Europy, o ile nie świata – mówi w rozmowie z Gazeta.pl. I dodaje: – Ma to też jednak swoje ciemne strony. Jako społeczeństwo nie jesteśmy przyzwyczajeni do inności, do odmienności. Nie rozumiemy jej, nie mamy z nią kontaktu. Dlatego łatwo nas nią nastraszyć i do niej zniechęcić.

LGBT nie było pierwsze

Przypadek środowisk LGBT i zmiany społecznego postrzegania tej grupy nie powinien dziwić, bo to nie pierwszy raz, kiedy jakaś grupa zostaje wzięta na celownik przez rządzących i sympatyzujące z nimi media. Jeszcze przed wyborczą wygraną w 2015 roku, PiS rozpętało nagonkę na uchodźców i imigrantów. We wrześniu 2015 roku prezes Kaczyński mówił w Sejmie, że uchodźcy to „problem niemiecki, a nie nasz”, straszył prawem szariatu we Francji, kościołami przerabianymi na toalety we Włoszech czy szwedzkimi strefami no-go, do których nie zapuszcza się nawet policja. Na ostatniej prostej przed wyborami jeszcze wzmocnił antyimigrancką retorykę, strasząc Polaków pasożytami i zakaźnymi chorobami przenoszonymi przez przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Taką linię wobec uchodźców Nowogrodzka kontynuowała także po przejęciu władzy, czyniąc z nich etatowego wroga i symbol nacisków Unii Europejskiej, która rzekomo chce narzucić Polsce przyjęcie uchodźców. Antyimigrancki spot PiS-u z kampanii przed wyborami samorządowymi spotkał się z powszechnym potępieniem. Nawet niektórzy politycy PiS-u komentowali, że był to krok zły i niepotrzebny. Na efekty takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Nastroje społeczne zmieniły się zauważalnie. O ile w czerwcu 2015 roku przeciwko przyjmowaniu uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu było 53 proc. Polaków, o tyle w lipcu 2018 roku wskaźnik ten wynosił już 72 proc. (w obu przypadkach badanie przeprowadzał CBOS).

Los uchodźców i osób LGBT w pewnym stopniu podzielili też Żydzi. W trakcie potężnego kryzysu dyplomatycznego na linii Warszawa – Tel Awiw, wywołanego nowelizacją ustawy o IPN, to właśnie ta nacja była celem prorządowej propagandy i medialno-eksperckiego zaplecza rządu. Cel był oczywisty: odeprzeć oskarżenia o spektakularnej klęsce w polityce zagranicznej, a także zanegować fakt, że Polska w swojej historii zapisała także mniej chlubne karty.

Głośnym echem odbił się chociażby incydent w emitowanym na antenie TVP Info programie „Studio Polska”, gdzie na pasku wyświetlane były antysemickie wpisy internautów. Spotkało się to z tak dużą i tak powszechną krytyką, że od sprawy musiał odciąć się sam prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Także w szeregach PiS-u były przypadki zachowań antysemickich. Wystarczy wspomnieć senatora Waldemara Bonkowskiego, który w mediach społecznościowych udostępniał obraźliwe wobec Żydów treści. Także tutaj fala krytyki spowodowała ostrą reakcję przełożonego – prezes Kaczyński zawiesił Bonkowskiego w prawach członka partii i klubu parlamentarnego.

Kryzys dyplomatyczny pomiędzy Polską i Izraelem kilkukrotnie przygasał i wybuchał z nową siłą. Nawet wtedy, gdy kwestia nowelizacji ustawy o IPN była już dawno rozwiązana (np. po zorganizowanym w Warszawie szczycie bliskowschodnim, gdzie izraelski premier Benjamin Netanjahu stwierdził, że Polacy kolaborowali z Niemcami). Propagandowa ofensywa antysemicka z czasem jednak wyhamowała. Być może dlatego stosunek Polaków do Żydów pogorszył się umiarkowanie – w lutym 2017 roku niechęć do nich deklarowało 26 proc. naszych rodaków, a w lutym 2019 roku 33 proc.; w tym samym czasie sympatia spadła z 37 do 31 proc. (wyniki za CBOS).

– Zastępczych wrogów udaje się zaszczepić społeczeństwu, kiedy brakuje tych prawdziwych. Nie mamy dziś zagrożenia z zewnątrz ani z wewnątrz, więc łatwo tego fikcyjnego wroga wymyślić – zauważa prof. Bogdan Wojciszke. – Najlepszym sposobem na przełamanie swojego strachu przed obcym, innym jest bezpośredni z nim kontakt. W ten sposób wyleczyliśmy się z naszej antyniemieckiej fobii – przekonuje psycholog.

Podobnego zdania jest prof. Iwona Jakubowska-Branicka, jednak ma dużo większe obawy, co do tego, jak sytuacja potoczy się w przyszłości. – Figura wroga jest w socjotechnice propagandy politycznej bezcenna. Pozwala zbudować prostą wizję świata, w którym jesteśmy „my” i „oni”. To z kolei umacnia spoistość danej grupy, która wspólnie musi walczyć z nieprzyjacielem. Wreszcie umocniona zostaje też tożsamość grupy i wewnątrzgrupowe więzi, bo przecież walczymy w obronie tych samych wartości – analizuje.

Jej zdaniem, w schemacie konstrukcji wroga pod matematyczne „x”, którym dziś są osoby LGBT, podstawić można kogokolwiek. Mechanizm będzie działać w ten sam sposób, z tą samą efektywnością. – W ten sposób buduje się syndrom oblężonej twierdzy. W polityce to potężna broń – podkreśla socjolożka. I przestrzega: – Na końcu, jak już zabraknie wrogów zewnętrznych, jako wróg będzie prezentowany każdy, kto ma odmienne poglądy, każdy „myślący inaczej”.

W Polsce ludzie zwalniani są z pracy za krytykę rządu, dziennikarzom uniemożliwia się rzetelne wykonywanie ich pracy, zachęca się całą polityką państwa do przemocy wobec całych grup obywateli uważanych za gorsze, czego efekty widzieliśmy w Białymstoku. Jeśli PiS wygra wybory, z pewnością będzie ciąg dalszy.

Największa trudność w dostrzeżeniu, że dekonstruuje się państwo prawa polega na tym, że odbywa się to powoli, małymi krokami, afera po aferze, bezprawie po bezprawiu, kłamstwo po kłamstwie. Nie ma jednego przerażającego aktu zdrady stanu, wstrząsu, który pozostawi obywateli w niemym zdumieniu. Przeciwnie, życie toczy się jak zawsze, ludzie jak zawsze zajęci są swoimi sprawami i gdzieś w tym wszystkim marszałek Kuchciński wykorzystuje służbowe loty, opatrzone wyraźną instrukcją, kto i jak może z nich korzystać, do prywatnych celów (rzecz, która nadaje się na dymisję) i mówi, że nic się stało, a jego partyjni koledzy śmieją się wyborcom w twarz, mówiąc, że już po fakcie te loty trzeba będzie zalegalizować.

Gdzieś tam między suszą a urlopami Kancelaria Sejmu mówi, że nie uzna wyroku NSA nakazującego ujawnienie list poparcia dla kandydatów „nowej” pisowskiej już KRS, co właściwie oznacza, że Polska oficjalnie staje się państwem bezprawia. Gdzie indziej z kolei trwa już w najlepsze prowadzona między innymi w kościołach i TVP Info kampania wyborcza, której prowadzić nie wolno, bo zgodnie z prawem jest to dozwolone dopiero od momentu zarejestrowania komitetów wyborczych. I co? I nic? Ponieważ większość ludzi tak jest skonstruowana, że docierają do nich tylko wielkie zdarzenia, akty strzeliste i trzęsienia ziemi.

Tym razem jednak sytuacja polityczna, dobro i bezpieczeństwo nas wszystkich i kraju, jak górnolotnie by to nie brzmiało, wymaga większej przenikliwości i umiejętności dostrzeżenia prawdy wśród wielu małych zdarzeń. A prawda jest taka, że na naszych oczach, rodzi się, a właściwie już się narodziła, a teraz tylko pogłębia dyktatura, czyli państwo, w którym nie akty prawne tylko słowo jednego człowieka decyduje o losie ludzi i działaniu instytucji. W którym służby porządkowe i resort siłowe nie bronią obywateli, tylko chronią partię przed konsekwencjami ich niezadowolenia. W którym Sejm nie jest już miejscem debaty i ścierania się opinii, tylko miejscem opresji dla posłów opozycji i wymyślania kolejnych sposobów jak obejść Konstytucję i ustawy niewygodne dla PiS.

W Polsce ludzie zwalniani są z pracy za krytykę rządu, dziennikarzom uniemożliwia się rzetelne wykonywanie ich pracy, czyli informowanie opinii publicznej o nadużyciach władzy, zachęca się całą polityką państwa do przemocy wobec całych grup obywateli uważanych za gorsze, czego efekty widzieliśmy w Białymstoku.

To już się dzieje i jest ogromną sztuką umieć to zobaczyć i zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i z tego, że jeśli PiS wygra wybory, z pewnością będzie ciąg dalszy – to dopiero początek.

Dane osobowe mają chronić osobę, a nie jej działalność, w szczególności publiczną. Podpisanie wniosku zgłaszającego kandydaturę na członka KRS to jest typowa działalność publiczna, która nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. Wyrok NSA jest jasny: opublikować. Chcę podkreślić bardzo mocno, że są przepisy Kodeksu karnego dla osób, które bojkotują wykonanie wyroków sądowych – mówi Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Rozmawiamy nie tylko o sprawie list KRS, ale też o stanie praworządności, pytamy o nową nomenklaturę władzy i wydarzenia w Białymstoku. – To jakiś obłęd, karykatura, gombrowiczowska rzeczywistość się ujawniła. Jeżeli tego nie uda nam się powstrzymać, to ciągle będziemy udowadniali, że nie umiemy się dobrze i odpowiedzialnie rządzić – mówi nasz Stępień

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia do KRS miały być ujawnione, ale okazało się, że – jak poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu – “prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych zbada zgodność z prawem polskim i europejskim procedury udostępnienia list poparcia kandydatów do KRS”. Wszystko mimo decyzji NSA.

JERZY STĘPIEŃ: Tego rodzaju argumentacja jest upowszechniana od pewnego czasu. Oczywiście jest kłamliwa, wykrętna i nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. Dane osobowe mają chronić osobę, a nie jej działalność, w szczególności publiczną. Podpisanie wniosku zgłaszającego kandydaturę na członka KRS to jest typowa działalność publiczna, która nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. To kłamstwo obliczone na niewiedzę ludzi. Wyrok NSA jest jasny: opublikować, a przecież sąd w pierwszej kolejności musiał badać, czy istnieje negatywna przesłanka do wydania orzeczenia w postaci ochrony danych osobowych, czy innych instytucji, które chronią praw człowieka.

SĄD TO WSZYSTKO BADAŁ, WYDAŁ WYROK I TERAZ TEN WYROK MUSI ZOSTAĆ WYKONANY.

Chcę podkreślić bardzo mocno, że są przepisy Kodeksu karnego dla osób, które bojkotują wykonanie wyroków sądowych.

Żyjemy w kraju, gdzie każdy wyrok można podważyć, zwłaszcza ten, który władzy nie odpowiada?
Dlatego nie żyjemy już w państwie prawa, pojawiła się grupa ludzi, która stawia się ponad prawem, ponad orzeczeniami sądów. Przypomnę tu pierwsze posiedzenie Sejmu tej kadencji, kiedy Kornel Morawiecki powiedział, że są pewne wartości ważniejsze, niż prawo, a tą wartością jest dobro narodu. Wówczas nieomal cała sala biła mu brawo. To jest najlepszy dowód, jaki jest poziom mentalności naszych parlamentarzystów. Ciągle mamy do czynienia z myśleniem przedstawionym wówczas przez Kornela Morawieckiego: my jesteśmy reprezentacją narodu i najlepiej rozumiemy, czym jest dobro narodu, w związku z tym jeżeli uznamy, że jakiś wyrok godzi w to dobro narodu, to oczywiście nie będziemy go wykonywali.

TO KLASYCZNE POSTAWIENIE SIĘ PONAD PRAWEM. JAKIE TO WYWOŁUJE SKUTKI, EUROPA WIELOKROTNIE UKAZYWAŁA W SWOJEJ HISTORII.

Co jest w tych listach, że PiS tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Muszą być tam bardzo kompromitujące rzeczy, bo inaczej dawno by te listy opublikowali. Być może są tam nawet jakieś fałszerstwa, może ktoś zgłosił kandydata w nieświadomości, potem napisał oświadczenie, że wycofuje się z poparcia, może brakuje podpisów. Sądzę, że chodzi o fundamentalną sprawę, bo gdyby to był drobiazg, to listy dawno zostałyby upublicznione

Zobaczymy w końcu te listy, czy musi się zmienić władza?
Wcześniej czy później wyciekną, tak jak wyciekają materiały z prokuratury, instytucji ochrony państwa, najbardziej tajne informacje. To też w końcu wypłynie, tylko po jakimś czasie. Proszę zwrócić uwagę, że

JEŻELI OKAŻE SIĘ, ŻE SĄ NA TYCH LISTACH JAKIEŚ BŁĘDY FORMALNE, TO CAŁY PROCES POWOŁYWANIA KRS STAJE POD ZNAKIEM ZAPYTANIA; JEŚLI TAK, TO TAKŻE NOMINACJE SĘDZIÓW, KTÓRE TA NEO-KRS WYSUNĘŁA.

Listy KRS to nie jedyny problem PiS-u z prawem. Prokuratura nie przesłucha Marka Falenty w związku z listami szantażującymi premiera i prezydenta. Listy, gdzie pisze: “nie będę umierał w samotności, ujawnię swoich mocodawców”.
I pewnie w końcu to zrobi, ale ja nie chcę tego komentować, bo nie znam szczegółów.

Na pewno tą sprawą w całości, całą aferą podsłuchową powinna się zająć komisja śledcza w nowej kadencji. W tym przypadku wyraźnie widać, że inne instytucje powołane do ochrony porządku prawnego nie są w stanie uporać się z tą sprawą.

To, co zrobił Falenta, jest szantażem i powinno się to spotkać z reakcją prokuratury. Niestety, jaka dziś jest prokuratura, każdy widzi.

STRUKTURY WŁADZY PUBLICZNEJ POSTAWIŁY SIĘ PONAD PRAWEM, SĄ NIEUDOLNE W WIELU ASPEKTACH, SĄ PRZEKONANI, ŻE TEN NARKOTYK W POSTACI 500 PLUS BĘDZIE DZIAŁAŁ. JAK KAŻDY NARKOTYK, MUSI MIEĆ KOLEJNE DAWKI, ABY DALEJ DZIAŁAĆ, TYMCZASEM NA DAWKI WZMACNIAJĄCE NIE MA ŚRODKÓW.

Jeszcze niedawno CIS oficjalnie pisało, że nie było lotów marszałka Kuchcińskiego z rodziną. Potem, że było ich 6, dziś już wiemy, że ponad 20.
Niezależnie, czy członkowie rodziny byli, czy nie, to czy te loty były w ogóle uzasadnione? Jeśli podaje się w uzasadnieniu lotu, że to jest misja oficjalna, a lata się na weekend do domu, to samo to jest już skandalem. To, że nie zapłacili członkowie rodziny za loty, jest sprawą groszową w porównaniu do tego, ile kosztuje sam lot o statusie HEAD. To jest jakiś obłęd, ja widzę tu styl bizantyjski – skoro jestem na stanowisku marszałka, to całe państwo powinno mi służyć, moim prywatnym interesom. To jest to samo myślenie, które występowało przy premiach dla członków rządu. Niezależnie, czy wpłacili je potem na cele charytatywne, czy nie, to te pieniądze wzięli bez podstawy prawnej i powinny one zostać zwrócone do Skarbu Państwa. Ministrowie nie mają podstawy prawnej, aby dostawać premie.

TO URZĘDNICY, PRACOWNICY MOGĄ JE DOSTAWAĆ, POLITYCY NIE MAJĄ PRAWA BRAĆ NAGRÓD. ONI PO PROSTY PRZYWŁASZCZYLI SOBIE MIENIE PAŃSTWOWE I TO MIENIE, KTÓRE PODLEGAŁO ICH OCHRONIE. W PRZYSZŁOŚCI MUSI SIĘ TO SPOTKAĆ Z OSTRĄ REAKCJĄ ORGANÓW ŚCIGANIA.

Czy to nie świadczy o tym, że ukształtowała się w Polsce nomenklatura rodem z PRL?
Oczywiście, że tak, to jest typowe zachowanie nomenklatury dla tamtych czasów. Zresztą panujący pan prezes Kaczyński sam mówił, że “jesteśmy nowa elitą”, a wy jesteście “gorszym sortem”. To jest nowa “szlachta”, nowa nomenklatura. Wydawało się, że doświadczenia PRL uchronią nas przed tym, ale widać, że to jakaś głębsza, psychologiczna sprawa wynikająca być może z jakichś kompleksów, niedomogów w wykształceniu, w wychowaniu, że w pewnym momencie jedna z grup uważa się za lepszą.

Dla mnie klasycznym tego przykładem jest pan poseł Suski, który kiedyś opowiadał, że on jest “genetycznym patriotą”. Proszę zwrócić uwagę, co to znaczy – to nieważne, jakie mam wykształcenie, predyspozycje do pełnienia funkcji w państwie, ważne jest to, że moi przodkowie zasłużyli się dla państwa, więc jako dziedzic dorobku moich pokoleń mam prawo do funkcjonowania w warstwie uprzywilejowanej.

Pan Suski skończył, o ile dobrze pamiętam, technikum teatralne i jest perukarzem. To jest ważny zawód, bo bez perukarza żaden teatr nie może istnieć, ale nie to zdaniem pana Suskiego jest istotne, tylko to, że jego przodkowie dokonali jakichś patriotycznych czynów.

To jakiś obłęd, karykatura, gombrowiczowska rzeczywistość się ujawniła. Jeżeli tego nie uda nam się powstrzymać, to ciągle będziemy udowadniali, że nie umiemy się dobrze i odpowiedzialnie rządzić.

Co o nas samych powiedział nam Białystok?
Jest pewna część społeczeństwa, wcale nie mała, która opowiada się za władzą silną, dyktatorską i

TAKIE SKRAJNIE PRAWICOWE POSTAWY POKAZUJĄ, ŻE NIE DEMOKRACJA JEST WAŻNA, TYLKO SILNA WŁADZA.

Te środowiska uważają, że jeżeli będą blisko silnej władzy, pokażą, że potrafią bić i brutalnie się zachowywać, to władza będzie ich potrzebować. To także jest wynik niedomogów w edukacji i rodzinie, w systemie wartości, pewnych rzeczy nie przerobiono także historycznie. Oczywiście w każdym społeczeństwie jest grupa ludzi, którzy w taki sposób myślą, ale w latach 70. i 80. wydawało mi się, że jeżeli w przyszłości będzie wolność i demokracja, chociaż wtedy sam w to nie wierzyłem, to na pewno ton będą nadawać postawy demokratyczne. Niestety, okazało się, że część społeczeństwa opowiada się za dyktaturą, silną władzą, i to jest bardzo smutne.

Kiedyś powiedziałem, że sytuacja, która wytworzyła się po 2015 roku, przypomina czasy Republiki Weimarskiej, czyli czas przed dojściem Hitlera do władzy. Ostro mnie wtedy zaatakowano, m.in. pan prof. Antoni Dudek.

NIE UWAŻAM, ŻE W NASTĘPSTWIE MOŻE DOJŚĆ DO CZEGOŚ NA KSZTAŁT “DRUGIEGO HITLERA”, ALE TEN CHAOS JEST KOMUŚ POTRZEBNY, KOMUŚ, KTO CHCE SILNĄ RĘKĄ PROWADZIĆ RZĄDY, I JA BARDZO SIĘ TEGO BOJĘ.

Całe szczęście, że jesteśmy w Unii, bo to ta zbiorowa świadomość społeczeństwa europejskiego w pewien sposób nas zabezpiecza przed tym, co wydarzyło się w Europie w latach 30., potem w 50. Wydarzenia z Białegostoku moim zdaniem pokazują, że jesteśmy o krok od wydarzeń z nocy kryształowej. Nie ma Żydów, ale przeciwnika zawsze się znajdzie. Teraz to LGBT.

Pisowska piękna katastrofa ws. Sądu Najwyższego

22 List

Presja ma sens – i to ogromny.

Więcej >>>

Nowelizacja o Sądzie Najwyższym została przepchnięta przez Sejm w trybie ekspresowym. Poprawka przywraca do orzekania sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat. Dotyczy to również pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf.

To było dynamiczne posiedzenie Sejmu. W ciągu zaledwie kilku godzin odbyły się trzy czytania projektu nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.

PiS przyjął nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym

Nie podobało się to opozycji, której posłowie podnosili, że nie mieli czasu, by zapoznać się z poprawkami. – Takiego tempa prac jeszcze nie było – komentowała na sejmowej mównicy Barbara Dolniak z Nowoczesnej. – Pisanie przepisów na kolanie jest złem, o którym mogę się przekonać od początku pracy w tym parlamencie. Państwo unikacie ścieżki projektu rządowego, która wymaga konsultacji i opinii – podnosiła posłanka.

– Podkreślę raz jeszcze, ustawa o Sądzie Najwyższym, była zgodna z konstytucją i traktatami unijnymi – mówił Łukasz Schreiber z PiS, dodając, że nowelizacja stanowi kompromis z unijnym trybunałem.

„PiS goni strach”

Ustawa po ok. dwóch godzinach obrad trafiła do drugiego czytania, a niedługo po tym do trzeciego. Pominięto przy tym prace komisji. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński podnosił, że nie jest to konieczne. Posłowie z PO i Nowoczesnej podnosili, że pośpiech w pracach nad nowelizacją to wynik strachu PiS przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. – PiS goni strach – stwierdziła Gasiuk-Pihowicz.

Nowelizacja ustawy o SN. 215 posłów „za”

Tymczasem okazuje się, że skarga na Polskę w związku ze zmianami w Sądzie Najwyższym wcale nie zostanie automatycznie wycofana z unijnego TSUE.

W trzecim czytaniu odrzucono wszystkie poprawki zgłoszone przez opozycję. Ostatecznie nowelizację przyjęto. „Za” głosowało 215 posłów, przeciw było 161, wstrzymało się 24.

Wystąpienie w Sejmie Stefana Niesiołowskiego w stosunku do pokraki Ziobry to, co najlepsze można usłyszeć.

Prawo i Sprawiedliwość ma poważny dylemat – jak zareagować na aferę KNF, żeby odzyskać kontrolę na biegiem politycznych wydarzeń i jednocześnie odciągnąć uwagę opinii publicznej od niewygodnego dla siebie tematu. Z informacji medialnych i kuluarowych spekulacji wynika, że w grze jest kilka scenariuszy. Analizujemy każdy z nich.

Scenariusz nr 1: Dymisja premiera Morawieckiego; szanse: 1 proc.

Polityczne science-fiction, ale po wybuchu afery KNF nawet taka opcja pojawiła się w mediach. Na Nowogrodzkiej taką narrację chętnie podchwycili przeciwnicy obecnego premiera, których w PiS-ie nie brakuje. Wszelkie spekulacje zostały jednak szybko ucięte. – To chwila na zwarcie szyków – miał według ustaleń „Faktu” stwierdzić podczas partyjnej narady prezes Kaczyński.

Inna rzecz, że nawet gdyby Kaczyński chciał wymienić Morawieckiego, trudno znaleźć kandydata, który mógłby bez szkód dla notowań partii go zastąpić. Tym bardziej, że w tej kadencji już jedną roszadę na stanowisku szefa rządu mieliśmy. Gdyby Morawieckiego miał ktoś zastąpić, musiałby to być sam prezes PiS-u. A ten, jak wiemy, nie jest do tego chętny. Na dzisiaj pytanie brzmi więc nie „Czy Kaczyński zdymisjonuje Morawieckiego?”, a raczej: „Czy wzmocni jego pozycję po aferze KNF, pozwalając mu na przykład wybrać nowego szefa Komisji?”.

Scenariusz nr 2: Wcześniejsze wybory parlamentarne; szanse: 15 proc.

Ucieczka do przodu, ale bardzo mało prawdopodobna. Orędownikiem takiego rozwiązania miałby być człowiek numer dwa w PiS-ie – wiceprezes partii oraz szef MSWiA Joachim Brudziński. On sam, przynajmniej oficjalnie, jednak zaprzecza. Kiedy temat zaczął się roznosić po mediach, PiS ustami Jacka Sasina wygłosiło stanowcze dementi. – To kaczka dziennikarska. Różni informatorzy plotą różne głupstwa. Umówiliśmy się z Polakami na cztery lata – zapewnił na antenie Radia ZET przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Niechęć Nowogrodzkiej do wcześniejszych wyborów jest zrozumiała. Przeszło dekadę temu właśnie w taki sposób PiS na własną prośbę straciło władzę. Dziś jest jednak w znacznie lepszym położeniu – rządzi samodzielnie, ma lepsze notowania, wyciągnęło wnioski z błędów przeszłości. Dodatkowo, zorganizowanie wyborów parlamentarnych w bezpośrednim sąsiedztwie głosowania do europarlamentu niosłoby ze sobą poważne ryzyko, że motywem przewodnim kampanii będą kwestie europejskie i pozycja Polski na arenie międzynarodowej. A, delikatnie mówiąc, nie jest to najmocniejsza karta w talii prezesa Kaczyńskiego.

Scenariusz nr 3: Szybka rekonstrukcja rządu; szanse: 33 proc.

Idealny sposób na odwrócenie uwagi społeczeństwa i odbicie od afery KNF. Rzecz w tym, że już jedna duża rekonstrukcja rządu – na czele z wymianą premiera – w tej kadencji była. Inflacja takich ruchów mocno zbija ich polityczną wartość. Druga sprawa, ławka rezerwowych na Nowogrodzkiej jest krótka, więc prezes Kaczyński musiałby się mocno nagłowić, żeby politycy wchodzący do rządu rzeczywiście stanowili wartość dodaną dla obozu „dobrej zmiany”.

Rozmówcy Gazeta.pl z partii władzy zgodnie podkreślają, że w PiS-ie nie ma dziś tematu zmian w rządzie. Oficjalnie potwierdził to też na antenie Radia ZET minister Jacek Sasin: – To fake newsy wyssane z palca. Nie ma takiego pomysłu. Czym innym jest szykowanie się do Europarlamentu. W każdej partii są takie rozmowy.

Rekonstrukcji rządu w niedalekiej przyszłości nie sposób jednak wykluczyć. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli prezes Kaczyński zechce wzmocnić pozycję premiera Morawieckiego po aferze KNF, może dać mu zielone światło dla kilku zmian w rządzie. Nie od dziś wiadomo przecież, że nie ze wszystkimi ministrami jest Morawieckiemu po drodze. Druga ewentualność jest dla PiS-u mniej optymistyczna, bo zakłada, że sprawa KNF stanie się dużym wizerunkowym obciążeniem, a przez to także politycznym zagrożeniem. Wówczas partyjna centrala będzie musiała zareagować, żeby ratować szanse PiS-u na wygraną w wyborach do europarlamentu i parlamentu krajowego.

Scenariusz nr 4: Dymisja prezesa NBP i szefa BFG; szanse: 40 proc.

Jedna z najtrudniejszych decyzji prezesa Kaczyńskiego, ale – zdaniem cytowanych przez Wirtualną Polskę informatorów z PiS-u – jeśli będzie taka konieczność, to głowa prof. Adama Glapińskiego poleci. Ta chwila była już bardzo blisko pod koniec zeszłego tygodnia, kiedy wydawało się, że Leszek Czarnecki ma jeszcze całą kolekcję nagrań z prominentnymi urzędnikami sektora bankowego. Koniec końców okazało się, że (na razie) żadnej taśmy z Glapińskim, starym druhem Kaczyńskiego z czasów Porozumienia Centrum, nie ma. Prezes NBP mógł odetchnąć z ulgą. Podobnie jak Zdzisław Sokal (szef BFG), którego odwołanie byłoby dla PiS-u tylko formalnością.

Tyle że to wszystko perspektywa krótkoterminowa. Związani z sektorem finansów publicznych rozmówcy Gazeta.pl zwracają uwagę na to, co może się wydarzyć na dłuższą metę. Chodzi o utratę zaufania do kluczowych instytucji państwa z sektora bankowego – Komisji Nadzoru Finansowego (jej szefem był Marek Chrzanowski), Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (jego prezesem jest Zdzisław Sokal, znany obecnie dzięki „planowi Zdzisława”) czy Narodowego Banku Polskiego (jego prezesem jest wspomniany Glapiński, który wcześniej był protektorem Chrzanowskiego). W prosty sposób przełożyłoby się to na zniszczenie największych atutów naszego sektora bankowego – stabilności i przewidywalności. Realizacja czarnego scenariusza sprawiłaby, że dymisje Sokala i Glapińskiego byłyby po prostu konieczne. A i tak nie jest powiedziane, że wystarczyłyby do naprawy sytuacji.

Scenariusz nr 5: Polityczna dywersja; szanse: 60 proc.

Polityka to teatr, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że zamiast wykonywać kosztowne politycznie ruchy, PiS zdecyduje się dać ludziom igrzyska – odwrócić ich uwagę od afery KNF lub czymś ową aferę „przykryć”. Czym? W jaki sposób? Kiedy? To kwestie absolutnie drugorzędne, ale z pewnością musiałaby to być rzecz dużego kalibru. Zatrzymanie (i ew. zarzuty) dla prominentnego polityka opozycji? Ogłoszenie nowego, spektakularnego programu społecznego? Ujawnienie i nagłośnienie w mediach jakiegoś skandalu/afery z udziałem polityków opozycji? To wszystko dobrze pasowałoby do tego scenariusza. Pytanie, czy doczeka się on realizacji.

Scenariusz nr 6: Gra na przeczekanie; szanse: 90 proc.

Czas leczy rany. Także te polityczne. PiS wskutek afery KNF, paradoksalnie, na razie dotkliwych strat nie poniosło. Sondaże wciąż są dobre, światowe rynki nie spanikowały wskutek informacji z Polski, sprawa nie „rozlała się” na członków rządu czy kluczowe figury w partii. Ergo – jest szansa, żeby chwilowe trudności przeczekać.

Wszystkim, którzy uważają taką możliwość za niedorzeczną, należy przypomnieć, że właśnie czekanie i pozwolenie opozycji na „przegrzanie” tematu było główną strategią PiS-u podczas największych kryzysów i protestów na przestrzeni ostatnich trzech lat. Szerzej ten fenomen pod koniec maja. – PiS liczy na to, że wystarczy nie złamać się do pewnego momentu, a potem szala przechyli się na ich korzyść i siła protestu zacznie słabnąć – tłumaczył nam wówczas politolog prof. Antoni Dudek. Niewykluczone, że podobnie będzie i teraz.