Tag Archives: Ludwik Dorn

Trzaskowski

20 Czer

Jedną z moich pierwszych decyzji będzie nominowanie legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Jako prezydent zawetuję każdą próbę podważenia programu Rodzina 500 Plus – mówi Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy i kandydat Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Rzeczpospolitej, w rozmowie z Przemysławem Szubartowiczem. – Chcę, żeby w pierwszych tygodniach mojej prezydentury to przywódcy państw europejskich przyjechali do Polski, zwłaszcza prezydent Francji i kanclerz Niemiec, z którymi będę rozmawiał o odbudowie współpracy w ramach Trójkąta Weimarskiego – dodaje. – Ja idę bić się o Polskę i wygrać te wybory. Prezydentura Andrzeja Dudy to stracony dla Polski czas i trzeba ją zakończyć – podkreśla.

Cały wywiad z Rafałem Trzaskowskim >>>

O sondażach wewnętrznych dla PO >>>

Więcej o sondażu dla Onetu >>>

W ostatni kampanijny weekend przed I turą, sztab Rafała Trzaskowskiego zaprezentował spot „Mój dom” – osobiste wyznanie kandydata o najbliższych mu osobach i wartościach. – Wyborcy zobaczą Rafała jakiego nie mieli jeszcze okazji poznać – mówi jeden z czołowych sztabowców.

Więcej o spocie Trzaska >>>

Odpowiedź sztabu Dudy jest reaktywna.

O spocie sztabu Dudy >>>

— TRZASKOWSKI NIE DAJE SIĘ SPROWOKOWAĆ I NIE TAŃCZY DO MELODII WYGRYWANEJ PRZEZ PIS – DALEJ DORN: “Na razie Rafał Trzaskowski nie daje się sprowokować i nie tańczy do melodii wygrywanej przez PiS. Bardzo zręcznie stosuje uniki. Nagabywany przez dziennikarzy o LGBT odpowiada, że mamy koronawirusa, kryzys i on nie chce zabierać głosu w sporach zastępczych. W Opolu odniósł się, ale pośrednio – co ważne – do zainteresowania LGBT u konkurenta. „Jest szansa na wielką falę zmian w Polsce, na to oczekujemy i tego wszyscy chcemy. Mamy dość, kiedy próbuje się nas dzielić, a przecież wszyscy jesteśmy tacy sami, dumnymi Polkami i Polakami. Czas na Polskę sprawiedliwą, Polskę równych szans, z otwartą ręką do dialogu” – powiedział. Oble, elegancko i skutecznie: krew wypić, dziurki nie zostawić”.

Więcej nie tylko Ludwika Dorna >>>

Bydlaki z PiS

10 List

Znalezione w sieci……!!!!

Upadek Ursusa Bus może spowodować konieczność szukania od początku wykonawcy zapowiadanego przez premiera Morawieckiego tysiąca bezemisyjnych autobusów dla polskich miast.

Więcej >>>

„To się musi skończyć dramatem” – w ten sposób Donald Tusk opisuje rządy Prawa i Sprawiedliwości. Wywiad szefa Rady Europejskiej dla francuskiego dziennika „Le Soir” opublikowała sobotnia „Gazeta Wyborcza”.

Według Tuska pilniejszym pytaniem od tego, jaką postawę powinien przyjąć nowy prezydent, jest kwestia jaki powinien być kandydat, żeby wygrać. „Kryzys wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności” – powiedział Tusk w wywiadzie.

Kandydatem – uważa Tusk – „powinien więc być ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem będzie budował poparcie ponad połowy Polaków”. „Ja mam swoje bardzo wyraziste poglądy. Ale one nie są poglądami większościowymi w Polsce” – podkreślił b. polski premier.

Więcej >>>

Więcej >>>

Noworodek z zębami. Dobrze, że białych myszek nie ma. Może już i zarost ma. Krystyna musi pić coś naprawdę dobrego.

Prymas Polski abp. Wojciech Polak skomentował sprawę abp. Sławoja Leszka Głódzia, oskarżanego o mobbing przez 16 księży, którzy byli jego podwładnymi. Duchowny stwiedził, że choć „porusza go świadectwo tych księży”, decyzja w sprawie abp. Głódzia należy do papieża.

– Porusza mnie świadectwo tych księży, natomiast nie znam ich nazwisk. Zna je nuncjusz apostolski, ojciec święty. Jeżeli to są sprawy wiarygodne, to zostaną one kompetentnie zbadane i papież podejmie kompetentne decyzje – mówił abp Polak w rozmowie z Onetem. – Ja znam te świadectwa nie z podpisów, które widziałem, bo ich nie widziałem. Widziałem zakryte twarze, zmienione głosy, które mówiły – dodał.

Oskarżenia o mobbing pod adresem abp. Głódzia

Przypomnijmy: 16 kapłanów posądziło abp. Głódzia o mobbing. Potwierdzili tym samym doniesienia dziennikarzy TVN24. W programie stacji „Czarno na białym”, przedstawiono świadectwa anonimowych księży, którzy opowiadali, że doświadczyli poniżania i przemocy psychicznej ze strony metropolity gdańskiego. – Ksiądz arcybiskup któregoś dnia przyniósł wagę, „(…) po czym powiedział: ‚Jak przytyjesz kilogram, wypi…lę cię po roku’” – mówił jeden z poszkodowanych księży.

W przesłanym do Polskiej Agencji Prasowej oświadczeniu szesnastu kapłanów z archidiecezji gdańskiej potwierdziło, że informacje o tym, jak Głódź traktuje podwładnych, są prawdziwe. Zadeklarowali, że są gotowi do powtórzenia zarzutów wobec Głódzia nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce (od trzech lat jest nim abp Salvatore Pennacchio).

Pedofil ks. Jankowski miał trzy twarze

3 Mar

– Wiem, że Jankowski był pedofilem, ponieważ doświadczyłem tego na własnej skórze – mówi Michał Wojciechowicz, najmłodszy uczestnik strajku w stoczni gdańskiej w Sierpniu ’80. Był rok 1982. Miał wtedy 17 lat i działał w Ruchu Młodej Polski. Właśnie wrócił z widzenia z matką internowaną po wprowadzeniu stanu wojennego i poszedł na plebanię do księdza Jankowskiego, gdzie spotykali się działacze opozycji.

„Wyciągnął ramiona i zaczął mnie przytulać. Myślałem, że to jest ojcowski uścisk, ale po kilkunastu sekundach stwierdziłem, że ten człowiek zaczyna mnie macać, poczułem na sobie jego wzwód, zaczął wykonywać ruchy frykcyjne. Pytał, co u mamy, ale był w seksualnym amoku, starał się pocałować mnie w usta. Jednak weszła gosposia i wtedy mnie puścił” – pisał na Facebooku, poruszony atakami na Barbarę Borowiecką, która opowiedziała w „Dużym Formacie”, jak była wykorzystywana przez Jankowskiego. Miała wtedy 12 lat.

Dwa miesiące po wizycie na plebanii Wojciechowicz trafił do więzienia. – Przeżyłem tam znacznie większy koszmar, dlatego te dwie minuty u Jankowskiego nie były traumą mojego życia. Ale mam pełne prawo mówić, że on był efebofilem (osoba ze skłonnością do młodych dojrzewających chłopców – red.) i drapieżcą seksualnym.

Od grudnia, gdy ukazał się reportaż w „Dużym Formacie”, w Gdańsku wrze. Pod pomnikiem Jankowskiego przez kilka tygodni demonstrowali mieszkańcy domagający się usunięcia monumentu i odebrania dawnemu kapelanowi „Solidarności” tytułu honorowego obywatela Gdańska.

Oliwy do ognia dolał Bogdan Borusewicz, który oskarżył Jankowskiego o współpracę z SB. Marszałek Senatu przypomniał, jak w 1984 roku ukrywał się i udało mu się załatwić dzięki swojej znajomej, mieszkanie konspiracyjne dla niego i jego rodziny. Adres został szybko spalony.

Kapłani modlą się za prałata Jankowskiego. „Przeciw plotkom i oszczerstwom”

– Dziewczyna poprosiła o pomoc księdza Jankowskiego, a zaraz potem zaczęła ją śledzić SB – opowiada mi Borusewicz. Wiele lat później spotkał się z dziennikarzem, który rozmawiał z majorem Ryszardem Bedrysem, zajmującym się w gdańskiej SB rozpracowywaniem Kościoła, i on mu powiedział, że kazanie w stoczni podczas strajku w 1980 roku on sam napisał Jankowskiemu.

Borusewicz opowiada, że w kazaniu nie było żadnych nawiązań do sytuacji w stoczni tylko wezwanie do poszanowania pracy, czyli de facto przerwania strajku, na czym zależało władzy. Grzegorz Majchrzak, historyk IPN, twierdzi w książce „Kontakt operacyjny „Delegat” vel „Libella”, że „Delegat” i „Libella” to pseudonimy Jankowskiego, który został zarejestrowany przez SB jako kontakt operacyjny.

Dokładnie rok temu wprowadzony został zakaz handlu w niedzielę. – Po roku możemy jasko powiedzieć, że ten eksperyment, który PiS przeprowadził na Polakach, polskich pracodawcach i pracownikach, po prostu się nie udał – mówił na konferencji prasowej Arkadiusz Myrcha z PO. Posłowie tej partii apelują, aby wyciągnąć z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy złożony w listopadzie 2017 roku. Zakłada, że każdemu pracownikowi pracującemu w niedzielę miałyby przysługiwać co najmniej dwie niedziele wolne w okresie 4 tygodni.

Najbardziej zyskały stacje benzynowe

– Dokładnie rok temu rząd PiS uznał, że wie lepiej, co w niedzielę chcą robić Polacy, co gorsza, wie lepiej, czego nie chcą robić i wprowadził zakaz handlu w niedziele. Zapowiedzi były takie, że ta zmiana miała korzystnie wpłynąć na pozycję pracowników i małych sklepikarzy. Po roku możemy jasko powiedzieć, że ten eksperyment, który PiS przeprowadził na Polakach, polskich pracodawcach i pracownikach, po prostu się nie udał. To nie jest tylko nasze twierdzenie, wystarczy wsłuchać się w opinię Polaków, którzy zakaz odbierają bardzo krytycznie – mówi Arkadiusz Myrcha.

Poseł Platformy powołuje się na dwie ekspertyzy sporządzone przez Biuro Analiz Sejmowych, z których wynika, że na zakazie handlu najbardziej straciły małe sklepy, a największy wzrost sprzedaży odnotowały stacje benzynowe, których głównym beneficjentem jest PKN Orlen.

– Jeżeli tracą polscy przedsiębiorcy i handlarze, a zyskuje największy koncern paliwowy, to coś jest nie tak. Nie bez przyczyny w ubiegłym roku PKN Orlen podjął zmiany statutowe, które umożliwiały handel elektroniką czy odzieżą, aby stać się pełnowymiarowymi sklepami – dodaje poseł Myrcha.

Dyskryminacja pracowników

Politycy opozycji zwracają też uwagę to, że konsekwencją wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę jest dyskryminacja pracowników.

– Efekt jest taki, że pracownicy stali się dyskryminowani i skłóceni. Jaka jest różnica między pracownikiem, który jest zatrudniony w sieci handlowej i w niedzielę nie pracuje, a pracownikiem stacji Orlen, który przychodzi do pracy 7 dni w tygodniu? To są dyskryminujące przepisy, które pokazały, że PiS nie chciał ułatwić życia pracownikom, tylko chciał zakaz handlu przekierować w inną stronę, czyli na stacje benzynowe – przekonuje Arkadiusz Myrcha.

Podczas konferencji prasowej posłowie Platformy zaprezentowali badania, z których jasno wynika, że większość Polaków nie zgadza się na dalsze zaostrzenie przepisów.

W ubiegłym roku w każdym miesiącu (z wyjątkiem grudnia) obowiązywały dwie niedziele handlowe. W 2019 roku obowiązuje już tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu. Natomiast od 1 stycznia 2020 roku zakaz handlu ma dotyczyć wszystkich niedziel z wyjątkiem 7 w roku. Rząd PiS nie planuje złagodzenia tych przepisów. Wszelkie wątpliwości w minionym tygodniu rozwiała minister pracy Elżbieta Rafalska.

„Trzeba zacząć od pracowników”

W listopadzie 2017 roku PO złożyła projekt zmian w kodeksie pracy. Każdemu pracownikowi pracującemu w niedzielę miałyby przysługiwać co najmniej dwie niedziele wolne w okresie 4 tygodni. Takie zmiany, według polityków opozycji, ma zmniejszyć dyskryminację pracowników i zagwarantować wszystkim takie same prawa.

– Mimo tego, że zostało wprowadzone ograniczenia handlu w niedziele, połowa pracowników, która pracowała wcześniej, nadal pracuje, bo ustawa zawiera 32 wyłączenia co do placówek, które mogą prowadzić handel. Są pracownicy, którzy pracują po 3 niedziele w miesiącu, i tacy, którzy w ogóle nie mogą pracować, bo ich placówki są otwarte tylko raz w miesiącu – mówi poseł PO Michał Szczerba.

Ponawia zatem apel, aby marszałek Sejmu Marek Kuchciński podjął prace nad projektem złożonym przez klub PO.

— REDYSTRYBUCJA GŁÓWNYM CZYNNIKIEM NAPĘDZAJĄCYM DYNAMIKĘ POLITYCZNĄ – LUDWIK DORN  w magazynie TVN24: “Nawet część dziennikarzy nienależących do koncernu propagandowej obsługi Prawa i Sprawiedliwości uznawała, że PiS „przykrył” swoje liczne kłopoty (afera KNF, taśmy Kaczyńskiego itp.) i „się wykrakał”, bo niewidziane dotąd w historii III RP zwały kiełbasy wyborczej przywaliły wszystko. Marketing polityczny jest ważny, ale nie należy go mylić z polityką, a „piątka” Kaczyńskiego, reakcje na nią, to, co ją poprzedziło i to, czego można się spodziewać w przyszłości, wiele o polskiej polityce mówią. Przede wszystkim to, że jednym z głównych czynników napędzających dynamikę polityczną staje się redystrybucja dochodu narodowego, oderwana od jakiejkolwiek koncepcji polityki społecznej i podporządkowana wyłącznie względom wyborczym”.

— JEDYNYM KRYTERIUM ROZDZIAŁU KIEŁBASY JEST GŁOSODAJNOŚĆ – DORN O LOGICE PRZEDWYBORCZEJ: “W ramach logiki przedwyborczej jedynym kryterium rozdziału kiełbasy jest przewidywana głosodajność. Z jednej strony mamy, zwłaszcza w budżetówce, potężne sektory usług, które bez wzrostu płac będą popadać w coraz cięższy kryzys (nauczyciele, biały personel w ochronie zdrowia, pracownicy administracyjni w sądach), z drugiej grupy rzeczywiście i trwale upośledzone – np. rodziny z dziećmi niepełnosprawnymi i dorosłych niepełnosprawnych. Ich głosodajność jest jednak albo znikoma, albo wyraźnie mniejsza niż grup, którym PiS zaoferował konsumpcję wędliny. Owszem, nauczyciele to liczna grupa – obecnie około 490 tys. osób, ale z racji perturbacji we wprowadzaniu reformy oświaty mało entuzjastycznie nastawiona do PiS, więc uzysk głosów z podwyżek byłby niewielki. A przede wszystkim kudy im tam do emerytów – 8,2 mln głosów”.

— POZA ROZDAWNICTWEM, OBÓZ WŁADZY NIE MA NIC DO ZAPROPONOWANIA – DALEJ DORN: “Liczne pęta rozdawanej wedle kryterium głosodajności kiełbasy wyborczej odsłaniają istotną prawdę o rządach PiS. Poza nimi obóz władzy nie ma nic do zaoferowania. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego była w początkach sympatyczną gawędą, a bieg wydarzeń zmienił ją w bełkotliwe i nużące ględzenie, którego symbolem jest rdzewiejąca stępka promu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, którą w 2017 roku wbił uroczyście w ziemię sam premier, ogłaszając dynamiczny proces odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego i reindustrializacji Polski. Podobnie martwym bykiem leży elektromobilność, wzrost stopy inwestycji oraz polski przemysł obronny, który w związku z modernizacją techniczną sił zbrojnych miał stać się jednym z kół zamachowych innowacyjnej gospodarki; to, co nowoczesne (Patrioty, HIMARS), kupujemy od Amerykanów bez offsetu i transferu technologii”.

— NIE CZEKA NAS GRECKA KATASTROFA ALE STAGNACJA I MARNOWANIE CZASU – DALEJ DORN: “Nie czeka nas katastrofa w rodzaju kryzysu greckiego, ale kilka lat rozwojowej stagnacji i marnowania czasu. Do poważnej rozmowy o rozwoju Polski będzie można wrócić, gdy wyborcy na własnej skórze przekonają się, że kiełbasą ich tylko mamiono, a naprawdę dostali po szklance bimbru – miło się wychyla, ożywiony człowiek jest, ale kac po tym trwa długo i jest bolesny”.
tvn24.pl

>>>

Krzysztof Brejza – kat PiS i Kaczyńskiego

11 Lu

Wiele wskazuje na to, że afera dotycząca Srebrnej będzie nam jeszcze długo towarzyszyć. Poseł Brejza – powoli stający się młotem na partię rządzącą – wynajduje kolejne paradoksy związane ze sprawą.

Młody polityk PO opublikował dziś na Twitterze następujący post:

Wpis jest okraszony zdjęciami budynków należących do Srebrnej, na których wiszą plakaty wyborcze Jarosława Kaczyńskiego z okresu wyborów parlamentarnych oraz Patryka Jakiego z czasów kampanii samorządowej.

W innym poście Brejza wskazuje na kolejne ciekawostki związane ze Srebrną:

Oliwy do ognia dolał inny opozycyjny fighter – Sławomir Nitras. Napisał na Twitterze:

To nie wszystko. Srebrna jest też udziałowcem “Słowa niezależnego”, które wydaje portal niezależna.pl, słynący z ostrych i niewybrednych ataków na opozycję i Unię Europejską.

Srebrna – centrum PiS?

Choć po pierwszej publikacji „Gazety Wyborczej” dot. afery, można było spotkać się z opiniami, że nie będzie ona przełomem w walce politycznej, teraz sprawa zaczyna wyglądać inaczej. Dzięki zaangażowaniu mediów i polityków (po raz kolejny ukłony w kierunku posła Brejzy) wyborcy coraz lepiej poznają kulisy funkcjonowania PiS. Ugrupowanie zaczyna jawić się już nie tylko jako siła polityczna, ale i biznesowa, co łamie dotychczasowe standardy polityczne w Polsce.

Mało tego, Jarosław Kaczyński może i nie posiada konta w banku (choć nikt nie może być tego pewny), ale za to bardzo sprawnie sprawdza się w skomplikowanych kwestiach biznesowych. Do tego nie miewa – jak widać – oporów do łączenia biznesu z polityką, co już mocno gryzie się z jego długoletnim wizerunkiem.

Czy to jednak wystarczy opozycji, by prześcignąć PiS w wyścigu do europarlamentu i przede wszystkim do Sejmu oraz Senatu? Niedawno pojawił się już pierwszy sondaż, w którym wygrywa ona z obozem rządzącym. To jednak za mało, by Grzegorz Schetyna i Donald Tusk mogli spać spokojnie…

Krystyna Pawłowicz, Macierewicz są schowani, bo dojdzie do przedterminowych wyborów?

17 Gru

Trudno się z nią zgadzać, łatwo umieszczać w memach, niełatwo ignorować. Niemniej wraz z zapowiedzianym przez poseł Krystynę Pawłowicz (już po raz drugi) odejściem z polityki zniknie najbardziej wyrazisty papierek lakmusowy nastrojów obozu władzy. Oto kilka dowodów… 

Krystyna Pawłowicz mówi to czego boją się powiedzieć jej partyjni koledzy

W lipcu ubiegłego roku, gdy PiS po raz pierwszy usiłował sparaliżować Sąd Najwyższy (przypomnijmy skończyło się na protestach ulicznych, wecie Andrzeja Dudy, drugiej ustawie i ostatecznie sprawie przegranej przez rząd przed TSUE) prof. Pawłowicz, prawniczka z wykształcenia, jedną odpowiedzią zdradziła stan napięcia w obozie władzy oraz plany dotyczące mediów, które będzie można wcielić w życie, po tym, jak PiS podporządkuje sobie sądy.

Zapytana przez dziennikarza „Onetu” o zmiany w sądownictwie odpowiedziała tak:

– W pewnych etapach, w pewnym tempie wprowadza się po prostu reformy, a po wakacjach weźmiemy się za was!. – To znaczy, ja tak mówię – dodała szybko, oddalając się od dziennikarza. Okazało się, że nie tylko ona tak mówiła. Dowodem rzekomo istniejący projekt repolonizacji mediów, próby walk władzy ze stacją TVN i niedawna interwencja w tej sprawie ambasady USA.

Reedukacja opozycji w Korei Północnej

Gdyby nie prof. Pawłowicz, polskich polityków, tak jak kiedyś polskich straszono by jedynie Berezą, a tak pogróżki zyskały nowy geograficzny wymiar. – Powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji – oznajmiła podczas prac komisji sprawiedliwości. Czy tak myślał twardy elektorat? Sądząc po postach w mediach społecznościowych firmowanych pani profesor nie można tego wykluczyć. Nie ukrywajmy, za podobnymi metaforami będziemy tęsknic najbardziej.

Co ciekawe sama Pani profesor uważała, że niesłusznie przyprawia się jej agresywną gębę.

Pawłowicz patriotyzm a zdrada

Podobnie tęsknić będziemy za klarownymi podziałami społecznymi, które najpierw wykreowali posłowie tacy jak prof. Pawłowicz, a potem przejęli politycy z PiS-owskiego mainstreamu. Ot choćby ten na patriotów z PiS i zdrajców, którzy myślą inaczej niż partia obecnie rządząca.

Posłanka nie była retorycznym trendsetterem? To przypomnijcie sobie jak niedawno podział zarysowany przez nią wykorzystał Mateusz Morawiecki na urodzinach Radia Maryja.

Lewacki spisek przeciw PiS

Komisja Wenecka, która – przypomnijmy – przyjechała do Polski na zaproszenie PiS skrytykowała zmiany w prawie forsowane przez Prawo i Sprawiedliwości, a jej przekaz poszedł w świat.

Na szczęście Pani poseł dobitnie była w stanie wykazać, kto za tym wszystkim stoi. Słyszeliście to gdzieś potem? Zapewne, bo motyw wracał nieraz.

Myszka agresorka, czyli totalny atak personalny

Niedawno Pawłowicz za swoje wypowiedzi o mało nie stanęła przed komisją etyki. Jednego, nie można jej jednak odmówić – zdolności semantycznych. Do historii Parlamentu przeszło m.in. nazwanie Kamili Gasiuk-Pihowicz „myszką agresorką”. W kontekście politycznych wolt tej drugiej, można stwierdzić, że posłanka PiS miała w tym wypadku dar przepowiadania.

Faktem jest jednak, że ataki personalne nie są prof. Pawłowicz obce. Przypominamy poniżej, ten na Jarosława Kuźniara. Musimy jednak zaznaczyć, że raz prof. Pawłowicz swoją bezpośredniością nas urzekła. Gdy Mateusz Morawiecki pokazywał na unijnym szczycie zdjęcie Edwarda Gierka z młodą dziewczyną sugerując, że jest to sędzia Magdalena Gersdorf, opowiedziała publicznie, że to nieprawda. Tłumaczyła, że znała I prezes SN w młodości, i że ta w odróżnieniu dziewczyny ze zdjęcia była wtedy bardzo ładna.

Krystyna Pawłowicz powróci

Tak naprawdę to nie do końca wierzymy w jej polityczne odejście. Wprawdzie Pani poseł deklaruje, że jako 70-latka zamierza zadbać o nadwątlone zdrowie. Ale przecież każdy, włącznie z samą zainteresowaną wie, że Krystyna Pawłowicz jest jak Feniks.

Zresztą wiemy, że Pani poseł umie o siebie zadbać. Tak jak wtedy, gdy na koszt Kancelarii Sejmu leciała na forum ekonomiczne do Tokio.

„Schowali Pawłowicz, Macierewicza, Szyszko. Kochają Europę, chcą czcić Okrągły Stół, odpuścili sądy. Kurs na centrum może świadczyć tylko o jednym. JK poważnie rozważa wybory w marcu” – sugeruje na Twitterze Roman Giertych, były wicepremier w poprzednim rządzie PiS. Podobnego zdania jest politolog, były europoseł PiS Marek Migalski: – „Przedwczesna emerytura polityczna Krystyny Pawłowicz może wskazywać na poważne rozważanie przez JK przedterminowych wyborów”. Temat coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej i w mediach społecznościowych, o tym w artykule „Wiosną przyspieszone wybory?”.

„Zastanawiam się, czy oni właśnie dlatego nie kombinują z budżetem. Jeżeli nie zostanie przyjęty w terminie, pozwoli to przecież Adrianowi rozwiązać parlament i rozpisać przyspieszone wybory” – skomentowała internautka.

Jej wpis ma związek z tym, o czym kilka dni temu napisał z kolei senator Marek Borowski: – „Senatorzy otrzym. właśnie harm. prac nad ustawą budżet. Senat ma się nią zająć 24.01, a termin na rozwiąz. Sejmu mija 27.01. Znów pachnie pomysłem na wcześn. wybory. Dlatego powtarzam moją koncepcję szybk. przygot. wspólnej listy opozycji! Pilne!!!”.

„Wątpię, żeby Kaczyński drugi raz tak zaryzykował. Ale to też zależy od stanu wewnątrz partii i całego kraju. Jeżeli przewidują, że będzie coraz gorzej. to wcześniej ogłoszą wybory – żeby jeszcze raz zdobyć władzę, zanim im naprawdę spadnie”;

„PiS może zrobić przyspieszone wybory, gdyż byłyby one wcześniej niż do UE, a do UE PiS raczej nie wygrałby i wtedy PiS byłby na równi pochyłej. Wcześniejsze wybory to także odcięcie się od afer i nowe otwarcie. A więc mogą być wcześniejsze wybory połączone z Polexit” – komentowali internauci.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o pisowskich podatkach, a przede wszystkim ekonomicznych kłopotach tego rządu.

Rozpoczęło się huczne tłuczenie termometrów, odwracające uwagę od ekonomicznych kłopotów Polski.

U schyłku roku zwyczaj nakazuje podjąć noworoczne postanowienia i poczynić plany. Przy tej okazji zastanawiamy się zazwyczaj, co też przyniesie nam rok następny. Wakacje na Kanarach, czy kredyt u Bociana na zimowe buty dla dzieciaków? Dadzą podwyżkę, czy zredukują mój etat, bo nowy durny prezes nie ma pojęcia o kierowaniu firmą? Wygram konkurs i dostanę wreszcie pracę zgodną z moimi kwalifikacjami, czy najpierw będę musiał zapisać się do PiS? Kupię młode auto, czy stać mnie będzie tylko na 10-letniego rzęcha z wyrwanym filtrem? Ożenię się w końcu, czy z braku kasy uda mi się przełożyć ślub na lepsze czasy?

Jeśli o mnie chodzi, to odpuszczam sobie planowanie, bo wiem, co przyniesie nowy rok. Nie ulega wątpliwości, że gospodarka zadołuje i będą podwyżki. Mocnym tego dowodem są wystąpienia premiera Morawieckiego, który kategorycznie zapewnia, że podwyżek nie będzie,  a jeśli będą, to tylko zarobków, bo Polska ma się tak świetnie jak nigdy. Słucham go z rozrzewnieniem, wracając myślami do czasów szczęśliwego dzieciństwa. Premier przypomina mi lata, gdy Polska też rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej, tyle że zarobki były marne, a na rynku brakowało rozmaitych produktów, których tym bardziej brakowało, im bardziej były potrzebne.  Pamiętam swoją wędrówkę po sklepach, swoistą „drogę przez mąkę” w poszukiwaniu „wrocławskiej” niezbędnej do zrobienia makaronu, który też był trudno dostępny. I pamiętam wystąpienie ówczesnego sekretarza partii, który całkiem jak ten obecny wygrażał malkontentom rozpowszechniającym kłamliwe informacje o rzekomych słabościach kwitnącej gospodarki. Pamiętam też wyjaśnienia ówczesnych partyjnych mediów, że jeśli nawet występują jakieś chwilowe-przejściowe niedobory, to tylko dlatego, że ludzie wykupują, bo przecież państwo „rzuciło na rynek” więcej mąki niż w analogicznym okresie… itd. Ludzie komentowali: – Co za bezczelny naród: wykupują żywność i zżerają! A mąkę to może i rzucili na rynek, ale pewnie za mocno rzucili i się rozsypała…

Po dłuższym niż zazwyczaj okresie koniunktury świat przygotowuje się do recesji, planując pokrycie niższych dochodów pieniędzmi odłożonymi w okresie prosperity. Natomiast w przedwyborczej Polsce PiS organizuje wielki bal na Titanicu. Nie trzeba oszczędzać, bo ojczyzna ma się pierwszorzędnie, dzięki genialnym reformom. Pod rządami wybitnych i wreszcie uczciwych fachowców gospodarka kwitnie nadzwyczajnie. Już dziś jesteśmy bijącym sercem Europy, wstając z kolan staliśmy się potęgą, z którą każdy musi się liczyć. A nasza przyszłość nigdy jeszcze nie malowała się tak radośnie i kolorowo, w różowe kwiatki i aniołki.

Rozpoczęło się huczne tłuczenie termometrów, odwracające uwagę od ekonomicznych kłopotów Polski. Tymczasem w ciągu najbliższych pięciu lat na emerytury i renty zabraknie ponad 300 mld zł, czyli niewiele mniej niż roczne dochody państwa. Dopłaty z budżetu będą rosły, bo mimo 500+ dzieci wcale nam nie przybywa, a zdolnych do pracy ubywa. Każdego roku umiera 35 tys. Polaków zatrutych smogiem produkowanym przez preferowane przez PiS elektrownie węglowe i przez wiekowe rzęchy bez katalizatorów z wyciętymi filtrami, wpuszczane do Polski bez przeszkód, żeby nie drażnić elektoratu.  O dotychczasowym pięcioprocentowym wzroście PKB możemy zapomnieć. Analitycy Pekao SA szacują, że nasza gospodarka w przyszłym roku wzrastać będzie co najwyżej o 3,5%. O dwie trzecie zmniejszy się dynamika zatrudnienia. Już teraz maleje liczba i wartość zamówień z krajów Europy osłabiając nasz eksport. Zmniejsza się liczba umów inwestycyjnych w sektorze publicznym. A na giełdzie indeks WIG spadł w tym roku o 12% i zdaniem fachowców zapowiada się dalsza obsuwa. Nie wiadomo jeszcze, czym skończy się afera KNF, ale z pewnością nie pomoże Polsce zszargana opinia o naszym systemie bankowym, sterowanym przez kasjerów partii rządzącej.

Ale pan premier jest pewny nadzwyczajnych sukcesów w przyszłości. No bo skoro dotąd PiS – w odróżnieniu od PO – dotrzymywał słowa, to i teraz dotrzyma. Mateusz Morawiecki nie docenia wyborców, którzy pamiętają obietnice powtarzane podczas kampanii, że PiS nie podniesie podatków i nie wprowadzi żadnych ukrytych danin. W rzeczywistości my, klienci banków, już zapłaciliśmy 4 mld podatku bankowego , który oczywiście ominął spółdzielcze kasy SKOK.  W ubiegłym roku uiściliśmy pół miliarda opłaty OZE (odnawialne źródła energii) doliczanej do rachunków za prąd i bardzo możliwe, że tymi pieniędzmi dotowano budowę nowych trujących elektrowni, w każdym razie na wsparcie zielonej energii poszło ledwie 22 mln zł. W tym roku każda rodzina wpłaciła średnio 50 zł „opłaty przejściowej”, dotującej konwencjonalną energetykę, w 85% opartą na węglu. Premier chwalił się zapowiadaną obniżką podatku VAT do 5 % m.in. na żywność dla niemowląt, cytrusy, wyroby piekarnicze i ciastkarskie, ale Ministerstwo Finansów chce podnieść VAT na niektóre soki z owoców i warzyw z 5 do 23 % i na posiłki wydawane na wynos, np. kebaby i hamburgery. A do tego wyższa akcyza na używane samochody. A poza tym opłata recyklingowa, czyli podatek od foliówek. A oprócz tego zapisana w nowym Prawie Wodnym opłata za wodę pobieraną przez firmy z własnych odwiertów (w tym obśmiana opłata za deszcz od metra kw. powierzchni dachów dużych budynków, z której oczywiście zwolniono kościoły). I jeszcze wiele innych ukrytych podatków.

Mateusz Morawiecki kpi z wiarygodności opozycji, nicując na wszystkie strony jedyny (jak na razie) przypadek niedotrzymania wyborczej obietnicy przez prezydenta Warszawy.  Zapomina o własnych hucpiarskich projektach: mieszkanie plus, program budowy dróg lokalnych, przywrócenie likwidowanych połączeń kolejowych, masowa produkcja promów w zmartwychwstałych stoczniach, milion samochodów elektrycznych polskiej produkcji, polskie drony bojowe – i o wielu jeszcze buńczucznych zapowiedziach, które okazują się propagandowym humbugiem. Nawet dwukrotne przeprosiny za kłamstwa nie ostudziły zapału Mateusza Morawieckiego. Walcząc o mocną pozycję w PiS, a może i o schedę po gasnącym zwolna Kaczyńskim, wykonuje niesamowite łamańce próbując ogłupić elektorat. Wielokrotnie obiecywał powrót do 22 % stawki VAT podniesionej w czasie walki z kryzysem, a gdy wytknięto mu, że nie dotrzymał słowa, to okazało się, że to z winy PO, bo Tusk stawkę podniósł, a on tylko ją utrzymał…  Premier obiecywał wszystkim podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8 tys., ale uszczęśliwił tylko nielicznych, w tym parlamentarzystów, którzy bez podatku zarobić mogą 30,5 tys. zł. Szczególnie udał mu się występ na konwencji PiS, gdzie ćwiczył mowę ciała wymachując rękami w powtarzalnych sekwencjach oraz prezentował bogate możliwości modulacji głosu, raz pokrzykując, a raz hipnotyzując słuchaczy barytonem aksamitnym w prążki.  – Nie podniesiemy cen energii! – ogłosił znienacka, zaskakując samego siebie i rozglądając się przy tym po sali jak nie przymierzając pan prezydent po wygłoszeniu głupawego żarciku, który go bardzo rozśmieszył.

Oczywiście podwyżka prądu będzie, bo na żadne dotowanie deficytowych koncernów energetycznych Unia się nie zgodzi, a na wyjście z Unii przed wyborami nie zgodzi się Kaczyński. Problemem jest tylko co zrobić, żeby do wyborców nie dotarło, że chociaż nie zapłacą za droższy prąd, to jednak zapłacą i to podwójnie: raz, bo budżet z którego otrzymają wyrównanie, to ich własne pieniądze, a po drugie droższy prąd tylko dla firm, to automatyczna podwyżka cen prawie wszystkich produktów i usług . Tak czy owak obowiązująca jest narracja, że podnoszenia cen nie ma i nie będzie. Jakbym słyszał premiera Cyrankiewicza zapewniającego, że nie ma mowy o żadnych podwyżkach, jest tylko naturalna regulacja cen. Z publikowanej wtedy listy wynikało, że co prawda zdrożał chleb, mięso, nabiał i ubrania, ale za to staniały wyroby kute, łańcuchy i lokomotywy.

Noworoczne plany i postanowienia poprzedzić więc trzeba konstatacją, że miło to już było, ale się skończyło. Pewnie nam jeszcze daleko do kryzysu, z którego Grecja do dziś nie może się wykaraskać. Ale może warto z wyprzedzeniem zastanowić się, kto nam pomoże w sytuacji, gdy Kaczyńskiemu uda się przedłużyć rządy, Morawiecki utrzyma stanowisko, PiS opróżni kasę państwa do dna przekupując swoich wyborców, niekompetentna nomenklatura partyjna zawłaszczy już wszystkie stanowiska kierownicze, a Polska po raz drugi stanie w obliczu bankructwa? Kto zechce z nami rozmawiać o redukcji koszmarnego zadłużenia, które już dziś przekroczyło bilion złotych, czyli mniej więcej tyle, co trzyletnie dochody budżetowe? I czy Unia naprawdę pieczołowicie i troskliwie zajmie się losem kraju na skraju Polexitu ?

Odpowiedzi należy przesyłać na adres : ul. Nowogrodzka 84/86, 02-018 Warszawa.

Chaos związany z reakcją rządu na rosnące ceny energii powoduje, że niewielu Polaków zdaje sobie sprawę z tego co właściwie się dzieje. Potęgują go nie tylko sprzeczne ze sobą komunikaty ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, ale także nieprecyzyjne hasło premiera Mateusza Morawieckiego, który niezgodnie z prawdą stwierdził, że żadnych podwyżek nie będzie. A jak jest naprawdę?

Ceny energii rosną i będą rosnąć

Ceny energii rosną obiektywnie w związku z coraz droższym węglem i uprawnieniami do emisji CO2. Trend ten będzie się pogłębiał z powodu polityki klimatycznej UE jeżeli Polska nie będzie transformować swojej energetyki w kierunku niskoemisyjnym. Cała jej konstrukcja jest tak pomyślana by de facto dekarbonizować gospodarki europejskich krajów.

Dwa sposoby na drogą energię

Głównym problemem jest skala podwyżek cen energii, która jest duża z powodu bardzo szybkiego tempa wzrostu cen uprawnień, które zaskoczyły rząd. Krótkoterminowo można temu przeciwdziałać na dwa sposoby – przekonując Komisję Europejską do wypchnięcia część rezerw uprawnień na rynek co zbiłoby ich cenę, bądź wprowadzenia rekompensat do drożejącej energii. Natomiast długoterminowo tylko ograniczanie węgla w strukturze wytwarzania energii da bodziec do obniżki jej ceny.

Skala podwyżek cen energii

Skala podwyżek będzie zróżnicowana w zależności od odbiorców i ma charakter bezpośredni i pośredni. W przypadku „Kowalskich” mowa o kilkudziesięciu złotych, ale warto podkreślić, że drożej zapłacą również np. samorządy, co będą musiały sobie zrekompensować podwyżkami w tych obszarach, w których energia wpływa w dużym stopniu na rentowność usługi. O tym bardzo często się zapomina podkreślając, że prąd ma nie licząc sektorów energochłonnych niewielki wpływ na inflację. A przecież np. dla szpitali już dziś z trudem regulujących rachunki za energię będzie to problem.

Nieprecyzyjny Morawiecki

Słowa premiera Mateusza Morawieckiego o tym, że podwyżki cen energii nie będą miały miejsca są nieprawdziwe ponieważ obiektywnie po prostu wystąpią. Rząd zamierza za to nam je zrekompensować tak by nie były odczuwalne. Problem jednak nie zniknie i może wrócić do nas ze zdwojoną siłą po 2019 r. Dlaczego? Ponieważ dopłaty do rachunków za prąd będą obejmowały tylko ten rok wyborczy według dostępnych aktualnie informacji. Co dalej? Niewykluczone, że po prostu znikną.

Dwie ustawy o rekompensatach

W przypadku rekompensat wiele jest zresztą niepewnych. Przede wszystkim rząd przygotowuje dwie ustawy. Ministerstwo energii pracuje nad dopłatami do prądu dla „Kowalskich”, małych i średnich firm i samorządów, a resort przedsiębiorczości i technologii dla przemysłu energochłonnego. Jednak o drugim dokumencie słychać niewiele, choć czas nagli.

Chaotyczny Tchórzewski

W przypadku Ministerstwa Energii ma ono duży problem ze sfinansowaniem rekompensat. Ich koszt to 4-5 mld zł, z czego 1 mld miał pochodzić od spółek energetycznych. Niezależny regulator URE szybko wystosował zapytanie do PGE, Tauronu, Enei i Enei dlaczego podwyższają taryfy na energię skoro są w stanie na jedno hasło polityka wygenerować aż takie oszczędności? Ruch ten spowodował duże zamieszanie w resorcie energii. Minister Tchórzewski kilkukrotnie zmieniał publicznie zdanie w tej kwestii. Stwierdził, że spółki wycofają wnioski taryfowe do URE, następnie, że są niezależne i nie wie czy to zrobią. Raz stwierdził, że miliard złotych z PGE, Tauronu, Enei i Enei to nie oszczędności tylko zabieranie im części zysku, innym razem, że to jednorazowa opłata klimatyczna. Wytworzyło to prawdziwy chaos, którego apogeum była wczorajsza sejmowa komisja energii, na której wyraźnie zdenerwowany Tchórzewski bronił się przed atakami opozycji wytykającej mu niekonsekwencję.

A może obniżka akcyzy?

Oliwy do ognia dolał news radia RMF FM, które stwierdziło już po sejmowej komisji energii, że rząd po prostu obniży akcyzę na energię. Czy w takim wypadku nie będzie ustawy o rekompensatach? Raczej będzie – część ekspertów od razu podkreśliła bowiem, że taki środek może być niewystarczający by zrekompensować wzrost cen energii w przyszłym roku.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Tusku.

Donald Tusk w Dortmundzie na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym otrzymał tytuł doktora honoris causa. Dortmund jest bliski sercu polskiego kibica, bo miejscowy klub odnoszący największe sukcesy w europejskiej piłce był i jest przystanią dla najlepszych polskich piłkarzy. To jakby filia polskiej reprezentacji „haratającej w gałę”. Ostatnio trzech naszych wybitnych reprezentantów sięgało z dortmundzkim klubem po najwyższe trofea klubowe, a byli to Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

Dortmund zatem czuje sympatię do naszego narodu, nieprzypadkowo właśnie tamtejsza uczelnia przyznała honoris causa Tuskowi. Jeżeli jakaś niemiecka uczelnia miałaby nagradzać wybitnego polskiego polityka – i do tego marzyciela piłkarskiego – tym honorowym prestiżowym tytułem, to tylko z Dortmundu.

Tusk zarówno w rozmowie z dziennikarzami, jak i w wykładzie nie omieszkał podkreślić swoich związków z piłką, a nawet wyznał, że jego marzeniem było uprawiać zawodowo piłkę. Owe marzenia realizują się w młodości, a dojrzały człowiek może rekreacyjnie wybiec na boisko i sobie poharatać. Tak też robi Tusk, ja zresztą też.

Jaką wartością dla polskiej polityki jest Tusk, nikogo nie muszę przekonywać, zwłaszcza w obecnych marnych czasach, gdy sypie nam się w kraju demokracja, a państwo prawa stacza się w bezprawie.

Na podstawie emocji udzielających się na piłkarskich stadionach Tusk w swym wystąpieniu porównał je z politycznymi, związek emocji jest silny zwłaszcza w podziale na „my” i „oni”, są wówczas zarzewiem do prymitywnej wspólnoty plemion. To jest gleba dla nacjonalizmu, dla budowanie mitów i symboli, które zawsze są fałszywe, gdy obierają wroga, aby poprzez niego definiować własną tożsamość.

W świecie emocji „lider jest ważniejszy niż wartości”. No, właśnie, a tak nie powinno być. Oddaję glos Tuskowi: „Nie zawsze byłem grzeczny. Z bliska obserwowałem, i sam brałem udział w tym, jak emocje ze stadionu przenoszą się na ulice. Ze sportu do polityki. I musiało minąć wiele czasu bym zrozumiał, że obowiązkiem każdej osoby w życiu publicznym, polityce i codziennym życiu, jest unikanie konfliktu i przemocy”.

Szef Rady Europejskiej odwołał się do doświadczenia z Grudnia 1970 roku, a także do najlepszych kart polskiej historii – klasycznej „Solidarności”. „Wydawało mi się, że jedyną odpowiedzią na przemoc władzy jest właśnie stosowanie przemocy. Prawdziwe zwycięstwo, jak pokazał czas, nie ma z tym nic wspólnego. Doświadczenie „Solidarności”, moje doświadczenie”.

I bodaj najważniejsze słowa, najważniejsze dla naszego coraz bardziej kruchego humanizmu: „Można wygrać odrzucając podział na plemiona„. Bo miłość zawsze zwycięża.

Tusk w rozmowie z dziennikarzami delikatnie zwrócił uwagę obecnemu premierowi RP Mateuszowi Morawieckiemu: „Jesteśmy zagrożeni kłamstwem i manipulacją w przestrzeni publicznej. Przywrócenie prawdy w polityce jest rzeczą pilną i to mówię nie tylko premierowi Morawieckiemu”. A co do bijącego serca Europy, które wygrzmiało na ostatniej konwencji PiS, były premier zwraca uwagę na inną część ciała, która jest w tym okolicznościach najważniejsza: „Dziś warto zadbać o płuca, nawiązuję tu do szczytu w Katowicach. Wszyscy wiemy jak Polacy są zmęczeni stanem powietrza i tym, że nie dba się o ich zdrowie. 11 tys. ludzi więcej niż rok temu zmarło w Polsce w ciągu miesiąca z powodu smogu”.

Chciałoby się w tym miejscu strawestować słynne hasło: „Ekonomia, durniu!”. A więc: „Płuca, durniu!” Jak one przestaną działać, to serce nie zabije.

Nowy biznesik Rydzyka – brunatny

14 Gru

Europoseł Mirosław Piotrowski, który dopiero co złożył wniosek o założenie nowej partii „Ruch Prawdziwa Europa” i wzywał narodowców do wspólnego startu w nadchodzących wyborach, ma już nowego sojusznika.

Plotka jakoby nowe ugrupowanie powstawało pod parasolem toruńskiego redemptorysty T.Rydzyka, zainteresowała Janusza Korwin-Mikkego, lidera „Wolności”.

W rozmowie z „Super Expressem” powiedział on dobitnie: „Traktujemy je jako sojusznika”. Dlaczego? Mikke jest przekonany, że nowe ugrupowanie będzie odbierało głosy głównie Prawu i Sprawiedliwości. „Część wyborców antyunijnych wie, że PiS antyunijne nie jest. To może nam napędzić trochę głosów, cholera wie…”– powiedział gazecie Korwin-Mikke, wojowniczo nastawiony do UE.

Lider „Wolności” jest przy tym głęboko przekonany, że nowa partia nie jest dla niego żadną konkurencją. „Nasza klientela to młodzi ludzie, którzy z Rydzykiem mają niewiele wspólnego. Wzmocni się antyunijny przekaz. Ja jestem zwolennikiem ruchów w obronie Europy. Obrony przed su…nami z Unii Europejskiej!” – powiedział otwarcie Janusz Korwin Mikke.

W tej sytuacji jest wielce prawdopodobne, że partia Korwin-Mikkego, narodowcy i partia Rydzyka w wyborach do europarlamentu stworzą nawet wspólną listę, a to obecnie rządzącym nie pomoże.

— SOLORZ, SFERIA I ŁASKA PAŃSTWA – Dominika Wielowieyska w GW: “Najpierw Plus Bank Zygmunta Solorza zatrudnia zagadkowego bohatera afery KNF. Potem spółka Solorza, Sferia, występuje do państwa o rozłożenie na raty 1,7 mld zł. Na koniec miliarder spotyka się z premierem Morawieckim w Świątyni Opatrzności. (…) W tym czasie Solorz toczył ważne rozmowy z państwem. Gra szła o to, by Cyfrowy Polsat zapewnił klientom transmisję danych w sieci komórkowej dzięki częstotliwości 800 MHz. Chce ją zarezerwować od 2019 do 2033 r. spółka Sferia należąca do grupy Cyfrowego Polsatu”.

— WIELOWIEYSKA ZAPOWIADA WEEKENDOWY TEKST O SOLORZU: “O karierze Zygmunta Solorza, jego relacjach z rządem i nowych wątkach w aferze KNF związanych z bankiem Solorza – w sobotę w „Magazynie Świątecznym”
wyborcza.pl

— PARTIA OJCA RYDZYKA WYDATNIE WZMACNIA POZYCJĘ ZIOBRY WOBEC KACZYŃSKIEGO – LUDWIK DORN w GW: “Rozwiązanie kryzysu wewnętrznego, czyli dymisja Ziobry, niesie ze sobą ryzyko wzmocnienia kryzysu dominacji, bo niewykluczone, że zdymisjonowany przepisałby się do partii Rydzyka. Z kolei nic nierobienie także będzie wzmacniać oba kryzysy, bo w PiS i ośrodku toruńskim pojawi się przeświadczenie, że naczelnik z Nowogrodzkiej „nie ogarnia”, czyli hulaj dusza, piekła nie ma. Teoretycznie jest możliwe pójście drogą leninowską z 1920 r., kiedy wódz rewolucji opublikował sławetne dzieło „O dziecięcej chorobie „lewicowości” w komunizmie”, w której chłostał ultraradykałów za to, że nie chcą uwzględniać mądrości etapu i zawierać taktycznych kompromisów w celu utrzymania lub zdobycia władzy. Ale wtedy Lenin miał w ręku wszystkie środki oddziaływania propagandowego na społeczeństwo, a co ważniejsze – na swoją partię, a Radio Maryja ma w ręku ojciec dyrektor i przesłaniu „O dziecięcej chorobie „prawicowości” w obozie „dobrej zmiany” może dać odpór. Tak źle, tak fatalnie, a tak niedobrze. Nie wiadomo, co robić, a to widać, słychać i czuć”.
wyborcza.pl

— MONIKA OLEJNIK W GW O PREZENTACH ZIOBRY DLA OPOZYCJI: “Przygotował fatalną ustawę o IPN, wzbudził u Polaków strach przed polexitem, a teraz przypomniał wyborcom związek polityków PiS z aferą SKOK-ów. Zbigniew Ziobro porusza się jak słoń w składzie porcelany”.
wyborcza.pl

— KRYSTYNA NASZKOWSKA O NOWYM LEPPERZE – w GW: “W ogóle Kołodziejczak jest niezwykle aktywny na portalach społecznościowych, wykorzystuje je do promowania związków rolniczych, które założył, i własnych poglądów. Na wiosnę tego roku wyraźnie doszedł do wniosku, że mandat radnego to za mało dla tak ambitnego młodego człowieka. O ponowny start nie zabiegał, za to ruszył z budową własnej organizacji, która może okazać się dla niego trampoliną polityczną. Być może wzorując się właśnie na Lepperze. Ruszył i idzie jak burza”.
wyborcza.pl

— JAKUB MAJMUREK PISZE, ŻE WOTUM ZAUFANIA TO ZA MAŁO, ŻEBY ODZYSKAĆ WIARYGODNOŚĆ: “Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny. Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów”.
newsweek.pl

— EWA SIEDLECKA PISZE O MANIPULOWANIU SKŁADAMI ORZEKAJĄCYMI W TK I ODMOWIE UDZIELENIA ODPOWIEDZI NA TEN TEMAT PRZEZ BIURO TRYBUNAŁU: “Jaka jest skala manipulacji – nie wiadomo, bo Trybunał odmawia podania danych o tym, ile razy składy zmieniano. Na moje pytanie w tej sprawie zadane w maju Biuro Prasowe TK stwierdziło, że żądam „informacji przetworzonej”, a to znaczy, że muszę udowodnić, że udzielenie mi odpowiedzi jest „szczególnie istotne dla interesu publicznego”. Odpowiedziałam: „Kwestia poszerzającej interpretacji prawa tam, gdzie chodzi o konstytucyjne prawo do bezstronnego sądu, jest »szczególnie istotna dla interesu publicznego«. Taka poszerzająca interpretacja narusza gwarancję bezstronnego sądu. Dlatego w interesie publicznym jest poznanie skali tego zjawiska i publiczna dyskusja nad nim”. Biuro odpisało, że go nie przekonałam”.
polityka.pl

— ADAM LESZCZYŃSKI W OKU O EKSPERTYZIE PROF. OSĘKI NA KTÓRĄ POWOŁAŁ SIĘ NSA WS DEKOMUNIZACJI ULIC W WARSZAWIE: “Naczelny Sąd Administracyjny, który ostatecznie unieważnił zmiany nazw ulic w Warszawie narzucone przez wojewodę, korzystał z ekspertyzy historyka prof. Piotra Osęki. Według niego „za patronów symbolizujących komunizm można uznać wyłącznie osoby zaangażowane w budowę powojennego państwa totalitarnego na kierowniczych stanowiskach” [publikujemy ten dokument]”.
oko.press

>>>

Morawiecki jako bufon prima sort

13 Gru

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

Ale wniosek jest okazją do debaty, a przynajmniej do oświadczeń klubowych. Można wytknąć przed społeczeństwem słabe punkty, błędy, wpadki, niespełnione obietnice, manipulacje faktami. Sprostować propagandowe kłamstwa upowszechniane w mediach pisowskich. Wykazać premierowi, że rok sprawowania chaotycznych rządów to za mało, by się chwalić sukcesami.

Mateusz Morawiecki rzeczywiście nie ma doświadczenia państwowego. Jako wiano wniósł do zawartego z PiS zaledwie rok temu małżeństwa politycznego doświadczenie urzędnika bankowego średniego szczebla i absolwenta zachodnich kursów biznesowych. No i fakt, że jest synem Kornela Morawieckiego, którego pisowska prawica obsadza w roli Lecha Wałęsy. Morawiecki nawet retorycznie przypomina ojca. Nie jest to komplement.

Premier, prosząc Sejm o wotum zaufania, uciekł do przodu. Podczas debaty nad wotum nieufności będzie się chwalił, że już otrzymał wotum zaufania. A zatem ma mandat do dalszego kierowania rządem i dlatego bezsilna opozycja „wszczyna awantury”.

Na tym dziś polega taktyka rządu Morawieckiego: przeczekać i przykryć kryzys z KNF, z podwyżką cen energii i protestami pracowniczymi, a jednocześnie pokazać elektoratowi, że PiS trzyma się mocno i będzie rządził jeszcze długo.

Jest to niestety możliwe, choć mniej pewne, niż by wskazywały sondaże poparcia. W Polsce łaska wyborcy na pstrym koniu jeździ. Po trzech latach rządów nawet twardy elektorat Kaczyńskiego może być zszokowany chciwością, kumoterstwem, niekompetencję obecnej władzy. Baza wyborcza PiS się nie poszerza, nie udało mu się zdobyć poparcia większości społeczeństwa miejskiego ani zaproponować czegoś nowego i świeżego wyborcom w centrum sceny politycznej.

Tak naprawdę siłą premiera Morawieckiego nie są jego dyskusyjne osiągnięcia i zamiary, ale brak alternatywy. PiS nie ma innego kandydata na szefa rządu. Tak liche są jego kadry przywódcze, że nie zaryzykuje dymisji ministra Ziobry ani nawet minister Zalewskiej.

Premier Morawiecki ubiegł opozycję, której wniosek o wotum nieufności ma być rozpatrywany 14 grudnia w godzinach nocnych, i wystąpił o wotum zaufania. Debata sejmowa, w której kluby nie mogą zajmować stanowiska, a jedynie zadawać pytania, odbyła się 11 grudnia w najlepszym czasie medialnym. Część komentatorów zachwyca się „sprytem” PiS, który „miał ukraść Schetynie show”.

To jest perspektywa pasków w całodobowych telewizjach informacyjnych, które żadnej rzeczywistości politycznej nie tworzą. Istotniejsze jest to, co premier powiedział i co zostanie zapamiętane. A to rodzi dla obozu władzy kłopoty, i to odczuwalne w krótkiej perspektywie, zwłaszcza wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się 26 maja 2019 r.

Z wystąpienia premiera Morawieckiego nie zostanie zapamiętane to, że rządy PO-PSL to bardzo brzydka buzia, a rządy PiS to śliczna buziulka, bo to powtarzane jest stale i do znudzenia. Zapamiętane zostanie natomiast to, że:

– dzięki rządom PiS Polacy poczują się „prawdziwymi Europejczykami” – a to dzięki grubości swoich portfeli.
– Polexit? Jaki tam polexit, Polska z Unią, Unia z Polską, niech opozycja nie łże.

Oba te przesłania są wycelowane w wybory do PE, bo PiS zdaje sobie sprawę, że utrzymuje dość wysokie poparcie dzięki „głosowaniu portfelowemu”, a relacje z Unią są ważne, bo powszechnie się tam przyjmuje do wiadomości, że niepokój związany z perspektywą lunatycznego – jak to zgrabnie określił Donald Tusk – polexitu w wyborach samorządowych kosztował tę partię parę punktów procentowych.

Oba te przesłania w perspektywie przedwyborczej, wykraczającej poza migotanie żółtych pasków w telewizjach informacyjnych, niosą dla PiS poważne kłopoty. W sztabie tej partii zapomniano o chłopskim porzekadle: orzesz? Patrzaj końca bruzdy!

Zanim zacznie się obiecywać Polakom portfele grubości zachodnioeuropejskiej, trzeba się uporać z bieżącą presją płacową. Po sukcesie policjantów, którzy gromadnie ruszyli na lewe L4 i wydusili swoje, do tego środka nacisku uciekli się pracownicy administracji sądowej i paraliżują pracę sądów. Podobną akcję zapowiadają funkcjonariusze Służby Więziennej, ale prawdziwa bomba to nauczyciele, którzy czekają na czas, kiedy to władza jest najbardziej tkliwa – czyli matury, a te będą przeprowadzane między 6 a 23 maja, czyli tuż przed wyborami do PE. O stopniu rozgoryczenia branży świadczy to, że nawet nauczycielska „Solidarność”, która lojalnie wspierała minister Zalewską w sprawie odwrotu od sześciolatków i likwidacji gimnazjów, nic za to nie dostała i obecnie sformułowała czysto polityczny postulat jej dymisji. Rzecz bez precedensu w relacjach „dobra zmiana” – „Solidarność”. Nic nie wskazuje na to, jak PiS ten problem rozwiąże.

W kwestii nierozerwalnego związku Polski z Unią także rzeczywistość spłatała PiS-owi psikusa. Dokładnie w dniu debaty nad wotum zaufania Sąd Najwyższy podał do publicznej wiadomości, że Trybunał Sprawiedliwości UE zajmie się jego pytaniami prejudycjalnymi dotyczącymi m.in. gwarancji niezawisłości sądów pod rządami pisowskiej Krajowej Rady Sądownictwa 19 marca 2019 r., czyli w początkach kampanii wyborczej do PE. Nie jest wykluczone, że TSUE do tego działania sprowokował szeryf-katastrofa „dobrej zmiany”, czyli minister Ziobro, który paszczami swojej opryczniny, czyli rzeczników dyscyplinarnych, szarpał sędziów sądów niższych instancji zadających pytania prejudycjalne pokrywające się z pytaniami SN. TSUE stanął przed trudnym wyborem: albo nadal będzie zwlekał i pozwoli na to, by minister Ziobro oskórował broniących swej niezawisłości sędziów, ustanawiając się zarazem w roli ostatecznej instancji rozstrzygającej o tym, jakie pytania prejudycjalne wolno sędziom zadawać, albo pytaniami SN się zajmie i sędziów z opresji wybawi. Sędziów z opresji w końcu wybawił, a jest mało prawdopodobne, by 19 marca uznał, że z KRS wszystko jest w porządku. Jeżeli uzna, że jest bardzo nie w porządku, to „dobra zmiana” nie będzie już na kursie kolizyjnym, ale wprost zderzy się z całą Unią, dla której TSUE to źrenica oka i perła w koronie. Albo wtedy ponownie wywiesi białą flagę, spuszczając całą tzw. „reformę wymiaru sprawiedliwości” i być może ministra Ziobrę przy okazji po drucie, czy też konfrontację przyjmie – z punktu widzenia walki wyborczej to obojętne. I tak, i tak przegra.

Premier Morawiecki być może zatem skradł Grzegorzowi Schetynie show, ale – jak powiedział przy innej okazji Franc Fiszer – sypnął się i cały pogrzeb na nic.

Znów słyszę, jak Mateusz Morawiecki publicznie mówi o „80 proc. mediów”, które są „w rękach naszych przeciwników”. Premier głosił to na wiecach, mówił to w Parlamencie Europejskim, teraz powtarza to w Sejmie.

Pierwszy odruch jest taki, żeby wejść w tę rozmowę i zdemaskować twierdzenie Morawieckiego jako oczywiste kłamstwo. Jakie 80 proc.? Pod względem tytułów? Nakładów? Liczby odbiorców? TVP, jeśli wierzyć prezesowi Jackowi Kurskiemu, a przecież jemu trudno nie wierzyć, codziennie bije na głowę konkurencję pod względem liczby widzów. A nawet jeśli nie bije, to nijak nie da się przeprowadzić tezy, że na rynku telewizyjnym media opozycyjne mają przewagę 80 do 20 proc. Prasa drukowana? Pełne spektrum: „Gazeta Polska”, „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska Codziennie”; tytuły te kochają rząd i PiS na różne sposoby, ale z całą mocą. Czy „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek” i „Polityka” mają przewagę 80 do 20 proc. nad wspomnianymi tytułami? I jak tę przewagę mierzyć? I czy tygodnik „Gość Niedzielny” jest rządowy czy opozycyjny?

Można dalej ciągnąć tę wyliczankę, przypominając o Polskim Radiu, Radiu Maryja, portalach wpolityce.pl czy niezalezna.pl, porównywać, prostować i kpić, że przecież nikt Polakom nie zabrania korzystać z mediów bliskich rządowi i że nikt z opozycji nie stoi za spadkami czytelnictwa tego czy owego tytułu – ale to jest w gruncie rzeczy absolutnie bez sensu.

Kłamstwo w sprawie procentów nie jest bowiem w słowach Morawieckiego najgorsze. Znacznie gorsze jest to, że premierowi demokratycznego państwa, przychodzi w ogóle do głowy dzielenie mediów na „nasze” i „wasze”. Nieco milej byłoby, gdyby media były oceniane za jakość: rzetelność, bezstronność, dogłębność, ale i wtedy wolałbym, żeby nie robił tego publicznie szef rządu.

Bo jakie stosuje kryteria? Po godzinach, gdy akurat nie szykuje mowy o zasypywaniu podziałów i budowie wspólnoty, skacze po kanałach i notuje: „wasz”, „nasz”, „wasz”? Przyznaje jakieś punkty za poszczególne materiały? Autorów? Kraj ojczysty właścicieli? Czy Polsat jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Dziennik Gazeta Prawna” jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Wprost” jest pisowski czy antypisowski? Czy jak w RMF FM występuje Krzysztof Ziemiec, to RMF na chwilę robi się „nasz”? No i, last but not least, co z Pudelkiem?

Intrygujące jest wreszcie pytanie, co kryje się za tym podziałem. Czy „nasze”, to te, którym mogą płacić spółki skarbu państwa? A „wasze” to te, które należałoby spolonizować i zdekoncentrować? Albo chociaż postraszyć, żeby były milsze dla władzy?

Przyczynkiem do wystąpienia Warlikowskiego w Parlamencie Europejskim było rozdanie nagrody literackiej Prix du Livre Européen. To w odniesieniu do prac nagrodzonych autorów, Géraldine Schwarz i Paul Lendvai powiedział o kryzysie czytelnictwa, który dotyka także Polskę.

Dzisiaj blisko 40 proc. Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30 proc. rozumie w niewielkim stopniu. Co dziesiąty absolwent szkoły podstawowej nie potrafi czytać. Aż 10 milionów Polaków (ok. 25 proc.) nie ma w domu ani jednej książki. Analfabetą funkcjonalnym jest co szósty magister w Polsce. 6,2 miliona Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli nie przeczytało NIC, nawet artykułu w brukowcu. 40 proc. Polaków ma problemy z czytaniem rozkładów jazdy czy map pogodowych. To są dane tak niewiarygodne, że aż zabawne. A jednak napawają grozą – mówił podczas przemówienia.

Dodał, że z obserwacji statystyk wynika, że czytelnictwo spada w niemal wszystkich krajach europejskich. Są nieliczne zielone wyspy, gdzie rośnie, ale niestety, ogólnie sytuacja jest zła. Czyta Skandynawia i Holandia. W krajach Europy środkowej i południowej spadek czytelnictwa jest drastyczny, należą do nich przede wszystkim: Grecja, Węgry, Włochy.

– Czy to przypadek, że w tych krajach ruchy skrajnie nacjonalistyczne rosną w siłę odwrotnie proporcjonalnie do współczynnika czytelnictwa? – pytał retorycznie.

Reżyser mówił dalej: – Z tej perspektywy interpretuję odwrót Polski z drogi wolności i demokracji na rzecz autorytarnego systemu i państwa narzucającego obywatelom zasady życia dyktowane przez Kościół. Tak rozumiem wybór ekstremalnej prawicy przy niskim zainteresowaniu wyborami. To są właśnie skutki zaniechań i wieloletniego ogłupiania społeczeństwa. Analfabetyzm polityczny, na którym chętnie i bezpardonowo żerują populizmy. Polska jest tu przykładem jaskrawym, ale nie jedynym.

Laudację na temat zwycięstwa kończył jednak pozytywnym akcentem: – Wierzę, że kultura może być potężną bronią przeciwko głupocie i ogłupianiu, które stają się idealnym podłożem do manipulacji. Wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowywany przez dialog, który prowadzi do pojednania, koncyliacji, wspólnoty widzów tu i teraz. Na chwilę, ale też i na dłużej, kto wie na jak długo. Świat można czynić lepszym tylko zmieniając ludzi. Doświadczenie, jakie może dać teatr, pokazując siłę wspólnoty, jest nie do zastąpienia przez żadne inne.

Krzysztof Warlikowski się rozmarzył, niestety wcale z tym czytelnictwem ani uczestnictwem w kulturze w PRL nie było tak słodko, jak sentymentalna pamięć podpowiada. Tak, stało się w kolejkach po książki ale w masie byliśmy zawsze wspólnotą nie czytania.

Waldemar Mystkowski pisze o zaufaniu Morawieckiego do siebie.

Premier i PiS robią wszystko, żeby przykryć afery ich rządu.

Mateusz Morawiecki jest dobry w wyprowadzaniu kozy. Rola Morawieckiego jako premiera sprowadza się głównie do tej dyspozycji. Taką kozą była ustawa o IPN, kolejną kozą ustawa o Sądzie Najwyższym. Morawiecki te ustawy wyprowadził, ale czy zmieniła się atmosfera wokół Polski? Śmiem wątpić.

Pod koniec roku dopadła rząd pisowski afera KNF, której przerzut SKOK Wołomin pokazał, jak zrakowaciała jest ta władza. Aby przykryć aferę KNF, trzeba było wprowadzić jeszcze jedną kozę i przy fanfarach własnych ją wyprowadzić. Przy tym obdarzyć się oklaskami, jacy to fajni jesteśmy.

Drożyzna to koza wymarzona, bo kto lubi, aby uszczuplano mu portfel. O podwyżkach prądu zakomunikował minister energetyki Krzysztof Tchórzewski, przy tym kłamliwie zapewnił, że państwo zrekompensuje. Nikt na taką manipulację się nie nabrał. Do tego opozycja zapowiedziała wotum nieufności dla Morawieckiego z powodu afery KNF i nie tylko. Wotum nieufności pozwala opozycji wyartykułować, jakim marnym politykiem jest Morawiecki.

Morawiecki mimo swej charakterologicznej bufonady musi mieć tego świadomość, bo to jednak dorosły człowiek, ale w pijarowskie klocki jest lepszy od opozycji, całe życie w to się bawi. Więc za jednym zamachem postanowił wyprowadzić kozy. Poprosił Sejm o wyrażenie wotum zaufania. Niby to samo, co opozycyjne wotum nieufności, lecz diametralnie inne.

Morawiecki nie pozwolił zatem na debatę nad swoją osobą, a przy okazji obiecał publice, że podwyżek prądu nie będzie. Nawet więcej – poprawi się stan portfeli Polaków. A zatem kozy zostały wyprowadzone. Niestety, wrócą szybciej niż Morawieckiemu się wydaje, bo publika nie zapomni obietnic, a afery i tak będą się ciągnąć za PiS.

Gdyby Polska była pastwiskiem, to Morawiecki byłby najlepszym pastuchem w roli premiera. Niestety, tak nie jest – i niedługo ten pijarowiec o tym się przekona, choć dzisiaj ku swej chwale strzela z bicza.

Brudziński niemrawy na umyśle niedołęga

22 List

W „Na Skalnym Podhalu” Przerwy-Tetmajera jest urocza opowiastka o tym, „jak baba diabła wyonacyła”. Informacje i przecieki z wysokich sfer rządowo-policyjnych pozwalają snuć opowieść o tym, jak wiceminister konstytucyjnego ministra wyonacył.

A było to tak. Jarosław Zieliński, sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, zamieszkujący na stałe w Suwałkach i odpowiedzialny w resorcie za nadzór nad służbami mundurowymi, w tym policją, jest znany z tego, że w swojej suwalskiej niszy wymaga traktowania z ponadnormatywną atencją, zwłaszcza przez funkcjonariuszy. A to policjanci produkują dziurkaczami konfetti, by następnie obsypać nim pana wiceministra, a to dowożą emerytki, które tańczą przed panem wiceministrem taniec hula z Hawajów, a to na jego polecenie bojkotują rocznice organizowane przez władze miejskie, z którymi pan wiceminister się poprztykał. Policjanci napisali do posłanki PO, też zresztą z suwalskiego, list, że mają już tego po dziurki w nosie, że domu ministra na stałe pilnuje ekipa w radiowozie policyjnym, a na różnych oficjalnych imprezach mundurowi otrzymują polecenie przebrania się w garnitur, nałożenia przeciwsłonecznych okularów i wciśnięcia słuchawki w ucho, by pozorować funkcjonariusza rządowej ochrony (zwanej teraz Służbą Ochrony Państwa), bo to podnosi prestiż pana wiceministra. Rzeczywiście, przyklejony do pana wiceministra mężczyzna w garniturze, przeciwsłonecznych okularach i bodaj ze słuchawką w uchu został uwieczniony na zdjęciach „Kuriera Suwalskiego” dokumentujących obchody Dnia Strażaka w Suwałkach.

Minęło niewiele czasu i do opinii publicznej dotarła informacja, że Komenda Główna Policji przeprowadza kontrolę w Komendzie Powiatowej w Suwałkach w sprawie informacji o obsługiwaniu pana wiceministra przez funkcjonariuszy.

Minęło czasu raczej mało niż wiele i do dziennikarzy dotarł przeciek, że kontrola wprawdzie trwa i jeszcze potrwa, ale są „wstępne wyniki” i wszystko jest w największym porządku. Wedle tego przecieku na razie kontrolerzy mieli ustalić, że to, iż w okolicach miejsca zamieszkania wiceministra rzeczywiście pojawia się więcej funkcjonariuszy, ma mieć związek z rutynowymi działaniami. Polegają one na planowym zabezpieczeniu drogi prowadzącej do przejścia granicznego z Litwą. Kontrolerzy z KGP sprawdzali także informację o wykorzystywaniu funkcjonariuszy po cywilnemu do ochrony wiceministra spraw wewnętrznych i administracji. Na razie ustalili oni, że byli wykorzystywani do rutynowego zabezpieczania oficjalnych imprez w rejonie Suwałk.

Na czym polega wyonacenie ministra Joachima Brudzińskiego przez jego zastępcę wiceministra Jarosława Zielińskiego? Nie jest to coś, co rzuca się w oczy szerokiej opinii publicznej, ale piszący te słowa był w swoim czasie ministrem administracji i spraw wewnętrznych i wie co nieco, jak działają ten resort i służby mundurowe.

Po pierwsze, zwraca uwagę kwestia organizacyjna. Kontrolę w policji suwalskiej przeprowadza Biuro Kontroli Komendy Głównej Policji, a znaczna część kadry dowódczej policji w Suwałkach i Komendzie Głównej zwłaszcza jest z ręki i pod ręką wiceministra Zielińskiego. Ludzie świadomi sprawy śmieją się w kułak, bo… świadczył się Cygan swoim dzieckiem. Gdyby tę kontrolę zlecił naprawdę konstytucyjny minister Joachim Brudziński, to użyłby do tego niezależnego wobec wiceministra Zielińskiego Departamentu Nadzoru i Kontroli MSWiA.

Po drugie, o tym, czy radiowóz policyjny stawał tam, gdzie stawał, w związku z zamieszkiwaniem wiceministra Zielińskiego czy w związku z zabezpieczeniem drogi prowadzącej do przejścia granicznego, może wypowiedzieć się tylko specjalista z drogówki – niekoniecznie suwalskiej. Po prostu albo ta lokalizacja była optymalna, albo nie.

Żadnych wątpliwości nie można mieć natomiast w sprawie trzeciej – przebierania policjantów za rządowych ochroniarzy. Oczywiście, że wywiadowcy policyjni po cywilnemu zabezpieczają i imprezy masowe, i oficjalne uroczystości, jeśli odbywają się one na terenie otwartym i publicznie dostępnym, a tak było w przypadku Dnia Strażaka. Ale wtedy stoją w dostosowanych do pogody, miejsca i czasu cywilnych ciuchach, wtapiając się w obserwującą uroczystość lokalną publikę, a nie paradują w garniturach za plecami wiceministra, który odbiera honory od prężących się służbiście strażaków.

Podane wyżej informacje czytają sobie policjanci i funkcjonariusze innych służb z grupy MSWiA i dochodzą do wniosku, że wiceminister Zieliński traktuje z właściwym sobie tupetem ministra Brudzińskiego – jak niemrawego na umyśle niedołęgę, któremu wszystko można wcisnąć i który wszystko kupi. Świat mundurowy jest twardy. Funkcjonariusze nie muszą swojego głównego ministra lubić (to nawet nie najlepiej, gdy go lubią), ale powinni go darzyć minimum respektu i uznawać za człowieka poważnego. A nie da się czuć respektu wobec niemrawego na umyśle niedołęgi wyonaconego przez tupeciarza. Jeżeli kontrola w Suwałkach zakończy się rezultatami zbliżonymi do „wstępnych ustaleń”, to minister Brudziński w oczach świata mundurowych raz na dobre utraci zdolność kierowniczą.

PiS ma swój sufit. Co zrobią z pętlą, która ich tam czeka?

5 List

Wybory samorządowe już za nami. Wczoraj odbyła się II tura, w której Polacy wybierali włodarzy miast i miasteczek. Czas więc na pierwsze podsumowania i analizy.

W Gdańsku wygrał Paweł Adamowicz (64,7%), w Krakowie Jacek Majchrowski (64,6%), w Kielcach Bogdan Wenta z Projektu Świętokrzyskie (64%). Jedynym dużym miastem, gdzie wygrał kandydat wspierany przez PiS są Katowice.

Przyglądając się wynikom, śmiało można powiedzieć, że miasta okazały się wielką porażką PiS. Nie pomógł Andrzej Duda, spacerując po cmentarzu w Nowym Sączu w towarzystwie kandydującej na prezydenta żony posła Mularczyka. Nie pomógł premier, wielokrotnie obiecujący kasę od rządu tam, gdzie wygrają kandydaci z PiS. Nie pomógł nawet sam prezes, który dwoił się i troił, by przekonać Polaków do „dobrej zmiany”. Miasta powiedziały twardo, że nie chcą polityków tej partii u siebie.

Kandydaci PiS nie byli w stanie przeskoczyć trzydziestu paru procent poparcia, co pokazuje, że partia ta może liczyć tylko na swój twardy elektorat i nie udało się jej przyciągnąć nowych zwolenników. To powinno dać PiS-owi sporo do myślenia.

Wprawdzie teraz politycy partii rządzącej usiłują przekonać obywateli, że nic się nie stało, bo miasta to tylko ok 15% uprawnionych do głosowania, co w żaden sposób nie zagraża dominacji PiS, ale fakt pozostaje faktem. Założenia były takie, by odbić miasta z rąk opozycji i cokolwiek by teraz nie powiedziano, to plan ten posypał się jak domek z kart. Przegrana pozostaje przegraną i na pewno musi ona bardzo boleć.

Skandal podczas wieczoru wyborczego Kacpra Płażyńskiego. Sztab kandydata „zadbał”, by nie wpuścić na sale dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, reporterki radia Eska i Radia Tok FM.

Pokolenie spieprzaj dziadu.

Płażyński oczekiwał na wyniki w restauracji Mantra, przy ul. Krynickiej na Przymorzu. Towarzyszyli mu m.in. Janusz Śniadek, Andrzej Gwiazda, wojewoda pomorski Dariusz Drelich oraz spora grupa dziennikarzy. Niestety, zabrakło miejsca dla tych, którzy reprezentowali niewygodne dla kandydata i jego partii, media.

Dziennikarze musieli więc czekać pod drzwiami aż pojawi się Płażyński i zadecyduje, co z nimi zrobić. Sprawę załatwiła krótko jego żona, która z uśmiechem zaproponowała, aby „wystawić za drzwi i do widzenia”. Usunięto również z sali fotoreporterkę „Wyborczej” i jak tłumaczył jeden z ochroniarzy, taka była decyzja „góry”.

 Ta sytuacja wzbudziła powszechne oburzenie. Na Twitterze zawrzało. Adrianna Halman skomentowała zachowanie żony Płażyńskiego, pisząc „Nie została też wpuszczona red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli też, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii odzwierciedla więc szerszy problem”.

Reporter Kamil Dziubka również usłyszał co nieco. „Nie mogliśmy się wpiąć tam z dźwiękiem, bo pan dźwiękowiec powiedział, że nas nienawidzi i jesteśmy „ścierwami”. Ale poradziliśmy sobie”.

Do sprawy odniósł się też Bartosz T. Wieliński, a Szymon Sorokiew, komentując jego post, nie ukrywał, że „(…) żona KP, Natalia Nitek (de domo), ma ultra mocny odjazd w prawo. Jeśli ktoś uważa, że Płażyński to umiarkowana twarz PiS, to polecam przesledzenie działalności jego żony. Totalny beton i ostra antyniemiecka fobia (procesowała się ze swoim niemieckim szefem)”.

Jak słusznie zauważył kolejny komentator tej skandalicznej sytuacji, Płażyński „udowodnił (przy pomocy żony) że po prostu na to stanowisko się nie nadaje. Gdańszczanie poznali się na fircyku robiącym karierę na nazwisku ojca”. Nic dodać nic ująć.

Nie została też wpuszczona do sztabu Kacpra Płażyńskiego red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii Płażyńskiej odzwierciedla więc szerszy problem.

PiS ma odpowiedź na swoją porażkę w II turze wyborów samorządowych: Wina Tuska

📌  w  Okazało się, że szyld okazał się ogromnym obciążeniem dla kandydatów. Mamy satysfakcję z wyników tych wyborów, bo opozycja zdecydowanie wygrała w II turze 💪

Przesłuchanie byłego premiera przez komisję ds. Amber Gold raczej nie wniesie do sprawy nic nowego. Będzie tylko kolejnym aktem politycznego spektaklu.

W styczniu 2016 r. Jarosław Kaczyński podczas wyjazdowego posiedzenia Klubu PiS w podwarszawskiej Jachrance zapowiedział partii zmianę ordynacji wyborczej, jednolity front w mediach publicznych oraz powołanie czterech sejmowych komisji śledczych. Pierwsza z nich powoli kończy swoją działalność, ale bez politycznego sukcesu.

Komisja śledcza do zbadania prawidłowości i legalności działań organów i instytucji publicznych wobec podmiotów wchodzących w skład Grupy Amber Gold (tak brzmi pełna nazwa komisji) została powołana 19 lipca 2016 r. Podczas ponad 120 posiedzeń przesłuchała około 100 świadków. Ostatnim będzie poniedziałkowe przesłuchanie Donalda Tuska, byłego premiera RP.

Początek końca PiS

5 List

Sromota PiS w II turze wyborów samorządowych

Wszyscy trzej kandydaci Koalicji Obywatelskiej w Krakowie, Gdańsku i Kielcach odnieśli miażdżące zwycięstwa.

Więcej >>>

„Po wyborach samorząd w dużych pol miastach Jaki kram, taki pan… Widać jak głęboko udało się poprzednim władzom PL zdemoralizować mieszkańców miast, jakie wzorce zakorzenić Tylko Polski żal. A teraz 11 XI cd wojny: duże opozycyj miasta – central władze państwa” [pisownia oryg – przyp. red.] – napisała po ogłoszeniu sondażowych wyników II tury wyborów Krystyna Pawłowicz. Później dodała: – „W dużych miastach Suweren zwykle był średnio patriotyczny”.

Pawłowicz najwyraźniej ma duży kłopot z przyjęciem do wiadomości, że kandydaci PiS na burmistrzów i prezydentów miast w zdecydowanej większości przegrali w II turze wyborów. Jak zwykle, jedyną jej reakcją jest obrażanie tych, którzy mają inne zdanie niż jej partia.

„Dlaczego Pani odmawia patriotyzmu ludziom, którzy zagłosowali inaczej niż Pani?”;  – „Pani Krystyno, jedynymi, którzy demoralizują Polskę jesteście wy. Wy znaczy się PiS. Tak trudno przyjąć do wiadomości, że ludzie mają dość? Że przejrzeli na oczy?”;

 „Pani chyba nigdy już się nie zmieni. Boli? Dobrze, bo ma boleć. Wybory w demokracji weryfikują każdą głupotę. Miłego rozmyślania po nocach. A i jeszcze jedno niech pani nie obraża mieszkańców tych miast”; – „Nie udało się mieszkańców miast omamić kłamstwami i pustymi obietnicami i tyle. Obraźliwymi wpisami pani tego nie zmieni” – pisali do Pawłowicz internauci.

W miastach od 200 tys. mieszkańców poparcie w granicach 35 proc. dla PiS to szklany sufit

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o 2. turze wyborów samorządowych.

Znaczną część swej siły partia Kaczyńskiego czerpała z hipnozy. Wmawiała obywatelom, że jest potężna, niezwyciężona i cieszy się masowym poparciem. Teraz ta hipnoza się skończyła.

Pierwsza tura była tylko przygrywką. Dała zaledwie przedsmak tego, co wyborcy w tę niedzielę zgotowali partii, która powołując się na rzekomą wolę suwerena od trzech lat niszczy Polskę. Klęska PiS jest totalna i bezdyskusyjna. Nie przysłaniają jej wybory do rad powiatów i sejmików wojewódzkich, gdzie proporcjonalna ordynacja d’Hondta w wielu wypadkach dała obozowi rządzącemu ponad 50 proc. mandatów, mimo że głosowało nań poniżej 50 proc. wyborców. Dzięki temu aparat propagandowy PiS-u mógł przekuć porażkę sprzed dwóch tygodni w sukces, wmawiając obywatelom, że cieszy się masowym poparciem „suwerena” i dlatego wygrywa wybory.

Tym razem jednak takie manipulacje nie przejdą. W dogrywce PiS przerżnął sromotnie i bezapelacyjnie. Nie wziął nie tylko wielkich miast, ale nawet średnich i małych. Gdy piszę te słowa, ostateczne wyniki nie są jeszcze znane, ale nie zdziwiłbym się, gdyby kandydaci partii rządzącej nie zwyciężyli dosłownie nigdzie.

Przed drugą turą Kaczyński rzucił swych ludzi do miast i regionów, które rokowały największe szanse na zdobycie foteli burmistrzów i prezydentów. Obiektem szczególnie aktywnych zabiegów w kampanii były Kielce i Radom. Wszystko na nic.

Obóz władzy przegrał w Łowiczu, Ostrołęce, Włocławku, Jeleniej Górze i wielu innych ośrodkach. Nawet w Nowym Sączu – mieście rodzinnym Zbigniewa Ziobry, uchodzącym za bastion narodowo-katolickiej prawicy.

Pierwsze reakcje polityków i propagandystów władzy wskazują, że mają oni świadomość tego, co się stało i co to dla nich oznacza na przyszłość. Jedni – jak Jacek Sasin – chachmęcą i wmawiają Polakom, że wynik i tak jest nienajgorszy, inni – jak red. Marek Król – dają upust frustracji i złości, pomstując na miejskie lemingi, które ich zdaniem dały się ogłupić, jeszcze inni – jak Jarosław Gowin – przyznają samokrytycznie: „Wyniki w miastach powinny nam dać do myślenia i skłonić do korekty pewnych elementów naszej polityki”. Można jednak w ciemno założyć, że najrozsądniejsza w tym chórze opinia Gowina pozostanie głosem wołającego na puszczy.

Bezsilną złość PiS-u najlepiej zdemaskowało zachowanie żony przegranego kandydata na prezydenta Gdańska Kacpra Płażyńskiego, która kazała wyrzucić z wieczoru wyborczego w sztabie męża… dziennikarki „Gazety Wyborczej”. Całkiem możliwe, że na tym się nie skończyło i późno wieczorem pani Płażyńska w zaciszu domowym znęcała się nad laleczką przedstawiającą rywala jej męża, wbijając w jej gałgankowy brzuszek szpilki i wykręcając kończyny.

Niedzielna klęska PiS może mieć dla sytuacji w Polsce znaczenie przełomowe. Znaczną część swej siły partia Kaczyńskiego czerpała dotąd z hipnozy, wmawiając obywatelom, że jest potężna, niezwyciężona i cieszy się masowym poparciem – suweren po prostu ją kocha. To osłabiało wolę oporu, paraliżowało ludzi słabszych duchem, zniechęcając ich do jakiejkolwiek aktywności. „Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba” – szeptał w skrytości ducha niejeden zrezygnowany Polak. Teraz ta hipnoza się skończyła. Czar prysł.

To odbije się także na sytuacji w tych ciałach samorządowych, w których PiS był bliski osiągnięcia większości. Politycy partii Kaczyńskiego intensywnie próbowali w ostatnich dniach korumpować radnych PSL-u, Nowoczesnej i innych obozów, próbując przeciągnąć ich na swoją stronę. Wyłuskanie pojedynczych osób mogło dać PiS-owi większość w niejednej radzie.

Rzecz jasna, zabiegi takie mogły być skuteczniejsze w sytuacji, gdy partia składająca korupcyjną ofertę mogła prężyć muskuły, wmawiając werbowanym ludziom: lepiej trzymajcie z nami, bo przyszłość należy do nas. Znamy ten mechanizm psychologiczny, wspaniale ukazany w „Kabarecie” Boba Fossa, gdzie tłum poddaje się hipnozie chłopaczka o anielskim głosie, śpiewającego: „Tomorrow belongs to me” – przyszłość należy do mnie.

Dziś już Kaczyński nie może śpiewać tej piosenki i nie może uwodzić ani polityków, ani szeregowych Polaków wizją przyszłości należącej do PiS-u. To zapewne usztywni kręgosłupy wahających się polityków innych partii, którzy nie będą już skorzy do zdrady i przejścia do obozu „dobrej zmiany”.

Co więcej – dziś znacznie prawdopodobniejsze wydają się transfery w przeciwnym kierunku: z PiS-u na jasną stronę mocy. Zaraz po ogłoszeniu oficjalnych wyników drugiej tury wyborów samorządowych co rozsądniejsi i bardziej przewidujący członkowie obozu władzy zaczną zapewne dyskretnie się rozglądać i przygotowywać sobie drogę ewakuacji.

Koniec „dobrej zmiany” zbliża się wielkimi krokami.

Andrzej Karmiński pisze o Kosciele katolickim, który dzieli Polaków.

Nie jest prawdą, że polski patriotyzm był nierozerwalnie związany z wiarą katolicką.

List pasterski Episkopatu Polski z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości wywołał krytyczne uwagi, zanim jeszcze odczytano go w polskich kościołach. Dawno nie było oficjalnego dokumentu KK, który wzbudziłby tyle kontrowersji wśród historyków, teologów i publicystów, również katolickich, zarzucających autorom listu liczne błędy i przeinaczenia. Moim zdaniem nie są one przypadkowe. Twierdzę, że hierarchowie mieli parę spraw do załatwienia i po prostu skorzystali z okazji.

Przede wszystkim oddali co cesarskie – prezesowi. Biskupi zrobili prezent partii Kaczyńskiego, gładko wpisując się w aktualną narrację PiS. Uniwersalny nakaz miłości Boga i bliźniego uzupełnili dyrektywą takiej miłości do ojczyzny, która ma się przejawiać obroną jej suwerenności. Aby nie było wątpliwości przed czyimi zakusami bronić musimy zagrożonej Polski, list zawiera – oprócz banalnego ostrzeżenia, że niepodległość „nie jest dana Polskiemu Narodowi raz na zawsze” – również wezwanie do refleksji „nad obecnym stanem Polski i zagrożeniami dla jej suwerennego bytu”. Brzmi to dokładnie jak apel prezesa, by przeciwstawić się wrogiej ingerencji Unii Europejskiej w nasze i tylko nasze sprawy.

Jubileuszowy list pasterski jest równocześnie, świadomym lub mimowolnym, prezentem dla faszyzujących narodowców, którzy chętnie posługują się Bogiem w publicznych prezentacjach swoich chorych poglądów. Oprócz nakazów służby Ojczyźnie i gotowości jej obrony przed niezidentyfikowanym wrogiem, w liście pasterskim mówi się też o koniecznej odnowie moralnej narodu, o pracy nad rozbudzeniem świadomości narodowej w szerokich warstwach społeczeństwa, a także o szkalowaniu i znieważaniu „polskiej tradycji narodowej i tego wszystkiego, co stanowi naszą Ojczyznę.

List pasterski, który zdaje się kłaniać Kaczyńskiemu oraz dopieszczać Polako-katolików i swych najzacieklejszych obrońców, którzy w imię Boże nawołują do wieszania ludzi zamiast liści, jest też okazją do załatwienia spraw Kościoła. Biskupi postanowili uporać się z zawiłościami własnej historii pisząc, że zabory to czas „prześladowania Kościoła, który zawsze wspierał narodowe zmagania o odzyskanie wolności”. Ale w rzeczywistości Watykan potępiał Konstytucję 3 Maja, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe – jak i wszystkie inne ruchy, które uważał za radykalne i godzące w europejskie monarchie. Biskupi nie kwestionowali praw Rosji, Prus i Austrii do rządzenia na ziemiach polskich i zachęcali Polaków do lojalności wobec obcej władzy, a w kościołach organizowano modły za zaborczych monarchów.

Nie jest prawdą, że polski patriotyzm był nierozerwalnie związany z wiarą katolicką, tak jak nieprawdą jest, że prześladowany Kościół zawsze wspierał narodowe zmagania o odzyskanie wolności. Zdecydowanie krytyczny stosunek do Kościoła mieli socjaliści, z których wywodził się Józef Piłsudski. Nieżyczliwe wobec Kościoła i jego pozycji wśród ludu było najpopularniejsze skrzydło ruchu ludowego. I nawet narodowcy Romana Dmowskiego mieli dystans wobec Kościoła, który uważali za opokę sił konserwatywnych, związanych z tradycyjną arystokracją i ziemiaństwem. A wyjątkowym przegięciem jest podpieranie się przez autorów listu mesjanizmem Adama Mickiewicza, który wymieniony jest na pierwszym miejscu wśród „chrześcijańskich” twórców. Biskupi wyparli z pamięci, że w 1848 roku Kościół wpisał dzieła naszego wieszcza do indeksu ksiąg zakazanych i że niektóre utwory Mickiewicza były na indeksie jeszcze sto lat później. Zabawne – za czytanie „chrześcijańskiego twórcy” katolikowi groziła ekskomunika…

W zapale narodowego wzmożenia biskupi pojechali nie tylko po bandzie historii, ale i teologii, ocierając się miejscami o herezję. Bo w liście pasterskim Polska jawi się jako kraina nieznanego Biblii nowego narodu wybranego, obdarzonego łaskami, których inne nacje nie dostąpiły i w życiu nie dostąpią, narodu otoczonego wyjątkową opieką Bożą, nagrodzonego wyniesieniem na ołtarze wielu świętych oraz licznymi objawieniami i przesłaniami – takimi jak choćby „1877 r. w Gietrzwałdzie, gdzie Matka Boża Niepokalanie Poczęta wzywała do zerwania z nałogami… I jeszcze jedno: słowo „katolicki” oznacza „powszechny”, więc identyfikowanie wiary w Boga biblijnego z jedną grupą etniczną jest niebezpieczną manipulacją, która pogłębia podziały i doprowadza do dyskryminacji osób spoza Kościoła Katolickiego. Dobitnym tego potwierdzeniem jest taki oto fragment listu biskupów: „odstępowanie od wiary katolickiej i chrześcijańskich zasad jako podstawy życia rodzinnego, narodowego i funkcjonowania państwa, to najpoważniejsze z zagrożeń, które doprowadziły już raz w przeszłości do upadku Rzeczypospolitej.

Czytając ten list, opublikowany na stronie Konferencji Episkopatu Polski, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest on swoistą odpowiedzią na rosnącą falę krytyki polskiego Kościoła i części jego książąt. Nie chodzi tylko o liczne skrywane dotąd przypadki pedofilii i inne grzechy ukazane w filmie „Kler”. Mam wrażenie, że tak jak PiS ucieka od swoich klęsk w historyczne sukcesy i godnościową retorykę, tak i Kościół próbuje dać odpór kroczącej laicyzacji i własnej bezradności.  Kościół wzorem partii rządzącej (a może odwrotnie?) atakuje z tym większym impetem, im większych spustoszeń doznaje we własnych szeregach. A wbrew fanfarom i pozorom porażka goni porażkę.

Nie widać szans na całkowity zakaz aborcji. Ba, nie udało się nawet przekonać Polaków, że in vitro jest „nieuprawnioną ingerencją w zamysły Pana Boga i naruszaniem Jego wyłącznych uprawnień w sprawach życia”. Zdecydowana większość Polaków uznała tę argumentację za archaiczną, podobną do tej, którą posłużył się papież Grzegorz XVI, który w 1831 r. sprzeciwił się oświetlaniu ulic w miastach i zakazał używania latarni w państwie kościelnym, bo „Bóg wyraźnie rozgraniczył dzień i noc i nie wolno Mu się przeciwstawiać, przedłużając naturalną porę dnia”.

Fiaskiem zakończyła się zmasowana akcja katechetów i proboszczów, którzy „diabelski Halloween” usiłowali zastąpić „dniem aniołka” lub „paradą wszystkich świętych”. Dzieci, którym w szkole nakazano przebrać się za św. Faustynę (autentyczne!) i tak nie pozwoliły się zastraszyć, wieczorem przebrały się w zabawniejsze stroje i ruszyły łowić cukierki. Także dorośli nie dali się przekonać, że Halloween to diabelski wynalazek, bo jak tu uwierzyć, że całe USA, Kanada, Wielka Brytania i wiele jeszcze cywilizowanych krajów, to terytoria zamieszkane przez czcicieli szatana, w dodatku traktowanych z sympatią przez tamtejszą katolicką hierarchię?

Mimo zmasowanej, wspólnej, państwowo-kościelnej akcji, nie udało się zmniejszyć liczby i liczebności parad równości ani nawet obrzydzić „tęczowych piątków” – szkolnych zajęć na temat tolerancji i różnorodności płciowej. Episkopat potknął się tu o własną nogę, oświadczając, że szkoła nie może łamać prawa i musi każdorazowo uzyskać zgodę rodziców na dodatkowe działania światopoglądowe. Biskupi nie dostrzegli, że „tęczowy piątek” precyzyjnie mieści się w działaniach obowiązkowych, bo antydyskryminacja wpisana jest w podstawę programową. Nie zauważyli też, że gdyby wprowadzić wymóg uzyskiwania zgody rodziców na działania światopoglądowe, to na wniosek rodziców tu i ówdzie wyprowadzono by ze szkoły religię… Na placu boju pozostał więc tylko ks. Dariusz Oko, który komentując w TVP Info ideę tzw. tęczowych piątków bredził, że w niemieckich szkołach 15-letnie dzieci uczone są, jak zaplanować nowy dom publiczny, który „spełni wszystkiezapotrzebowania i najbardziej chore fantazje”. Rację miał minister Brudziński mówiąc, że „w 40-milionowym narodzie jest też trochę idiotów”.

***

Pod listem na stulecie odzyskania niepodległości nie ma żadnego nazwiska. Nie podpisał go żaden hierarcha. Pod omawianym tekstem przeczytać można jedynie: „Pasterze Kościoła katolickiego w Polsce”. Trudno się oprzeć wrażeniu, że sygnatura ta nie jest dowodem jedności poglądów polskich biskupów. Wśród pasterzy trafiają się przecież pastuchy, tak jak wśród owieczek bywają barany.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Andrzej Duda w trakcie ciszy wyborczej udał się do małopolskich miejscowości Zakliczyna i Łowczówka, które do naszej historii weszły wraz z pierwszą poważną bitwą I Brygady w 1914 roku.

W ciszy szept jest krzykiem, a jak ma się przewiny jako polityk, ten wewnętrzny krzyk może być nie do zniesienia. I chyba coś takiego przeżywa prezydent, który ciągle zawodzi, a 100. rocznica odzyskania niepodległości jest oddana walkowerem, jeżeli to przełożyć na działania militarne, to Duda uciekł jako dowódca, a żołnierze jego zostali wysieczeni w krwawej jatce.

Jeszcze niedawno Duda perorował o referendum konstytucyjnym, które miało się odbyć 11. listopada, a na uroczystości najważniejszego święta narodowego od stuleci mieli przybyć wielcy tego świata. Niestety nikt nie przybędzie, bo Duda i PiS nie są już dla nikogo partnerami, przybędą za to faszyści z całej Europy i zhańbią nasze największe święto.

Nie wiadomo, czy z nimi poradzą sobie służby porządkowe, bo inny „orzeł” Jarosława Kaczyńskiego Joachim Brudziński ma kłopoty ze związkami zawodowymi policjantów, funkcjonariusze biorą chorobowe, nie godzą się na warunki socjalne, jakie zgotowała im władza.

Duda w Zakliczynie snuł jakąś dziwną pajęczynę eschatologiczną w imieniu poległych żołnierzy I Brygady. Duda wczuł się w rolę zabitego żołnierza i tak w jego imieniu się wypowiedział: „Było warto (stracić życie – przyp. mój), mimo że żyłem tylko 20 kilka lat”. Lepiej, żeby Duda jednak nie otwierał twarzy i nie tylko dlatego, że jej nie ma. Duda to taki statysta na planie filmowym, który udaje poległego i leży twarzą do ziemi.

Desperacką propozycję ratowania Święta Niepodległości przedstawił były minister spraw wewnętrznych rządu PO-PSL Bartłomiej Sienkiewicz, który wykombinował, aby rządzący wyłączyli 11 listopada spod ustawy o zgromadzeniach, a tym samym nie pozwolili na nacjonalistyczno-faszystowski Marsz Niepodległości. Jak pisze Sienkiewicz: „Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski”.

Już jednak na to za późno. Świat zobaczy naszą hańbę i jej autorów: Dudę, Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego, którzy nas ośmieszają. Będziemy musieli jako naród żyć z tym piętnem.