Tag Archives: Leszek Czarnecki

Morawiecki, zawodowy kłamca, na imię mu Faryzeusz

11 Gru

Pierwszy taki sondaż.

Według sondażu IBRIS dla dziennika „Rzeczpospolita” w wyborach do Parlamentu Europejskiego największym poparciem Polaków cieszy się Koalicja Obywatelska z wynikiem 34 punktów procentowych i PiS z takim samym wynikiem. Na trzecim miejscu znalazł się Ruch Biedronia z wynikiem 8 pp. Pod podium znalazł się SLD (5 pp.), Kukiz (5 pp.), PSL (4 pp.). Najniższe poparcie zyskała partia Rydzyka – Ruch Prawdziwa Europa – 2 pp.

Co ciekawe – przeprowadzone też drugie badanie bez uwzględnienia partii Rydzyka. Tu wyniki są już inne: PiS 37, KO 34, RB 7, SLD 5, Kukiz 5, PSL 4. Wyniki sondaży wywołał spore zaskoczenie wśród polityków zarówno opozycji jak i rządu.

Samorządowa konwencja PiS w Szczecinie. Na sali słychać gromki śmiech. To reakcja działaczy na dowcip opowiedziany przez Mateusza Morawieckiego. – Znacie pewnie tę anegdotę, jak do tego premiera, który rządził siedem lat chudych, niedawno dzwoni kuzyn i pyta: „Co robisz?”. „Nic. Jestem w pracy”. O, właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, ta pasywność, ta inercja, to nicnierobienie – mówi, zapewniając, że rządy PiS są zupełnie inne niż rządy Donalda Tuska.

Dzień wcześniej w Świebodzinie premier zarzucił koalicji PO-PSL, że nie budowała dróg. Lider Platformy Grzegorz Schetyna oskarżył go o kłamstwo i wyliczył, że za czasów poprzedniego rządu sieć autostrad wydłużyła się o 800 km, a dróg ekspresowych o około 1,2 tys. km.

Cudowna zdolność usynawiania się

Gdy Jarosław Kaczyński ogłosił, że to Morawiecki będzie twarzą kampanii samorządowej PiS, w partii pojawiły się komentarze, że prezes rzuca go na głęboką wodę. Zwycięstwo w wyborach samorządowych będzie dla niego przepustką do sukcesji po Kaczyńskim. Już dziś bierze udział w najważniejszych naradach przy Nowogrodzkiej. Raz w tygodniu przy okrągłym stole w gabinecie prezesa zbiera się prezydium komitetu politycznego PiS. W jego skład – oprócz Kaczyńskiego – wchodzą marszałkowie Sejmu i Senatu, szefowie MON Mariusz Błaszczak i MSWiA Joachim Brudziński. Jest też szef klubu Ryszard Terlecki, wiceprezesi partii Adam Lipiński, Antoni Macierewicz i Beata Szydło, jedyna kobieta w tym gronie.

Morawiecki zawsze siada blisko prezesa i często zabiera głos. Ważny polityk PiS mówi, że Kaczyński liczy się z jego opiniami nie tylko w kwestiach gospodarczych. Oznacza to, że jego pozycja rośnie. W PiS uważa się, że zaczarował Kaczyńskiego.

W banku BZ WBK (obecnie Santander), którego Morawiecki był prezesem aż do wejścia do rządu w 2015 r., mówią, że ma on cudowną zdolność usynawiania się.

– Każdy decydent, od którego coś zależy, szybko orientuje się, że Mateusz stał się jego prawą ręką i jest niezastąpiony – mówi jeden z moich rozmówców. Wspomina, że na początku pracy Morawieckiego w BZ WBK, jeszcze pod koniec XX w., jego mentorem był Liam Horgan, szara eminencja banku, przedstawiciel irlandzkiego wówczas właściciela. Promował go i pomógł mu zostać prezesem. Morawiecki zdobył jego zaufanie tym, że był na każde skinienie 24 godziny na dobę. Teraz Kaczyński z zachwytem powtarza, że pracowitość Morawieckiego jest na granicy pracoholizmu.

(…)

Na razie w otoczeniu Kaczyńskiego panuje przekonanie, że Morawiecki radzi sobie nieźle, co pokazują rosnące notowania partii. Chociaż ważny polityk PiS przyznaje, że premier niepotrzebnie naciąga fakty (nie uważa, by można było mówić o kłamstwach), bo procesy w trybie wyborczym mogą podważyć wiarygodność PiS.

Rzeczniczka rządu przekonuje, że Morawieckiemu chodziło jedynie o drogi lokalne. Ale nawet gdyby przyjąć to tłumaczenie, to i tak nieprawda, bo za czasów PO zbudowano ich lub zmodernizowano ponad 10 tysięcy kilometrów.

– To jest retoryka polityczna – wykłada racje Morawieckiego jeden z jego najbliższych współpracowników. – Nie jest intencją premiera, żeby wprowadzać ludzi w błąd. Można dyskutować, czy 600-700 milionów złotych, które średnio wydawała na budowę dróg lokalnych Platforma, to jest nic. Ale premier mówi, że my zrobimy trzy razy więcej i trzy razy szybciej.

Przyznaje, że być może premier trochę popłynął, ale – przekonuje – to efekt zmęczenia i niewyspania. – Odkąd zaczęła się kampania samorządowa, tempo pracy Morawieckiego jest przepotężne – mówi. – W tamtym tygodniu jednego dnia był na Śląsku, na nieformalnym szczycie UE w Salzburgu, a wieczorem znowu pojechał w Polskę.

Popierał liberałów

Dzisiaj trudno wprost uwierzyć, że ten sam człowiek, który oskarża Donalda Tuska o nicnierobienie, był jednym z jego doradców i przez półtora roku zasiadał w jego Radzie Gospodarczej. Nie zrezygnował z niej nawet po katastrofie smoleńskiej, kiedy to politycy PiS oskarżyli ówczesnego premiera o spisek z Putinem.

Jeden z dawnych bankowych podwładnych Morawieckiego wspomina, że ten nieraz chwalił Tuska, że załatwił w Brukseli potrzebne Polsce realne pieniądze.

Na posiedzeniach Rady dzisiejszy premier prawie się nie odzywał. Inna sprawa, że jako historyk po kursach MBA miał niewiele do powiedzenia na tle ekonomistów z naukowymi tytułami. – Na koniec obrad zawsze rzucał jakiś bon mot, z którego wynikało, że jest gorliwie za tym, co myśmy ustalili, i się ze wszystkim zgadza – mówi ekonomista Bogusław Grabowski, też były członek Rady. Opowiada, że gdy jej członkowie zaproponowali, aby dla odpolitycznienia spółek skarbu państwa powołać złożony z niezależnych autorytetów komitet, który będzie nominował ich zarządy, Morawiecki gorąco popierał ten pomysł. Dziś firmuje partyjny skok PiS na spółki.

Inni członkowie Rady wspominają, że Morawiecki nigdy nie krytykował rządu PO-PSL. Prof. Witold Orłowski, ekonomista, pamięta, że był bardzo lojalny wobec Tuska. – Nic nie wskazywało na to, żeby miał być kiedykolwiek skłócony z premierem – podkreśla. Jako prezes BZ WBK Morawiecki wydał nawet książkę z tekstami związanych z Tuskiem gdańskich liberałów, opracowaną przez innego członka Rady, socjologa Ireneusza Krzemińskiego.

W tamtych czasach nic nie wskazywało na to, że Morawiecki może kiedyś związać się z PiS. W kuluarach zdarzało mu się powiedzieć, że kapitał ma narodowość, co jest zgodne z linią partii Kaczyńskiego. Ale tak samo mówił Bielecki, co tłumaczono tym, że obaj kierowali bankami z zachodnim kapitałem.

Dla ówczesnych członków Rady metamorfoza Morawieckiego jest szokiem. – Przecież on jest na tyle inteligentny, by wiedzieć, że to, co dzisiaj wygaduje, to są ordynarne kłamstwa. On po prostu przyjął do wiadomości, że powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Jak mówi Jacek Kurski – „ciemny lud to kupi”. W życiu nie spotkałem takiego człowieka! – irytuje się Grabowski.

Do Rady Gospodarczej Tuska wprowadził Morawieckiego były premier Jan Krzysztof Bielecki. To dzięki niemu miał on w niej mocną pozycję. Tak mocną, że po posiedzeniach Rady Bielecki nieraz zabierał później Morawieckiego do premiera, żeby mu zreferować jej ustalenia. Irytowało to innych jej członków.

Bielecki poznał Morawieckiego w latach 90. Na początku rządów AWS pracował on przez parę miesięcy w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Teraz, na niedawnym wiecu w Sandomierzu, premier stwierdził, że sam negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej 20 lat temu. Były premier Leszek Miller, który wprowadzał Polskę do Unii, odpowiedział mu na Twitterze, że nieprawda – niczego nie negocjował. „Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę” – apelował o zaniechanie tak jawnych kłamstw.

Morawiecki tłumaczył później, że przygotowywał stanowiska negocjacyjne dla Jana Kułakowskiego, pełnomocnika rządu RP do spraw negocjacji Polski z UE.

Znajomi z dawnej Rady Gospodarczej lubią dokuczać Bieleckiemu, pytając, jak dziś ocenia swojego pupila. Były premier bardzo się wtedy denerwuje i prosi, żeby przestać się nad nim znęcać. – Bielecki wstydzi się tego, że go promował – uważa były członek Rady.

Rzeczywiście, Bielecki o Morawieckim nie chce rozmawiać. – Powiem pani tylko tyle, że był dobrym członkiem Rady i wnosił wartościową kontrybucję chociażby do tematyki nadzoru właścicielskiego – ucina rozmowę.

Bielecki i Krzysztof Kilian, były prezes PGE i niegdyś bliski przyjaciel Tuska, forsowali w 2013 roku kandydaturę Morawieckiego na ministra skarbu. Ale ten się nie zdecydował. W PO panuje przekonanie, że już wtedy grał na dwa fronty i rozmawiał także z PiS. Potwierdza to ważny polityk z władz partii rządzącej. Jego zdaniem Morawiecki doszedł do wniosku, że PO jest już słaba i nie wygra wyborów, postanowił więc postawić na innego konia. Adam Lipiński – z którym znał się jeszcze z czasów wrocławskiej opozycji demokratycznej – skontaktował go wówczas z Beatą Szydło, która odpowiadała w partii za sprawy gospodarcze, ale nie było między nimi chemii. Za to w relacjach z Kaczyńskim od razu zagrało. Morawiecki zaczarował prezesa wizją wielkich narodowych czempionów, które mają pomóc Polsce dogonić Zachód.

Kręgosłup z nitki

Część moich rozmówców uważa, że Morawiecki jest po prostu karierowiczem. – On ma kręgosłup moralny i etyczny z nitki. Brnie w coraz większe kłamstwa i jest zachwycony, jak ludzie biją mu brawo. Dla władzy zrobi wszystko – ocenia Bogusław Grabowski. Dodaje, że Kaczyński ma niesamowity talent do wychwytywania takich osobowości.

Gdy w BZ WBK usłyszeli opowieści Morawieckiego o tym, że za jego czasów bank nie udzielał kredytów we frankach, to reakcją był śmiech. Później w zarządzie dyskutowano nawet, że może trzeba by wydać oświadczenie, że to nieprawda. – Ale jak mieliśmy napisać? Że premier polskiego rządu i nasz były prezes kłamie? To byłoby wypowiedzenie wojny rządowi – tłumaczy mój rozmówca.

Gdy pytam rzeczniczkę rządu, dlaczego Morawiecki nie mówił prawdy w sprawie kredytów frankowych, odpowiada, że za czasów jego prezesury bank udzielił ich mało w porównaniu z innymi bankami. Jednak z raportów finansowych wynika, że to właśnie pod jego rządami zaczęto ich dawać coraz więcej.

Moi rozmówcy w banku uważają, że Morawiecki nie ma świadomości, że kłamie: – Jako były prezes banku ma bogatą praktykę występowania na różnych bankowych imprezach, gdzie przedstawia się korporacyjną propagandę. Dla niego kłamstwo jest poza sferą moralności. Teraz te rozwiązania przeniósł do polityki.

W banku Morawiecki był nazywany cyborgiem, bo zdaniem wielu współpracowników jest pozbawiony emocji. Potrafił rano publicznie pochwalić jakiegoś dyrektora, a w południe wyrzucić go z pracy, tłumacząc, że wymaga tego sytuacja. W ostatnich latach pracy, gdy już widać było jego polityczne ambicje, a bank finansował wiele prawicowych inicjatyw, przestał jeździć windą, chociaż miał biuro na piątym piętrze. Nie chciał, żeby współpracownicy wiedzieli, co akurat robi i ile czasu spędza na zewnątrz.

Psycholog biznesu Jacek Santorski (do Rady Gospodarczej przy Tusku wszedł na miejsce Morawieckiego) wspomina, że poznał Morawieckiego, prowadząc warsztaty w jego banku. – Dziewięć do jednego, że Morawiecki wierzy w to, co mówi – obstawia Santorski. Tłumaczy, że według noblisty Daniela Kahnemana, jeżeli człowiek nabiera jakiegoś mocnego przeświadczenia, to potem używa całej swojej inteligencji, by je potwierdzać. Jeśli fakty, dane czy opinie przeczą temu, w co wierzy, to w jego psychice uruchamiają się mechanizmy redukcji dysonansu poznawczego.

– Premier wypiera niewygodne fakty? – dopytuję.

– Racjonalizuje. On tak myśli. Może sobie tak definiować, na czym polega postęp w inwestycjach drogowych, że ma poczucie, iż mówi prawdę – odpowiada Santorski. Dodaje, że Kaczyński snuje narrację „dlaczego”, czyli ideologiczną, a Morawiecki narrację „jak to zrobimy”. – Gdybyśmy podłączyli detektory kłamstwa do ich mózgów, to okazałoby się, że nie drgną, bo jeśli człowiek się z czymś mocno identyfikuje, a potem działa na rzecz tej idei, to nabiera poczucia prawdziwości, a nawet bierze to za fakty – mówi Santorski.

I pewnie tak jest, co nie zmienia faktu, że Morawiecki serwuje kłamstwa na skalę w polskiej polityce wcześniej niewyobrażalną.

Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił wszystkie sześć wniosków Narodowego Banku Polskiego, w których bank żądał usunięcia materiałów dziennikarskich o aferze KNF. Chciał też zakazu pisania na ten temat w przyszłości. O kontrowersjach związanych z tą sprawą pisaliśmy m.in. w artykule „Wniosek do prokuratury w sprawie Glapińskiego – prezes NBP „tłumi krytykę prasową”?”.

Wnioski do sądu złożyła zatrudniona przez bank kancelaria Jolanty Turczynowicz-Kieryłło. Wszystkie miały podstawowe braki formalne. – „Nieprawidłowo wystawione pełnomocnictwa, nieokreślenie przedmiotu postępowania oraz niedołączenie do wniosku załącznika” – poinformowała „Gazetę Wyborczą” rzeczniczka Sądu Okręgowego w Warszawie Sylwia Urbańska. NBP ma tydzień na uzupełnienie wniosków.

„Pan Glapiński specjalnie rozgarnięty strategicznie nie jest. Wskutek złożenia wniosków NBP o usunięcie tekstów z „GW” i „Newsweeka” oraz o zakaz pisania na temat afery jeszcze bardziej widać, że coś jest na rzeczy”;

„Gaszenie pożaru powodzią to przecież domena PiS. Glapiński świetnie się w to środowisko wpisuje”; – „Ale to jest właśnie ich PiS-owska wschodnia mentalność. Zakazać – to jedyne co potrafią…” – komentowali internauci na Twitterze.

„Jestem przykładem tego, że z ofiary robi się przestępcę. Być może niedługo zostanę oskarżony o to, że to ja napadłem na przestępców – powiedział były wiceszef KNF Wojciech Kwaśniak w TVN 24. To jego komentarz do „słynnej” już wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, że to „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców”. Więcej na ten temat w naszym artykule „Minister Sprawiedliwości wypowiedział słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika”. Kwaśniak i sześcioro innych byłych urzędników zostało zatrzymanych przez CBA – wypuszczono ich po przesłuchaniach w szczecińskiej prokuraturze.

Z kolei w RMF FM słowa Ziobry określił jako szokujące. – „Stwierdzenie pana ministra jest szokujące, sprowadza się do stwierdzenia, że ofiara, pokrzywdzony jest sam sobie winien tego, że dopuszczono się na nim przestępstwa. Minister powinien wiedzieć, że od zwalczania przestępczości są inne organy, nie KNF. KNF zgłasza tylko wszelkie nieprawidłowości i to KNF zrobiła w sprawie SKOK Wołomin” – powiedział były szef KNF.

Kwaśniak przypomniał, co działo się w SKOK Wołomin, kiedy nareszcie KNF mógł go skontrolować. – „Po wprowadzeniu zarządu komisarycznego i utracie płynności przez kasę, dzięki współpracy KNF z prokuraturą w Gorzowie, okazało się, że wiele dokumentów w tej kasie jest sfałszowanych. Działała tam cała zorganizowana grupa przestępcza. W tej grupie przestępczej byli przedstawiciele zarówno byłych służb specjalnych, jak i świata polityki. Kasa była zaangażowana w relacje z wieloma osobami publicznymi, przede wszystkim politykami. Mam nadzieję, że kiedyś opinia publiczna dowie się o tym wszystkim” – powiedział. Dodał, że ujawnienie tych informacji to zadanie dla prokuratury i dziennikarzy.

Działania Kwaśniaka wobec SKOK-u Wołomin doprowadziły do zamachu na jego życie w 2014 r. W dniu, kiedy Komisja Nadzoru Finansowego rozpoczęła kontrolę w tym SKOK-u, został ciężko pobity przed swoim domem: miał pękniętą czaszkę, zmiażdżoną dłoń i złamaną rękę. – „Miałem tylko jedno przekonanie, że walczę o swoje życie i cieszę się, że udało mi się życie zachować. Zdaniem biegłych i prokuratury w Gorzowie wyłącznie dzięki wielkiemu szczęściu i faktowi, że aktywnie się broniłem i nie straciłem przytomności, zachowałem swoje życie” – opisywał w TVN 24.

System wibroakustyczny – bo tak brzmi fachowa nazwa „szumideł”, o których podczas rozmowy z bankierem Leszkiem Czarneckiem mówił były już szef KNF Marek Ch. – kosztował 70 tys. zł. – „Mam tu takie szumidła. Może to nic nie daje, ale… lepiej włączyć. Byli tu jacyś komandosi, powiedzieli, że jest tyle sygnałów tych elektromagnetycznych w okolicach tego miejsca – bo tam jest telewizja – że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat” – mówił w swoim gabinecie Marek Ch. do Czarneckiego.

Kwota ponad 70 tys. zł padła w odpowiedzi na interwencję poselską Krzysztofa Brejzy z PO. –  „W gabinecie przewodniczącego KNF nie były montowane systemy umożliwiające zagłuszanie sygnału w pomieszczeniu. W 2007 roku zakupiono i zamontowano urządzenia systemu wibroakustycznego. Decyzję w tej sprawie podjęło ówczesne kierownictwo KNF” – napisał do posła rzecznik KNF Jacek Barszczewski.  A to „ówczesne kierownictwo” to Stanisław Kluza, wcześniej m.in. minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecznik KNF stwierdził, że rzeczony system wibroakustyczny („szumidło”) „opiera się na generowaniu szerokopasmowego szumu akustycznego” i nie jest tożsamy z urządzeniami antypodsłuchowymi. Tak czy owak sprzęt w gabinecie Marka Ch. nie spełnił swojej roli. Czarneckiemu nagrał spotkanie za pomocą dyktafonu za 170 zł.

Waldemar Mystkowski pisze o końcu PiS.

Jarosław Kaczyński w Jachrance urządził stypę.

Kazimierz Marcinkiewicz określił wyjazdową sesję PiS w Jachrance stypą: – „Jak się spojrzy na spotkanie PiS w piątek i wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, to widać, że to stypa”. I bodaj to najtrafniejsze określenie tego, co dzieje się w partii Kaczyńskiego.

PiS dał się przyłapać na grze obłudnika. Henri Bergson pisze o świętoszku Tartuffe, że on gra świętoszka i tak mu weszła rola w krew, iż już inaczej nie potrafi. Jest świadomy swojej śmieszności. Tak jest z partią Kaczyńskiego – klaskali w reakcji na słowa na słowa prezesa, ale nie wierzyli w jego słowa.

W każdej ideologii, reżimie, autokracji, nie za dużo mówią o niej słowa krytyczne, ale prawda materialna, która jest na zewnątrz – tym wypadku na twarzach polityków PiS. Będą zakłamywać, ale będą chcieli, abyśmy nie wierzyli w ich absurdy (paradoks, prawda?), dlatego nie słuchajmy ich, ale patrzmy na „prawdę”, która jest obok.

PiS ma jeden cel, chce już tylko przetrwać do wyborów. Nie mają innych celów. Wszystko im się sypie. Z powodu demolki Polski, którą poczynili w każdej sferze, bo skorzystali z dobra wypracowanego przez poprzedników, sypie im się także z powodu kadr. Ta partia nie ma ludzi kompetentnych, nie ma w niej kreacji, jest tylko reaktywność („PO-PSL przez 8 lat…” i podobne lelum-polelum), wyartykułowana przez Kaczyńskiego w Jachrance.

Te braki jednak spowodują, że sięgną po polityczny idiom igrzysk. Będą ścigać i nie dlatego, aby posadzić, ale by zająć czymś publikę, aby odciągnąć od rzeczywistych problemów, które stoją przed społeczeństwem, przed Polakami, przed Polską.

Pierwszy lepszy przykład. Zawłaszczanie państwa przez PiS widać jak na dłoni w spółkach energetycznych, w których siedzą pociotkowie Morawieckich, Dudów, Kaczyńskich i pozostałego drobiazgu nepotyzmu – celnie nazwanego przez jednego z polityków Platformy: szarańczą.

Szarańcza doprowadziła do tego, że od następnego roku ceny prądu wzrosną o kilkadziesiąt procent. Ostrożnie przewiduje się 30-40 proc., może to być nawet 70-80 proc., a może więcej. Jaki mają pomysł, aby oddalić katastrofę gospodarstw domowych? A taki by sfinansować podwyżki z publicznych pieniędzy, czyli wziąć od nas i naszymi pieniędzmi zrekompensować. Ale i tak odbije się to na cenach produktów i usług. Zresztą Unia Europejska może finansowanie spółek energetycznych zahamować, bo tak się nie gospodarzy, tylko kradnie.

Owo „udawactwo” jest o tyle śmieszne, że te rekompensaty mają dotyczyć tylko roku 2019, czyli przetrwania do wyborów, bo po nich dla Morawieckiego, Kaczyńskiego, dla ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, choćby potop.

I w tym momencie kończy się Tartuffe. Dopóki wierzył, ze gra, że jest śmieszny, można było przeżyć. Ale gdy wierzy, że jest prawdziwy, że postępuje właściwie. to… Odwołam się do Bergsona: „… jest wstrętny”. Jest nie do przyjęcia, bo prowadzi do prawdziwej katastrofy.

Politycy PiS nie są żadnymi orłami, to podrzędny gatunek fachowców, ale i oni mieli świadomość, iż ich Tartuffe Kaczyński urządził stypę. Gdyby tylko ona dotyczyła PiS, można byłoby jakoś owego towarzystwa pożałować, ale ta stypa może dotyczyć Polski. Dlatego nie dajmy się nabrać, nie pozwólmy im grać na naszych emocjach. Należy obnażać te zakłamane maski. Te potwory mogą zrobić z Polski potwora Europy, a z nas podobne niedobitki cywilizacyjne.

>>>

Reklamy

Walka na górze w PiS

27 List

>>>

Pierwsze miejsce Jarosław Kaczyński, potem długo, długo nic. Następnie – niemal łeb w łeb – premier Mateusz Morawiecki i przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Tuż za podium Wojciech Smarzowski.

Chrzanowski aresztowany – to jeden z frontów wojny Ziobry z Kaczyńskim

IPN, KNF, NBP, PGZ… – wszędzie prywatne folwarki kacyków z PiS.

Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego. Zatrzymanie ma najprawdopodobniej związek z nagraniami z rozmowy z biznesmenem Leszkiem Czarneckim, ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”.

Były szef KNF Marek Chrzanowski został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne – poinformował rzecznik CBA Temistokles Brodowski.

„Mężczyzna trafi do prokuratury w Katowicach, gdzie usłyszy zarzuty korupcyjne” – podaje CBA.

Według głównego właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego, w marcu ówczesny szef KNF Marek Chrzanowski miał zaoferować przychylność w zamian za około 40 milionów złotych dla poleconego przez Chrzanowskiego prawnika. Stenogramy z rozmowy Chrzanowskiego z Czarneckim opublikowała 13 listopada „Gazeta Wyborcza”.

Marek Chrzanowski dzień po publikacji stenogramów podał się do dymisji. Nowym przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego został Jacek Jastrzębski.

Śledztwo ws. afery KNF

Po wszczęciu śledztwa przez prokuraturę, 14 listopada powierzono je CBA. Funkcjonariusze otrzymali od prokuratury nakaz przeszukania siedziby KNF oraz mieszkania Marka Chrzanowskiego. Dodatkowo agenci CBA zabezpieczyli sprzęt i nośniki elektroniczne, z których korzystał Marek Chrzanowski oraz zapisy z monitoringu w siedzibie KNF.

W ramach śledztwa zabezpieczono protokoły i nagrania z posiedzeń KNF oraz przesłuchano 11 osób, wśród nich: mecenasa Grzegorza Kowalczyka, pracowników UKNF oraz podmiotów powiązanych z Leszkiem Czarneckim.

Biuro Badań Kryminalistycznych ABW przeprowadza ekspertyzę nagrań i nośników, które Leszek Czarnecki przekazał prokuraturze 19 listopada 2018 roku. Chodzi o dyktafon, długopis z kamerą i pendrive. Ekspertyza ma wykazać m.in. ewentualną manipulację w zapisanych na nośnikach danych. Jej wyniki będą gotowe w przyszłym tygodniu.

Falę krytycznych komentarzy wywołały doniesienia o liście, które ambasador USA Georgette Mosbacher miała wysłać do Mateusza Morawieckiego. „Nie podoba mi się, że ambasador sojusznika pozwala sobie na naciski” – komentuje na Twitterze publicysta Łukasz Warzecha.

Z informacji „Do Rzeczy” wynika, że ambasador Stanów Zjednoczonych Georgette Mosbacher wysłała do premiera Mateusza Morawieckiego list, w którym skomentowała śledztwo ws. reportażu o neonazistach wyemitowanego przez TVN. Przypomnijmy: właścicielem stacji jest amerykański koncern Discovery Communications.

Ambasador Mosbacher pisze w liście, że Stany Zjednoczone nie będą tolerować wypowiadanych publicznie przez polskich polityków krytycznych słów pod adresem dziennikarzy stacji TVN, którzy zrealizowali materiał o funkcjonowaniu domniemanego nazistowskiego środowiska w Polsce.

„Dobrze byłoby przeprosić”

List ambasador Stanów Zjednoczonych wywołał oburzenie wśród prawicowych polityków i publicystów.

„To jest skandal dyplomatyczny, nie żadna wpadka! Trudno będzie po tym przejść do porządku dziennego” – czytamy w komentarzu na profilu tygodnika „Sieci” na Facebooku.

>>>

„Pani Georgette Mosbacher, jako poseł na Sejm RP ŻĄDAM od Pani szacunku dla Narodu i Państwa Polskiego i jego demokratycznie wybranych władz. Proszę szanować nasze zwyczaje i polskie prawo, które wiąże wszystkich, także antypolską, antydemokratyczną stację TVN” – napisała na Twitterze posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.

„Szanowna Pani Ambasador Mosbacher, dziękujemy za wskazanie nam, troglodytom, jak powinniśmy się zachowywać wobec wyższych cywilizacji i wzorców, np. tych z Pani Indiany. Jak zginać karki i oddawać hołdy. I przepraszamy za nieodpowiedzialne ataki na święty TVN. Wdzięczni rabowie” – ironizował publicysta Stanisław Janecki.

„To jednak ciekawy paradoks, że propolski prezydent USA wysyła do tak proamerykańskiego kraju ambasador, która pisze później taki list. Ciekawe, czy G. Mosbacher zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła wcześniejsze materiały TVN-u (zwłaszcza wieczór wyborczy) o D. Trumpie?” – napisał Karol Gac z tygodnika „Do Rzeczy”.

„Nie podoba mi się, że ambasador nawet naszego sojusznika pozwala sobie na naciski w sprawie tego, co może uchwalić nasz Sejm. Dokładnie tak samo jak nie podobają mi się plany mieszania w rynku medialnym i uważam je za groźne dla wolności słowa” – stwierdził publicysta Łukasz Warzecha.

„Szanowna Pani Mosbacher – Jest Pani nieprzygotowana do pełnienia roli ambasadora w Polsce. Bardzo prosimy prezydenta Stanów Zjednoczonych o wyznaczenie kogoś mniej aroganckiego. Nasz rząd ma prawo nie tolerować manipulacji medialnych” – napisał Marcin Niewalda, dziennikarz, prezes Fundacji Odtworzeniowej Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

„Jeśli zna Pani choć trochę polską historię (a chyba powinna), to wie Pani, że Polska ma fatalne doświadczenia z ambasadorami, którzy dyktowali nam prawa. Jeśli zatem nie chce Pani, by Polacy zmienili nastawienie do USA to dobrze by było przeprosić” – zaapelował poseł partii Wolność Jacek Wilk.

„Szanowna Pani Ambasador, uprzejmie proszę uzupełnić swoją wiedzę o historii Polski. Polacy od trzech stuleci, szczerze nienawidzą, kiedy ambasadorzy mylą rolę dyplomaty z rolą namiestnika” – stwierdził Cezary Gmyz z TVP.

W republice bananowej PiS banany są kradzione i gniją

20 List

Polska gospodarka stale rośnie i jest to jeden z najbardziej dynamicznych wzrostów w Unii Europejskiej. Przez londyńską giełdę papierów wartościowych Polska została uznana za gospodarkę rozwiniętą jako pierwszy kraj w regionie. W istocie należymy do najszybciej rozwijających się krajów świata i od 1989 r. dokonaliśmy skoku porównywalnego z takim tygrysem światowej gospodarki jak Korea Południowa.

Giertych twierdzi, że istnieje kolejne nagranie kompromitujące szefa KNF

Polska jak Włochy czy Grecja

Z pewnością Polska świetnie wykorzystała szansę, jaką dało wejście do gospodarki światowej ze stosunkowo wykwalifikowaną i tanią siłą roboczą. Moment, jaki ma dziś, w latach 80. miały Włochy i Grecja. Dziś oba te państwa są dotknięte długoletnią stagnacją, a ich współfinansowana w przeszłości przez UE infrastruktura zaczyna się sypać. Włoskie lotniska wyglądają starzej niż Terminal 1 na Okęciu, a wielu greckim rodzinom nie wystarczyło środków na budowę domów, które zatrzymują się dziś na pierwszym piętrze, strasząc strzelającymi w niebo prętami. Czasy prosperity dobiegają końca w każdym dorabiającym się kraju. Pytanie na dziś brzmi: czy wpadniemy w grecką stagnację, czy też jak Niemcy i Szwecja będziemy mogli polegać na trwałych fundamentach rozwoju i innowacyjnej gospodarce opartej na wiedzy?

Pogorszenie klimatu inwestycyjnego

Wzrost gospodarczy może się kręcić dzięki większej konsumpcji i tak się dzieje w Polsce od paru lat. Ale innowacja wymaga inwestycji, a tych jest coraz mniej. W połowie 2015 r. utrzymywały się jeszcze na poziomie ponad 20 proc., co było przyzwoitym wskaźnikiem w kontekście europejskim. W końcu 2015 r. poziom inwestycji spada do 18 proc. Od tego czasu pozostaje na najniższym poziomie w regionie (ostatnio 17,6 proc.). W konsekwencji stopa innowacyjności w Polsce jest na tym samym poziomie od lat – w globalnym rankingu to pozycja 38. – mimo rosnącej gospodarki.

Od czasów przejęcia władzy przez PiS wielu inwestorów się powściąga i często decyduje się na inwestycje w bardziej przewidywalnych Czechach lub bardziej obiecującej Rumunii. W obu tych krajach poziom inwestycji jest na poziomie ok. 25 proc. Klimat inwestycyjny w Polsce jest zaś niszczony upolitycznieniem wymiaru sprawiedliwości, co jest w regionie źle widziane.

Afera KNF nie pomaga

Do tego w ostatnich dniach dochodzi afera korupcyjna wokół Komisji Nadzoru Finansowego. KNF był od dawna postrzegany jako nieprzychylny, a nawet wrogi inwestorom. Jego polityka uchodziła za niezwykle restrykcyjną i zbiurokratyzowaną. Środowisko gospodarcze krytykowało brak bankowego i finansowego doświadczenia po stronie przewodniczącego Marka Chrzanowskiego, którego widziano jako partyjnego aparatczyka. A teraz dochodzi podejrzenie korupcji na szeroką skalę.

Jest to mechanizm znany zagranicznym inwestorom z Rosji. Najpierw inwestor jest zniechęcony nieprzejrzystością przepisów. A następnie proponuje mu się szybką ścieżkę i przychylność w zamian za drobny podział w zyskach. Jeśli inwestor chce pozostać na rynku, to nie ma wyboru i musi zaakceptować takie warunki. W Rosji, która jest bogata w źródła energii, wielu inwestorów przyjmuje takie warunki, jednak mało który decyduje się na inwestycje w innowacyjność.

Kim są główni bohaterowie afery opisanej przez „Wyborczą”

Wpływ na inwestorów

W Polsce od paru dniu widać stopniowe odpływanie inwestorów z rynku finansowego. Index WiG stracił od piątku 5 proc., w piątek strata wynosiła 4 proc. – co było rekordowym dziennym spadkiem w ciągu ostatnich dwóch lat. Poza akcjami banku Czarneckiego Getin – który stracił w poniedziałek znowu 12 proc. – tracą akcje banków państwowych. Osłabieniu uległ też kurs złotego wobec euro, franka szwajcarskiego i dolara. To mało znaczące spadki i zdaniem analityków nie będą trwały, ale są zarazem odwrotnością światowych trendów, z większością walut umacniających się wobec waluty amerykańskiej. Ewidentnie na polskiej walucie odbija się negatywnie zły klimat gospodarczy.

Prezes NBP Adam Glapiński ma w większości rację, mówiąc, że fundamenty polskiej gospodarki są silne. Konsumpcja jest na wysokim poziomie, środki z funduszy unijnych nadal zasilają polską gospodarkę. Jednak inwestycje są na niskim poziomie, a zaufanie do przewidywalności polityki gospodarczej rządu i stabilności przepisów jest niskie.

Dotychczas Polska uchodziła za jeden z najmniej skorumpowanych krajów w byłym bloku sowieckim. Teraz również to ulega zmianie. Inwestorzy nie znikną z polskiego rynku, będą lokować środki w działach związanych ze wzrostem, a więc w konsumpcji. Ale możemy spodziewać się dalszego spadku inwestycji w innowacje, która wymaga przewidywalnego i stabilnego rynku i profesjonalnie zarządzanego regulatora.

Czy Chrzanowski przewróci Kaczyńskiego?

Leszek Czarnecki został przesłuchany w Katowicach w Śląskim Wydziale Zamiejscowym Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Przez prawie 12 godzin właściciel Getin Banku składał wyjaśnienia w sprawie propozycji korupcyjnej złożonej mu przez byłego już szefa KNF Marka Chrzanowskiego.

„Złożyłem obszerne wyjaśnienia. Nie mogę komentować trwającego śledztwa. Przesłuchanie szło bardzo sprawnie” – powiedział po wyjściu z prokuratury Czarnecki. Godzinę przed zakończeniem jego pełnomocnik Roman Giertych napisał na Twitterze: – „Już tylko sprawdzanie protokołu. Jeszcze ok. 1 h. Wszyscy zmęczeni, poza LC. Nie na darmo po 10 h nurkował w jaskiniach”.

Prokurator Tomasz Tadla, naczelnik śląskiego wydziału Prokuratury Krajowej, potwierdził, że Czarnecki złożył bardzo obszerne zeznania.

„Dołączył nośniki informatyczne oraz urządzenia, które mogą posłużyć do weryfikacji wszystkich tych informacji, które były zawarte w zawiadomieniu. Na nośnikach – według świadka – są najważniejsze informacje, które mogą przyczynić się do rozwikłania tej sprawy, ale przede wszystkim są tam nagrane rozmowy tych osób, które są wymienione w zawiadomieniu” – powiedział Tadla.

Dodał, że w sprawie będą przesłuchiwani kolejni świadkowie.

Piotr Gliński, wicepremier rządu RP i minister kultury, a ponadto profesor socjologii i były przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, udzielił wywiadu tygodnikowi „Wprost”. Oskarża w nim opozycję o stosowanie skrajnej, wykluczającej retoryki w stosunku do PiS. Premier raczył wyrazić się następująco: „Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa. Ma wzbudzić do nas obrzydzenie. W opozycji byliśmy wykluczani, traktowani jak trędowaci. (…) Jesteśmy porównywani do faszystów, dyktatury, ja jestem określany jako cenzor, który przeprowadza stalinowskie czystki w teatrach itd.”.

Gliński w służbie Kaczyńskiego

Nie po raz pierwszy prof. Gliński, który tak niespodziewanie przed kilkoma laty oddał swe siły i honor w służbę Jarosławowi Kaczyńskiemu, traci kontrolę nad sobą i poczucie przyzwoitości. Tym razem obraził nie tylko demokratyczne elity i opozycję, lecz również naród żydowski.

Jako przedstawiciel znienawidzonych przez reżim PiS liberalnych elit, a także jako profesor muszę powiedzieć prof. Glińskiemu, aby się opamiętał i zastanowił, co mówi, o kim i do kogo. Znamy doskonale idiom socjologiczny, którym się posłużył w swojej wypowiedzi. „Odczłowieczanie”, „unicestwianie” to metoda walki propagandowej faszystów. Za pomocą tych słów tłumaczy się specyfikę propagandy faszystowskiej i nazistowskiej. Zresztą końcowy akcent wypowiedzi premiera nie pozostawia wątpliwości, jaką wygłasza tezę. Tezę mianowicie taką, że krytyka PiS w środowiskach demokratycznych nosi cechy propagandy nazistowskiej. Ohyda tego pomówienia, zwłaszcza w kontekście tego, co wyczynia propaganda rządowa w swoich mediach, zwanych dawniej publicznymi, a także w mediach zwanych prawicowymi, które z gorliwą wzajemnością PiS wspiera, nie zasługuje na komentarz. Komentarza domaga się jednak porównanie PiS do Żydów w propagandzie goebbelsowskiej. Nie można bowiem nie reagować na antysemickie wypowiedzi dygnitarzy partyjno-państwowych żadnego państwa, a zwłaszcza Polski. To bowiem na terytorium Polski Niemcy zamordowali naród żydowski.

Piotr Gliński, wicepremier rządu RP i minister kultury, a ponadto profesor socjologii i były przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, udzielił wywiadu tygodnikowi „Wprost”. Oskarża w nim opozycję o stosowanie skrajnej, wykluczającej retoryki w stosunku do PiS. Premier raczył wyrazić się następująco: „Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa. Ma wzbudzić do nas obrzydzenie. W opozycji byliśmy wykluczani, traktowani jak trędowaci. (…) Jesteśmy porównywani do faszystów, dyktatury, ja jestem określany jako cenzor, który przeprowadza stalinowskie czystki w teatrach itd.”.

Gliński w służbie Kaczyńskiego

Nie po raz pierwszy prof. Gliński, który tak niespodziewanie przed kilkoma laty oddał swe siły i honor w służbę Jarosławowi Kaczyńskiemu, traci kontrolę nad sobą i poczucie przyzwoitości. Tym razem obraził nie tylko demokratyczne elity i opozycję, lecz również naród żydowski.

Jako przedstawiciel znienawidzonych przez reżim PiS liberalnych elit, a także jako profesor muszę powiedzieć prof. Glińskiemu, aby się opamiętał i zastanowił, co mówi, o kim i do kogo. Znamy doskonale idiom socjologiczny, którym się posłużył w swojej wypowiedzi. „Odczłowieczanie”, „unicestwianie” to metoda walki propagandowej faszystów. Za pomocą tych słów tłumaczy się specyfikę propagandy faszystowskiej i nazistowskiej. Zresztą końcowy akcent wypowiedzi premiera nie pozostawia wątpliwości, jaką wygłasza tezę. Tezę mianowicie taką, że krytyka PiS w środowiskach demokratycznych nosi cechy propagandy nazistowskiej. Ohyda tego pomówienia, zwłaszcza w kontekście tego, co wyczynia propaganda rządowa w swoich mediach, zwanych dawniej publicznymi, a także w mediach zwanych prawicowymi, które z gorliwą wzajemnością PiS wspiera, nie zasługuje na komentarz. Komentarza domaga się jednak porównanie PiS do Żydów w propagandzie goebbelsowskiej. Nie można bowiem nie reagować na antysemickie wypowiedzi dygnitarzy partyjno-państwowych żadnego państwa, a zwłaszcza Polski. To bowiem na terytorium Polski Niemcy zamordowali naród żydowski.

Nie chcę też pozostawiać całkiem bez komentarza kłamliwych i przewrotnych wypowiedzi wicepremierów Szydło i Glińskiego, jakoby nieprawdą było, iż w Polsce odradza się faszyzm, a rząd patrzy na to z aprobatą. Same wypowiedzi tego rodzaju, tak jawnie sprzeczne z faktami, najlepiej świadczą o tym, jak zakłamane i nieczyste jest sumienie tego rządu i jak bardzo prawdą jest to, czego się tak bezczelnie wypiera. Kto bowiem łże w żywe oczy, ten już utracił prawie wszystko, łącznie ze wstydem; dopiero bowiem bezwstyd pozwala użyć łgarstwa do ratowania obrazu samego siebie we własnych oczach.

Flirt władzy z tzw. środowiskami narodowymi, czyli z organizacjami jawnie posługującymi się symboliką faszystowską (łącznie z samymi „fasces”, czyli rózgami liktorskimi – oznaką władzy policyjnej w cesarstwie rzymskim), na naszych oczach przekształca się w namiętny romans. Media na całym świecie pokazywały, jak w rocznicowym pochodzie, firmowanym przez rząd RP, z zachowaniem „higienicznego kordonu”, maszerowały ogromne tłumy, którym przewodzili faszyści ze swoimi flagami i pośród których znajdowali się nawet specjalnie zaproszeni na tę okazję (żeby nie było wątpliwości) faszyści włoscy.

Powiązania PiS z faszystami nie są zwykłą grą polityczną

To straszna kompromitacja i wydarzenie doprawdy przejmujące. 11 listopada, stulecie niepodległości, wyreżyserowali nam faszyści – i to na ich warunkach odbyło się najbardziej spektakularne i relacjonowane przez światowe media wydarzenie. Wydarzenie przerażające. Przerażające nie tylko dlatego, że hasła, race i cała atmosfera tego pochodu były przepojone tępą, szowinistyczną nienawiścią i plemienną pogardą dla „obcych”, lecz dlatego, że za takimi ludźmi i w towarzystwie chorągwi ONR i innych organizacji zwanych eufemistycznie skrajnie prawicowymi szło ponad 200 tys. osób, którym najwyraźniej faszystowskie przesłanie i okrzyki, a właściwie chamskie kibolsko-naziolskie ryki nie przeszkadzały. I ledwie ochłonęliśmy z tych ponurych widoków, a już dotarła do nas wiadomość, że zausznik Jarosława Kaczyńskiego i faworyt Adama Glapińskiego, ostatnio wiceszef KNF Andrzej Diakonow, działał w Ruchu Narodowym. Powiązania PiS z faszystami nie są więc zwykłą grą polityczną obliczoną na kontrolowanie niszowego elektoratu faszystów, lecz mają charakter więzi personalnej. Profesorze Gliński, przejrzyj na oczy – zobacz, jakiemu przedsięwzięciu dajesz swą twarz, komu podajesz rękę, kogo legitymizujesz!

Ja rozumiem, że prof. Gliński musi uczynić wszystko, by zagłuszyć wyrzuty sumienia, to znaczy przekonać samego siebie, że to, co czyni, pracując dla reżimu „na odcinku kultury”, nie jest aż tak złe i hańbiące, a może nawet nie gorsze niż bycie niegdyś w PZPR i robienie kariery w PRL. To są jednak osobiste problemy egzystencjalne Piotra Glińskiego, z którymi powinien radzić sobie w ciszy i dyskrecji.

Jeśli nadaje swym rozterkom taki rozgłos i posuwa się do przewrotnego i szyderczego obsobaczania obrońców demokracji, zyskać może jedynie jeszcze większy uszczerbek na swej reputacji. Środowisko akademickie, jak wiemy, jest bardzo tolerancyjne, wybaczające i skłonne do zapominania dawnych grzechów. Jednak zatwardziałość i hałaśliwość w kolaboracji stawia nawet przed najbardziej miłosiernymi zadanie, które może stać się ponad ich siły. Władza pryncypała prof. Glińskiego już się powoli kończy, a rząd PiS przejdzie wkrótce do historii w aurze hańby. Czy warto ginąć za niego, broniąc go kłamstwem i kalumniami aż do ostatniej kropli krwi?

>>>

„Z rosnącym niepokojem śledzimy narastającą w tym roku aktywność wykładową ks. prof. Tadeusza Guza dotyczącą Żydów i judaizmu. Wielokrotnie wypowiada tonem eksperta różne opinie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i z faktami. Niektóre wygłaszane przez niego tezy są całkowicie niezgodne z prawdą i absolutnie niedopuszczalne” – napisano w liście Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów skierowanego do metropolity lubelskiego abp. Stanisława Budzika i rektora KUL ks. Antoniego Dębińskiego. Rada domaga się podjęcia „surowych kroków dyscyplinujących” wobec ks. Guza.

Autorzy listu przytaczają wypowiedzi wykładowcy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego na temat żydowskich mordów rytualnych. Podkreślają, że są one „wytworem antysemickiej fantazji.  Absolutnie niedopuszczalne jest więc, aby opinie o rzekomej prawdziwości mordów rytualnych były tolerowane w przestrzeni publicznej. Nie godzi się, aby takie opinie wygłaszał profesor zasłużonej uczelni noszącej imię wielkiego przyjaciela Żydów – papieża Jana Pawła II. Apelujemy zatem do Księdza Arcybiskupa i Księdza Rektora o publiczne zajęcie stanowiska w tej sprawie oraz podjęcie surowych kroków dyscyplinujących wobec osoby głoszącej takie – antyżydowskie, ale i antykatolickie, bo odrzucane przez Kościół – twierdzenia”.

Na apel zareagowały władze uczelni i kuria lubelska. Ks. Guz zostanie poproszony „o szczegółowe wyjaśnienia w sprawie swojej aktywności wykładowej na temat Żydów i judaizmu” – napisali we wspólnym oświadczeniu rzecznicy prasowi KUL i Archidiecezji Lubelskiej. Przyznają, że wypowiedzi wykładowcy szkodzą dobremu imieniu uczelni i archidiecezji. Po złożeniu księdza wyjaśnień ma zapaść decyzja o „dalszych krokach w sprawie”.

29-letni syn koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego dostał w lipcu 2018 r. intratną posadę w Banku Światowym. Pomógł mu prezes NBP, którego osoba przewija się w aferze KNF. Teraz służby podległe Kamińskiemu mają wyjaśniać tę aferę.

Czy to się nie nazywa konflikt interesów?

Waldemar Mystkowski pisze o tym, jak Kaczyński i afery PiS są postrzegane na świecie.

Kroku prezesowi stara się dotrzymać Piotr Gliński, który stwierdził, że PiS jest traktowany przez opozycję, jak „Żydzi przez Goebbelsa”.

Jarosław Kaczyński staje się na świecie „sławny”. Zapomina się o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II czy Donaldzie Tusku, a mówi o prezesie PiS. Niestety, nie w kontekście osiągnięć i przynoszącego pozytywne wartości, ale niszczyciela, Frankensteina znad Wisły, którego stworzyli Polacy i na swoją zgubę dopuścili do władzy.

Prezes PiS trafił do popularnego show amerykańskiej telewizji „Last Week Tonight”, który w Polsce jest emitowany z poślizgiem w HBO pod tytułem „Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem”. Ten typ formatu telewizyjnego w Polsce nie jest realizowany, jest to mocna satyra podbita takimż językiem. Gdyby w Polsce komik tak wyśmiał Kaczyńskiego jak Oliver, nazwany zostałby Goebbelsem i musiał się spotkać adwokatem prezesa w sądzie.

Kaczyński został wymieniony obok Władimira Putina, Xi Jinpinga, Recepa Erdogana i zaliczony do krzewicieli „cofających się demokracji”. Nie tylko Amerykanie mogli usłyszeć, iż „Polska staje się coraz bardziej autorytarna”, ale zobaczyli zdjęcie prezesa. Nie było pod nim podpisu „Wanted”, ale kto wie, może tego doczekamy.

Kroku prezesowi stara się dotrzymać Piotr Gliński, który nie nadaje się na żadnego ministra kultury. Prześmiewcy winni mieć jednak realny wpływ na rzeczywistość, Gliński pasuje do wymyślonego przez Latający Cyrk Monty Pythona Ministerstwa Głupich Kroków. Otóż Gliński jako minister wspomnianych kroków poskarżył się w wywiadzie, że PiS jest traktowany przez opozycję, jak „Żydzi przez Goebbelsa”. Trudno z takimi słowami dyskutować, bo nigdzie nimi się nie dojdzie, przypomnijmy sobie, kto kogo nazywał gorszym sortem, elementem animalnym, gestapo, mordami zdradzieckimi. Słowa tego ministra już poszły w świat i wrócą jak bumerang, jak ustawa o IPN, z której PiS rakiem musiał się wycofać.

Kolejna sprawa – prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński po nocnej naradzie z przedstawicielami instytucji zajmujących się bankami orzekł, iż sytuacja w bankowości jest stabilna, czemu przeczą fakty i nastroje społeczne.

NBP to jeszcze jedna instytucja kwalifikująca się do Głupich Kroków. Po raz pierwszy bank centralny w ubiegłym roku zanotował straty – 2,5 miliarda zł, a Glapiński przyznał pracownikom premie z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości w wysokości 18 mln zł.

To, co się dzieje na górze, schodzi na dół. Władza PiS psuje się od głowy Kaczyńskiego, wyczuwają ten zapaszek pomniejsi. I tak – starosta powiatu kolbuszowskiego Józef Kardyś zrezygnował ze swojej funkcji, ale po dwóch dniach został przywrócony na stanowisko po to, aby dostać odprawę 80 tys. zł. Jak stwierdził należy mu się za „harówkę”.

>>>

Afera KNF to modus operandi PiS

19 List

Tydzień rozpocznie się od kolejnej taśmy. Ale PiS liczy na to, że aferę KNF uda się przeczekać, jeśli jej treść nie okaże się kolejną sensacją.

Mecenas Roman Giertych zapowiedział w poniedziałek złożenie do prokuratury kolejnego nagrania, tym razem z lipca bieżącego roku. To rozmowa Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami KNF. „Na taśmie słychać i widać (to nagranie video), jak przedstawiciele urzędu państwowego bez żenady potwierdzają, że wiedzą o planie przejęcia banku za złotówkę” – napisał na Facebooku, określając całe nagranie jako „Taśmę numer 2″, Giertych. Zaznaczył jednak, że wbrew plotkom rozmowa Leszka Czarneckiego z prezesem NBP Adamem Glapińskim nie została nagrana.

To właśnie tej taśmy najbardziej obawia się PiS. Jak wynika z naszych rozmów, przyjęta strategia na Nowogrodzkiej to próba przeczekania sprawy. Politycy PiS liczą na to, że jeśli zawartość kolejnej taśmy i wszystkich następnych nie będzie sensacyjna, to ta strategia się sprawdzi. Zwłaszcza że w PiS panuje przekonanie, że wbrew nadziejom opozycji sprawa KNF nie dotarła głęboko do opinii publicznej, zwłaszcza po szybkiej dymisji byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. PiS liczy też, że żadne nazwisko w sprawie – Chrzanowskiego czy też szefa NBP – nie kojarzy się zwykłym wyborcom bezpośrednio z partią rządzącą.

Piątkowa narada nie przyniosła więc żadnych przełomowych decyzji. Jeden z naszych rozmówców z PiS powiedział zresztą, że w mediach jej znaczenie dla całej sprawy zostało znacznie nadmuchane. Politycy partii rządzącej zajmowali się w piątek m.in. kwestią TSUE oraz zatwierdzaniem zarządów kolejnych sejmików.

Tematem nowego tygodnia może być właśnie reforma sądownictwa. W poniedziałek – jak wynika z naszych informacji – rząd ma przedstawić założenia nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, które mają być daleko idącymi ustępstwami na rzecz Komisji Europejskiej. Sygnalizował to niedawno sam premier Mateusz Morawiecki. – Jestem przekonany, że na pewno dogadamy się z KE w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce – powiedział w Hamburgu przy okazji konferencji o stosunkach transatlantyckich. Jak podkreślił, przygotowywane są „pewne zmiany” w prawie, związane z wcześniejszym postanowieniem TSUE o zabezpieczeniu.

Strategia władzy to również podkreślanie, że system bankowy oraz system nadzoru jest bardzo stabilny. Mówił o tym zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i p.o. szefa KNF Marcin Pachucki. W podobnym tonie wypowiedział się też szef NBP Adam Glapiński.

W przyszłym tygodniu planowane jest pierwsze po wybuchu afery posiedzenie Sejmu. Opozycja domagała się informacji rządu w sprawie KNF oraz powołania komisji śledczej. Ale Grzegorz Schetyna w ubiegłym tygodniu zapowiedział też, że cała historia w nowym świetle stawia wniosek o odwołanie premiera Mateusza Morawieckiego, który Platforma zapowiada od połowy października. – W ciągu najbliższych dni złożymy wniosek – mówił na antenie Polsat News, podkreślając, że będzie on zaktualizowany o sprawę KNF. Jak dodał Schetyna, komisja śledcza zostanie powołana, nawet jeśli miałoby się to stać w następnej kadencji. PiS kategorycznie odrzuca pomysł powołania komisji. I nic nie wskazuje na to, żeby to podejście miało się zmienić. – Leszek Czarnecki gra z władzą, a politycy opozycji tańczą w jego interesie – mówił w niedzielę Marcin Horała z PiS.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego zareagował na sobotni wpis Romana Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, o czym w artykule „Giertych zapowiada złożenie w prokuraturze kolejnych nagrań – chodzi o „plan Zdzisława” Sokala”. Rzecznik KNF Jacek Barszczewski odrzucił zarzuty adwokata właściciela Getin Banku. – „W ocenie KNF zarzuty mecenasa Romana Giertycha opublikowane na Facebooku są bezpodstawne. Rzeczywisty kontekst opisanych przez niego wydarzeń został zniekształcony. Urząd KNF odczytuje działania mecenasa Giertycha jako próbę utrudnienia działań organu nadzoru”– napisał Barszczewski.

Roman Giertych ironicznie odpowiedział rzecznikowi na Twitterze. – „Szef KNF zażądał od mego klienta zatrudnienia swego znajomego prawnika i wypłacenia mu ogromnych apanaży. Dzisiaj ten sam KNF zarzuca mi, że utrudniam im działania. No to afera się wyjaśniła. Szef KNF chciał po prostu dać Czarneckiemu prawnika, aby go uchronił przede mną” – napisał pełnomocnik bankiera.

Po chwili opublikował kolejny wpis. – „W sumie jest oczywiste, że nagrywanie szefa KNF i zawiadamianie o przestępstwie w tej instytucji bardzo działania szefa KNF utrudniły. 40 mil. piechotą nie chodzi! Ze smutkiem też poinformuję, że utrudniania ciąg dalszy. Wszyscy członkowie KNF na mój wniosek będą przesłuchiwani” – napisał Giertych.

Jak jednak pokazały trzyletnie rządy PiS, owa „repolonizacja” i „wielkie projekty” to w praktyce po prostu zwyczajny rympał i reket. Zamiast odrodzonej stoczni i budowanych przez państwo bałtyckich promów jest ukradziona złota tabliczka Morawieckiego. Zamiast przekopu Mierzei Wiślanej – słupek wbity przez Kaczyńskiego na plaży w ostatnich dniach kampanii samorządowej i już następnej nocy „zabrany przez morze”.

Szczególnie afera KNF pokazuje, że repolonizacja i renacjonalizacja w wykonaniu PiS ma tylko tyle wspólnego z sanacją, że zamiast Eugeniusza Kwiatkowskiego budującego Gdynię dostaliśmy Nikodema Dyzmę, który nie budował niczego poza osobistą pozycją i prywatnym majątkiem.

PiS się uwłaszcza

Podobnie jak przed 16 laty afera Lwa Rywina, która ostatecznie pokazała prawdziwe oblicze rządów SLD, także teraz afera KNF nie jest pojedynczą wpadką chciwego urzędnika, próbującego wyciągnąć od biznesmena wielomilionową łapówkę i zatrudnić u niego swojego człowieka. Jest ona prostą konsekwencją realizowanej przez PiS wizji Kaczyńskiego – polegającej na przejęciu przez partię rządzącą kluczowej własności publicznej i prywatnej; oczywiście po wcześniejszym zniszczeniu lub sparaliżowaniu przez władzę konstytucji, prawa, niezawisłych sądów, unijnych procedur i innych mechanizmów kontrolnych.

To, że afera wydarzyła się w sektorze bankowym, też nie jest przypadkiem. Kaczyński, Morawiecki, Glapiński (to ich ludzie są głównymi aktorami afery) właśnie banki wskazywali jako miejsce, od którego trzeba zacząć budowę ekonomicznej potęgi Prawa i Sprawiedliwości. PiS-owska czystka w państwowych bankach i firmach ubezpieczeniowych zaczęła się najwcześniej i przybrała najszersze rozmiary. Jedyny ocalały z niej prezes dużej państwowej instytucji finansowej, Zbigniew Jagiełło z PKO BP, to człowiek Mateusza Morawieckiego. Reszta prezesów i członków rad nadzorczych to już dzisiaj ludzie PiS, których wstawili tam Morawiecki, Glapiński, Kamiński, Brudziński – oczywiście za zgodą Jarosława Kaczyńskiego, który w tym obszarze zagwarantował sobie szczególną kontrolę.

Teraz rozpoczyna się przejmowanie banków prywatnych. Afera KNF pokazuje, że Jarosław Kaczyński wyszedł już z fazy uwłaszczania swoich partyjnych żołnierzy na poziomie marnych paru milionów złotych pensji w zarządach spółek skarbu państwa. Zaczyna na serio budować ów zapowiadany „Budapeszt w Warszawie”. Czyli trwałe fundamenty dla PiS-owskiej klasy oligarchów, którzy – podobnie jak oligarchowie Viktora Orbána – będą posiadali na własność banki, ubezpieczenia i grupy medialne. Coś, czego ewentualna zmiana władzy łatwo ich nie pozbawi.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście nie chce wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis w konstytucji gwarantujący, że opuszczenie Unii, podobnie jak przystąpienie do niej, będzie mogło odbyć się tylko w drodze referendum.

Wielu z nas może nie mieć świadomości, że choć polska konstytucja bardzo rygorystycznie ustala warunki przyjęcia umów międzynarodowych, które przekazują niektóre kompetencje państwa międzynarodowym organizacjom, takim jak Unia Europejska, to wypowiedzenie tych umów odbywa się w trybie zwykłej ustawy. Obecnej władzy uchwalenie takiej ustawy potrafi zająć kilka dni: od pierwszego czytania do podpisu przez prezydenta. Dlatego musimy wprowadzić do konstytucji zapis o tym, że Unię Europejską Polska może opuścić wyłącznie w drodze referendum.

Dlaczego taki zapis jest konieczny?

To sprawa zbyt fundamentalna dla całego narodu, żeby można było o niej decydować w zwykłym sejmowym głosowaniu. Jeśli obóz rządzący serio twierdzi, że w żaden sposób nie dąży do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis, który odda całemu narodowi możliwość wypowiedzenia się w razie gdyby taki pomysł się pojawił.

Czy Polska chce zostać w UE?

Należy w Rozdziale III konstytucji o źródłach prawa zmienić art. 89 w taki sposób, żeby wypowiedzenie umów międzynarodowych, przyjętych w drodze referendum (aktualnie dotyczy to tylko traktatu akcesyjnego) możliwe było również tylko w drodze referendum. Proponowana poprawka: art. 89 6) jeżeli uchwalenie umowy międzynarodowej odbyło się w trybie zgodnie z ust. 3, art. 90 [czyli w trybie ogólnonarodowego referendum, jak przyjęcie traktatu akcesyjnego], wypowiedzenie jej wymaga uprzedniego wyrażenia zgody w referendum ogólnokrajowym, zgodnie z przepisem art. 125.

Artykuł 125 konstytucji mówi m.in. o tym, że referendum jest wiążące jeśli weźmie w nim udział połowa uprawnionych i o tym jakie organy państwa mogą referendum zwołać. Taki zapis w konstytucji możliwy będzie tylko pod naciskiem społecznym. Powinno to być jednym z postulatów manifestacji 3 maja przeciwko wychodzeniu Polski z UE. W grupie na jej rzecz, zainicjowanej przez Liberté!, po przemówienia Donalda Tuska na Igrzyskach Wolności, jest już ponad 25 tys. osób.

Kolejnym etapem działania powinno być zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu i prezydenta o zmianę konstytucji. Obecna władza nieraz udowodniła, że w imię obrony urojonej godności własnej, gotowa jest bez wahania poświęcić interes narodowy. Jeśli chcemy mieć pewność, że polexit nie dokona się wbrew naszej woli, z powodu antyeuropejskich obsesji i nieudolności obozu rządzącego, my, proeuropejscy Polacy, musimy zagwarantować sobie prawo do odpowiedzi na pytanie: „czy wyraża Pan/Pani zgodę na wystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej z Unii Europejskiej?”.

Czym dłużej trwa wielkie odliczanie do Biedroniowego ogłoszenia czegoś-tam-bardzo-wielkiego-dla-Polek-i-Polaków, tym bardziej jestem zaniepokojony i zdegustowany. Wypowiedzi Roberta Biedronia stają się nieznośnie asekuranckie i lawiranckie, a w dodatku coraz częściej bije z nich arogancja i próżność. Biedroń zachowuje się tak, jakby jakiś wielki Spin Doktor udzielał mu genialnych rad w rodzaju „ludzie nie lubią gadania o lewicy i prawicy” albo „trzeba budować napięcie”, albo „trzeba ludziom dawać nadzieję na zmianę” itp.

Z Palikota Biedroń ściągnął „Ruch Biedronia”, jak teraz sam nazywa swój projekt. Z PiS skopiował termin „drużyna” – będzie wprawdzie nie biało-czerwona (chociaż, kto wie?), ale za to „najlepsza na świecie”. A z SLD ściągnął – wow! – Krzysztofa Gawkowskiego. Samemu będąc dysydentem SLD-owskim, teraz „wyrwał” ze swej dawnej partii jej wiceprzewodniczącego, żeby mu robił struktury „w trzystu osiemdziesięciu powiatach”. Wygląda to bardzo podejrzanie. Czyżby Ruch Biedronia to jakaś secesja i schizma odszczepieńców z SLD? Skąd ma Gawkowski rekrutować działaczy i członków nowej organizacji – spośród SLD-owców? Słabe to łowisko – ryby niemłode, do akwenu swego bardzo przywiązane, zdrajcom i secesjonistom niełaskawe. Więc kogo, kogo mają przyciągnąć dwaj szpakowaci panowie o dość umownej świeżości w polityce? Młodzież? Wkurzonych? Mityczne „sieroty po Palikocie”? Dla młodzieży Biedroń za stary i za grzeczny, a Gawkowski to już w ogóle… Dla wkurzonych stary SLD-owiec to po prostu wymarzony lider! A sieroty po Palikocie dobrze pamiętają, że Biedroń był u Palikota, ale zawsze jedną nogą.

Nie podoba mi się nieszczerość i sztampowy oportunizm Biedronia, uchylanie się od jasnych deklaracji i odpowiedzi, a zwłaszcza trącące taniochą odcinanie się od całej klasy politycznej i wywyższanie się ponad nią. Niedawno tę retorykę przećwiczyło Razem – z wiadomym skutkiem. Przechwalanie się własną cnotą i niezależnością jest tyleż chwytem zgranym, co żenującym. Na imię mu pycha. Niemal każda lewicowa partia tak zaczyna – chyba że powstaje przez połączenie. Częściej jednak powstaje przez pączkowanie – tak jak Ruch Biedronia, który wygląda na dziczkę z LSD-owskiego pnia. Bo import Gawkowskiego oznacza dla opinii publicznej jedno – Biedroń i jego projekt to jakaś satelitarna akcja na orbicie SLD, czyli coś zupełnie niszowego. Odżegnywanie się od terminu „lewica” nic tu nie pomoże. Każdy dziś mówi, że „słucha ludzi”, że „chodzi mu o Polskę, a nie o politykę” i temu podobne bzdury. Takie pomysły na retorykę partyjną to sobie można wygooglać za darmo. Macron dla ubogich…

Przeglądam konto Roberta Biedronia na Twitterze. Filmikowa informacja o aporcie Gawkowskiego ma 62 polubienia w ciągu trzech godzin. No, słabo, jak na wielkich liderów lewicy, a tym bardziej liderów wszystkiego co się rusza (bo, jak twierdzi Biedroń, czy „lewica” czy „prawica”, to się jeszcze zobaczy – w postpolityce to wszystko jedno). Inne tweety na temat Gawkowskiego oraz wyjątkowości Biedronia też nie lepiej. Co się dzieje? Naród nie uwierzył czy nie ma konta na Tweeterze? A może po prostu nie ma co lajkować mało twórczych przechwałek w rodzaju „Łączenie z innymi ugrupowaniami to szybka droga do stołków. A ja nie jestem w polityce dla stołków, tylko dla realnej zmiany”?

Robert Biedroń traci gust i wyczucie. A może traci grunt pod nogami, skoro ucieka się do pomocy starych SLD-owców? Bo nowością tu nie pachnie, lecz raczej myszką trąca. I jeśli brać na serio zapowiedzi, że partia Biedronia nie będzie szła do wyborów w koalicji, lecz osobno, to szykuje się powtórka z Razem. Z Gawkowskim po cztery procent – czy to jest plan polityczny pretendenta do przewodzenia odnowionej polskiej lewicy? Bo jeśli tak, to ja dziękuję i postoję.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o społecznej psychozie.

Chaotyczne decyzje i niezborne działania władzy budzą w ludziach rosnący niepokój. A z obaw rodzą się pytania. Pełno ich w Internecie. Są tam również odpowiedzi, ale na ogół nie trafiają na właściwe pytania, mijając się z nimi w czasie i przestrzeni. Pomyślałem, że warto skojarzyć jedne z drugimi. A ponieważ odpowiedzi zawsze jest więcej niż pytań, pozostawiam Czytelnikom wybór, by nie posądzili mnie o przesadną stronniczość.

PYTANIE:

Z jakiej racji Marek Chrzanowski, który dla swojego pociotka wymuszał od banku miliony pod groźbą przejęcia tego banku za złotówkę, dalej ma dostawać pensję w wysokości 33 tys. zł?

ODPOWIEDŹ:

  1. Bo mu się należy. Tak jak im wszystkim.
  2. Facet nie może stracić kasy, bo jest pod ochroną. Przecież tak naprawdę te miliony miały finansować kampanię wyborczą PiS.
  3. Rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnił, że jego były szef jeszcze przez jakiś czas będzie dostawał wynagrodzenie, „ze względów prawnych”. Te względy, czynione byłemu szefowi KNF, wynikają z faktu, że pozwolono mu odejść ze stanowiska zgodnie z artykułem 70 Kodeksu Pracy. Odwołany traktowany jest wtedy tak, jak wypowiadający umowę o pracę, z prawem do wynagrodzenia w wysokości przysługującej przed odwołaniem. Odebranie uposażenia jest możliwe tylko wtedy, gdy do zwolnienia dochodzi z winy pracownika. Wynika stąd, że zdaniem rzecznika KNF były szef nie zrobił nic złego, a w opinii umoczonego w tę aferę prezesa NBP Adama Glapińskiego – jest wręcz patriotą o wysokich standardach etycznych. Przy okazji: rzecznik KNF – Jacek Barszczewski, to ten sam urzędnik, który zapewnił Polaków, że niewinnie zwolniony przewodniczący, odwiedzając swoją firmę tuż przed rewizją CBA, nie miał dostępu do gabinetu, sprzętu służbowego, poczty oraz dokumentów. Ot, tak sobie przez dwie godziny krążył bez celu po korytarzach urzędu. A w tym czasie uprzejmi agenci CBA czekali, aż sobie pójdzie…

 

PYTANIE:

Premier, prezydent i prezes zarzekają się , że za żadne skarby nie wyprowadzą Polski z Unii, a jednocześnie kombinują jak koń pod górę, żeby tylko nie wykonać wyroku unijnego trybunału. Czy oni naprawdę nie mają świadomości, że ta zabawa musi się skończyć takimi karami, których nasz budżet nie udźwignie? A może liczą na to, że skoro Polacy nie godzą się na opuszczenie UE, to sama Unia da nam kopa? Nie wiedzą, że jeśli wylecimy z Unii, to prosto w objęcia Putina? Głupota, czy sabotaż?

ODPOWIEDŹ:

  1. Biorąc pod uwagę, kto teraz reprezentuje Polskę za granicą, to raczej głupota.
  2. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
  3. Kwalifikacje polskich dyplomatów, ich żenujące fikołki w obronie polskiego bezprawia, czy pajacowanie pana prezydenta podczas spotkań zagranicznych, to tylko symptomy poważniejszej zapaści. Wymiana kadr MSZ na profesjonalistów, a nawet wymiana prezydenta i premiera byłyby tylko leczeniem objawowym. Źródłem choroby jest bowiem nieokiełznana żądza władzy, połączona z mizernymi kompetencjami do jej sprawowania. Główny demiurg nadciągającej katastrofy nie interesuje się Europą, nie zna jej i właściwie jej nie lubi. Kaczyńskiego interesuje zarządzanie Polską, a do tego Europa nie jest mu potrzebna. Szkopuł w tym, że ogromna większość Polaków, a nawet większość wyborców PiS, chce być we wspólnej Europie. Prezes również nie chce opuścić Unii. Naprawdę. Przykład Orbana pozwala mu łudzić się, że jeśli nie cofnie się przed presją unijnych władz i europejskiego trybunału, to w końcu UE zmięknie i złagodnieje, bo Polska jest dla Unii ważniejsza, niż Unia dla nas. W opinii Kaczyńskiego unijne dotacje są równoważne z zyskami osiąganymi przez kraje zachodnie dzięki dostępowi do polskiego rynku. Nie zauważa, że równocześnie Polska uzyskała dalece większy rynek zbytu i świetnie z niego korzysta. Żyje złudzeniem, że „Oni” za żadne skarby nie zechcą się nas pozbyć, więc gna z pochyloną głową wprost na mur, odgradzający kraje praworządne od dyktatur . 

 

PYTANIE:

Dlaczego premier z nosem Pinokia oraz kompromitujący nas za granicą notariusz Prezesa- Zbawcy wciąż utrzymują się w czołówce rankingu zaufania do polityków, mimo że zaliczają wtopę za wtopą?

ODPOWIEDŹ:

  1. A cholera wie…
  2. Bo Polacy tak mają. Jacy idole, tacy ich wyborcy.
  3. Rządzący Polską wciąż jeszcze utożsamiani są z dobroczyńcami, którzy obdarowali Polaków żywą gotówką – i nie do wszystkich trafiło, że są to prezenty fundowane z ich pieniędzy. Prawda, że to rozdawnictwo już powszednieje. I prawda, że na obrazku malowanym przez PiS – na wizerunku lepszej, sprawiedliwej i uczciwej ojczyzny – pojawiają się kolejne brudne plamy. Ale ludziom wciąż nie jest łatwo przyznać się do wcześniejszego, błędnego wyboru, brakuje im jeszcze jakiegoś zapalnika, jakiejś decyzji krzywdzącej ich bezpośrednio, by zmienili zdanie. Po drugie, wielu Polaków nie utożsamia zaufania z zaufaniem, tylko z popularnością i wskazują tych, których nazwiska częściej słyszą. Inni, odpytywani przez ankietera – obcego, „urzędowego” człowieka – na wszelki wypadek deklarują lojalność wobec aktualnie rządzących. Czyli rozmaite bywają przyczyny takiego akurat kształtu rankingu polityków. A tak w ogóle, to jego wpływ na rzeczywiste poparcie bywa iluzoryczny. Przykładem jest choćby porażka prezydenta Komorowskiego, popularnego wśród ponad 70% Polaków, a wcześniej sromotna klęska Jacka Kuronia, który tuż przed wyborami prezydenckimi cieszył się sympatią ponad 80% wyborców. Na marginesie: to pytanie traci właśnie na aktualności, bo w badaniach sprzed kilku dni zarówno prezydenta, jak i premiera wyprzedził Donald Tusk.  

 

PYTANIE:

Znalazłem w sieci zdjęcie z 11 listopada. Na peronie stacji Kutno grupka młodych ludzi depcze unijną flagę. Co się porobiło z pokoleniem naszych dzieci? Co zrobiliśmy nie tak?

ODPOWIEDŹ:

  1. Nie ma się co przejmować. Ci gówniarze to przecież margines marginesów.
  2. Antyunijna propaganda robi swoje. A młodzi są po prostu niedoinformowani, nic nie wiedzą o korzyściach z Unii.
  3. Niestety, chyba coś wiedzą. Kutno to miasto wybitnie proeuropejskie, jeden z liderów w wykorzystaniu funduszy unijnych. Tylko ślepy nie zauważy tam ogromnych zmian, wręcz skoku cywilizacyjnego. Młodzi zawsze byli obrazoburczy i być może brak im porywającej idei, konkurencyjnej dla pisowskich bredni o wolności, niepodległości i niezależności – głównie od rozumu. Wygląd chłopaków prezentowanych na zdjęciu sugeruje, że przeszli cały cykl kształcenia od podstawówki do matury i pełny program katechezy w szkołach. Czego się dowiedzieli o świecie i życiu poza swoją szkołą i poza parafią?

 

PYTANIE:

Już trzeci raz słyszę z ambony, że ci, co protestują przeciw dobrej zmianie, mają źle w głowie, a ci, którzy krytykują Kościół i księży, są w mocy złego ducha. Czy tylko mój proboszcz ma narąbane pod pokrywką?

ODPOWIEDŹ:

  1. Tylko
  2. Nie tylko.
  3. Z wypowiedzi sporej części hierarchów wynikać może, że proboszcz ma rację. Zły duch nie próżnuje. Jednak nie można mu zarzucać, że bierze na celownik wyłącznie opozycję. Jest mnóstwo twardych dowodów, że inni szatani czynni są wśród rządzących. Bo diabeł nie ma przekonań politycznych i potrafi opętać nawet kogoś, kto nie ma jeszcze żadnych poglądów w żadnej sprawie. Artur Nowak w swojej nowej książce cytuje księdza egzorcystę, który wypędzał diabła z 6-miesięcznego Patryka. Sześciomiesięcznego! Rodzice przywieźli mu dzieciaka, ponieważ często płakał i nie dawał spać. Diabeł, który usadowił się w niemowlaku, okazał się bardzo uparty, więc konieczne były trzykrotne zabiegi. O ich cenie ksiądz nie wspomina.

 

PYTANIE:

Czy to prawda, że komórka służb specjalnych, zajmująca się cyberprzestępczością, dostała ostatnio dodatkowe zadanie rejestrowania prowokacyjnych pytań oraz opinii krytykujących rząd, partię PiS i konkretnych przedstawicieli władzy? Czy to możliwe, że wraca cenzura i szykują się represje za nieprawomyślność?

ODPOWIEDŹ:

  1. Całkiem możliwe.
  2. Niemożliwe, to jakiś fejknius.
  3. Czort wie. Ale przypomina się pytanie do radia Erewań: – Czy w demokracji socjalistycznej można mówić prawdę? Odpowiedź brzmiała: – Oczywiście, możesz wszystko powiedzieć i masz pełne prawo zadać dowolne pytanie. Tylko żebyś się potem nie dziwił.

 

CDN.

Waldemar Mystkowski pisze o sypiącej się narracji PiS.

W piątek do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński wezwał premiera Mateusza Morawieckiego i inny drobiazg partyjny, zrobił burzę mózgów: jak wybrnąć z afery Komisji Nadzoru Finansowego, mimo że przewodniczący Marek Chrzanowski podał się do dymisji.

Politycy PiS jak kibice polskiej reprezentacji po przegranym meczu śpiewają chórem: „Polacy nic się nie stało, hej, hej”. Ale to zabijanie się pod pachami nikogo nie przekonuje.

Tym bardziej, że Roman Giertych ma inne niespodzianki, a te powodują, że nastroje w PiS są minorowe. W poniedziałek media będą się karmić zapisem wideo z Chrzanowskim i podobnymi mu z KNF. Wygląda, że to będziemy mieli do czynienia z kolejnym wariantem metody wiceszefa PiS Adama Lipińskiego, który swego czasu chciał skaperować Renatę Beger z Samoobrony, ale ta korupcję pisowskiego polityka nagrała i sprawa się rypła.

Przy okazji dowiadujemy się, kto to jest zacz ten Chrzanowski. Wychodzi, iż to ambitny człowiek, nie nazbyt profesjonalny, który po kumotersku zaczął robić karierę za sprawą Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Nie ma co jednak ironizować, bo wiarygodność całej branży bankowej została podkopana, a zatem i depozytariuszy banków. Po dymisji Chrzanowskiego winny nastąpić następne i także odejść Glapiński oraz Zdzisław Sokal. To znaczyłoby, iż państwu polskiemu zależy na stabilności sektora bankowego.

PiS jest jednak do samych trzewi skorumpowany, raczej nikogo nie powinno to dziwić. Strach zagląda im w oczy, bo wszystko zaczyna się sypać. Drżenie łydek jest aż nazbyt widoczne.

Jak boją się opozycji widać po okładkach dwóch najważniejszych tygodników prawicowych „Sieci” i „Do Rzeczy”. Obydwa periodyki na okładkach umieściły Donalda Tuska, a jedna nawet odwołuje się do porządku z nie tego świata „Boże, chroń nas przed Tuskiem”.  Zawołanie z okładki rozbierając logicznie może świadczyć, iż wielkość Tuska jest rzędu Boga, który jednak jako ich Pan ześle na PiS Pana Tuska.

Nie trzeba było grandzić, aby teraz się modlić, na nic kierkegaardowskie „bojaźń i drżenie”. W KNF korupcja się rypła, czekamy wszyscy z utęsknieniem, aby partii Kaczyńskiego władza się rypła na amen.

Tylko jedna z poniższych opinii jest prawdziwa.

Pan Tusk jak Pan Bóg

18 List

Sytuacja PiS musiała stać się naprawdę trudna, skoro prorządowe media zostały rzucone do iście groteskowej nagonki na Donalda Tuska której to w takim wymiarze dawno nie obserwowaliśmy. Jutrzejszy dzień przyniesie publikacje wydań czołowych prawicowych tygodników, które niesamowicie wysiliły się, aby straszyć przed byłym premierem, posuwając się przy tym niestety do poziomy zwykłej żenady:

Szczególnie odleciał tygodnik “Do Rzeczy”. Przedstawił on Donalda Tuska jako kelnera z muszką we wzór flagi Unii Europejskiej, który trzyma na tacy muzułmanki w burkach i jak można przypuszczać transwestytę z tęczową flagą. Obraz wraz z kuriozalnym nagłówkiem “Boże, chroń nas przed Tuskiem. Jak wyglądałaby Polska pod rządami PO – raport” tworzą tak groteskową całość, że pierwszym skojarzeniem jest to, że internetowe trolle wypuściły ośmieszający tygodnik fake news. Jednak prawicowe medium przerosło wyobraźnię autorów memów i na poważnie sugeruje czytelnikowi już z okładki, że rządu PO to kobiety w burkach i transwestyci na ulicach. Jest to obraźliwa homofobiczna karykatura z jednej strony, kiedy prawa osób LGBT są sprowadzone do takiej fałszywej stereotypowej ilustracji. Równocześnie tygodnik kontynuuje linię spotu PiS sugerując zalew Polski muzułmanami w sytuacji, kiedy to właśnie obecna władza najszerzej w historii otworzyła drzwi dla masowej imigracji. Jest to najbardziej toporny propagandowy przekaz.

numerze będzie o tym, że w kontekście osób LGBT “nie widać końca coraz to nowych postulatów, które wywracają do góry nogami biologię i porządek prawny”, a “Islam nauczył się metod zachodnich, przećwiczył żargon politycznej poprawności, aby użyć go do swoich celów. Ma swoich pożytecznych idiotów, poznał się na naiwności ludzi Zachodu i dąży do podboju społeczności niewiernych”.

Oba powyżej wskazane największe strachy konserwatywnej prawicy są na siłę utożsamiane z byłym premierem. Jest to ironia losu, kiedy prawica nie chce uznać, że Donald Tusk potrafił ścierać się nawet z Angelą Merkel ws. polityki migracyjnej, nie będąc wcale zwolennikiem doktryny otwartych drzwi. Do tego warto dodać, że masowy napływ do Europy uchodźców powstrzymało porozumienie Unii Europejskiej z Turcją, a nie żadne ostentacyjne pokazy obrażania się nowych krajów wspólnoty. Co równie śmieszne, wbrew graficznym sugestiom, za rządów Donalda Tuska nigdy nie była nawet entuzjastką wprowadzania rewolucji w obszarze małżeństw jednopłciowych

Jednak na tym nie koniec, bo podobny odlot zalicza tygodnik “Sieci”. Tytuł “Wraca koszmar”mówi wszystko. Tutaj byłemu premierowi zmieniono kolor oczu i włosów i przedstawiono na tle lasu nocą wręcz w stylistyce jakby polityk był wampirem. Tutaj opis zawartości numeru okazuje się także czystą groteską: W najnowszym numerze ‘Sieci’ dziennikarze podejmują temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki. Jasno wskazują, że oznacza to cofnięcie się czasów III RP i odbudowę układu zamkniętego. Czyżby Tusk był rzeczywiście gwarantem powrotu układu zamkniętego, dokładnie takiego, jaki dziś PiS ufundował w KNF?

Taka paniczna reakcja jest dowodem, jak bardzo w obozie władzy boją się powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki. Szczególnie dobitne w tym zakresie jest porównanie dwóch okładek tygodnika “Sieci”, które pokazują dobitnie jak bardzo zmieniły się krótkim czasie warunki politycznej gry:

Nie ma zatem wątpliwości, że rząd osłabł, a jego medialni bulteriery pokazują po prostu jak wielka jest determinacja na prawicy, aby tylko utrzymać obowiązujący status quo.

>>>

PiS zaczął systemowy proces wywłaszczania i szantażowania

18 List

Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej – mówi prof. Radosław Markowski, politolog. – Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Zacznijmy od afery KNF i podejrzeń o korupcję. Z doniesień medialnych wynika, że sprawa jest niezwykle bulwersująca. Czy to może podkopać rząd PiS?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Po pierwsze, zacznijmy od sprawy zasadniczej – do tej pory cała narracja medialna skupia się na tej sprawie tak, jakby to była afera dotyczyła feleru jednostkowego – ot, niezbyt wykwalifikowany człowiek PiS-u po znajomości dostaje wysokie stanowisko, a że brak mu też kwalifikacji moralnych, to posuwa się do propozycji łapówki. Uważam to za chybiony trop. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej. Pisałem wstęp do książki węgierskiego autora Bálinta Magyara „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”, a w trakcie pobytu Autora w Polsce dyskutowaliśmy publicznie o analogiach orbánowskich Węgier i kaczorowskiej Polski.

Magyar wielokrotnie podkreślał, że zasadnicza różnica polega na tym, że PiS rozdaje swoim – zazwyczaj niekompetentnym, merytorycznie nieprzygotowanym, acz lojalnym ludziom różne stanowiska po to, żeby ich kupić, stworzyć klientelistyczny system, ale nie posunął się do tego, co robi Orbán na Węgrzech, że wywłaszcza ludzi z własności prywatnej. Jak to się robi, jest znakomicie udokumentowane w tej książce… Chyba właśnie mamy do czynienia z tym samym procesem w Polsce, niestety.

Mam jeszcze jedną uwagę. Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. Jako obywatel bardzo bym się chciał dowiedzieć, jaką „ofertę, której nie mógł odrzucić” zaproponowano Solorzowi, że Polsat w swych programach politycznych jest nie do poznania?

Namawiam też ludzi biznesu do większej obywatelskiej odwagi (wyraźny deficyt, który w wielu przypadkach jest dolegliwie widoczny) i by zamiast podkulać ogon zaczęli publicznie opowiadać, co się dzieje, a jednocześnie bardzo proszę, by przestali tracić czas na zajmowanie mnie – na boku, niejako „cichaczem” – opowieściami o różnych aferach… Odwagi – lud poprze i doceni…

Krótko mówiąc, nie wydaje mi się, żeby to była indywidualna akcja pana zaradnisia, tylko w wielu miejscach kraju puka się do drzwi osób, które mają kłopoty, bądź się je celowo na nich sprowadza, by później „pomóc” dla – oczywiście – dobra kraju, nacjonalizacji itp. I proszę mi teraz powiedzieć, czy bolszewizm – o który ostatnio był spór – nie pasuje tutaj jak ulał?

Sięganie przez władzę po własność prywatną jest już zdecydowanie inne jakościowo niż nawet wsadzanie do raz nadzorczych czy na stanowiska prezesowskie różnych pociotków. Warto poszukać informacji, ile od czasów, gdy PiS przejął władzę, nastąpiło rotacyjnych zmian na stanowiskach i ile wypłacono różnych rekompensat. Mam też tu dodatkowe pytanie:

czy na pewno te rekompensaty trafiały do kieszeni tych indywidualnych ludzi, czy do jakiejś wspólnej kasy? Lub w jakiej proporcji tu i tu… To jest sprawa, którą powinno zająć się dziennikarstwo śledcze, dopóki nie przywrócimy niezależności służb specjalnych i prokuratury.

Czy do elektoratu PiS to wszystko dotrze? Telewizja publiczna raczej skąpo o aferze mówi.
TVP to jest osobna kwestia. Moim zdaniem kiedyś kierownictwo tej instytucji powinno się pociągnąć się do odpowiedzialności za sprzeniewierzanie naszych pieniędzy. Przecież ono celowo dezinformuje lub nie dopuszcza do pojawienia się pewnych informacji. Systematycznie część społeczeństwa polskiego jest okłamywana, jeśli chodzi o rzeczywistość. Urzędnik państwowy ma obowiązek wywiązywać się jak najlepiej ze swojej roli, przecież jest czarno na białym napisane, co telewizja publiczna powinna. Są badania na ten temat. W całym 25-leciu do tej pory raz było gorzej, raz lepiej, czasami bardziej neutralny był Polsat, rzeczywiście telewizja publiczna trochę sprzyjała rządzącym, co zresztą było negatywnie oceniane. Ale

od 3 lat media publiczne są źródłem dezinformacji publicznej, a to jest przestępstwo wobec społeczeństwa, nawet jeśli literalnie nie ma takiego paragrafu. Zdaję sobie sprawę, że w mojej narracji sprawa ta wygląda na wielkie złoczynienie, ale mam więcej niż pewność, że tak to kiedyś zostanie ocenione.

Przejdźmy do innego tematu; w najnowszym sondażu zaufania na pierwszym miejscu znalazł się Donald Tusk. Jaki to prognostyk na przyszłe wybory: europejskie, parlamentarne i w końcu prezydenckie?
W tym badaniu jest kilka kwestii, które pojawiają się po raz pierwszy. Fakt, że Tusk ma 2 i więcej punkty procentowe nad politykami PiS-u, Dudą i Morawieckim, oznacza, że bezwzględny skok w górę musi być pięcio-, a może nawet ośmioprocentowy. W tym samym badaniu zaskakująco dobrze wypada lider ludowców, Władysław Kosiniak-Kamysz, który jest wyżej niż Robert Biedroń. To pokazuje, że ma duży potencjał do tego, aby zagrać o większą stawkę. Po drugie, najciekawsze jest to, jakie są przyczyny tego wzrostu poparcia dla Tuska, a tego niestety nie wiemy. Można spekulować, wykorzystując teorie politologiczne: może jest to klasyczny przykład tzw. underdog effect, sytuacji, w której – upraszczając sprawę – opinia publiczna widząc silny politycznie obóz, zaczyna wspierać domniemanego przegranego współzawodnictwa, kierując się, między innymi, emocjonalnymi względami.

No bo co zobaczyli Polacy w ostatnich kilku dniach – komisję Amber Gold, która przez 7 godzin próbowała udowodnić i wmówić nam, że nawet jeśli Tusk nie jest krętaczem, to na pewno jest nieudacznikiem.

Potem mamy obchody 100-lecia niepodległości. Bardzo nieudane, moim zdaniem, a to zaskakujące, bo byłem przekonany, że co jak co, ale patriotyczną pompę potrafią przygotować, tymczasem nie udało się zaprosić żadnego męża stanu ze świata, nie było nikogo z Ameryki, choć to prezydent Wilson bardzo przyczynił się do tego, żeby Polska powróciła na mapę świata

Nikogo nie udało się zaprosić skutecznie na te obchody. I o ile Donalda Tuska jako byłego premiera mogą nie lubić, to jednak można się spodziewać, że obóz PiS, zwłaszcza kierownictwo MSZ czy pan Szczerski w Kancelarii Prezydenta, powinni znać choćby wyrywkowo protokół dyplomatyczny.

Umieszczenie Donalda Tuska, prezydenta Unii Europejskiej, w piątym rzędzie za jakimiś nieznaczącymi figurami jest hańbiące dla naszej polityki zagranicznej, bo przecież nie dla samego Tuska.

Podsumowując, zrobiono wiele, aby Tuska zohydzić w ostatnim czasie, zarówno przez propagandystów, jak i polityków. A tymczasem przy okazji wyborów samorządowych okazało się, że im gdzieś więcej polityków PiS-u i im w tych miejscach więcej energii wkładali w kampanię, tym wynik dla PiS gorszy. Tam, gdzie pojechali najważniejsi politycy PiS-u, aby do siebie przekonywać, tam reakcja była odwrotna. W miejscu zamieszkania premier Szydło ugrupowanie to uzyskało jeden z najgorszych wyników. Wygląda na to, ze im więcej styczności z przedstawicielami tego ugrupowania, i to takiej bliskiej, tym ludzie mają do nich większą awersję.

Drugą hipotezą zaś jest to, że dano szansę Donaldowi Tuskowi, by się pokazał i wielu Polaków oceniło go bardzo dobrze, zarówno w Łodzi, w wywiadzie dla „GW”, jak i na ulicach Warszawy. Co więcej, jest w telewizjach różnych krajów pokazywany, jak debatuje z możnymi tego świata, że z jego zdaniem się liczą i że – w odróżnieniu od obecnie rządzących Polską – ma realny wpływ na losy Europy.

Jeśli się popatrzy na dynamikę zmian, to można sobie dopowiedzieć, że wynik Donalda Tuska jest znaczący.

Czy Donald Tusk rozpoczął przygotowania do kampanii prezydenckiej? Spekulowano po jego wystąpieniu w Łodzi, gdzie mówił ostro o „współczesnych bolszewikach”, co zostało odczytane jako porównania do PiS-u, że może to wskazywać na jego powrót do polityki krajowej. Podobnie gdy wystąpił dzień później, po raz pierwszy od dawna, na wspólnej konferencji z Grzegorzem Schetyną.
To są spekulacje. Grzegorz Schetyna zresztą w tym samym badaniu osiąga kolejną niską pozycję. Obawiam się, że ten jego słaby wynik wiąże się z tym, że to nie jest polityk, który ma cechy wodzowskie, a na takie w tej chwili oczekuje elektorat liberalno-demokratyczny; taki, który powiedzie do zwycięstwa. Ten słaby wynik nie jest zresztą winą samego Grzegorza Schetyny, tylko – nieco paradoksalnie – teraz ludzie zobaczyli Schetynę na tle Tuska. Pojawiła się tęsknota, że przydałby się taki lider na te niełatwe czasy… Zresztą

uważam, że Schetyna jest dobrym administratorem, lojalnym politykiem, nawet gdy kierownictwo partii go odsuwało, to on nie rozbijał partii tylko trwał w niej i chciał coś dla niej robić. To rzadkie cechy polskich polityków i za to trzeba go cenić. Problem jednak pozostaje…

Każda partia ogłosiła po wyborach swoje zwycięstwo. Wiemy, że PiS osiągnął 34 proc., a KO 27 proc., ale kto naprawdę wygrał?
Nie jesteśmy najemnikami TVP udającymi dziennikarzy, aby patrząc na dwie liczby – 34 i 27 – mówić, że to 27 jest większe. Większość ludzi mających szacunek dla własnego rozumu, widząc to zestawienie nie ma wątpliwości, że w wyborach do sejmików wygrał PiS. Wybory samorządowe są jednak specyficzne. Z badań wiemy, że ludzie nie wiedzą i nie rozumieją, jaka jest rola sejmików wojewódzkich. Idą do wyborów, bo chcą zagłosować na wójta, burmistrza, prezydenta czy radnych, a tylko – niejako przy okazji – dostają płachtę, gdzie są kandydaci do województwa. Głosują na nich, choć ich motywacja, by pójść do wyborów, jest w nikłym stopniu związana z wyborami poziomu wojewódzkiego…

Wróćmy na chwilę do Tuska i jego wypowiedzi o „współczesnych bolszewikach”. Bardzo się dziwię, że on się następnego dnia wycofał z tego słownictwa. Krótki kurs języka rosyjskiego – большая, большинство to jest po prostu większa, większość. Równie dobrze można by z angielska powiedzieć, że jest to system majoratu. Bolszewizm nie musi być komunistyczny i oznacza tylko tyle, że jest to obsesja, że większość może wszystko. Wystarczy zastanowić się, co to słowo znaczy, a potem, co robi partia PiS.

Tu nie ma żadnych wątpliwości, PiS wierzy, że te 18,8 proc., które na nią zagłosowało spośród uprawnionych do głosowania, to jest większość, która pozwala im na to, żeby łamać konstytucję. Wyraźnie trzeba jednak powiedzieć, że niektóre elementy zachowania PiS – wola polityczna ponad prawem, konstytucja jako świstek papieru – to są elementy wręcz bolszewizmu tamtego. Oczywiście metody się różnią, ale fundamenty aksjologiczne są takie same.

Wracając do wyborów, PiS poniósł klęskę w miastach, ale nie tylko w tych największych. To, że KO wygra w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi czy Krakowie było do przewidzenia, ale skala tego zwycięstwa jest zaskakująca. 70 proc. do 30 proc. czy 60 proc. do  30 proc. to nokaut, a nie porażka. Zastanawiające jest też to, co kilka dni temu pokazał Jarosław Flis w jednej z gazet, kiedy wskazał, gdzie naprawdę będzie rządzić PiS. Spośród 107 miast tylko w 4 mają władzę.

Jeżeli PiS traci takie miasta jak Nowy Sącz, kolebkę wszystkiego, co jest kojarzone z PiS i tą kulturą polityczną, to podpowiedziałbym, że jest o czym myśleć.

Kto jeszcze przegrał? Oczywiście znowu lewica. Chyba pora, by partia Razem zamieniła się formalnie w klub dyskusyjny, bo mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia, ale z jakichś powodów nie idzie im zdobywanie głosów. SLD też nie za dobrze przędzie, w dużej mierze za sprawą swojego lidera, którego przeszłość nie wszystkim pasuje.

A PSL?
Wiemy, że w wyborach 2014 roku, co nie było intencjonalne, PSL dostał nadprogramowo dużo. Wynik ponad 12 proc. w stosunku do poprzednich wyborów parlamentarnych, gdzie dostali nieco ponad 5, to jest dwukrotnie więcej. Czy to dobrze wróży na przyszłość? Wszystko w rękach aktywu PSL, żeby utrzymać ten stan posiadania.

Moim zdaniem PSL nie poniósł porażki i sam jestem ciekawy, jaki wynik dostaną w najbliższych wyborach do PE.

Czy PiS osiągnął wszystko, na co stać partię Kaczyńskiego w tej chwili?
Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową.

Patrząc z kolei na duże miasta, to czy KO osiągnęła maksimum swoich możliwości poparcia, czy ma szanse powalczyć o elektorat PiS-u?
Proszę pani, w kraju, w którym średnio 50 proc. ludzi chodzi do wyborów, to nie możemy mówić o żadnym szczycie, tak samo jak nikt nikomu nie musi odbierać głosów.

Mamy wielki inflacyjny nawis apatii wyborczej – worek połowy społeczeństwa, która do wyborów nie chodzi, dlatego najważniejsze, a i dużo łatwiejsze, jest mobilizowanie zdemobilizowanych, bo wiemy też, że rotacyjnie około ¾ społeczeństwa uczestniczy w wyborach.

Po drugie, naprawdę mamy wiele opracowań, ja także takowymi dysponuję i chętnie je politykom udostępnię, które pokazują, że koalicje służą wszystkim w obecnej ordynacji. Powiedzmy, że mamy partię z poparciem 30 proc., do której dołączają partie z poparciem 6 proc., 8 proc. i 10 proc. Gdyby te partie startowały oddzielnie, to ta 6-proc. dostałaby maksimum 25 mandatów, ta 8-proc. 35 mandatów, a ta 10-proc. 45 mandatów. Gdyby jednak tym partiom ta duża z 30-proc. poparciem zaproponowała koalicję, to razem koalicja uzyskałaby około 45 proc. głosów i ta duża partia dała małym koalicjantom mniej mandatów w wyrazie procentowym, np. pierwszej 5 proc. (zamiast 6), to i tak taka partia miałaby 30 posłów, a nie 25, a partia 10-procentowa w koalicji pomniejszona do 9-procentowanego wkładu miałaby aż o 10 mandatów więcej (45, gdyby startowała oddzielnie i 55 – gdyby była w koalicji). Podsumowując, bo mam wrażenie, że nawet politycy tego nie rozumieją, nawet gdy przy zawieraniu koalicji duża partia zaoferuje procentowo liczbę mandatów niezgodną (bo mniejszą niż procentowe poparcie oddzielnego bytu by na to wskazywało), to i tak oznacza to dla tej mniejszej partii więcej mandatów, niż gdyby wystartowali oddzielnie. Warto to dogłębnie przemyśleć, bo jest o co zawalczyć.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o ośmiornicy.

Błyskawicznie dymisjonując szefa KNF, pisowska ośmiornica sama sobie odgryzła zagrożoną mackę – ale to nie wystarczyło.

„Wystarczy nie kraść. Komuniści i złodzieje. Do władzy nie idzie się dla pieniędzy” – propagandowe slogany PiS-u budzą dziś tylko zażenowanie i prowokują do szyderczego chichotu. Obóz Kaczyńskiego jeszcze próbuje rozpaczliwie się bronić i wykonuje nieskładne, paniczne ruchy, ale gołym okiem widać, że to agonalne drgawki. „Dobra zmiana” poległa. Śmiertelny cios zadał jej dyktafon Leszka Czarneckiego.

Afera KNF sprawiła, że do opinii publicznej z jaskrawością nagłej błyskawicy dotarł rzeczywisty obraz sytuacji w Polsce. Obywatele uświadomili sobie, że rządzący układ zainstalował u władzy sitwę, która zinfiltrowała instytucje demokratycznego państwa. Przewidziane prawem procedury służą dziś interesom szajki udającej partię polityczną. Najważniejsze urzędy obsadzone są przez ludzi układu i nie służą dobru wspólnemu ani interesowi Rzeczypospolitej, lecz rodzinie politycznej ojca chrzestnego.

Czarnecki zdemaskował jedną z macek ośmiornicy, pokazując rzeczywisty stan rzeczy w Komisji Nadzoru Finansowego. Ujawnił, że ta instytucja, mająca stać na straży wiarygodności, czystości i rzetelności w sektorze bankowym, w istocie stała się mafijną maszynką do robienia pieniędzy i szantażowania prywatnych banków.

Uchwycenie przez wrogów choćby jednej macki jest dla ośmiornicy śmiertelnym zagrożeniem – idąc tym tropem, posuwając się jak po nitce do kłębka, mogą dojść do jej głowy. I rzeczywiście. To już się dzieje. W mediach padają nazwiska kolejnych ludzi, na których afera rzuca cień, wymieniane są kolejne instytucje i urzędy: szef imperium SKOK-ów senator Grzegorz Bierecki, prezes NBP Adam Glapiński… Za chwilę pewnie będziemy stawiać pytania o rzeczywistą rolę i o mocodawców tych osób w parlamencie, które jako „inicjatywę poselską” zgłaszają projekty ustawodawcze układu. Które do ustaw dopisują „lub czasopisma”.

Przerażona i zagrożona ośmiornica desperacko próbuje się bronić. Sama sobie odgryza mackę, którą złapali jej prześladowcy. Szef KNF nie zdążył nawet dolecieć do Polski z Singapuru, gdy wyleciał z posady. Zaraz potem Andrzej Duda wywalił go z prezydenckiej rady.

Nie pomogło. Za chwilę trzeba będzie odgryźć sobie kolejne organy. W kuluarach plotkuje się o lustracyjnej teczce mogącej posłużyć do usunięcia prezesa NBP, który – jak sam przyznaje – spotkał się z szefem KNF i Leszkiem Czarneckim… A co z Biereckim, którego fundacja próbowała swego czasu założyć lokatę w banku Czarneckiego? Pewnie też jest do odgryzienia.

Ze strachu drżą również liczni pomagierzy, medialni lokaje, najemni żołnierze medialnych band, udający dziennikarzy i redaktorów. Doskonale wiedzą, że nadciągający zgon ośmiornicy jest i dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Nie przeżyją bez swej dobrodziejki i żywicielki. Dlatego mobilizują i zagrzewają mocodawców: „Trzeba ostrzej, surowiej, mocniej! Dopadnijcie swych prześladowców! Zabijcie ich!”.

Tak jak Jacek Karnowski, szef portalu wPolityce.pl, stanowiącego część imperium Grzegorza Biereckiego. Poucza on decydentów w obozie „dobrej zmiany”: żadnych układów ani negocjacji z wrogami, trzeba ich zniszczyć, „bo to nie jest zabawa. To poważna gra o Polskę, o jej teraźniejszość i przyszłość. Gra o wymiarze międzynarodowym, także kontynentalnym. Tymczasem dla wielu ludzi także z tzw. naszej strony ważniejsze są miny, pozy, środowiskowe konstelacje, tanie kalkulacje. Do tego to przekonanie, że starcia można uniknąć, że da się jakoś obejść to wyzwanie, idąc na skróty albo zbaczając z drogi. Otóż nie da się”. Czyli: wyrwijcie chwasty z korzeniami. Czarnecki do wora, wór do jeziora.

Jeszcze się pocieszają. Jeszcze próbują wlać trochę otuchy w skołatane serca swych ludzi. Zaklinają rzeczywistość, przywołując wyniki sondaży: „PiS zdecydowanym liderem! Na Zjednoczoną Prawicę chce zagłosować 34 proc. osób. Koalicja Obywatelska daleko w tyle”.

Ale tak naprawdę już wiedzą, co ich czeka.

Waldemar Mystkowski pisze o walce ws. wyjaśnienia afery KNF.

Afera KNF zanosi się na sequel „Grupy Trzymającej Władzę” z 2002 roku. Choć otoczenie polityczne jest zupełnie inne, nie ma zgody całej klasy politycznej na sejmową komisję śledczą i kaliber afery jest nieporównywalnie większy. Wówczas to był tylko kieszonkowy pistolecik Smith & Wesson, teraz to armata „Gruba Berta”.

Ponadto warunki dojścia do prawdy o aferze są zdecydowanie gorsze, przeciw wyjaśnieniu stoi państwo PiS, prezydent, premier, parlament i prezes z Nowogrodzkiej, za prawdą opowiadają się prezes Getin Noble Banku Leszek Czarnecki, adwokat Roman Giertych i wolne media.

Kto by się spodziewał, że Giertych będzie trzymał nieznaczone karty przy orderach, wszak w czasie pierwszej IV RP był koalicjantem Jarosława Kaczyńskiego, wówczas Polska była bliska wykolejenia, a dzisiaj strach myśleć, co się stanie, gdyby triumfować miało PiS; partia Kaczyńskiego wypisuje nas z Unii Europejskiej i jest w trakcie upartyjniania kraju dla własnych potrzeb.

A zatem mamy czas Giertycha, który staje przeciw machinie PiS. Prawdopodobnie Leszek Czarnecki poległby przy wcześniejszym podejściu go przez Komisję Nadzoru Finansowego, gdy zażądano od niego 40 milionów okupu w postaci posady dla „krewnego królika”, szantaż „bank za złotówkę” wówczas się nie udał, ale potwierdzeniem prawdy o pisowskich szantażystach jest taka ustawa o przejęciach banków, która właśnie przechodzi przez Sejm i Senat.

Giertych wie, z jakim groźnym przeciwnikiem ma do czynienia – groźnym dla demokracji i w ogóle dla Polski – więc tej pojedynek jeden przeciw państwu PiS stara się rozegrać na możliwie najkorzystniejszych warunkach. Okazuje się, że nie tylko jedna taśma pokonała szumidła zainstalowane w siedzibie KNF, ale też jest zapis wideo. I to on będzie wizualnym, materialnym potwierdzeniem, jakie zgniłe państwo szykuje nam PiS.

W poniedziałek Giertych w prokuraturze ma złożyć kolejne nagranie – tym razem zapis wideo – które rejestruje rozmowę właściciela Getin Noble Banku Czarneckiego nie tylko z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim, ale też innymi przedstawicielami tej instytucji.

Zatem możemy ocenić, iż to zorganizowana grupa trzymająca władzę. A Giertych – cóż – to dzisiaj sprawiedliwy, który staje naprzeciw tej paryjniackiej zgrai. Mierzy w niego państwo zarządzane przez PiS.

>>>

PiS prywatyzuje Polskę

17 List

Afera? Jaka afera???

Przecież – jak to ujął jeden z najbardziej prominentnych fachowców od finansowania partii władzy, w rozmowie z mediami – Leszek Czarnecki jest w tej sprawie absolutnie niewiarygodny!

Ale dlaczego? – zdziwiła się dziennikarka (swoją drogą, strasznie ograniczona jest ta gromada polskojęzycznych pismaków). Przecież ten pan nie jest o nic oskarżony, nie ciążą na nim żadne zarzuty?

Bo jest Leszkiem Czarneckim – skwitował krótko pan senator. A co do zarzutów, to poczekajmy…

Słusznie radził. Pewnie nie trzeba będzie długo czekać. Już za chwilę okaże się, że taśmy są sfabrykowane, a cała „afera” została wykreowana przez bankiera i jego mecenasa. A to w odpowiedzi na zdecydowane działania rządu, który broni pieniędzy zwykłych ludzi przed chciwymi banksterami. Bo wiadomo, że nasze oszczędności nie będą bezpieczne, dopóki nie zostaną zdeponowane w PKO, natomiast podejrzane prywatne banki nie będą znacjonalizowane „za złotówkę”. A podejrzane są wszystkie. No, może z jednym wyjątkiem.

Jedyna prywatna instytucja finansowa, jaką państwo PiS skłonne jest tolerować w sektorze bankowym, to będą kasy SKOK – „maszynki” do pomnażanie pieniędzy, autorstwa senatora Biereckiego z PiS-u. Tego samego, co kazał wszystkim poczekać na zarzuty dla właściciela Getin Banku.

No, ale on – w przeciwieństwie do Leszka Czarneckiego – jest (dla władzy) jak najbardziej wiarygodny. I będzie przynajmniej tak długo, jak nad wiarygodnością w polskim biznesie będzie czuwać prokuratura ministra Ziobry, organy kontrolne podległe panu premierowi Morawieckiemu oraz służby ministra Kamińskiego. Zwłaszcza, że senator żadnych 40 milionów od nikogo nie potrzebuje, bo ma co najmniej dwa razy tyle zdeponowane na koncie prywatnej fundacji w Luksemburgu. Te same, co to ich podobno nie chciał przyjąć do depozytu biznesmen Czarnecki, pod pretekstem, że może chodzić o środki z nielegalnego źródła i proceder „prania pieniędzy”. No, naprawdę… żeby w ogóle można tak było pomyśleć o nieskazitelnej reputacji twórcy SKOK-ów…

W tej sytuacji zarzuty dla „tego pana” to chyba – rzeczywiście – wyłącznie kwestia niedługiego czasu…

Tym bardziej, że wyraźnie przyparty do muru Leszek Czarnecki – w przeciwieństwie do innych prywatnych bankierów postawionych przed podobną propozycją nie do odrzucenia – ośmielił się narobić kłopotów aktualnej władzy. Więc poszedł do MediaMarkt u i kupił magnetofon.

Tak więc – afery nie ma w ogóle żadnej, a szef Getin Banku to – generalnie – „szemrana” (bo odporna na „szumidła”) figura.

Jak zresztą każdy kto – by zacytować Prezesa Wszystkich prezesów – ma pieniądze. Bo „skądś” je przecież ma, co już to samo w sobie jest głęboko podejrzane. No, chyba że taki milioner akurat należy do PiS-u. Wtedy, to władza wie, skąd on ma kasę. Zwłaszcza, że niektórych swoich ludzi sama – jak ujawniają „taśmy Czarneckiego” – wysyła po nią do cudzego banku.

Chyba nie można tego było prościej wytłumaczyć, toteż w tej chwili to nawet najmniej „kumata” blond-dziennikarka z TVN-u już rozumie. Nagrania są nieważne. Nieistotne są oczywiste próby spowalniania śledztwa przez prokuraturę, CBA i kogo tam jeszcze nie udało się już dłużej nie powiadamiać o sprawie. Nic nie znaczy zawrotne tempo prac nad „poprawką bankową”, a też procedowanie jej przez marszałka Terleckiego przez telefon. Natomiast powiązania tych wszystkich wątków oraz wielce prawdopodobne układy personalne na szczytach „grupy trzymającej banki” i związki tejże grupy z aktualną formacją rządzącą to:

– niefortunny zbieg okoliczności,
– absolutny przypadek,
– wredna prowokacja posła Brejzy,
– perfidny spisek Sorosa
– oczywista wina Tuska
(niepotrzebne skreślić)

W tej sytuacji nie jest potrzebna komisja sejmowa ani w ogóle żadna, bo kto jest winien rozpętaniu tej rzekomej afery, łatwo się domyślić. Oczywiste, że są to wrogie siły, które usiłują zaszkodzić Polsce, godząc w jej z kolan wstawanie, spektakularne sukcesy gospodarcze, wiodącą rolę na świecie oraz właśnie odzyskiwaną suwerenność, czyli w rządy PiS-u. Natomiast ten biznesmen Czarnecki to – jak już wszystkim po wypowiedzi senatora Biereckiego wiadomo – podejrzana figura.

Wystarczy więc tylko poczekać na zarzuty. Wszak śledztwem kieruje osobiście pan prokurator generalny i już zapowiedział skrupulatną kontrolę… w Getin Banku (oraz innych firmach Leszka Czarneckiego). A że w tym akurat jest wyjątkowo wiarygodny nie tylko dla partii władzy, to wiadomo – już on coś znajdzie. A i bank niedyskretnemu biznesmenowi też sprywatyzują, na bank. Na początek, już mu zabrali magnetofon.

>>>