Tag Archives: Leszek Balcerowicz

Stan wojenny dla sędziów, niedługo dla pozostałych

13 Gru

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Czy Kaczyński weźmie ze sobą Polskę do grobu?

3 Gru

UJAWNIAMY powiązania członków nowej KRS z ministrem sprawiedliwości Ziobrą. Na 15 członków aż 10 zgłosiły osoby powiązane z ministerstwem, 9 dostało od Ziobry funkcję wice/prezesa sądu, 9 działało w komisjach i zespołach ministerstwa, a 4 było tam zatrudnionych. To poważne zarzuty w myśl wyroku TSUE z 19 listopada. I mocne argumenty dla Sądu Najwyższego

Na czwartek 5 grudnia zaplanowano posiedzenie Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN, podczas którego zapaść ma tzw. orzeczenie wykonujące wyrok TSUE z 19 listopada 2019, który dotyczy m.in. statusu neo-KRS.

Przez ponad 18 miesięcy funkcjonowania, nowa KRS po wielokroć udowodniła, że nie jest organem niezależnym od władzy politycznej. Niejasności dotyczące wyboru jej członków, tajne listy poparcia, nieujawnione do dziś mimo wyroku NSA i żądań sądów, przesłuchania kandydatów trwające ledwie kilkanaście minut czy próba legalizacji własnego statusu przy pomocy TK Julii Przyłębskiej – to tylko kilka jaskrawych przykładów działania ramię w ramię z władzą.

Jednym z kluczowych wątków, jakie rozważać będzie Sąd Najwyższy wykonując wyrok TSUE są powiązania członków nowej KRS z ministrem Zbigniewem Ziobrą i jego ministerstwem sprawiedliwości (patrz dalej – analiza wyroku TSUE).

Przedstawiamy poniżej wszystkie dostępne obecnie informacje o tych powiązaniach. Korzystamy z trzech źródeł:

  • stron internetowych sądów. Z nich wiadomo, kto jest prezesem lub wiceprezesem sądu z nadania Zbigniewa Ziobry i czy uzyskał delegację z sądu niższej instancji;
  • informacji udostępnianych przez samą KRS – część jej członków, ubiegając się o awans, miała obowiązek przedstawić swój życiorys i wykaz zajmowanych stanowisk;
  • Dziennika Urzędowego Ministra Sprawiedliwości, gdzie są dane o udziale sędziów z nowej KRS w ministerialnych zespołach i komisjach.

Lista jest rozwinięciem wcześniejszej publikacji Patryka Wachowca, a także analizy 18 kandydatów do KRS przygotowanej przez Iustitię. Zawiera nowe ustalenia i jest najpełniejszą informacją o powiązaniach neo-KRS z władzą wykonawczą.

Patryk Wachowiec jest analitykiem prawnym Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), a także współpracownikiem naszego Archiwum Osiatyńskiego.

Na czym polegają powiązania członków neo-KRS z ministerstwem Ziobry

Analizujemy powiązania każdego z 15 sędziów neo-KRS z ministerstwem Ziobry. W grę wchodzi:

  • zgłoszenie sędziego do neo-KRS przez osobę powiązaną z ministrem/ministerstwem sprawiedliwości. Kandydata do nowej KRS reprezentował pełnomocnik, który zbierał podpisy poparcia i składał komplet dokumentów w Kancelarii Sejmu; aż 10 z członków rady zgłosiły osoby powiązane z ministrem: inni prezesi z nadania Zbigniewa Ziobry lub politycy z kierownictwa resortu;
  • zgłaszający powiązany rodzinnie lub towarzysko – wśród zgłaszających kandydatów na członków KRS znalazły się minimum trzy osoby powiązane z nimi rodzinnie lub towarzysko, które same są beneficjentami zmian w sądownictwie – bracia, rodzice lub partnerzy życiowi, którzy zawdzięczają ministrowi Ziobrze stanowiska prezesów sądów czy też delegacje do resortu sprawiedliwości;
  • delegacja do ministerstwa – czworo z członków nowej KRS, chwilę przed objęciem stanowiska, pracowało w resorcie sprawiedliwości, wykonując czynności urzędnicze jako podwładni ministra;
  • delegacja do innego sądu – minister sprawiedliwości delegował pięcioro sędziów do pracy w innym sądzie (głównie wyższej instancji – w sądach okręgowych lub apelacyjnych;
  • (wice)prezes sądu – minister Ziobro dał aż dziewięciorgu członkom neo-KRS kierownictwo sądów, wcześniej zwolnione w ramach „czystki”. Wielu prezesów i wiceprezesów sądów Ziobro odwoływał faksem przy braku merytorycznych podstaw;
  • członkostwo w komisji egzaminacyjnej – minister sprawiedliwości powoływał siedmioro członków nowej KRS do zespołów prowadzących egzaminy na radców, adwokatów czy prokuratorów;
  • członkostwo w zespole problemowym w ministerstwie sprawiedliwości, np. w zespole ds. postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów i asesorów czy zespole przygotowującym system mierzący obciążenie prac sędziów. Łącznie czworo członków KRS pełni/ło taką funkcję;
  • rekomendacja przez KRS – mimo ewidentnego konfliktu interesów, dwoje sędziów nowej KRS starała się również o awans do sądu wyższej instancji;
  • domniemany udział w „aferze hejterskiej”, w której centralną rolę odgrywał wiceminister Piebiak. Według mediów zamieszanych być mogło trzech członków neo-KRS.

Sędzia po sędzi, prześwietlamy

1. Leszek Mazur – sędzia Sądu Okręgowego (SO) w Częstochowie, przewodniczący KRS

Zgłosił go brat – Witold Mazur, prezes Sądu Apelacyjnego w Katowicach, powołany przez ministra Ziobrę.

2. Dariusz Drajewicz – sędzia Sądu Rejonowego (SR) dla Warszawy-Mokotowa, wiceprzewodniczący KRS

  • Zgłoszony przez Łukasza Kluskę, prezesa SR w Pruszkowie, powołanego przez ministra Ziobrę, delegowanego do SO w Warszawie i rekomendowanego przez KRS na stanowisko sędziego SO w Warszawie;
  • Sam Drajewicz z kolei zgłosił innego członka KRS, Macieja Miterę.
  • Wiceprezes SO w Warszawie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości w komisjach do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego w latach 2016-2019.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministra sprawiedliwości do spraw aplikacji radcowskiej 2017-2019.
  • Członek komisji egzaminacyjnej przy ministrze sprawiedliwości do spraw odwołań od wyniku egzaminu radcowskiego 2018.
  • Wymieniany przez media jako uczestnik tzw. „afery hejterskiej”.

3. Jarosław Dudzicz – sędzia SR w Słubicach

  • Zgłoszony przez Annę Kuśnierz-Milczarek, prezesa SR w Gorzowie Wielkopolskim, powołaną przez ministra Ziobrę.
  • Prezes SO w Gorzowie Wielkopolskim, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Gorzowie Wielkopolskim.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości w komisji egzaminacyjnej do przeprowadzenia egzaminu adwokackiego 2020.
  • Były członek zespołu do spraw czynności ministra sprawiedliwości podejmowanych w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i asesorów sądowych.
  • Wymieniany przez media jako uczestnik tzw. „afery hejterskiej”.

4. Grzegorz Furmankiewicz – sędzia SO w Krośnie

  • Zgłoszony przez Marcina Romanowskiego, podsekretarza stanu w ministerstwie sprawiedliwości, kandydata PiS w wyborach do Sejmu w 2019 roku.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministerstwa sprawiedliwości do spraw aplikacji adwokackiej 2019.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Krośnie.
  • Wiceprezes SO w Krośnie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Rekomendowany przez KRS na stanowisko sędziego SO w Krośnie.

5. Marek Jaskulski – sędzia SR Poznań-Stare Miasto w Poznaniu

[brak informacji o powiązaniach]

6. Joanna Kołodziej-Michałowicz – sędzia SR w Słupsku

  • Zgłoszona przez męża, Andrzeja Michałowicza, prezesa SO w Słupsku, powołanego przez min. Ziobro.
  • Rekomendowana przez KRS na stanowisko sędziego SO w Słupsku.

7. Jędrzej Kondek – sędzia SR dla m.st. Warszawy

  • Zgłoszony przez Marcina Romanowskiego, podsekretarza stanu w ministerstwie sprawiedliwości, kandydata PiS w wyborach do Sejmu w 2019 roku.
  • Były członek zespołu do spraw ochrony praw pracowniczych  ministerstwie sprawiedliwości.

8. Teresa Kurcyusz-Furmanik – sędzia WSA w Gliwicach

[brak informacji o powiązaniach]

9. Ewa Łąpińska – sędzia SR w Jaworznie

[brak informacji o powiązaniach]

10. Zbigniew Łupina – sędzia SR w Biłgoraju

  • Prezes SR w Biłgoraju, powołany przez ministra Ziobrę.

11. Maciej Mitera – sędzia SR dla Warszawy-Śródmieścia

  • Zgłoszony przez sędziego Dariusza Drajewicza, członka KRS.
  • Prezes SR dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości w komisji egzaminacyjnej do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego 2018.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministerstwa sprawiedliwości do spraw aplikacji radcowskiej 2018.
  • Były sędzia delegowany do ministerstwa sprawiedliwości.
  • Były członek zespołów do opracowania systemu mierzenia obciążenia pracą sędziów (ważenia spraw) i do spraw zapobiegania przestępstwom wynikającym z nienawiści religijnej i rasowej w ministerstwie sprawiedliwości.

12. Maciej Nawacki – sędzia SR w Olsztynie

  • Zgłoszony przez sędziego Michała Lasotę, obecnie zastępcę rzecznika dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych, prezesa SR w Nowym Mieście Lubawskim powołanego przez ministra Ziobrę.
  • Prezes SR w Olsztynie, powołany przez ministra Ziobrę
  • Przedstawiciel ministerstwa sprawiedliwości w komisji egzaminacyjnej do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego 2018.
  • Wymieniany przez media jako uczestnik tzw. „afery hejterskiej”.

13. Dagmara Pawełczyk-Woicka – sędzia SR dla Krakowa-Podgórza

  • Zgłoszona przez sędziego Dariusza Pawłyszcze, rekomendowanego przez KRS na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego, delegowanego do pełnienia czynności w ministerstwie sprawiedliwości.
  • Powiązania towarzyskie z sędzią Dariuszem Pawłyszcze.
  • Prezes SO w Krakowie, powołana przez ministra Ziobrę.
  • Delegowana przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Krakowie.
  • Członkini Rady Programowej Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, wskazana przez ministra Ziobrę.
  • Były członek zespołów do opracowania systemu mierzenia obciążenia pracą sędziów (ważenia spraw) i do opracowania rozwiązania informatycznego wspomagającego realizację przydziału spraw w sądach powszechnych, oba – w ministerstwie sprawiedliwości.

14. Rafał Puchalski – sędzia SO w Rzeszowie

  • Zgłoszony przez sędziego Michała Bukiewicza, rekomendowanego przez KRS na stanowisko sędziego SO Warszawa-Praga w Warszawie, prezesa SR dla Warszawy Pragi-Południe w Warszawie powołanego przez ministra Ziobrę.
  • Prezes SO w Rzeszowie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Członek komisji egzaminacyjnej ministerstwa sprawiedliwości do spraw aplikacji radcowskiej 2017-2019.
  • Były sędzia delegowany do ministerstwa sprawiedliwości.
  • Przedstawiciel ministra sprawiedliwości do przeprowadzenia egzaminu radcowskiego.

15. Paweł Styrna – sędzia SR w Wieliczce

  • Wiceprezes SO w Krakowie, powołany przez ministra Ziobrę.
  • Delegowany przez ministra Ziobrę do pełnienia obowiązków sędziego w SO w Krakowie.
  • Były sędzia delegowany do ministerstwa sprawiedliwości.
  • Członek komisji konkursowej ministerstwa sprawiedliwości do przeprowadzenia egzaminu na aplikację sędziowską i aplikację prokuratorską 2019.
  • Członek zespołu nadzorującego przebieg testu w konkursie na aplikację sędziowską i aplikację prokuratorską 2018-2019.

Wyrok TSUE, kryteria do oceny neo-KRS

wyroku z 19 listopada 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) przypomniał, że gwarancje niezawisłości i bezstronności sądu wymagają m.in., by

zasady powoływania jego członków „pozwalały wykluczyć wszelką uzasadnioną wątpliwość co do niezależności tego organu od czynników zewnętrznych oraz co do jego neutralności względem ścierających się interesów” (punkt 123)

Te zasady mają na celu ochronę przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz. Powinny zapewniać, że „wykluczony jest nie tylko bezpośredni wpływ w postaci zaleceń, ale również bardziej pośrednie formy oddziaływania, które mogą zaważyć na decyzjach sędziów” (punkt 125).

Podobne zasady oceny niezawisłości sądu znajdują oparcie w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (punkt 127).

Wśród obowiązków nałożonych na sąd odsyłający, czyli Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego, TSUE wskazał m.in. na konieczność upewnienia się, że „materialne warunki oraz zasady proceduralne odnoszące się do decyzji o powołaniu [sędziów] są sformułowane w taki sposób, że nie dają powodów do uzasadnionych wątpliwości co do niezależności sędziów od czynników zewnętrznych oraz ich neutralności […] po tym, jak zostaną oni powołani” (punkt 134).

O ile, zdaniem TSUE, sam fakt uczestnictwa Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) w procesie powoływania sędziów przyczynić się może do obiektywizacji tej procedury, to może być tak

jedynie wtedy, gdy sama KRS będzie „wystarczająco niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz od organu, któremu ma przedłożyć taki wniosek o powołanie” – czyli prezydenta RP (punkty 137-138).

W ocenie TSUE warunek niezależności i bezstronności konkretnego sądu może bowiem zależeć od stopnia niezależności KRS od władzy politycznej (punkt 139). W konsekwencji sąd odsyłający ma obowiązek ocenić wszystkie okoliczności faktyczne i prawne dotyczące okoliczności wyboru członków KRS i sposobu, w jaki organ ten konkretnie wypełnia swoją rolę (punkt 140).

Powyższa ocena powinna uwzględniać wszystkie wątpliwości wyrażone przez Sąd Najwyższy, gdyż – jak stwierdził TSUE – jedynie „ich zbieg, w połączeniu z okolicznościami, w jakich wyborów tych dokonano, może prowadzić do powzięcia wątpliwości co do niezależności [KRS], nawet jeżeli taki wniosek nie nasuwałby się, gdyby czynniki te były rozpatrywane oddzielnie” (punkt 142).

W konsekwencji, TSUE – posiłkując się wskazaniami SN – wskazał kilka czynników, które należy wziąć pod uwagę w procesie oceny niezależności KRS (punkty 143-5). Podkreślenia wymaga jednak fakt, że z uwagi na obowiązek uwzględniania „wszystkich okoliczności” nie jest to katalog zamknięty.

W tym kontekście istotne dla stwierdzenia stopnia niezależności KRS od władzy wykonawczej wydaje się przedstawienie powiązań członków-sędziów tego organu, wybranych przez Sejm w 2018 roku, z ministrem sprawiedliwości. Na potrzeby tej oceny należy wziąć pod uwagę tak okoliczności ujawnione w momencie wyboru i objęcia tych stanowisk, jak i w toku prac KRS w nowym składzie. W tym celu warto aktualizować istniejące w obiegu publicznym informacje o powiązaniach członków KRS z szefem resortu sprawiedliwości.

Do czego doszliśmy, że podanie ręki drugiej osobie staje się rzeczą wyjątkową? Najbliższe lata nie tylko w Polsce, będą należały do kobiet. Kobiety zaczynają walczyć o lepszy świat. My to mamy w sobie. Bierzemy odpowiedzialność za dzieci, za rodzinę, za słabszych i coraz bardziej za zmiany. Jeżdżę po Polsce i wiem, że ludzie chcą zmiany. Duda daje im teatr

„Sprawy zdrowia i klimatu, tak bardzo ze sobą połączone, są jednymi z najważniejszych dla poczucia bezpieczeństwa wszystkich Polek i Polaków. Oglądałam niedawno film dokumentalny, w którym młodzi ludzie opowiadają o tym, czego się boją. Oni zdają sobie sprawę z tych zagrożeń, a my, starsze pokolenie, nie mamy takiej wyobraźni” – mówi OKO.press Małgorzata Kidawa-Błońska, konkurentka Jacka Jaśkowiaka w prawyborach prezydenckich w PO.

Mówi też o tym, czy podałaby rękę Jackowi Międlarowi, czy podpisałaby ustawę aborcyjną zezwalającą na przerwanie ciąży do 12. tygodnia i co ma do powiedzenia mieszkańcom Białostocczyzny.

Z Jackiem Jaśkowiakiem Potrafię się bić, jestem autentyczny. Wykorzystam sztuczność i śmieszność Dudy”.

To między Jaśkowiakiem a Kidawą-Błońską będą wybierać kandydata/kandydatkę na prezydenta członkowie Koalicji Obywatelskiej w styczniowych prawyborach.

Teksty OKO.press o Małgorzacie Kidawie-Błońskiej przeczytasz tu.


Kidawa-Błońska: Chciałam być premierem, chce być prezydentem

Agata Szczęśniak, OKO.press: Wygra pani z Andrzejem Dudą?

Małgorzata Kidawa-Błońska: Wygram. Wierzę w siebie. Jak dotychczas wygrywam wybory, w których startuję. Wszyscy mówią, że pan prezydent Duda jeździ po Polsce…

Wszystkie powiaty objechał.

Ja również objechałam Polskę wzdłuż i wszerz przez ostatnie cztery lata. Jeździłam też wcześniej jako rzecznik rządu i Marszałek Sejmu. Byłam na spotkaniach z mieszkańcami miast, ale też mniejszych miejscowości, wielokrotnie na trudnych dla mojej formacji terenach, czyli Lubelszczyźnie i Podkarpaciu.

Widzę, że wszędzie Polacy chcą zmiany. Chcą innej polityki, chcą być przez rządzących szanowani i dumni z prezydenta, z tego co sobą reprezentuje i jak reprezentuje Polskę na świecie. Chcą prezydenta, dla którego każda obywatelka i każdy obywatel będą jednakowo ważni. Widzimy obrazki ze spotkań prezydenta Dudy z Polakami, ale staram się tam doszukać rozmowy, odpowiadania na pytania i, niestety, nie znajduję. To wszystko teatr.

OKO.press nagrało spotkania Andrzeja Dudy w Jarocinie. Ludzie są zachwyceni, młodzież i dzieci garną się do niego. Duda przytula niemowlęta.

Robią zdjęcia, chcą zobaczyć z bliska znaną osobę, ale chcą też przedstawić swoje problemy szukać rozwiązań. A tego nie ma. Prezydent boi się trudnych pytań, a gdy takie otrzymuje, szczególnie o sądownictwo, reaguje nerwowo i odpowiada wręcz krzykiem. Dziś w Polsce głowa państwa nie wypełnia przypisanych mu zadań. Nie wykorzystał szansy współpracy z opozycją w najistotniejszych dla naszego państwa sprawach. Przez pięć lat odbyła się tylko jedna Rada Bezpieczeństwa Narodowego, a to jest podstawowy – konstytucyjny – organ doradczy w zakresie bezpieczeństwa państwa. Przez całą kadencję jedno spotkanie!

Kto komu podaje rękę

Ostatnio zszedł z trybuny sejmowej i podawał rękę opozycji.

Proszę zobaczyć, do czego doszliśmy, że podanie ręki drugiej osobie staje się rzeczą wyjątkową? Czy nie powinno to być standardem? Prezydent nie robił tego do tej pory, stąd pytanie o szczerość tego gestu. Prezydent powinien wychodzić ponad podziały nie tylko w czasie kampanii wyborczej. Ale w końcu sam powiedział, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków.

Pani podaje rękę wszystkim?

Każdej osobie podaję rękę.

Jarosławowi Kaczyńskiemu?

Tak i choć diametralnie się różnimy, to jest posłem polskiego Sejmu, dostał głosy warszawiaków.

Januszowi Korwin-Mikkemu?

Gest podania ręki to sygnał, że możemy porozmawiać. A rozmawiać zawsze warto.

Jackowi Międlarowi?

Może nie będzie takiej okazji.

Jaśkowiak bokserem, ja zagrałabym w coś zespołowego

Zanim przyjdzie czas na Dudę musi Pani wygrać z Jackiem Jaśkowiakiem.

Trwają prawybory, jestem codziennie w podróży. Spotykam się z koleżankami i kolegami z Platformy Obywatelskiej, rozmawiamy o planach na kampanię, prezydenturę i o tym, co chcielibyśmy, by zmieniło się w Polsce. Mam ogromne wsparcie z ich strony. My bardzo chcemy wygrać wybory prezydenckie, dlatego trzeba wybrać osobę, która ma największe szanse pokonać Andrzeja Dudę.

Jacek Jaśkowiak podkreślał w OKO.press, że jest bokserem…

Wiemy o tym nie od dziś. Rzeczywiście, bokser potrafi się bić, wie jak użyć siły do pokonania przeciwnika. Ale to sport indywidualny, a formy walki i dochodzenia do zwycięstwa są różne. Siłowe rozwiązania bywają na ogół nieskuteczne.

Szachy? Ping-pong? Skoki narciarskie?

Lubię gry zespołowe, bo w zespole można na sobie polegać, wspierać się i budować zaufanie. W dobrze zorganizowanym zespole jest lider, który bierze na siebie odpowiedzialność, ale ważni są wszyscy zawodnicy, a każdy ma do spełnienia ważną rolę. W zespole wola walki jest ogromna, każdego z osobna i wszystkich razem.

Jacek Jaśkowiak powiedział nam też, że Polacy są zmęczeni politykami, którzy są w polityce od 20, 25 lat. Takimi jak Pani.

A od ilu lat Jacek Jaśkowiak jest w polityce?

Od 2010 roku? Do PO wstąpił w 2013.

Jacek Jaśkowiak nie jest debiutantem w polityce. Nigdy nie aspirował jednak do polityki krajowej.

Uważam, że zarówno nowe spojrzenie, jak i doświadczenie są jednakowo ważne i się uzupełniają. Dlatego to zawsze korzyść dla wszystkich, gdy do Sejmu dostają się młodzi posłowie, z nową energią i pomysłami, ale by pracować skutecznie muszą wspierać się doświadczeniem tych parlamentarzystów z dłuższym stażem. I tu znów wracamy do tematu gry zespołowej. Musimy umieć ze sobą rozmawiać i współpracować, by w warunkach różnorodności poglądów wypracowywać rozwiązania.

Z jednym się zgodzę, że Polacy są zmęczeni politykami, którzy zajmują się głównie sobą i walką polityczną, a nie tym, czym powinni, czyli tworzeniem dobrego prawa.

Jaśkowiak powiedział też, że ważne jest, żeby mieć doświadczenie poza warszawską polityką. Sam był biznesmenem, jest samorządowcem.

Ja zdecydowałam się na wejście do polityki dla wspierania i rozwoju kultury, miałam pomysły jak to zrobić, potrzebowałam jedynie skutecznego narzędzia. Warto jednak mieć gdzie wrócić. Jest też życie poza polityką.

Wróciłabym do robienia filmów

Pani jest i była: marszałkiem, wicemarszałkiem, rzeczniczką rządu, posłanką… 

Także Radną Warszawy.

Miałaby Pani, gdzie wrócić?

Z pewnością mogłabym wrócić do pracy w filmie. Zawsze to lubiłam i wciąż, dzięki mężowi i synowi, mam bliski kontakt z produkcją filmową. Przyznam, że to czasem trudniejsze niż polityka.

Jaśkowiak ma poparcie w Platformie?

Myślę, że to będzie ciekawe doświadczenie zarówno dla mnie, jak i dla niego, choć

mam tę przewagę, że ja już się dobrze znam ze strukturami w całym kraju. Nie muszę się im przedstawiać, a mogę skupić na mówieniu o tym, co chciałabym zrobić.

Decydująca będzie jednak siła przekonywania kandydatów. W demokratycznej partii ludzie wybierają świadomie, nie pod presją. Jestem przekonana, że moje pomysły na kampanię i prezydenturę spodobają się koleżankom i kolegom.

To proszę powiedzieć: dlaczego powinni wybrać Panią, a nie Jaśkowiaka?

Zadaniem dla nowego prezydenta będzie zatrzymanie wojny polsko-polskiej.

W pojedynkę tego nie zrobi. Jesteśmy w takim momencie, że dla odbudowy polskiej wspólnoty, naprawy wielu ważnych dla naszego życia obszarów, potrzebna jest umiejętność gry zespołowej. Wiem, że to trudne zadanie, ale nie boję się go podjąć.

Na naszych oczach świat, do którego byliśmy przyzwyczajeni, coraz szybciej się zmienia. To, co kiedyś widzieliśmy tylko w filmach, zaczyna być rzeczywistością. Tracimy poczucie  bezpieczeństwa w szerokim znaczeniu tego słowa. Brakuje poczucia, że nasze zdrowie i życie jest chronione, bo stan systemu ochrony zdrowia jest dramatyczny i wciąż się pogarsza. Młodzi strajkują na ulicach miast na całym świecie, bo politycy mówią o konieczności ochrony środowiska i klimatu, ale nie podejmują zdecydowanych działań. A tu chodzi o przyszłość przyszłych pokoleń. I czy dziś w Polsce jesteśmy odpowiednio przygotowani na ataki cybernetyczne? Co z bezpieczeństwem w sieci?

Młodzi mają prawo być inni

To są największe zagrożenia stojące przed Polską?

Wyzwań jest więcej. Ale są sprawy pilne, które wymagają zdecydowanych działań tu i teraz. Jeszcze niedawno w Brukseli, podczas mojego spotkania z ówczesną przewodniczącą-elekt Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, rozmawiałyśmy także o smogu w Polsce. Jakież było jej zdziwienie, że mamy w Polsce ten problem, a w Europie Zachodniej już sobie z nim poradzono.

Dlatego uważam, że sprawy zdrowia i klimatu, tak bardzo ze sobą połączone, są jednymi z najważniejszych dla poczucia bezpieczeństwa wszystkich Polek i Polaków. Oglądałam niedawno film dokumentalny, w którym młodzi ludzie opowiadają o tym, czego się boją. Oni zdają sobie sprawę z tych zagrożeń, a my, starsze pokolenie, nie mamy takiej wyobraźni.

Młodzi chcą przyjaznych miast, które nie izolują, nie zamykają w odgrodzonych przestrzeniach, ale zachęcają do aktywności i kontaktu z innymi ludźmi. Betonowe place bez zieleni i przestrzeni wspólnej to nie jest ten kierunek. Młodzi chcą mieć poczucie, że nie pieniądze są najważniejsze, ale harmonia. Chcą pracować, realizować się, działać w dobrej współpracy, a nie w walce i rywalizacji. Chcą żyć swoim życiem. Bez nacisku, presji, że coś muszą, że mają żyć w taki, a nie inny sposób. Ten dokument zrobił na mnie duże wrażenie. Głos pokolenia, który do nas wciąż zbyt słabo dociera.

I jak Pani odpowie na te oczekiwania jako prezydentka?

W moim przekonaniu rolą i wręcz obowiązkiem osoby pełniącej urząd prezydenta jest tworzenie warunków do dialogu i inicjowanie akcji edukacyjnych, które pozwolą oddać głos tym, którzy dziś nie mogą się z nim przebić.

Czyli zapraszać do kancelarii.

Młodzi powinni być stałymi gośćmi w Kancelarii Prezydenta. A przecież prezydent ma też konkretne prerogatywy, między innymi przygotowywanie projektów ustaw i kierowanie ich do Sejmu.

To jakie inicjatywy ustawodawcze podejmie Pani w dziedzinie ekologii, cyberterroryzmu czy innych spraw nękających młodych ludzi?

Często mówi się, że politycy nie słuchają głosu młodego pokolenia. Uważam, że trzeba to koniecznie zmienić jeśli mamy przygotowywać rozwiązania, które wpłyną na przyszłe pokolenia. O projektach ustaw z pewnością jeszcze porozmawiamy.

Andrzej Duda zdobył w 2015 roku ponad 60 proc. głosów młodych ludzi. Dlaczego?

Był z pewnością bardziej energiczny w kampanii. W jasny sposób przedstawiał plany i zamierzenia, które chciał realizować.

Pani umie mówić takim językiem? Jasno przedstawi Pani młodym swoją wizję?

Tak. I będę rozmawiać ze wszystkimi środowiskami. Ale wiem, że

młodzi są ważni i nie możemy od nich wymagać, żeby byli tacy, jak my. Chęć układania młodym życia ich odstraszy, bo odbiorą to jako ograniczanie swobody. Mają prawo żyć po swojemu.

Najbliższe lata będą należały do kobiet

Są inni, zwłaszcza młode kobiety są inne. Częściej popierają związki partnerskie, rzadziej ulegają antysemickim kliszom, bardziej zdecydowanie opowiadają się za edukacją seksualną. Boją się kryzysu klimatycznego i katastrofy w ochronie zdrowia, a nie „ideologii gender” i osób LGBT. 

To prawda, wzrasta świadomość młodych ludzi dotycząca tego, co jest dziś dla nich zagrożeniem, a co tylko straszeniem. Zwłaszcza kobiety w Polsce poczuły swoją siłę, także dlatego, że wobec prób ograniczania naszych praw pokazujemy solidarność i wolę walki. To przed czarnymi protestami ugiął się prezes Kaczyński i PiS. Działania tej partii doprowadziły do tego, że zjednoczyły się kobiety o różnych poglądach, razem stanęły w obronie swoich praw i wolności, spraw, które nas dotyczą.

Dużo zmieniło się dzięki temu, że kobiety zaczęły się wspierać. Od lat robi to Kongres Kobiet, także przez organizowanie letnich akademii, powstają organizacje kobiece, także w mniejszych miejscowościach, gdzie kobiety stają się liderkami społecznymi.

Najbliższe lata nie tylko w Polsce, ale i na świecie będą należały do kobiet.

We wszystkich prawie krajach kobiety zaczynają walczyć o lepszy świat. My to mamy w sobie. Bierzemy odpowiedzialność za dzieci, za rodzinę, za słabszych, a teraz, coraz bardziej za zmiany zachodzące w kraju i na świecie.

Młode kobiety są w większości za tym, by to kobieta decydowała o przerwaniu niechcianej ciąży, 80 proc. elektoratu PO jest za liberalizacją ustawy. Pani w kwestionariuszu „Mam prawo wiedzieć” znaczyła odpowiedź „nie mam zdania”.

To jest trudny kwestionariusz, bo na wiele pytań trudno odpowiedzieć jednym słowem…

Aborcja na biurku prezydentki Kidawy

Można: „tak” albo „nie”. Czy jest Pani za tym, żeby do 12. tygodnia ciąży kobieta mogła ją przerwać?

Każda decyzja o przerwaniu ciąży, to zawsze dramat.

Nie, nie zawsze. Dla wielu kobiet jest to trudna decyzja, ale opowieści, że wszystkie tego żałują to bzdura.

Zgadzamy się, że to zawsze jest bardzo trudna decyzja. Gdyby obecnie obowiązująca ustawa była wykonywana, dyskusja na ten temat byłaby w innym miejscu. Wciąż nie ma w Polsce edukacji seksualnej, wycofano antykoncepcję awaryjną bez recepty. Lekarze zasłaniają się klauzulą sumienia, mają do tego prawo, ale szpital musi wskazać miejsce, gdzie kobieta może znaleźć pomoc. A często tak się nie dzieje.

To, że lekarze mają prawo do klauzuli sumienia, to dobrze czy źle?

Wywalczyli to sami lekarze. Uważam, że klauzulę sumienia trzeba przejrzeć na nowo, nie może być zasłoną do niepodejmowania decyzji przez lekarza. Mamy ustawę, którą jedni chcą zaostrzać, inni liberalizować. Przez ostatnie lata nie było większości, żeby tę ustawę zmienić, a ta, która obowiązuje, nie jest wykonywana. Prawo nie może działać przeciwko kobietom.

Liczba legalnych dziś aborcji to nieco ponad 1000 rocznie. Dziesiątki tysięcy kobiet przerywają ciążę nielegalnie, w szarej strefie, albo w ramach turystyki aborcyjnej. Zapytam jeszcze raz: jest Pani za prawem kobiet do aborcji do 12. tygodnia?

Obecne rozwiązanie prawne powinno być przestrzegane.

Na biurko prezydent Kidawy-Błońskiej wpływa przyjęta przez Sejm ustawa liberalizująca prawo aborcyjne. Podpisuje Pani?

Proszę pamiętać, że rolą prezydenta nie jest narzucanie własnego światopoglądu, ale bycie organizatorem życia publicznego.

Jeżeli taka ustawa zyska większość w parlamencie, i będzie miała szeroką akceptację społeczną, to jest to możliwe.

Ale chciałabym, żeby jednym z pierwszych kroków była dobrze przygotowana i zorganizowana edukacja seksualna. Bez tego trudno rozmawiać o innych rozwiązaniach.

Żeby wygrać trzeba bardzo chcieć

Dlaczego Platforma Obywatelska ma takie słabe kampanie wyborcze?

Ostatnie kampanie można było przeprowadzić lepiej pod względem organizacyjnym. Ale w jesiennej kampanii parlamentarnej wydarzyło się coś, czego wcześniej nie doświadczyłam, a przecież w wielu kampaniach brałam udział. Zaangażowanie osób, które były na listach, nawet na dalszych miejscach, bo nie mówię tylko o liderach, było ogromne. Ludzie dawali z siebie wszystko, wierzyli, że każdy głos ma znaczenie. Wyborcy to docenili i zaangażowali się udostępniając ogrodzenia i balkony na banery, pomagali rozklejać plakaty, roznosić ulotki, widać było duże wsparcie w mediach społecznościowych. Potrafiliśmy zmobilizować wielu ludzi i przekonać, że warto się zaangażować, wziąć udział w kampanii i oczywiście w wyborach.

Gdybyśmy jeszcze popracowali nad kilkoma elementami, to nasz wynik mógłby być lepszy.

Czasami kandydaci, a zwłaszcza kandydatki, angażowały się wbrew warunkom, jakie im stworzono. W Szczecinie pierwsza kobieta była na 5. miejscu: Magdalena Filiks.

Za pierwszym razem [w 2005 r. – red.] startowałam w wyborach do Sejmu z 11. miejsca. Z tego powodu postanowiłam, że pomogę osobom znajdującym się na wyższych miejscach. Zależało mi na ogólnym wyniku całej Platformy. W pewnym momencie koleżanka mnie zapytała: „Małgorzata, chcesz te wybory wygrać, czy nie?” Mówię: „No tak, ale…”. Ona na to: „Masz uwierzyć, że się uda. Jesteś na liście, a teraz do roboty!”. Uzyskałam z tego 11. miejsca piąty wynik na naszej liście i od tamtej pory, w każdych wyborach, zdobywam coraz więcej głosów.

Pierwsze miejsce na pewno pomaga, ale też zobowiązuje do pracy na całą listę. Jedynka bierze na siebie odpowiedzialność za wygraną bądź przegraną partii w danym okręgu. Każde kolejne miejsce jest niepewne, a sukces zależy od wkładu pracy w kampanię. Dalsze miejsce nie przekreśla perspektywy na uzyskanie mandatu. Michał Szczerba w 2007 roku wszedł do Sejmu z 26. miejsca na liście.

Dlaczego kampania Bronisława Komorowskiego w 2015 roku była taka zła?

Pierwsza kampania Bronisława Komorowskiego, przy której pracowałam, była bardzo udana.

Ale druga – nie. Na czym polegała różnica?

Osoby zaangażowane w prowadzenie kampanii muszą wierzyć, że kampania jest do wygrania. I chcieć ją wygrać.

Chyba wszyscy uważali, że kampania Komorowskiego jest do wygrania.

W kampanii trzeba wykorzystać każdy dzień, cały czas mocno pracować. Nie można czekać, aż coś samo przyjdzie.

Czyli za mało pracy było?

Wiele osób uwierzyło, że kampania jest już wygrana.

Czyli Pani kampania też jeszcze nie jest wygrana?

Żeby wygrać, niezbędna jest wiara w zwycięstwo. I każdy dzień musi być wykorzystany na maksa, nie można się ani na chwilę zatrzymać. Ja lubię kampanie, wygrałam sześć swoich i pracowałam przy wygranej kampanii Bronisława Komorowskiego w 2010 roku.

To możliwość sprawdzenia siebie, nauka czegoś nowego każdego dnia, poznawanie nowych ludzi i ich opinii. To jest najcenniejsze doświadczenie.

Uwielbiam jeździć po Polsce

Lubi pani jeździć po Polsce?

Uwielbiam.

Na Podkarpacie też?

W poprzedniej kadencji to był region, który chyba najczęściej odwiedzałam i muszę powiedzieć, że było rewelacyjnie. Wiele razy słyszałam: „na Podkarpaciu nic nie zyskacie, odpuśćcie sobie”, a my potrafiliśmy jednego dnia rozdać kilkaset konstytucji, godzinami rozmawiać w małych miejscowościach z ludźmi.

Rozmawiacie, a potem ludzie i tak głosują na PiS.

Nasi kandydaci zdobyli mandaty na Podkarpaciu, choć mówiono, że nie mają większych szans. Niektórzy poprawili swoje wyniki w stosunku do najlepszych czasów Platformy. Czyli jest sens rozmawiać i warto przekonywać, bo ludzie muszą zobaczyć, że nam na nich zależy.

Elżbieta Łukacijewska…

Także do niej przyjeżdżałam w kampanii.

opowiadała OKO.press o – delikatnie mówiąc – braku wsparcia z centrali partyjnej, o „ciągle tych samych facetach zamkniętych w jakimś pokoju”. Polegała głównie na sobie.

W każdej kampanii kandydat polega na sobie i z takiego założenia trzeba wychodzić. Kampania opiera się na wysiłku swoim i najbliższych współpracowników. Nie można czekać, aż coś samo przyjdzie, ale wsparcie partii też jest oczywiście potrzebne. Centrala nadaje kierunek działaniom. Elżbieta Łukacijewska wykonała wielką pracę, zdobyła mandat, to jej sukces i nikt jej tego nie odbierze.

Małe miejscowości będą kluczowe w kampanii prezydenckiej.

Wszystkie będą kluczowe. Ktoś, kto czyta badania i z nich wnioskuje, że walczymy tylko w małych miejscowościach, bo one zdecydują, jest w błędzie. Wyborcy wszędzie są tak samo ważni.

Jeżeli się gdzieś odpuszcza, to ja się nie dziwię reakcjom wyborców: Nie chciało się wam przyjechać? Nie chcieliście z nami rozmawiać? Dlaczego więc mamy na was głosować? Albo jeszcze gorzej – po co mamy w ogóle iść na wybory?

Nie wiedzą, że z nami można rozmawiać

Jak Pani przekona do siebie mieszkańców Białostocczyzny?

Każdy region w Polsce ma swoją specyfikę, jest różny, ale jednakowo ważny. Nie może być tak, że jeden region jest faworyzowany kosztem drugiego. Teraz jesteśmy w trakcie prawyborów i wkrótce pojadę także do Białegostoku. Będziemy rozmawiać o tym, jakie są oczekiwania wobec Prezydenta RP, opowiem jak ja wyobrażam sobie pełnienie funkcji głowy państwa, co moglibyśmy wspólnie zrobić. Chciałabym, by ludzie się otworzyli i szczerze opowiadali o problemach, które napotykają w swoim otoczeniu. W kampanii parlamentarnej dowiedziałam się, że

w województwie podlaskim są miejsca, których mieszkanki muszą pokonać kilkadziesiąt kilometrów na wizytę u ginekologa. Takie tematy pojawiają się na moich spotkaniach w całej Polsce.

Mam też doświadczenia z trudnymi dyskutantami. Zdarzają się twardzi panowie, którzy mówią, że „nie ma sensu z Wami rozmawiać, nie głosuję na Was, bo Wy jesteście zdrajcami”. Nie odpuszczam w takiej sytuacji i dopytuje o konkrety. Ludzie otwierają się, dzielą spostrzeżeniami i na koniec robimy sobie wspólne zdjęcie. „Nie wiedziałem, że z wami można rozmawiać, że z panią można rozmawiać” – mówią.

Jakie wspólne tematy znajduje Pani z wyborcami o prawicowych poglądach?

Takie tematy jak godność, sprawiedliwość i bezpieczeństwo nie mają barw partyjnych.

Zdrowie?

Zdrowie także. Ludzie budują swoją tożsamość w lokalnych wspólnotach, integrują się wokół wspólnych interesów i zagrożeń. Chcą wiedzieć, że w Warszawie jest dla kogoś ważne, że oni tutaj, we wsi czy miasteczku, mają potrzeby, których nie można lekceważyć.

Czy lewica jest coś warta?

Powiedziała pani o lewicy, że jest nic nie warta.

Tak nie powiedziałam.

Powiedziała Pani, że jeśli zagłosuje za projektem PiS w sprawie zniesienia limitu 30-krotności, to jest nic nie warta.

PiS zaczęło nową kadencję od projektów podnoszących podatki i ściągających środki z funduszu dla niepełnosprawnych. Bardzo im zależało na ustawie znoszącej 30-krotność składki ZUS, bo pilnie potrzebują miliardów na realizację obietnic wyborczych. Sięgając po pieniądze podatników podważają, już nie po raz pierwszy, zaufanie do instytucji państwowych. Zostałam zapytana przez Monikę Olejnik „Kropce nad i” o ocenę planów lewicy, która zastanawiała się nad poparciem tego pomysłu.

Dla mnie działanie w opozycji to analiza projektów, które składa partia rządząca, dyskusja z ekspertami i konsultacje, czego przez ostatnie lata unikało PiS. Szczególnie w przypadku projektów, których skutki odczujemy dopiero w przyszłości. W tym przypadku są to skutki negatywne. Opozycja musi nad tym czuwać. Dobrze, że ostatecznie skończyło się wycofaniem tego projektu z porządku obrad.

Miałam taką sytuację któregoś dnia w podróży, kiedy podeszła do mnie kobieta i powiedziała, żebyśmy w tej sprawie walczyli, bo jeśli zniesienie 30-krotności wejdzie w życie, to podejmie decyzję o wyjeździe z Polski. Jestem przekonana, że stracilibyśmy wtedy wielu specjalistów, których potrzebujemy tu, w kraju.

Co do lewicy to dodałam, że mam nadzieje, że tak się nie stanie i nie poprze tej propozycji.

Czyli nie jest nic niewarta?

Oczywiście, że nie jest.

To zostało tak odebrane: Małgorzata Kidawa-Błońska mówi, że lewica – politycy, wyborcy – są nic nie warci. W sytuacji, gdy głosy lewicy mogą decydować o wyborze w II turze wyborów prezydenckich.

Nigdy nie użyłam takich słów. Zresztą, o żadnej formacji nie powiedziałabym w ten sposób. Skoro ludzie wybierają swoich przedstawicieli do Sejmu, to znaczy, że ci ludzie ich przekonują i są dla nich ważni.

To, co ostatecznie zrobiła Lewica w sprawie 30-krotności, było w porządku?

Myślę, że ten temat nie jest jeszcze ostatecznie zamknięty.

Podatki mogą zniechęcić do aktywności

Lewica nie podjęła jeszcze decyzji, kto będzie ich kandydatem lub kandydatką na prezydenta, czekają na wasze prawybory…

A ja myślałam, że nie czekają na naszą decyzję, ale już to ustalają między sobą.

Kto byłby dla Pani groźniejszym kandydatem Lewicy: Robert Biedroń, Adrian Zandberg czy Gabriela Morawska-Stanecka?

Kontrkandydat w tych wyborach, którego chcę pokonać, jest gdzieś indziej, w Pałacu Prezydenckim.

Jeśli wygra Pani prawybory, i przejdzie przez I turę, będzie Pani chciała przekonać osoby o lewicowych poglądach do głosowania na Panią?

Nie zwracam się tylko do wyborców Platformy Obywatelskiej. To, o czym będę mówić od początku kampanii, dotyczy wszystkich Polaków.

Lewica chce przywrócić trzeci próg podatkowy. Poparłaby Pani podniesienie podatków dla najbogatszych?

Osoby dobrze zarabiające płacą wyższy podatek od dochodów powyżej 85,5 tys. zł rocznie, a osoby zarabiające więcej niż 127 tys. zł rocznie nie mają w ogóle kwoty wolnej, bo PiS ją zlikwidował. Co więcej, obecny rząd wprowadził de facto III próg podatkowy dla dochodów powyżej 1 mln zł. To tzw. danina solidarnościowa w wysokości 4 proc.

Kolejne podatki dochodowe mogą tylko zniechęcić do aktywności najbardziej kreatywnych Polaków, dzięki którym gospodarka Polska się rozwija i jest konkurencyjna. A tylko wtedy możemy pomagać najsłabszym i zapewnić wszystkim obywatelom wysoki poziom ochrony zdrowia, edukacji i innych usług publicznych.

Mówi się o emeryturze minimalnej i maksymalnej…

Dobry pomysł?

Emerytura minimalna w polskim systemie emerytalnym powinna być wyższa i musi zapewniać  emerytom godne życie. Jej poziom w długim horyzoncie zależeć będzie nie od woli polityków, ale od stanu naszej gospodarki, wydajności pracy, a także liczby osób pracujących, bo to one muszą odprowadzić składki na te emerytury.

Pomysł emerytury maksymalnej może być interesujący, ale pod warunkiem, że zmienimy system. Nie można przecież powiedzieć ludziom, którzy płacili wysokie składki, że część pieniędzy, które zgromadzili na swoją emeryturę, nie zostanie im wypłacona.

Dlatego zniesienie limitu trzydziestokrotności i jednocześnie wprowadzenie maksymalnej emerytury, czyli projekt lewicy, to po prostu podniesienie podatku. A jeśli tak, to

uczciwym byłoby powiedzenie wprost: podnosimy podatki.

Trybunał Konstytucyjny potwierdził to, co powtarza lewica: emerytury to nie są pieniądze poszczególnych obywateli, tylko wspólne pieniądze.

Trybunał nie powiedział, że wspólne, tylko publiczne, ale są to pieniądze, które każdy pracownik odprowadza na swoje indywidualne konto emerytalne, żeby korzystać z nich po przejściu na emeryturę, bo taki jest polski system emerytalny.

Emerytury nie są prywatną własnością, są zasobem społecznym.

Nie w tym modelu – tzw. zdefiniowanej składki – jaki przyjęliśmy. Wysokość emerytury zależy od tego, ile pieniędzy odłożyła Pani na swoim koncie emerytalnym, a to zależy od tego, jak długie były okresy składkowe, czyli przez jaki czas pani pracowała, odprowadzając składki. Jeżeli pani pracuje długo i odprowadza składki na emeryturę, to ma pani wyższą emeryturę. Jeżeli pracuje pani krócej albo zarabia mniej – ma pani mniejszą emeryturę, bo składki były odpowiednio niższe.

Podnieśliśmy wiek emerytalny myśląc o naszych dzieciach i wnukach

Andrzej Duda pewnie zaatakuje Panią za to, że w 2013 roku rząd PO podniósł wiek emerytalny.

To była trudna decyzja, ale podjęliśmy ją w poczuciu odpowiedzialności za Polskę w perspektywie wieloletniej, a nie jednej, czy dwóch kadencji.

Coraz mniej Polaków pracuje, bo rodzi się coraz mniej dzieci i żyjemy coraz dłużej. Wzięliśmy odpowiedzialność, tak jak inne państwa Europy, za przyszłość naszych dzieci i wnuków.

Chcemy przecież, żeby system emerytalny był bezpieczny, żeby ludzie dostawali pieniądze po przejściu na emeryturę i żeby była suma, za którą da się godnie żyć. Państwo musi zagwarantować bezpieczeństwo ekonomiczne swoim obywatelom. Warto pamiętać zresztą, że wydłużanie aktywności zawodowej kobiet rozłożyliśmy na 25 lat! Przegraliśmy wybory, PiS cofnął ustawę. Teraz były wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej w rządzie PiS, Bartosz Marczuk, sam przyznaje, że Polki i Polaków czekają głodowe emerytury.

Ustawa z wyższym wiekiem emerytalnym trafiła na Pani biurko prezydenckie. Podpisuje Pani?

Nie sądzę, żeby ktokolwiek planował teraz podwyższenie wieku emerytalnego. Na pewno trzeba zachęcać ludzi, żeby chcieli dłużej pracować, żeby im się to naprawdę opłacało. Koalicja Obywatelska ma taki projekt motywujący do dobrowolnego pozostania na rynku pracy.

Kobieta w wieku 60 lat przechodząca na emeryturę ze swoim doświadczeniem, umiejętnościami to nie jest tylko strata świetnego pracownika. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to ona będzie miała drastycznie niską emeryturę.

Z tzw. Tablic Trwania Życia GUS wynika, że 60 letnia kobieta pożyje jeszcze średnio 24-25 lat. 

60, 70-letnie kobiety są często bardzo aktywne. Dla mnie oburzające jest, że na uczelniach kobieta profesor w wieku 60 lat ma przechodzić na emeryturę, kiedy właśnie teraz może poświęcić nauce cały swój czas, ma odchowane dzieci i stabilizację życiową.

Antykomunista Duda przyjmie przysięgę od prokuratora Piotrowicza

Jak prezydent Kidawa-Błońska poradzi sobie Pani z kryzysem praworządności? Ma Pani konkretny pomysł?

Powinniśmy mieć w Polsce prawdziwego strażnika konstytucji. Przypomnę, że kryzys praworządności rozpoczął się od złamania przez obecnego prezydenta ustawy zasadniczej. Ułaskawił Mariusza Kamińskiego przed wydaniem przez sąd prawomocnego wyroku. Przyjął przysięgę od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych na miejsca już obsadzone.

Prezydent Duda jeżdżąc po powiatach występuje z płomiennymi mowami, że orzekający sędziowie są związani z komunistycznym reżimem, że są skorumpowani. I teraz będzie odbierać ślubowanie od komunistycznego prokuratora, Stanisława Piotrowicza?

Jak już wspomniałam,

nie użył weta, by zapobiec niszczeniu sądownictwa, bo nie jest prezydentem samodzielnym. Ja nigdy bym na to nie pozwoliła.

A konkretnie?

Przede wszystkim korzystanie z prezydenckich prerogatyw – weta i inicjatywy ustawodawczej.

Czy Andrzej Duda jest samodzielnym politykiem?

Nikt już nie ma złudzeń o choćby minimalnej samodzielności prezydenta Dudy. Jest nie tylko niesamodzielny, ale całkowicie skrępowany oczekiwaniem na partyjne wytyczne.

Nie potrafię wskazać jakiegokolwiek obszaru samodzielności pana prezydenta.

Ma instrumenty, z których nie korzysta, nie realizuje obietnic, bo te zarezerwowane są dla partii. Nie pomógł frankowiczom, choć obiecywał w czasie kampanii prezydenckiej wsparcie. Skapitulował w sferze bezpieczeństwa i obronności na rzecz ministra obrony narodowej.

Chciałam być premierem, chce być prezydentem

A Pani jest samodzielnym politykiem?

Oczywiście. Dlaczego Pani pyta?

Bo Grzegorz Schetyna…

Dlaczego Grzegorz Schetyna?

…wymyślił, że Pani będzie premierem.

Żeby zostać premierem, trzeba najpierw wygrać wybory.

To jak to było?

Grzegorz Schetyna zaproponował mi kandydowanie w wyborach parlamentarnych z Warszawy, a zgodnie z naszą tradycją lider listy w stolicy jest również kandydatem na Premiera. Te wybory były dla nas bardzo ważne i tu nie chodziło o czyjeś ambicje, ale o odpowiedzialność.

Chciała Pani być premierem?

Tak, chciałam się podjąć tej odpowiedzialności.

A prezydentem?

Tak, chcę. Wiem, że mogę zawalczyć o zwycięstwo w wyborach prezydenckich i wygrać. To byłby kolejny krok, po wygranej w Senacie, do zakończenia wszechwładzy jednej opcji politycznej, przywrócenia godności urzędu Prezydenta, a także początek powrotu do przestrzegania Konstytucji RP i stania na jej straży. Kiedy nie jedna, ale każdego dnia wiele osób zwraca się do mnie i mówi, że warto podjąć tę decyzję, wystartować w tych wyborach, oni pomogą, zrobią co w ich mocy, to nie można wobec takich oczekiwań przejść obojętnie.

Andrzej Duda chciał przeprowadzić referendum konstytucyjne. Co Pani o tym myśli?

I nic z tego nie wyszło. Żeby prowadzić dyskusję o zmianie konstytucji należy zacząć od jej przestrzegania. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Waszyngtonie, gdzie wyłożony dla wszystkich jest najważniejszy dla Amerykanów dokument – konstytucja. I wszyscy zjeżdżają się z całego kraju, by zobaczyć te pożółkłe karty.

Pamiętam najważniejsze w moim życiu referendum: za przystąpieniem do Unii Europejskiej i to przerażenie w sobotę [7 czerwca 2003 roku – red.], że jest tak bardzo niska frekwencja.

Dla nas było to spełnienie marzeń wielu pokoleń i bycia w europejskiej rodzinie. Tymczasem tego dnia dochodziły do nas sygnały, że frekwencja gwarantująca ważność referendum może nie zostać przekroczona. Pamiętam ten dzień i nie chciałabym sytuacji, gdy otworzy się furtka do instrumentalnego wykorzystywania referendum w zależności od zmiany partii rządzącej, czy po prostu politycznych motywacji.

Referenda mają uzasadnienie, jeśli ważą się sprawy fundamentalne z punktu widzenia państwa i obywateli. Kiedy waży się nasza dalsza przyszłość. W czasach szalejącego populizmu to może być groźne narzędzie. Brytyjczycy przeprowadzili referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i już następnego dnia obudzili się przerażeni jego wynikiem. Nie mogą się z tym uporać do dziś.

Kiedy Polacy mobilizują się w wyborach?

W stanach zagrożenia. Kiedy boją się, że mogą stracić coś dla nich ważnego.

Teraz mamy taki stan?

Tak, teraz mamy taki stan. Proszę spojrzeć na mobilizację przy wyborach parlamentarnych – bardzo wysoka frekwencja i poparcie dla partii opozycyjnych. Polacy zmobilizowali się też przy wyborach samorządowych. Pokazaliśmy, że doceniamy to, co daje nam samorządność.

Moim marzeniem jest, żeby Polacy chętnie brali udział w wyborach nie dlatego, że coś stracą, tylko dlatego, że chcą wybrać między jednym a drugim rozwiązaniem. Nie ze strachu.

Čaputová, Merkel, Thatcher

Co wybiorą, jeśli wybiorą Panią?

Wybiorą przywrócenie urzędowi Prezydenta RP powagi i należnej rangi. A przede wszystkim wybiorą prezydenta wszystkich Polek i Polaków.

Marzy mi się Polska otwarta, bezpieczna, z szacunkiem dla innych, z podkreśleniem różnorodności. Moja opowieść o Polsce to opowieść o Polsce różnorodnej. Chcę zatrzymać tę tendencję, którą obserwujemy od kilku lat, że rządzą nami ludzie z ambicjami na urządzanie nam wszystkim życia. Trzeba zagwarantować wolność i szansę rozwoju każdemu.

Kto Pani zdaniem w tej chwili w Polsce albo na świecie najbardziej czuje wyzwania, o których Pani mówiła? Kto panią inspiruje?

Jest kilka takich osób. Polityka się zmienia. Był czas mocnych, silnych mężczyzn. Teraz w polityce na pierwszy plan wychodzą kobiety. Jest Słowacja z Čaputovą, Chorwacja z Grabar-Kitarović, w krajach skandynawskich rządzi coraz więcej kobiet. Niosą ze sobą inny model prowadzenia polityki.

Jaki?

Spokojniejszy, co nie znaczy, że nie stanowczy. Te kobiety inaczej prowadzą politykę, nie wiecową, ale pozytywną, skupioną na zadaniach.

Zuzana Čaputová Panią inspiruje?

Tak, bardzo. To aktywistka społeczna, która przeciwstawiła się trucicielom środowiska. Wydawało się, że wygrana jej konkurenta w II turze jest pewna. Okazało się inaczej.

A Angela Merkel?

Angela Merkel, od lat najbardziej wpływowa kobieta świata. Z zaskoczeniem usłyszałam ostatnio, że zarzuca się jej brak charyzmy. Naprawdę nie jest charyzmatyczna?

Jest?

Jeżeli polityk przez tyle lat potrafi nie tylko rządzić swoim krajem, ale mieć ogromny wpływ na cały świat, to nie jest charyzmatyczny? Przecież ona była najbardziej wpływową kobietą w światowej polityce od wielu lat, może tylko Margaret Thatcher jej dorównuje. W trudnych i skomplikowanych dla jej kraju czasach Merkel potrafiła znaleźć sposób, by przekonać do siebie ludzi. Tylko my rozumiemy to „porywanie tłumów” w sposób bardziej ostentacyjny, dosłowny. Naszym wyzwaniem dzisiaj jest odbudowa wzajemnego zaufania. Jakiego rodzaju charyzmy potrzeba, by tego dokonać? Angela Merkel tyle osiągnęła, wszyscy ją szanują, to znaczy, że ona ma tę charyzmę, bo ludzie za nią poszli.

Była też bezwzględną graczką polityczną.

I bez płomiennych przemówień, widowiskowego, „charyzmatycznego” skakania po trybunie.

A w Polsce, kto Panią inspiruje? Kogo chciałaby Pani mieć w swojej drużynie?

Wielu polityków. Moja współpraca z Donaldem Tuskiem to ciekawe doświadczenie. Pokazał inny, odpowiedni na te czasy rodzaj uprawiania polityki.

Z europejskiej polityki interesuję się postacią Margaret Thatcher, choć nie wszystkie jej decyzje budzą mój entuzjazm.

Dlaczego?

Będę bardziej prospołeczna niż ona w tamtych czasach, nie odważyłabym się…

Nasłać uzbrojonych policjantów na górników?

…zamykać kopalń w taki sposób. Szukałabym innego rozwiązania, Anglicy jej to ciągle pamiętają. Oceniając z perspektywy czasu, zgadzam się większością komentatorów, że polityczne dokonania Margaret Thatcher są godne podziwu i wymagały odwagi.

Zasypywać podziały, budzić zaufanie

Co jest najważniejszym problemem w Polsce?

W sferze wspólnoty cierpimy na brak zaufania. Brakuje nam zaufania do innych, do instytucji, nie ma zaufania w Kościele, w szkole i innych sferach naszego życia.

Co może z tym zrobić prezydent?

Tu akurat dużo. Pokazać własnym przykładem, że można i należy przełamywać bariery, unikać dezawuowania przeciwników. Bez zaufania nic nie można stworzyć, jedynie zniszczyć.

Musimy zaufać też osobom, które dziś głosują na PiS?

Nikogo nie wolno wykluczać.

Mają swoje powody, żeby głosować na PiS?

Każdy może głosować na tę osobę, do której jest mu bliżej. PiS mówił do ludzi i o ludziach w inny sposób. Powody wyborów są różne, ale wykluczanie i dzielenie ludzi jest czymś złym. Polacy ciągle mają nadzieję, że wreszcie pojawi się ktoś, kto zacznie zasypywać te podziały.

Więcej Tuska >>>

Tusk: Obiecałem i tutaj w jakimś sensie pierwszeństwo będzie miała kobieta, bo obiecałem Kidawie-Błońskiej, że będę ją wspierał z całego serca, zanim pojawiła się kandydatura Jaśkowiaka

– Chyba rzeczywiście jednak ta pierwsza tura będzie tą formą realnych prawyborów i ważne jest, żeby ci, którzy nie chcą kontynuacji tej prezydentury, która momentami wydaje się – powiem brutalnie – karykaturą prezydentury przez tę nadzwyczajną zupełnie podległość prezydenta wobec PiS-u i prezesa Kaczyńskiego, więc tak czy inaczej z pełnym przekonanim zagłosuję w II turze z pełnym przekonaniem na kandydata opozycji i proponowałbym, żeby przyjąć oczywiście dla tej części, która podziela mój pogląd, żeby przyjąć tę zasadę jako oczywistą – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

– Jak wiemy, jesteśmy przed rozstrzygnięciem tej kwestii [kandydata PO] i nie chciałbym tu wpływać własnym publicznym sądem na ten temat. Nie jest to ucieczka od odpowiedzi na to pytanie. Jestem przekonany, że Małgorzata Kidawa-Błońska i Jacek Jaśkowiak mają, to są różne atuty, ale oboje mają poważne szanse żeby… Obiecałem i tutaj w jakimś sensie pierwszeństwo będzie miała kobieta, bo obiecałem Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, że będę ją wspierał z całego serca, zanim pojawiła się kandydatura Jacka Jaśkowiaka. Więc niestety nie będę w tym czasie w Polsce. Będę w Polsce, ale dopiero wieczorem tego samego dnia. Tak się ułożyły obowiązki, ale z równą satysfakcją przyjmę inny werdykt, bo znajduje dobre powody, żeby wspierać i Małgorzatę Kidawę-Błońską i prezydenta Jaśkowiaka w tych wyborach – mówił dalej.

W poniedziałek lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński „wylądował” w szpitalu w Otwocku. Z nieoficjalnych informacji zdobytych przez redakcję WP wynika, że prezes przeszedł zabieg wszczepienia endoprotezy w stawie kolanowym.

Pierwotnie zabieg miał odbyć się w styczniu, jednak Jarosław Kaczyński, ze względu na napięty harmonogram kampanijny, zdecydował się go przełożyć. Poważny zabieg wymaga parodniowego okresu rekonwalescencji, a na to lider PiS nie może sobie pozwolić…

Tymczasem do kolejnych wyborów – tym razem prezydenckich – jest jeszcze pół roku i być może szef PiS uznał, że czas pomyśleć o swoim zdrowiu.

Jak podaje dziennik „Fakt”, prezesa PiS około godziny 21:00 odwiedził minister zdrowia Łukasz Szumowski, gdzie podjechał rządową limuzyną, by spędzić tam około godziny. Niecodzienność tej sytuacji ściągnęła na głowę szefa resortu cała serię kpin i prześmiewczych komentarzy.

Z ostatniej chwili: Narodowe Kolano odwiedził w szpitalu Minister Zdrowia Łukasz Szumowski Przyszedł zapytać się co może zrobić dla Kolana” – zadrwił z miejsca internauta na Twitterze.

„Szumowski wie, że to w zasadzie jedna z nielicznych chwil, kiedy może dostać się do Prezesa na audiencje. Nie krytykujmy go za to” – apelują inni użytkownicy Twittera i z drwiną sugerują, iż „Szumowski przekonywał Kaczyńskiego, że w każdym szpitalu w Polsce każdy pacjent ma – jak prezes – do dyspozycji całe piętro, a w odwiedziny przyjeżdża przynajmniej naczelnik wydziału zdrowia z województwa”.

Nie od rzeczy jest też spostrzeżenie, iż „Kaczyński zawsze ucieka do szpitala jak jest afera w jego KAŚCIE tak było też w przypadku rodzin osób niepełnosprawnych. TCHÓRZ I EGOISTA” – komentuje internauta na Twitterze.

PiS dorwał polskie złoto. No to spodziewajcie się złodziejstwa na skalę do tej pory niespotykaną

26 List

„Dlaczego akurat ta władza i teraz ściąga do Polski nasze rezerwy złota bezpiecznie przechowywane w Londynie? To mi pachnie jakimś przekrętem” – zastanawiał się na Twitterze przedsiębiorca Ryszard Wojtkowski.

Sprowadzeniem do Polski 100 ton złota chwalił się prezes NBP Adam Glapiński. Wartość kruszcu to 18,3 mld zł.

Na zdjęciach, które umieszczono w sieci w związku ze sprowadzeniem złota, widać Glapińskiego z dumą prezentującego sztabki na tle skarbca. Obok prezesa stoją dawni ministrowie rządu PiS, których partia przeniosła do NBP – Teresa Czerwińska i Paweł Szałamacha.

Równie podejrzliwi jak Wojtkowski byli inni internauci: – „PiS dobrał się do rezerw złota. Roztrwonią cały majątek, który należy do wszystkich Polaków, a jak pojawią się prawdziwe trudności, kryzys, kasa państwowa będzie zionąć pustką. Po Kaczyńskim choćby potop, nie ma dzieci, wnuków, żyje dla siebie i władzy”; – „Za trzy lata okaże się ze jedno zero uciekło i zostało 10 ton. Bo nie było jak finansować programów socjalnych”; – „Ostatnio dużo jest mowy o patriotyzmie (Budowa łuku dziękczynnego, Patriotyczny Marsz Niepodległości, Patriotyczne Polskie Produkty itp, itd ). „Jak władza dużo zaczyna mówić o patriotyzmie, to znaczy, że będą kraść”. PiS odkąd przejął władzę głównie mówi właśnie o patriotyzmie”; – „Spółka Srebrna zamierza zmienić nazwę na Złotą”.

W komentarzach internautów nie zabrakło kpin, dotyczących bliskich współpracowniczek prezesa NBP: – Może „asystentki” się żalą, że im do pierwszego nie starcza…”; – „W nagrodę po sztabce Glapińskiemu i jego aniołkom”; – „To już wiecie, że prezes Glapiński na święta zrobi swoim przybocznym prawdziwy złoty deszcz…”.

Premier Mateusz Morawiecki obiecał 200 tys. mieszkań. Minister rozwoju Jadwiga Emilewicz wyjawiła, że obietnica ta jest trudna do zrealizowania. Przedstawicielka PiS ośmieszyła tym samym tezy, które powielił w swoim expose premier.

Mateusz Morawiecki wcześniej odniósł się do socjalnego programu. „Wdrożyliśmy nowe regulacje w budownictwie mieszkaniowym. W latach 2011-2014 oddawano do użytku średnio 143 tys. mieszkań. W latach 2017-2020 będzie to ponad 200 tys. mieszkań. Nasz Narodowy Program Mieszkaniowy, którego częścią jest Mieszkanie+, tworzy nowe perspektywy” – mówił szef rządu.

Wkrótce potem minister Emilewicz przyznała, że realizacja tego programu nie będzie łatwa. „Pan premier w expose mówił o 200 tys. mieszkań rocznie w całym kraju, nie tylko w ramach Mieszkania Plus. Wynik ten po raz pierwszy powinniśmy osiągnąć w najbliższym czasie, ale wyzwaniem będzie jego utrzymanie w następnych latach” – stwierdziła przedstawicielka prawicy.

Jak widać, rozbieżności między Morawieckim a Emilewicz są dość istotne. Kto ma racje? Trudno odpowiedzieć na to pytanie.

Wiadomo, że szef rządu obiecywał to jeszcze na długo przed wygranymi wyborami. Morawiecki wielokrotnie deklarował, że nowe mieszkania mają zostać oddane do użytku jeszcze w 2019 r. i jest to zupełną zasługą obecnego gabinetu.

Prawda o realizacji dotychczasowych obietnic jest gorzka. W ramach programu „Mieszkanie +” oddano do użytku zaledwie… 867 mieszkań…

Do sprawy odnieśli się już internauci. „Kłamcy się nie wierzy a niestety premier Mateusz Morawiecki jest kłamcą (udowodniono mu go przed sądem i teraz się zastanawiam czy ktoś znów go nie pozwie choćby za te samochody elektryczne, które obiecywał” – skomentował jeden z użytkowników portalu NaTemat.pl.

Więcej o oszustwach w expose Morawieckiego tutaj (z możliwością pobrania pliku) >>>

Posłowie Koalicji Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury, dotyczące możliwości popełnienia przez Elżbietę Witek przestępstwa przekroczenia uprawnień i poświadczenia nieprawdy. Marszałek Sejmu nakazała powtórzyć głosowanie w Sejmie nad wyborem członków KRS.

„Po analizie zapisów materiałów, które sama Kancelaria Sejmu udostępniła w formie materiału wideo i na podstawie relacji również mediów, wygląda na to, że doszło do złamania prawa” – powiedział rzecznik PO Jan Grabiec. Przypomniał, że wyniki pierwszego głosowania – tego, które później powtórzono – nie zostały przez Witek ujawnione.

Grabiec podkreślił, że marszałek „samowolnie, wbrew trybowi opisanemu w regulaminie Sejmu”, dokonała reasumpcji głosowania. – „Można powiedzieć, że to działanie marszałek Witek jest „bez żadnego trybu”. Nie możemy na to pozwolić, żeby Sejm, czyli miejsce, w którym stanowi się prawo, było miejscem, w którym łamane jest prawo i to przez osobę, która powinna stać na straży prawidłowego funkcjonowania Sejmu” – stwierdził Grabiec. Posłowie KO chcą, żeby prokuratura przesłuchała w tej sprawie polityków PiS, w tym Jarosława Kaczyńskiego.

Posłowie wysłali też do marszałek Witek pismo, w którym zwracają uwagę na brak w stenogramie obrad Sejmu fragmentu jej rozmowy z wiceszefem kancelarii Sejmu Dariuszem Salomończykiem. – „Nie, nie, nie, musi być wniosek. To nie można tak, pani marszałek, ja melduję, że wszyscy posłowie zagłosowali – ci, którzy są na sali, wszyscy oddali głos. Trzeba albo podjąć decyzję, że pani anuluje, albo pokazać wyniki i uznać” – mówił Salomończyk do Witek.

Według posła Michała Szczerby z KO to jeden z dowodów na bezprawne działanie marszałek Witek. Przypomnijmy też, że na nagraniach z tej nocy słychać posłankę PiS Joannę Borowiak, która mówi do marszałek Sejmu: – „Trzeba anulować, bo my przegramy”.

Dodajmy, że ubiegłym tygodniu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez marszałek Sejmu złożyli posłowie Lewicy.

Tusk nie będzie kandydował na prezydenta

5 List

Tusk wygrałby z Dudą, ale pojawią się badania i usprawiedliwienia, dlaczego się wycofał. Ta kwestia jest o wiele bardziej złożona, acz składają się na nią także – a może przede wszystkim – psychologia.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta Polski. – Będę mocno wspierał opozycję w tych wyborach. Te wybory można wygrać, a ja byłbym obciążeniem – ocenił były premier w rozmowie z TVN24 i Polsat News. Donald Tusk dodał, że potrzebna jest kandydatura, która „nie jest obciążona bagażem niepopularnych decyzji”.

– Do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem. Nie zamierzam się tych trudnych decyzji wypierać – powiedział Donald Tusk.

– Nie chciałbym utrudniać opozycji procesu wyłaniania kandydatów. Będę wspierał mocno opozycję i w wykorzystam każdą możliwość, aby wzmacniać pozycję Polski na świecie – powiedział Donald Tusk.

W sierpniowym wywiadzie dla TVN24, Tusk zapowiadała, że 2 grudnia będzie mógł powiedzieć, jak widzi przyszłość polityczną Polski i swoją. Dodał, że jest kilka propozycji, i będzie je poważnie rozważał, także o charakterze bardziej międzynarodowym. Ale serce…

View original post 233 słowa więcej

Kaczyński to żaden Gomułka, czy Gierek, to Goebbels

8 Wrz

Podczas konwencji PiS w Lublinie prezes partii tradycyjnie pełnymi garściami i w pięknych, propagandowych słowach składał kolejne obietnice wyborcze, przedstawiał swoją partię, jako jedynego gwaranta rozwoju i dobrobytu Polski.

Tradycyjnie nie mogło zabraknąć ataku na Donalda Tuska i poprzednie rządy PO-PSL. Tym razem pan prezes w swoim stylu stwierdził, że poprzednicy nie podchodzili rzetelnie do swoich obowiązków, a jedynie bawili się w kierowanie państwem.

Ta władza to była po prostu zabawa we władzę, zabawa w rządzenie – dobre wina, cygara, haratanie w gałę. Nawet nie chcieli chcieć. Cała ta władza lubiła widowiska. Nas to kosztowało zatrzymanie w rozwoju” – grzmiał z mównicy Jarosław Kaczyński.

Niestety, jak można się było spodziewać, w wystąpieniu prezesa PiS zabrakło samokrytyki czy choćby cienia autorefleksji.

Szef partii zapomniał wspomnieć o najmniejszych błędach dzisiaj rządzących. Państwowe samoloty wykorzystywane do prywatnych lotów, nepotyzm, afery korupcyjne, taśmy Kaczyńskiego, trolle w Ministerstwie Sprawiedliwości, milionowe premie, to tylko niewielki procent kosztów, które ponosimy wszyscy w drodze do budowania pisowskiej wizji Polski.

Przypominajmy im codziennie do wyborów, co tak naprawdę uważa ich premier. Kopiujcie to od nas, podawajcie dalej. ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO. (ja tam wolę ośmiorniczki niż ten jego ryż !!!)

To nie było najlepsze z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego. Przydługie, nieco chaotyczne. Lider PiS przedstawił w nim jednak wizję państwa, jakiego chce jego partia. Jasne jest też całkowicie, kto w tym państwie ma być w centrum uwagi, dopieszczany przez władzę, a komu łaskawie pozwala się występować w roli dojnej krowy.

  • Opowieść o postkomunizmie, którą wygłosił Kaczyński na konwencji, pozwala PiS nie zajmować się realnymi problemami organizacji państwa
  • Kaczyński wygłosił płomienną pochwałę państwa wszechmocnego, wszechopiekuńczego, wtrącającego się w każdą dziedzinę życia. Jednocześnie mówił, że PiS jest partią wolności 
  • Z kolejnych socjalnych zapowiedzi jasno wynika, że dla PiS ważni są ci, którzy żyją z transferów socjalnych, a nieważni są ci, którzy się na nie głównie składają

Przemówienie Jarosława Kaczyńskiego miało cztery główne wątki: wartości, postkomunizm, państwo i socjalizm.

W sferze wartości usłyszeliśmy to, co zwykle — nie ma tu żadnego zaskoczenia, ale jest niekonsekwencja. Kaczyński stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest ochrona życia, wspominając eutanazję i aborcję.

Tyle że PiS nie spełnił przez cztery lata najbardziej umiarkowanego spośród postulatów środowisk określających się jako pro life, wspieranego przez Kościół, czyli nie zakazał aborcji eugenicznej. Gdy tylko ten temat się pojawiał, PiS zaczynał kluczyć i lawirować.

PiS nie zdecydował się również na wypowiedzenie ratyfikowanej za PO konwencji stambulskiej, operującej lewicowym językiem, gdy idzie o kwestie płci i rodziny – mimo że nie będąc jej stroną, nie bylibyśmy wyjątkiem. W naszej części Europy jest więcej takich państw.

Wygląda więc na to, że odwoływanie się do wartości to element głównie retoryczny, gdy zaś idzie o konkrety, PiS jest po prostu zachowawczy i nie chce zmian ani w jedną, ani w drugą stronę. Trudno więc uznać, żeby realizował tutaj konserwatywną agendę.

Drugi wątek to postkomunizm. Kaczyński opowiedział historię płynnego przejścia od patologii wczesnej III RP do rządów poprzedników PiS, a nawet do czasów dzisiejszych, bo przecież postkomunizm ma być tym zjawiskiem, które dopiero PiS będzie w stanie zlikwidować do końca. Na razie walczy zaciekle, ale postkomunizm jakoś się nie daje.

Opowieść o postkomunizmie jest dla PiS bardzo wygodna. Po pierwsze, pozwala wyznaczyć czytelną granicę: my – w obronie wolnej Polski, oni – postkomuna. Jesteś przeciw PiS – jesteś za postkomuną. Po drugie – odciąga uwagę od realnych problemów. Celem ma być walka z postkomunizmem, a nie jakieś tam organizowanie dobrze działających instytucji. Jeśli coś się natomiast wciąż w Polsce dzieje nie tak, to pewnikiem nie jest to kwestia słabych kompetencji władzy, jej dyletanctwa, przedkładania partyjnych racji nad państwowe czy nepotyzmu, ale złej postkomuny, która czai się wciąż w zakamarkach.

Ta opowieść kiedyś już wybrzmiewała. Wtedy Kaczyński nazywał to „układem”.

O ile diagnoza Kaczyńskiego jest trafna, gdy idzie przynajmniej o pierwszą, częściowo także drugą dekadę III RP, to przywoływanie jej dzisiaj jako jednego z głównych wątków politycznej agendy oraz wyjaśnienia wciąż istniejących problemów jest już wyłącznie sprytnym zabiegiem retorycznym, mającym przemówić do tej części elektoratu, która zafiksowana jest właśnie na haśle walki z postkomuną.

Polskie problemy są obecnie całkiem innego rodzaju. Ich źródłem jest choćby fatalny system legislacji przy braku pełnej transparentności tegoż, a nie jakieś postkomunistyczne układy. Można być jednak pewnym, że skoro ten właśnie wątek został tak mocno wybity, owymi faktycznymi problemami partia rządząca specjalnie zajmować się nie zamierza. Nie było zresztą o nich w ogóle mowy w wystąpieniu Kaczyńskiego. Nie pojawił się temat, mówiąc najogólniej, dobrego rządzenia w sensie instytucjonalnym. To logiczne, skoro założenie jest takie, że PiS rządzi znakomicie z definicji. Instytucje są tu jedynie elementem niepotrzebnie krępującym.

Ogromnie ważny był motyw państwa. Zabawne, że lider najbardziej etatystycznej i paternalistycznej partii, jaka kiedykolwiek sprawowała w III RP rządy, stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest wolność. Wolność to pojemne pojęcie. PiS rozumie ją wyłącznie jako wolność w sensie suwerenności państwa oraz wolność polityczną w sensie realizacji konstytucyjnych swobód. Ignoruje całkowicie kwestię wolności w znaczeniu osobistej swobody podejmowania decyzji przez obywateli, brania za nie odpowiedzialności i decydowania o sobie. Co zresztą jest typowe dla ugrupowań lewicowych.

Kaczyński przedstawił w swoim wystąpieniu apologię państwa – wszechpotężnego, wszechopiekuńczego, decydującego za obywatela, co dla niego dobre. Ta wizja została przeciwstawiona lekceważeniu państwa przez poprzedników. To zresztą w dużej mierze celna diagnoza. Tyle że odpowiedzią PiS na słabość państwa za Platformy jest jego wszechmoc. Tym niebezpieczniejsza, że pozbawiona solidnej podbudowy instytucjonalnej.

Kaczyński nie pozostawił złudzeń: państwo ma być w centrum. Ma w swej niezmierzonej mądrości decydować, co jest dla obywateli dobre, a co złe. Ma im urządzać życie. Nie w sensie – jak twierdzą przeciwnicy rządu – narzucania na przykład norm światopoglądowych. W tę stronę PiS nigdy nie poszedł i pewnie nie pójdzie. Chodzi o organizowanie ludziom życia przez mikrozarządzanie ich codziennością poprzez niezliczone regulacje, zakazy, nakazy. Państwo ma być dobrym, mądrym ojczulkiem, który będzie kierował swoje głupiutkie dzieciaczki – obywateli – na właściwą drogę, a w razie czego dawał im po pupie, jeśli zbłądzą.

W trakcie konwencji minister Jadwiga Emilewicz napisała na Twitterze, że Kaczyński nawiązuje do polskiej wolnościowej tradycji. Pani minister powinna chyba lepiej zgłębić historię I Rzeczypospolitej, bo można odnieść wrażenie, że albo jej nie zna, albo nie słuchała Kaczyńskiego.

Wreszcie wątek czwarty, socjalny – najbardziej porażający. Gdyby żył Hugo Chavez — sprawca ruiny, w którą popadła Wenezuela za sprawą jego socjalistycznych eksperymentów — mógłby się z pewnością uśmiechnąć, słuchając zapowiedzi Kaczyńskiego. Wbrew płynącym również z wnętrza Zjednoczonej Prawicy głosom, że dość już rozdawnictwa, dość socjalu, że pora zwrócić się w stronę tych, którzy na ten dobrobyt mają pracować, najwyraźniej w gabinecie na Nowogrodzkiej zapadła jednak inna decyzja kierunkowa. PiS nie tylko nie przyhamował licytacji na socjalne obietnice, ale wręcz dosypał węgla. Można odnieść wrażenie, że za sterami lokomotywy prowadzącej ten pociąg stoi naprawdę szalony maszynista.

Na to, co zostało nazwane „hattrickiem Kaczyńskiego”, składają się trzy obietnice: pełne dopłaty dla rolników, podwójna 13. emerytura w 2021 r. i radykalne podwyżki płacy minimalnej – do 3 tys. zł w 2020 R. i do 4 tys. zł w 2023 r.

O kosztach tych rozwiązań Kaczyński oczywiście nie mówił. Nie bez powodu. Koszt 13. emerytury to dzisiaj około 10 mld zł rocznie, a więc, z grubsza biorąc, mówimy o kolejnych 10 mld zł. Do tego Beata Szydło mówiła o podnoszeniu emerytur, więc zapewne na tej sumie się nie skończy.

Szczególne wrażenie zrobiła jednak zapowiedź podwyższania pensji minimalnej. To bowiem oznacza dla przedsiębiorców radykalnie wyższe koszty pracy, w tym zwłaszcza składki na ZUS. Premier zapowiedział wprawdzie następnie, że rząd będzie pracował nad uzależnieniem tychże od dochodu – to faktycznie od dawna wysuwany przez przedsiębiorców postulat – ale o ile zapowiedź podwyższania pensji minimalnej jest konkretna, to zapowiedź Morawieckiego – nie. Nie bardzo nawet wiadomo, czy miałoby to dotyczyć wszystkich przedsiębiorców, czy tylko wybranych.

Zresztą nawet gdyby sprawa składek ZUS została załatwiona po myśli przedsiębiorców, to i tak ustawowe podwyższanie minimalnego wynagrodzenia będzie miało morderczy skutek dla mniejszych biznesów. Dziś przeciętne wynagrodzenie wynosi ponad 5 tys. zł. Nawet wziąwszy pod uwagę jego ewentualny wzrost – przy założeniu stałej koniunktury, co wcale nie jest pewne – i hipotetyczną inflację, minimalne wynagrodzenie planowane na 2023 r. wygląda na tym tle wręcz absurdalnie – miałoby przecież wynieść ponad 80 proc. obecnej przeciętnej pensji!

Kaczyński nie wspomniał, co zrozumiałe, o dwóch skutkach tych zapowiedzi. Pierwszym musi być nieuchronny wzrost inflacji, która i tak rośnie, zjadając część socjalnych transferów. Drugim jest, że te szczodre plany nie obciążą przecież budżetu państwa, ale przedsiębiorców. Innymi słowy – PiS kupuje sobie wyborców cudzymi pieniędzmi (po raz kolejny zresztą).

Z wystąpienia Kaczyńskiego wynika jasno, kto jest w sferze zainteresowania PiS, a kto nie. Przede wszystkim są w niej osoby, dla których socjal w różnej formie jest dzisiaj głównym sposobem na podwyższenie poziomu życia. PiS hoduje sobie coraz większą grupę wyborców uzależnionych od jego skrajnie socjalistycznego kursu na agresywną redystrybucję. W orbicie zainteresowania mieszczą się także emeryci oraz pracownicy etatowi.

Komu zaś Kaczyński okazuje ostentacyjnie brak zainteresowania? Przede wszystkim przedsiębiorcom, którzy mają jedynie opłacać obietnice partii rządzącej, ale także wszystkim tym, dla których – dzięki ich własnej pracy, wykształceniu, samozaparciu – socjalne prezenty od PiS są jedynie dodatkiem, bez którego mogą się obyć. To grupa, która ma pełną świadomość, że już jest dla rządzących dojnymi krowami, a będzie jeszcze bardziej – nawet jeżeli jakaś część pieniędzy potem do nich wraca.

Gra partii rządzącej jest czytelna. Jak największa grupa wyborców ma zostać zmobilizowana kolejnymi obietnicami. Nie idzie o odebranie elektoratu komukolwiek, ale o to, żeby sympatycy nie pozostali w domach. Niewykluczone jednak, że tutaj rządzące ugrupowanie przesadziło. Może się bowiem okazać, że zapowiedzi Kaczyńskiego będą mieć bardzo umiarkowane działanie mobilizujące – w końcu, z punktu widzenia wyborców PiS, to po prostu kolejne socjalne prezenty – za to jak płachta na byka zadziałają na tych, którzy mają dość bycia traktowani jak skarbonka Prawa i Sprawiedliwości. Tylko kto oferuje im rozsądną alternatywę? Koalicja Obywatelska, mówiąca o darmowym internecie i godzinie oczekiwania na SOR? Wolne żarty.

Kaczyński oznajmił, że celem PiS jest budowa państwa dobrobytu. Lecz państwa dobrobytu – którego trwałość też zresztą budzi wątpliwości – budowały swój kapitał i szacunek dla gromadzących go ludzi przez dziesięciolecia. PiS chce to zrobić na skróty, popychając nas na ścieżkę, która najpewniej skończy się przepaścią. A wtedy pozostanie zrobić krok do przodu…

„Pan minister kultury, profesor doktor habilitowany Piotr Gliński błysnął olśniewającym dowcipem. Jednak do pana prezydenta ciągle mu daleko” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „Gazety Wyborczej”. Całą dobę Glińskiemu zajęła analiza wczorajszej konwencji Koalicji Obywatelskiej i oto, do jakiego doszedł wniosku: – „Obejrzałem konwencję pana Schetyny: nie będzie smogu, nie będzie powietrza, nie będzie suszy, nie będzie deszczu, nie będzie niczego…”.

Do „żarciku” Glińskiego odnieśli się też inni internauci: – „Panie Gliński, dla dobra wszystkich powinien Pan zostać w tablecie Kaczyńskiego”; – „Pan ponoć od kultury. Ładnie tak zmyślać?”; – „Nie będzie promów, przekopów, samochodów elektrycznych, szpitali, Janowa. Deszczu też jakby na lekarstwo. Za to są miliony dla Rydzyka, miliardy na propagandę. Lodołamacz sklejony taśmą powinniście mieć w logo”;

„Za to mamy kolekcję Czartoryskich, kosztującą nas podatników 500.000.000 PLN, której i tak nie mogli właściciele sprzedać, i miliony przesłane do toruńskiej sekty”; – „Jednak brat miał rację – idiota”.

Oto krótki i przetestowany w praktyce instruktaż

Będzie to opowieść o nieszczęśliwym, rozdartym kraju, którego ludność, dzieli się na dwie części, różniące się tak, jakby żyły na innych planetach.

Jedna część, na ogół lepiej wykształcona i zamożniejsza, zamieszkuje wielkie miasta, a zwłaszcza stolicę. Ta część populacji od pokoleń stanowiła fundament tutejszej polityki. To z tej właśnie grupy od niepamiętnych czasów wywodziły się elity polityczne i społeczne. Po nastaniu demokracji to jej przedstawiciele zakładali najważniejsze partie polityczne, stawali na ich czele, rywalizowali w wyborach i sprawowali władzę. Nazwijmy tę grupę „obozem żółtych koszul”.

Druga część populacji, w statystycznej większości niewykształcona i biedna, zamieszkuje głównie prowincję. Umówmy się, że dla odróżnienia od wielkomiejskiej klasy średniej jej znakiem rozpoznawczym będą czerwone koszule.

Ten stan trwał przez długie lata: żółte koszule stanowiły elitę, a czerwone koszule – lud. Aż pojawił się w polityce tego kraju człowiek przebiegły, cyniczny i żądny władzy, który postanowił podsycić istniejący od dawna podział i wykorzystać go do swoich celów. Nie chodziło mu o ułatwienie awansu z szeregów ludu do cywilizacji wielkomiejskiej ani o zbudowanie harmonijnie rozwijającego się społeczeństwa, lecz o stworzenie bazy społecznej dla swoich autorytarnych rządów. Jedyną bowiem jego miłością i obsesją była władza i związane z nią benefity. Postanowił więc pogłębić podziały i zaostrzyć antagonizmy klasowe.

Choć sam był typowym przedstawicielem świata żółtych koszul, po zwycięskich wyborach zaczął pozować na wielkiego przyjaciela ludu i zaczął mu dawać hojne prezenty. Łatwo sobie wyobrazić zachwyt prostych i biednych wieśniaków, gdy każdy z nich zaczął od państwa regularnie dostawać worek ryżu. Rozdęte programy socjalne, usługi edukacyjne, służba zdrowia (cóż z tego, że marna – ważne, że darmowa) – wszystko to pozwalało liderowi czerwonych koszul pozować na wielkiego przyjaciela ludu.

Tymczasem w kręgu żółtych koszul narastał bunt. Ta wykształcona, wielkomiejska część społeczeństwa widziała, że populistyczne rządy łamią wszelkie zasady przyjęte w cywilizowanym świecie. Że budżet na dłuższą metę nie wytrzyma takiego rozdawnictwa. Że rządzący tworzą skorumpowaną kastę, która zagarnia coraz więcej władzy, przywilejów i pieniędzy. Że łamią konstytucję. Że bogacą się bez opamiętania. Że rozdają stanowiska krewnym i znajomym Królika. I tak dalej.

Zaogniający się konflikt przybrał wręcz charakter zimnej wojny domowej. Tylko kwestią czasu było jej przekształcenie się w wojnę gorącą. W końcu na ulice wyszło wojsko i odebrało władzę populistom.

Jednak, gdy odbyły się wybory, lud ponownie zagłosował na czerwone koszule. Wprawdzie ich wódz, oskarżony o przestępstwa korupcyjne, uciekł w międzyczasie za granicę, ale na czele nowego rządu stanęła jego siostra, która natychmiast przygotowała projekt ustawy amnestionującej brata. Zdominowany przez czerwone koszule parlament uchwalił tę amnestię – i wtedy żółte koszule ponownie wyszły na ulice. W odpowiedzi czerwone koszule też się zmobilizowały. Doszło do wielotygodniowych demonstracji i ulicznych starć. Po obu stronach były ofiary śmiertelne.

W końcu znowu interweniowała armia, która przejęła władzę. Wojna domowa skończyła się – ale skończyła się też demokracja. Władzę sprawuje wojsko, a kraj jest izolowany na arenie międzynarodowej, bo nikt nie chce się zadawać z państwem rządzonym przez juntę.

No więc właśnie. Taka sytuacja.

Aha, zapomniałem powiedzieć, że ten kraj nazywa się „Tajlandia”.

Osądzić Kościół, nie pozwolić mu stać ponad prawem

15 Maj

Kolejny, który idzie w zaparte i udaje, że nie ma problemu pedofilii w polskim kościele. To ksiądz Sławomir Marek, proboszcz parafii w Stanowicach na Dolnym Śląsku.

Duchowny wyrobił sobie opinię o filmie, choć nawet go nie obejrzał. Po co, jeśli on i tak wie, że „w filmie WSZYSCY zboczeńcy to księża. w życiu 1 na 1000… Nie będę oglądał tego gniota, bo nie ma tam dziennikarzy, lekarzy, sędziów itd. A zboczonych księży nie bronię”.

Ksiądz Marek należy do tych, którzy usiłują przekonać opinię publiczną, iż pedofilia w kościele to tylko malutki margines, a tak naprawdę problemem są ci, którzy „dziś walczą z pedofilią Sekielski, Morozowski, Kopacz, Schetyna i Biedroń… promując pederastię, aborcję, upadek sztuki i moralności. Chodzą w pochodach dla zboczeńców a przechodząc koło kościoła głośno krzyczą no pasaran! Żałosne to i tyle!”.

Kiedy jedna z internautek zareagowała na wpisy księdza, ten w swej odpowiedzi przekroczył wszelkie granice, pisząc „A pani jest wstyd za prostytutki z Grójca??? powinno pani być przecież jest pani kobietą! mało tego jako kobieta jest pani potencjalna prostytutką”.

Reakcja Diecezji Świdnickiej była natychmiastowa. Ksiądz Marek obiecał panować nad swoimi emocjami, a „Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, iż Ksiądz Proboszcz Parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stanowicach po rozmowie z Księdzem Biskupem Ignacym Decem, Biskupem Świdnickim, przeprasza wszystkich, którzy mieli prawo poczuć się tymi wypowiedziami urażeni”.

Prawdziwą burzę wywołał na Twitterze artykuł Jacka Karnowskiego („Jażdżewski „antycypował”? Dobry żart. Scenariusz jest więcej niż precyzyjny, to poważna operacja socjotechniczna”),opublikowany w portalu wpolityce.pl, który nawiązując do obecnej kryzysowej sytuacji w polskim Kościele, znalazł proste jej wytłumaczenie:

„Scenariusz jest więcej niż precyzyjny: najpierw Jażdżewski, z błogosławieństwem Donalda Tuska, przygotowuje grunt, później profanacje Matki Bożej Jasnogórskiej, a teraz film Sekielskiego i towarzysząca mu histeria z elementami zorkiestrowanej nagonki” – pisze Karnowski.

Następnie pomijając sedno sprawy i tragedię ofiar ludzi Kościoła, autor insynuuje: „Tu chodzi o sprzężenie zmiany kulturowej, cywilizacyjnej, ze zmianą polityczną…”

Przenosząc się z kolei na Twittera Karnowski apeluje do społeczeństwa: „Najbliższa niedziela to będzie ważna data w historii Polski. Nie zawiedziemy naszych kapłanów, i będziemy tam, gdzie należy być w niedzielę, prawda? Nie zagramy w scenariuszu Sorosa, prawda? PODAJ DALEJ” –zwraca się do użytkowników portalu.

W odpowiedzi, na Twittere zawrzało:

„Ci co pójdą do kościoła, pójdą do kościoła. I nie zagrają tym ani w scenariuszu Sorosa, co jest czystym kretynizmem, ani w scenariuszu Kaczyńskiego/Karnowskiego” – zareagował Tomasz Lis.

„Kompletna kpina z wiernych. Tak jak gdyby chodzenie do Kościoła nie było pójściem na spotkanie z Bogiem, ale manifestacją tego albo owego. Wyjątkowy cynizm plus wredny emocjonalny szantaż” – dodał w innym wpisie szef Newsweeka.

Nie zawiedli w tej polemice duchowni: „Co to znaczy: idźmy się pomodlić, nie zawiedźmy naszych kapłanów?” – napisał o. Grzegorz Kramer „Eucharystia jest jakimś manifestem poparcia? Na serio chce Pan teraz rozgrywać świat Eucharystią? Na serio uważa Pan, że za pedofilami w sutannach stoi mityczny Soros? Przecież to jest kpina z ofiar.”

„… to jest potwierdzenie tego, czego tak się wypiera kościół i PiS – że żyją w symbiozie, obleśnym konkubinacie. PiS sponsoruje kościół i systemowo ukrywa kościelne brudy a kościół gna owieczki do urn wyborczych. W oparach antysemityzmu, walki z LGBT i neofaszyzmu” – zareagował na to Paweł Kania,

a Mszwed mocno podsumowuje tę dyskusję:

„Jesteśmy 4 dni po emisji „Tylko nie mów nikomu”. Dowody są bardzo mocne. Osób, które czują się odpowiedzialne w ramach episkopatu – zero. Nikt. Liczba dymisji – zero. Wierni powinni raczej pokazać KK żółtą kartkę i w niedzielę zostać i pomodlić się w domu zamiast w kościele”.

Dostaje się też przy okazji osobiście samemu autorowi:

„Jesteś przykładem tego, jak nisko może upaść dziennikarz dla paru groszy. Przypominam, że twarz ma się jedną, co w zawodzie dziennikarza jest dość istotne. Chyba zostanie wam tylko tv Republika albo Trwam. Niestety obie chyba nie będą tak hojne, jak podatnik” – skomentowała postawę autora Agnieszka Kobylarz, a Andrzej Jeczen rozwiewa jej ewentualne wątpliwości:

„Karnowski akurat ma dwie twarze. Nigdy nie wiem, kto jest kto :)” – ocenił.

Marek Lisiński, prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się” powiedział w środę w „Rozmowie Piaseckiego”, że „instytucji Kościoła nic nie oczyści”. „Im trzeba wszystko wyrwać” – ocenił, mówiąc o potrzebie społecznej i politycznej presji. Podkreślił, że „dopiero wtedy Kościół daje jakieś dokumenty…”

Odwołał się do przykładu Stanów Zjednoczonych, przypominając, że w zeszłym roku sąd w Pensylwanii opublikował raport, w którym opisał przypadki molestowania seksualnego w tamtejszym Kościele katolickim i niewiele to pomogło, bo w dalszym ciągu ukrywa akta, boi się pokazania skali zjawiska. „W Polsce jest podobnie” – ocenił prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się”.

Pytał „gdzie do tej pory byli hierarchowie”. „Dlaczego do tej pory dawali przyzwolenie na to, a wiedzieli doskonale o tym, co się dzieje w Kościele?”

Opowiadał, że teraz do fundacji dzwonią ludzie, skarżąc się, iż 20, 10 lat temu zgłaszali swoje problemy do lokalnych biskupów, a oni pozostawali na to głusi. „Mamy dowody, że biskupi ukrywali (przypadki nadużyć seksualnych – red.) i przenosili (księży – red.)” – powiedział.

Lisiński pytany, czy spodziewa się, że teraz nastąpi jakiś zwrot w podejściu do pedofilii w Kościele, ocenił, że „wszystko będzie inaczej wyglądało, ale w społeczeństwie” i wielką zasługę przypisał w tym względzie braciom Sekielskim.

Powiedział, że ludzie już mają odwagę mówić, co ich spotkało.

Mówiąc o danych dotyczących pedofilii w polskim Kościele przedstawionych przez Konferencję Episkopatu Polski 14 marca stwierdził, że te liczby są dalekie od prawdy. „Nie ma to przełożenia na to, co mamy (w zgłoszeniach – red.) w fundacji” – oświadczył.

Jak powiedział, obawia się, że na tysiąc księży, „10 procent” ma na sumieniu nadużycia seksualne.

Jego zdaniem, „95 procent przypadków nie było zgłoszonych, a jedynie 5 procent”.

W tej sytuacji uważa, że „skali zjawiska pedofilii w Kościele nikt nie zbada, dopóki nie powstanie niezależna komisja” i dlatego mówi: „chcemy powołania komisji eksperckiej (…) Chcemy, żeby ta komisja miała nawet uprawnienia prokuratorskie”.

Uważa, że powinno się „zmienić wewnętrzne prawo tak, żeby ofiary miały wgląd w akta” i że nie jest rozwiązaniem wydalenie księdza ze stanu kapłańskiego oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. „Oni trafiają w różne miejsca. A też nie wiemy, czy nie trafiają do Brazylii, Afryki (…) czy Dominikany” – zauważył.

Lisiński oczekiwałby ponadto oddania się biskupów do dyspozycji papieża, bo uważa, iż „na pewno dałoby to poczucie ofiarom, że Kościół zareaguje w taki sposób, jaki one oczekują”.

Powiedział, że spodziewa się, iż Kościół utworzy fundusz, żeby wypłacać zadośćuczynienie ofiarom.

„Wg IMF polska gospodarka po raz pierwszy w historii jest większa od szwedzkiej, nasz PKB to 586 mld US, Szwecji 551. Rozwój jest dla nas najważniejszy” – napisała pani Szydło na Twitterze, podkreślając w jak dobrym Polska zmierza kierunku – oczywiście pod rządami PiS i że „to pomaga polskim rodzinom”.

Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego są jak najbardziej prawdziwe, ale była premier nie uwzględniła ważnych szczegółów.

Sęk w potraktowaniu wskaźnika PKB.

Uwzględniając ten sam wskaźnik w przeliczeniu na głowę mieszkańca jednego i drugiego kraju, okazuje się, że pani Szydło uciekła się do nieprzyzwoitej manipulacji, którą wytknęli jej internauci.

Zwrócili oni uwagę na fakt, że w Szwecji żyje niecałe 10 mln obywateli, zaś w Polsce mieszkańców jest aż 38 mln.

Faktycznie według wskaźnika PKB per capita – prezentowanego na stronie Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2018 r.- w Szwecji to 53 870 dol. na mieszkańca, zaś w Polsce to zaledwie 15 430 dol. Ciekawe jak pani Szydło zechce wytłumaczyć tę wpadkę?

Powołajmy do życia niezależną komisję do sprawy zbadania rozmiarów i skali pedofilii w Kościele, a później postawmy przestępców w sutannach przed sądami. Tego wymaga szacunek do ofiar.

Nie istnieje w Polsce grupa społeczna czy zawodowa, nie istnieją ludzie, którzy w sytuacji takiej, jak pokazana w filmie „Tylko nie mów nikomu”, mogliby pozostać bezkarni. Nie pójść do więzienia. Oprócz księży. Oprócz biskupów. O tym, jak bardzo Kościół stoi ponad prawem, świadczy fakt, że tak przyzwyczailiśmy się do rzeczy kompletnie nienormalnych i bezprawnych w funkcjonowaniu tej instytucji, że już nawet nie zwracamy na nie uwagi, przestaliśmy je zauważać.

Wiele wymiarów działań Kościoła to kompletna patologia, którą, o zgrozo, traktujemy jak zwykłą codzienność.

Wyobrażacie sobie na przykład, że w mojej redakcji działa szajka pedofilów, wychodzi to jaw i okazuje się, że ja, podobnie jak większość pracowników stacji, o tym wiedziałam i pomagałam kryć sprawcę moim milczeniem? Że mój szef, zamiast wyrzucić pedofilów z pracy i zgłosić sprawę policji, po prostu przeniósł ich do gdańskiego albo krakowskiego oddziału firmy, gdzie pedofile nadal bezkarnie gwałcili dzieci?

I że po tym wszystkim, po wyjściu sprawy na jaw, wszyscy mówią: – „Liczymy na to, że Superstacja sama się oczyści, że stworzy specjalną komisję złożoną z pracowników Superstacji do zbadania przestępstw swoich kolegów i swoich szefów?”. Że prezes Superstacji robi konferencję prasową, na której ogłasza, że ujawnienie tej sprawy to atak na media i wolność prasy? Że pyta, jakie właściwie intencje mieli ci, którzy ośmielili się ujawnić te przestępstwa? Że on sam nie traci pracy i nie trafia do aresztu? A później do więzienia? Że dziennikarze, którym udowodniono pedofilię nadal pracują? I pouczają opinię publiczną o tym, co jest słuszne? A policja i prokuratura, mimo, że znają nazwiska przestępców z mikrofonami i ich szefów, którzy te przestępstwa kryli, nie robią kompletnie nic?
Wyobrażacie sobie, że ci pedofile z mojej redakcji mogliby pozostać na wolności?
Nie. Prawda? Bo to jest niewyobrażalne.

Nie istnieje w Polsce grupa społeczna czy zawodowa, nie istnieją ludzie, którzy w takiej sytuacji mogliby pozostać bezkarni. Nie pójść do więzienia.

Oprócz księży. Oprócz biskupów. Wiecie, co to jest pomocnictwo? W prawie karnym pomocnictwo jest jedną z form popełnienia przestępstwa, polegającą na ułatwieniu innej osobie popełnienia czynu zabronionego. Kodeks karny wyraźnie mówi, że pomocnictwo jest zachowaniem umyślnym, karanym tak samo surowo jak sprawstwo. Pomocnictwo może przybierać różne formy: działania lub zaniechania działania, może być aktywną pomocą w zbrodni lub po prostu chronieniem zbrodniarza poprzez milczenie, ułatwienie i pomoc w ukryciu się lub/i uniknięciu kary. Pomocnictwo zachodzi także wtedy, gdy poprzez swoje milczenie i ochronę ułatwia się komuś popełnianie kolejnych przestępstw.

I najważniejsze: w przypadku, kiedy rola osoby ułatwiającej innemu popełnienie czynu zabronionego była tak istotna, że bez jej udziału przestępstwo nie byłoby możliwe.

Zgodnie z art. 200 Kodeksu karnego uprawianie seksu z małoletnim poniżej lat 15 roku życia, nakłanianie go do poddania się innym czynnościom seksualnym lub masturbowanie się w jego obecności jest zagrożone karą więzienia od 2 do 12 lat. W artykule 200 b jest nawet mowa o tym, że za same wypowiedzi przychylne pedofilii lub w jakiś sposób ją propagujące można iść do więzienia nawet na 2 lata.

To wszystko oznacza, że nie tylko księża gwałcący dzieci, ale wszyscy biskupi, o których wiemy (a po raporcie Fundacji Nie Lękajcie Się i dokumencie braci Sekielskich znamy częściowo ich nazwiska), powinni stanąć przed sądem, a po udowodnieniu im winy i skazaniu trafić za kratki. To oznacza, że powinni tam również trafić pracownicy, duchowni i świeccy, ze wszystkich parafii i diecezji, którzy nie zgłosili na policję wiadomych sobie przypadków pedofilskich zachowań wśród księży (wiemy, że takie diecezje były, bo biskupi wprost przyznali to na niesławnej konferencji prasowej Episkopatu Polski).

To także oznacza, że prokuratura ma obowiązek zbadać, czy słowa arcybiskupa Michalika: – „Słyszymy nieraz, że często wyzwala się niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego wciąga” – nie były usprawiedliwianiem i propagowaniem pedofilii. A słowa księdza Ireneusz Bochyńskiego, rektora kościoła akademickiego Panien Dominikanek w Piotrkowie Trybunalskim, na co dzień pracującego z dziećmi i młodzieżą (!): – „Postawienie tezy, że czasem dzieci prowokują do czegoś, nie jest tak do końca bezpodstawne. (…) Mamy dzieci dziesięcioletnie i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia. Same wchodziły do łóżek dorosłych, chcąc być spełnionym. I to był wybór dziecka” – czy nie są pochwałą pedofilii i jawnym nawoływaniem, namawianiem do niej? Czy po takiej wypowiedzi policja i prokuratura nie powinny wziąć tego księdza pod lupę i zmusić go, że opowiedział o tych dorosłych, o których wie, że dziesięcioletnie dzieci wchodziły im do łóżek?

Nie mówiąc o tym, że te słowa brzmią, jakby sam miał pedofilskie inklinacje i moim zdaniem, nikt przy zdrowych zmysłach po tej wypowiedzi nie zostawiłby z nim dzieci sam na sam i nie pozwolił mu z dziećmi pracować.

Tymczasem ani arcybiskupowi Michalikowi, ani księdzu Bochyńskiemu, ani żadnemu innemu księdzu, który wiedział o przypadkach pedofilii i nie zawiadomił o nich organów ścigania nie spadł włos z głowy. Funkcjonariusze Kościoła katolickiego stoją w Polsce ponad prawem, łamiąc konstytucyjną zasadę równości obywateli wobec prawa, podobnie zresztą jak policjanci i prokuratorzy, którzy im na to pozwalają, mimo że przepisy zobowiązują ich do działania i do traktowania duchownych tak samo, jak wszystkich innych obywateli.

Prawda jest taka, że przed ową, słusznie postulowaną niezależną komisją do sprawy zbadania rozmiarów i skali pedofilii w Kościele, powinni stawać nie tylko księża i biskupi, ale także policjanci i prokuratorzy, którzy mając informacje, choćby z mediów, o możliwych przestępstwach duchownych, nic w tych sprawach nie zrobili. Lub politycy, którzy zabraniali im podejmowania takich działań – bo taka wersja zdarzeń także powinna być brana pod uwagę.

Kościół katolicki w Polsce jest głęboko zdegenerowaną i zdemoralizowaną instytucją, dla której nie ma już najmniejszej nadziei na samodzielną poprawę, a dowodzą tego systemowe, konsekwentne i wieloletnie działania: popełnianie przestępstw przez księży i celowe ich ukrywanie oraz ochronę sprawców przez biskupów.
Mało tego – Kościół nie powinien mieć szansy na samodzielną poprawę poza państwowym systemem wymiaru sprawiedliwości, ponieważ nie ma jej żadna inna instytucja. Zgodnie z polskim prawem, każdy przestępca musi zostać osądzony i skazany, ksiądz i biskup też. Skończmy więc z bezprawiem i zacznijmy traktować księży i biskupów tak, jak wszystkich innych obywateli. Powołajmy do życia komisję, a później postawmy przestępców w sutannach przed sądami.

Tego wymaga szacunek do ofiar. Tego wymaga prawo i sprawiedliwość.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Pisowcy popuszczają po butach, szykuje się wyborczy wpieprz

10 Maj

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże nie są wiarygodne dla Beaty Mazurek. „Ten »wzrost« poparcia dla KE musi mieć mocne podstawy. Prawdopodobnie jest to wynik blamażu Jażdżewskiego i Tuska oraz brutalnego ataku na Kościół i wizerunek Matki Bożej. Pewnie Cimoszewicz odjeżdżając z miejsca wypadku dołożył swoje. Śmieszny sondaż” – napisała w swoim stylu polityczka.

Kontrowersyjny post Mazurek skrytykowany został przez internautów. Rzeczniczce rządu odpisał m.in. Krzysztof Bukiel, lekarz i przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Lekarzy. „A może to, że »polski pacjent« umiera w kolejkach do leczenia, a pieniądze publiczne szerokim strumieniem płyną na wszystko inne, tylko nie na zdrowie?” – napisał pochodzący ze Szczecina doktor.

Dzisiejsza okładka „Super Expressu” wywołała niemałe emocje. Przypomnij, że na okładce tabloidu umieszczono napis „Morawiecki adoptował dwoje dzieci” i zdjęcie przedstawiające premiera wraz z dwójką pociech.

Informacje podane przez dziennik mają pochodzić z książki „Delfin” autorstwa Jakuba i Piotra Gajdzińskich.

„Super Express” został mocno skrytykowany przez przedstawicieli innych mediów oraz polityków wszystkich opcji politycznych. Zdaniem dziennikarzy portalu natemat.pl sprawa może być jednak polityczną ustawką.

Redakcja internetowego portalu miała dotrzeć do jednego z polityków PiS, który stwierdził, że treść okładki dzisiejszego numer „SE” została uzgodniona z głównym zainteresowanym.

Sytuacja wzbudziła również reakcje ze strony innych dziennikarzy. „Pan Dworczyk udaje, że nie wie, iż sprawę rozdmuchał tabloid? Notabene bardzo przychylny obozowi władzy? O adopcji pisała w 2016 »Gazeta Wyborcza«, trudno więc mówić o naruszeniu jakiejś wielkiej tajemnicy. Czy to uprawdopodobnia tezę o PR-owej zagrywce? Jak uważacie?” – zapytała na swoim Twitterze dziennikarka telewizyjna Hanna Lis.

Także publicysta „Gazety Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skomentował zamieszanie. „W sierpniu 2016 r. w obszernej sylwetce @MorawieckiM autorstwa Witolda Gadomskiego pisaliśmy o adoptowanym dziecku premiera. Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję” – stwierdził Wieliński.

Liczni internauci wskazują, że tabloid częściowo utrzymuje się z reklam Skarbu Państwa i od dłuższego czasu jest powiązany z PiS-em. Krytycy wskazują, że gazeta zwyczajnie nie odważyłaby się na taką publikację bez zezwolenia z góry.

W jutrzejszym numerze „SE” ma ukazać się wywiad z szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michałem Dworczykiem. Część wywiadu udostępniona została na Twitterze przez Grzegorza Zasępę, redaktora naczelnego bulwarówki. Dworczyk w swoich wypowiedziach nie zaatakował dziennikarzy odpowiedzialnych za dzisiejsze wydanie „SE”, oberwało się za to autorom książki „Delfin”… Czy ta sprawa faktycznie ma drugie dno?

„Z dużym zaniepokojeniem zauważyliśmy wczoraj na stronach sejmowych projekt ustawy o budowie Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. W naszej ocenie, w ocenie władz miasta Gdańska, jest to kolejna próba przejęcia Westerplatte dla celów bardzo jasno określonych, dla celów politycznych” – mówi na filmiku dodanym przez siebie na Twitterze Aleksandra Dulkiewicz.

„Złożyła ten projekt grupa posłów na czele z posłem Kazimierzem Smolińskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości z województwa pomorskiego. Nie wiemy oczywiście, jaka będzie droga Sejmowa tego projektu ustawy. Natomiast dzisiaj ja jako prezydent miasta Gdańska mogę wyrazić głębokie zaniepokojone, że tylnymi drzwiami, skróconą ścieżką legislacyjną prowadzoną przez grupę posłów, próbuje się zabrać gdańszczankom, gdańszczanom, Polkom i Polakom Westerplatte pod określone cele polityczne” – kontynuuje prezydent Gdańska.

Inicjatywa posłów PiS to kolejna już próba zmierzająca do zawłaszczenia historii Trójmiasta. Obecne działania partii rządzącej poprzedziły już propagandowe manewry prowadzone wokół Muzeum II Wojny Światowej oraz Placu „Solidarności”.

Opisywany przez Dulkiewicz projekt ma zakończyć się budową na Westerplatte punktu należącego do pisowskiego Muzeum II Wojny Światowej.

„Pomimo 79 lat, jakie upłynęły od pierwszych strzałów oddanych z pokładu niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein do polskich żołnierzy stacjonujących w Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Westerplatte nie zostało zagospodarowane w sposób adekwatny do swojej ogólnonarodowej rangi oraz międzynarodowego znaczenia” – czytamy na łamach projektu ustawy „O inwestycjach w zakresie budowy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 – Oddziału Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

>>>

Po nabożeństwie z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej i uroczystym złożeniu kwiatów u stóp pomnika ofiar tej tragedii, na pl. Piłsudskiego w Warszawie, na monument wspiął się mężczyzna pragnący rozwinąć na szczycie transparent i krzyknął w stronę Kaczyńskiego: „Kiedy wreszcie skończysz tę szopkę? Dziewięć lat, kiedy przestaniesz oszukiwać ludzi; gdzie jest wrak?”

Arkadiusz Sz. działacz organizacji Obywatele Solidarni w Akcji (OSA), został zatrzymany przez policję.

Jak ustalił FAKT24 wcześniej organizował on „kontrmiesięcznice” smoleńskie w proteście przeciw wykorzystywaniu katastrofy do celów politycznych.

Przypomnijmy: 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 wiozącego delegację na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka, najwyżsi dowódcy wojska i ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz odniósł się do zatrzymania przez policję Elżbiety Podleśnej za przerobienie obrazu Matki Boskiej (kobieta domalowała tęczową aureolę).