Tag Archives: Krzysztof Tchórzewski

Pinokio Morawiecki z coraz dłuższym nosem

28 Gru

„Minister Tchórzewski zawierza Matce Boskiej całą energetykę. Urwaliście się z jakiegoś średniowiecznego skansenu”…

… mówił w piątek w Sejmie  poirytowany poseł PO Sławomir Neumann. „Wysokie ceny to wasza wina. Likwidujecie OZE, likwidujecie wiatraki. Zmuszacie spółki energetyczne do płacenia politycznych haraczy, doprowadzacie je do ruiny. PGE przez trzy lata straciła prawie 7 mld zł, a wszystkie cztery spółki straciły 13 mld zł przez waszą politykę” – zaznaczył Neuman.  I zwrócił uwagę: „ta ustawa jest przewidziana tylko na rok. Potem ceny mogą rosnąć”. Zarzucił PiSowi, że wprowadza ją tylko dlatego, iż jest to rok wyborczy. „To wasze kolejne oszustwo” – powiedział. Przypomniał, że za unijną polityką energetyczną opowiadał się Lech Kaczyński. „Ta debata to akt oskarżenia waszej polityki energetycznej z ostatnich trzech lat”. posumował.

W burzliwej atmosferze toczy się dodatkowa piątkowa debata sejmowa, która ma doprowadzić do wycofania się z zapowiadanej podwyżki cen prądu. Wystąpienie szefa rządu Mateusza Morawieckiego rozpaliło posłów opozycji do białości.

„ Jak macie czelność zwracać się teraz do Polaków?”-  powiedział premier  i zarzucił swoim poprzednikom, że w ciągu czterech lat ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych podniosły się o 50 proc. Podkreślił, że podwyżki cen prądu wynikają z wysokich kosztów emisji CO2, wynegocjowanych za tamtych rządów.

„My wprowadzamy bardzo konkretne rozwiązania” –  oświadczył i zapewnił, że doprowadzą one do utrzymania cen prądu na poziomie pierwszej połowy 2018 r.  Powiedział też, że „Samorządy chcą podnosić opłaty i wykorzystują podwyżki cen prądu, aby to zrobić. Nie dopuśćmy do tego, pilnujmy włodarzy!” – zaapelował premier.

„Co się panu stało panie premierze, że po koncyliacyjnych spotkaniach, po Świętach, wyszedł pan dzisiaj i nie tylko obrażał swoich konkurentów politycznych, ale też kontynuował kampanię kłamstw?”– zapytał retorycznie poseł PSL Marek Sawicki i zarzucił  Morawieckiemu, że skłamał mówiąc o skali wzrostu cen energii za rządów PO-PSL. „To co wzrosło za waszych rządów to import gazu z Rosji. Panie ministrze Tchórzewski czy panu nie wstyd, że finansujecie imperialną politykę Putina?” – zapytał ludowiec przedstawiciel PSL.

„Za waszych rządów po raz pierwszy po 1989 r. wzrasta emisyjność w Polsce. Co z projektem elektrowni atomowej” – pytał Sawicki. „Naprawiacie trzy lata nieudolności własnych rządów” – kończy Sawicki.

Z kolei wicemarszałek Stanisław Tyszka z Kukiz15 stwierdził, że tak naprawdę to posłowie nie wiedzą nad czym głosują. Zwrócił uwagę, że to wczoraj pojawiła się autopoprawka rządu licząca 12 stron. Tak nie można stanowić prawa. „Mamy do czynienia z próbą utrzymania władzy przez PiS” – ocenił Tyszka.

„Jeśli będziemy kontynuować waszą politykę, będziemy mieli niedługo najdroższy prąd w Europie” – ocenił Ryszard Petru z koła Teraz zarzucając rządzącym „To wy  zlikwidowaliście polskie elektrownie wiatrowe; Nie widać was w szpitalach, gdzie umierają ofiary smogu” – zakończył dramatycznie.

Neumann: PiS ponosi 100% winy za tak wysokie ceny energii elektrycznej w Polsce

Nie będziemy ludziom podwyższać rachunków. Będziemy głosować za tą ustawą. Pełna odpowiedzialność za podwyżki cen prądu, bo one i tak będą, będą dotyczyć samorządu, przedsiębiorstw, pełna odpowiedzialność to rządy PiS-u. Oni ponoszą 100% winę za to, że dzisiaj w Polsce mamy tak wysokie ceny energii elektrycznej” – mówił w rozmowie z Jackiem Żakowskim w Poranku Radia TOK FM przewodniczący klubu PO-KO, Sławomir Neumann. 

Neumann do PiS: Ludzie, wy się zachowujecie jakbyście byli siłą wyrywani z jakiegoś średniowiecznego skansenu

– Minister Tchórzewski nie daje za wygraną, idzie dalej. W sierpniu tego roku zawierza matce boskiej, cytuję, wszystkie sprawy energetyki. I liczy przy tym, cytuję, że ten akt pozwoli się polskiej energetyce unowocześnić oraz lepiej rozwijać. Ludzie, wy się zachowujecie jakbyście byli siłą wyrywani z jakiegoś średniowiecznego skansenu, naprawdę. Polska nie potrzebuje cudu, nie potrzebuje boskiego prądu, tylko taniego prądu– mówił Sławomir Neumann w Sejmie.

Ofiary pedofila Jankowskiego zdają się nie mieć końca

14 Gru

Do fundacji „Nie lękajcie się” zgłosiły się trzy kolejne ofiary księdza Henryka Jankowskiego. – Opisują, jak ksiądz Jankowski się przy nich masturbował czy dotykał ich w miejscach intymnych – mówi prezes fundacji w rozmowie z „Super Expresem”.

Jak informuje „Super Express”, do fundacji „Nie lękajcie się” od momentu nagłośnienia sprawy prałata Jankowskiego zgłaszają się kolejne ofiary, które opisują, że w przeszłości były przez niego molestowane.

Henryk Jankowski. Kolejne zarzuty o pedofilię

Zgłoszenia od kolejnych ofiar księdza Jankowskiego przychodzą do fundacji „Nie lękajcie się” między innymi w formie listów. Nie wszystkie z ofiar chcą ujawniać swoje dane osobowe. W ostatnich dniach do „Nie lękajcie się” zgłosiło się trzech mężczyzn z Gdańska, Anglii i Niemiec, którzy opisują, że byli przez niego molestowani.

– To trzech dorosłych mężczyzn, którzy na przełomie lat 80. i 90. mieli po kilkanaście lat – mówi prezes fundacji „Nie lękajcie się” Marek Lisiński w rozmowie z „Super Expressem”.

Jak dodaje, obaj należeli do parafii świętej Brygidy w Gdańsku, gdzie posługę pełnił Henryk Jankowski.

– Opisują, jak ksiądz Jankowski się przy nich masturbował czy dotykał ich w miejscach intymnych – precyzuje Lisiński.

Sprawa ks. Henryka Jankowskiego

Przypomnijmy, że 6 grudnia w „Dużym Formacie” ukazał się reportaż opisujący relacje ofiar wykorzystywanych seksualnie przez księdza Henryka Jankowskiego.

– Dopadł mnie, gdy szarpałam się z klamką. Dotykał piersi, powiedział, że pokaże mi, co to znaczy od tyłu. Wkładał ręce w majtki i próbował je zdjąć – relacjonowała wydarzenia sprzed lat jedna z bohaterek reportażu.

Również „Fakty” TVN dotarły do kobiety, która twierdzi, że była molestowana przez duchownego. – Każde z dzieci podchodziło i ksiądz Jankowski niektórych sadzał sobie na kolano, głaskał. (…) Pamiętam tylko, że mi wtedy włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę. Włożył mi wtedy rękę pod tę sukieneczkę i ściskał, dotykał moje pośladki – wspominała.

Ks. Henryk Jankowski zmarł w 2010 r. W latach 1970-2004 był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku, znany był przede wszystkim jako kapelan „Solidarności”. W związku z reportażem „Dużego Formatu” część mieszkańców Gdańska domaga się usunięcia pomnika prałata.

Jerzy Hausner był gościem Jarosława Kuźniara w „Onet Rano.”. Były minister gospodarki wyraził zaniepokojenie „upartyjnieniem prokuratury”. – Psucie naszego państwa postępowało za czasów różnych rządów. Bardziej lub mniej, ale to działanie to już niszczenie państwa, jego podstaw. Jestem tym przygnębiony – mówił Hausner. – Sytuacja jest naprawdę niebezpieczna. „Dobra zmiana” zafundowała nam daleko idące zmiany instytucjonalne, które prowadzą nas w kierunku antydemokratycznym i niepraworządnym – dodał.

Po tym wywiadzie powinno rozpaść się państwo. Bo to nie był tylko wywiad z urzędnikiem skazanym na skatowanie za uczciwość. To było powiedzenie wprost gdzie żyjemy.

W kraju rządzonym przez polityczne mafie z Wołomina, Pruszkowa, Wiejskiej. SKOK założył senator PiS-u , zarządzał Wołominem facet z WSI, korzystali z kasy politycy różnych partii. W pomniejszeniu struktura Polski. Rządzą nami mafiozi i pedofile stawiający sobie pomniki albo kościoły.

Gdybyśmy nie byli w UE musielibyśmy prosić pisowskich bezpiekoli o wydanie paszportu. Demokrację łatwo rozwalić w kraju, gdzie jej prawie nigdy nie było. Stąd 40 % poparcia dla głupoty i bezprawia. Starczy go na 200 lat jak i węgla.

Ziobro bez obciachu oskarża ofiarę – rozjuszyła morderców tropiąc ich przestępstwa. Zabijając uczciwego, wymierzyliby słuszną karę, jak obłąkany prokurator.

Smog to opary trucizny politycznej i moralnej produkowanej przez rządy wolnej Polski, to nasze pierdy z zaczadzonych głów. Więc czapki z głów panowie, a panie się nie liczą.

Ciekawie w świetle ujawnionych taśm Leszka Czarneckiego, na których wyraźnie słychać propozycję szefa KNF, obiecującego w zamian za zatrudnienie jego człowieka pomoc w rozwiązaniu problemu banku, wygląda dzisiaj relacja pana Solarza z przedstawicielami władzy.

Zacznijmy najpierw od pana Kowalczyka, człowieka, którego chciał wcisnąć do banku Czarneckiego –  Marek Chrzanowski i to z pensją, która miała zamknąć się ostatecznie w kwocie ok. 40 mln. zł. Okazało się, że od pewnego już czasu pan Kowalczyk jest zatrudniony w radzie nadzorczej Plus Banku, należącego do Zygmunta Solorza. Kowalczyk początkowo zapierał się jakichkolwiek kontaktów z Chrzanowskim, w końcu jednak przyznał, że nową posadę otrzymał dzięki jego właśnie rekomendacji.

W tym samym czasie Solorz prowadzi rozmowy z państwem w sprawie transmisji danych w sieci komórkowej o częstotliwości 800 MHz. Spółka Sferia, należąca do Cyfrowego Polsatu nie tylko chce ją zarezerwować na okres 2019 – 2033, ale również złożyła wniosek o rozłożenie opłaty za tę rezerwację na 15 rat czyli po 115 mln rocznie.

12 października prezes UKE przyznał Sferii ową częstotliwość jednocześnie nakazując dokonanie całej opłaty w wysokości 1,7 mld zł do ok. połowy listopada. W dwa dni później Solorz spotyka się z premierem Morawieckim w Świątyni Opatrzności Bożej. Spotkanie to utrzymane było w tajemnicy, ale pod naciskiem dziennikarzy, rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska przyznała, że rzeczywiście do niego doszło, jednak jej zdaniem, tematem rozmowy były tylko obchody stulecia niepodległości.

15 listopada spółka Sferia złożyła ponownie wniosek o rozłożenia płatności za otrzymaną częstotliwość na raty, co automatycznie wstrzymało bieg terminu wpłaty owych 1,7 mld zł. Według Matwiejczuka z Polsatu, nie ma co szukać drugiego dna w tej sprawie, bowiem „płatności ratalne są czymś standardowym zarówno w sferze gospodarczej, jak i w życiu przeciętnego Polaka”.

Na pytanie, czy „spłata ratalna jest w UKE standardem” rzecznik UKE, Martin Stysiak, przyznał, że do tej pory rozkładanie płatności za częstotliwość na raty, nie było praktykowane. Tak na marginesie warto przypomnieć, że szefem UKE jest od września 2016 Marcin Cichy. Wcześniej kierował on biurem analiz Ministerstwa Cyfryzacji, gdzie zajmował Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju w dziedzinie cyfryzacji. Na stanowisko prezesa UKE powołała go Beata Szydło.

Czy to wszystko jest tylko zbiegiem okoliczności, czy pan Solorz „sprzedał się” obecnej władzy? Czy zastosowano wobec niego takie same procedury jak wobec Leszka Czarneckiego? Pojawia się sporo pytań. Obserwując zmianę postawy dziennikarzy Polsatu, ich linii politycznej, coraz lepsze relacje z przedstawicielami rządzącej partii, narasta przekonanie, że coś tu jest na rzeczy. Może więc rzeczywiście przypadek Czarneckiego nie był odosobniony?

Waldemar Mystkowski pisze o wyczynach Morawieckiego i pisowców.

Czy Jarosław Kaczyński, przewidując kolejne afery, zdecyduje się na przyspieszone wybory?

Mateusz Morawiecki nikomu nie wywrócił stolika, jak chcą niektórzy publicyści, odnosząc się do sejmowej bufonady premiera z wotum zaufania. Niezależnie od tego, jak wypadnie piątkowe wotum nieufności wobec niego, które zgłosiła Platforma Obywatelska, afera KNF nie zostanie zamieciona pod dywan. Walczący z mafijnymi układami w SKOK-ach Wojciech Kwaśniak niemal zapłacił życiem, dzisiaj jasno artykułuje, z jakimi osobnikami się mierzył. Zaś stając przeciw niemu Grzegorz Bierecki i Zbigniew Ziobro – bez umawiania się – mówią językiem przestępców z Wołomina.

Morawiecki swoją bufonadę przeniósł do Brukseli, gdzie o sporze z Komisją Europejską ws. Sądu Najwyższego i w ogóle sądownictwa w Polsce stosuje sztuczkę z wyciągniętą ręką. Premier uważa, że jedną nowelą PiS cofnął demolkę sądownictwa i oczekuje od Komisji Europejskiej, a w szczególności od wiceszefa KE Fransa Timmermansa wycofania skargi z Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki jednak mówi to do naszej publiki, bo na unijnych salonach podkula ogon, tam takie prostackie manipulacje nie działają.

PiS ma kłopot z podwyżką cen prądu, różne płyną na ten temat komunikaty, zarówno od ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, jak i spółek energetycznych. Podwyżki będą i to bardzo duże, zarówno dla przedsiębiorców, którzy już podpisują umowy na dostarczenie energii z nowymi cenami, jak i dla gospodarstw indywidualnych. W tej chwili mamy chaos informacyjny, ale to jest jedna z metod pisowskich.

Głowę może dać Tchórzewski i być zdymisjonowany, na kogoś trzeba zwalić winę. Może być jednak i tak, że PiS, przewidując kolejne afery, zdecyduje się na przyspieszone wybory i zechce z podwyżkami cen prądu przeczekać do okresu powyborczego. Tak pomyślana była sztuczka z wotum zaufania. Po nich choćby potop.

Jarosław Kaczyński nie może jednak spać spokojnie. Tadeusz Rydzyk całkiem poważnie myśli o starcie swojej partii w wyborach. Ruch Prawdziwa Europa kuma się z Ruchem Narodowym, z tego może powstać koalicja przypominająca neofaszystowski podmiot polityczny księdza Jozefa Tiso. Gdyby tak miało się stać, to Mateusz Morawiecki na 28. urodzinach Radia Maryja skakałby hopsasa w hołdzie ojcu dyrektorowi.

Nawet jeżeli ceny prądu nie zabiją PiS, to na pewno ich nie wzmocnią, bo elektrowstrząsy społeczne będą miały miejsce, gdyż Polacy obawiają się – i słusznie – że podwyżki cen prądu są nośnikami podwyżek cen w ogóle.

Подчинённый перед лицом начальствующим должен иметь вид лихой и придурковатый, дабы разумением своим не смущать начальство.

Piotr I Wielki

Pisowskie zbaranienie. Prezes między swymi baranami, które trzeba wybielić

13 Gru

Pan prezes ma – jak zawsze – rację. Aferzyści zdarzają się wszędzie. W każdej choćby najporządniejszej i najuczciwszej partii musi się trafić jakaś czarna owca. Takie prawo statystyki.

Ale nie znaczy to przecież, że na tej podstawie można mierzyć polityków i działaczy różnych politycznych opcji tą samą miarą. W formacji aktualnie rządzącej żadnych czarnych owiec wszak nie uświadczy, choćby ze świecą szukał. Pan prezes publicznie dał na to w Jachrance swoje słowo.

Gdzie się podziały w takim razie, owieczki o smolistej wełnie i takimż charakterze? Otóż to oczywista oczywistość, że wszystkie pasą się na polach Koalicji Obywatelskiej. Dobrze się jednak maskują, a część z nich usiłuje się nawet na siłę wybielić. Ale wiadomo, że to bezskuteczne. Partii aktualnie rządzącej i jej zwolennikom nie da się zamydlić oczu, a stado „totalsów”, nawet wymoczone w Vizirze, bielsze i tak już nie będzie!

Wprawdzie wrogowie polskości (czytaj: przeciwnicy partii rządzącej) bezczelnie wmawiają opinii publicznej, że niektóre barany z zagrody pana prezesa też są czarne, co – skądinąd – podpada chyba pod paragraf o szerzeniu nienawiści rasowej i w odpowiednim czasie na pewno zajmie się tym pan minister sprawiedliwości. Bo oczernienie choćby jednej niewinnej pisowskiej owieczki nikomu nie ujdzie bezkarnie.

Ale spokojnie. To wszystko są tylko nieudolne prowokacje, z definicji skazane na klęskę. Już rządzonych twardą ręką przez ministra sprawiedliwości prokuratorów w tym głowa.

Gorzej, że rzucająca się w oczy nieobecność czarnych owiec w stadzie PiS, zaczyna budzić niewygodne pytania, bo jak dotąd nie udało się też wskazać ani jednej z nich w obozie „totalsów”. Więc co – w związku z tym – z prawami statystyki?

Bo co pan prokurator generalny już, już dopada jakiejś farbowanej owieczki w zagrodzie KO, ta uporczywie twierdzi, że jest biała, a futro ma tylko lekko przybrudzone od smogu komunikacyjnego. Ciężko doprać, po prostu.

I rzeczywiście – niektóre plamy z medialnego błota schodzą z „platformersów” dopiero po maglowaniu w prokuraturze. A z wywabieniem innych trzeba czasami czekać aż na interwencję sądu. Niemniej, przepuszczone przez wyżymaczkę ministra sprawiedliwości opozycyjne owieczki wychodzą z tego zupełnie czyste. Znaczy – białe.

A czarne gdzie się podziały w takim razie? Przecież miało ich być – lekko licząc – jakieś pół platformerskiej zagrody! Tak przynajmniej wynikało z kampanii przedwyborczej PiS oraz ogłoszonego zaraz po wyborach „audytu”, który miał wyłapać je wszystkie i skutecznie izolować od reszty stada.

Ale wygląda na to, że ani rzeczony audyt, ani liczne kontrole wszystkich możliwych służb niewiele dały i czarnych opozycyjnych owiec ani widu, ani słychu. A jeszcze bezczelni „totalsi” sugerują, że wszystkie czarne barany polityki pochowały się w zagrodzie pana prezesa! Na razie w wyniku tych pomówień na PiS-owskiej łące wytypowano jednego kozła z KNF. Ofiarnego, jak się zdaje. Ale skóry innych owieczek pasących się przy tym samym żłobie i tak nie da się chyba uratować.

Co gorsza, nieudana próba zapędzenia w ten sam kozi róg niektórych platformerskich baranków skończyła się blamażem i jeszcze zwróciła uwagę publiczności na inny, znacznie zasobniejszy żłób w zagrodzie pana prezesa oraz biesiadujące przy nim spasione tryki. W świetle ujawnionych przy tej okazji faktów, ich futro wygląda na mocno nieświeże. No, niestety…

Partia pana prezesa podjęła zatem szeroko zakrojoną akcję masowego wybielania swoich owieczek, wspartą przez firmową Pralnię i Suszarnię: służby, media, kasę z budżetu i prokuraturę. Towarzyszą temu dyskretne zachęty do obywatelskiego demaskowania czarnych owiec opozycji oraz kubły darmowej smoły i błota do oddolnej akcji nurzania w nich stada „totalsów”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego. Suweren bowiem i tak wie swoje.

Bo wszak, żeby nie wiem co, aktualnej władzy i jej zwolenników nic nie przekona, że – by zacytować klasyka – białe owce z KO są białe, a czarne z PiS – czarne.

Po co więc było Morawieckiemu przedstawienie w parlamencie? Wniosek o wotum zaufania to dość nadzwyczajny środek. Szefowie rządu zwykle sięgają po niego w sytuacji głębokiego politycznego kryzysu, kwestionującego ich tytuł do sprawowania władzy. Morawiecki jak dotąd nie znalazł się w takim kryzysie. Wniosek o wotum miał mu jednak pomóc załatwić trzy sprawy. Po pierwsze, uciszyć opozycję przed debatą nad wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Po drugie, zewrzeć własne szeregi i potwierdzić pozycję w obozie władzy. Po trzecie wreszcie, wysłać do elektoratu jasny komunikat: w Polsce przełomu 2018 i 19 roku to PiS, a nie jakakolwiek inna siła, ma polityczną inicjatywę i rozdaje karty.

Z tym ostatnim był pewien problem w ostatnich miesiącach. PiS zamiast narzucać tematy dyskusji i osie sporu, zmienił się w partię reaktywną, zdolną jedynie do gaszenia kolejnych pożarów. Przełomowym momentem była tu informacja o wniosku Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z polską konstytucją traktatów o Unii Europejskiej. Wmanewrowało to PiS w pozycję, gdzie partia musiała bronić się przed zarzutami o chęć Polexitu. Biorąc pod uwagę bardzo dalekie od oczekiwań wyniki wyborów samorządowych – średnio skutecznie. Potem były kolejne kryzysy: dalszy ciąg sporu z instytucjami UE, list ambasador USA i afera KNF.

Zwarcie szeregów

O ile dwa pierwsze cele Morawiecki, jak się wydaje, zrealizował, to problem może być z trzecim. By PiS i premier osobiście odzyskali inicjatywę w polskiej polityce, potrzeba znacznie więcej, niż zwycięstwo w głosowaniu, którego nie dało się przegrać.

Głosowanie nad wotum ułatwia za to Morawieckiemu politykę w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim wyprzedza wniosek opozycji o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. PiS będzie teraz twierdził, że po środzie wniosek jest bezprzedmiotowy – rząd ma wyraźną parlamentarną większość. Nowogrodzka być może w ogóle nie dopuści do procedowania wniosku opozycji. Jeśli nawet do niego dojdzie, będzie to musztarda po obiedzie, PiS i jego media po prostu ośmieszą całą akcję.

Oczywiście, od początku nie było szans, by wniosek PO obalił rząd. Debata nad nim oznaczała jednak wystąpienia wszystkich klubów parlamentarnych, walących w rząd jak w bęben. Opozycyjni posłowie powtarzaliby w kółko: KNF, kumulacja roczników w szkołach średnich, wzrost cen prądu, protesty rolników, policjantów, urzędników i nauczycieli, Polexit. Morawiecki musiałby się do tego wszystkiego odnieść – zamiast tego zafundował opozycji i opinii publicznej spektakl propagandy sukcesu.

Głosowanie pomogło też zewrzeć szeregi rządzącej partii. Oponenci premiera we własnym obozie siedzieli cicho i pokornie podnieśli ręce w górę za rządem. Głosowanie wzmacnia Morawieckiego przed zaplanowaną na 15.12. kolejną konwencją rządzącej partii. Być może zostanie na niej ogłoszona rekonstrukcja rządu. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że z niektórymi ministrami – Krzysztofem Tchórzewskim, Beatą Kempą, Beatą Szydło, Mariuszem Kamińskim, Zbigniewem Ziobrą – premierowi nie współpracuje się dobrze i już od dawna zgłaszał kierownictwu PiS chęć ich zmiany. Jeśli po manewrze z wotum zaufania, Morawiecki ogłosi rekonstrukcję rządu wyśle elektoratowi sygnał: to ja kontroluję sytuację.

Rok gaszenia pożarów

Ciągle niemożliwa wydaje się jednak wymiana najbardziej kłopotliwego dla premiera członka rządu: Zbigniewa Ziobro. Przez pierwszy rok swoich rządów Morawiecki zamiast realizować swój program zajmował się gaszeniem pożarów pochodzących z ministerstwa sprawiedliwości, głównie tych wokół ustawy o IPN i sporu z Unią o niekonstytucyjną i niepotrzebną reformę sądów. W dodatku w ostatnich miesiącach Ziobro zachowywał się w sposób, który świadczy albo zupełnej utracie zdolności do racjonalnego politycznego osądu albo o tym, że prokurator generalny prowadzi nielojalną grę na osłabienie swojego obozu politycznego, w celu wywołania w nim przesilenia i zmiany premiera.

Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny.

Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów.

Do sukcesji droga daleka

Dlatego warto zachować sceptycyzm wobec analiz wskazujących, że właśnie widzieliśmy namaszczenie Mateusza Morawieckiego na politycznego spadkobiercę Jarosława Kaczyńskiego, następnego przywódcę Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli Kaczyński ma w planie taką sukcesję, droga do niej jest ciągle daleka.

Jak pokazał niedawno przypadek Ewy Kopacz, przywództwo demokratycznej partii to nie jest coś, co można otrzymać w wyniku „feudalnego” nadania od politycznego „seniora”. Przywództwo trzeba sobie wywalczyć. Oponentów – których na prawicy Morawieckiemu nie brakuje – trzeba samemu pokonać, politycznie unieszkodliwić, lub przeciągnąć na swoją stronę. Morawiecki ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Ważnym testem będzie dla niego przyszłoroczny maraton wyborczy. Jeśli go wygra, jego tytuł do sukcesji po Kaczyńskim się wzmocni. Z Ziobrą na pokładzie wygrać będzie mu trudno, ale równie trudno w sytuacji otwartej wojny z liderem Solidarnej Polski. Zwłaszcza, jeśli swoją partię odpali ojciec Rydzyk i Ziobro będzie miał gdzie pójść. Bardziej niż od głosowania nad wotum zaufania, polityczna przyszłość Morawieckiego zależy od tego, jak poradzi sobie z tym „paragrafem 22” pisowskiej polityki.

W Sejmie zdecydować się na wspólny klub, poza Sejmem na wspólne zespoły programowe. I muszą już dziś zacząć budować wspólną wyborczą listę opozycji. Ci którzy tego nie chcą, powinni odejść od stołu i przestać udawać. Kryzys w Nowoczesnej, jeśli wydarzyłby się na miesiąc, a nie na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałby gwarantowane zwycięstwo Kaczyńskiego.

Niekończący się proces „jednoczenia demokratycznej opozycji” – będący tak naprawdę agresywną grą o zachowanie własnej, choćby najsłabszej firemki i własnego, choćby najbardziej pokiereszowanego logo – jeśli będzie trwał do ostatnich tygodni kampanii wyborczej, skończy się dla demokratycznej opozycji tak, jak „jednoczenie lewicy” skończyło się w 2015 roku dla Palikota i Millera. Nie można do ostatniego miesiąca przed wyborami atakować się w mediach, podstawiać sobie nogi, przedkładać osobisty interes nad wspólny – aby dopiero w kampanii wyborczej ściskać sobie ręce i mówić: „jesteśmy koalicją”. Nikt w to nie uwierzy. Nikt też nie uwierzy w to, że tak sklecona formacja będzie potrafiła rządzić Polską po swoim ewentualnym zwycięstwie.

Gdyby Kaczyński musiał się użerać z Ziobrą i Gowinem do ostatnich dni kampanii wyborczej 2015 roku, przegrałby zarówno wybory prezydenckie jak i parlamentarne. Jeśli przed wyborami 2019 roku rzeczywiście powstanie Partia Rydzyka, to nawet gdyby natychmiast rozpoczął się spektakl „negocjacji” i „jednoczenia”, czyli targów o kasę i miejsca na listach, Kaczyński przegra wybory. Partia Rydzyka odegrałaby wówczas na prawicy taką samą rolę – czysto destrukcyjną – jaką po stronie liberalnego mieszczańskiego centrum może odegrać partia Roberta Biedronia.

Dlatego także negocjacje koalicyjne po stronie opozycji muszą się skończyć jak najszybciej. Pozostawiając jak najwięcej czasu przed wyborami na faktyczne zaprezentowanie Polakom wspólnej strategii i wspólnego programu na Polskę po rządach PiS-u. Kamila Gasiuk-Pihowicz to rozumie, parę innych osób nieco mniej.

W wyborach samorządowych wyborcy opozycji powiedzieli wyraźnie, że chcą realnej jedności opozycji, a nie trwających bez końca negocjacji zjednoczeniowych. Opozycja wygrała tam, gdzie była naprawdę zjednoczona – wokół jednego kandydata, wokół jednej listy. Czyli przede wszystkim wygrała w miastach. Nie wygrała w sejmikach wojewódzkich, gdzie każdy lider – od zbyt ambitnych samorządowców, po zbyt ostrożnych liderów PSL i SLD – chciał zachować absolutną odrębność. Żeby później, dysponując jednym czy dwoma radnymi, ale za to absolutnie „własnymi”, odegrać w koalicyjnych targach rolę większą, niż by wynikało z jego realnej siły. Gdyby opozycja poszła na jednej liście, uczciwie pracując nad stworzeniem demokratycznego minimum programowego, żeby udowodnić Polakom, iż jednoczenie nie musi być wyłącznie ratowaniem stołków, PiS rządziłoby dalej tylko na Podkarpaciu. We wszystkich innych województwach opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, jeśli mimo to PiS rządzi gdziekolwiek poza Podkarpaciem, to tylko z powodu podziałów opozycji albo – jak na Śląsku – z powodu zwyczajnej korupcji i zdrady.

Walka czy teatr

Kiedy słucham wypowiedzi polityków i komentatorów (tych liberalnych, bo PiS-owcy z zupełnie innych powodów entuzjastycznie bronią „pluralizmu opozycji”) walących zawsze do jednej bramki, orzekających winę Schetyny i PO nawet tam, gdzie ich partnerzy i konkurenci nie wykazują żadnej ochoty do współpracy, wydaje mi się, że cały krzyk na temat zagrożenia demokracji w Polsce dla wielu krzyczących jest tylko teatrem. No bo z jednej strony mamy heroiczne selfies robione sobie na tle kordonu policji pod Sejmem, mamy rytualne teksty i wypowiedzi, jakim to ostatecznym zagrożeniem jest Jarosław Kaczyński, po czym wszystko toczy się po staremu. Dla polityków najważniejsza jest „moja ambicja, mój szyld, choćby przez taki wybór priorytetów Kaczyński miał rządzić kolejną kadencję”. A dla komentatorów najważniejsza jest „moja zemsta za to, że kiedyś Tusk i Schetyna wyszli z Unii Wolności”, albo „moja wizja radykalnej lewicy, dla której głównym przeciwnikiem wcale nie jest populizm Kaczyńskiego, ale liberalizm Platformy”. Cała reszta jest tylko teatrem odgrywanym dla ludzi.

Flaki się też człowiekowi wywracają, kiedy po raz kolejny czyta anielskie komentarze na temat tego, jak opozycja „się” jednoczy lub mogłaby „się” zjednoczyć, tylko Schetyna i PO w tym jednoczeniu „się” opozycji przeszkadzają. „Się szło”, „Się przystanęło”, „Się wypiło wódkę” – to są cytaty z poezji i prozy Edwarda Stachury (zupełnie niezłej i niesłusznie zapomnianej). W polityce żadne „Się” nie istnieje. Istnieją instytucje, istnieją partie, istnieją ich liderzy. Poza tym jest tylko publicystyczna piana.

Wśród opozycyjnych partii czy sił politycznych PO okazało się najtrwalsze, najbardziej zdolne do politycznego działania, jej ludzie okazali się najbardziej profesjonalnymi politykami. Wśród liderów partyjnych Schetyna okazał się politykiem, który obronił i skonsolidował Platformę zdemolowaną po taśmach i wyborczych porażkach. Tymczasem Petru politykiem się nie okazał, a co do Biedronia nie ma żadnej pewności (drogę do polskiej polityki utorował mu Janusz Palikot). Dziś Biedroń ma nadzieję, że jeśli nawet rozbije głosy centrowego elektoratu (on w żaden sposób nie poszerza elektoratu centrum, a tylko próbuje kanibalizować wyborców PO, Nowoczesnej oraz SLD), jeśli nawet opozycja przez to przegra i Kaczyński będzie rządził Polskę przez następne cztery lata, to przynajmniej on sam znajdzie się w Brukseli, a jego inicjatywa stanie się szalupą ratunkową po zniszczeniu przez Kaczyńskiego wszystkiego innego. Otóż jak Kaczyński porządzi kolejne cztery lata, to nie tylko nie będzie już w Polsce niezawisłych sądów, nie tylko nie będzie wolnych mediów, ale nie będzie też miejsca dla odrębnych partii Roberta Biedronia czy Ryszarda Petru.

Dlatego Schetyna powinien rozmawiać z Lubnauer, z Petru, z Kosiniak-Kamyszem, z Czarzastym, a nawet z Biedroniem – proponując im wspólną listę, pracę nad wspólnym minimum programowym, wspólne budowanie Polski po PiS-ie. Ale tylko do pewnego momentu, który już się zbliża. Spektakl jednoczenia się bez zjednoczenia, trwający za długo, do samych wyborów, to dla opozycji samobójstwo.

Prezydent nie tylko bogatych

Macron ogłosił, że Francja znajduje się dziś w „społeczno-ekonomicznym stanie wyjątkowym”. Demokratyczni przywódcy nie sięgają po takie określenia w innych sytuacjach niż głęboki kryzys. Francja znajduje się dziś w takim kryzysie. Choć gospodarka – patrząc na makroekonomiczne wskaźniki – nie radzi sobie tragicznie źle, to cały model społeczno-ekonomiczny przeżywa kryzys legitymacji, być może najgłębszy od roku ’68.

Szeroka klasa średnie ma poczucie, że jej zasoby i możliwości dobrego, godnego życia radykalnie się kurczą za sprawą rosnących cen (głównie nieruchomości) i niedostatecznego tempa wzrostu dochodów. W dodatku Francuzi są przekonani, że rozwój gospodarczy ostatnich lat służy głównie wąskiej grupie najbogatszych. Na co zupełnie obojętni są politycy, odklejeni od potrzeb zwykłych ludzi, zblatowani ze światem żyjących ponad społeczeństwem elit.

Całe poniedziałkowe wystąpienie Macrona wyglądało, jakby miało na celu pozbycie się łatki „prezydenta najbogatszych”. Francuski przywódca wyraźnie zmienił język. Zamiast o Francji start-upów i nieskrępowanej przedsiębiorczości mówił o samotnych matkach, które pod koniec miesiąca mają problem, by domknąć domowy budżet. O seniorach, którzy po cały życiu ciężkiej pracy, nie są w stanie godnie żyć bez pomocy dzieci. O społeczeństwie tracącym nadzieję. O kraju, który słusznie – lecz jak na razie na próżno – pragnie godnie żyć ze swojej pracy.

Zaproponował też kilka środków, mających przynieść ulgę najbardziej potrzebującym. Godziny nadliczbowe mają zostać zwolnione od podatku. Emeryci, dostający mniej niż 2000 euro mają zostać zwolnieni z zaplanowanych na przyszły rok podwyżek składek na ubezpieczenie społeczne, co zwiększy kwotę netto świadczenia. Wreszcie wzrosnąć ma płaca minimalna – o 100 euro miesięcznie. W dodatku – nie znamy szczegółów – ma się to dokonać bez obciążania pracodawców „ani jednym euro więcej”.

To ostatnie to największe ustępstwo prezydenckiego obozu. Jeszcze niedawno rząd przekonywał, że żadna podwyżka płacy minimalnej wyższa, niż wynikająca z ustawy, w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa i niepożądana dla gospodarki. Siła społecznego niezadowolenia uczyniła nagle niemożliwe możliwym.

Czy to wystarczy?

Pytanie, jakie zdecyduje o najbliższej przyszłości Francji, brzmi: „czy to wystarczy?” Choć takie rozwiązania, jak wyższa płaca minimalna, wychodzą naprzeciw żądaniom protestujących, to kryzys jest znacznie głębszy. Macron zdaje sobie chyba z tego sprawę. Poza doraźnymi reformami zapowiedział także szerokie konsultacje społeczne na temat przyszłości Francji. Prezydent ma przemierzyć cały kraj i spotkać się z każdym urzędującym merem, by wspólnie ustalić co w kraju wymaga naprawy i w jakim kierunku powinny podążać zmiany. Zapowiedział też szerokie konsultacje z liderami biznesu na temat ich udziału w wysiłku ekonomicznej transformacji Francji. Rząd ma się też zająć problemem złośliwego i uporczywego unikania podatków przez najbogatszych.

Problem w tym, że Macron w tym wszystkim może być dla Francuzów zwyczajnie niewiarygodny. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby rozmowę o tym, jak sprawić, by zwykli ludzie znów poczuli się godnie i bezpiecznie w swoim państwie, zaczął na początku kadencji. Tymczasem pierwszy rok nowego prezydenta przebiegał pod znakiem polityki, która przez szerokie grupy obywateli Francji postrzegana była jako arogancka, monarchiczna, ignorująca potrzeby klasy średniej i ludowej, służąca wyłącznie najbogatszym. Korektę tej polityki wymusił dopiero płonący co tydzień Paryż i fruwające w powietrzu kawałki bruku.

To nie tylko francuski problem

W takich warunkach Macronowi bardzo trudno będzie ubrać w szaty „prezydenta ludowego”. A to wydaje się konieczne, by uspokoić sytuację i rozpocząć poważną rozmowę z partnerami społecznymi na temat tego, co dalej z francuskim modelem społeczno-politycznym. Prezydentowi ciężko też będzie znaleźć partnerów do tej rozmowy wśród politycznej opozycji. Marine Le Pen ze Zgromadzania Narodowego (jak od jakiegoś czasu nazywa się Front Narodowy) i lider lewicowej Francji Nieugiętej, Jean-Luc Mélenchon, będą teraz grać na maksymalną polaryzację polityczną, eskalację konfliktu, wywrócenie rządu i nowe rozdanie, w którym liczą na wzięcie władzy przynajmniej w parlamencie. Francję czeka w najbliższych tygodniach bardzo burzliwy politycznie okres, w którym wiadomo głównie to, że nic nie wiadomo.

Problem, przed jakim staje Francja nie jest przy tym specyficzny wyłącznie dla niej. Podobne problemy ma niemal każde zamożne, zachodnie społeczeństwo. Wszędzie szerokie grupy czują, iż bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt, jaki kiedyś traktowały jako oczywiste, stają się coraz mniej dostępne. To rodzi gniew, na gruncie którego doskonale wzrastać może populistyczna polityka spod znaku Trumpa, włoskiej Ligii Północnej i Ruchu 5 Gwiazd, Alternatywy dla Niemiec, czy Brexitu.

Zwycięstwo Macrona we Francji miało dowodzić, że Francja jest odporna na podobne zagrożenia. Populizm spod znaku Le Pen – tak jak we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach – był jednak tylko symptomem głębszych, strukturalnych problemów. Upojony zwycięstwem obóz Macrona przez rok udawał, że one nie istnieją. Teraz, przynajmniej chwilowo, nie może udawać.

Cały zachód i każde z tworzących go państw z osobna potrzebuje dziś dyskusji nad nową umową społeczną na XXI wiek. Stara, ustalona pod koniec ubiegłej dekady wyraźnie nie działa. Potrzebujemy wspólnie zdecydować jak usprawnić demokrację, jak dać ludziom realne poczucie wpływu i reprezentacji, jak dzielić zyski, ryzyka i koszty. Spór o to może potrwać kilka dekad, nie wiadomo czy i kiedy uda się dojść do jakiegoś sensownego porozumienia. Ale być obserwujemy właśnie coś, co po latach historycy mogą uznać za początek bardzo ważnego politycznego zwrotu. Nie tylko we Francji.

— SENATOR BIERECKI ROZGRZESZA BANDYTĘ – jedynka GW: “- Czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy o inne okoliczności, to już prokuratura jest w stanie wyjaśnić – tak Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK-ów, skomentował zamach na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Dodał, że prokuratorskie zarzuty wobec urzędnika „są słuszne”.
wyborcza.pl

— JERZY MEYSZTOWICZ W TEKŚCIE DLA RZ PISZE O GROŹBIE PRZEJMOWANIA PRYWATNYCH FIRM NA MODŁĘ ORBANA: “Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem. Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce”.
rp.pl

>>>

>>>

PiS razi drogim prądem, mogą z tego wyjść społeczne elektrowstrząsy

13 Gru

„Nie wie lewica co czyni prawica”, a obiektywnie rzecz biorąc sytuacja wymyka się PiSowi spod kontroli. Po tym jak rozeszła się wiadomości o drastycznej podwyżce cen prądu, szef resortu energetyki oświadczył, że istnieją trzy warianty rozwiązań i na pewno każdy z nich zakłada, że roczna opłata za energię elektryczną w gospodarstwach domowych nie wzrośnie w 2019 rok, w stosunku do 2018 roku.

„To jest z pełną odpowiedzialnością deklaracja, którą składam” – dodał Tchórzewski. W swoim środowym wystąpieniu w Sejmie to samo powiedział Morawiecki.

Natomiast w czwartek rano minister w rozmowie z RMF FM stwierdził, że „spółki są niezależne” i oświadczył „Nie wiem, czy będą wycofywać wnioski. „Dzisiaj rano zmieniło się sporo”. A co?  „To zobaczymy po południu” – oznajmił Tchórzewski.

Wcześniej podczas konferencji prasowej szef ME zwrócił się do spółek energetycznych, by te znalazły oszczędności, które mogłyby przeznaczyć na rekompensaty dla odbiorców energii. „Wyceniliśmy w ramach ministerstwa, jeżeli chodzi o możliwości spółek energetycznych, zbierając informacje różnego typu od przedsiębiorstw energetycznych, że te oszczędności są możliwe na poziomie miliarda złotych, żeby wprowadzić odpowiednie środki do funduszu rekompensat” – mówił minister.

„Spółki wycofają wnioski” – stwierdził ostatecznie szef ME. Dodał jednak, że nie oznacza to, iż takie wnioski w sprawie podwyżek taryf nie pojawią się w przyszłości. Minister zastrzegł, że nie zna analiz przeprowadzonych przez spółki.

Morawiecki, zawodowy kłamca, na imię mu Faryzeusz

11 Gru

Pierwszy taki sondaż.

Według sondażu IBRIS dla dziennika „Rzeczpospolita” w wyborach do Parlamentu Europejskiego największym poparciem Polaków cieszy się Koalicja Obywatelska z wynikiem 34 punktów procentowych i PiS z takim samym wynikiem. Na trzecim miejscu znalazł się Ruch Biedronia z wynikiem 8 pp. Pod podium znalazł się SLD (5 pp.), Kukiz (5 pp.), PSL (4 pp.). Najniższe poparcie zyskała partia Rydzyka – Ruch Prawdziwa Europa – 2 pp.

Co ciekawe – przeprowadzone też drugie badanie bez uwzględnienia partii Rydzyka. Tu wyniki są już inne: PiS 37, KO 34, RB 7, SLD 5, Kukiz 5, PSL 4. Wyniki sondaży wywołał spore zaskoczenie wśród polityków zarówno opozycji jak i rządu.

Samorządowa konwencja PiS w Szczecinie. Na sali słychać gromki śmiech. To reakcja działaczy na dowcip opowiedziany przez Mateusza Morawieckiego. – Znacie pewnie tę anegdotę, jak do tego premiera, który rządził siedem lat chudych, niedawno dzwoni kuzyn i pyta: „Co robisz?”. „Nic. Jestem w pracy”. O, właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, ta pasywność, ta inercja, to nicnierobienie – mówi, zapewniając, że rządy PiS są zupełnie inne niż rządy Donalda Tuska.

Dzień wcześniej w Świebodzinie premier zarzucił koalicji PO-PSL, że nie budowała dróg. Lider Platformy Grzegorz Schetyna oskarżył go o kłamstwo i wyliczył, że za czasów poprzedniego rządu sieć autostrad wydłużyła się o 800 km, a dróg ekspresowych o około 1,2 tys. km.

Cudowna zdolność usynawiania się

Gdy Jarosław Kaczyński ogłosił, że to Morawiecki będzie twarzą kampanii samorządowej PiS, w partii pojawiły się komentarze, że prezes rzuca go na głęboką wodę. Zwycięstwo w wyborach samorządowych będzie dla niego przepustką do sukcesji po Kaczyńskim. Już dziś bierze udział w najważniejszych naradach przy Nowogrodzkiej. Raz w tygodniu przy okrągłym stole w gabinecie prezesa zbiera się prezydium komitetu politycznego PiS. W jego skład – oprócz Kaczyńskiego – wchodzą marszałkowie Sejmu i Senatu, szefowie MON Mariusz Błaszczak i MSWiA Joachim Brudziński. Jest też szef klubu Ryszard Terlecki, wiceprezesi partii Adam Lipiński, Antoni Macierewicz i Beata Szydło, jedyna kobieta w tym gronie.

Morawiecki zawsze siada blisko prezesa i często zabiera głos. Ważny polityk PiS mówi, że Kaczyński liczy się z jego opiniami nie tylko w kwestiach gospodarczych. Oznacza to, że jego pozycja rośnie. W PiS uważa się, że zaczarował Kaczyńskiego.

W banku BZ WBK (obecnie Santander), którego Morawiecki był prezesem aż do wejścia do rządu w 2015 r., mówią, że ma on cudowną zdolność usynawiania się.

– Każdy decydent, od którego coś zależy, szybko orientuje się, że Mateusz stał się jego prawą ręką i jest niezastąpiony – mówi jeden z moich rozmówców. Wspomina, że na początku pracy Morawieckiego w BZ WBK, jeszcze pod koniec XX w., jego mentorem był Liam Horgan, szara eminencja banku, przedstawiciel irlandzkiego wówczas właściciela. Promował go i pomógł mu zostać prezesem. Morawiecki zdobył jego zaufanie tym, że był na każde skinienie 24 godziny na dobę. Teraz Kaczyński z zachwytem powtarza, że pracowitość Morawieckiego jest na granicy pracoholizmu.

(…)

Na razie w otoczeniu Kaczyńskiego panuje przekonanie, że Morawiecki radzi sobie nieźle, co pokazują rosnące notowania partii. Chociaż ważny polityk PiS przyznaje, że premier niepotrzebnie naciąga fakty (nie uważa, by można było mówić o kłamstwach), bo procesy w trybie wyborczym mogą podważyć wiarygodność PiS.

Rzeczniczka rządu przekonuje, że Morawieckiemu chodziło jedynie o drogi lokalne. Ale nawet gdyby przyjąć to tłumaczenie, to i tak nieprawda, bo za czasów PO zbudowano ich lub zmodernizowano ponad 10 tysięcy kilometrów.

– To jest retoryka polityczna – wykłada racje Morawieckiego jeden z jego najbliższych współpracowników. – Nie jest intencją premiera, żeby wprowadzać ludzi w błąd. Można dyskutować, czy 600-700 milionów złotych, które średnio wydawała na budowę dróg lokalnych Platforma, to jest nic. Ale premier mówi, że my zrobimy trzy razy więcej i trzy razy szybciej.

Przyznaje, że być może premier trochę popłynął, ale – przekonuje – to efekt zmęczenia i niewyspania. – Odkąd zaczęła się kampania samorządowa, tempo pracy Morawieckiego jest przepotężne – mówi. – W tamtym tygodniu jednego dnia był na Śląsku, na nieformalnym szczycie UE w Salzburgu, a wieczorem znowu pojechał w Polskę.

Popierał liberałów

Dzisiaj trudno wprost uwierzyć, że ten sam człowiek, który oskarża Donalda Tuska o nicnierobienie, był jednym z jego doradców i przez półtora roku zasiadał w jego Radzie Gospodarczej. Nie zrezygnował z niej nawet po katastrofie smoleńskiej, kiedy to politycy PiS oskarżyli ówczesnego premiera o spisek z Putinem.

Jeden z dawnych bankowych podwładnych Morawieckiego wspomina, że ten nieraz chwalił Tuska, że załatwił w Brukseli potrzebne Polsce realne pieniądze.

Na posiedzeniach Rady dzisiejszy premier prawie się nie odzywał. Inna sprawa, że jako historyk po kursach MBA miał niewiele do powiedzenia na tle ekonomistów z naukowymi tytułami. – Na koniec obrad zawsze rzucał jakiś bon mot, z którego wynikało, że jest gorliwie za tym, co myśmy ustalili, i się ze wszystkim zgadza – mówi ekonomista Bogusław Grabowski, też były członek Rady. Opowiada, że gdy jej członkowie zaproponowali, aby dla odpolitycznienia spółek skarbu państwa powołać złożony z niezależnych autorytetów komitet, który będzie nominował ich zarządy, Morawiecki gorąco popierał ten pomysł. Dziś firmuje partyjny skok PiS na spółki.

Inni członkowie Rady wspominają, że Morawiecki nigdy nie krytykował rządu PO-PSL. Prof. Witold Orłowski, ekonomista, pamięta, że był bardzo lojalny wobec Tuska. – Nic nie wskazywało na to, żeby miał być kiedykolwiek skłócony z premierem – podkreśla. Jako prezes BZ WBK Morawiecki wydał nawet książkę z tekstami związanych z Tuskiem gdańskich liberałów, opracowaną przez innego członka Rady, socjologa Ireneusza Krzemińskiego.

W tamtych czasach nic nie wskazywało na to, że Morawiecki może kiedyś związać się z PiS. W kuluarach zdarzało mu się powiedzieć, że kapitał ma narodowość, co jest zgodne z linią partii Kaczyńskiego. Ale tak samo mówił Bielecki, co tłumaczono tym, że obaj kierowali bankami z zachodnim kapitałem.

Dla ówczesnych członków Rady metamorfoza Morawieckiego jest szokiem. – Przecież on jest na tyle inteligentny, by wiedzieć, że to, co dzisiaj wygaduje, to są ordynarne kłamstwa. On po prostu przyjął do wiadomości, że powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Jak mówi Jacek Kurski – „ciemny lud to kupi”. W życiu nie spotkałem takiego człowieka! – irytuje się Grabowski.

Do Rady Gospodarczej Tuska wprowadził Morawieckiego były premier Jan Krzysztof Bielecki. To dzięki niemu miał on w niej mocną pozycję. Tak mocną, że po posiedzeniach Rady Bielecki nieraz zabierał później Morawieckiego do premiera, żeby mu zreferować jej ustalenia. Irytowało to innych jej członków.

Bielecki poznał Morawieckiego w latach 90. Na początku rządów AWS pracował on przez parę miesięcy w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Teraz, na niedawnym wiecu w Sandomierzu, premier stwierdził, że sam negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej 20 lat temu. Były premier Leszek Miller, który wprowadzał Polskę do Unii, odpowiedział mu na Twitterze, że nieprawda – niczego nie negocjował. „Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę” – apelował o zaniechanie tak jawnych kłamstw.

Morawiecki tłumaczył później, że przygotowywał stanowiska negocjacyjne dla Jana Kułakowskiego, pełnomocnika rządu RP do spraw negocjacji Polski z UE.

Znajomi z dawnej Rady Gospodarczej lubią dokuczać Bieleckiemu, pytając, jak dziś ocenia swojego pupila. Były premier bardzo się wtedy denerwuje i prosi, żeby przestać się nad nim znęcać. – Bielecki wstydzi się tego, że go promował – uważa były członek Rady.

Rzeczywiście, Bielecki o Morawieckim nie chce rozmawiać. – Powiem pani tylko tyle, że był dobrym członkiem Rady i wnosił wartościową kontrybucję chociażby do tematyki nadzoru właścicielskiego – ucina rozmowę.

Bielecki i Krzysztof Kilian, były prezes PGE i niegdyś bliski przyjaciel Tuska, forsowali w 2013 roku kandydaturę Morawieckiego na ministra skarbu. Ale ten się nie zdecydował. W PO panuje przekonanie, że już wtedy grał na dwa fronty i rozmawiał także z PiS. Potwierdza to ważny polityk z władz partii rządzącej. Jego zdaniem Morawiecki doszedł do wniosku, że PO jest już słaba i nie wygra wyborów, postanowił więc postawić na innego konia. Adam Lipiński – z którym znał się jeszcze z czasów wrocławskiej opozycji demokratycznej – skontaktował go wówczas z Beatą Szydło, która odpowiadała w partii za sprawy gospodarcze, ale nie było między nimi chemii. Za to w relacjach z Kaczyńskim od razu zagrało. Morawiecki zaczarował prezesa wizją wielkich narodowych czempionów, które mają pomóc Polsce dogonić Zachód.

Kręgosłup z nitki

Część moich rozmówców uważa, że Morawiecki jest po prostu karierowiczem. – On ma kręgosłup moralny i etyczny z nitki. Brnie w coraz większe kłamstwa i jest zachwycony, jak ludzie biją mu brawo. Dla władzy zrobi wszystko – ocenia Bogusław Grabowski. Dodaje, że Kaczyński ma niesamowity talent do wychwytywania takich osobowości.

Gdy w BZ WBK usłyszeli opowieści Morawieckiego o tym, że za jego czasów bank nie udzielał kredytów we frankach, to reakcją był śmiech. Później w zarządzie dyskutowano nawet, że może trzeba by wydać oświadczenie, że to nieprawda. – Ale jak mieliśmy napisać? Że premier polskiego rządu i nasz były prezes kłamie? To byłoby wypowiedzenie wojny rządowi – tłumaczy mój rozmówca.

Gdy pytam rzeczniczkę rządu, dlaczego Morawiecki nie mówił prawdy w sprawie kredytów frankowych, odpowiada, że za czasów jego prezesury bank udzielił ich mało w porównaniu z innymi bankami. Jednak z raportów finansowych wynika, że to właśnie pod jego rządami zaczęto ich dawać coraz więcej.

Moi rozmówcy w banku uważają, że Morawiecki nie ma świadomości, że kłamie: – Jako były prezes banku ma bogatą praktykę występowania na różnych bankowych imprezach, gdzie przedstawia się korporacyjną propagandę. Dla niego kłamstwo jest poza sferą moralności. Teraz te rozwiązania przeniósł do polityki.

W banku Morawiecki był nazywany cyborgiem, bo zdaniem wielu współpracowników jest pozbawiony emocji. Potrafił rano publicznie pochwalić jakiegoś dyrektora, a w południe wyrzucić go z pracy, tłumacząc, że wymaga tego sytuacja. W ostatnich latach pracy, gdy już widać było jego polityczne ambicje, a bank finansował wiele prawicowych inicjatyw, przestał jeździć windą, chociaż miał biuro na piątym piętrze. Nie chciał, żeby współpracownicy wiedzieli, co akurat robi i ile czasu spędza na zewnątrz.

Psycholog biznesu Jacek Santorski (do Rady Gospodarczej przy Tusku wszedł na miejsce Morawieckiego) wspomina, że poznał Morawieckiego, prowadząc warsztaty w jego banku. – Dziewięć do jednego, że Morawiecki wierzy w to, co mówi – obstawia Santorski. Tłumaczy, że według noblisty Daniela Kahnemana, jeżeli człowiek nabiera jakiegoś mocnego przeświadczenia, to potem używa całej swojej inteligencji, by je potwierdzać. Jeśli fakty, dane czy opinie przeczą temu, w co wierzy, to w jego psychice uruchamiają się mechanizmy redukcji dysonansu poznawczego.

– Premier wypiera niewygodne fakty? – dopytuję.

– Racjonalizuje. On tak myśli. Może sobie tak definiować, na czym polega postęp w inwestycjach drogowych, że ma poczucie, iż mówi prawdę – odpowiada Santorski. Dodaje, że Kaczyński snuje narrację „dlaczego”, czyli ideologiczną, a Morawiecki narrację „jak to zrobimy”. – Gdybyśmy podłączyli detektory kłamstwa do ich mózgów, to okazałoby się, że nie drgną, bo jeśli człowiek się z czymś mocno identyfikuje, a potem działa na rzecz tej idei, to nabiera poczucia prawdziwości, a nawet bierze to za fakty – mówi Santorski.

I pewnie tak jest, co nie zmienia faktu, że Morawiecki serwuje kłamstwa na skalę w polskiej polityce wcześniej niewyobrażalną.

Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił wszystkie sześć wniosków Narodowego Banku Polskiego, w których bank żądał usunięcia materiałów dziennikarskich o aferze KNF. Chciał też zakazu pisania na ten temat w przyszłości. O kontrowersjach związanych z tą sprawą pisaliśmy m.in. w artykule „Wniosek do prokuratury w sprawie Glapińskiego – prezes NBP „tłumi krytykę prasową”?”.

Wnioski do sądu złożyła zatrudniona przez bank kancelaria Jolanty Turczynowicz-Kieryłło. Wszystkie miały podstawowe braki formalne. – „Nieprawidłowo wystawione pełnomocnictwa, nieokreślenie przedmiotu postępowania oraz niedołączenie do wniosku załącznika” – poinformowała „Gazetę Wyborczą” rzeczniczka Sądu Okręgowego w Warszawie Sylwia Urbańska. NBP ma tydzień na uzupełnienie wniosków.

„Pan Glapiński specjalnie rozgarnięty strategicznie nie jest. Wskutek złożenia wniosków NBP o usunięcie tekstów z „GW” i „Newsweeka” oraz o zakaz pisania na temat afery jeszcze bardziej widać, że coś jest na rzeczy”;

„Gaszenie pożaru powodzią to przecież domena PiS. Glapiński świetnie się w to środowisko wpisuje”; – „Ale to jest właśnie ich PiS-owska wschodnia mentalność. Zakazać – to jedyne co potrafią…” – komentowali internauci na Twitterze.

„Jestem przykładem tego, że z ofiary robi się przestępcę. Być może niedługo zostanę oskarżony o to, że to ja napadłem na przestępców – powiedział były wiceszef KNF Wojciech Kwaśniak w TVN 24. To jego komentarz do „słynnej” już wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, że to „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców”. Więcej na ten temat w naszym artykule „Minister Sprawiedliwości wypowiedział słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika”. Kwaśniak i sześcioro innych byłych urzędników zostało zatrzymanych przez CBA – wypuszczono ich po przesłuchaniach w szczecińskiej prokuraturze.

Z kolei w RMF FM słowa Ziobry określił jako szokujące. – „Stwierdzenie pana ministra jest szokujące, sprowadza się do stwierdzenia, że ofiara, pokrzywdzony jest sam sobie winien tego, że dopuszczono się na nim przestępstwa. Minister powinien wiedzieć, że od zwalczania przestępczości są inne organy, nie KNF. KNF zgłasza tylko wszelkie nieprawidłowości i to KNF zrobiła w sprawie SKOK Wołomin” – powiedział były szef KNF.

Kwaśniak przypomniał, co działo się w SKOK Wołomin, kiedy nareszcie KNF mógł go skontrolować. – „Po wprowadzeniu zarządu komisarycznego i utracie płynności przez kasę, dzięki współpracy KNF z prokuraturą w Gorzowie, okazało się, że wiele dokumentów w tej kasie jest sfałszowanych. Działała tam cała zorganizowana grupa przestępcza. W tej grupie przestępczej byli przedstawiciele zarówno byłych służb specjalnych, jak i świata polityki. Kasa była zaangażowana w relacje z wieloma osobami publicznymi, przede wszystkim politykami. Mam nadzieję, że kiedyś opinia publiczna dowie się o tym wszystkim” – powiedział. Dodał, że ujawnienie tych informacji to zadanie dla prokuratury i dziennikarzy.

Działania Kwaśniaka wobec SKOK-u Wołomin doprowadziły do zamachu na jego życie w 2014 r. W dniu, kiedy Komisja Nadzoru Finansowego rozpoczęła kontrolę w tym SKOK-u, został ciężko pobity przed swoim domem: miał pękniętą czaszkę, zmiażdżoną dłoń i złamaną rękę. – „Miałem tylko jedno przekonanie, że walczę o swoje życie i cieszę się, że udało mi się życie zachować. Zdaniem biegłych i prokuratury w Gorzowie wyłącznie dzięki wielkiemu szczęściu i faktowi, że aktywnie się broniłem i nie straciłem przytomności, zachowałem swoje życie” – opisywał w TVN 24.

System wibroakustyczny – bo tak brzmi fachowa nazwa „szumideł”, o których podczas rozmowy z bankierem Leszkiem Czarneckiem mówił były już szef KNF Marek Ch. – kosztował 70 tys. zł. – „Mam tu takie szumidła. Może to nic nie daje, ale… lepiej włączyć. Byli tu jacyś komandosi, powiedzieli, że jest tyle sygnałów tych elektromagnetycznych w okolicach tego miejsca – bo tam jest telewizja – że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat” – mówił w swoim gabinecie Marek Ch. do Czarneckiego.

Kwota ponad 70 tys. zł padła w odpowiedzi na interwencję poselską Krzysztofa Brejzy z PO. –  „W gabinecie przewodniczącego KNF nie były montowane systemy umożliwiające zagłuszanie sygnału w pomieszczeniu. W 2007 roku zakupiono i zamontowano urządzenia systemu wibroakustycznego. Decyzję w tej sprawie podjęło ówczesne kierownictwo KNF” – napisał do posła rzecznik KNF Jacek Barszczewski.  A to „ówczesne kierownictwo” to Stanisław Kluza, wcześniej m.in. minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecznik KNF stwierdził, że rzeczony system wibroakustyczny („szumidło”) „opiera się na generowaniu szerokopasmowego szumu akustycznego” i nie jest tożsamy z urządzeniami antypodsłuchowymi. Tak czy owak sprzęt w gabinecie Marka Ch. nie spełnił swojej roli. Czarneckiemu nagrał spotkanie za pomocą dyktafonu za 170 zł.

Waldemar Mystkowski pisze o końcu PiS.

Jarosław Kaczyński w Jachrance urządził stypę.

Kazimierz Marcinkiewicz określił wyjazdową sesję PiS w Jachrance stypą: – „Jak się spojrzy na spotkanie PiS w piątek i wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, to widać, że to stypa”. I bodaj to najtrafniejsze określenie tego, co dzieje się w partii Kaczyńskiego.

PiS dał się przyłapać na grze obłudnika. Henri Bergson pisze o świętoszku Tartuffe, że on gra świętoszka i tak mu weszła rola w krew, iż już inaczej nie potrafi. Jest świadomy swojej śmieszności. Tak jest z partią Kaczyńskiego – klaskali w reakcji na słowa na słowa prezesa, ale nie wierzyli w jego słowa.

W każdej ideologii, reżimie, autokracji, nie za dużo mówią o niej słowa krytyczne, ale prawda materialna, która jest na zewnątrz – tym wypadku na twarzach polityków PiS. Będą zakłamywać, ale będą chcieli, abyśmy nie wierzyli w ich absurdy (paradoks, prawda?), dlatego nie słuchajmy ich, ale patrzmy na „prawdę”, która jest obok.

PiS ma jeden cel, chce już tylko przetrwać do wyborów. Nie mają innych celów. Wszystko im się sypie. Z powodu demolki Polski, którą poczynili w każdej sferze, bo skorzystali z dobra wypracowanego przez poprzedników, sypie im się także z powodu kadr. Ta partia nie ma ludzi kompetentnych, nie ma w niej kreacji, jest tylko reaktywność („PO-PSL przez 8 lat…” i podobne lelum-polelum), wyartykułowana przez Kaczyńskiego w Jachrance.

Te braki jednak spowodują, że sięgną po polityczny idiom igrzysk. Będą ścigać i nie dlatego, aby posadzić, ale by zająć czymś publikę, aby odciągnąć od rzeczywistych problemów, które stoją przed społeczeństwem, przed Polakami, przed Polską.

Pierwszy lepszy przykład. Zawłaszczanie państwa przez PiS widać jak na dłoni w spółkach energetycznych, w których siedzą pociotkowie Morawieckich, Dudów, Kaczyńskich i pozostałego drobiazgu nepotyzmu – celnie nazwanego przez jednego z polityków Platformy: szarańczą.

Szarańcza doprowadziła do tego, że od następnego roku ceny prądu wzrosną o kilkadziesiąt procent. Ostrożnie przewiduje się 30-40 proc., może to być nawet 70-80 proc., a może więcej. Jaki mają pomysł, aby oddalić katastrofę gospodarstw domowych? A taki by sfinansować podwyżki z publicznych pieniędzy, czyli wziąć od nas i naszymi pieniędzmi zrekompensować. Ale i tak odbije się to na cenach produktów i usług. Zresztą Unia Europejska może finansowanie spółek energetycznych zahamować, bo tak się nie gospodarzy, tylko kradnie.

Owo „udawactwo” jest o tyle śmieszne, że te rekompensaty mają dotyczyć tylko roku 2019, czyli przetrwania do wyborów, bo po nich dla Morawieckiego, Kaczyńskiego, dla ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, choćby potop.

I w tym momencie kończy się Tartuffe. Dopóki wierzył, ze gra, że jest śmieszny, można było przeżyć. Ale gdy wierzy, że jest prawdziwy, że postępuje właściwie. to… Odwołam się do Bergsona: „… jest wstrętny”. Jest nie do przyjęcia, bo prowadzi do prawdziwej katastrofy.

Politycy PiS nie są żadnymi orłami, to podrzędny gatunek fachowców, ale i oni mieli świadomość, iż ich Tartuffe Kaczyński urządził stypę. Gdyby tylko ona dotyczyła PiS, można byłoby jakoś owego towarzystwa pożałować, ale ta stypa może dotyczyć Polski. Dlatego nie dajmy się nabrać, nie pozwólmy im grać na naszych emocjach. Należy obnażać te zakłamane maski. Te potwory mogą zrobić z Polski potwora Europy, a z nas podobne niedobitki cywilizacyjne.

>>>

Nie dla klechy pedofila na pomniku

10 Gru

„Myślę, że nie ma miejsca w przestrzeni publicznej dla tego pomnika, tylko niech to się odbywa w poszanowaniu pewnych reguł. Docelowo ten pomnik z tego miejsca zniknie, będzie przeniesiony. Tylko niech się to odbędzie (…) nie w kategoriach burzenia, tylko w kategoriach relokacji” – powiedział prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Ostateczne decyzje w sprawie pomnika mają zapaść w styczniu przyszłego roku podczas sesji Rady Miasta Gdańska.

Rada ma też rozważyć także sprawę honorowego obywatelstwa miasta Gdańska, które przed laty przyznano ks. Jankowskiemu. Zajmie się również nazwą skweru, na którym stoi pomnik prałata.

Adamowicz zaznaczył, że dla niego przestrzeń publiczna oznacza teren ogólnodostępny. – „Miasto Gdańsk nie jest właścicielem samego pomnika. Właścicielem jest społeczny komitet budowy, na którego czele stał przewodniczący zarządu regionu „S” pan Dośla. W związku z tym oni będą musieli zdecydować, gdzie ten pomnik by stanął w przestrzeni prywatnej, na przykład kościelnej, ale to już należy do nich” – dodał.

Prezydent Gdańska zaapelował do metropolity gdańskiego abpa Sławoja Leszka Głódzia o powołanie komisji, która zbadałaby sprawę przestępstw seksualnych ks. Jankowskiego. – „Im szybciej to się stanie, tym lepiej będzie dla opinii publicznej, dla Kościoła, myślę, że też i dla pamięci samego już nieżyjącego księdza. Zarówno państwo watykańskie, jak i kościoły zachodnie również zajmują się prawdopodobnymi przypadkami molestowania czy wręcz pedofili, nawet kiedy prawdopodobni sprawcy już nie żyją” – powiedział Adamowicz.

Kuria archidiecezji gdańskiej jednak na razie nie zamierza reagować. Jej kanclerz ks. Rafał Dettlaff wydał oświadczenie, w którym napisał m.in., że w ciągu ostatnich 10 lat do kurii „nie wpłynęły żadne doniesienia potwierdzające zarzuty podnoszone w mediach”. Czyli nikt się nie zgłosił, więc nie ma sprawy?

— BARTOSZ GODUSŁAWSKI I GRZEGORZ OSIECKI CYTUJĄ W DGP OSOBĘ Z OTOCZENIA PREMIERA: “Trudno uwierzyć w takie zarzuty dla Wojciecha Kwaśniaka, który został ciężko pobity na zlecenie osób ze SKOK Wołomin. Sposób i termin zatrzymania są druzgocące dla reputacji nadzoru. Dzisiaj każdy urzędnik zastanowi się dwa razy, a może nawet odmówi podpisania jakiegokolwiek dokumentu czy wydania decyzji. Trudno będzie też ściągnąć do urzędu czy utrzymać w nim wartościowych pracowników – mówi osoba z otoczenia szefa rządu i dodaje, że nie rozstrzyga o winie, ale sposób prowadzenia sprawy mocno uderza w reputację KNF, którą nadszarpnęła już sprawa z Chrzanowskim.

— PROF. DUDEK O TYM, ŻE TRZEBA SIĘ LICZYĆ Z TYM, ŻE SAMEMU TAKŻE SIĘ TRAFI DO WIĘZIENIA: “– PiS wkroczył naprawdę na wojenną ścieżkę. Jeśli się zamyka ludzi opozycji, trzeba się liczyć z tym, że w przyszłości także trafi się do więzienia – podkreśla Antoni Dudek”.
dziennik.pl

— ZIOBRO TRACI NERWY – jedynka GW: “Nawet w kręgach rządowych minister sprawiedliwości-prokurator generalny Zbigniew Ziobro jest krytykowany za akcję wobec byłych szefów Komisji Nadzoru Finansowego – wynika z informacji „Wyborczej”. (…) Wypowiedzi Ziobry nie bronił nawet nikt z rządu. Zwłaszcza że na weekendowym zjeździe Klubu Parlamentarnego PiS w Jachrance prezes partii Jarosław Kaczyński apelował, by wygaszać emocje, bo odbijają się one na notowaniach obozu władzy”.
wyborcza.pl

— CO PO SŁOWACH ZIOBRY MAJĄ MYŚLEĆ TYSIĄCE UCZCIWYCH URZĘDNIKÓW? – Paweł Wroński w GW: “Ciekawe, co po słowach Ziobry myślą sobie teraz tysiące uczciwych urzędników pracujących dla państwa. Być może rozumieją już, że i oni mogą być o 6 rano nawiedzeni przez agentów CBA w kominiarkach i przewiezieni przez pół Polski po to, by dostać skrajnie idiotyczne zarzuty współdziałania z gangsterami. (…) Teraz usiłuje niszczyć ludzi, którzy służyli Rzeczypospolitej, próbując zniszczyć ich dobre imię i wytaplać ich w pisowskim błocie. Przesuwa nasz kraj w obszar moralnej gangreny, w której jedyną liczącą się wartością jest utrzymanie się rządzącej partii u władzy. Nie wiadomo, kogo w Polsce bać się bardziej: bandytów czy prokuratora generalnego?”
wyborcza.pl

— WCIĄŻ CZUJĘ SIĘ ZAGROŻONY – WOJCIECH KWAŚNIAK w rozmowie z Ewa Ivanową i Wojciechem Czuchnowskim w GW: “Występuję w wielu sprawach jako świadek. Nie tylko w tych związanych z Wołominem, ale i w innych z doniesień KNF. Właśnie z uwagi na osobiste bezpieczeństwo, brak jakiejkolwiek ochrony mnie i mojej rodziny zawsze proszę, bym mógł złożyć zeznania w Warszawie. Kilka miesięcy temu prokuratorzy przyjechali z odległego miejsca i przesłuchali mnie w pracy, rozumiejąc problem”.

— MÓJ PRZYPADEK JEST PRZYKRY ZARÓWNO DLA POPRZEDNIEJ JAK I OBECNEJ WŁADZY – DALEJ KWAŚNIAK: “Mój przypadek jest przykry dla władzy publicznej. Zarówno tej poprzedniej, jak i obecnej. Nie przypominam sobie, by ktoś z rządu po zamachu wystąpił z oświadczeniem, że to jest niedopuszczalne i że państwo surowo ukarze sprawców. Potem, po zmianie władzy, zostawiono mnie samego z całą tą sprawą. Dopiero teraz, przy tym zatrzymaniu, prokuratura zadziałała z najwyższego szczebla, były – jak się dowiaduję – polecenia z centrali, zorganizowano konferencję prasową… Dysproporcja jest oczywista”.
wyborcza.pl

— SŁONA CENA PROSTACKIEJ PROWOKACJI – Witold Gadomski w GW: “Milczy świętoszkowaty Gowin, który w co drugim zdaniu twierdzi, że jest państwowcem, milczą ci działacze PiS, którzy w stanie wojennym wykazywali się odwagą. Dziś odwagi im brakuje. Milczy premier Morawiecki, który doskonale zna kulisy sprawy SKOK-u Wołomin. Akcja pisowskich prokuratorów jest szyta tak grubymi nićmi, że stanie się dla PiS dużym kłopotem. Media przypominają, jak działacze PiS i nieżyjący brat prezesa przez lata bronili SKOK-ów przed zewnętrzną kontrolą. Ta sprawa jest znana od dawna, teraz wraca z nową siłą”.
wyborcza.pl

— NACZELNY RZECZPOSPOLITEJ MOCNO O SPRAWIE BYŁYCH SZEFÓW KNF – jak pisze Bogusław Chrabota: “Apeluję o transparentność postępowania wobec byłych szefów Komisji. Tego wymaga racja stanu. (…)  To śledztwo to ważny test jej wiarygodności, który rozstrzygnie, czy prokuratorzy działają w trosce o interes obywateli, czy na polityczne zamówienie. Odkryj karty, prokuraturo!”
rp.pl

— CBA CHRONI WICEMINISTRA ZDROWIA I PODWYŻKI LEKÓW – Judyta Watoła w GW: “Rozmawiamy na ten temat z posłami. Wszyscy chcą pozostać anonimowi. – To pismo wygląda, jakby pisał je Czech, a nie CBA – uważa jeden z nich. – CBA martwi się o zyski koncernów, a nie wydatki chorych – zwraca uwagę inny. Zapytaliśmy tydzień temu Biuro, na czym Sakowicz opiera swoje twierdzenia. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi”.
wyborcza.pl

>>>

>>>

PiS przykrywa swoją aferę KNF

30 List

Dwa miesiące aresztu dla Marka Chrzanowskiego, byłego szefa KNF. Zdaniem prokuratury jest obawa matactwa ze względu na zagrożenie wysoką karą. Były szef KNF nie przyznaje się do winy, zapowiedział też, że odwoła się od decyzji sądu o areszcie. Tymczasem PiS zapowiada złożenie zawiadomienia do prokuratury na byłego wicepremiera i ministra finansów Jacka Rostowskiego. Zdaniem Zbigniewa Konwińskiego z PO to kuriozalna sytuacja, iż PiS składa wniosek do prokuratury i skarży się na to, że w 2008 roku w Sejmie zostały przegłosowane rozwiązania, o które PiS sam wnioskował.

Areszt dla byłego szefa KNF

Marek Chrzanowski, były szef Komisji Nadzoru Finansowego, został aresztowany na dwa miesiące. Zdecydował o tym w nocy katowicki sąd, który uzasadnia decyzję obawą matactwa i grożącą Chrzanowskiemu karą do 10 lat więzienia.

Obrońcy Chrzanowskiego zapowiedzieli zaskarżenie decyzji o areszcie.

Prokuratura postawiła mu zarzut przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego w celu osiągnięcia korzyści osobistej i majątkowej przez inną osobę.

Zdaniem Prokuratury Marek Chrzanowski zaproponował Leszkowi Czarneckiemu zatrudnienie Grzegorza Kowalczyka w charakterze prawnika w Getin Noble Bank S.A. na okres 3 lat oraz przekazał Leszkowi Czarneckiemu informację, że zatrudnienie to będzie skutkować przychylnością Komisji Nadzoru Finansowego w czasie realizacji programu naprawczego Getin Noble Bank S.A.

KNF kontra VAT

PiS, w który afera KNF bezpośrednio uderza, najwyraźniej znalazł sposób, aby przykryć kłopoty, w które wpędził go Marek Chrzanowski, którego na to stanowisko mianowała premier Beata Szydło.

Posłowie PiS zapowiedzieli złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez byłego wicepremiera Jacka Rostowskiego. Jak tłumaczył przewodniczący komisji śledczej ds. VAT Marcin Horała z PiS, chodzi o możliwość przekroczenia uprawnień przez ministra.

Sprawę skomentował Jacek Rostowski

PO: Porozmawiajmy o faktach

Z oskarżeniami komisji VAT-owskiej i oskarżeniami posła PiS Marka Horały rozprawia się Izabela Leszczyna z PO.

Opozycja: To propagandowa akcja

Zdaniem opozycji to działanie propagandowe, mające przykryć aferę KNF, a formułowanie tak poważnych zarzutów na tym etapie jest kuriozalne.

– Formułuje się ten wniosek w momencie, kiedy zaplanowane są przesłuchania zarówno ministra Rostowskiego, jak i ministra Nowaka. Rodzi się teraz pytanie o status prawny tychże świadków w momencie przesłuchania – uważa poseł Mirosław Pampuch z Nowoczesnej.

– Według naszej oceny to jest działanie czysto propagandowe – uważa Genowefa Tokarska z PSL – dlatego że chociażby moglibyśmy zrobić konfrontację w ramach komisji śledczej między Elżbietą Chojną-Duch a panem ministrem Jackiem Rostowskim, ale nie mamy takiej możliwości. Wniosek już zaistniał dzisiaj, a minister Rostowski ma gdzieś w pierwszych dniach grudniach stanąć przed komisją – tłumaczyła Tokarska.

Zdaniem Zbigniewa Konwińskiego z PO to kuriozalna sytuacja, iż PiS składa wniosek do prokuratury i skarży się na to, że w 2008 roku w Sejmie zostały przegłosowane rozwiązania, o które PiS sam wnioskował.

– PiS złożył projekt ustawy w Sejmie w 2008 roku, likwidujący sankcję 30 procent. Mało tego, posłowie PiS występowali z interpelacjami, żeby tę sankcję zlikwidować. W 2006 roku rząd PiS również przyjął projekt likwidacji sankcji 30 procent, po czym dziś PiS składa zawiadomienie do prokuratury, że ta sankcja została zlikwidowana – podkreślił Konwiński.

PiS domaga się przeprosin i straszy sądem dziennikarza „Gazety Wyborczej” Wojciecha Czuchnowskiego za jego wpis na Twitterze zawierający sformułowanie „mafia z PiS”. Wezwanie oraz związane z nim roszczenie są tak absurdalne, że nie można już nawet określać go w kategoriach „tłumienia krytyki” czy „zamykania ust dziennikarzom” – mówi Czuchnowski.

Chodzi o wpis Czuchnowskiego z 18 listopada: „Właśnie się dowiedziałem od prezesa Glapińskiego, że razem z Kublik zachwiałem systemem finansowym w Polsce. Jeśli tak to przepraszam. Już więcej nie będę opisywał mafii z PiS…”.

Dziennikarz „GW” otrzymał wezwanie przedsądowe ze strony PiS. W razie braku przeprosin PiS – jak poinformował PAP jeden z polityków partii – wystąpi na drogę sądową.

– Kiedy dowiedziałem się od dziennikarza PAP o tym wezwaniu PiS, myślałem, że to jakiś żart lub pomyłka – komentuje Czuchnowski. – Uważam, że wezwanie oraz związane z nim roszczenie jest tak absurdalne, że nie można już nawet określać go w kategoriach „tłumienia krytyki” czy „zamykania ust dziennikarzom”. Obrażanie się poważnej partii za żartobliwy wpis na Twitterze, nie nadaje się do poważnego skomentowania – dodaje.

Dziennikarz „GW” zapowiada, że nie wycofa się z tych twierdzeń tak samo jak nie zaprzestanie opisywania nieprawidłowości w działaniach władzy.

PiS domaga się również, by Czuchnowski opublikował na własnym profilu na Twitterze oświadczenia o treści: „Przepraszam partię Prawo i Sprawiedliwość za to, że w dniu 18 listopada 2018 r., na portalu Twitter bezprawnie nazwałem partię Prawo i Sprawiedliwość mafią. Oświadczam, że brak było podstaw do sformułowania takich twierdzeń i sugestii. Ubolewam, że w wyniku moich bezprawnych działań bezpodstawnie naruszyłem dobre imię partii Prawo i Sprawiedliwość”. Ponadto PiS domaga się od Czuchnowskiego wpłaty 15 tys. zł na na hospicjum.

Rząd wpadł na nowy genialny pomysł. Władza zgodnie z retoryką wstawania z kolan zacznie bowiem reprezentować (po trzech latach rządów) interesy polskiego biznesu w Brukseli. Jednak jest jeden haczyk, dyplomacja PiS spojrzy łaskawie tylko na tych, którzy za to zapłacą. Losu licznych, którzy się na to nie zdecydują, można się zaś łatwo domyślić.

Resort przedsiębiorczości postanowił bowiem znacjonalizować kolejny sektor życia gospodarczego. Tym razem przyszedł czas na przejęcie przez rząd samorządu przedsiębiorców. Jakkolwiek absurdalnie powyższe brzmi, to jednak staje się faktem. Resort przedsiębiorczości buduje bowiem organizację, która ma w zamyśle ułatwić polskim pracodawcom lobbowanie w Brukseli. Organizacja ma działać jako podmiot od władzy niezależny, jednak to urzędnicy rozsyłają maile zachęcające do dołączenia do Business Poland House, którego warunki działania rozsierdziły wielu przedsiębiorców. Jak donosi Dziennik Gazeta Prawna, wsparcie rządu obłożone jest absurdalnie wysokim haraczem. Firmy o rocznych przychodach powyżej 1 mln zł miałyby płacić od 83 do 180 tys. zł miesięcznie. To oznacza, że niektóre na roczną składkę musiałyby wydać więcej, niż zarabiają.

Możemy mieć do czynienia z poważnym skandalem, ponieważ w ofercie skierowanej do firm, do której dotarł DGP, mówi się o prezentacji swojego stanowiska i uczestnictwie w unijnym procesie legislacyjnym. Dodatkowo wskazuje się, że “budowana będzie sieć relacji z decydentami” i “stałej współpracy z ministerstwami“. Innymi słowy, rząd wysłał do firm ofertę o charakterze cennika usług polskiej dyplomacji. Nie interes narodowy i analizy rozwoju gospodarki, ale pokaźne sumy pieniędzy będą decydowały o tym, co i jak będzie wspierać rząd w Brukseli. Zakrawa to wręcz na korupcję w biały dzień. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy urzędnicy uzależniają realizację obowiązków ustawowych od wpłaty określonej sumy na konto. Lobbing na rzecz polskich firm jest zaś nie przysługą, ale obowiązkiem rządu, na który to cel są przeznaczone w budżecie państwa konkretne środki.

Nieodpłatne wsparcie firm ma podstawowy cel mający zagwarantować przejrzystość motywów działania polityków. Wprowadzając barierę wejścia na poziomie setek tysięcy złotych, PiS wyklucza z reprezentacji większość polskich firm, a zamiast nich promuje nową oligarchię, rodem z Ukrainy i Rosji.

Jest to kolejny przykład dążenia władz do ręcznego sterowania każdą dziedziną życia. Przedsiębiorcy mają bowiem własne organizacje, a działania PiS mają na celu tylko ich marginalizację na rzecz struktury będącej jego polityczna pacynką.

Resort w tym aspekcie można niemal podejrzewać o złe intencje, ponieważ nie jest to pierwszy tego typu manewr, ale utarty schemat, którym upolityczniono m.in. system finansowania organizacji pozarządowych w Polsce. W wyborach samorządowych Polacy usłyszeli narrację, “wybierzcie PiS – dostaniecie środki z budżetu na inwestycje, nie posłuchacie – będziecie mieli problem”. Zakładana przez polityków organizacja przedsiębiorców jest kolejną odsłoną tej skandalicznej zagrywki.

W całej sytuacji poza olbrzymią arogancją władzy zadziwia jednak także nie mniejsza jej naiwność. Zagrywki, które rząd stosuje z powodzeniem nad Wisłą, są całkowicie nieskuteczne w Europie. PiS nie kontroluje europejskiej prokuratury, sądów i mediów, przez co nie może uczynić instytucji i obywateli ślepymi na łamanie podstawowych zasad. Tak toporna metoda nie ma szans przynieść oczekiwanych rezultatów. Rząd pokazał już dobitnie, że na dyplomacji europejskiej zupełnie się nie zna. Tymczasem skuteczny lobbing wymaga sprawiania choćby pozorów wspólnotowego interesu, o co PiS nigdy się nawet nie starał. Wróży to inicjatywie rządu poważne ryzyko dołożenia kolejnej do i tak pokaźnej liczby afer polskiej dyplomacji ostatnich trzech lat.

Panie Tchórzewski.! Taka jest prawdziwa pańska obietnica, że nie będzie podwyżek prądu, jak to, żeś święty i robisz razem z Piotrowiczem za kombatanta walki z komuną.?/!

Zajady Kaczyńskiego nie pozwolą na wystawienie przez Polskę komisarza KE

23 List

Prawo i Sprawiedliwość może utracić wpływ na strategiczną decyzję o obsadzeniu funkcji przysługującego Polsce komisarza w Komisji Europejskiej. Na Nowogrodzkiej zacierano już bowiem ręce na wyznaczenie następcy Elżbiety Bieńkowskiej, jednak rozgrywki polityczne w Brukseli mogą opóźnić rozpatrzenie kandydatury wysuniętej przez rząd do tego stopnia, że ta stanie się niebyła.

Kluczem do problemu PiS są przyszłoroczne wybory do europarlamentu i bardzo krótki czas dzielący je od krajowych wyborów parlamentarnych. Decyzje personalne w Brukseli będą mogły przeciągnąć się aż do czasu tych ostatnich, co sprawi, że jeśli PiS nie utrzyma większości, to opozycja będzie mogła wycofać i zastąpić kandydata obozu władzy. Po wiosennych wyborach szykuje się bowiem długi proces negocjacji wspólnego kandydata na stanowisko szefa Komisji Europejskiej, a dopiero po jego wyborze kraje członkowskie mogą zgłaszać propozycje komisarzy, których czeka następnie jeszcze przesłuchanie w Parlamencie Europejskim.

W efekcie opisanych warunków lekka gra na zwłokę Brukseli oznacza pokrzyżowanie planów PiS.

Jednak jakby tego było mało, na drodze Nowogrodzkiej stoi kolejna przeszkoda. Jak donosi “Rzeczpospolita”, PiS może mieć problem uzyskaniem aprobaty w Europarlamencie. Źródła gazety wskazują, że kandydatura kogokolwiek, kto choćby głosował za łamiącymi praworządność ustawami, nie będzie mile widziana. W efekcie w obsadzeniu polskiego komisarza może nastąpić polityczny impas. Wysunięcie zaś przez PiS kontrowersyjnej kandydatury może wywoływać kolejną awanturę. Wiele jednak wskazuje, że mimo to prezes może nie zawahać się tego zrobić.

Po raz kolejny okazuje się, że polityka europejska jest dużym politycznym wyzwaniem, gdzie standardowe zagrywki władzy okazują się całkowicie nieskuteczne. Opisana sytuacja pokazuje jednak, że referendum ws. Polexitu nie będą tylko eurowybory, ale także wybory parlamentarne. Nic tak nie zaszkodzi bowiem Polsce i integracji europejskiej jak antyunijny komisarz. Stosując standardy dyplomacji PiS, torpedowałby on prace komisji od środka i nieustannie narażał Polskę na śmieszność. Strategiczne dla naszego kraju jest zatem uniknięcie takiego czarnego scenariusza.

* * *

Zajady Kaczyńskiego pogarszają naszą sytuację w UE, nawet komisarza KE może Polska nie wystawić, bo nie chcą antyunijnego polityka, co jest zrozumiałe.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację – odzyskali oni autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować.

Co znaczy nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, która jest przyznaniem się do ogromnej porażki PiS w kwestii reformowania sądownictwa? Przede wszystkim PiS w walce ze wszystkimi znalazł się w narożniku ringu, z którego partia Kaczyńskiego sprowadziła na Polskę nieszczęścia, ale to nie koniec porażek. Nowela ustawy dotyczy wąskiego wycinka tzw. reformy sądownictwa, która w istocie jest deformą. Na pewno to sukces I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która zostaje na stanowisku, jak nakazuje Konstytucja – do końca kadencji. Także inni sędziowie nie będą wysłani na emeryturę, aby PiS mógł powsadzać na ich miejsce posłusznych sobie prawników.

PiS nie walczy o lepsze prawo, ale o dyktowanie swoich warunków. Ostatnie słowa przed głosowaniem pilotującego ustawę posła PiS Łukasza Schreibera: – „Ustawa o Sądzie Najwyższym była zgodna…

View original post 1 212 słów więcej

Porażka PiS z TSUE, ale to dopiero początek, bo złodziej PiS skradł samochód i zegarek, na razie oddał zegarek

21 List

Lotem błyskawicy obiegła wszelkie środki przekazu złowieszcza wiadomość o 30 procentowej podwyżce cen prądu, a w ślad za nią podążyły natychmiast uspokajające zastrzeżenia „dobrego” PiS-owskiego rządu, który znalazł na to sposób.

Ustami swoich ministrów zapewnia, że przeciętny Kowalski nawet tego nie zauważy, bo otrzyma 100–procentową rekompensatę… Jakim cudem? To tylko wie rząd, bo dla reszty lansowana kalkulacja jest raczej księżycowa, żeby nie powiedzieć oszukańcza.

>>>

W każdym kto choć trochę rozumie funkcjonowanie rynku wzbiera wściekłość, bo czuje się robiony w „balona”. Swej złości najlepiej dał upust na Facebooku Jerzy Sempowicz, który nie przebierając w słowach obnaża hipokryzję PiS–owskiej władzy.

„Jakim trzeba być debilem skończonym, żeby takie coś wymyślić? Ja wiem, kolejne wybory za pasem i trzeba rozdać chleb i zrobić igrzyska” – pisze Sempowicz.

Dalej dowodzi, że to z czym mamy do czynienia to precyzyjnie zaplanowana akcja. „Przy tym całym szumie o rozdawaniu kasy i niepodwyższaniu rachunków za prąd, ludzie będą cieszyć się jak debile, że ten dobry rząd tak dba o obywatela” – zauważa i pyta:

NAPRAWDĘ nikt nie widzi, ze jak podrożeje prąd dla przemysłu i paliwa, to podrożeje WSZYSTKO !!!!!!!!!!!! Co z tego, ze zapłacisz tyle samo za prąd co przed podwyżką, jak ZA WSZYSTKO ZAPŁĄCISZ 40% do 50% więcej??” uświadamia użytkowników Facebooka-  Sempowicz

K…a mać, bo już inaczej nie mogę. W jakim nienormalnym kraju ja żyję? – woła z uzasadnioną wściekłością.

Te 30 PLN z rachunku za prąd oddasz kilka razy w miesiącu na produktach ( i ZAWARTYCH W NICH PODATKACH (O WIELE WYŻSZYCH), które są Ci niezbędne do życia! Czy ekonomia pieniądza jest taka trudna, żeby to pojąć?

Naprawdę dalej cieszysz się, że minister energetyki dołoży Ci w przyszłym roku 30 PLN miesięcznie do prądu? Może wypadałoby sie obudzić?”, i tu podpiera się ociekającym obłudą oświadczeniem PiS–owskiego ministra:

„Krzysztof Tchórzewski wyjaśnił, że ceny prądu trzeba rekompensować, bo są… „niesłuszne”. „Są niepodyktowane żadnymi uwarunkowaniami zewnętrznymi, a jedynie wzrostem kosztów emisji CO2”– mówił Krzysztof Tchórzewski. „Z szacunków które znam, ceny paliwa na 2019 r. w polskiej energetyce nie mają większego wpływu na wzrost cen energii” – zaznaczył.

Na giełdach towarowych ceny prądu skoczyły o niemal 50 proc. w stosunku do zeszłego roku. Drożeje też węgiel, a nasz system energetyczny jest w 72 proc. oparty właśnie na nim. Tymczasem do Urzędu Regulacji Energetyki wpływają wnioski o zgody na nowe cenniki na przyszły rok. Państwowe spółki chciałyby podnieść ceny dla odbiorców indywidualnych nawet o 30 proc.” – zwraca uwagę Jerzy Sempowicz na Facebooku.

Inny kamyczek, jeżeli nie syzyfowy kamień dla wielu, wrzuca każdemu z nas – bo każdy jest konsumentem elektryczności – minister energii Krzysztof Tchórzewski. Prąd zdrożeje w przyszłym roku i to niebotycznie – 30-40 proc., a może nawet więcej.

Otóż bojąc się protestów, Tchórzewski zapewnia, że państwo zrekompensuje każdemu gospodarstwu 100 proc. podwyżki.

Gdzie tu haczyk? Jak zwykle u PiS w rozumie, tzn. w liczeniu na brak rozumu u ciemnego ludu. Jeżeli państwo jest takie opiekuńcze i chce zwracać podwyżki w całości, czy nie może tego dokonać jednym kliknięciem? Podmioty wystawiające rachunki wszak w jednej rubryce mogłyby ujmować podwyżki, które wędrowałyby internetem do centrali i się tam sumowały, a minister jednym kliknięciem dokonywałby przelewu z budżetu na rachunki elektrowni.

Proste? Oczywiście, ale znowu chcą nas orżnąć, bo nie potrafią rządzić, więc znajdą wyjście, aby nie pokrywać podwyżek.

Podwyżki w PRL powodowały w społeczeństwie ruchawki na ulicach m.in w grudniu 1970 roku, zmiotły jedną komuszą władzę zastepując drugą. I tego boi się PiS. Bo gdzie z Nowogrodzkiej ewakuowałby się dzisiejszy Gomułka? Na Żoliborz? Gniew ludu i tam by go dopadł.

>>>

Zmiany w ustawie o SN mogą wydawać się kapitulacją – zwłaszcza dla elektoratu PiS-u – czy powtórką z ustawy o IPN, ale w gruncie rzeczy to pozory. Bo choć Małgorzata Gersdorf pozostanie I prezesem SN, a czystka zostanie odwrócona (zwłaszcza w porównaniu z pierwotną wersją projektu), to obóz rządzący ws. zmian w sądownictwie i tak osiąga przynajmniej część zamierzonych celów. W sporze o polskie sądownictwo w dalszym ciągu pojawia się jednak kilka pytań – przede wszystkim czy propozycje polskiej strony usatysfakcjonują UE.

Nowelizacja o ustroju sądów powszechnych (według Małgorzaty Gersdorf najgorsza ustawa), Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym oraz skarga nadzwyczajna, nowa KRS powołana przez Sejm czy wcześniej TK – wszystkie te zmiany, przynajmniej na chwilę obecną, zostaną utrzymane i trudno spodziewać się, by PiS był zdolny do kolejnych ustępstw. Tzw. reforma sądownictwa w przynajmniej jakiejś części i tak zostanie zrealizowana po myśli PiS-u. Małgorzata Gersdorf swoją kadencję dokończy, ale ta kończy się za półtora roku.

Zrobienie kroku wstecz, choć faktycznie może wyglądać na prestiżową porażkę – wszak politycy partii rządzącej od miesięcy mówią o byłej I prezes SN – jest przejawem politycznego pragmatyzmu. – Nie ginąłbym za odwołanie prezes Gersdorf – powiedział ostatnio Jarosław Gowin. To zdanie dobrze oddaje taktykę obozu rządzącego – stanowisko I prezesa SN nie jest bowiem aż tak kluczowe, by ryzykować pogorszenie się stosunków z UE, co mogłoby mieć wpływ na nadchodzącą kampanię do PE. Zresztą – nawet jeżeli PiS miało dalsze plany zmian w sądownictwie, to ich wdrożenie przed wyborami do PE i tak nie byłoby możliwe.

W najbliższym czasie, w nadchodzących godzinach i dniach kluczowa będzie reakcja KE – czy zaproponowane zmiany będą do zaakceptowania i czy ten front zostanie zamknięty. „Przywróceni” sędziowie SN nie będą musieli przechodzić żadnej procedury, a nawet mogą złożyć oświadczenie o woli przejścia w stan spoczynku z zachowaniem pełnego uposażenia. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że na progu wyborczego maratonu i kampanii do PE wygaszenie akurat tego sporu z KE jest w interesie rządzących, bo ogranicza zarzuty o zamiar wyprowadzenia Polski z UE. Poza tym po ewentualnym niekorzystnym dla KE werdykcie TSUE i tak pewnie wszystko zostałoby odkręcone.

Inna sprawa to pozostałe zmiany w sądownictwie zaproponowane przez PiS. Trochę zapomnianą sprawą jest to, że wysłane przez SN pytania prejudycjalne dotyczą nie tylko tego sądu, ale także KRS. – Sąd Najwyższy zastanawia się, czy sposób powoływania sędziów do KRS jest zgodny z polską konstytucją i standardami europejskimi. Problem polega m.in. na tym, że TK dwukrotnie wypowiadając się w tej sprawie, raz orzekł, że sędziów-członków KRS wybierać powinni sędziowie, za drugim razem TK uznał, że tryb przewidziany obecnie w ustawie – czyli, że sędziów KRS wskazuje parlament – jest zgodny z konstytucją – mówił Michał Laskowski na briefingu we wrześniu.

– Kiedy TSUE orzeknie, że nie jest to zgodne ze standardem, bo wtedy powstaje pytanie jaki jest status sędziów wskazanych przez nową KRS wyłonioną w taki, a nie w inny sposób. To jest pytanie, czy są to sędziowie prawidłowo powołani na swoje stanowiska – podkreślił rzecznik SN. Jak dodał, “jeśli dojdzie do uznania przez TSUE, że KRS jest powołana w sposób nieprawidłowy, to będzie trzeba się zastanawiać nad szerszymi konsekwencjami”.

Jeżeli KE nie będzie usatysfakcjonowana realnymi ustępstwami ws. SN poczynionymi przez rząd i uzna, że Polskę należy dalej grillować, sytuacja może stać się dla PiS-u bardzo kłopotliwa. Zwłaszcza, że Frans Timmermans zdaje się kwestionować KRS w obecnym kształcie, a także Izbę Dyscyplinarną. Chyba, że uzna wspomniane ustępstwa za wystarczające.

>>>

— IDEAŁ DOBREJ ZMIANY SIĘGA BRUKU – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI W RZ: “Dobra zmiana” niosła ze sobą obietnicę nie tylko naprawy państwa, ale też podniesienia standardów. Rozwój afery KNF pokazuje, że ideał coraz częściej sięga bruku. I to jest największe polityczne ryzyko dla wizerunku PiS. Grając na przeczekanie, partia rządząca traci szansę na to, by przedstawić własną wiarygodną narrację dotyczącą tych wydarzeń. A jej sympatycy będą musieli podczas obiadu przy niedzielnym stole albo w windzie zmierzyć się z pytaniami o 40 mln zł dla prawnika – znajomego szefa KNF, czy pół miliona dla syna ministra”.
rp.pl

— SAMOBÓJCZA TAKTYKA PIS – DOMINIKA WIELOWIEYSKA – w GW: “Pozostaje jednak pytanie, dlaczego Glapiński – w sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem sposób – broni swego wychowanka Marka Chrzanowskiego. Racjonalna odpowiedź jest taka, że został wysłany mocny sygnał do byłego szefa Komisji: nie martw się, nic nie mów, nic nie zeznawaj, będziemy cię bronić jak niepodległości. Kaczyński na to przyzwala, bo zrozumiał, że znalazł się w pułapce – każdy ruch jest ryzykowny. Wybrał więc wersję, że „afery nie ma”, a priorytetem jest spokój na rynku bankowym”.

— BANKRUCTWO BANKÓW CZARNECKIEGO TO BYŁABY KATASTROFA – DALEJ WIELOWIEYSKA: “Ta katastrofa poszłaby na konto PiS, a Polacy drogo by za to zapłacili. Z tego powodu w niedzielę późnym wieczorem zebrał się Komitet Stabilności Finansowej i wydał komunikat, że z polskim systemem finansowym jest wszystko w porządku. Sam Glapiński sto razy wypowiedział zdanie, że sytuacja jest stabilna”.
wyborcza.pl

— NOMINACJA SOKALA BEZ PODPISU SZEFA RZĄDU – jedynka RZ: “Tę opinię łagodzi nieco prof. Ryszard Piotrowski z UW. – Niestety, praktyka konstytucyjna, mająca pewne cechy zwyczaju, dopuszcza wydawanie przez prezydenta aktów indywidualnych dotyczących powoływania jego przedstawicieli w różnego rodzaju organach bez kontrasygnaty premiera – twierdzi, dodając, że byłby w tej sprawie bardzo ostrożny”.
rp.pl

>>>

Dość symboliczny obrazek udało się uchwycić…

PiS zapowiada, że weźmie się za nas

21 List

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro nie pojechał do Brukseli, by bronić swojego rządu przed oskarżeniami o łamanie w Polsce praworządności i fundamentalnej w demokracji zasady niezależności sądownictwa. Na publicznym wysłuchaniu przed komisją Parlamentu Europejskiego rządu RP nie reprezentował w efekcie nikt.

Polska dalej gra z TSUE na zwłokę

Albo stchórzył, albo idzie w zaparte

Przyczyny nieobecności ministra mogą być dwie. Albo Zbigniew Ziobro nie ma argumentów na swą obronę (bo to przecież on forsuje plan osłabienia pozycji sądów i sędziów w Polsce) i w obawie przed kompromitacją zwyczajnie stchórzył. Albo minister sprawiedliwości rządu PiS ma Parlament Europejski, by tak rzec, gdzieś. I ekipa PiS próbuje w tej kwestii nadal iść w zaparte.

Nie bez powodu wypowiadający się eurodeputowani z PiS próbowali zwekslować przesłuchanie na kwestię… dopuszczalności aborcji (Marek Jurek) lub dumy narodowej i win poprzednich ekip rządzących w kwestiach emerytalnych (Jadwiga Wiśniewska).

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo

Wykład Timmermansa

Znamienny – i symboliczny – był miniwykład, jakiego kolejny raz udzielił rządowi w Warszawie wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Przypomniał rzecz podstawową – o której, zdawałoby się, wstyd nie wiedzieć. Otóż Unia – jak żadna inna organizacja międzynarodowa – zabezpieczyła obywateli krajów członkowskich przed uzurpatorskimi zakusami władz tych państw. W tym celu wprowadziła zasadę jednolitości stosowania prawa europejskiego, a na jej straży postawiła m.in. Trybunał Sprawiedliwości UE oraz inne procedury przed organami Unii. I właśnie ten mechanizm zadziałał wobec Warszawy, gdy pojawiły się obawy o zamiar zdominowania sądownictwa w Polsce przez ekipę PiS. Równocześnie, co też charakterystyczne, nie próbowała ona skorzystać z funkcjonujących z powodzeniem w Unii rozmaitych procedur koncyliacyjnych.

Wymowna była wreszcie skierowana do europarlamentarzystów z PiS sugestia (a może ostrzeżenie i przytyk), by zwrócili uwagę, że nadzwyczaj ochoczo wspierają ich teraz akurat ci deputowani z innych krajów, którzy znani są jako sympatycy Władimira Putina.

Czy Polska podda się orzeczeniu unijnego Trybunału

Czas na ostrzejszą reakcję?

Szczęśliwie nie zabrakło merytorycznego głosu niezależnej polskiej instytucji – a mianowicie rzecznika praw obywatelskich. Adam Bodnar punkt po punkcie opisał zagrożenia dla niezależności sądów i niezawisłości sędziów. I zwrócił uwagę, jakie mogą one mieć skutki dla przestrzegania praw i wolności każdego obywatela.

Trudno się dziwić, że ciała monitujące rozwój wypadków – tak krajowe (Helsińska Fundacja Praw Człowieka), jak międzynarodowe (m.in. Komisja Wenecka i Europejska Sieć Rad Sądownictwa) – przekonują mniej lub bardziej wprost: sytuacja jest kryzysowa. A skoro Warszawa nie zamierza poważnie rozmawiać o rozwiązaniu tego kryzysu, to czas na ostrzejszą reakcję Unii.

Przypominamy władzy na czym polega członkostwo w Unii

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o przejmowaniu banków przez PiS.

„Weźmiemy się za was” – to jedyny sposób tej władzy, która rozmawiać nie lubi i nie chce oponentów.

Afera KNF dopiero nabiera rumieńców, ale określenie „plan Zdzisława” już weszło do kanonu powiedzonek Polaków, na równi z innymi tekstami, na przykład z „Psów”. Znam ludzi, którzy nawet w obliczu tej niebywałej sprawy mówią: „mnie to nie dotyczy”, „Co mnie obchodzi jakaś KNF”, ale moim zdaniem sądzą tak, bo jeszcze do nich nie dotarło, że plan Zdzisława nie był pułapką zastawioną na prywatnego przedsiębiorcę Leszka Czarneckiego. Bynajmniej! Plan Zdzisława to pułapka zastawiona na nas wszystkich.

Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, powiedział, że dokładnie przyjrzał się zmianom w prawie bankowym autorstwa PiS pod kątem korupcji. Okazało się, że w pierwszym czytaniu była wersja ustawy bez ani jednego słowa o przejmowaniu banków za złotówkę. Za to kolejna wersja ustawy o wzmocnieniu nadzoru i ochrony inwestorów na rynku finansowym zawierała już poprawkę złożoną nagle przez posła PiS, umożliwiającą przejmowanie prywatnych banków przez państwo właściwie pod byle pretekstem.

I myślę, że niezależnie od tego, jak by się to nazywało w języku prawnym i jak bardzo nie zostałoby zalegalizowane przez głosowanie większości PiS w Sejmie – to i tak nadal byłaby to próba okradania prywatnych przedsiębiorców przez polityków, uwłaszczających się na majątku innych.

Tak to sobie ponoć, zgodnie z rozmową nagraną przez Leszka Czarneckiego, wymyślił pan Zdzisław Sokal, szef Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, w tym wypadku – dla banków. Ale zapewniam was, że po bankach przyjdzie kolej na inne branże, inne firmy, innych właścicieli i przedsiębiorców, innych obywateli. Zapewniam was, że jeśli zgodzimy się na takie posunięcia w stosunku do bankiera, posunięcia zresztą, zdaniem prawników, niezgodne z Konstytucją (ale czy to powstrzyma posłów PiS?), to nikt już nigdy w Polsce nie będzie mógł czuć się bezpieczny.

Oczywiście, skutkiem ubocznych zmian w prawie zapewniających rządowi całkowitą władzę nad przedsiębiorcami i możliwość niszczenia ludzi i firm z powodu „widzimisię” będzie ucieczka rodzimych przedsiębiorców z kraju i odpływa zagranicznego kapitału. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje przecież, że z byle powodu jakiś polityk uweźmie się na jego firmę i zrujnuje mu życie.

Takie „plany Zdzisława” funkcjonują już w rozmaitych branżach – najbliższą, zagrożoną podobnym losem co bank Czarneckiego, są prywatne media krytyczne wobec rządu (co w normalnym kraju jest podstawową rolą wszystkich normalnie funkcjonujących mediów). Posłanka Krystyna Pawłowicz używana w PiS do mówienia tego, czego nikomu innemu mówić nie wypada, kilka razy groziła już dziennikarzom „weźmiemy się za was”. Nie wiem, jak państwo, ale ja Pani posłance wierzę.

„Weźmiemy się za was” to w ogóle jedyny sposób tej władzy, która rozmawiać nie lubi i nie chce na oponentów. Nie będę powtarzać banałów, że afera KNF jest testem sprawności państwa, bo jakież to niby miałoby być państwo? Katowicka prokuratura obsadzona ludźmi Zbigniewa Ziobry? CBA, które powinno było aferę wykryć i ogłosić, a dowiedziało się z niej z mediów, a później pozwoliło prezesowi KNF, co do którego istniały podejrzenia o korupcję buszować w gabinecie i (ewentualnie) zacierać ślady? Mariusz Kamiński, minister koordynator ds. służb, który powinien się już podać do dymisji? Premier, który milczy? Prezydent, który milczy? Szef PiS, który także milczy? Adam Glapiński, szef NBP, który mówi, że nadal bardzo szanuje Marka Chrzanowskiego i uważa go za moralnego człowieka i dobrego patriotę?

Nie, to będzie test takiego państwa. To będzie test państwa niezależnych mediów i dziennikarzy, którzy – mimo że często za marne pieniądze i bez wsparcia swoich redakcji – robią swoje. Badają, nagłaśniają sprawę, nie kupują rządowej propagandy i pozwalają ludziom poznać prawdę.

I test dla wyborców – na ile obchodzi ich bezpieczeństwo gospodarcze własnego kraju, na ile obchodzi ich, gdzie właściwie żyją i za chwilę mogą żyć.

Waldemar Mystkowski pisze nie tylko o cenach prądu.

Władza PiS nie tylko wywołuje perturbacje polityczne zarówno w kraju, jak i na świecie, ale przede wszystkim konflikty na poziomie podstawowym: prawnym, logicznym i międzyludzkim. Syzyfowy kamień wrzuca każdemu z nas – bo każdy jest konsumentem elektryczności – minister energii Krzysztof Tchórzewski. Prąd zdrożeje w przyszłym roku i to niebotycznie – 30-40 proc., a może nawet więcej. Otóż bojąc się protestów, Tchórzewski zapewnia, że państwo zrekompensuje każdemu gospodarstwu 100 proc. podwyżki.

Gdzie tu haczyk? Jak zwykle u PiS – w liczeniu na brak rozumu u ciemnego ludu. Jeżeli państwo jest takie opiekuńcze i chce zwracać podwyżki w całości, czy nie może tego dokonać jednym kliknięciem? Podmioty wystawiające rachunki wszak w jednej rubryce mogłyby ujmować podwyżki, które wędrowałyby internetem do centrali i się tam sumowały, a minister jednym kliknięciem dokonywałby przelewu z budżetu na rachunki elektrowni. Proste? Oczywiście, ale znowu chcą nas orżnąć, bo nie potrafią rządzić, więc znajdą wyjście, aby nie pokrywać podwyżek.

Podwyżki w PRL powodowały zamieszki, m.in w grudniu 1970 roku. Zmiotły jedną komuszą władzę, zastępując drugą. I tego boi się PiS. Bo gdzie z Nowogrodzkiej ewakuowałby się dzisiejszy Gomułka? Na Żoliborz? Gniew ludu i tam by go dopadł.

Kolejnym przejawem kluczenia PiS jest sprawa jednego z „bohaterów” afery Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) Zdzisława Sokala, który w jej skład został powołany przez prezydenta Andrzeja Dudę. To była jedna z pierwszych nominacji Dudy, który ma prerogatywę powołania swojego przedstawiciela. Już 24 września 2015 roku wręczył Sokalowi nominację.

Sokal to ten, od którego wzięła się nazwa przejmowania banków – „plan Sokala”, o którym jest mowa w słynnej zanotowanej na taśmie rozmowie między byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim a właścicielem Getin Noble Banku Leszkiem Czarneckim. Chrzanowski straszy owym Sokalem, a konkretnie jego planem i mówi do Czarneckiego, że musi zrobić audyt, „bo inaczej to Sokal go zje”.

Otóż ten „ludojad” Sokal został powołany do KNF nieprawnie, gdyż nominacja Dudy winna otrzymać kontrasygnatę (drugi podpis) premiera rządu. Duda ma w Konstytucji – którą tak lubi łamać – zapis mówiący (art. 144, ust. 2 i ust. 3), na które to stanowiska może powoływać swoich ludzi i nie potrzebuje podpisu premiera. Nie ma wśród nich wymienionego przedstawiciele prezydenta w KNF. Każdy konstytucjonalista – nawet Julia Przyłębska – stwierdzi niekonstytucyjność nominacji Sokala.

Dlaczego zatem Duda nie udał się do premiera, a wówczas tę funkcję sprawowała Ewa Kopacz, aby uzyskać podpis? Za to prezydent nie pójdzie pod Trybunał Stanu, ale to kamyczek do jego skopanego ogródka pod TS.

I teraz mamy kłopot prawny. Czy decyzje i dokumenty podpisane przez Sokala są obowiązujące, czy należy je wycofać? W sferze bankowości może to pociągać za sobą nieobliczalne perturbacje. Polska w tym bardzo ważnym segmencie – ważnym dla inwestorów zagranicznych i lokalnych – jawi się jako państwo operetkowe.

Duda mógłby zaśpiewać strawestowaną arię Jontka (z „Halki”):

Szumią jodły na gór szczycie,

a umysł Dudy jest w niebycie”.