Tag Archives: Krzysztof Szczerski

Pisowskie trąby w orkiestrze Putina

6 Sty

Polska nie jest pępkiem świata, a PiS uczynił z kraju Zadupie europejskie.

Nasz kraj ma u władzy najgorszy sort polityków, których narzędziem rządzenia jest kłamstwo, rozdawnictwo i złodziejstwo.

Nikt tak w historii nie dymał narodu jak politycy PiS (Duda, Kaczyński, Morawiecki i pozostałe ancymonki), a zatem nietrudno zgadnąć, czym to może się skończyć.

Utratą niepodległości. Zasadne jest pytanie: na czyją korzyść pracują. Wszak nie na naszą.

JEDYNYM POMYSŁEM ANDRZEJA DUDY JEST REELEKCJA, A JEDYNYM CELEM PSYCHOLOGICZNYM JEST AUTOTERAPIA. MY NIE MAMY PREZYDENTA, ZATEM JEGO OBECNOŚĆ LUB JEJ BRAK NIE WPŁYWA NA “DZIANIE SIĘ” POLITYCZNE. ON MOŻE DOPEŁNIAĆ DZIAŁANIA POLITYCZNE.

Więcej Migalskiego >>>

Szczuli na Pawła Adamowicza, Krzysztofa Brejzę z rodziną. Szczuli na każdą grupę, która protestowała i której nie chcieli ustąpić, bo „ani kroku w tył”. Teraz szczują na Tomasza Grodzkiego, bo przegrali Senat. Co za ludzie.

„Świat zrobił się bardzo wielobiegunowy, i zmiana władzy w niewielkim nawet czy odległym kraju często będzie miała konsekwencje także i poza jego granicami” – pisze publicysta Konstanty Gebert, wnikliwy obserwator procesów politycznych i społecznych. I wskazuje na co trzeba będzie uważać w 2020. Słowacja, Bałkany, Bliski Wschód, czyje będzie dno morza?

Więcej – co czeka świat, a my pozostaniemy Zadupiem, czytaj tutaj >>>

Z archiwum, czerwiec 2019

PiS naprawdę zmienił polską politykę. Jedną z przejawów tych zmian jest fakt, że jeśli jesteś z opozycji i nie podoba ci się co robi rząd, to… zaczynasz na to narzekać. Narzekasz i narzekasz tak długo, aż uznasz, że do wszystkich dotarło, jak bardzo ci się to nie podoba. A później idziesz do domu z poczuciem, że tak się nawalczyłeś o Polskę, że już więcej nic nie musisz robić. Dlatego, jeśli czegoś sobie jako obywatelka i dziennikarka życzę w 2020 roku, to tego, żeby życie publiczne znowu zaczęło być prawdziwym starciem: partii, światopoglądów, idei, a nie targowiskiem iluzji, na którym walutą jest jojczenie i marudzenie.

To, co od kilku lat dzieje się w Polsce, bez względu na to, jak kto to ocenia, jest tylko wskazówką, drogowskazem do prawdziwego problemu. Którym moim zdaniem jest fakt, że mamy system, w którym politykom uchodzi na sucho zabieganie, jawne i bezczelne, głównie o swoje interesy i traktowanie partii politycznych jak rodzinnych firm, służących do generowania zysków. Naprawdę niewielu obchodzi Polska, prawo i demokracja, bez względu na to, jak bardzo sobie tymi hasłami wycierają usta. Jest wręcz przeciwnie: jeśli ktoś pokaże, że mniej dba o własne korzyści niż o Polskę, inni zaczynają patrzeć na niego podejrzliwie, mieć go za frajera.

Cały felieton Elizy Michalik tutaj >>>

Katastrofa światowa trwa.

Od września w pożarach w Australii zginęło już niemal pół miliarda bezbronnych zwierząt. To jednak tylko szacunkowe wyliczenia naukowców z uniwersytetu w Sydney. Ogień wciąż szaleje. Istnieje obawa, że kontynent bezpowrotnie stracił co najmniej kilka gatunków flory i fauny. Rzeczywistej liczby zabitych przez ogień zwierząt nie poznamy nigdy.

Więcej o katastrofie w Australii >>>

„Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem”.

Krzysztof Szczerski od lat specjalizuje się w budowaniu wizerunku Polski. Jako profesor i humanista zasłynął w świecie specyficzną obroną pisowskiego bezprawia głosząc, że „nie ma przepisu zakazującego działania poza prawem, bo jest [jedynie] nakaz działania w ramach prawa”. Jako minister wsławił się propozycją wystawiania Polakom katolickich paszportów, zawierających najważniejsze modlitwy i prawdy wiary, niezbędne emigrującym Polakom, by nie ulegli lewackim modom zachodnim.  Jako autor m.in. opasłej rozprawy „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy” ogłosił niechybny rozpad Unii oraz przesłanie, że „Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem”.

O Dudzie grającym w orkiestrze Putina czytaj tutaj >>>

PiS wrócił do flagi unijnej jako szmaty

4 Czer

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc na pierwszą konferencję w Kancelarii Premiera…

Publicysta Andrzej Bober o zachowaniu Mateusza Morawieckiego względem prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz.

4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.

Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”

Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.

Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.

Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.

Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.

W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.

Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?

Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.

Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.

Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.

Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.

Zawsze z wolną myślą,

Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną dyktatowi władzy, dedykuję tę książkę – mówi Igor Brejdygant w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Martwisz się o Polskę?

Igor Brejdygant: Bardzo… Żyję tu i ciągle o Polsce myślę.

Jako pisarz i scenarzysta, czyli artysta z wyobraźnią, jesteś podatny na teorie spiskowe?

Czym innym jest wyobraźnia, a czym innym wkręcanie się w chore intrygi. Nie obserwuję u siebie takich skłonności.

Ale w układy wierzysz?

Tak, bo układy są faktem…

„Układ” to określenie, które do polskiej polityki, w pierwszej dekadzie XXI wieku, wprowadził Jarosław Kaczyński…

Prezes Kaczyński „wylansował” słowo układ w pewnym celu. I jak pamiętamy – cel ten osiągnął. Nie ukrywam, że pamiętałem o tym nadając, a właściwie akceptując, tytuł książki. Jest więc przy okazji trochę przekornie.

Twoja najnowsza, czwarta powieść, która właśnie ukazuje się na rynku, jest kontynuacją „Rysy” – kryminału nominowanego do Nagrody Wielkiego Kalibru 2019 i nosi właśnie tytuł „Układ”…

Książka pierwotnie miała się nazywać inaczej, ale w końcu tytuł wymyśliła moja żona. Książka jest po prostu o układzie, a może bardziej o walce jednostki, kobiety z układem, z bardzo mrocznym układem.

Twój „Układ” jest thrillerem politycznym, w którym obnażasz prawdę o tym, co dzieje się na szczytach władzy. To, co opisujesz jest przerażające. Tak widzisz współczesną Polskę?

Pisząc współczesną powieść, historię dziejącą się tutaj, nie mogłem nie zawadzić o pewne realia. Z drugiej strony to jest powieść kryminalna, a nie literatura faktu. A to, że moja wyobraźnia tworzy rzeczy, które mogą się sprawdzić czy spełnić, a może nawet już spełniają się w rzeczywistości, to zupełnie inna sprawa. Szukałem odniesień w Polsce, co nie znaczy, że opisałem dokładnie to, co dzieje się w Rzeczpospolitej anno domini 2019 czy 2018. Jeśli już coś opisałem, to jej przyszłość, może niedaleką, ale jednak przyszłość.

Uważasz, że dziś w Polsce są historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego?

Oczywiście, że tak. Mam wręcz wrażenie, że wszystko rozgrywa się w tej chwili na jakichś dwóch platformach, które są wprawdzie ściśle od siebie zależne, ale widoczna jest tylko jedna z nich. Z tej drugiej czasem coś wycieknie, ale wtedy możemy być pewni, że to „wyciek kontrolowany” – ktoś za kulisami rozgrywa właśnie jakąś swoją partię szachów. Usiłuje się na przykład kogoś skompromitować rzeczami, które albo tak naprawdę są błahe, albo, jak się później okazuje, w ogóle ich nie ma. Tyle że potem w świecie post-prawdy nie ma znaczenia, że kogoś, mówiąc gwarą policyjną, wsadziło się na „lewe sanki”. Potem, kiedy ten ktoś z tych sanek zsiada, to prawda na jego temat już nikogo nie interesuje. Ludzie są tak zamotani nieprawdopodobną ilością informacji, że te w najoczywistszy sposób nieprawdziwe przestają być jako takie rozpoznawane. Jeśli jutro rosyjscy hakerzy rozpowszechnią newsa, że jednak Ziemia jest płaska, to spory odsetek ludzi w to uwierzy i długo trzeba będzie to potem znowu odkręcać. W tym kontekście zbieranie o osobach publicznych informacji z ich życia prywatnego jest dla tych, którzy bełtają opinii społecznej w głowach niezwykle użyteczne. O tym między innymi opowiada „Układ”.

Tomasz Sekielski o Twojej powieści napisał: „Rzeczywistość, którą znamy to jedynie fasada. Za nią skrywa się Układ, przestępczy sojusz ludzi władzy, którym wydaje się, że stoją ponad prawem. Igor Brejdygant stworzył powieść niezwykle aktualną i niepokojąco prawdziwą”. Aby złamać czyjąś karierę i zniszczyć jego życie prywatne, wystarczy zaledwie pomówienie. To zatrważająca refleksja. Czy tak postrzegasz władzę w Polsce 2019?

Nie tylko w Polsce i nie tylko władzę. Nie wiem, czy albo do jakiego stopnia żyjemy już w takim świecie, jaki opisuję w książce, ale wydaje mi się, że nawet jeśli jeszcze w nim nie żyjemy, to zaczniemy w nim egzystować szybciej niż nam się wydaje. Mamy do czynienia z nieprawdopodobnym postępem techniki, która z jednej strony nam służy, a z drugiej może być dla nas gwoździem do trumny. Internet, który łyknie każdą ilość nawet najbardziej absurdalnych informacji, urządzenia do inwigilacji, które mogą się znajdować tak naprawdę wszędzie i we wszystkim, nie wyłączając naszego własnego komputera. No i kolizja światów. Z jednej strony czyste zło, które wykorzysta każdą okazję i możliwość, żeby sięgnąć po władzę, a następnie się przy niej utrzymać, z drugiej miękkie podbrzusze świata, który chce być lepszy. Z jednej strony zbieranie kompromitujących materiałów, a z drugiej świat, który przez swoją doprowadzoną często do absurdu polityczną poprawność stworzył nieograniczone pole do tego, by ludzi można było kompromitować właściwie wszystkim.

Poprawność polityczna doprowadza nas do granic absurdu?

W Wielkiej Brytanii z nadmiernej poprawności politycznej śmieją się od dawna. Może akurat zresztą w tej chwili Wielka Brytania nie jest najlepszym przykładem, bo zmanipulowana przez złe siły sama toczy się w bardzo niebezpiecznym i dość idiotycznym kierunku. Czyżby nabijanie się z politycznej poprawności właśnie doprowadziło ją na krawędź katastrofy? (śmiech) Poprawność polityczna tak naprawdę została wymyślona dla ludzi, którzy nie rozumieją zjawisk dziejących się na świecie, światopoglądowo najczęściej są indyferentni, więc mogliby w swym niezrozumieniu popełniać idiotyczne gafy i na przykład krzywdząco wyrażać się o osobach innych od nich. Kiedy wiedzą już, że to nie przystoi, nie robią tego, żeby nie wypaść poza nawias pewnych sfer społecznych. Poprawność to system zakazów i zaleceń. Jak się lubi innych ludzi i rozumie, o co w świecie chodzi, to ten system nie jest tak naprawdę do niczego potrzebny.

W Twojej powieści giną świadkowie, okazuje się, że układ jest znacznie bardziej skomplikowany niż przypuszczamy, a bycie katem nie wyklucza bycia ofiarą. Czy taka jest właśnie prawda o politycznych i finansowych zależnościach? Czy w ogóle jest szansa na wyjście z matni przez którąkolwiek ze stron?

Myślę, że jedna ze stron wcale nie chce wychodzić z żadnej matni, bo matnia jej służy. Co do drugiej – jest w dużym kłopocie, bo ma bardzo i coraz bardziej ograniczone możliwości, aby się bronić. Fejk newsy, hejt, sfingowane oskarżenia, inwigilacja, szukanie haków, post-prawda, a przede wszystkim żądna igrzysk publiczność, która tylko czeka na czyjeś potknięcie, a wszystko po to, żeby okazało się, że ten, który był fajny, jednak ma coś za uszami. Utrzymanie opinii o własnej uczciwości w tych warunkach jest karkołomnym zadaniem, bo samo bycie uczciwym może się okazać zdecydowanie niewystarczające.

A jeśli chodzi o sytuację, w której  kat jednocześnie jest ofiarą, to najlepszym przykładem są odkrywani teraz księża pedofile, którzy jednocześnie byli informatorami Służby Bezpieczeństwa, z czym, jak sądzę wcale niekoniecznie było im po drodze, ale nie mieli wyjścia, bo milicja miała na nich po prostu haka w postaci ich pedofilii właśnie. To był PRL, możliwości techniczne i inwigilacyjne znacznie mniejsze.  Wyobraźmy sobie, na ilu ludzi mogą być haki dziś i ilu w związku z tym jest u kogoś na krótkiej smyczy.

„Rysa” i „Układ” to jednak przede wszystkim historia o kobiecie. W otaczającej nas rzeczywistości kobiety muszą nadal walczyć o swoją pozycję zawodową i społeczną. Z niekoniecznie dobrym skutkiem…

Z różnym zapewne, ale już sam fakt, że wciąż muszą walczyć, jest niepokojący. W mojej książce kobieta walczy, ale nie tylko po to, żeby się odnaleźć, ale też po to, by ten świat uczynić lepszym, czyli nie o siebie walczy jedynie, a o dobro ogólne. Ja w ogóle uważam, że dobrze by było dla świata, szczególnie teraz, gdyby mężczyzn na jakiś czas pozbawić praw wyborczych. Nie byłaby to jakaś szczególna niesprawiedliwość, bo przecież kobiety nie miały ich przez setki lat, a myślę, że przy okazji uniknęlibyśmy różnych dość poważnych kłopotów.

Jesteś jednym z najzdolniejszych scenarzystów i pisarzy swojego pokolenia.  Piszesz powieści, na których kanwie powstają scenariusze interesujących filmów i seriali. „Rysa” i „Układ” to świetny materiał na film lub serial. Piszesz już scenariusze?

Scenariusze piszę bezustannie (śmiech), ale mam nadzieję, że „Rysa” i „Układ” doczekają się ekranizacji, a są już po temu pewne przesłanki. Więcej powiedzieć nie mogę, bo źli i czujni ludzie z układu wykorzystają to potem przeciwko mnie. ( śmiech)

Książkę dedykujesz polskim policjantkom i policjantom. Dlaczego?

Niestety, w idei państwa, które przyświeca obecnie rządzącym, resorty siłowe znów nabierają nie tego znaczenia, do którego powołuje je definicja. Słowem policja i inne służby zamiast działać na rzecz obywatela i państwa zaczynają coraz częściej działać na rzecz rządzących. To jest zła wiadomość, ale dobra jest taka, że ci ludzie wychowali się już w normalnej, liberalnej demokracji, wychowali się w wolności i do wolności, więc część z nich, mam nadzieję, nie ulegnie presji, nie podda się dyktatowi przełożonych, którzy są funkcjonariuszami partii zamiast służby publicznej. Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną, dedykuję tę książkę, a właściwie dedykuję ją wszystkim funkcjonariuszom z cichą prośbą o to, żeby nie ulegli.

Rozmawiamy tuż po wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Polsce, ale nie tylko, właściwie w większości krajów europejskich te wybory wygrała prawica, czasem nawet dość skrajna prawica. Jak to się ma do „Układu”?

Ten układ jest prawicowy. Rzekłbym nawet, że z różnych informacji wyraźnie wynika, że na świecie pod auspicjami głównie Rosji, ale też niestety Netanjahu i jego akolitów – nazwy kraju celowo nie wymieniam, żeby ci, którzy zbierają na wszystkich kwity, nie dostali do ręki choćby takiego świstka na mnie (śmiech) – oraz przy wsparciu bardzo wielu, bardzo nieciekawych ludzi na całym globie od Brazylii po Turcję powstaje rodzaj prawicowo – nacjonalistycznej, a często już wręcz po prostu faszystowskiej międzynarodówki. Układ nie zna moralności, jego jedynym celem jest zdobycie i utrzymanie władzy, przy czym, jak sądzę, nie władza w przypadku tych akurat grup jest najważniejsza, a pieniądze, choć to z grubsza zdaje się to samo. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Martwi mnie tylko bardzo, że owe nacjonalistyczne organizacje mają tak ogromne wsparcie wśród najmłodszych wyborców, bo po pierwsze – młodzi to siła, a po drugie – przyszłość świata. Według bodaj Ericha Fromma ludzkość przemieszcza się wciąż na swoistym wahadle albo może po sinusoidzie od nudy do rozpaczy i z powrotem. Mam niestety wrażenie, że po osiągnięciu górnej granicy nudy i rozleniwienia, wahadło ruszyło w tę drugą stronę. Teraz będzie nabierało prędkości, a układ po prostu najpierw cynicznie to wesprze, a potem niemniej cynicznie na tym skorzysta. Szkoda tylko tych młodych, bo po tamtej stronie krzywej wahadło przeważnie zamiast się zatrzymywać, powoli wytracając siłę, wali w ścianę z ogromną siłą.

Ks. Stanisław Walczak: Katolicy upadli, plemię żmijowe…

PIS z Kościołem katolickim potrafi zniszczyć wszystko

14 Maj

Gdy tysiąc ludzi przez miesiąc wierzy w jakąś zmyśloną opowieść jest to fake news. Gdy miliard ludzi wierzy w nią przez tysiąc lat, jest to religia – i ten, kto nazywa ją fake newsem ma tego nie robić, żeby nie ranić uczuć wierzących[…]

Yuval Noah Harari

21 lekcji na XXI wiek

Rzecznik prezydenta Andrzej Dudy – Krzysztof Szczerski był dzisiaj gościem programu Poranna rozmowa RMF. Polityk komentował m.in. pedofilię w Kościele katolickim.

Reporter Paweł Żuchowski (RMF FM) informuje ze Stanów Zjednoczonych o końcu tymczasowej oceanicznej promocji Polski. Wszystko za sprawą zniszczonego jachtu.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Kwestia walki z pedofilią w polskim Kościele katolickim jest dopiero na początku drogi i bynajmniej nie jest oczywiste, ile ona potrwa i czy skończy się pełnym sukcesem, czyli kontrolą społeczeństwa: co też dzieje się w tej sprawie za zamkniętymi drzwiami plebanii i kurii.

Jak to trudna sprawa społecznie i politycznie, mogliśmy przekonać się w ostatnich latach. Prominentny abp. Wesołowski nie wzbudził większej rewizji moralnej w kwestii zbrodni seksualnej na dzieciach. Karierę w partii rządzącej zrobił prokurator Stanisław Piotrowicz, który bronił księdza pedofila zamiast oskarżać, a frontmani instytucjonalni Kościoła, jakimi są biskupi i arcybiskupi, winę zwalali na dzieci, którym kler nie mógł się oprzeć. Nawet świetna fabuła filmowa Wojciecha Smarzowskiego miała lajtową siłę, bo zrodziła się w wyobraźni twórców, choć miała podstawy w ogromnej ilości doniesień o złu, które dzieje się w polskim Kościele katolickim.

Niespecjalnie wierzyłem w zapowiedź Tomasza Sekielskiego, że przełamie tę niemożność filmem dokumentalnym, tym bardziej, że realizowany był poza telewizjami i znaczącymi firmami producenckimi. A jednak talent dziennikarza i determinacja, aby dotrzeć do centrum zła, przyniosła nadspodziewane efekty, nie tylko sensacyjnością materiału, ale prymarnym problemem dla wszystkich: jak to jest, iż instytucja roszcząca sobie prawo do ferowania wyroków moralnych jest siedliskiem amoralności?

W ciągu kilku dni każdy rodak już oglądał bądź będzie oglądał dwugodzinny dokument „Tylko nie mów nikomu”. Gdy to piszę, po dwóch dobach na You Tube oglądalność przekroczyła 8 milionów odsłon.

„Ciekawa” jest strategia obronna samego Kościoła katolickiego i jego sojusznika politycznego, rządzącej partii PiS. Z pewnością pogardliwa jest odpowiedź abp Sławoja Leszka Głódzia, iż nie ogląda „byle czego”. Prymas abp Wojciech Polak zdobył się na stereotypowe przeprosiny „za każdą ranę zadaną przez ludzi Kościoła”. A któż to jest ów „ludź” Kościoła: klecha, wierny, czy też jakiś ufoludek?

Nie spodziewajmy się za wiele po instytucji, w której wylęgło się zło najgorszego autoramentu, iż się oczyści, podejmie środki prawne, aby ukarać sprawców i zadośćuczynić ofiarom. Od tego powinno być prawo i służby państwa.

Bardzo nikczemna jest postawa partii rządzącej. Prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział podwyższenie kary więzienia za pedofilię do 30 lat, bez zaznaczenia, że chodzi o kler. Podwyższenie karalności niczego nie załatwia, bo pedofil klecha na katechezie wypracuje nowe skuteczniejsze metody pozyskiwania ofiar swoich zbrodniczych popędów.

Złotousty Andrzej Duda nawet rozszerzył swoją troskę o ofiary pedofilów i zapowiedział mus: „Z pedofilią musimy walczyć wszędzie. Szkoła, kolonie, harcerstwo”. Znowu uklęknie w niedzielę przed jakimś kapłanem i złoży hołd.

Zawiedziony jestem też opozycją, bo usłyszałem, że po odebraniu władzy PiS „żaden pedofil nie schowa się w kurii ani w partii„. Ten chowający się w „partii” to aluzja do Marka Kuchcińskiego? Nie słychać jednak o żadnej komisji państwowej ws. pedofilii w Kościele katolickim, najlepiej gdyby była ona społeczno-państwowa.

Polakom jednak zakodowała się treść filmu braci Sekielskich, nie można jej wymazać marną retoryką polityczną. Inne ofiary księży pedofilów dostały przykład, że można pokonać ogromny wstyd i mówić o złu wyrządzonym im przez zbrodniczą chuć kapłanów.

Sekielski zapowiada kolejny film o pedofilii w Kościele. Presja społeczna będzie coraz większa i dojdzie do rozliczenia pedofilii wśród kleru. Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS, którzy imitują walkę z kleszą pedofilią. Imitatorami walki są Kaczyński, Duda, Ziobro i inni, wszak to klienci katolickiej kruchty pozyskujący zindoktrynowany przez nich elektorat.

Pedofilia polityków, nie tylko kleru. Czas obnażyć zbrodnie

30 Kwi

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych kręgów władzy (według publicznych oświadczeń b. agenta CBA, który miał dostęp do taśm z nagrywanymi politykami) używały tego domu publicznego. Jak wynika z informacji medialnych osoby te mogły być szantażowane tymi materiałami. Nadto wiemy, że kierownictwo służb próbowało w/w agenta CBA zmusić, czy przekupić, aby milczał o tym skandalu. Czyli służby specjalne chroniły osoby publiczne, które były odpowiedzialne za jedne z najbardziej odrażających przestępstw.

Czy może być coś bardziej szokującego? Dla mnie nie.

Co się z nami wszystkimi na Miłość Boską stało, że o tej sprawie nie huczą wszystkie media od rana do wieczora? Gdy przypomnę sobie jak reagowały media wobec seksafery w Samoobronie to muszę stwierdzić, że z naszym krajem przez te dwanaście lat stało się coś bardzo złego.

Gdzie demonstracje pod siedzibami służb domagające się pełnej listy „klientów” tego domu publicznego? Gdzie apele organizacji chroniących dzieci, kobiety i zwalczające handel niewolnikami? Gdzie głos organizacji religijnych? Gdzie wniosek o komisję śledczą? Gdzie działania prokuratury? Gdzie wyjaśnienia premiera? Gdzie zainteresowanie Prezydenta?

Przypomnę: według pojawiających się w mediach wiarygodnych informacji mamy do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym setek dziewczynek przez osoby publiczne i to na przestrzeni wielu lat. Wykorzystywaniem nagrywanym, które może być źródłem szantażu przy którym dawne teczki SB, to zabawa w przedszkolaka. Właściciel teczki z nagranym np. posłem uprawiającym seks z 14-latką jest właścicielem tego posła. W sensie dosłownym. Może mu kazać się zrzec mandatu, głosować tak lub inaczej, zdradzić tajemnice państwową etc. Od niego bowiem zależy, czy dany człowiek pójdzie na dekadę do więzienia z piętnem pedofila, czy nie. Oprócz więc wątku obyczajowego i karnego mamy tutaj fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa.

Czy zebrała się w tej sprawie Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Pan Prezydent , który jak już wiemy sezon narciarski zakończył, zainteresował się tą fundamentalną kwestią? Może być tak, że najważniejsze dokumenty w Państwie trafiają np. do osoby szantażowanej? Czy samo zbadanie takiej możliwości nie powinno być obecnie priorytetem wszystkich służb?

Apeluję do wszystkich osób uczciwych, aby nie dopuściły do tego, aby ten chyba największy skandal naszych czasów zginął w tumanach mgły, która się rozciągnęła nad naszym życiem publicznym i nie pozwala dostrzec rzeczy najważniejszych.

*

„Rzeczpospolita” opublikowała nowe ustalenia ws. afery z Podkarpacia. Pojawiają się kolejne potwierdzenia tego, że w agencjach towarzyskich braci R. nagrywano VIP-ów. Samych taśm ma być blisko cztery tysiące.

Coraz więcej wskazuje na to, że sekstaśmy z podkarpackich agencji towarzyskich prowadzonych przez dwóch braci istnieją – donosi wtorkowa „Rzeczpospolita”. Wcześniej były to tylko doniesienia – m.in. byłego agenta CBA – a teraz pojawiają się nowe informacje.

Gazeta dotarła do zeznań Ukraińców, braci Jewgenija i Aleksieja R., a także ich pracowników. W trakcie śledztwa z 2015 roku zeznawali, że w pokojach prostytutek były kamery. „Rzeczpospolita” w kontekście braci R., którzy mieli mieć specjalne traktowanie w regionie za sprawą policjanta Centralnego Biura Śledczego Daniela Ś. przypomina reportaż Superwizjera TVN z 2017 roku.

Mieli kamerę zamontowaną w niektórych pokojach i tam panie przyjmowały panów z różnych urzędów

– relacjonował bohater reportażu (był świadkiem w sprawie przeciwko policjantowi Ś.). Dalej tłumaczył, że zasada była prosta – VIP-om odtwarzano te filmy, dzięki czemu bracia R. mieli „dodatkowe zabezpieczenie interesu”.

Samych taśm – o czym wcześniej nieoficjalnie informowano – ma być blisko cztery tysiące, a wśród nagranych mają być politycy, arcybiskup, wiceminister obrony czy szef jednej z komend policji.

Bracia R. i sprawa obywatelstwa

„Rzeczpospolita” w poniedziałek pisała też, że nie wiadomo, jak doszło do tego, że bracia R. otrzymali polskie obywatelstwo. Zwłaszcza że doszło do tego w czasie, gdy bracia R. handlowali ludźmi (ich ofiarą padło 250 kobiet).

Jeszcze 29 kwietnia Kancelaria Prezydenta nie chciała podawać szczegółów, dzień później już zmieniła podejście.

Okazuje się, że obywatelstwo otrzymał tylko jeden z braci i nie stało się to za kadencji zarówno Andrzeja Dudy, jak i Lecha Kaczyńskiego. Nie padła za to dokładna data, Kancelaria Prezydenta stwierdziła tylko, że obywatelstwo nadano mu „znacznie wcześniej”– co wskazywałoby na to, że jeszcze za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Seksafera na Podkarpaciu – to warto wiedzieć:

Przed Muzeum Narodowym setki osób wzięły udział w proteście przeciw cenzurowaniu sztuki. „Bananowa rewolucja”, „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”, „Polska kolorowa, nie narodowa”, „Wolna sztuka” – skandowali uczestnicy. Podczas happeningu jedli też banany.

Bezpośrednim powodem akcji było usunięcie prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL z ekspozycji Muzeum Narodowego przez dyrektora placówki prof. Jerzego Miziołka. Chodzi o instalacje wideo „Pojawienie się Lou Salome” (2005 r.) autorstwa Katarzyny Kozyry i „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z 1972 r., przedstawiającej kobietę jedzącą banana. Miziołek twierdził, że prace „rozpraszały młodzież”.

W poniedziałek w wydanym przez siebie oświadczeniu dyrektor Muzeum poinformował, że prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wrócą do galerii „do czasu rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”. Tylko, że to oznacza, że będzie je można oglądać raptem przez tydzień – do 6 maja, bo wtedy właśnie rozpocznie się zmiana ekspozycji.

Podczas protestu wyczytano nazwiska uznanych polskich artystek współczesnych, których prace powinny znaleźć się w Muzeum Narodowym. – „Pamiętajcie, spotkamy się tu dzisiaj nie po to, żeby świętować, że przywrócono dwie prace do Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie. Spotkaliśmy się tu po to, żeby wywalczyć nową, wspaniałą pracownię feministyczną w tym muzeum. Najlepiej całe skrzydło, które będzie poświęcone tylko pracom artystek. Starych i młodych” – mówiła do zgromadzonych przed bramą Muzeum Narodowego jedna z organizatorek protestu Joanna Drozda.

Głos zabrało również dwoje pracowników Muzeum Narodowego. – „Chcieliśmy w imieniu pracowników, którzy są tutaj z nami i tych, którzy nie mogli tu przybyć, serdecznie podziękować za waszą obecność. Za waszą troskę o wolność sztuki, za waszą troskę o autonomię instytucji kultury, a także o godność zawodu muzealnika. Od dłuższego czasu przeżywamy trudne chwile i bardzo potrzebujemy solidarności społecznej” – powiedzieli.

„Ta historia wywołała wielką falę myślenia o wolności sztuki i o cenzurze.  Sztuka nie może być pod presją żadnej cenzury. Nie w 2019 r. Nie jesteśmy 600-700 lat temu. To myślenie kruchciane, zamknięte, które by ograniczało sztukę jest nie do akceptacji. Myślę, że ta presja się powiodła. Ale być może trzeba ją utrzymać, żeby po zamknięciu Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym, kiedy będzie ponownie otwierana, żaden element cenzurowania czegokolwiek w sztuce nie przyszedł nikomu do głowy” – powiedział obecny na demonstracji europoseł PO Michał Boni. W proteście uczestniczyli także odwołani przez ministra Piotra Glińskiego byli dyrektorzy Muzeum Narodowego Agnieszka Morawińska i Piotr Rypson.

Szybkość zmiany poglądów partii rządzącej i jej narracji na użytek zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego może być sztandarowym przykładem wyborczej manipulacji.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy wyprowadzali flagi Unii Europejskiej teraz przekonują wyborców, jak ważne jest nasze członkostwo w europejskich strukturach.

Swoje spojrzenie na UE zmienił także prezydent Duda, o czym nie omieszkał poinformować Polaków w tekście napisanym specjalnie dla „Faktu”.

Głowa państwa, która zaledwie kilkanaście tygodni temu uważała, że Europa jest „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla Polaków niewiele wynika i która powinna nas zostawić w spokoju„, teraz pisze tak: „podobnie jak miliony Polaków opowiedziałem się wtedy za szansą, jaką było nasze członkostwo w Unii. […] Zaangażowanie w budowę wspólnoty europejskiej płynie z naszego patriotyzmu, ale płynie też z naszego historycznego doświadczenia. […]

Możemy dziś z dumą powiedzieć: Europa to my, Unia Europejska to my.”  Do wyborców należeć będzie ocena, czy to godna podziwu przemiana, czy zwykła, zimna kalkulacja.

15 lat Polski w Unii Europejskiej ocenił w Radiu ZET Leszek Miller.

– Widzę same plusy. Nie ma żadnych minusów. Mówiliśmy o pieniądzach, ale proszę popatrzeć na sytuację obywateli RP w Europie. Mogą podróżować gdzie chcą, podejmować pracę gdzie chcą, osiedlać się gdzie chcą – powiedział.

Były premier odniósł się też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który podczas ostatniej konwencji zapowiedział, że „Polska przyjmie euro, gdy gospodarką dogoni Zachód”.

– To baśń z mchu i paproci. Bez wejścia do strefy euro nigdy nie osiągniemy takiego poziomu, jak mają dzisiaj Niemcy – kwituje Miller.

Leszek Miller w rozmowie z Beatą Lubecką podkreśla, że z dziesięciu państw, które wchodziły do UE wraz z Polską, siedem jest już w strefie euro.

– Mają większy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska. Opłacało się im wejść do euro – mówi Miller.

Jak dodaje, jutro premier Morawiecki spotka się z przedstawicielami krajow, które do strefy euro weszły.

– Siedmiu szefów rządów to premierzy krajów, które weszły do strefy euro. Ciekawe, jak premier będzie się czuł otoczony przez wilki z napisem „euro” – dodaje.

 Miejsce Polski w Unii jest wyrażone stosunkiem 27:1. Nie ma co upiększać. Polska jest na marginesie [UE -red.], negocjatorzy nie potrafią negocjować, są lekceważeni – ocenia Miller.

Uchwalona w kilkanaście godzin ustawa znosząca przepisy, na podstawie których Sąd Najwyższy i NSA zadały pytania TSUE prejudycjalne, czeka już tylko na podpis Andrzeja Dudy.

Na razie PiS zrezygnował z trzech innych wątków tej ustawy, w tym z ułatwienia sobie wyboru prezesów Sądu Najwyższego i ścigania sędziów. Ustawa działa wstecz: siedem dni od jej opublikowania toczące się na podstawie jej przepisów postępowania zostają automatycznie umorzone.

Pytania SN i NSA zmierzają do oceny prawomocności powołania i działania neo-KRS. Zostały zadane na tle odwołań sędziów od wyników konkursu przeprowadzanego przez nią na sędziów Sądu Najwyższego.

Wyrok TSUE spodziewany jest w czerwcu

PiS spieszył się, by z ustawą odbierającą prawo do odwołania kandydatom do SN zdążyć przed 14 maja, kiedy przed Trybunałem odbędzie się druga rozprawa w tej sprawie. Zapewne złoży wniosek o umorzenie postępowania, skoro w polskim prawie nie ma już przepisów, które były podstawą złożenia pytań.

Decyzja o tym, czy umorzyć postępowanie przed TSUE, nie jest automatyczna. Zależy od TSUE. Zasadą jest, że TSUE pyta o to podmiot, który wniósł sprawę. W tym wypadku zapyta autorów pytań prejudycjalnych w SN i NSA, czy odpowiedź nadal jest im potrzebna. Zważywszy że celem jest ocena prawomocności działań KRS, trudno sobie wyobrazić, by przestały potrzebować odpowiedzi.

Neo-KRS jest kluczowa dla planu PiS – kadrowego opanowania wymiaru sprawiedliwości – ponieważ to ona wybiera spośród kandydatów na stanowiska sędziowskie w sądach wszystkich rodzajów i instancji. Neo-KRS jest też ważna dla postępowań dyscyplinarnych służących do zastraszania niepokornych sędziów: kieruje wnioski do rzeczników dyscyplinarnych i – co ważniejsze – może uchwalać, jak należy rozumieć bardzo ogólne sformułowania kodeksu etyki sędziowskiej.

Na użytek postępowań wobec sędziów za założenie koszulki z napisem „KonsTYtucJA” czy inne publiczne prezentowanie tego napisu neo-KRS uchwaliła, że „zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” jest „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną”.

Polskie sądy przed wyrokiem

Ustawa wprost sprzeczna z konstytucją

Odpowiedź TSUE na pytania prawne w sprawie neo-KRS jest też istotna dlatego, że usuwając te przepisy, PiS wywołał sytuację, która może być sprzeczna z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, czyli prawem do skutecznego środka odwoławczego w przypadku naruszenia praw gwarantowanych Kartą. Jednym z takich praw jest swoboda wykonywania zawodu.

To, co uchwalił PiS, jest wprost sprzeczne z konstytucją. Narusza zasadę równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji (art. 32), równego dostępu do służby publicznej (art. 60), zasadę zaufania do państwa i prawa (art. 2 – przez niekorzystną zmianę sytuacji prawnej obywateli z mocą wsteczną) i prawo do zaskarżania wyroków i orzeczeń wydanych w pierwszej instancji (art. 78).

W tym ostatnim przypadku możliwe są wyjątki określone ustawą, ale muszą być zgodne z innymi zapisami konstytucji (np. z równym dostępem do służby publicznej czy równością wobec prawa), konstytucyjnie uzasadnione, proporcjonalne, nie naruszać istoty konstytucyjnego prawa i być niezbędne w demokratycznym społeczeństwie dla ochrony bezpieczeństwa czy porządku publicznego albo praw i wolności innych osób.

PiS twierdzi, że jego ustawa „wykonuje” wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 25 marca. W tym wyroku TK (w dobrozmianowym składzie, z dublerem sędziego) uznał, że neo-KRS powołano zgodnie z konstytucją. Ale tu ważniejszy jest inny wątek: orzekł – można się domyślać, że na użytek zablokowania wydania wyroku przez TSUE – że prawo odwołania się do NSA od wyniku konkursu do SN jest sprzeczne z konstytucją, bo „charakterystyka ustrojowa Naczelnego Sądu Administracyjnego nie predestynuje go do rozpatrywania spraw dotyczących uchwał Krajowej Rady Sądownictwa”.

Jednak po tym wyroku pojawiły się opinie prawników, że ponieważ sytuacja nierówności w prawie do odwołania jest sprzeczna z konstytucją, należy wyrok TK interpretować tak, że od konkursu do SN można się odwoływać, ale na zasadach ogólnych, czyli tak jak od wszystkich rozstrzygnięć KRS: do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

PiS, dla zablokowania wydania wyroku przez TSUE, chciał posłużyć się Trybunałem Konstytucyjnym, bo zapewne uznał, że będzie wyglądało bardziej elegancko, jeśli o wyeliminowaniu przepisu zdecyduje „niezawisły sąd”. Potem zobaczył, że mogą być problemy z jego interpretacją – więc wziął na siebie polityczną odpowiedzialność i uchwalił ustawę wprost odbierającą prawo do odwołania kandydatom na sędziów do SN.

Sędziowie będą mieli dyscyplinarki za wyroki

Teatr na użytek elektoratu

Szanse PiS na przekonanie TSUE i pytających sądów do poniechania sprawy są bardzo mizerne i chyba nie na to liczył, uchwalając tę ustawę. To raczej teatr na użytek wyborców PiS. Podobnie jak wniosek o wyłączenie od sądzenia tej sprawy przewodniczącego składu i prezesa TSUE Koena Lenartsa złożony przez przedstawiciela prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na poprzedniej rozprawie – w marcu. PiS chce pokazać elektoratowi, że Trybunał Sprawiedliwości UE jest stronniczy, „polityczny”, a jego wyroki nie zasługują na szacunek – a więc też na ich wykonanie.

Ale jeśli TSUE orzeknie – co stanie się zapewne w czerwcu – i zakwestionuje neo-KRS, PiS będzie miał problem, bo odmowa wykonania wyroku TSUE oznacza naruszenie wprost traktatu o UE, a to ożywi oskarżenia o polexit, których się boi. Jeśli więc TSUE uzna powołanie neo-KRS i jej działalność za sprzeczne z prawem Unii, rząd będzie zapewne sytuację rozwadniał, jak długo się da.

Wyrokiem będą natomiast związani sędziowie – zarówno składy, które zadały pytania prawne, jak i wszyscy, którzy mają wykonywać decyzje neo-KRS. Na przykład prezesi SN, którzy już wyznaczyli neosędziów nominowanych przez neo-KRS do składów orzekających.

Z cyklu – jak łatwo można zniszczyć jedno z najpotężniejszych ministerstw. Bardzo trafna analiza.

Krótkie podsumowanie fachowości ekipy byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wg. redaktora

.

 

Państwo wyznaniowe PiS (2)

24 Kwi

Jesienne wybory parlamentarne na wiele lat określą kierunek, jaki obierze nasz kraj w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Wszyscy już wiemy, jaka jest alternatywa – konsekwentne utrwalanie kołtuństwa, państwa wchodzącego z butami do naszego życia, opresyjnego fiskusa, niewydolnej służby zdrowia i oświaty podlane sosem fałszywego patriotyzmu i rozdawnictwa pieniędzy albo powrót na drogę europejskości, z odpowiedzialnie prowadzoną polityką wewnętrzną, przywrócenie Polski do grona liczących się graczy na arenie międzynarodowej i traktowanie wszystkich obywateli z należytym im szacunkiem, niezależnie od poglądów czy stylu życia. O tym wszystkim zdecydujemy już tej jesieni. Nic więc dziwnego, że zarówno rządzący, jak i opozycja pracują nad strategiami na najbliższych kilka miesięcy. O tym, który scenariusz może dać demokratycznej opozycji największą szansę na sukces pisze dziś Paweł Wiejas z Wirtualnej Polski, przytaczając wyniki sondażu na panelu Ariadna.

Okazuje się bowiem, że kluczowa z punktu widzenia odsunięcia PiS od władzy może być decyzja Roberta Biedronia i jego Wiosny. Gdyby w jesiennych wyborach do krajowego parlamentu partia byłego prezydenta Słupska startowała oddzielnie, zwycięzcą wyborów zostałby PiS. Na partię Kaczyńskiego i jego koalicjantów (Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin) zagłosowałoby 33 proc. ankietowanych. Na Koalicję Europejską pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny głos oddałoby 29 proc. uczestników badania, Wiosna zebrałaby 10 proc. głosów, a Kukiz’15 6 proc. Inne partie i koalicje nie dostałyby się do parlamentu.

Zupełnie inaczej rozkładałoby się poparcie Polaków, gdyby Wiosna stała się częścią szerokiej koalicji partii opozycyjnych. Taki rozwój sytuacji zmartwiłby większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości (52%) i w zasadzie nie ma im co się dziwić. Koalicja Europejska z Wiosną zebrałaby bowiem 36 proc. głosów, a PiS 31 proc. Z kolei Kukiz’15 mógłby liczyć na 7 proc. głosów. Inne partie i koalicje znalazłyby się pod progiem wyborczym.

Czy taki scenariusz jest w ogóle realny? Póki co wydaje się, że nie, tym bardziej że Robert Biedroń konsekwentnie woli skupiać się na atakowaniu właśnie Koalicji Europejskiej i korzystać z faktu, że nachalna propaganda mediów propisowskich unika ataków na jego partię. Niewątpliwie decydujący wpływ na decyzję lidera Wiosny będą jednak miały ostateczne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli zaliczy spektakularną klęskę, może się nie odważyć zaryzykować samodzielnego startu także jesienią.

Wystawiany emigrującym Polakom dokument ma zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Cel wydania? „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

Swoje przemyślenia w zakresie migracji i dokumentu na drogę profesor Krzysztof Maria Szczerski, jeden z najważniejszych intelektualistów „dobrej zmiany” w kwestiach polityki europejskiej, i szef gabinetu prezydenta RP, zawarł w opasłym tomie „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”, wydanym w 2017 roku przez wydawnictwo „Biały Kruk”.

To właśnie na stronach tego wolumenu zgłasza postulat wprowadzenia „paszportu katolickiego” . „Dlatego chciałbym zaproponować podjęcie prac nad przygotowaniem swego rodzaju „Paszportu katolickiego”. Z lektury przemyśleń ministra można się dowiedzieć, że oprócz wspomnianych już modlitw katolicki paszport miałby zawierać „informację o wspólnotach katolickich, duszpasterstwach czy o polskich misjach działających w zachodniej Europie”. Minister Szczerski tłumaczy nawet cel takiego ekwipunku. „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. Polak emigrujący za Odrę ma bowiem wyjeżdżać z „jasnym przesłaniem”. Jakim, że ma nieść ze sobą światło wiary dla siebie, dla swojej przyszłej rodziny i dla otaczających go ludzi”.

Szczerski, który boleje nad faktem, że Polskę opuściło miliony młodych ludzi, znalazł też sposób, by demograficzną porażkę przekuć w wyznaniowy sukces. Według niego: „idea reewangelizacji Europy” może być realizowana przez rodaków, niosących „ogień wiary”. To zadanie dla Kościoła i państwa, bo przecież „młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę” zabiorą za sobą „i polskość”.

Po nas choćby i potop

Szczególna misja polskich imigrantów jest konieczna, bo według ministra Szczerskiego kondycja dzisiejszej Europy jest kiepska. Trawi ją potop, czas więc pomyśleć o polskim Noe, który uratuje Stary Kontynent. „W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód”. Jak wynika z lektury dzieła ministra, Szczerski jest święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, że odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Trudno nie doszukać się tu zatem nawiązań do mesjanistycznych koncepcji o wyższości moralnej i duchowej Polaków, które w XIX wieku udzielały się Andrzejowi Towiańskiemu i zostały opisane przez Adama Mickiewicza. Znać w tej koncepcji też zapowiedź świętej Faustynyktórej rzekł Jezus: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”.

Minister Szczerski na poważnie

Można oczywiście pomysły ministra Szczerskiego traktować jako nieco megalomańskie i abstrakcyjne. Sęk w tym, że ich autor to przecież szef gabinetu Prezydenta R.P., kilkukrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych. Ministra należy też wymienić obok profesorów Ryszarda Legutki oraz Zdzisława Krasnodębskiego jako najważniejszych ideologów „dobrej zmiany” w kwestiach związanych z polityką europejską. Zresztą pomysły ministra Szczerskiego na reformę unii są obecne w wypowiedziach najważniejszych osób w polskiej polityce.

Znajomo brzmi choćby idea „reewangelizacji Europy” o której mowa w „Utopii”. Nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że chcemy Europę z powrotem rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. I kto jeśli nie Polacy mogą to zmienić?

A Andrzej Duda? Kiedy w czasie Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki” internauci mieli ubaw, obwołując go „Oświeconym prezydentem” oraz „Światłością narodu”.

Tymczasem myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.”

PiS przymierza się do państwa wyznaniowego

24 Kwi

To wcale nie jest żart. Profesor Krzysztof Maria Szczerski, szef gabinetu prezydenta RP na stronach swojego życiowego dzieła pt „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”,wydanego w 2017 r. postuluje wprowadzenia „paszportu katolickiego”.

Powinien on zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Chodzi o to „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

„W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód” – pisze Szczerski.

Jak wynika z lektury dzieła ministra, jest on święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, iż odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Jakkolwiek by nie komentować tych „wynurzeń” niepokojące jest to, że autor jest szefem gabinetu Prezydenta RP, kilkakrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych.

Bez większej złośliwości dzieło pana profesora można skomentować w czterech słowach: jaki Pan taki kram.

Znajomo w nim pobrzmiewa głoszona wcześniej przez Morawieckiego idea rechrystianizacji Europy, donośnym echem odbija się kompromitująca wypowiedzi Andrzeja Dudy podczas Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie, gdzie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki”.

„Myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.” – skomentował autor artykułu na ten temat Artur Nowak w tygodniku „Newsweek”.

Zakrzykiwani, obrażani, straszeni, zawstydzani ludzie, są jak ofiary stresu pourazowego – i po to właśnie PiS to robi.

Żyjemy w ciągłym stresie, strachu, napięciu i lęku, z uczuciem wyczerpania i niemożności, braku kontroli nad własnym życiem i poczuciem, że cokolwiek robimy, nie zmienia sytuacji. Prawda? A wiecie, że to najbardziej typowe objawy stresu pourazowego?

O to PiS – owi chodziło i tak dokładnie się stało: choć tego nie zauważyliśmy, staliśmy się ofiarami.

I jak typowe ofiary obwiniamy siebie. W programach publicystycznych, w mediach społecznościowych i tradycyjnych, od znajomych i nieznajomych na spotkaniach autorskich ciągle słyszę te same pytania i wyznania.
„To nasza wina, byliśmy aroganccy”. „Byliśmy głupi”. „Nie dość uważaliśmy”. „Nie znamy prawdziwego życia, bo przecież prawdziwe życie znają tylko wyborcy PiS, trzeba było bardziej się im podlizywać, bardziej ich słuchać”. „Nie zadawaliśmy właściwych pytań”. „Nic nas nie obchodziło”. „Może mogliśmy zrobić to lub tamto” albo „tego lub tamtego nie robić”. Jak dziewczyna, która pod wpływem pytań policjanta zaczyna się zastanawiać, czy gwałt to nie jej wina, bo może miała za krótką sukienkę? Może za dużo wypiła? Może mogła zostać w domu, zamiast iść do klubu?

Powiem Wam jedno. Guzik prawda.

Owszem nie jest tak, bo nigdy nie jest, żeby nie było żadnych błędów, aroganckich czy głupich ludzi, po każdej stronie politycznego sporu, w każdej partii i w każdym obozie światopoglądowym. To banał. Nic nowego. I kompletnie nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że temu co się dzieje od trzech lat w Polsce całkowicie i w stu procentach winna jest partia, która wygrała wybory pięcioma milionami i siedmiuset tysiącami głosów (co oznacza, że ponad 24 miliony uprawnionych do głosowania Polaków nie zagłosowało na PiS) i złamała wszelkie reguły i zasady, których zobowiązana była bronić.

Całkowicie i w stu procentach winna jest partia, która podeptała prawo, Konstytucję, swobody i wolności obywatelskie, zasadę świeckości państwa i poszanowania mniejszości, zlikwidowała polski parlamentaryzm i sejmową debatę, sterroryzowała opozycję i jej wyborców, nieuczciwie i bezprawnie, niemal się z tym nie kryjąc, grając hakami i za pomocą zagarniętych mediów publicznych robiąc najobrzydliwszą nienawistną propagandę, brutalnie zaatakowała kobiety, niepełnosprawnych i wszystkie grupy sprzeciwiające się jej poglądom.

Swoją działalnością PiS wypełnił wszystkie przesłanki do delegalizacji partii politycznej, pogwałcił przepisy i umowy społeczne, zniósł trójpodział władzy, zniszczył kapitał społecznego zaufania i wiarę w instytucje państwa, oczernił, opluł i próbował zastraszyć wszystkich myślących inaczej.

To PiS pozwolił sobie na zbyt wiele, nie tylko na to, na co nie pozwala prawo, ale nawet na to, czego wręcz zakazuje i robił to przez cały czas bezczelnie kłamiąc i patrząc ludziom prosto w oczy.

To PiS broni przywilejów skorumpowanego politycznie, upadłego, broniącego pedofilii kościoła katolickiego, neofaszystów i kiboli i promuje tym samym przemoc w życiu publicznym, bo popiera te najbardziej skrajne i destrukcyjne grupy społeczne wyłącznie z jednego powodu: z powodu swojej żądzy władzy.

Mówię to Wam, ponieważ mam już dość słuchania analiz i bezsensownego samobiczowania się, mam dość wymyślania usprawiedliwień i rozmydlania sprawy. Mam już dość tego kajania się i rozdzielania włosa każdej wypowiedzi na czworo, podczas gdy PiS, prawdziwy winny, śmieje się nam w twarz i zaciera ręce.

Otóż mam dla Was nowinę. W Polsce doszło do przestępstwa i jedynym winnym, jedynym sprawcą jest PiS.

I ten sprawca powinien być, tak jak się robi z przestępcami złapany, osądzony zgodnie z zasadami państwa prawa, które sam podeptał i ukarany.

My wszyscy, ludzie których prawa podeptano, którym zabrano państwo prawa, a wraz z nim poczucie godności i bezpieczeństwa, z których życia uczyniono pole walki. My, obrażani, lżeni, opluwani, zastraszani czy jak w przypadku Żydów, symbolicznie bici kijami, jesteśmy niewinnymi ofiarami.

My dziennikarze, ci, którzy straciliśmy pracę i którzy codziennie się o nią boimy, którym przeszkadza się w wykonywaniu naszych obowiązków, strasząc nas i zatajając przed nami informacje, my sędziowie broniący wymiaru sprawiedliwości i strzegący Konstytucji, którą się opluwa i znieważa, my ofiary księży pedofilów, my rolnicy, niepełnosprawni, pacjenci, lekarze i pielęgniarki, my nauczyciele, my, politycy opozycji, których się poniża w reżimowych mediach, zabiera się pensje, na których się nasyła państwowe służby, żeby szukały haków, my obywatele, których prawa się łamie i którym usiłuje się złamać kręgosłup i ducha, my, poniżane i wyśmiewane kobiety, które traktuje się jak podludzi. My wszyscy jesteśmy ofiarami.

I my wszyscy razem, wspólnie i solidarnie musimy walczyć o naszą godność i nasze prawa.

Nie szukajmy winy w sobie. Nie udawajmy że nie widzimy co się dzieje. Nie umniejszajmy tego. Nie chowajmy głowy w piasek.

Bądźmy konsekwentni, odważni i nieugięci. Bądźmy pewni swojej racji – bo ją mamy. My, nie PiS.

Nie tłumaczmy się z tego, że nie jesteśmy święci (bo nikt nie jest). Nie róbmy tego zwłaszcza przed ludźmi, którzy dopuszczają się przestępstw, nadużyć, manipulacji, kłamstw i nieprawości na skalę trudną do wyobrażenia.

Nie zajmujmy się tym, co o nas myślą, niech myślą co chcą.

Podnieśmy głowy i walczmy. Nie tylko o nasze państwo, prawo, ale przede wszystkim o nasze człowieczeństwo i naszą godność.

Nie zachowujmy się jak ofiary, a jeszcze będzie pięknie. Jeszcze będzie normalnie.

Były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski kandyduje do Parlamentu Europejskiego. Nie zamierza jednak uczestniczyć w debatach prowadzonych przez propisowskich dziennikarzy.

Broniarz o okrągłym stole ws. edukacji: Nie wiemy, czy dyskusja nie będzie elementem czyjejś, robionej za publiczne pieniądze, kampanii do europarlamentu

Nie wiemy, czy będziemy mieli możliwość funkcjonowania na normalnych warunkach, zwykłej uczciwej debaty, czy też będzie ona elementem czyjejś, robionej za publiczne pieniądze, kampanii do europarlamentu. Stąd decyzja wszystkich organizacji pracodawców i ZNP o tym, że nie będziemy brali udział w obradach okrągłego stołu, dlatego że nie takiej formuły oczekiwaliśmy” – mówił podczas protestu przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej szef ZNP Sławomir Broniarz.

Broniarz: Nie możemy zmarnować kapitału poparcia społecznego. Nie możemy dać się skłócić, rozejść. Wszyscy potrafimy mówić wspólnym głosem

Przed nami również trudne decyzje maturalne. Dzisiaj pan premier ma ogłosić projekt zmiany ustawy, która pozwoli obejść problem nieklasyfikowania uczniów. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to, co czeka nas w najbliższych dniach, będzie sprawdzianem naszej jedności, solidarności. Nie możemy tego kapitału poparcia społecznego zmarnować i nie możemy dać się skłócić, rozejść się, dlatego że naszym ogromnym kapitałem jest to, że wszyscy potrafimy mówić wspólnym głosem, że chcemy edukację naprawiać i że chcemy, żebyśmy lepiej zarabiali. Ale żebyśmy o tym sami decydowali, a nie oddawali naszych losów w ręce tego czy innego polityka. Bądźmy razem” – mówił podczas protestu przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej szef ZNP Sławomir Broniarz.

Gronkiewicz-Waltz: Polska nie spełnia warunków wejścia do unii walutowej. Nie przyjęliby jej prawdopodobnie nawet do Unii Europejskiej

[Jarosław Kaczyński] nie przeczytał traktatu, który podpisał jego brat, bo tam jest na temat unii walutowej. Niech przyjrzy się, jakie warunki Polska musiałaby spełnić. Dzisiaj Polska nie spełnia warunków wejścia do unii walutowej, jak również prawdopodobnie by jej nie przyjęli do Unii Europejskiej. Jest rząd, który narusza zasadę trójpodziału władzy, zasadę praworządności, które są podstawą funkcjonowania Unii Europejskiej, to nie tylko w unii walutowej byśmy nie byli, ale i w UE” – mówiła w rozmowie z Piotrem Kraśką w Poranku Radia TOK FM była prezes NBP i była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Gronkiewicz-Waltz: Sukcesem Schetyny jest to, że powstała Koalicja Europejska jako przeciwwaga dla Zjednoczonej Prawicy, która trzyma się mocno

Jego [Grzegorza Schetyny] sukcesem jest to, że powstała Koalicja Europejska. Każdy tam znajdzie kogoś do głosowania na liście. Jest przeciwwaga dla Zjednoczonej Prawicy, która trzyma się mocno. W sprawach światopoglądowych nie powinno być żadnej dyscypliny partyjnej i [PSL] powinno taki warunek postawić” – mówiła w rozmowie z Piotrem Kraśką w Poranku Radia TOK FM była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Grupiński: Morawiecki jest dzisiaj premierem skompromitowanym

– Nie może obejść się bez komentarza to, co dzieje się w ostatnim wczasie obok tak ważnego strajku nauczycieli, wobec wielu innych wyzwań i problemów, którymi dzisiaj żyjemy, nie może jednak ujść bez uwagi, bez komentarza to, co dzieje się z językiem polskiej polityki, w tej polityce, w jej samym centrum. Nie można pominąć obojętnie wypowiedzi premiera, który szkaluje własne państwo i wymiar sprawiedliwości w Nowym Jorku. Nie można przejść spokojnie do innych spraw, codziennych, do porządku dziennego wtedy, kiedy mają miejsce antysemickie ekscesy w Pruchniku, a rząd ani prezes rządzącej partii tego nie komentują. Nie można przejść do porządku dziennego nad tym, co mówi minister Jaki o nauczycielach, przyrównując ich postępowania do Wehrmachtu. Mnoży się tego rodzaju wystąpień w ostatnim czasie wiele. Mieliśmy do czynienia z niezwykłą tolerancją wobec różnych wystąpień polskich nacjonalistów czy nawet neofaszystów. Mieliśmy niezwykłą pobłażliwość służb, ministra Ziobry, premiera Morawieckiego wobec wielu ekscesów nacjonalistycznych i antysemickich. Proszę zwrócić uwagę na to, że premier polskiego rządu atakuje polski wymiar sprawiedliwości, którego w jakimś sensie jest także przełożonym w sposób, który urąga wszelkim zasadom nie tylko moralnym, ale także historii. Morawiecki jest dzisiaj premierem skompromitowanym, człowiekiem, który nie powinien w ogóle pełnić funkcji premiera. To fakt bezsporny – stwierdził Rafał Grupiński na briefingu w Sejmie.

Najbardziej zaufany ochroniarz Jarosława Kaczyńskiego nie posiada pozwolenia na broń oraz licencji pracownika ochrony za to z listem gończym i #wyrokiem karnym na koncie.

Kaczyński odtworzył komusze układy i w nich tkwi, dlatego tak się boi, jest tchórzem nr 1 w kraju

3 Mar

O tym, że słynna pani Basia – asystentka prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a także pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego i właścicielka niewielkich udziałów w Srebrnej – to osoba o co najmniej dwuznacznej przeszłości wiemy nie od dziś.

Dlatego poseł PO skierował do Kancelarii Premiera pismo, w którym poprosił o informację na temat drogi zawodowej pani Skrzypek.

Z odpowiedzi Centrum Informacyjnego Rządu dowiadujemy się, że pani Basia pracowała w URM od 16 września 1980 roku do 10 września 1989 r.

„W okresie zatrudnienia wykonywała pracę: stażysty w Wydziale Ogólnym – Archiwum, referenta w Wydziale Ogólnym, starszego referenta w Kancelarii Tajnej, starszego referenta w Gabinecie Prezesa Rady Ministrów, starszego statystyka w Gabinecie Prezesa Rady Ministrów, starszego statystyka w Gabinecie Ministra – Szefa Urzędu Rady Ministrów” – czytamy w przesłanym Brejzie dokumencie

„Barbara Skrzypek nie była zatrudniona w Komitecie Obrony Kraju ani w jednostkach obsługujących Radę Państwa bądź Przewodniczącego Radę Państwa. Nie była członkiem PZPR ani ZSMP” – zastrzega się w dokumencie Marta Radosz z KPRM.

Krzysztof Brejza w rozmowie z portalem wp.pl podkreślił, że informacje, które uzyskał od KPRM są dla niego wstrząsające.

„Do kancelarii tajnej trafiały najbardziej zaufane, najpewniejsze i sprawdzone osoby. A więc pani Barbara musiała mieć certyfikację i dostęp do najwyższych tajemnic ówczesnej władzy komunistycznej. To był najwyższy szczebel zaufania, dowodem jest przejście z Kancelarii Tajnej już do gabinetu samego prezesa Rady Ministrów PRL” – powiedział Brejza, podsumowując:

„Otoczenie Jarosława Kaczyńskiego jest zaadoptowane wprost z systemu komunistycznego. Nie każdy mógł przejść przeszkolenie i dopuszczenie do pracy w Kancelarii Tajnej URM. Trafiali tam najbardziej zaufani z zaufanych”.

Wydaje się, że perspektywa strajku nauczycieli odbiera rozum ludziom na najwyższych szczeblach władzy. Dowiódł tego na antenie radiowej „Trójki” prezydencki minister Krzysztof Szczerski, sugerując nauczycielom alternatywne rozwiązanie na okoliczność podniesienia miesięcznych zarobków.  Chociaż trudno dać temu wiarę, przedstawiciel głowy państwa powiedział wprost:

„Nauczyciele nie mają obowiązku życia w celibacie. W związku z powyższym także te transfery, które są dzisiaj dokonywane np. dla rodzin polskich – 500 plus – to też dotyczy nauczycieli. PiS daje pieniądze nauczycielom, bo daje wszystkim Polakom” – wypalił do niezadowolonych nauczycieli.

Ministerialne rada nie wydaje się niejasna: jeśli nauczyciele chcą więcej zarabiać, mogą przecież postarać się o własne dzieci, za które PiS daje 500 zł miesięcznie.

Z podobnym pomysłem wystąpił już niegdyś marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wyliczył, że posiadanie dużej rodziny opłaca się, bo w dziesięć lat można „zarobić” 300 tysięcy złotych.

Szef partii otrzymującej subwencje z budżetu wygląda źle, gdy rozmawia o pieniądzach. Sprawa powinna być powierzona doświadczonemu prokuratorowi o mocnej pozycji zawodowej. Tymczasem sprawę prowadzi prokuratorka, która jest delegowana. Ma słabą pozycję, gdyż zabiega o awans – mówi o tzw. taśmach Kaczyńskiego Krzysztof Parchimowicz, prokurator, prezes Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex super omnia”. – Oswoiłem się zmyślą, że mogę być wydalony dyscyplinarnie z prokuratury. Zwłaszcza po powołaniu Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Nazywam ją Izbą 40 proc. Plus, gdyż jej sędziowie zarabiają o tyle więcej od innych sędziów SN. Tak wyceniono misję dyscyplinowania sędziów i prokuratorów. Jestem przekonany, że czas i Trybunał w Strasburgu pokażą, iż wysokie zarobki będą nieproporcjonalne do poziomu orzecznictwa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Ile w tej chwili ma pan postępowań dyscyplinarnych?

KRZYSZTOF PARCHIMOWICZ: Mam 3 sprawy, w których przedstawiono mi 6 zarzutów dyscyplinarnych. Wszystkie dotyczą krytyki sytuacji w prokuraturze i działalności jej szefów. Do tego dochodzi zwykły mobbing.

Prokurator Bogdan Święczkowski i wypełniający jego polecenia rzecznicy dyscypliny ignorują fakt, że nie jestem „filipem z konopi”, a prezesem stowarzyszenia prokuratorów.

Odbiera je pan jako próbę zastraszenia?
Tak, lecz innych prokuratorów. Chodzi o to, by nikt nie ważył się otwarcie krytykować szefów, którzy chcą uchodzić za nieomylnych. Nie dopuszczają do dyskusji, polemiki, ignorują istnienie „Lex super omnia”. Oswoiłem się zmyślą, że mogę być wydalony dyscyplinarnie z prokuratury. Zwłaszcza po powołaniu Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Nazywam ją Izbą 40 proc. Plus, gdyż jej sędziowie zarabiają o tyle więcej od innych sędziów SN. Tak wyceniono misję dyscyplinowania sędziów i prokuratorów. Jestem przekonany, że czas i Trybunał w Strasburgu pokażą, iż wysokie zarobki będą nieproporcjonalne do poziomu orzecznictwa.

Rozumie pan tych, którzy są w stanie działać na zlecenie ministra sprawiedliwości Prokuratora Generalnego?
Nie, gdyż preferujemy inne wartości.

Prokuratorzy zapatrzeni w zalecenia polityka, który kieruje prokuraturą uważają, że podległość i bezrefleksyjne posłuszeństwo jest prawniczą cnotą.

Członkowie LSO są wierni prokuratorskiemu ślubowaniu, które nakazuje wierność prawu, a o Zbigniewie Ziobrze nie wspomina. Ci pierwsi są nagradzani, a drudzy szykanowani. Oczywiście mówimy o drażliwych sprawach i kontrowersyjnych decyzjach. Takich jednak nie brakuje. Symboliczną sceną jest scena, gdy Bogdan Święczkowski wyprasza z narady prokuratora, który uśmiecha się w momencie, kiedy Święczkowski obwieszcza sukcesy prokuratury.

Jak pan ocenia działania prokuratury w głośnej ostatnio sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego?
Jest to poważna sprawa. Szef partii otrzymującej subwencje z budżetu wygląda źle, gdy rozmawia o pieniądzach. Sprawa powinna być powierzona doświadczonemu prokuratorowi o mocnej pozycji zawodowej. Tymczasem sprawę prowadzi prokuratorka, która jest delegowana. Ma słabą pozycję, gdyż zabiega o awans.

Prezes PiS-u powinien być już przesłuchany?
To wymagałoby przyznania przez prokuratorkę, że podejrzewa popełnienie przestępstwa na szkodę Geralda Birgfellnera i wszczęcia śledztwa.

Zauważam, że Jarosław Kaczyński sam się domaga przesłuchania, skoro złożył zawiadomienie o zniesławieniu go przez „Gazetę Wyborczą”. W tym postępowaniu będzie musiał zeznawać, o ile prokurator obejmie ściganiem czyn ścigany z oskarżenia prywatnego.

Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, prokuratura rozważa wszczęcie śledztwa w sprawie próby wyłudzenia pieniędzy od spółki Srebrna przez Geralda Birgfellnera. Jak pan nazwałby takie odwrócenie ról?
Najpierw musi być zakończone prawomocnie postępowanie z zawiadomienia austriackiego przedsiębiorcy. Prowadzenie w tej samej sprawie postępowania na szkodę Geralda Birgfellnera i jednocześnie postępowania ukierunkowanego przeciwko niemu to byłby przejaw schizofrenii. Ewentualne nowe postępowanie powinien prowadzić innych prokurator, nieskażony ocenami koleżanki prowadzącej sprawę rozliczeń przygotowania budowy 2 wieżowców.

Sąd w Szczecinie uznał za niesłuszne zatrzymania byłych szefów KNF, Andrzeja Jakubiaka i Wojciecha Kwaśniaka. Pan nie miał wątpliwości, że to był element gry politycznej?
Rzeczywiście w jednej z wypowiedzi podkreślałem, że postępowanie w tej sprawie ma charakter propagandowy. Podtrzymuję to stanowisko. Wyraziłem je po lekturze harmonogramu działań KNF w sprawie SKOK Wołomin, analizie konferencji prasowej Bogdana Święczkowskiego i Zbigniewa Ziobry i decyzji prokuratora, który nie odważył się wnioskować o areszt wobec zatrzymanych.

To była odpowiedź na ujawnioną przez media aferę KNF?
Tak uważam.

Sprawa przeciwko Andrzejowi Jakubiakowi i Wojciechowi Kwaśniakowi jest mocnym dowodem braku neutralności politycznej prokuratury i wykorzystywaniu jej w walce o władzę.

Co by pan powiedział ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze, który publicznie krytykuje taką decyzję i mówi, że jest „rażąco niesłuszna”?
Przypomniałbym, że postanowienie sądu w kwestii legalności i zasadności zatrzymania jest ostateczne. Powiedziałbym, że w tej sytuacji ministrowi sprawiedliwości Prokuratorowi Generalnemu taki przejaw „pieniactwa” nie wypada, że to wstyd. Dodałbym, że moment, gdy sądy będą spełniać oczekiwania Zbigniewa Ziobry, będzie oznaczał koniec demokratycznego państwa prawnego.

Narada szefa partii rządzącej, który jest stroną w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, z ministrem sprawiedliwości Prokuratorem Generalnym to rzecz normalna?
Tak, o ile nie odbywa się w momencie, gdy od decyzji młodej prokuratorki waży się polityczna przyszłość koalicji rządzącej i jej szefa. To są dorośli ludzie. Powinni jak ognia unikać sytuacji, która daje pretekst do twierdzenia, że rozmawiali o sprawie inwestycji na Srebrnej.

Jak pan myśli, o czym panowie rozmawiali?
Zbigniew Ziobro mówi, że o ważnym projekcie ustawy.

Już dawno nauczyłem się dystansu do wypowiedzi mojego szefa.

Wiele osób mówi, że teraz pozycja Zbigniewa Ziobry stała się znacznie silniejsza…
Nie znam się na grach politycznych. Fakty są takie, że bez Solidarnej Polski większość parlamentarna stałaby pod znakiem zapytania i to prezes przyjechał do przewodniczącego, a nie odwrotnie.

Czuje się pan twarzą sprzeciwu wobec upolitycznienia prokuratury?
Ustaliliśmy na forum zarządu „Lex super omnia”, że będę reprezentował opinii publicznej stanowisko Stowarzyszenia. Ponoszę tego wiadome konsekwencje, gdyż wypowiadam się szczerze. Jednocześnie na forum publicznym pojawiają się młodsze, ładniejsze twarze LSO. W końcu stycznia odbyło się nadzwyczajne walne zebranie w obronie stowarzyszenia. Zostało zwołane w wyniku oddolnej inicjatywy członków. Poczuliśmy się raźniej.

Podobno jest coraz więcej krytycznych głosów o działaniach Zbigniewa Ziobry i Bogdana Święczkowskiego i coraz więcej prokuratorów, którym puszczają nerwy. Dostrzega pan taką tendencję?
Ten uśmiechający się prokurator jest tego symbolem, podobnie jak prokurator z Gdańska, który nie chciał wnioskować o areszt b. prezesa Lotosu. Prokuratury rejonowe w dużych miastach, które załatwiają najwięcej spraw, cierpią na niedobór kadr. Urzędnicy wspomagający prokuratorów nie chcą dalej pracować za niskie pensje.

Awanse, nagrody, dodatki w prokuraturze stały udziałem znajomych lub pokornych. Nie dziwi mnie, że przyzwoici ludzie mają dość.

Dlaczego rządzącym tak bardzo zależy na przejęciu prokuratur i sądów?
Gra idzie o ograniczenie mechanizmów kontrolnych. Sprawowanie władzy bez hamulców może jednak stanowić cel tylko polityków krótkowzrocznych. Taki model sprawowania władzy szybko degeneruje rządzących, rodzi patologię. Prokuratura i sądy w interesie obywateli powinny patrzeć na ręce władzy. Nie mogą być instrumentem w rękach władzy.

„Jeżeli ktoś poniża drugiego człowieka różnego rodzaju określeniami czy działaniami, które podejmuje, wystawia świadectwo przede wszystkim sobie. I pokazuje, że nie ma żadnych kwalifikacji moralnych do tego, żeby być sędzią” – tak mówił podczas nominacji nowych sędziów SN prezydent Andrzej Duda. Powinien przeprosić?
Prezydent nie powinien mówić tych słów.

Nie przeprosi. Nie rozumie, że mówi także o sobie. W szczycie kampanii przeciwko sędziom i sądom mówił gorsze rzeczy.

Nowa Izba Dyscyplinarna SN będzie niebezpiecznym orężem w rękach rządzących?
Izba nie została powołana, by rozpoznawać sprawy dyscyplinarne, a dyscyplinować niepokornych prawników. To jest zasadnicza różnica. Nabór do Izby Dyscyplinarnej odbywał się na zasadzie autopromocji kandydatów. Na stanowiska sędziów Izby Dyscyplinarnej SN kandydowali prawnicy karani dyscyplinarnie. Połowa jej składu wywodzi się z prokuratury. Stowarzyszenie „Lex super omnia” w swojej uchwale porównało Izbę Dyscyplinarną do sądów specjalnych z lat 50. ubiegłego wieku. Profesorowie Adam Strzembosz i Włodzimierz Wróbel fachowo wykazują, że tego rodzaju sąd specjalny może – w zgodzie z konstytucją – być powołany jedynie na czas wojny. Obawiam się, że sędziowie tej Izby mentalnie czują się oskarżycielami, a nie arbitrami.

Mamy do czynienia z czystką w sądach na najwyższych stanowiskach, czystką w prokuraturze i jej podporządkowaniu. To są rzeczy bez precedensu, czegoś takiego nie było od 1989 roku, bo żaden minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny nie miał takiej władzy. A jednocześnie wyniki prac sądów i prokuratur są gorsze niż były – mówi były minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. – Występowałem w procesie, w którym prokurator wniósł akt oskarżenia właśnie dlatego, że ktoś wybrał pieniądze ze swojego konta i oświadczył, że wręczył je prezesowi jednej z lokalnych spółek. Dowodem w sprawie był właśnie wyciąg z konta bankowego, który świadczył o wypłaceniu pieniędzy. Wtedy potraktowany został jako dowód obciążający – dodaje w sprawie opisanej przez „Gazetę Wyborczą” „koperty Kaczyńskiego”.

KAMILA TERPIAŁ: Osoby ze środowiska PiS stworzyły „kastę stojącą ponad prawem”?

PROF. ZBIGNIEW ĆWIĄKALSKI: Wiele osób ma zapewne tego rodzaju odczucia. Zadziwiające jest to, że akcje prokuratury skierowane są przede wszystkim przeciwko byłym szefom spółek państwowych za czasów koalicji PO-PSL: Orlen, Lotos, PKP Cargo.

To jest dość charakterystyczne, że nagle wyciąga się dziwne sprawy z przeszłości, a sądy nawet nie widzą uzasadnienia dla zastosowania tymczasowego aresztowania. Te akcje są bardzo wybiórcze.

I nie są przypadkowe?
Wiążą się na ogół z przykrymi dla rządzących wydarzeniami. W moim odczuciu chodzi w dużej mierze o to, aby odwrócić uwagę opinii publicznej i zainteresować ją akcjami przeciwko osobom powołanym na stanowiska przez poprzedni rząd.

Tym razem chodzi o tzw. taśmy Kaczyńskiego. W tej sprawie prokuratura nie wszczęła jeszcze śledztwa. Jest pan zdziwiony?
To jest tylko kolejny przypadek i przykład tego, jak działa prokuratura. Gdyby na miejscu Jarosława Kaczyńskiego był Donald Tusk albo Grzegorz Schetyna, to w ciągu 2 dni zorganizowano by kilka konferencji prasowych, na których słyszelibyśmy liczne groźby i oskarżenia.

Dlaczego w tej sprawie prokuratura nie stawia oskarżeń?
Dlatego, że jest polityczna. Stało się to, przed czym od początku przestrzegałem. Tylko oddzielenie prokuratury od politycznych stanowisk pozwoliłoby działać w sposób niezależny. Władztwo obecnie rządzących nad prokuraturą jest absolutne. Poza tym przypominam, że artykuł 103 Konstytucji zabrania pełnienia mandatu posła prokuratorowi. A

Prokurator Generalny według obecnych przepisów jest posłem i prokuratorem, który może występować w sądzie, podpisywać akty oskarżenia i podejmować decyzje procesowe.

Spotkania prezesa partii rządzącej z ministrem sprawiedliwości w siedzibie resortu to rzecz normalna?
Nie słyszałem wcześniej o tym, aby prezes Jarosław Kaczyński fatygował się osobiście do któregoś z ministrów. Nie słyszałem też o wcześniejszych wizytach w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dla mnie to jest nowość i rzecz wyjątkowa. Przecież zazwyczaj było tak, że prezes wzywał ministrów do siebie na ul. Nowogrodzką, a oni musieli się stawić na baczność.

Minister Zbigniew Ziobro staje się najważniejszym politykiem w Polsce, bo w jego rękach leży los Jarosława Kaczyńskiego?
Nie chciałbym oceniać, czy jest najważniejszy, czy nie. Ale prezes Kaczyński uznał, że jest jakaś potrzeba, aby spotkać się pilnie ze Zbigniewem Ziobro. Nie dowiemy się oczywiście nigdy, jaka była treść tej rozmowy.

Nie wierzę w zapewnienia rzecznika prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości, że chodziło o przedyskutowanie kilku projektów ustaw czy listy do PE. To za mało, aby pan prezes osobiście fatygował się do ministerstwa.

Do spotkania doszło tuż po przesłuchaniu austriackiego biznesmena, podczas którego miał mówić o „kopercie Kaczyńskiego”. Przypadkowa zbieżność?
Logika nakazywałaby mieć na uwadze to, że panowie mogli rozmawiać na temat postępowania w sprawie taśm Kaczyńskiego. Rządzący co prawda gwałtownie temu zaprzeczają, ale to nie znaczy, że nie mogło to być przedmiotem rozmowy.

Jarosław Kaczyński powinien być jak najszybciej w tej sprawie przesłuchany?
Gdybyśmy mieli do czynienia z normalnym postępowaniem, to na pewno powinien zostać przesłuchany. W którym momencie? To jest sprawa odrębna. Często jest tak, że najpierw zbiera się materiały, a dopiero później decyduje o tym, kogo i w jakim charakterze przesłuchać.

To nie jest „normalne postępowanie”?
Według mojej i nie tylko mojej oceny nic nie wskazuje na to, aby toczyło się w normalnym trybie. Przede wszystkim kwestionuje się to, czy w ogóle należy wszcząć śledztwo.

Gdyby sprawa dotyczyła jakiegokolwiek polityka opozycji, to śledztwo wszczęte byłoby natychmiast.

Prezes PiS złamał prawo, prowadząc negocjacje biznesowe w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej?
Trudno odpowiedzieć na takie pytanie, nie mając dostępu do materiału dowodowego. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zajmował się sprawami gospodarczymi. Z materiałów medialnych wynika, że brał czynny udział w podejmowaniu decyzji i był zainteresowany inwestycją spółki Srebrna.

Pojawiła się także sprawa „koperty Kaczyńskiego”. Austriacki biznesmen miał zeznać, że prezes PiS-u nakłonił go do wręczenia łapówki księdzu z rady Fundacji im. Lecha Kaczyńskiego. „Gazeta Wyborcza” opublikowała kopię wypłaty 50 tys. zł z rachunku bankowego Geralda Birgfellnera. To ważny dowód?
Występowałem w procesie, w którym prokurator wniósł akt oskarżenia właśnie dlatego, że ktoś wybrał pieniądze ze swojego konta i oświadczył, że wręczył je prezesowi jednej z lokalnych spółek. Dowodem w sprawie był właśnie wyciąg z konta bankowego, który świadczył o wypłaceniu pieniędzy. Wtedy potraktowany został jako dowód obciążający.

Na razie prokuratura uderza w adwokatów biznesmena i oskarża ich o „nieuzasadnione wydłużenia czynności, co prowadzi do uniemożliwienia podjęcia przez prokuratora decyzji procesowych”. Po co mieliby to robić?
Wydaje mi się, że chodzi raczej o dokładność w działaniu pełnomocników pana Geralda Birgfellner.

Nie zauważyłem, aby jakiekolwiek ich działania wykraczały poza obowiązujące przepisy prawa. Inną sprawą jest to, że takie działanie może się komuś nie podobać i może być niewygodne dla aktualnie rządzących. Prokuratura niestety jest w tej sprawie jednoznacznie zaangażowana.

Pełnomocnicy twierdzą, że to pani prokurator prowadząca sprawę starała się sporządzać protokół z przesłuchania biznesmena w taki sposób, aby włożyć mu w usta to, czego nie powiedział.

Prokuratura na tym etapie może publicznie oceniać zeznania Geralda Birgfellnera jako „zdawkowe”?
Nie powinna oceniać materiału dowodowego, który powinien być oceniony dopiero w decyzji, jaką prokuratura podejmie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia postępowania. Tego typu wypowiedzi prokuratury także świadczą o jej zaangażowaniu po jednej stronie, a nie o tym, że jest rzecznikiem praworządności.

Jakiej decyzji prokuratury się pan spodziewa?
Zapewne odmówi wszczęcia śledztwa i tym samym zwolni się z obowiązku przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego.

Charakterystyczne jest też to, że pan prezes nie kieruje żadnych zawiadomień przeciwko panu Geraldowi Birgfellnerowi.

Kieruje za to zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa zniesławienia przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i posłów PO.
Chociaż nie przypominam sobie, aby w jakikolwiek sposób potępiał taśmy, które pojawiły się za czasów rządów PO-PSL.

Teraz działa z oskarżenia publicznego z uwagi na występujący w sprawie „interes publiczny”. Jaki?
Nie wiem. To jest wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji. Przecież takie przestępstwo ścigane jest z oskarżenia prywatnego, ale najłatwiej posłużyć się prokuraturą, aby samemu nic nie robić.

W przypadku dziennikarzy jak to się ma do wolności słowa?
Zwracam uwagę na to, że

jeżeli dziennikarze prawicowi piszą o kimś i go oczerniają, to mają do tego prawo. A jeżeli dziennikarze opozycji opisują zdarzenia niewygodne dla władzy, to takiego prawa nie mają. To pachnie cenzurą.

Posłowie PO otrzymali przedprocesowe pisma od szefa CBA z żądaniem przeprosin za wypowiedzi w sprawie taśm Kaczyńskiego. To zastraszanie opozycji?
Szef CBA może kierować takie wezwania, ale powinien robić to jako osoba prywatna. On też ma prawo do ochrony swojego wizerunku i dóbr osobistych. Ale takie działanie może być odczytywane jako zastraszanie. Tym bardziej, że akcja służb jest kierowana przeciwko tym, którzy o tej historii informowali.

Rozumie pan działanie CBA? Czyli odmowę sprawdzenia oświadczenia majątkowego Jarosława Kaczyńskiego i zignorowanie oskarżeń o wręczenie łapówki.
Takie działanie świadczy o tym, że obecnie rządzący próbują podporządkować sobie wszystkie możliwe instytucje w taki sposób, aby mieć jednoznaczny wpływ na to, co robią.

Już wiemy, po co miały być przejęte sądy i jak miały działać media. Wtedy mielibyśmy klasyczny układ zamknięty.

W środę wieczorem odbyła się w Sejmie debata nad wnioskiem PO o odwołanie ministra sprawiedliwości. Jakby miał pan wymienić trzy powody, dla których Zbigniew Ziobro powinien odjeść, to co by to było?
Nie chcę jako były minister sprawiedliwości wypowiadać się personalnie na temat Zbigniewa Ziobry. Ale niewątpliwie mamy do czynienia z czystką w sądach na najwyższych stanowiskach, czystką w prokuraturze i jej podporządkowaniu. To są rzeczy bez precedensu, czegoś takiego nie było od 1989 roku, bo żaden minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny nie miał takiej władzy. A jednocześnie wyniki prac sądów i prokuratur są gorsze niż były.

Obserwuje pan w swojej praktyce spowolnienie funkcjonowania sądów?
Oczywiście, świadczą o tym nawet dane publikowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Minęły ponad 3 lata, a do tej pory nie ma żadnej ustawy, która miałaby przyspieszyć postępowanie.

Premier Mateusz Morawiecki przekonuje, że PiS jest chwalony za przeprowadzoną „reformę” sądownictwa. Słyszał pan takie głosy?
Premier nie wymienia, gdzie i kto chwali. Zapewne prorządowe media.

Nie słyszałem, aby jakiekolwiek pochwały padały z nienależnych ust.

„Nie będę udawał, że to nie moja wojna, że to nie moje wybory, to są moje wybory” – powiedział w TVN24 były premier Donald Tusk. Jego powrót do polskiej polityki pomoże opozycji?
Najważniejsze, że zdementował pogłoski o tym, że chciałby stworzyć nową partię. Wydaje mi się, że w naszych politycznych realiach nie ma takiego zapotrzebowania.

Ale mówił o nowym „ruchu obywatelskim”, który miałby się narodzić 4 czerwca w Gdańsku.
To jest coś innego i taki ruch mogłoby później wesprzeć opozycję. Jeżeli chodzi o polskich polityków klasy międzynarodowej, to Donald Tusk jest numerem jeden. To człowiek, który zna najważniejszych przywódców na świecie, potrafi dostosować się do oczekiwań społeczeństw w innych krajach (świadczy o tym chociażby ostatnia wizyta na Ukrainie), jest człowiekiem uważnie słuchanym przez unijnych polityków.

Na tle dość nieudolnej polityki zagranicznej rządu PiS-u widać, że Donald Tusk przydałby się w polskiej polityce. Poza tym przez te lata niewątpliwie dojrzał.

Powinien wrócić i pomóc w walce z PiS-em?
Dobrze zrobi, jak wróci, aby przeciwstawić się temu, co dzieje się w kraju. Nie dzieje się przecież dobrze i to widać gołym okiem. To nie jest tylko moje stwierdzenie czy zwolenników PO, tylko oceny niezależne, płynące także ze świata.

Ten rząd doprowadził do całkowitego osamotnienia Polski, nie jesteśmy w stanie o nic zawalczyć. Nikt nas nie szanuje, nikt z nami nie rozmawia, nikt nas nie słucha. Czas skończyć z taką polityką – mówi Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej. – Jeżeli PiS-owi uda się wyprowadzić Polskę z UE, to za kilka lat nie będzie żadnego programu socjalnego. Setki miliardów złotych, które spływają do Polski z UE, uwalniają środki budżetowe, a jak ich zabraknie, nie będzie pieniędzy na programy socjalne. Na ten temat powinna się toczyć prawdziwa debata – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Zawsze byliśmy wiarygodni, tym razem też to potwierdzimy. Człowiek, który ma puste kieszenie, wolny nie jest, my te kieszenie wypełniamy” – mówi prezes PiS Jarosław Kaczyński w najnowszym spocie. Nie boi się pan, że to może przekonać wyborców?

SŁAWOMIR NEUMANN: Wyborcy widzą, że to PiS napełnia kieszenie swoich ludzi. Wystarczy wspomnieć o zarobkach współpracownic prezesa NBP Adama Glapińskiego czy nagrodach przyznanych ministrom przez Beatę Szydło, których do dzisiaj nie oddali. To oni napełniają swoje kieszenie i w tym przypadku Jarosław Kaczyński był szczery. A tak poważnie, wiarygodność prezesa PiS-u stała się już tematem dowcipów. Jest tak wiarygodny, że nawet jego rodzina, która robi z nim interesy, decyduje się go nagrywać. Z kolei

była premier Beata Szydło, która w kampanii wyborczej obiecywała, że programem 500 Plus będą objęte wszystkie dzieci, później przez lata kłamała, teraz do tego wraca… I jeszcze chce sprawdzać czyjąś wiarygodność?

Pyta polityków PO, czy poprą taką propozycję. Jaka jest odpowiedź?
To szczyt bezczelności i arogancji. My nie mamy z tym żadnego problemu. W lutym 2016 roku odbyło się głosowanie nad poprawką PO, która rozszerzała program 500 Plus także na pierwsze dziecko. Jak głosowała pani premier? Otóż była przeciw, nie chciała dać tych pieniędzy. Dzisiaj rządzący przyciśnięci do ściany aferą KNF, taśmami Kaczyńskiego, sprawą Srebrnej i koperty, która krążyła na ulicy Nowogrodzkiej, tak rujnuje wizerunek PiS i utrudnia bieżące funkcjonowanie, że musieli zdecydować się na wielką socjalną ofensywę, która zresztą ofensywą nie będzie.

Ale ludzie znowu dostaną pieniądze do ręki.
Przypomnę, że we wrześniu ludzie też dostali pieniądze z wyprawki szkolnej, a w wyborach samorządowych nie przełożyło się to na głosy poparcia dla PiS-u. Myślę, że nie zadziała już prymitywne myślenie o tym, że w taki sposób da się przekupić wyborców. To nie jest 2015 rok i ludzie już tak łatwo nie dadzą się nabrać. Poza tym

te wybory będą o czymś innym. To będzie plebiscyt dotyczący obecności Polski w UE. PiS od 4 lat prowadzi politykę pełzającego polexitu. Jeżeli uda im się wyprowadzić nasz kraj z Unii, to nie będzie żadnego programu socjalnego, bo na nic nie będzie pieniędzy.

„Teza o polexicie jest niczym innym jak goebbelsowskim kłamstwem Platformy” – odpowiada Adam Bielan, senator Zjednoczonej Prawicy. Rządzący nigdy się do tego nie przyznają.
Ale my mówimy o faktach: premier Beata Szydło jak została premierem, wyprowadziła ze swojej kancelarii unijne flagi; rząd skłócił nas ze wszystkimi w UE i wiara w to, że nie jesteśmy skłóceni tylko z Węgrami, także już legła w gruzach; minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro pyta Trybunał Konstytucyjny o zapisy traktatu akcesyjnego; Krystyna Pawłowicz mówi o unijnej szmacie. To są przykłady prawdziwego pełzającego wyprowadzania Polski z UE. Za taką politykę już zresztą płacimy zmniejszoną o 25 proc. kwotą zagwarantowaną w przyszłym unijnym budżecie.

PiS powtarza, że chce silnej Polski w silnej Europie. Jak opozycja odpowie na takie hasło?
To są właśnie goebbelsowskie kłamstwa. Polska pod rządami PiS-u nie jest ani silnym państwem, ani nie chcą być w Unii Europejskiej. Na ostatniej konwencji premier Mateusz Morawiecki mówił o tym, że Polska jest w Europie od tysiąca lat. Problem w tym, że szef rządu myli geografię z polityką. Geograficznie jesteśmy w Europie od tysiąca lat, ale przypomnę, że Białoruś też jest, ale nie jest w UE. Powtarzam, to są poważne wybory o tym, czy Polska będzie w UE liderem, czy autsajderem wypychanym poza Unię. Ten rząd doprowadził do całkowitego osamotnienia Polski, nie jesteśmy w stanie o nic zawalczyć. Nikt nas nie szanuje, nikt z nami nie rozmawia, nikt nas nie słucha. Czas skończyć z taką polityką.

PiS stara się skierować debatę publiczną na inne tory. Uda im się?
W taki sposób tylko próbują uciekać, ale to jest tylko chwilowa ucieczka od kłopotów Jarosława Kaczyńskiego.

Taśmy opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” pokazują, że prezes jest na bakier z uczciwością i jego prawdziwy stosunek do pieniędzy jest inny, niż wszyscy dotąd sądzili. To wszystko jest próbą obrony prezesa PiS-u. Nawet sama nazwa, czyli „piątka Kaczyńskiego” pokazuje, że chodzi o to, aby pokazać prezesa w lepszym świetle. Do tej pory chował się za Beatą Szydło, potem za Mateuszem Morawieckim i udawał, że go nie ma.

Dzisiaj występuje ze swoją piątką, bo musi pilnie poprawić swój wizerunek. Ale to nie jest kampania przed wyborami europejskimi. Z ust polityków PiS-u usłyszymy jeszcze wiele kłamstw na temat UE, jestem sobie w stanie nawet wyobrazić posłankę Krystynę Pawłowicz, która przyjdzie na Wiejską owinięta w unijną flagę, ale to nic nie zmieni. Liczą się czyny, a nie słowa.

Koalicja Europejska przedstawi wspólny program?
Najpierw pokażemy listy wyborcze i myślę, że stanie się to w trzeciej dekadzie marca. Później pokażemy też wspólną deklarację programową. Tam będzie minimum programowe zaakceptowane przez wszystkie partie. Najważniejsze jest to, aby Polska pozostała w UE.

Nie będzie tam propozycji socjalnych?
To są wybory do PE. Jeżeli PiS-owi uda się wyprowadzić Polskę z UE, to za kilka lat nie będzie żadnego programu socjalnego. Setki miliardów złotych, które spływają do Polski z UE, uwalniają środki budżetowe, a jak ich zabraknie, nie będzie pieniędzy na programy socjalne. Na ten temat powinna się toczyć prawdziwa debata.

Musimy wszystkim uświadomić, że gra się toczy także o to, jak będą nas traktować w Unii, czy będą mieli poczucie, że chcemy wrócić do głównego nurtu i przychodzą ludzie, którzy chcą bronić interesu Polski w ramach debaty i dialogu, czy większość zdobywają ludzie, którzy razem z Brytyjczykami tworzyli frakcję rozwalającą Unię od środka. To dla Unii będzie jasny sygnał.

Kto pojawi się na listach Koalicji Europejskiej? To będzie prawdziwy test.
Zawsze trudno jest budować koalicję, ale daliśmy radę, dlatego nie pokłócimy się już o kształt list wyborczych. Przed nami jeszcze tylko dogranie szczegółów. W PO daliśmy sobie czas na składanie zgłoszeń do 10 marca. Odpowiedzialność, jaką wykazały partie wchodzące w skład KE, będzie trwała, bo bardzo duża jest świadomość celu.

Ryszard Petru jeszcze puka do drzwi. Otworzycie mu?
Na pewno nie będziemy jeszcze zamykać drzwi na klucz. Puka zresztą nie tylko Ryszard Petru, ale także inne środowiska partyjne, samorządowcy czy grupy obywateli, którzy chcą pomóc w najważniejszym zadaniu, czyli obronie Polski w UE.

Robert Biedroń chce przeszkodzić?
On ma swój pomysł i zapewne będzie go realizował. Na pewno nie pomaga, a jeżeli komuś pomaga, to nie nam, bo rozbija głosy opozycji. Nie będziemy płakać, tylko starać się spierać merytorycznie.

Na razie mam wrażenie, że Robert Biedroń raczej stroni od takich „merytorycznych sporów”.
Coś w tym jest, jego odpowiedzią ostatnio są najczęściej „bany” w mediach społecznościowych. Bardzo ciekawa strategia, tyle że i tak będzie musiał w końcu wyjść do ludzi w trakcie kampanii. Poza machaniem ręką i wypuszczaniem baloników będzie trzeba pokazać realny program i stanąć do debaty.

Platforma Obywatelska ma dostać 60 miejsc na 130 do obsadzenia w tych wyborach. To prawda?
Platforma jest największą partią w ramach Koalicji Europejskiej,

w sondażach otrzymujemy poparcie dwa razy większe, niż inne partie razem wzięte, ale też wiemy, że musimy być elastyczni bardziej, niż wynikałoby z arytmetyki. Wszyscy rozumieją, że PO zawsze będzie miała więcej, niż połowę miejsc.

I wszyscy to akceptują?
Tak.

Były premier Włodzimierz Cimoszewicz będzie jedynką w Warszawie?
Zadeklarował chęć startu. Na razie tylko tyle jest ustalone.

Inny były premier, Kazimierz Marcinkiewicz, może liczyć na jakieś miejsce?
Nie słyszałem ani nie widziałem jego zgłoszenia. Ma niestety swoje osobiste kłopoty, których nie potrafi rozwiązać. Wydaje mi się, że taki bagaż jest poważnym obciążeniem podczas walki wyborczej.

Były prezydent Bronisław Komorowski?
Nie zadeklarował chęci startu.

Podobno jest problem z okręgiem dla byłej premier Ewy Kopacz.
Nie, wybierze sobie taki okręg, jaki będzie chciała. Nikt nie będzie jej blokował.

Ostatnie nazwisko – Radosław Sikorski…
Zobaczymy, czy złoży deklarację startu. Wiele osób czekało do powołania Koalicji Europejskiej, a teraz zaczyna się poważnie zastanawiać, czy zgłaszać chęć kandydowania. Zobaczymy także, ile w sumie pojawi się zgłoszeń. W każdym okręgu mamy tylko 10 miejsc, chętnych będzie zapewne dużo więcej, dlatego i tak konieczne będą jeszcze roszady i korekty.

Na razie nie jestem w stanie powiedzieć na 100 proc., kto i na jakie miejsce zostanie wpisany. Wszystko przed nami.

Na listach PiS-u pojawiło się kilku członków rządu. To było dla pana zaskoczeniem?
To jest symbol wielkiej ucieczki członków rządu i potwierdzenie ich porażki. Biorą walizki i uciekają, a pani minister Anna Zalewska zabiera nawet plecak. Wygląda to tak, jakby szczury uciekały z tonącego okrętu, bo wiedzą już, co będzie ich czekało jesienią. Tam chcą przeczekać trudny dla nich czas. W mediach pojawiają się także spekulacje, że PiS chciałby zgłosić na unijnego komisarza Mateusza Morawieckiego, to tylko dopełniałoby obrazu akcji ewakuacja. Same nazwiska są i tak rzeczą wtórną, bo to będzie starcie Koalicji Europejskiej z koalicją antyeuropejską.

O czym myśli Donald Tusk?
O Polsce i Europie.

A nie o sobie?
Każdy myśli o sobie, ale nikt nie zna planów drugiego człowieka. Najważniejsze, że interes nasz i Donalda Tuska jest tożsamy.

Stworzy ruch obywatelski 4 czerwca? To będzie ruch w kontrze do PO?
Jeżeli cokolwiek powstanie, nie będzie działaniem w kontrze, ale będzie wspólną akcją.

Cały czas uważam, że Donald Tusk będzie najlepszym kandydatem na prezydenta w 2020 roku. Po drodze trzeba wygrać wybory w maju i październiku. Wsparcie powinno być po obu stronach.

Wierzy pan w wygraną Aleksandry Dulkiewicz w wyborach na prezydenta Gdańska?
Tak. Spodziewam się też dużej frekwencji w tych wyborach. Gdańsk cały czas ma i będzie miał w swoim DNA to, co wydarzyło się 13 stycznia podczas WOŚP, czyli morderstwo polityczne Pawła Adamowicza. Aleksandra Dulkiewicz będzie naturalną kontynuatorką jego dziedzictwa.

Dla Pawła Adamowicza bardzo ważne były obchody 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. To znowu będzie data wielkiego podziału?
Dla Gdańska i „Solidarności” tamte wybory miały ogromne znaczenie. To była bardzo ważna data, bo zmieniły Polskę, wyciągnęły ją z bloku wschodniego do niepodległości. Dlatego uważamy, że ta data powinna być świętem, także państwowym – złożyliśmy w tej sprawie projekt ustawy. Niestety, dla rządu PiS to jest element budowania ich „prawdy” historycznej”. PO i Koalicja Europejska na pewno będzie tego dnia w Gdańsku. Tam będziemy świętować zwycięstwo w wyborach europejskich i pokazywać drogę, która nas jeszcze czeka do wyborów parlamentarnych. Koalicja Europejska powinna iść do nich razem, tylko jeszcze bardziej poszerzona.

Ta data, ta rocznica i to święto będzie bodźcem jednoczącym?
To będzie start kolejnej kampanii wyborczej. Niezwykle symboliczny.

PiS oprócz oczekiwanych transferów społecznych przyniósł jeszcze inne rzeczy, które dużej części wyborców się nie podobają. To są kwestie praw, demokracji, pozycji Polski w UE, klerykalizm, brutalny nacjonalizm prezentowany przez część polityków rządzących czy wreszcie także chamskość reprezentowaną przez takie osoby, jak Krystyna Pawłowicz czy pan Tarczyński. Jeżeli opozycja to dobrze zrozumie i nie pójdzie do wyborów tylko z hasłem przeciwko transferom społecznym, tylko da to, co PiS, plus coś więcej, np. pewną symbolikę, przestrzeganie demokracji, odbudowę pozycji Polski na arenie międzynarodowej, to może odnieść sukces w wyborach – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog.

JUSTYNA KOĆ: Beata Szydło mówi o „prezencie od Jarosława Kaczyńskiego”, sam prezes przyznaje, że obietnice spełni w tym roku, a może też w następnym. To przekupstwo wyborcze?

MAREK MIGALSKI: Nikt nie ma wątpliwości, że to jest prezent dla wyborców w roku wyborczym. O ile 500 Plus w obietnicach PiS-u ma pozostać na zawsze, to trzynastka dla emerytów już niekoniecznie.

Na pewno trzeba to rozpatrywać w kategoriach pozyskiwania wyborców.

W samym fakcie nie ma nic złego, rząd ma prawo robić tego typu ruchy, a opozycja ma prawo obiecywać tego typu kwestie. Pytanie, jakie są tego konsekwencje budżetowe dla wszystkich, bo my wszyscy żyjemy z budżetu – ale to bardziej pytanie dla ekonomistów. Drugą kwestią jest sprawa wiarygodności. Tu wynik jest ze wskazaniem na PiS, bo oni po trzech latach rządzenia pokazali, że to, co obiecują, robią, nawet z nawiązką, bo robią też rzeczy, których nie obiecywali, i wolelibyśmy, aby ich nie robili.

Rzeczywiście w sprawach socjalnych, czy to było obniżenie wieku emerytalnego, czy 500 Plus, to zrobili to i mogą liczyć na to, że wyborcy uwierzą także w te obietnice. To jest bardzo poważny problem dla opozycji, tym bardziej, że jest w tej kwestii podzielona. Część z niej powiedziała, że to jest ich program i się cieszą z tych propozycji, a część, że nie, bo to rozdawnictwo, które rozbije budżet państwa, może nas to pogrążyć na wiele dziesięcioleci. Wyborcy słyszą ten wielogłos ze strony opozycji.

Gdzie jest granica tego rozdawnictwa i kupowania wyborców za wszelką cenę? W końcu dojdzie do obietnic, że wszyscy będą piękni, szczupli i jeździć ferrari…
Z jednej strony rzeczywiście trzeba przyznać, że te socjalne transfery PiS-u nie zniszczyły budżetu państwa, nie pogrążyły nas w kryzysie, a nawet odwrotnie, wszystkie wskaźniki ekonomiczne są dla PiS-u korzystne. Oczywiście, że jest to wynik koniunktury gospodarczej na całym świecie, oczywiste też jest, że każdy gospodarz powinien myśleć, co będzie, gdy ta koniunktura się skończy.

Część państw zachodnich wyciągnęła wnioski i wie, że dziś jest dobry czas, ale nie tylko na rozdawnictwo i popuszczanie pasa, ale też na to, aby zdyscyplinować finanse publiczne.

W środę doszło do kuriozum. W TVN24 minister Dera – na wątpliwości pytającego, że jednak część państw w Europie nie ma deficytu, a nadwyżkę budżetową – odpowiedział, że nie zna takiego kraju. Przypomnę, że takich krajów jest w UE 13! To oznacza, że w prawie połowie państw unijnych nie ma deficytu, my mamy go w dalszym ciągu, bo PiS nie wykorzystuje koniunktury do tego, aby naprawić finanse publiczne, ale poprawić swoje notowania polityczne. Oczywiście można się na to zżymać, pytanie tylko, czy inny rząd postąpiłby inaczej. Przypominam, że główna partia opozycyjna twierdzi, że 500 Plus na pierwsze dziecko jest jej programem, podobnie jak trzynasta emerytura, i gdy dojdzie do władzy, to nie będzie obniżać wieku emerytalnego.

Może warto by się zastanowić w takim razie nad jakością demokracji?
I wyborców. Radosław Sikorski na jeden z moich tweetów o rozdawnictwie zareagował, że tego typu polityka to czysty peronizm, który doprowadził do ruiny argentyńskie finanse, tylko że wygląda na to, że przynajmniej połowa Polaków to Argentyńczycy, którzy chcą słyszeć te rzeczy. Gdybyśmy mieli innych wyborców, myślących w kategoriach dyscypliny finansów publicznych, oszczędności, ostrożności w szafowaniu obietnicami wyborczymi, to pewnie wygrywałyby takie partie, jak Korwin czy Nowoczesna, a Leszek Balcerowicz byłby prezydentem. Tak nie jest, a my mamy takich wyborców, jakich mamy, i jeśli w Polsce chce się wygrywać wybory, to być może nie da się inaczej. W moim głosie w odpowiedzi na pierwsze pytanie słyszała pani nutkę krytycyzmu wobec Platformy, ale to jest krytycyzm wyniosłego moralisty.

Jako politolog muszę powiedzieć, że może nie da się z PiS-em inaczej wygrać, niż poprzez udawanie, że jest się w rozdawaniu lepszym PiS-em.

Czyli PiS kupuje wyborców, co jest niemoralne, ale skuteczne?
Pytanie, którego ze sprzedawców wybiorą wyborcy i uznają za bardziej wiarygodnego. W tym wyścigu PiS wygląda lepiej, też dlatego, że zmienił reguły gry. Zanim przyszedł PiS partie w kampanii mówiły jedno, a po kampanii mówili otwarcie, że to, co w kampanii, to jedno, a życie to drugie. To odczuł boleśnie na sobie Rafał Trzaskowski w przypadku bonifikaty 98 proc., że wyborcy zaczęli się przyzwyczajać, że jak obiecaliście, to musicie to zrobić. Trzaskowski szybko to zrozumiał i wycofał się z tego. Podobnie będzie tutaj. Zatem w sprawie wiarygodności, bo do tego wracamy, PiS wygląda lepiej niż opozycja. Ale jest tu jeszcze druga kwestia. PiS oprócz oczekiwanych transferów społecznych przyniósł jeszcze inne rzeczy, które dużej części wyborców się nie podobają. To są kwestie praw, demokracji, pozycji Polski w UE, klerykalizm, brutalny nacjonalizm prezentowany przez część polityków rządzących czy wreszcie także chamskość reprezentowaną przez takie osoby, jak Krystyna Pawłowicz czy pan Tarczyński. Zatem podsumowując, być może PiS jest bardziej wiarygodny w zapewnianiu transferów społecznych, ale być może wyborcom chodzi nie tylko o to. Jeżeli opozycja to dobrze zrozumie i nie pójdzie do wyborów tylko z hasłem przeciwko transferom społecznym, tylko da to, co PiS, plus coś więcej, np. pewną symbolikę, przestrzeganie demokracji, odbudowę pozycji Polski na arenie międzynarodowej, to może odnieść sukces w wyborach.

Wśród obietnic wyborczych PiS-u nie było słowa o służbie zdrowia, edukacji czy chociażby o niepełnosprawnych. To dla wyborców nie ma znaczenia?
Pewnie ma i

to wyczuła opozycja, skoro mówi, że jeśli są pieniądze dla emerytów i na pierwsze dziecko, to dlaczego nie ma pieniędzy na niepełnosprawnych, nauczycieli, pielęgniarki, lekarzy itd. To jest rzeczywiście problem PiS-u, bo nie da się dać wszystkim. Myślę, że PiS zidentyfikowało, gdzie opłaca mu się sypnąć kasą.

Dofinansowanie 600 tys. nauczycieli się nie opłaca, bo po pierwsze to jest za duża grupa, a po drugie ona jest już sprofilowana politycznie. Tam się dużo wyborców nie da pozyskać, bo tam są ludzie z wyższym wykształceniem i trudno ich kupić. Podobnie z frankowiczami – po co załatwiać ich sprawy kredytów, skoro nie odwdzięczą się aktem wyborczym. Natomiast z emerytami jest inaczej i tu można zaskarbić sobie ich sympatię. Być może jest też szansa na pozostanie młodych rodziców. Ja nie znam tych badań, ale domyślam się, że stratedzy PiS-u dobrze wiedzą, gdzie mogą dać te kilkadziesiąt miliardów, aby to się opłaciło politycznie. Transfer tych pieniędzy do służby zdrowia po prostu by się nie opłacił, bo lekarze i tak na PiS nie zagłosują, a pacjenci nie do końca to odczują. Zatem to byłby ogromny transfer bez wdzięczności wyborczej.

To oznacza, że za 5-10 lat czeka nas zapaść państwa.
Tego nie wiem, bo nie jestem ekonomistą, ale jak czytam ekspertów, to wszystko na to wskazuje.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach – NBP ujawnił zarobki swoich pracowników i wiemy, że pani Martyna Wojciechowska zarabia 49 563 zł. To kłopot dla PiS-u?
Moim zdaniem tak, tym bardziej, że to wysokość podstawowej pensji, bez dodatków, bonusów i premii. Nie wiem jeszcze, jak ta informacja zaszkodzi, ale nie mam wątpliwości, że ten kłopot idzie na konto partii rządzącej.

Dla wyborcy Glapiński nie jest niezależnym bankowcem, a człowiekiem Kaczyńskiego, a pani Martyna jest osobą powiązaną z władzą, z Glapińskim, a więc z Kaczyńskim. Dla wyborców 40 mld to abstrakcja, ale 40 tys. to bardzo duży konkret, który potrafią sobie przeliczyć w taki sposób, że pani Martyna zarabia w ciągu miesiąca tyle, ile oni w ciągu roku bądź dwóch.

To jest niszczące dla PiS-u, bo przekładalne na emocje społeczne. Jeżeli Grzegorz Schetyna powie przykładowo, że za 6 lat przekroczony zostanie alarmowy poziom deficytu, to dla wyborcy jest to pewien abstrakt, ale jak wyborca słyszy, że pani, która nie posiada praktycznie żadnych przymiotów merytorycznych, zarabia najwięcej w banku oprócz prezesa, więcej niż wszyscy fachowcy ze stopniami naukowymi po zagranicznych uczelniach, to jest to absolutnie bulwersujące. Rozumiem, że opozycja robi z tego aferę, bo to jest przemawiające. Ludzie myślą obrazami i emocjami, a tu mamy i jedno, i drugie.

Swoją drogą, ta sprawa pokazuje też, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, bo Glapiński, jak widać, mu się nie udał, bo nie reaguje na pomruki Nowogrodzkiej w tej sprawie, prezesem Srebrnej okazał się ubek, a trzecim najważniejszym udziałowcem Srebrnej okazał się ksiądz-czarodziej, który potrafi znikać. To pokazuje, że

to towarzystwo nie jest jednak tak kryształowe jak się wydawało.

No właśnie, do tego jeszcze to wszystko jest okraszone taśmami Kaczyńskiego, gdzie zobaczyliśmy nową twarz prezesa-rekina finansjery. I nic. Słupki poparcia stoją. Dlaczego?
Bo jedno jest powiązane z drugim, tzn. rekompensowane drugim. Wszystko ma wpływ na wyborców i na pewno część wyborców odpłynęłaby z PiS-u, słysząc taśmy i widząc, co wyrabia prezes Glapiński, czy obserwując to, na co pozwalają sobie politycy PiS-u w terenie. Tylko z drugiej strony ten rząd zapewnia im poczucie podmiotowości czy godności, bo mówi im się, że jesteśmy potęga światową, która będzie współorganizować ład na Bliskim Wschodzie, zapewnia się transfery społeczne i obsługuje się ich emocje pozytywne i negatywne. To jest konglomerat, a poparcie dla PiS-u jest wynikiem tych wszystkich działań. W polityce wygrywa ten, kto popełni mniej błędów.

Jarosław Zieliński ministrem edukacji zamiast Anny Zalewskiej. To żart?
Ja się już bardzo cieszę na szkolne akademie, które będą. Nie wiem, jakim będzie ministrem edukacji, ale akademie za jego czasów na pewno zachwycą cały świat. Zapewne będzie dużo konfetti.