Tag Archives: Krzysztof Mądel

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).

Morawiecki na wykopie, antysemita Kukiz i Kaczyński szukający swoich Zaleszczyk

25 Lu

„No to się doczekaliśmy. Będą sprawdzać na nowo historię pod kątem kto Żyd, a kto nieŻyd. Ale wszyscy będą zapewniać, że nie ma u nas antysemityzmu. Wpis Kukiza podkreślając żydowskość sprawców sugeruje, że zabójcy Nila zabili nie dlatego, że byli złymi ludźmi, stalinowskimi zbrodniarzami, ale dlatego, że byli Żydami” – napisał Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. To reakcja na najnowszy wpis Pawła Kukiza na Twitterze: – „Dziś 66 rocznica zamordowania Augusta Fieldorfa „Nila”. Na karę śmierci skazany został przez „sąd” pod przew. Żydówki Marii Gurowskiej, córki Moryca i Frajdy z Eisenmanów. W składzie „sędziowskim” było jeszcze dwóch Żydów – Emil Merz i Gustaw Auscaler”.

Internauci zareagowali blokowaniem Kukiza i zgłaszaniem jego wpisu do administratorów Twittera. – „Z wielką przyjemnością pana blokuję, pan jest obrzydliwym antysemitą! narodowość sędziów niczego nie wyjaśnia, oni czuli się polskimi komunistami, więc podkreślanie ich narodowości, nie przekonań ideologicznych, służy wzbudzaniu nienawiści rasowej i rozgrzeszaniu tej ideologii” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel.

Chcę, żebyś wiedział, że zgłosiłam tego twiita, jest nienawistny i antysemicki. Wstyd mi, że ktoś taki jest posłem”; – „Człowieku, toż to antysemityzm w najczystszej postaci. Nie jesteś anonimowym trollem, myśl, co piszesz! Za to jest odpowiedzialność! I tacy właśnie przynoszą potworny wstyd krajowi”; – „Serio pan przeprosił za wprowadzenie narodowców do sejmu czy po prostu zawsze podzielał pan ich antysemityzm? Obrzydliwy wpis” – pisali oburzeni.

Niektórzy sugerowali, że polityk znowu „utracił kontrolę nad kontem”, o czym w artykule „Kukiz popłynął, bo „piątkowa noc” przejęła jego konto na Twitterze. – Panie Kukiz, jest niedziela, a pan znów stracił kontrolę nad kontem? Chłopie, ogarnij się, piątek był przedwczoraj. A na poważnie – to jest haniebne. Ci ludzie byli komunistami i ich pochodzenie nie miało tu żadnego znaczenia. Byli ateistycznymi komunistami”; – „Przed robieniem wpisów na tt nie pijemy C2H5OH, nie palimy żadnych Kasiek, Marysiek czy Zosiek i myślimy, myślimy myślimy”.

Od dwóch dni programy informacyjne TVP wręcz prześcigają się w wychwalaniu złożonych przez PiS w sobotę kosztownych obietnic wyborczych. Wcześniej o propozycjach partyjnych mówiono „piątka Morawieckiego” – teraz stosowane jest określenie „piątka Kaczyńskiego”.

Internauci różnie to tłumaczą: – „Zaczęli wmawiać ciemnemu ludowi, że kryształowy deweloper to ich dobrodziej i dobroczyńca”; – „Piątka Morawieckiego magicznie zmieniła się w Piątkę Kaczyńskiego. Albo Morawiecki przestał być dla elektoratu wiarygodny, albo za bardzo urósł i prezes go wyrównuje do poziomu podnóżka”; – „Wydaje mi się, że to raczej próba poprawienia wizerunku naczelnika”; – „Piątka Kaczyńskiego jest po, by przykryć taśmy Kaczyńskiego”.

Co do jednego natomiast są zgodni – rzeczona „piątka” to rozdawanie przez PiS naszych wspólnych pieniędzy: – „Za Piątkę Kaczyńskiego zapłacą pracujący Polacy 3 pokolenia do przodu”. Internauci zwracali też uwagę na brak w składanych przez PiS obietnicach jednego ze sztandarowych programów: – „Spytajcie, ile developer Kaczyński wybudował mieszkań 500+?”.

Coraz częściej mówi się, że dzisiaj, w przededniu wyborów do europarlamentu, PiS znajduje się w głębokim kryzysie. Trwa walka o wpływy i władzę.

Czuje to na własnej skórze Morawiecki, który nigdy nie był tak bliski utraty swego stanowiska. Od dawna wiadomo, że jest on solą w oku Zbigniewa Ziobry, który wykorzysta każdą sytuację, by zminimalizować wpływy premiera w partii. Morawiecki podpadł Jarosławowi Kaczyńskiemu za konferencję bliskowschodnią, o której ponoć prezes dowiedział się, gdy już nie można było sprawy odkręcić. Dla Kaczyńskiego było to złamanie zasady, według której nic nie może się dziać bez jego wiedzy i zgody.

Na zwołanym w trybie pilnym spotkaniu w cztery oczy z prezesem, 15 lutego, Morawiecki zwalił całą winę na Jacka Czaputowicza, który przyjechał z tym pomysłem z USA, zauroczony kolacją z   sekretarzem stanu Mikiem Pompeo i obietnicą, że w zamian za szczyt, amerykanie większą liczebność swoich wojsk, stacjonujących w Polsce. Oczywiście, Pentagon zaprzecza takim ustaleniom.

Najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego nie ukrywają, że z Morawieckim im nie pod drodze. Nawet Jarosław Gowin, do tej pory jeden z jego najwierniejszych stronników, coraz częściej przebąkuje, że Morawiecki jest obciążeniem dla obozu zjednoczonej prawicy. Premier może liczyć już chyba tylko na ministra Glińskiego, ale i on ma coraz niższe notowania w partii. Jego posunięcia w okresie przedwyborczym, związane chociażby z Europejskim Centrum Solidarności czy muzeum Polin, oceniane są negatywnie. Politycy PiS nie ukrywają, że właśnie teraz niepotrzebne jest wzniecanie kolejnych konfliktów, bo może to się odbić na wynikach wyborczych.

W czasie rozmowy z dziennikarzem „Newsweeka” polityk PiS, zajmujący dość ważne stanowisko we władzach partii przyznał, że „co chwilę wybuchają afery, z których coraz trudniej wytłumaczyć się wyborcom”. Afera w KNF, wysokie pensje w NBP, afera z chrześniakiem Adama Lipińskiego, zatrzymanie Bartłomieja M., taśmy Kaczyńskiego. Rzeczywiście trochę dużo tego w ostatnim czasie.

Tak więc partia rządząca, ogarnięta coraz większym chaosem, prezes Kaczyński zajęty „gaszeniem pożarów”, ale wierna rzesza jego wielbicieli, śpiewając sobie „Polacy, nic się nie stało” wciąż stoi wiernie u jego boku…

Więcej >>>

Biskupi katoliccy kryją księży pedofilów

21 Lu

Na stronie fundacji „Nie lękajcie się” pojawił się raport nt. pedofilii w polskim Kościele. W środę 20 lutego został on przekazany papieżowi Franciszkowi.

Fundacja „Nie lękajcie się”, zrzeszająca osoby, które padły ofiarami przemocy seksualnej ze strony księży, opublikowała Raport nt. naruszeń prawa świeckiego lub kanonicznego w działaniach polskich biskupów w kontekście księży sprawców przemocy seksualnej wobec dzieci i osób zależnych.

„Chcemy pokazać odpowiedzialność hierarchów”

Jak zaznaczyła fundacja, dotyczy on jedynie spraw, które trafiły do sądu i były omawiane w mediach, dlatego opisanych w raporcie przypadków jest mniej niż umieszczonych na interaktywnej Mapie kościelnej pedofilii w Polsce.

„W kontekście przytoczonych w raporcie spraw znanych i opisanych chcemy pokazać odpowiedzialność hierarchów polskiego Kościoła, którzy podejmowali konkretne decyzje służące chronieniu sprawców przed odpowiedzialnością karną – a nie dobru gwałconych i molestowanych dzieci” – czytamy na stronie fundacji. 

Raport został opracowany w trzech językach: polskim, angielskim i hiszpańskim.

Raport o pedofilii w polskim Kościele trafił do papieża Franciszka

W środę 20 lutego przedstawiciele fundacji „Nie lękajcie się” na czele z jej prezesem Markiem Lisińskim oraz posłanka Joanna Schoering-Wielgus przekazali raport papieżowi Franciszkowi podczas audiencji w Watykanie. Kiedy hierarcha dowiedział się, że Marek Lisiński sam jako dziecko był ofiarą księdza-pedofila, ucałował go w dłoń.

Jego treść zostanie publicznie ujawniona w czwartek nie tylko na stronie internetowej fundacji, ale również podczas konferencji prasowej w Watykanie zaplanowanej na godzinę 14.00. Można ją oglądać na Facebooku OKO.press.

W Watykanie trwa właśnie szczyt ws. walki z pedofilią w Kościele. To pierwsze tego typu spotkanie w historii.

Kaczyński, Kościół katolicki i PiS – zgnilizna rozkładająca Polskę

23 Gru

Najważniejsze zadanie polityczne demokratycznej opozycji w nadchodzącym roku to jej wygrana w wyborach.

Najpierw europejskich, a później w parlamentarnych. W europejskich szansa jest coraz większa, w parlamentarnych sukcesem będzie już zabranie „zjednoczonej prawicy” samodzielnej większości. To powinno być celem minimum bloku demokratycznego.

Prezydent Duda mówił w kontrolowanej politycznie przez PiS Trójce, że nic mu nie wiadomo, aby Nowogrodzka szykowała się na przyspieszone wybory parlamentarne. To samo mówią prezes i jego akolici. Tylko że zwykle jest z nimi tak, że jak mówią „białe”, to wychodzi „czarne”.

Jeśli mówią, że nie chcą polexitu, to chcą, tylko na razie czują się za słabi. Jeśli mówią, że żadnych ustępstw w sprawie takiej jak nowelizacja ustawy o IPN czy deforma sądownictwa nie będzie, to znaczy, że nastąpią.

Tak samo z wyborami. Jeśli wszyscy w PiS oficjalnie zaprzeczają, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Że „zjednoczona prawica” – przestraszona wyborami miejskimi, serią afer korupcyjnych z udziałem swych notabli i protestami pracowniczymi przeciwko podwyżkom cen i za podwyżkami wynagrodzeń – rozważa ucieczkę do przodu, póki w sondażach jeszcze nie spada dramatycznie.

Opozycja demokratyczna powinna szykować się na ten scenariusz. Nawet jeśli spietrana zjednoczona prawica pomysłu nie zrealizuje, opozycja może tylko zyskać na zwarciu szeregów, na zabraniu się do tworzenia wspólnych list wyborczych np. w wersji proponowanej przez senatora Marka Borowskiego. Każde ugrupowanie zachowuje swoją tożsamość polityczną, a zarazem startuje ze wspólnej listy. Stawka jest naprawdę wysoka: demokracja albo dyktat jednej partii.

Liderzy opozycji demokratycznej – bo jest też antypisowska opozycja nacjonalistyczna, skrajnie prawicowa, pod protektoratem o. Rydzyka oraz przymiarki do stworzenia partii Biedronia – nie mogą zmarnować szansy, jeśli chcą zmiany „dobrej zmiany” na lepszą. Czyli z z nacjonalistyczno-katolicko-populistycznej na europejsko-demokratyczno-obywatelską.

Warunkiem jest jak najszersza współpraca ponad różnicami i ambicjami. Tego boi się Kaczyński, który zrobi wszystko, by blok demokratyczny rozbić. Ma do dyspozycji propagandę i służby.

Prezes będzie rozgrywał mniejsze grupy opozycyjne przeciwko Koalicji Obywatelskiej. A różnego rodzaju polityczni fantaści będą snuli swoje sny o potędze, działając świadomie lub nieświadomie w interesie Kaczyńskiego, gdyż rozproszenie głosów oddanych na opozycję służy PiS-owi.

Co dalej? Może warto zanalizować obecne protesty na Węgrzech, gdzie arogancja i pycha Orbána połączyły przeciwko niemu niemal wszystkie ugrupowania opozycyjne. To może być zapowiedź innego „Budapesztu w Warszawie”.

Miało być pięknie. Jak na warunki polskie. Albo przynajmniej – bliżej europejskiego standardu. Środowiskowe domy pomocy nowego typu dla dorosłych. To te przypadki, które – choć chodzi o kochanych ludzi – zmieniają życie opiekunów w piekło. Całodobową opiekę nad osobą z ciężkim typem autyzmu, ze sprzężonymi niepełnosprawnościami, skutkującymi np. silną i niekontrolowaną agresją, można porównać do wyprawy na wojnę, na pierwszą linię strzału.

Uwaga jest cały czas napięta, czujność – na sto procent, ciało eksploatowane do granic. Żadna wojna nie trwa w nieskończoność. A życie opiekuna – właśnie tak. Nic nie jest tak potrzebne opiekunom jak podzielenie z kimś tej odpowiedzialności. I jakaś wyręka w codziennej, nieustannej harówce.

Ustawa „Za życiem” miała dawać nadzieję

Wydawało się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze. Po trwających rok przygotowaniach, konsultacjach, rozmowach, zebraniu 12 tys. podpisów zainteresowanych osób – opiekunowie byli przekonani, że mają poparcie państwa. Przynajmniej takie były obietnice, zapisane zresztą w programie szumnie nazwanym „Za życiem”. Powstał nawet stosowny projekt ustawy.

Ustawa Za życiem – czy przeciwko?

Fakty dokonały się po cichutku, bez rozgłosu, bez zawiadamiania zainteresowanych. 18 grudnia rodzice odnaleźli na stronach ministerstwa rodziny link, a pod nim zmieniony projekt ustawy, z którego domy pomocy zniknęły. Nawet trudno powiedzieć, że chodzi o pieniądze. Środowisko opiekunów wypracowało model, jak przeprowadzić program właściwe bezkosztowo.

Mówi się, że chodzi o naciski Ministerstwa Finansów w sprawie… dofinansowywanych posiłków. W każdym razie resort negatywnie ocenił ten zapis, uznając, że „nie widzi sensu wydatkowania tych pieniędzy”. Bo i właściwie po co. Matki Polki sobie poradzą. Z uśmiechem, jak to na wojnie.

Po kraju rozlewa się fala strajków, których jednak nie można nazwać strajkami. Formalnie nimi nie są, choć każdy wie, o co chodzi. Niezadowolone z niskich płac grupy społeczne zamiast ogłaszać strajk, udają się masowo na zwolnienia lekarskie. Skutek ten sam albo lepszy, bo władza ustępuje. Tyle że przy okazji psuje się i tak słabe państwo.

Zanosi się na gorącą jesień protestów

Przemęczone pielęgniarki i „psia” grypa policjantów

Z L4 jako formy masowego protestu pierwsze skorzystały pielęgniarki. Odejście od łóżek pacjentów byłoby nieetyczne, ale udanie się „na chorobę” jest po prostu koniecznością. Panie są przepracowane, od dźwigania chorych mają nadwerężone kręgosłupy, właściwie każda w każdej chwili mogłaby się udać na zwolnienie – tłumaczyły działaczki związkowe. Wtedy jeszcze wielu z nas było po ich stronie. L4 były gestem rozpaczy, rząd uporczywie ignorował protesty.

„Psia grypa” policjantów już się z takim aplauzem społecznym nie spotkała. Była dowodem siły, a nie słabości tej grupy zawodowej. Policjantom nie wolno strajkować, więc masowo udali się na L4. Wybrali świetnie moment – władza wystraszyła się, że w setną rocznicę odzyskania niepodległości nie będzie miał kto ochraniać marszu, może dojść do tragedii. Skwapliwie zgodziła się nie tylko na podwyżki, ale także na oddanie przywilejów, również emerytalnych, które cofnęli policjantom poprzednicy. Nikt nawet nie próbował sprawdzić celowości wydanych zwolnień.

Rząd mięknie wobec masowych L4

Stało się coś jeszcze ważniejszego – rząd pokazał, że masowe L4 to najlepsza forma walki „o swoje”, o wiele skuteczniejsza niż protesty przewidziane prawem. Można powiedzieć – droga na skróty. I ludzie ten sygnał odebrali. Na L4 udali się pracownicy sądów, prokuratur, nauczyciele. Zawahali się weterynarze, być może kierowani poczuciem odpowiedzialności – więc ich protest nie przyniósł nic, im władza nie ustąpiła. A zastępca głównego lekarza weterynarii został nawet zdymisjonowany. Na drugi raz wyciągną z tego nauczkę.

Dlaczego lekarze masowo wydają lewe zwolnienia?

Wypada jednak zadać kilka pytań. Jak to się dzieje, że to właśnie Polacy wymyślili tak skuteczną formę protestu, a na pomysł ten nie wpadli inni? Niemcy, Czesi, a nawet Francuzi, którzy wymyślili tylko żółte kamizelki? Wygląda na to, że tylko u nas jest ta ogromna łatwość otrzymania zwolnienia, że właściwie każdy z nas może je dostać w każdej chwili i dziwne, że z tego nie korzysta. Jakbyśmy byli najbardziej schorowanym społeczeństwem na świecie. Lekarze wydają te lewe zwolnienia, nie zdając sobie sprawy, że każde L4 to weksel, za którym idą nasze publiczne pieniądze. Ogromne pieniądze. Zwolnienia przecież są płatne, dla policjantów znów w 100 proc., dla reszty w 80. Jeśli będziemy nadal z nich tak masowo korzystać, trzeba będzie podnieść i tak wysokie składki na ZUS.

Belfer Blog: W ramach strajku chorujemy

Do psucia państwa zachęca sam rząd

Rząd, który uparcie odmawia dialogu z protestującymi w sposób przewidziany prawem, mięknie przy masowych zwolnieniach, a więc sam do nich zachęca. Zachęca do psucia państwa i nic z tym nie robi. Lekarzy kontroluje się, ile i jakie refundowane recepty wypisali, czy aby nie pomylili się w stopniu refundacji. Za pomyłki są surowo karani, także finansowo. Ale za wypisywanie lewych zwolnień dla zdrowych ludzi żaden ukarany nie został. Mimo że wszyscy wiedzą, że zwolnienia są lewe. Uczniowie, którzy nie mają lekcji, gdyż ich nauczyciele udali się masowo „na chorobę” – też. Jaki wniosek wyciągną młodzi obywatele z tej lekcji, którą na pewno zapamiętają?

ZNP popiera protest nauczycieli

Patriotyzm? Np. uczciwy stosunek wobec własnego państwa

Zarówno rząd, jak i wielu z nas, ma usta pełne patriotyzmu. Premier publicznie wskazuje tych, którzy Polskę kochają bardziej, i gani tych, którzy mniej, to ten gorszy sort Polaków. Idą święta, warto byłoby się zastanowić, czym naprawdę jest patriotyzm? Czy pustą deklaracją gotowości przelania krwi za ojczyznę, czy raczej uczciwym stosunkiem do własnego państwa? Nasze państwo jest słabe, a lewe zwolnienia osłabiają je jeszcze bardziej. I są dowodem na to, że go nie szanujemy.

Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą forma polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy – mówi prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Mówi nie tylko o polityce. Też o adwencie i zbliżających się świętach Bożego Narodzenia.

JUSTYNA KOĆ: Kończy się adwent, lada dzień święta Bożego Narodzenia. Ile z tej zadumy podczas oczekiwania na narodziny Chrystusa jeszcze zostało?

PROF. STANISŁAW OBIREK:  Zależy w czyim domu i gdzie. Gdzieś na wsiach, w małych miasteczkach mamy do czynienia nawet z renesansem praktyk, które ja pamiętam z dzieciństwa. Mam na myśli roraty, w zewnętrznej formie bardzo atrakcyjne, szczególnie dla dzieci. Roraty obrosły szczególną symboliką światła, bo msza odbywa się przed wschodem słońca, gdy jest ciemno, wiec lampiony w ciemnych kościołach rzeczywiście robią wrażenie. Jeżeli proboszcz mądrze to wpisze w rytm szkolnych katechez, to jest szansa, że to oczekiwanie, jak sama nazwa wskazuje adventus, czyli przyjście, rzeczywiście jest. W miastach jest inaczej, ten rytm jest odsakralizowany, wyznaczany jest zupełnie czymś innym, niż rytmem liturgicznym.

Przynajmniej w Warszawie nie dostrzegam żadnych elementów oczekiwania, poza tym, że przystrojone ulice rozbłyskują światłami, co ma charakter czysto estetyczny, a nie sakralny.

Jaki jest to adwent dla polskiego Kościoła?
Poza kalendarzem powtarzającym się co roku można doszukiwać się każdorazowo wpisywania świąt w doraźny kontekst. Mam wrażenie, że Kościół polski ma z tym kłopot, poczynając od listu na 100-lecie odzyskania niepodległości, który miał być deklaracją ideową, jak to Kościół się cieszy z tego, co stało się 100 lat temu. Okazało się, że po pierwsze list został napisany już w marcu, po drugie jego ton był odklejony od rzeczywistości. List przeszedł bez echa i słusznie. Niektórzy wręcz z zażenowaniem odnotowali ten list. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że

Kościół polski przeżywa dramatyczny moment. Myślę tu o coraz głośniejszych przypadkach nierozliczonej pedofilii wśród księży. Okazuje się, że w większości są to sprawy mające już swoją zaszłość, nie są nowe. Wielu biskupów wyraźnie nie stosuje się do wytycznych Watykanu, czyli nie zgłasza tego ani do Watykanu, ani do prokuratury, wyraźnie gra tu na zwłokę. Zbliżające się święta są doskonałą okazją, aby oczyścić pamięć tej mrocznej strony Kościoła.

Po drugie, mieliśmy dość histeryczną reakcję na film „Kler” Smarzowskiego, gdzie również wątek pedofilski się pojawia, ale nie tylko, bo ukazanych jest tam siedem grzechów głównych. To, że już w tej chwili ponad 6 mln ludzi widziało ten film, pokazuje, że był on odpowiedzią na pewne zapotrzebowanie. Tu znowu nie widzę żadnej próby zmierzenia się z tym grzechem w swoich własnych szeregach. Ta lista jest długa, bo warto dodać jeszcze zaangażowanie polityczne po stronie antydemokratycznego reżimu, który od trzech lat wyraźnie demoluje nam demokrację i Kościół bardzo rachitycznie, nieśmiałym, niesłyszalnym głosem, jeśli w ogóle, odnosi się do tego. W większości widzimy, że kler darzy sympatią to, co się dzieje. To napawa niepokojem, bo pokazuje, że

Kościół zatracił taki kompas moralny i polityczny, powtarza błędy, które pojawiły się już po 1989 roku.

Błędy jednoznacznego zaangażowania politycznego po jednej stronie?
A nawet jednej partii. Zresztą społeczeństwo głosowało zawsze nogami, czyli robiło dokładnie na odwrót i dziś już nikt nie pamięta tych ugrupowań, które Kościół wspierał. Myślę, że w przypadku obecnej władzy Kościół także strzela sobie w stopę, bo będzie kojarzony po, mam nadzieję, szybkim odejściu tej formacji z tą antydemokratyczną partią.

Polski Kościół nie potrafi wyciągać wniosków także z doświadczeń w innych państwach, np. w Irlandii?
Ma pani rację. Żyjemy w epoce globalnej i informacje o sytuacji Kościoła katolickiego z całego globu docierają dość szybko. Irlandia w istocie jest najbliższa Polsce, także w sensie struktury katolicyzmu, takiego związanego mocno z tożsamością narodową. Irlandczyk to katolik, to ten w kontrze do silnego Kościoła anglikańskiego. Oczywiście w Irlandii nie było komunizmu, który był w Polsce, co też ukształtowało Kościół i jego pozycję. Natomiast

w bardzo krótkim czasie katolicka Irlandia, gdzie ten Kościół był dosłownie wszędzie, stała się krajem chyba najbardziej w tej chwili antykatolickim. W retoryce polityków to wyraźnie słychać, nie ma już przyzwolenia na mieszanie się Kościoła do polityki.

Premier, który jest otwartym gejem, także otwarcie wypowiada się przeciwko obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, a są to ludzie, którzy reprezentują swoje społeczeństwo i mają silne poparcie. Kościół w Irlandii znalazł się na równi pochyłej przez własną niechęć do rozwiązania sprawy pedofilii.

Głośno było o skandalach, gdzie biskupi kryli pedofilów, podobnie jak teraz w Polsce?
Tam, w przeciwieństwie do Kościoła polskiego, doszło do powołania komisji państwowo-kościelnej, która przygotowała kilkusetstronicowy raport, który został opublikowany. Kościół płaci teraz cenę za swoją bierność i brak chęci zmierzenia się z własną ciemną stroną historii.

Nie tylko Kościół irlandzki może być tu lekcją?
Chociażby Kościół w Stanach Zjednoczonych. Tam już od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia z bardzo oporną, ale jednak systemową próbą zmierzenia się z pedofilią. Powstał nawet o tym oscarowy film „Spotlight”. Film jest oczywiście pewną fikcją, ale prawda jest taka, że dużą rolę odegrali tam dziennikarze i ich śledztwo sprzed kilkunastu lat. Na początku XXI wieku komórka śledcza „The Boston Globe” ogromnym wysiłkiem kilku lat pracy doprowadziła do dymisji kardynała Bernarda Lawa z Bostonu, doprowadziła do zdemaskowania procederu przenoszenia z parafii do parafii pedofili, co było największym szokiem dla Amerykanów.

Ostatnio w innej diecezji opublikowano podobne dokumenty, w konsekwencji czego szereg biskupów, a nawet kardynałów zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To wszystko powinno dać do myślenia polskim hierarchom.

Warto tu też wspomnieć przykład, może odległy, ale jakże głośny, czyli Chile, gdzie cały episkopat podał się do dymisji, a sam papież przyznał się do braku pełnej informacji. Kościół polski zdaje się nie zauważać tych przypadków. Owszem, w mediach liberalnych coraz częściej się o tym pisze, dyskutuje, ujawnia, organizacja „Nie lękajcie się” działa coraz prężniej, jest obecna w przestrzeni publicznej, ale Kościół mimo wcześniejszych deklaracji nie współpracuje w tej kwestii wystarczająco.

Te deklaracje pojawiły się jeszcze przed premierą filmu „Kler”, kiedy wiadomo było, że ta bomba zostanie odpalona. Kościół przeprosił nawet wtedy i obiecał rozliczenie. To był początek października i nic…
Tych deklaracji było więcej, nawet konkretni biskupi się wypowiadali na temat pedofilii w ich diecezjach. Pamiętam biskupa Czaję z Opola, Liberę z Płocka, biskupa polowego, prymas Polak też o tym mówił, więc tych deklaracji było wiele, trzymam kciuki, aby się udało.

Tu trzeba podkreślić, że nie chodzi o walkę z Kościołem, tylko o zadośćuczynienie ofiarom.

Niestety, moim zdaniem w Polsce mamy do czynienia z hipokryzją w Kościele i dobrze, żeby to słowo wybrzmiało, bo mamy szereg ludzi odpowiedzialnych, ważnych hierarchów, którzy deklarują jedno, a robią drugie. To samo można powiedzieć o pełnomocniku episkopatu ds. zwalczania pedofilii, który publicznie wielokrotnie mówił, że mimo ponawianych próśb żadnych danych na temat konkretnych przypadków pedofilii nie otrzymał.

Trzeba odnotować oczywiście przypadek chrystusowca, który został skazany prawomocnie, a ofiara otrzymała dość znaczną sumę, ale to jednostkowy przypadek, do tego wymuszony, gdzie była niezwykle jednoznaczna wina zakonu, który krył pedofila i nie zrobił nic, żeby ograniczyć jego zbrodniczą działalność. To jest najlepszy dowód, że

wspólne działanie sądu i mediów może coś zmienić w tej sytuacji, bo Kościół niczego się tak nie boi, jak mediów, jak złej opinii.

Słyszał, wiedział pan o tym, co robił ks. Henryk Jankowski?
W Gdańsku, w którym bywam często, to była tajemnica poliszynela, o tym się mówiło, o tym wiedzieli dziennikarze, ludzie, ale nie było woli, żeby o tym pisać czy mówić. Nawet „Gazeta Wyborcza”, która teraz tak bardzo się zaangażowała, wcześniej kroplomierzem dawkowała te informacje. To mi przypomina właśnie film „Spotlight”, o którym już wspominaliśmy. Oglądałem go niedawno po raz kolejny ze studentami, z którymi dyskutuję na tym przykładzie m.in. o tym, jak funkcjonuje demokracja lub nie funkcjonuje i jakie są mechanizmy jej działania w Stanach. Tam jest taka znacząca scena, gdzie sami dziennikarze przyznają, że już 20 lat wcześniej mieli sygnały, ale ich nie widzieli, nie odnotowali.

To oznacza, że jest taki martwy punkt, martwe pole, jak w przypadku kierowcy, który w lusterku bocznym w jednym miejscu nie widzi pojazdu, gdy ten go mija. Gdy wszystko każe nam wierzyć, że Kościół jest ostatnią instancją moralną.

Przecież wielu ludzi dawnej opozycji bywało u księdza Jankowskiego, bo to była instytucja. Od 1980 roku, kiedy biskup Kaczmarek wysłał go do stoczniowców, on stał się ważnym punktem odniesienia, niemalże jak Wałęsa. Wszyscy u niego bywali, a jednocześnie mówiło się, półżartem, że „woli blondynów”. Natomiast myślę, że nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to jest trwająca kilkadziesiąt lat historia pedofilii, z tragicznymi również przypadkami, opisanymi w reportażu „Dużego Formatu”.

Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać?
Może rację ma prof. Magdalena Środa, która napisała, że

pomnik powinien zostać jako pomnik wstydu, bo społeczeństwo polskie było i jest nadal ślepe na nadużycia, jakie się dzieją w Kościele, dla ratowania „większego dobra”.

Czy redemptorysta Tadeusz Rydzyk, który zakłada partię, wszedł na drogę amerykańskich pastorów, kaznodziejów, bogaczy zaangażowanych w politykę i sponsorujących kampanie?
Tadeusz Rydzyk to temat na oddzielną rozmowę. Na podstawie lektury świetnej książki Tomasza Piątka o Macierewiczu możemy wysnuć wniosek, że powstanie partii Rydzyka ma związek z odsunięciem Antoniego Macierewicza od władzy.

Moim zdaniem tu problem jest szerszy, bo to nie jest tylko tak, że mamy do czynienia z finansjerą i politykami, którym konserwatywny katolicyzm jest bliski, więc trzeba go wspierać, bo świat się rozpada, panuje relatywizm, nihilizm, a tylko ojciec Rydzyk gwarantuje ochronę prawdziwych wartości. Sprawa jest głębsza. Po pierwsze, przyznać rację trzeba prof. Ireneuszowi Krzemińskiemu, który coraz częściej się wypowiada na temat fenomenu konglomeratu, jak nazywa imperium Rydzyka, bo to przecież nie tylko radio, prasa, ale i telewizja i szkoła.

To jest państwo w państwie, on jest nawet ponad prezesem, który wydawałoby się, że rządzi niepodzielnie Polską. Nawet ponad Jarosławem Kaczyńskim jest jeszcze Tadeusz Rydzyk, ojciec dyrektor. Nie chcę powiedzieć, że to przypomina struktury mafijne z południa Włoch, republik bananowych czy krajów latynoamerykańskich, które z trudem przezwyciężają swoją przeszłość dyktatorską, ale na naszych oczach po 1989 roku wyrosły jakieś bardzo tajemnicze ośrodki władzy, które coraz śmielej domagają się obecności w przestrzeni publicznej, delegują swoich ludzi, żeby zakładali swoje partie – to jest osobliwe.

Zresztą to kolejny wątek, który możemy dołożyć do naszej rozmowy w kontekście Bożego Narodzenia i roli Kościoła. Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Ja przynajmniej nie słyszałem głosu biskupów w tej sprawie, a przecież po Soborze Watykańskim II, na ile ja rozumiem obecną doktrynę Kościoła katolickiego, Kościół słowami swoich papieży od kilkunastu lat głosi autonomię rzeczywistości ziemskiej. Kościół bezpośrednio, co bardzo podkreślał Jan Paweł II, choćby wyrzucając kapłanów z kapłaństwa za nadmierne zaangażowanie polityczne, np. w Nikaragui, nie powinien zajmować się polityką. Tymczasem

wygląda na to, że w Polsce Sobór Watykański II nie obowiązuje.

Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą formą polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy. Jeżeli dalej to będzie tolerowane, a wszystko na to wskazuje, to schizma gotowa. Być może to jest tylko blef, którym Rydzyk chce wymusić na Kaczyńskim konkretne ustępstwa, tego do końca nie wiemy, ale na pewno nie jest to w duchu kościoła Jana Pawła II czy Sobory Watykańskiego II.

Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu – mówi ks. Wacław Oszajca, jezuita, teolog, publicysta i poeta. – Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i refleksji. Przyszedł czas na refleksję także w polskim Kościele?

KS. WACŁAW OSZAJCA: Chrześcijanin nie może się bać prawdy o sobie, nawet tej najtrudniejszej. Święta to dobry czas, aby znaleźć chwilę, a może nawet więcej niż chwilę, na podsumowanie tego, co wydarzyło się w tym roku. Najważniejsza dla katolika w każdy dzień świąteczny powinna być msza, na której początku robimy rachunek sumienia. My tego momentu nie doceniamy. Powinniśmy pamiętać, że zło w Kościele było, jest i będzie. To nie jest nic nowego. Pytanie: co z tym zrobimy?

Co zrobimy w przypadku ofiar pedofilii? Powinniśmy przede wszystkim zająć się tymi, których skrzywdziliśmy. Nie tylko przeprosić, ale także starać się wynagrodzić zło, które zaistniało. To będzie świadczyło o tym, że sami zrozumieliśmy nasze grzechy.

W samym Kościele nie wszyscy to zło nazywają złem. Niektórzy próbują rozgrzeszać księży pedofili. Jak sobie z tym poradzić?
Dostrzeżenie takiego zła burzy święty spokój, psuje komfort życia i to, co ceni sobie współczesny świat, czyli dobre mniemanie o sobie. Ono polega nie na realnej ocenie kondycji własnego umysłu i sumienia, ale udawaniu, że to mnie nie dotyczy. Takie myślenie jest rozpowszechnione w społeczeństwie, więc dociera także do Kościoła.

Stąd też bierze się niechęć do papieża Franciszka, który niepokoi nasze sumienia i mówi, żeby patrzeć nie w niebo, ale na drugiego człowieka. To jest niewygodne, ale musimy zrozumieć, że to nie jest atak, tylko chęć pomocy. Powinniśmy się w ten głos wsłuchać i odpowiedzieć po chrześcijańsku, czyli przyznać się do winy i zadośćuczynić.

Według byłego rzecznika Watykanu wśród zwierzchników kościelnych panuje w sprawie pedofilii „niewiarygodna naiwność”. To tylko naiwność czy jednak coś więcej?
Przez lata ważniejsza była instytucja i ideologia od dobra człowieka. Chcemy udawać przed światem, tak jakbyśmy byli firmą, której zależy na dobrym PR, a nie na prawdzie.

Niektórzy próbują bronić za wszelką cenę niby dobrego imienia Kościoła, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. To będzie nas tylko jeszcze bardziej demoralizować. To zresztą nie jest choroba tylko Kościoła, ale wielu innych instytucji, także rodziny.

„Jeśli Kościół katolicki nie zajmie się tą sprawą szczegółowo i we wszystkich aspektach, będzie popadał z jednego kryzysu w drugi” – to ciąg dalszy artykułu Federico Lombardiego na łamach najnowszego numeru jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”. Możliwe jest pełne i jawne rozliczenie Kościoła?
Znamy przecież taką instytucję jak spowiedź. Powinniśmy być przyzwyczajeni do tego, że jeżeli dostrzegamy w sobie zło, to po to, aby je wyrzucić i zmienić sposób myślenia. Łatwo jest ludziom wziąć zło za dobro, bo zawsze na początku wydaje się czymś korzystnym i godnym pożądania, a później okazuje się, że brniemy z jednego nieszczęścia w drugie.

Ale mam też jedno zastrzeżenie: do wszystkiego powinniśmy podchodzić po chrześcijańsku – ten, który zawinił, nie przestał być naszym bratem, powinniśmy się także nim zająć.

Ojciec Tadeusz Rydzyk broni kościelnych pedofilów twierdząc, że za ujawnianiem przestępstw wobec dzieci stoi chęć zniszczenia Kościoła. Co by mu ksiądz odpowiedział?
To pomylenie z poplątaniem, o ile nie coś gorszego. Może ma jakąś tajemną wiedzę i wie więcej niż wszyscy. Mówię to oczywiście ironicznie.

Nie tylko w tej sprawie ksiądz Rydzyk ma przedziwne poglądy. Poza tym uprawia nawet nie politykę, ale politykierstwo. A nie da się połączyć chęci bycia politykiem i księdzem. On zaczyna służyć dwóm panom.

To jest też problem dla Kościoła?
Oczywiście. Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu.

Co można zrobić, aby do tego nie doszło?
Z jednej strony widzę zaniechania ze strony biskupów i księży, ale z drugiej także ludzi świeckich. Kościół to są przecież wszyscy ochrzczeni.

Świeccy muszą się wreszcie odważyć i domagać swoich praw. Duchowni nie są ponad Kościołem, my jesteśmy dla Kościoła. Jeżeli ustawimy się ponad Kościołem, a świeccy będą temu sprzyjać i traktować nas jak bogów, to nie ruszymy z miejsca. Czekam na to, kiedy laikat w Kościele się obudzi. Mam nadzieję, że wpłynie na to kryzys, który przeżywamy.

Laikat też jest podzielony. Część zapewne nie chce żadnych zmian.
Patrząc na historię Kościoła widzę, że po każdym kryzysie przychodzi odrodzenie. Kościół nie tylko potrafi się pozbierać, ale także zrozumieć, w jakim świecie żyje i jakiemu światu ma służyć. Nie obawiam się tzw. kryzysu w Kościele, związanego ze spadkiem powołań. Niewykluczone, że czeka nas w ogóle głęboka zmiana.

Kościół nie musi być cały czas taki, jakim go znamy. Może powstaną niewielkie grupy ludzi, którzy sobie ufają, tak jak było w pierwszych wiekach – to też będzie Kościół, może prawdziwszy od dzisiejszego…

Kościół zamiast się dystansować i milczeć powinien stanowczo bronić podstawowych wartości – wolności, demokracji, prawa?
Jeżeli ktokolwiek występuje przeciwko prawom obywatelskim, powinniśmy protestować, a Kościół jako pierwszy. Tak było przecież w okresie komunizmu. Nie chciałbym idealizować tamtego czasu, bo byli też księżą, którzy współpracowali albo milczeli, ale jako całość potrafiliśmy stawić opór. Mogliśmy protestować tylko dlatego, że czuliśmy oparcie w wiernych. W tym sensie za komunizmu było łatwiej. Jeżeli stracimy oparcie w laikacie, to zostaniemy sami i nie będziemy nikomu potrzebni.

Nie możemy ograniczać autonomii ludzi świeckich, ale mamy prawo do tego, żeby pokazywać gdzie dzieje się źle. Ale nie możemy przy okazji pod pozorem oceny moralnej i propozycji rozwiązywania problemów uprawiać polityki.

Brakuje księdzu stanowczego głosu Kościoła w obronie demokracji?
Nie tylko tego mi brakuje… Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc.

Dlaczego tak łatwo wzbudzić w społeczeństwie lęk przed uchodźcami? Przecież chodzi o pomoc drugiemu człowiekowi.
Jeżeli człowieka spotyka coś nowego, co wymaga od niego wysiłku i wyciągnięcia portfela, to zawsze rodzi się opór. A politycy czy inni ideologowie mogą łatwo zbijać na tym interes.

Ci, którzy nie chcą przyjąć uchodźców mówią, że są katolikami, kierują się nauką społeczną Kościoła, że to wynika z ich przekonań religijnych i nie widzą w tym żadnej sprzeczności. A twarzą Chrystusa dzisiaj jest przecież twarz uchodźcy.

Obowiązkiem chrześcijanina jest niesienie pomocy, takiej na jaką go stać. Patrząc od strony moralnej, to coś złego się z nami stało, że nasze sumienia tak łatwo kupują niechrześcijańskie uzasadnienia w sprawie uchodźców.

Czy są jeszcze jakieś granice walki politycznej o dusze wyborców?
Do nas duchownych należy zwracanie uwagi, kiedy polityk zaczyna wkraczać na płaszczyznę moralną i wiemy, że może to prowadzić do nieszczęścia.

Tak się stało w okresie międzywojennym z Niemcami, kiedy Kościoły milczały albo popierały te działania. Jeżeli czegoś się boję, to tego, że nie zauważymy, jak zaczyna kiełkować zło, które szybko znajdzie sobie zwolenników.

To jest taki moment?
Patrząc na świat, zaczynam się obawiać, że do głosu zaczynają dochodzić ludzie, dla których nie liczy się odpowiedzialność za drugiego człowieka i jego dobro, tylko władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Polska nie jest wyjątkiem. Od paru lat rządzący ulegają takiej pokusie.

Co może zadziałać otrzeźwiająco?
To, co można zrobić, to nie unosić się pychą, nie myśleć, że mnie to nie dotyczy, bo ja tak nie grzeszę, tylko dokładnie się przyjrzeć i poszukać sposobów na rozwiązanie tego kryzysu.

Powinniśmy uwierzyć, że to, co się dzieje, to nie jest tylko diabelskie działanie, chociaż posiada wszystkie cechy diabelskości. A może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć.

Co w obecnych czasach jest dla nas największym zagrożeniem?
Jeżeli wyzbędziemy się umiejętności rozróżniania zła od dobra i poczucia winy, to wtedy stworzymy ogromne zagrożenie dla ludzkiej kultury i ludzkiego istnienia. Stajemy się w pełni ludźmi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za nasze myśli, słowa, uczynki i zaniedbania. Jeżeli tego zabraknie, to wszystko ulegnie rozprężeniu, będzie tak samo ważne i nieważne, równie dobre i niedobre. Kolejnym zagrożeniem jest konsumpcjonizm, czyli podejście czysto użytkowe, w którym najważniejsze jest to, że nam się wszystko należy. W takiej sytuacji nie ma miejsca dla drugiego człowieka. A przecież nie możemy żyć w pojedynkę. Widać to chociażby w sposobie organizowania miast, grodzeniu osiedli, lęku przed sąsiadem, współpracownikiem.

Kolejnym zagrożeniem jest także próba skompromitowania ludzkiego rozumu i serca, czyli populizm.

Dlaczego polskie społeczeństwo jest tak bardzo podzielone? Polacy żyją w dwóch rzeczywistościach?
Najgorsze jest to, że zaczynamy się nienawidzić. Na tym polegał komunizm – czy człowiek chciał, czy nie chciał, musiał być wrogiem wszystkich i wszystkiego. Cały system nastawiony był na to, żebyśmy sobie nie ufali i ze sobą walczyli, za to dbali tylko o własny interes. Mam wrażenie, że teraz dzieje się coś podobnego. Coś, co nas łączy, to tylko wrogość. Niestety, trudno się przed tym bronić, bo

nienawiść jest wygodnym sposobem urządzenia się w społeczeństwie. Można ją zawsze nazwać konkurencją, rywalizacją, a nawet troską, ale będzie podszyta innymi uczuciami, tak aby zapanować nad drugim człowiekiem. Chęć dominacji i rządzenia jest czymś porażającym.

Czym powinna być polityka?
Polityka powinna być sztuką szlachetną, tak czytamy w dokumentach soborowych. Ale też ci, którzy czują powołanie, powinni się do tego przygotować i ponosić odpowiedzialność za to, jak wykonują swój zawód. Motywem ich działania nie może być chęć wzbogacenia się i robienia kariery.

Jeżeli politykę sprowadzi się tylko do socjotechniki, to staje się zaprzeczeniem samej siebie, bo nie służy dobru wspólnemu, za to interesom grupy społecznej, partii czy jednego człowieka.

To dzisiejsza polityka?
Polityka rządzi się oczywiście swoimi prawami, spór jest czymś koniecznym, ale trzeba go prowadzić po ludzku i z poszanowaniem drugiej strony. Mam wrażenie, że są politycy, którzy próbują pilnować swojego sumienia i języka, ale są też tacy, dla których spór to zawzięta walka, która ma doprowadzić do zatriumfowania nad innymi.

Do tego dorabia się ideologię o miłości do ojczyzny, patriotyzmie i opakowuje w hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, ale istota rzeczy pozostaje paskudna.

Niebezpieczny nacjonalizm staje się bezkarny i podnosi głowę?
To, co nazywamy nacjonalizmem, ma korzenie wewnątrz nas. Pozwoliliśmy dojść do głosu czemuś niedobremu, sami siebie przekonaliśmy, że jesteśmy najlepsi. To wyrasta z pychy i przybiera różne formy. A właśnie na tym, co najgorsze próbuje ubijać się interes polityczny. W Polsce jest cały czas obecny antysemityzm, rasizm, potworna znieczulica, jeśli chodzi o bezdomnych.

Jeżeli zabraknie ludzi, którzy będą o tym przypominać, a zaczniemy hołubić rasistów czy antysemitów, nazywając ich patriotami, to wyhodujemy sobie jakąś falangę. To z kolei łatwo może się spodobać ludziom młodym, dla których liczy się bardziej siła niż racja. To też da się politycznie wykorzystać.

Niedostatecznie dokładamy starań, aby z tym walczyć. W tym wypadku niewiele pomogą zakazy, powinniśmy też uczyć młodych ludzi nazywać zło złem i przypominać, że to jest grzech.

Więcej empatii, zrozumienia i rozsądku – tego powinniśmy życzyć sobie na Święta?
Święta Bożego Narodzenia są piękne i rodzinne, to trzeba zachować na jeden wieczór. Ale trzeba mieć świadomość, że ten obraz był podszyty ludzkim nieszczęściem. Maria nie miała gdzie urodzić syna, bo zabrakło dla niej miejsca i ludzkiego serca. Warto o tym pamiętać, ale to nie musi psuć radości świętowania, a nawet może ją pogłębić, bo „większa jest radość w dawaniu niż braniu”.

Nie szukajmy daleko, po prostu rozejrzyjmy się wokół siebie.

Możemy zamknąć oczy i udawać, że niczego nie dostrzegamy, ale możemy też nieść pomoc i czerpać z tego radość. Spróbujmy nie zamykać się na świat i potraktować ten czas także jak wyzwanie.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Mało znany incydent z 13 grudnia demaskuje osobowość Jarosława Kaczyńskiego i stanowi zły polityczny prognostyk dla całego kraju.

13 grudnia mała grupka obywateli oburzonych łamaniem Konstytucji postanowiła odwiedzić Jarosława Kaczyńskiego, by osobiście powiedzieć mu, co o nim myśli. Zresztą nie pierwszy raz. Demonstracja przed warszawskim domem pana prezesa na Żoliborzu w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego po raz pierwszy odbyła się w 2015 roku. Przyszło wówczas kilkaset osób, które skrzyknęły się na Facebooku. Dom był pilnowany przez kordony funkcjonariuszy policji, a ciemne okna wskazywały, że Kaczyńskiego nie ma w środku. Najprawdopodobniej nie chciał słuchać skandowania „13 grudnia spałeś do południa” i na tę noc przeniósł się gdzieś indziej.

W tym roku jednak pan prezes był u siebie, bo pewnie nie spodziewał się gości – w internecie nie było wezwań do demonstrowania i nikt nie zapowiadał, że zamierza tu przyjść. Mimo to kilkoro mieszkańców Warszawy zebrało się przy ogrodzeniu posesji szefa PiS. Jedna z uczestniczek opisuje na Facebooku: – „Pod domem prezesa zebrało się nas 9 osób i kilkanaście świeczek. W pewnym momencie wybiegł do nas sam prezes, nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”), przepchnął się łokciami i bezdusznie skopał świeczki. Zagadnięty, że „Pan przecież spał do południa” powiedział: „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł”.

Ten niekontrolowany wybuch wściekłości Jarosława Kaczyńskiego domaga się komentarza.

Po pierwsze – czy nie jest zdumiewające, że szef wielkiej partii, mającej swój rząd, prezydenta, kontrolującej prawie wszystkie najważniejsze instytucje państwowe, media, spółki skarbu państwa, pod wpływem impulsu wybiega z domu, by osobiście nawrzucać grupce krytycznie nastawionych obywateli?

Mógł ich zignorować i udać, że jest ponad to. To byłoby zrozumiałe. Mógł też do nich wyjść i uprzejmie podyskutować, demonstrując, że jest otwarty na dialog i nie obraża się na oponentów. To już wymagałoby od niego większej klasy, ale są politycy, którzy potrafią się na coś takiego zdobyć. By daleko nie szukać – Donald Tusk wielokrotnie zaprezentował taką odwagę cywilną. Jednak Kaczyński ani demonstrantów nie zignorował, ani nie podjął z nimi uprzejmej dyskusji. On ich zwymyślał, pokazując, że spory polityczne traktuje osobiście i nie potrafi się zdobyć na chłód ani dystans.

Po drugie – Kaczyński nie tylko zwymyślał pikietujących obywateli, ale powiedział im rzeczy absurdalne, wskazujące, że żyje w urojonym świecie swoich megalomańskich wyobrażeń, w którym czuje się spadkobiercą tradycji AK, a w swoich przeciwnikach widzi kontynuatorów reżimu stalinowskiego. Takie postrzeganie polskiej rzeczywistości przez lidera obozu rządzącego stanowi dla nas wszystkich zły prognostyk. W tej sytuacji trudno bowiem spodziewać się racjonalnych, obliczalnych i cywilizowanych zachowań z jego strony – rywalizację polityczną, która w normalnych warunkach powinna być tylko grą konkurentów, traktuje on jak walkę śmiertelnych wrogów, w której stawką jest niemal przetrwanie narodu. A w takiej walce wszystkie chwyty są dozwolone.

Po trzecie – Kaczyński nie tylko zwymyślał demonstrantów, ale też użył siły fizycznej, kopiąc ustawione przez nich świeczki. To jeszcze gorszy prognostyk. Ten gest po raz kolejny pokazał, że pan prezes nie panuje nad emocjami i w gniewie zachowuje się jak mały chłopczyk kopiący zabawki. Doskonale zaś wiemy, że kłótnie w piaskownicy nader często kończą się biciem – od kopania zabawek do dania w mordę ich właścicielowi jest tylko jeden mały krok. I pan prezes prędzej czy później ten krok zrobi.

Po czwarte – Kaczyński wezwał policję, by uniemożliwiła obywatelom demonstrowanie i przeszkodziła im w zapalaniu świeczek. W ostatnich latach w całym kraju toczyło się i toczy ok. tysiąca postępowań przeciwko uczestnikom różnych wystąpień opozycyjnych. Ich uczestnicy są nękani i oskarżani o najróżniejsze przewinienia – od używania brzydkich słów („jesteśmy wkurwieni”) przez umieszczanie napisów i ulotek w miejscach do tego nieprzeznaczonych po łamanie przepisów dotyczących ochrony środowiska (tj. używanie urządzeń nagłaśniających). Od początku było oczywiste, że ta fala represji jest efektem poleceń płynących z góry, jednak nie było na to jednoznacznych dowodów. Nikt nie jest w końcu taki głupi, by w sposób jawny wydawać bezprawne rozkazy, każące funkcjonariuszom łamać prawa obywatelskie i tłumić wolność słowa oraz demonstrowania. Inicjatorzy tej nielegalnej praktyki starają się pilnować, by nie dostarczać dowodów oskarżycielom w przyszłych procesach. Jednak apel Kaczyńskiego do policjantów jednoznacznie wskazuje, skąd płyną polecenia.

Warto o tym wszystkim pamiętać, słuchając świąteczno-noworocznych życzeń szefa PiS. Na nagraniu rozpowszechnianym w internecie pan prezes prezentuje łagodne i życzliwe oblicze. – „Chciałem państwu złożyć najserdeczniejsze, najlepsze życzenia” – mówi. – „Miłych, wesołych, rodzinnych, szczęśliwych świąt. Chciałem także życzyć jak najlepszego nowego roku. Żeby kolejny rok spełnił jak najwięcej naszych nadziei, tych wspólnych i tych indywidualnych. By przybliżył taką Polskę, jakiej wszyscy chcemy. Polskę silną, sprawiedliwą, dostatnią i sprawiedliwą. Jeszcze raz powtarzam to słowo – dla wszystkich”.

Miejmy świadomość, że prawdziwe oblicze pan prezes demonstruje nie w nagraniach wyreżyserowanych przez partyjnych speców od propagandy, lecz w spontanicznych zachowaniach, które wypływają z jego autentycznych emocji. To, kim jest naprawdę, widzimy, gdy wyskakuje na mównicę i z grymasem wściekłości bluzga: „Kanalie, mordy zdradzieckie”. Albo wybiega przed furtkę, kopie świeczki i urąga swym oponentom, mówiąc, że są spadkobiercami reżimu stalinowskiego.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Nie jestem zdziwiony, że Andrzej Duda jest fundamentalnym katolikiem. I nie chodzi mi o chrześcijaństwo ze swoimi wartościami, które są wtórne do wartości humanistycznych, ale o wiarę, jaką wyznają hierachowie Kościoła w Polsce i w którą każą wierzyć swoim owieczkom.

Duda, którego coraz więcej osób nie nazywa prezydentem, ale panem (piszą: pan Duda), popełnia fundamentalny błąd, jaki jest udziałem nuworyszy, którzy zostali wywyższeni przez przypadek, a nie wznieśli się dzięki własnym talentom, zaletom, pracowitości.

Nuworysz swoją pozycję utożsamia ze sobą, a nie z funkcją. W tym wypadku funkcja prezydenta powinna nakazywać pilnowania Konstytucji i praw, które są stanowione i aby nie były kolizyjne do Konstytucji. Duda jednak przeflancował myślenia nuworysza na siebie i uważa, iż on jest Konstytucją.

Duda do tego jest słabym na umyśle i charakterze, bo podporządkuje się temu, kto go wywyższył. Prezes Kaczyński stanowi, jaką funkcję ma Duda wypełniać, a zatem swoją funkcją prezydenta sprowadził do roli ust prezesa. Co prezes powie – a nawet pomyśli – Duda wypowie.

I oto mamy prawdę nie tyle o Dudzie, co o prezesie, a Duda wypowiedział, że Trybunał Sprawiedliwości UE orzekając w sprawie Sądu Najwyższego „posuwa się za daleko i zbyt dalece ingeruje w wewnętrzne sprawy krajów członkowskich’. A zatem usta Kaczyńskiego uznały prawo europejskie jako wrogie i sprzeczne z jego osobą, bo nie z Konstytucją RP, wszak TSUE zachowało staranność orzeczenia o niezależności Sądu Najwyższego, który to standard demokratyczny jest zapisany w naszej Konstytucji.

Wypowiedź Dudy świadczy o czymś zgoła niebezpiecznym dla Polski, mianowicie wypowiedzenie się przeciw orzeczeniu TSUE spowoduje w przyszłości, że nie podporządkuje się jego decyzjom, a w konsekwencji doprowadzi do wyjścia Polski z UE – do Polexitu. Duda wypowie wszystko, co pomyśli głowa prezesa (że strawestuję Juliana Słowackiego).

Wypowiedź Dudy jest tak samo absurdalna, jak hierarchów Kościoła katolickiego. Oto abp Stanisław Gądecki wypowiedział się na temat ofiar pedofilii kleru, którym powie (bo tak nakazał papież Franciszek): „… jest coś ważniejszego, aniżeli grzech, że istnieje i odkupienie, i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego”.

Ale jeszcze fajniejsze jest stwierdzenie hierarchy poznańskiego, iż „Kościół potrzebuje cierpienia za swoją egzystencję”. Przepraszam, da się to przełożyć na alegoryczny obrazek z udziałem Gądeckiego, który – cofając się dwa tysiące lat – znajduje się na Golgocie, właśnie krzyżują Joszuę z Nazaretu, a on wchodzi na drabinkę i zamiast ulżyć cierpieniem Jezusa, wbija mu jeszcze jeden gwóźdź ze słowami, że to „cierpienia za egzystencję”.