Tag Archives: Krzysztof Luft

Kościół nie zdaje egzaminu w czasie strajku nauczycieli

13 Kwi

Ostatnio przedstawiciele kościoła dość aktywnie włączają się do oceny strajku nauczycieli i niemal zawsze są krytyczni wobec strajkujących. Wyraźnie pokazują, czyją stronę w tym sporze trzymają.

O oburzonym wikariuszu z Ustrzyk Dolnych, który uważa, że nauczycielowi, podobnie jak księdzu, strajkować nie wypada, bo podstawą zawodu jest powołanie, jakże więc „gorsząca jest postawa strajkujących, którzy zdradzili swoją misję dla trzydziestu srebrników”.

O wikariuszu i katechecie z Wrocławia, który nazwał nauczycieli lewakami.

Jak również o proboszczu jednej z lubelskich parafii, który do wiernych w kościele powiedział: „strajkujący nauczyciel to nie nauczyciel” i „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”.

Właśnie na tę wypowiedź proboszcza zareagował na Facebooku ksiądz Łukasz Kachnowicz, duszpasterz akademicki i publicysta z Lublina: „Księża gorszący się, że nauczycielom nie chodzi o dzieci, tylko o pieniądze, to już jest przegięcie. Sorry, ale my też mamy powołanie, przede wszystkim powołanie, ale też dbamy o swoje finanse i to całkiem dobrze dbamy. Wcale nie jest tak, że wszyscy i wszystko robimy za „Bóg zapłać” – napisał ks. Kachnowicz.

To rzadki głos, tym bardziej z wielkim szacunkiem należy ocenić uczciwość oraz odwagę księdza Łukasza Kachnowicza. To między innymi tacy duchowni próbują ratować, bardzo już nadszarpnięty, wizerunek kościoła w Polsce.

Eugeniusz Szymański, proboszcz p.w. Miłosierdzia Bożego w Lublinie nazwał nauczycieli „nierobami” i „obibokami”.

W czasie szkolnych rekolekcji proboszcz Eugeniusz Szymański zasugerował młodzieży z klas VII-VIII, aby zmówiła ‚Zdrowaś Mario’ za nauczycieli, którzy strajkują, nie mając żadnych ku temu podstaw. 

Módlmy się o opamiętanie nauczycieli, którzy w tej chwili bezpodstawnie protestują. I o mądrość dla Polaków, żeby ta sytuacja konfliktowa została jakoś zgodnie z Bożą wolą rozwiązana – mówił duchowny do zebranych nastolatków. Ksiądz miał także powiedzieć, że pracownicy oświaty są„nierobami i obibokami, którzy nie powinni nic chcieć od państwa” bo „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”. Po wypowiedzeniu tych słów przez duchownego część zebranych opuściła kościół. 

Rząd PiS po 6 dniach od rozpoczęcia strajku w oświacie w dalszym ciągu nie potrafi porozumieć się ze związkowcami reprezentującymi środowisko nauczycielskie (Związek Nauczycielstwa Polskiego, Forum Związków Zawodowych).

Mamy gotowe do podpisania porozumienie. W tej chwili najważniejsze są egzaminy i to, aby młodzież mogła bez stresu je napisać. (…) Dziękuję nauczycielom, którzy są w tej chwili ze swoimi uczniami. Dziękuję za Państwa odpowiedzialność i odwagę. Naszym podstawowym założeniem jest, by z owoców wzrostu gospodarczego mogli korzystać wszyscy Polacy – mówiła dzisiaj w Sejmie minister Beata Szydło.

Szydło wychodzi co jakiś czas i mówi, że nauczyciele mogą dołączyć do porozumienia, które podpisano z radnym PiSu. Nie ma żadnej gotowości do dialogu – komentuje słowa Szydło poseł Tomasz Siemoniak.

Oni są jednak kosmitami. Najpierw wprowadzili w szkolnictwie kosmiczny bałagan, a kiedy wszystko się wali proponują okrągły stół o przyszłości oświaty. Na to był czas przed wprowadzeniem reformy, a nie po – wypowiadasię Krzysztof Luft (były członek KRRiTV).

Do strajku nauczycieli odniósł się także w mediach społecznościowych publicysta Andrzej Bober. – To jest okropna grupa ludzi, która poza własne interesy osobiste i partyjne nie widzi, że obok toczy się normalne życie normalnych ludzi. To są bardzo źli ludzie. Podli ludzie. Trzeba szybko ich siępozbyć – napisał na Facebooku.

To nie nauczyciele trzymają w szachu uczniów, ale właśnie PiS zrobiło sobie z nich zakładników, rozgrywając nimi jak mu się żywnie podoba.

Nie da się ominąć najważniejszego tematu tygodnia, czyli strajku nauczycieli. Wybaczcie mi więc, proszę. Wprawdzie „nie chcem ale muszem” wpisać się w ten trend i dorzucić swoje trzy grosze. Jednak nie będę pisała o samym strajku. Biorę na celownik reakcję partii rządzącej i to jej chcę wystawić pierwszą, cząstkową ocenę.

Przyznam się, że czegoś takiego to ja nigdy w życiu nie widziałam i nie słyszałam, a oczy robią mi się coraz bardziej okrągłe od napływających informacji. Odnoszę wrażenie, że politycy Zjednoczonej Prawicy mają w kieszeni świetnie opracowane gotowce, wykuli co trzeba na pamięć i bezkrytycznie, jak mantrę, powtarzają wciąż to samo. Właściwie wystarczyłoby posłuchać tylko jednego, a resztę sobie odpuścić, bo nie ma co liczyć na sensowną merytoryczną wypowiedź, dyskusję na argumenty, odrobinę przyzwoitości.  Szkoda nerwów, czasu i energii. Szkoda własnego zdrowia psychicznego…

Przekaz numer jeden od partii rządzącej. Nauczyciele to kupa leni, malkontentów, zdrajców, którzy dla kasy poświęcają dobro biednych dzieciaczków, spragnionych wiedzy. Ich strajk to wyłącznie działanie polityczne, którego celem jest obalenie rządu praworządnego i sprawiedliwego, pierwszego tak wspaniałego w historii Polski. To hipokryzja tych, którym stworzono idealne warunki do pracy, podano pod nos fantastyczną podstawę programową i obiecano, że w ciągu najbliższych kilku lat zostaną wynagrodzeni za wierność oraz posłuszeństwo odpowiednią kasą. A teraz psim obowiązkiem nauczycieli jest pracować dla idei, bo w dzisiejszej oświacie jest miejsce tylko dla Piotrów Judymów, nauczycieli, którzy gotowi są zrezygnować ze wszystkiego, ponieść największą ofiarę, by całkowicie i niepodzielnie oddać się służbie dla idei.

Przekaz numer dwa dotyczy Sławomira Broniarza, szefa ZNP. To komuch, czerwony lewak, rozgrywa jakiś swój własny interes. Tyle razy MEN chciał z nim rozmawiać, dogadać się, ale on zawsze swoje i teraz kłamie w żywe oczy, twierdząc, że on chciał się spotkać, ale oni, czyli szefostwo MEN, nie chciało. T właśnie ten wredny Broniarz podkręca nauczycieli, którzy zbyt głupi, by własny rozum mieć i dają się wciągnąć w prywatną wojenkę szefa ZNP.

Przekaz numer trzy to wskazanie ogromnej, choć niedocenionej roli oświatowej Solidarności. Tylko pan Ryszard Proksa, jej przewodniczący zrozumiał, o co toczy się gra i wziął na swoje wątłe barki cały ciężar odpowiedzialności za nieodpowiedzialnych nauczycieli. Tylko on zrozumiał, jak bardzo rząd jest hojny i ile chce dać belfrom. Tylko on podpisał porozumienie z rządem, będąc świadom, że za taką byle jaką pracę więcej się nauczycielom nie należy.

Przekaz numer cztery dotyczy pełnego zrozumienia MEN, że czas na zmiany systemowe w edukacji. Wykazując sporo dobrej woli przywrócone zostaje to, co po objęciu władzy, odrzucono, np. skrócenie stażu nauczyciela, który dopiero rozpoczyna pracę w szkole, a przed nami jeszcze o wiele, wiele więcej nowości. Wow, to czym była ta nieszczęsna deforma Zalewskiej? Tylko grą wstępną? Nie powiem, włos mi się jeży. Błagam, niech już politycy PiS i ludzie pokroju Anny Zalewskiej nie grzebią więcej przy edukacji, bo za chwilę wylądujemy jako naród w oślej ławce na długie lata.

Przekaz numer pięć to twarz pełna łagodności, prośba o wspólne pochylenie się z troską o dzieci, pozory zrozumienia i otwarcia na postulaty strajkujących. To wypowiadane z bólem serca słowa, że rząd chce dać, chce tyle zrobić, ale nie ma kasy, więc zaprasza do okrągłego stołu, do pogadania i przyjęcia tej propozycji, którą tak ochoczo podpisał pan Proksa

No i tak sobie stają nasi władcy przed kamerami, szczerzą zęby do kamer i wciskają te swoje prawdy narodowi, z których część kupuje je bez zagryzki. A potem ta część narodu, której szczytem marzeń jest istnienie w Polsce tylko Homo PiSsus, wskakuje w internet i zaczyna szaleć, trollując, hejtując, piętnując strajkujących nauczycieli i każdego, kto ich wspiera. Weszłam sobie na konto jednego z przedstawicieli tejże grupy. W oczy rzucił mi się pewien tekst:

Trzeba przyznać, że jak na 8–latka to rozeznanie sytuacji wręcz genialne. Pozostawię na boku moje wątpliwości, co do prawdziwego autora tego wywodu i skupię się na komentarzach. Zachwyt ogólny. Towarzysze broni piszą z entuzjazmem: „Polać młodemu”, „widać, że rodziców ma Polaków”, „Gratulacje dla ośmioletniego Marcina. Szkoda, że są starsi od niego którzy tego nie widzą i popierają tą obstrukcję próbę wprowadzenia w Polsce chaosu i odsunięciu PIS-u od władzy. Nie zdała egzaminu ulica, szlag trafił zagranicę więc antypolskie szuje kosztem uczniów, łamiąc wszelkie przysługujące młodzieży prawa, w tym prawo do nauki i zdawania egzaminów – próbowali zdestabilizować sytuację w Polsce i to tuż przed wyborami. Jednak Pan Bóg nad Polską czuwa – i plany czerwonej bandy szlag trafił”. W tej chwili ten post ma 432 udostępnienia i 39 komentarzy, co jak na Facebook jest dość dobrym wynikiem.

Wydawać się może, że nauczyciele są na pozycji przegranej. W końcu to w interesie PiS, Zjednoczonej Prawicy i wielu hierarchów kościelnych jest, by dobrzy nauczyciele zwolnili miejsce w szkołach tym bezwolnym i posłusznym, którzy będą pracować tak, jak im władza nakazuje. W końcu w dzisiejszej Polsce mądrość, wiedza, umiejętności to nic innego jak zagrożenie dla pisowskiej praworządności i sprawiedliwości. PiS potrzebuje fabryki bezrozumnych Homo PiSsus, a nie światłych, inteligentnych ludzi. Stąd takie przekazy. Stąd tyle kłamstwa i manipulacji. Stąd wiara, że się uda…

No cóż, przekazy przekazami, ale intencje aż biją po oczach. To nic innego jak gra na przetrzymanie. Z egzaminami się udało, co MEN uważa za sukces na miarę tego, z Brukseli, gdy załatwili Polsce wynik 27:1. Teraz kolejne egzaminy, matury, rady klasyfikacyjne, promocyjne, sprawdzanie wyników egzaminów, trzeba więc coś wykombinować, by złamać jedność i solidarność nauczycieli. Trzeba postawić ich pod ścianą, zatopić w szambie narodowej nienawiści, wykorzystać potencjał, obiecać okrągły stół, licząc, że uda się przy nim pokonać ducha strajku i będzie dobrze…

Nieźle się napracowało PiS przez te kilka dni, prawda? A teraz popatrzmy, na jaką ocenę zasłużyła partia rządząca. Czas wreszcie na wystawienie pierwszej oceny rządowi, który udaje, że nauczycieli się nie boi i trzyma ich w szachu. Trzeba przyznać, że władza walczy bezpardonowo, co jednak nie zasługuje na moje uznanie. To nie nauczyciele trzymają w szachu uczniów, ale właśnie PiS zrobiło sobie z nich zakładników, rozgrywając nimi jak mu się żywnie podoba. Tak więc, za stosunek do uczniów wystawiam jedynkę. Za lekceważenie nauczycieli – jedynkę. Za kłamstwa i matactwa – jedynkę. Za kolejne dzielenie narodu – jedynkę. Za bezpardonowy atak na strajkujących – jedynkę. Za pozorowanie działań w oparciu o praworządność i głoszoną sprawiedliwość – jedynkę. Za poziom hipokryzji – jedynkę. Wychodzi nam średnia, czyli jedna, wielka, soczysta JEDYNKA.

Jak widać, tutaj nawet repetowanie klasy nie pomoże. Ewidentnie widać, że całą tę partię i jej zwolenników należałoby cofnąć do przedszkola, a cały proces edukacyjny rozpocząć na nowo, ze szczególnym uwzględnieniem niechęci do nauki, oporu wobec rzetelnej wiedzy, braku otwartości na edukację jako taką i znacznie spowolnionych możliwości poznawczych, zgodnych z realiami, a nie rodem z bajek dla niegrzecznych dzieci.

Reklamy

Morawiecki zwiedza stacje benzynowe, bo tchórz tylko na nich może ustawić mikrofony i pluć do nich fałszem krętków bladych

18 Lu

”zaczynamy Piąteczka PMM
1 .rekordowe 19 mln to importowanego węgla w tym 13 z Rosji
2. rekordowy import energii elektrycznej za 1mld zł w 2018
3. rosnący szybko deficyt handlowy
4. 16 tysięcy zamkniętych małych sklepów
5. rekordowe zadłużenie szpitali i wydłużające się kolejki”

tak wypunktował 300 dni „Piątki Morawieckiego” wicepremier i minister gospodarki w rządzie PO-PSL – Janusz Piechociński.

Kancelaria Premiera RP pokusiła się bowiem o spektakularne podsumowanie 300 dni „Piątki Morawieckiego”, czyniąc z tego wstęp do zaplanowanej na sobotę konwencji Prawa i Sprawiedliwości.

Szef rządu w najnowszym spocie chwalił się osiągnięciami swojej ekipy. „Skuteczna polityka jest możliwa. Dotrzymujemy słowa” – klip o takim tytule pojawił się w sieci m.in. na profilach społecznościowych KPRM. „Nie da się, nie uda się, nie ma na to pieniędzy. To była ulubiona wymówka niektórych polskich polityków od lat. Zawsze wiedziałem, że to nieprawda” – mówi z dumą Morawiecki i przytacza swoje osiągnięcia.

„W kwietniu 2018 r. obiecałem pakiet ambitnych reform, który zmieścił się w pięciu punktach naszego programu. Znów z różnych stron słyszałem, że to nie może się udać. W 300 dni nasz rząd zrealizował ten plan. Obniżyliśmy CIT, działa już tzw. „mały ZUS. To znacząca ulga dla polskich małych i średnich firm. Uruchomiliśmy wyprawki” – podkreśla szef rządu.

W poniedziałek Mateusz Morawiecki ruszył w Polskę, by dalej przekonywać Polaków, iż PiS realizuje składane obietnice.

Przemoknięty kapiszon – tak najważniejsi politycy obozu władzy nazywają publikacje “Gazety Wyborczej” o kulisach powstawania inwestycji K-Towers przy ul. Srebrnej 16 oraz prawdopodobnym oszustwie, jakiego dopuścił miał się prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński względem Geralda Birgfellnera. Wydaje się oczywiste, że gdyby takie same dowody i zeznania świadka dotyczyły każdego innego parlamentarzysty, to w Sejmie zaledwie po dwóch tygodniach od zawiadomienia już znajdowałby się wniosek o uchylenie immunitetu poselskiego by postawić sprawcy oszustwa zarzuty karne. Sprawa dotyczy jednak samego prezesa partii rządzącej, wobec którego przez ostatnie 30 lat stworzono aurę krystalicznie uczciwego, pozbawionego żądzy pieniądza idealisty, a jej pozytywne rozpatrzenie przez prokuraturę doszczętnie by ten obraz niszczyło.

Dlatego też śledczy mają gigantyczny problem, co z tym zawiadomieniem zrobić, tym bardziej że każde wyjście jest złe. Na podjęcie decyzji w ramach postępowania sprawdzającego pani prokurator Śpiewak ma zaledwie 30 dni. Sama w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie jest od niedawna, na dodatek jest delegowana z prokuratury rejonowej, która w każdej chwili może być cofnięta a jej kariera zawodowa zrujnowana. Problem jednak w tym, że dzięki maksymalnemu skupieniu się mediów na szczegółowym opisywaniu zarówno treści zawiadomienia, publikowaniu miażdżących dla Jarosława Kaczyńskiego dowodów jak i nawet przebiegu przesłuchań austriackiego biznesmena, odmówić śledztwa, bez kompromitacji zawodowej po prostu się nie da, bo zażalenie na decyzję o odmowie śledztwa niewątpliwie zostanie zmiażdżone w sądzie.

Jeśli śledztwo zostanie natomiast wszczęte, to może się dla prezesa PiS zrobić tylko gorzej – zostanie wezwany na przesłuchanie (zapewne w świetle kamer), być może postawione zostaną mu zarzuty (których szczegóły Polacy bardzo szybko poznają), być może zostanie tymczasowo aresztowany w czasie kampanii wyborczej i nazywać go w mediach będziemy Jarosławem K. Czy prezes Prawa i Sprawiedliwości, główny strateg i dowódca Zjednoczonej Prawicy może sobie na to pozwolić u kresu swojej politycznej kariery, odchodząc z niej nie w glorii chwały, a zhańbiony jako przestępca? Oczywiście, że nie może i właśnie tu pojawia się jedyna osoba, która na olbrzymich problemach lidera PiS zyskuje najbardziej.

W zbudowanym w głowie lidera Zjednoczonej Prawicy państwie, prokuratura jest w pełni podporządkowana ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze. Ma od władzę wydawać prokuratorom wiążące polecenia, przeglądać akta każdego śledztwa, zlecać ich kierunki. Ma moc zmiany prokurator prowadzącej sprawę, oraz częściową także w kwestii doboru sędziów mających rozpatrywać wnioski adwokatów Austriaka (algorytm systemu losującego sędziów wciąż jest okryty tajemnicą). To on może sprawić, że śledztwo owszem zostanie wszczęte, ale do czasu jesiennej elekcji nie ruszy się ani o krok, lub ruszy w sposób niezdarny, bez energii i bez ryzyka sformułowania zarzutów. Warto zauważyć, że w zasadzie żadne ze śledztw, jakie zostało uruchomione wobec ważnych polityków obozu władzy w ciągu ostatnich trzech lat nie doczekało się przygotowania aktów oskarżenia – afera z finansowaniem konwencji Solidarnej Polski ze środków unijnych, afera w dolnośląskim PCK, afera ze spółką Solvere aka afera billboardowa czy afera radomska. System ochrony przed wymiarem sprawiedliwości do tej pory działał świetnie, więc dlaczego miałby teraz zawieść? To byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby Zbigniew Ziobro postanowił ulec swojej ambicji i właśnie w tym momencie rozpocząć proces przejmowania schedy po liderze PiS. Lepszego momentu bowiem mieć nie będzie.

To nie jest przypadek, że choć wszyscy najważniejsi formalnie politycy w Polsce, w Europie i na świecie rozmawiają z Kaczyńskim w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, to godzinę po pierwszym przesłuchaniu Geralda Birgfellnera to lider PiS z podkulonym ogonem i po prośbie poganiał swojego kierowcę, by jak najszybciej zawiózł go do dworu Zbigniewa Ziobry przy Alei Róż. Nikt nie wierzy w oficjalne uzasadnienie tej wizyty, choć akurat rozmowa o szczegółach koalicji PiS z Solidarną Polską przed tegorocznymi wyborami oraz ostatecznym kształcie list wyborczych mogła mieć miejsce. Pierwszy jednak raz to minister sprawiedliwości i prokurator generalny mógł dyktować warunki. To on może dziś od Kaczyńskiego żądać w zasadzie wszystkiego, łącznie z przywróceniem mu wpływów w państwowych spółkach, które odebrał mu główny rywal do przyszłego przewodzenia obozem prawicy czyli premier Mateusz Morawiecki. Kaczyński dziś potrzebuje Ziobry tak jak nigdy wcześniej, bo chodzi o jego polityczne być, albo nie być. Prezes PiS zdaje sobie sprawę, że stworzył potwora, który wobec tak poważnego oskarżenia i mocno obciążającego go materiału dowodowego ma dziś w garści w zasadzie wszystkie instrumenty, by go politycznie zniszczyć, a potem jako pierwszy szeryf RP zająć jego miejsce. By tego uniknąć, Kaczyński potrzebuje od Ziobry cudu, za który z pewnością jest gotów naprawdę dużo zapłacić.

Więcej >>>

>>>

Antysemityzm w Auschwitz, Rydzyk nie po polsku. Musimy się zdobyć na wysiłek, aby wykopać antyeuropejskie PiS od władzy

27 Sty

„Te straszne świadectwa tamtych czasów nie łatwo jest przywoływać. Państwo polskie stoi na straży prawdy, prawdy która nie może być relatywizowana w żaden sposób. Taką obietnice pełnej prawdy o tamtych czasach chcę złożyć. Musimy prawdzie patrzeć prosto w oczy. Po to żeby ta śmierć okrutna, która dotknęła wszystkich więzionych tutaj, żeby oni nie zginęli jeszcze raz” – mówił dzisiaj w muzeum Auschwitz premier Mateusz Morawiecki z okazji 74. rocznicy wyzwolenia obozu i obchodzonego na całym świecie Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

W swoim przemówieniu Morawiecki podkreślił, że za całą zagładę nie są odpowiedzialni naziści ale hitlerowskie Niemcy, które karmiły się ideologią faszystowską. „Całe zło wzięło się z tego państwa i nie wolno o tym zapominać, bo następuje relatywizacja zła”  – podkreślał premier.

Oprócz premiera podczas uroczystości głos zabrali byli więźniowie Auschwitz: Janina Iwańska i Leon Weintraub. W tym samym czasie pod bramą obozu Auschwitz demonstrowali narodowcy „z biało-czerwonymi flagami na drzewcach, w kibicowskich szalikach na szyjach i z opaskami Polski Walczącej na przedramionach.”

Główny inicjator tej demonstracji, Piotr Rybak – skazany za spalenie kukły Żyda na wrocławskim Rynku – przemawiał do zgromadzonych: „Cieszę się, że mamy takich patriotów. Cieszę się, że jest nas tak dużo, i wierzę, że za rok będzie jeszcze więcej. Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę!”    

Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza rozgorzała dyskusja o telewizji, a szczególnie Telewizji Publicznej. Głos zabrał również założyciel Radia Maryja i telewizji Trwam. „Zabrzmiało to tak, jakby ludożerca mówił o walorach diety wegańskiej” – skomentował słowa Rydzyka  czytelnik portalu naTemat.

Toruński redemptorysta, pomijając w ogóle oburzające materiały TVP  na temat byłego prezydenta Gdańska stwierdził: „Dziennikarze i politycy powinni być  ludźmi na wskroś etycznymi”. Otwierając w sobotę  w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencję  pt. „Oblicza kolonizacji mediów” stwierdził, że tej etyki brakuje.

„Tego brakuje nadal, tej etyki, ale nie etyki byle jakiej” – podkreślił. Wspominając o atakach na Radio Maryja powiedział: „Ja się nie dziwię, że Radio Maryja było tak atakowane od samego początku. Oszczerstwa i wszelkie błoto kierowano w naszą stronę w myśl zasady „plujcie, plujcie, a zawsze przyschnie”. To Lenin tak mówił:  „kłamcie, kłamcie, a zawsze coś zostanie”. I tak jest”.

Rydzyk stwierdził również, że jego stację radiową atakuje… lewacja. „W ludziach emocje wywołują – tak, że można sobie do oczu skoczyć. Gdy rozpoczynało się Radio Maryja i widziałem, co dzieje się w świecie oraz widziałem, jak ciężko się w Polsce robi te przemiany, to mówiłem, że oni są gotowi z Polski zrobić Jugosławię. Oni – strona przeciwna, którą nazywam „lewacją” – ocenił.

Tę ostatnią wypowiedź skomentował inny czytelnik portalu. „Jak to się stało, że drobny cwaniaczek mający problemy z budowaniem zdań rządzi w takim dużym kraju?”

Stawką tegorocznych wyborów jest nie tylko ocalenie polskiej demokracji i państwa prawa, lecz także samej Unii Europejskiej.

Zjednoczona Europa się chwieje. Konstrukcja wznoszona przez kilka pokoleń obywateli po II wojnie światowej okazuje się mniej odporna na zagrożenia niż myśleliśmy. Jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że integracja jest procesem jednokierunkowym, który stopniowo doprowadzi do zrośnięcia się państw narodowych w spójny organizm polityczny. Że siły nacjonalistyczne i „eurosceptyczne”, czy mówiąc wprost – antyeuropejskie, to tylko margines i folklor polityczny, który nigdy nie umocni się na tyle, by mieć wpływ na kształt Europy.

Integracja europejska to nie droga jednokierunkowa

Brexit pokazał, że to przekonanie było błędne. Integracja to nie droga jednokierunkowa – można nią iść także w przeciwnym kierunku, przywracając architekturę polityczną sprzed II wojny światowej, czyli odtwarzając warunki, które do tej wojny doprowadziły. Integracja europejska miała być właśnie receptą zabezpieczającą nas przed powtórką.

Brexit nie byłby tak niepokojący, gdyby pozostawał odosobnionym incydentem. Niestety jednak nie jest jedynym symptomem dezintegracji. Towarzyszą mu przesunięcia elektoratów w wielu państwach UE, gdzie w wyborach umacniają się partie populistyczne i mniej lub bardziej antyeuropejskie. Alternatywa dla Niemiec, Front Narodowy we Francji, Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna we Włoszech, Fidesz na Węgrzech, PiS w Polsce – te ugrupowania albo już zdobyły władzę w swoich państwach, albo osiągnęły pozycję pozwalającą myśleć o zdobyciu jej w nieodległej przyszłości.

Unia Europejska nas obroni. Czyżby?

Broniąc w Polsce demokracji i państwa prawa przed PiS-em budującym autorytaryzm, odwołujemy się do wspólnych europejskich wartości i liczymy na wsparcie instytucji unijnych. Pomoc ta rzeczywiście nadchodzi. Trybunał Sprawiedliwości zmusił PiS do cofnięcia się w sprawie Sądu Najwyższego, a w rozprawie wyznaczonej na marzec być może zmusi też do cofnięcia się w innych obszarach, np. w kwestii obsady KRS. Na początku stycznia Parlament Europejski uchwalił, że część funduszy dla organizacji pozarządowych będzie trafiać do beneficjentów z pominięciem rządów krajowych, dzięki czemu PiS czy Fidesz Viktora Orbána nie będą już mogły morzyć głodem inicjatyw, które się im nie podobają.

Te posunięcia UE przynoszą otuchę i dają zwolennikom demokracji poczucie względnego bezpieczeństwa: jak by co, zawsze można liczyć na to, że Unia nam pomoże. Ejże, rzeczywiście zawsze?

Unia może stać się wydmuszką

Niestety, to poczucie bezpieczeństwa może okazać się złudne. Słabnąca, ulegająca dezintegracji Unia Europejska będzie wywierać coraz mniejszy wpływ na swoich członków, którzy coraz mniej będą się przejmować upomnieniami i pouczeniami płynącymi z Brukseli. Już dziś widać to w postawie Viktora Orbána, który zhardział i nabrał butnej pewności siebie. Jeszcze kilka lat temu cieszył się w UE opinią sprytnego i elastycznego gracza, który na użytek wewnętrzny posługuje się populistycznym nacjonalizmem, lecz na europejskich salonach stara się przestrzegać obowiązujących reguł i idzie na kompromis –  np. gdy w 2011 r. Trybunał Sprawiedliwości UE zakwestionował obniżenie wieku emerytalnego węgierskich sędziów do 62 lat, Orbán wycofał się z tego.

Ostatnio jednak węgierski przywódca wyraźnie prowokuje Brukselę i idzie w zaparte. Mimo nacisków i upomnień twardo obstaje przy jawnie zamordystycznych decyzjach, jak usunięcie z Węgier Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego czy przyjęcie wymierzonej w sektor pozarządowy ustawy „Zatrzymać Sorosa”, która pozwala represjonować organizacje pomagające uchodźcom.

Z komentarzy i przecieków wynika, że Orbán przestał przejmować się stanowiskiem Brukseli, bo liczy na to, iż po wiosennych wyborach europejskich zmieni się konstelacja w europarlamencie i dotychczasowe elity przestaną być elitami – stracą swą pozycję, a ich miejsce zajmą przedstawiciele środowisk „eurosceptycznych”. Władza w UE dostanie się w ręce obozu antydemokratycznego i antyeuropejskiego. To będzie koniec Unii Europejskiej, jaką znamy. Jeśli nawet przetrwa, to tylko jako wydmuszka – instytucjonalna skorupa pozbawiona rzeczywistej treści.

Wiktoria wiedeńska, cud nad Wisłą i…

W polskiej publicystyce i wystąpieniach polityków wielokrotnie padała teza, że tegoroczne wybory parlamentarne będą najważniejsze od demokratycznego przełomu 1989 r., bo zadecydują o przyszłości Polski – czy pozostanie państwem demokratycznym, czy ostatecznie stoczy się w mroczną otchłań autorytaryzmu.

Nikt chyba jednak nie zwrócił uwagi, że wybory 2019 r. – i europejskie, i krajowe – będą miały jeszcze jeden historyczny wymiar: europejski. Polscy wyborcy, dwukrotnie idąc do urn, będą współdecydować o kierunku, w jakim rozwinie się sytuacja w Europie. Jeśli wiosną wyślą do europarlamentu przedstawicieli tzw. dobrej zmiany, a jesienią powierzą im władzę w kraju, praktycznie postawią krzyżyk nie tylko na europejskich aspiracjach Polaków, ale i na samej Unii Europejskiej.

Jeśli jednak opowiedzą się za demokracją i wolnością, jeśli odbiorą władzę nacjonalistom i wrogom liberalnej demokracji, dadzą całej Europie mocny sygnał i impuls do obrony wartości. Spektakularne zwycięstwo nad PiS-em dałoby nową nadzieję Europejczykom, których duch upadł po Brexicie i kolejnych wyborczych sukcesach antyeuropejskich populistów.

Polacy w przeszłości wygrali dwie batalie, które ocaliły Europę: w 1683 r. rozgromili pod Wiedniem Turków, a w 1920 r. pokonali nad Wisłą bolszewików. Dobrze byłoby w 2019 roku dopisać do tej listy zwycięstwo nad antyeuropejską armią Kaczyńskiego.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Pojednania nie będzie. Zamach na Adamowicza 23

21 Sty

Skutki społeczne tego, co się stało, będą bardzo złożone, różnorodne, ale sądzę, że nie będą sprzyjały PiS-owi – mówi prof. Ireneusz Krzemiński. – Od momentu dojścia PiS-u do władzy mamy do czynienia z zanegowaniem całej dotychczasowej historii RP: przed nami były rządy kłamców, zdrajców, korupcji. Wątpię, żeby można było mówić o jakiejkolwiek odmianie dopóty, dopóki ktoś z władz PiS-u nie powie, że przeprasza za panią Pawłowicz i zabroni  jej zabierania publicznie głosu. Jeżeli tak się nie stanie, to wszystkie deklaracje, że należy porzucić język nienawiści, są puste. Nie ma ani symetrii, ani równowagi w kwestii konstruowania języka nienawiści i wrogości wobec własnych rodaków. Język nienawiści zbudowali jedni przeciwko drugim. Oczywiście, druga strona ma również przykłady agresywnych wypowiedzi, ale zazwyczaj są to odpowiedzi na atak.

JUSTYNA KOĆ: Panie profesorze, spróbujmy poszukać głębiej, co tak naprawdę stało podczas Finału WOŚP, dlaczego i co do tego doprowadziło?

PROF. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: W pierwszej chwili można odpowiedzieć dość prosto. To, co wykrzykiwał morderca na scenie potwierdzało, że hipoteza o politycznej inspiracji nie jest dowolną hipotezą. Zaatakował Adamowicza jako przedstawiciela konkretnej partii. Paradoksalnie Paweł Adamowicz nie był już członkiem PO od jakiegoś czasu.

Język politycznej nienawiści, z jakim mamy do czynienia na co dzień od 3 lat – wydał swój zatruty owoc.

Znamy z własnej historii, jak nasilenie publicznej nagonki, język szczucia, insynuacji, wrogości działa na różnych, często niezrównoważonych psychicznie ludzi. Publicznie głoszona nienawiść i oskarżenia są dla nich bodźcem do działania, w ich mniemaniu w „słusznej sprawie”.

Ten język nienawiści, co należy podkreślić: politycznej nienawiści, jest tu niezwykle ważna sprawą. Taki właśnie język był u początków II RP źródłem zabójstwa prezydenta Polski Gabriela Narutowicza. Teraz – prezydenta Gdańska.

Kiedy to się zaczęło: w 2015, w 2005, a może podczas „wojny na górze” w 1990?
Myślę, że podczas słynnej kampanii prezydenckiej Lecha Wałęsy, która do dzisiaj pozostaje w pamięci ludzi dawnej „Solidarności” jako coś bolesnego, co zakłóciło to wszystko, co miało miejsce wcześniej. Tamto wydarzenie jest jednak nie do porównania z tym, co się dzieje ostatnio w Polsce. Gdybyśmy porównali najgorsze teksty, jakie wypowiadali politycy z poprzednich lat, to nijak mają się do tego, co słyszymy teraz, kiedy mamy świadome, celowe używanie nienawiści jako broni politycznej, mobilizacji ludzi przeciwko przeciwnikom politycznym.

Przeciwnicy polityczni nie są już przeciwnikami, lecz wrogami – wrogami narodu, państwa, ludu, choć są naszymi rodakami.

Czy stwierdzenie, że morderca Pawła Adamowicza został zainfekowany tą mową nienawiści jest uprawnione?
Wydaje mi się, że tak, jeżeli jeszcze odwołamy się do demonstracji, której morderca dokonał na scenie, do słów, które wypowiadał, brzmi to dość jednoznacznie. Od momentu dojścia PiS-u do władzy mamy do czynienia z zanegowaniem całej dotychczasowej historii RP: przed nami były rządy kłamców, zdrajców, korupcji.

Samo hasło „wystarczy nie kraść” oznacza, że poprzednicy kradli i dlatego ludzie mieli małe pensje. To jest coś, co jest trwałym elementem propagandowego języka rządzących polityków i na pewno budowało bardzo wyraźnie atmosferę społeczną.

Wspomniałem już – po mordzie na prezydencie Narutowiczu przez niezrównoważonego malarza Niewiadomski zareagował na tę nieprawdopodobną nagonkę, na wyjątkowo podłą propagandę, którą wówczas rozwijano przeciw legalnie wybranemu prezydentowi. Jeżeli teraz, dokładnie w dniu morderstwa, mamy przykład TVP, która emituje wyjątkowo obrzydliwy, kłamliwy i wywołujący nienawiść materiał o WOŚP, to mamy konkretne uzasadnienie oskarżenia o mowę nienawiści.

Ostatnio – jak zazwyczaj – są publicyści, którzy uważają, że obie strony są winne. Mówi się o „zasadzie symetryzmu”… Moim zdaniem nie ma ani symetrii, ani równowagi w kwestii konstruowania języka nienawiści i wrogości wobec własnych rodaków. Język nienawiści zbudowali jedni przeciwko drugim. Oczywiście, druga strona ma również przykłady agresywnych wypowiedzi, ale zazwyczaj są to odpowiedzi na atak.

W konsekwencji całego zdarzenia Jurek Owsiak ogłosił, że ustępuje z funkcji prezesa fundacji. Wprawdzie zdecydował się wrócić, ale czy to był zły odruch?
Moim zdaniem tak. To był wstrząsający przykład skutków zamordowania prezydenta Adamowicza. Fundacja Owsiaka od 27 lat organizowała zbiórki i on jest człowiekiem – symbolem tej pięknej inicjatywy, symbolem zabawnego i cudownego jednocześnie hasła, że „Orkiestra będzie grała do końca świata i jeden dzień dłużej”. Jest to przepiękna deklaracja wspólnoty, która dotyczy nie tylko dobroci, ale i dobra wspólnego.

Działanie WOŚP uczy, pokazuje bardzo konkretnie, że każdy obywatel może dołożyć swoją cegiełkę do wspólnego dobra, jakim jest pomoc chorym, sprzęt medyczny, leczenie. Jak pięknym manifestem wspólnoty i dobra są dzieci, które dziś zbierają na Orkiestrę, a wcześniej były ratowane czy korzystały ze sprzętu kupionego za pieniądze ze zbiórki.

Każdy może do tego wspólnego dzieła się dołożyć. Ludzie często uważają, że nic nie da się zrobić, że „ja nic nie mogę”, a tu Jurek Owsiak właśnie pokazuje, że owszem, możesz! Z małego wysiłku pojedynczych osób powstaje wspólna sprawa, wielkie wspólne dzieło. Zamach na prezydenta Gdańska był jednocześnie zamachem na tę wspaniałą ideę obywateli. Dlatego śmierć prezydenta Adamowicza ma wiele symbolicznych wymiarów, ale wszystkie wiążą się z tymi, którzy przeciwstawiali się idei i wartościom, które niesie WOŚP i które deklarował Paweł Adamowicz w swym ostatnim przemówieniu. Były to słowa, mówiące o wspólnocie i o tym, jak cenne dla ludzi jest poczucie wspólnoty.

Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że ten człowiek przeczytał czy posłuchał konkretnej wypowiedzi danego posła czy kogokolwiek, ale z całą pewnością język nienawiści uruchamia jednostki niezrównoważone, które podążają za tym złym duchem, który w tej chwili w Polsce panuje.

Chciałabym się odnieść do tej fachowej literatury, o której pan mówił odnośnie do języka nienawiści. Mnie przychodzi do głowy jeden przykład, jednak bardzo konkretny, drastyczny. To profesor żydowskiego pochodzenia Victor Klemperer, który analizował semantykę III Rzeszy i w skrócie doszedł do wniosków, że złe słowa tworzą złe czyny.
Nie trzeba szukać tak daleko, bo mamy bardzo dobre dzieło polskiego profesora Michała Głowińskiego. Przez lata analizował i badał, jaki był język piętnujący „wrogów socjalizmu”, jak budowano, prowokowano nienawiść, by wpływać na postawy konkretnych, żywych ludzi. Analizował, jak tworzy się uzasadnienia dla różnych złych uczuć, potępienia innych, które ludziom można wbić do głowy jako przyczyny ich poczucia krzywdy, i jak wywoływać można chęć zemsty. Język nienawiści i wrogości zachęca do złego – by tak rzec – i wyraża jednocześnie poglądy na temat innych, które nie są racjonalną refleksją nad sytuacją, nad światem, ale stają się oskarżeniem tak silnym, że skłaniającym wyłącznie do ataku.

Wygląda to trochę tak, że gdy nie podoba mi się, co mówi mój znajomy czy sąsiad czy przeciwnik polityczny, to jego słowa nie są ważne, bo widzę go jako łobuza i wykluczam ze wspólnoty, z „mojej” wspólnoty.

Taki język uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję, bo emocje odgrywają wyłącznie negatywną rolę, wypowiadane słowa służą właściwie wyłącznie do zademonstrowania nienawiści, zaprezentowania pogardy i odrzucenia innego. Tak jak w przypadku prezydenta Adamowicza, został on zredukowany do bycia „przedstawicielem PO” w umyśle zabójcy. To, kim jest i jaki jest konkretny człowiek, w ogóle nie jest ważne. Jest zredukowany do znaku wrogiego obozu.

Pytanie, które zadają sobie wszyscy: czy nastąpi otrzeźwienie?
Wątpię, bo cóż miałoby to znaczyć? Jeżeli miałoby nastąpić tzw. otrzeźwienie, to najpierw trzeba by wziąć odpowiedzialność za to, co się do tej pory robiło, przyznać, że to było coś złego, stworzyć możliwość dialogu. Przedstawiciele władzy, w większości, zachowali się porządnie po tym straszliwym czynie, ale nie wszyscy. Wątpię, żeby można było mówić o jakiejkolwiek odmianie dopóty, dopóki ktoś z władz PiS-u nie powie, że przeprasza za panią Pawłowicz i zabroni jej zabierania publicznie głosu. Jeżeli tak się nie stanie, to wszystkie deklaracje, że należy porzucić język nienawiści, są puste.

Za to mogą się poczuć odpowiedzialni obywatele i powiedzieć tym politykom, którzy będą w dalszym ciągu używali takiego języka, że was nie chcemy, nawet jeśli uważamy, że macie sensowne rzeczy do powiedzenia. Lecz posługujecie się językiem, którego nie akceptujemy. Obywatele mają zawsze decydujący głos.

Prezydent podjął w ostatni poniedziałek próbę takiego quasi-zjednoczenia, zaprosił do Pałacu przedstawicieli wszystkich środowisk politycznych. Ale nie po to, aby porozmawiać o języku nienawiści, a ustalić marsz w Gdańsku. Potem z tego jednak zrezygnował. Jak pan ocenia inicjatywę prezydenta, czy ma do tego moralny mandat?
Wątpię, bo sam przyczynia się do tego języka. Prezydent, który łamie od początku swoich rządów Konstytucję RP, a więc podstawę demokratycznej wspólnoty, gdyby teraz chciał uczestniczyć w jakimś wspólnym marszu przeciwko przemocy, to byłoby to całkowicie niewiarygodne i Bogu dzięki, ze z zrezygnował z tego pomysłu.

Czy widzi pan osobę, a może instytucję, która mogłaby być taka platformą pojednania? Może Kościół?
Proszę pani, bez Kościoła trudno sobie wyobrazić to, co się wydarzyło Polakom w 1989 roku. Bez Kościoła i wysiłków biskupów trudno sobie wyobrazić rozmowy w Magdalence, które przyniosły później Okrągły Stół.

Rola Kościoła jest nie do przecenienia w powstaniu wolnej i demokratycznej Polski. Wtedy Kościół był niezależnym autorytetem. Dziś Kościół jest w zasadzie po jednej stronie, jest orędownikiem, zwolennikiem i sojusznikiem rządzącej partii, która język nienawiści wprowadza.

Być może poszczególni biskupi, pewni ludzie z kościoła – warto tu przypomnieć wypowiedź z arcybiskupa Gądeckiego – wciąż chcą zachować niezależność i być ponad podziałami politycznymi Kościoła jako instytucji. Ale naprawdę poruszająca i wzruszająca wypowiedź arcybiskupa, który niejako apelował do Jurka Owsiaka, żeby nie rezygnował ze swojego dzieła, nie była apelem, z którym zgodziłaby się większość polskich biskupów. Taka wypowiedź to przykład wypowiedzi, które mogą budować autorytet Kościoła. Lecz generalnie jest to wyjątek, o czym wszyscy doskonale wiemy.

Spójrzmy na to trochę szerzej.

Ludzie wyrażają się językiem, którym wypowiadają się ci, z którymi się identyfikują. Mówią językiem mediów, które czytają lub słuchają, językiem ludzi, którzy są dla nich ważni. Jeżeli odwołalibyśmy się do innego języka, to być może ta przepaść, która wydaje się dziś taka olbrzymia, zmniejszyłaby się.

Może warto odwołać się tu do wartości podstawowych, ludzkich. Może wtedy okaże się, że możemy się jakoś dogadać ponad politykami, a na pewno ponad językiem nienawiści, narzuconym dyskursowi publicznemu. Gdy śledziłem wyniki badań CBOS-u przy okazji niszczących demokrację decyzji, to większość odpowiadających na pytania ankiet była przeciwna tym zmianom. Niestety, to nie przekładało się później na deklaracje wyborcze, zresztą z wielu różnych powodów. Warto poszukać jednak takiego języka, który ominie gotowość do wyzwisk, a da możliwość rozmowy. Pamiętajmy, że o poglądy można się spierać i dyskutować, tylko innym językiem, bez nienawiści, bez moralnej degradacji tych, z którymi się nie zgadzamy.

PiS swoim językiem wykluczył wielu z dyskursu. To, że mówiło się o Donaldzie Tusku jako zdrajcy, słynne przezwisko dla prezydenta Komorowskiego – „Komoruski”, to jest coś, co wyklucza. Jak można rozmawiać z kimś, kto tak o nas i do nas mówi?

A z drugiej strony, skoro to są zdrajcy, to nie można ich traktować jako partnerów do czegokolwiek. Ten język zburzył podstawę demokracji, gdzie właśnie trzeba rozmawiać z przeciwnikiem, bo są pewne wspólne ramy, wartości, które wyznajemy. To jest najważniejsza kwestia, którą zburzył PiS, sprawił, że staliśmy się wrogami.

Na koniec bardzo pragmatyczne pytanie, czy PiS zanotuje spadek poparcia w najbliższych sondażach?
Skutki społeczne tego, co się stało, będą bardzo złożone, różnorodne, ale sądzę, że nie będą sprzyjały PiS-owi.

Od 2015 roku mamy obowiązek czuć się bezpiecznie, bo oto przyszedł szeryf, młot na przestępców, który wypala rozżarzonym żelazem wszelkie przejawy bezprawia

Żyjemy w kraju, gdzie każdemu ważnemu wydarzeniu towarzyszyć muszą brednie. Im ważniejsze wydarzenie tym są liczniejsze i dorodniejsze . Polskie brednie, to nie jakieś tam byle głupstwa, obecne przecież w życiu publicznym każdego kraju. Nasze bzdury osiągają taki format, którego światowe media pominąć nie mogą. Rodzime idiotyzmy są najwyższego sortu i nierzadko posiadają oficjalny państwowy certyfikat – że wspomnę chociażby o idiotycznych teoriach rzekomego zamachu smoleńskiego.

Między żałobną grobową ciszą, a dokuczliwym hałasem medialnym jest ogromna przestrzeń, w której kłębią się spiskowe teorie psycholi, opinie poszukiwaczy źródeł politycznej zbrodni oraz trubadurzy zgody narodowej. Do głosu dochodzą również uduchowieni bojownicy o jedynie słuszne przekonania. Słychać też głosicieli fejkniusów w obronie własnego tyłka. Takich jak wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo, obwiniany o zlekceważenie sygnałów w sprawie zbrodniczych planów zabójcy prezydenta Adamowicza. Patryk Jaki puścił w świat fake newsa autorstwa swojego szefa, że winnym morderstwa jest tolerancyjny i beztroski sędzia, który skazał bandytę na niższą karę niż powinien. Czyli należy rozumieć, że gdyby morderca dostał kilka lat więcej, to nie zabiłby prezydenta Gdańska teraz, tylko dopiero po zakończeniu kary, a może nawet zamordowałby jakiegoś innego prezydenta. Minister Jaki, jak to on, najpierw powiedział, potem pomyślał, a wcześniej nie sprawdził, że sędzia, przysolił bandycie nawet wyższą karę, niż żądał prokurator.

Czytam, że Jarosław Kaczyński był zaskoczony bandycką napaścią na Pawła Adamowicza i że wyklucza jakikolwiek wpływ rządowej polityki i partyjnej propagandy na poczynania mordercy. Czytam to i zastanawiam się, dlaczego wojna polsko-polska rozpoczęta przez prezesa podziałem społeczeństwa na sort patriotyczny i lewacki pomiot, zbiegła się w czasie z ustanowieniem ochrony dla Kaczyńskiego. Musiał wiedzieć czym grozi realizacja jego planu skłócenia Polaków i podzielenia ich na walczące plemiona.

Opinia Kaczyńskiego o „samoistnej” agresji szurniętego bandziora nie jest odosobniona. Leszek Miller w RMF FM wyjaśnił: ,,To jest pospolity bandyta i przypisywanie mu jakiś intencji politycznych jest błędem, a co więcej – wychodzi naprzeciw jego oczekiwaniom (…) takich szaleńców nie brakuje w Polsce”.  Czy człowiek niespełna rozumu nie może mieć intencji politycznych?  Trudno o większą bzdurę.  Przykład pierwszy z brzegu: na portalu gazetawarszawska.com czytam główny artykuł niejakiego Krzysztofa Cierpisza, sygnowany na wstępie Laudetur Jesus Christus, a zakończony: in Christo. A w środku – „poważne poszlaki” wskazujące, że zamachu na Adamowicza dokonał Izrael, dyscyplinując tym samym polskie władze w związku z naszym udziałem w organizowaniu konferencji w sprawie sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zaraz potem autor skleja Pawła Adamowicza z Jurkiem Owsiakiem informując, że „WOŚP to impreza złodziei dla idiotów”, konkludując: „dobrze się stało, że (…) nasz napastnik trafił w Adamowicza, a nie jakiegoś bezdomnego emeryta, który śpi na ulicy, gdyż jego mieszkanie Adamowicz szykuje dla uchodźców”.

Pal sześć durne,  jadowite, antysemickie i faszyzujące media, których nie czepiają się prokuratorzy, zajęci ściganiem groźnych przestępców wieszających dziecięce buciki na ogrodzeniach kościołów. Podobne bzdury znaleźć można bez trudu w wypowiedziach polityków i ich politycznych przyjaciół. Na profilu senatora Bonkowskiego poczytać można wywody, że zabójstwo Pawła Adamowicza jest częścią planu Tuska obalenia rządu PiS, że jest to międzynarodowy spisek w odwecie za niepodporządkowanie się Brukseli i że chodzi tu o zwyczajne porachunki mafijne, bo poszło o kasę. To wszystko naraz. Senator podsumowuje dyskusję wpisem: „Więcej gloryfikacji piewców genderyzmu i ruchów LGBT, a ta współczesna gangrena wjedzie do Polski”.

Internet aż kipi od stricte politycznych „przemyśleń” ludzi ewidentnie chorych i niezrównoważonych. Ale załóżmy nawet, że Stefan W., cierpiąc na schizofrenię paranoidalną, trafił do więzienia z umysłem nieskażonym żadną indoktrynacją, a jedynie z poczuciem krzywdzącej niesprawiedliwości, bo napadając na banki miał tylko atrapę broni. W więzieniu Stefan W. miał jednak dostęp do gazet i telewizji. Jakie tytuły i jakie stacje TV preferowane są w zakładach karnych, zarządzanych przez Patryka Jakiego? Jakie informacje z prorządowych gazet, z radia i TVP Info, docierają do osadzonych? Jakie emocje wywołują wiadomości, że skorumpowani sędziowie zakopują złoto w ogródkach, że bez łapówki nie ma co liczyć na sprawiedliwość, a za wszelkie zło odpowiada opozycja, która przeszkadza zrobić porządek? Co sądzą odbiorcy o Pawle Adamowiczu, według rządowych mediów przyjacielu terrorystów umoczonym w finansowe przekręty i jaki mają stosunek do podejrzanego Jerzego Owsiaka ze swoją fałszującą orkiestrą? Ktoś mi powie, że akurat schizofrenicy nurzani w takim szambie są nieprzemakalni i odporni na brudną indoktrynację?

Trudno zliczyć polityków, nie tylko z frakcji rządzącej, którzy głoszą nieco inną odmianę tej bzdury – że nie ma żadnego związku między rosnącą falą nienawiści, a morderstwem prezydenta Gdańska.

Od lat rozmaici śmieciarze na państwowych posadach atakują nas emocjami z wysypiska złych instynktów i śmietnika ludzkich uczuć. Kłamią w żywe oczy, szczują, tolerują przemoc, relatywizują nacjonalizm, próbują wprowadzić do kodeksu pojęcie groźby niekaralnej, a milczący protest przeciw paradom faszyzujących nacjonalistów czynią poważniejszym przestępstwem, niż groźby wieszania polityków.  I ktoś chce mnie przekonać, że nie ma to wpływu na ludzkie poczynania… Atmosfera podsycanego konfliktu między nienawidzącymi się klanami – klimat w którym Jarosław Kaczyński czuje się jak ryba w wodzie – musi wywoływać krańcowe reakcje nie tylko ludzi psychicznie niezrównoważonych. Jeśli świat wokół ciebie kipi nienawiścią, to w końcu sam wykipisz. W klimacie nagonki i szczucia całkiem zdrowy człowiek ma prawo nie wytrzymać ciśnienia i pęknąć. Nienawistny świat potrafi doprowadzić Zwykłego Szarego Człowieka do zamachu nawet na własne życie.

Od 2015 roku mamy obowiązek czuć się bezpiecznie, bo oto przyszedł szeryf, młot na przestępców, który wypala rozżarzonym żelazem wszelkie przejawy bezprawia. Od 2015 roku ponaddwukrotnie wzrosła liczba przestępstw z użyciem przemocy fizycznej. Mimo wysiłków organów ścigania by lekceważyć sygnały o atakach na „innych” i „obcych”, rośnie też liczba przestępstw z nienawiści. W ciągu minionego roku zarejestrowano ich ponad 2 tysiące, ale – jak wykazały badania – zgłaszanych jest zaledwie 5% ataków. Przyczyna jest oczywista: brak zaufania, brak wiary, brak nadziei. W tej atmosferze dziwnie zabrzmiał apel Andrzeja Dudy, by wszyscy sporządzili rachunek sumienia. O swoim rachunku pan prezydent nie wspomniał. Może nikt mu jeszcze nie powiedział, że rachunki trzeba płacić.

Waldemar Mystkowski pisze o pustosłowiu Morawieckiego.

Mateusz Morawiecki w Wierzchosławicach zaapelował do naiwności, Lecz nie do naiwności własnej, ani polityków partii z której pochodzi, ale do naiwności polityków innych opcji politycznej. Przede wszystkim zaapelował do naiwności Polaków.

Zaapelował o „narodowe pojednanie i zgodę”, a adresatami uczynił „wszystkich polityków, liderów opinii, ludzi mediów, ludzi kultury„.

Piszę, że Morawiecki zaapelował do naiwności, bo nie usłyszałem (nie wyczytałem), aby tak naprawdę chciał „pojednania i zgody”. Wszelkie pojednanie, zgodę, zaczyna się od siebie, to jest prosty mechanizm psychoanalizy.

Chcę się pojednać, to mówię: „chcę się pojednać, wina leży też po mojej stronie”. A tego niestety nie powiedział Morawiecki. Więc mamy do czynienia z retoryką polityczną, w której mówi o pojednaniu, a tak naprawdę ględzi, bo to wydaje się dla jego partii w tych okolicznościach najlepsze. Podkreślam: Morawieckiemu nie chodzi o pojednanie, tylko mówienie o tym.

Przesypanie słów z jednej kupki na drugą. Z tego wynika, że w Morawieckiego słowach, nawet Salomon nie dopatrzyłby się apelu o dobro (że porzekadło o królu Izraela). Morawiecki jest kiepskim retorem, więc wodolejstwo popłynęło z jego ust szeroką strugą, takie oto michałki mogliśmy usłyszeć (wyczytać): „Stało się wielkie zło,  ale spróbujmy przekuć je w dobro”. Jak można przekuć tombak w złoto? Przekuć można dobro w dobro. Albo ze zła można wyciągnąć wnioski.  Ale trzeba użyć takich mniej więcej formułek retorycznych: „zapewniam, że od tej pory będziemy dążyć do dobra”. My, a nie oni.

Lecz tego nie powiedział Morawiecki. Nie powiedział, jak z mediów publicznych zrobiono szczujnię, TVP nawet nie zatrzymała się w oczernianiu opozycji, manipulowaniu w dniach żałoby i pogrzebu Pawła Adamowicza.

Przekuć w dobro – chciałoby się zwrócić do kulejącego retorycznie Morawieckiego – można zapowiedź, iż władza będzie przestrzegać Konstytucji, praworządności, standardów demokratycznych. A z tym ma kłopot, bo zakłamanie, manipulacja, szczucie doprowadziły do sytuacji, że gniją fundamenty naszego państwa. I nie jest to do powstrzymania, będzie tylko gorzej, gdy premier Morawiecki będzie używał takiej retoryki wodolejstwa jak w Wierzchosławicach.

Wspólnota jest mitem, znając polską historię tak można określić, ale w tym micie nie musi być wrogości. Tego nie usłyszałem (wyczytałem) od Morawieckiego. Nie mogłem usłyszeć, bo Morawiecki nie stanął na fundamentach prawdy, ale na zgniłym podłożu.

Tylko w stanie amoralności można napisać jak rzecznik PiS Beata Mazurek na Twitterze: „W obliczu ludzkiej tragedii, PIS zachował się jak trzeba„. I tyle warte jest wodolejstwo Morawieckiego.

Piotrowi Szczęsnemu pomnik (2). Polscy biskupi – grzesznicy z piekła Dantego i tam szczezną

26 Gru

Więcej >>>

Prof. Monika Płatek przeciw instytucji, ktora toleruje gwałty na dzieciach.

Waldemar Mystkowski o biskupach w święta (fragment).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

Morawieckiemu nic się nie udało przez rok, pokornie wykonywał wyroki Kaczyńskiego

12 Gru

Rada do Spraw Ogólnych UE, czyli szefowie MSZ-tów państw unijnych, odbyli kolejna rundę dyskusji o stanie praworządności w Polsce i na Węgrzech. Na tę okazje Komisja Europejska przygotowała dokument podsumowujący, jak do tej pory Polska wywiązywała się z unijnych zaleceń w sprawie wymiaru sprawiedliwości poddanego „reformie” PiS.

Portal OKO.press zdobył ten dokument. Wynika z niego, że jedyne, co Komisja wita z zadowoleniem, to cofnięcie „wycinki” sędziów, który ukończyli 65 lat, z Sądu Najwyższego i NSA. Reszta rekomendacji dotyczących Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i sądów powszechnych nie została zrealizowana, a sytuację w polskim wymierzę sprawiedliwości Komisja ocenia źle.

KRS największym problemem

Z dokumentu wynika, że największym problemem jest w tej chwili Krajowa Rada Sądownictwa. To jej działalność sprawia, że w pozostałych dziedzinach – poza sytuacją w Trybunale Konstytucyjnym – dzieje się źle. KRS obsadza bowiem wolne miejsca sędziowskie w Sądzie Najwyższym, sądach administracyjnych i powszechnych, sama będąc ciałem – jak stwierdza Komisja – nieodpowiadającym europejskim standardom z powodu sposobu, w jaki pozbyto się z niej sędziów: przerywając kadencję, i sposobu, w jaki wybrano nowych: przez posłów.

Przypominamy władzy, na czym polega członkostwo w UE

Komisja podkreśla, że aby KRS spełniała standardy niezależności, większość osób w niej zasiadających powinna być wybrana przez sędziów. Tymczasem teraz w KRS nie ma ani jednej takiej osoby. Komisja zauważa, że obsadzanie stanowisk sędziowskich jest przez to upolitycznione, co widać po sposobie obsadzenia np. Izby Dyscyplinarnej w SN, gdzie trafiło wielu zaufanych prokuratorów ministra-prokuratora Ziobry.

Czy Komisja Europejska zaskarży ustawę o KRS?

Wydaje się, że taka ocena KRS powinna skłonić KE do zaskarżenia ustawy o KRS do Trybunału Sprawiedliwości UE: skoro KRS nie spełnia, zdaniem Komisji, standardu niezależności, i skoro jej powoduje upolitycznienie sądów, to znaczy, że jej działalność jest toksyczna dla całego wymiaru sprawiedliwości.

Z tego dokumentu nie wynika jednak, że Komisja zamierza zaskarżyć KRS. Choć odnotowuje, że polski NSA zadał w tej sprawie pytanie prejudycjalne do TSUE. Jednak praktyka pokazuje, że TSUE znacznie sprawniej i bardziej zdecydowanie bierze się za sprawy kierowane przez Komisję, niż za pytania prejudycjalne. Żadne z kilkunastu pytań polskich sądów w sprawie „reform” PiS nie wyszło jeszcze poza etap tłumaczenia na unijne języki.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo?

Tymczasem KRS działa. Mimo, że sama siebie zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego jako niekonstytucyjną. W czasie, gdy Rada do Spraw Ogólnych obradowała o Polsce, przed KRS trwał konkurs na wolne miejsca sędziowskie do Sądu Rejonowego dla Warszawy. Konkurowali o miejsca m.in. referendarze, którzy po kilka lat przepracowali w tym sądzie i skończyli Krajową Szkołę Sądów i Prokuratury, z urzędnikami z ministerstwa. Zespoły oceniające rekomendowały urzędników. Nikt tym nie jest zresztą zaskoczony, bo od początku działalności tej Rady rekomendowane są osoby z polecenia władzy, a odrzucane te, które mają pozytywną opinię kolegiów sądów.

Strategia lwa czy strategia lisa?

Z czego jeszcze nie wycofał się PiS

W swoim dokumencie Komisja Europejska zwraca też uwagę, że rząd nie wycofał się ze skargi nadzwyczajnej, czyli możliwości zaskarżenia wyroków – z dwudziestu lat wstecz – które nie tylko są prawomocne, ale przeszły nawet przez Sąd Najwyższy. Komisja martwi się, że może to dotyczyć także wyroków TSUE. Nie zauważa jednak, że przede wszystkim może to służyć do zmiany orzeczeń wydanych przez nie zdominowane przez PiS izby Sądu Najwyższego: Karną, Cywilną i Pracy, przez wybraną politycznie Izbę Spraw Nadzwyczajnych.

KE odnotowuje też, że rząd nie wycofał się z czystki wśród prezesów sądów. A także, że nie wdrożył rekomendacji dotyczących Trybunału Konstytucyjnego: by dopuścić do orzekania w nim trzech sędziów wybranych przez poprzedni Sejm i by opublikować trzy zaległe wyroki TK jako wyroki, a nie jako „rozstrzygnięcia TK wydane z naruszeniem przepisów”. Dopomina się też, by prezesa TK wybrać w zgodnej z prawem procedurze (Julia Przyłębska została wybrana na podstawie przepisów, które w tym czasie jeszcze nie weszły w życie, i bez uchwały sędziów TK o przedstawieniu jej kandydatury prezydentowi).

Komisja Europejska nie została więc „ugłaskana” wycofaniem się PiS z „wycinki” sędziów SN i NSA. Podtrzymuje swoje zalecenia. Pytanie, czy o ich realizację zamierza się starać w procedurze politycznej: przez debaty i wymianę stanowisk, co przed dwa i pół roku było nieskuteczne, czy też zastosuje procedurę sądową: zaskarżenie do TSUE, które okazało się skuteczne.

Z jednej strony PiS boi się Amerykanów, którzy są właścicielami TVN, i boi się też Niemców, do których należy u nas część wydawnictw prasowych. Jednak z drugiej strony Kaczyński, Morawiecki, Glapiński wydali już wyrok na wolne media w Polsce i każdy przypadek krytyki traktują jako atak, którego silna władza tolerować nie może.

I dlatego – mimo całej opowieści o „łagodzeniu wizerunku rządu Morawieckiego przed wyborami” – zdecydowano się na frontalne zaatakowanie polskich dziennikarzy. Władza ma nadzieję, że składając przeciw nim dziesiątki pozwów sądowych i uruchamiając prokuraturę, zdoła ich zastraszyć i zniechęcić do opisywania w roku wyborczym kolejnych pisowskich afer. Natomiast z kapitałową oraz instytucjonalną „dekoncentracją” w mediach – czyli z faktycznym zbudowaniem w Polsce węgierskiego czy rosyjskiego „ładu medialnego” – Kaczyński kazał poczekać na drugą kadencję.

Ten scenariusz wydawał się ludziom prezesa PiS szatańsko genialny. W rzeczywistości okazał się pułapką. Kaczyński uwierzył w swoje własne wyobrażenie o „cynicznych i pozbawionych wszelkich zasad zachodnich kapitalistach”, którzy nie będą bronić zatrudnionych przez siebie dziennikarzy. Stało się zupełnie odwrotnie. Uderzenie w dziennikarzy TVN skończyło się wizerunkową katastrofą rządu, czyli interwencją administracji Trumpa zaalarmowanej przez amerykański biznes, że Kaczyński i Morawiecki rozpoczęli Putinowską fazę szantażowania prywatnego kapitału – w tym kapitału zaangażowanego w media.

Tym żyła Polska w 2018 roku. Przeczytaj nasze rozmowy z autorami najważniejszych materiałów dziennikarskich tego roku w ramach cyklu „Najważniejsze historie 2018”.

Pozew bez ryzyka

Większość procesów z dziennikarzami i politykami opozycji pisowska władza przegrywa. Pomimo to dziennikarze i media są zasypywani coraz większą liczbą pozwów i w przypadku przegranej ryzykują własne pieniądze na pokrycie niebagatelnych kosztów procesowych oraz jeszcze większych kosztów ewentualnej kary czy publikacji przeprosin. Tymczasem składający pozwy PiS-owcy nie ryzykują niczego. Za ewentualną przegraną NBP nie zapłaci bowiem Adam Glapiński, ale wszyscy Polacy – łącznie z tymi, którzy też chcieliby wyjaśnienia afery KNF i ujawnienia prawdziwych zleceniodawców jej byłego prezesa. Podobnie to my, podatnicy, opłaciliśmy koszty pozwów składanych przez MON, a ludzie lokujący swoje pieniądze w SKOK-ach płacą za pozwy osłaniające Grzegorza Biereckiego.

PiS nie tylko niczego nie ryzykuje, składając pozwy przeciwko dziennikarzom, ale też na nich zarabia. Sprawy wytaczane przez różne instytucje pisowskiej władzy są obsługiwane przez kancelarie prawicowych adwokatów, którzy często działają w PiS, startują w wyborach z list Prawa i Sprawiedliwości albo są po prostu zatrudniani w instytucjach władzy.

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze przykrywaniu afery KNF przez Ziobrę.

W państwie PiS minister sprawiedliwości usprawiedliwia bandytów, którzy niemal zabili człowieka.

Słowa Zbigniewa Ziobry pod adresem Wojciecha Kwaśniaka to miara tego, czym stało się państwo i jego instytucje pod rządami PiS: sprawnym aparatem, chroniącym dobre imię i interesy partii kosztem bezpieczeństwa ludzi i bohaterów, stających w ich obronie. Jeśli jak ja lubicie westerny Sama Peckinpaha wiecie, o czym mówię: odważny i samotny szeryf, walczący z narażeniem życia z zakłamanym i skorumpowanym systemem zawsze w końcu wygrywa, ponieważ ludzie go kochają i ostatecznie to właśnie oni, przełamując swój strach i nieufność przyłączają się do niego, zapewniając mu zwycięstwo. A buta i bezczelność bandziorów zostaje ukarana, choćby na początku nic tego nie zapowiadało.

Wiem, powiecie, że życie to nie film. A jednak. Pod wieloma względami to, co od trzech lat dzieje się w Polsce, bardzo przypomina lata 90 lub, jeśli kto woli, klimaty z początków Dzikiego Zachodu. Dziwne niejasne interesy i powiązania na styku polityki i biznesu, nepotyzm, czasem noszący znamiona korupcji, afery, policja i służby na usługach władzy, bardziej niż ściganiem bandytów zajęte tropieniem demokratycznej opozycji i wykonywaniem politycznych zleceń – i nieprawdopodobna kasa, płynąca pod stołem do szczęśliwców, mających farta, że znają kogo trzeba, sypiają z kim trzeba, są dziećmi kogo trzeba lub po prostu są we właściwym układzie towarzysko – polityczno – biznesowym. I bezczelni, pozbawieni skrupułów politycy władzy, kłamiący w żywe oczy, którym już nawet nie chce się udawać, że w ich pracy chodzi o coś innego niż własny, kolegów i partii interes.

I w tym właśnie, paradoksalnie, widzę szansę na polityczny zwrot akcji w Polsce. W aferze KNF i SKOK-u Wołomin, której wyjaśnienie jeszcze przed nami. W którą, jak mówi samotny na razie szeryf Wojciech Kwaśniak, zamieszanych jest wielu polityków.

Zbigniew Ziobro o brutalnym pobiciu, niemal zabiciu byłego wiceszefa KNF tak powiedział w TVP 1: – „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców”. Jak sądzę, minister Ziobro spodziewał się prostego „przykrycia” afery KNF „aferą Kwaśniaka” (a mógł się spodziewać, ponieważ do tej pory media dawały się niestety najczęściej łapać na podrzucane im przez partie tematy zastępcze) – tym razem jednak się przeliczył.

Bo Kwaśniak pobity, niemal zabity na zlecenie jednego z członków władz SKOK Wołomin za to, że jego praca realnie zagrażała gangsterskim interesom, stał się bohaterem narodowym i wzorem uczciwego urzędnika, niezłomnego i nieprzekupnego, zaś wypowiedzi i działania atakujących go działaczy i posłów PiS budzą powszechne oburzenie. Tym razem media zupełnie nie kupiły propagandowej bajeczki, że bandziory niemal zabiły Wojciecha Kwaśniaka za to, że za wolno wprowadzał zarząd komisaryczny, który miał im uniemożliwić dalsze wyprowadzanie kasy.

Zresztą słowa Ziobry były skandaliczne także z powodu, na który zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich dr Adam Bodnar: – „To była wypowiedź urzędnika państwowego usprawiedliwiająca bandytów, którzy pobili człowieka”.

Długą drogę przeszedł PiS – od partii, która swój wyborczy sukces zawdzięcza zapowiedziom zero tolerancji dla przestępców, do partii, której minister sprawiedliwości usprawiedliwia bandytów, którzy niemal zabili człowieka. A wyborcy już to zauważyli.

Bo być może życie to nie film i być może przez powszechne chamstwo i bezczelność władzy wszyscy staliśmy się trochę mniej wrażliwi na przejawy krzywdy i bezprawia. Wierzę jednak, że ta odrobina sprawiedliwości, żeby stanąć po stronie dzielnego człowieka, który niemal stracił życie, broniąc nas i uczciwości instytucji państwa przeciw zepsutemu i skorumpowanemu systemowi chroniącemu przestępców, jeszcze w nas została.

Krystyna Kofta na koduj24.pl pisze o przestępcach i chorym Kaczyńskim.

Chory prezes Kaczyński pokazuje się coraz rzadziej. Jest słaby. W Jachrance usiłował zdyscyplinować swoich podwładnych Mają mieć dzienniczki, uważać co mówią, nie używać wulgaryzmów. Pawłowicz się na to wypięła i gada co jej plwocina na język przyniesie. Widząc, że prezes zapada na zdrowiu, jego ludzie „rozzuchwalają się”, PiS przez lata pozwolił się im rozzuchwalić.

Jarosław Kaczyński nie był na urodzinach Rydzykowego radia. Nie wiadomo czy z powodów dyplomatycznych, czy stanu zdrowia. Rydzykowe bractwo stawiło się w komplecie. Kler rozkołysany, cały w złotogłowiu. Ojciec Rydzyk występuje z kazaniem. Strzela z ambony ostrymi nabojami jak myśliwy Szyszko.  Występuje otwarcie przeciw decyzjom prezesa wszystkich prezesów. Jego nowa partyjka ma być groźbą dla PiS-u.

Ziobro właściciel haków na wszystkich, siedział na uroczystościach obok swojej rozchichotanej i rozanielonej zarazem koleżanki Kempy. Po powrocie z uczty duchowej, po tych kazaniach, komuniach i znakach pokoju, nabrał sił i znów zabłysnął. Stwierdził, że Wojciech Kwaśniak został pobity prawie na śmierć, bo KNF „przez lata rozzuchwalała przestępców”. Niektórzy uważają, że miał zostać zabity, wtedy nie byłoby kłopotów. Jednak wyżył. To daje ministrowi sprawiedliwości prawo do wypowiadania słów, jakich żaden przyzwoity człowiek by w takiej sytuacji nie użył.

Wojciech Kwaśniak jest prawdziwym bohaterem, autorytetem. Przykładem państwowca za co o mało nie zginął z rąk wynajętych bandytów. Gorsi od tych z metalową pałą są zleceniodawcy. Jeden siedzi, wziął na siebie całą winę. Inni chodzą w glorii, puszą się swoim bogactwem i swoją władzą.

Czy po tym co widzimy i słyszymy, mamy ciągle wierzyć, że Barbara Blida popełniła samobójstwo? Po jej śmierci Beata Kempa z wrodzoną sobie delikatnością powiedziała, że „nikt niewinny nie popełnia samobójstwa”. Prawda, że to ta sama formacja partyjna oraz nie-ludzka co minister nie-sprawiedliwości Ziobro?

Czy nie jest tak, że prezes Kaczyński obawia się „rozzuchwalonych przestępców”, którzy krążą już nad nim jak sępy, czekają aż całkiem osłabnie, żeby wyrwać mu władzę? Czy dlatego jako następcę wybrał zwykłego kłamczuszka Morawieckiego a nie haker-mana Ziobrę, bo się boi, że frakcje się zadziobią? W tym zresztą cała nadzieja!

Waldemar Mystkowski pisze o roku rzadów Morawieckiego.

Równo rok temu Mateusz Morawiecki wymienił Beatę Szydło w roli surogatki premiera Jarosława Kaczyńskiego. Szydło była wyjątkowo przaśna, Morawiecki miał dać PiS-owi nieco poloru, światowości i fachowości.

Wymienił na początku bardzo nielubianych ministrów Szyszkę i Macierewicza. I na tym zasługi się kończą, choć zapowiadał w expose cywilizacyjne skoki w każdej dziedzinie życia. Ba, „polska polityka musi być ambitna. Dryfowanie, czy płynięcie z prądem to nie jest nasze DNA”.

Co osiągnął przez rok Morawiecki? Jeszcze bardziej pogrążył międzynarodową pozycję Polski, którą poprzedniczka spozycjonowała na dnie. Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę kasowania niezależności Sądu Najwyższego. Na te dictum Morawiecki odpowiedział, że ma w małym paluszku kompromisy z instytucjami europejskimi, bo negocjował przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Faktycznie, przyjęta została nowa nowela ustawy o Sądzie Najwyższym, ale nie zadowoliła KE, która nie wycofała pozwu do TSUE.

W zasadzie Morawiecki gasi pożary, które poprzedniczka wywołała bądź wybuchły pod jego rządami, jak słynna ustawa o IPN. Ta postawiła na baczność rządy Izraela i USA, a Morawiecki podkulił ogon i powrócił na kolana.

Skoki cywilizacyjne Morawieckiego okazały się skokami w przepaść. „Arcyważnym zadaniem” miała być poprawa w służbie zdrowia. Lecz kolejki do lekarzy jeszcze bardziej się wydłużyły, leki zaś podrożały. Nie udał się program Mieszkanie+, który nie chce się realizować za pomocą pstryknięcia palcami, bo trzeba mieć pomysły na oryginalne jego rozwiązanie, ponadto szmal i ludzi, którzy go zrealizują.

Morawiecki to mistrz banialuk, rozdymanego ego i zwalania winy na poprzedników. Robiła to Szydło, ale Morawiecki powinien dać spokój wytartej frazie: „a PO-PSL przez 8 lat…” i zapomnieć, trochę czasu minęło. Miało dojść do rewolucyjnej walki z mafiami VAT, ale żadnego procesu rzekomym mafioso nie wytoczono.

Morawiecki obejmował rządy, gdy słupek poparcia sondażowego szczytował i miał się około 50 proc. Po roku zjechał tak, że Koalicja Obywatelska ma tyle samo co PiS – 34 proc. Tendencja jest w dół i nic nie wskazuje, że miałaby się odwrócić.

Przyszła kryska na Matyska Kaczyńskiego – rząd wywala się na aferze KNF, która pokazała, jakie są faktyczne zamiary rządu Morawieckiego i do czego został powołany, mianowicie do stworzenia własnej klasy oligarchicznej. Ważne w tym są dwa sektory – finansowy i medialny.

Medialny – zakulał z powodu zdecydowanej postawy ambasador USA Georgette Mosbacher, lecz widać, że PiS zechce tę przeszkodę obejść i wykupić media. Takim przykładem może być chęć kupienia Radia ZET, które warte jest 220 mln zł. Nabywający bracia Karnowscy w poprzednim roku osiągnęli saldo 3 mln zysku, ale od czego są państwowe banki? Każdy bankowiec na świecie puknąłby się w łeb, lecz w Polsce mamy do czynienia z pierwszym etapem putynizacji. Wszystko pokryje budżet, czyli my wszyscy.

Przez przypadek nie wyszedł geszeft z bankiem za złotówkę z powodu afery KNF. Ale to też postarają się obejść. PiS chce uwłaszczać na państwowym i prywatnym, jak to miało miejsce na Węgrzech. Afera KNF ma swój odprysk, może nawet społecznie groźniejszy niż ona sama, mianowicie upadek SKOK Wołomin i ścigającego tę kasę Wojciecha Kwaśniaka.

Morawiecki swój pierwszy rok rządów kończy aferalnie i zjeżdżając sondażowo. Nie podda się tak łatwo, bo PiS nie jest partią szczególnie zapatrzoną w demokrację. Wiele wskazuje, że Kaczyński postawił na Morawieckiego jako swego następcę, lecz nie wszyscy są z tym faktem pogodzeni, a nawet mają ambicję, by zagarnąć prawicowy elektorat dla siebie.  Do takich należy Ziobro i Duda, to pod nich szyje swoją partię Tadeusz Rydzyk – Ruch Prawdziwa Europa.

PiS zaatakował państwo polskie. Tak należy rozumieć usprawiedliwienie szubrawców przez Ziobrę

9 Gru

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był na pozór logiczny. Od kilku tygodni z czołówek niezależnych mediów nie schodzi afera KNF – korupcyjna propozycja złożona bankowcowi przez szefa instytucji nadzorującej banki. To duże obciążenie dla PiS, zwłaszcza że wychodzą na jaw kolejne skandale i nie wiadomo, jak daleko sięgnie afera. Ktoś w PiS zadecydował, że aferę Chrzanowskiego trzeba przykryć inną, którą w jakiś sposób da się powiązać z Platformą, a w każdym razie ze środowiskiem dalekim od PiS. Dlatego zatrzymani zostali wysocy urzędnicy KNF, którzy w instytucji tej pracowali do 2016 roku.

Platforma Obywatelska rozpoczyna akcję informacyjną o aferze w Komisji Nadzoru Finansowego. Seria filmów ma być poświęcona poszczególnym jej postaciom i politykom Prawa i Sprawiedliwości.

Materiały mają też przedstawiać fakty na temat afery i powiązania pomiędzy jej bohaterami. Tematem spotów mają być również nadużycia w SKOK-u Wołomin.

Akcja ze spotami o aferze KNF i w SKOK-ach ma szerzyć wiedzę o tym, jaką rolę odegrali w niej poszczególni politycy PiS. Sławomir Neumann przekonuje też, że to swoista odpowiedź na przykład na zatrzymanie między innymi Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa KNF, któremu służby zarzucają niedostateczną kontrolę nad SKOK Wołomin, chociaż w związku z zaangażowaniem w badanie sprawy został cztery lata temu brutalnie pobity.

Filmy o aferze KNF i SKOK Wołomin będą publikowane w internecie i mają być niejako konwojem wstydu bis. To nawiązanie do akcji, w której Platforma informowała o politykach Prawa i Sprawiedliwości przyznających sobie i chętnie biorących rozmaite nagrody.

– Mamy do czynienia z utratą dynamiki, prezentowaną przez Prawo i Sprawiedliwość – tak były premier Leszek Miller skomentował w TVN24 wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na wyjazdowym posiedzeniu klubu PiS w Jachrance.

Kaczyński w piątek przekonywał, że PiS nie może zgodzić się z narracją iż partia ta jest „tym samym czym Platforma” i przypominał o aferach, które – jego zdaniem – obciążają PO znacznie bardziej niż PiS obciąża afera KNF.

– Obserwując ostatnie wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, odniosłem wrażenie, że jest intelektualnie znużony i bardzo zdesperowany – stwierdził były szef SLD komentując to wystąpienie.

Zdaniem Millera słowa Kaczyńskiego były „czytelnym komunikatem, że PiS może przegrać wybory”, który popłynął do działaczy PiS.

Były premier ocenił, że Kaczyński próbuje przygotować na ewentualną porażkę działaczy PiS. – W samym tym wystąpieniu pana Kaczyńskiego było więcej defensywy niż ofensywy – ocenił.

Miller ocenił, że w PiS politycy mają świadomość, iż „misja premiera (Mateusza) Morawieckiego nie udała się”. Według Millera zamiana Beaty Szydło na Morawieckiego miała pozyskać dla PiS elektorat centrowy. Tymczasem, jak stwierdził, pod rządami Morawieckiego „centrum jest jeszcze bardziej przestraszone”, a UE – relacje z którą Morawiecki też miał poprawić – „jeszcze bardziej nasrożona niż była”.

W Jachrance pod Warszawą trwa plenum KC Partii rządzącej. „Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?” – myślałem, oglądając transmisję we wrogiej stacji telewizyjnej. I Sekretarz wygłasza referat. Kiedy tylko podniesie głos, zaakcentuje puentę, zaczynają się oklaski, ale nie owacje. Oklaski raczej wymuszone, bez entuzjazmu, twarze nieruchome, znudzone, towarzysze w prezydium, towarzysz premier, towarzysz marszałek, towarzysze koalicjanci – bez ruchu, jak gdyby byli scenografią, którą faktycznie stanowili.

Towarzysz I Sekretarz w zasadzie nie powiedział nic nowego, przemówienie było defensywne, ani porywające, ani inspirujące, ale wskazujące na sposób myślenia. Głównym celem I Sekretarza jest wtrącenie Tuska do więzienia, co mówca właściwie zapowiedział. Mówił, że afera vatowska przybrała taką skalę (60-70 mld dol.), iż byłaby znaczna nawet w USA. Była to – mówił I Sekretarz – afera rządowa, za którą odpowiedzialność musi ponieść szef rządu, także w sensie prawnym.

Wniosek: miejsce Tuska jest w areszcie. (Spotkałem się nawet z opinią, że I Sekretarz odetchnie, poczuje ulgę, wręcz uspokoi się, kiedy Donalda T. spotka kara). Im ostrzejsze były słowa I Sekretarza, tym głośniejsze były brawka, ale twarze uczestników były nieruchome, jak gdyby woskowe, jeden zerkał na drugiego, czy klaszcze, i grzecznie słuchali.

Przemówienie było defensywne. O Smoleńsku ani mru-mru. My łamaliśmy konstytucję? To wy pierwsi łamaliście konstytucję, wybierając „rezerwowych” członków Trybunału Konstytucyjnego. U nas są afery? To wasze afery można by wymieniać bez końca: hazardowa, taśmowa, vatowska, a każda monstrualnych rozmiarów. To my zamiatamy pod dywan? Nieprawda! Na tym właśnie polega różnica między nami a naszymi przeciwnikami. Kiedy u nas pojawia się czarna owca, a taka może się zdarzyć w każdej dużej zbiorowości, to wynika ze statystyki, to my ją natychmiast ujawniamy i z całą surowością prawa rozliczamy, podczas gdy nasi przeciwnicy je tolerują.

I Sekretarz ostrzegał przed jednakowym traktowaniem partii rządzącej i opozycji. Myślenie w rodzaju: obie strony są podobne, jedni warci drugich, wart Pac pałaca itp. – jest bardzo niebezpieczne i niedopuszczalne. Nie ma symetrii, nie ma podobieństwa, my jesteśmy lepsi. (Jak mówił kiedyś, w 1924 r., I Sekretarz: „My jesteśmy ludźmi szczególnego pokroju”).

W sumie dominowała nuta „you too”. U nas są złodzieje? Ale u was więcej.

Jedynym pozytywnym aspektem przemówienia było powtórzenie, że PiS jest partią proeuropejską, jest za „podmiotową obecnością” w UE. Co to znaczy „podmiotowa obecność” można się domyśleć. Sądzę, że ta zbitka pojęciowa przyjmie się w języku PiS, tak jak „opozycja totalna” (innej nie ma).

Sprawy niewygodne, takie jak cofnięcie się w kwestii Sądu Najwyższego pod wpływem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, afera KNF, która zagraża prezesowi NBP, kuriozalne żądanie zakneblowania mediów w tej sprawie – wszystko to I sekretarz w jawnej części referatu pominął. Jak znam życie, to część wewnętrzna, poufna, przecieknie do mediów lada chwila, a większość mediów jest przeciwko nam – nie omieszkał wspomnieć przywódca obozu władzy. Na razie nie miał nic więcej do zaoferowania poza tym, że konieczne jest wygranie wyborów. Szkoda, że opozycja, Platforma i Nowoczesna, swoimi ostatnimi rozgrywkami mu to ułatwiają.

Więcej o wystąpieniu Kaczyńskiego w Jachrance >>>

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Kaczyńskim.

Wrogowie i nienawistnicy twierdzą, że PiS znalazł się w defensywie i nieskutecznie próbuje zasłaniać się przed kolejnymi ciosami w narożniku ringu. Nie słuchajcie tych kłamstw. Słuchajcie pana prezesa.

– „W piątek o godzinie 17:00 będzie miało miejsce bardzo ważne wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego” – nietaktownie zapowiedział w radiowej Trójce marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Nietaktownie, bo kryła się w tym sugestia, że jakieś inne wystąpienia pana prezesa mogły być nie bardzo ważne. A przecież wiemy doskonale, że wszystkie jego słowa są kamieniami milowymi polskiej polityki, nawet te wypowiadane bez żadnego trybu, spontanicznie i niejako mimochodem. Zwłaszcza one. Mord zdradzieckich i kanalii nikt zawczasu nie zapowiadał i nie podkreślał ich wagi, a przecież na trwałe zapisały się w polskich dziejach.

Dziennikarz Trójki dał więc marszałkowi Karczewskiemu szansę wybrnięcia z tej gafy, pytając go, dlaczego akurat to wystąpienie pana prezesa będzie bardzo ważne. – „Bo będzie mówił o ważnych rzeczach” – wyjaśnił marszałek. Tak jakby pan prezes mógł mówić o rzeczach nieważnych. Doskonale wiemy, że każda, nawet najdrobniejsza rzecz w ustach pana prezesa nabiera ciężaru gatunkowego i zyskuje rangę kwestii zasadniczej i przełomowej.

O 17:00 w piątek naród masowo zasiadł więc przed telewizorami, by wysłuchać bardzo ważnego wystąpienia o ważnych rzeczach. I rzeczywiście. Przez kilkadziesiąt minut pan prezes mówił o tym, że:

1. Nie ma mowy o żadnym Polexicie, podmiotowa obecność Polski w Unii Europejskiej jest dla Polski bardzo ważna. Ale właśnie podmiotowa – i w tym kierunku zmierzamy. Bo wcześniej była przedmiotowa. Tu już każdy sam musi sobie dośpiewać, co to znaczy. Na przykład wybranie Polaka Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej niewątpliwie było przejawem przedmiotowego traktowania Polski przez brukselskie elity (to już moja interpretacja, a nie słowa pana prezesa);

2. PiS nie łamie Konstytucji. Konstytucję łamały PO i PSL, a PiS to teraz naprawia.

3. PiS nie dokonał bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego. To Platforma wcześniej dokonała bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego.

4. PiS nie łamie praw człowieka. Prawa człowieka łamał rząd PO i PSL, który organizował uliczne łapanki na kibiców piłkarskich, strzelał do górników i przeprowadzał naloty na redakcje.

5. PiS nie ma na koncie żadnych afer. Przeciwnie – PiS afery rozlicza. Poważne, ale to naprawdę bardzo poważne afery są dziełem Platformy. Przykładem afera Amber Gold i Olt Express, z którą – jak donosiły media – niektórzy politycy PO mieli związki rodzinne. – „Oczywiście nie mnie przesądzać o tym, jaki jest stopień ich winy” – stwierdził prezes.

Z grubsza tyle. Przyznacie państwo, że to bardzo ważne wystąpienie, które wiele wniosło do naszego życia publicznego i rzuciło snop światła na sprawy dotychczas kryjące się w mroku.

Oczywiście wrogowie i nienawistnicy od Tuska próbują teraz umniejszyć znaczenie tych słów i starają się wmówić opinii publicznej, że wystąpienie miało charakter defensywny. Że pan prezes nie powiedział niczego nowego, a tylko odpierał zarzuty sypiące się na PiS ze wszystkich stron. Że brzmiał i wyglądał jak uosobienie bezradności, próbując zaklinać rzeczywistość i negować oczywiste fakty. Że obóz „dobrej zmiany” nie jest już w stanie kontrolować debaty publicznej – dziś to opozycja decyduje o tematach i kwestiach, wokół których ogniskuje się spór, PiS może na to jedynie reagować i biernie się dostosowywać. Że władza jest jak bokser zepchnięty do narożnika ringu, który bezładnie wymachuje rękami, próbując się zasłonić przed kolejnymi celnymi ciosami, ale jest już lekko zamroczony, brakuje mu siły, refleksu, skuteczności. Jeszcze chwila – i padnie na deski.

To oczywiście wszystko nieprawda i wroga propaganda. Dodajmy więc do listy pana prezesa jeszcze dwa punkty:

6. PiS wcale nie został zepchnięty do narożnika i nie znalazł się w defensywie. W defensywie jest totalna opozycja, a PiS prze do przodu jak burza.

7. PiS wcale nie straci władzy w przyszłorocznych wyborach. PiS w przyszłorocznych wyborach się umocni.

Waldemar Mystkowski pisze też o Kaczyńskim.

Piątkowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance w ogóle nie było oryginalne, prezes powtarzał swoje banały – by nie rzec banialuki – ale wskazuje, jaką drogą powiedzie swoje owieczki przez następny rok do wyborów parlamentarnych, acz te do PE nie są dla niego ważne, niemniej mogą pociągnąć za sobą konsekwencje topielca znajdującego się w wirze wodnym, który może wciągnąć i PiS zatopić.

Przemowę swoją prezes zbudował na najprostszym schemacie narracyjnym: my – oni. Zauważmy – nie było to: my i Polska, my i Unia Europejska, bądź my i przyszłość, ale stosunek „naszego” pisowskiego posiadania do onych. Jest to podstawa myślenie feudalnego, w którym pan decyduje, co jest dobre i co jego podwładnym (suwerenowi) się należy. Ponadto prymitywizm tej narracji polega na tym, że „my” pisowcy jesteśmy zawsze lepsi. Dante tak zbudował „Komedię boską”: my z piekła rodem (w tym wypadku kler) jesteśmy dla was dobrem – i wraz z nami wylądujecie na dnie, w którymś z kręgów piekieł. Uczulam na to, bo mamy do czynienia z formacją polityczną, która prowadzi nasz kraj do katastrofy. Kaczyński nie musi być tego świadomy, bo to człowiek ograniczony.

Prezes zrezygnował z repolonizacji mediów, co mu skutecznie wybiła z głowy ambasador USA Georgette Mosbacher. I za to należy jej się wielkie dzięki, gdyż wolne i niezależne media nie pozwolą PiS-owi na ukrywanie swoich afer, a te są podstawą rządzenia feudalnego. Takiego skutku nie odniosłyby żadne instytucje unijne, bo z nimi PiS niespecjalnie się liczy.

W dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z przykrywaniem afery Komisji Nadzoru Finansowego, która musi pogrążyć PiS, bowiem wszelkie działania maskujące prowadzą do odkrywania kolejnych kręgów korupcji, upartyjnienia państwa. Znowu mamy do czynienia z narracją dantejską. Jakikolwiek skrawek opowieści się odsłoni, pokazuje piekło PiS.

Kaczyński skupił się na onych z Platformy Obywatelskiej, politykom partii Grzegorza Schetyny zostanie sporządzone piekło, czasami przy pomocy innych podmiotów opozycyjnych, które mogą być nieodporne na manipulacje prezesa. I znowu możemy mówić o szczęściu, bo rdzeń sądownictwa zachował niezależność i nie pójdzie na żaden dyktat bezprawia.

Kaczyński będzie się pienił, tak samo jak desygnowany przez niego premier Mateusz Morawiecki. Zdani są więc na bicie głową w mur. Raczej go nie przebiją, najwyżej głowy sobie rozbiją, nie ucierpi na tym rozum, bo go za wiele nie mają.

Na powyższych polach PiS jest na przegranych pozycjach, może nadrobić tylko w sferze socjalnej, fundując prezenty grupom społecznym, ale i to nie będzie możliwe do zaspokojenia, bo nierządzenie – po raz pierwszy mamy partię u władzy, która nie rządzi, tylko rozdaje – przyniesie efekty (o czym przekonali się komuniści) w drożyźnie, a ta musi być konsekwencją podniesienie ceny energii. Nawet gdyby budżet rekompensował podwyżkę indywidualnym odbiorcom prądu, to nie jest w stanie tego samego zrekompensować przedsiębiorcom, a ci z kolei – by nie zbankrutować – podniosą ceny za produkty i usługi. PiS może tę drożyznę przesunąć na czas po wyborach, wątpię jednak by tak długo udawało im się odwlec.

Politycy PiS nie należą do żadnych orłów, to drób rzędu nielotów, ale i oni wyczuwali pismo nosem podczas przemówienia prezesa – swąd porażki piekielnej krążył nad nimi jak swego czasu widmo komunizmu. Joachim Brudziński nawet przyznał się, że dobra zmiana uczyniła z niego potencjalną skwarę, którą zostanie po porażce.

Porażka PiS jest w rękach opozycji, oby nie popełniała błędów, nie rozdrabniała się i nie formułowała programu na prymitywnej dychotomii – my i oni. Prezesa przemówienie w Jachrance należy do narracji diabelskiej alternatywy, co by nie zrobił, czego by nie zmanipulował, zawsze wyjdzie mu diabelski ogon. I tak jest zwykle z ludźmi, którzy nie mają predyspozycji do rządzenia, ale mają ambicje i wizje. Kończą w piekle niemocy, w imposybilizmie, który to termin prezes niespecjalnie rozumiał, gdy kiedyś go nadużywał. A teraz go dopadł.

„W kwietniu 2014 roku padłem ofiarą zamachu na moje życie. Obecnie padam ofiarą zamachu na moj dorobek zawodowy i dobrę imię.”

Od kilku dni radykalne skrzydło „żółtych kamizelek” wzywa do zdobycia broni i przeprowadzania zamachów na członków rządu, parlamentarzystów oraz policjantów. Eric Drouet, jeden z nieformalnych przywódców ruchu, planuje „wzięcie Pałacu Elizejskiego szturmem”. Tak jak w czasie rewolucji francuskiej szturmem wzięto pałac Ludwika XVI.

„Żółte kamizelki” popiera ponad 70 proc. Francuzów. Według ostatnich sondaży prezydenta popiera tylko 23 procent. Macron był już bardzo niepopularny wcześniej, ale protesty sprawiły, że znowu stracił kilka punktów. „Od samego początku prezydentury był na pierwszej linii. To on firmował wszystkie reformy, premiera i rząd odsyłając do roli podwykonawców. Rządził sam. Było więc nieuniknione, że cała wściekłość skupi się na nim”- tłumaczy publicysta Gerard Courtois.

Rewolta „żółtych kamizelek” stanowi dalszy ciąg tych samych przemian, które wyniosły Macrona do prezydentury. Najpierw nastąpił upadek partii mainstreamowych: socjalistów i centroprawicy. Na ruinach dotychczasowej polityki wszechwładzę zdobył Macron. Teraz następuje etap drugi: rewolta ludu.

„Żółte kamizelki” nie mają choćby cienia programu, są ruchem niezadowolenia w postaci czystej. Ale we Włoszech Ruch Pięciu Gwiazd też tak zaczynał: od czystego niezadowolenia oraz licznych manifestacji „Vaffanculo” (Pierdolcie się) wymierzonych w polityków.

Dziś Włochy są pierwszą demokracją w Europie Zachodniej, w której rządzą populiści. Teraz czas na pytanie, które Francuzi zadają sobie coraz częściej. Czy ich również pójdzie włoską drogą?