Tag Archives: Krzysztof Izdebski

Kaczyński, coś ty zrobił z Polską

7 Maj

Gowin z Kaczyńskim doszli do kompromisu w sprawie wyborów 10 maja.

Jakiego kompromisu? Otóż to. Język staje na czubku i staje się pypciem. Obydwaj ci politycy uprawiają retorykę pypciową. Bo wybory formalnie się odbędą, nawet będzie cisza wyborcza, tylko lokale wyborcze nie zostaną otwarte.

A wszystko po to, aby w poniedziałek Sąd Najwyższy mógł stwierdzić, że nieodbyte wybory są nieważne.

Czy ktoś z tej ekwilibrystyki pypciowej coś rozumie?

Przecież nie chodzi o rozumienie, a koryto. Kompromis Gowin – Kaczyński dotyczy wszak koryta.

Po stwierdzeniu przez SN, iż wybory są nieważne dochodzimy do dziwnej procedury wprost z republiki bananowej, z Burkina Faso.

Marszałek Semu ogłasza termin wyborów. Kiedy one będą? Najprawdopodobniej w lipcu.

Powstaje pytanie, czy Gowin zawierając kompromis z Kaczyńskim nie obawia się, że ten go wydyma?

Otóż wydyma, wydyma.

– Fakt, że to głosowanie ogłoszone na niedzielę się nie odbędzie, stanowi oczywiście podstawę do zaangażowania Trybunału Stanu i prokuratury – ocenił prawnik Krzysztof Izdebski. Jego zdaniem za „chaos prawny” i wybory, które mają odbyć się 10 maja, ale jednak ich nie będzie, odpowiadają rządzący.

Według ustaleń Jarosława Kaczyńskiego i Jarosława Gowina wybory 10 maja odbędą się teoretycznie, ale praktycznie – nie. Przez to Sąd Najwyższy stwierdzi ich nieważność i zostaną zarządzone nowe. Te mają się odbyć w formie korespondencyjnej, ale po nowelizacji przyjętej w piątek ustawy. Takie rozwiązanie pozwala uniknąć wyborów w maju, ale budzi wiele wątpliwości co do przestrzegania praworządności.

Więcej o pisowskim bareizmie >>>

Już dziś okładka najbliższego Newsweeka. W numerze m. in. kulisy cyrku z wyborami, podsumowanie prezydentury Dudy i dziennik S.Chwina z czasów wirusowych.

Wybory prezydenckie 2020 mogą się odbyć jeszcze tego lata. Konstytucjonalista prof. Marcin Matczak stwierdził jednak w TOK FM, że przesadny pośpiech nie jest wskazany. – Pamiętajmy, że wybory to nie tylko głosowanie – podkreślał.

Prof. Matczak apeluje o procedurę wyborczą >>>

Państwo Jarosława Kaczyńskiego nie dało rady zorganizować wyborów prezydenckich w maju, choć prezes PiS tego żądał. To paradoks: ta niemoc państwa ma mieć pieczęć Sądu Najwyższego, który został właśnie „odbity” przez obóz władzy.

Więcej >>>

Emisariusze PiS usilnie przekonywali w ostatnich dniach posłów opozycji i Porozumienia do poparcia ustawy kopertowej, obiecując intratne stanowiska. Jednego z nich miał namawiać premier Morawiecki. Innego minister Dworczyk. Balansowali na granicy prawa: oferowanie korzyści w zamian za głos posła jest przestępstwem.

Morawieckiemu za przekupstwo należy się Trybunał Stanu >>>

Jeżeli będzie można dowolnie przesuwać datę wyborów przez marszałka Sejmu, to przecież w przyszłości też będzie można manipulować terminami jak komu wygodnie. Przecież takie orzeczenie TK, że można zmienić termin, będzie orzeczeniem na dzisiaj, za rok, za 10 lat i za 20, bo to jest wykładnia konstytucji – mówi prof. Adam Strzembosz, były I Prezes Sądu Najwyższego. – Za to, że w maju nie będzie wyborów, ktoś odpowie przed Trybunałem Stanu, ale nie dlatego, że mamy straszny problem konstytucyjny, tylko dlatego, że nie dopełnił obowiązków. W sytuacji pandemii obowiązkiem jest wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, to jest poza dyskusją – dodaje.

Wywiad z prof. Adamem Strzemboszem >>>

To częsta w przypadku autorytarnej, dyktatorskiej władzy, próba legitymizacji bezprawnych czynów.

Marszałkini Elżbieta Witek skierowała do TK pytanie dotyczące daty wyborów prezydenckich: czy przełożenie ich na inny termin jest zgodne z Konstytucją? Problem polega na tym, że zgodnie z prawem TK został powołany do orzekania o zgodności z Konstytucją ustaw, a nie decyzji Sejmu lub rządu. Tak więc i pytanie pani Witek i odpowiedź Julii Przyłębskiej warta jest tyle, co pytanie o przepis na sałatkę. I prawnie znaczy dokładnie tyle samo.

Po co więc obie strony udają, że to, co robią ma jakiś sens? Po co z takim tragikomicznym w tym okolicznościach namaszczeniem i pietyzmem piszą do siebie nawzajem nic nieznaczące pisma? I powołują się ciągle na swoje niemające żadnego znaczenia opinie?

Cały felieton Elizy Michalik >>>

Kaczyński chce europejskich płac. Proszę bardzo – zacząć od nauczycieli

14 Kwi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie lubią odpowiadać na niewygodne i trudne pytania. Całkowite przejęcie kontroli nad pracami Sejmu i najważniejszych sejmowych komisji przez twardogłowych działaczy tej partii oraz przekształcenie TVP w telewizję, w której to gość dziennikarza, nie niepokojony niezaplanowanymi pytaniami, narzuca temat rozmowy bardzo rozpuściły posłów i ministrów. Na tych drugich jednak ciąży konstytucyjnie umocowany obowiązek odpowiadania na każde pytanie, jakie każdy z 460 posłów na Sejm ma prawo zadać przedstawicielom władzy i w ciągu 21 dni oczekiwać na nie odpowiedzi. I choć z odpowiedziami na interpelacje poselskie bywało różnie w poprzednich latach, to jednak dopiero za rządów Zjednoczonej Prawicy stały się one w zasadzie jedynym skutecznym narzędziem opozycji do kontroli nad rządzącymi. Naruszanie konstytucyjnych obowiązków przez premiera, czy szereg ministrów musi być nagłaśniane, a w przyszłości surowo ukarane.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, w wielu przypadkach dochodzi nie tylko do opieszałości w odpowiadaniu na pytania posłów, ale wręcz do rażącego i uporczywego uchylania się od tego obowiązku. Rekordowy pod tym względem jest resort zdrowia, który z odpowiedzią na interpelację w sprawie nieprawidłowości przy produkcji żywności dla niemowląt zwleka już 726 dni. Niewiele “gorszy” jest w tej kwestii premier Morawiecki, który z odpowiedzią na jedną z interpelacji spóźnia się o ponad półtora roku, czyli 562 dni.

Jak wynika z danych Sejmu, zapytań, na które odpowiedzi wciąż nie zostały udzielone, jest aktualnie 334, z czego blisko 70% (236 interpelacji) dotyczy resortu, gdzie obecnie rządzi minister Łukasz Szumowski (zastąpił Konstantego Radziwiłła na początku 2018 roku). Kolejne miejsca w tym niechlubnym rankingu zajmują wicepremier Piotr Gliński (24 zaległe dokumenty), minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz premier Mateusz Morawiecki (po 22 opóźnione interpelacje) oraz szef MON Mariusz Błaszczak (8 interpelacji). Pozostali ministrowie łącznie zalegają z kolejnymi 22 odpowiedziami na zapytania posłów (głównie opozycji). Kancelaria Premiera oraz naśladujący ją ministrowie, by pozornie zalegalizować swoją zwłokę, wysyłają do marszałka Sejmu prośbę o przedłużenie 21-dniowego okresu na udzielenie odpowiedzi, choć termin wynikający z art. 115 Konstytucji jest jednoznaczny i żadnej prolongaty tego czasu nie przewiduje. Z tej drogi nie korzysta natomiast Zbigniew Ziobro, który niewygodne interpelacje po prostu ignoruje i pozostawia bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Najwyraźniej, mając władzę nad wymiarem sprawiedliwości, czuje się wyjątkowo bezkarny, co pozwala mu na ostentacyjne lekceważenie konstytucyjnych obowiązków.

Taka postawa może być jednak dla czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości, pełniących ministerialne funkcje w rządzie Morawieckiego, zgubna zwłaszcza, gdy prędzej czy później dojdzie do utraty przez Zjednoczoną Prawicę władzy. Za oczywiste i widoczne gołym okiem łamanie przepisów Konstytucji ustawa zasadnicza przewiduje jedną karę – postawienie przed Trybunałem Stanu. O ile w przypadku szeregu podobnych zarzutów o łamanie najważniejszej polskiej ustawy można zasłaniać się różnymi interpretacjami (tak jak np. w przypadku nieopublikowania wyroku TK przez Beatę Szydło), to w kwestii braku odpowiedzi na interpelację w przewidzianym przez Konstytucję terminie sprawa jest oczywista. Za ostentacyjne ograniczanie przez premiera i wielu ministrów możliwości parlamentarnej kontroli władzy wykonawczej kara po prostu się należy. Oby jak najszybciej.

W tak zwanej publicznej telewizji kampania wyborcza w pełnym rozkwicie. Na tapecie oczywiście wrogowie PiSu. Przede wszystkim strajkujący nauczyciele no i artyści, którzy mieli czelność ich poprzeć.

W najnowszym odcinku programu „Alarm” przygotowano prawdziwą sensację. Zarzucono nauczycielom, że nie wystawiają faktur za korepetycje.

Dziennikarz Przemysław Wenerski zapowiadający program napisał na Twitterze: „A może by tak umówić się na prywatne korepetycje ze strajkującymi nauczycielami? W godzinach, gdy trwa protest? Zrobiliśmy to w „Alarm” TVP1. Próby były owocne, kosztowne, ale bez faktur…”

Tę triumfującą zapowiedź programu skomentował na Twitterze Tomasz Lis: „Zamówić korepetycje u protestującego nauczyciela, żeby skompromitować nauczycieli – w TVP odrodził się nurt SB-cki, który – jak błędnie sądzono – dogorywał dokładnie 30 lat temu, w okolicy wyborów z 4 czerwca. Towarzysze od brudnej roboty młodsi, ale też zdolni do wszystkiego”.

Jednak największy cios autorom programu „Alarm” zadał Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fundacji Państwo, który odpowiedział Wenerskiemu: „Rozumiem, że pan dobrze sprawdził, że korepetytor ma obowiązek wystawić fakturę? Bo jak nie to się chyba cały materiał sypnie” – podkreślił.

No i by się sypnął, gdyby nie ostrzeżenia internautów. Trzeba przyznać, że redaktorzy jednak wsłuchali się w głos ludu, bo mimo przygotowanej wcześniej sensacji fakturowej, prowadzący program zdecydował się powiedzieć na końcu jedno istotne zdanie.

Podkreślił, że zgodnie z wprowadzoną przez rząd PiS 30 kwietnia 2018 roku Konstytucją Biznesu , osoba, której przychody nie przekroczą 1000 zł miesięcznie, nie będzie musiała zakładać firmy, no i co oczywiste, wystawiać faktury.

I choć to kapiszon, to nie zmienia faktu, że w stylu z minionych czasów.

Propaganda zagrożonej i rozwścieczonej władzy uderzyła w tony nienawiści znane z najczarniejszych okresów PRL.

W marcu roku 1968 byłem ośmioletnim dzieckiem i nie rozumiałem, co dzieje się w Polsce, pamiętam jednak atmosferę grozy, która towarzyszyła rozmowom moich rodziców i ich znajomych. Dopiero po latach, czytając relacje i historyczne opracowania na temat tamtych wydarzeń, pojąłem ich istotę i byłem w stanie ocenić stopień ześwinienia propagandystów władzy.

Przywołajmy kilka nazwisk: Piotr Goszczyński, Tadeusz Kur, Ryszard Gontarz… Dziś nikomu nic one nie mówią. To pocieszające i optymistyczne. Medialne kanalie, które wówczas budziły powszechną wściekłość i nienawiść (redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław F. Rakowski nazwał tych osobników „gnidami polskiego dziennikarstwa”) są kompletnie zapomniane.

Myślę, że ten los czeka też propagandowych lokajów obecnego reżimu. Nawet jeżeli teraz przy lekturze słów Stanisława Janeckiego, braci Karnowskich, Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Gmyza i wielu innych ogarnia nas złość i obrzydzenie, miejmy świadomość, że za kilka lat o istnieniu tych ludzi nikt już nie będzie pamiętać. Pozostanie tylko wspomnienie specyficznego fetoru unoszącego się nad debatą publiczną w Polsce w mrocznym okresie pisowskiego pełzającego zamachu stanu.

Pisarze do piór, studenci do nauki, nauczyciele do tablicy

Dzisiejsza propaganda dorównuje marcowej z 1968 r. nie tylko pod względem obrzydliwości. Nawet chwyty retoryczne są żywcem zaczerpnięte z ówczesnego rezerwuaru. „Pisarze do piór, studenci do nauki!” – głosiło popularne hasło, wymierzone w inteligencję, która buntowała się przeciw władzy. Dziś miejsce studentów i pisarzy zajmują strajkujący nauczyciele. „Nauczyciele do tablicy” – wzywają więc propagandyści PiS.

„Szkoła jest od nauki. Nauczyciel jest od nauczania i wychowywania” – pisze anonimowy funkcjonariusz portalu braci Karnowskich, atakując nauczyciela, który w czasie lekcji matematyki ośmielił się niepochlebnie wypowiedzieć na temat programów rozdawnictwa, demotywujących ludzi do pracy. W artykule zacytowano komentarz Dariusza Niedzielskiego, wiceszefa oświatowej „Solidarności” w Zielonej Górze, który potępił nauczyciela-warchoła, podkreślając: „Przecież nauczyciel ma podstawę programową do zrealizowania. Mamy płacone za to, żeby uczyć dzieci”.

Dobór komentatora też nawiązuje do PRL-owskiej tradycji, w której związki zawodowe i inne organizacje rzekomo „społeczne” były nadzorcą ludu i pasem transmisyjnym władzy. Dziś w tej roli występuje reżimowy związek zawodowy „Solidarność”, z którego nauczyciele masowo się wypisują.

Epitety, wyzwiska, donosy i haki

By obrzydzić opinii publicznej nauczycielskich działaczy, pisowska propaganda atakuje ich personalnie, szukając wszelkich możliwych haków, wypominając przeszłość, ujawniając stan majątkowy. Wcześniej ofiarą takich zniesławień padali aktywiści KOD, sędziowie, działacze sektora NGO-sów – teraz kolej na nauczycieli.

Gdy w jednej ze szkół strajk uniemożliwił przeprowadzenie egzaminu, TVP natychmiast wzięła na celownik dyrektorkę tej placówki, ani słowem nie wspominając, że starała się zapewnić zastępstwo w komisji egzaminacyjnej, ale nie znalazła chętnych. Zamiast tego widzowie dowiedzieli się o jej stanie majątkowym: „20 tys. zł pensji rocznie, 100 tys. zł odłożone, dom i mieszkanie o wartości 750 tys. zł, mercedes. To przemawia do wyobraźni. W oświacie można zarabiać przyzwoicie. Trzeba też się przyzwoicie zachowywać”. Powiedział to niejaki Miłosz Manasterski, kolejny godny kontynuator chlubnych tradycji marca 1968 (ponoć „pisarz i poeta” – ktoś? coś?).

W normalnych warunkach akcja strajkowa nauczycieli nie wzbudziłaby wielkiej sensacji, bo mieści się w ramach reguł gry demokratycznego państwa prawa i kapitalizmu. Takie wystąpienia i żądania płacowe różnych grup zawodowych to wręcz rutyna. Jedynie w państwie autorytarnym strajki pracownicze traktowane są jako atak na fundamenty ustroju i na dobry rząd, który dwoi się i troi, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Mieliśmy z tym do czynienia w PRL – i dziś odbite echo tamtej rzeczywistości do nas wraca.

Protest nauczycielski Rafał Ziemkiewicz nazywa „rokoszem”, na forach internetowych strajkujący określani są mianem „terrorystów”. „Chuligan polityczny” – tytułuje szefa ZNP Sławomira Broniarza pisolubna komentatorka TVP Elżbieta Królikowska-Avis. „Niestety – jedyne, czego dzieci mogą się dziś nauczyć od wielu nauczycieli, to agresja. Smutne” – faryzejsko martwi się anonimowy komentator bliżej nieznanego serwisu o nazwie „Centrum medialne”.

A to lemingi! Nie dość, że robią zrzutkę, to jeszcze są skąpi

Ludzie wspierający strajkujących są obrażani, obrzucani epitetami. „Wyskakiwać z kasy, lemingi” –szydzi Rafał Ziemkiewicz i sugeruje, że zebrane środki zostaną zdefraudowane.

Równocześnie jednak obrońcy władzy sprawdzają kto, ile dał na fundusz strajkowy, by wypomnieć, że za mało. Lech Wałęsa dał 1000 zł. „Kwota nie powala” – komentuje autor w „Do Rzeczy”.

„A ile PLN przeznaczył na wspomniany fundusz z własnych pieniędzy red. Maziarski z GW?” – dopytuje się na Twitterze komentator podpisany „Jarosław”. Spieszę więc odpowiedzieć: przekazałem nauczycielom 500 zł z 500 plus mojej córki.

Nauczyciele, warchoły, Żydzi

Wyróżnikiem propagandy marcowej 1968 roku był wątek antysemicki, niewystępujący na taką skalę w innych okresach PRL. To właśnie on nadał ówczesnym wydarzeniom tak złowieszczy koloryt. Antysemicki, faszyzujący Marzec 68 był wyjątkowym paroksyzmem agresji, nawet mierząc standardami komunistycznej normalności. I pod tym względem dzisiejsze praktyki dorównują marcowym.

Ówczesna władza chytrze podsycała antysemityzm i odwoływała się do antyżydowskiego resentymentu wielu Polaków, mówiąc o „antysyjonizmie”. Dzisiejsza ma analogiczną metodę – mówi o rzekomym „antypolonizmie”, dając do zrozumienia, że my, Polacy musimy się trzymać razem (ma się rozumieć – pod przywództwem PiS), bo atakują nas Izrael i żydowska diaspora.

Efekt tych zabiegów widać na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami propagandystów prawicy. Oto dwie typowe próbki spod artykułu o ukonstytuowaniu się społecznego komitetu Wspieram Nauczycieli na portalu braci Karnowskich:

Pewnie cały Polski świat artystyczno filmowy, jak by nie było czerwono-żydowski, przystąpi do poparcia tej w jakiejś formie próby obalenia PiS w roku wyborczym. Lobbowaniem za czerwono-żydowskim ustrojem.

TVN i GW to antypolskie żydowskie media, no i Żakowski, Wałęsa tyż z Polską nie mają nic wspólnego.

Wywalić z roboty na zbity pysk

Marcowa propaganda 68 wyróżniała się też skalą wezwań do stosowania represji i przemocy. Medialni funkcjonariusze reżimu namawiali władze do karania wrogów, stawiania przed sądem, a nawet do wypędzania z Polski. To niebywałe, że w trzeciej dekadzie po upadku komunizmu w Polsce takie głosy znów się rozlegają – i to nie tylko na anonimowych forach internetowych, lecz w oficjalnym, pierwszym obiegu publicystycznym.

Odzywają się kolejni – znani z imienia i nazwiska – podżegacze i nienawistnicy, wzywający władzę, by zastosowała represje, postawiła organizatorów strajków przed sądem, dokonała czystki, wrzucając ich z pracy itp. Chyba jako pierwszy powiedział to były naczelny „Faktu” Grzegorz Jankowski, pisząc na Twitterze: Zupełnie niespodziewanie rządowi sama wchodzi w ręce okazja do totalnej reformy systemu szkolnego: od programów po ludzi. Nigdy żaden rząd nie miałby tak wysokiej akceptacji społecznej do takiej zmiany jak teraz”. Rychło odezwali się następni.

„Nauczyciele, którzy namawiają swoich kolegów, żeby w ramach protestu nie klasyfikować uczniów ostatnich klas szkół średnich i uniemożliwić im zdawanie matury, popełniają przestępstwo. Powinien nimi z urzędu zająć się prokurator. Moim zdaniem nauczycieli, którym takie pomysły przychodzą do głowy kuratoria powinny też odsuwać od pełnieni funkcji zawodowych” – napisał na Facebooku przewodniczący kolegium IPN, historyk prof. Wojciech Polak.

„Jeżeli mamy nauczycieli, którzy są gotowych poświęcić dobro uczniów, to znaczy, że nie nadają się do zawodu nauczycielskiego” – to z kolei publicysta Maciej Pawlicki w TVP.

Zacytujmy więc jeszcze jeden głos sprzed pół wieku. Komentując nagonkę propagandową marca 1968, ówczesny redaktor naczelny tygodnika „Polityka” napisał: „Świnią się ludzie, o których nigdy człowiek by nie pomyślał, że potrafią się stoczyć na takie dno. Jestem świadkiem upadku najlepszych tradycji dziennikarstwa polskiego”.

Zmieńmy datę na kwiecień 2019 i nikt nie zauważy, że to opinia sprzed lat.

26 maja Polacy podziękują rządzącym za „Wesołe” Święta”.

Polexit właśnie się zaczął. Tym jest wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej

25 Mar

„Dzięki tej decyzji rząd będzie mógł atakować Trybunał Sprawiedliwości UE” – powiedział prawnik profesor Uniwersytetu Warszawskiego Marcin Matczak, komentując poniedziałkowe orzeczenie TK, na mocy którego uchwalone przez Sejm przepisy i wybór nowej Krajowej Rady Sądownictwa są zgodne z konstytucją. Sankcjonują one wybór 15 sędziowskich członków Rady przez Sejm.

Uznają za niezgodne z konstytucją przepisy dające możliwość odwołania od uchwały KRS do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

„Niezależność sądownictwa i prawo do sądu zostały właśnie wyrzucone przez okno budynku dawnego Trybunału Konstytucyjnego. Wstyd” – ocenił Marcin Matczak. W kolejnym wpisie na Twitterze dodał, że „Trybunał Konstytucyjny stał się politycznym narzędziem PiS do podminowania pozycji Polski w Unii Europejskiej”.

„Bez niespodzianki. Ale i bez zgodności z prawem” – napisał z goryczą prawnik Krzysztof Izdebski.

Ewa Siedlecka dziennikarka Tygodnika „Polityka” oceniła, że na skutek decyzji TK „rząd powie, że sprawę przed Trybunałem Sprawiedliwości UE trzeba umorzyć, bo nie ma już w polskim prawie przepisu, na podstawie którego Sąd Najwyższy zadał pytania prawne”.

Reakcja B. Święczkowskiego na moje opinie i tezy zawarte w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” uważam za próbę tłumienia wolności słowa i wolności mediów, które są niezbędną podstawą demokracji. Moim zdaniem system utworzony w prokuraturze z początkiem 2016 r. nie tylko zagraża praworządności i sprawiedliwości, ale i próbuje tłumić krytykę na swój temat” – napisał w oświadczeniu prof. Leszek Balcerowicz. To jego reakcja na szykowany przez Bogdana Święczkowskiego pozew „Zastępca Ziobry chce pozwać prof. Balcerowicza za naruszenie dóbr osobistych”.

Prof. Balcerowicz podtrzymał wszystkie wypowiedzi, które zostały zawarte w wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej”. W swoim oświadczeniu były wicepremier wymienił kilka z nich. Prof. Balcerowicz uważa więc, że „w prokuraturze Ziobry dochodziło do ścigania niewinnych i nieścigania winnych, w kierownictwie prokuratury powstał układ oparty na powiązaniach rodzinno-towarzysko-polityczno-ideologicznych i należy rejestrować nazwiska prokuratorów, którzy dopuszczają się wątpliwych ścigań lub zaniechań w celu ich późniejszego uczciwego rozliczenia”.

Podkreślił, że jego wypowiedzi są oparte na publikacjach i doniesieniach medialnych, na pracach naukowych, na dokumentach organizacji międzynarodowych oraz na jego „własnej działalności jako analityka systemów instytucjonalnych, w tym w wymiarze sprawiedliwości”. – „Jest znamienne, że pismo Prokuratury Generalnej ani słowem nie odnosi się do mojej głównej tezy, a mianowicie, że główną przyczyną zagrożeń, jakie tworzy obecna prokuratura dla praworządności i sprawiedliwości w Polsce, jest niesłychana koncentracja władzy nad nią w rękach jednego człowieka – Prokuratora Generalnego. Ta władza jest szeroko wykorzystywana przez Z. Ziobrę i jego grupę, i obejmuje rozległe decyzje personalne oraz przenoszenie spraw do prokuratur lub prokuratorów aż dojdzie do wątpliwego ścigania lub do wątpliwego zaniechania. Jest charakterystyczne, że decyzje o ściganiu, budzące szczególne zdumienie, np. oskarżenie W. Kwaśniaka i jego współpracowników z KNF, lub reformatorów z PKP, wysunęli tacy właśnie prokuratorzy” – napisał w oświadczeniu prof. Balcerowicz.

>>>

Do wyjścia Polski z Unii Europejskiej wystarczy uchwała Sejmu zwykłą większością głosów i podpis prezydenta!

– No to kiedy opuszczacie Unię? – zapytał mnie przyjaciel z Hamburga, który na bieżąco śledzi polskie wydarzenia. Pytał poważnie, bo dla niego sprawa jest już przesądzona, a niewiadomą może być tylko termin Polexitu. Jego opinia nie jest bynajmniej odosobniona, bo nie kłóci się z logiką, a niemal każdy dzień dostarcza kolejnych argumentów na poparcie tezy o nieuchronnym rozwodzie.

Czym kierował się polski Prokurator Generalny składając w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności unijnej umowy stowarzyszeniowej z polską konstytucją? Czemu ma służyć oskarżanie krajów Unii o spisek przeciw interesom Polski, a ich przywódców o lewactwo i stronniczość? Z jakiego powodu największy beneficjent unijnych dotacji obraża największych donatorów? Dlaczego duży kraj o historycznych dokonaniach ośmiesza się nagle głosząc misję chrystianizacji kontynentu, a niepoważny przywódca tego państwa ogłasza, że umowa stowarzyszeniowa, którą przez wiele lat tworzyło międzynarodowe grono najznamienitszych legislatorów, jest do bani, i on, razem z jakimś prawnikiem, przygotuje lepszą? Dlaczego nikt z rządzących nie reaguje, gdy dziennikarze z dotowanego przez rząd publicznego radia głoszą, że Unia to wytwór IV Rzeszy, a unijne idee tolerancji służą zboczeńcom poszukującym „świeżego mięsa, bo geje przecież się nie rozmnażają”? Czy nie jest jawną kpiną argumentacja uzasadniająca legalność polskiego bezprawia, oczywistego dla wszystkich narodów?  Czy nominowanie do reprezentowania Polski przed unijnym trybunałem człowieka z 10 wyrokami dyscyplinarnymi nie jest ostentacyjnym szyderstwem? I czemu miał służyć jego głupawy wniosek o wykluczenie przewodniczącego TSUE ze składu sądu oceniającego próby zawłaszczenia władzy sądowniczej przez dwie pozostałe władze opanowane przez PiS?

W tej ostatniej sprawie komentatorzy oceniają, że jest to, mówiąc w skrócie, kolejna głupawka PiS – ugrupowania, które traktuje Unię i jej agendy jak zawłaszczone wcześniej polskie instytucje demokratyczne. Ale może to być również przykład starań Ziobry o pomnożenie swoich zasług wobec prezesa, albo świadectwo jego konkurencyjnej walki z premierem, bo to Ziobro właśnie wpadł na pomysł przewlekania sprawy i pokazania wyborcom, że PiS potrafi Unii utrzeć nosa.  Przy okazji, mało kto wierzy, że przedstawiciel rządu nie zgadza się z wnioskiem przedstawiciela Prokuratora Generalnego o wyłączenie prezesa Trybunału UE. Bardziej prawdopodobne, że to prosta ustawka, a oskarżanie przewodniczącego sądu jest przygotowaniem do odrzucenia werdyktu TSUE jako tendencyjnego, niesprawiedliwego i umotywowanego politycznie.

Niepodporządkowanie się wyrokom TSUE to prosta droga do opuszczenia Unii. Oczywiście wyprowadzenie Polski z UE byłoby dla PiS krokiem samobójczym. Ale już za usunięcie nas z europejskiej wspólnoty „wbrew naszej woli” byłoby kogo oskarżyć, bo przecież „brukselscy lewacy zachowują się jak okupanci”, od dawna knuli, obwiniając naszą Bogu ducha winną Ojczyznę i jej praworządne władze o wyimaginowane przewiny.  Zdaniem wielu zachodnich przyjaciół starania o wypchnięcie Polski z Unii przez samą Unię jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem, którego realizacji można się spodziewać zaraz po wyborach do Europarlamentu. Te wybory są w Polsce rozgrywką półfinałową przed walką ostateczną – dla PiS o przetrwanie i o to, co jeszcze pozostało do zagrabienia, a dla opozycji – o wszystko. Do głosowania PiS darzyć będzie Unię płomiennym, nieodwzajemnionym uczuciem. I do wyborów zarzekać się będzie, że Polexit jest praktycznie nierealny, bo po pierwsze Polska jest sercem Unii, a po drugie procedura wyjścia jest długa, skomplikowana i niebezpieczna dla rządzących , co widać na przykładzie Brexitu.

Jeśli Polska jest unijnym sercem, to w stanie przedzawałowym i to nie wróży nam nic dobrego. Ale drugi argument, ten o procedurze, brzmi przekonująco i uspokaja. Tyle tylko, że jest nieprawdziwy. Mało kto wie, że Polskę wyprowadzić można z Unii niemal z dnia na dzień.  Bo wbrew rozpowszechnionym opiniom warunkiem opuszczenia Unii nie jest referendum, choć w takim właśnie trybie weszliśmy do wspólnoty. Wyjście z Unii nie wymaga też decyzji Zgromadzenia Narodowego, ani sejmowego przegłosowania większością konstytucyjną, którą PiS nie dysponuje. – Do wyjścia Polski z Unii Europejskiej wystarczy uchwała Sejmu zwykłą większością głosów i podpis prezydenta! -ostrzega profesor Ewa Łętowska.

Dlaczego? Jak to możliwe? To historia jak z kiepskiego kryminału: w 2010 roku uchwalono ustawę o koordynacji współpracy między Sejmem a Senatem i dziwnym trafem w tekście tym znalazł się zapis zmieniający inną ustawę, z 2000 roku, o umowach międzynarodowych.  Zmiana ta jest dobrze ukryta, ale jeśli się wczytać, to wynika z niej jasno, że do wypowiedzenia umowy międzynarodowej wystarczy decyzja Rady Ministrów przyjęta przez większość sejmową i podpisana przez prezydenta.  I dotyczy to wszystkich umów. Także tej najważniejszej, stowarzyszeniowej.  Pozostaje tylko zadać pytanie: Ile czasu może zająć PiS przeprowadzenie całej tej operacji w polskim parlamencie?

Przyjmijmy jednak, że ten scenariusz należy do gatunku teorii spiskowych. Spójrzmy na unijną reprezentację PiS, tak pewną siebie, jakby wszystkie mandaty były już zdobyte i w Parlamencie Europejskim pozostały już tylko miejsca stojące. Przyjrzyjmy się ewakuacji 15 obecnych ministrów i wiceministrów, z których jedni uciekają na dobrze płatną posadę, bo nie wierzą w zwycięstwo PiS, inni liczą na immunitet obawiając się rozliczeń za bezprawne decyzje, a jeszcze inni napadają na Europę z przekonania, dla chorych idei. Wyobraźmy sobie tę armię Legutków, wykrzykujących obelgi na lewo i prawo, omijając jedynie swoich towarzyszy broni – jawnych wrogów integracji europejskiej. Spójrzmy na tę ekipę grabarzy UE mieniącą się reprezentacją Polski w Europie, którym nikt nie powiedział, że ludzie nie dzielą się na chrześcijan i terrorystów, ani na hetero – i nieheteroseksualnych, tylko na mądrych i głupich oraz na przyzwoitych i podłych.

Jak bardzo starać się będzie Europa, by zatrzymać w swoim klubie państwo, którego reprezentanci za nic mają regulamin i na każdym kroku demonstracyjnie okazują, że źle się czują wśród krajów praworządnych i wzajemnie przyjaznych?

>>>